Skip to main content

Srebrna łyżeczka

Page 1

Magdalena

Witkiewicz

Srebrna łyżeczka


Magdalena

Witkiewicz Srebrna łyżeczka


Pani Magdzie Kaczmarczyk – najlepszej nauczycielce, jaką spotkałam na drodze szkolnej moich dzieci. Dziękuję za wszystko.


CZĘŚĆ I


1. Lidia Podobno człowiek zmienia się co siedem lat. Mówi o tym zarówno medycyna chińska, jak też współczesne badania naukowe. Zwykle to właśnie badania naukowe bardziej do mnie przemawiały. Nie wierzyłam zupełnie w sferę duchowości czy pomyślny przepływ energii. Naukowcy twierdzą, że wymiana niemal wszystkich komórek w organizmie człowieka dokonuje się właśnie w cyklu siedmiolecia. Część komórek żyje kilka tygodni, inne nieco dłużej, a podobno właśnie co siedem lat człowiek się zupełnie regeneruje. Czy znaczy to, że co siedem lat można zacząć wszystko od nowa? Jakby w grze komputerowej nacisnąć „new game” i znowu otrzymać kolejne życie? A może nawet kilka? 9


Szczęśliwa siódemka? Od zawsze tej cyfrze przypisywano szczególne znaczenie. Kiedyś bym się z tego śmiała. A teraz? Teraz sama już nie wiem. Wiedziałam tylko, że od pewnego czasu czułam się, jakby ktoś przetarł bardzo zabrudzoną szybę, przez którą do tej pory oglądałam świat, nawet nie zdając sobie sprawy, że jest brudna. Jakby ktoś umył szklane drzwi prowadzące do mojej przyszłości, które mogę otworzyć bez strachu i z uśmiechem iść w kierunku, z którego istnienia nie zdawałam sobie dotąd sprawy. Niby ten sam widok, ale z zupełnie innej perspektywy. Wtedy, gdy zdałam sobie z tego wszystkiego sprawę, siedziałam w niewielkim mieszkaniu w Bydgoszczy, w mieście, w którym byłam pierwszy raz w życiu, i trzymałam niedomykające się pudełko, w którym było pięć srebrnych łyżeczek z monogramem. Wokół mnie na podłodze były porozrzucane listy i zeszyty zapisane drobnym pismem. Była czwarta nad ranem. Kolejna magiczna godzina. Przeczytałam już wszystko i znałam odpowiedź na wiele pytań. Przewiązałam plik starych kopert czerwoną wstążeczką, zapisane zeszyty ustawiłam równo na komodzie, obok położyłam listy. Kawałek mo10


jej historii, kawałek świata, o którym nie miałam pojęcia. Kawałek życia kilku innych osób, dzięki którym jestem, jaka jestem. Historia mojej matki i historia zupełnie nieznanej mi kobiety, która postanowiła, bym to właśnie ja zaopiekowała się jej pięcioma srebrnymi łyżeczkami z wygrawerowaną literą L. Jak Lidia. Tak właśnie mam na imię.

W historii mojego życia jest wiele zakrętów, w które chciałam wejść gładko i bezpiecznie z nich wyjść, a jednak wypadałam z nich poturbowana. Nie zwracałam uwagi na moje rany, zawsze inne sprawy były ważniejsze. Wydawało mi się, że świat wokół mnie wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogłoby być inaczej. Do pewnego czasu działałam jak bardzo dobrze zaprogramowany robot, niezdolny do innego funkcjonowania niż to, do którego został stworzony. Potem robot został odstawiony na boczny tor. Uwolniłam się z twardych żelaznych ram i pofrunęłam wysoko. Zbyt wysoko. Spadanie i upadek były bolesne, ale jeszcze gorsze było to, że po raz kolejny dałam się zamknąć. 11


