Skip to main content

Śnieg otulił cię bielą - fragment

Page 1

Poruszająca powieść o rodzinnych tajemnicach i miłości, pośród zaśnieżonych bieszczadzkich krajobrazów.

Śnieg

otulił cię bielą

KATARZYNA MISIOŁEK


KATARZYNA MISIOŁEK

Śnieg

otulił cię bielą


1.

Rzeszów, 28 września 2019 roku Kłamstwa, tyle kłamstw… Miałam jedenaście lat, kiedy brutalnie zamordowano moją starszą siostrę. Długo jednak nie wiedziałam, co tak naprawdę stało się tamtego listopadowego wieczoru, kiedy Ewelina samotnie wracała przez zaśnieżony brzozowy zagajnik, bo rodzice, chcąc mnie chronić przed traumą, opowiedzieli mi zupełnie inną wersję. Tymczasem ona zginęła nieopodal naszego domu, niecałe dwieście metrów dzieliło ją od bezpiecznej przystani… Kiedy ją znaleźli, jej nieruchome ciało pokrywała lekka jak puch warstwa świeżego śniegu, otulając je kokonem bieli. Ale o tym dowiedziałam się dopiero lata później, zupełnie przypadkiem… Porządkowałam mieszkanie mamy, która kilka tygodni wcześniej zginęła potrącona na pasach, kiedy zauwa- 5 -


żyłam dużą drewnianą skrzynię, ręcznie malowaną w tulipany, irysy i słoneczniki. Kwiaty były wyblakłe, jakby farba poddała się nieubłaganemu działaniu czasu, jednak nawet teraz zachwycały. Zauroczona sięgnęłam po nią, wyciągając ją z głębi garderoby, i niechcący otworzyłam puszkę Pandory. Początkowo nie przeczuwałam, że dotarłam do czegoś, co na zawsze odmieni moje życie. W skrzyni były dziesiątki zdjęć Eweliny, jej świadectwa, laurki, które będąc dzieckiem, rysowała dla rodziców, i tysiąc innych szpargałów. Szmaciana lalka, którą uszyła, mając szesnaście lat. Maleńki pluszowy miś bez oka, którego mama musiała zachować z czystego sentymentu, bo na pewno nie dla jego uroku. Kilka plastikowych spinek do włosów, komunijny łańcuszek, czerwona wstążka – wyciągałam jedną po drugiej wszystkie te rzeczy, które nagle, w obliczu niespodziewanego odejścia mamy, stały się niemal świętością. Jest coś niewyobrażalnie poruszającego i zarazem upiornego w przeglądaniu tego, co zostawili po sobie zmarli. Czułam się tamtego dnia, jakbym naruszała jej prywatność, a jednocześnie każda najmniej istotna błahostka stawała się cenna. Tyle znalezisk, taki chaos… Stare sklepowe paragony, których przecież musiała dotykać. Szczotka do włosów z fikuśną perłową rączką, pozłacana bransoletka, którą kupiła w Chorwacji, maleńkie lusterko, na wpół zużyta beżowa szminka… Drobiazgi, które niegdyś były jedynie nabywaną w wakacyjnych - 6 -


