Trzymający w napięciu thriller psychologiczny autorki bestsellera „Milczące dziecko”
POZNASZ MNIE Sarah A. Denzil
Sarah A. Denzil
POZNASZ MNIE Przełożyła Katarzyna Agnieszka Dyrek
Prolog
Raz, dwa, trzy, teraz ty. Raz, dwa, trzy, teraz ty. W ogrodzie ładnie pachnie. Ciepłe liście pod stopami. Słońce świeci nad głową. Liczę ptaki – jeden, drugi, trzeci. Wszystkie to sroki. Czarne, granatowe, białe pióra. Wydają takie śmieszne dźwięki – skrzeczą, jazgoczą. Nie podoba mi się to. Przeraża mnie. Może powinnam wejść do środka? Nie chcę. Wolę czuć promienie na skórze. Kiedy zamykam oczy, ich powidok jest jasnoczerwony, jak krew, która pojawiła się na moim kolanie, gdy obiłam je w zeszłym roku. Raz, dwa, trzy. Jak to szło? Jak to było? Teraz ty. Nie pamiętam dokładnie. Dlaczego zapominam? – Co tu robisz? Spinam się na dźwięk jej głosu. Jest podniesiony, pilny. Oznacza, że jest zła z jakiegoś powodu. Idzie pospiesznym krokiem. Zimną dłonią chwyta mnie za rękę. – Nie mamy na to czasu. Musisz się przygotować – mówi. – Nie chcę – szepczę. Zawsze mówię tak cicho, gdy jej się sprzeciwiam. Tylko w ten sposób mam odwagę.
5
Szarpie mnie, więc piszczę. Wbija mi paznokcie w skórę, a po policzkach płyną mi łzy. – Mówiłam, żebyś się tu nie bawiła – przypomina. Jest spocona. Włosy wymknęły się jej z upięcia i przylepiły do czoła. Rozpiętą u góry bluzkę znaczą plamy. Ma podkrążone oczy, rozmazaną szminkę, a mimo to nadal jest przerażająca. Ciągnie mnie przez trawnik. – Co ty tu w ogóle robisz? Z kim rozmawiałaś? Nie chcę powiedzieć. – No? – nalega, mocniej wbijając paznokcie w moją skórę. – Z cieniem – szepczę. Zatrzymuje się. Bardzo się boję. Obawiam się ciszy, która potem następuje. Kobieta kuca, a ja mogę myśleć jedynie o jej rozszalałych, przekrwionych oczach. – Nie ma żadnego cienia – mówi. – Nigdy nie było. Musisz natychmiast porzucić te bzdury. Kiwam głową. Porzucę. Dam sobie spokój z tymi bzdurami. Obiecuję. Chcę jedynie, by mnie kochała.
