Skip to main content

Matka męczennika

Page 1

Natalia Budzyńska

MATK A

MĘCZENNIKA Poruszająca opowieść

o Mariannie Kolbe

Wydawnictwo Znak Kraków 2016


„Dola tkaczy zduńskich była ciężka”

W

ydarzyło się w mieście Zduńska Wola 22 lutego / 6 marca 1870 roku o godzi­ nie 2 po południu. Zjawił się Franci­ szek Dąbrowski, tkacz ze Zduńskiej Woli mający 47 lat, w towarzystwie Leona Białeckiego 24 lat i Adama Klempińskiego 48 lat, oboje tkacze ze Zduńskiej Woli, i przedstawili nam dziecko płci żeńskiej urodzone w Zduńskiej Woli 13/25 lutego 1870 roku o godzinie 4 po południu z jego ślubnej żony Anny Krystyny z Klinickich lat 40. Dziecku dano na chrzcie świętym, odbytym w dniu dzisiej­ szym, imię Marianna, a rodzicami chrzestnymi byli pierwszy świadek i Maria Michalska”. Akt podpisał tylko proboszcz, ponieważ ani ojciec dziecka, ani świadkowie pisać nie umieli. Podwójną datę wpisy­ wano we wszystkich dokumentach w zaborze rosyj­ skim. Ta pierwsza wyznaczona była według kalen­ darza juliańskiego, druga – gregoriańskiego.

„

15


NATALIA BUDZY ŃSK A

•

MATK A MĘCZENNIK A

Rodzice nie byli już najmłodsi jak na tamte czasy. Najstarsza siostra Rozalia miała trzynaście lat, Kazimierz – jedenaście, Franciszek – dziesięć, a Matylda – trzy. Pięcioro już nie żyło. W dniu urodzin Marianny na świecie nie wydarzyło się nic szczególnego. W „Kurjerze Polskim” z tego dnia można było przeczytać, że „w Paryżu zmarł w d.17 b.m. Baron Nathan Rothschild, natural­ nie miljoner”, temperatura powietrza w Warszawie wynosiła rano 1 stopień, a po południu 4 stopnie Celsjusza. Można było odetchnąć, bo na początku lutego trzymały siarczyste mrozy „niepamiętne od lat” – jak pisały gazety. Mrozy „srożyły się” aż trzy tygodnie bez przerwy, a temperatury spadały do minus 24 stopni Celsjusza. Słońce tego dnia wze­ szło o 7.58, a zaszło po piątej. Matce Marianny po­ zostały jeszcze dwadzieścia dwa lata życia. To ona zajmie się edukacją dzieci, nauczy je pisać i czytać, z pewnością też modlić się i śpiewać religijne pieśni. W domu, który rodzina wynajmowała i za który płaciła komorne, na ścianach wisiały pobożne obra­ zy, kupowane najczęściej podczas odpustów i piel­ grzymek. Pod najważniejszym z nich, przedstawia­ jącym Matkę Boską Częstochowską, stały kwiaty i paliła się lampka. To był ołtarzyk domowy, w ów­ czesnych domach częsty widok. Lampka pod obra­ zem paliła się trzy dni w tygodniu: w środy, soboty 16


„Dola tk aczy zduńskich była ciężk a”

i niedziele. I oczywiście we wszystkie dni poświę­ cone liturgicznie Matce Bożej. A więc w styczniu w święto Bożej Rodzicielki Maryi, w lutym – Mat­ ki Boskiej Gromnicznej, w kwietniu – Maryi Pan­ ny Dobrej Rady, w maju – Maryi Panny Królowej Polski, Wspomożycielki Wiernych, Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, w czerwcu – Matki Bo­ żej Nieustającej Pomocy, w lipcu – Matki Bożej Szkaplerznej, w sierpniu – Anielskiej, Śnieżnej, Zielnej i Najświętszej Maryi Panny Częstochow­ skiej, we wrześniu – Matki Pocieszenia, Siewnej, Bolesnej, w październiku – Różańcowej, w listo­ padzie – Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, a w grudniu – Niepokalanego Poczęcia Najświęt­ szej Maryi Panny. Marianna codziennie modliła się z młodszą siostrą, razem chodziły też na mod­ litwy do koleżanek. Uwielbiała nabożeństwa ma­ jowe, przykładnie uczestniczyła we mszy świętej, a różaniec odmawiała na klęczkach każdego dnia. „Wszyscy w rodzinie mieli różańce i szkaplerze Nie­ pokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny” – wspominała Anna Kubiak. Mariannę czytać i pisać uczyła w domu matka, ale na najbardziej podstawowym poziomie. Innymi słowy, czytać umiała, ale z pisaniem szło jej już nie najlepiej. Z ortografią zmagała się całe życie, praw­ dę mówiąc, jej listy roją się od błędów. Nie ma się 17


