MONIKA CAŁKIEWICZ MAŁGORZATA BŁASZCZUK
Of iary w sutannach
WYDAWNICTWO ZNAK KRAKÓW 2022
Projekt okładki Adam Gutkowski goodkowskydesign.com Fotografie na pierwszej stronie okładki Justin Main/Unsplash freepik.com Redaktorka inicjująca Sylwia Ciuła Redaktorka prowadząca Aleksandra Pietrzyńska Opieka redakcyjna Paulina Gwóźdź Adiustacja Aurelia Hołubowska Korekta Barbara Gąsiorowska Marta Tyczyńska-Lewicka Łamanie Piotr Poniedziałek Copyright © by Małgorzata Błaszczuk & Monika Całkiewicz Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2022 ISBN 978-83-240-6179-2
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2022. Printed in EU
Rozdział 1 Wieś pełna tajemnic
Ludwikowice Kłodzkie mają swoje sekrety. To sekrety ukryte w górach, w tunelach i na plebanii – tej starej i tej nowej. Ludwikowice mają też swoje mity i tajemnice poliszynela. Pierwsze wzmianki o Ludwigsdorfie, który Ludwikowicami Kłodzkimi został w 1945 roku, pochodzą z połowy XIV wieku. Położona w kotlinie wieś uznawana jest za jedną z ładniejszych – jeśli nie najładniejszą – w Górach Sowich. Do słupków granicznych z Czechami jest czternaście kilometrów, do niemieckiej granicy w Zgorzelcu trzeba jechać niewiele ponad dwie godziny. Od połowy XIX wieku wieś żyła z górnictwa. Tuż przed wojną poza kopalnią działało na jej terenie trzynaście zakładów, włącznie z małą elektrownią i gazownią. Sielankowe życie w tym miniokręgu przemysłowym w 1930 roku zakłóciła tragedia. Na skutek wybuchu metanu w kopali Wenceslaus (Wacław) zginęło stu pięćdziesięciu jeden górników. Ten wypadek był jak forpoczta wydarzeń, które miały przynieść kolejne lata. Wieś pełna tajemnic
27
W czasie wojny w Ludwigsdorfie na terenie pokopalnianym Niemcy ulokowali fabrykę amunicji. Nie była ona duża – produkowano tu trotyl i małokalibrowe pociski artyleryjskie, miesięcznie około stu ton. Być może również zapalniki do latających bomb V-1, czyli samolotów Fieseler Fi-103. Potencjał terenu w Górach Sowich był ogromny. Dostrzegł go w 1943 roku sztab Adolfa Hitlera i na powierzchni dwustu kilometrów kwadratowych postanowił zbudować kilka podziemnych kompleksów oraz tuneli, także pod zamkiem Książ, gdzie miała zostać przeniesiona główna kwatera Führera. Prace ruszyły już we wrześniu tego samego roku. Objęto nimi Jugowice Górne, Osówkę, Rzeczkę, Soboń, Sokolec i Włodarz. Tajemniczemu projektowi budowlanemu, realizowanemu z niezwykłym rozmachem i z użyciem najnowocześniejszych jak na tamte czasy rozwiązań budowlano-inżynieryjnych, nadano kryptonim Riese, czyli Olbrzym. Ludwikowice były najbardziej uprzemysłowioną częścią niemieckiego przedsięwzięcia. Nie wiadomo, do czego miały służyć potężne sztolnie i hale oraz naziemne konstrukcje, którym po wojnie nowi mieszkańcy tych terenów nadali nazwy Kasyno, Muchołapka i Siłownia. Sensacyjne teorie wiążą je z produkcją i wystrzeliwaniem rakiet V-2, ośrodkiem badań atomowych, biologicznych oraz chemicznych. Jest też legenda o tym, że Riese miało być miejscem testów napędu antygrawitacyjnego, czyli V-7, a odkryte na Dolnym Śląsku naziemne konstrukcje mają to potwierdzać. 28
Rozdział 1
