Ewa Bieńkowska
—
PO CO FILOZOFOWI RELIGIA
Stanisław Brzozowski Leszek Kołakowski
—
Wydawnictwo Znak Kraków 2020
Projekt okładki Witold Siemaszkieiwicz Redaktor prowadzący Kinga Janas Opieka redakcyjna Katarzyna Mach Adiustacja Witold Kowalczyk Korekta Małgorzata Biernacka Irena Gubernat Indeks Urszula Horecka Łamanie Grzegorz Kalisiak
© Copyright Ewa Bieńkowska © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2020
ISBN 978-83-240-5924-9
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, 2020. Printed in EU
I. Czas nie chce się skończyć
C
hrześcijaństwo postawiło na historię. Nie bez wahań w swych początkach. Nie ma wątpliwości, że u samych źródeł jego Założyciel zapowiadał Koniec Czasów i nastanie Królestwa Bożego, które na leżało do innego porządku bytu. Mała gmina nastawiona była na szybkie dopełnienie świata doczesnego, na koniec czasu i Paruzję. Trzeba być przygotowanym na ostateczne, na wydarzenia ponad ziemskie, które są tuż. Objawienie św. Jana wizjonersko potwierdza ten stan ducha, nawet zdradza niecierpliwość. To powinno stać się od razu: „Przyjdź, Panie Jezu!”. Nawet apostolstwo wśród narodów – praca gigantyczna, liczona na długi szereg lat, na stulecia – nie ma takiej wagi jak wytężone oczekiwanie uczniów na powrót Nauczy ciela. W nim spełniają się trzy dary opisywane przez św. Pawła: wiara, nadzieja, miłość. To nie są ogólnikowe cnoty, ale uczuciowe drżenie na zbliżanie się ukochanej osoby. Przecież zostało zapowie dziane: „maluczko a…”. Apokalipsą, księgą oczekiwania w nastro ju powszechnego kataklizmu, zamyka się kanoniczny zbiór ksiąg uznanych przez wyznawców. Jednak czas dalej płynął, wiernych ogarniało rozczarowa nie. Należało przestawić się w oczekiwaniach, w myśleniu. Pan jest Władcą czasu, ludzie nie potrafią przeniknąć Jego wyroków. „W międzyczasie”, niejako z konieczności, rozpoczyna się ziem skie budowanie chrześcijaństwa, ofiarne i wytrwałe. Czas ziem ski uzyskał kierunek i sens. Świat istnieje już policzalną liczbę lat, 13
CZĘŚĆ PIERWSZA • Brzozowski, czyli głód
jak zaczął się Stworzeniem, tak zamknie się Apokalipsą, triumfal nym końcem, gdy Syn Boży pokona swego przeciwnika, swą anty figurę: Antychrysta, przygotowanego do ostatecznej konfrontacji. Jeden i niepowtarzalny dramat kosmiczny – a ściślej Boska Ko media dziejów – zawiera się pomiędzy uchwytnymi datami: Stwo rzenie – Odkupienie – Drugie Przyjście. Tryptyk zdarzeń, który malarze będą utrwalali w niezliczonych wersjach, w skupieniu i gro zie. Wszystko się zawiera w tym wzorze, nie wymyka się z nie go żaden fakt historii, ponieważ każdy przybliża bądź opóźnia Sąd Ostateczny. Słynne stało się sformułowanie teologa francuskiego z przeło mu XIX i XX wieku: oczekiwano Królestwa Bożego, a przyszedł Kościół. Gorycz tych, co byli najbliżsi początkom, najbliżsi uko chanego Mistrza, którzy nastawili się na spotkanie po kolejnej roz łące… Dzisiaj nie słyszymy już nuty zawodu w tym podmienieniu rzeczywistości ostatecznej na organizację ziemską. Kościół uczył, że chodzi tu o coś podstawowego dla wiernych, o żywą obecność Zbawcy w jego organizmie. Na początku ta ekwiwalencja Paruzja/ Kościół nie musiała się narzucać. Refleksja Kościoła o sobie – au todefinicja – dokonała szeregu ryzykownych równań: on sam jako wspólnota wierzących jest Ciałem Chrystusa danym nam tutaj dla naszego dobra; jest ziemski i ponadziemski, grzeszny i święty. Nale żąc do niego, wyglądamy aktywnie powrotu Mistrza, uczestniczy my w oczekiwaniu na Drugie Przyjście. Wbrew nadziei ziemia na długo staje się dla uczniów terenem do zasiedlenia, czyli ogłoszenia Dobrej Nowiny. A jak umacniać rzeczywistość Królestwa Bożego, aby się nie rozmyła w administrowaniu coraz potężniejszym orga nizmem, w obrzędach, w hierarchiach, w łamigłówkach myśli teo logicznej? Było parę możliwości. Najbardziej logiczna – i odrzucona przez przywódców chrześcijaństwa – to przekonać siebie i innych, 14
