

Cuda niewidy ALEKSANDRA i
ALTERNATYWNE
WĘDRÓWKI PO POLSCE
Projekt okładki, map i zadruku wewnętrznej strony okładki
Adam Gutkowski | goodkowskydesign.com
Zdjęcia na okładce i zadruku wewnętrznej strony okładki
Grzegorz Koper
Redaktorka nabywająca
Pola Biblis
Redaktorka prowadząca
Marta Brzezińska-Waleszczyk
Promocja
Kinga Wojnicka
Opieka redakcyjna
Paulina Gwóźdź
Adiustacja
Barbara Wójcik
Korekta
Aleksandra Kiełczykowska
Katarzyna Onderka
Łamanie
Dariusz Ziach
Copyright © by Aleksandra Koper & Grzegorz Koper
Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-072-1
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37
Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl
Wydanie I, Kraków 2026. Printed in EU.
ZANIM WYRUSZYMY
W PODRÓŻ
Jeżeli odwiedziliście największe atrakcje turystyczne w Polsce, ale czujecie pewien niedosyt, to ta książka jest pewnie dla Was. Kierujemy ją do tych podróżników i miłośników historii, którzy szukają miejsc i zabytków poza utartymi szlakami: osobliwych, tajemniczych, zapomnianych, magicznych, zaskakujących i nieodkrytych. Zdarza się bowiem tak, że leżący przy drodze kamień skrywa mroczny sekret, a w niepozornym drewnianym kościółku czeka na Was prawdziwy skarb sprzed wieków. I choć część z opisanych miejsc i obiektów możecie już znać, to mamy jednak nadzieję, że odkryjecie razem z nami nowe, ciekawe wątki w ich historii. Nie jest to typowy przewodnik turystyczny, w którym znajdziecie gotowe wytyczone trasy i szlaki. Każdy rozdział budujemy wokół konkretnego motywu. Opisywane przez nas obiekty bardzo się różnią usytuowaniem, wielkością czy wymogami czasowymi związanymi z ich zwiedzaniem. Niektóre należy postrzegać w kategoriach ciekawostki, którą można uwzględnić na swojej trasie niejako przy okazji. Inne z kolei okażą się
Cuda niewidy. Alternatywne wędrówki po Polsce
bardziej angażujące i mogą stanowić cel sam w sobie. Zdecydowaliśmy się nie umieszczać informacji związanych z bazą noclegową, gastronomiczną czy transportem – jesteśmy zdania, że w dobie powszechnego dostępu do Internetu byłyby w książce po prostu zbędne.
Chcemy być przede wszystkim opowiadaczami, którzy zainspirują Was do odkrywania niezwykłych zakątków Polski. I nawet jeśli nie możecie się wybrać w rzeczywistą podróż, postaramy się, abyście odbyli ją z nami oczyma wyobraźni. Pamiętajcie też, że przedstawione miejsca stanowią jedynie wycinek niesamowitości naszego kraju – wciąż nieustannie odkrywamy nowe, intrygujące tropy turystyczne, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z wielkim miastem, czy Polską powiatową.
