Karolina Korwin Piotrowska
BIG FEJK Co internet zrobił z nami?
Znak Horyzont Kraków 2026
SPIS TREŚCI Wstęp: Nasze marzenia, nasze złudzenia – media antyspołecznościowe 7
KAROLINA KORWIN PIOTROWSKA
1. Ciekawość drugiego człowieka powinna występować w nas zawsze 25 ANNA MOCHNACZEWSKA
2. To my sami jesteśmy mózgiem, a każdy z nas posiada własny model 65 HELENA TUREK
3. Dbanie o własny dobrostan to kompetencja przyszłości 106 JOWITA MICHALSKA
4. Żyjemy w czasach demokracji social medialnej
147
MICHAŁ FEDOROWICZ
5. W realnym seksie trzeba się narobić
183
ANDRZEJ GRYŻEWSKI
6. Całe nasze ciało jest umysłem
223
KAROLINA SULEJ
5
7. Warto wysłuchać innych, a działać po swojemu HAREL
Zakończenie: Jak (prawie) wszystko wywaliłam i złapałam trochę równowagi 295 KAROLINA KORWIN PIOTROWSKA
Bibliografia
309
259
WSTĘP: NASZE MARZENIA, NASZE ZŁUDZENIA – MEDIA ANTYSPOŁECZNOŚCIOWE
KAROLINA KORWIN PIOTROWSKA Pamiętacie, jak to się zaczęło? To musiało być w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Komputer stanowił wtedy zabawkę dla bogatych. Był gadżetem podkreślającym status zawodowy. W dodatkach do najlepszych umów o pracę laptop stanowił koronny argument na rzecz rangi firmy rekrutującej. Jeszcze w latach zerowych na ulicy człowiek z czarną torbą na ramieniu, w której taszczył grubego i ciężkiego laptopa, szpanował bardziej, niż gdyby paradował z ręcznie szytą paryską torebką Birkin od Hermèsa. W tych niewyględnych teczkach z laptopami spoczywały marzenia pewnego pokolenia. Ludzi, którzy wierzyli, że dzięki komputerom i internetowi wkroczą na drogę do lepszego życia. Dlatego krzywili kręgosłupy pod ich ciężarem z nieukrywaną dumą, a w domowych szufladach przechowywali zbiór 9
cyrografów z pracodawcą, który szczegółowo regulował zasady użycia tego cennego sprzętu. Nie ma wątpliwości, że wielu byłoby wtedy gotowych oddać nerkę, byle tylko dołączyć do prestiżowego klubu posiadaczy czarnych teczek. W końcu to w nich upatrywali swojej przepustki do szczęścia. Pamiętam pierwszego służbowego laptopa, którego dostałam, pracując w radiu. Z dumą przytargałam go do mieszkania, rozstawiłam na biurku, i choć był wielkim, ciężkim klockiem, wpatrywałam się w niego jak w obrazek – pełna zachwytu! Dla osób, które nie znają tamtych czasów, musi to brzmieć dziwnie. Jednak wtedy – a wciąż jestem w stanie wrócić do tamtych emocji – stanowił spełnienie marzeń. Nie wstydzę się tego zachwytu, bo był on szczery, mocny i głęboki. Mijały lata i dostęp do komputerów stawał się coraz powszechniejszy. W 2009 roku kupiłam swojego pierwszego prywatnego laptopa. Takich chwil się nie zapomina. To był wyszukany i wyczekany sprzęt. Zachwyt mieszał się z osłupieniem, bo przecież nie chodziło tylko o technologię. Oto miałam własnego laptopa. I to nie czarną cegłę, jak wszystkie inne, ale piękny przedmiot: MacBook robił wtedy ogromną różnicę swoim stylem. Na tle pozostałych komputerów sprawiał wrażenie wyjętego z przyszłości, jakby wylądował na moim biurku wprost z filmu science fiction. Nie ma co ukrywać, wtedy za takie doświadczenia płaciło się prawdziwie kosmiczną cenę. Wybrałam go z wystawki w sklepie z komputerami, gdzie swoje już wysłużył, aż stał się „starym modelem”, bo jego następcy zdążyli wejść na rynek. Ale mnie to nie 10
