Historia o tym, że od więzów krwi ważniejsze bywają te biorące się z serca.
Kobierce tkane z pajęczyny Siostry Jutrzenki
Kobierce tkane z pajęczyny Siostry Jutrzenki
Przytulisko, lato 1946 Pod stuletnią jabłonią obsypaną białoróżowymi kwiatami zgromadziła się prawie cała rodzina. Zabrakło jedynie tych, którzy dawno temu opuścili Przytulisko albo całkiem odeszli z tego świata, tak jak Witold, Arachna czy Michał. Trzy pokolenia Śmiałowskich – dziadkowie, rodzice, dzieci i wnuki – usiadły na drewnianej ławeczce lub stanęły z tyłu. Wszyscy zastygli w prawie jednakowej pozie, zapatrzeni nieruchomo w ten sam punkt. Słońce, które stało o tej porze wysoko, rozświetlało pogodne oblicza kobiet, mężczyzn i dzieci, powodując złudzenie uśmiechu. Ciepły i spokojny jak oddech dziecka wiatr tańczył w ich włosach oraz między konarami starego drzewa. Jedynie od czasu do czasu szemrał melodyjnie albo płatał figle i strącał blade płatki na głowy i ramiona obecnych. Nikt nie reagował ani nawet nie drgnął. Jedna tylko Aniela w końcu nie wytrzymała i nachyliła się leciutko, by zdmuchnąć płatek, który opadł wprost na czoło trzymanego w ramionach niemowlęcia. 5
– Niechże się paniusia nie wierci, bo znowuż wszystko popsuje! – wykrzyknął mężczyzna po drugiej stronie aparatu fotograficznego, umocowanego na wysokim trójnogu. Strwożona dziewczyna nerwowo przytrzymała w płucach powietrze, którego haust zdążyła zaczerpnąć, i zamarła. Na zaokrąglonych policzkach zakwitł delikatny rumieniec. Na znak skruchy zamierzała też opuścić skromnie powieki, ale przypomniała sobie, że właśnie za to została zbesztana za drugim razem. Bo za pierwszym oberwało jej się, gdy pobiegła do domu po cieplejszą czapeczkę dla synka. Poprosiła co prawda najpierw o pozwolenie, jednak i tak dogoniły ją ciche przekleństwa i pomruki niezadowolenia, dobywające się spod czarnego sukna, którym fotograf przykrył sobie głowę przytkniętą do aparatu. Kiedy sobie o tym przypomniała, bardzo zapiekły ją oczy. Niewiele brakowało, a znów zacisnęłaby powieki, tym razem po to, by pohamować łzy, ale wtedy poczuła ciepło czyjejś ręki. To Antoni gładził ją po drżących ze zdenerwowania plecach tak czule i troskliwie, że od razu poczuła się lepiej i nieporównanie pewniej. Delikatnie westchnęła i uśmiechnęła się leciutko. A potem śmiało spojrzała prosto w obiektyw starego niemieckiego aparatu. – O właśnie! Jak paniusia się deczko postara, to umie zapozować jak prawdziwa modelka! Śliczności! – oznajmił fotograf z uznaniem. – Cud, miód kobitka! 6
Docenił po swojemu jej niewątpliwą urodę, z której ona raczej nie zdawała sobie sprawy. Była na to zbyt skromna. Zaraz potem rozległ się trzask migawki i wreszcie można było pozwolić odpocząć zesztywniałym plecom i zacząć normalnie oddychać. Jednak Aniela wciąż nie ruszyła się z miejsca, nie wiedziała za bardzo, co ze sobą począć ani dokąd się udać, ponieważ inni też jeszcze się nie rozchodzili. Stała więc w pobliżu teściów, nadal spoczywających na ławie pod jabłonią. I już otwierała usta, by cokolwiek powiedzieć, gdy Rozalia nagle obróciła się i bez słowa wyciągnęła ręce, aby przejąć z jej omdlałych ramion zaspane niemowlę. Aniela trochę niechętnie przekazała synka, nie odrywając od niego