Przekład: Jacek Żuławnik
Tytuł oryginalny: Waking up. A guide to spirituality without religion Copyright © 2014 by Sam Harris All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © for the Polish Edition by Galaktyka sp. z o.o., 2015 Galaktyka sp. z o.o. 90-562 Łódź, ul. Łąkowa 3/5 tel. +42 639 50 18, 639 50 19, tel./fax 639 50 17 e-mail: info@galaktyka.com.pl; sekretariat@galaktyka.com.pl www.galaktyka.com.pl ISBN: 978-83-7579-443-4 Redakcja: Elżbieta Derelkowska Konsultacja: Szczepan Grzybowski Redakcja techniczna: Marta Sobczak Korekta: Małgorzata Gołąb Redaktor prowadzący: Marek Janiak Zdjęcie okładkowe: © PM Images/Iconica/Getty Images Zdjęcie autora: © Jennifer Roper Skład: Garamond Okładka: Jakub Kabała Druk: Drukarnia im. A. Półtawskiego Pełna informacja o ofercie, zapowiedziach i planach wydawniczych: www.galaktyka.com.pl info@galaktyka.com.pl; sekretariat@galaktyka.com.pl
Wszelkie prawa zastrzeżone. Bez pisemnej zgody wydawcy książka ta nie może być powielana w częściach ani w całości. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i przetwarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych.
Spis treści
Duchowość 9 Poszukiwanie szczęścia 20 Religia, Wschód i Zachód 28 Uważność 44 Prawda o cierpieniu 51 Oświecenie 53
Tajemnica świadomości 61 Umysł podzielony 72 Struktura i funkcja 79 Czy mamy podzielony umysł? 83 Świadome i nieświadome przetwarzanie w mózgu 86 Liczy się świadomość 89
Zagadka własnego „ja” 92 Co nazywamy „ja”? 100 Świadomość bez własnego „ja” 104 Zagubienie w myślach 105 Wyzwanie, jakie stanowi zgłębianie własnego „ja” 116 Przenikanie iluzji 128
7
Medytacja 131 Spełnienie stopniowe a spełnienie nagłe 135 Dzogczen: cel jako droga 146 O braku głowy 154 Paradoks akceptacji 161
Guru, śmierć, narkotyki i inne zagadki 163 Umysł na krawędzi śmierci 185 Farmakologia w duchowości 200
Zakończenie 216 Podziękowania 223 Przypisy 226 Indeks 251
Rozdział 1
Duchowość
Przed laty wziąłem udział w dwudziestotrzydniowym obozie w górach Kolorado. Jeżeli przyjmiemy, że celem tegoż miało być narażenie uczestników na ryzyko porażenia piorunem i pogryzienia przez chmary komarów, to trzeba przyznać, że obóz spełnił swoje zadanie już pierwszego dnia. Natomiast zwieńczeniem forsownego, kilkusetkilometrowego marszu przez odludzie był trzydniowy rytuał postu i kontemplacji o nazwie „solówka”, podczas którego wreszcie pozwolono nam odpocząć w samotności na skraju olśniewającego górskiego jeziora. Dopiero co skończyłem szesnaście lat i podczas tej wyprawy po raz pierwszy od wyjścia z łona matki miałem okazję posmakować prawdziwej samotności. Okazało się to sporym wyzwaniem. Ten młody, dobrze zapowiadający się człowiek, za jakiego się uważałem, najpierw uciął sobie długą drzemkę, potem obrzucił spojrzeniem lodowate wody jeziora i w końcu poddał się poczuciu osamotnienia i nudzie. Zacząłem zapełniać strony dziennika nie obserwacjami początkującego przyrodnika, filozofa albo mistyka, lecz listą składników wyżerki, którą zamierzałem sobie zafundować po powrocie do cywilizacji. Gdyby sądzić po moim ówczesnym stanie umysłu, 9
można dojść do wniosku, że dorobek milionów lat ewolucji człowieka sprowadza się do pragnienia zatopienia zębów w cheeseburgerze i popicia go koktajlem czekoladowym. Całe to doświadczenie: trzy dni pod rozgwieżdżonym niebem pośród dziewiczej przyrody, trzy dni dumania nad zagadką mojego istnienia, okazało się dla mnie prawdziwą udręką – udręką, której ani trochę nie czułem się sprawcą. Moje listy do domu żałosnym tonem i rozczulaniem się nad sobą mogły śmiało rywalizować z listami pisanymi przez żołnierzy walczących w bitwach pod Shiloh albo o Gallipoli. Toteż mocno się zdziwiłem, kiedy kilka osób z naszej grupy, w większości starszych ode mnie o jakieś dziesięć lat, opisało górskie samotne dni i noce w pozytywnych słowach, zupełnie jakby doświadczyło jakiejś przemiany. Nie wiedziałem, co powinienem myśleć, kiedy opowiadali, że