Skip to main content

Jeśli zatęsknię

Page 1

Wydawnictwo Znak Krakรณw 2020


Projekt okładki Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART. DESIGN www.panczakiewicz.pl Ilustracja na okładce Maris_96/Unsplash Zdjęcie autorki na czwartej stronie okładki Monika Szalek Opieka redakcyjna Anna Glac Redakcja Dorota Gruszka Korekta Barbara Gąsiorowska Iwona Huchla / e-dytor.pl Łamanie Piotr Poniedziałek Projekt typograficzny Daniel Malak

Copyright © by Anna Ficner-Ogonowska © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2020 ISBN 978-83-240-6012-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl Wydanie I, Kraków 2020. Printed in EU


– Masz szczęście, że mi otworzyłaś!!! – wrzasnęła Mańka i z hukiem zamknęła drzwi.  – Raczej nie mam szczęścia! – odkrzyknęła, maszerując po schodach na antresolę. Chciała tylko znów zakopać się w zbarłożonym łóżku i już nigdy z niego nie wyjść. Nigdy! Zanurkowała w satynie. Nie lubiła jej chłodu. Nie lubiła satyny. Wolała przyjemniejszą w dotyku bawełnę. Ale przecież przez ostatnie blisko pięć lat nieważne było, czego ona chciała. Ważne, a raczej najważniejsze były preferencje Artura. Najważniejsze było to, czego on chciał, co lubił, czego pragnął, co akurat sobie ubzdurał, ewentualnie wymarzył. A on uwielbiał satynę. Szykowała się burza z piorunami. Czuła to. Dokładnie słyszała kroki Mańki. Przyjaciółka wchodziła po drewnianych, nigdy nietrzeszczących schodach. Nakryła głowę kołdrą. Na nic się to zdało, bo choć oczy miała zamknięte i tak widziała Mańkę, która zatrzymała się właśnie nad puchowym kopcem, niestanowiącym w tych okolicznościach żadnej obrony. Z Mańką się nie walczyło, jej należa­ło się poddać. Z prostej przyczyny – przyjaciółka szła przez życie jak taran i nie zważała na nikogo, a zwłaszcza na 5


tych, którzy chcieli jej tę wędrówkę utrudnić. Lepiej było być Mańki sprzymierzeńcem. Cisza się skończyła. Już słyszała podniesiony ton głosu przyjaciółki.  – Masz szczęście, że nacisnęłaś w końcu ten pieprzony guzik domofonu, bo gdybyś tego nie zrobiła, jak nic wezwałabym straż pożarną i weszłabym tu przez okno w asyście speca od operowania długim wężem zakończonym sikawką! Mańka mówiła szybko. W jej głosie można było usłyszeć niewielkie zdenerwowanie. Niewielkie, póki co.  – Wyłaź spod tej kołdry! – Głos przyjaciółki bez problemu przedarłby się przez solidniejszą zaporę.  – Nie! – sprzeciwiła się ciszej, niż zamierzała.  – Posłuchaj! Czekałyśmy na ten wyjazd cały rok. Z wielkim wysiłkiem dograłyśmy, żeby wszystkim wszystko pasowało. Mężom, eksmężom, teściowym, dzieciom, a głównie nam. Dlatego nie pozwolę, żebyś wyrąbała się na ostatniej prostej i z nami nie pojechała. Rozumiesz?!  – Rozumiem, ale…  – Nie ma żadnego ale! Wyłaź z tego barłogu, popatrz na mnie i sama przyznaj, że ten przybłędowiec Artur znów jest powodem twojej podróży na dno rozpaczy! – wrzasnęła Mańka, po czym szepnęła jakby tylko do siebie: – Przecież powinnam się już do tego przyzwyczaić. Nieprawdaż?! Ostatnie słowo wymówiła znów podniesionym głosem.  – Dałabym wszystko, żebyś nie miała racji, ale niestety jak zwykle ją masz – odparła w miarę normalnym głosem, który zadziwił ją samą. 6