kurortach taniochą, nagle urosły do miana pamiątek… Nawet wciśnięta do pudełka po herbacie durna pluszowa foka, kupiona lata temu na Helu, sprawiła, że w oczach stanęły mi łzy. Mama już jej nie dotknie… Kiedy opróżniłam skrzynię w tulipany, zaczęłam płakać. Nie byłyśmy z mamą zbyt blisko, chociaż chyba obie się starałyśmy. Jednak po tragicznej śmierci mojej siostry Eweliny matka zamknęła się na mnie, zupełnie jakby wolała udawać, że mnie nie kocha, niż znieść myśl, że któregoś dnia niespodziewanie może stracić i drugą córkę… A jednak to ja straciłam ją, a świadomość, że odeszła na zawsze i nigdy jej nie zobaczę, była dla mnie nie do zniesienia. Czułam się, jakby ktoś żywcem wydarł ze mnie kawałek ciała i cisnął go daleko, daleko, w głąb ciemnego dołu, skąd nigdy go nie wydostanę. Za oknem, korzystając z pięknego słonecznego popołudnia, darły się goniące za piłką dzieciaki, a ja siedziałam w sypialni, w której wciąż wyczuwało się kwiatową nutkę maminych perfum, i płakałam, skulona w nogach jej starannie zaścielonego łóżka. Wtedy zauważyłam lekko odstającą wyściółkę skrzyni i delikatnie pociągnęłam za jej róg, z zaskoczeniem zdając sobie sprawę, że ktoś, zapewne mama, wcisnął pod nią kilka pożółkłych prasowych wycinków. Wyjmując je, nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Ale z całą pewnością nie byłam przygotowana na to, co znalazłam. Pierwszy artykuł pochodził - 7 -


z początku grudnia dwa tysiące czwartego roku, a jego nagłówek wielkimi literami krzyczał o brutalnym zabójstwie w brzozowym zagajniku. W tekście była również podana nazwa miejscowości, w której spędziłam ponad jedenaście lat mojego dzieciństwa, jednak dopiero imię Ewelina przykuło moją uwagę. Nazwiska nie podano. Nazywano ją Eweliną oraz ofiarą. Szok, którym było dla mnie znalezienie tego wycinka, sprawił, że roztrzęsły mi się ręce, a w gardle zaschło tak, że z trudem przełykałam ślinę. A jednak przeczytałam tekst przynajmniej kilka razy, jakbym chciała zapamiętać każde słowo, nauczyć się go na pamięć. Później zrobiłam parę zdjęć telefonem i sięgnęłam po kilka kolejnych prasowych wycinków. Wszystkie były stare, naddarte i wyświechtane, jakby ktoś dziesiątki, a może nawet setki razy rozwijał papier i go składał. Wtedy zrozumiałam… to nie mógł być przecież przypadek! Niespełna osiemnastoletnia Ewelina, brutalnie zamordowana tamtego mroźnego andrzejkowego wieczoru dwa tysiące czwartego roku, to musiała być moja siostra. Nie pękł jej w głowie tętniak, jak powiedzieli mi rodzice tuż przed jej pogrzebem. Nie zmarła z przyczyn naturalnych. Zabito ją… Nagle stało się też dla mnie jasne, czemu w takim pośpiechu rodzice wywieźli mnie wtedy do Rzeszowa i zostawili u ciotki, a sami wrócili w Bieszczady tylko po to, żeby sprzedać nasz dom i na zawsze zniknąć z miejsca, które odebrało - 8 -


im ukochaną starszą córkę. Dlaczego w środku roku szkolnego zabrali mnie ze szkoły, odcięli od przyjaciół z dzieciństwa i wywrócili całe moje dotychczasowe życie do góry nogami? Po to, żeby nikt mi nie powiedział, co naprawdę się stało… Po to, żeby móc bezkarnie opowiadać mi kłamstwa… – Kłamaliście. Kłamaliście przez tyle lat… – szepnęłam, ocierając łzy. Wiedziałam, że bliscy chcieli mnie chronić i oszczędzić traumy, jednak myśl o oszustwie pęczniejącym w ich sercach przez długie lata była dla mnie szczególnie bolesna. Rodzinne tajemnice niosą w sobie wyjątkowy ładunek emocjonalny. Może dlatego, że idealna rodzina kojarzy się z otwartością i szczerością. W rodzinie idealnej nie powinno być sekretów. Ale czy istnieją idealne rodziny? Do ciotki Cecylii zadzwoniłam pod wpływem chwili. Nie przygotowałam się na tę konfrontację, ale czułam, że chcę to mieć za sobą. Musiałam z kimś porozmawiać, nie potrafiłam poradzić sobie z tym sama, zwłaszcza tu, w nadal pachnącym maminymi perfumami mieszkaniu, w którym nagle poczułam się przeraźliwie samotna… – Cześć, ciociu. Jesteś w domu? – zapytałam, kiedy siostra ojca odebrała połączenie. – Na politechnice – powiedziała. Brzmiała tak, jakby coś jadła, i poczułam wściekły głód. Wiedziałam jednak, że pewnie nic nie przełknę. - 9 -


