J.M. Coetzee Dzieciństwo Jezusa przekład Mieczysław Godyń
Wydawnictwo Znak Kraków 2018
Tytuł oryginału The Childhood of Jesus Copyright © 2013 by J.M. Coetzee By arrangement with Peter Lampack Agency, Inc. 350 Fifth Avenue, Suite 5300 New York, NY 10118 USA Projekt okładki Wojtek Kwiecień-Janikowski Na okładce wykorzystano rysunek z 1680 roku Boeket bloemen Opieka redakcyjna Karolina Macios Adiustacja Dorota Zańko Korekta Barbara Gąsiorowska Katarzyna Onderka Łamanie Michał Madejski | Pro Art Studio, www.proart-studio.pl
Copyright © for the translation by Mieczysław Godyń, 2013 © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018 978-83-240-5036-9
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie II, Kraków 2018. Printed in EU
1 Człowiek przy bramie wskazuje im niski, rozległy bu dynek w głębi. – Jak się pośpieszycie – mówi – to zdążycie się zareje strować, zanim zamkną biuro. Śpieszą się. Centro de Reubicación Novilla – głosi na pis. Reubicación: co to znaczy? Nie uczył się takiego słowa. Biuro jest ogromne i puste. Panuje w nim upał – jeszcze większy niż na zewnątrz. Po przeciwnej stronie od wejścia przez całą szerokość pomieszczenia biegnie drewniany kon tuar podzielony na przegrody szybami z matowego szkła. Pod ścianą rząd kartotekowych szaf z lakierowaneg o drewna. Nad jedną z przegród widnieje napis: Recién Llegados – szablonowe litery na prostokącie z kartonu. Urzędnicz ka za kontuarem, młoda dziewczyna, uśmiecha się na po witanie. – Dzień dobry – mówi mężczyzna. – Jesteśmy nowi. Wypowiada słowa powoli, w języku hiszpańskim, któ rego opanowanie kosztowało go tyle trudu. – Potrzebna mi praca i jakiś dach nad głową. Chwyta chłopca pod pachy i podnosi tak, żeby urzęd niczka mogła go zobaczyć. – Mam z sobą dziecko. Dziewczyna wyciąga rękę do małego. 5
– Witam, młody człowieku! – mówi. – To pana wnuk? – Ani wnuk, ani syn, ale jestem za niego odpowiedzialny. – Dach nad głową… – Patrzy w papiery. – Mamy tu, w Ośrodku, wolny pokój, którego może pan używać do cza su znalezienia czegoś lepszego. Żaden luksus, ale to chyba panu nie przeszkadza. A co do pracy, zajmiemy się tym ju tro rano. Wygląda pan na zmęczonego i pewnie chce pan odpocząć. Z daleka idziecie? – Cały tydzień w drodze. Przyszliśmy z Belstaru, z obo zu. Zna pani Belstar? – Znam, i to dobrze. Sama przeszłam przez Belstar. Tam się pan nauczył po hiszpańsku? – Mieliśmy lekcje codziennie przez sześć tygodni. – Sześć tygodni? To szczęściarz z pana. Ja spędziłam w Belstarze trzy miesiące. Konałam z nudów. Jedyną rzeczą, jaka mnie trzymała przy życiu, były lekcje hiszpańskiego. Uczyła was może señora Piñera? – Nie, uczył nas mężczyzna. Waha się przez chwilę. – Mogę spytać o coś innego? Mój mały – patrzy na dziec ko – nie czuje się dobrze. Trochę dlatego, że jest zdenerwo wany; zagubiony i zdenerwowany. I nie odżywiał się jak na leży. Jedzenie w obozie mu nie smakowało. Czy można tu gdzieś dostać porządny posiłek? – Ile chłopiec ma lat? – Pięć. Tyle mu wpisali. – I mówi pan, że to nie wnuk? – Ani wnuk, ani syn. Nie jesteśmy spokrewnieni. Pro szę – wyjmuje z kieszeni dwa paszporty i podaje urzędniczce. Ta przygląda im się uważnie. – Zostały wydane w Belstarze? – Tak. Tam otrzymaliśmy nasze imiona, nasze hiszpań skie imiona. Kobieta przechyla się przez kontuar. 6