NATALIA BUDZY ŃSK A

•

MATK A MĘCZENNIK A

co jednak dziwić decyzji rodziców, którzy woleli, żeby dzieci spędzały czas w domu, bo ze szkołami wtedy było tak: po powstaniu styczniowym wpro­ wadzono język rosyjski do urzędów i oczywiście z jeszcze większym naciskiem niż dotąd – do szkół. Szkolnictwo było dla Rosjan niesłychanie ważnym instrumentem rusyfikacji Polaków. Kiedy Marian­ na miała dwa lata, oficjalnie i jawnie wprowadzo­ no do szkół język rosyjski jako język wykładowy, a rok później w ogóle usunięto z programu szkol­ nego naukę języka polskiego. Elementarne szkoły były wprawdzie bezpłatne, jednak wizja rusyfika­ cji skutecznie odstraszała rodziców. Woleli uczyć swoje dzieci w domu. Poza tym książki i szkolne przybory były kosztowne, więc duże rodziny rzad­ ko mogły sobie na taki wydatek pozwolić. Marianna wzrastała w rodzinie tkackiej, od uro­ dzenia towarzyszyły jej miarowy stukot krosien i ciężka praca. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, jak wyglądał dom tkacza, bo takich po prostu już nie ma. Nikt już nie tka, choć niedawno w ­Zduńskiej Woli prowadzono zajęcia tkactwa w ramach po­ wrotu do zapomnianych zawodów. Urządzenia do chałupniczej pracy były dla tkacza najważniejszy­ mi sprzętami. A więc w domu miał on gręple, któ­ re służyły do szarpania surowej wełny, maszynę do przędzenia, maszynę zwaną wilkiem i kółko do zwi­ 18


„Dola tk aczy zduńskich była ciężk a”

jania przędzy oraz warsztat do tkania sukna. Nie­ którzy, ci bardziej zamożni, posiadali po kilka tych urządzeń. Mieszkanie tkaczy składało się najczęś­ ciej z dwóch izb i kuchni: w jednej izbie stały kros­ na, w drugiej łóżka, a życie rodzinne toczyło się w kuchni. Rodzina Dąbrowskich była trochę za­ możniejsza. Mieszkali w czteroizbowym domu i po­ siadali trzy warsztaty tkackie. Przy krosnach praco­ wała cała rodzina, łącznie z dziećmi. „Dola tkaczy zduńskich była ciężka” – wspominała Anna Kubiak. Marianna dorastała w czasach trudnych dla chałup­ ników. Od 1860 roku powstawały w miasteczku fa­ bryki i wkrótce drobni tkacze musieli pracować dla wielkich fabrykantów. W Zduńskiej Woli było ich pięciu: August Arlet, Karol Kuske, Moszek Aron Wiener, Chaim Grosskopf i Oswald Fulde. O ży­ dowskich fabrykantach Anna Kubiak pisała, że byli „panami tkackiego przemysłu chałupniczego”. Od nich chałupnicy otrzymywali przędzę i osno­ wę, a potem oddawali gotowy towar Żydom, mod­ ląc się, żeby ci nie obcięli im zapłaty za jakieś wy­ patrzone błędy. Po pieniądze za wykonane płótno chodziło się z lękiem, czy zapłata będzie godziwa, czy nie. Zduńskowolscy tkacze byli zależni od Ży­ dów „jak od sądu” – pisała Anna Kubiak. Marianna pomagała rodzicom w pracy od najmłodszych lat. Już najmniejsze dzieci asystowały 19


