BOGNA
ZIEMBICK A
JODŁY SZUMIAŁY, NA NIEBIE ŚWIECIŁY GWIAZDY, TRZASKAŁY GAŁĄZKI W OGNISKU. ŻYCIE TO TYLKO CHWILA. ALE NASZE CZYNY – I TE DOBRE, I TE ZŁE – TWORZĄ HISTORIĘ.
BOGNA
ZIEMBICK A
Żeby coś się zdarzyło Żeby mogło się zdarzyć I zjawiła się miłość Trzeba marzyć Zamiast dmuchać na zimne Na gorącym się sparzyć Z deszczu pobiec pod rynnę Trzeba marzyć Jonasz Kofta, Trzeba marzyć
PROLOG
Przestał padać deszcz. Schną na słońcu drogi. Zesłał komuś deszcz jedną z lata bogiń – co na stopach gwiezdny miała pył. On przydrożnym świątkiem tylko był – zwyczajnym świątkiem i nie tak bardzo świętym. Jeremi Przybora, Przestał padać deszcz
Wszystko, co poznajemy w podróży, możemy poznać, i to lepiej, nie ruszając się z domu. Czy siedząc pod palmą na wyspie jak z reklamy batonu Bounty, widzimy czarowną linię brzegu, białe plaże, lazur atolu? Ryby kryjące się w przezroczystej wodzie? Rafę koralową? Ależ skąd. Mamy przed sobą piasek, kilka niedopałków, które zostawili plażowicze, ciemnoniebieską wodę jak zabarwioną ultramaryną przed płukaniem 7
białej pościeli. Nie ma widoku z lotu ptaka, nie ma lektora wskazującego cuda przyrody – miejscowe ptaki, kwiaty, motyle. Jest za to upał, żołądek ciężki po szwedzkim stole w hotelu i nagle przelatująca przez głowę myśl, że od uderzenia spadającym orzechem kokosowym ginie więcej ludzi niż od ataku rekinów. Po co więc ludziom podróże? Co gnało w świat Kolumba, Strzeleckiego albo Vasco da Gamę? Żądza wiedzy? „Niebo, nie umysł tacy odmieniają, którzy za morze po mądrość ruszają”. Mikołaj, gdy był mały, myślał, że powtarzając to, tata cytuje coś, co sam napisał. Lubił siebie cytować, a jego bon moty budziły zazdrość mężczyzn i zachwyty kobiet. „Po co tam jedziesz? – spytał, gdy miał sześć lat i od kilku tygodni prawie nie widywał ojca, który zamknięty w gabinecie czytał stosy książek o tak dziwacznych tytułach, jak Piąta zima magnetyzera, Chmury nad Metapontem czy Z pięcioma brylantami. – Przecież już i tak wszystko wiesz o tej głupiej Szwecji”. „Chcę ją zobaczyć – odrzekł ojciec. – A czytam, bo widzi się to, co się wie”. Nie zrozumiał tej odpowiedzi, a ojciec mu jej nie wytłumaczył. Tłumaczył tylko wtedy, gdy Mikołaj się przyznał, że nie rozumie. Taki układ. Kiedy mama po naświetlaniach była już taka słaba, że nie mogła utrzymać w ręce książki, całymi dniami i nocami oglądała filmy. Kładł się koło niej na łóżku i starał się ją rozśmieszyć, śpiewając z tańczącym na stole Williamsem-Bergerem albo z Alem Martinem na weselu Connie Corleone. Hair, 8
Ojca chrzestnego, Casablancę, Yentl, Kabaret, Lecą żurawie, Absolwenta, Johna i Mary, Łowcę jeleni, Tacy byliśmy i Rzymskie wakacje znał na pamięć. Nigdy potem do nich nie wracał, bo kojarzyły mu się z umieraniem. Leciał bodajże do Toronto, gdy zobaczył na ekranie kabaretowego Mistrza Ceremonii, Joela Greya. Odwrócił wzrok. Patrzył na uciekający spod skrzydeł Kraków, potem na chmury podświetlone zachodzącym słońcem. W głowie jednak przewijał mu się film i spojrzał na ekran dokładnie wtedy, gdy na scenie kabaretu zjawiła się Liza Minnelli w meloniku i czarnych pończochach. Sięgnął po słuchawki. Pamiętał każdą nutę Mein Herr, pomalowane na zielono paznokcie Lizy, szaroniebieskie krzesło, przy którym tańczyła, sposób, w jaki po piosence oblizała wargi, krople deszczu spływające po szybie, gdy Michael York pytał, czy jego ciało budzi w niej zwierzęcą żądzę, każdy szczegół ich berlińskiego mieszkania, koszulę Yorka w biało-niebieskie