Wtłoczyć w inne ramy, ale również w tym samym schemacie ograniczania się do określonych czynności. I znowu nie dostrzegałam tego, że tkwię w kolejnym szklanym pudełku z bardzo brudnymi szybami. Początkiem zmian był list. List, który znalazłam 7 lipca 2000 roku w skrzynce pocztowej. Listy dostawałam zwykle z urzędu skarbowego, czasem trafiały się informacje o tym, że gdzieś zbyt szybko jechałam samochodem i muszę zapłacić mandat. Poza tym pełno reklam, ulotek, mimo że dawno już nakleiłam na skrzynkę stosowną informację. „Stop reklamom”. Wyraźnie roznoszący ulotki nie umieli czytać. „Jak się nie będziesz uczyć, będziesz roznosić ulotki”, „Jak się nie będziesz uczyć, będziesz zamiatać dworce”, „Jak się nie będziesz uczyć, nie będziesz miała nic” – mama nie żyła od lat, ale w mojej głowie wciąż rozbrzmiewał jej głos. Nauka była najważniejsza, to jej podporządkowane było całe moje życie. Nic więc dziwnego, że czułam się nieco zagubiona, kiedy mama zostawiła mnie tuż przed maturą. Byłam u progu dorosłości, miałam ledwie osiemnaście lat. Maturę zdałam świetnie, mimo że najchętniej wcale bym do niej nie przystąpiła. Zdałam na same szóstki, przecież 12


nauka była najważniejsza. Umiałam wszystko perfekcyjnie. Wszystko oprócz tego, jak mam sobie radzić sama. Bo do życia mama przygotowała mnie trochę mniej. Myślę, że nie chciała, bym popełniła te same błędy, które ona popełniła. Być może to się nawet udało, ale za to popełniłam wiele, wiele innych. Za które żałowałam bardzo długo. I chyba nadal żałuję. Chociaż… Gdyby nie te wszystkie lata, które jeszcze do niedawna uważałam za stracone, nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem. A bardzo lubię to miejsce. I tych ludzi, którymi obecnie się otaczam. Na wszystko w życiu jest czas. I na naukę, i na miłość, i na szaleństwo. U mnie wszystko działo się na opak. A może nie ma reguły? Może niektórzy szaleją po czterdziestce, a zakochują się tak naprawdę wtedy, gdy mają wnuki? Nie wiem, od czego zacząć moją historię – czy od śmierci mamy, czy od tego, jak zachorowała, a może od tego listu w błękitnej kopercie. Listu napisanego ręcznie. Listu, który przeleżał u mnie na stole w kuchni kilka dni, zanim go otworzyłam. Koperta była zabrudzona powidłami, które kapnęły wprost z jedzonej przeze mnie na śniadanie kanapki, i udekorowana brązowym krążkiem po 13


filiżance kawy. Zrobiłam sobie z tej koperty podstawkę, by nie uszkodzić stołu. I tak służyła mi przez kilka dni. Gdybym choć podejrzewała, co w niej znajdę, na pewno zachowałabym się inaczej… Nie lubiłam otwierać korespondencji. Nigdy. Kiedy mama jeszcze żyła, listy nigdy nie zwiastowały niczego dobrego. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Dlaczego list w niebieskiej kopercie miał przynieść mi szczęście? Otworzyłam go kilka dni później, rozmawiając przez telefon z wyjątkowo grymaśnym klientem. Nie słuchałam go. Wszyscy byli tacy sami. Roszczeniowi, agresywni i niezbyt uprzejmi. Doskonale sobie jednak z nimi radziłam. Umiałam być stanowcza i asertywna, ale gdy trzeba było, zakładałam krótką spódniczkę i szłam z nimi na kolację. Nigdy do niczego nie doszło, nie fascynują mnie żonaci, znudzeni swoim życiem mężczyźni, którzy traktują mnie jak odskocznię od swojej codzienności. Takich już miałam. Wcześniej. Kiedyś. Gdy przyjdzie czas, opowiem o tym. Czym się zajmowałam? Sprzątaniem. Mimo że się uczyłam. Och, jakże przewrotny potrafi być los! Czyżby to była jedna z tych samosprawdzających się przepowiedni? Może nie do końca. 14


Byłam właścicielką jednej z największych firm sprzątających w Trójmieście. Sama bardzo nie lubiłam sprzątać, ale też irytował mnie bałagan, więc jako szefowa, która kontrolowała, czy moje pracownice nie zostawiły choćby jednego okruszka, sprawdzałam się doskonale. I za każdym razem, gdy wracałam do swojego pachnącego czystością i wypucowanego mieszkania, byłam wdzięczna, że taką obrałam drogę życia. To zresztą był doskonały test dla tych kobiet, które chciały u mnie pracować – wiedziałam, że jeśli uda im się zadowolić mnie, to każdy klient będzie usatysfakcjonowany. Każda z nich miała inną historię. Były dziewczyny młode i nieco starsze, Polki, Ukrainki, Rosjanki. Płaciłam nieźle, zatrudniałam legalnie, ale też wiele wymagałam. Niektórzy rezygnowali z usług mojej firmy, ale zawsze wracali. Nie narzekałam na brak pieniędzy, podobnie jak na brak czasu. Potrafiłam wszystko zorganizować w taki sposób, by samo wszystko grało. Miałam tak od dziecka. Musiałam tak funkcjonować, inaczej nie dałabym rady. Piątki zawsze miałam wolne. Tylko dla siebie. Wypracowałam sobie taki rytuał. Czasem jednak odbierałam telefony i właśnie w jeden z piąt15