Czas nie chce się skończyć
że koniec nastanie właśnie teraz, za chwilę, za parę lat – i konse kwentnie odcinać się od wszystkiego, co materialne, więc i od ofi cjalnego Kościoła. Inna możliwość, dostrzeżona później, to hasło: „Królestwo Boże jest w nas”. Wtedy to, co nas otacza, jest w gruncie rzeczy obojętne albo staje się okazją dla rozwijania cnoty miłosier dzia. W wojnie i pokoju, ucisku i dobrobycie, cierpieniu i radości mamy prowadzić życie podyktowane przez Ewangelię, naśladować Nauczyciela. Ale koniec? Czy ciągle skrada się jak złodziej, by ude rzyć w każdej chwili? Współcześni chrześcijanie zapewne niechęt nie o tym myślą i Objawienie z wyspy Patmos wolą odczytywać metaforycznie, bardziej jak poemat intensywnej wiary niż przepo wiednię, która ma się sprawdzić. Są historyczne zagrożenia, które można podstawić na miejsce oceanu ognia, upadku Księżyca i ro gatych bestii. Apokalipsa odzyskuje aktualność wobec nadludzkich i antyludzkich perspektyw techniki. Oczekiwanie na sąd trwa. Było argumentem kaznodziei, nastro jem masowych manifestacji religijnych, niekiedy atmosferą życia codziennego. Można uznać, że maksymy „sąd jest zawsze” i „Króle stwo Boże jest w nas” to wykręt niespokojnego sumienia, usunięcie niepokojącego cienia, który pada już w pierwszych dokumentach chrześcijaństwa. To wynik czytania Pisma Świętego w warunkach interpretacyjnego rozluźnienia, które z upływem czasu narzuca się wiernym. Teksty niejasne, ale mocne w tym, co głoszą, zmieniają się w wielokształtne dzieło zanurzone w historii, ciągle na nowo odczy tywane – niejednolity zbiór kronik i symboli, duchowych wzlotów, błagań i podziękowań, wskazówek życiowych i poezji. W doczesnej wędrówce Kościół został powołany do towarzyszenia niesłychanym losom całej planety, sytuacjom i wyborom, które, zdawałoby się, nie mają wiele wspólnego z warunkami małego skrawka ziemi na Bli skim Wschodzie, gdzie się narodził. 15
CZĘŚĆ PIERWSZA • Brzozowski, czyli głód
* Współczesny historyk niemiecki Reinhart Koselleck opowiada: „Dzieje chrześcijaństwa aż do XVI stulecia są w ogromnej mierze dziejami oczekiwań albo, dokładniej mówiąc, ciągłym oczekiwa niem czasu ostatecznego z jednej i ustawicznego odwlekania koń ca świata z drugiej strony. Bezpośredniość oczekiwań zmieniała się w zależności od sytuacji, utrwalone były jednak podstawowe figu ry końca czasu. Do każdorazowej sytuacji można było dopasować mityczne kostiumy Apokalipsy według św. Jana, a niekanoniczne proroctwa wymieniały stosunkowo ograniczoną liczbę postaci, jakie pojawić się miały na końcu czasów, anielskich papieży, pokojowych cesarzy lub poprzedników Antychrysta…”. Religia, która nazywa się historyczną, w przeciwieństwie do po gaństwa zamkniętego w kole powtarzalności natury, musiała wziąć na siebie refleksje o czasie – czasie ziemskim, zbiorowym. Uczeni w piśmie rozkładali mapy analogii i korespondencji, dawne wyda rzenia historii świętej miały się odnowić w uchwytnej przyszłości; świat jest nasycony biblijnymi rodowodami, w ich przedłużeniu gotowe są aktualne wzory upadku i wzlotu. Stawiano na perspek tywę Jednej Owczarni i Jednego Pasterza: zjednoczenie wszystkich pod przywództwem papieża – niedowiarków, pogan, mahometan, zwłaszcza Żydów. Było to warunkiem dopełnienia czasów. Przez ziemie nawrócone przebiegały niekiedy dreszcze niecierpliwości, sprowokowane jakimś zdarzeniem podniesionym przez lud na wy sokość znaku. Zaczynały się pokutne pochody wyludniające całe wsie, zakładano wspólnoty wybranych, rządzące się prawem prze ciwnym starym porządkom ludzkim. Wszystko ma zmieść po dmuch katastrofy. Właśnie w XVI wieku, na skutek zbiegu wielu okoliczności, czas dojrzewa, jak się wydaje, do żniwa. 16
