Fragment darmowy udostępniony przez Wydawnictwo w celach promocyjnych.
EGZEMPLARZ NIE DO SPRZEDAŻY!
Wszelkie prawa należą do: Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Warszawa 2025
www.zielonasowa.pl
Rozdział 3

Mam ochotę się uszczypnąć. Znów otwieram oczy, by upewnić się, że to nie sen. Jest już późno, ale nie mogę się powstrzymać, by jeszcze raz nie spojrzeć na drewniany sufit kajuty. Nie pamiętam, kiedy ostatnio mogłam zasnąć z perspektywą lepszego jutra i spokoju na duszy. Dzisiejszy dzień wciąż wydaje się nierealny. Nie zamierzałam zostawać w Bar Harbor, to nie był mój cel. Jak tylko odłożę wystarczająco dużo pieniędzy, ruszę dalej. Teraz jednak to jest moje miejsce. Przynajmniej na jakiś czas…
Zanim poznałam swój nowy dom, spędziłam kilka godzin w barze, ucząc się na pamięć karty dań. Levi pokazał mi zaplecze, gdzie mogłam w przerwie zjeść ciepły posiłek na jego koszt. To i tak więcej, niż mogłabym sobie wymarzyć. W końcu dostałam czas, którego potrzebowałam, by pomyśleć, co dalej.
Układam się wygodnie na wąskim łóżku pod ścianą małej kajuty i podciągam miękką kołdrę pod samą szyję. Oprócz łóżka w środku jest stolik, coś, co przypomina kuchenny blat z jednokomorowym zlewem, a na samym końcu znajduje się mała łazienka z ubikacją i lustrem. Jest lepiej, niż przypuszczałam. Wcześniej zatrzymywałam się w najtańszych motelach, spałam w parkach lub autobusach. Poczucie posiadania miejsca, do którego można wracać, było czymś nie do opisania. Nigdy nie sądziłam, że zamieszkam na łodzi, ale podobało mi się to.
W przystani poznałam Suzanne – kobietę w średnim wieku, która odpowiada za miejsca stacjonowania łodzi w porcie. Ku mojemu zdziwieniu nie zadawała żadnych pytań. Levi nie wyjaśnił, kim jestem ani czemu potrzebuję noclegu na jego łodzi. Poinformował Suzie (tak się do niej zwracał), że od dziś przez czas bliżej nieokreślony będę lokatorką jego łodzi. Kobieta musiała mu ufać, bo przywitała mnie radośnie, uściskała, jakbym była dawno niewidzianą krewną, i pokazała, gdzie znajdują się łazienki portowe, bym mogła wziąć prysznic.
Tak wiele zawdzięczałam Leviemu, obcemu mężczyźnie, który kompletnie mnie nie znał, nie wiedział, co zrobiłam, skąd przybyłam i jakim jestem człowiekiem. Po prostu mi zaufał, więc i ja postanowiłam zaufać jemu. Jutro dam z siebie wszystko –będę najlepszą kelnerką, jaka pracowała w Bar Harbor.
Właśnie z tą myślą zatapiam się głębiej w poduszkę. Dorothy, bo tak nazywa się łódź Leviego, delikatnie kołysze mnie do snu. Czuję, jak powieki robią się ciężkie i nie walczę ze zmęczeniem. Upewniam się, że mój budzik rano zadzwoni i pozwalam sobie na błogi spokój…
Czuję się dziwnie. Przyzwyczajona do ciągłej ucieczki i życia w niepewności nie umiem już funkcjonować w normalnym
świecie. Dlatego gdy wydaje mi się, że słyszę niepokojące dźwięki na zewnątrz, zrywam się z łóżka jak oparzona. Nie przypomina to fal uderzających o burtę ani tym bardziej skrzeczących mew szybujących nad przystanią. To dziwne powtarzające się stukanie przerywane cichym szuraniem. Dokładnie takie, jakby ktoś pojawił się na łodzi.
Nie zdążyłam jeszcze przejrzeć zawartości szafek, by wiedzieć, gdzie mogą znajdować się przedmioty pomocne w walce z włamywaczem. Mój plecak leży w nogach łóżka, więc intruz mógłby zauważyć mnie przez świetlik w pokładzie, gdybym starała się tam podejść. Łapię więc najbliższą twardą rzecz, jaką mam pod ręką – mój budzik. Kiedy trzymam go w ręce gotowa do ataku, zauważam, że zegarek pokazuje trzecią nad ranem. Ktoś kiedyś powiedział, że to godzina duchów, ale jak dla mnie to idealna pora na morderstwo pod osłoną nocy.
Do kajuty prowadzą zamykane na klucz drewniane drzwi z małym okienkiem w górnej części. Levi wyraźnie zaznaczył, bym na noc zamknęła się od środka. W myślach dziękuję mu za kilka dodatkowych sekund, przez które złodziej będzie siłował się z zamkiem. Żeby dostać się do kajuty, trzeba pokonać trzy stopnie, więc wiem, że będę miała chwilę, zanim ktoś otworzy drzwi. W mojej głowie kłębią się różne scenariusze, spośród których muszę wybrać ten najrozsądniejszy.
Postanawiam zostać w ukryciu tak długo, jak to będzie możliwe – w ten sposób wykorzystam element zaskoczenia. Jeśli ktoś połasił się na zrabowanie łodzi Leviego, musiał wiedzieć, że właściciel na niej nie nocuje. A może ten ktoś obserwował przystań i doskonale zdawał sobie sprawę, że ja tu jestem?