paski… Nie pamiętał tylko wątku homoseksualnego. W pierwszej chwili pomyślał, że ogląda jakąś rozszerzoną wersję. Ale nie. Pamiętał ich taniec we troje, z Maximilianem von Heune, błękitny sweter i złotą papierośnicę, pamiętał: „Pieprzę go” Lizy i odpowiedź Yorka: „Ja też”. Wtedy tego nie zrozumiał. Widzi się to, co się wie. Może ojciec podróżował, bo chciał uciec z domu? Bo na świecie było mnóstwo kobiet piękniejszych i bardziej pociągających niż mama Mikołaja? Jeśli nawet był to powód, to poboczny. Ojciec specjalnie się nie krył ze swoimi romansami – nigdy nie wysilał wyobraźni i nie opowiadał historyjek, gdy 9
wieczorem wychodził z domu. Mówił: „Nie wiem, kiedy wrócę”, brał kapelusz i znikał na całą noc. Mama nie robiła awantur, zachowywała się tak, jakby wszystko było w porządku. „To jest związek otwarty” – powiedział Mikołaj babci utyskującej na jego ojca. Przeszedł już do ósmej klasy i przepełniała go duma, że jest taki dorosły i znalazł wytłumaczenie odmienności więzów łączących rodziców. „Jaki związek? – spytała babcia. – Biedne dziecko, on ci tak mąci w głowie? Bezbożnik, wstydu nie ma!” Ciekawość. To powodowało ojcem. Dlatego objechał cały świat, dlatego zmieniał kochanki, dlatego naprawdę zaczął rozmawiać z synem, dopiero gdy Mikołaj kończył liceum. Dzieci go nie interesowały – nie miały nic ciekawego do powiedzenia, niczego nie widziały ani nie przeżyły. A co jego samego gnało w świat? Chęć dorównania ojcu. Mikołaj, który w rozmowie zawsze poświęcał prawdę na rzecz barwności historii, nigdy się nie okłamywał. Doskonale wiedział, że ukryta rywalizacja z ojcem była motorem wszystkich jego poczynań. Ojciec, nawet jeśli to wyczuwał, a był mistrzem odgadywania nastrojów, nie brał udziału w tym wyścigu. Mikołaj boleśnie zdał sobie z tego sprawę, gdy powiedział ojcu, że też pisze, i w odpowiedzi usłyszał: „Po co zapalać świeczkę, gdy świeci słońce?”. Ojciec debiutował w sześćdziesiątym trzecim roku jako osiemnastolatek. Rok później, dzięki protekcji samego Jerzego Andrzejewskiego, zaciągnął się na drobnicowiec płynący do Dżakarty, potem – zanim w sierpniu Amerykanie 10
rozpoczęli zmasowany atak – łodzią rybacką przedostał się z Indonezji do Wietnamu, wstąpił do Wietkongu i plątaniną ścieżek przez góry i dżunglę, zwaną górnolotnie szlakiem Ho Chi Minha, dotarł do Laosu. Tam zrzucił drelichowy mundur i sandały wycięte ze starych opon, w których chodzili wietnamscy żołnierze, i jakimś sposobem – którego w żadnej ze swych książek nie zdradził – został tłumaczem u Amerykanów, wtedy jeszcze łudzących się, że zajmą miejsce wycofujących się z Indochin Francuzów. Bywał w pałacu ostatniego króla Laosu, przeżył płomienny romans z laotańską księżniczką i razem z nią uciekł do Tajlandii, a potem – przed nią – do Indii i w listopadzie sześćdziesiątego czwartego roku spadł jak kot na cztery łapy w Bombaju. „W czepku urodzony” – zawsze tak o sobie mówił. Mikołaj nie miał pojęcia, co w tej opowieści było prawdą, a co zmyśleniem. Jeśli prawdziwa była choćby połowa, nic nie mogło jej przebić, nawet jego pomysł przejścia piechotą z Nagarkoil na czubku indyjskiego trójkąta do Delhi. Tak zaplanował trasę, by w listopadzie dojść do Bombaju. I teraz, czterdzieści cztery lata po ojcu, patrzył z hotelowego okna na Bramę Indii, starając się doszukać sensu w swej podróży. Wydawało mu się, że odkrył, czemu Europejczycy tak tłumnie tu zjeżdżają, mimo okropnego klimatu, wałęsających się wszędzie brudnych, chudych krów, nędzy, malarii i trądu. Nie, nie chodziło o bhang ani o rosnącą dziko w przydrożnych rowach, na skraju pól czy gdzieś pod bambusowym płotem marychę. A jeśli, to nie tylko o to. 11