przeszkadzało, przeciwnie, dzięki temu stał się dla mnie dostępny cenowo. Później odwdzięczył się za lata cierpliwości, w których, ze zbyt chudym portfelem, wpatrywałam się w niego, jak sroka gapi się w gnat. Tak, kupienie wtedy prywatnie laptopa, a zwłaszcza Apple’a, stanowiło poważne nadwyrężenie domowego budżetu. Dziś laptopy, smartfony i tablety są powszechnie dostępne, nieraz za symboliczne kwoty. Niemal każde dziecko może mieć w kieszeni sprzęt, na który kilkanaście lat wcześniej dorosły musiał harować miesiącami, o ile nie latami. Mamy krótką pamięć, ale tak było: sprzęty elektroniczne zdobywaliśmy kosztem nieporównywalnie większej ilości pracy niż obecnie. Smartfonami szpanowali ludzie z korporacji, zaznaczając swój status finansowy, a teraz są one niezbędnym wyposażeniem wszystkich, w tym ludzi bezdomnych i biednych. Do dzisiaj pamiętam, jakie emocje wywoływała we mnie praca na tym pierwszym wymarzonym Mac Booku. Ile tych banalnych chwil zapadło głęboko w moją pamięć… Na przykład ta, gdy zrzucałam zdjęcia z podroży do Barcelony. Jak szybko się to działo, jak wyświetlacz oddawał kolory z fotografii! Aż mam dreszcze, pisząc o tym. Były to tak niesamowicie silne bodźce, że niemal dwadzieścia lat później wciąż na nie reaguję. Zaczęło się całkiem niewinnie. Od przekonania, że spełniamy marzenia. Towarzyszyło nam naprawdę szczere uczucie zachwytu i poczucie, że otwierają się przed nami wielkie szanse. 11
Do gry wszedł internet. Sama idea sieci wydawała się nierzeczywista. Jak to możliwe, że nagle mogę mieć dostęp do tylu treści z każdego zakątka świata? To było fantastyczne! Czułam się w sieci jak u siebie. Pewnie nie potrafiłabym wymarzyć sobie tak przyjaznej i bogatej przestrzeni. Do dzisiaj pamiętam, kiedy weszłam po raz pierwszy na stronę Muzeum Luwr i siedziałam tam kilka godzin w absolutnym zachwycie. Wtedy jeszcze nie rozumiałam samej siebie na tyle, by połączyć kropki. Dziś wiem, że jestem introwertyczką. Lubię być sama ze sobą, obecność innych ludzi mnie krępuje i peszy. Dlatego internet, który dał mi dostęp do mnóstwa treści bez konieczności wchodzenia w interakcje z ludźmi, był dla mnie jak gwiazdka z nieba. Mogłam w pełnym komforcie czytać media z Polski i ze świata, oglądać zdjęcia i obrazy (chociaż ładowały się bardzo długo, a jakość plików była niska i pikseloza nieraz wymagała dopowiedzenia sobie pewnych rzeczy siłą wyobraźni). Nagle miałam w zasięgu ręki to, co jeszcze niedawno znajdowało się daleko poza moimi możliwoś ciami, do czego mogli uzyskać dostęp tylko nieliczni. Internet zmienił reguły gry. Już nie musiałam jechać do Paryża, żeby zobaczyć z bliska Luwr, ani nie potrzebowałam lecieć do Australii, żeby oglądać kangury w ich naturalnym środowisku. Jednocześnie dzięki sieci same urządzenia mogły stawać się ważnymi uczestnikami naszej codzien ności. iPoda, którego kupiłam w 2003 roku, używam do dziś. Nie dałam sobie wmówić, że skoro jest stary, to stał się bezużyteczny. Bzdura dystrybuowana 12
