

Szejnert Małgorzata
Chwila
przed podróżą
Reportaże z prl
Wybór Daniel Lis
wydawnictwo znak Kraków • 2026
Projekt okładki i projekt typograficzny środka
Michał Pawłowski
Zdjęcie na okładce
Fot. Jarosław Tarań, zbiory Ośrodka KARTA
Redaktorka inicjująca
Dorota Gruszka
Redaktorka prowadząca
Aleksandra Pietrzyńska
Opieka redakcyjna
Anna Szulczyńska
Promotorka
Karina Caban
Opracowanie skanów reportaży
Katarzyna Nawrocka
Korekta
Anastazja Oleśkiewicz
Beata Trebel-Bednarz
Łamanie
CreoLibro
Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 3/DF-VII /2026.
Copyright © by Małgorzata Szejnert
Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-055-4
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl
Wydanie I, Kraków 2026. Printed in EU
Pocztówka z PRL
R E po RTA ż W p ol S c E lUD oWE j j EST jAK pocz T óWKA trójwymiarowa. Władza widzi na zdjęciu ubraną panią, obywatel ustawia kartę pod innym kątem i widzi panią gołą.
Reporter stara się tak przygotować pocztówkę, żeby cenzura ją przepuściła, ale też by czytelnik znalazł w niej rzeczywisty obraz świata.
Reporterka Szejnert nie może przecież otwarcie napisać w 1980 roku, że kraj pogrążył się w ruinie, choć jego budowa wciąż trwa. Może jednak nadać wiadomość szyfrem.
– Jeszcze nie powstało, już zdewastowane? – pyta więc o ruiny budowy ośrodka z oddziałem dla dzieci upośledzonych na Śląsku. I notuje odpowiedź przedstawiciela Budopolu: – Jeśli się buduje przez tyle lat, cegła kruszeje, drewno się paczy, beton skawala, rury rdzewieją. Renowacja budowy mnóstwo kosztuje…
Reporterka-kryptolożka wie, że tyle wystarczy. Czytelnik-deszyfrant zrozumie, co miała na myśli.
W reportażu o życiu przyfabrycznej stołówki zapisuje słowa pracownicy: – Codzienni bywalcy stołówkowi już się przyzwyczaili do zasady, że chcąc jeść nożem, musisz dać przepustkę (…) Już cztery lata jest taki zwyczaj. Przedtem, kiedy noże leżały luzem, ginęło i 50 dziennie.
Odbiorca rozumie, że w kraju trwa kryzys na rynku sztućców i kultury osobistej.
Gdy w tekście o warszawskim Supersamie pisze: „Pani
Renia kuli się na rampie. Pod białym fartuchem ma sweter owczy, na fartuchu serdak supersamowski. Kiedyś przydzielano pracownikom kożuszki, ale przez tyle lat poznikały jakoś ze stanu” – każdy od razu wie, że mowa jest o polskim kombinowaniu.
Kiedy w reportażu o strajkach w szczecińskiej stoczni zauważa w torbie jednego z protestujących tom poezji Mickiewicza, obrazek ten wart jest więcej niż tomy analiz.
O polityce nie pisze. W rzeczywistości, w której działa jej pokolenie reporterów, jest to nie tylko niemożliwe, ale też nieskuteczne. Skupia się na opisie codzienności. Bohaterami tekstów są zwyczajni ludzie, którzy pracują, piszą kroniki, sprzątają po strajku, hodują kwiaty i starają się żyć w pięknym otoczeniu – na miarę swoich marzeń i możliwości.
Polityka i tak jest wszędzie. W cieknących sufitach nowych mieszkań na Ursynowie, w gnijących od wilgoci ikonach z bieszczadzkich cerkwi, w pociągach
Pocztówka z PRL
odjeżdżających sprzed nosa robotnikom ursynowskiej fabryki, w tęsknocie obywateli za złotą Giocondą i bolącym z nerwów żołądku pracownicy Supersamu, która obsługuje na tradycji.
Drobna, zdystansowana reporterka Szejnert zamiast pchać się na pierwszy plan, woli stać z boku – wśród ludzi.
Pisanie reportażu wymaga w Polsce Ludowej uważności na szczegół, cierpliwości, umiejętności czekania na odpowiednie zdanie, szacunku dla odrębności języka rozmówców.
