Skip to main content

Okruch

Page 1

Okruch ANNA

FICNER-OGONOWSKA

Wydawnict wo Znak K R A KÓ W 2 018


Projekt okładki Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl Ilustracja na pierwszej stronie okładki © Lilia Alvarado / Trevillion Images Ilustracja na czwartej stronie okładki © Trevor Payne / Arcangel Images Fragmenty tekstu piosenki pt. Pejzaż bez ciebie autorstwa Jeremiego Przybory na s. 684 pochodzą z tomu: Jeremi Przybora, Dzieła (niemal) wszystkie, t. 2, Kraków 2016 Opieka redakcyjna Dorota Gruszka Redakcja Alicja Gałandzij Adiustacja Monika Skowron Korekta Małgorzata Biernacka Barbara Gąsiorowska Łamanie Piotr Poniedziałek © Copyright by Anna Ficner-Ogonowska © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018 ISBN 978-83-240-5355-1 (broszura) ISBN 978-83-240-5403-9 (oprawa twarda)

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2018. Printed in EU


Martwię się… Zawsze się o niego martwię… Dzisiaj na cmentarzu wpatrywałam się w jego plecy. Nieruchome. Kark sztywny do granic możliwości. Włosy gdzieniegdzie przyprószone siwizną, chociaż jest przecież jeszcze taki młody. Bardzo przypomina mi Włodka. Im jest starszy, tym robi się coraz bardziej do niego podobny. Włodek na pewno byłby z niego dumny. Maks to wymarzony syn. Nigdy nie sprawiał kłopotów. Ani wychowawczych, ani żadnych innych. Był przeciwieństwem, bardzo miłym przeciwieństwem swojej siostry, która, chociaż uczyła się doskonale, potrafiła równie doskonale komplikować życie rodzinne i szarpać nerwy nawet bardzo odpornego na stres Włodka. Włodek pracował w policji. To znaczy najpierw w milicji, później w policji. Maks też jest policjantem. Poszedł w ślady ojca. To dlatego się o niego martwię. O Włodka też się całe życie martwiłam. Ale chyba trochę inaczej niż o Maksa. Za czasów Włodka było inaczej. Inne czasy, inny świat. Teraz świat przyspieszył i do tego zwariował. A jak jest zwariowany, to trudno 5


utrzymać w nim porządek. Maks jest stróżem tego porządku. Pewnie byłabym dużo spokojniejsza, gdyby mój syn odpowiadał za porządek na ulicach i próbował zapanować nad wariatami drogowymi i pijakami za kierownicą, ale akurat ci Maksa nie interesują. Maks szuka morderców, więc jak tu się nie martwić? Nigdy nie podobała mi się ta jego, jak on to określa, dochodzeniówka. Ale co ja mogę? Nic. Mogę się tylko modlić, i to żarliwie, żeby mu się nic nie stało. Kiedy mnie odwiedza, od razu widzę, choćby po kolorze jego twarzy, kiedy mija dzień, w którym mogło mu się coś stać, a kiedy ma za sobą dzień dość spokojny. Czasami ma nawet na sobie kamizelkę, która ma go przed kulami ochronić. Wtedy to dopiero jest mi słabo. Czasami też jego ulubiona czarna zamszowa kurtka dziwnie odstaje na plecach. Inni na pewno tego nie zauważają. Ja niestety tak. Nosi pod nią czarne takie jakby szelki, w których z boku ma schowany pistolet. Kiedy widzę, jak zdejmuje te szelki, siadając do obiadu, a pistolet uderza głucho w parapet kuchenny, wtedy czuję zawsze nieprzyjemną słodycz w ustach. Nie znoszę jej. Jestem na nią uczulona. Jednak nic nie mówię. Nie komentuję, ponieważ chcę, żeby mój syn w tym swoim niespokojnym życiu przynajmniej obiad zjadł w spokoju. Maks nie mieszka ze mną, ale na obiad przychodzi często. Robi to chyba bardziej dla mnie niż dla siebie. 6