NATALIA BUDZY ŃSK A

•

MATK A MĘCZENNIK A

przecież przy zwijaniu przędzy na szpulki, a im były starsze, tym trudniejsze prace im powierza­ no. Miały w ogóle czas na zabawy? Chyba tylko w niedziele. Jako panienka Marianna chadzała na zabawy i wesela, ale zachowywała się bardzo przy­ kładnie i skromnie. Przede wszystkim była niezwy­ kle pobożna i oddana Najświętszej Maryi Pannie. Dziewiętnastowieczna Polska należała do Ma­ ryi jak żaden inny kraj w Europie. Wciąż oczywi­ ście pielęgnowano kult Matki Bożej Częstochow­ skiej, Królowej Polski, ale czasy, w jakich dorastała Marianna, należały zdecydowanie do Niepokala­ nej. Zacznijmy od szkaplerza Niepokalanego Po­ częcia Najświętszej Maryi Panny, który nosiła cała ­rodzina. Zwyczaj noszenia szkaplerzy zapoczątkowa­ ła Urszula Benincasa, która w 1583 roku założyła w Neapolu Zgromadzenie Oblatek Niepokalane­ go Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Miała sie­ demdziesiąt lat, kiedy objawili się jej Matka Boża z Chrystusem i zapowiedzieli, że założy wkrótce klasztor, w którym zakonnice będą żyły w odosob­ nieniu, ubrane tak samo jak Matka Boża w wizji (biała suknia i niebieski płaszcz), a od Zbawiciela otrzymają specjalne łaski. Usłyszawszy to, Urszu­ la Benincasa poprosiła Jezusa, aby owymi łaskami zechciał obdarzyć także innych ludzi, którzy nie 20


„Dola tk aczy zduńskich była ciężk a”

będą żyć w klasztorze. Chrystus zgodził się i wte­ dy ­zakonnica ujrzała anioły rozdające ludziom na całym świecie niebieskie szkaplerze. Urszula spo­ rządziła takie same, jak te, które widziała w wizji, i rozdała je wiernym. Szkaplerze nie były niczym nowym. Znano je już w XIII wieku i niemal zawsze wiązano z obja­ wieniami Matki Bożej. Szkaplerzem (nazwa wywo­ dzi się od łacińskiego słowa scapula – ramię, bark, plecy) nazywano wierzchni ubiór, pas sukna z ot­ worem na głowę, bez rękawów, ­jaki ­nosili domi­ nikanie czy benedyktyni. Taki strój wprowadził w V wieku święty Benedykt, jako scapolare propter opera – fartuch, który miał chronić habit przed za­ brudzeniem w czasie pracy. Z biegiem czasu stracił on swoją funkcję praktyczną na rzecz symbolicz­ nej, jako znak oddania się Bogu. Szkaplerze no­ szono początkowo na wierzchu, potem ukrywa­ no je pod ubraniem i coraz bardziej zmniejszano. W końcu przeobraziły się w dwa kawałki materia­ łu, ozdobione haftem i połączone tasiemką: jed­ na część opada na plecy, druga na pierś. Szkaplerz, który ujrzała w wizji Urszula Benincasa, był niebie­ ski, a papieże obdarzyli go tak wieloma odpustami jak żaden inny. Ci, którzy go nosili, ­mieli obowią­ zek szerzyć kult Niepokalanej i modlić się o nawró­ cenie grzeszników i za dusze w czyśćcu. Wykonano 21