Bywa jednak, że cenzorom udaje się złamać szyfr i teksty Małgorzaty spadają z łamów. Tak jak reportaż z 1973 roku o malwersacjach w Powiatowym Ośrodku Sportu, Turystyki i Wypoczynku. Dopiero cztery lata później cenzura zdejmie z niego zakaz publikacji.
Kiedy w 1973 roku „Polityka” drukuje jej tekst Mitra pod kapeluszem , o życiu polskiej arystokracji w p R l , wybucha awantura. W tym czasie w ramach eksperymentu cenzura nie obejmuje tygodnika. Książęta i hrabiowie mają w reportażu Szejnert zeszlifowane charaktery, noszą kapcie, mieszkają w blokach. Tak o „panach” po wojnie jeszcze nie pisano. Reporterka otrzymuje dożywotni zakaz pisania na ten temat, redaktor naczelny Mieczysław Rakowski zostaje pozbawiony nagrody państwowej.
Rozpoczynając pod koniec lat osiemdziesiątych pracę nad poszukiwaniem grobów więźniów politycznych, zamordowanych po wojnie na Rakowieckiej w Warszawie, wie, że znów
naruszy tabu. Nie ma nadziei na publikację książki w Polsce, umawia się więc z londyńskim wydawnictwem Aneks. Nie spodziewa się, że przyjdzie jej skończyć reportaż w zupełnie innej rzeczywistości, w czasie obrad Okrągłego Stołu.
I nagle przestaje pisać. Nasłuchiwanie rozmów w pociągach, godziny spędzone w wiejskich chałupach, nawiązywanie kontaktów z ludźmi przez płoty, pływanie amfibią po zalanym przez powódź Pułtusku, troskę o zabytki Krakowa i gdańskiej Oliwy, reporterską włóczęgę po
Stanach Zjednoczonych zamienia na biurko w „Gazecie Wyborczej”.
Nim wróci do pisania i weźmie na tapet śląskie Giszowiec i Nikiszowiec, Ellis Island, Zanzibar, Polesie i wyspę
Bute zwaną Wyspą Węży, zostaje szefową działu reportażu. Przez piętnaście lat uczy reporterów (w tym niżej podpisaną) wrażliwości na szczegół, uważności na słowo, precyzji myśli i klarowności formy. I nigdy nie powołuje się na swoje reportaże, choć tyle ich napisała.
Zbiór reportaży z pR l Chwila przed podróżą dopełnia obrazu pracy i pasji Małgorzaty Szejnert. Warto, żeby sięgnęli po tę książkę zwłaszcza ci, którzy odczuwają silną nostalgię za czasami kolejek po chleb, za latami czekania na mieszkanie czy telefon i za paszportami wydawanymi nielicznym. Nie po to, żeby tę tęsknotę potępić, ale żeby się z nią zmierzyć. Teksty reporterki Szejnert nie odbierają przeszłości sensu ani znaczenia, ale zdejmują z niej warstwę uproszczeń.
Pocztówka z PRL
Ustawcie więc trójwymiarową pocztówkę ze zdjęciem
Polski Ludowej tak, żebyście zobaczyli siebie, gdy kręcicie fikołki na trzepaku. A potem zmieńcie jej kąt nachylenia i przypomnijcie sobie, z czego była zbudowana codzienność. Waszą przewodniczką po tym świecie jest Małgorzata Szejnert.
Magdalena Grzebałkowska
Czy ikona powróci
1966
pI ęc IU p RzyST oj N ych chłopcóW SIED z I NA R ozp RAWIE jak na wykładzie. Twarze inteligentne, gesty swobodne. Swoboda robiona; pod drugą ścianą ławy rodzin, na nich panie z podkrążonymi oczami. Czterech podsądnych przyszło na rozprawę z aresztu. Siedzą już prawie rok.
Miejsce: Sąd Powiatowy w Lubaczowie, Rzeszowskie. Sędzia niewiele starsza od oskarżonych; z Lubaczowa. Prokurator z Rzeszowa. Mecenasów pięciu. Trzech to śmietanka krakowskiej palestry, z dziekanem Izby Adwokackiej w Krakowie.
Oskarżeni – z krakowskiego środowiska studencko-artystycznego. Najstarszy – 26 lat. Najmłodszy – 20.