Czas nie chce się skończyć
* Historyk mówi dalej: „W dobie reformacji mogło się zdawać, że wszystkie te postacie wstępują w sferę rzeczywistości historycznej. Luter widział na tronie Piotrowym antychrysta, Rzym był dla nie go nałożnicą babilońską, katolicy widzieli antychrysta w Lutrze, ruchawka chłopska i rysujące się fronty konfrontacji militarnej w obrębie rozpadającego się Kościoła przygotowywały, jak się zda wało, ostatnią wojnę domową, która miała poprzedzić koniec świa ta. Turcy wreszcie […], którzy szturmowali Wiedeń, mogli się jawić jako oswobodzone wojsko Goga. […] »Gdy Turka zmożemy«, po wiedział Luter, »to spełni się proroctwo Daniela, a Sąd Ostateczny z pewnością nastąpi«. Reformacja jako ruch odnowy religijnej była nosicielką wszelkich znaków końca świata”. Znaki i proroctwa nie znikły, czekały w ukryciu, zawsze do dys pozycji w chwilach lęku, wyolbrzymiając i grozę, i nadzieję. Ale język władców świeckich i duchownych, uczonych, teologów i filo zofów po reformacyjnym wstrząsie, który zamiast rozstrzygnięcia przyniósł konflikty Europie, język religijny i język nauk świeckich świadczył o wysychaniu źródła. Jak gdyby rzeczywistość doczesna, wojny, sojusze, traktaty, dzielenie terytoriów, administracyjne usta lanie przynależności wyznaniowej coraz mniej zostawiały miejsca na eschatologiczne uniesienie, na dotykalną pewność, że Czas Boży w każdej chwili jest już tu. Poza peryferyjnym azylem w heretyckiej wyobraźni chrześcijanie przywykli do tego, że historia ziemska jest bezgraniczna, i w tym sensie, że – po ludzku biorąc – niesłychanie długa, i w tym, że nie liczy się w niej na boskie interwencje. Czło wiek ma się urządzać sam – a kiedyś porachowane mu będą re zultaty. Zainteresowanie historią było również nowym myśleniem o horyzoncie czasu. 17
CZĘŚĆ PIERWSZA • Brzozowski, czyli głód
„Zwrot ku przyszłości dokonał się dopiero, gdy religijne wojny domowe, początkowo sugerujące – na skutek rozpadu Kościołów – rychłe nadejście końca świata, dokonały destrukcji chrześcijańskich oczekiwań. Początek dynamiki poznania naukowego, które two rzyło obietnicę coraz to liczniejszych wynalazków i odkryć w przy szłości, a także poznanie Nowego Świata i jego ludów, powoli oddziaływały, pomagając ustanowić się świadomości historii po wszechnej, która całościowo wstępuje w nowy czas” (R. Koselleck). Od końca wieku XVIII pojawia się pojęcie tworzenia historii w sen sie dotąd nieznanym. Człowiek nie tylko przeżywa wydarzenia i chyli głowę przed tym, co mu przygotował los, i nie tylko spisu je to, co minione. I narody, i jednostki są zdolne do decyzji, które nadadzą kierunek szeregom możliwości, zgodnie z projektem nie świadomym u mas, a przemyślanym u osób wyjątkowych. Uczeni niemieckiego Oświecenia, romantyczni filozofowie i poeci tak wi dzą rolę ludzi na tym padole. W obliczu czasu nasza działalność nie ogranicza się do dumania nad wydarzeniami, które przeminęły – możemy p r z e w i d y w a ć, i n i c j o w a ć coś nowego, z dobrym lub złym skutkiem. Historyk powie, że prognoza historyczna zastąpiła prorokowanie – i nie jest pod tym względem ważne, czy przyszłe wypadki zadadzą kłam filozofom historii lub politykom, tak jak zadawały kłam prorokom. Chodzi o inny stosunek do czasu, bez perspektywy ponadziemskiej. Czasu tak zawikłanego w ludzkich konfliktach, w wieloznaczności zamiarów i czynów, że znika od niesienie do sakralności, nie istnieją uświęcone wzory, które moż na by przywołać. Wiek XIX, gdzie postęp wślizguje się jak gdyby na miejsce dawnego eschatonu, przecina więź ze źródłem, od któ rego w naszej kulturze rozpoczęło się liczenie czasu zawartego mię dzy początkiem i końcem. Historia ziemska pojawiła się jako coś 18
