Skip to main content

Wybieram siebie, wybieram ciebie - fragment

Page 1

(

PORUSZAJĄCA OPOWIEŚĆ DLA FANÓW NICHOLASA SPARKSA.

Justyna Chaber, Ona czyta

)

TOMASZ KIERES

WYBIERAM S I E B I E, WYBIERAM CIEBIE


TOMASZ KIERES

WYBIERAM S I E B I E, WYBIERAM CIEBIE


ROZDZIAŁ 1

Maks zaklął pod nosem. Już kolejny raz mu się to zdarzyło i do tej pory powinien stać się bardziej przewidujący. Na swoje usprawiedliwienie mógł powiedzieć, że nie spodziewał się, że jego zamówienie z poniedziałku będzie do odebrania raptem po trzech dniach. Zazwyczaj realizacja jego zlecenia trwała około tygodnia, niezależnie, czy były to książki, komiksy, czy płyty. Najszybciej docierały wydania anglojęzyczne, zwłaszcza jeśli mieli je na stanie w oddalonym o około pięćdziesiąt kilometrów Bergen, największym mieście tego regionu Norwegii. Co prawda mógł sam tam pojechać samochodem, ale od kiedy ponad dwa miesiące temu zawitał do tego małego miasteczka, jego dziesięcioletnie volvo nawet raz nie zostało ruszone z miejsca. Wszędzie przemieszczał się na piechotę. Oczywiście „wszędzie” brzmiało bardzo dumnie, a sprowadzało się do wycieczek do miasteczka po zakupy spożywcze i ewentualne odebranie paczki w miejscowej małej księgarni oraz do samotnych spacerów po okolicznych terenach.

5


Domek, który Maks wynajmował, znajdował się około trzech kilometrów od centrum miasteczka i była to odległość jego zdaniem idealna. Jeśli czegoś potrzebował, udawał się na sześciokilometrowy spacer. Naturalnie, przy zbyt dużych zakupach, a jeszcze tak jak w dzisiejszym przypadku, kiedy do nich doszła niemała przesyłka, zdecydowanie miał co nieść. Równie często zdarzało się, tak jak dzisiaj, że do miasteczka zachodził całkiem przypadkiem, bez jakiegoś wcześniejszego planu. Po prostu nogi podczas spaceru zanosiły go w pobliże. Wtedy uznawał, że może kupi coś do jedzenia. I właśnie teraz klął pod nosem, dźwigając w jednej dłoni torbę z zakupami, a pod drugą pachą spory karton z zamówieniem wypełnionym komiksami w twardej oprawie. Zawsze starał się pamiętać, aby brać ze sobą przynajmniej plecak. Kiedy jednak już wychodził z domu i nawet udawało mu się o nim pamiętać, zawsze cofał rękę. Tłumaczył sobie, że przecież idzie tylko się przejść i nie planuje wizyt w żadnych sklepach, a jeśli już, to da sobie radę bez plecaka. Koniec był zawsze taki sam. Taki jak dzisiaj. Szedł owiewany mroźnym wiatrem od Morza Północnego. Choć nigdy nie był pewien, czy w tym miejscu nie znajduje się już Morze Norweskie. To mu nigdy nie dawało spokoju. Mimo chłodu, który za sobą niósł powiew, Maks czuł pot płynący po plecach, a ciężar pakunków dawał mu się we znaki. Jeśli to miał być jego nowy start, nowy początek, czy jakkolwiek by tego nie nazwał, to zerwanie z planowaniem i próbami kontrolowania rzeczywistości było pierwszym krokiem. Inna sprawa, że dyscyplina, z którą starał się pod-

6


chodzić do wszystkiego, pozwoliła mu stać się tym, kim był dzisiaj. Tylko kim był? To pytanie zadał sobie głośno, stawiając sprawunki na podłodze domku. Rozejrzał się po około siedemdziesięciometrowym wnętrzu. Czyż to właśnie nie był cel wszystkiego? Jego drogi? Ciekawe tylko, dlaczego tego nie czuł.