Każdy biały przyjeżdżający do Indii, nawet z biednej Polski, mógł poczuć się jak sahib, bara sahib, wielki pan. Anglicy, którzy tylko najpotężniejszych maharadżów uważali za prawie równych sobie, nauczyli Hindusów, że najlichszy Europejczyk jest od nich lepszy, że sahib mieszka w domu i odpoczywa w klubie, do których tubylcy nie mają wstępu, mówi po angielsku (powoli i wyraźnie, gdy chce być uprzejmy), a jeśli się zniży do nauki kilku słów w hindi, urdu albo malajalam, to są to czasowniki w trybie rozkazującym. „Nie jesteśmy w Indiach mili i nie zamierzamy być mili. Mamy coś ważniejszego do roboty” – powtarzali. Hindusi nigdy nie zapomnieli tej lekcji. W Górach Błękitnych, dokąd Anglicy przenosili się latem, by uciec przed upałami, w jakimś zapyziałym muzeum, gdzie w gablotkach leżały wiktoriańskie młotki do krokieta, korkowe hełmy, wachlarze z pawich piór, a ściany pokrywały zdjęcia Anglików grających w tenisa, przechadzających się wśród różanych szpalerów i pijących herbatę na cienistych werandach, zobaczył tabliczkę z napisem: „NO DOGS OR INDIANS”. „Wisiała na bramie Royal Club – odezwał się tkwiący w kącie stary Hindus o mahoniowej skórze, który sam wyglądał jak zakurzony eksponat. – Kiedyś żona wicekróla chciała wejść do klubu ze swoim pekińczykiem i musiała go zostawić pod opieką służby przed bramą. Anglicy mieli zasady. Pan przyjechał z Anglii, Sir?” Wszyscy brali go tu za Anglika. Brzydził się miejscowymi zakładami fryzjerskimi ze zmatowiałymi lustrami 12
popstrzonymi przez muchy, po kilku miesiącach wędrówki miał więc włosy do ramion. W Bombaju, gdy tylko się wykąpał i oddał rzeczy do prania, poszedł się ostrzyc. „Czyste złoto” – szepnął hotelowy fryzjer, biorąc w dłonie kosmyk jego włosów. „Gej” – przemknęło Mikołajowi przez głowę. Fryzjer tak czule dotykał jego twarzy przy goleniu, że poczuł się nieswojo. To chyba jednak był tylko hołd dla jego jasnej karnacji. Półki w indyjskich drogeriach uginały się od środków na wybielenie skóry. Czarna skóra to był znak chłopów, ludzi z nizin, pariasów, jasnobrązową szczycili się bramini. Krótkonodzy palacze zwłok, szewcy, garbarze, czyściciele latryn, rzeźnicy, pracze byli czarni i nieczyści, kapłani – wysocy, o skórze w kolorze mlecznej czekolady, czasem nawet jasnoocy – byli najczystszymi z czystych. Wyróżniający się w tłumie marchewkową czupryną nieszczęśnicy, którzy zafundowali sobie jej rozjaśnianie, szczególnie tęsknym wzrokiem obrzucali blond włosy Mikołaja. Słońce wisiało już nisko nad Morzem Arabskim. Barwiło Bramę Indii na różowo. Gdy utonie w oceanie, od razu zrobi się ciemno. Tu nie było długich zmierzchów: słońce gasło, pstryk, jakby ktoś wyłączył światło. Nadmorski bulwar stawał się wtedy mroczny, w świetle padającym z hotelowych okien i nielicznych latarni błyskały tylko lusterka, które obklejały karoce dla turystów. Woda przypominała płynne złoto. Gdy słońce wschodziło, na chwilę robiła się różowa, jakby ktoś dosypał soli do kąpieli, potem srebrnoszara, w końcu niebieska. 13
Tego dnia Mikołaj wstał przed świtem, patrzył na wscho-
dzące słońce, daleki horyzont, błękit i mgiełkę nad wodą.
Z okna nie było widać śmieci na kamieniach między morzem
a betonowym nabrzeżem, migały tylko głowy sprzątaczy, któ-
rzy je zbierali jak co rano.