Czas nie chce się skończyć
samoistnego, niepodporządkowana religijnym symbolom ani meta fizycznym spekulacjom; powstaje dziedzina nauk, w których buduje się nowa genealogia rodzaju ludzkiego. Perspektywa historyczna, która przenika do badań nad spo łeczeństwem, nad literaturą i sztuką, wyróżniając przeszłość, nie zamyka oczu wobec aktualnej i przyszłej energii życia. Staje się pod stawowym narzędziem interpretacji, której metodologiczny rodo wód wywodził się z egzegezy biblijnej. Czas przestał przemawiać świętą mową. Historycy nie czują się zobowiązani, jak w XVII wie ku autor Rozprawy o historii powszechnej, biskup Bossuet, do od gadywania zamiarów Boga wobec człowieka – za to stawiają przed nami wysiłek ludzi w budowaniu świata kultury. Są sytuacje wy jątkowe w nowożytnej sekularyzacji czasu: na przykład losy pol skich romantyków. Beznadziejna koniunktura, w jakiej znalazła się ich ojczyzna, obojętność Europy na jej dramat spowodowały powrót do myślenia przez analogię, do oczekiwania na zbawczą katastrofę, ponieważ inaczej trudno sobie wyobrazić skruszenie ciemiężycielskich potęg – jak u biblijnych proroków, z których ostatnim był św. Jan. Wskrzeszenie będzie zarazem ziemskie, his toryczne i wstępujące w przestrzeń eschatologiczną, w tym sensie polski Romantyzm można określić jako mieszankę millenaryzmu i spekulacji politycznej; rzeczy ziemskie i transcendentne nie mają tu ostrych granic. Wskrzeszenie ojczyzny oznacza przemianę cza su, tak jak było powiedziane: oto czynię wszystko nowe… Historia bezduszna, rządzona siłą i układami interesów, nie niosła w sobie obietnicy wyzwolenia – jak się okaże, to ona, z akompaniamentem europejskiego kataklizmu, stworzy przesłanki zmartwychwstania. Płodność dziejów sprawdziła się jeszcze raz: to, co zamierzone, i to, co niewyobrażalne, splotło się w wyniku nieoczekiwanym i uprag nionym: odrodzenie państwa polskiego. 19
CZĘŚĆ PIERWSZA • Brzozowski, czyli głód
* W XIX stuleciu historia święta otrzymała cios, z którego się nie podniosła, chyba że to nastąpi w przyszłości, po nowym spojrze niu na siebie. Zaczęto się wówczas zastanawiać nad wiekiem ziemi na przekór obliczeniom, wedle których data rewolucji francuskiej przypada na pięć tysięcy pięćset czterdziesty dziewiąty rok od stwo rzenia świata. Odkrycia geologii, paleontologii, teoria ewolucji ga tunków – dzisiaj z trudem wyobrażamy sobie, jakie to były ciosy dla uporządkowanej zgodnie z religią wizji świata. Nie wspomina jąc o XX-wiecznych odkryciach astrofizyków, które z kolei prze stały być argumentem dla niedowiarków. Wiele pokoleń żyło pod ciężarem dramatycznego wyboru: nauka albo wiara, zanim chrześ cijaństwo oswoiło się z odkryciami nauk i przestało w nich widzieć zagrożenie. Obraz planety wirującej w nieskończonej przestrzeni, obraz Giordana Bruna, Pascala, Galileusza, życie tworzące się przez miliony lat, człowiek wychodzący z powolnego procesu rozwoju, hi storia społeczeństw, gdzie religia jest wytworem ludzkiej potrzeby adaptacji – gdy pomyślimy, ile energii umysłowej i moralnej pochło nęły walki między obiema stronami, nauką i Kościołem, wydaje się, że