czuli się szczęśliwi. Nie potrafiłem zrozumieć, jak człowiek odcięty od materialnych źródeł przyjemności może odczuwać większą radość z istnienia. Kiedy miałem szesnaście lat, nie dbałem o naturę swojego umysłu, interesowało mnie wyłącznie moje życie. I nie miałem pojęcia, jak zupełnie inaczej mogłoby ono wyglądać, gdybym tylko zmienił jakość własnego umysłu. Umysł jest wszystkim, co mamy. Wszystkim, co kiedykolwiek mieliśmy. Jest również jedyną rzeczą, którą możemy zaoferować innym. Nie zawsze jest to oczywiste, zwłaszcza jeśli pewne aspekty naszego życia wymagają naprawy: kiedy mamy niezrealizowane cele, kiedy nie potrafimy znaleźć własnej drogi, kiedy coś szwankuje w naszych związkach. Ale prawda jest taka, że o kształcie wszystkiego, czego doświadczamy, decyduje nasz umysł; związek może być dobry albo zły, ponieważ wtrąca się do niego nasz umysł. Jeśli jesteśmy wiecznie źli, przygnębieni, zagubieni albo obojętni, lub jeśli nie skupiamy się na tym, na czym powinniśmy ‒ nie ma znaczenia, jak duży sukces 10
odniesiemy ani kto będzie obecny w naszym życiu, bo i tak nie będzie to dla nas źródłem radości. Większość z nas bez trudu potrafiłaby sporządzić listę celów do osiągnięcia i problemów do rozwiązania. Na czym jednak polega prawdziwe znaczenie każdego punktu na takiej liście? Otóż wszystkie te dążenia – pomalowanie domu, nauczenie się nowego języka obcego, lepsza praca – stanowią w istocie obietnicę, że gdy cel zostanie osiągnięty, będziemy mogli się rozluźnić i zacząć czerpać przyjemność z życia w teraźniejszości. Ogólnie jest to złudna nadzieja. Nie twierdzę, że dążenie do realizacji planów, dbanie o zdrowie, opieka nad dziećmi nie są ważne – rzecz jednak w tym, że większość z nas szuka szczęścia i bezpieczeństwa, nie uświadamiając sobie celu leżącego u podstaw tych poszukiwań. Wypatrujemy drogi prowadzącej z powrotem do chwili obecnej, ponieważ pragniemy znaleźć powody do bycia zadowolonym teraz. Zrozumienie zasad gry pozwala na zmianę strategii. To, jak dużo uwagi poświęcamy teraźniejszości, w znacznym stopniu wpływa na charakter naszych doświadczeń, a zatem również na jakość życia. Mistycy i kontemplatorzy powtarzają to od wieków – dziś to samo potwierdza coraz większa liczba naukowców. Zimą 1987 roku, kilka lat po moim pierwszym nieprzyjemnym spotkaniu z samotnością, wziąłem narkotyk o nazwie MDMA (3,4-metylenodioksymetamfetamina), potocznie określany mianem ecstasy, co gruntownie zmieniło moje odczucie potencjału ludzkiego umysłu. W następnej dekadzie MDMA stała się nieodłącznym elementem kultury klubowej, ale wtedy, pod koniec lat 80., nie znałem nikogo z mojego pokolenia, kto by jej próbował. Pewnego wieczoru, kilka miesięcy przed moimi dwudziestymi urodzinami, postanowiliśmy wraz z przyjacielem zażyć ów narkotyk. 11
Wzięliśmy go w okolicznościach mało przypominających atmosferę dionizyjskiego zapomnienia, w której dziś często przyjmuje się MDMA. Byliśmy mianowicie sami w domu, siedzieliśmy na kanapie, rozmawialiśmy przyciszonym głosem i czekaliśmy, aż narkotyk zacznie działać. W przeciwieństwie do innych substancji, które w tamtym czasie nie były już nam obce (mowa o marihuanie i alkoholu), MDMA nie zniekształciło informacji odbieranych przez nasze zmysły. Mieliśmy całkowicie jasne umysły. Z początku nie działo się nic niezwykłego. Potem nagle uderzyła mnie świadomość, że kocham mojego przyjaciela. Właściwie nie powinno być to dla mnie zaskoczeniem, bo przecież mowa o bliskim mi człowieku, o wiernym druhu. Choć w tamtym czasie jakoś nie miałem zwyczaju roztrząsać kwestii, jak bardzo kocham mężczyzn obecnych w moim życiu, to wtedy po prostu czułem, że go kocham, i to poczucie miało swoje etyczne, niezwykle głębokie – mimo iż wydrukowane na papierze wyglądają na płytkie – konsekwencje, takie mianowicie, że pragnąłem, aby był szczęśliwy. Przekonanie to spadło na mnie z tak wielką siłą, że coś we mnie pękło. To spostrzeżenie przeorganizowało