Skip to main content

Chłodnia, czyli grzejnia. Małgorzata Szejnert w rozmowie z Dorotą Karaś i Markiem Sterlingowem

Page 1


w rozmowie

z Dorotą Karaś

i Markiem Sterlingowem

Chłodnia czyli grzejnia Szejnert Małgorzata

wydawnictwo znak Kraków 2026 Kraków • 2026

PROLOG

(2024)

Drewniana figurka czarnego chłopca stoi w rogu salonu. Chłopiec trzyma tacę na wizytówki.

– Zobaczyłam go w Sorrento, przez szybę antykwariatu, i strasznie mi się spodobał – mówi Małgorzata Szejnert. –Zapłaciłam dwa tysiące euro. We Włoszech można by się targować, ale spieszyłam się na autobus. Ktoś potem ocenił: zakup niepoprawny politycznie. No nie! To piękne stare rzemiosło, znak czasu i obyczajów, więc bez przesady!

Jesteśmy w Warszawie na Służewie. W przestronnych pokojach każdy przedmiot ma swoją historię: wiejskie łóżko i wiklinowa kanapa dla gości, obraz Edwarda Tingatingi, malarza z Tanzanii, buddyjska tanka w sypialni, wielki słomiany kogut w kącie salonu. Wszystkie pomieszczenia są podwójne: łazienki, sypialnie, tarasy i łączące się salony – jeden z komputerem do pracy, drugi z niewielką kuchnią.

– Szkoda czasu na gotowanie – wyjaśnia gospodyni.

Ma białe włosy, drobną sylwetkę i stalowe oczy. Trudno uwierzyć, że zbliża się do dziewięćdziesiątki. Patrzy

badawczo, zadaje podchwytliwe pytania i potrafi wysączyć pół karafki wiśniówki.

Przez trzynaście lat napisała pięć książek. Przedtem pracowała jako dziennikarka w Polsce i w Stanach Zjednoczonych. Przed Okrągłym Stołem wróciła z emigracji. W nowych czasach współtworzyła „Gazetę Wyborczą”. Została szefową działu reportażu. Wychowała najsłynniejszych polskich reporterów prasowych. Wielu się jej bało, większość nadal uważa za swoją mistrzynię.

Przydomek „Chłodnia” nadał jej Jacek Hugo-Bader. Kiedyś posłała do kosza jego reportaż Skucha. Po latach przyznał, że miała rację, i napisał go na nowo. Tak powstała jego najlepsza (zdaniem wielu) książka.

Kto pierwszy zaczął mówić o niej „Królowa Śniegu”? Nie pamięta tego nawet Mariusz Szczygieł. Przypomina sobie za to dzień, w którym wyznał publicznie, że jest gejem. Zwierzył się wtedy szefowej, że boi się reakcji otoczenia. Pocieszyła go, że ona jako panna z dzieckiem też nie miała łatwo.

W Znaku, gdzie wydaje swoje reportaże, ma przydomek „Cesarzowa”.

Przyjechaliśmy z Gdańska, żeby napisać wywiad o jej życiu. Początkowo miał go przeprowadzić Szczygieł, przed którym rozmówcy otwierają się jak książki. Jednak reporterka przyjęła naszą propozycję. Osobliwy wybór, biorąc pod uwagę nasze dotychczasowe kontakty z Małgorzatą Szejnert.

Marek miał z nią do czynienia tylko raz. Jako początkujący dziennikarz gdańskiej „Wyborczej” napisał reportaż o katastrofie polskiego statku. Temat był pilny. Wyszedł mu

ckliwy tekst o marynarzach, którzy zginęli, walcząc z żywiołem. Po jego przeczytaniu Szejnert ciężko westchnęła i przekazała go do poprawy doświadczonej dziennikarce

Katarzynie Skrzydłowskiej. Reportaż, który się ukazał, opowiadał o armatorze eksploatującym ponad miarę stary statek i o kapitanie przymykającym oko na problemy techniczne.