oglądamy jakiś turniej, gdzie gesty przeciwników są skodyfiko wane, a wynik z góry beznadziejny. Niemniej zawzięty opór Koś cioła wobec wyników badań, zapiekłość zwolenników scjentyzmu poczyniły zniszczenia w świadomościach, otaczając religię ognistym kołem, którego przeskoczenie długo oznaczało zgodę na sacrificium intellectus, wyrzeczenie się rozumu. Tutaj przywołuję świadka mojej relacji, Stanisława Brzozowskie go. Człowiek meteor, który nie zdążył zapisać się w historii umy słowej Europy, zostawił pamięć o niejasnym skandalu policyjnym 20
Czas nie chce się skończyć
i o spazmatycznym rzucaniu się na książki, przynoszące dobrą no winę o wielkości człowieka i budowanej przez niego kultury. Nauki przyrodnicze odegrały rolę w jego wczesnej młodości, gdy wyzwalał się z tradycyjnych schematów zdeklasowanej rodziny szlacheckiej. Ale interesowała go wyłącznie historia w czasach nowożytnych, z naciskiem na autonomię człowieka, pracę cywilizacyjną, która opanowuje pozaludzką naturę, oraz wartości konstruowane w dro dze przez czas. Naturę ujmował wyłącznie jak bezkształtne two rzywo, jej istnienie sprowadzało się do przeszkody, dzięki której człowiek rozwija bajeczne możliwości: więc przeszkody niezbęd nej, nieoszacowanego przeciwnika. Warto się zastanowić, na ile pojęcie pracy, podstawowe dla Brzozowskiego, zostało uwikłane w ideę zbawienia jeszcze przed jego zwrotem do religii. Ze swego moralnego przylgnięcia, jeszcze w wieku chłopięcym, do sprawy krzywdzonego ludu zachował zbożny respekt dla wysiłku fizycz nego, który stoi u podstaw zapasów ze światem; wysiłku, który po trafi odczłowieczyć w niesprawiedliwych warunkach, ale zawsze pozostaje czymś czcigodnym. Brzozowski jest spadkobiercą dzie jów, czyli, jak wówczas rozumiano, dziejów kontynentu europej skiego z obrzeżami, w różnych okresach uczestniczącymi w jego ważnych perypetiach, takimi jak: Bliski Wschód, północna Afryka, Rosja – po drugiej stronie oceanu Ameryka. Uczy się gorączkowo języków, bo w wielkich kulturach narodowych krystalizuje się, za każdym razem inaczej, projekt kształtowania zbiorowości, jednostki, stosunków międzyludzkich. Urzeka go ta wielość, odczuwa w niej oczywiste powinowactwa. Ma swoich, zmiennych i niezmiennych, ulubieńców pośród kultur różnych krajów; w jego widzeniu są też strefy ślepe. Jego terenem jest Europa, jaka wynurzyła się z podwójnego prze łomu Odrodzenia i reformacji, podzielona duchowo, więc rozmaita, 21
CZĘŚĆ PIERWSZA • Brzozowski, czyli głód
ale powiązana każdym włóknem toczącej się historii. Zważywszy na pasję, jaką odnalazł w sobie w ostatnich latach niedopuszczalnie krótkiego żywota, stwierdzę, że interesuje go Europa potrydencka, niezgodna w sobie całość, jaka wyłoniła się z nadziei Renesansu i krachu programu nowego zjednoczenia chrześcijaństwa zachod niego. Wyrazem tego programu stał się sobór trydencki. Ta Euro pa rozchodziła się w wielu kierunkach, szukała różnych dróg, ale ciągle pozostawała w mocniejszej bądź luźniejszej więzi z wydarze niem religijnym, od którego liczy swój czas: rok pierwszy nowej ery. Ponieważ od tamtego zdarzenia, niewiarygodnego dla rozumu, marginalnego dla ówczesnej kultury i geografii, rozpoczęło się kon struowanie nowej samowiedzy, nowych tworów społecznych, uru chomiła się nowa dynamika. Tamten moment sprawczy, moment genezy chrześcijaństwa nie zajmuje Brzozowskiego, jak nie zajmują go początki religioznawstwa czy teorii mitu za jego życia. Być może są to dla niego badania fałszywie zobiektywizowane, szukające nie ruchomych abstrakcji, podczas gdy rzeczy same zawierają energię przebiegającą przez