– W takim razie wyłaź spod warstwy ochronnej i mów, co się stało tym razem! Mańka ewidentnie traciła cierpliwość. W traceniu cierpliwości nie miała sobie równych, zatem lepiej, by czym prędzej posłuchała przyjaciółki. Delikatnie uchyliła kołdrę.  – Powiedziałam „wyłaź!”, a nie udawaj łóżkowego zwiadowcę! Mańka nie czekała na jej reakcję. Przystąpiła do ataku. Szarpnęła granatową satynę tak mocno, że kołdra wylądowała na podłodze obok szerokiego łóżka o zimnej białej i fikuśnie powyginanej ramie.  – Jak można takie długie nogi aż tak pozawijać?! We wzroku Mańki dostrzegła uznanie. Patrzyły na siebie w milczeniu, które oczywiście zwyczajowo miało za moment minąć za sprawą Mańki.  – Ktoś ci umarł, że aż tak się zryczałaś?! W odpowiedzi kiwnęła tylko głową.  –  Kto?! W głosie przyjaciółki słychać było lekką niepewność.  – Miłość – odpowiedziała natychmiast i znów zaniosła się płaczem. Do tej pory starała się powstrzymać przy Mańce spazmatyczne ataki płaczu, żeby nie dostać od razu po łbie za histeryzowanie.  – Chyba żartujesz?! – Głos Mańki był kpiący. – Przecież ta twoja tak zwana miłość była trupem od samego początku.  – Nie mów tak – poprosiła, żałując, że nie może schować się nie pod kołdrą, ale gdzieś w okolicy jądra Ziemi. 7


– Przecież nie pierwszy raz ci to mówię! – Mańka wyrzucała z siebie słowa tak szybko, że chyba zupełnie się nad nimi nie zastanawiała. – Mówię ci to od lat! A ty od lat masz te słowa w tyle. I zobacz jak na tym wyszłaś?! Przyjrzyj się sobie! Atrakcyjna! Z zajebistycznymi nogami! Z pozycją, z tytułem naukowym, z kasą, z tym wypasionym apartamentem i z czterdziestką na karku, bez męża, bez dzieci, bez w miarę normalnego chłopa! Mówiłam ci już dawno, że tak skończysz! Dokładnie tak! I co?! Szlag by to trafił, że się niestety nie pomyliłam! Sir Artur był zawsze ważniejszy od wszystkich i wszystkiego! Co tym razem?! Może ktoś z rodziny jego żony umarł? A może okres jej się spóźnia? Albo przedłuża? A może nie chce być sama? Czy może muszka owocówka przykleiła się do rogówki ich spaniela?! Mańka była bezlitosna. Jak zwykle. Identycznie od lat. Zawsze, kiedy chodziło o Artura.  – Zostawił mnie – z niewyobrażalnym wprost bólem przyznała się do swojej największej życiowej porażki.  – Alleluja! – Mańka zawołała w niebo, a raczej w sufit. – Tylko ja się pytam: dlaczego tak późno?! Ale co tam! Lepiej późno niż później albo, nie daj Boże, wcale! Nareszcie! To co tak leżysz?! Wstawaj! Pakuj się! I lecimy do Dubrownika, jak to zaplanowałyśmy! Poznasz tam jakiegoś płodnego Chorwata i jak szybko cyknie ci maluszka, to wyrobisz się z porodem przed czterdziestymi pierwszymi urodzinami! Wstydu nie będzie, bo prawdziwe gwiazdy wcześniej nie zostają matkami. No już! Ruszaj się! Patrzyła na Mańkę i było jej niedobrze. Gdyby miała coś w żołądku, to dokładnie w tej chwili oddałaby jego zawartość. 8


– Boże! Jak ty niczego nie rozumiesz… – zamiast zwymiotować, szepnęła.  – I tak jestem lepsza od ciebie! Nie rozumiem cię tylko w tej chwili! A ty nie rozumiałaś mnie za każdym razem, jak tłukłam ci do tego zakutego łba, że to się dla ciebie źle skończy. Przypomnij sobie, ile razy porównywałam cię do tej pindy, która zabrała ojca moim dziewczynkom! Mało razy?! I co? Na nic się zdały te porównania! Ty przecież wiedziałaś lepiej! Daję sobie głowę uciąć, że nieraz miałaś na swej kozetce baby, których mężowie bzykali wszystko, co się rusza, tylko nie swoją żonę! A żonce kneblowali usta, dając tyle kasy, żeby wystarczyło na wszystkie zachcianki. A twoi rodzice?  – Przestań! – poprosiła. Miała ochotę spoliczkować samą siebie za własną głupotę. Za naiwność. Mańka miała świętą rację. Nie tylko w tej chwili, ale również przez wszystkie lata, kiedy suszyła jej głowę za zadawanie się z Arturem.  – Nie przestanę! Nie tym razem! – warknęła przyjaciółka. – Tym razem poczekam, aż się sama zeskrobiesz z tego wyra, umyjesz i spakujesz! I osobiście przypilnuję, żebyś w Dubrowniku postawiła nam wszystkim kolejkę z okazji odzyskania wolności i powrotu do władz umysłowych. Żałuję tylko, że to sir Artur skończył z tobą. Gdyby było odwrotnie, mielibyśmy jeszcze większy powód do świętowania, a przede wszystkim składalibyśmy ci szczere gratulacje. A tak to mamy właśnie taką sytuację, że buczysz, kiedy powinnaś się cieszyć i pakować. A ja tracę czas, zamiast wracać do domu i tłumaczyć mojej eksteściowej, co ma robić, żeby nie zwariowała z moimi córkami i przede wszystkim żeby nie dopuszczała do głosu 9