przez marketingowców, którzy wciąż chcą nam wcis nąć kolejne gadżety w ręce. Ten ponad dwudziestoletni iPod tak samo jak wtedy, tak teraz nadal służy mi do słuchania muzyki. Mogę żyć bez wielu rzeczy, ale nie bez muzyki. Mam go więc ze sobą dosłownie wszędzie i zawsze. Wystarczyła garść wgranych plików z ukochanymi utworami. Wciąż po cichu marzę, żeby ten wynalazek wrócił na rynek: prosty, udany, z jasnym przeznaczeniem. Jeśli chcę słuchać muzyki, to jednocześnie nie chcę, żeby przeszkadzały mi dziesiątki powiadomień i marketingowe algorytmy decydujące za mnie o tym, co mam robić w danej chwili. Rewolucja technologiczna przybliżyła nam świat, który stał się dostępny na wyciągnięcie ręki, skróciła dystans do jednego kliku, stworzyła obraz rzeczywistości, w której wszystko jest dostępne na naszych warunkach. Następnym przełomem stała się komunikacja dzięki sieci. Pod naporem poczty elektronicznej uciążliwe, wiecznie popsute faksy odchodziły do lamusa z prędkością światła. Jako kolejny krok w rozwoju pojawiły się komunikatory. Wszystko mogło wydarzać się jeszcze prościej, szybciej, bardziej bezpośrednio. Drugi człowiek niemal z dnia na dzień stał się dostępny w przeciągu sekund. Jedno kliknięcie ikonki „Wyślij” w Messengerze pokonywało setki i tysiące kilometrów w sekundę. To całkowicie zmieniło świat, w którym funkcjonowałam zawodowo i prywatnie. 13
Już dekadę wcześniej, w latach dziewięćdziesiątych, miałam podobne uczucie, kiedy stałam się dumną posiadaczką telefonu Nokia. Nadal jestem fanką tych urządzeń i wciąż ich używam. Dzięki Nokii odległość do telefonu skróciła się dla mnie z dystansu wypraw do domu lub biura, żeby do kogoś zadzwonić, do głębokości własnej torebki. Później, w latach zerowych, dostałam swojego pierwszego firmowego smartfona. iPhone robił wtedy „wow” na wszystkich, chociaż, o dziwo, ja się w niego nie wkręciłam. Przynajmniej na początku. Bo potem… poleciało. Poleciało, bo cały świat dało się nosić ze sobą w kieszeni. Kiedy chciałam, mogłam do niego wejść. Wtedy jeszcze patrzyłam na to w zachwycie. Żyłam jak w marzeniu: jedno kliknięcie i wszędzie mogłam złapać potrzebny mi kontakt. Czyż to nie jest wspaniałe? Znajomi zachwalali „twarzoksiążkę”, więc założyłam profil na Facebooku jesienią 2008 roku. Przyznałam im momentalnie rację: wspaniały wynalazek! Nagle relacje z moimi kontaktami przestały wydarzać się tylko w układzie jeden na jeden, ale zaczęła tworzyć się z nich realna sieć. Centrum towarzyskie pełne wiedzy i rozrywki. Disneyland dla dorosłych. Do tego kontakt z ludźmi, nieustanny, kiedy tylko chciałam. Facebook był dla mnie na początku czymś na wzór własnej gazety codziennej, kiedyś dzień w dzień na naszych wycieraczkach lądowała gazeta i czytanie jej było porannym rytuałem w wielu domach. Teraz dostaliśmy Facebooka, codzienną, wirtualną gazetę we własnym telefonie. Dla mnie to było spełnienie 14