Pytanie obrony:
– Czy oskarżony, kiedy brał ikony, wiedział, że są one własnością państwa?
– Nie. Dowiedziałem się o tym dopiero w trakcie przesłuchania.
– Czy oskarżony zdawał sobie sprawę z tego, że okrada społeczeństwo z dzieł sztuki?
– Nie. W moim przekonaniu zwróciliśmy mu dzieła skazane na zagładę. Człowiek nie zabierze ikony do grobu. Ona zawsze do społeczeństwa wróci. To, cośmy wzięli, zostało ocalone.
Pytanie ławnika:
– Czy cerkiew w Piorunce, skąd oskarżeni wzięli ikony i księgi liturgiczne, robiła wrażenie użytkowanej na cele religijne?
– Tak… Na ołtarzu leżał biały obrus. Były jakieś kwiaty.
Pytanie prokuratora:
– Czy oskarżony składał przyrzeczenie studenckie?
– Nie pamiętam… Przepraszam, Wysoki Sądzie, oczywiście, składałem.
– Co było w tym przyrzeczeniu?
– O postawie studenta. O honorze.
– Czy oskarżony jest w zgodzie z tym przyrzeczeniem?
– Sądzę, że tak.
A ona nas pobłogosławiła…
– Pytaliśmy ludzi, jak się idzie do cerkwi w Teniatyskach, ale ludzie byli zdziwieni. Mówili: „O jaką cerkiew wam chodzi, stara rozwalona, innej nie ma”. Droga była uciążliwa, piaszczysta, pusto. Potem las, gęsty, sosnowy. Żeby dostać się do cerkwi, musieliśmy wejść na dach. Ten dach był zawalony, leżał częściowo na ziemi. Ikony zawieszone były dosyć wysoko, jeden z nas je odczepiał, drugi łapał w koc.
c zy ikona P ow R óci
Jedna spadła i pękła, inne były od razu połamane. Wynieśliśmy je przed cerkiew, aby dopasować, nie wiedzieliśmy, która część do czego. Wszystkie ikony były czarne, pokryte pęcherzami, napęczniałe wodą. Lubek zaczął jak zwykle obcierać je chusteczką i okazało się, że każdy obraz przedstawia po dwóch świętych, trzymających pergaminy z napisami.
Lubek ochłódł, kiedy to obejrzał, powiedział, że to nie są dobre ikony. Ale ja się zapaliłem, bo już tu przyszedłem i zdejmowałem, powiedziałem więc Lubkowi: „Weźmy je, bo i tak zgniją”. Kiedyśmy wracali z Teniatysk, nieśliśmy jeszcze Matkę Boską z gipsu, którą mieliśmy zamiar zamienić na świątki lub aniołki, ale nie była nam już potrzebna, więc daliśmy ją jakiejś babce na przystanku p KS , a ona nas pobłogosławiła i poczęstowała jabłkami.
– Wydawało się, że cerkiewka w Lubyczy Kniaziej w ogóle nie ma drzwi, ale były, tylko otwarte na oścież, jakby wyrwane. Wewnątrz poniewierały się szmaty, porzucone świeczniki. Pamiętam figurę kamienną opartą o ścianę i dużą ikonę, dosyć jasną, podtrzymaną prętem, który biegł górą. Znalazłem podstawkę do cynowego świecznika, a przed cerkwią szyjkę do świecznika z talerzykiem do wosku. Wziąłem to, mogło do siebie pasować… Cerkiewka w Lubyczy nie mogła być użytkowana. Leżało tam wiele starych ikon, ich warstwa malarska już odstawała. Nie wzięliśmy wtedy tych obrazów, a podczas wizji lokalnej już ich nie widziałem. Znalazłem tylko jeden wartościowy, prosiłem, żeby ktoś go raczył wziąć.
Ikony z tych opuszczonych cerkwi długo nie wytrzymają.
To jest kwestia roku czy dwóch, żeby całkiem umarły, chyba że ktoś ukradnie.
Podczas przerwy
Przerwa; w Lubaczowie nie ma gdzie nocować, ale jest gdzie zjeść. Sąd zajmuje trzy stoliki. Przy jednym prokurator i sędzia, przy drugim mecenasi z Krakowa, przy trzecim – adwokaci miejscowi. Rodziny oskarżonych siedzą w drugiej sali. Oskarżeni, skuci precyzyjnie przez eskortę, poszli na obiad do więzienia.
