Skip to main content

Motyl i skrzypce

Page 1

Tytuł oryginału The Butterfly and the Violin. A Hidden Masterpiece Novel © 2014 by Kristy Cambron Published by arrangement with Thomas Nelson, a division of HarperCollins Christian Publishing, Inc. Projekt okładki Katarzyna Ewa Legendź Grafika na okładce Ildiko Neer / Trevillion Images Polona/Biblioteka Narodowa Opieka redakcyjna Kinga Janas Wiktoria Penszkal Adiustacja Ewdokia Cydejko Korekta Barbara Gąsiorowska-Panek Aleksandra Kiełczykowska Bogusława Wójcikowka Łamanie Edycja Copyright © for the translation by Marcin Sieduszewski Copyright © for this edition by Wydawnictwo Znak, Kraków 2020 ISBN 978-83-240-6040-5

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2020. Printed in EU


ROZDZIAŁ 1 Obecnie, Nowy Jork

T

o to? Podekscytowana Sera James wpadła przez drzwi wejściowe galerii na Manhattanie z takim impetem, że o mały włos nie poślizgnęła się, biegnąc po parkiecie w szpilkach. Zaaferowana zatrzymała się przed sporym płótnem wiszącym na ścianie. –   Potwierdziłaś, że to ona? – spytała zdyszana. –   Przebiegłaś całą drogę, Sero? –   Tak. A ty byś nie biegła? Nie bała się do tego przyznać. Gdy tylko odebrała telefon, zaczęła przepychać się szaleńczo przez tłum w metrze, a potem przebiegła osiem przecznic dzielących ją od galerii, wymijając slalomem taksówki i wyrwy w chodniku. Penny przytaknęła. –   Ktoś z personelu dopiero co otworzył tę skrzynkę. Możesz uwierzyć, że leżała tu od tygodnia, a my nic nie podejrzewałyśmy? Sera pokręciła głową z niedowierzaniem.

–

9


–  Niewiarygodne. Zdjęła z szyi szyfonową apaszkę i zsunęła z ramion prochowiec, po czym zarzuciła je na zabytkowy kontuar ciągnący się w głąb pomieszczenia. Długie hebanowej barwy włosy zwinęła w luźny koczek, który spięła na czubku głowy leżącym nieopodal ołówkiem. Gdy się obróciła do asystentki, spostrzegła, że dziewczyna nie przesunęła się ani o centymetr. Nadal tkwiła w tym samym miejscu niczym posąg, poruszając jedynie palcem wskazującym zaplątanym w pasemko włosów koloru truskawkowy blond. Sera parsknęła śmiechem. Gdy jej asystentka zaczynała nakręcać włosy na palec, coś musiało bez reszty pochłonąć jej uwagę. –   Znowu to robisz, Penny. Gest był bardzo wymowny. Sera nie mogła jednak winić za to dziewczyny, bo chwila naprawdę była wyjątkowa. Jeśli obraz był tym, za który go uważały, zachwyt był jak najbardziej uzasadniony. Reszta ludzi w mieście mogłaby nagle zacząć fruwać za oknem, a żadna z nich nie zwróciłaby na to uwagi. Albo miałyby to gdzieś. –    Przykro mi tylko, że to nie oryginał. – Penny podała Serze kopertę, nie odrywając wzroku od płótna. – Ale to krok w dobrym kierunku i tylko to się liczy. –   Zbadałaś krawędzie? – spytała Sera. –    Ręce trzęsły mi się jak w febrze – wyznała Penny, przechylając głowę na bok. – Ale tak. Chociaż znam tę farbę, to i tak sprawdziłam, żeby się upewnić. Negatywy są w środku. Sera otworzyła kopertę i spojrzała na negatywy pod światło. Dziewczyna miała rację – wiszący przed nimi obraz był łudząco podobny do tego, którego szukały. Zbadanie krawędzi stanowiło jedyny sposób na odróżnienie kopii od oryginału. Gdyby nie 10