Dorota tylko pozornie miała lepszy start. Do Warszawy trafiła jako obiecująca stażystka z prowincji. Małgorzata

Szejnert zleciła jej temat na Podhalu. Tak powstał reportaż o dotkniętej nieszczęściami kobiecie z ubogiej wsi. Efekt publikacji był równie wzruszający jak tekst. Czytelnicy „Wyborczej” z całej Polski obsypali rodzinę darami. Dorota czuła się już młodą gwiazdą reportażu, gdy do redakcji przyszedł list. Okazał się na tyle niepokojący, że Szejnert wysłała na Podhale Lidię Ostałowską, żeby się tam rozejrzała.

Rewelacje opisane w liście potwierdziły się na miejscu: kobieta była oszustką, a tragedie okazały się zmyślone. Staż w Warszawie nie zakończył się etatem, Dorota wróciła do lokalnej redakcji w Gdańsku.

Małgorzata Szejnert zawsze powtarzała reporterom, że niepowodzenia budują autora. No to zobaczymy.

Codziennie

(2024–2025)

O której godzinie dziś wstałaś?

O siódmej.

Wcześnie. Wystarczy.

Zawsze tak było?

Kiedyś pewien zachodni dziennikarz powiedział mi, że od lat nie sypia dłużej niż sześć godzin. O dwie krócej niż moja norma. Zaczęłam próbować i stwierdziłam, że przez sześć godzin można się wyspać.

Jaki jest twój plan dnia?

Rano muszę pamiętać, żeby zrobić trzy rzeczy: posłać łóżko, stanąć na wadze i popić tabletki szklanką wody. Ważę się przed wzięciem tabletek, bo potem miałabym piętnaście deko więcej. Teraz jestem właśnie w takim momencie, że musi mnie ubyć, żebym weszła w kontrolne spodnie. Potem się gimnastykuję.

͆ Chłopiec z Sorrento. Ktoś ocenił, że to zakup niepoprawny politycznie. No nie!

Codziennie ćwiczysz?

Staram się. Zajmuje mi to pół godziny. Nie lubię tego, więc czasem następuje rozchwianie.

Skąd taki rygor?

Nie chcę być gruba. Kobieta, jeśli nie ma naturalnych predyspozycji do chudnięcia, musi o to walczyć. No i nie chcę się ruszać jak stary człowiek.

Gotujesz czy jesz na mieście?

W kuchni nie mam nawet okapu, bo popsułby piękną szafę kuchenną, którą wymyśliła mi znajoma projektantka Beata Osiowska. Czasem przygotowuję jakąś zupę na parę dni, a czasem starcza mi gorący kubek. Ale zwykle wychodzę coś przegryźć. Często do baru mlecznego, bo nie lubię przepłacać w knajpach. I zupełnie niepotrzebna mi do szczęścia restauracyjna celebra. Lubię za to zaprosić do restauracji którąś z moich wnuczek.

Ciągle zostaje dużo wolnego czasu. Zwłaszcza że wstajesz wcześnie.

Gdy moje dziecko było małe, te dwie dodatkowe ranne godziny dużo znaczyły. Miałam nowe wydatki, a zarabiać umiałam tylko pisaniem. Mogłam w tym czasie wystukać na maszynie parę kartek i dorobić kilka złotych.

Ojciec dziecka ci nie pomagał? Wiesz, że także o to powinniśmy cię wypytać. Może później. Zobaczymy.

Dziś nie musisz wstawać wcześnie. Codziennie wydaje mi się, że mam dużo rzeczy do zrobienia. Potem okazuje się, że nie ma pośpiechu. Jestem

tym trochę zawiedziona. Szukam sobie zajęcia i szybko znajduję. Teraz głównie porządkuję swoje archiwum. Mam w nim między innymi całe złoża listów prywatnych – własnych i przekazanych przez rodzinę – oraz związanych z pracą. Już raz je przejrzałam, posegregowałam, ale postanowiłam do nich wrócić i odsiać rzeczy, które zbladły.