mojego eksmęża a swojego syna, bo jak pozwoli mu rządzić, to katastrofa murowana.  – To idź do domu. Nie musisz mnie pilnować – poprosiła niemrawo.  – Oooo! Co to, to nie! Niestety, Mańka już miała w głowie ułożony plan tego paskudnego dnia.  – Natychmiast wstajesz! Pakujesz się! Idziesz się wykąpać! Robisz makijaż, żeby zakryć efekt zombie, i jedziesz z manelami do mnie. Przed siedemnastą przyjedzie po nas albo taksówka, albo Paździoch. Jeszcze nie wiem. I nie gap się na mnie, tylko ruchy! Nie mogę cię pilnować! Muszę zrobić zakupy na cały tydzień!  – Błagam… – jęknęła prosząco.  –  Wstajesz!!! Mańka była bezlitosna. Nie zamierzała odpuścić.  – Spakujesz się sama czy może mam wpaść do twojego niemieckiego ładu w garderobie i zrobić w niej swój po­ rządek? Dopiero wtedy będziesz miała powód do prawdziwej depresji!!! Mańka nawet dziś kpiła z jej skłonności do przesadnego pedantyzmu i nie czekając na jakąkolwiek reakcję, już odwracała się na pięcie, żeby swe słowa zamienić w czyn.  – Błagam, nie… – Z rozpaczą wpadła jeszcze głębiej w poduszkę. Nie chciała nigdzie jechać. Nie chciała się pakować. Ani oddychać. Ani żyć. Miała gdzieś wakacje, choć czekała na nie cały rok. Dziś miała gdzieś wszystko. 10


Nie potrafiła wymazać z pamięci beznamiętnego wzroku Artura, który wczoraj, zamiast się z nią kochać jak w prawie każdy piątek, zakomunikował, że to już koniec. Definitywny. Jego żona była w ciąży. Wymarzonej i długo wyczekiwanej. „Przecież to rozumiesz. Wiem, że to zrozumiesz…” Takie słowa usłyszała od kochanka, który w ciszy zamknął za sobą drzwi. Została sama. Ze swą miłością i naiwnością. Z żałobą po facecie, dla którego zrezygnowała z normalnego życia. Takiego, w którym po zakochaniu i pierwszych namiętnych szaleństwach przychodzi zwykle czas na ślub, dzieci. Na codzienność – wykańczającą i pokrzepiającą jednocześnie. Dodającą wiary w to, że wszystko jest tak, jak powinno być. Miała czterdzieści lat i świadomość, że o jej życiu nie da się tego powiedzieć. Niestety, dopiero teraz, w dodatku powoli, zaczynało do niej docierać, że przez Artura zmarnowała czas, wiele cennego czasu, który powinna była poświęcić na normalne życie. Słyszała, jak Mańka schodzi ze schodów i mamrocze coś pod nosem. Po czym rozległo się otwieranie drzwi garderoby i słowa: „O Boże! Tu jak zwykle porządniej niż w sali operacyjnej szpitala dla bogaczy!”. Po kilku sekundach rozległ się krzyk.  – Ja cież pierdzielę!!! Gdzie ty masz jakąś walizkę w tym sklepie z ciuchami?! Mańka nie zamierzała się poddać. Nigdy nie odpuszczała. Wiedzieli o tym wszyscy. Z nią się nie dyskutowało. Mańki należało słuchać. 11