pasowały, nie mógłby to być obraz, którego poszukiwały. Przez chwilę czuła się zawiedziona, ale zaraz potem uświadomiła sobie, że choć nie był to ten portret, to mimo wszystko była na nim ona. Krawędzie nie liczyły się zbytnio, gdy te przenikliwe oczy na wskroś przewiercały patrzącego. Sera głośno przełknęła ślinę, rozmyślając nad tym, jak długo czekały na ten moment. Włożyła negatywy z powrotem do koperty. –   Może to i kopia, ale i tak muszę się upewnić – powiedziała. – Jak go znalazłaś? –   Na licytacji – odparła Penny rozmarzonym głosem. – Na północ od San Francisco. –   Wiemy, czyj jest? Asystentka ponownie skinęła głową, tym razem w intrygujący sposób unosząc brew. –   To właśnie jest zagadka: chodzi o jakiegoś biznesmena. Finansistę handlującego nieruchomościami. Nazywa się William Hanover. Zadzwoniłam do jego biura, żeby mu zadać podstawowe pytania, a on od razu oddzwonił. Mówił, że likwiduje majątek po dziadku. Nazwisko nic mi nie mówi, a przecież tropię ten obraz od ponad dwóch lat, tak jak ty. Nikt w kręgach artystycznych o nim nie słyszał. Serze to nazwisko również nic nie mówiło. Kim był ten cały William Hanover i jakim cudem udało mu się zdobyć obraz będący idealną kopią tego, którego szukała? –   Złożyłyśmy mu ofertę? –   Mhm. Wiedziałam, że byś tego chciała, więc przedstawiłam mu hojną propozycję. Ton głosu Penny nie wzbudzał nadziei. Sera pokręciła głową. –   To czemu brzmisz, jakbyś miała dla mnie złe wieści? 11


–   Bo powiedział, że nie sprzeda. Najwyraźniej pieniądze to nie wszystko. –   Mówiłaś przecież, że to była aukcja. –   No tak – odparła Penny. – Ale na obraz natknęłam się przypadkiem na internetowej stronie aukcyjnej. Moją uwagę przykuło zdjęcie, a nie oferta sprzedaży. Przeczesywałam stare fotografie z aukcji z zeszłej jesieni… biżuteria i takie tam. No wiesz… to, co zwykle. Przedarłam się przez przepastny katalog dzieł sztuki i wtedy zauważyłam zdjęcie tego obrazu: był wyblakły, ledwo widoczny w tle, przysłaniała go jakaś waza, którą wystawiono na sprzedaż. Ale bez dwóch zdań to jest ona. Asystentka cofnęła się o krok i zapatrzyła w obraz, po czym bezwiednie przysunęła do podbródka podkładkę do pisania, zupełnie jakby wizja eterycznego piękna wprawiła ją w trans. –   To te jej oczy, Sero. Przewierciły ekran komputera i wciągnęły mnie do środka, jeśli to możliwe. –   Możliwe. – To samo przytrafiło się jej, gdy po raz pierwszy zobaczyła obraz. Tyle że jej wspomnienia były mgliste, dotyczyły malowidła, które widziała jako dziewczynka. Wspominanie tamtych czasów czyniło obecną chwilę jeszcze bardziej surrealistyczną. –   Cała zalałam się kawą, gdy go zobaczyłam na ekranie. – Młoda studentka sztuk pięknych obdarzyła ją jednym z tych dziewczęcych uśmiechów z dołeczkami w policzkach, z których słynęła. – Pamiętasz sweter koloru kości słoniowej, który od ciebie pożyczyłam? Mam nadzieję, że nie muszę go zbyt szybko oddawać. –    Nie musisz – odparła Sera szczerze. Zbliżyła się do płótna, pogrążona w rozmyślaniach. – Zapomnij o nim. To jest o wiele lepsze. 12