strukturę mojego umysłu. Na przykład zawiść – poczucie, że szczęście lub sukces drugiego człowieka umniejsza twoją wartość – wydała mi się objawem jakiejś choroby umysłowej, która zniknęła bez śladu. Zawiść stała się dla mnie czymś tak niewyobrażalnym, jak pragnienie wyłupienia sobie oczu. Nie dbałem o to, czy mój przyjaciel był przystojniejszy albo bardziej wysportowany ode mnie. Gdybym mógł obdarzyć go urodą bądź sprawnością fizyczną, zrobiłbym to. Źródłem mojego własnego szczęścia było prawdziwe i szczere pragnienie uczynienia go szczęśliwym. Refleksje te były wprawdzie nacechowane euforią, ale ogólnie moje wrażenie miało bardzo trzeźwy charakter, było jasne pod 12
względem moralnym i emocjonalnym, nie przypominało niczego, co kiedykolwiek wcześniej czułem. Nie przesadzę, jeśli powiem, iż po raz pierwszy w życiu poczułem, że jestem całkowicie przy zdrowych zmysłach. A jednak zmiana świadomości wydawała się banalnie prosta: ot, zwyczajnie rozmawiałem z przyjacielem – nie pamiętam już o czym – i nagle poczułem, że zniknął mój niepokój o samego siebie. Rozpłynęły się moje obawy, zaniechałem samokrytyki, zerwała się zasłona ironii, przestałem rywalizować, za wszelką cenę unikać krępujących sytuacji, rozmyślać o przeszłości i przyszłości, czynić cokolwiek, co oddzielało mnie od niego. Przestałem spoglądać na siebie oczami innych. Potem pojawiło się olśnienie, które nieodwracalnie zmieniło moje poczucie tego, jak dobre może być życie człowieka. Odczuwałem bezgraniczną miłość do jednego z moich najlepszych przyjaciół i raptem uprzytomniłem sobie, że gdyby w tej chwili do pokoju wszedł obcy człowiek – nieważne: mężczyzna czy kobieta – wówczas moja miłość objęłaby również jego. Była to bowiem miłość w gruncie rzeczy nieosobowa, sięgająca głębiej niż czyjakolwiek osobista motywacja. Miłość transakcyjna – „kocham cię, ponieważ…” – przestała mieć dla mnie sens. Ciekawe w tej zmianie punktu widzenia było to, że nie wiązała się z nią zmiana sposobu odczuwania. Nie zalała mnie fala nowej, nieznanej miłości. Olśnienie przypominało raczej dowód geometryczny: jakbym poznawszy własności jednego zbioru prostych równoległych, naraz zrozumiał, jakie cechy wspólne mają wszystkie takie zbiory. Kiedy tylko odzyskałem głos, odkryłem, że ten może z łatwością przekazać nowinę o objawieniu uniwersalnego charakteru miłości. Mój przyjaciel od razu zrozumiał, w czym rzecz: wystarczyło, że spytałem go, jak poczułby się w obecności obcego człowieka – i natych13
miast w jego umyśle otworzyły się identyczne drzwi jak w moim. Było dla nas oczywiste, że miłość, współczucie i radość ze szczęścia innych nie mają granic. To nie było poczucie rosnącej miłości, lecz miłości dotąd skrywanej: takiej, która wychodzi na światło dzienne. Miłość była – jak twierdzili mistycy i wariaci na przestrzeni wieków – stanem istnienia. Jak mogliśmy nie dostrzec tego wcześniej? Jak moglibyśmy przeoczyć to kiedykolwiek później? Przez wiele lat próbowałem umieścić to doświadczenie we właściwym kontekście. Wcześniej postrzegałem zinstytucjonalizowaną religię jako pomnik ignorancji i przesądów naszych przodków. Potem dotarło do mnie, że Jezus, Budda, Lao Tzu i inni święci i mędr cy nie wszyscy byli epileptykami, schizofrenikami albo oszustami. Nadal uważałem religie świata za intelektualne ruiny, utrzymywane ogromnym społecznym i ekonomicznym kosztem, ale zrozumiałem, że pośród tych rumowisk można odnaleźć pewne ważne psychologiczne prawdy. – Dwadzieścia procent Amerykanów określa siebie jako osoby „uduchowione, ale nie religijne”. Mimo iż sformułowanie to drażni w równym stopniu i wierzących, i ateistów, rozdzielenie duchowości i religii jest ze wszech miar słuszne. Chodzi bowiem o jednoczesne dochodzenie do dwóch ważnych prawd: że nasz świat jest niebezpiecznie rozdarty przez doktryny religijne, których istnienie wszyscy wykształceni ludzie powinni zgodnie potępiać, a zarazem że do pełnego zrozumienia kondycji człowieka potrzeba czegoś więcej niż tylko tego, co mają do zaoferowania nauka i kultura świecka. Jednym z celów tej książki jest dostarczenie intelektualnych i empirycznych dowodów na słuszność obu tych twierdzeń. 14