Przypomniał sobie, jak w Tamilnadu dotarł do zachwala-
nych w przewodniku resztek świątyni. Wdrapał się na wyso-
kie wzgórze, a potem stał wśród zapaskudzonych odchodami
ruin i patrzył na rzekę, przeżuwając rozczarowanie. Ładny był
jedynie krajobraz.
W Indiach najpiękniejsza jest noc. Nie widać nędzy ani bru-
du, tylko gwiazdy świecące jak lampy na granatowym sklepie-
niu. Nie czuć smrodu, tylko słodki zapach kwiatów champaca. Z korytarza doszły go jakieś głosy, śmiech dziecka, tupot
nóg. To też były Indie – ani chwili ciszy.
Uśmiechnął się do siebie, wsunął do torby mały laptop,
aparat fotograficzny, portfel. Musi zażyć Indii w wersji luks, zanim ruszy w dalszą drogę.
Nikt chyba nie wie, ile hoteli jest w Bombaju, ale wszyscy
słyszeli o Tadż Mahal Palace. Nie miał zamiaru zatrzymy-
wać się w czymś tak nowobogackim, uwiódł go jednak widok.
Przyjechał rikszą z obrzeża miasta, bo do Bombaju trzeba wejść przez Bramę Indii, i już nie chciał tracić jej z oczu.
Ameryka pogrążała się w kryzysie, jej waluta była tania
jak nigdy i pokój z widokiem na Bramę kosztował nieca-
łe czterysta złotych. Darmo, jeśli wziąć pod uwagę obsługę 14
wytresowaną na angielskich wzorach, niemieckie windy i indyjski przepych.
Mikołaj zjechał do białego marmurowego lobby, skinął na
boya i polecił mu wynieść stolik i krzesło do podcieni hotelu.
W Tadż gość jest bogiem, gdyby mu się zachciało nocować
na zewnątrz i kazałby wynieść łóżko, pewnie nikt by nie za-
protestował.
Jak zawsze w Indiach, uformowała się od razu cała procesja.
Jeden boy niósł stolik, drugi krzesło, trzeci poduszkę na krzesło, czwarty i piąty szukali najlepszego miejsca do ustawienia mebli.
Przebiegli podcienia, sprawdzając, skąd będzie najlepszy widok,
machali rękami, gorączkowo przekonując do swego wyboru, a gdy Mikołaj pokazał miejsce palcem, długo naciskali rogi
stolika, żeby się przekonać, czy aby się nie chybocze. Nadszedł
szósty z filiżanką na tacy, siódmy z czajnikiem, ósmy z koszyczkiem ciastek, dziewiąty z misternie zwiniętym liściem
betelu, żeby gość mógł oczyścić zęby po słodyczach. Dziesią-
ty boy, najstarszy, wydał kilka krótkich rozkazów i poduszka
wreszcie znalazła się na krześle, a podwieczorek na stole. – Życzy pan sobie jeszcze czegoś, Sir? – spytał. – To wszystko, dziękuję.
Mikołaj wyjął z kieszeni zwitek banknotów i dał najstar-
szemu sto rupii, do podziału. Dziesięć rupii – standardowy
napiwek dla służby hotelowej, bagażowych, taksówkarzy, rikszarzy, masażystów, samozwańczych przewodników – koszto-
wało tego lata pięćdziesiąt groszy. 15
– Gdyby pan czegoś potrzebował, proszę tylko klasnąć
w dłonie. – Najstarszy boy skłonił się nisko. Napomadowana czarna pożyczka na moment odkleiła mu się od czoła.
Procesja ruszyła ku wejściu do hotelu, ale zanim znikła
w holu, najstarszy boy skinął na podwładnego, który stanął obok szklanych drzwi. Zwrócił ciemną, prawie czarną twarz
w stronę Mikołaja, gotowy na każde skinienie.
Gdy Mikołaj miał dwanaście lat, pierwszy raz pojechał
na Zachód, na obóz młodzieżowy do Le Barcarès koło Per-
pignan. Ulubioną rozrywką ich namiotu było wyszukiwanie
we francuskich rozmówkach absurdalnych zdań w rodzaju:
„Wino wypijemy na tarasie” albo „Proszę mi przygotować kąpiel, a potem oddać moje rzeczy do prania”.
We wszystkich indyjskich miastach chodnikami ciągnie
tłum, jakby ludzie właśnie wyszli z kina czy z kościoła. Jeśli
to możliwe, tu było ich jeszcze więcej – Brama Indii to żelazny punkt wszystkich wycieczek, miejsce cumowania statków
na Elefantynę, spacerów, randek. W tłumie krążyli sprzedawcy lodów, przekąsek, waty cukrowej, płyt, balonów, haszyszu.