Część pierwsza
Rozdział 1
Nazywam się Sophie Howland i nigdy – nawet przez chwilę w swojej marnej egzystencji – nie czułam się cała. Czegoś we mnie brakuje. Mam wrażenie, jakby tuż po urodzinach jakiś pies odgryzł część mnie. Zjadł kawałek jak resztki ze stołu. Teraz, gdy jestem starsza, wierzę, że pewnego dnia tę brakującą część wypełni rodzina. Zawsze chciałam mieć dzieci. Najbardziej na świecie pragnę należeć do jakiejś grupy. Mieć męża, dużo maluchów. Po śmierci taty mama wychowywała mnie samotnie, więc chciałabym posmakować normalnego, rodzinnego życia. Być może gwiazdy mi nie sprzyjają i nie będzie mi to dane. Albo może w wieku trzydziestu pięciu lat rozkwitnę z opóźnieniem. Nagle wszystko się ułoży. Czasami słyszy się o takich kobietach. To zazwyczaj celebrytki lub bogaczki, które po czterdziestce ograniczają błyskotliwą karierę i stać je na surogatkę, a nie nauczycielki z podstawówki, mieszkające z matkami w małej mieścinie w Anglii. Chociaż nie znalazłam męża, można powiedzieć, że mam dziecko. Mam pięćdziesięciopięcioletnie uparte, złośliwe, zagubione dziecko. Jednak nie będzie ono dorastać. Będzie dziecinnieć. Jej umysł się rozpada, mama traci kontrolę nad
9
wieloma funkcjami życiowymi. Niebawem będę musiała ją karmić, kąpać, ubierać jak małą dziewczynkę. Powoli staje się moim dzieckiem. Tym, którego nigdy nie miałam. Pamiętam chwilę, gdy lekarz postawił diagnozę. Pamiętam, jak jego gabinet zaczął się kurczyć, a światło skupiło się na łysej, błyszczącej głowie doktora Lee. Pamiętam toczący się powoli po biurku ołówek, brudny kubek stojący na starej podstawce. Pamiętam słowa, które zwolniły, wypaczyły się, a następnie przyspieszyły bez ostrzeżenia. Wczesne stadium choroby Alzheimera. Naszła mnie wtedy myśl: oto moja kara. Wiedziałam, że to ja będę musiała się nią opiekować. Nie ma nikogo innego. To kara, ponieważ nie byłam taką córką, jaką powinnam być. I nic na to nie poradzę. Mogę jedynie obserwować, jak choroba powoli wyniszcza jej umysł. Od tamtej pory żyję jedynie w połowie dla siebie. Zawsze myślę najpierw o niej. Ma pierwszeństwo, jest chora. Ciągle zmagam się z wizją własnej egzystencji. Moi przyjaciele ciągną mnie w jedną stronę, a sama kieruję się w drugą, pragnąc życia, którego zapewne nigdy nie będę mieć. No i jeszcze ten nieustanny nacisk ze strony matki. Niekończące się potrzeby. Ciągle zadaję sobie pytanie: czy powinnam przestać żyć dla niej? Czy powinnam się poddać – odpuścić marzenia o normalnym istnieniu z mężem i rodziną? Wiem, czego chciałaby mama. Wiem, co by powiedziała. Może podjęłam niewłaściwą decyzję. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. W kawiarni zjawiam się wcześniej. Wiedziałam, że tak będzie. Uznałam, że spacer zajmie mi dwadzieścia minut, ale postanowiłam na wszelki wypadek wyjść dziesięć minut
10
wcześniej. Po chwili zdałam sobie sprawę, że wyszłam godzinę przed umówionym czasem. Ale to nic. Mogę odciąć się od domowego stresu, czytając książkę i ciesząc się dźwiękiem ekspresu. Ponownie zerkam na telefon, aby przypomnieć sobie jak wygląda ten, z którym mam się spotkać, po czym spoglądam na drzwi. Nie pojawi się w nich, wciąż pozostaje czterdzieści pięć minut do umówionego spotkania. Jest jedenasta w sobotę, jedynymi klientami są pary jedzące brunch oraz kilka osób, które mają laptopy i popijają cappuccino. Chociaż wydaje się bardzo mało prawdopodobne, że mój znajomy z portalu internetowego zamorduje mnie o jedenastej w biały dzień w sobotę, mama i tak próbowała mnie przekonać, żebym nie szła na to spotkanie. Na szczęście zgubiła klucze, co odwróciło jej uwagę. Dzięki temu mogłam wymknąć się niezauważona, pozostawiając ją z opiekunką, Erin. Mieszam kawę. Myślenie o mamie przez cały dzień mi nie służy, choć tak przeważnie robię. Jak powiedział lekarz: martwienie się nie uleczy choroby Alzheimera, ale może z kolei zaszkodzić mnie. Mama jest pod opieką Erin, nic jej nie będzie. Mimo że jej stan szybko się pogarsza – jak to się przeważnie dzieje u ludzi we wczesnym stadium tej choroby – wciąż ma na tyle jasny umysł, by powiedzieć mi, że upinanie włosów powiększa optycznie moją, i tak dużą, żuchwę i że mam pognieciony sweter. Jak matki to robią? Jakim cudem krytykują z taką łatwością? Wydaje się, że to ich druga natura.