*** Sara przeciągnęła się na łóżku i spojrzała na stojący na szafce zegarek. Dokładnie za minutę powinien włączyć się alarm, oznajmiając godzinę ósmą. Szczerze mówiąc, to nie pamiętała, kiedy ostatni raz słyszała jego sygnał. Zawsze budziła się tuż przed nim, jakby wiedziała, że za chwilę zadzwoni, że za chwilę postawi ją na baczność. Przez całe lata „na baczność” nie miało swojej pory, mogło się zdarzyć w każdej chwili i przybrać każdą możliwą postać. Od krzyku z jej imieniem w roli głównej po zapach spalenizny z kuchni, gdy niewyłączony gaz mógł wywołać pożar, a ona była pierwszą i ostatnią deską ratunku i strażniczką w jednym. Po krótkiej wizycie w łazience Sara sięgnęła po mocno niedojrzałego banana w zielonej skórce i szybko go pochłonęła. Takie lubiła najbardziej, jeszcze gorzkie, zanim dojrzałość przyniesie charakterystyczną słodycz. Podeszła do stolika, na którym stał jej laptop i podłączona do niego

7


drukarka. Przez chwilę walczyła z pokusą, aby go włączyć i sprawdzić pocztę. Zamiast tego skierowała kroki po strój do biegania. Komputer włączy, gdy wróci. Na spokojnie. Niczego by w tej chwili nie przyspieszyła, a jeszcze mogłoby dojść do tego, że podczas biegu myślałaby o pracy. Czasy, kiedy jej laptop był włączony praktycznie przez całą dobę, były już za nią. Nie wynikało to co prawda z jakiegoś pracoholizmu, a bardziej z faktu, iż nie była do końca panią samej siebie, a pracowała, kiedy tylko mogła, kiedy złapała chwilę i rzadko na spokojnie i w pełnym skupieniu. Teraz wreszcie mogła nadać swojemu życiu jakieś konkretne ramy. Wprowadzić porządek do chaosu, jakim była jej egzystencja. I ten porządek dawał jej wytchnienie, poczucie, że po raz pierwszy to ona decydowała o sobie. Kilka minut później była gotowa do wyjścia. Jeszcze raz sprawdziła czas. Dokładnie o dziesiątej rozpocznie się jej pięciogodzinny dzień pracy. Ani krótszy, ani dłuższy, dokładnie taki.

*** Maks popatrzył na otwarty plik w Wordzie. Od kilku dni podchodził do niego, starając się wykrzesać z siebie jakieś słowa. Kiedy jednak tylko siadał przed komputerem, jego myśli odpływały. Niby wiedział, co ma pisać. Początek miał nawet dokładnie przemyślany, właściwie dosyć dobrze ułożony w głowie, a jednocześnie nie był w stanie ubrać tego w słowa. Nie mógł wybić ich na klawiaturze, aby zmaterializowały się przed jego oczami.