Doskonale wie, że lubię gotować. Dla niego. Dla Beatki i jej rodziny oczywiście też, ale oni nie odwiedzają mnie zbyt często. Są zapracowani. Rozumiem to doskonale. W tygodniu kierat, a w weekend chcą pobyć z Zosią, odpocząć. Zosia ma trzy latka. Opiekuje się nią niania. Niestety, to znaczy szkoda, że nie ja, ale tak postanowiła Beatka. Z nią się nie dyskutuje, szkoda czasu. Beatka pracuje w dużej firmie. Zarządza produktami. Dokładnie nie wiem jakimi, może i dobrze, bo akurat ta wiedza do niczego mi w życiu nie jest potrzebna. Mój zięć też jest bardzo zapracowany. Ludzi rozwodzi i cóż poradzić… Teraz są takie czasy, że ma ręce pełne roboty. A moja wnuczka, zamiast z babcią spędzać dzieciństwo, wychowuje się pod okiem niani. Co prawda to dobra i bardzo miła kobieta. Mała ją uwielbia, ale ze mną przecież też byłoby jej dobrze. Ale co ja mogę? Beatka ma swoje zdanie na ten temat, zresztą na każdy inny również. Żeby żyć w spokoju, od lat zgadzam się z jej poglądami albo po prostu nic nie mówię. Nie komentuję. A za wnuczką tęsknię. To taka cudowna istota. Strasznie dziś wyglądał Maks na tym pogrzebie. Nie dziwię mu się wcale. To makabryczna sprawa chować taką młodą kobietę. Młodą i piękną. Gdy przydzielili ją Maksowi do pracy, był bardzo niezadowolony. Pamiętam to dobrze. Jednak przekonała go do 7


siebie. Od niezadowolenia z faktu, że jego partnerem jest kobieta, przeszedł, i to dość szybko, do powtarzania: „Patrycja to…”, „Patrycja tamto…”. A w końcu „Pati doskonale nadaje się do tej roboty…”. I dramat. Patrycji już nie ma. To dlatego twarz mojego syna miała dziś barwę popiołu. Nawet nie wiem, czy między nimi coś było. Maks jest bardzo skryty. Jego ojciec też taki był. Identyczny. A ja, jak nie muszę, to nie pytam. Nie jestem ciekawska. Nauczyła mnie tego siostra Józefa. Może inaczej… Ciekawi mnie wiele rzeczy, ale wstydzę się o nie zapytać. Dobre sobie… W tym wieku. Po prostu wstyd… Maks obiecał jeszcze przed pogrzebem, że przyjdzie na obiad. Nie przyszedł. Dlatego dziś martwię się o niego bardziej niż kiedy indziej. Ale wiem też, że skoro nic na jego temat nie wiem, to dobrze. Zawsze mi powtarza to samo: „Mamo, pamiętaj, jak nic o mnie nie wiesz, to dobrze. To znaczy, że nic się nie dzieje. Jeśli coś mi się stanie, dowiesz się natychmiast. W dodatku pierwsza”. Tak do mnie mówi ten mój syn, a uśmiecha się przy tym tak, jakby chwalił moją botwinkę. Maks uwielbia botwinkę. Na razie jeszcze przez jakiś czas jej nie dostanie, bo zima w pełni. Chociaż kończy się luty, to mróz trzyma styczniowy. Dzisiaj na cmentarzu współczułam wszystkim mundurowym, ponieważ w taki ziąb w samych mundurach stali. Maks też. I jak 8


