Historia o miłości, dawnych błędach i o wybaczaniu.
O gród
księżycowy
O gród
księżycowy TOM III
1.
– O ile znam język hiszpański, tłumaczenie jest dobre, Laurito. – Carmen Rojas zwróciła się do szczupłej kobiety, która wspólnie z nią pochylała się nad manuskryptem. Sabina Południewska podniosła głowę, założyła kosmyk włosów za ucho i przerzuciła kartki. – Czemu mówisz do mnie Laurita? – zapytała z ciekawością. – Laura Rossa to tylko mój pseudonim. Zagadnięta pokręciła głową tak gwałtownie, że zabrzęczały jej zabytkowe peruwiańskie kolczyki. – Kochana, kiedy się spotykamy służbowo, a ja występuję w roli twej agentki literackiej, to jesteś dla mnie Laurita, a kiedy znowu stajemy się kumpelkami, to jesteś Sabina. Kapewu? Pisarka roześmiała się wesoło. Tokowi rozumowania przyjaciółki nie można było niczego zarzucić. Po prostu oddzielała sferę prywatną od zawodowej. Carmen była współwłaścicielką jednej z największych w Ameryce Południowej agencji literackich „Siostry Rojas”. Niedawno sprzedała w Argentynie i Kolumbii licencję na ostatnią książkę Sabiny i teraz przeglądały tłumaczenie. Jak 5
uważała agentka – nie było złe. Południewska musiała jej zaufać, bo nie znała tego języka, choć ogromnie podobały się jej znaki przestankowe – odwrócone wykrzykniki i znaki zapytania. Panna Rojas była osobą szczególną – zwariowaną i żywiołową. Świetnie władała kilkoma językami, w tym polskim, ale jej sposób wysławiania niejednokrotnie wpędzał rozmówców w zakłopotanie. Jako wielbicielka romansów, piłki nożnej i programów telewizyjnych niezbyt wysokich lotów, lubiła określenia w stylu „spokojna twoja rozczochrana”, „nie kituj”, czy „sorry, Gienia, świat się zmienia”, którymi potrafiła okrasić swą wypowiedź nawet podczas najbardziej oficjalnego spotkania. Ponieważ gustowała również w literackiej klasyce, twórczo wykorzystywała takie słówka jak „wciórności” czy „duby smalone”, wymawiając je z uroczym latynoskim akcentem. Sabina była zdania, że jej przyjaciółka wyraża się „malowniczo”, sama cudzoziemka zaś była przekonana, że jej polszczyzna jest bardzo finezyjna. Zapewne obie miały rację. Teraz jednak agentka z powrotem zagłębiła się w tekst, a Południewska spojrzała przez okno. Siedziały w jadalni hotelu Pod Graalem i Różą prowadzonego przez szwagierkę Carmen, Milę Mossakowską. To miejsce było prawdziwą architektoniczną osobliwością. Budynek miał wielki taras, na który wychodziło się wprost z jadalni, a ogromny front zaprojektowany w stylu włoskim ozdabiała średniowieczna wieża, wznosząca się ponad dachem jak latarnia morska nad wybrzeżem. Było to zresztą trafne porównanie, bo dom górował nad doliną, skrywającą przepiękną łąkę i plantację kwiatów. 6
Sabina kochała to miejsce. Spędziła tu najszczęśliwsze miesiące swego życia, pisząc ostatnią książkę – właśnie tę, którą teraz przeglądały. Właścicielka hotelu, Mila, stała się jej powiernicą i to ona umożliwiła Sabinie kupno własnego domu – zachwycającej, choć zrujnowanej posiadłości na pobliskich Modrzanach. W ten sposób pisarka, dla której pobyt w Idzie miał być tylko kilkumiesięcznym przerywnikiem w jej uporządkowanym, w miarę spokojnym życiu autorki poczytnych książek, osiadła tu na dłużej. Czy na stałe? Tego jeszcze nie wiedziała, ale zyskała tu nie tylko przyjaciół, takich prawdziwych, na dobre i na złe, lecz także dom. Swoje miejsce na ziemi, do którego mogła wracać, bo należał w całości do niej i witał ją za każdym razem