8


Można by pomyśleć, że odkąd znalazł się w tym kraju, w tej swojej ziemi obiecanej, to przyjął ten spokój miejscowych, ten brak pośpiechu, to slow life, o którym tyle słyszał, a jednocześnie nigdy nie zaszczepił na własny grunt. Tylko że to nie było to. To nie był relaks ani tym bardziej spokój ducha, który ten relaks powinien zapewnić. Niby miał wreszcie to, czego zawsze pragnął. Nikt nic od niego nie chciał. Teoretycznie mógł nic nie robić albo raczej robić to, na co nigdy nie starczało mu czasu. Czytać książki, oglądać ukochane filmy czy cokolwiek by mu się w danej chwili zachciało. Wszystko zależało tylko i wyłącznie od niego. To w czym był problem? Oczywiście w tym nierobieniu niczego. To jednak była lekka przesada. Nie mógł nic nie robić. W końcu wybrał sobie chyba najdroższy kraj do życia, a jego portfel z pewnością nie był bez dna. Osiem lat wcześniej zdecydował się na zrobienie czegoś więcej w swoim życiu. Bez żadnego przygotowania, bez wcześniejszego planu, prawie dosłownie pod wpływem chwili usiadł i zaczął pisać. Oczywiście można się było spierać, czy do tamtego momentu nie prowadziły całe lata rozmyślań właśnie o tym. Może niekoniecznie o pisaniu, ale o czymś innym niż jego codzienna praca. I w końcu przyszedł ten czas, kiedy rozmyślania i wypowiadane raczej żartobliwie słowa zamienił w czyny. Punktem zwrotnym był urlop. On, jego żona i dwie córki. Po raz pierwszy zamiast udać się gdzieś na południe postanowili wsiąść do samochodu i pojechać na północ. Przez Niemcy do Danii, a stamtąd do Szwecji i Norwegii. Miłośnicy ciepła, którymi byli do tej pory, pokochali chłód

9


północy. Ten spokój, wyciszenie i te bezkresne puste tereny. Była to tak wielka odmiana od ich codziennej pogoni, że gdy wrócili do domu, długo nie mogli dojść do siebie. Mało tego, zaczęli snuć marzenia o własnym domku gdzieś tam w Szwecji albo w Norwegii. Z dala od wiecznego wyścigu z czasem, którego nie byli w stanie wygrać. Codzienne obowiązki, praca, dziewczynki – wszystko to nie pozostawiało wiele pola manewru. Mimo że uważali się za bardzo dobrze zorganizowanych, tego najważniejszego czasu dla siebie wciąż było zbyt mało. Niecały tydzień po powrocie, który to przechodzili jak zombie, usiadł do pisania. Może nie był to najlepszy sposób na szybki zastrzyk gotówki, ale przynajmniej dawał poczucie, że coś zaczął robić. Może ten domek na północy nie był czymś realnym, ale stał się dla nich symbolem, do którego chcieli zmierzać. Symbolem zwolnienia, spokoju, czasu, którego w końcu mieliby mieć wystarczająco. Coś, co miało być początkowo zbiorem opowiadań, zamieniło się w powieść. Może nie najdłuższą na świecie, ale w powieść. Z początkiem, rozwinięciem i końcem. Potem siłą rozpędu napisał jeszcze dwie. Wtedy nastąpiło zderzenie ze ścianą. Okazało się, że cały świat nie czekał na jego twórczość. Co prawda wydał swoją pierwszą książkę, ale sposób, w jaki to się odbyło, pozostawiał wiele do życzenia. Vanity publishing nie było drogą, którą chciał podążać. Zrezygnował z wydawania kolejnych tym samym sposobem. W międzyczasie napisał jeszcze jedną, która „leżała” na twardym dysku przez kilka miesięcy, bo nie był w stanie zebrać się do napisania wymaganego przez wydawnictwa streszczenia. Wreszcie pewnego dnia się przemógł i napisał ten przeklęty skrót. W końcu nie było sensu, aby skończona książka

