Dla Justyny Chaber! Cudownej dziewczyny z uśmiechem i zawsze pozytywnym nastawieniem. Kochana, dziękuję!
Jeszcze nie całkiem gotów zamienić się dla nich w los, zbliżał ich i oddalał, zabiegał im drogę i tłumiąc chichot odskakiwał w bok. Wisława Szymborska
1
Deszcz uderzał w chodnik, wypełniając wgłębienia, którymi płynęły strumyki. Gdańsk w rozbłysku latarń, zmoczony kroplami, tracił to, co urzekało podczas spacerów uliczkami starego miasta w słoneczny dzień. Przechodnie śpieszyli się, chowając pod kapturami i parasolami, walcząc ze zmiennością wiatru i fontanną kropel. Wszyscy dostosowali się do gwałtownego rytmu deszczu padającego z szarych skłębionych chmur. Z zamazanego obrazka wyłoniła się jedna postać, starszy pan w ciemnym płaszczu i bez parasola, który – nie zważając na otaczający go zgiełk i atak wody z nieba – maszerował zamaszyście przed siebie. Był nie za wysoki i drobny. Patrzył w niewidzialny punkt. Ocknął się, gdy padł na niego blask przyulicznej kawiarni. Rozejrzał się jakby zagubiony, po czym pchnął drzwi, słysząc dzwoneczki, które oznajmiły jego przybycie. Otoczyło go ciepło, miłe odczucie, po chłodzie aury za drzwiami.
9
Podrapał się po głowie, na której zostały pozostałości siwych włosów, nieco poprzyklejanych do jego okrągłej czaszki, co można było uznać za odmianę jego codziennego „rozczochranego” wizerunku. Usiadł przy stoliku, złożył zamówienie i oparł się łokciami o stół, obejmując twarz dłońmi. Westchnął głośno i boleśnie, mierząc się z problemem, który dręczył jego duszę. Wzdychał tak kilkakrotnie, czym przykuł uwagę innych klientów. Jeden z nich popatrzył na niego i szybko poderwał się z krzesła, w pośpiechu żegnając się ze swoim znajomym. – Albercie! Co za spotkanie. – Korpulentny i wysoki mężczyzna uścisnął dłoń starszego człowieka. – Wacławie! Całe wieki się nie widzieliśmy. Jak to możliwe, skoro mieszkamy w jednym mieście? Siadaj czym prędzej. Z nieba mi spadłeś. – Albert poderwał się z ożywieniem i przysunął dawnemu znajomemu krzesło. – Przyjacielu, dopadły mnie smutek i trwoga, na które nic nie mogę poradzić. Wybacz, że nie cieszę się z twojego widoku, tak jak powinienem. – Albercie, znamy się od dawna, pamiętam twoje smuteczki i wiem, że zawsze przesadzasz. Albert złapał się za głowę, a drobne włoski, osuszone przez ciepło wnętrza, uniosły się, ponownie stając na swoim posterunku. – Tu nie ma rozwiązania, a ja tak się stresuję, gorączkuję, umieram ze zmartwienia. – Może od początku. – Zadręczam cię sobą, a nawet nie spytałem, co u ciebie? 10
– Starość nie radość, ale do przodu. Mam czas dla starego przyjaciela. – Wacław klepnął drobnego Alberta po plecach, widząc radość w jego oczach. – Opowiadaj, zaraz coś zaradzimy, ale najpierw coś do rozgrzania. Naleweczka z wiśni, tu serwują najlepszą. – Ty wiesz, co lubię, a skoro zachwalasz, nie pogardzę. Starsi panowie wznieśli toast za spotkanie i rozgrzali się mocnym trunkiem, a po pierwszym łyku zaszkliły im się oczy. Zasmakowali w słodkości i wypili drugą porcję. Albert, rozluźniony, na nowo się ożywił, a w trakcie rozmowy żywo gestykulował. Na jego twarzy zmieniały się emocje: od przerażenia do niezdrowej ekscytacji. Wacław cierpliwie wysłuchał natłoku wyrzucanych przez przyjaciela słów, jak to mu tragicznie i markotno, po czym przerwał ten występ i zapytał wprost: – Rozumiem, że martwisz się wiekiem, o przyszłość, ale wyglądasz mi na zdrowego. – To złudne, Wacławie. Właśnie