tak samo serdecznie. Uśmiechała się do tych myśli i czuła wielki spokój. Starała się zerkać na przekład, który wciąż studiowała Carmen, ale tak naprawdę ciągnęło ją na łąkę i dalej, do domu, miejsca bliskiego i kochanego. Był maj i dopiero co zakwitły bzy. Sabina czuła ich upojny zapach i nie mogła się skupić na pracy. Wiosna wybuchła z taką intensywnością, że nagle, w ciągu kilku dni, wszędzie pojawiły się bajecznie kolorowe kwiaty. Pisarkę zawsze zadziwiała ta nagła metamorfoza, gdy ze smutnego i nieokreślonego kolorystycznie przedwiośnia w jakiś nieledwie czarodziejski sposób wyłaniała się bujność w pełnej krasie. Początkowo był to tylko pierwszy ciepły powiew wiatru, który przełamywał chłód. Powietrze zaczynało pachnieć słońcem i rozgrzaną ziemią. Jeśli padał deszcz, to i on miał świeży aromat. Potem nagle pojawiały się pąki i eksplodowały pierwsze kwiaty, a całe zjawisko zaczynało przypominać 7
jakiś szalony wyścig, którego nic już nie mogło powstrzymać. Budzenie się natury do życia zapierało dech w piersiach. Łąka, dzieląca pałac od domu na Modrzanach, wyglądała niesamowicie, gdy wręcz kipiała od barw i zniewalających aromatów. Zrobiło się bardzo ciepło, zakwitły drzewa, a krzaki tawuły pod domem Sabiny pokryły się białym i różowym kwieciem. Remont jej ukochanej siedziby zbliżał się właśnie ku końcowi. Kiedy kupowała ten dom jesienią, przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy – dach przeciekał, podłogi były zniszczone i wypaczone, ściany od dawna wołały o malowanie. Południewska nie podejrzewała, że remont będzie tak wyczerpujący i kosztowny. Zainwestowała weń wszystkie swoje oszczędności i musiała nawet wziąć kredyt. Wydatki przekroczyły najśmielsze oczekiwania, ale nic się nie liczyło poza faktem, że nareszcie mogła zrealizować swoje marzenie. Modrzany wyglądały wspaniale. Budynek odzyskał dawny blask, choć niczego nie stracił ze swej tajemniczości. Wszyscy zastanawiali się, skąd tutaj wzięła się taka architektura – dom zbudowano w stylu typowym dla posiadłości w północnej Anglii. Miał kształt litery L i składał się właściwie tylko z parteru i wysokiego poddasza. Pierwsza kondygnacja mieściła olbrzymią kuchnię połączoną z salonem i kilka małych klitek niewiadomego przeznaczenia, które Sabina przerobiła na swój pokój do pracy, nazywany przez jej narzeczonego – miejscowego lekarza, Krzysztofa Doleckiego – gabinetem. Nie był to jednak żaden gabinet. Południewska ustawiła niewiele sprzętów, właściwie tylko sosnowy stół, pokryty zielonym pluszem fotel i kilka półek z książkami. Nie lubiła, kiedy coś ją rozpraszało podczas 8
pisania, dlatego starała się nie gromadzić wokół siebie zbyt wielu przedmiotów. – To taki gabinet w reorganizacji. – Krzysztof się śmiał, gdy z dumą pokazała mu to pomieszczenie. Przerobiła małe okienka na wielkie okna tarasowe i od świtu mogła się cieszyć widokiem na łąki. Uwielbiała go. Teraz, gdy zamieszkała na stałe w Idzie, wstawała bardzo wcześnie, wraz z pierwszymi promieniami słońca. Zbiegała z sypialni usytuowanej nad gabinetem, zaparzała kawę i spoglądała na dolinę. Jak zwykle nie mogła się napatrzeć na poranny balet mgieł, które snuły się nad łąkami. Potem słońce wędrowało spokojnie po niebie, a ona pracowała. Nigdy nie czuła się tak spełniona i szczęśliwa. Kochała ten dom i wszystkie jego sekrety, które odkrywała dzień po dniu. Nie miała pojęcia, że budynek mieści w sobie tyle tajemniczych zakamarków. Jak