marzeń, bo od dziecka chciałam mieć własną gazetę. Mogłam swobodnie, bez cenzury (wtedy) i inwigilacji linkować to, co mnie naprawdę interesowało, pisać to, co szczerze uważałam. Do tego rozmawiać na luzie o tym z odbiorcami, budować społeczność, która reaguje na moją aktywność w czasie rzeczywistym. Publikowałam niewiele zdjęć, ale ich jakość w porównaniu do dzisiejszych realiów była znacznie wyższa. Jak wielu ludzi, którzy ulegli czarowi bliskości i kontaktu na Facebooku, traktowałam go też jako rodzaj pamiątkowego albumu, zapisu ulotnych chwil, które dobry Mark Zuckerberg – na serio tak myślałam! – pozwala nam zachować na zawsze. Aż powoli do naszego słownika zaczynały wdzierać się nowe słowa. Opisywały rzeczywistość, która zaczęła stawać na głowie, przekształcać się w odwrotność naszych marzeń. Ach, te bajkowe, fantastyczne nadzieje... Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to nie ja decyduję o tym, co widzę na swoim wallu. Owszem, interesują mnie psy konkretnej rasy, filmy retro czy wegetariańskie obiady. Ale to nie ja podjęłam decyzję, żeby dotrzeć do tych treści, które same do mnie zaczęły pukać, bo podsuwał mi je algorytm. Algorytm, słowo klucz, które najlepiej oddaje pozbawienie użytkowników sieci własnej sprawczości i wyboru relacji, w których chcą pozostawać. Dawniej to pojęcie praktycznie nie istniało w moim słowniku. Pozostawałam zaślepiona, jak wielu innych, tym, 15
że mogę publikować od razu, kiedy zechcę, a odbiorcy mogą błyskawicznie zareagować. Znajdowałam się pod urokiem możliwości śledzenia ulubionych twórców, uczestniczenia w dyskusjach o ich pracach, dostępu do rzadkich nagrań i tekstów, ale również do wglądu w ich najnowsze dzieła. Cieszyła mnie też niewinna rozrywka, jak choćby filmiki z bawiącymi się psami. Nie znałam na początku słowa hejt. Z całą mocą pojawiło się w mojej świadomości po lutym 2013 roku, kiedy nareszcie do mnie dotarło, że sieć to nie tylko serdeczne relacje ze znajomymi i nieznajomymi, ale chcącymi budować społeczność. Wtedy spłonęło moje mieszkanie. Wówczas dość spora grupa użytkowników mediów, nazywanych społecznościowymi, postanowiła publicznie ucieszyć się z tego powodu. Wielu z tych ludzi zadało sobie nawet trud napisania do mnie bezpośrednio. Przeczytałam ich wymiociny dopiero później. Zszokowały mnie. To wtedy zaczęłam się uczyć, jak zamiast tworzyć relacje – sądziłam, że do tego sieć jest wprost idealna – blokować je. Jak ukrywać niepożądane słowa, by zamknąć furtkę przed agresorami. Kiedy niedawno po udzieleniu wypowiedzi w sprawie drugiej części filmu pt. Nigdy w życiu, stałam się obiektem absurdalnej i nakręcanej sztucznie nagonki, byłam bogatsza o doświadczenia poprzednich lat i od razu wiedziałam, że muszę wyłączyć komentarze. Ograniczyłam możliwość oznaczania mnie gdziekolwiek, zablokowałam możliwość wysyłania do mnie wiadomości, a jednocześnie ze zdumieniem obserwowałam, jak bohaterki tej afery, jak rasowe użytkowniczki mediów 16
antyspołecznościowych, same nakręcają wzajemny hejt – udostępniając u siebie dziesiątki stories na Instagramie na ten temat, nagrywając kolejne rolki i odezwy do rozgrzanych do czerwoności fanów idących z pochodniami na kolejnych wrogów – a przy okazji zyskują ogromne zasięgi w sieci. Bo warto pamiętać, że w tym wszystkim chodzi dzisiaj głównie o pieniądze. W ich zarabianiu pomaga nakręcony algo rytm, a jakim kosztem, to już nikogo nie interesuje. Fake newsy, czyli kłamstwa pokazywane jako prawda, przyszły wraz z medium, które miało koncentrować się na