Przez całe życie miałam poczucie, że robię coś nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Pisanie i redagowanie było dla innych. Kiedy porządkuję swoje papiery, listy, notatki, wycinki, myślę, że może to też się komuś przyda – mojej rodzinie albo jakimś kronikarzom polskiej rzeczywistości, zwłaszcza peerelowskiej. Część tych dokumentów przekazałam już Bibliotece Narodowej.

Porządkowanie nie zajmuje ci chyba całego dnia?

Czas starych ludzi biegnie inaczej niż młodych. Nie mam

już tak szybkiej decyzji jak kiedyś, po byle wysiłku muszę odpoczywać. Pamięć jest słabsza. Szukanie różnych przedmiotów, dotrzymywanie terminów sprawia kłopoty.

Wyjście na wystawę albo do teatru staje się wyprawą.

Nawet czytanie idzie mi wolniej. A jestem w jury dwóch ważnych konkursów pisarskich. Jeśli jakaś książka mnie zachwyca, gotowa jestem wracać do niej, grzebać w internecie albo w bibliotece, żeby rozwinąć wątek, który mnie zaciekawił. Na to zupełnie nie żałuję czasu.

Jeździsz samochodem?

Kilka lat temu wymusiłam pierwszeństwo i skasowałam dwa samochody. Cudem nikomu nic się nie stało,

ale uznałam, że więcej nie będę kierowcą. Nigdy zresztą dobrze nie prowadziłam. Obliczyłam, że ile bym nie jeździła taksówkami, zawsze będzie to tańsze niż własny samochód. Ale muszę o tym pamiętać, żeby zamawiać taksówkę bez wahań.

Masz zaskakujący stosunek do starości. Wydaje się, że ją akceptujesz, ale jednocześnie z nią walczysz. Czułam się stara już kilka razy, a potem udawało mi się to odwrócić. Najpierw odmłodziła mnie Ameryka, potem „Gazeta Wyborcza”. Pracowałam z reporterkami i reporterami, którzy mogliby być moimi dziećmi. Czułam się przy nich młoda.

Od dawna mieszkasz sama? Ponad trzydzieści pięć lat. Od kiedy mój syn poszedł na studia.

Nie czujesz się samotna?

Każda obecność w moim mieszkaniu, która trwa dłużej niż tydzień, to dla mnie duża niewygoda, mimo że miejsca jest sporo. Wyjątkiem jest mój brat Andrzej, młodszy ode mnie o sześć lat. Najdelikatniejszy i najdyskretniejszy człowiek na świecie. Nie słyszy. Stracił słuch jako niemowlę.

Lubię być sama. Dzieciństwo spędziłam w gwarnym domu, zawsze pełnym ludzi. Byłam w nim szczęśliwa. Ale mam też wielką potrzebę osobności, nieskrępowania, niezależności.

Do szczęścia podobno potrzebne są kontakty z innymi ludźmi.

ͦ Andrzej Szejnert, dyskretny, delikatny, opiekuńczy

Tego mi nie brakuje. Mam dużo młodszych i starszych przyjaciół z różnych środowisk, spotykam się z synem i z wnuczkami, często dzwonię do mojej kuzynki Aliny Filipkowskiej, młodszej ode mnie o rok. Ona też mieszka sama. Jesteśmy sobie bliskie, łączy nas wspólne dzieciństwo. Te rozmowy są dla mnie ważne.

Umówiłyśmy się, że jeśli wybuchnie wojna, pojedziemy do Alinki z Andrzejem. Albo pójdziemy piechotą,

bo ona mieszka w Łomiankach pod Warszawą. Jest bardzo gospodarna, tak samo jak Jędruś. Ma ogródek, w którym sadzi warzywa, i piwnicę, w której trzyma zapasy. Tam nasza trójka staruszków będzie siedzieć, ile się da. My się bardzo lubimy, nigdy się nie kłócimy i mamy poczucie humoru. Ta sielankowa wizja oddala ode mnie strachy.