NATALIA BUDZY ŃSK A

•

MATK A MĘCZENNIK A

go z niebieskiego płótna, z jednej strony widniał na nim wizerunek Niepokalanej, z drugiej symbo­ le maryjne. Nosiło się go w dzień i w nocy na gołe ciało. Święty Alfons Maria Liguori, wielki czciciel Maryi, także nosił ten szkaplerz, a w dziele Chwała Maryi wymienił podobno aż pięćset trzydzie­ ści trzy odpusty, jakie można było dzięki niemu uzyskać. Dziś szkaplerze nie są tak popularne, ale w XIX wieku nabożeństwo szkaplerza należało do najpopularniejszych form kultu Najświętszej Ma­ ryi Panny. XIX wiek to zresztą niezwykły czas maryjnych objawień. Najpierw w 1830 roku w Paryżu, przy rue du Bac, nowicjuszka Katarzyna Labouré zo­ baczyła Maryję i Cudowny Medalik, który tak ukochał później święty Maksymilian Kolbe. Me­ dalikowi miała towarzyszyć modlitwa: „O Mary­ jo, bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. W 1846 roku dwoj­ gu dzieciom w La Salette ukazała się Matka Boża i przekazała orędzie (w którym nawoływała do na­ wrócenia i pokuty), w 1858 roku miały miejsce objawienia w Lourdes (gdzie Maryja przedstawiła się: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”). Objawienia zdarzały się także na ziemiach polskich – w 1850 roku w Licheniu, a w 1877 roku w Gietrzwałdzie. O tym wszystkim dużo mówiono na kazaniach 22


„Dola tk aczy zduńskich była ciężk a”

w kościołach. Do znacznego ożywienia pobożno­ ści maryjnej przyczyniło się ogłoszenie w 1854 roku przez Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Po­ częciu Najświętszej Maryi Panny. Bulla głosiła, że „... nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystu­ sa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zacho­ wana jako nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć”. To mówił urząd papieski, ale wierni już od wieków wierzyli w niepokalane poczęcie Maryi. Cała rodzina nosiła więc szkaplerze i na klęcz­ kach odmawiała różaniec, zgodnie ze starą polską dewizą: „Szkaplerz noś, na różańcu proś”.


„... nie zaklął, nie pił wódki i nie chodził na zabawy”

G

dym przychodziła do zrozumienia spraw duszy, ceniłam bardzo cnotę czystości” – pisała o sobie młodej ponad siedemdzie­ sięcioletnia Marianna. Wcale nie marzyła o mężu i dzieciach. Marzyła o klasztorze. Skąd takie prag­ nienia? Przecież w Zduńskiej Woli nie widziała na­ wet na oczy żadnej zakonnicy. Kasata zakonów w zaborze rosyjskim trwała właściwie od począt­ ku XIX wieku, a nasiliła się jeszcze po upadku po­ wstania styczniowego. Kiedy Marianna zaczęła marzyć o klasztorze, teoretycznie mogła wybierać spośród dziesięciu istniejących w całym Królestwie Polskim. Tylko tyle żeńskich klasztorów przyjmo­ wało nowicjuszki. Po pierwsze jednak, mało praw­ dopodobne, żeby Marianna o tym wiedziała, a po drugie, oddanie córki do zakonu wiązało się z wy­ wianowaniem postulantki, a jej rodzice nie mogli sobie na to pozwolić. Byli po prostu za biedni. Ani

„

24


„... NIE ZAKLĄŁ, NIE PIŁ WÓDKI...”

Marianna, ani jej rodzice nie mieli pojęcia o tym, że w tej trudnej sytuacji na ziemiach polskich za­ czynają powstawać w ukryciu zupełnie nowe zgro­ madzenia. Pomiędzy rokiem 1800 a 1900 powsta­ ło ponad dwadzieścia wspólnot żeńskich, wiele z nich za sprawą błogosławionego Honorata Koź­ mińskiego. „Ponieważ w Królestwie pod zaborem rosyjskim nie było klasztorów, nie miałam pojęcia o życiu w klasztorze, prosiłam tylko Pana Jezusa i Matkę Bożą, bym umarła pierwej, nim przyjdzie czas zamęścia, żebym mogła pocieszać się w niebie z tymi duszami czystymi, które chodzą za Baran­ kiem i śpiewają pieśni im tylko dozwolone... Ale choć o tę wielką łaskę prosiłam ze łzami, to jednak bałam się gwałtownie narzucać swej woli i dodawa­ łam, że gdybym tak musiała pójść za mąż, to pro­ szę koniecznie, abym dostała takiego męża, który by nigdy nie zaklął, nie pił wódki i nie chodził do szynku na zabawy. I byłam wysłuchana” – wspomi­ nała Marianna. I tak spotkała Juliusza Kolbego, o którym napi­ sała, że „nie był tak wybitny jak inni”, którzy pro­ ponowali jej zamążpójście, a których ona odrzu­ ciła. Pewnie tamci jej adoratorzy lubili się napić, bo alkohol był wtedy bardzo rozpowszechniony. W czym Juliusz nie był wybitny, nie dowiemy się. Ona była niewysoka, miała czarne włosy zaczesane 25