–    Prawda? – Przez chwilę stały w milczeniu, oczarowane tym, co widziały. Penny pokręciła głową i wyszeptała z przejęciem: –   Tyle czasu to zajęło. Ale w końcu się zjawiła. Bez wątpienia minęło zbyt wiele czasu. Od momentu gdy Sera ujrzała w wieku ośmiu lat to dzieło sztuki, jego nieziemska uroda nie dawała jej o sobie zapomnieć. Trzy czwarte sylwetki młodej, najwyżej dwudziestoletniej kobiety o nieskazitelnej, promiennej cerze i świdrujących, niemal zwierzęcych błękitnych oczach. Miękkość jej warg, smutek jej rysów… surowy chłód ogolonej głowy, ukazujący młodą piękność pozbawioną korony i splendoru… wytatuowane cyfry, krzyczące z lewego przedramienia tulącego skrzypce. –    Podsumujmy zatem. – Ubrana w ołówkową spódnicę i klasyczną białą bluzkę Sera wyprostowała się z rękami skrzyżowanymi na piersi, postukując stopą i próbując zrozumieć, co się wydarzyło. – Przypadkiem znalazłyśmy obraz, tyle że to nie oryginał. I chociaż przedstawia naszą zaginioną dziewczynę, nie jest na sprzedaż. A właściciel nie chce wziąć za niego pieniędzy. –    Wszystko się zgadza. Chociaż wolałabym, żeby było inaczej. Sera cofnęła się na chwilę, nie rozumiejąc, jak w takim razie obraz trafił do jej galerii. –   Skąd zatem się tu wziął? – spytała. –   Został nam wypożyczony. –   Jak to: wypożyczony? – zdziwiła się, pochylając się nad płótnem i kiwając głową w zachwycie nad wyrafinowanymi pociągnięciami pędzla. –   No, tak to… – W głosie Penny słychać było wahanie. Zaciekawiona Sera wykonała półobrót i przyłapała dziewczynę na nerwowym przygryzaniu paznokcia. Asystentka zmarszczyła czoło, jakby oślepiło ją jaskrawe letnie słońce. Sera stanęła 13


prosto, a jej dłonie spoczęły na biodrach. Prawie skwitowała zachowanie przyjaciółki uśmiechem. –   Penny, co się z tobą dzieje, do diaska? Coś przede mną ukrywasz? –   On chce pomówić w cztery oczy. – Penny sprawiała wrażenie, jakby chciała się wzdrygnąć. – O swoich warunkach. Sera w końcu się uśmiechnęła. Ten człowiek stawiał warunki?  –  Warunkach czego? –  Zatrudnienia ciebie – wyznała Penny z wymuszonym uśmiechem. – Czy raczej nas. Jest gotów zapłacić nieprzyzwoite pieniądze za usługi galerii, która szuka tego samego co on: oryginalnego portretu dziewczyny. –   A wyjaśniłaś mu, dlaczego szukamy obrazu? –   Oczywiście. Powiedziałam, że interesuje nas nabywanie dzieł sztuki z czasów Holocaustu, ale musiałam trochę przypudrować historię. Przecież nie wypadało mi przyznać w negocjacjach z kimś kompletnie nieznajomym, że marzysz o tym obrazie od dziecka. W końcu jako właściciel kopii może się okazać jedyną drogą do odnalezienia oryginału. Powiedziałam mu prawdę. Penny odczepiła od podkładki do pisania kartkę papieru i podała ją Serze. –   I to wystarczyło, żeby załatwił ci zaproszenie i bilet lotniczy na Zachodnie Wybrzeże. Jutro masz lot, na jego koszt. Sera się zawahała, rozważając możliwość, że ów człowiek mógł mieć jakieś własne plany. –   No dobrze. Obie wiemy, dlaczego szukam obrazu. Ale co kieruje tym Hanoverem? Powiedział ci? Dziewczyna pokręciła głową. –   Pewnie ten bilet pomoże nam to ustalić. Sera sięgnęła po niego drżącymi palcami. 14