Nie mam okazji wymyślić nowego planu, bo nagle widzę przez szybę dwie masywne nogi. Tłumię pisk przerażenia i chowam się w kąt kajuty, z którego nie widzę już drzwi ani włamywacza. Tułam się od dawna, ale los był dla mnie łaskawy, jeśli
mogę w ogóle tak powiedzieć. Przez cały ten czas nigdy nie znalazłam się w sytuacji zagrożenia życia, aż do teraz.
Kiedy słyszę przekręcenia zamka, a chwilę później skrzypnięcie desek pod czyimiś stopami, niewiele myśląc, ciskam zegarkiem z całych sił we włamywacza. Wszystko dzieje się w zwolnionym tempie, jak na filmach. Plastikowy przedmiot leci przez całe pomieszczenie, obraca się kilka razy wokół własnej osi, a następnie roztrzaskuje w drobny mak, uderzając o ścianę. –
–
O kurwa!
Cholera!
Przeklinamy w tym samym momencie, ale zupełnie z dwóch różnych powodów. Złodziej – bo, jak sądzę, nie spodziewał się zamachu na własne życie, ja – ponieważ chybiłam i nie mam już niczego, czym mogłabym się obronić.
– Stój tam, gdzie stoisz! – krzyczę, wierząc, że spłoszę włamywacza, ale nie słyszę żadnego ruchu.
– Wyłaź z rękami na widoku. – Słyszę męski głos, przez co czuję dreszcz strachu przebiegający po kręgosłupie. Jak niby poradzę sobie z kimś co najmniej dwa razy silniejszym. Jestem w pułapce i on doskonale zdaje sobie z tego sprawę. – No dalej…
Postanawiam spróbować innej strategii. Może uda mi się go przekonać, by puścił mnie wolno. Szanse są naprawdę nikłe, bo istnieje ryzyko, że na niego doniosę. Zresztą jaki rabuś zaufa komuś, kogo właśnie okrada…
Zbieram się na odwagę i wychodzę z cienia z uniesionymi nad głową rękami – w końcu i tak nie mam niczego, czym mogłabym się bronić.
Kiedy nasze spojrzenia się spotykają, wstrzymuję oddech. Zaskakuje mnie jego wygląd – spodziewałam się chyba kogoś… starszego. Po prostu nie nastawiałam się na kogoś w moim wieku. Cóż, przynajmniej w zbliżonym.
Tuż przy drzwiach stoi wysoki chłopak o brązowych włosach. Są trochę przydługie albo po prostu w nieładzie, bo jeden
zbłąkany kosmyk prawie wpada mu do oka. Wydaje się nie zwracać na to uwagi, jakby był do tego przyzwyczajony. Zauważam, że jego brwi powędrowały do góry, tworząc na czole kilka zmarszczek.
– Kim jesteś i co tu robisz? – odzywa się nagle, ale nie wykonuje najmniejszego ruchu.
Zanim decyduję się na cokolwiek, spoglądam na jego dłonie. Nic w nich nie ma, żadnej broni, łomu czy czegoś, co wydawałoby się niebezpieczne. Opuszczam powoli ręce, a następnie krzyżuję je przed sobą. Analizuję jego pytanie i irracjonalnie uśmiecham się w duchu. Roszczeniowy złodziej? A to niespodzianka.
– Mogłabym zapytać cię o to samo.
Miejsce uniesionych brwi zastępuje przekrzywienie głowy i odwzorowanie mojej sylwetki. Stoimy naprzeciw siebie w postawie zamkniętej, lustrując się wzrokiem. Prowadzimy jakąś dziwną grę, a ten, kto odpuści, przegra. Nie wie, że jestem bardzo zawzięta i jeśli od tego ma zależeć moje życie, jestem zdolna milczeć latami.
W końcu to on nie wytrzymuje i pyta:
– Jesteś bezdomną?
Niemal parskam w odpowiedzi, ale powstrzymuje mnie jego zdeterminowany i poważny wyraz twarzy.
– Co? Nie – wypalam oburzona. Chociaż w jego pytaniu jest więcej prawdy, niż chcę przed sobą przyznać. – A ty jesteś złodziejem? – wymiguję się pytaniem.
On jednak w przeciwieństwie do mnie się nie powstrzymuje, tylko wybucha śmiechem. Nie mam pojęcia, co było zabawnego w mojej wypowiedzi, ale nie potrafię skupić się na niczym innym poza zaraźliwą wesołością w jego śmiechu i hipnotyzującym dołeczku, jaki pojawił się nagle w jego policzku.
Kiedy w końcu poważnieje, zauważa, że milczę i przyglądam mu się bez słowa.
– Okej, nie żartujesz – mówi już spokojnie i rzeczowo. Musiał dojść do wniosku, że taka drobna dziewczyna jak ja nie stanowi dla niego żadnego zagrożenia. – To inaczej. Czemu jesteś na łodzi mojego dziadka i, sorry, że do tego wrócę, ale po jaką cholerę – opuszcza spojrzenie na roztrzaskane szczątki budzika u swoich stóp – rzuciłaś we mnie zegarkiem?
Naprawdę nie mam ochoty mu się spowiadać, ale najwyraźniej muszę, bo jest wnuczkiem Leviego, a to stawia go wyżej niż mnie w hierarchii roszczenia sobie praw do tego miejsca.
– Levi pozwolił mi się tu zatrzymać na jakiś czas.
– Nie wiem, na jakiej podstawie miałbym ci wierzyć.
– Pewnie masz rację… – zgadzam się z nim. Próbuję myśleć racjonalnie, ale w głowie mam totalną pustkę. – Jutro mam zacząć pracę w barze jako kelnerka. Zasugerowałabym konfrontację z twoim dziadkiem, ale jest środek nocy, więc może to nie jest najlepszy pomysł.