Wystarczyło na którymś na chwilę zatrzymać wzrok, a już
podbiegał, kłaniał się, wtykał w rękę owoc albo szklaneczkę. Ludzie się rozstępowali na widok policjantów w zielonych
kurtkach, furażerkach, szortach i sandałach, z grubymi owija-
czami na nogach i pałką u boku, bosego kapłana w przybru-
dzonym dhoti, gołego do pasa, z długimi włosami zwiniętymi w kołtun na czubku głowy, mężczyzny w białych szatach, 16
błękitnym turbanie i z girlandą z jaśminu na szyi otoczonego
przez chłopców śpiewających i uderzających do wtóru w bębenki.
Mikołaj chłonął obrazy tego ludzkiego mrowia, zapamię-
tywał ciepły wiatr, który nagle go owiał, miękki, suchy, pozbawiony świeżości, i zapach Indii – woń olejków, kadzidła,
gnijącego drewna, dymu z ogniska, świeżego krowiego łajna
i ludzkich odchodów.
Myślał o statkach, które tu przez lata przypływały, o lu-
dziach przybywających z przeludnionej Anglii, którzy przy-
jeżdżali, by zmienić Indie, tymczasem Indie zmieniały ich.
Od morza znowu powiał wiaterek, leciutkie tchnienie od-
dzielające dzień od zmierzchu. Monsun spóźnił się w tym
roku i deszcze ciągle jeszcze zalewały Indie, choć od trzech
tygodni powinna już trwać pora sucha. Przed świtem, gdy
Mikołaj wyjrzał przez okno, zobaczył wielkie kałuże, które
potem wysychały w lepkim indyjskim słońcu, zostawiając szare pyliste ślady na kamiennych płytach nabrzeża.
Przed wejściem do hotelu zatrzymała się riksza. Wysiadły
z niej dwie dziewczyny w kolorowych indyjskich sukienkach.
Jedna, smagła, z burzą ciemnych loków, z czerwoną chustą na ramionach i czerwoną tilaką na czole, mogła uchodzić za
Hinduskę. Druga, blondynka o jasnej skórze, wyglądała jak ucieleśnienie marzeń hinduskich kobiet o pięknie.
Mikołaj patrzył, jak szły w stronę Bramy Indii, swobodne,
roześmiane, pełne wdzięku. Gdy weszły w ciżbę, wstał, żeby 17
nadal śledzić je wzrokiem. Wyróżniały się w tłumie turystów, bo choć wielu miało na sobie dhoti albo sari, byli sztuczni, brakowało im gracji tubylców. Niebo przybrało agresywny pomarańczowy kolor, który stawał się coraz intensywniejszy, niewiarygodnie jaskrawy. Zza horyzontu wynurzyły się brzuchate granatowe chmury. Mikołaj sięgnął po aparat i zrobił kilka zdjęć. Rozejrzał się za dziewczynami, lecz nigdzie ich nie było. Wyobraził sobie, że zaprasza je do hotelu, jedzą razem kolację, potem idą do jego pokoju. Już prawie zapomniał, jak to jest być w kobiecie, w jej cipce, ustach, choćby w dłoni. Nie lubił prostytutek, a na zdobywanie kobiet nie miał czasu podczas wędrówki. Rzadko trafiały się takie, które się zgadzały na szybki numerek po kwadransie znajomości. Ostatnia była Amerykanka w kusej, obcisłej sukience, z miseczkami G. Kiedy rozpiął jej stanik, cycki opadły o jakieś dziesięć centymetrów. Wolał jednak prawdziwe duże cycki, trochę zwisające, niż sztuczne, które cały czas sterczą jak napompowane i ani drgną przy pieprzeniu. Przycisnął ją do ściany i zaczął całować. Jego ręce krążyły po jej piersiach, brzuchu, coraz niżej. Była ciepła, miękka i podniecona. Wsunął palce do jej majtek, szybko doszła, a potem rozpięła mu spodnie i wzięła głęboko w usta jego twardy członek. Później on zanurkował między jej uda i jeszcze raz zrobił jej tak dobrze językiem, że aż jęczała. Poczuł nagły przypływ podniecenia i mimowolnie wyciągnął rękę, jakby mógł dotknąć kobiecych piersi. Co jak co, ale one się Panu Bogu udały, nawet jeśli myślał, że będą służyć 18