Dwa lata. Minęły już dwa lata, odkąd rozpadł się jej świat, a ona rzuciła się w wir pracy i dała pochłonąć intrydze otaczającej tajemniczy portret. Choć o jego istnieniu dowiedziała się jeszcze jako mała dziewczynka, prawdziwy zapał do rozwikłania zagadki pojawił się dopiero wtedy, gdy straciła absolutnie wszystko. Jeśli odnalezienie ostatniego kawałka układanki zależało od współpracy z Williamem Hanoverem, była na to gotowa. „Dzięki Ci, Panie”. Niewypowiedzianej na głos modlitwie udało się zdjąć ciężar z jej serca. „Już prawie ją znaleźliśmy”. –   Penny. – Sera się uśmiechnęła. – W końcu sprowadzimy ją do domu.


Rozdział 2 3 grudnia 1942 Wiedeń, Austria

J

est w szoku. Lekarz wystawił głowę na mróz i rozejrzał się po opustoszałej ulicy, a potem wciągnął Adele do wnętrza domu. Dziewczyna usłyszała zgrzyt przesuwanej zasuwy w drzwiach. Mężczyzna poprowadził ją do salonu. W głębi stała wyblakła brokatowa sofa, a naprzeciw niej – dwa śliwkowej barwy fotele z zapadłymi siedziskami, wyświechtanymi podłokietnikami i lwimi łapami zamiast nóżek. W kominku trzaskały płomienie. –   No dalej, podprowadź ją do ognia. Nie wiedziała, do kogo to mówi. Wiedziała tylko, że choć przez chwilę jest bezpieczna. Nikt jej nie śledził. Co kilka kroków oglądała się za siebie i na wszelki wypadek, nim stanęła przed drzwiami lekarza, przez jakiś czas kluczyła po zasypanych śniegiem, ciemnych ulicach. –   Co jej jest? – spytała jakaś kobieta łamiącym się głosem.

–

16


Adele nie mogła jej winić za to, że się bała. Sama też była wystraszona. Wszyscy w Wiedniu się bali. –   Cała się trzęsie. Dłonie Adele faktycznie drżały. Dygotały od czubków palców aż po zgięcia łokci, jakby rażono ją prądem. Nie miała pojęcia, czy to z zimna, czy z przejęcia wydarzeniami, których dopiero co była świadkiem. Nigdy wcześniej nie doświadczyła szoku. Ani nie widziała, jak ktoś ginie. Do dziś. –   Boli – zdołała z siebie wydusić. Wcześniej nie czuła bólu, ale teraz, gdy była bezpieczna, jej zmysły odżyły. Nieznośne niemal pieczenie przypominało rozżarzone węgle wciśnięte pod skórę. –   Tak, wiem – odparł mężczyzna. –   Przepraszam, doktorze. Nie miałam dokąd pójść. Musiał się domyślić, że zdarzyło się coś strasznego, bo inaczej nie waliłaby zakrwawioną pięścią w jego drzwi w środku nocy. Wiedziała, że lekarze są budzeni o najdziwniejszych porach. Było jednak mało prawdopodobne, by ten tutaj doświadczył wcześniej równie brutalnej pobudki. –   Cicho już, usiądź, dziecko – powiedział, przysuwając dla niej fotel do kominka. – Ogień cię ogrzeje. Doktor usadowił ją w fotelu, po czym zaczął wydawać polecenia dwóm kobietom, które stanęły po jego obu stronach. Adele ledwo mogła dostrzec je w półmroku salonu; młodsza z nich miała jakieś piętnaście lat, a starsza spoglądała spode łba, mocno marszcząc czoło. –   Zaciągnijcie zasłony do końca – komenderował mężczyzna. – I dajcie jej, proszę, szklankę wina. – Jego głęboki głos dobywał się spod pokaźnego, przyprószonego siwizną wąsa. – Potem 17