Chłopak wygląda, jakby się nad czymś zastanawiał. Mam więc chwilę, by lepiej mu się przyjrzeć. Rzeczywiście nie wygląda na złodzieja. Ma na sobie granatową bluzę z kapturem, ciemne jeansy i nieco schodzone buty Nike. W tej małej kajucie jest dość przytłaczający – jego głowa prawie dotyka sufitu, podczas gdy ja nie musnęłabym go, nawet podskakując.
Wracam wzrokiem do jego twarzy i natrafiam na czujne spojrzenie. On też mi się przygląda. Nie natarczywie, odczytałabym to bardziej jako mieszankę nieufności i ciekawości. Odnoszę niepohamowane wrażenie, że właśnie ważą się moje losy, więc zaczynam gorączkowo myśleć i po części panikować.
Chłopak kręci głową i już wiem, że jestem na przegranej pozycji.
– Wiem! – krzyczę, zanim zdąży cokolwiek powiedzieć. –Możemy pójść do Suzie. Wspominała, że w porcie zapowiedzieli nocny rozładunek, więc powinna być na miejscu. Ona potwierdzi moją wersję. Levi uprzedził ją o mojej wizycie.
Zauważam, że imię Suzie podziałało na chłopaka uspokajająco. Jego ramiona nie są już napięte, ciężar ciała przeniósł na jedną stronę i oparł się bokiem o podtrzymującą sufit belkę.
– Dobra, sprawdźmy to. – Zgadza się, a ja wypuszczam powietrze z ulgą. Jednak gdy nadchodzi druga część jego propozycji, znów się spinam: – Zadzwoń do przystani. Kręcę zrezygnowana głową.
– Nie mam telefonu.
– Jak to nie masz telefonu?
– Po prostu nie mam. – Nie jestem w stanie racjonalnie mu wyjaśnić, dlaczego ktoś w moim wieku w dzisiejszych czasach nie ma komórki. – Możemy zadzwonić z twojego – sugeruję. Widzę w jego postawie wahanie. Nagle pewna myśl pojawia się w mojej głowie i podaje w wątpliwość pewne fakty.
– Zaraz, zaraz… Jest środek nocy, a twój dziadek nie wspominał, że ktoś jeszcze korzysta z jego łodzi. Wie, że tu jesteś?
– Nie mam zamiaru ci się tłumaczyć. – Jego głos przypomina warczenie, więc tracę ochotę na dalszą dyskusję. On chyba też rozważa różne możliwości, ale żadnej z nich nie wypowiada na głos.
Naszą niemą wojnę na spojrzenia przerywa dziwny odgłos.
Początkowo go nie rozpoznaję, ale gdy się powtarza, zdaję sobie sprawę, że to burczenie – a dokładnie burczenie w moim brzuchu.
Czuję, jak moje policzki robią się czerwone. Ostatni posiłek, jaki jadłam, był w barze i na pewno zdążył się już strawić. Gdyby chłopak mnie nie obudził, jakoś bym dotrwała do rana, ale teraz, mimo że nawet go nie znam, jest mi najzwyczajniej wstyd. Spojrzenie niedoszłego złodzieja łagodnieje.
– Słuchaj, rozumiem. Znam swojego dziadka i… miewa różne dziwne pomysły. Jestem w stanie uwierzyć, że faktycznie pozwolił ci tu spać. Zawrzyjmy umowę – proponuje.
– To znaczy?
– Zostawię cię w spokoju, wierząc, że faktycznie nie jesteś bezdomną, która koczuje u mojego dziadka na łodzi, ani złodziejką. – Mruga do mnie, przez co czerwień z moich policzków przechodzi aż na uszy. – Jeśli jest tak, jak mówisz, i mój dziadek pozwolił ci tu nocować, to w zamian nie wspomnisz mu nic o naszym dzisiejszym spotkaniu.
Kiedy docierają do mnie jego słowa, mam ochotę parsknąć śmiechem. Jego warunki są absurdalnie zabawne, ale kim jestem, by oceniać jego intencje. Postanawiam zagrać z nim w tę grę, bo nie mam absolutnie nic do stracenia, a przyda mi się święty spokój, zwłaszcza w nocy…
– Więc ten układ jest uzależniony od prawdziwości twojej teorii względem mojej osoby, tak? – formuję pytanie w taki sposób tylko po to, by chwilę się z niego ponabijać.
Chłopak przekrzywia głowę i przypatruje mi się, jakbym była przybyszem z obcej planety.
– Tak – odpowiada krótko, ale pewnie.
Pokonuję dzielącą nas odległość i wyciągam do niego rękę.
Patrzy przez moment na moją dłoń, przez co zdaję sobie sprawę, jak źle ona wygląda. Nie mam ani środków, ani czasu, by o siebie zadbać. Przez głowę przechodzi mi płytka myśl, że nie przywykł do tak zapuszczonych dziewczyn. Ponownie czuję, jak ciepło zaczyna wspinać się po mojej szyi w kierunku twarzy. Już mam się wycofać i schować dłoń do kieszeni, kiedy on chwyta ją mocno.
Unoszę spojrzenie do jego twarzy, ale nie widzę na niej odrazy. W zasadzie nie umiem odczytać żadnych emocji. Wydaje mi się, że kącik jego ust drga, ale może być to zwykłe złudzenie. Z tej odległości lepiej widzę jego cechy charakterystyczne – oczy o barwie burzowego nieba, prosty nos, małą, jasną bliznę na skroni, która chowa się pod linią włosów; pełne, ale asymetryczne usta kradnące zdecydowanie zbyt dużo mojej uwagi. Chłopak też musiał to zauważyć, bo gdy wracam spojrzeniem do jego niebieskich oczu, widzę w nich rozbawienie.