Szerokiej drogi,
Aleksandra i Grzegorz Koprowie
Cuda niewidy
1. Kraków
2. Złockie / Jastrzębik (pomiędzy)
3. Węgrów
4. Szczecin
5. Drezdenko
6. Inowłódz
7. Kwidzyn
8. Duszniki-Zdrój
9. Grudziądz
11. Sosnowiec rozdział I rozdział III
10. Tomaszów Mazowiecki
19. Wiśniowa 61
12. Puszcza Romincka
13. Lasy Rudzkie
14. Spała
15. Niedźwiedzi Kąt
16. Białowieża
17. Dubicze Cerkiewne
18. Ojcowski Park Narodowy
VIII
20. Nozdrzec
21. Chotylub / Nowe Brusno (pomiędzy)
22. Jaworzec
23. Warszawa
24. Różyce
25. Lipce Reymontowskie
26. Znamirowice
27. Końskie
28. Krynica
29. Kolbuszowa
30. Racibórz
31. Łysa Góra
rozdział IX
rozdział X
50. Poznań
51. Poręby Dymarskie
52. Toruń
53. Moryń
54. Czachów
55. Słopanowo
56. Szydłowiec
57. Kłodzko
58. Poznań
59. Przysucha
60. Kamień Pomorski
61. Zielona Góra
62. Kraków
63. Kochanów
64. Brzeg
65. Bąków
66. Strzelin
67. Szklarska Poręba
68. Zamek Grodno
69. Bolimów
rozdział XI
rozdział XII
32. Racibórz
33. Cielętniki
34. Osiek Jasielski
35. Łukowica
36. Rabka-Zdrój
37. Łętownia
38. Iwkowa
39. Góra Kalwaria
40. Warszawa
41. Wietrzychowice
42. Odry
43. Węsiory
44. Grzybnica
45. Kętrzyn
46. Bartoszyce
47. Prątnica
48. Olsztyn
49. Gdańsk
rozdział XIII
70. Szczyt Rotunda (Beskid Niski)
71. Długie
72. Przełęcz Małastowska
73. Kostrzyn nad Odrą
74. Jaworzec
75. Ług
76. Zawój
77. Wielbark (nieopodal)
78. Olsztynek
79. Wałbrzych
80. Wieżyca (Masyw Ślęży)
81. Szczecin
82. Okonek
83. Konin
84. Biskupice Radłowskie
85. Samsonów
86. Ulesie
rozdział XIV
87. Chróścina (nieopodal)
88. Bogdanów (nieopodal)
89. Wigańcice (nieopodal)
90. Osina Wielka (nieopodal)
91. Lipniki (nieopodal)
92. Starczówek / Lipniki (pomiędzy)
I
ANI KROKU DALEJ!
LATARNIE UMARŁYCH, OTWORY
DO PIEKŁA ORAZ CO MOŻNA UJRZEĆ
W LUSTRZE CZARNOKSIĘŻNIKA
Prawdopodobnie każdemu z nas, i to nawet twardo stąpającemu po ziemi, choć raz w życiu zdarzyło się odczuć irracjonalny, trudny do wytłumaczenia lęk związany z konkretnym miejscem lub obiektem. Dzieje się to zazwyczaj przy okazji samotnych wędrówek, w blasku księżyca, w nieznośnej ciszy, kiedy niczym nieskrępowana wyobraźnia galopuje w mroczną podróż. A że umysł człowieka niczym gąbka chłonie opowieści o upiorach, biesach czy – w dobie współczesnej globalnej kinematografii – szaleńcu z piłą w polu kukurydzy, droga na skróty przez cmentarz lub zagajnik potrafi przeistoczyć się w walkę o życie z wyimaginowanym przeciwnikiem czającym się za każdym napotkanym kamieniem czy drzewem. Jeżeli w dodatku w okolicy wydarzyła się przed laty tragiczna historia, a w sprawę mogą być zaangażowane duchy, wtedy nie ma takiej trasy, której nie bylibyśmy
Cuda niewidy. Alternatywne wędrówki po Polsce
w stanie pokonać, byle tylko ominąć przeklęty punkt. Niegdyś ludność wiejska miała jednak swoje sposoby na przepędzenie złej moc y, która czaiła się tam, gdzie doszło na przykład do gwałtownej śmierci czy samobójstwa. W Bieszczadach, zamieszkiwanych dawniej przez Łemków i Bojków, podróżni mogli się natknąć na tak zwane namiot y :
Na miejsce, gdzie kto kiedy uległ przypadkowi nagłej śmierci lub spełnił samobójstwo, rzucają przechodnie to gałązki drzew, to kamienie, to grudki ziemi. Gdy się z tego po latach stos nagromadzi, podpala go jakaś litościwa ręka, w tym przekonaniu, że ogień oczyszcza duszę potępieńców i samobójców, a po latach, gdy kilka pokoleń stosy spali, dusza oczyszczona dostanie się do nieba1.