Rozdział 3
Zagadka własnego „ja”
Spędziłem kiedyś popołudnie na północno-zachodnim brzegu jeziora Genezaret, podobno na tej samej górze, na której Jezus wygłosił swoje najbardziej znane kazanie. Było piekielnie gorąco. Usiadłem odpocząć w sanktuarium. Tłoczyli się tam chrześcijańscy pielgrzymi z wielu kontynentów, jedni stali milcząco w cieniu, inni krążyli w pełnym słońcu, robiąc zdjęcia. Wodziłem wzrokiem po okolicznych wzgórzach i czułem, jak opanowuje mnie spokój, który wkrótce przeszedł w błogi bezruch. Moje myśli ucichły. W jednej chwili zniknęło poczucie odrębności „ja” – bycia „mną”. Wszystko inne pozostało niezmienione: bezchmurne niebo, brązowe wzgórza, błękitniejące u ich stóp wody jeziora, pielgrzymi niewypuszczający z rąk butelek z wodą, ale nie czułem się już oddzielony od tej sceny spoglądaniem na świat z punktu umiejscowionego za oczami. Pozostał jedynie świat. To wrażenie trwało ledwie kilka sekund, ale powracało wielokrotnie, kiedy oglądałem tę krainę, po której ponoć chodził Jezus i gdzie zbierał apostołów i dokonywał cudów. Gdybym był chrześcijaninem, zinterpretowałbym te doznania w kategoriach stricte chrześcijańskich: być może uwierzyłbym, że otarłem się o jedność z Bogiem 92
albo że dotknął mnie Duch Święty. Gdybym był hindusem, spojrzałbym na rzecz oczami bramina i dostrzegł obecność Brahmana, wiecznej jaźni, Absolutu, którego nasz świat i wszystkie pojedyncze umysły stanowią jedynie modyfikację. Gdybym był buddystą, postawiłbym na „Dharmakaję pustki”, w której wszystko, co widoczne, objawia się jak we śnie. Ale jestem po prostu kimś, kto stara się jak może być racjonalnym człowiekiem. Dlatego dość niechętnie wyciągam metafizyczne wnioski z tego rodzaju przeżyć. Jednakże codziennie, czy to w tradycyjnie pojmowanym świętym miejscu, czy to siedząc przy biurku, a nawet myjąc zęby, doświadczam czegoś, co nazwałem wewnętrznym aspektem braku własnego „ja” świadomości. To nie przypadek. Od wielu lat stosuję medytację, której celem jest przebicie się przez zasłonę złudzenia własnego „ja”. W tym i następnym rozdziale chcę cię przekonać, że konwencjonalne pojmowanie własnego „ja” jest złudzeniem i że duchowość w znacznym stopniu polega na nieustannym uświadamianiu sobie tego faktu. Choć istnieją logiczne i naukowe przesłanki ku temu, by akceptować to twierdzenie, uznawanie go za prawdziwe nie sprowadza się do rozumienia tych powodów. Tak jak wiele innych iluzji, tak też poczucie własnego „ja” znika, kiedy przyjrzymy mu się bliżej, co możemy zrobić poprzez medytację. Ponownie proponuję, abyś przeprowadził eksperyment w laboratorium własnego umysłu i spojrzał na swoje doświadczenia w nowym świetle. Posłużę się znaną przypowieścią Buddy, mającą na celu ośmieszenie płytkiego intelektualizmu1. Otóż pewien mężczyzna zostaje ugodzony w pierś zatrutą strzałą. Podbiega do niego lekarz i przystępuje do ratowania życia, ale mężczyzna opiera się jego staraniom. Najpierw chce poznać nazwisko człowieka, który wymodelował 93
drzewce, nazwę gatunku drzewa, z którego wycięto strzałę, usposobienie strzelca, imię konia, na którym ów jechał, a także tysiące innych rzeczy, nie mających związku z jego cierpieniem i szansami na przeżycie. Mężczyzna musi się zdecydować, co jest dla niego najważniejsze. Jego zaangażowanie w myślenie o świecie wynika z podstawowego niezrozumienia swego położenia. Podobnie jest z nami, choć tylko niejasno zdajemy sobie z tego sprawę; my też mamy problem, którego nie da się rozwiązać poprzez powiększanie zasobów swojej wiedzy pojęciowej. Od czasów Buddy niewiele się zmieniło. Wielu ludzi twierdzi, że życie duchowe w ogóle ich nie interesuje. Większość naukowców i filozofów lekceważy duchowość, ta bowiem