– David – mówi. – Ładne imię. Podoba ci się twoje imię, młody człowieku? Chłopiec patrzy na nią spokojnie, ale nie odpowiada. Co widzi urzędniczka? Chude, blade dziecko, ubrane w weł niany, zapięty pod szyję kubrak, szare spodenki do pół łyd ki, wełniane skarpety, czarne sznurowane trzewiki i noszo ną na bakier sukienną czapkę. – Nie jest ci za gorąco? Może zdjąłbyś tę kapotę? Chłopiec kręci przecząco głową. Mężczyzna wtrąca: – To ubranie z Belstaru. Sam sobie takie wybrał z rze czy, które mieli do zaoferowania. Jest do niego bardzo przy wiązany. – Rozumiem. Pytałam, bo wydawało mi się, że jest tro chę za ciepło ubrany jak na dzisiejszy dzień. Pozwolę sobie nadmienić, że mamy tu, w Ośrodku, magazyn, gdzie ludzie oddają odzież, z której ich dzieci już wyrosły. Jest otwar ty co rano w dni powszednie. Zapraszam do skorzystania. Znajdzie pan tam większy wybór ubrań niż w Belstarze. – Dziękuję. – Kiedy już wypełni pan wszystkie niezbędne formula rze, może pan też pobrać pieniądze na podstawie książecz ki rozrachunkowej. Przysługuje panu zasiłek na zagospo darowanie w wysokości czterystu reali. Chłopcu też. Po czterysta na głowę. – Dziękuję. – A teraz zaprowadzę was do waszego pokoju. Przechyla się w bok i szepcze coś do kobiety w sąsied nim boksie oznaczonym napisem Trabajos. Tamta wyciąga szufladę, szpera w niej, kręci głową. – Mały problem – mówi dziewczyna. – Chyba nie mamy klucza do pańskiego pokoju. Musi być u szefowej nadzoru budowlanego. Ona się nazywa señora Weiss. Pójdzie pan teraz do budynku C. Narysuję panu plan. Jak pan znajdzie 7
señorę Weiss, poprosi pan o klucz do C-55. Niech pan po wie, że przysłała pana Ana z głównego biura. – Nie łatwiej by było dać nam jakiś inny pokój? – Niestety, C-55 to jedyny wolny pokój. – A jedzenie? – Jedzenie? – Tak. Czy możemy się gdzieś posilić? – Z tym też się proszę zwrócić do señory Weiss. Powinna panu pomóc. – Dziękuję. I jeszcze ostatnie pytanie: macie tu organi zacje specjalizujące się w łączeniu ludzi? – Łączeniu ludzi? – Tak. Przecież jest tu na pewno mnóstwo osób szuka jących członków rodziny. Czy istnieją organizacje, które pomagają w odnajdywaniu rodzin, przyjaciół, ukochanych? – Nie, nigdy nie słyszałam o takiej organizacji. Po części dlatego że jest zmęczony i zdezorientowany, po części dlatego że plan naszkicowany przez dziewczynę jest niewyraźny, po części z powodu braku jakichkolwiek zna ków informacyjnych mężczyzna długo kluczy, zanim w koń cu udaje mu się znaleźć budynek C i biuro señory Weiss. Drzwi są zamknięte. Stuka. Żadnej odpowiedzi. Zatrzymuje przechodzącą obok drobną kobietę o spi czastej, mysiej twarzy, noszącą czekoladowy mundur z god łem Ośrodka. – Szukam señory Weiss – mówi. – Już ma fajrant – odpowiada kobieta, a widząc, że męż czyzna nie rozumie, dodaje: – Skończyła pracę na dzisiaj. Przyjdźcie rano. – A może pani mogłaby nam pomóc? Szukamy klucza do pokoju C-55. Kobieta kręci głową: – Przykro mi, ale nie zajmuję się kluczami. 8
Wracają do Centro de Reubicación. Drzwi są zamknię te. Mężczyzna skrobie paznokciem w szybę. Żadnego zna ku życia w środku. Skrobie znowu. – Chce mi się pić – marudzi chłopiec. – Zaczekaj jeszcze chwilę. Zaraz poszukam jakiegoś kranu. Zza węgła wyłania się Ana. – Stukał pan do drzwi? – pyta. Znów jest uderzony jej młodością, zdrowiem i świeżoś cią, które wprost z niej promieniują. – Wygląda na to, że señora Weiss poszła już do domu – mówi. – Nie może pani czegoś zrobić? Nie ma pani – jak się to nazywa? – llave universal, żeby otworzyć nasz pokój? – Llave maestra. Nie istnieje taka rzecz jak llave universal. Gdybyśmy mieli llave universal, skończyłyby się wszystkie nasze kłopoty. Nie, señora Weiss jest jedyną osobą z llave maestra do budynku C. Ale może ma pan jakiegoś przyja ciela, który by was przenocował? Wtedy wróciłby pan ra no i porozmawiał z señorą Weiss. – Przyjaciela, który by nas