Były też i takie znaki ostrzegawcze, które przetrwały kilkaset lat – choć mało kto pamięta o ich pierwotnej funkcji. W wielu punktach Krakowa natkniemy się na tajemnicze, smukłe, wysokie wieżyczki z otworem przelotowym w górnej części. Choć obecnie pełnią rolę kapliczek, wzbogacone o figurki świętych i kwiaty, przed wiekami ich zadanie było zgoła odmienne. Są to tak zwane latarnie umarłych, które ostrzegały przed zbliżaniem się do miejsc, w których czaiła się śmierć: cmentarzy, szpitali, leprozoriów (domów dla chorych na trąd) i przytułków dla starców. W owych otworach przelotowych stawiano źródła świat ła (lampki bądź kaganki), dzięki czemu wędrowiec już z daleka mógł rozpoznać niebezpieczny dla ciała i duszy kierunek.
1 O. Kolberg, Dzieła wszystkie, t. 49: Sanockie-Krośnieńskie, cz. 3, Wrocław–Poznań 1974, s. 38.
Ani kroku dalej!
Z jednej strony, zagrożenie wiązało się z ryzykiem rozprzestrzeniania się chorób, latarnie zaś wyznaczały granicę, którą żywy przekraczał na własną odpowiedzialność. Ponadto na cmentarzach czaiło się zło w ludzkiej postaci: wszelkiej maści przestępcy, żebracy, włóczędzy, a nawet kobiety upadłe. Z drugiej zaś strony, w grę wchodziła metafizyczna ochrona: tam, gdzie była śmierć, obawiano się duchów i upiorów (zwanych w Małopolsce strzygami lub strzygoniami). Światło miało wielką moc: siły nieczyste potrafiło przepędzić, duszom pomagało odnaleźć drogę do zaświatów, a żywym przypominało o nieuchronnym spotkaniu z Absolutem. Skąd wziął się zwyczaj stawiania takich obiektów? To wciąż pozostaje zagadką. Najwięcej latarni umarłych powstało we Francji od XII do XIII wieku; być może były one echem jeszcze pogańskich tradycji pogrzebowych Galów, niektórzy z kolei wskazują na wyprawy krzyżowe i inspirację światem islamu. Opis latarni umarłych pojawia się w cudownej wizji jednego z benedyktynów-oblatów (czyli świeckich braci, którzy nie złożyli ślubów zakonnych), zanotowanej przez Piotra Czcigodnego w XII wieku. Młody mnich miał widzenie, w którym został zaprowadzony na cmentarz przez zmarłego stryja:
A oto środek cmentarza zajmuje pewna kamienna budowla, mająca w wierzchołku miejsce na jedną lampę, która dla poszanowania spoczywających tam wiernych całymi nocami oświet la swoim blaskiem to święte miejsce. Są także schody, po których się tam wchodzi, wyżej przestrzeń wystarczająca dla dwóch czy trzech stojących osób2 .
2 P. Czcigodny, O cudach (De Miraculis), Tyniec 2021, s. 368.
Cuda niewidy. Alternatywne wędrówki po Polsce
Opisana wyżej latarnia wydaje się wręcz potężną wieżą i faktycznie zdarzało się, że niektóre z nich osiągały imponujące rozmiary kilkunastu metrów wysokości. Lampkę tran sportowano na szczyt dzięki specjalnemu kanałowi w środku wieżyczek lub też wchodzono na górę budowli po schodach, tak jak w wizji oblata. Oprócz Francji latarnie można spotkać również w Niemczech, Czechach, Austrii, Włoszech oraz w Polsce, gdzie zwyczaj ich stawiania przetrwał wyjątkowo długo, bo aż do XIX wieku.