11
Drzwi się otwierają, więc obracam głowę. To on. Jest niższy, niż zakładałam. Zdjęcie na jego koncie musi mieć kilka lat – albo zostało zrobione w bardzo korzystnym świetle – ponieważ nie pokazuje kurzych łapek przy oczach i siwizny na brodzie. Ale mężczyzna ma przynajmniej ciepły uśmiech. Natychmiast odnajduje mnie wzrokiem, podchodzi ze zwieszoną głową, gapiąc się pod nogi. Mimowolnie zwracam uwagę na jego buty. Wyglądają na robocze i są wytarte, jakby nosił je codziennie od kilku lat. Na resztę jego ubrań składają się jeansy i bluza na zamek błyskawiczny. – Ty pewnie jesteś Sophie – mówi. – Peter. Ściskam jego dłoń, następnie dyskretnie staram się otrzeć jego pot o sukienkę. – Cześć. Miło mi cię poznać. Siada, przysuwając krzesło do stolika i opierając się wydatnym brzuchem o blat. – Wyglądasz jak na zdjęciu – zauważa. Nie mam pojęcia, czy uznać to za komplement. – Co pijesz? – pyta. – Czarną kawę. – Nie lubię jej – przyznaje. – Kofeina sprawia, że jestem niespokojny. Kiedy byłem mały, mama nie dawała mi herbaty. To pewnie dlatego. Wzmianka o matce już w pierwszej minucie… to źle wróży. Z drugiej strony będziemy mogli porozmawiać o naszych dysfunkcyjnych relacjach z matkami. Wiedza, że właśnie to zniszczyło mój ostatni związek, może znacznie pomóc. – Jesteś księgowym? – pytam.
12
– Tak – odpowiada. – To mała firma, ale mamy lojalnych klientów. Wystarczy, by zapewnić nam utrzymanie. W większości są samozatrudnieni. Zdziwiłabyś się, jak bardzo niezorganizowani się okazują. – Śmieje się. – W zeszłym roku dostałem faktury w foliowej siatce. Unoszę brwi. – Och, to… Na szczęście podchodzi kelnerka, aby przyjąć jego zamówienie, ratując mnie przed kontynuowaniem tej rozmowy. Nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć. – Co czytasz? – Peter wskazuje na odłożoną frontem do blatu książkę. – Ach. – Odwracam lekturę. – Dziwne losy Jane Eyre. Czytam ją po raz trzeci. Wracam do niej średnio co pięć lat, aby sobie przypomnieć, dlaczego tak ją uwielbiam. Peter się śmieje. Parska głośno, po czym mówi: – Nie lubię czytać. Wolę grać na konsoli. Nie sądzisz, że próby wyobrażania sobie postaci są wyczerpujące, a wszyscy autorzy są narcystyczni? – Dlaczego? – pytam. – No jak to tak siedzieć i wyobrażać sobie rozmowy? To dziwne. Kelnerka podaje Peterowi colę, a ten od razu wypija połowę. Wciąż jestem zszokowana jego ostatnią uwagą. – A nie sądzisz, że ludziom potrzeba opowieści? I że nasz język jest piękny? Mruży oczy.