10


leżała bezużytecznie. Kiedy rozesłał ją, nie robił sobie specjalnych nadziei. Tym większe było jego zaskoczenie, kiedy dwa dni później otrzymał odpowiedź. Jego pierwszą myślą, kiedy sprawdził pocztę w telefonie, było, że jeszcze nikt tak szybko nie odrzucił jego książki. Kiedy jednak przeczytał całą wiadomość, dotarło do niego, że wydawnictwo chce wydać jego tekst i podpisać umowę na następne, które dopiero napisze. Nie posiadał się ze szczęścia. To był dopiero początek drogi, ale rękawica została rzucona, a on musiał ją podjąć. W końcu do tego zmierzał. Oni do tego zmierzali. Nie stał się królem list bestsellerów, ale powoli i systematycznie budował swoją pozycję, z każdą książką poszerzając krąg czytelników i zbliżając ich tym sposobem do domku na północy. To wszystko wymagało jednak jeszcze większej mobilizacji. Praca, dom i codzienna koncentracja na tym, aby ani córki, ani ich małżeństwo nie ucierpiały. W związku z czym na pisanie zostawało zawsze kilka godzin późno wieczorem, przed krótką drzemką przed pracą. Żelazna dyscyplina pozwoliła mu przemierzyć tę drogę. Tym sposobem doszedł, a właściwie dojechał, do swojego domku. Klucz tkwił w słowie „swojego”, a nie „ich”. Prawdopodobnie nigdy nie miał być wspólny, ale o tym się przekonali, kiedy ten był już w zasięgu ręki. Maks powoli wstał od stołu, zamykając przy tym laptop. Mógł oczywiście zostawić włączony ekran, ale z krótkiego doświadczenia wiedział, że nic tego dnia nie napisze. Jeszcze w domu było to coś nie do pomyślenia. Swoje codzienne minimum musiał zawsze wyrobić. Choćby się waliło i paliło, musiał stawiać krok po kroku. Książki same się nie napiszą, zwykł powtarzać, kiedy żona w środku

11


nocy wołała go, aby się położył, bo przecież zaraz będzie musiał wstać. Tego minimum nie wyrobił od ponad dwóch miesięcy. Na swoją obronę mógł powiedzieć, że zaraz po przyjeździe do Norwegii wysłał do wydawnictwa ostatni skończony tekst, napisany chyba w najbardziej burzliwym okresie jego życia. Teraz teoretycznie należał mu się odpoczynek. Zawsze po każdej napisanej książce planował mieć przynajmniej kilka tygodni oddechu. Naturalnie nic z tego nie wychodziło. To była kolejna rzecz, którą odkładał na później. W domku sobie odetchnę, mówił. I teraz oddychał. Tak samo jak się relaksował. Delikatnie mówiąc, kiepsko. Rzucił okiem na leżące na ławie koło sofy trzy rozpoczęte książki z całej listy pozycji do nadrobienia. Trudno było jednoznacznie stwierdzić, czy były mało wciągające, czy po prostu nie mógł się na nich skupić. Nagle założył kurtkę i buty i wyszedł z domu. Chyba był najwyższy czas zakończyć ten relaks.

*** Sara kliknęła „wyślij” i zamknęła pocztę, po czym wyłączyła komputer. Ze zleceniami była bardziej niż na bieżąco. Do piętnastej pozostało jeszcze dziesięć minut, w związku z czym sięgnęła jeszcze po notatnik i zrobiła szybki plan z zadaniami do wykonania, pisząc przy każdym punkcie termin wymagalności. Nigdy oczywiście nie robiła niczego na ostatnią chwilę, ale chciała mieć dokładny ogląd sytuacji.