Najstarsza znana latarnia umarłych w Krakowie znajduje się przy Kościele św. Mikołaja (ul. Kopernika 9). Liczy sobie aż 700 lat i mierzy 6 metrów wysokości. Początkowo stała jednak w innym miejscu, co ukazuje obraz Teodora Baltazara Stachowicza z połowy XIX wieku. Piękna sześcioboczna wieżyczka o gotyckich formach i daszku zwieńczonym krzyżem została pierwotnie ulokowana przy Kościele św. Walentego na Kleparzu. Dlaczego właśnie tam? Obok świątyni mieścił się szpital dla trędowatych. Ta straszliwa choroba pozostawała nieuleczalna aż do XX wieku, więc z obawy przed jej rozprzestrzenianiem chorych przymusowo izolowano. Traktowano ich przy tym z dużą nieufnością, bo zgodnie z przekonaniami średniowiecznych chrześcijan trąd był karą za niemoralny żywot.
Na początku XIX wieku zarówno Kościół św. Walentego, jak i działający przy nim szpital zdecydowano się rozebrać (wcześniej popadły w ruinę z powodu braku funduszy na utrzymanie oraz pożaru). Szczęśliwie jednak latarnia przetrwała próbę czasu i w 1871 roku została przeniesiona w obecne miejsce. Niestety nie zobaczymy już lampki rozpędzającej mrok – prześwit zamurowano. Niektórzy jednak sądzą, że kolumna nigdy nie posiadała otworów, gdyż w istocie była pręgierzem do
Ani kroku dalej!
wymierzania kar. Więcej o tych narzędziach męki piszemy w rozdziale Katuj, tratuj!
Inna, być może XVII-wieczna latarnia umarłych, stoi w mało atrakcyjnym turystycznie zakątku Krakowa, przy ruchliwej ulicy Marii Konopnickiej. Obiekt ulokowany pierwotnie kilkaset metrów dalej w kierunku wschodnim został przeniesiony z powodu budowy pobliskiego centrum hotelowo-biznesowego w 2008 roku. Do tamtego czasu powszechnie zakładano, że był to zwykły drogowskaz dla wędrowców zmierzających do Tyńca. Co ciekawe, to właśnie dzięki pracom budowlanym odkryto prawdziwe przeznaczenie obiektu; okazało się, że wieżyczka stała na terenie dawnego cmentarza cholerycznego. Ostrzegała więc żywych o niebezpiecznym miejscu, a duszom uwolnionym z ciał po mękach choroby pozwalała odnaleźć pokój w zaświatach. Latarnia ma formę barokową: to wysoki czworoboczny słup podzielony na cztery piętra, z czego trzy dolne zajmują płytkie nisze, zaś na najwyższą przelotową kondygnację za pomocą sznurka wciągano lampkę. Obecnie w miejscu światełka stoi figura Maryi, ponieważ gdy zapomniano o pierwotnej roli latarni, uczyniono z niej kapliczkę. Nie sposób jednak stwierdzić, kiedy się to stało.
Piękny przykład latarni umarłych z podobnego okresu zobaczycie na krakowskich Plantach, nieopodal skrzyżowania ulicy św. Gertrudy oraz ulicy św. Sebastiana. Pod daszkiem wspartym na czterech kolumienkach wciąż po zmroku świeci się lampka, tworząc wyjątkową widokówkę na tle potężnych drzew. Można pomyśleć, że stoimy pod murami Krakowa w roku 1650, a gdzieś w pobliżu przebiega granica między światem żywych a umarłych. Romantyczną wizję psuje jednak szum samochodów, elektryczna żarówka w lampce oraz to, że latarnia umarłych stała pierwotnie

Ani kroku dalej!