go znam, to nie splamił męskiej godności podkoszulkiem. Aż mi się wierzyć nie chce, że Patrycji już nie ma. Bardzo boję się tego, co teraz będzie. Maks z całą pewnością nie odpuści tym, przez których taka młoda dziewczyna ze światem musiała się pożegnać. Zawzięty jest. Po ojcu. I nie ma na to rady. Pozostaje mi tylko wznosić oczy ku niebu i modlić się do wszystkich świętych, żeby chronili mojego synka. Dla mnie, niezależnie od tego, ile ma lat, Maks zawsze będzie małym chłopcem, który jak mu się coś stanie, to przytula się do mnie bez płaczu i bez ani jednego słowa. W ciszy. Tak przytulał się kiedyś i tak robi to teraz. Lubię, kiedy mnie delikatnie poklepuje po plecach podczas powitań i pożegnań. Z Beatką jest oczywiście całkiem inaczej. Kiedy wychodzi ode mnie, to rzuci jakieś nowoczesne „pa”, powietrze w pobliżu mojego ucha cmoknie albo i nie, a gdy pytam, kiedy znów mnie odwiedzi, zawsze odpowiada tak samo: „Nie wiem, mamuś, sama nie wiem…”. Myślę wtedy, nie powiem, trochę uszczypliwie: „Taka mądra, a takiej prostej rzeczy nie wie. Przecież odwiedziny matki to nie lot w kosmos”. Ale jeśli się ma w życiu taki „odlot” jak moja Beatka, to chyba nic nie powinno nikogo dziwić. Ani odlot, ani kosmos. „Mamo, w robocie odlot, w domu odlot, wszędzie odlot”. Właśnie tak moja córka do mnie mówi, i to najczęściej przez telefon. Zupełnie jakby stewardesą była. 9


I rzecz jasna, nadawałaby się do tego podniebnego zawodu, bo urodziwa jest bardzo, a nogi ma, jak to się mówi, do nieba. Kiedyś i ja piękne nogi miałam, co prawda nie takie długie jak Beatka. Teraz zostały mi dwa patyki wysuszone, ale nie śmiałabym narzekać, bo niosą mnie posłusznie tam, gdzie chcę się znaleźć. Co prawda nie nanoszą się teraz jak kiedyś, bo jakiś czas temu weszłam w taki wiek, że mnie państwo emeryturą zasłużoną uhonorowało. Szkoda. Lubiłam pracować. Lubiłam swoją pracę. Krzątałam się po kuchni. Rządziłam w niej. Między małymi dziećmi się kręciłam. Dawało mi to siłę i energię. Podkarmiałam rozmarudzone towarzystwo, kiedy było trzeba. Ze stołów, przy których małe krzesełka ustawiałam, zbierałam okruchy. Kluski na parze kładłam, pierogi leniwe bez krzty lenistwa zagniatałam. A każdy uśmiech na małej buzi przekonywał mnie o tym, że moja praca ma wielki sens. Lubiłam słuchać słów płynących z małych ust: „Dzień dobry, pani Marysiu!”. Teraz moje życie się zmieniło. Z pewnością dlatego piszę więcej niż kiedyś. Notuję, odkąd pamiętam. Robię to dlatego, że siostra Józefa też pisała. To ona mnie tego nauczyła. Albo inaczej, przekonała mnie, że jak będę zapisywała, to życie wyda mi się prostsze i samotność mi nigdy doskwierać nie będzie. Miała rację. Choć nie ukrywam, że czasami zastanawiam się, czy 10


moje życie było prostsze dlatego, że je wiernie opisywałam, czy dlatego, że trwała przy mnie siostra Józefa. Tego nie wiem… Siostry Józefy już przy mnie nie ma. Odeszła jakiś czas temu, starowinka. Odeszła tak, jak żyła. Powoli i dostojnie. Po cichu. Co to był za człowiek… Staram się Ją naśladować. Różnie mi to w różne dni wychodzi. Raz dobrze, innym razem wcale. Ale staram się mimo wszystko. To siostra Józefa mnie tego nauczyła. Tak jak tego, że trzeba robić wiele rzeczy i większość z nich dla innych. Usiłuję więc wprowadzać w swe życie Jej słowa i staram się być dobrym człowiekiem, żeby za czas jakiś pozostać tylko dobrym wspomnieniem. Mam nadzieję, że tak się stanie… A teraz przyjemnie mi się zrobiło, chociaż kończący się dzień do przyjemnych niestety nie należał. Moja Nutka trąca mnie swym chłodnym noskiem. Chce wyjść na krótki, ostatni już dzisiaj spacer. Jest trochę markotna, bo Maksa dziś w domu nie było. Ja też taka jestem, bo wiem, co teraz mój syn przeżywa. Albo przynajmniej tak mi się wydaje. Jednak bez względu na to co się dzieje, psa wyprowadzić trzeba. Niech pobiega chwilę. Zmrożone śniegi obwącha. A ja wtedy w gwiazdy popatrzę. Na pewno są na niebie, bo noc szykuje się mroźna. Nutka patrzy na mnie i merda swoim prościutkim jamnikowym ogonem. Lubię ten widok. Lubię jej oczy pełne wyczekiwania. Lubię czuć się potrzebna. Idę zatem…