Przytomnieję w ułamku sekundy. Ściskam jego dłoń i poluzowuję uścisk.
– Więc zgoda, jesteśmy umówieni – mówię i od razu żałuję swoich słów. – Znaczy… umówieni na ten twój układ.
Sytuacja staje się powoli żenująca i jednocześnie marzę, by już sobie poszedł, a z drugiej strony chciałabym jeszcze chwilę postudiować jego twarz.
Chłopak kiwa głową i puszcza moją dłoń. Gdy w końcu odwraca się do drzwi, czuję, że znów mogę normalnie oddychać. Ten jednak zatrzymuje się i zdejmuje plecak, który miał na ramieniu. Wcześniej go nie zauważyłam, więc sztywnieję, gotowa do obrony, na wypadek gdyby wyjął broń.
Wpatruję się sparaliżowana, jak wyciąga coś, co przypomina małą paczuszkę, a chwilę później ta paczuszka ląduje na łóżku obok mnie. Jestem tak skupiona na tym przedmiocie, że nie zauważam, kiedy chłopak wychodzi. Z pewną rezerwą rozpakowuję papier i dostrzegam, coś, przez co mam ochotę się rozpłakać. Kotłują się we mnie różne emocje – wstyd, wdzięczność, zakłopotanie i wrażenie, że teraz dzielę z kimś swego rodzaju sekret.
Kanapka. Zwykła kanapka, która w tym momencie jest dla mnie cenniejsza niż złoto.
Wchodzę z powrotem pod kołdrę i szczelnie owijam się nią z każdej strony. Czuję się dziwnie obnażona, ale nie mogę mieć mu tego za złe. Na pewno nie miał złych intencji…
Dopiero gdy wgryzam się wygłodniale w kanapkę, zdaję sobie sprawę, że nie mam nawet pojęcia, jak nazywał się nieznajomy.
Rozdział 4

Wydarzenia z dzisiejszej nocy wydają mi się nierzeczywiste. Jedynymi dowodami na obecność chłopaka w kajucie są rozwalony na kawałeczki zegarek – co początkowo przypisywałam własnemu rozdrażnieniu na dźwięk budzika – i papierek po kanapce. Muszę więc przyznać przed samą sobą, że to wszystko się wydarzyło.
– Ziemia do Dakoty…
Czyjaś dłoń porusza się przed moimi oczami. Skupiam na niej wzrok i wracam do rzeczywistości.
– Blat już wystarczająco błyszczy. – Levi wskazuje na bar, który poleruję chyba odrobinę za długo. – Obsłuż, proszę, klientkę przy stoliku numer pięć.
– Tak, oczywiście, już pędzę.
Wrzucam ścierkę pod bar i poprawiam czarną polówkę z logo lokalu – księżyc w pełni otoczony siecią rybacką. Po raz kolejny zapisuję w pamięci, by zapytać Leviego o historię tego znaku.
Podchodzę do stolika zajmowanego przez starszą kobietę i przyklejam na twarz wyuczony uśmiech.
– Dzień dobry, czy mogę przyjąć zamówienie?
Kobieta spogląda znad karty i opuszcza niżej okulary na długim, prostym nosie. W duchu się krzywię, ponieważ przypomina czarownicę. Zamierzam jednak zachowywać się profesjonalnie i nie podpaść już pierwszego dnia pracy.
– Gdzie Rose? – pyta dość niegrzecznie.
– Rose pracuje dziś na drugą zmianę – tłumaczę. – Zapewniam jednak, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by miło spędziła pani czas w naszym lokalu.
Uważam, że zachowałam się ultraprofesjonalnie i dojrzale, dlatego z pełnym zadowolenia wyrazem twarzy raz jeszcze zwracam się do kobiety:
– Ma pani ochotę na coś specjalnego? Danie dnia to…
– Rose wie dokładnie, co zwykle zamawiam.
Zaciskam mocniej szczękę, ale nie daję się wyprowadzić z równowagi.
– Proszę powiedzieć, co zwykle pani zamawia, a postaram się zapamiętać na przyszłość.
Kobieta cmoka kilka razy, ale w końcu wskazuje na dół karty.
– Jajecznica z boczkiem, dobrze ścięta. Do tego czarna kawa z dwoma kostkami cukru.
– Już się robi – rzucam i szybko odchodzę od jej stolika, na wypadek gdyby zmieniła zdanie i postanowiła dalej się nade mną pastwić.
W drodze do baru notuję szybko wszystkie informacje. Mogę sobie wyobrazić, jakie piekło by mi zgotowała, gdybym cokolwiek pomyliła bądź pominęła. Unoszę spojrzenie i momentalnie
nieruchomieję. Albo postradałam zmysły, albo za barem stoi chłopak, który zaskoczył mnie wczoraj na łodzi.
Zdaję sobie sprawę, jak komicznie wyglądam ze zmarszczką na czole i otwartymi ustami, z których nie wydobywa się żaden dźwięk. Może jest to spowodowane zaskoczeniem, że nie zastałam tam Leviego, a może nastąpił error w moim umyśle i system wybrał najmniej korzystny kadr z wachlarza mojej mimiki. A najdziwniejsze jest to, że chłopak też wygląda na zaskoczonego.
– River, jesteś spóźniony!
Jak na zawołanie przerywamy wymianę spojrzeń i patrzymy na idącego w naszą stronę Leviego.