w nieco innym miejscu. Dawniej była kamiennym strażnikiem pewnej mrocznej wyspy na mokradłach nieopodal murów miejskich. Prowadził na nią drewniany most. Dla wielu była to droga bez powrotu. Na moczarach znajdował się bowiem Kościół św. Fabiana i św. Sebastiana (przemianowany później na św. Sebastiana i św. Rocha). Pobożni chrześcijanie omijali owo miejsce, jako że przy świątyni mieścił się szpital o konkretnej specjalizacji – leczono w nim choroby weneryczne, wśród których największe żniwo zbierał syfilis. Do standardowych działań medycznych należało wtedy między innymi wypalanie wrzodów chorobowych rozgrzanym żelazem, w skórę wcierano również toksyczną rtęć. Nawet jeśli nie udało się uratować ciała grzesznika, ponieważ terapia przynosiła raczej marny skutek, można było ocalić choć jego duszę – temu służył wspomniany drewniany kościół. W czasie licznych epidemii nawiedzających Kraków w XVII i XVIII wieku szpital weneryczny przyjmował w swe progi również tych, którzy zarazili się nie francą, a dżumą. Pod koniec XVIII wieku, po stratach spowodowanych huraganem, ośrodek duchowo-leczniczy na wyspie zaczął podupadać na tyle, że głodujący chorzy musieli żebrać wśród krakowskich mieszczan. Wyspiarską placówkę medyczną (jak i kościół) ostatecznie zlikwidowano, a pacjentów w 1821 roku przeniesiono do Szpitala Świętego Ducha. Moczary osuszono i na łące powstałej na tym terenie wytyczono w późniejszych latach ulicę św. Sebastiana. Również latarnia umarłych zmieniła zarówno swoje położenie, jak i przeznaczenie – z czasem stała się Kapliczką św. Gertrudy. Co warte odnotowania, była to patronka nieistniejącego wtedy już kościoła, od którego wzięła nazwę cała pobliska ulica. Na świątynnym cmentarzu chowano przestępców skazanych na karę śmierci, dlatego świątynię św. Gertrudy nazywano też czasem kościołem złoczyńców.
18 Cuda niewidy. Alternatywne wędrówki po Polsce
Czyżby jakaś tajemna siła z zaświatów przyciągała latarnie umarłych ku miejscom wiecznego spoczynku?
W Krakowie podobne obiekty znajdziecie jeszcze przy murze Klasztoru Sióstr Karmelitanek bosych (ul. Kopernika 44), na skrzyżowaniu ulic Monte Cassino oraz Szwedzkiej, na ulicy
Wielickiej przy starym Cmentarzu Podgórskim czy w Parku
Klasztoru Sióstr Karmelitanek od styku ulicy Juliusza Lea i Placu Inwalidów). Należy jednak pamiętać, że nie sposób jednoznacznie określić pierwotnej funkcji owych kapliczek. Czy rzecz y wiście były latarniami umarłych? A może o metafizyczną naturę podejrzewamy dawne drogowskazy? Zagadki, zagadki – wciąż nierozwiązane zagadki…