przynieście miednicę z gorącą wodą, bandaże i koce. Musimy ją rozgrzać. –   Ale wino się już prawie kończy – zaoponowała szeptem młodsza. –   No to akurat go starczy dla młodej damy w potrzebie. Adele słuchała, jak szepczą do siebie. Wino tak trudno było zdobyć. Radzono oszczędnie z niego korzystać. Któż mógł wiedzieć, czy wojna kiedyś się skończy i jedzenie znów będzie można normalnie kupić. –   Nie przychodzi mi do głowy lepszy jego użytek. Wino będzie dla panny Adele – zaoferował. – Córko, idź, proszę, i je przynieś. Lekarz czule poklepał dziewczynę po policzku, po czym skupił uwagę na starszej kobiecie, która zaczęła chodzić tam i z powrotem po pokoju. Kręcąc się nerwowo, dosłownie załamywała ręce. Od czasu do czasu zerkała na Adele, potrząsając głową i mamrocząc coś pod nosem. W końcu zerknęła zza ciężkich, grubych zasłon na ciemną ulicę. –   Dieter, co jej się stało? – szepnęła kobieta, podszedłszy bliżej. Jej ciężki austriacki akcent był wyraźny mimo stłumionych słów. –    Nie wiem – odparł mężczyzna. – Razem usłyszeliśmy walenie do drzwi. Gdy otworzyłem, panna Adele trzęsła się na progu.  –  Była sama? Nie odpowiedział. Zamiast tego posłał Adele pełen szacunku uśmiech, a potem odwrócił się do roztrzęsionej kobiety i począł szeptać jej coś bezładnie, podczas gdy tamta taksowała dziewczynę wzrokiem. Adele już ją kiedyś spotkała. Była żoną doktora. Miała na imię Ava i choć od chwili, gdy przecięły się ich drogi, minęło już 18


kilka lat, wyraz twarzy kobiety się nie zmienił. Kręgi pod jej oczami wydawały się pasować do siwych włosów, skrytych częściowo pod wyblakłą chustką w turecki wzór. Tchnęła zaniedbaniem, tak zresztą jak cały Wiedeń, bo wiele lat wojny i na mieście odcisnęło piętno. Adele wyraźnie pamiętała jednak jej wyniosły sposób bycia. Zaciśnięte wargi i wiecznie zmarszczone czoło działały obecnie równie odstraszająco jak kiedyś. –    Dobrze wiesz, kim jest – wysyczała tamta oskarżycielskim tonem. – Cały Wiedeń zna tę pupilkę orkiestry. Jak możesz rozważać ukrywanie jej tutaj? W okamgnieniu ktoś ją wypatrzy. Będą wypytywać, czemu wzięliśmy ją pod swój dach, i to w takim stanie. Lekarz pokręcił głową.  –  Dieter… Mężczyzna przerwał błaganie żony stłumioną, acz stanowczą reprymendą. –    Nie mogę jej odprawić z kwitkiem! To przecież panna Adele. Nie odesłałbym stąd obcej osoby, a co dopiero córki Fredricha von Brona. Zawdzięczam mu życie. Już o tym zapomniałaś? Ocalił mi skórę w czasie wielkiej wojny. A jego córka to praktycznie członek naszej rodziny. Jeśli potrzebna jej pomoc, bezwzględnie ją od nas otrzyma. –    Przecież przyjdą i nas aresztują. Twojej własnej córce może grozić deportacja! Nie rozumiesz, co to znaczy? – Kobieta wykręcała nerwowo palce, patrząc to na męża, to na Adele. – Musi odejść. Daj jej wino i chleb, a potem ją odpraw. –    Nikt nikogo nie deportuje. Idź już. Zrób to, o co prosiłem. Dieter skupił się na dłoniach Adele. Kroki kobiety zadudniły ciężko o parkiet, gdy wychodziła. –   Adele. Jesteś ranna. 19