Czy w okolicach Ludwikowic Kłodzkich produkowano słynną superbroń wunderwaffe, czy może był to niemiecki zabieg propagandowy, obliczony na próbę odwrócenia losów wojny – nie wiadomo. Wiadomo za to, że wczesną wiosną 1945 roku losy wojny były już przesądzone, a na miejsce więźniów z filii obozu Gross-Rosen, pracujących w nieludzkich warunkach przy drążeniu tuneli w ramach projektu Riese, weszli czerwonoarmiści i szabrownicy. O ile ci drudzy wywozili pozostawione w ogromnych ilościach worki z cementem sygnowane swastyką, o tyle o tym, co wywieźli z Gór Sowich radzieccy żołnierze, archiwa milczą. Najwyższą cenę tej mrocznej tajemnicy przyszło zapłacić więźniom, jeńcom wojennym i przymusowym robotnikom, których przy budowie Olbrzyma zmarło około pięciu tysięcy. Najbliższy Ludwikowicom Kłodzkim Sokolec, leżący u podnóża góry Gontowa, jest dla historyków i eksploratorów szczególnie fascynujący. To właśnie tutaj na przełomie wiosny i lata 1945 roku, korzystając z jednego z czterech wejść do Gontowej – wejścia numer trzy – Niemcy wnosili przywiezione w specjalnym konwoju skrzynie. Ten sekretny depozyt do dziś rozbudza wyobraźnię poszukiwaczy skarbów, podobnie jak pytanie, kto stał za wysadzeniem oraz zasypaniem dostępu do trzeciej sztolni pod koniec 1945 lub w 1946 roku. Miejscowi mówią, że zarówno „depozytu” w Gontowej, jak i innych sekretnych skarbów tego terenu pilnowali oraz wciąż pilnują specjalni „strażnicy”. Wieś pełna tajemnic
29
W ten naznaczony tajemnicami teren w 1969 roku zjechał do kościoła pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła w Ludwikowicach Kłodzkich nowy proboszcz – Zenon K. Miał trzydzieści siedem lat, świetnie mówił po niemiecku i posiadał niezwykle zjednującą mu ludzi powierzchowność. Parafia nie była duża, miała nieco ponad dwa tysiące wiernych, więc rzutki ksiądz nie potrzebował pomocników. Przez kolejne dwadzieścia sześć lat sam obsługiwał zarówno kościół w Ludwikowicach, jak i filialny kościół w pobliskim Sokolcu. Zajął wybudowaną w 1797 roku plebanię. Z archiwalnych dokumentów wiadomo, że niegdyś w budynku tym stacjonował garnizon, dopiero później przejął go Kościół, zaś wieść gminna niosła, że do starej plebanii wiedzie co najmniej jeden podziemny tunel. Przypuszczeń co do jego przeznaczenia jest tyle, ile amatorskich poszukiwań mniej lub bardziej profesjonalnym sprzętem georadarowym. Tym, którzy dali wiarę, że przechowywane są tam dzieła sztuki, udało się znaleźć ukryty za piecem krótki tunel prowadzący do starej wędzarni. Dlaczego trzeba było aż tak kamuflować tę wędzarnię? Tego odkryć się nie udało. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku proboszcz przeniósł się do nowej, wybudowanej przez siebie plebanii, starą pozostawiając na pastwę losu i eksploratorów. Nowemu budynkowi daleko było do powierzchniowe go rozmachu poprzedniej siedziby, ale miał za to jedno usprawnienie, które zapewniało komfort gospodarzowi – nad głównym wejściem do plebanii umieszczono niewielkie 30
Rozdział 1
okno, służące księdzu Zenkowi jako swoisty peryskop. Znajdowało się ono w łazience, więc proboszcz, słysząc dzwonek do drzwi, zawsze udawał się na piętro, by z łazienki, przez tego sporych rozmiarów judasza, weryfikować gości. A o tym, że ksiądz K. jest niezmiernie ostrożny, krążyły legendy. Dokładnie pozamykane drzwi i okna, klucz w zamku od wewnątrz… Nikt nie zadawał sobie trudu, by spytać księdza, czy kogoś się boi, czy po prostu tak ma. Zdecydowana większość mieszkańców Ludwikowic Kłodzkich bardzo księdza Zenka lubiła. Do dziś ludzie opowiadają o jego szczodrobliwości, wspomaganiu finansowym najuboższych, udzielaniu sakramentów za darmo, ale także o udzielaniu pożyczek na procent, za które parafianie byli bardzo wdzięczni. Wspominają również o pomocy w stanie wojennym, ale nie żeby zaraz jakimś represjonowanym. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych do Ludwikowic przyjeżdżały z Niemiec wielkimi ciężarówkami tak zwane dary. Ich dystrybucją zajmował się proboszcz. W większości trafiały one do potrzebujących, ale wśród tych, którzy nie dostawali mydła, mąki, pasty do zębów czy – w wersji bardziej luksusowej – nutelli, zaczęły się pojawiać głosy, że proboszcz nie przestrzega zasad celibatu. Podobno widywano go tu i tam z kobietami. To, co głośno wypowiadali niechętni księdzu, okazało się tajemnicą poliszynela. Także ksiądz rezydent Franciszek W., staruszek, odwiedzającym go wiernym Wieś pełna tajemnic
31
powtarzał jak mantrę: „Zenek nie powinien być księdzem”, ale kto by go tam słuchał. Proboszcz znany był z tego, że lubił tańczyć i trochę się rozerwać; ktoś widział go na dancingu w Polanicy, ktoś inny na deptaku w Dusznikach-Zdroju – zawsze w towarzystwie kobiet. Większości parafian nie przeszkadzało także to, że mieszkał na plebanii z młodą katechetką. Ten niewysoki mężczyzna, ze słynnymi złotymi zębami, z których trochę się podśmiewano, często zatrzymywał się na ulicy, by uścisnąć rękę, porozmawiać i zapytać, co słychać. W Ludwikowicach i Sokolcu znali go wszyscy. Był kontaktowy, życzliwy i dało się z nim dogadać w każdej sprawie. Nikt więc nie dziwił się jego życiu towarzyskiemu ani kontaktom, także tym niemieckim. Parafię bardzo często wizytowali przybysze zza zachodniej granicy. Goście w ciemnych okularach, którzy przyjeżdżali na niemieckich blachach, byli podejmowani przez proboszcza zarówno w starej, jak i nowej plebanii. Ponoć omawiano wymianę dachu świątyni, remont wieży, konserwację dzieł sztuki sakralnej. Kiedyś podczas nabożeństwa odprawianego w Sokolcu weszli do kościoła jacyś mężczyźni, na pewno nie miejscowi, i wynieśli z bocznej nawy sporych gabarytów XVIII-wieczny obraz. Zmieszany ksiądz powiedział wiernym, że zabrano go do renowacji, jednak obraz nigdy nie wrócił. Innym razem w Ludwikowicach przy kościele zaparkowały dwa niemieckie autokary. Zaintrygowani mieszkańcy weszli do środka, a tam trwało nabożeństwo w języku niemieckim. Razem z księdzem 32
Rozdział 1
Zenkiem odprawiało je dwóch koncelebransów, których nikt tu nie znał. Kościół pełen był Niemców. Parafianom to się nie podobało. Mimo wszystko miejscowemu duchownemu szybko zapominano i wybaczano drobne słabości i nadużycia. Neutralizowały je dbałość o kościół, o młodych, przedsiębiorczość. Z jego inicjatywy organizowano ogniska, dyskoteki, wymianę młodzieży oraz oazy. Kiedy w czasie jednej z nich uczestnicy robili wykop pod tymczasowe szambo, natrafili na prowadzący od starej plebanii tunel – wpadła im tam nawet łopata, jednak nikt się tym wtedy nie przejął. Szambo wykopano parę metrów dalej. Każdego roku latem ksiądz Zenek wyjeżdżał do Niemiec. Dokładnie nie wiadomo, komu i w jakim celu składał te (re)wizyty. Oficjalna wersja głosiła, że jeździ na zastępstwa i sprawuje posługę kapłańską dla Polonii. Tymi wakacyjnymi wyjazdami tłumaczono zamożność proboszcza. Łatwość, z jaką wyciągał pieniądze, była powszechnie znana i tylko podsycała plotki, a gdy niejednokrotnie zdarzało się, że parafianie zaglądali do niego po wsparcie finansowe, nigdy nie wychodzili z pustymi rękami. Jak więc go było nie kochać? W poniedziałek 23 stycznia 1995 roku ksiądz K. nie odprawił porannej mszy świętej i nikt z mieszkańców nie widział go przez cały dzień, a przecież w niedzielę wszystko jeszcze było jak zwykle. Po nabożeństwie o 8.30 proboszcz spotkał się z dwoma gośćmi z Niemiec, a parafianom, z którymi widział się później, opowiadał, że pokłosiem tej Wieś pełna tajemnic