Dziennikarze przysiadają się do stolika sędzi i prokuratora:
– Czy nie mnożymy szkód społecznych? Rok aresztu, stracone studia. Czy ten areszt tymczasowy jest potrzebny?
– A jednak kradzież, z tych, jakich coraz więcej na naszym terenie.
Głos adwokata:
– Lata nieposzanowania; tak, to się mści, panie prokuratorze. Powinniśmy winić nie chłopców, lecz odpowiednie władze. Są młodzi, zrobili głupstwo.
– Ale dobrze znali wartość tego, co chowali do plecaków.
– Nie brali tych rzeczy z niskich pobudek. Przewód sądowy nie udowodnił sprzedaży.
– Może nie zdążyli sprzedać.
Rozmowy przy stoliku mecenasów z Krakowa:
– Czy pan mecenas ma jakieś ikony?
– Uchowaj Boże. Wygląda na to, że prokuratorzy dobiorą się do kolekcjonerów. Mam Axentowicza, Stanisławskiego, Fałata. Wszystko w darze od klientów.
– Podobno można w Krakowie kupić Rubensa.
– A czego nie można kupić w Krakowie? Niedawno ktoś sprzedał rzeźbę Canovy za 30 tysięcy złotych.
– Pewien konsul wywiózł z Krakowa dwa wagony antyków. Ikona za pięć tysięcy, sekretarzyk za osiem; idą na
Zachodzie za tysiące dolarów.
– My już tego nie odkupimy.
– Za co, za złote?
Dziennikarze do sędzi:
– Kraków jest giełdą ikony. Dlaczego proces nie odbywa się w Krakowie? Wprawdzie w powiecie lubaczowskim dokonano większości „czynów”, ale za Krakowem przemawiają względy społeczne.
– Wystąpiłam z odpowiednim wnioskiem, ale Rzeszów go odrzucił – wyjaśnia sędzia.
To jest rozdział zamknięty
Po przerwie. Elektrownia wysiada raz po raz. Część pytań i odpowiedzi płynie z ciemności, protokolant odmawia pisania przy świecy.
Sędzia:
– Dlaczego oskarżony nie zawiadomił konserwatora o stanie cerkwi i o tym, co w nich znalazł?
– To jest bezcelowe. Przecież oni wiedzą… Konserwator może nakazać, żeby wszystko zostało zabrane. Ale te
zwiezione ikony trafiają w warunki niewiele lepsze niż w terenie.
Następnego dnia, Łańcut. Tutaj, w Zbiornicy Zabytków Ruchomych przy Zamku, gromadzone są od paru lat przedmioty z wnętrz rzeszowskich cerkiewek. Joanna Szczęk, kierowniczka składnicy i jej główny zaopatrzeniowiec, zdejmuje kłódkę z drzwi stajni cugowej Potockiego. Wchodzimy w ciemność, potem do ogromnego lamusa, wyładowanego po dach jak drewutnia, pełnego malowanych desek, kolumn, wrót, przygasłego złota i czerwieni. Na podłodze oberwane skrzydełka, wióry farby, próchno.
Jest jeszcze drugi lamus, mniejszy. Stoły, stelaże, ikony porządnie ustawione, przemyte. Przemywa się to, łata, impregnuje w tutejszej pracowni konserwatorskiej.
– Ale nie możemy nadążyć. Ściągamy teraz mnóstwo rzeczy, nie weźmiemy my, wezmą inni. Zniszczy wilgoć, grzyb.
– Po co to wszystko trzymacie? Nawet oleodruki, kicze z XX wieku.
– Ikona to rozdział zamknięty. Już nikt nigdy nie namaluje nam ikony.
– Co z tym zrobicie?
– Powiększymy zespół konserwatorów. Odnowimy wszystko, jeśli starczy sił, jeśli będą środki. Może jeszcze zdążymy. Zawiesimy ikony w nowym magazynie, który niedługo będzie gotowy, na wysuwanych ekranach, w odpowiedniej temperaturze i wilgotności. Udostępnimy to historykom
sztuki. Skompletujemy ikonostasy, wyposażymy cerkiewki w skansenie…
Nie znam innego sposobu…
Sala rozpraw, Lubaczów.
Pytanie obrony:
– Czy oskarżony może wymienić znane mu cerkiewki i określić, w jakim są stanie?