Podsunąwszy pod siebie drewniany stołek, usiadł i gdy zaczął zdejmować z niej wełniany płaszcz i szalik, na podłogę poleciało kilka kropel krwi. –   Rozbierzmy cię, żebym mógł się temu przyjrzeć, dobrze? Żona doktora wróciła i położyła obok niego stos bandaży. Nie wyszła jednak – skryła się w cieniu niczym duch strzegący drzwi. –   Dobrze – powiedział lekarz, kiwając głową, gdy udało się jej zrzucić płaszcz. – Na swetrze, rękach i klatce piersiowej nie widzę krwi. Zaczął ściskać dłońmi jej ramiona. –   Kości nie są złamane. Żadnych innych ran. To dobrze. –    Moje dłonie. – Adele nie była w stanie wydusić z siebie nic więcej. Wyciągnęła ręce, żeby pokazać mu rany, z których nadal kapały czerwone krople na jasnobeżową sukienkę. –   Tak, tak. Widzę, że muszą bardzo boleć – odparł Dieter, ujmując jej dłonie, by przetrzeć skaleczenia. – Zajmijmy się nimi od razu. –   Wino, ojcze. – Córka poklepała mężczyznę po ramieniu, a następnie podała mu wyszczerbioną szklankę nienapełnioną nawet do połowy. U jego stóp postawiła czarną torbę lekarską. –    Proszę, pij. – Dieter przystawił naczynie do ust rannej, ale ona nie zdołała się zmusić do picia. Cokolwiek by przełknęła, zaraz wróciłoby tą samą drogą. –   Nie mogę. – Adele odepchnęła szklankę. – Proszę, nie. Dieter zerknął przez ramię na córkę, która dołączyła do stojącej przy drzwiach matki. Obie przyglądały się im niczym niespokojne sępy. –   A miednica? Potrzebna mi woda, Astrid – przypomniał Dieter tonem, w którym zaczęła pobrzmiewać frustracja. – Nie oczyszczę jej ran na sucho. Potem przynieś koce i talerz chleba. 20


Potrzebne jej jedzenie i ciepło. Nie możemy zlekceważyć tego wyziębienia, inaczej rano będzie już poważnie chora. Ava wciąż sprawiała wrażenie, jakby chciała się sprzeciwić mężowi, ale nie zdążyła się odezwać, bo on wydał kolejne polecenie: –    I zgaś świece przy wejściu, zanim zaczniesz czyścić podłogę z krwi. – Przysunął sobie mały stolik i postawił na nim szklankę z winem. – Idźcie już, proszę. Obie. Starsza kobieta westchnęła i pociągnąwszy córkę za sobą, opuściła salon. Jej gniewne prychanie odbijało się echem od ścian hallu. Adele patrzyła, jak kobiety wychodzą, a potem zwróciła się do lekarza: –   Wpędziłam pana w kłopoty, pojawiając się tu? –   Nie, dziecko, nie – odparł, kręcąc głową. – Pozwól, że zajmę się twoimi rękami. Co się właściwie wydarzyło, Adele? Po raz wtóry jął delikatnie ocierać jej dłonie z krwi. Po tym wszystkim, co się stało, musiała się komuś zwierzyć. Od tego zależało jej życie. –   Rozstrzelali ich… – powiedziała Adele, po czym umilkła, zmagając się z drżeniem dolnej wargi. –   Rozstrzelali? Kogo rozstrzelali? Dziewczyna potrząsnęła głową. Wszystko wyglądało teraz inaczej. Jakaż była naiwna... Jaka głupia. Czy naprawdę się spodziewała, że uzbrojeni w karabiny mężczyźni nie zechcą ich użyć? –    Rodzinę Haurbechów – wymamrotała i zaraz dodała, cała się trzęsąc: – Elsę, moją przyjaciółkę. Jej mąż grywał czasami w orkiestrze, a oni ich… rozstrzelali! Nawet małego Eitana… Doktor opuścił głowę i popatrzył na nią znad dwuogniskowych okularów. 21