się okazało, każdy pokój miał swoją maleńką łazienkę z bardzo sprytnie ukrytymi drzwiami. – Taka „wiktoriańska elegancja” – skomentował to odkrycie doktor. – Dyskretnie i funkcjonalnie. To, co wstydliwe, pozostaje taktownie za ścianą. Podobne łazieneczki miały zapewne bohaterki powieści Jane Austen, bo o pewnych sprawach lepiej było powściągliwie milczeć. Sabina śmiała się, ale przyznawała mu rację. Kuchnia z kolei kryła całą masę różnych szafek na wiktuały oraz bezpośrednie zejście do piwnicy. Właściwie każdego dnia pisarka dowiadywała się o swoim domu czegoś nowego, a on dość niechętnie zdradzał swoje tajemnice. Całe przedwiośnie doprowadzała do porządku zachwaszczone otoczenie domu. Gdy pozbyła się ostów, 9
parzącego barszczu Sosnowskiego i kilku innych okropnych badyli wrośniętych głęboko w ziemię, jej oczom ukazała się przepiękna przestrzeń z drzewami i krzewami. Pnie porastało dzikie wino, takie samo jak to, które snuło się po ścianach domu, sięgając okien sypialni na poddaszu. Południewska skosiła podeschniętą trawę i wytyczyła ścieżki, które wyłożono białymi kamieniami. Mąż Mili, Witold Mossakowski, podarował pisarce niewielką fontannę i kilka ogrodowych rzeźb, które – jak powiedział – tylko marnowały się w ich parku. Mimo to było tutaj dosyć pusto i smutno. Brakowało życia, które mogły dać kwiaty. Sabina jednak nie znała się na ogrodnictwie i nie miała pojęcia, jak zabrać się do aranżacji tej przestrzeni. Dawna właścicielka pałacu – Tekla Tyczyńska, która teraz mieszkała w domku myśliwskim na granicy posiadłości i zajmowała się wyrobem perfum i kosmetyków dla firmy „Królowa Róż” – doradziła kilka rozwiązań. Choć były to proste rzeczy – zaaranżowanie paru rabat, posadzenie roślin, to Południewska wciąż się wahała. A jeżeli zrobi coś źle? Kupi nieodpowiednie sadzonki, które po prostu się nie przyjmą lub w ogóle nie będą pasowały do otoczenia? Widziała różne projekty w czasopismach ogrodniczych – na zdjęciu wszystko wyglądało pięknie i bardzo prosto. Nikt nie pisał o trudnościach i porażkach. Pielęgnacja ogrodu wymaga ciągłej uwagi i poświęcenia, a nie była pewna, czy znajdzie na to tyle czasu, no i w końcu tuż za granicą swej posiadłości miała różane pole, które zapewniało jej przepiękny widok. Pierwsze róże zakwitną już w czerwcu – pomyślała Sabina i aż zastygła z zachwytu. Duża część łąki na Modrzanach została zamieniona na plantację, gdy Południewska 10
przystąpiła do spółki i zainwestowała w „Królową Róż”. Już nie mogła się doczekać, gdy ze swego gabinetowego okna zobaczy wszystkie rozkwitające pąki i poczuje ten nieziemski zapach. Róże mają w sobie niesamowitą moc. Żaden inny kwiat nie pachnie tak intensywnie i słodko jak one. Obiecują wiele, ale równocześnie kryją w sobie niejeden sekret. Gdy kobieta patrzyła na ich nieskalane piękno, jak nigdy rozumiała słowa Blake’a: „Zobaczyć świat w ziarenku piasku, / Niebiosa w jednym kwiecie z lasu, / W ściśniętej dłoni zamknąć bezmiar, / W godzinie – nieskończoność czasu*1”. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – dotarł do niej głos Carmen. Najprawdopodobniej mówiła już od dłuższego czasu, ale pisarka po prostu się wyłączyła. – Oczywiście, że tak. – Poważnie? To co powiedziałam? – szwagierka Mili zawiesiła na niej srogie spojrzenie. – Że książka będzie ogromnym sukcesem – zaryzykowała Sabina, bo jej agentka o niczym innym nie mówiła od kilku tygodni, tylko jaką furorę zrobi powieść za oceanem. Twarz Latynoski się rozpogodziła. – A więc jednak słuchałaś, cudownie! Wspomnisz moje słowa. Trzeba ci będzie zorganizować trasę promocyjną po Argentynie i Kolumbii. Szkoda, że Millagros ma malutkie dziecko, bo jest świetna w planowaniu takich imprez. Czuje się w tym jak rybitwa w wacie. Sabina już dawno przyzwyczaiła się do tego, że przyjaciółka, do której nie przemawiały subtelne zawiłości idiomatyki, przekręca prawie każde powiedzenie, ale tym razem