przenocował? Dopłynęliśmy do tych brzegów sześć tygodni temu i od tamtej pory miesz kaliśmy w obozowym namiocie na pustyni. Jakże więc mo że pani oczekiwać, że mogę tu mieć przyjaciół, którzy by nas przenocowali? Ana marszczy brwi. – Idźcie do głównego wejścia – nakazuje. – I zaczekaj cie przed bramą. Zobaczę, co da się zrobić. Mijają bramę, przechodzą na drugą stronę ulicy i siada ją w cieniu pod drzewem. Chłopiec kładzie głowę na ra mieniu mężczyzny. – Chcę pić – skarży się. – Kiedy znajdziesz kran? – Ććć… – mówi mężczyzna. – Posłuchaj ptaków. Słuchają śpiewu obcego ptaka, czują na skórze powiew obcego wiatru. 9
Pojawia się Ana. Mężczyzna podnosi się i macha do niej. Chłopiec także zrywa się na nogi, z rękami sztywno przy ciśniętymi do boków i kciukami zamkniętymi w pięściach. – Przyniosłam trochę wody dla pańskiego syna – mówi dziewczyna. – Masz, David, pij. Dziecko pije, potem zwraca kubek kobiecie. Ona cho wa go do torebki. – Dobre było? – pyta. – Tak. – Cieszę się. Chodźcie teraz ze mną. To kawałek drogi, ale można potraktować marsz jak ćwiczenie. Rusza żwawym krokiem ścieżką wiodącą przez park. Atrakcyjna kobieta, bez dwóch zdań, choć nie najlepiej ubra na: ciemna, bezkształtna spódnica, biała bluzka zapięta pod szyję, pantofle na płaskim obcasie. Gdyby był sam, dotrzymałby jej kroku, ale z dzieckiem na ręku nie daje rady. Woła: – Nie tak szybko, proszę! Ana nie zwraca na niego uwagi. Śpieszy za nią przez park, przez ulicę, przez następną ulicę, ale dzieląca ich odległość coraz bardziej się zwiększa. Przed wąskim, pospolicie wyglądającym budynkiem dziewczyna zatrzymuje się i czeka. – Tu mieszkam – mówi. Otwiera kluczem frontowe drzwi. – Proszę za mną. Prowadzi ich przez mroczny korytarz do tylnego wyj ścia, a potem drewnianymi koślawymi schodami na małe podwórko zarośnięte trawą i chwastem, zamknięte z dwóch stron płotem z desek, a z trzeciej drucianą siatką. – Siadajcie – mówi, wskazując na zardzewiałe żeliwne krzesło do połowy ukryte w trawie. – Przyniosę wam coś do jedzenia. Mężczyzna nie ma ochoty siadać. On i chłopiec czeka ją przy drzwiach. 10
Dziewczyna wyłania się z domu, niosąc talerz i dzbanek. W dzbanku jest woda, a na talerzu cztery kromki chleba po smarowane margaryną. Dokładnie to samo co dostawali na śniadanie w stacji pomocy społecznej. – Jako nowo przybyli musicie mieszkać w wyznaczonej kwaterze albo na terenie Ośrodka – oznajmia Ana. – Ale nic się nie stanie, jeśli pierwszą noc spędzicie tutaj. Ponie waż jestem zatrudniona w Ośrodku, możemy przyjąć, że mój dom pełni funkcję oficjalnej kwatery. – To bardzo uprzejmie z pani strony, bardzo wielkodusz nie – mówi mężczyzna. – Tam, w rogu, są resztki materiałów budowlanych – po kazuje dziewczyna. – Jak pan chce, to może pan sobie z te go zrobić schronienie. Poradzi pan sobie sam? Patrzy na nią skonsternowany. – Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem – mówi. – Gdzie właściwie mamy spędzić noc? – Tutaj – dziewczyna pokazuje na podwórko. – Wrócę za chwilę i zobaczę, jak panu idzie. Wspomniane materiały budowlane to kilka płatów gal wanizowanej blachy, miejscami przeżartej przez rdzę – pew nie z jakiegoś starego dachu – i trochę kawałków drewna różnej wielkości. Czy to jakaś próba? Czy ona naprawdę myśli, że on i dziecko mają spać pod gołym niebem? Czeka na obiecany powrót, ale dziewczyna się nie pojawia. Pró buje otworzyć tylne drzwi; są zamknięte. Kołacze. Żadnej odpowiedzi. O co chodzi? Czy ona stoi za firanką, obserwując je go reakcję? Nie są uwięzieni. Łatwo mógłby odgiąć drucianą siatkę i uciec. Czy tak właśnie powinni postąpić, czy raczej zacze kać i zobaczyć, co będzie dalej? Czeka. Ana zjawia się ponownie, gdy słońce zaczyna już zachodzić. 11