12


Pracy jej nie brakowało i na szczęście nowe zlecenia cały czas nadchodziły, a jej stali klienci polecali ją kolejnym. Odległość paru tysięcy kilometrów od kraju najwyraźniej nikomu w niczym nie przeszkadzała, dopóki praca była wykonana jak trzeba. A tego akurat nigdy nie zawaliła, nawet w najgorszym okresie swojego życia, kiedy terminy się nawarstwiały, a ona nie mogła znaleźć chwili, aby się skupić na pracy. Do tej pory zadawała sobie pytanie, jak jej się to wszystko wtedy udawało, kiedy większość czynności wykonywała automatycznie, a jej uwaga i myśli były cały czas przy mamie. Na szczęście to, że mogła pracować w domu, wiele ułatwiało, ale tak naprawdę niczego nie rozwiązywało. Sara potrząsnęła odruchowo głową, jakby to mogło przegonić wspomnienia. Ostatecznie niczego nigdy nie zawaliła i dzięki temu wtedy miały za co żyć oraz teraz mogła sobie zniknąć na tym końcu świata. Dla kogoś, kto mieszkał całe życie w centrum europejskiej stolicy, małe miasteczko w Norwegii, nawet jeśli znajdowało się niedaleko stolicy krainy fiordów, w dalszym ciągu było, można powiedzieć, ostatnią granicą. W końcu na mapie wyżej były tylko Islandia i Grenlandia. Sara odsunęła notatnik i zamknęła komputer. Wstała od biurka i ruszyła do kuchni, gdzie czekała na nią przygotowana wcześniej sałatka. Kolejna czynność wykonywana codziennie mniej więcej o tej samej porze. Czasami zastanawiała się, czy nie ma nerwicy natręctw. Jednakże ten porządek nie był dla niej powodem stresów. Wręcz przeciwnie, dawał jej spokój i relaks, wszystko było na swoim miejscu

13


i miało swój czas. Chaos poprzedniego życia i jego całkowita nieprzewidywalność nie miały nic wspólnego z szaloną spontanicznością, a więcej z nieustannym oczekiwaniem, co złego teraz się wydarzy. Nieliczne zaś chwile wytchnienia przygotowywały na kolejny „wybuch”. Może dla osoby postronnej w jej życiu wiało nudą. Wcześniej z pewnością tak nie było, ale za nic w świecie nie chciałaby cofnąć czasu. Oczywiście pewne rzeczy może i można byłoby zmienić, ale czy w tamtych momentach postąpiłaby inaczej? Pewnych wyborów żałowała, ale to teraz, gdy patrzyła z dystansu. Wtedy wybierała to, co było najlepsze. Dla innych. Teraz żyła swoim spokojnym, najnudniejszym z możliwych żyć i była szczęśliwa. Ponieważ skoro czuła spokój i potrafiła uśmiechnąć się do swojego odbicia w lustrze, nie na siłę jak w coachowym podręczniku, tylko tak po prostu na widok siebie samej, to chyba było to szczęście. Czy w końcu nie od tego należy zawsze zacząć? Właśnie od polubienia siebie? Może i trochę czasu jej to zajęło, ale w końcu tu się znalazła. Szybko pozmywała po jedzeniu. Następnie sięgnęła po książkę i schowała ją do torebki. Jeszcze lekki płaszcz, buty i była gotowa. Kolejny punkt, bezwzględnie jeden z jej ulubionych. Najpierw spacer. Bez względu na pogodę przemierzała miasteczko wzdłuż i wszerz. Minęło kilkanaście miesięcy, odkąd się tutaj osiedliła, i wciąż to się jej nie znudziło. Mało tego, można było śmiało stwierdzić, że jej spacery już zdążyły się wpisać w krajobraz tego miejsca. Podobnie jak jej krótkie rozmowy z napotkanymi „znajomymi”. Nie było