A jeżeli już zawitaliśmy do grodu Kraka, warto odkryć kolejne mroczne artefakty sprzed wieków. Ten, kto usłyszał wydobywający się z nich dźwięk, przystawał zafrasowany, odmawiając Anioł Pański, gdyż nie zwiastowały niczego innego prócz zbliżającej się śmierci. Chodzi o tak zwane dzwonki za konających, których tradycja pojawiła się w późnym średniowieczu w Norymberdze, skąd przybyła do Krakowa. Umieszczane przy kościelnych oraz klasztornych murach miały szczególną misję: kiedy cierpienia chorego niemiłosiernie się przedłużały, a śmierć wciąż nie nadchodziła (a pewnym było, że nie ma już szans na ozdrowienie), bliscy prosili duchownych o wprawienie dzwonka w ruch za pomocą sznura. Posępny, jednostajny dźwięk niósł się po okolicy, wzywając św. Dyzmę, patrona umierających, zaś przechodnie zwracali się z modlitwą do Boga o skrócenie męki konającemu. Był to akt miłosierdzia, który – mówiąc kolokwialnie – opłacał się chrześcijanom, mogli bowiem w ten sposób uzyskać 40-dniowy odpust grzechów. Choć dawniej dzwonki za konających znajdowały się niemal przy każdym kościele

Dzwonek za konających na Klasztorze Reformatów
Cuda niewidy. Alternatywne wędrówki po Polsce
i klasztorze, jedynie trzy egzemplarze zdołały przetrwać do naszych czasów. Pierwszy z nich zobaczymy, zadzierając głowę przy murach Klasztoru Reformatów (ul. Reformacka 4) – znajduje się między oknami, na poziomie pierwszego piętra. Na drewnianej konstrukcji z daszkiem wyryto datę 1837. Dzwonek ufundowano jednak wcześniej, bo w roku 1750 i taką datę znajdziemy na tablicy wmurowanej w ścianę na wysokości wzroku. Co ciekawe, jej treść informuje również o wspomnianym odpuście zagwarantowanym przez Stolicę Apostolską. Kolejny dzwonek ujrzycie przy dużym krucyfiksie na fasadzie Bazyliki Dominikanów pod wezwaniem Świętej Trójcy, zaś trzeci –a przy tym jedyny czynny! – widoczny jest na niższej z wież Bazyliki Mariackiej, na wysokości 14 metrów nad ziemią. Nosi imię patrona dobrej śmierci – Michała Archanioła. Choć w nieznanych okolicznościach wytarła się odlana w nim inskrypcja, dzięki zachowanym dokumentom znamy jej treść. Dzwonek przemawiał w pierwszej osobie po niemiecku i łacinie, pouczającym tonem:
Odlał mnie Kacper Koerber we Wrocławiu R.P. 1736. Jest godnym pochwały modlić się za konających, Krystian
Jeingling Senatus Consultum 17363.
Drugie nazwisko wskazuje na fundatora dzwonka, krakowskiego ławnika. Pan Jeingling z pewnością byłby dumny z faktu, że jego dzwon za konających wciąż wisi na swoim miejscu, a nawet od czasu do czasu rozbrzmiewa donośnym, czystym tonem. Ciekawe, jak fundator zareagowałby na nowy dźwięk, bo
3 A. Bochniak, Dzwony kościoła Mariackiego, Katowice 2018, s. 85.
Ani kroku dalej!
po renowacji w 2025 roku dzwonek wyposażono w nowoczesny napęd elektryczny. Podejrzewamy (choć w tym przypadku kierowani stereotypem), że jako Niemiec byłby pod wrażeniem nowej technologii.