Nie po tym, co znalazłam w malowanej skrzyni. –  Siedzę w gabinecie i przygotowuję pierwsze wykłady na październik – dodała. – Wokół cisza i spokój, a ja zaczęłam właśnie… – Musimy się spotkać. Dzisiaj, najlepiej zaraz – weszłam jej w słowo. Powiedziałam to zbyt szybko, zbyt ostro… – Znalazłaś skrzynię. – Wiedziałaś o niej?! – krzyknęłam. – Ty też… – Oczywiście, że wiedziałam. Przyjedź, to nie jest rozmowa na telefon – tym razem to ona mi przerwała. – Wiedziałaś i nawet słowem mi o niczym nie wspomniałaś?! Jeździłyśmy razem na rolkach, chodziłyśmy na kawę, spędzałam u ciebie wieczory, popijając czerwone wino, które tak radośnie dolewałaś mi do kieliszka, ale nigdy nawet słowem się nie zająknęłaś, że o tym wiesz?! – wrzasnęłam, a ona westchnęła do słuchawki. – Martyna, proszę cię. Przyjedź, porozmawiajmy na spokojnie – poprosiła. – Chyba że wolisz, żebym ja podjechała do ciebie? Dobrze się czujesz? – Ja przyjadę – zdecydowałam, bo nagle zrozumiałam, że muszę wyjść z tych przesiąkniętych kwiatowym zapachem zmarłej mamy czterech kątów, zanim całkiem się rozkleję. Zamknęłam więc mieszkanie i z głową pełną kłębiących się myśli zeszłam na parter. Przed budynkiem wpadłam na zarośniętego i niemiłosiernie cuchnącego - 10 -


menela koło trzydziestki, który chropowatym głosem zapytał, czy mam może fajkę. Zbyłam go mało sympatycznym „spadaj!”, wręcz cisnęłam w niego tym słowem, jakbym całą buzującą we mnie złość wyładowała na przypadkowym człowieku. – Sama spadaj, głupia kurwo – wybełkotał, oparty o ukruszony mur, chwiejąc się i drżąc z przepicia bądź wyniszczenia. Nie odpowiedziałam, ledwo do mnie dotarły jego słowa. Wyminęłam go i, podzwaniając wyjętymi z torebki kluczykami, ruszyłam przez parking. Do samochodu dotarłam jak na autopilocie. Byłam roztrzęsiona i wciąż chciało mi się płakać. Najbardziej jednak bolała mnie myśl, że ciotka Cecylia również o wszystkim wiedziała. „Oszukiwali mnie wszyscy, cała rodzina! Przez długie lata siadali obok mnie przy wigilijnym stole, łamali się ze mną opłatkiem, składali mi urodzinowe życzenia i wręczali prezenty, wiedząc, że z premedytacją utrzymują mnie w kłamstwie” – pomyślałam, przekręcając kluczyk w stacyjce. Na aleję Powstańców Warszawy dotarłam zapłakana. Poryczałam się w samochodzie; nie potrafiłam przestać i chociaż na światłach otwarcie gapiła się na mnie siedząca w aucie obok kobieta, po prostu ryczałam, tkwiąc za kierownicą i nie umiejąc się otrząsnąć. – Czekam na naszej ławce. – Ciotka zadzwoniła, kiedy zamykałam auto. - 11 -