– O! – Mężczyzna zauważa mnie przy barze i chyba uświadamia sobie, że zapomniał nas sobie oficjalnie przedstawić. –Dakota, to River, mój najstarszy wnuk, River to Dakota, o której wam mówiłem.
Zwarcie w mojej głowie przeobraża się w spięcie, a następnie naderwane styki zaprószają płomień, który zwęgla mój wewnętrzny spokój. Bardzo chcę się odezwać i nawet na moment zapominam o pakcie, który zawarłam z Riverem, ale on mnie uprzedza.
–
Cześć! – Jego dłoń wystrzela nad barem w moją stronę. –Miło cię poznać, dziadek wspominał o nowej pracownicy.
Uścisk jego dłoni sprawia, że czuję mrowienie na całym ciele. To uczucie mi o czymś przypomina i ostatkiem silnej woli bronię się przed wzdrygnięciem i zabraniem ręki. Zamiast tego przywołuję się do porządku i podejmuję wyzwanie.
– No tak, River… – Uśmiecham się promiennie, specjalnie przeciągając wypowiedź. – Levi wspominał, że wnukowie pomagają mu w pracy.
River ukradkiem wypuszcza wstrzymywane powietrze, a następnie unosi brwi i spogląda na dziadka z lekkim wyrzutem.
– Czy ty postawiłeś mnie na równi z resztą rodziny?
Levi unosi dłonie w obronnym geście, ale River nie pozwala mu dojść do słowa, tylko celuje w niego palcem wskazującym.
– Pogadamy, jak Caden nie pojawi się na swojej zmianie albo Ash poprosi o dzień wolny z powodu meczu Celtics.
Przez moment czuję się niezręcznie, przyglądając się tej rodzinnej scenie. Jednak Levi wchodzi za bar i obejmuje ramieniem wnuka, jakby ich przekomarzania były najnormalniejszą rzeczą pod słońcem.
– Od kiedy to jesteś taki drobiazgowy, Riv? Ale w porządku, masz rację… – Spogląda na mnie i mruga porozumiewawczo. –
Wybacz, River jako jedyny z moich wnuków tutaj pracuje… Inni czasem się zjawiają. Zadowolony?
River strząsa ramię dziadka, ale nie robi tego w niegrzeczny sposób. Levi śmieje się nisko i znika za drzwiami prowadzącymi do kuchni. Coś w relacji między tą dwójką sprawia, że robi mi się ciepło na sercu. Nie czuję zazdrości, że nigdy nie było mi dane nawiązanie takiej więzi, to raczej przyjemna świadomość, że są na tym świecie porządni ludzie i normalne rodziny.
– Niech będzie – mruczy do siebie chłopak i zwraca się do mnie: – Co tam masz?
Patrzę na niego jak na wariata, dopóki nie wskazuje brodą na notatnik, w którym zapisałam zamówienie.
– Och, stolik numer pięć: jajecznica na boczku…
– …czarna kawa, dwie kostki cukru – kończy za mnie.
– No tak…
– Pani Donell przychodzi tu dwa razy w tygodniu i zawsze zamawia to samo. – River opiera się o blat plecami i wzrusza ramionami, jakby przestało go już to dziwić. – Zajmę się jedzeniem, a ty możesz przez ten czas zaparzyć jej kawę. Dziadek uczył cię obsługi ekspresu?
Kiwam automatycznie głową, bo atmosfera znów zrobiła się dziwnie napięta, gdy zostaliśmy sami.
– Słuchaj – zaczynam nerwowo. – Chyba jestem ci winna…
– Podziękowania? Przeprosiny – podsuwa z psotnym uśmiechem.
– Przeprosiny? Niby za co? – obruszam się i krzyżuję ręce na piersi.
– Za jawny atak na moje życie? Albo za nazwanie mnie złodziejem?
Zakrywam twarz dłońmi, próbując ukryć zażenowanie. Dopiero gdy słyszę ciche parsknięcie, piorunuję Rivera wzrokiem. Napięcie między nami znika jak za dotknięciem magicznej różdżki.
– Cóż, chciałam powiedzieć: kanapkę – odpowiadam wyzywająco, czując, jak kąciki moich ust drżą. – Ale może być, jak mówisz.
Chłopak przygląda mi się w ciszy, przez co czuję się kompletnie zdezorientowana.
– No co? – pytam w końcu.
River unosi brwi i już wiem, że ten chłopak jest uparty jak osioł.
– Ugh… Przepraszam, dziękuję – wyrzucam z siebie na jednym wydechu.
– No i czy to było takie trudne? – Jawnie się ze mną droczy, po czym odpycha się od blatu i znika w kuchni.
Kiedy podchodzę do ekspresu, mam totalną pustkę w głowie. Tak bardzo skupiłam się na zapamiętaniu karty dań i reguł panujących w barze, że instrukcja zaparzania kawy zeszła na boczny tor. Nie chcę, by Levi żałował swojej decyzji i myślał, że do niczego się nie nadaję, więc ryzykuję, że to urządzenie niewiele może się różnić od ekspresów, z którymi miałam już do czynienia.
Przygotowuję świeżo zmieloną kawę, filiżankę i kostki cukru, a następnie… wpatruję się w to dziwne urządzenie z milionem pstryczków i kolb, które wcale nie wygląda jak domowy
ekspres. Żaden z przycisków nie jest podpisany, więc naciskając cokolwiek mogę równie dobrze zaparzyć kawę, jak i wystrzelić się z katapulty.
– Pani Donell pije przelew.