* Wszystkie przypisy objaśniono na końcu książki. 11
nie mogła opanować wesołości. Wyobrażała sobie rybitwę w wacie i śmiała się tak, że łzy płynęły jej z oczu. Śmiech miała zaraźliwy, więc po chwili chichotała także Carmen, dyskretnie, jak to dama, zasłaniając usta haftowaną chusteczką. – Co wam tak wesoło? – spytała Mila, dawna wspólniczka Carmen w agencji „Siostry Rojas”. Weszła do salonu, niosąc na rękach ciemnowłosą dziewczynkę o niezwykłych zielonych oczach. Gdy zobaczyła Południewską, od razu wyciągnęła do niej rączki, domagając się wzięcia na kolana. – Ida Sabina – powiedziała z czułością pisarka, a dziewczynka natychmiast przytuliła się do niej. – No tak, mały pieszczoch już znalazł swoją ofiarę – Młoda matka roześmiała się, wołając jednocześnie do kuchni o świeżą kawę. – Ona wie, że ty masz do niej słabość. To prawda. Od momentu, gdy Sabina asystowała w przyjściu Idy na świat, pomagając Mili przy porodzie, traktowała małą jak własną córkę. Nie potrafiła niczego odmówić temu ślicznemu dziecku. Pani Gertruda Kowalowa, która była gospodynią w pensjonacie, wyszła z kuchni, niosąc imbryk z kawą oraz ciasteczka. – Znowu panie pracują – gderała. – Panna Sabina to albo pisze, albo przegląda wydrukowane strony. Panna Carmen cały dzień wisi na telefonie albo łupie, za przeproszeniem, w komputer. – Jakie łupie, kto łupie? – oburzyła się agentka. – Może w kościach kogoś łupie. Ja załatwiam ważne sprawy biznesowe. Muszę wprowadzić książkę na rynek. Wie pani, ile z tym jest zachodu? 12
Ale Gertruda miała o działalności Carmen swoje zdanie. Szwagierka Mili robiła na niej zawsze wrażenie z lekka niezrównoważonej i gospodyni nie kryła się za bardzo ze swymi odczuciami. – Sprawdzacie tłumaczenie? – spytała Mila, pochylając się nad wydrukiem. Sabina podsunęła jej kartki. – Masz. Ty się w tym lepiej zorientujesz. Właścicielka pensjonatu mieszkała przez kilka lat w Argentynie wraz ze swoim pierwszym mężem, bratem Carmen. Doskonale znała hiszpański i reguły rządzące tamtejszym rynkiem książek. – Szkoda, że nie możesz mi pomóc. – Jej szwagierka westchnęła, jakby myślała właśnie o tym. Mila pokręciła głową, nie przerywając czytania. – Nie. Dawno już wypadłam z obiegu i nie sądzę, żebym mogła coś zrobić. Poradzisz sobie doskonale. Twoja skuteczność jest legendarna. Carmen skrzywiła się i nalała sobie kawę. Młoda matka jeszcze chwilę czytała w skupieniu, a potem podniosła głowę. – Świetne tłumaczenie. Doskonale oddaje ducha twojej powieści. Niczego nie można zarzucić. Ja, co prawda, wolę twoje książki w oryginale, ale jestem pewna, że tłumaczenie się spodoba. – No widzisz – stwierdziła triumfalnie agentka. – Cały czas to mówię. Laurita będzie królową romansu w Ameryce Południowej. Jak Barbara Bradford albo Cartland. Zobaczysz jeszcze. A teraz muszę iść „połupać” na komputerze, jak mawia gosposia. Na pewno mam wiele zaległych maili. – Złapała swoją filiżankę z kawą i zniknęła. 13