– Idę – mruknęłam, wciąż na nią wściekła. Nasza ławka… Tak, miałyśmy taką. Lubiłam odwiedzać ją w pracy, byłam dumna, że wykłada na politechnice i jest autorytetem dla swoich studentów. Wpadałam do niej czasem z upieczonym przez siebie drożdżowym plackiem, bywało, że po drodze kupowałam sok albo mleczną czekoladę z orzechami, którą obie uwielbiałyśmy. Rozmawiałyśmy, zazwyczaj gapiąc się na przeszkloną bryłę budynku, czasem dla jaj robiłyśmy sobie zdjęcie jej telefonem i wrzucałyśmy je na Instagram. Cecylia zawsze była mi bliska, bliższa niż matka i zupełnie od niej inna – otwarta, ciepła, radosna i pełna energii. A teraz dowiedziałam się, że ona również kłamała i chociaż rozumiałam, że robiła to ze szlachetnych pobudek, w pewien sposób czułam się przez nią zdradzona. – Martynko, zanim zaczniemy… – Ciotka, jak zawsze ubrana w wąskie ciemnoniebieskie dżinsy i elegancką koszulową bluzkę, na mój widok wstała i wyciągnęła ręce, jakby chciała mnie przytulić, ale posłałam jej złe spojrzenie i ignorując przyjacielski gest, przycupnęłam na skraju ławki. – Okay, jesteś na mnie wściekła i może nawet masz prawo… Uśmiechnęła się lekko i usiadła, kładąc pomiędzy nami elegancki ciemnowiśniowy plecaczek z lakierowanej skóry. – Posłuchaj, ja naprawdę rozumiem, czemu okłamaliście mnie w dzieciństwie – powiedziałam po dłuższej chwili - 12 -


ciężkiego milczenia. – Trudno byłoby w końcu powiedzieć jedenastolatce, że w lasku za domem ktoś zamordował jej ukochaną siostrę. Ale ja dorosłam, ciociu! Mam skończone studia, dwadzieścia sześć lat, a wy nadal… – Janka chciała ci powiedzieć – weszła mi w słowo. – Kiedyś, jeszcze nie teraz… Dojrzewała do tej rozmowy, zbierała się na odwagę. – Kiedyś?! – Parsknęłam. – Tak, kiedyś. Nie mogła przecież przewidzieć, że zginie tak nagle, jakby… – Ciotce niespodziewanie załamał się głos. – Chryste, rozklejam się… – Ciociu, przepraszam – powiedziałam cicho i złapałam ją za rękę, bo nagle naszły mnie wyrzuty sumienia, że potraktowałam ją tak ostro. – Nie tak powinnyśmy zaczynać tę rozmowę. – Ja też cię przepraszam, Martynko. Wiele razy mówiłam Jance, że powinna z tobą porozmawiać, ale nie chciała. Mówiła, że nie jesteś gotowa. Że obie nie jesteście… Nie mogłam jej przecież zmusić… Cholera, zrozum, że nie mogłam ci tego powiedzieć za jej plecami! – Fakt, nie mogłaś, a już na pewno nie powinnaś – przyznałam cicho. Ciotka otarła mi z policzka łzy, przysunęła się bliżej, przekładając swój plecak na drugą stronę ławki, i objęła mnie ramieniem. – Każdego dnia o niej myślę. Była piękną i mądrą dziewczyną… - 13 -


– Ja też o niej myślę. Chociaż teraz czuję się tak, jakby umarła jeszcze raz. Przez te wszystkie lata zdołałam się chyba pogodzić z tym, że zabił ją tętniak. Z biologią się w końcu nie dyskutuje… Ale morderstwo?! Myśl, że ktoś tak po prostu nam ją odebrał, jest prawie nie do zniesienia. – Rozpłakałam się. – Mnie najbardziej boli to, że do dziś nie znaleźli sprawcy. Policja początkowo usiłowała co prawda zwalić winę na przyjaciela waszego ojca, z którym również Ewelina się przyjaźniła, ale my nigdy w to nie uwierzyliśmy… – Został uznany za winnego? – Zabił się kilka miesięcy po jej śmierci, więc nie było sprawy. – Nękały go wyrzuty sumienia, to ma sens – powiedziałam, pochmurniejąc. – To nie on, Martynko. Znaliśmy go wszyscy, przyjaźniliśmy się. Mirek nie zrobiłby czegoś takiego, nigdy w życiu! – To dlaczego się zabił?! – podniosłam głos. – Nie wiem. Miał długi, coraz więcej pił… Kilka lat wcześniej w wyjątkowo tragicznych okolicznościach stracił żonę, później miał problemy z dorastającym synem, więc kto to wie… Wszystko to wyszło dopiero po jego śmierci. To, w jak marnym stanie psychicznym był. Gdybyśmy wiedzieli, w jakiej był sytuacji, pewnie byśmy mu pomogli, ale on nie lubił rozmawiać o proble- 14 -