–   Kim są ci Haurbechowie? I gdzie się na nich natknęłaś w taką noc? Adele zacisnęła powieki i pokręciła tylko głową. Przez głowę przelatywały jej okropności mijającego wieczora: bieg przez ciemne uliczki, ostry zapach ryb w porcie, lodowaty wiatr wypalający jej nozdrza. I ta cisza. Panowała taka dziwaczna cisza, niezmącona niczym prócz jej chrapliwego oddechu i kroków na chodniku. A potem nagle dobiegł skądś ten hałas. Rozdzierający noc. Upadające ciała… szok. Jej serce przestało bić, by chwilę później zerwać się do pracy z taką siłą, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Uszy Adele wypełniły krzyki cierpienia i trzaski wystrzałów… Dłoń małej Sophie wyrwana z jej dłoni… Gdy próbowała uciekać, jej stopy ślizgały się w kałużach krwi… Dalszy ciąg opowieści poprzedził potężny dreszcz. –   Załadowali ich na ciężarówkę piekarza. –    Gdzie? – Jeśli lekarza zszokowało krótkie wyznanie dziewczyny, nie dał tego po sobie poznać. Przecierał jej dłonie kawałkami gazy, czekając na odpowiedź. Adele ściszyła głos do szeptu. –   Niedaleko stąd, koło targu rybnego. Tak długo czekali w ukryciu… – jej głos załamał się pod wpływem wzbierającego szlochu – …a ja obiecałam, że wszystko będzie dobrze, jeśli dziś spróbujemy. –   Adele, co ty w ogóle, u diaska, wygadujesz?! – Dieter popatrzył jej prosto w oczy, a w jego spojrzeniu odmalował się w końcu szok, którego się spodziewała. Wiedziała, do czego się przyznaje. Gdyby Niemcy się dowiedzieli, czekałby ją wyrok śmierci. Nie, jej los zostałby przypieczętowany, gdyby ktokolwiek się dowiedział. Austriaczka Adele von Bron, córka wysokiego dygnitarza 22


Trzeciej Rzeszy, ulubienica salonów i utalentowana skrzypaczka, którą czekała świetlana przyszłość, uwikłała się w potajemny wywóz Żydów z miasta? To wstrząsające wyznanie nawet jej samej wydawało się nieprawdopodobne. Gdyby wiedzieli… gdyby ktokolwiek się dowiedział… czekała ją pewna śmierć. –   Współpracuję z Vladimirem – wypaliła. – Zna go pan? Lekarz przytaknął. –   Tak. Vladimir Nicolai. Też gra w orkiestrze, prawda? –   Jest wiolonczelistą w filharmonii – wyjaśniła. Dieter nie mógł wiedzieć, że Vladimir był dla niej kimś więcej niż kolegą. – Ma kontakty z ludźmi na południu kraju, którzy się zgodzili zaopiekować rodziną, przewieźć ją do Szwajcarii. –   Jak długo to już trwa, Adele? –   Prawie dwa lata – wyznała cicho. – O działalności Vladimira dowiedziałam się przypadkiem, bo starał się mnie przed tym chronić. –    Ale namówił cię, żebyś do niego dołączyła? – W głosie Dietera słychać było nie tylko szok, lecz także opiekuńcze tony i złość, jakby podejrzewał, że zbuntowany młody wiolonczelista wciągnął dziewczynę podstępem – lub siłą – w konspiracyjną matnię. –    Nie. To był mój wybór – oświadczyła Adele, kręcąc głową. Poczuła, że wracają jej siły. – I wiem, co pan myśli. Klnę się na Boga, że nikt mnie do niczego nie zmuszał. Vladimir mnie nie zwerbował. Wiedziałam, gdzie się ukrywa rodzina Haurbechów, i chciałam jej pomóc w ucieczce. –   Jak się o nich dowiedziałaś? –   To już nieistotne. – I tak właśnie było. Jaki sens miało narażanie kolejnych osób, gdy rodzina, którą pragnęła ocalić, zginęła? – Pomagaliśmy im od wielu miesięcy. Dieter obejrzał się za siebie, a potem szepnął: 23