wracam od doktora, on mnie zna na wylot i to dosłownie. Moje wnętrze, każdy narząd. Przebadał mnie w górę i w dół, i z powrotem. Do paszczy zajrzał, w oczy głęboko spojrzał. Zalecił mi oszczędzanie się, wydał zdecydowany wyrok, że serce słabe, a rychły koniec nadchodzi. – Albercie, z twoją energią przeżyjesz nas wszystkich. Jeszcze wiele przed tobą, jestem tego pewny. Może jak zwykle przesadzasz z pracą i doktor chciał cię nastraszyć? – Pamiętał zaangażowanie Albertaw sprawy, na których mu zależało. Oddawał im się w stu procentach. 11
– To mu się udało. Boję się, a przecież nie mogę odejść! Mam córki, moje duszyczki, one beze mnie sobie nie poradzą. – Przecież to dorosłe panny. – Dorosłe, ale wciąż na moim garnuszku, oczywiście mają swoje pomysły, ambitne prace i plany, ale jak mogę im odmówić i ich nie wesprzeć? To dobre dziewczyny. W końcu sam je wychowałem. – Twoja żona zbyt szybko odeszła, dziewczynki miały tylko ciebie, ale jesteś dla nich najlepszym ojcem. – Który teraz przez rychłą śmierć je porzuci, zostaną zupełnie same, moje sierotki – rozczulał się, ponownie kosztując nalewki. – I to w święta. Wacław już zaczynał rozumieć, w czym rzecz. – Zbliża się rocznica jej śmierci. – Tuż przed samymi świętami odeszła – jęknął boleśnie. – Odtąd już nigdy nie były one takie jak dawniej. Wszystko się zmieniło. Tęsknię do tych radosnych chwil, wyjątkowych świąt. – To czas je przywrócić. Twoje córki na pewno się z tego ucieszą i je zorganizują. – One?! Każda robi, co chce. Żadnej nie przekonasz. Zabiegane, z nosem w swoich sprawach, zmusić je do współpracy to nie lada wyczyn. Jedna lubi to, druga tamto, jedna jest na tak, druga na nie. Nie nadążam, Wacławie, ale to moja wina. Po śmierci ich matki nie przywiązywałem do świąt wagi, to był smutny dla nas czas. Chciałbym to zmienić, zanim odejdę. – Powiedz to im, zorganizuj wesołe święta, jakie przeżywaliście z żoną. 12
– Próbowałem zmusić moje panny do przywrócenia ducha świąt. Na nic moje błagania i prośby. Kończy się zawsze tak samo, porażką. Nie ma tej wyjątkowości i magii, to moja ukochana ją wprowadzała. – Albercie, zupełnie tego nie rozumiem. Twoje córki na pewno mają adoratorów i plany na założenie rodziny, a tym samym przywrócenie atmosfery świąt, przyznaj, że nie chcesz wypuścić ich z gniazda. – Wacław wiedział, że przyjaciel traktował swoje córki z troską i miłością, chuchał, dmuchał i rozpieszczał, by niczego im nie zabrakło, zwłaszcza po tym, gdy straciły matkę. – Ja?! A co myślisz, że od kilku lat robię?! Czy nie pytam, jakie plany, kiedy wnuki, kiedy jakiś zalotnik przyjdzie się starać o którąś? Wybór jest, mam ich cztery, ale nic z tego! Nie zapowiada się na powiększenie rodziny. Jakby się uwzięły albo robiły mi na złość. – Jak ja cię dobrze rozumiem. – Wacław serdecznym gestem położył dłoń na ramieniu przyjaciela i głośno westchnął. – Mam ten sam problem, ale jak młodych zmusić do ożenku? Toż to każdy ma wolny wybór, a do kochania nikogo nie zmusisz. – Ale mi zostało niewiele czasu! Czy będzie mi dane odprowadzić do ołtarza jedną z moich duszyczek? Czy wyprawię wesele, na jakie każda z nich zasługuje? Czy poznam wnuki, jeśli już się pojawią, czy tylko będą oglądać mnie na starych zdjęciach? – rzucał pytaniami, a w myślach rodziły się następne, ale bez upragnionych odpowiedzi. Złapał się za głowę, ponownie rozpaczając i mamrocząc pod nosem. 13