Zawsze myślałaś o ucieczce w razie wojny?

Dopiero kiedy zdałam sobie sprawę, że Ukraina może polec.

Zawsze miałam lekko katastroficzne myśli. Nie doświadczyłam bezpośrednio dramatów wojennych, ale jednak coś o wojnie wiem i dlatego się jej boję. Mam wrażenie, że ludzie dzisiaj nie zdają sobie sprawy z tego, czym ona jest.

A czym jest dla ciebie?

Nieszczęściem, które nikogo i niczego nie oszczędza i nigdy się nie kończy dla tych, którzy ją przeżyli.

Myślisz o śmierci?

Myślę o niej dobrze, zakładając, że to będzie prawdziwy koniec. Wieczne życie wydaje mi się przerażające, ale w nie raczej nie wierzę. Nie chcę pośmiertnych iluzji, żadnego nieba, piekła, czyśćca ani Boga. Po śmierci chcę mieć taką samą wieczność jak przed urodzeniem.

Nie jest to przykre, że trzeba skończyć tę imprezę na ziemi, gdy człowiek najwięcej doświadczył i wie?

Dlatego trzeba w miarę możności zostawić po sobie porządek. Dobrą smugę. Przyzwoicie posegregować śmieci.

ͦ Spotkanie przyjaciół w Mięćmierzu. Mój syn Piotrek Pietrzak w zapale muzycznym

Nie jesteś ciekawa, co będzie dalej ze światem?

Myślę, że będzie źle. Nie mam takich nadziei jak mój syn

Piotr, uparty optymista, że ludzkość przekroczy pewien próg bałaganu, przywoła do porządku polityków, powstrzyma katastrofę klimatyczną… Zostawmy politykę: od lat obserwuję zmiany, jakie zachodzą u mnie na wsi, w Mięćmierzu. Mam tam dom od prawie sześćdziesięciu lat.

Co się zmieniło?

Prawie całkowicie zniknęły skorki, niewielkie istoty z obcążkami zamiast ogonka, które nieustannie pętały

się po domu. Były strasznie łakome na truskawki, ale poza tym nikomu nie wadziły. Przyzwyczaiłam się do nich. Tak samo jak do rechotu żab pod skarpą przy Wiśle. Ich wieczorne koncerty były czasem tak głośne i namiętne, że trzeba było wchodzić do chaty, by porozmawiać. Od paru lat jest cicho. Ćmy, kiedyś wielkie, w aksamitnych, haftowanych szatach, są teraz małe i bure. Trawa na mojej łące, kiedyś bujna, zielona, od lat szarzeje, stepowieje. Wisła jest coraz węższa i płytsza.

Co chciałabyś jeszcze w życiu zrobić?

Nie zrobię już nic wartościowego w swojej dziedzinie. Zastanawiałam się, co mogę zrobić w innej. Nie mam siły, żeby zająć się pracą humanitarną, bo wiąże się to często z wysiłkiem fizycznym i organizacyjnym. Prawdopodobnie sprawiłabym więcej kłopotu, niż byłoby ze mnie pożytku. Jedyne, w czym widzę wyższy sens, to wspieranie pożytecznych fundacji, dobre kontakty rodzinne i w ogóle z ludźmi, opieka nad bratem. Chociaż ostatnio to raczej on opiekuje się mną. Jędruś ma dobre życie, ale myślę, że mógłby mieć jeszcze lepsze, gdybym włożyła w to więcej starań.

Zawsze miałaś potrzebę bycia użyteczną?

Uważam, że całe życie reportera na tym polega.

A może na pisaniu kroniki dla przyszłych pokoleń?

Od tego są historycy. Reporter powinien pisać przede wszystkim dla swoich współczesnych, którzy mają wpływ na rzeczywistość.