tylko do karmienia dzieci. Nie, jeżeli Bóg jest facetem, to na pewno widział w nich coś więcej niż wybrzuszenie na ciele. Tłum na nabrzeżu zafalował, ludzie zaczęli się rozbiegać i nagle z nieba popłynęły strugi deszczu. Żaden Hindus nie ośmielił się wejść na hotelowy teren, tylko turyści z piskiem chronili się pod arkadami. – Ale lunęło! – usłyszał nagle po polsku za plecami. – Widziałam tę chmurę i od razu miałam złe przeczucia. – Czyżbym słyszał szeleszczącą mowę małego plemienia? – spytał, odwracając się do nich. Przeczucie go nie myliło: zobaczył dwie dziewczyny, brunetkę i blondynkę, które niedawno obserwował. Zaśmiały się wesoło. – Tak, jesteśmy z kraju na samym rogu starej mapy, ojczyzny jabłek, pagórków, leniwych rzek, cierpkiego wina i miłości – powiedziała jedna. – Zasypiamy w szeleszczących słowach, budzimy się w słowach, łagodne rzeczowniki: las, okręt albo chmura odrywają się od nas, las odchodzi za linię horyzontu, okręt odpływa bez śladu i przyczyny – dodała druga. – A chmura zalewa nas deszczem, choć wie, że żegnamy się z Bombajem i nieładnie tak robić. Zapomniał języka w gębie, co już dawno mu się nie zdarzyło. Pierwszy raz spotkał dziewczyny, które mówiły Herbertem. – Cześć, jestem Mikołaj – wyjąkał wreszcie. – Święty? – spytała brunetka. 19
TO TU, W STARYM DOMU W ZAGÓRZU, SPOTYKAJĄ SIĘ WOJENNA PRZESZŁOŚĆ Pokręcił głową. I TERAŹNIEJSZOŚĆ. – Wioletta. Mówią na mnie Wiolinka.
– I ty na to pozwalasz? – Powoli odzyskiwał rezon.
Blondynka zmrużyła oczy.
Minął rok, odkąd Jaga zamieszkała w willi Pod
– Mikołaja imię daję, rzekła mama, gryząc piernik, bo trzej
Jodłami. Znalazła nową pracę, randkuje z Damianem. byli Mikołaje: Rej, Szarzyński i Kopernik – wyrecytowała.
Znowu się się roześmiały, znówodnie wiedział, co powieZaprzyjaźnia z panią a on Anielą, której kupiła dom, dzieć.
i stopniowo poznaje jej burzliwą przeszłość: tajne życie – Skąd jesteście? – spytał w końcu.
agentki przedwojennego polskiego wywiadu.
– Ze wsi. Dlatego jesteśmy takie oczytane. Wiesz, te dłu-
Siostra Jagi, Mela, szykuje do zwiezione ślubu. Jednak jej dawny gie zimowe wieczory, kiedy się snopy już z pola, gęsi oskubane… – Blondynka zachichotała. Nie mamy kina ani narzeczony nie zamierza odpuścić. – Robi wszystko,
telewizji, zostają nam książki.
by Mela do niego wróciła.
– A ty? – zapytała Wiolinka.
– Ja mam telewizję, kino też. Mieszkam w Krakowie. DO TEJ PORY ZAWSZE KTOŚ JEJ MÓWIŁ, CO Trąciły się łokciami i widział, że ostatkiem sił powstrzyMA ROBIĆ: RODZICE, SZEF, FACET, Z KTÓRYM mują się od śmiechu. MIESZKAŁA. TERAZ BYŁA WOLNA. – Duże miasto – zauważyła blondynka. – Byłam ze szkoły STANĘLI WOKÓŁ OGNIA, PILI GORĄCĄ z wycieczką. Rynek, Wawel, ale nie będę ci opowiadać, bo na HERBATĘ. JODŁY SZUMIAŁY JAK MORZE, NA pewno tam byłeś. NIEBIE ŚWIECIŁY GWIAZDY, TRZASKAŁY – Napijecie się herbaty? – Pokazał na stolik. Może smarGAŁĄZKI W OGNISKU. kule poczują respekt, gdy się zorientują, że mieszka w Tadż. Skinął na boya, który nadal stał przy wejściu do hotelu,
i kazał mu przynieść dwa krzesła i świeżą herbatę.
Po minucie z hotelu wyszła procesja niosąca to, co zamó-
wił, filiżanki, ciastka. patronat medialny:
cena 42,90 zł
ISBN 978-83-8195-714-4
20
9 788381 957144