– Cześć, mamo. Na powitanie pocałował ją w policzek. Dostrzegał troskę w jej oczach, ale wiedział, że nie musi się niczego obawiać. Mama jak zwykle się martwiła, ale nie jojczyła. Bardzo lubił tę jej cechę. Podobnie jak takt i dyskrecję. Zdjął kurtkę i niedbale rzucił na krzesło. Broń położył na parapecie. Zrobił to odruchowo. Tyle lat spędził w tym domu, że odruchów z nim związanych miał mnóstwo.  – Umyj ręce. – Usłyszał to co zwykle, gdy wszedł do łazienki. – Jadłeś coś dzisiaj?  – Jakieś suche ciastka u komendanta – podniósł głos, by był bardziej słyszalny niż szum wody. Gdy wrócił do kuchni, na stole stał już talerz z zupą. Ogórkowa mamy jak zwykle pachniała obłędnie. Pierwszy raz od śmierci Patrycji poczuł głód. Usiadł i zaczął jeść. Zupa parzyła usta, ale rozgrzewała od środka. Potrzebował czegoś takiego. Czuł na sobie wzrok mamy. Nie chciało mu się rozmawiać. Nie chciało mu się nawet myśleć. Ale mama na pewno źle znosiła dzisiejszą ciszę, dlatego postanowił ją przerwać, choćby na chwilę. 12


– Dlaczego nic nie mówisz? – zapytał, podnosząc wzrok do poziomu zmartwionych oczu mamy.  – Bo nie wiem, co mam ci, synku, powiedzieć – odparła niespiesznie głosem przepełnionym smutkiem. – Chciałabym cię jakoś pocieszyć, ale niestety nie wiem, jak mogłabym to zrobić…  – Nie musisz mnie pocieszać – powiedział szybko.  – To akurat wiem. Przy tobie nic nie muszę. – Mama w końcu się uśmiechnęła, tyle że dość niewyraźnie. Lubił każdy jej uśmiech. Nawet taki jak teraz, choć był to raczej niezbyt wesoły grymas niż okazanie radości.  – To może opowiedz, jak teraz jest w pracy. Po tym ­wszystkim…  – Ciężko jest – przyznał od razu, nie siląc się na udawanie. – Znowu sami faceci. Z Pati na początku było dziwnie, później całkiem fajnie, a teraz bez niej znów jest inaczej. Strasznie. Pusto. Nikt na nas nie krzyczy, żebyśmy posprzątali na biurkach i umyli kubki. Nikt nie robi jaśminowej herbaty. Zielonej też nikt nie parzy, ale to akurat dobrze… – Zamyślił się na chwilę i przestał jeść.  – Jedz – poprosiła od razu mama. – Jedz, bo mizernie wyglądasz. Źle śpisz?  – Bywało lepiej – odparł zgodnie z prawdą i wrócił do jedzenia.  – Co teraz będzie? Dostaniesz kogoś nowego? – zapytała mama i nie czekając na odpowiedź, wstała od stołu. 13