– Pamiętam cerkiewkę, na której wisiała tabliczka, że obiekt jest pod opieką konserwatora, w środku była stajnia. Pamiętam też szopę, na której przybito z zewnątrz obrazy cerkiewne, prawie już zmyte. Pamiętam kapliczkę, zamkniętą na kłódkę, ale bez dachu… Najbardziej zniszczone są cerkwie leżące na uboczu, poza osiedlami. Nikt o nie nie dba. Takich cerkiewek jest dużo, bo chociaż odbudowują się wsie i powstają osady, to zabudowa idzie w innym kierunku.
Łańcut, dostojny gabinet Antoniego Dudy-Dziewierza, dyrektora Muzeum.
– Panie dyrektorze, czy głosy w prasie krytykujące pomysł stworzenia skansenu cerkiewek nie zraziły projektodawców?
– Nie, bo to nie była dyskusja rzeczowa. Większość dyskutantów zaniepokoiła się projektem dlatego, że nie znała jego szczegółów. Zarzucano nam, że ogołocimy Rzeszowskie z najpiękniejszych obiektów. Nie ogołocimy – do skansenu poszłyby cerkiewki leżące na uboczu, poza szlakami turystycznymi, poza zabudową, opuszczone i skazane na zagładę. Nie zabierzemy najpiękniejszych, bo nie takie są
nasze kryteria wyboru. Chcemy pokazać różne typy budownictwa cerkiewnego. Najwartościowsze obiekty powinny naszym zdaniem pozostać w swoim naturalnym otoczeniu.
Nie stłoczymy cerkiewek jak owieczki w stadzie, bo dosyć jest miejsca w Rzeszowskiem, by wynaleźć teren obszerny i malowniczy. Nie zniszczymy obiektów podczas przenosin, bo umiemy w Polsce leczyć stare deski, stworzyliśmy już niejeden skansen.
– Ile to będzie kosztowało?
– Mniej, niż się spodziewają nasi adwersarze. Wystąpiliśmy z pomysłem, możemy się podjąć jego realizacji.
Konserwator: „boję się jednego”…
Lubaczów, krótka przerwa w rozprawie. Sędzia odwiesza togę na kołek.
– Pani sędzio, czy wojewódzki konserwator zabytków z Rzeszowa został powołany na świadka?
– Nie.
– Czy został powiadomiony o charakterze i terminie rozprawy?
– Nie został powiadomiony.
Rzeszów, gmach Wojewódzkiej Rady Narodowej, biuro konserwatora, magistra Jerzego Tura.
– Co pan robi, żeby ratować cerkiewki i ikony?
W Rzeszowskiem jest około dwustu cerkiewek. W tym około 130 budynków, które warto jeszcze remontować.
– Czy przeprowadza się tylko gruntowne konserwacje?
Czasem trzeba załatać dach, zapobiec dalszym zniszczeniom.
– Zwierzchnicy zobowiązują mnie do tak zwanej koncentracji nakładów. Nie 30 załatanych dachów, ale jeden nowy.
– Dlaczego cerkiewki bywają otwarte?
– Bo grupy ludności greckokatolickiej i prawosławnej, a nawet osiadła tu po wojnie ludność katolicka chce czasem przyjść do cerkwi jak do świątyni. Nie możemy tego utrudniać. Dosyć było zadrażnień na tych terenach. Cerkwie palili Ukraińcy w obawie przed profanacją. Niszczyła je ludność napływowa, aby zatrzeć ślady obcej wiary i obcego pobytu. Przez całe lata ludzie ciemni lub nietolerancyjni rąbali ikony na polana, rozbierali cerkwie na obory. Teraz nikt już ikon nie rąbie, konflikty się przewaliły. Ale od paru lat obserwujemy nowe niebezpieczeństwo. To poszukiwacze dzieł sztuki, którzy chcą je mieć za darmo lub chcą się na nich dorobić. Raz po raz odkrywamy w sklepach Desy, zwłaszcza w Krakowie i Warszawie, części ikonostasów z rzeszowskich cerkwi. W ten sposób odzyskaliśmy parę ikon z cerkwi w Ustianowej. Desa notuje wprawdzie personalia osób, które za jej pośrednictwem sprzedają dzieła sztuki, ale to nie odstrasza.