kojarzy im się z zaniedbywaniem standardów intelektualnych: szczęśliwość, mówią, nie sprzyja bezstronnej obserwacji2. Mimo to wszyscy dążymy do spełnienia, żyjąc na łasce zmieniającego się doświadczenia. Wszystko, co zdobywamy, ulega rozproszeniu. Nasze ciało się starzeje. Związki się rozpadają. Nawet najbardziej intensywne przyjemności trwają tylko kilka chwil. Codziennie rano nasze myśli wyganiają nas z łóżka. W tym rozdziale odwołuję się do całego wachlarza pojęć, które dopiero w przyszłości mogą przysłużyć się nam w badaniach nad światem natury, a nawet nad mózgiem, lecz które już teraz wykonują dużo ważnej pracy w naszym życiu – do takich pojęć, jak „własne «ja»”, „ego”. Wprawdzie terminy te wydają się mało naukowe, ale niestety nie dysponujemy nowymi słowami, którymi moglibyśmy nazwać – a następnie poddać badaniom – tę jedną z najbardziej znamiennych cech naszego istnienia. Większość z nas czuje, że doświadczanie świata odnosi się do pewnego „ja” – nie do ciała jako takiego, lecz do ośrodka świadomości, znajdującego się gdzieś we wnętrzu ciała, w głowie, za oczami. Uczucie, które nazywamy „ja”, w każdej chwili określa nasz punkt widzenia, jest również punktem 94
zaczepienia dla powszechnych przekonań o istnieniu duszy i wolnej woli. Uczucie to, choć dziś może nam się wydawać niezachwiane, można zmienić, zaburzyć albo w ogóle usunąć. Tego rodzaju przemiana odbywa się na wiele różnych sposobów: od zwykłej psychozy po duchowe objawienie. Co takiego czyni mnie tą samą osobą, którą byłem przed pięcioma minutami, wczoraj albo w dniu moich osiemnastych urodzin? Czy może to, że pamiętam dawnego siebie i moje wspomnienia są (w miarę) dokładne? W rzeczywistości zapomniałem większość tego, co przytrafiło mi się przez wszystkie przeżyte lata, a moje ciało nieustannie i stopniowo się zmienia. Czy można powiedzieć, że została zachowana fizyczna ciągłość pomiędzy dawnym i obecnym mną, ponieważ większość komórek w moim ciele jest taka sama, jak komórki, które składały się na ciała młodszych wersji mnie, albo pochodzi od nich? Jak się przekonaliśmy, zjawisko rozszczepionego mózgu zmusza do przemyśleń na temat pojęcia tożsamości osobowej. Może nas jednak spotkać coś gorszego niż rozszczepienie mózgu. W swoim słynnym eksperymencie myślowym filozof Derek Parfit chce, abyśmy wyobrazili sobie urządzenie do teleportacji, potrafiące przenieść człowieka z Ziemi na Marsa. Zamiast wybierać się w wielomiesięczną podróż statkiem kosmicznym, wystarczy wejść do niewielkiej kabiny, stojącej blisko miejsca zamieszkania, i nacisnąć zielony guzik. Urządzenie przenosi wszystkie informacje zawarte w twoim mózgu i ciele do podobnej kabiny, znajdującej się na Marsie, gdzie następuje precyzyjne odtworzenie twojej postaci, aż do najmniejszego atomu. Wyobraź sobie, że grupa twoich znajomych odbyła w ten sposób podróż na Marsa i nic im się nie stało. Opisują to doświadczenie jako 95
poczucie natychmiastowego przeniesienia: naciskasz zielony przycisk i już stoisz na Czerwonej Planecie; ostatnie wspomnienie to wciskanie guzika na Ziemi i zastanawianie się, co się stanie. Postanawiasz więc sam spróbować. Przygotowując się do podróży, poznajesz pewien szczegół dotyczący teleportacji, który zaczyna cię niepokoić. Otóż okazuje się, że technicy najpierw tworzą na Marsie replikę człowieka, a dopiero potem „wymazują” oryginał na Ziemi. Plus jest taki, że metoda ta gwarantuje bezpieczeństwo: jeżeli podczas procesu replikacji coś pójdzie nie tak, oryginałowi nie stanie się żadna krzywda. W tobie budzą się jednak wątpliwości: podczas gdy twoja kopia zaczyna swój dzień na Marsie, dysponując kompletem twoich wspomnień, celów i uprzedzeń, ty stoisz w kabinie teleportacyjnej na Ziemi i wpatrujesz się w zielony guzik. Wyobraź sobie, że słyszysz głos w interkomie, który gratuluje ci bezpiecznego dotarcia do celu podróży; dowiadujesz się, że za kilka chwil twoje ziemskie ciało zostanie rozbite na atomy. Czym