– Zagrzeję wodę na pierogi. Uśmiechnął się, bo mama doskonale wiedziała, że wolał takie z wody, a nie przysmażone na patelni.  – Pewnie szybko – powiedział, nie czując póki co potrzeby, by ktoś zajął miejsce Patrycji.  – Może nie powinnam o to pytać, nie teraz, ale czy ty… Czy…  – Nie, mamo, nie byliśmy ze sobą – pospieszył z odpowiedzią, zanim zdążyła zadać pytanie.  – Akurat nie o to chciałam zapytać… Spojrzał na nią i w jej wzroku jak zwykle dostrzegł prawdę. Rzeczywiście chciała zapytać o co innego.  – A o co? – zainteresował się natychmiast, używając przy tym policyjnego tonu, dlatego chrząknął, by choć trochę złagodzić opryskliwość głosu i pytania.  – Pomyślałam, synku, że może dobrze byłoby, gdybyś pomyślał teraz o jakimś urlopie. Chociaż krótkim. Zima w pełni. W górach pewnie śniegu po kolana. Tak uwielbiasz narty. Oderwij się od tego co tutaj. Dobrze ci to zrobi.  – Nie, mamo! – Znów przesadził z kategorycznością tonu, który spłoszył wzrok mamy. Od razu odwróciła się do niego tyłem. Poczuł się jak palant i rzeczywiście nim był, ponieważ zamiast ratować sytuację, przesadzał ze swoją prawdomównością.  – Nie pójdę na żaden urlop, dopóki ich nie dorwę.  –  Synku… Mama była bliska łez. Był tego pewien. 14


– Nie martw się. – Chciał się poprawić, ale jego starania na nic się zdały, choć mówił bardzo spokojnie. – Mamo, ty nawet nie wyobrażasz sobie, co to są za ludzie. Zdajesz sobie sprawę, że oni teraz bezkarnie chodzą po ulicach? Tak nie może być. Muszę, to znaczy musimy… ich wyłapać co do jednego, bo oni dla pieniędzy są gotowi zabijać nawet dzieci. Nie powinien był tego mówić. Wiedział o tym doskonale, jednak to, co zobaczył tydzień temu w jednym z mokotowskich mieszkań, było powodem przydarzającej mu się od tamtego dnia bezsenności. Śmierć Pati tylko spotęgowała jego złość i póki co niemoc, ale i tak był już bliski zakończenia sprawy. Bardzo bliski. Zwłaszcza że jednego z tej morderczej szajki już miał. I na szczęście okazało się, że trafił na materiał dość prosty w obsłudze, szybko go złamał. Facet przez dwa dni nie mówił nic, ale zmotywowany przez Grubego zaczął sypać i teraz należało tylko wybrać dobry moment, by przyskrzynić tę łysą pałę, przez którą od tygodnia musiał sam jeździć po mieście i przez którą dwójce małych dzieci nigdy nie dane będzie dorosnąć. W samochodzie po Pati zostały tylko błyszczyk do ust i obrazek świętego Krzysztofa przyklejony do drzwi po stronie pasażera. Brakowało mu tej dziewczyny, chociaż nie miał w zwyczaju przywiązywać się do kobiet. Raz nawet myślał, że połączyło go coś poważniejszego z Zimną, to znaczy z policyjną patolożką. Jednak pomylił się co do niej. Zimna doceniała w nim tylko męskie fragmenty, za to dogadywać się 15


umiała najlepiej tylko z tymi, którzy akurat leżeli na jej zimnym i metalowym stole, a to tylko dlatego, że zawsze milczeli. W dodatku paliła jak smok, mówiąc, że woli śmierdzieć petami niż trupami. Mama spoglądała na niego, z jej oczu spadały krople smutku i niemocy, a przede wszystkim strachu. Wiedział o tym. Nigdy nie bał się swojej pracy, choć zdawał sobie sprawę, a nawet był świadkiem tego, że za ten brak obaw może kiedyś słono zapłacić. Starał się o tym nie myśleć. W życiu nigdy nie zastanawiał się zbyt wiele nad kosztami. Musiał być bezwzględny. Patrycji zabrakło tej bezwzględności w najważniejszym momencie. Nie pociągnęła za spust w odpowiedniej chwili. Zupełnie jakby zapomniała o słowach, które słyszała od niego niejednokrotnie. Powtarzał jej do znudzenia: „Pamiętaj, przyjdzie taki moment, że jak nie ty jego, to on ciebie”.  – Nie płacz, mamo… – poprosił cicho i łagodnie.  – Tyle mego… – szepnęła żałośnie mama i uśmiechnęła się do niego, chociaż strach wciąż skraplał się na końcach jej rzęs otaczających czarne jak węgiel oczy. Dzieci zasypiały powoli. Rozglądała się po sali. Starała się poruszać bezszelestnie pomiędzy małymi leżaczkami. Tu poprawiła kocyk, tam odgarnęła włosy z ciepłego policzka. Nuciła spokojną melodię płynącą z magnetofonu. Z niecierpliwością oczekiwała Karoliny, która wyszła na moment, by skorzystać z toalety. Też o tym marzyła i to od dłuższego czasu. 16