Właśnie nadszedł moment, w którym zaczynała żałować, że nie posłuchała przyjaciółki, gdy po pierwszym seksie z Arturem usłyszała: „Będziesz tego żałować. Zobaczysz! Ja wolałabym przywdziać zakonny habit, niż bzykać się z żonatym facetem. Zapraszam na wycieczkę do rozumu! Jedź do własnej głowy i nie spotykaj się z nim już nigdy więcej. Kup sobie wibrator, a w międzyczasie szukaj kawalerów. I niech ich będzie nawet cała armia, nawet jednocześnie, ale żonatych nie tykaj. Żonaty facet ma być dla ciebie jak aseksualna ameba. Jeśli mnie nie posłuchasz, to źle skończysz! Nie chcę, żeby moja najlepsza przyjaciółka była jak te wszystkie pindy uganiające się kiedyś za moim mężem. Anka, proszę cię, nie bądź taka. Słyszysz?!”. Zwykle słuchała rad Mańki. Ale wtedy było już za późno. Wystarczyła jedna noc, żeby Artur zawładnął jej duszą i ciałem. Zwariowała dla niego. Po prostu oszalała. Odebrało jej rozum, do którego apelowała Mańka. Był mężczyzną, którego boleśnie pragnęła. Nie przeszkadzała jej obrączka na jego palcu. Wiedziała o niej od samego początku. Niczego nie ukrywał. Poznali się na terapii. Pojawił się na niej, ponieważ żona źle znosiła jego pracoholizm. I wtedy to się stało… Zako­chała się w nim od pierwszego wejrzenia. Poddała się tej miłości, ­łamiąc wszystkie zasady. Osobiste i zawodowe. To, co ­czuła do Artura, było mocniejsze od wszystkiego. Od rozsądku, którego jej nigdy nie brakowało. Od drastycznych słów, którymi raczyła ją Mańka. W końcu od sympatii do Norberta, stającego na głowie, żeby to akurat jego wybrała i pokochała. Nie udało się. Wszystko spaprała. Teraz już to wiedziała. Nie udało jej się życie. Mańki nie posłuchała. Norberta 12


skrzywdziła. Żonę Artura krzywdziła przez kilka lat. Siebie też. W końcu nastąpił kres tego od początku chorego układu. Artur miał mieć dziecko. Musiała się z nim pożegnać. Dopiero teraz zaczynała żałować ostatnich lat, podczas których zawodowo osiągnęła wiele, ale osobiście? Chyba nawet cofnęła się w rozwoju. Nie miała nic. Dobrze, że była przy niej Mańka. Nieważne, że teraz buszowała w jej garderobie, w nosie mając porządek. Wciąż słyszała nerwowe trzaskanie szufladami.  – Gdzie walizka?! Słyszysz, o co pytam?!  – Po prawej stronie na górze! – odkrzyknęła, wiedząc, że opór jest daremny.  – Którą chcesz? Zieloną czy granatową?  –  Obojętnie. Usiadła na łóżku. Nie miała wyjścia. Musiała wstać. I udawać, że otrzepuje się z przeszłości. Trwać przy życiu, trzymając się terapeutycznych kruczków. Żyć z pamięcią o Arturze. Miała w końcu, co chciała, jak mawiała Mańka.  – Biorę zieloną, żeby było optymistycznie. A kto wie? Może naprawdę poznasz jakiegoś fajnego Chorwata?  – Nie chcę nikogo poznawać – stęknęła żałośnie. Wstała z łóżka. Bardzo bolała ją głowa. Nie chciała narażać się na kolejne głośne występy Mańki. Zerknęła w dół przez balustradę antresoli. Stęknęła kolejny raz, chociaż zobaczyła dokładnie to, czego się obawiała i spodziewała. Przed drzwiami prowadzącymi do garderoby leżała rozdziawiona walizka, a Mańka wrzucała do niej ciuchy, nie bacząc na to, że przed tym rzutem większość z nich poskładana była w kostkę. Spotkały się wzrokiem. 13


– Ani słowa! Idziesz się kąpać! Znaj moje dobre serce, masz na to aż piętnaście minut. Żebyś ty w głowie miała tak poukładane jak na tych półkach! – Mańka prychała z niezadowoleniem.  – Znam takich, którzy uważają, że jestem bardzo mądra – odgryzła się, musiała w końcu zacząć się bronić.  – Wyobraź sobie, że ja w sumie też tak uważam – przyznała Mańka z szelmowskim uśmieszkiem.  – To po co ta durna gadka? – zapytała, schodząc ze schodów i nie patrząc na przyjaciółkę.  – Z radości! – odparowała Mańka.  – Z radości? – nie zrozumiała.  – No, że ten ciul zniknie w końcu raz na zawsze z twojego życia.  – Jeśli nie chcesz, żebym znów wróciła na górę, to bądź tak miła i się zamknij – zagroziła słabym głosem. Nie miała na nic siły. Nawet na kąpiel, nawet na to, żeby stanąć pod strumieniem przyjemnie ciepłej wody. Tęskniła za Arturem. Tęskniła, choć nie chciała. Za jego dotykiem. Za nocami z nim, które prawie nigdy nie kończyły się wspólnymi porankami. Tęskniła, chociaż jego wczorajsze słowa dudniły w jej głowie niczym hałas nadjeżdżającego pociągu.  – Zamykam się, ale nie możesz zabronić mi cieszyć się z takiego obrotu sprawy. Już dziś wieczorem zamierzam upić się z tego powodu. Zresztą ty też to zrobisz, nie martw się. Zapije­ my twoje smuteczki na katamaranie. Zobaczysz, od razu spojrzysz na wszystko inaczej. Już w strefie bezcłowej kupię ci coś ciemnego i słodkiego, doleję do tego jeszcze większych delicji, 14