Jeżeli zerkniecie na północne mury bazyliki, od strony ulicy Floriańskiej, zobaczycie przymocowaną do nich latarnię z delikatnym zielonym światełkiem. Jej powstanie wiąże się ze straszliwymi czasami, które nastały w Krakowie na początku XVIII wieku. Do miasta wtargnął kwartet nierozłącznych jeźdźców Apokalipsy: wojna, głód, zaraza oraz śmierć. A wszystko przez to, że król August II Mocny postanowił zaangażować Rzeczpospolitą w III wojnę północną (1700–1721). Podczas samej tylko pierwszej dekady wieku XVIII wojska szwedzkie zdążyły cztery razy zdewastować i ograbić Kraków, a stacjonujące w nim oddziały polskie, rosyjskie i saskie bez żadnej litości nękały miejscową ludność nieustannymi kontrybucjami. Nie pomogły też katastrofy naturalne, takie jak huragan (1703) i susza (1707–1708). Jakby tego było mało, wybuchła epidemia tyfusu, która nadciągnęła z Kresów w 1707 roku. Co mógł pomyśleć w takich okolicznościach mieszczanin krakowski? Chyba tylko to, że właśnie nadszedł koniec dziejów i wkrótce ujrzy na żywo obraz Sądu Ostatecznego, znany mu dotąd jedynie z malowideł na ścianach kościołów. Choć krakowska ludność, na skutek niepokojących wieści ze wschodu, już w 1705 roku powzięła profilaktyczne działania przeciwko zarazie (okadzano ratusz miejski ziołami i ściśle kontrolowano nowych przyjezdnych), nie udało się uniknąć katastrofy. W ciągu trzech lat w Krakowie i okolicach na zarazę zmarło około 20 tysięcy osób. Jak wówczas zanotowano: […] z Krakowa, Kazimierza, Kleparza drabiniastemi wozami dniem i nocą trupów za miasto
Cuda niewidy. Alternatywne wędrówki po Polsce
wywozili 4 . Zgodnie z powiedzeniem jak trwoga, to do Boga, w czasie epidemii ludność z wielką gorliwością oddała się praktykom dewocyjnym. Skoro dotychczasowe metody sanitarne zawiodły, potrzeba było działania wyższej instancj i . W Krakowie zrodził się kult Matki Boskiej Łaskawej, zwanej też Morową, która w XV wieku miała powstrzymać zarazę we włoskim mieście Faenza. W 1708 roku jej mały wizerunek otrzymał od warszawskich pijarów fundator nowego podmiejskiego szpitala, krakowski rajca Michał Behm. Był to człowiek wielkiej odwagi i honoru: w przeciwieństwie do innych członków rady miejskiej nie uciekł z miasta objętego epidemią, ale pozostał na posterunku, czynnie wspierając mieszkańców. Wtedy też w krakowskich kościołach odprawiono nabożeństwa, które miały wybłagać u Matki Boskiej z Faenzy wygaśnięcie zarazy. Wkrótce morowe powietrze ustąpiło. Mieszkańcy Krakowa natychmiast połączyli oba wątki w spójną całość, przypisując Łaskawej Panience ocalenie miasta (choć, trzeba przyznać, przy dużych stratach własnych). Wówczas rada miejska ufundowała dwa cudowne wizerunki maryjne: jeden do prezbiterium bazyliki, drugi na jej zewnętrzną ścianę północną. Na pamiątkę zwycięstwa nad śmiercią obok tego ostatniego zamocowano latarnię morową. Ponoć migoczące w niej światełko ma moc przepędzania złego powietrz a . Jeśli zgaśnie, biada ludowi Krakowa! Oznacza to bowiem rychły powrót epidemii.
Wyruszmy jednak z Krakowa na poszukiwanie następnych niepokojących artefaktów. Kolejne miejsce, o którym chcielibyśmy
4 E. Karpacz, „Opłakane czasy” – epidemia dżumy w Krakowie w latach 1707–1710. Przyczynek do badań nad upadkiem królewskiego miasta , „Folia Historica Cracoviensia” 2012, t. 18, s. 248.
SPIS TREŚCI
Zanim wyruszymy w podróż / 5
I. Ani kroku dalej! / 11
II. Drugie życie pięknej epoki / 29
III. Tam, gdzie car chodzi piechotą / 53
IV. O czym szepczą drzewa? / 71
V. Chłop potęgą jest i basta / 99
VI. W kraju faraonów, czyli w Polsce / 123
VII. Zębem i włosem / 141
VIII. Ktoś był tutaj przed nami / 157
IX. Nie taki diabeł straszny, jak go malują / 177
X. Katuj, tratuj! / 197
XI. Na wschodzie bez zmian / 219
XII. Duchy miasta i wsi / 233
XIII. Trudne dziedzictwo / 265
XIV. Na rozstaju dróg / 283
Kilka słów na koniec / 301
Bibliografia / 303
Źródła zdjęć / 314
Współrzędne miejsc, których znalezienie może stanowić problem / 315