– Desa powinna być chyba w stałym kontakcie z konserwatorami, a konserwatorzy powinni mieć inwentaryzację zdjęciową ikonostasów i innych skarbów cerkiewnych. Co pan sądzi o takim projekcie: Desa nakłada kwarantannę na pewne przyjęte w komis obiekty. W tym czasie przedmioty leżą na wystawie i nie mogą być sprzedane. Mogą je natomiast obejrzeć osoby, które z urzędu opiekują się zabytkami.
– W każdym razie należy stanowczo położyć kres wywozowi ikon za granicę. Nie sprzedawać obcokrajowcom, nie wydawać zezwoleń na wywóz.
– Jaka jest pana opinia o skansenie?
– Trzeba go zrobić. Może nie na wzgórzu koło Smolnika, może raczej parę mniejszych skansenów, może cerkiewki ulokowane luźniej, przy obwodnicy bieszczadzkiej. To rzecz specjalistów. Cieszę się, że nareszcie przyszedł czas na cerkiewki, czas bicia się w piersi i czas projektów, boję się tylko jednego. Że ktoś po stworzeniu skansenu uzna sprawę cerkiewek za odfajkowaną. A skansen to tylko jeden ze sposobów ratunku, których musi być wiele.
Patron święty czy świecki?
Lubaczów. Dziś wyroku nie będzie. Sąd odracza rozprawę. Wina rozkłada się na elektrownię i na prokuratora, który nie dostarczył podsądnym aktu oskarżenia. Oskarżeni wracają do aresztu. Mecenasi mają samochody, przed północą dotrą do Krakowa. W samochodzie znowu: ocalili czy ukradli? Winien ten, kto stwarza okazje, czy winien ten, kto korzysta? Samochód mija kościoły kopulaste i strzeliste. Jarosław, Przeworsk, Łańcut. Tutaj, w Łańcucie, wierzą, że ikona powróci do ludzi, bo taka powinna być droga dzieł sztuki, dokumentów kultury.
Ale wiara niestety nie przenosi gór.
Nawet wtedy, gdy dobrym zamiarom patronują wszyscy święci z ikonostasu.
c zy ikona P ow R óci
Wyrok już zapadł. Oskarżony S.L. skazany został na 2 lata więzienia i 10 tysięcy złotych grzywny, oskarżony J.M. –na 2 lata więzienia i 7 tysięcy złotych grzywny, oskarżony
T.M. na 1 rok więzienia i 6 tysięcy złotych grzywny, oskarżony L.Z. na 2 lata aresztu i 10 tysięcy złotych grzywny, oskarżony J.Ch. na 1 rok więzienia z zawieszeniem na 3 lata. Wszyscy oskarżeni skazani zostali ponadto na utratę praw publicznych i obywatelskich na 2 lata. Wyrok nie jest prawomocny. Obrony oskarżonych wnoszą do Sądu
Wojewódzkiego w Rzeszowie o rewizję wyroku.
„Polityka”, nr 3, 15 stycznia 1966
Spis treści
Magdalena Grzebałkowska, Pocztówka z p R l
Czy ikona powróci .
Próba
Smutno bez Walewskiej
Zjadacze chleba, nie anioły
Borowiki przy ternpajku
Nie pijmy Budweisera
Kordecki, Kopernik i Hot Dog z Kapustą
Takie słowo „POSTiW
Mitra pod kapeluszem
Codziennie
Okolice tragedii
A jeśli to jest El Greco?
Oliwa wypłynie?
Restituta nasza powszednia
W poniedziałek po świętach
Nie dla nas uśmiech Giocondy
Ulica z latarnią
Ozdobić życie
5
22
S P i S t R eści
Powinnam biegać i wołać, nie będę
Wieś jak ziarenko
Róża i strelicja
My, właściciele Teksasu
Na samie i na tradycji .
Raczej o Cyterze
Próba Galatei .
Tęsknota za starą sieczkarnią
Od ssaków do ptaków
Kraków nieznany
Całe życie w Pomygaczach
Wywoływanie duchów
Tylko czaj i kuch
Którędy na orle gniazdo
Mamy Wenecję północy
Zdarzenie niezgodne z prawdą
I niespokojnie tu i tam
Jeśli się odnajdziemy, to cudownie
Chwila przed podróżą
na Powązkach