– Niewiele pan zrobił – rzuca, marszcząc brwi. – Pro szę – wręcza mu butelkę wody, ręcznik i rolkę papieru toa letowego, a widząc jego pytające spojrzenie, dodaje: – Nikt tu pana nie zobaczy. – Zmieniłem zdanie – mówi mężczyzna. – Wracamy do Ośrodka. Musi tam przecież być jakieś pomieszczenie, gdzie moglibyśmy spędzić noc. – Nic z tego. Bramy Ośrodka są już zamknięte. Zamy kają o szóstej. Mężczyzna ze złością podchodzi do sterty blachy, wy ciąga dwa arkusze i opiera je pod kątem o drewniany płot. To samo robi z trzecim i czwartym arkuszem, tworząc pry mitywny szałas. – Tak sobie pani wyobrażała nasz dach nad głową? – py ta, odwracając się w stronę dziewczyny. Ale jej już nie ma. – Tu będziemy spać dziś w nocy – mówi do chłopca. – To będzie przygoda. – Jestem głodny – odpowiada chłopiec. – Nie zjadłeś chleba. – Nie lubię chleba. – Trudno, będziesz się musiał do niego przyzwyczaić, bo to wszystko, co mamy. Jutro znajdziemy coś lepszego. Chłopiec nieufnie bierze kromkę chleba i nadgryza ją. Paznokcie, zauważa mężczyzna, ma czarne od brudu. W dogasającym świetle dnia układają się w swoim schronieniu, starszy na posłaniu z trawy, młodszy w za głębieniu jego ręki. Po chwili chłopiec już śpi, z kciukiem w ustach. Do mężczyzny sen nie przychodzi. Nie ma płasz cza; ziąb powoli wsącza się w jego ciało, zaczyna drżeć. „To nic poważnego, to tylko zimno, nie zabije cię – mó wi do siebie. – Noc minie, wzejdzie słońce, wstanie dzień. Żeby tylko nie było robactwa. Wszystko, tylko nie te peł zające robaki”. Zasypia. 12
Na długo przed świtem budzi się, sztywny i obola ły z zimna. Wzbiera w nim gniew. Po co ta bezsensowna niedola? Wyczołguje się spod daszku z blachy, dociera po omacku do drzwi i stuka w nie, najpierw cicho, potem co raz głośniej. Na górze otwiera się okno; w świetle księżyca majaczy twarz dziewczyny. – Tak? – pyta. – Coś nie w porządku? – Wszystko – odpowiada mężczyzna. – Tutaj jest zimno. Może byś nas wpuściła do domu? Długa chwila ciszy. A potem: – Zaczekaj. Czeka. Wreszcie słyszy: – Masz. Coś spada na ziemię: koc, niezbyt duży, złożony we czworo, szorstki, pachnący kamforą. – Czemu nas tak traktujesz? – woła mężczyzna. – Jak śmieci? Okno zamyka się z trzaskiem. Mężczyzna wpełza z powrotem do szałasu, opatula ko cem siebie i dziecko. Budzi go świergot ptaków. Chłopiec wciąż mocno śpi, odwrócony doń plecami, z czapką pod głową. Ubranie męż czyzny jest mokre od rosy. Zapada ponownie w drzemkę. Kiedy otwiera oczy, widzi nad sobą Anę. – Dzień dobry – mówi dziewczyna. – Przyniosłam wam śniadanie. Niedługo muszę wyjść. Jak będziecie gotowi, to was wypuszczę. – Wypuszczę? – Przeprowadzę was przez dom. Pośpieszcie się. Nie za pomnij wziąć koca i ręcznika. Mężczyzna budzi chłopca. – Wstawaj – mówi. – Czas na śniadanie. Sikają ramię w ramię w kącie podwórka. 13
Okazuje się, że śniadanie to jeszcze raz chleb i woda. Dziecko kręci nosem; on sam nie jest głodny. Zostawia nie tkniętą tacę na schodach. – Jesteśmy gotowi do wyjścia! – woła. Dziewczyna wyprowadza ich przez korytarz na pustą ulicę. – Do widzenia – mówi. – W razie potrzeby możecie tu wrócić na noc. – A co z pokojem, który nam obiecywałaś w Ośrodku? – Jeśli się okaże, że klucza wciąż nie ma albo że pokój został w międzyczasie zajęty, to możecie znów spać tutaj. Do zobaczenia. – Chwileczkę. Czy nie możesz nam pożyczyć trochę pieniędzy? Do tej pory nie musiał żebrać, ale nie wie, do kogo in nego miałby się zwrócić. – Powiedziałam, że wam pomogę, ale nic nie