NATALIA BUDZY ŃSK A

•

MATK A MĘCZENNIK A

często w warkocz zwinięty w kok, była skromna i rozmodlona. Jego tak opisuje najmłodsza siostra, Anna (po mężu Galert): „Juliusz był wzrostu wy­ sokiego i silnie zbudowany. Włosy miał ciemne, nie całkiem czarne. U nas w rodzinie nikt nie miał jasnych włosów”. Poza tym piwne oczy, twarz po­ ciągła, czoło wysokie i bardzo wesołe usposobie­ nie. Nie zachowało się żadne zdjęcie Juliusza, mo­ żemy polegać tylko na opisach. Pochodził z rodziny o korzeniach czeskich – jego przodkowie to czescy osadnicy, których sprowadził do Zduńskiej Woli Stefan Złotnicki, dziedzic wsi. Ówczesna polity­ ka Królestwa Polskiego wspierała rozwój rodzące­ go się przemysłu, Stefan Złotnicki zobowiązał się więc do wybudowania w 1825 roku fabryki płót­ na, za co Zduńska Wola miała uzyskać prawa miej­ skie. Tkaczy w Zduńskiej Woli było sporo, już w 1816 roku posiadali własny cech, ale żeby spro­ stać planom dziedzica, trzeba było ich jeszcze wię­ cej. Czescy tkacze chętnie osiedlali się w tych okoli­ cach, bo proponowano im tu podpisywanie umów, dzięki którym otrzymywali od razu ziemię, ogród i cegły na budowę domu. W zamian za to musieli zobowiązać się przede wszystkim do uruchomienia warsztatów tkackich. Złotnicki najprawdopodob­ niej korzystał z usług agentów werbujących tka­ czy, bo wiadomo, że tacy działali. A więc przodek 26


„... NIE ZAKLĄŁ, NIE PIŁ WÓDKI...”

Juliusza, a konkretnie jego dziadek Paweł Kolbe, przybył do wsi Stęszyce pod Zduńską Wolą i naj­ prawdopodobniej otrzymał tak jak inni dwie mor­ gi gruntu, ogród, dziewięć klocków sosnowych, dwieś­cie sztuk cegieł i dwadzieścia siedem tala­ rów na budowę domu. Sprowadził się w te oko­ lice około 1840 roku razem z bratem Wawrzyń­ cem. Ich losy i ciągłe zmiany miejsca zamieszkania ­znakomicie pokazują niepewność ówczesnego ży­ cia osadników. Przeprowadzali się z jednej wsi do drugiej, krążyli tak dookoła Zduńskiej Woli przez wiele lat. Jakby wciąż byli tu tylko na chwilę, jak­ by podświadomie bali się osiąść i zapuścić korze­ nie. Jak podają ­dokumenty, Paweł Kolbe urodził się jeszcze w Kraju Czeskim, a jego żoną była Te­ resa z domu Nisiger. Oboje byli katolikami. Nie wiadomo, czy rodzice Pawła Kolbego też wyje­ chali ze swojego miasta, którego nazwa zapisana jest w dokumentach parafii w Zduńskiej Woli jako Almendor (ale już księga meldunkowa podaje mia­ sto urodzenia Pawła jako Beckerdorf ). W każdym razie Paweł i Wawrzyniec osiedlili się w Stęszycach. Syn Pawła Jan urodził się już jednak w sąsiedniej wsi Izabelów. W 1870 roku wżenił się w rodzi­ nę Grajbichów z Rozomyśla. Od ślubu mieszkał z żoną w jej rodzinnej miejscowości, prawdopo­ dobnie w domu jej rodziców, ale na tak zwanym 27