łykniesz sobie raz, drugi i świat wyda się znowu piękny. Gwarantuję ci, że… Więcej słów rozradowanej Mańki nie usłyszała, bo odkręciła kran z ciepłą wodą. Stała pod prysznicem. Trzęsły jej się nogi. Gorące strumienie lecące z góry piekły najpierw głowę, a później dobierały się do każdego najmniejszego skrawka skóry, którego już nigdy miał nie dotknąć Artur. Znów płakała. Przy wtórze relaksacyjnego strumienia i monologu Mańki, która nie przeszkadzała sobie i wylewała z siebie potoki słów. Mańka uwielbiała mówić. Nawet wtedy gdy nie utrzymywała kontaktu wzrokowego ze słuchaczem. Mówienie sprawiało jej tak niewymowną przyjemność, że spokojnie mog­ łaby pracować w radiu. Natomiast ubierała się i stroiła tak, jakby codziennie występowała w telewizji. Mańka była bardzo kobieca, niewysoka, zawsze dobrze ubrana, jeszcze lepiej umalowana i wyfryzowana. Była puszysta, ale tak apetyczna, że na męskie spojrzenia w jej towarzystwie inne kobiety nie miały szans. Stała pod prysznicem bez ruchu i choć miała zamknięte i zapłakane oczy, to zobaczyła uśmiech Mańki i usłyszała jej dawno wypowiedziane słowa: „Anka, ty się, nie daj Boże, nie ustawiaj obok mnie do zdjęć, bo wyglądam przy tobie jak kajzerka przy bagietce!”. Sięgnęła po mydło i zrozumiała, że teraz musi zmienić w swoim życiu wszystko. Nawet mydło, którego zapach kojarzył jej się z Arturem. Nie zdążyła przypomnieć sobie choćby jednej z wielu ich wspólnych kąpieli, ponieważ drzwi łazienki otworzyły się z impetem. 15


– Jesteś spakowana! – poinformowała ją Mańka. – Kończ już! Musimy wychodzić! Zmieniłam zdanie, jedziesz ze mną! O Boże, jakie ty masz zajebistyczne te nogi. Piękniejsze od całej reszty. Panie! – Mańka lubiła wznosić oczy do nieba. – Dlaczego Anka ma takie długie nogi, a ja takie krótkie? Ja się nie awanturuję, ja tylko pytam.  – Możesz zamknąć drzwi? – poprosiła, zasłaniając intymne fragmenty swego ciała przed pląsającym we wszystkie ­strony wzrokiem przyjaciółki.  – Dla ciebie wszystko! – odrzekła Mańka i wyszła z łazienki, niestety, nie domykając za sobą drzwi, by słyszalne było, co miała jeszcze do powiedzenia Panu. – O Boże! Jak to dobrze wymyśliłeś, że i tak w ważnych momentach życia te nogi na bok idą… Gdyby nie to, że wciąż tkwiła na skraju rozpaczy, pewnie na dźwięk ostatnich słów Mańki zaniosłaby się śmiechem. Nie tym razem. Nie była w nastroju, choć Mańka robiła wszystko, by ją rozbawić. Jak to Mańka. Specjalistka od stawiania do pionu, rozśmieszania, rządzenia i tym podobnych. Mańka – ministra dobrych nastrojów.