14


to nigdy nic wielkiego, ot, krótkie kilka zdań o pogodzie i o mijającym dniu. To ona, ku zaskoczeniu miejscowych, jak również siebie samej, była zazwyczaj stroną inicjującą. Tłumaczyła sobie, że chodzi o uczenie się języka, ale było w tym również coś innego. Coś podobnego do tego, co czuła, kiedy już kończyła spacer i siadała w małej kawiarence, której okna wychodziły na Morze Północne. A może już Norweskie? Mimo że informacje w internecie wskazywały jednak na Północne, to ona lubiła myśleć, że jest gdzieś na granicy światów. Taka odrobina fantazji w jej poukładanym życiu. W kawiarence miała swoje stałe miejsce. W rogu, przy oknie, takie trochę oddalone od innych. Kiedy zaczęła tu przychodzić, miała szczęście i przez kilka pierwszych dni stolik był wolny. Niestety w pierwszą sobotę szczęśliwa passa się skończyła i prawdę mówiąc, trudno było jej ukryć zawód. Może coś z tymi natręctwami było na rzeczy. W każdym razie ten fakt nie umknął Marit, właścicielce i kelnerce w jednym, i kiedy Sara w niedzielę pełna obaw przekroczyła ponownie próg kawiarni, na stoliku powitała ją karteczka ze znajomo brzmiącym napisem reservasjon. Zanim jednak zdążyła poczuć ponowne rozczarowanie, Marit już stała obok niej, mówiąc, że to dla niej. Zapytała też, czy ma zamiar ich odwiedzać tak często jak w ostatnich dniach. Kiedy Sara zaskoczona tym przyjęciem zapewniła, że tak, kobieta odpowiedziała, że w takim razie stolik będzie na nią czekał codziennie. Sara mogła śmiało stwierdzić, że Marit była dla niej kimś najbardziej przypominającym przyjaciółkę. Może bardziej koleżankę, ale ona gdzieś wewnętrznie czuła, że gdyby nagle znalazła się w potrzebie, Marit byłaby

15


pierwszą osobą, do której by się zwróciła i z pewnością mogłaby na nią liczyć. Było to o tyle dziwne, że nie mogła z całą stanowczością stwierdzić, żeby przez miniony czas się poznały, a raczej żeby Marit dowiedziała się dużo o niej. Ona sama sporo wiedziała o tej kobiecie, szczęśliwej matce dwóch chłopców, a właściwie młodych mężczyzn, która wspólnie z mężem Magnusem prowadziła kawiarnię. Owszem, rozmawiały o pracy, o książkach, o filmach, ale opowieściami o życiu przed Norwegią Sara nie była specjalnie skłonna się dzielić. I Marit to świetnie rozumiała. Może właśnie dlatego tak doskonale się dogadywały, ponieważ kobieta wiedziała, że Sara znalazła się w tym miejscu, ponieważ potrzebowała własnej przestrzeni, tylko i wyłącznie dla siebie, a jeśli będzie gotowa kogoś do niej wpuścić, to zrobi to na własnych warunkach. Dlatego właśnie Sara tak bardzo lubiła to miejsce i ten „swój” stolik. Siedziała między ludźmi, choć tych było niewielu. Miała ich na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie nie czuła się przytłoczona. W końcu to była jej przestrzeń na oddech. Czy kiedy zdawała maturę, tak sobie wyobrażała siebie za prawie dwadzieścia lat? Podstawowe pytanie na każdej rozmowie kwalifikacyjnej. Oczywiście, że nie. Jej plany były zupełnie inne. Czy byłaby szczęśliwsza, gdyby się zrealizowały? Na to pytanie nie potrafiła odpowiedzieć. To byłoby tylko gdybanie, a wnioski mogłyby być niewesołe. Uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze drzwi wejściowych do kawiarni. Teraz jestem tutaj, stwierdziła pod nosem, i tutaj jest dobrze.