13
– Jesteś nauczycielką angielskiego, co? Denerwuję się. – Nie, uczę w podstawówce, ale studiowałam filologię angielską. Pstryka palcami i się uśmiecha. – Wiedziałem! Zaciskam zęby, żeby nie wytknąć mu, że mój zawód widnieje na koncie na portalu randkowym. Może jeśli uda mi się oderwać go od tematu literatury angielskiej, ujawni kilka głęboko skrywanych cech. – To co cię interesuje? Lubisz muzykę? – Wszyscy ją lubią. – Jeszcze więcej aroganckich palantów – odpowiada. – Nie znoszę gwiazd rocka, a ty? Kretynów jak Bono, którzy próbują ratować świat. Zmieniam pozycję na krześle, fizycznie odsuwając się od tego przenikliwego spojrzenia. Nie znoszę gotowości Petera do kłótni. Wydaje się, że każde jego słowo musi przerodzić się w zażartą dyskusję. To nie jest dobry start. Chcę po prostu stąd wyjść. Już chyba lepiej spędzać czas w domu z chorą matką. – No chyba. A co z muzyką klasyczną? – Nie mam do niej cierpliwości. Pasuje mi jednak muzyka country. Kenny Rogers, Dolly Parton. To ona napisała I Will Always Love You. Shitney Houston ją zniszczyła. – Śmieje się ze swojego żartu, przekręcając wulgarnie jej imię. Kiwam głową, gdy odzywa się mój telefon. – Przepraszam, ale powinnam odebrać. Mama nie czuje się najlepiej.
14
– Proszę – mówi, a ja mimowolnie zauważam, jak jego oczy rozjaśniają się na wspomnienie rodzicielki. Jednocześnie czuję ulgę, że mogę odebrać akurat w tej chwili. Jest mi przykro z powodu przebiegu spotkania oraz na myśl o potencjalnych kłopotach w domu. Przechodzę do odludnego kąta i przesuwam palcem po ekranie, by odebrać. – Co się stało, Erin? – pytam, natychmiast zdenerwowana. – To nic takiego – odpowiada głosem wyższym o oktawę niż normalnie. Wyobrażam sobie, że stoi przy kuchennym blacie i gestykuluje, gdy mówi. Erin jest o dziesięć lat ode mnie młodsza, czasami męczy mnie jej nadmiar energii. – Ale mama nie radzi sobie dziś najlepiej. – Zawsze mówi o swojej podopiecznej, jakby była jej dzieckiem. To mi jednak nie przeszkadza. Mama traktuje ją okropnie, więc pozwalam na tę odrobinę ekscentryczności, jeśli ułatwia jej to pracę. – Jest pobudzona. Ciągle o ciebie pyta. Przepraszam, że ci przeszkadzam… – Nie, w porządku – przerywam jej. – Szczerze mówiąc, szukałam wymówki, by się ulotnić. – Aż tak źle? – pyta. Zerkam na Petera, który macha entuzjastycznie. Przybieram minę, która – mam nadzieję – wyraża troskę, ale nie niepokój. Następnie wzruszam ramionami. – Tak. Wydaje się miły, ale… – Nie jest w twoim typie? – kończy. Wzdycham.
15
– Niespecjalnie. Będę w domu za dwadzieścia minut. Rozłączam się, wracam do popijającego colę Petera. Odstawia szklankę, na wąsach pozostają krople napoju, przez co mam ochotę się skrzywić. – Przykro mi, ale muszę iść. Mama jest we wczesnym stadium choroby Alzheimera, opiekunka dzwoniła, żeby powiedzieć, że jest pobudzona. Muszę wracać do domu. – Oj, szkoda – mówi. W końcu ociera usta i marszczy brwi. – Może mogę cię odwieźć? – Nie trzeba, to tylko kilka minut spacerkiem – kłamię. Nie chcę być z nim sam na sam w samochodzie. – Mogę cię odprowadzić. – Uśmiecha się. To ciepły wyraz. Istnieje szansa, że Peter jest fajnym facetem, tylko nie radzi sobie za dobrze w kontaktach międzyludzkich. – Nie, zostań, dokończ napój. Muszę biec. Miło było cię poznać. Kelnerka puszcza do mnie oko, gdy spieszę do wyjścia. Niemal parskam śmiechem, ale myślę o powrocie do domu i cała wesołość niknie. * – Nie będę jadła. Kamień na sercu rośnie, gdy słyszę głos – donośny, zadziorny, złośliwy. Trzy słowa będące ucieleśnieniem matki przez całe moje życie. – Daj mi spokój! – Proszę, pani Howland. Musi pani coś zjeść.