– Postrzelona dziewczyna – westchnęła Mila. – Ale zna się na rzeczy, możesz być spokojna. – Jestem. – Pisarka się uśmiechnęła. Naprawdę nic jej nie martwiło. Była pewna, że wszystko się powiedzie. Odkąd mieszkała w Idzie, jej sprawy doskonale się układały. – Wiesz, Sabino, ja też mam pewien pomysł i chciałam się ciebie poradzić – powiedziała Mila. Południewska posadziła małą Idę Sabinę na dywanie, bo dziewczynka zapragnęła poraczkować ku słońcu, które leniwymi promieniami omiatało salon. – Tak? Właścicielka pensjonatu nalała sobie więcej kawy i skubnęła ciasteczko. – Oczywiście powiedz mi, jeśli uznasz ten pomysł za głupi albo niewykonalny. Ja wiem, że ty masz wiele różnych zajęć i zaangażowałaś się w działalność „Królowej Róż”… – Może mi wreszcie powiesz, o co ci chodzi? – zapytała pisarka ze śmiechem, ponieważ Mila nigdy nie wyłuszczała swoich pomysłów w równie zawikłany sposób. – O przyszłość hotelu. To znaczy, w perspektywie o przyszłość hotelu. Idzie lato, a my nie mamy jakiejś wielkiej liczby rezerwacji. To się na pewno zmieni, gdy „Królowa Róż” rozwinie produkcję i ludzie zaczną przyjeżdżać na warsztaty perfumiarskie, ale na razie martwi mnie brak zainteresowania. Pomyślałam sobie, że może mogłabyś poprowadzić zajęcia z kreatywnego pisania dla osób chcących stworzyć romans? – Przerwała i zawiesiła pytające spojrzenie na Sabinie, którą ta propozycja mocno zaskoczyła. – Znasz się doskonale na rzeczy, a myślę, że chętnych by nie brakowało – ciągnęła tymczasem przyjaciółka. – Uczestnicy kursu mieszkaliby 14
tutaj, a zajęcia mogłabyś prowadzić w bibliotece oraz w parku, gdy będzie ciepło. Budujemy tam specjalną altanę. – Ja miałabym kogoś uczyć? – zastanawiała się głośno pisarka. – Myślisz, że dałabym radę? Jej rozmówczyni błyskawicznie się rozpromieniła. – Myślałam, że od razu odmówisz. Oczywiście, że dałabyś radę. Moim zdaniem masz wielki dar przekazywania wiedzy. Sabina była pełna wątpliwości. Obawiała się występować publicznie, a dreszczem strachu napawała ją myśl o kilku wpatrzonych w nią twarzach. Czy nie poplącze jej się język? Czy potrafi jasno przekazać to, co ma do powiedzenia? Czy ktoś w ogóle będzie chciał jej słuchać i przyjedzie na takie lekcje? Z drugiej strony bardzo chciała pomóc przyjaciółce, która wpatrywała się w nią pełnym napięcia wzrokiem. – Wątpię, czy będzie jakieś zainteresowanie… – oznajmiła ostrożnie. Mila aż klasnęła w dłonie. – A więc zgadzasz się? Pisarka kiwnęła sztywno głową, wciąż lękając się, czy dobrze robi. – To będzie kolosalny sukces. Jeżeli się zgadzasz, to ja zaraz dam ogłoszenia o tych warsztatach, mogłybyśmy je zorganizować pod koniec czerwca albo na początku lipca. – Tak szybko? – Sabina się przeraziła. Zdała sobie sprawę, jak mało czasu ma na przygotowanie zajęć. Ale pocieszyła się w myślach, że może nikt się nie zgłosi, choć wszystko to bardzo ją niepokoiło. – Tak, to znakomity termin – ciągnęła Mila. Najwyraźniej wszystko już sobie dokładnie obmyśliła. – Ida wygląda 15
przepięknie wiosną, w czerwcu zaczną kwitnąć pierwsze róże. Lipiec to najwspanialszy miesiąc. Będzie tu po prostu rajsko, doskonałe tło do pisania powieści. Och, Sabino, jesteś wspaniała. Jakże ci dziękuję! – Wstała od stołu, by uściskać Południewską. Zegar wybił pierwszą. – Muszę iść do szkoły po Julinkę. – Pisarka poderwała się gwałtownie. – Krzysztof pojechał dzisiaj do Brzózek do ośrodka na dyżur. – Leć, a ja ci wieczorem prześlę projekt graficzny ogłoszenia.
2.