czas, przez pokolenia i instytucje. Zajęcie się religią czy też, jak sam twierdzi w listach, powrócenie do stałych zainteresowań to impuls późny i samodzielny, to znaczy pozakościelny. Odkrył w niej zasadę dynamiki zbiorowości histo rycznych, a w duszy jednostkowej – element organizujący. Skład nik bezcenny we wszystkich płaszczyznach. (Przypomnijmy sobie również w tej perspektywie, że tego odkrycia – dla siebie – dokonał człowiek umierający i zdający sobie z tego sprawę). Wszystko, jak się wydaje, spotykało się tu i splatało, wzajemnie uzasadniało, jed ność i wielość, ciągłość historii i jej kryzysowe progi, aktywność, która chce podporządkować naturę, by nadać bezimiennemu ludz kie imię; człowiek zanurzony w opornym żywiole materii i rzutują cy siebie w transcendencję. Studiowanie literatury różnych języków 22
Czas nie chce się skończyć
pozwalało uchwycić jawną i niejawną pracę idei religijnych w sa mym sercu zbiorowości, tam, gdzie rodzą się osobista wrażliwość i język do nazywania zadań oraz konfliktów życia. Brzozowskiego rozpala nowa problematyka, ta odpowiadająca na pytania, które zawsze sobie zadawał: o źródła twórczości i o sens historii. To nie dogmatyka religijna ma się stać siatką, przez którą odczytuje się świat – to dzieła Europejczyków pozwalają przywrócić znaczenie zamierzchłym dysputom teologów. Młody filozof przyjmuje argu mentację, do której uciekała się często apologetyka: to, co się roz winęło w schrystianizowanej Europie, zaświadcza o wiarogodności tej religii. Po owocach jej ją poznacie. Dodam, że nie interesują go haniebne strony kościelnej historii – z wyjątkiem fatalnego wpływu katolicyzmu na współczesną ślepotę Polaków. Stosunek sprawczy rzeczy historycznych nie jest u niego sztywny, lecz poddany ludz kiej perspektywie. Czy to Stworzyciel u hipotetycznych początków postawił ludziom takie zadanie? Czy praca ludzi wypromieniowała z siebie transcendencję jako warunek własnej możliwości? Brzozowski nastawiony był na antropocentryczny projekt hi storii i czas realizacji tegoż wydaje się nieskończony. Jeśli pojęcie grzechu (historycznego, społecznego) nie jest mu obce, to nie znaj dziemy tu obrazu stworzenia czekającego ratunku pod kontrolą kościelnego autorytetu. Problem zła i odpowiedzialności za zło nie zawiera nuty religijnej. Jeśliby mu przypisać pewną formę teodycei, zawiera się ona w myśli o współdziałaniu z boską decyzją stwórczą, jako afirmacja życia ziemskiego. Ponieważ jego przedmiotem są dzieła kultury, przede wszystkim językowe, w jego opisach, obok krytyki, panuje atmosfera entuzja zmu dla wielkich dokonań. Najczęściej tak się składa, że kryty ka dotyczy Polaków, a entuzjazm odnosi się do dzieł innych nacji, łącznie z Rosjanami. W literaturze zachodniej nie jest wyczulony 23
CZĘŚĆ PIERWSZA • Brzozowski, czyli głód
na pęknięcia, satysfakcja obcowania z wybitnymi umysłami tłu mi dysonanse, które my dziś wykrywamy. Trzeba pamiętać, że zmarł na trzy lata przed rokiem 1914. W jego polu widzenia zna lazły się o dblaski optymizmu, który jest zakotwiczony w huma nizmie – dodam: w chrześcijańskim humanizmie – Renesansu, następnie wchłania wychowawczą myśl Oświecenia i XIX-wieczną ufność w moralną autonomię człowieka. Lektura dobrych książek wytwarza poczucie przynależności do nurtu, który ożywia Euro pę, nadaje jakość życiu. Brzozowski, widząc siebie w roli krytyka, podnosi to zadanie na wysokość współtwórczej świadomości kul tury. Jest to sposób czytania, który powinien zostać zrozumiany i podchwycony przez innych, w pierwszym rzędzie przez rodaków. Dzieło cywilizacyjne – logika historyczna Europy – ma się