mówiłam o pieniądzach. W tej sprawie musisz się udać do Asistencia Social. Z miasta można tam dojechać autobusem. Pamiętaj, żebyś wziął z sobą książeczkę rozrachunkową i potwier dzenie zameldowania. Wtedy będziesz mógł dostać zasiłek na zagospodarowanie. Albo jeśli znajdziesz pracę, możesz poprosić o zaliczkę. Dziś rano nie będzie mnie w Ośrodku. Mam kilka spotkań. Ale jak pójdziesz tam i powiesz im, że szukasz pracy i potrzebujesz un vale, będą wiedzieli, o co chodzi. Un vale. A teraz muszę już lecieć. Ścieżka, którą mężczyzna i chłopiec idą przez pusty park, okazuje się niewłaściwa. Gdy wreszcie docierają do Ośrodka, słońce stoi już wysoko. Za kontuarem z napi sem Trabajos siedzi kobieta w średnim wieku, o zaciętej twarzy, z włosami sczesanymi za uszy i ciasno związany mi z tyłu głowy. – Dzień dobry – mówi mężczyzna. – Wczoraj się zare jestrowaliśmy. Jesteśmy nowi, a ja szukam pracy. Podobno mogę otrzymać od pani un vale. 14
– Vale de trabajo – mówi kobieta. – Proszę pokazać pasz port. Podaje jej dokument. Kobieta przegląda go i zwraca. – Wpiszę panu vale, ale rubrykę „praca” wypełnia pan sam; od pana zależy, na co się pan zdecyduje. – Może podpowie mi pani, gdzie powinienem zacząć? To jest dla mnie obcy teren. – Niech pan spróbuje w dokach – radzi kobieta. – Tam zwykle potrzebują robotników. Dostanie się pan na miej sce autobusem 29. Odjeżdża sprzed głównej bramy co pół godziny. – Nie mam pieniędzy na autobus. W ogóle nie mam pieniędzy. – Autobus nic nie kosztuje. Wszystkie autobusy są za darmo. – A jakiś kąt do mieszkania? Mogę o to spytać? Ta mło da pani, która była wczoraj na dyżurze, ma na imię Ana, za rezerwowała dla nas pokój, ale nie udało nam się do nie go dostać. – Nie ma już wolnych pokoi. – Wczoraj był wolny pokój, C-55, tylko klucz się gdzieś zapodział. Miała go pod opieką señora Weiss. – Nic o tym nie wiem. Proszę przyjść po południu. – Nie mógłbym porozmawiać z señorą Weiss? – Dziś rano mamy zebranie starszego personelu. Señora Weiss jest na tym zebraniu. Będzie w pracy dopiero po po łudniu.
2 W autobusie 29 ogląda otrzymane vale de trabajo. Zwykła kartka wyrwana z notesu, a na niej nagryzmolone: „Okazi ciel jest nowo przybyłym. Proszę wziąć pod uwagę możli wość zatrudnienia”. Żadnej pieczątki, żadnego podpisu, tyl ko same inicjały: P.X. Całość wygląda bardzo nieurzędowo. Czy taki świstek wystarczy, żeby dostać pracę? Wysiadają z autobusu ostatni. Przy całej swej rozległości – nabrzeża ciągną się wzdłuż rzeki aż po widnokrąg – doki wydają się dziwnie opustoszałe. Tylko na jednej kei coś się dzieje: trwa załadunek albo rozładunek frachtowca; ludzie schodzą i wchodzą po trapie. Mężczyzna podchodzi do wysokiego człowieka w kom binezonie, który, jak się zdaje, nadzoruje robotę. – Dzień dobry – mówi. – Szukam pracy. W Ośrodku dla Przesiedleńców powiedzieli, że powinienem przyjść tu taj. Czy pan jest osobą, z którą mógłbym o tym porozma wiać? Mam vale. – Możemy pogadać – odpowiada tamten. – Ale czy nie jesteś ciut za stary na estibadora? Estibador? Widocznie nie ma zbyt pewnej miny, bo czło wiek w kombinezonie (brygadzista?) wykonuje ruchy, jak by zarzucał na plecy ładunek i słaniał się pod jego ciężarem. – A, estibador! – wykrzykuje mężczyzna. – Przepraszam, ale nie znam dobrze hiszpańskiego. Nie, wcale nie za stary. 16