to się w istocie różni od bycia po prostu zabitym? U większości czytelników taki eksperyment myślowy wywoła następującą refleksję: ciągłość psychiczna – zachowanie wspomnień, przekonań, nawyków i innych cech umysłowych – to jeszcze za mało, aby można było mówić o tożsamości osobowej. Nie wystarczy, żeby na Marsie przebywał ktoś dokładnie taki jak ty – to naprawdę musisz być ty. Człowiek na Marsie będzie miał wszystkie twoje wspomnienia i będzie się zachowywał dokładnie tak samo, jak ty byś się zachowywał. Ale nie jest tobą, czego potwierdzenie stanowi twoje istnienie w kabinie teleportacyjnej na Ziemi. Dla czekającego na wymazanie „ziemskiego” ciebie teleportacja jako środek transportu jest oszustwem: wcale nie opuściłeś Ziemi i za chwilę umrzesz. Twoich znajomych, co nagle sobie uświadamiasz, urządzenie skopiowało i zabiło. Ten problem z teleportacją staje się mniej oczywisty, jeżeli technicy stosują inną metodę: najpierw rozmontowują podróżnika, 96
a dopiero potem budują jego replikę na Marsie – w takim przypadku korci, żeby przyjąć, że teleportacja działa i „ta osoba” naprawdę przenosi się na Marsa. Ktoś mógłby powiedzieć, że tożsamość osobowa wymaga fizycznej ciągłości: jestem identyczny z moim mózgiem i ciałem, i jeżeli zostaną one zniszczone, będzie to oznaczało koniec mnie. Parfit pokazuje, że fizyczna ciągłość liczy się o tyle, że w normalnych okolicznościach podtrzymuje ciągłość psychiczną. Kurczowe trzymanie się mózgu i ciała nie może być celem samym w sobie. Spójrzmy na przykład osoby z zaawansowaną demencją: u kogoś takiego istnieje ciągłość fizyczna, ale nie psychiczna. Gdyby ten człowiek otrzymał nowe neurony, które w zdrowym mózgu emulowałyby stare – przywróciłyby mu pamięć, kreatywność, poczucie humoru – byłoby to dla niego o wiele korzystniejsze, niż gdyby miał zatrzymać stare neurony toczone neurodegeneracyjną chorobą. Jeśliby stopniowemu zastępowaniu neuronów towarzyszyła ciągłość świadomości, wówczas zapewnilibyśmy mu to, co dla nas najistotniejsze: zachowanie psychicznej ciągłości. Właśnie to mamy na myśli, kiedy mówimy o „przeżyciu” człowieka od jednej chwili do następnej. Parfit przesuwa pojęcie tożsamości osobowej bodaj najdalej, jak się da, i rozwiązuje pozorny paradoks teleportacji stwierdzeniem, że „tożsamość nie ma znaczenia”; powinniśmy martwić się jedynie o ciągłość psychiczną. Dodaje jednak, że nie może ona przybrać „postaci rozgałęzionej” (a przynajmniej nie na długo), takiej jak wtedy, kiedy na Marsie powstaje kopia człowieka, podczas gdy oryginał wciąż przebywa na Ziemi. Według Parfita przypadek teleportacji, w którym osoba zostaje najpierw wymazana, a potem odtworzona, powinniśmy postrzegać jako będący mniej więcej nie do odróżnienia od normalnego wzorca osobowego przetrwania. Bo przecież w jaki sposób jesteś, subiektywnie rzecz biorąc, tą samą osobą, która sięgnę97
ła po tę książkę? W jedyny możliwy: taki mianowicie, że zachowujesz mniejszą lub większą psychiczną ciągłość z dawnym sobą. Jeśli tak na to spojrzymy, wówczas teleportacja wyda nam się właściwie tym samym, co zwykły upływ czasu. „Chciałbym, by osoba na Marsie była mną w szczególnie bliski sposób, w jaki żadna przyszła osoba nigdy mną nie będzie (…). To, czego braku się obawiam, zawsze jest tylko brakującym elementem (…). Zwykłe przeżycie jest niemal tak samo fatalne jak bycie zniszczonym i zreplikowanym”3 – pisze Parfit. „Fatalne” nie w tym sensie, że te prawdy powinny nas przygnębiać. Chodzi mu o to, że zwykłe przeżycie, od jednej chwili do następnej, świadczy o tożsamości osobowej tak samo, jak świadczyłyby o niej zniszczenie i odtworzenie. Widoczne u Parfita postrzeganie siebie, do którego doszedł niezależnie, poprzez niezwykle twórcze wykorzystanie eksperymentów myślowych, jest zbieżne z naukami buddyjskiej szkoły myśli: nie istnieje stałe „ja”, które przenosi się z jednej chwili w drugą. Zgadzam się z większością tego, co Parfit ma do powiedzenia