Podskakuję na dźwięk czyjegoś głosu. Odwracam się i widzę nieznajomego chłopaka siedzącego na barowym stołku. Jego widok sprawia, że mam ochotę roześmiać się w głos. Czy Bar Harbor jest jakimś ziemskim Olimpem? Do tej spory spotkałam dwóch chłopaków i każdy z nich był interesująco przystojny. To zasługa powietrza, wody czy tajemnych mocy, które unoszą się nad tą ziemią wybraną?
Chłopak wygląda na znudzonego, chociaż nie… na nonszalanckiego, jakby nic nie robiło na nim większego wrażenia, przez co zdobywa moją sympatię.
– Dzięki… – opowiadam. – A ty jesteś…?
– Ash, wnuk Leviego.
No tak, to wiele wyjaśnia.
Stoję dłuższą chwilę bez ruchu, a chłopak uważnie się mi przygląda. Mimo powierzchownego podobieństwa, nie wygląda jak River. Obaj mają brązowe włosy i niebieskie oczy, ale ich odcień się różni. Tęczówki Asha wpadają niemal w szarość, są jasne, podczas gdy oczy Rivera to burza z piorunami.
Cholera, a niby skąd o tym wiem?
Po chwilowym studiowaniu jego osoby, dochodzę do wniosku, że jest młodszy od Rivera. Nie mam jednak odwagi, by o to zapytać, bo wydaje mi się to zbyt osobiste.
– Wiesz… jak działa przelew? – pyta w końcu Ash.
– Nie mam zielonego pojęcia.
Mam wrażenie, że popełniłam poważną gafę i za moment Levi dowie się, jaką złą pracownicą jestem, ale Ash jedynie zeskakuje ze stołka i obchodzi bar. Bez słowa napełnia zbiornik na wodę, wsypuje kilka miarek kawy i uruchamia maszynę. Śledzę jego ruchy, by móc później odtworzyć tę sekwencję. Kiedy kawa
jest gotowa, podstawia pod dzbanek inny kubek niż ten, który wybrałam dla pani Donell.
– To jej ulubiony – wyjaśnia spokojnie. Jego głos nie brzmi oceniająco, więc dziękuję mu i pędzę do, jak sądzę, już zniecierpliwionej klientki.
Kiedy stawiam przed kobietą parujący napój, ta patrzy na mnie podejrzliwie. Czuję się jak po występie na pokazie talentów, czekając na werdykt jury. Pani Donell jednak rozpoznaje znajomy kubek i uśmiecha się krzywo. Nagle spokój panujący w lokalu zakłóca jakieś poruszenie. Z miejsca, w którym stoję, dostrzegam grupę młodych ludzi, która wpada do środka. Zanim zdążę pomyśleć o poinformowaniu Leviego, z tłumu wyłania się chłopak, który podchodzi do Asha. Muszą się znać, bo przybijają piątkę i żywiołowo o czymś rozmawiają. Reszta grupy kieruje się w drugą część lokalu, gdzie znajdują się większe stoliki. Levi zasugerował podział obsługiwanych stolików, przynajmniej dopóki nie nabiorę wprawy, jednak w barze pojawili się nowi klienci, a on jest na zapleczu. – Za moment pani zamówienie będzie gotowe – zapewniam i kieruję się w stronę zatłoczonego stolika.
Mijam Asha i jego rozmówcę bez słowa, a kiedy znajduję się przy stoliku, przybieram na twarz profesjonalny uśmiech.
– Cześć, może coś do picia na początek? – proponuję grzecznie i unoszę spojrzenie na nowych klientów.
Mam ogromną nadzieję, że nikt nie zauważył wzdrygnięcia, którego nie zdążyłam opanować. Doskonale znam ten typ ludzi. To ci popularni, mający się za lepszych od reszty społeczeństwa.
Na ławie pod oknem siedzą dwie dziewczyny – są prawie identyczne, chociaż pewnie to bardziej kwestia makijażu i ubioru niż pokrewieństwa. Po mojej prawej ciemnoskóry chłopak obejmuje władczo szatynkę, której usta mają odcień wiśni. Ta zaś nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi, zaśmiewając się z czegoś, co powiedziała jej jasnowłosa koleżanka siedząca naprzeciwko.
Próbuję zachowywać się profesjonalnie, ale one są po prostu niegrzeczne, a to bardzo trudno mi tolerować. Czuję, że nie jestem w stanie pohamować moich nawyków, więc krzyżuję ręce na piersi i wyciągam menu ze stojaka znajdującego się na środku stołu, po czym kładę je ostentacyjnie przed przekrzykującą mnie dziewczyną.
– Jeśli potrzebujecie więcej czasu do zastanowienia, wrócę do was za moment – mówię przesłodzonym głosem i wbijam spojrzenie w drugą dziewczynę, która postanowiła mnie ignorować.
Tylko przed samą sobą mogę przyznać, że jest piękna. Długie blond włosy opadają idealnie ułożonymi falami na plecy, perfekcyjne kości policzkowe obsypane są porcją różu, a długie rzęsy okalają błękitne oczy. Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że świat nie jest za grosz sprawiedliwy.
Mój komentarz w końcu ściąga uwagę blondynki, która teraz uśmiecha się do mnie sztucznie. Jej dłoń z idealnym manicurem ląduje na karcie dań, po czym przesuwa menu z powrotem w moją stronę.