Sabina nic już nie odpowiedziała, tylko wybiegła z pałacu i wskoczyła na rower. W kilka minut przebyła drogę do swego domu. Tutaj szybko odstawiła jednoślad do sieni i chwyciła kluczyki do samochodu. Kierując się przezornością, ostatniej zimy nabyła bardzo tanio samochód terenowy z napędem na cztery koła. Wielokrotnie uratował jej życie, gdy musiała brnąć do gminy, żeby coś załatwić podczas śnieżycy lub poroztopowego błocka. Witold Mossakowski miał rację, mówiąc, że kwiecień jest w Idzie najbardziej utrapionym miesiącem, ponieważ lokalne drogi stają się praktycznie nieprzejezdne. Julinka chodziła do szkoły w Lipniku. Krzysztof uparł się i nie chciał jej zapisać do Brzózek, uznając, że mała szkoła w niewielkiej miejscowości będzie miała na dziewczynkę lepszy wpływ niż wielki gminny moloch. Jego córka chodziła jednak tam niechętnie. Odkąd w Idzie zlikwidowano podstawówkę, zostawiając jedynie trzy pierwsze klasy z nauczaniem początkowym, mała nie mogła przyzwyczaić się do Lipnika. Ciągle działo się tam coś niedobrego, do czego nie chciała przyznać się ojcu. Dużo jednak rozmawiała z Sabiną. 17
Dzieci nie lubiły Julinki – spokojnej, zamkniętej w sobie, z trudem nawiązującej społeczne więzi. Dziewczynka nie znała się na żartach, nie potrafiła dopasować się do szkolnej rzeczywistości, koterii i układów towarzyskich. – Kiedy powiedziałem dyrektorce, że to zespół Aspergera, to miałem wrażenie, że zaraz uczyni znak krzyża i zacznie mnie kropić wodą z wiaderka do wyciskania gąbki, ponieważ akurat pod ręką nie było święconej – pieklił się Krzysztof. Pisarka uspokajała go, ale sama nie bardzo wiedziała, co zrobić. W tym czasie przeczytała już wiele książek o autyzmie oraz Aspergerze i gotowa była, przezwyciężając własną nieśmiałość, pójść do szkoły i wyjaśnić dzieciom, w czym rzecz. Dyrektorka jednak nie wyraziła zgody, patrząc na nią z ogromną podejrzliwością. Kobieta kilkukrotnie robiła różne podchody, ale administracja szkoły wciąż pozostawała głucha. Starała się więc pomagać Julince. Całymi popołudniami siedziały, analizując różne zachowania koleżanek i kolegów, starając się przewidzieć bieg wydarzeń w klasie, odgrywając rozmaite scenariusze. – Jestem ci wdzięczny, że potrafisz się tym zająć – powtarzał Krzysztof, zmęczonym ruchem odgarniając jasne włosy z czoła; był to gest, za który Sabina go pokochała. – Ja bym tym gnojkom nogi powyrywał… – Daj spokój – mawiała wówczas ona. – Zapomniał wół, jak cielęciem był. To, że Julinka dopuściła ją do swoich szkolnych sekretów, było dla niej ogromnie ważne i czuła z tego powodu dumę. No, ale wciąż nie potrafiła jej pomóc w zadowalający sposób. 18
Gdy zobaczyła zasmuconą dziewczynkę, jak wlokła się noga za nogą do samochodu, wciąż wymijana przez roześmiane koleżanki, wiedziała, że coś się stało. – Co robimy? – zapytała jak zwykle, bo już się nauczyła, że rozmowy z Julinką nie należy zaczynać od pytania o szkołę. – Chcesz jechać do biblioteki wymienić książki? Pokręciła przecząco głową. – W takim razie odwiozę cię do domu – stwierdziła kobieta, naciskając starter. – Może obejrzymy jakiś film? Mała ponownie potrząsnęła głową. – Chcę jechać do ciebie, do Bluszcza. Dziewczynka nazywała dom Sabiny Bluszczem praktycznie od momentu, gdy go zobaczyła. Istotnie bluszcz rozkrzewił się na ścianach w imponujący sposób. Na górze, tuż obok sypialni pisarki, był mały pokój, którego okno prawie całkowicie oplecione było przez