informacjach i rzetelności przekazu. Konta na Twitterze, czyli dzisiejszym X, nie mam już od 2022 roku. Uciekłam stamtąd i uważam, że była to jedna z najlepszych decyzji zawodowych. Bezcenna również dla mojego życia emocjonal nego i psychicznego. Użytkownicy, którzy królują na X, tworzą idealny mikrokosmos dla fake newsów, wszelkiego zła, ekshibicjonizmu, przemocy, pogardy i chamstwa podniesionego do rangi cnoty. Wszystko w imię wolności słowa. Dziwnym trafem politycy prowadzą tam swoje konta i realizują kampanie. Nie przeszkadza im taplanie się w gnoju. Robią to, oczywiście, by wygrywać kolejne wybory. Pytanie więc, kto ma dziś władzę: politycy z kontami w mediach, tak zwanych, społecznościowych, czy ci, którzy trzymają dostępy do tychże kont, bez których politycy nie istnieją? Od trzech lat prowadzę konto na TikToku, chyba sama nie wiem, po co. Wraz z tym medium do mojego słownika weszło słowo challenge. Ta platforma to 17
dla mnie obce środowisko, w którym liczy się nachalna obecność, wrzask, krzyk, pstrokacizna – wszystko, byle być widocznym za wszelką cenę. I dążenie do tworzenia viralowych filmików. To w związku z nadzieją na virale pojawiają się challenge: musisz z siebie zrobić kompletnego kretyna dla uradowania żądnej rozrywki publiki. To ten lepszy wariant. A ten gorszy koncentruje się na poniżaniu ludzi. TikTok posiada wiele mrocznych przestrzeni, w których całkiem dosłownie dochodzi do niszczenia ludzi i do nakłaniania ich do robienia najgorszych rzeczy. Moim zdaniem to przestrzeń dla narkomanów nowej ery, dla ludzi, którzy zamiast kokainy oficjalnie i legalnie ćpają zasięgi. YouTube, na którym jestem obecna od października 2011 roku, ale zaczęłam tam publikować dopiero wraz z rozpoczęciem podcastu Pierwsza Młodość, dodał mi do słownika pojęcie bańki. Oglądam YouTube od początku jego istnienia. Wiem jedno: ten serwis nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Ma wiele swoich bolączek: ludzie kopiują się wzajemnie, nie przestrzegają prawa autorskiego, algorytm promuje treści niskich lotów. A do tego tworzy bańki. Kiedy algorytm zacznie Cię wkręcać w tych kilka pierwszych klików, które wykonałaś, już po chwili stracisz kontakt z rzeczywistością i zaczniesz żyć w bańce ograniczonych treści. Albo ewentualnie w świecie wypełnionym kotkami. Na szczęście istnieją tam również świetne konta, które publikują podcasty, klasykę światowego kina, mnóstwo ukochanych przeze mnie filmów noir. Wertuję je 18
z przyjemnością, oglądając też rzeczy z moich innych pól zainteresowań. Dzięki temu wymykam się algorytmowi, który głupieje przy takim wachlarzu subskrypcji i klików, więc nie utknęłam w żadnej banieczce (mam nadzieję). To na YouTube dochodzą do mnie głosy z odmiennych stron sceny politycznej, medialnej, ideologicznej. Czasem podnosi mi to ciś nienie, ale daje lepszy obraz sieci. To dla tej platformy i serwisów streamingowych zostawiłam telewizję i nie żałuję. Chociaż jednocześnie to tu treści tworzone przez sztuczną inteligencję wypierają ludzką twórczość. Platformie przecież nie zależy na treści, tylko na ruchu, który spienięża. W maju 2012 roku założyłam konto na Instagramie. Przez