Słyszy własny głos i myśli: czy to prawda? Rzeczywiście nie jest za stary na ciężką pracę? Nie czuje się stary, tak jak i nie czuje się młody. Sam dla siebie nie ma żadnego kon kretnego wieku. Jakby upływ czasu go nie dotyczył – jeśli coś takiego jest w ogóle możliwe. – Wypróbujcie mnie – proponuje. – Jeśli uznacie, że się nie nadaję, to od razu odejdę, bez urazy. – Dobra – mówi brygadzista. Zwija vale w kulkę i wrzu ca do wody. – Możesz zacząć od dziś. Ten mały jest z tobą? Jak chcesz, to możesz go tu ze mną zostawić. Będę miał na niego oko. A co do hiszpańskiego, nie martw się, wytrwaj. Pewnego dnia przestanie być językiem, a stanie się sposo bem, w jaki rzeczy istnieją. Mężczyzna zwraca się do chłopca: – Zostaniesz tu z tym panem, a ja pomogę nosić worki? Dziecko kiwa głową. Znów trzyma kciuk w ustach. Na trapie mieści się tylko jedna osoba. Mężczyzna czeka, aż sztauer, dźwigający na grzbiecie pękaty worek, zejdzie na brzeg. Potem sam wspina się na pokład, a stamtąd po masywnej drewnianej drabinie schodzi do ładowni. Czeka chwilę, aż oczy przywykną do półmroku. W ładowni pię trzą się setki, może tysiące, takich samych pękatych worków. – Co jest w tych workach? – pyta stojącego obok ro botnika. Tamten obrzuca go dziwnym spojrzeniem. – Granos – odpowiada. Mężczyzna chce spytać, ile ważą worki, ale nie ma cza su. Teraz jego kolej. Na szczycie sterty czuwa wielki chłop o muskularnych przedramionach i szerokim uśmiechu, którego praca najwy raźniej polega na zarzucaniu worków na ramiona podcho dzących kolejno sztauerów. Mężczyzna podstawia grzbiet; brzemię opada. Chwieje się, potem chwyta worek za rogi, jak podpatrzył u innych robotników, stawia pierwszy krok, 17
drugi. Czy naprawdę zdoła wejść z tym ciężarem po drabi nie, jak tamci? Starczy mu sił? – Spokojnie, viejo – słyszy za sobą głos. – Nie śpiesz się. Umieszcza lewą stopę na najniższym szczeblu drabiny. To sprawa równowagi, mówi sobie, trzeba utrzymać pion, pilnując, żeby worek się nie ześlizgnął i żeby nie przemiesz czała się jego zawartość. Kiedy rzeczy zaczynają się prze mieszczać albo wyślizgiwać, to koniec. Człowiek przestaje być sztauerem i jest żebrakiem, dygoczącym z zimna w bla szanej budzie na cudzym podwórku. Teraz prawa stopa. Zaczyna się uczyć, jak to jest z dra biną: jeśli oprzesz się o nią piersią, wtedy ciężar worka, za miast grozić pozbawieniem cię równowagi, stabilizuje ciało. Jego lewa stopa znajduje następny szczebel. Z dołu słychać szmer aprobaty. Mężczyzna zaciska zęby. Osiemnaście stop ni do przejścia (policzył je przedtem). Da radę. Powoli, odpoczywając po każdym kolejnym stopniu i słuchając bicia własnego serca (co będzie, jak dostanie za wału? ale by narobił zamieszania!), pnie się po drabinie. Na samej górze zatacza się i osuwa na kolana, tak że worek lą duje na pokładzie. Wstaje znów na nogi, pokazuje worek. – Może mi ktoś pomóc? – pyta, starając się opanować zadyszkę i mówić lekkim tonem. Życzliwe ręce zarzucają mu worek na plecy. Trap nastręcza swoich własnych trudności: huśta się ła godnie z boku na bok, w miarę poruszeń statku, nie dając nic z oparcia, jakie zapewniała drabina. Mężczyzna robi co w jego mocy, żeby schodząc, zachować wyprostowaną postawę, choć to oznacza, że nie widzi, gdzie stawia stopy. Nie odrywa oczu od chłopca, który stoi nieruchomo obok brygadzisty, obserwując rozładunek. „Obym tylko nie przy niósł mu wstydu!” – myśli. Dociera bez potknięcia na keję. 18