Siedziała w salonie domu Mańki i nie mogła uwierzyć, że wszystko toczyło się normalnie, skoro jeszcze dzisiejszego poranka była przekonana, że jej osobiste życie zatrzymało się raz na zawsze. Obserwowała Mańkę, nie mogąc się nadziwić, z jaką mnogością spraw przyjaciółka potrafiła sobie radzić, w dodatku w zastraszającym tempie i w warunkach sporych ograniczeń czasowych. 16


Przy drzwiach stała jej zielona walizka. Zapakowana szybko i byle jak, ale to już nie było ważne. Mańka właśnie ustawiała obok swoją, oczywiście dwa razy większą. Mańka uwiel­ biała ciuchy, buty, torebki, biżuterię i wszystko, co sprawiało, że czuła się jeszcze bardziej kobieco.  – Dziewczyny!!! – Mańka wrzasnęła tak głośno, że szyby w oknach się zatrzęsły. Mańka nie tylko była kobieca. Była też hałaśliwa. Bardzo chaotyczna. Jednak pozorny chaos, który wokół siebie tworzyła, był metodyczny, zatem prowadził do życiowego postępu. Tak jak na przykład w tej chwili. Jeden okrzyk Mańki wystarczył, by z różnych części rozległego parterowego domu wypełzły dzieci, a nawet teściowa, zwana przez wszystkich członków rodziny Bunią.  –  Czyli!!! Mańka podniosła obie dłonie obciążone jak co dzień długimi, zawsze czerwonymi paznokciami i złotymi pierścionkami o okazałych rozmiarach. Po jednym na każdej dłoni.  – Słuchać mnie teraz uważnie! Zasada pierwsza! Słowa Buni są święte. Żadna z was z nimi nie dyskutuje. Ty, Pola, też nie! – Mańka wbiła wzrok w swą najstarszą córkę. Nieprzypadkowo, ponieważ szesnastolatka poszła w ślady matki i przez to do pokornych i grzecznych nie należała już od najmłodszych lat.  – No i co dalej? – zapytała Pola, choć jej mina nie wyrażała najmniejszego zainteresowania słowami, które padły i ­miały jeszcze paść z ust matki. 17


– Chodzicie grzecznie do szkoły przez cały tydzień! Uczycie się, odrabiacie lekcje, nie pyskujecie. Na wszystkie zajęcia dodatkowe w tym tygodniu zawiezie was tato. Pola spojrzała na matkę z niedowierzaniem i z drwiną w głosie zapytała:  – Jesteś pewna, że on to ogarnie?  – Tak! Jestem pewna! Dwie pozostałe dziewczynki grzecznie przysłuchiwały się wymianie uprzejmości między starszą siostrą a mamą. Trzynastoletnia Laura o wyglądzie anioła w niczym nie przypominała swej siostry. Nawet strój Poli był manifestacją umiłowania niezależności. Ubrana była w wąskie czarne skórzane spodnie, przydużą koszulę w czarno-czerwoną kratę, a na szyi miała skórzany pasek wysadzany metalowymi ćwiekami w kształcie egipskich piramid. Laura natomiast ubrana była w granatową sukienkę zapinaną z przodu od góry do dołu, której dużą ozdobę stanowił biały gładki, zaokrąglony kołnierzyk. Iga, najmłodsza, bo tylko pięcioletnia córka przyjaciółki, była łudząco podobna do matki. Jedynie jej oczy były jak węgle, podczas gdy oczy Mańki miały kolor nieba. Mała miała na sobie różowe dresy, różowe skarpetki i różowym grzebykiem rozczesywała długi tęczowy ogon małego różowego konika.  – Tato dostał ode mnie dokładną rozpiskę, którą z was, kiedy i gdzie ma zawieźć, kiedy odebrać i ogólnie jak pomagać Buni. Już ty się, Pola, nie martw! Zresztą identyczna rozpiska jest przypięta do lodówki. I bardzo proszę się do niej stosować. A gdyby tato czegoś nie ogarnął, bardzo proszę dzwonić 18