na temat tożsamości osobowej. Ponieważ jednak jego poglądy są jedynie wynikiem logicznej argumentacji, mogą się wydawać zadziwiająco oderwane od rzeczywistości, w której żyjemy. Doświadczenie w medytacji być może nie od razu rozwiąże paradoks teleportacji i wyjaśni, dlaczego nie powinniśmy się przejmować własnymi przyszłymi doznaniami bardziej niż doznaniami innych ludzi, ale ułatwi zastanawianie się nad tymi filozoficznymi problemami. Mówiąc o ciągłości psychicznej, mówimy o świadomości i jej treści, zwłaszcza o trwaniu autobiograficznych wspomnień. Wszystko, co osobiste, co odróżnia moją świadomość od świadomości innych ludzi, odnosi się do treści świadomości. Wspomnienia, spostrzeżenia, postawy, pragnienia – oto zjawiska w świadomości. Gdyby „moją” świadomość nagle wypełnić treścią „twojego” życia – gdybym pew98
nego ranka obudził się z twoimi wspomnieniami, nadziejami, obawami, doznaniami czuciowymi i związkami – wówczas przestałbym być sobą. Byłbym taki, jak twój klon z eksperymentu z teleportacją. Moja świadomość jest „moja” tylko dlatego, że szczegóły z mojego życia są objaśniane, kiedy i gdzie wypływają. Na przykład: w tej chwili czuję irytujący ból w karku, będący skutkiem urazu podczas uprawiania sztuk walki. Dlaczego ten ból jest „mój”? Dlaczego tylko ja jestem bezpośrednio świadom jego istnienia? Takie pytania są oznakami pogubienia się. Nie ma żadnego „ja”, które jest świadome bólu. Ból pojawia się w świadomości w jedynym miejscu, w którym może się pojawić: u zbiegu tego mózgu i tego karku. Gdzie indziej mógłby być odczuwany ten konkretny ból? Gdyby sklonowano mnie w procesie teleportacji, identyczny ból w identycznym karku mógłby być odczuwany na Marsie. Ale ten ból nadal byłby umiejscowiony w tym karku. Świadomość, bez względu na jej stosunek do świata fizycznego, jest kontekstem, w którym pojawiają się obiekty doświadczenia: widok tej książki, odgłosy ruchu ulicznego, wrażenie towarzyszące dotykaniu plecami oparcia fotela. Nie ma innego miejsca, w którym mogłyby się pojawić, ponieważ samo ich pojawienie się to świadomość w akcji. Wszystko, co stanowi o unikatowości twojego doświadczania świata, musi stać się częścią treści świadomości. Mamy wszelkie podstawy sądzić, że zawartość świadomości jest uzależniona od fizycznej struktury mózgu. Sporządź kopię swojego mózgu, a wraz z nim skopiujesz zawartość „swojej” świadomości; podziel mózg, a w osobliwy sposób podzielisz też treść. Wiemy z doświadczeń fizycznych i eksperymentów myślowych, że ciągłość psychiczna jest podzielna, zatem może ją przejąć więcej niż jeden umysł. Gdybym poddał się zabiegowi kalozotomii, powstałyby co najmniej dwa niezależne, świadome umysły, oba psy99
chicznie ciągłe z osobą, która pisze ten akapit. Gdyby ośrodki moich zdolności językowych były rozmieszczone w obu półkulach mózgu, każdy z tych umysłów mógłby pamiętać fakt napisania tego zdania. Pytanie o to, gdzie „ja” bym wylądował, w lewej czy w prawej półkuli, nie ma sensu, ponieważ opiera się na złudzeniu, że istnieje jakieś „ja”, unoszące się na wodach strumienia świadomości jak łódka na rzece. Strumień świadomości może się podzielić i popłynąć jednocześnie obiema odnogami. Gdyby odnogi ponownie się spotkały i połączyły, „wspomnienia” obu popłynęłyby wspólnym korytem. Gdyby po latach samodzielnego funkcjonowania ponownie złączyć moje półkule, wspomnienia każdej z jej osobnego istnienia można by w zasadzie odebrać jako połączone wspomnienia pojedynczej świadomości. Nie byłoby podstaw do dociekania, gdzie podziewało się moje „ja”, kiedy miałem rozdwojony mózg, ponieważ nie istnieje żadne „ja” w oderwaniu od strumienia. Kiedy to sobie uświadomimy, podzielność ludzkiego umysłu wyda nam się mniej paradoksalna. Mówiąc subiektywnie, jedynym, co tak naprawdę istnieje, jest świadomość wraz z jej treścią. Zaś jedyną ważną rzeczą w kwestii tożsamości osobowej jest ciągłość psychiczna od jednej chwili do następnej.