– Skręć w lewo! – woła brygadzista. Z trudem wykonuje zwrot. Właśnie podjeżdża niski fur gon ciągnięty przez dwa olbrzymie konie o włochatych pę cinach. Perszerony? Nigdy jeszcze nie widział prawdziwe go perszerona. Od koni bije ostry zapach moczu. Obraca się i opuszcza worek na dno furgonu. Jakiś mło dy człowiek w podniszczonym kapeluszu wskakuje lekko na platformę i przeciąga worek na przód wozu. – Z drogi! – słyszy za sobą. To kolejny z dokerów, kolejny z jego towarzyszy pracy, z kolejnym workiem. Mężczyzna idzie po własnych śladach do ładowni, wra ca z drugim workiem, potem z trzecim. Jest wolniejszy od swoich kolegów (czasem muszą na niego czekać), ale nie wiele. Poprawi się, jak przywyknie do wysiłku, a jego cia ło okrzepnie. W każdym razie – nie za stary. Choć opóźnia robotę, nie spotyka się z niechęcią ze stro ny innych. Przeciwnie, raz czy drugi słyszy słowo otuchy i czuje przyjacielskie klepnięcie w plecy. Jeśli tak wygląda sztauowanie, nie jest to zła praca. Przynajmniej coś się osią ga. Przynajmniej pomaga się przenosić ziarno, które później przemienia się w chleb, w życiodajny pokarm. Rozlega się głos gwizdka. – Przerwa – wyjaśnia sąsiad. – Jak ci się chce tego… no, wiesz. Oddają obaj mocz za drewnianą szopą, myją ręce pod kranem. – Można tu gdzieś dostać herbaty? – pyta mężczyzna. – I coś do jedzenia? – Herbaty? – tamten wygląda na rozbawionego. – Nic mi o tym nie wiadomo. Jak ci się chce pić, to możesz wziąć mój kubek, ale jutro przynieś sobie własny. – Napełnia ku bek pod kranem, podaje. – I z pół bochenka chleba. Cięż ko wytrzymać cały dzień o pustym brzuchu. 19
Przerwa trwa tylko dziesięć minut, później znów trzeba wziąć się do rozładunku. Do czasu gdy brygadzista oznajmia gwizdkiem koniec pracy, mężczyzna ma za sobą trzydzieści jeden worków przeniesionych z ładowni na nabrzeże. Przez cały dzień mógłby prawdopodobnie przenieść około pięć dziesięciu. Pół setki worków dziennie; mniej więcej dwie tony. Nic nadzwyczajnego. Dźwig przeniósłby dwie tony za jednym zamachem. Dlaczego oni nie używają dźwigu? – Zuch chłopak z tego twojego syna – mówi brygadzi sta. – Żadnych kłopotów. Nazywa chłopca un jovencito, zapewne, aby sprawić przyjemność mężczyźnie. Zuch chłopak, który też wyroś nie na sztauera. – Gdyby tak zamontować tutaj dźwig – zauważa mężczy zna – można by dokonywać rozładunku dziesięć razy szyb ciej. Nawet mały dźwig. – Pewnie tak – zgadza się brygadzista. – Ale po jakie licho? Jaki sens miałoby robienie rzeczy dziesięć razy szyb ciej? Przecież nie grozi nam żaden kryzys, brak żywności na przykład. Po jakie licho? Brzmi to jak prawdziwe pytanie, nie jak drwina. – Żebyśmy mogli poświęcić siły na coś lepszego – pod suwa. – Lepszego niż co? Lepszego niż zaopatrywanie naszych bliźnich w chleb? Mężczyzna wzrusza ramionami. Powinien był trzymać gębę na kłódkę. Na pewno nie powie: „Lepszego niż tasz czenie ciężkich ładunków, jak zwierzęta pociągowe”. – Chłopiec i ja musimy się śpieszyć – mówi. – Mamy być z powrotem w Ośrodku przed szóstą, bo jak nie, to znów czeka nas noc pod gołym niebem. Mogę przyjść jutro rano? – Oczywiście, oczywiście. Spisałeś się dobrze. – A czy mogę dostać zaliczkę? 20
– To niestety niemożliwe. Kasjer robi objazd dopiero w piątek. Ale jak nie masz pieniędzy… – przetrząsa kiesze nie i wyciąga garść monet – to weź, ile potrzebujesz. – Nie jestem pewien, ile potrzebuję. Jestem tutaj nowy, nie mam pojęcia o cenach. – Więc weź wszystko. Oddasz mi w piątek. – Dziękuję, jesteś dla nas bardzo dobry. To prawda. Nie dość, że pilnuje dziecka, gdy pracujesz, to jeszcze pożycza ci pieniądze: kto by się spodziewał ta kich rzeczy po brygadziście? – Drobiazg. Też byś tak zrobił. Do widzenia, młody zu chu – mówi brygadzista do chłopca. – Widzimy się jutro skoro świt. Docierają do biura akurat w chwili, gdy kobieta o zacię tej twarzy zamyka drzwi. Ani śladu Any. – Są jakieś wieści o naszym pokoju? – pyta mężczyzna. – Znaleźliście klucz? Kobieta marszczy brwi. – Trzeba iść tą drogą, potem niech pan skręci w pierwszą w prawo