do niego, a nie do mnie. I zapamiętajcie sobie, wszystkie trzy – mówiąc to, Mańka objęła wzrokiem cały swój przychówek – dzwonicie do mnie tylko w sytuacji zagrożenia życia! W innych sytuacjach zawracacie głowę tatusiowi, bo ja wyjeżdżam po to, żeby od was odpocząć. Jasne?! Obserwowała Mańkę z podziwem. Uwielbiała, gdy ta z przekonaniem o własnej nieomylności rzucała komendy w kierunku swych córek.  – Jasne – odezwała się jedynie Laura. Pola w odpowiedzi zasalutowała tylko po to, by dać matce do zrozumienia, że zachowuje się niczym capo di tutti capi. Natomiast najmłodsza Iga, zamiast podnieść wzrok na matkę, nie spuszczała oczu z kolorowego ogona plastikowej zabawki, który bez przerwy rozczesywała.  – Słyszałaś, co powiedziałam? – Mańka spojrzała na Igę, która skinęła główką. – To dobrze, że słyszałaś, bo mamusi trzeba zawsze słuchać.  – A ty, Buniu – Mańka w końcu zmieniła ton głosu na całkowicie normalny, a nawet przymilny – ty możesz do mnie dzwonić, kiedy tylko chcesz. I proszę cię tylko o to, żebyś dokładnie monitorowała w tym tygodniu, czy twój syn będzie trzymał się tej rozpiski na lodówce. Bunia nie odezwała się, przesłała tylko synowej dobrotliwy uśmiech. Mańka miała doskonały kontakt z teściową. Ich relacja trwająca od blisko dwudziestu lat była namacalnym dowodem na to, że wyjątki potwierdzają regułę, w ich wypadku tę dotyczącą emocjonalnych zależności pomiędzy synową a teściową 19


i na odwrót. Rozwód Mańki i Wiktora niczego w tej relacji nie zmienił, a jeżeli nawet, to z pewnością na lepsze. To było coś, za co chyba najbardziej podziwiała Mańkę. Mańka potrafiła dostrzegać w ludziach przede wszystkim to, co było w nich najwartościowsze, i na tym się skupiała. Przyjaciółka uwielbiała swoją teściową za wszystko, a przede wszystkim za to, że Bunia była po prostu bardzo dobrym człowiekiem. Mańka szybko pojęła, że zdrada męża złamała nie tylko jej serce. Wiktor, wybierając życie z kochanką, złamał serce również własnej matce, która robiła wiele, by wynagrodzić synowej i wnuczkom wszystko, co w ich życiu zepsuł jej jedyny syn. Teściowa Mańki zawsze stała po jej stronie, a dziewczynkom oddawała całe swoje życie, odkąd pojawiły się na świecie. Po rozwodzie wprowadziła się do domu Mańki tylko na jakiś czas. Ten czas wciąż trwał i nikt nie chciał, żeby dobiegł końca. To dzięki pomocy Buni Mańka, mając trójkę dzieci, pozwalała sobie, co prawda, tylko raz w roku, na wakacje, podczas których mogła zapomnieć o bożym świecie, o obowiązkach i troskach. Mogła bawić się tak, jak lubiła najbardziej. Tak, jakby jutra miało nie być. Co więcej, do tej zabawy zapraszała dziewczyny z licealnej paczki. Ściślej: trzy dziewczyny i jednego chłopaka. Trzymali się razem od początku szkoły średniej. Może nie spotykali się zbyt często, czego powodem była wymagająca codzienność, jednak byli ze sobą blisko. Damska część ich paczki tworzyła jakby dwa duety, a mężczyzna był ich przewodnikiem duchowym. Mańka stanowiła parę z nią, z Anką. Były pierwszym duetem. Drugi to Kaśka i Basia. Rafał zaś, zwany Rafciem, 20


dryfował bez najmniejszego stresu i z ogromnym wdziękiem pomiędzy babskimi duetami, wczuwając się w ich potrzeby. Był to układ doskonały. Nikogo niemęczący, a wszystkim przynoszący wiele korzyści. Rozszerzona symbioza. Każdy z uczestników tej symbiozy był inny, co innego w życiu robił. Każdemu bardziej lub mniej ułożyło się życie. Anka akurat dziś miała wrażenie, że to jej życie wcale się nie ułożyło. Mańka, chociaż się rozwiodła i to z przytupem, to znaczy z alimentami nie tylko na córki, lecz także na siebie, wiodła życie może nie usłane różami, ale takie, w którym odnajdywała się doskonale, zwykle z uśmiechem na ustach. Kaśka pracowała jako fizjoterapeutka bez reszty oddana zawodowi. Była bardzo szlachetnym człowiekiem. Niesienie pomocy ludziom w chorobie stanowiło jej życiową misję. Potrafiła z uśmiechem patrzeć na wszystkich. Na tych, którym pomagała wrócić do pełnej bądź jedynie częściowej sprawności, i na tych, którym po prostu pomagała w życiu codziennym ograniczać cierpienie. Mąż Kaśki Karol realizował swe naukowe pasje jako lektor języka angielskiego na wyższej uczelni. Wynikającą z tejże pasji dziurę w budżecie pudrował dość umiejętnie, odkąd założył jednoosobową firmę zajmującą się tłumaczeniem na język polski filmów anglojęzycznych. Kaśka z Karolem nie mieli dzieci. Nie wiedziała, z jakiego powodu. Czy był to ich świadomy wybór, czy to życie tak zdecydowało? Mieli tylko siebie, i taki stan posiadania wystarczał im w zupełności do tego, by byli szczęśliwi albo przynajmniej by robili takie wrażenie. Basia była samotna, a raczej niezamężna. Jako wolny strzelec pracowała dla wydawnictw, które zajmowały się tworzeniem podręczników szkolnych. Była redaktorem 21