mach, a przed nami udawał, że nic złego się nie dzieje. Polował w towarzystwie znajomych, zapraszał nas na grille, zabierał twoją siostrę nad Solinę, opalał się… Nigdy bym nie podejrzewała, że ma depresję. A później znaleźli go martwego i nikt nie mógł mu już pomóc… – I policja uznała, że to on? – Nie. Był jednym z ich najsolidniejszych podejrzanych, ale niczego mu nie udowodniono. Zresztą kiedy się zabił, sprawa była już umorzona. Brak świadków, brak jakichkolwiek dowodów, nic. Twoja siostra miała tamtej nocy rękawiczki. Grube, skórzane. Nie znaleźli więc pod jej paznokciami skóry sprawcy, nie udało się wyodrębnić żadnego materiału biologicznego. – A sperma? – szepnęłam. – Czy ona… – Nie. Nie została zgwałcona, chociaż znaleziono ją z opuszczonymi rajstopami i majtkami, z podwiniętą spódnicą. Płaszcz miała rozpięty, a sweter naddarty, jakby ktoś w pośpiechu chciał obnażyć jej piersi, ale w czasie sekcji nie stwierdzono gwałtu. Wyglądało to bardziej tak, jakby ktoś chciał ją upokorzyć, porzucając ją półnagą na pastwę przypadkowych gapiów… – Albo chciał zgwałcić, ale ktoś go przepłoszył? – zasugerowałam. – Na tym mrozie, w śnieżycę? – Ciotka Cecylia wyjęła z torebki papierosy i zapaliła jednego. – Gdyby ktoś go przepłoszył, chyba ten ktoś by się zgłosił na policję? – dodała, kiedy już zaciągnęła się dymem. - 15 -


– Skąd wiesz? Może sam miał coś do ukrycia? Jak zginęła? – zapytałam cicho. – Wycinki prasowe mówią tylko o brutalnym morderstwie, ale… – Ktoś rozbił jej głowę kamieniem. Zaszedł ją cichaczem od tyłu albo znała sprawcę i pozwoliła mu podejść. Problemem był śnieg. Tamtej nocy była prawdziwa zadymka, a ciało znaleziono dopiero kilka godzin po wszystkim. Większość śladów zasypało. Nie udało się też zdobyć odcisków butów sprawcy. Ziemia była zbyt zamarznięta, żeby cokolwiek odbiło się w błocie – powiedziała cicho ciotka. – Zabezpieczono jedynie oblepiony krwią kamień, leżał tuż obok jej głowy. – Kamień… – szepnęłam. – Tak, najprawdopodobniej znaleziony na ścieżce, w tamtym lasku. Stąd policja wysnuła wniosek, że sprawca nie działał z premedytacją. Mówili, że mógł się napatoczyć przypadkowo. To w końcu Bieszczady. Zalesione, odludne, pełne szwendających się po lasach podejrzanych mężczyzn. Sama Straż Graniczna twierdzi, że… – Myślisz, że cierpiała? – weszłam jej w słowo. – Że zdążyła się przestraszyć? – Nie zastanawiaj się nad tym w nieskończoność. Inaczej zwariujesz. – Ciotka dogasiła niedopalony papieros, wgniatając go w beton czubkiem zamszowego botka, i wstała z ławki. – Chodź, odwiozę cię do domu. – Nie, dziękuję. Nie chcę zostawiać tu auta. - 16 -