Kiedy postanowiłaś zostać dziennikarką?

Parę lat po wojnie mama zainstalowała w domu tanie urządzenie nazywane powszechnie szczekaczką. Miało jedną gałkę i jeden program radiowy, w którym czasem obok propagandy puszczali muzykę i wiadomości sportowe. Słuchałam ich z pasją, bo kochałam się w skoczku narciarskim Staszku Marusarzu. Sprawozdawca mówił tak barwnie i żywo, że szybko podjęłam decyzję, co chcę robić po maturze. Ciągnął mnie sport. Narty, żagle, wspinaczka to były marzenia o czymś lepszym, szlachetnym, eleganckim. Postanowiłam zostać dziennikarką

sportową.

Było to wtedy takie proste?

Mama nie była zachwycona tym pomysłem. Tymczasem przed maturą do mojego liceum przyjechała jakaś emisariuszka namawiać na studia w Moskwie. To mnie zaintrygowało, jednak mama aż się zatrzęsła z oburzenia na taki pomysł. I żeby go natychmiast oddalić, pogodziła się z tym, że pojadę do Warszawy zdawać egzaminy na dziennikarstwo.

Spis treści

Prolog (2024)

Codziennie (2024–2025)

Panienka musi się najeść (1953–1958)

Tabloid ostry jak nóż (1958–1959)

Ta kulka ci się należy (1959)

Lecz się nie ciesz, nasz kociaku (1958–1959)

Król sprzedaje ziemię (około 1965)

Jesteśmy poważnymi ludźmi (1959–1968)

Naród dzielnych grzybiarzy (1970–1973)

Jak wygląda mitra? (1973)

Ksiądz Twardowski przymyka oko (1973–1976)

Szyneczka w kształcie serca (1908–1939)

Dom z pewnymi ambicjami (1939–1945)

Pluskwy i wszy pominęłam w listach (1948–1949)

11

117

Hawajskie gitary i gramofon kupca Wrzoska (1949–1953) . . 125

Co robić? Jak to co? Pisać! (1970–1980)

Przechytrzyć PRL (1973–1980)

Kto się boi długopisów (1980–1981)

Mleko, jaja, drób, a najlepiej ryby (1981–1983)

Kapuściński non-fiction (1983–2006)

Z widokiem na Empire (1984–1986)

137

149

161

175

179

189

Liczyłam na bestseller (1986–1990)

To był maj (1989)

Jak obroniłam „Gazetę Wyborczą” (1989–1990)

Kraj raj (1991–2005)

Kwatera Badera (1995–2024)

Wyspa za wyspą (2005–2018)

Codziennie, ale w Mięćmierzu (2025)

Dodatek: Mała książka kucharska reportera

Indeks osób

Źródła zdjęć

Ilustracja na okładce

Dorota Piechocińska | Ilustradora na podstawie zdjęcia fot. Tadeusz Poźniak/REPORTER

Projekt okładki i projekt typograficzny środka: Michał Pawłowski

Wybór zdjęć: Małgorzata Szejnert, Marek Sterlingow

Redaktorka inicjująca: Dorota Gruszka

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Pietrzyńska

Opieka redakcyjna: Anna Szulczyńska

Promotorka: Karina Caban

Redakcja: Daniel Lis

Adiustacja: Beata Trebel-Bednarz

Korekta: Aleksandra Kiełczykowska, Anastazja Oleśkiewicz

Indeks: Artur Czesak

Łamanie: Monika Drobnik-Słocińska | monikaimarcin.com

Zrealizowano ze środków Miasta Gdańska w ramach Gdańskiego Stypendium Kulturalnego Fundusz Twórczy.

Copyright © by Dorota Karaś, Marek Sterlingow & Małgorzata Szejnert

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8367-226-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2026. Printed in EU

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Chłodnia, czyli grzejnia. Małgorzata Szejnert w rozmowie z Dorotą Karaś i Markiem Sterlingowem by SIW Znak - Issuu