33
wizyty będą pieniądze na remont dachu. Widziano go także w obejściu, a że właśnie kończył wizyty duszpasterskie, we wsi było go pełno. Zaniepokojony faktem nieodprawienia poniedziałkowej porannej mszy Tadeusz K., który od lat pomagał w kościele i na plebaniach przy różnych pracach porządkowych, zawiadomił policję w Nowej Rudzie. Czuł, że absencja księdza nie wróży nic dobrego. Gdy na ulicę Wiejską w Ludwikowicach przyjechał patrol, powitała go grupa kilku osób, w tym nowa gospodyni proboszcza Marianna B. Mieszkała na plebanii i właśnie wróciła spod Częstochowy po paru dniach nieobecności. Próbowała otworzyć drzwi, nie zdołała jednak wejść do środka, gdyż od strony wewnętrznej w zamku tkwił klucz. Był też Ryszard Ł., organista w tutejszym kościele. To on, po wypchnięciu przez policjantów jednego z okien na parterze, wszedł do plebanii i znalazł leżące przy drzwiach wejściowych ciało księdza Zenona. Proboszcz leżał na brzuchu, wykręcone do tyłu ręce miał związane sznurkiem oplatającym nadgarstki i palce, a głowę przykrytą ręcznikiem. Sekcja ujawniła, że uderzono go w głowę twardym narzędziem, a śmierć nastąpiła w wyniku uduszenia. Ślady plądrowania widoczne były w dwóch pokojach zajmowanych przez księdza oraz w pokoju stołowym. Do jednego z pomieszczeń wyłamano drzwi. Z otwartej metalowej kasy pancernej zabójcy wyrzucili koperty z dewizami, polskie monety okolicznościowe, klasery ze znaczkami, drobne wyroby ze złota i srebra, książeczki i bony oszczędnościowe oraz dokumentację bankową. 34
Rozdział 1
W stojącym w garażu mercedesie było sporo nietkniętej gotówki, prawdopodobnie z kolędy. Zabezpieczone na miejscu fundusze potwierdzały, że proboszcz K. był bardzo zamożną osobą. Wszystko wskazywało na to, że na plebanię wpuścił kogoś, kogo znał. Okno do łazienki, służące mu jako peryskop, było uchylone, musiał więc widzieć, kto przyszedł z wizytą. Czego szukali zabójcy księdza Zenona? Nowa gospodyni nie potrafiła pomóc policji w ujawnieniu skradzionego mienia, pracowała na plebanii krótko i nie została wprowadzona w sprawy majątkowe zmarłego. Kiedy w Ludwikowicach gruchnęła wiadomość o zabójstwie proboszcza, od domu do domu niosło się, że „tak to się musiało skończyć”, a jego dotychczasowe rozległe kontakty biznesowe raptem nabrały podejrzanego charakteru. Mieszkańcy od razu wytypowali sprawców – trzech młodych mężczyzn, którzy 22 stycznia w godzinach popołudniowych przyjechali czerwonym maluchem i zaczepiali przypadkowych przechodniów, pytając, o której jest msza i gdzie znajduje się plebania. Nieznajomi przyszli od strony wodospadu, od ulicy Stara Droga, gdzie zostawili samochód, i byli wyraźnie zainteresowani widocznym z każdego rogu wsi kościołem. Ludzie doskonale ich zapamiętali, jednak choć policji udało się sporządzić portrety pamięciowe, nigdy nie ustalono tożsamości mężczyzn. Oględziny plebanii ujawniły, że sprawcy wyszli przez piwniczne okno, które następnie starannie za sobą przymknęli. Widać bardzo się nie spieszyli, dlatego dziwi fakt, Wieś pełna tajemnic