ków zadzwonił szef administracji pewnego biurowca. Chciał negocjować ceny, mimo iż każdy wiedział, że ceny w mojej firmie są nienegocjowalne. Słuchając go jednym uchem, a drugim wypuszczając to, co miał mi do powiedzenia, przytrzymywałam sobie ramieniem telefon i w tym samym czasie otwierałam nożem niebieską kopertę. Z głośników płynęła Symfonia losu Beethovena. Zanim odebrałam telefon od klienta, włączyłam moją ukochaną płytę winylową. Kochałam ten dźwięk, takie charakterystyczne „pykanie” co jakiś czas. Adapter dostałam kiedyś w prezencie od mamy. Niewiele było tych prezentów. Podobno o pierwszych dźwiękach tej symfonii Beethoven powiedział: „Tak właśnie los puka do drzwi”. Do mnie też najwyraźniej zapukał w postaci listu od nieznajomej kobiety, czytanego przy dźwiękach V symfonii Beethovena. Na kopercie nie było nadawcy. List był pisany odręcznie. U góry widniała data i miasto – Bydgoszcz. Przeczytałam nagłówek: „Szanowna Pani Lidio…”.

16


Szanowna Pani Lidio! Postanowiłam napisać do Pani list, bo czas ucieka i trzeba podejmować pewne życiowe decyzje. Trudno mi pisać o tym wszystkim, łatwiej byłoby porozmawiać. Chociaż przez telefon. Jednak nie mam Pani numeru… Teraz nie ma książek telefonicznych. Jeżeli Pani czyta ten list, znaczy to, że adres się nie zmienił od lat. Taką mam nadzieję. To zawsze był adres Pani matki, Krystyny Master. Znałam go dobrze. Nawet kiedyś tam byłam. Taki piękny stary dom w Oliwie. Chyba niedaleko parku? Spacerowałam tam kiedyś. Dawno temu. Nie wiem, czy Pani była już na świecie. Kiedyś znałam Pani matkę. Znałam to może zbyt dużo powiedziane, ale wiedziałam o niej bardzo dużo. Myślę, że powinnyśmy się spotkać i porozmawiać, ze względu na nią. Ja nie bardzo mogę przyjechać do Gdańska, stan zdrowia mi na to nie pozwala. Wiek i zmartwienia robią swoje. A zmartwień w moim życiu trochę było. Ale nie czas, by opisywać to w listach. Może kiedyś? Bardzo proszę o podanie numeru telefonu i informację, kiedy mogę zadzwonić. Oczywiście wolałabym się spotkać osobiście, ale rozumiem, że może być to trudne, mimo że Bydgoszcz nie jest tak odległa od Trójmiasta. 17


Bardzo proszę o kontakt. Chociażby ze względu na Pani matkę. Trudno mi o niej pisać, trudno mi o niej mówić. Przyznam, że wolałabym tego nie robić. Ale obiecałam, że to zrobię, komuś, kogo bardzo kochałam. Jest Pani jedyną osobą na świecie, która powinna zrozumieć. Pozdrawiam serdecznie, Irena Chojnacka

Rozłączyłam się z klientem i przeczytałam ten list jeszcze raz. Niestety nie rozjaśniło to nic w mojej głowie. Nadal nie byłam pewna, czy ten list w ogóle jest do mnie. Niby pojawiło się nazwisko mojej matki, więc powinnam być przekonana, że to ja jestem adresatką. Ale dlaczego? Nazwisko nadawcy kompletnie nic mi nie mówiło. Nie znałam też nikogo z Bydgoszczy. Nigdy nie byłam w tym mieście. Jakoś nie było mi po drodze. Irena Chojnacka… Poniżej był jej adres i telefon stacjonarny. Kompletnie nie wiedziałam, o co chodzi. Nie miałam również ochotę zgłębiać jakichś dziwnych sekretów, które miały związek z moją mamą. Nie myślałam o niej często. Przy18