16


*** Maks stanął na rynku i rozejrzał się dookoła. Zdążył być tutaj już parę razy, ale nigdy wcześniej nie przykładał specjalnej wagi do tego, co i gdzie się znajduje. Wiedział, gdzie jest spożywczy i gdzie księgarnia, w której mógł odbierać zamówienia, i to do tej pory mu w zupełności wystarczało. Jadł w domu, a innych potrzeb chwilowo nie zdążył mieć. Do dzisiaj. Jeszcze raz rzucił okiem na otaczające go budynki i uznał, że nic, czego by potrzebował, tutaj nie znajdzie. W związku z tym ruszył powoli ulicą prowadzącą na wybrzeże. Było to śmiałe stwierdzenie, gdyż odkąd się tu znalazł, miał wrażenie, że całe miasteczko było wybrzeżem. Położone na jednej z wielu większych wysp, połączonych ze sobą mostami, praktycznie z każdej strony otoczone było wodą. Jej szum nie odstępował go nawet na chwilę, niezależnie, w którym miejscu się znajdował. Kiedy znalazł się już na uliczce prowadzącej na lokalne molo, dostrzegł wreszcie to, czego szukał. Małą kawiarenkę, w której chciał się napić kawy. Nie był nigdy specjalnym smakoszem tego napoju, a już z pewnością nie stosował jej jako swego rodzaju przebudzacza. Był to raczej dodatek do tak zwanej chwili relaksu. Nic dziwnego, że nigdy się nie przyjęła. Teraz był jednak nowy on i mimo że przez ostatnie dwa miesiące nie mógł być dalej od stanu relaksu niż kiedykolwiek wcześniej, postanowił spróbować tej jednej rzeczy, która z tym mu się przynajmniej kojarzyła. Fakt, że nagle zaczął się dusić w swoim wymarzonym domku, wolał w tej chwili pominąć.

17


Odruchowo potarł dłonią głowę, jakby chciał okiełznać niesforną i rozwianą wiatrem czuprynę. Było to o tyle ciekawe, że na ostrzyżonej na jeża głowie żadnej czupryny nie było. Chyba zdał sobie sprawę z tego, co robi, ponieważ szybko opuścił rękę. Powinien raczej zadbać o brodę, która od wielu miesięcy rosła w sposób niekontrolowany, na dodatek tak intensywnie, jakby chciała zrekompensować brak włosów wyżej. Jego strój również pozostawiał wiele do życzenia, ale w końcu był w Skandynawii, w miejscu, gdzie, jak zawsze słyszał, zwracanie uwagi na wygląd zewnętrzny drugiego człowieka było raczej niespotykane, o jego ocenianiu nie wspominając. Jeśli teraz miał się przejmować tym, że jego strój może być nieodpowiedni, to o jakimkolwiek relaksie mógł już zapomnieć. Nie zwlekając ani chwili dłużej, pchnął drzwi i wszedł do środka. – Hello – powiedział do blondynki stojącej za barem. Ta odpowiedziała mu z uśmiechem i lekkim skinieniem głowy. Rozejrzał się po wnętrzu. Lokal nie był specjalnie mały, ale miał w sobie taką przytulność i ciepło, że od razu chciało się w nim zostać. Nic dziwnego, że właściwie wszystkie stoliki były zajęte. No prawie wszystkie. Maks dostrzegł jeden wolny. Było to o tyle zaskakujące, że sprawiał wrażenie najatrakcyjniejszego w całej kawiarni. Nie dość, że stał przy oknie, to jeszcze był taki jakby oddalony od innych. Po prostu idealny. Nie namyślając się, ruszył w jego kierunku. Już miał usiąść, kiedy zobaczył leżącą na stoliku książkę. Była po norwesku i leżała przy samej krawędzi. Wydawało się, że jeszcze centymetr i spadnie na podłogę. Maks pod-

18


niósł wzrok i rozejrzał się dookoła. Wszyscy goście wydawali się zajęci sobą, natomiast kobieta stojąca za barem gdzieś zniknęła. Najprawdopodobniej ktoś tę książkę zostawił, przeszło mu przez głowę i usiadł przy stoliku. Rzeczywiście widok był z tego miejsca piękny. Morze wydawało się na wyciągnięcie ręki. Na chwilę zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Wyglądało to, jakby chciał zaczarować rzeczywistość, żeby wreszcie ten upragniony spokój przyszedł do niego. Niby nie miał żadnych zmartwień i spokój powinien stać się jego normalnym stanem. To był dopiero żart.