Wacławowi udzielił się smętny humor Alberta, aż sam zastanowił się nad swoim problemem. Z dawnym przyjacielem znali się bardzo dobrze, razem byli w wojsku, przeszli niejedno, a wracali z dumą, że przetrwali trudny czas i mogli zaczynać na nowo układać swoje życie. Wiedzieli, co się liczy najbardziej: rodzina, bliskość, ciepły dom, w którym ktoś na nich czeka, schronienie przed pędzącym światem, który wciąż się zmienia. Młodzi inaczej na niego patrzyli: chcieli go podbijać, zdobywać, tym bardziej że możliwości było mnóstwo. Zatarło się to, co bliskie sercu, wartości, które w jego przebrzmiałym pokoleniu stały na piedestale. We wszystkim jednak trzeba było znaleźć balans. – Masz cztery córki, któraś musi się ustatkować, nie może być inaczej. Jedną wydasz za mąż, a inne pójdą za jej przykładem. – Cztery odchowane i inteligentne – zachwalał z dumą. – Ale żadna nawet nie chce o tym słyszeć. Nie przemówię do nich, na nic moje rozmowy i nagabywanie. Nic, jak kulą w płot. Panowie ponownie uraczyli się naleweczką, przy której dobrze było odkrywać swoje boleści. – Wiem, z czym się zmagasz, mam to samo. – Co ty mówisz, Wacławie? Masz przecież syna. – Ale nie synową. Do żeniaczki się nie śpieszy, poświęcony dla pracy. Zresztą to moja wina, taki dałem mu przykład, oddałem się firmie, budowałem od podstaw, by mógł ją przejąć, ale kto przejmie po nim? Na wnuki się nie zanosi. 14
– Zrobiłem podobnie, mówiłem o pracy, rozwijałem ich pasje, by były szczęśliwe, ale na inne wartości zabrakło im matczynej troski. Zawiodłem moją ukochaną. – Nigdy tak nie myśl, Albercie. Rozpieszczałeś, dogadzałeś, zresztą tak samo jak ja. – Moja siostra też tak mówi, tylko w dosadniejszych słowach. – Albert pokrzepił się kolejną porcją naleweczki. – Gabriela zawsze miała cięty język. – Ona przynajmniej ma dwie synowe i pięcioro wnucząt. Dwóch jej synów szybko opuściło rodzinny dom. – Znając charakter twojej siostry, wcale się im nie dziwię – rzucił, zaśmiewając się w głos, ale pod spojrzeniem przyjaciela spoważniał. Nie chciał wracać do dawnych spraw, w końcu zostawił to w przeszłości. – Wtrącała się w moje sprawy, więc jej zabroniłem, oczywiście, na ile mogłem – dodał zapobiegawczo. – A teraz mam swoją zgubę. – Dobrze zrobiłeś, Albercie, w końcu to ty jesteś głową rodziny. – Jestem, ale co z tego? Moje duszyczki mnie tak przekabacą, tak okręcą wokoło palca, że na nic moje plany, charyzma i wiarygodność. – Jesteś w mniejszości, jeden mężczyzna przeciwko czterem kobietom. W tej wspólnej udręce uraczyli się nalewką, po czym zadumali. – Są za bystre, za cwane, sam je w końcu wychowałem – powtarzał zamaszyście. – Przydałoby się męskie wsparcie. 15
– Masz moje, Albercie, w każdej chwili i na zawołanie. – Jak dobrze było cię spotkać, Wacławie. Może te święta spędzimy razem, mów mi szybko, co o tym sądzisz? – Ależ to cudowny pomysł! Maria się ucieszy. – Tak dawno nie widziałem twojej żony, tyle czasu nam uciekło. Cieszę się, że się zgodziłeś, i nie martw się, wszystko zorganizuję, z hotelu każę przysłać najlepsze świąteczne potrawy. Pracownicy wszystko przygotują. – Pracownicy, a od czego masz córki? – Masz rację, w końcu spodziewamy się was, gości, może tym razem uda mi się postawić na swoim – rozmyślał gorączkowo, już szukając argumentów. – A twój syn przyjdzie? Jego również zapraszam. Pamiętam go jako małego chłopca. – Teraz to dorosły mężczyzna, dobrze go wychowałem – podkreślił, bo i sam miał czym się pochwalić. – Tylko żony