najmniej po jej śmierci. Bo gdy żyła, musiałam myśleć o niej w każdej minucie. Niezależnie, czy była noc, czy dzień. Czy byłam zmęczona, czy nie. Do szkoły w zasadzie chodziłam odpoczywać. Nauczyciele znali moją sytuację i wielokrotnie na wuefie drzemałam ukryta gdzieś w schowku z materacami i skrzyniami. Potem nauczycielka wchodziła, udając oburzenie, że niby co ja robię. Jednak nigdy nie wyciągała z mojego zachowania konsekwencji. Czy miałam trudne dzieciństwo? Dzisiaj wiem, że tak. Wtedy zupełnie tego nie czułam. Myślałam, że trudne dzieciństwo mają wyłącznie ciemnoskóre afrykańskie dzieci, które z opuchniętymi z głodu brzuchami czasem ogromnymi oczami patrzyły na mnie z telewizora. Ja miałam co jeść, bo sobie ugotowałam. Miałam gdzie spać. Miałam czysto, bo posprzątałam. Miałam warunki do nauki, bo gdy zamykałam drzwi do swojego pokoju, przysuwałam do nich szafkę, by nikt nie mógł z zewnątrz ich otworzyć. Wkładałam do uszu zatyczki i się uczyłam. Po to, by nie sprzątać dworców. Nie roznosić ulotek i by mieć coś z tego życia. Moja matka miała? Miała alkohol. 19


ŻYCIE JEST PEŁNE NIESPODZIANEK I ZWROTÓW AKCJI. MUSIMY TYLKO W TO UWIERZYĆ. Wydawała na niego prawie wszystkie zarobione Technika Kintsugi, sztuka naprawy porcelany, przypomina nam pieniądze. o tym, jak bardzo krucha jest miłość. Ale jeżeli bardzodawasię staramy, Czasem w przypływie dobrego humoru to wszystko można posklejać na nowo. ła mi trochę. „Wydaj na głupoty!” – mówiła. Ale tylko wtedy, gdy była trzeźwa. Gdy była pijana, Oto fragment mojej historii, kawałek świata, o którego bełkotała, żebym na te To głupoty „sałejjj kasiooory istnieniu nie miałam pojęcia. także opowieść o kilku innych nie pszepierdolyła”. pieniądzom byłam osobach, dzięki Dzięki którymtym jestem, jaka jestem. najedzona i ubrana. Kiedyś ktoś pokazał mi, że można wyjść ze swojej skorupy i zacząć żyć byłam inaczej.w Ktoś przetarł zabrudzoną szybę dzięki Gdy liceum, zaczęły pojawiać się isetemu zobaczyłam zupełnie inny świat. cond handy. Dość szybko zaprzyjaźniłam się z właścicielką jednego z nich. Odkładała dla mnie najlepsze ciuchy. Te niepasujące przerabiałam. Nauczyłam się dostaje od mamy. Była krawcową, jednąktóra Pewnego dnia Lidia list od tajemniczej kobiety, z najlepszych okolicy. Gdy piła, miała ułańską przedstawia się jakow przyjaciółka rodziny. Chce jej przekazać fantazję.spadek. Projektowała szyła najlepsze ciuNiczegoi potem więcej nie wyjaśnia. Kimpotem jest ta kobieta? chy. Ciuchy, które widziałam w gazetach Dlaczego tak jej na tym Mama zależy? wycinała na uśmiechniętych modelkach. Do kogo należą piękne, srebrne łyżeczki te kolorowe strony z gazet i chowała w opakowaodnalezione w starym pudełku? niach po bombonierkach. Nie wiem, czy do nich Lidia powoli odkrywa tajemnicę, która wywraca jej życie zaglądała. Ja je trzymam głęboko w szafie, pod stado góry nogami. rymi kocami. Nie pozwalam ich wyrzucić, ale też Tajemnicę, dzięki której odnajduje spokój i szczęście. jej śmierci ani odpowiedź razu ich nienaoglądałam. Ale po przede wszystkim pytanie, co,Podoba właściwie nie Kasety gdzieś kto, jak jestnagrań dla niejz pokazów. najważniejszy. I ile VHS trzebateż poświęcić, by odnaleźć tę jedyną, prawdziwą miłość. były schowane. Nawet nie wiem, gdzie mój mąż je upchnął, pewnie chcąc, bym się definitywnie pożecena 42,90 zł gnała z przeszłością. Patronat medialny: ISBN 978-83-8195-568-3

20

9 788381 955683


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Srebrna łyżeczka by Filia - Issuu