NATALIA BUDZY ŃSK A

•

MATK A MĘCZENNIK A

komornym. Tam w rok po ślubie urodził się Ju­ liusz. Rodzice Juliusza też często się przeprowadzali: z Rozomyśla do Nowego Miasta, z Nowego Miasta do Henrykowa, z Henrykowa znów do Rozomyśla. W Nowym Mieście kupili na własność mały do­ mek, a potem w Henrykowie większy. Właśnie do Henrykowa przyjeżdżali w odwiedziny do dziad­ ków wnukowie: Franciszek i Rajmund. Ostatecz­ nie w 1909 roku Jan i Helena Kolbe zamieszkali w Rozomyślu, w dużym domu z czteromorgowym gospodarstwem i zabudowaniami gospodarczymi. Tam też zmarli: Helena w 1914, a Jan w 1921 roku. Tkacze czescy najczęściej byli wyznania ewange­ lickiego, ale jak widać, nie dotyczyło to przodków Juliusza. Co więcej, w jego domu musiała pano­ wać bardzo pobożna atmosfera i surowe wychowa­ nie, skoro w czasach, gdy alkoholizm degenerował całe wsie, uchował się Juliusz – niepijący, niepalą­ cy i rozmodlony. Marianna poznała go w koście­ le parafialnym. Był od niej o rok młodszy. Nie był natomiast lepiej od niej wykształcony – najpraw­ dopodobniej jego także uczyli rodzice w domu. Ciekawe z jakimi efektami, skoro dziadkowie mię­ dzy sobą nie rozmawiali jeszcze po polsku. Juliusz musiał być oczytany i mieć zamiłowanie do litera­ tury, bo wskazują na to jego późniejsze zaintere­ sowania: książki oprawiał, naprawiał i sprzedawał, 28


„... NIE ZAKLĄŁ, NIE PIŁ WÓDKI...”

a nawet w pabianickich czasach pomagał prowa­ dzić przyparafialną bibliotekę. Miał też talent mu­ zyczny, potrafił grać na skrzypcach i dużo śpiewał. Z pewnością wyróżniał się pod tym względem pod­ czas nabożeństw. Na dodatek, o czym pisała Anna Kubiak: „Ju­ liusz Kolbe odbywał piesze pielgrzymki do Czę­ stochowy, które co roku wyruszały ze Zduńskiej Woli. Był Polakiem prawdziwie kochającym swo­ ją ­ojczyznę”. W sierpniu pątnicy ze Zduńskiej Woli ­wyruszali pieszo na Jasną Górę, a wędrówka trwała trzy dni. W XIX wieku pielgrzymki wyraźnie nabrały cha­ rakteru demonstracji religijno-patriotycznej, do tego stopnia, że zaborcy zabronili kapłanom ich organizowania i przewodzenia im. W 1895 roku na pielgrzymkę pieszą z warszawskiej Pragi wy­ ruszył nawet Władysław Reymont, chcąc poznać i zrozumieć ten fenomen. Napisał z tej wyprawy świetny reportaż Pielgrzymka do Jasnej Góry: „Pa­ trzę i pytam siebie, co im każe rzucić dom, dzie­ ci, gospodarstwo, zarobek, zawsze pewną mis­ kę kartofli, łóżko i pierzynę, i iść mil kilkadziesiąt o suchym chlebie. Sypiać po drogach, znosić tru­ dy niewypowiedziane życia koczowniczego. Cóż to jest za siła, która ich porywa z gniazda i rzu­ ca w różnorodny, taki sam tłum...”. Idzie głównie 29


NATALIA BUDZY ŃSK A

•

MATK A MĘCZENNIK A

lud, a nie inteligencja. W 1895 roku w dzień Zie­ lonych Świątek dotarło na Jasną Górę aż pięćdzie­ siąt tysięcy pątników, ogromny „poczet ludu” – pi­ sał korespondent „Gazety Kościelnej”, zauważając, że inteligencja przybywa na Jasną Górę kiedy in­ dziej, wtedy gdy lud zajęty jest pracami polowy­ mi. Jedni i drudzy pielgrzymowali również w inny sposób – inteligencja korzystała ze środków trans­ portu i docierała do celu w towarzystwie rodzin­ nym, a lud zawsze szedł pieszo. Daniel Olszewski w książce Polska kultura religijna na przełomie XIX i XX wieku zauważa, że w ruchu pątniczym dały się zauważyć najbardziej charakterystyczne cechy pol­ skiej religijności okresu zaborów: maryjność, maso­ wość i stopienie się świadomości religijnej ze świa­ domością narodową. Częstochowa miała pierwsze miejsce wśród wszystkich sanktuariów, a liczby do­ cierających do niej pątników mówią same za siebie: w latach 1865–1914 liczba pielgrzymów na Jasną Górę wzrosła pięciokrotnie. Każdego roku jasno­ górskie sanktuarium witało od siedmiuset do na­ wet tysiąca pielgrzymek. W tym okresie, po po­ wstaniu styczniowym, kiedy kapłani nie ­mogli przewodzić wiernym w czasie wędrówki, pątnicy sami wybierali spośród siebie przewodnika, któ­ ry musiał ­doskonale znać trasę i mieć dar wymo­ wy. Miał prowadzić modlitwy, a więc godzinki, 30