– Kochanie… – zaczyna protekcjonalnie, a we mnie aż się gotuje. – Tak się składa, że doskonale wiemy, co ma do zaoferowania ten lokal, prawda Miles? – zwraca się do chłopaka siedzącego obok niej. Dopiero teraz mam okazję mu się przyjrzeć. Jest uderzająco podobny do Rivera – ma dokładnie tak samo zarysowaną szczękę i pełne usta, ale jego włosy wpadają w odcienie jasnego zboża, a kolor źrenic przypomina lazurowy błękit. Tak jak Ash wygląda na młodszego, nie dużo, może kilka lat. Nie muszę nawet zgadywać, że to kolejny wnuk Leviego. Nagle przed oczami staje mi obraz, którego nie jestem w stanie odpędzić: River. Nie wiem, dlaczego tak dokładnie zapamiętałam tę bliznę na jego skroni, ale gdy widzę Milesa, samoczynnie spoglądam w to samo miejsce na jego twarzy. Zamiast znamienia widzę tam uroczy, mały pieprzyk, który zapisuje się w mojej pamięci
jako znak rozpoznawczy. Może to wcale nie kwestia miejsca, a pokrewieństwa między tymi chłopakami.
Przenoszę wzrok na jego usta, które zaczynają się poruszać, więc automatycznie przełączam się na kanał odbiorczy.
– Tash – zwraca się dość oschle do blondynki. – Daj spokój…
Chłopak próbuje dyskretnie strząsnąć jej dłoń, którą oplotła jego ramię. To niestety tylko potęguje niechęć, jaką czuje do mnie dziewczyna. Znam ten zacięty wzrok. Nie zamierzam grać w jej grę, nie rozpętam tu wojny. Jestem w pracy.
Przyklejam na twarz uśmiech, z którym podeszłam do stolika, i zamierzam odejść, kiedy obok mnie zjawia się Ash.
–
Ktoś z nich ci się naprzykrza? – pyta na tyle głośno, by każdy przy stoliku usłyszał.
Patrzę ponad jego ramieniem w stronę baru i dostrzegam Rivera, który mimo że udaje, że jest bardzo zajęty czyszczeniem szkła, przysłuchuje się naszej wymianie zdań.
– Jest w porządku – odpowiadam pogodnie. – Potrzebują jeszcze trochę czasu na zastanowienie.
Odchodzę od stolika, nie oglądając się za siebie. Przyda mi się teraz świeże powietrze.
Wypadam na plac na tyłach lokalu i nabieram głęboko powietrze w płuca. Coś charakterystycznego drapie mnie w nozdrza. Przez moment z zamkniętymi oczami delektuję się bryzą, kiedy do moich uszu dolatuje chrząknięcie. Duszę w sobie wrogie westchnienie i otwieram niechętnie oczy, gotowa przyznać, że ktoś naruszył moją przestrzeń, w której chciałam być sama.
Dostrzegam skrytego w cieniu chłopaka z kapturem naciągniętym na głowę. Z miejsca, w którym stoję, nie widzę dokładnie jego twarzy. Siedzi na paletach z podciągniętymi nogami, jest oparty o budynek.
– Nie krępuj się. – Kiedy się odzywa, z jego ust bucha chmura dymu.
Gdyby nie był środek dnia, a ja nie miałabym dwóch kroków do drzwi baru, pewnie nie skorzystałabym z propozycji. Postanawiam jednak zaryzykować.
– Dzięki – odpowiadam i siadam na krawężniku w rozsądnej odległości od niego.
Oboje milczymy, dzięki czemu mogę na moment przeanalizować wszystko, co się przed chwilą wydarzyło. Dałam się wyprowadzić z równowagi, chyba, ale dojrzale nie brnęłam w żadną kłótnię. Muszę być bardziej czujna i pamiętać o tym, żeby pozostać niewidzialną. Czy w takim razie powinnam przeprosić blondynę? Jak jej było… Tash? A może lepiej, żebym przeczekała tutaj ich wizytę?
– Ciężki dzień?
Nie odwracam się nawet w stronę nieznajomego i w pierwszym odruchu mam ochotę go zignorować, ale to byłoby niegrzeczne, a nie chcę zachowywać się jak dziewczyny z baru.
– Pierwszy dzień w nowej pracy chyba nigdy nie jest łatwy –odpowiadam i wzruszam ramionami.
– Chcesz bucha?
Tym pytaniem ściąga moją uwagę. Patrzę na jego wyciągniętą dłoń, w której trzyma skręta. No tak… Wszędzie rozpoznałabym ten charakterystyczny zapach.
– Nie, dziękuję.
Palenie trawki w pracy? Już widzę zawiedzioną minę Leviego. Wątpię, że po czymś takim pozwoliłby mi zostać na jego łodzi.
– Spoko, jak uważasz.
Chłopak więcej się nie odzywa, a mi jest to na rękę. Wpatruję się tępo w nadkole jednego z trzech zaparkowanych przy ulicy samochodów, kiedy tylne drzwi od lokalu się otwierają, a w nich staje River.
– Tutaj jesteś… – Początkowo myślę, że mówi do mnie i moje serce przyspiesza o dwa uderzenia, jednak gdy unoszę głowę, zauważam, że wpatruje się w chłopaka siedzącego na paletach. – Caden, jeśli nie zamierzasz dzisiaj pomagać, to chociaż zabierz stąd ekipę.
Caden? A więc kolejny wnuk Leviego? Czy ta rodzina stanowi męską połowę populacji Bar Harbor? Cóż, przynajmniej wyjaśniałoby to wzburzenie Rivera i jego stanowczy ton. Bardzo ciekawi mnie wygląd Cadena, bo może będzie tym mniej urodziwym wyjątkiem potwierdzającym regułę. Ten jednak postanawia pozostać zagadką. Gasi skręta, wciskając końcówkę w jedną z desek i zeskakuje z palet.