Lubiła swoją pracę. Bardzo. Traktowała ją wyjątkowo poważnie i odpowiedzialnie. Miała świadomość, że dzieci, których teraz doglądała, były największymi skarbami swoich rodziców. Przynajmniej tak zakładała. Dlatego do każdej swojej czynności podchodziła z wielkim oddaniem. Nawet podczas najśmieszniejszych zabaw z tyłu jej głowy czaiła się ostrożność. Drzwi sali otworzyły się cichutko. Zobaczyła w nich uśmiechniętą twarz Karoliny. Znały się już drugi rok. To tyle pracowała w tym przedszkolu. Przypadły sobie do gustu już pierwszego dnia wspólnej pracy i to wbrew powiedzeniu, że przeciwieństwa się przyciągają, ponieważ były do siebie dość podobne. Wspierały się w pracy i pomagały sobie. Konsekwentnie nie pozwalały się zgnębić dyrektorce przedszkola, która miła bywała tylko w towarzystwie rodziców dzieci. Chociaż same pociechy nie interesowały jej ani trochę. Natomiast pracowników przedszkola, niezależnie od zajmowanego stanowiska, traktowała z wyższością i pogardą. Lubiła występować z pozycji siły. Lubiła się szarogęsić i rządzić nawet w takich sprawach, o których nie miała bladego pojęcia.  – Teraz ty – szepnęła do niej Karolina. Obie wiedziały, że załatwienie swych potrzeb fizjologicznych w tym zakładzie pracy niechronionej, jak wyrażała się o przedszkolu Karolina, należało do rzadkości. Uśmiechnęła się do koleżanki po fachu i nie odzywając się ni słowem, wyszła z sali wypełnionej już słodko posapującymi trzylatkami. Skierowała swe kroki do toalety dla personelu, 17


znajdującej się na parterze budynku. Kiedy z niej wyszła, gdy była już na półpiętrze prowadzącym do sali leżakowania, stało się coś przerażającego. Usłyszała strzały. Zastygła w bezruchu. Na moment. Co prawda nigdy nie słyszała takiego odgłosu, ale rozwiercał jej głowę od środka. Ten huk nie zostawiał wątpliwości. Ktoś strzelał. W dodatku w niewielkiej odległości od przedszkola. Z góry dobiegał już płacz dziecka. Za chwilę kolejny. Nie wiedziała, co robić. Powinna ruszyć przed siebie i pobiec na pomoc Karolinie. Jednak wiedziona jakimś trudnym do wytłumaczenia impulsem nie zrobiła tego. Zbiegła na parter i przykleiwszy się do okna w ogromnej sali zabaw, obserwowała, co się dzieje. Widziała łysego, postawnego mężczyz­ nę. Po chwili nie była już sama. Przy oknie jak spod ziemi wyrosły dyrektorka i dwie kucharki.  – Pani Saro! Proszę natychmiast wracać do dzieci! – Głos dyrektorki był kategoryczny. Usłyszała go dokładnie w chwili, gdy za oknem czarny samochód, o numerach rejestracyjnych, które udało jej się spostrzec, z piskiem opon odjechał z ogromną prędkością, odsłaniając makabryczny widok na chodniku po drugiej stronie ulicy.  – Chryste Panie! – zapiszczała panicznie leciwa już pani Lucyna i chwyciła się za serce.  – Dzwonię po policję! – podniosła głos dyrektorka.  – Potrzebne jest pogotowie, nie policja! – Rozkazała dyrektorce tak zdecydowanym głosem, że ta wbiła w nią nienawistne spojrzenie. 18