podręczników do nauki języka polskiego. Rafał natomiast miał swoją firmę produkującą „coś tam, coś tam”, to znaczy coś metalowego, ale nigdy dokładnie nie wiedziała co. Pewnie dlatego, że pasja Rafała interesowała ją dużo bardziej niż tworzenie metalowych elementów do nie wiadomo czego. Rafał był żeglarzem. Zakochanym bez pamięci w morzach i oceanach świata całego, w żonie Eli i w dwóch dorastających córkach. Był facetem, dzięki któremu wierzyła, że istnieją idealni mężczyźni. Przywództwo ich klanu objęła, jak się łatwo domyślić, Mańka. Była inicjatorką spotkań, życiową przewodniczką i psychoterapeutką, gdy pojawiały się trudności. Choć prawdziwą terapeutką była ona, Anka. Miała ponaddziesięcioletni staż i z praktykę tak znaną w mieście, że trudno się było do niej umówić. Gdy tylko kończyła się spotykać z jakimś pacjentem, od razu pojawiał się ktoś następny, rzecz jasna, z polecenia. Pracowała też w szpitalu. Zgodziła się na takie rozwiązanie, ponieważ z założenia miała pojawiać się tam incydentalnie. Rzeczywistość jednak często ma w nosie założenia i zdarzało się, że musiała meldować się w szpitalu nawet kilka razy w tygodniu. Niestety nie potrafiła odmawiać, zwłaszcza w sytuacjach, gdy pomoc była potrzebna natychmiast. Tak więc byli postaciami z różnych bajek, ale to ani trochę nie przeszkadzało im się przyjaźnić. Więcej, te różne bajki sprawiały, że ich spotkania były zawsze interesujące, inspirujące, wypełnione śmiechem. A gdy śmiechu nie było, bo akurat ktoś miał powody do zmartwień, spotkania stawały się dla tej osoby przestrzenią, w której mogła zostać wysłuchana, spotkać się ze zrozumieniem i po prostu współczuciem. 22


Mańka zawsze powtarzała, że dobrze, iż tworzyli pięciobok, bo trójkąty budziły w niej odrazę. To dlatego przez ostatnie lata przemawiała jej do rozsądku, mówiąc: „Zostaw w końcu tego przybłędowca Artura, bo jak to on zostawi ciebie, zostaniesz z ręką w nocniku. On jest gościem, który nie odejdzie od żony. Nigdy. Przestań się łudzić!”. W tej chwili patrzyła na Mańkę i pluła sobie w brodę, że jej nie posłuchała. Właśnie sprawdzał się najczarniejszy ze scenariuszy. Artur nie odszedł od żony. To z niej zrezygnował. Ona była tą mniej ważną, tą, do której można powiedzieć „żegnaj”. Czuła się tak, jakby nie tylko jej ręka wylądowała w nocniku. Przełykała łzy, chociaż bardzo starała się ich już nie ronić. Patrzyła na dziewczynki, na Bunię, na Mańkę, która w poszukiwaniu nie wiadomo czego kręciła się wokół własnej osi. Marzyła o tym, by znów zakopać się w pościeli i zapomnieć o świecie. Jednak nie mogła pozwolić sobie na taki luksus. Musiała tkwić na kanapie w salonie Mańki. Serce miała w strzępach, ale starała się tego nie pokazywać. Pola jednak rzucała w jej stronę badawcze spojrzenia i gdy tylko Mańka skończyła swą matczyną odezwę do niedorosłego narodu, przysiadła się do niej.  – Ciociu, ale ty to minę masz taką, jakbyś wyjeżdżała do pracy na polu ryżowym, a nie na katamaranowe wakacje w Chorwacji.  – Życie… – odpowiedziała, walcząc ze łzami.  – Sir Artur cię zostawił? – zapytała nastolatka, dając dowód, że w domu Mańki nigdy nie było tajemnic ani tematów tabu. 23


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Jeśli zatęsknię by SIW Znak - Issuu