16
Otwieram drzwi, gdy po domu niesie się brzęk tłuczonej porcelany. – Mamo? Co robisz? – Spieszę do kuchni i dostrzegam na podłodze rozlaną zupę, a w niej kawałki potłuczonej miski. – Dlaczego to zrobiłaś? – Ta kobieta się tu włamała i próbowała podać mi truciznę – mówi, unosząc głowę. Mama zawsze była dumna. Jest szczupła, ma orli wzrok. Jedynie jej umysł nie jest już tak bystry jak kiedyś. – Mamo, to Erin. Opiekuje się tobą. – Uśmiecham się do dziewczyny, której częściowo płaci fundacja dla chorych na Alzheimera. To słodka dwudziestokilkulatka z krótką fryzurą i kolczykiem w nosie. – Chodź, usiądź na chwilę. Posprzątam. – Próbuję zaprowadzić ją do stołu, ale odtrąca moją rękę. – Nie będę siadać, głupia zdziro. Zgubiłam klucze. Erin wytrzeszcza oczy na te słowa, ale ja nawet nie drgam. – Mam je, mamo. Są w mojej torebce. Dam ci je, gdy już zjesz. Okłamywanie rodzicielki stało się prostsze, gdy za pięć minut o wszystkim zapomina. Jednak, gdy mruży oczy, wiem, że wpadłam w kłopoty. Z kolei, kiedy przygląda się i milknie, zdaję sobie sprawę, że przeżywa jedną z bardziej świadomych chwil. – No i jak było? Widzę, że spięłaś włosy, mimo że powiedziałam ci, żebyś tego nie robiła. Erin kuca, aby pomóc mi posprzątać potłuczoną miseczkę. Kiedy wstaję, unikam kontaktu wzrokowego z mamą.
17
W takich chwilach czuję się jak dziesięciolatka, a nie jak trzydziestopięcioletnia kobieta. – Był miły – mówię. – Ale nie sądzę, byśmy się jeszcze spotkali. Śmieje się. – Nie z taką żuchwą. – Patrzy na Erin, którą najwyraźniej przestała uważać za morderczynię-włamywaczkę. – Gdybyś ją widziała, kiedy była mała. Miała podbródek jak kowadło. – Odchyla głowę i się śmieje. – Nie wiedziałam, czy ją karmić, czy kuć na niej podkowy. – Rechocze. Erin posyła mi pełen współczucia uśmiech. Otwiera worek, do którego wrzucamy porcelanę. – Ale przynajmniej cię nie zgwałcił i nie zamordował – ciągnie mama. – Tak właśnie się dzieje, gdy spotykasz się z kimś poznanym w sieci. Tam wszyscy to zboczeńcy. Gość pewnie w wolnych chwilach uwodzi nastolatki. Przypuszczam, że to dlatego nie zawracał sobie tobą głowy. Jesteś dla niego za stara. – Mamo – mówię cicho. Zbyt cicho, aby ją powstrzymać. Przechodzę przez kuchnię po ściereczkę, by zetrzeć rozlaną zupę. Erin milczy. Żołądek zaciska mi się z zażenowania. Nie podoba mi się, gdy inni widzą mamę w takim stanie. – Mówiłam, żebyś nie szła, prawda? – Wpatruje się we mnie zielonymi oczami. Kiedy byłam mała, wydawało mi się, że zacznie strzelać z nich laserami, jak jakiś zły Superman. – Mówiłaś – odpowiadam. – I miałam rację, co? – pyta. – Tak – przyznaję.