pnącze. Południewska chciała nawet trochę je podciąć, bo zasłaniało światło, ale Julinka się nie zgodziła. Bluszcz w tym miejscu zwieszał się malowniczo z niewielkiej wieżyczki powyżej dachu i rzeczywiście wyglądał przepięknie. Córka doktora uwielbiała to pomieszczenie i całkowicie objęła je w posiadanie. Sabina nie miała nic przeciwko. – Dobrze – powiedziała więc z pewnym wahaniem. – Pojedziemy do Bluszcza, tylko zawiadomię twojego tatę. Wybrała numer gabinetu doktora Doleckiego, ale szybko zgłosiła się rejestracja. Krzysztof, gdy ordynował, zawsze przełączał telefon na centralkę. Sabina przekazała swoją wiadomość mało rozgarniętej recepcjonistce, która co drugie zdanie wtrącała „Słucham? Co proszę?”, i ruszyła powoli spod szkoły. 19
Właśnie minęły ją dwie uczennice. Były wysokie, o staran-
W dolinie mgieł i róż zaczyna się wiosna. Sabina nie ułożonych włosach. Południewska odniosłaPisarka, nawet wrażePołudniewska, remontować stary dom.błyszczyPrzy nim nie, że mają lekkokończy umalowane oczy i usta pociągnięte powstaje wyjątkowy ogród księżycowy, który najpiękniej kiem. Dziewczyny spojrzały do wnętrza samochodu i widząc i najbardziej tajemniczo wygląda nocą. Julinkę, zachichotały wyzywająco. Ta, która wydała się Sabinie bardziej umalowana, mysia blondynka w czerwonej spódnicz-
Otaczają ją przyjaciele hrabina Tyczyńska produkuje ce, powiedziała coś do –drugiej – szatynki w jasnych dżinsach.swoje niezwykłe perfumy, Marek Rokosz uprawęPiziół, Julinka skuliła się na siedzeniu i zacisnęłarozwija dłonie w pięści. a Mila Mossakowska chce zorganizować warsztaty pisarskie, sarka spojrzała na nią z ukosa, ale nic nie powiedziała. Dodała które mogłaby poprowadzić Sabina. gazu i po chwili obie nieznajome zostałyEkscentryczna daleko w tyle. Carmen wysyła z Argentyny reżysera, irytującego – Co będziemy robić w Bluszczu? – zapytała, licząc na ale i zabawnego oryginała. to, że jej towarzyszka się rozpogodzi. Tak się istotnie stało. Dziewczynka poprawiła się na siedzeniu i zaczęła opowiadać
Przyszłość rysuje sięnowych świetlistą kreskąnai wydaje się, że nic nie Sabinie o swoich pomysłach zagospodarowanie zakłócić tego harmonijnego ogrodu.może Chciała posadzić kilka roślin, ładnych,życia. ale niewyJednak niespodziewanie w Idzie pojawia się osoba, która magających. może zmącić szczęście i Krzysztofa, odmieniając – Musimy w takim Sabiny razie podjechać do „Kaliny” – oznaj- ich los. Dawne błędy potrafią rzucać długie cienie, a wybaczenie miła z uśmiechem pisarka i zawróciła samochód w kierunku centrum Lipnika. nie zawsze jest proste. „Centrum” było to zresztą stanowczo przesadzone okre-
Czy miłość naprawdę jest w stanie pokonać każdą ślenie. Lipnik, choć dużo większy od Idy, liczył sobie zaleprzeszkodę? Czy to, co pęknięte da się skleić bez śladu? dwie trzy ulice, które krzyżowały się przy remizie strażacTej wiosny, w dolinie mgieł i róż kilka serc zostanie kiej. Był tu przystanek autobusowy, kilka sklepów, biblioteka złamanych. Ale miłość i dobro mają kojącą moc leczenia ran. i centrum ogrodnicze „Kalina”. Tak się złożyło, że nasiona, sadzonki i wszelki sprzęt ogrodniczy doskonale tutaj szły. Mieszkańcy Lipnika i okolic szczycili się swoimi pięknymi ogródkami. Uprawa roślin to było hobby sporej części tutejszej społeczności. cena 39,90 zł Trudno zaprzeczyć, że ową modę wygenerowała właISBN 978-83-8195-389-4 śnie „Kalina”. Najpierw był tu sklep „1001 drobiazgów”, 20
9 788381 953894