C O N A Z Y WA M Y „ J A” ?
Każdy z nas wie na pewno, że rzeczywistość znacznie przerasta naszą świadomość tejże. Na przykład: siedzę przy biurku i piję kawę. Grawitacja trzyma mnie w miejscu, a sposób, w jaki to robi, wciąż nam umyka. Za spójność mojego krzesła odpowiadają elektryczne powiązania pomiędzy atomami, których co prawda nigdy nie widziałem, ale o których wiem, że muszą istnieć, w pewnym sensie, z moją wiedzą albo bez niej. Kawa traci temperaturę z prędkością, 100
którą możemy z dużą dokładnością wyliczyć; w myśl drugiej zasady termodynamiki z każdą chwilą następuje ubytek ciepła, a nie jego pobór z filiżanki bądź z powietrza. Dla mnie jednak żadna z tych rzeczy nie wynika z bezpośredniego doświadczenia. Nie widzę i nie kontroluję procesów trawiennych i metabolicznych odbywających się w moim wnętrzu. Gdybym miał wnioskować z bezpośredniego doświadczenia, powiedziałbym, że większość moich organów wewnętrznych nie istnieje, a jednak jestem słusznie przekonany, że je mam i że są ułożone podręcznikowo. Łyk kawy, zadowolenie ze smaku, ciepło filiżanki w dłoni – to bezpośrednie, dobrze znane doznania, odwołujące się do innych, głębszych doświadczeń, których nigdy nie poznam. Neurony w moim mózgu w każdej chwili uaktywniają się, tworzą nowe połączenia i te zdarzenia determinują charakter moich wrażeń. Nie mam bezpośredniej wiedzy na temat elektrochemicznej aktywności mojego mózgu, a jednak ten wilgotny cud obliczeniowy działa i tworzy moją wizję świata. Im dłużej trzymam się takiego sposobu myślenia, tym staje się dla mnie jaśniejsze, że dostrzegam zaledwie czubek góry lodowej wszelkiej istniejącej wiedzy. Mogę, na przykład, sięgnąć po filiżankę z kawą albo odstawić ją na biurko, pozornie według swojego widzimisię. Są to celowe działania, ja je wykonuję. Ale kiedy zajrzę głębiej, poszukam tego, co stanowi ich podłoże – neurony ruchowe, włókna mięśniowe, neuroprzekaźniki – niczego nie poczuję ani nie zobaczę. W jaki sposób zapoczątkowuję to zachowanie? Nie mam pojęcia. Wobec tego w jakim sensie to ja je inicjuję? Trudno powiedzieć. Poczucie, że zamierzałem zrobić to, co właśnie zrobiłem, wydaje się niczym więcej, jak właśnie poczuciem istnienia jakiegoś wewnętrznego przyzwolenia, na przykład takiego, że mój mózg przewidział następstwo zdarzeń i przygotował plan działania. Na pewno coś tam było, nawet jeśli „poczucie” nie jest tu najtrafniejszym słowem. W przeciwnym 101
razie jak zauważyłbym różnicę pomiędzy świadomym a mimowolnym zachowaniem? Gdyby nie wrażenie bycia panem samego siebie, czułbym, że moje działania są machinalne i że nie panuję nad nimi. Pojawia się pytanie: skoro mam aż tak ograniczoną perspektywę, to gdzie właściwie się znajduję? I czym jestem, skoro zarówno moje wnętrze, jak i zewnętrze stanowi dla mnie zagadkę? Wnętrze i zewnętrze czego? Mojej skóry? Czy jestem tożsamy ze swoją skórą? Jeśli nie – a najwyraźniej tak brzmi odpowiedź – to czemu granica pomiędzy moim wnętrzem a zewnętrzem przebiega na poziomie skóry? A jeśli nie na poziomie skóry, to w takim razie gdzie kończy się moje zewnętrze, a zaczyna wnętrze? Na poziomie czaszki? Czy jestem moją czaszką? Czy jestem w środku mojej czaszki? Załóżmy chwilowo, że tak, bo szybko wyczerpują nam się miejsca, w których możemy mnie szukać. Gdzie dokładnie mieszczę się w czaszce? Jeśli jestem w swojej głowie, to jakim sposobem reszta mnie jest mną (a co dopiero moim wnętrzem)? –