18
– Zawsze mam rację. – Odrzuca włosy do tyłu. Lubi mieć je tak ułożone. Wielu fryzjerkom się to nie podobało. – Czyż nie? – Tak. – Wykręcam ścierkę w zlewie, starając się niczego nie dopowiedzieć. Erin nakłada kolejną porcję zupy. – Mówiłam ci, że zgubiłam klucze? – pyta mama. – Nie. Za chwilę pójdę ich poszukać. * Po wyjściu Erin i położeniu mamy spać sprzątam kuchnię i wymieniam worek na śmieci. Jest początek lipca, więc jeśli od razu tego nie zrobię, będzie śmierdzieć. Nie wspominając o tym, że pewnego razu zastałam mamę, gdy wyjadała resztki kurczaka z kubła. Na samo wspomnienie kurczy mi się żołądek. Wieczór jest przyjemny, ciepły, ale w powietrzu roi się od muszek. Przechodzę ścieżką do zewnętrznego kosza, szybko wrzucam do niego worek. Nasz ogród wymaga pielęgnacji. Mama go uwielbiała, ale odkąd zachorowała, nie dba już o niego jak poprzednio. Co jakiś czas próbuję ją nim zainteresować, ale zbyt łatwo się rozprasza. Prawdopodobnie po powrocie do środka wychylę przyjemny kieliszek chłodnego wina. A może wezmę go na zewnątrz i wypiję na leżaku. Nie piję za dużo alkoholu, ale czy jest coś bardziej rozluźniającego niż słodki trunek wypity w domu?
19
W JEJ DOMU. MarszczęKTOŚ brwi, gdyBYŁ następuję na dziwną rzecz. Nie włożyłam butów, zanim wyszłam do śmietnika. Nie opłacało się. KTOŚ, KTO JĄ ZNA. Jednak teraz moja bosa stopa znajduje się na małym, okrągłym przedmiocie. Zbyt płaskim, by mógł to być kamień. W środku nocy z pokoju dochodzi ochrypły szept Odsuwam się, pochylam i podnoszę to coś. „Poznasz mnie”. To guzik z kurtki czy płaszcza. Nic niezwykłego, ale Sophie całe wydaje dnie poświęca pracy w szkole z jakiegoś powodu się nie na miejscu. Wiem, że nie odpadł od moichlub rzeczy ani z ubrania mamy. która Nie sądzę, podstawowej opiece nad matką, cierpi bynanależał do niej. Podejrzewam, że musi być Erin, więc chorobę Alzheimera i nie jest łatwo się nią wkładam go do kieszeni jeansów i otwieram drzwi tarasowe zajmować. Córce pozostaje niewiele czasu dla prowadzące do kuchni. przyjaciół. – Znów siebie kręcił sięi nielicznych tam cień? W dniu, w którym Sophie postanawia w końcu Zamieram. Mama znajduje się na środku pomieszczenia, ma splątane włosy i pusty wyraz Przesunęła się jejdziać zrobić coś dla siebie i iść natwarzy. randkę zaczynają koszula nocna, rzeczy. widać więcej dekoltu, niżbym sobie życzyła. się dziwne W ogrodzie znajduje dziwny – Chodź, mamo. Zaprowadzę cię do łóżka. guzik. Na szybie odcisk dłoni. Matka za swoje nowe Zanim jednak podchodzę do niej, zamykam porządnie sińce obwinia „cień”. Kto je prześladuje i dlaczego? drzwi. Słowo „cień” porusza coś pogrzebanego na dnie mojej ten głos… pamięci. Jest w nimI jeszcze coś, czego jednak nie mogę uchwycić, jak wyraz na końcu języka. Przyprawia mnie o ciarki i sprawia, że mam ochotę zaryglować drzwi. Sophie musi wejrzeć Aby odkryć, kto je dręczy, w przeszłość, choć może nie spodobać jej się to, co tam znajdzie.
cena 39,90 zł mrocznastrona.pl wydawnictwofilia.pl
ISBN 978-83-8195-603-1
9 788381 956031