–   Myślałem, że w mieście nie ma już żadnych Żydów. Zakładałem, że dawno uciekli albo zostali wywiezieni. Większość tych, których znałem, opuściła Wiedeń ponad trzy lata temu. A ci, którzy nie wyjechali… no cóż… Jakim cudem zdołali się uchować w Wiedniu? To jest w ogóle możliwe? –   Tak, część z nich ciągle tu jest. Adele podniosła na niego oczy, mając nadzieję, że ubłaga go wzrokiem, by pomógł jej w jakikolwiek sposób; może nawet, by wyjaśnił, że śniła i wcale się nie znalazła w zdewastowanej rzeczywistości. –   Vladimir był tam ze mną. Kazał mi uciekać, gdy przyjechało gestapo. Pojawili się znikąd. Prowadziłam dzieci do ciężarówki pod osłoną budynków otaczających targ rybny, lecz wszystko potoczyło się tak szybko… –   Co się właściwie wydarzyło? – spytał lekarz, przyciskając dłoń Adele do jej uda, żeby zszyć ranę. Dziewczyna skrzywiła się z bólu. –    Starsza córka, Sophie, krzyknęła, gdy rozstrzelali jej rodziców. Próbowałam zakryć jej usta dłonią, ale… Słowa uwięzły Adele w gardle i pokręciła tylko głową. –    Ale ty uciekłaś. – Dieter uniósł jej podbródek, by spojrzeć w oczy. – W jaki sposób wymknęłaś się niezauważona? –   Vladimir wciągnął nas w boczną uliczkę, a potem pobiegł z Sophie w przeciwną stronę. Wziął ją na ręce i kazał mi uciekać. Uciekać i nie oglądać się za siebie. Wcześniej poinstruował mnie, że jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, mam udać się w jakieś bezpieczne miejsce. Więc przyszłam tutaj. Dieter pokiwał głową. –    Vladimir to dobry człowiek. Zaopiekuje się małą Sophie – zapewnił ją. 24


Spis treści

Rozdział 1. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   9 Rozdział 2. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  16 Rozdział 3. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  29 Rozdział 4. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  39 Rozdział 5. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  46 Rozdział 6. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  55 Rozdział 7. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  62 Rozdział 8. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  72 Rozdział 9. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  75 Rozdział 10. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  89 Rozdział 11. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  99 Rozdział 12. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 111 Rozdział 13. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 130 Rozdział 14. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 138 Rozdział 15. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 150 Rozdział 16. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 165 Rozdział 17. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 173 Rozdział 18. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 181 Rozdział 19. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 205

381


Rozdział 20. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 216 Rozdział 21. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 233 Rozdział 22. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 238 Rozdział 23. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 252 Rozdział 24. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 266 Rozdział 25. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 277 Rozdział 26. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 287 Rozdział 27. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 295 Rozdział 28. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 306 Rozdział 29. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 317 Rozdział 30. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 325 Rozdział 31. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 330 Rozdział 32. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 335 Rozdział 33. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 341 Rozdział 34. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 349 Rozdział 35. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 356 Rozdział 36. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 361 Od autorki. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 371 Dodatkowa lektura.. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 374 Tematy do dyskusji dla grup czytelniczych. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 375 Podziękowania. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 377 O autorce. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 380


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Motyl i skrzypce by SIW Znak - Issuu