rozcho dzić w coraz szerszych kręgach, w ten sposób kształtując autentycz ne człowieczeństwo. Jakie miejsce zajmuje w tym zamyśle chrześcijaństwo? Jest po prostu narzędziem intelektualnej egzaltacji, o co je niekiedy podejrzewamy, odwołaniem historycznym, ideą regulatywną? A może przekształ ca się pod ołówkiem Brzozowskiego w jakąś kolejną herezję? Każda z tych możliwości realizuje się cząstkowo w jego ostatnich rękopi sach. Również nadzieja na to, że sens jego życia przetrwa po śmierci. Spotkanie z pismami pewnego Anglika, duchownego, który w doj rzałym wieku odnalazł swój port w Kościele katolickim, przypa da na ostatni okres biografii Brzozowskiego i dlatego nabiera wagi podsumowania. W kontekście polskim, którego nie spuszcza z oka i w którym liczy się jego przynależność do grona wolnomyślnych intelektualistów, samotny myśliciel przynosi ładunek myślowy nie zrozumiany i niechciany, dodający się do nieporozumień, w któ re obrósł ten krótki żywot. Filozof widział Polskę jako zbiorowość 24
Czas nie chce się skończyć
z gruntu niereligijną, niemającą pojęcia o tym, czym jest chrześci jaństwo, z bezmyślnym rytualizmem ludu i uprzedzeniami elity za patrzonej w pozytywistyczne schematy. Historia ocala w samym swoim ruchu i pozostaje niezakończona. Znaczenie twórczego wysiłku jest transcendentne, jego intelektual ne uchwycenie prowadzi do symboli religijnych. Dla Brzozowskie go to się liczy: wewnętrzne życie Boga wyrażone w symbolu Trójcy, Wcielenie jako współpraca Boga z człowiekiem, Zbawienie jako na kaz świadomości rozbudzonej, otwartej. Współmyśleć z dziejami ludzi – czyli według niego czytać, pisać – to uczestniczyć w porząd ku, który utrwala wielkość dzieł poza wyobrażonym następstwem pokoleń. Potwierdza to wartość każdej duszy czującej, pragnącej, zdumionej bogactwem świata historycznego. W jego przekonaniu w chrześcijaństwie najważniejszy jest osobisty ruch świadomości, czyli niedopełnienie i napięcie w stronę celu; pokonywanie lenistwa, oporu zakrzepłych form. Do problemów istotnych należy poważne traktowanie siebie: jest się w końcu członkiem ponadzmysłowej, bu dującej się ciągle całości, którą wierni nazywają Kościołem.
Spis treści
Przedmowa . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7
Część pierwsza. Brzozowski, czyli głód I. Czas nie chce się skończyć . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 13 II. Niedokończone myśli . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 26 III. Zapiski florenckie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 39 IV. Opowieści wychowawcze . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 60 V. Logika wiary . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 71 VI. Modernizm . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 98
Część druga. Kołakowski, czyli lęk o Europę I. Dlaczego Kołakowski napisał Główne nurty marksizmu? . . . . 131 II. W poszukiwaniu humanizmu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 154 III. Filozof na wyspie szaleńców . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .199 IV. „Jajo bytu” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 221 V. Po co nam religia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .246 VI. Wiek XVII, czyli wejście w nowoczesność . . . . . . . . . . . . . . . . . .282 VII. Po co nam filozofia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 312 VIII. Wychowanie do sprzeczności . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 365 Bibliografia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 419 Indeks . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 421