pierwsze dwa lata nie publikowałam na nim regularnie, później, aż do dziś, stał się on moim głównym medium. Doświadczyłam kilku prób przejęcia konta, kilkunastu ataków fandomów, stalkerów i różnych, nie bójmy się tego słowa, wariatów. Kiedyś byłam na Instagramie obecna więcej i częściej, z czasem nauczyłam się ekstremalnie filtrować treści, zarówno te, które zamieszczam, jak i te, które do mnie trafiają. Tęsknię za dawnym Instagramem, wiem, że nie wróci, a szkoda, bo większość moich rozmówców także tęskni za dawnym internetem. Dobrze, że mamy chociaż wspomnienia. To na Insta gramie, a nie na Facebooku, poznałam wiele fantastycznych osób. To tam znalazłam wiele kont prowadzonych przez specjalistów w swoich dziedzinach. Tam też dowiedziałam się, jak nisko może upaść i do czego jest zdolny człowiek, by być widzianym, 19
tam zalała mnie fala teorii spiskowych, rasistowskich, seksistowskich. Ale to przez Instagram głównie komunikuję się w internecie, na Instagramie też czasem zarabiam. I w przypadku Instagrama to ja stworzyłam nowe pojęcie. Jest nim cyfrowe centrum dowodzenia, które mam właśnie na tej platformie. A wy, gdzie macie swoje centra dowodzenia? Jezu, ależ byliśmy naiwni… Wartości stały się swoją odwrotnością, tak zwane media społecznościowe przeistoczyły się w media antyspołecznościowe. Patrząc wstecz, widzę, że szybko zaadaptowałam się w świecie cyfrowym. Polubiłam go, dzięki niemu rozwijam się, edukuję, oglądam ulubione filmy i seriale, to tam pracuję i czuję się w mojej pracy wolna. W sieci poznaję nowe zjawiska, nowych ludzi, to tam są moje dane, mój paszport, stan konta, to tam robię zakupy. Tam się wkurzam, czasem jestem na granicy zawału i wybuchu agresji, choć z upływem lat w tej przestrzeni nauczyłam się panować nad emocjami. Łatwo nie było, bo media antyspołecznościowe są nakręcane algorytmami, które mają nas pobudzać, wściekać, odwoływać się do naszych najniższych instynktów. Ogromna część mojego życia, naszego życia jako pokolenia, od kilkudziesięciu lat znajduje się w sieci. Weszliśmy w tę rzeczywistość gładko, nie zadając niemal żadnych pytań. Od kilkanastu lat żyję z regularnie pojawiającymi się wobec mnie groźbami i wyzwiskami. Słyszałam 20
o sobie już wszystko, każdą plotkę, każdą wyssaną z palca historyjkę. I co? W sumie niewiele. Wydałam trochę pieniędzy na prawników, walcząc o swoje prawa, nauczyłam się, czym jest naruszenie dóbr osobistych, czym są artykuły 212 i 216 Kodeksu karnego, zaliczyłam silny epizod depresyjny, odwiedziłam kilka razy psychiatrę, jestem od lat na terapii, musiałam wyprowadzić się na kilka dni z domu przez groźby, no i dorobiłam się nerwicy psychosomatycznej. Nie skarżę się, bo czy to się komuś podoba, czy nie, media antyspołecznościowe są ważną częścią naszego życia. A zło, obok masy dobra, jest tych mediów ważną częścią. Moja obecność w socialach osiąga właśnie pełnoletność, przy czym z samego internetu korzystam niemal od trzydziestu lat. To szmat życia, kawał czasu, ogrom doświadczeń, radości i smutku. Aż korci, by zrobić podsumowanie. Po to jest ta książka. Nie, nie jesteśmy idiotami, którzy dadzą się poprowadzić wszędzie, nawet na własne zatracenie, klikając bezmyślnie „OK” na ekranach smartfonów. Jesteśmy mądrymi ludźmi, umiemy i chcemy się uczyć, bo nigdy nie jest za późno, żeby zrozumieć świat wokół nas i starać się go zmieniać na lepsze. Na końcu tej książki dzielę się z wami spisem książek technologicznych, które przeczytałam. Zamiast jęczeć, że internet jest taki zły, postanowiłam go zrozumieć i edukować się. Na zmiany nigdy nie jest za późno. Tak samo jak nigdy nie jest za późno, żeby 21