– Proszę wracać do dzieci, a nie dyktować mi, co mam ­robić! Nie mogła nie zareagować na to, co widziała. Do końca nie wiedziała, co się z nią dzieje i co robi. Miała gdzieś słowa dyrektorki i jej sypiące gromy spojrzenia. Teraz najważniejszy był tylko człowiek leżący po drugiej stronie ulicy. Leżał na tyle blisko, że dostrzegała kałużę krwi obok niego. Miała wrażenie, że poruszał się nieznacznie. Krew swym ciepłem na pewno roztapiała śnieg. Dobrze znała ten widok. Ukrywała go w swych wspomnieniach. Obraz czerwonej krwi na białym śniegu. To pewnie dlatego za nic miała słowa dyrektorki. Wyminęła ją, ignorując dyscyplinujące spojrzenie, i w pośpiechu wyszła z budynku. Szybko pokonała kilka schodków. Nie czuła mrozu na ciele ani śniegu wpadającego do cienkich tenisówek. Szła przed siebie coraz szybciej. Ominęła przewrócony na drodze motocykl i zatrzymała się nad krwawiącym człowiekiem.  – Udo i bark – szepnęła z przestrachem. Usiłując zapanować nad paniką, ukucnęła przy rannym. Spod skórzanego kombinezonu krew lała się strumieniem. Jednak z rany na udzie chyba dużo szybciej niż z tej wyżej. Bała się. Paradoksalnie widok czerwieni pochłaniającej w szybkim tempie biel na chodniku dodał jej odwagi. Wzięła dwa głębokie wdechy. Pomogły natychmiast, ponieważ ziąb był nieludzki. Pogody na jazdę motorem nie było na pewno. Delikatnie otworzyła szybkę kasku, który miał na głowie leżący 19


mężczyzna. Zobaczyła fragment twarzy. To znaczy skórę bledszą od śniegu. Miała wrażenie, że na jej oczach zmienia kolor na sinozieloną. Nie wiedziała, czy dobrze robi, ale delikatnie uniosła głowę mężczyzny i ku swemu zdziwieniu bez wysiłku zdjęła mu z głowy kask. Jedną dłonią przytrzymała głowę, a drugą dotknęła jego policzka.  – Słyszy mnie pan? – zapytała dość głośno. Niestety nie reagował. Tym razem trochę mocniej uderzyła w coraz bledszy policzek.  – Słyszy mnie pan? – zapytała znów, tyle że dużo głośniej. Udało się! Mężczyzna otworzył oczy. Były bardzo błękitne. Popatrzyły prosto na nią.  – Mamo… – szepnął ledwie słyszalnie. Znów zamknął oczy. Musiała działać. Szybko zdjęła z siebie rozpięty sweter. Zrobiła z niego coś na kształt poduszki, którą wetknęła mężczyźnie pod głowę. Nerwowo zerwała z siebie wąski pasek przytrzymujący dżinsy i nie wiedząc, czy dobrze postępuje, znów wiedziona jakimś intuicyjnym podszeptem, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że brudzi swe dłonie krwią, używając do tego nadludzkiej siły, obwiązywała nogę mężczyzny tuż nad raną. Nie potrafiła sobie teraz przypomnieć, czy ktoś kiedyś nauczył ją takiego postępowania, czy może widziała je na jakimś mrożącym krew w żyłach filmie, ale to było nieistotne. Teraz bardzo chciała uratować życie wciąż jeszcze tlące się w leżącym na śniegu człowieku. Zakrwawionymi i trzęsącymi się rękami zerwała z szyi apaszkę 20