na horyzoncie nie widać – przypomniał. – Pamiętasz, kiedyś planowaliśmy, że jak będziemy mieli dzieci, to ich pożenimy i wtedy staniemy się rodziną. – To były piękne czasy, mimo że trudne. Gdzie uciekły nam te lata, Albercie? – I plany? – dopytywał Albert, gdy nagle w jego głowie zrodziła się pewna idea, a podlana naleweczką, szybciej zakwitła. – Myślisz, że twój syn i jedna z moich córek mogliby razem…? Spojrzeli na siebie i zrozumieli się bez słów. – To wspaniały pomysł, Albercie! – Tak myślisz? – Chwilowa ekscytacja znikła. – To nie przejdzie, im jest dobrze, jak jest. 16
– To może czas to zmienić? – Co sugerujesz, Wacławie? – Mam jeszcze coś do powiedzenia i to wykorzystam, bo jak nie ma po dobroci, to trzeba z przymusu – wygrażał Wacław, uderzając ręką w stół. Albert aż podskoczył z ekscytacji i opadł na krzesło. – Nie uśmiechaj się tak, tylko mów, szybko. Poradź w potrzebie! – Najpierw powiedz, co masz na córki, a ja ci powiem, co mam na syna, a wtedy zrobimy tak… – Wacław rozlał po naleweczce i ochoczo wyłożył swój plan. *** Albert, idąc, podskakiwał, a jego twarz zdobił uśmiech. Krople deszczu zmieniły się w płatki śniegu, a przez plusową temperaturę opadały na bruk gdańskich uliczek, szybko topniejąc. Zimowy miesiąc zapowiadał się śnieżny, bo jak pierwszego grudnia pojawi się śnieg, pod koniec roku zasypie na ponad metr. Zachciało mu się tańczyć, niedawny smuteczek odpłynął, przepędzony w siną dal, a wszystko z powodu odważnego pomysłu, na który jego przyjaciel z ochotą i ogromną nadzieją przystał. Zacierał ręce, tym razem pragnąc z uporem postawić na swoim. Nie dać się zwieść córkom, być sprytniejszym, w końcu wiedział, co dla nich będzie najlepsze. Był ich ojcem, głową rodziny i powinny go wreszcie posłuchać. Plan wydawał się odważny, Albert zdawał sobie sprawę, z czym się wiązał, i obawiał się nieco, ale 17
alkohol we krwi dodawał mu animuszu. Poza tym miał wsparcie zaufanego Wacława, jemu też zależało. Okazało się, że tylko mogą wygrać, a dzieciaki po pierwszych animozjach z czasem im podziękują. Dochodziły jeszcze święta, postawi swoje warunki i wszystkie muszą zostać spełnione bez gadania. Tanecznym krokiem mijał stare miasto, klucząc między uliczkami, a ozdobne, barwne, wręcz fikuśne kamienice, prezentując się w płatkach śniegu, wprawiały go w jeszcze większy zachwyt. Zrobiło się bajkowo i Albert zapragnął, by takie były święta, z klimatem, jaki tworzyła jego ukochana żona, która obdarzyła go miłością i dziećmi. Obiecywał sobie, że w tym roku będzie jak dawniej, do czego tęsknił, a o czym chciał przypomnieć córkom, bo zatarło się w ich pamięci. Wszedł w uliczkę Świąteczną, kierując się do kamienicy, którą nabył zaraz po ślubie z żoną. Trzypiętrowa, ze strychem i szerokimi piwnicami prezentowała swoje oblicze nad wyraz urodziwie. To był ich dom, rodziny Orłowskich, gdzie dorastały jego pociechy, które zresztą wciąż zajmowały tu swoje pokoje. Zbyt długo trzymał je pod bezpiecznym parasolem, a nie był już młody, nadszedł czas zadbać o ich przyszłość i przekazać w dobre i silne męskie ramiona. Z uśmiechem wskoczył na szerokie schody, które oświetlała urokliwa latarnia w klasycznym stylu. Opierając dłoń na metalowej ozdobnej poręczy, wszedł na taras znajdujący się przed głównym wejściem, na które składały się podwójne, ciemnobrązowe drzwi. Nad nimi po obydwu bokach można było dostrzec dwie rzeźby – chłopców, 18