zmienić rolę internetu i mediów w naszym życiu. Da się to zrobić. Nie słuchajcie tych, którzy mówią, że nie mamy szans. Mamy, trzeba tylko wiedzieć, co nam grozi, jeśli nie ograniczymy w naszym życiu roli sieci, sociali i smartfonów. Ktoś podaje nam zabójczą narrację, że nie da się mieć innego życia, że tak już będzie zawsze, a trzydziestosekundowa rolka wystarcza, by objaśnić nam świat. Kiedy kończyłam tę książkę, odkryłam z pewną radością i nadzieją, że wszyscy moi rozmówcy wierzą w człowieka, w jego emocje, charakter, w potrzebę wolności, niezależności, w to, że zatęsknimy do dźwięków morza czy lasu, przerywając nieskończony ciąg scrollowania idiotyzmów w telefonie, które pożerają nas jak nowotwór. Oczywiście, mój sarkazm każe mi myśleć, że nadzieja matką głupich, ale w sumie… co nam zostało? Nie jestem dziennikarką zajmująca się na co dzień technologiami, jestem zwyczajną użytkowniczką internetu, smartfonu, mediów społecznościowych. Jak wielu z was zaczynam się zastanawiać, w co wdepnęliśmy wraz z wpuszczeniem do naszego życia sieci. Miała być globalna wioska, kumple na wyciągnięcie ręki, miłość na kliknięcie, cudowny świat. I trochę tak jest, ale na szczęście dzisiaj otwarcie mówimy też o bardzo wysokiej, brutalnej cenie, jaką płacimy za udział w sieci. O cenie, jaką zapłacą kolejne pokolenia. Już płacą. Nie chcę was straszyć, bo i tak wszyscy to robią. Strach się klika, a na fake newsach kręci się kasę na kolejne wille, schrony, samochody za miliony 22
i rakiety kosmiczne, żeby było, gdzie uciekać, jak na Ziemi zrobi się nieznośnie. Nie chcę też siebie samej straszyć. Dlatego rozmawiam tutaj z ludźmi, którzy wiedzą więcej ode mnie i osadzają to w kontekście nauki, polityki, mediów, technologii, ciała, mody i są dla mnie w tym chaosie informacyjnym jak snop światła w mroku. Mam nadzieję, że też doświadczycie tego dzięki tej książce. Pewnie wielu z was ma konto na Facebooku i widzieliście, że w zakładce „dane osobowe” istnieje „status”. Można wybrać masę opcji, takich jak wolny, zaręczony, w otwartym związku, w separacji. Dla każdego coś miłego i według jego potrzeb oraz zainteresowań. Ale jest tam jedna opcja, która w kontekście tego, o czym jest ta książka, wydała mi się najcelniejsza: TO SKOMPLIKOWANE Bo dokładnie tak jest. Ani dobrze. Ani źle. Oby bez paniki. PS. Przy pracy nad książką pomagał mi Elevenlabs, dzięki czemu nie spisywałam wywiadów tygodniami, ale zajmowało to najwyżej dziesięć minut. Nie mówiłam do niego „kochany” i o nic nie pytałam. Ale mamy takie czasy, i w sumie dobrze, że warto uczciwie o tym, czy korzystało się ze sztucznej inteligencji, napisać na samym początku. Mnie pomogło w spisywaniu nagrań, ale nie w myśleniu.