*** Sara umyła ręce i wytarła je papierowym ręcznikiem. Marit już powinna zdążyć przygotować gorącą herbatę. Gdy zaczęła tutaj przychodzić, zamawiała tylko kawę. Siadała sobie z nią przy stoliku i zanurzała się w lekturze, od czasu do czasu kojąc wzrok widokiem morskich fal. Kiedy jednak Marit zaczęła rezerwować dla niej stolik, jej wizyty zaczęły przeciągać się nawet do dwóch godzin. Był to chyba jedyny czas, który traktowała z pewną elastycznością. W granicach rozsądku, oczywiście. W każdym razie uznała, że wręcz nie wypada zajmować stolika, do tego najlepszego, przez tyle czasu i ograniczać swoje zamówienie do jednej kawy. Naturalnie dodatkowa herbata szału nie robiła, ale było to zawsze coś więcej, a z czasem, kiedy już jej codzienne treningi przyniosły oczekiwane rezultaty, zaczęła pozwalać sobie na coś słodkiego. I mimo że Marit już dawno zapewniła ją, że może siedzieć, ile chce i choćby o szklance wody, to

19


Dwoje obcych ludzi w całkowicie obcym miejscu, każde Sara i tak miała poczucie, że robi trochę za mało. Takie popozornie szukające czegoś Czy tam, na czucie miała przez całe życieinnego. i mimo że w właśnie miarę skutecznie końcu świata, wreszcie z tym walczyła, nie znajdą było to dla niej nic swoje nowego.miejsce?

Najpierw więc gorąca herbata, a później coś słodkiego do kawy. Książka była wciągająca,norweskiego jak zwykle zresztą, gdy Małe miasteczko w okolicach Bergen. chodziło o skarb narodowy jej gospodarzy, czyli o Jo Nesbø. Niczym koniec świata. Dla jednych wymarzony eden, dla Był to natomiast pierwszy czytała przynajmniej go w orygiinnych miejsce ucieczki, ale raz, dla kiedy wszystkich, nale, i musiała przyznać, że było to wyzwanie, z którym w zamierzeniu, nowy początek. Sara całe swoje dorosłe radziła sobie lepiej, niż wcześniej przypuszczała, że będzie. życie poświęciła dla innych. Teraz chce zacząć od nowa, Codzienna nauka, przypadkowe rozmowy czy codzienne po swojemu, tylko do końca nienapisami wie, co przynosiły to „po swojemu” oglądanie filmów z norweskimi efekty. znaczyć. Akurat do języków miałoby zawsze miała dryg, o czym mogła się teraz przekonać. Sarawie wyszła z toaletynie i spojrzała w stronę baru.innego, W tym Jedno na pewno, potrzebuje nikogo momencie Marit wzięła z herbatą i ruszyła kieprzynajmniej dopóki nie kubek odnajdzie siebie. Maks w spełnił runku zajmowanego przez nią stolika. swoje marzenie o małym domku na końcu świata. Tylko – Dziękuję, Marit – powiedziała Sara po norwesku. – jest Sama jednowezmę. ale, to marzenie nie zakładało, że będzie w tym raju sam. Przypadkiem drogi kobieta tych dwojga się swoją przecinają. Dopiero w tym momencie dostrzegła polską koleżankę i wskazała wzrokiem jej miejsce. – Ale ktoś usiadł przy twoim stoliku. Musiał mi umknąć ten moment. Zaraz to załatwię. Polecamy również: – Nie trzeba – odpowiedziała Sara. – Sama to zrobię. W końcu nie była dzieckiem, a kwestie asertywności były na liście tych, które postanowiła zdecydowanie wprowadzić do swojego życia. Jakby się zastanowić, to tych nowości było całkiem sporo, no ale jeśli gruba kreska, to gruba kreska. Spojrzała na mężczyznę, który zajął jej miejsce. Mimo że był wpatrzony w widok za oknem, widziała go dokładnie. Trudno było określić jego wiek, ale raczej młodszy od niej

cena 42,90 zł

ISBN 978-83-8195-643-7

20

9 788381 956437


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Wybieram siebie, wybieram ciebie - fragment by Filia - Issuu