choć żona niezmiennie powtarzała, że to strażnicy domowego ogniska, którzy nie pozwalali wtargnąć do wnętrza domu złym urokom i zarazom. Nawet on uwierzył, że tak było. Albert, nucąc pod nosem świąteczną piosenkę, minął próg domu i wszedł do szerokiego holu. Cieszył się na te święta jak nigdy, bo gdy plan dojdzie do skutku, dostanie najlepszy prezent. Odwiesił płaszcz, po czym zatrzymał się przed szerokim lustrem i przejechał dłonią po głowie. Włosy przygładziły się tylko na chwilę, bo gdy ich właściciel odszedł od lustra, ponownie się uniosły. Szklane drzwi ze szprosami prowadziły do rozległego salonu z dużymi oknami. W swoich białych ramach odsłaniały ogród w odcieniach jesiennych szarości, który powoli przysypywały białe płatki, opadające na zielone tuje i krzewy. Minąwszy miękkie sofy i fotele ustawione przy dużym kominku, wchodziło się w strefę jadalni z szerokim, długim stołem i ustawionymi przy nim krzesłami. Pojawiały się kolejne szklane drzwi prowadzące do przestronnej kuchni. Nikogo tu nie zastał. Wyszedł i udał się na piętro szerokimi schodami. Dom wydawał się cichy, a przecież miał pięcioro mieszkańców. Albert wiedział, że późna godzina i brak córek w domu to normalność – były dorosłe. A on w końcu to zauważył. Zajrzał do pokoju najstarszej, z którą dzielił piętro, jego sypialnia i garderoba wychodziła na ulicę i główne wejście, a córki na ogród.
19
U Aurelii wszystko wydawało się uporządkowane, stonowane – takie cechy przejawiała również w życiu. ROMANTYCZNY GDAŃSK W ZIMOWEJ Na kolejnym piętrze ściany były kolorowe, a przy ODSŁONIE, UROKLIWA schodach stały donice z roślinami.KAMIENICA, W pokoju drugiej córki Emilii było praktycznieI MIŁOŚĆ. i tłoczno, choć przytulnie PRZYJAŹŃ i wygodnie. Po przeciwnej stronie znajdowała się sypialnia trzeciej Owdowiały czterech martwi w kolejności córki –ojciec Kordelii, która córek stanowczo stawiała na blask Wnętrze Kobiety pełne było pamiątek, się i przepych. o swoje pociechy. nie planująktóre przywoziła ze swoich podróży po świecie. Można ustatkowania się, czyli ślubu i dzieci. tu było wyodrębnić kilka stylów, ale wszystko ze sobą harmoniStarszy pan spotyka przyjaciela z dawnych lat. zowało. Wpadajązamieszkałe na pomysł i ustalają plan działania, Ostatnie piętro kamienicy było zajęte przez najmłodszą, czwartą z córek. Bibianna miała który pozwoli im w nadchodzącym roku bawić się artystyczną duszę i właśnie tak urządziła swoją przena weselu i czekać na wnuki. strzeń. Jedną część przeznaczyła na sypialnię, a drugą – oficjalnie dla gości – na swoją pracownię. Został jeszcze strych, doojcowie którego zabawią można było dostać po odnowioUparci się się w swatów. Ale to nie nych schodach, lecz tam zamieszkiwały wspomnienia spodoba się jedynakowi – kawalerowi, który ani i kurz. myśli stanąć ślubnym kobiercu, a tymalebardziej Albert chciałnatrzymać swoje córki blisko, właśnie zdał sobie sprawę, że nie o to dokładnie córek. mu chodziło. żadnej z czterech niezależnych Każda miała wszelkie dogodności, swoją toaletę przy sypialni i dużo miejsca na własne potrzeby. Nie zamierzały się więc wyprowadzać, gdy było im tu tak dobrze. Gdyby poszły na swoje, może już dawno doczekałby się wnuków – rozmyślał. Zastanawiało go, gdzie popełnił wychowawcze błędy, za które teraz pokutuje. Folgował córkom, pozwalał im na wszystko, nie zdając sobie sprawy, jak przejęły nad nim kontrolę. W domu było cena 42,90 zł ISBN 978-83-8195-703-8
20
9 788381 957038