i szuka długiego, niskiego budynku z literą „C”. Zapyta pan o señorę Weiss. Ona wskaże wam pokój. I niech ją pan poprosi o pozwolenie skorzystania z pralni, żeby mógł pan sobie uprać ubranie. Mężczyzna chwyta aluzję i rumieni się. Po tygodniu bez kąpieli dziecko zaczyna śmierdzieć, on sam z pewnością cuchnie jeszcze gorzej. Pokazuje kobiecie swoje pieniądze. – Może mi pani powiedzieć, ile to jest? – Nie umie pan liczyć? – Chodzi mi o to, co mogę za to kupić. Wystarczy na jakiś posiłek? – Ośrodek nie zapewnia żadnych posiłków oprócz śnia dania. Ale niech pan porozmawia z señorą Weiss i wyjaśni sytuację. Być może ona potrafi panu pomóc. 21
C-41, biuro señory Weiss, jest zamknięte na głucho, tak jak poprzednim razem. Ale w suterenie, w kącie pod schoda mi, oświetlonym przez pojedynczą gołą żarówkę, natrafiają na młodego człowieka rozwalonego na krześle i czytające go gazetę. Oprócz czekoladowego munduru z emblematem Ośrodka ma na sobie maleńką, okrągłą czapkę z paskiem pod brodą, jak cyrkowa małpka. – Dobry wieczór – mówi mężczyzna. – Szukam nie uchwytnej señory Weiss. Wie pan może, gdzie ona jest? Przy dzielono nam pokój w tym budynku, a señora Weiss ma do niego klucz albo przynajmniej klucz generalny. Młody człowiek zrywa się na nogi, odchrząkuje i odpo wiada. Jego odpowiedź jest uprzejma, ale koniec końców bezużyteczna. Skoro biuro señory Weiss jest zamknięte, to znaczy, że señora poszła już prawdopodobnie do domu. Co do klucza generalnego, jeśli taki w ogóle istnieje, znajduje się zapewne w tym samym zamkniętym na głucho biurze. Podobnie jak klucz do pralni. – Czy może pan przynajmniej pokazać nam drogę do pokoju C-55? – pyta mężczyzna. – Ten właśnie pokój nam przydzielono. Człowiek w czapeczce prowadzi ich bez słowa długim korytarzem, obok C-49, C-50, … , C-54. Gdy docierają do C-55, naciska klamkę. Drzwi nie są zamknięte. – I po kłopocie – mówi z uśmiechem i znika. Pokój jest mały, bez okien i nader skąpo umeblowany: jednoosobowe łóżko, komoda, umywalka. Na komodzie taca ze spodkiem, na którym leżą dwie i pół kostki cukru. Mężczyzna daje cukier chłopcu. – Musimy tu zostać? – pyta chłopiec. – Tak, musimy. Ale niedługo poszukamy czegoś lepszego. Na drugim końcu korytarza mężczyzna odkrywa kabinę prysznicową. Nie ma mydła. Rozbiera dziecko i sam także ściąga ubranie. Stojąc razem z chłopcem pod cienką strużką 22
letniej wody, robi co może, żeby umyć siebie i jego. Potem dziecko czeka, a on trzyma ich bieliznę pod tą samą struż ką wody (teraz już chłodnej, a po chwili całkiem zimnej), wyżyma. Wyzywająco nagi, z dzieckiem u boku, człapie pu stym korytarzem do ich pokoju i zamyka drzwi na zasuw kę. Wyciera chłopca ich jedynym ręcznikiem. – A teraz spać – zarządza. – Jestem głodny – skarży się chłopiec. – Bądź cierpliwy. Jutro rano zjemy porządne śniadanie, przyrzekam. Myśl o tym. Układa małego w łóżku, całuje go na dobranoc. Ale chłopiec nie jest śpiący. – Po co tutaj jesteśmy, Simón? – pyta cicho. – Już ci mówiłem: zostaniemy tu tylko jedną czy dwie noce, zanim znajdziemy jakieś lepsze miejsce. – Chodzi mi o to, dlaczego jesteśmy tutaj. – Mały ogar nia ruchem ręki pokój, Ośrodek, Novillę, wszystko. – Ty jesteś tutaj, żeby znaleźć swoją matkę, a ja, żeby ci pomóc. – A jak już ją znajdziemy, to po co tu będziemy? – Nie wiem, co powiedzieć. Jesteśmy tu z tego same go powodu co wszyscy inni. Dostaliśmy szansę, żeby żyć, i przyjęliśmy ją. To wielka rzecz – życie. Największa ze wszystkich. – Ale czy musimy żyć tutaj? – Tutaj w przeciwieństwie do czego? Nie ma innego miej sca niż tutaj. A teraz zamknij oczy. Pora spać.