„... NIE ZAKLĄŁ, NIE PIŁ WÓDKI...”

różaniec, może nieszpory oraz intonować nabożne pieśni. A także mieć umiejętność przywoływania do porządku i obyczajnego zachowania co ponie­ których. Reymont w swoim reportażu doskona­ le zauważył proces formowania się grupy w czasie drogi i opisał codzienne rytuały, na przykład do­ tyczące zachowania się przy mijaniu przydrożnych krzyży i kapliczek albo wtedy, gdy komuś brakuje jedzenia lub cierpi z powodu obtartych nóg. Daw­ ne relacje opowiadają, że gdy tylko pielgrzymi zo­ baczyli na horyzoncie wieżę jasnogórskiego kościo­ ła, od razu padali na kolana i tak odbywali dalszą drogę. Z takich pielgrzymek przywoziło się do do­ mów przeróżne dewocjonalia: obrazy, figurki, bu­ telki na wodę święconą, broszurki. Ilość dewocyj­ nych pamiątek proponowanych przez sprzedawców przy wejściu do sanktuarium musiała robić na pąt­ nikach ogromne wrażenie. Na Juliuszu także, co okaże się później, kiedy sam będzie próbował hand­lować ­dewocjonaliami w Pabianicach. Juliusz był więc dla Marianny idealnym kandy­ datem. Ale kto na kogo zwrócił uwagę? I cieka­ we, ilu było takich pobożnych młodych mężczyzn w Zduńskiej Woli.

31


Spis treści

* * * . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 5 „... z dawien dawna w Zduńskiej Woli” . . . . . . . . . . . 9 „Dola tkaczy zduńskich była ciężka” . . . . . . . . . . . . . 15 „... nie zaklął, nie pił wódki i nie chodził na zabawy” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 24 „Myśmy nie byli zamożni...” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 32 „... aby chłopcy się nie zepsuli” . . . . . . . . . . . . . . . . . 42 „Chłopców trzymała mocną i sprężystą ręką” . . . . . 50 „Pracowali dwanaście godzin...” . . . . . . . . . . . . . . . . 66 „Hołd złóżmy Bogu, robotnicy...” . . . . . . . . . . . . . . . 73 „... zrobili, jak kazała” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 85 „Klasztor był u nas...” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 97 „... w starszym wieku nie przyjmują...” . . . . . . . . . . . 110 „... jestem tu bardzo szczęśliwa” . . . . . . . . . . . . . . . . 120 „... przed nikim serca otworzyć nie mogę...” . . . . . . 128 „... zboczenie brata Waleryana...” . . . . . . . . . . . . . . . . 137 „A Irenka całkiem światowa” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 146 „To zasługa Mamy” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 154 „... sidła nieszczęsnego złudzenia” . . . . . . . . . . . . . . 162

265


„Ojczulkowie Najdrożsi” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 171 „... wśród czystych dziewic” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 182 „... Niepokalana go sobie zabrała” . . . . . . . . . . . . . . . 191 „Kolbowa idzie!” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 199 „Obecnie matka bolesna” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 210 „Przy furcie dużo głodnych...” . . . . . . . . . . . . . . . . . 228 „Da Bóg i ja Cię o boleść przyprawię” . . . . . . . . . . . 237 „... czas nadszedł do przeprowadzki” . . . . . . . . . . . . 251 Drzewa genealogiczne . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 258 Spis ilustracji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 263


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Matka męczennika by SIW Znak - Issuu