w kolorze oczu mężczyzny i obwiązała jego ramię. Też nad raną. Gdy udało jej się to zrobić, świat zawirował jej przed oczami. Natychmiast przyklękła przy głowie zranionego i kolejny raz uderzyła lekko jego policzek, całkowicie brudząc go przy tym krwią.  – Proszę pana! Proszę pana! Proszę otworzyć oczy! Proszę nie zasypiać! Słyszy mnie pan?! – Tym razem nie krzyczała, tylko szeptała w panice. Nie miała siły na krzyk. Nie miała siły już wcale. Była bezradna. Płakała, nie zdając sobie z tego sprawy. Mężczyzna nie otworzył oczu. Niestety. Nie mogła patrzeć na jego zamknięte powieki. Dzięki Bogu, do jej uszu dobiegał już sygnał karetki. Dzięki Bogu, pomoc była już bardzo blisko.  – Już jedzie karetka – Usłyszała nad sobą jakiś głos. Podniosła głowę. Popatrzyła w kierunku, z którego go usłyszała. Zobaczyła nad sobą kilka przerażonych twarzy. Była tak skupiona na pomocy rannemu, że nie rejestrowała, co się wokół działo. Wciąż trzymała mężczyznę za rękę. Przeraźliwie zimną. Znów spojrzała na jego ranę na udzie. To, co zobaczyła, sprawiło, że poczuła, iż jeszcze chwila, a sama będzie potrzebowała pomocy ratowników. Szybko przeniosła wzrok wyżej, na kurtkę. Dopiero teraz zauważyła, że była gęsto podziurawiona. Komuś musiało bardzo zależeć na śmierci tego mężczyzny.  – Przepraszam!!! Proszę się rozejść!!! Proszę zrobić miejsce!!! – Słyszała podniesione męskie głosy. 21


Jednak teraz zwracała uwagę tylko na krew. Była wszędzie. Wydawało jej się, że jej dłonie są coraz czerwieńsze.  – Policja!!! – Tym razem usłyszała inny głos niż poprzednio. – Proszę się rozejść!!! Polecenia policjanta były dużo bardziej donośne niż ratowników. Dzięki temu wścibscy gapie rozstąpili się natychmiast.  – Kim pani jest? – zapytał szybko policjant. Nie zdążyła odpowiedzieć. Było jej słabo. Pewnie dlatego jeden z ratowników przykucnął obok niej, chwycił ją za ramiona i spojrzał na nią z ogromnym zrozumieniem. Po czym, całkowicie ignorując nachalnego policjanta, zaczął mówić do niej wyjątkowo spokojnym głosem.  – Bardzo pani dziękujemy. Proszę się nie martwić. Zajmiemy się nim odpowiednio. Zachowała się pani doskonale. Proszę teraz pozwolić im działać – mówiąc to, spojrzał na swoich kolegów. – Uratują go. Na pewno. Ostatnie słowa, które usłyszała, sprawiły, że puściła dłoń mężczyzny i z pomocą ratownika wstała. Tym razem wpatrujący się w nią policjant zachował się o wiele sensowniej. Nie bacząc na krew na jej dłoni, podał jej swoją i pomógł jej oddalić się od ratowanego mężczyzny.  – Skąd się pani tu wzięła? – zapytał policjant w końcu przyjaznym tonem. Nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż nagle wyrósł przed nią inny, bardzo postawny mężczyzna. Machnął jej przed oczami jakąś legitymacją. 22


– Komisarz… – Podał nazwisko tak szybko, że go nie zrozumiała. I już wolniej dodał: – Komenda Stołeczna Policji. Patrzyła na niego, zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego musiała brać udział w tej nieoczekiwanej prezentacji. Komisarz „Jakiśtam” nie miał na sobie munduru. Zupełnie nie wyglądał jak policjant.  – Czy była pani świadkiem zdarzenia? – zapytał, oczekując natychmiastowej i rzeczowej odpowiedzi. Na taką nie miała siły, zatem tylko skinęła głową.  – Czy widziała pani coś… cokolwiek, co ułatwi nam poszukiwanie sprawcy, ewentualnie sprawców zdarzenia? Patrzyła na komendanta, nie mogąc zdobyć się na ani jedno słowo.  – Postrzelony mężczyzna to policjant. – Komisarz chyba właśnie argumentował, dlaczego oczekiwał na jej konkretną odpowiedź.  – Tak – odezwała się w końcu. Mówiąc to, utkwiła wzrok w kałuży krwi wciąż topiącej śnieg. Zranionego mężczyzny już nie zobaczyła, natomiast słyszała syrenę oddalającego się ambulansu. Pomyślała, że musi się natychmiast gdzieś położyć…


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Okruch by SIW Znak - Issuu