– Odwiozę cię twoim autem. Sama przyjechałam na rowerze. – Żartujesz? – Nie, czemu? – Zawsze przeklinasz rowerzystów, a nagle sama jeździsz do pracy na dwóch kółkach? – Przeklinam ich tylko wtedy, kiedy prowadzę. – Ciotka krzywo się uśmiechnęła i sięgnęła po swój lakierowany plecak. – Jeśli masz ochotę, wpadnij do mnie jutro. Porozmawiamy na spokojnie, powiem ci wszystko, co wiem. I proszę, nie miej mi za złe, że przez tyle lat milczałam. Janina nie życzyła sobie, żebym wyznała ci prawdę. Nie mogłam zrobić tego za jej plecami, to ona była waszą matką… – A mój ojciec? – zapytałam cicho, kiedy szłyśmy w stronę samochodu. – Wiesz, że rzadko o tym rozmawiamy… – Trzeba to zmienić. To twój brat, powinnaś… – I twój ojciec. Kiedy ostatnio do niego dzwoniłaś? – przerwała mi ciotka. – To on się ode mnie odciął! Uciekł do Holandii, założył nową rodzinę i hoduje pieprzone tulipany, nie pamiętając, że ma w Polsce córkę! – podniosłam głos. – Nie przesadzaj. Świetnie pamięta, że ma córkę, zresztą często o tobie mówimy. – W tym roku minie piętnaście lat… – Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy ciotka brała ode mnie kluczyki od - 17 -


mojej brudnej toyoty. – Piętnaście lat, odkąd Ewelina… Wiesz, co zawsze dziwiło mnie najbardziej? Że mama nie zabierała mnie na jej grób. – Pochowali ją w Bieszczadach, tam, gdzie to się stało. Janka nie chciała wracać w to miejsce, nie potrafiła… To było dla niej zbyt trudne. – I co?! Nie zapaliła jej nawet znicza?! Każdego roku na Wszystkich Świętych grób Eweliny stał ciemny i opuszczony pośród morza płonących zniczy i ton kwiatów?! – krzyknęłam. – Ludzie świecą tam światełka, Martynko. Miejscowi. Pamiętają. Ja też co roku tam jeżdżę. – Jeździsz? Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś? – A jak myślisz? Minuta osiem i dowiedziałabyś się prawdy. Wystarczyłoby, żebym cię tam zabrała… – I tak się dowiedziałam! – Nie ode mnie. I nie od nich. – Od nich? – Od miejscowych. Większością wsi wstrząsnęło to, co się stało, ale zawsze znajdą się osoby, które po kilku kieliszkach chlapną coś, czego nie da się już odwrócić. Wiesz, jak jest na takich wsiach. Ludzie latami żyją tego typu wydarzeniami. – Przyjaźnisz się jeszcze z kimś stamtąd? – Nie, już nie. Odkąd zmarł Mirek… – Ciotka posmutniała. – Ewelina bardzo go lubiła. Zabierał ją nad Solinę, czasem łowili razem ryby. Miał motocykl, w któ- 18 -