– Wyluzuj, Riv – odzywa się zachrypniętym głosem. – Już się zbieramy. Chcieliśmy tylko poznać nową pracownicę.
Słysząc jego słowa, momentalnie sztywnieję. To wszystko było ustawione? Próbuję pochwycić jego spojrzenie, ale mija mnie szybko i przeciska się do lokalu. Na zewnątrz zostajemy tylko ja i River. Mam ochotę zarzucić go pytaniami, ale coś mi mówi, że nie doczekałabym się odpowiedzi.
– Wracasz do pracy? – pyta nieco rozdrażnionym tonem.
– Ja… – zacinam się zbita z tropu, jednocześnie zła i zawstydzona. – Tak, przepraszam.
Wstaję z ziemi i otrzepuję spodnie. River znajduje się wciąż w tym samym miejscu i przytrzymuje stopą otwarte drzwi. Kiedy przechodzę obok niego, czuję cytrusowomiętowy zapach, który zakorzenia się w moich nozdrzach. Przyspieszam korku, by jak najszybciej się od niego uwolnić. Może to był błąd, bo niefortunnie natrafiam na zbierającą się od stolika „ekipę”.
Odwracam wzrok, nim ktokolwiek znów zainteresuje się moją osobą. Próbuję pozostać niewidzialna, ale za swoimi plecami słyszę odsuwane krzesło barowe.
Zbieram się w sobie, gotowa na kolejną batalię, jednak przy ladzie zastaję Milesa.
– W czym mogę pomóc? – pytam już nieco zrezygnowana.
– Dakota, tak?
Potakuję w odpowiedzi.
– Jestem Miles. Słuchaj… Sorry za całą tę akcję. Tash przesadziła…
Chłopak wygląda na skruszonego, ale nie wiem, ile jest w tym prawdy. Po ostatnich rewelacjach śmiem twierdzić, że lubią odgrywać sceny.
– W porządku. Nie musisz jej tłumaczyć.
– Wiem, ale nie zasłużyłaś na takie traktowanie. – Uśmie
cha się krzywo, przez co w jego policzku pojawia się dołeczek. Niemal identyczny jak u Rivera. Nie można odmówić Milesowi uroku osobistego. Moje wrogie nastawienie trochę maleje, więc silę się na odwzajemnienie uśmiechu.
– Dzięki – mówię, sądząc, że to skończy naszą rozmowę.
Miles jednak nie rusza się z miejsca.
– Dzisiaj na plaży robimy ognisko – informuje. – Wpadnij. Jego spojrzenie mówi mi, że to coś więcej niż zwykłe zaproszenie. Dawna ja pewnie poczułaby się wyróżniona i by jej to schlebiało, ale tamto życie się dawno skończyło.
– Raczej odpuszczę.
Widzę na jego twarzy determinację, ale nagle drzwi do baru otwierają się z impetem, a w nich staje Ash, który piorunuje wzrokiem Milesa.
– Miles! Idziesz?!
Chłopak wzdycha teatralnie i jeszcze raz się do mnie zwraca:
– Obiecuję, że nic złego cię tam nie spotka, moja w tym głowa. – Unosi zawadiacko jedną brew, po czym dodaje już łagodniejszym tonem: – Przemyśl to jeszcze, proszę.
Kiwam głową, tylko po to, by odpuścił. Miles jednak uśmiecha się, jakby wygrał na loterii i zeskakuje ze stołka.
– Do zobaczenia! – krzyczy, a chwilę później znika na zewnątrz.
Śmieję się cicho pod nosem, kiedy z zaplecza dobiega głośny odgłos przestawianego szkła. Dostrzegam Rivera układającego naczynia, nie wygląda na zadowolonego. Słyszał propozycję Milesa? Nie chce, żebym pojawiła się na imprezie? Pewnie mu podpadłam tym wyjściem na zewnątrz… A może jest zły, że rozmawiam z klientami zamiast pracować? Nagle przypominam sobie o pani Donell.
Cholera!
Wychylam się przez bar spanikowana, ale dostrzegam jedynie zadowoloną kobietę, która zajada ze smakiem swoją jajecznicą.
To pewnie zasługa Rivera. Nic dziwnego, że jest na mnie wkurzony.
Kiedy znów zerkam w stronę drzwi od zaplecza, by mu podziękować, zauważam, że zniknął… Zaglądam jeszcze do kuchni, ale niestety z takim samym rezultatem.
– Pojechał do portu po świeżą dostawę ryb przed lunchem.
Podskakuję na dźwięk głosu Leviego. Siedzi pod ścianą w kuchni z kubkiem parującej kawy i gazetą rozłożoną na kolanach. Nie patrzy w moją stronę, uważnie studiując tekst jakiegoś artykułu.
– Chciałam mu tylko podziękować – tłumaczę, zdając sobie sprawę, że jakimś cudem doskonale wiedział, kogo szukam.
– Pomaga tu od dawna, wiedział, co robić – odpowiada spokojnie Levi.
Kiwam głową i wycofuję się z powrotem do baru, by obsłużyć nowych gości. Nic jednak nie poradzę, że przez resztę dnia czuję się przyłapana na gorącym uczynku, chociaż nie zrobiłam niczego złego…
Prawda?
Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez Wydawnictwo Zielona Sowa.
Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody Wydawnictwa Zielona Sowa.
Serdecznie dziękujemy za pobranie fragmentu książki!
Mamy nadzieję, iż przypadł Państwu do gustu!
Już dziś zapraszamy do zakupu książki w naszym sklepie www.zielonasowa.pl