35
że ominęli jedno pomieszczenie, choć splądrowali pozosta łe. Było zamknięte na klucz, co jednak nie powinno stanowić dla nich przeszkody, skoro wyłamali drzwi do innego pokoju. W środku policjanci znaleźli paczki z przychodzącymi z zagranicy darami. Wśród wielu kartonów z butami, produktami spożywczymi i chemią gospodarstwa domowego znajdowały się trzy z zupełnie inną zawartością. Stanowiły ją trzy figurki świętych wykonane z drzewa z polichromią. Policji szybko udało się ustalić, że jedna z rzeźb, przedstawiająca Świętego Floriana, pochodzi z włamania do kościoła w Bystrzycy Kłodzkiej. Dwie pozostałe skradziono z kościołów poza Dolnym Śląskiem. W mieszkaniu księdza zabezpieczono także korespondencję w języku niemieckim. Po jej przetłumaczeniu okazało się, że nadawca udzielał wskazówek co do przydrożnego kamiennego krzyża w okolicach Sokolca, instruując, komu go przekazać i jak wywieźć na teren Niemiec. We wskazanym miejscu po krzyżu pozostał tylko dół… Księdza Zenona K. pochowano na cmentarzu parafialnym w Popowie w archidiecezji częstochowskiej, zaledwie sześć kilometrów od jego rodzinnego Szyszkowa. Na płycie nagrobnej ze zdjęciem napisano: „Ksiądz Kanonik Zenon K. ur. 24.6.1932, zm. 22.1.1995. Bóg tak chciał”. Na wiosnę na grób pod Częstochową pojechało nawet kilku parafian z Ludwikowic najserdeczniej wspominających proboszcza. Oszczędności należące do zamordowanego przekazano pełnomocnikom spadkobierców, którzy na trzy tygodnie 36
Rozdział 1
przed zabójstwem w jednej z kancelarii notarialnych w Kłobucku upoważnili do działania w swoim imieniu cztery osoby. Policja przesłuchała stu sześćdziesięciu trzech świadków, „przeprowadzono osiemnaście przeszukań pomieszczeń u osób mogących posiadać dowody istotne dla sprawy, wykonano sześć ekspertyz, badając dowody zabezpieczone na miejscu zdarzenia”. Działania te nie doprowadziły jednak do wykrycia sprawców, wobec czego 3 sierpnia 1995 roku Prokuratura Wojewódzka w Wałbrzychu z siedzibą w Świdnicy umorzyła sprawę. Parafianie rozmawiali o zabójstwie księdza Zenka jeszcze przez wiele tygodni. W końcu był z nimi od prawie trzydziestu lat. Komentowano każdą informację, jaka wymknęła się śledczym, także i tę, że sprawcy przykryli głowę ofiary ręcznikiem. Czyżby czuli się nieswojo? A może, zgodnie z funkcjonującym wówczas wśród przestępców przesądem, bali się, że w oczach zabitego „odbije się” obraz sprawcy? Poskutkowało, bo sprawców nigdy nie odnaleziono. Mroczna historia Gór Sowich wchłonęła, obok wielu innych, kolejną tajemnicę – zabójstwa proboszcza z Ludwikowic Kłodzkich.
Wieś pełna tajemnic
37
Spis treści
Wstęp . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
5
Rozmowa z profesorem Tadeuszem Bartosiem . . . . . . . . . .
11
Rozdział 1
Wieś pełna tajemnic . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 25 Rozdział 2
Śmierć na szlaku bursztynowym . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
67
Rozdział 3
Śmiertelny patchwork . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 151 Rozdział 4
Feralna środa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 191 Rozdział 5
Pięć minut Zygmunta W. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 225 Zamiast zakończenia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 267