rym ciągle grzebał. Twoja siostra go uwielbiała. Jeździli po okolicy, cieszyli się pięknem przyrody. Tylko Janina dostawała szału, kiedy widziała twoją siostrę schodzącą z tej piekielnej maszyny, jak mówiła. – Mnie też nigdy nie pozwalała randkować z chłopakami, którzy mieli motocykle. – Uśmiechnęłam się. – Chciała was chronić. Zawsze, za wszelką cenę. Nie potrafiła tylko przewidzieć, że ktoś odbierze jej córkę w chwili, w której nie podejrzewała niczego złego. Tamtego wieczoru, kiedy zginęła, Ewelina wracała od przyjaciółki. Miała do przejścia kilkaset metrów, a nie było jeszcze nawet dwudziestej drugiej. Sypał śnieg i świat wydawał się bajkowy, a ona niosła w kieszeni woskową figurę, którą odlała w domu przyjaciół. Twoja matka trzymała ją przez lata, w końcu dała ją mnie i kazała zawieźć na jej grób. Zakopałam ją obok grobowca, w jego nogach. Sama nie wiem czemu… – A inni podejrzani? Mówiłaś, że policja podejrzewała tego wdowca, ale… – Innych podobno nie było. Kogoś tam niby jeszcze typowali, ale kończyło się na niczym… Przepytywali jej znajomych, naciskali na ludzi, kręcili się po wsi i snuli różne teorie, ale nikogo nie zamknęli. –  A jeśli on wciąż tam mieszka? – zapytałam i w samochodzie na dłuższą chwilę zapadła martwa cisza. – Jeśli wciąż tam mieszka, mam nadzieję, że zżera go sumienie – powiedziała w końcu ciotka Cecylia. – Że - 19 -


EMOCJONUJĄCA O SIOSTRZANEJ każdej nocy śni mu sięPOWIEŚĆ jej twarz, że… – Nagle siostrą SKRZĘTNIE SKRYWANYCH ojcaMIŁOŚCI, wstrząsnął szloch. – Wysiądź, ja poprowadzę – zaproponowałam, głaRODZINNYCH TAJEMNICACH, NISZCZĄCEJ dząc ją poNAMIĘTNOŚCI plecach. I ZBRODNI.

– Nie, już dobrze. – Cecylia wierzchem dłoni otarła łzy i potrząsnęła głową, jakby zaśnieżonych chciała strząsnąćbieszczadzkich z siebie cały Wśród surowego piękna ten emocjonalnyMartyna ból, który szuka ją oblepił. – To oco,tym, przyjdziesz krajobrazów prawdy co lata dotemu mnieprzytrafiło jutro? O ile się nie jej macie jeszcze planów. Jak zmarłej w jakichś niewyjaśnionych się wam układa z Tomaszem? Myślicie o ślubie? okolicznościach starszej siostrze. Komu może zaufać? – Nie – powiedziałam, sięgając po zapięcie pasów. Przystojnemu funkcjonariuszowi Straży Granicznej, – Bo? To fajny wiek, żeby się pobrać. w którym niespodziewanie się zakochała? – Nie chcę jeszcze wychodzić za mąż. Prawdę Znajomej z dzieciństwa, goszczącej mówiąc, nie wiem, czy w ogóle chcę…ją w swoim domu? Dawnym przyjaciołom jej we siostry Eweliny? może nikt – O, czyżbyś wdała się mnie? – CiotkaAzłośliwie z nich nie jest z nią szczery? Kto wie, w stacyjce. co wydarzyło się lata się uśmiechnęła i przekręciła kluczyk powrotnej niewiele rozmawiałyśmy. ZapytemuWwdrodze niewielkiej bieszczadzkiej wiosce? I komu zależy tałam jedynie niedawny pobyt Maderze, a ona najątym, żebyo prawda nigdy nienawyszła na jaw? opowiedziała mi o poznanym w podróży amerykańskim inżynierze, z którymMARTYNA wybrała się doODNAJDUJE Porto Moniz W BIESZCZADACH i zwiedziła Funchal. MIŁOŚĆ, ALE CZY UDA JEJ SIĘ ROZWIĄZAĆ – Chłopak nie miał jeszcze trzydziestki, ale gadało mi RODZINNĄ TAJEMNICĘ? się z nim rewelacyjnie. No i podszkoliłam mój angielski. – Uśmiechnęła się. – Nie miał jeszcze trzydziestki, no, no – zaśmiałam się. – Bez kosmatych myśli, poproszę, bo niestety jedyne, co James skonsumował w moim towarzystwie, to pałasz cena 42,90 zł z bananami i morskie ślimaki. ISBN 978-83-8195-700-7 - 20 -

9 788381 957007


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Śnieg otulił cię bielą - fragment by Filia - Issuu