oczu nawet na chwilę. Babka otuliła go troskliwie, po czym podniosła wzrok na chłopca, właściwie młodego mężczyznę, który stał wyprostowany po jej prawej ręce. – A popatrz no tylko, Wituś, jaki grzeczny ten twój braciszek. Istny aniołeczek! – Patrzyła na starszego wnuka wyczekująco. Wituś omiótł przelotnie spojrzeniem koronkowy becik, ledwie skrywając niechęć, i skinął głową z nieco kwaśną miną. Zaraz potem z tym samym wyrazem twarzy przeniósł wzrok na ojca, który właśnie odprowadzał fotografa i pomagał mu załadować na drewniany wóz pudełka z chemikaliami, zapas szklanych płyt, klisz i innych uten7
syliów. Wszystko to było mu prawdopodobnie do niczego niepotrzebne, a zostało przytargane pod jabłonkę tylko po to, by wywołać odpowiednie wrażenie i podkreślić profesjonalizm, co czynili nader często wędrowni portreciści. Kiedy ustawiał rodzinę do pamiątkowej fotografii, Witek sprzeciwił się zdecydowanie, gdy kazano mu stanąć obok ojca, i zajął miejsce przy babce. Namawiany przez nią nie zgodził się też spocząć obok pomiędzy nią a dziadkiem Janem i tym samym znaleźć się bliżej Antoniego. Jego bunt nie zaskoczył jednak nikogo. Nie był niczym nowym. Zaczął się mniej więcej wtedy, gdy na świat przyszedł maleńki Miecio. A może nawet jeszcze wcześniej, gdy jego ojciec po sześciu smutnych latach żałoby i losu wdowca postanowił ożenić się po raz drugi z młodszą od niego o szesnaście lat Anielą. Mimo że chłopak nigdy nie okazał niewiele od siebie starszej macosze jawnej niechęci ani nie powiedział przykrego słowa, odnosił się do niej raczej chłodno. Z kolei jej starania, by jak najsumienniej zastąpić mu matkę, nie robiły na nim najmniejszego wrażenia, a wręcz przynosiły niekiedy odwrotny skutek. Wywoływały też nieudolnie skrywany uśmiech politowania. I wcale nie dlatego, że wciąż nie pogodził się ze stratą prawdziwej matki. Nie tęsknił do niej prawie wcale, właściwie ledwie ją pamiętał, ponieważ nigdy nie była obecna w jego życiu tak, jak powinna. Zofia kochała syna, ale nie potrafiła mu tego 8
okazać. Zawsze stała gdzieś z boku. Była jak delikatny obłok, ulotna chwila albo jedynie cień czegoś prawie rzeczywistego. O wiele bliższa była mu babka, która od początku się nim zajmowała z ogromną troską i miłością. To ją kochał najbardziej i ona stała się dla niego najważniejsza, natomiast pojawienie się macochy tylko to poczucie pogłębiło. Rozalia była tego w pełni świadoma. Ona również kochała Witka ponad życie, jednak zdawała sobie sprawę, że to w ojcu chłopak powinien mieć największe oparcie, nie w niej. To Antoni miał być dla niego największym autorytetem lub chociażby dziadek, który stanowił równie dobry wzorzec. Babka miała wielką nadzieję, że kiedyś jego nastawienie się zmieni, a tymczasem pocieszała się w myślach, że i tak jest lepiej niż przedtem. Wszystko wreszcie się ułożyło i było tak, jak trzeba i jak być powinno na początku. Zanim w ich domu pojawiła się Zofia, dawna szarytka uwiedziona przez Michała, starszego z braci Śmiałowskich, który zginął na początku wojny. Mężczyzna mimo namiętnych zalotów nie obdarzył szczerym uczuciem zauroczonej nim dziewczyny. Serce oddał innej, natomiast jego miejsce u boku Zofii zajął Antoni. Ożenił się z nią, a nowo narodzonemu bratankowi zastąpił ojca. Ofiarował żonie miłość, która nigdy nie została odwzajemniona. 9
– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że mój Antoś odnalazł wreszcie swoje szczęście i się zdrowo zakochał – oznajmiła Rozalia, gdy przysiadła się do niej młodsza siostra Klara. Wróciła właśnie ze spaceru. Ona i jej mąż Ignacy odmówili pozowania do zdjęcia. Według nich na tak pięknej pamiątce chrztu pierwszego dziecka Anieli i Antoniego powinni się znaleźć tylko rodzice, dziadkowie pełniący funkcje chrzestnych i Witek, brat małego Miecia. Prawdziwy powód odmowy był jednak inny, o czym wiedział prawie każdy. Lipkowie nie lubili się fotografować i zawsze się od tego wymigiwali, wymyślając tysiąc mniej lub bardziej wiarygodnych wymówek. Dlatego i tym razem nie dali się przekonać, podobnie jak Franek i Kasieńka, która o dziwo również przybyła na uroczystość. To była prawdziwa niespodzianka, bo niecały rok wcześniej nie zjawiła się na ślubie młodych Śmiałowskich. Tłumaczyła się wówczas licznymi zawodowymi obowiązkami, których jako lekarz miała bardzo wiele, więc przeczuwano, że teraz może być podobnie. – Od początku wiedziałaś, prawda? – Klara zagadnęła cicho siostrę, spoglądając jej głęboko w oczy, gdy fotograf wreszcie odjechał, a inni gdzieś się rozeszli i zostały same. – Co wiedziałam? – Rozalia udała, że nie rozumie. Z jej miny jednak wynikało, że domyśla się, czego dotyczy pytanie, ale nie ma ochoty na nie odpowiadać. 10
– Że to wszystko tutaj kiedyś się wreszcie zdarzy. – Klara niezrażona kiwnęła dyskretnie głową w stronę Anieli, która znów wzięła na ręce na wpół śpiące dziecko i szła z nim do domu. – Dawno temu mówiłaś, że jemu kto inny pisany. Nawet kiedy wiązał się z Zofią, wciąż to powtarzałaś. – Ja? – Rozalia znów odegrała zdziwienie. – Coś ci się chyba przesłyszało albo pomyliło. – Wcale nie! Tak było, dobrze pamiętam – żachnęła się Klara. – I jestem święcie przekonana, że to właśnie Anielkę wtedy miałaś na myśli. Wierzyłaś, że prędzej czy później będzie jego żoną. Prawdziwą, bo choć drugą, to tak naprawdę pierwszą, skoro kocha Antka szczerze, całym sercem, tak jak na to zasłużył. – A to akurat sama prawda – podchwyciła Rozalia. – Bo dopiero o niej można tak powiedzieć. Że to prawdziwa żona, a nie udawana. Dlatego w końcu wszystko jest, jak należy, na swoim miejscu. A mnie rzeczywiście kamień spadł ze zbolałego matczynego serca. Aniela i Antoni pobrali się i wspólnie zamieszkali we dworze przed niespełna rokiem, dokładnie trzy miesiące po zaręczynach. Mimo że początkowo planowali poczekać z tym na spokojniejsze czasy, aż minie wszechobecny lęk i niepokój spowodowany niepewnością jutra. Jednak zmienili zdanie, gdy do Przytuliska dotarły wieści o rychłym rozwiązaniu konkordatu. 11
O przyśpieszenie ślubu zadbała sama Rozalia, która doskonale wiedziała, że dla tak bogobojnej dziewczyny może mieć to spore znaczenie. Ponadto wcześniej przyczyniła się do tego, że młodzi się poznali, kiedy to zaproponowała dziewczynie skromny pokoik do zamieszkania w zamian za pomoc w gospodarstwie. Namawiała ją do tego długo, lecz Aniela na początku odmawiała. Mimo że nie miała bezpiecznego dachu nad głową i przez całe życie tułała się po rodzinie i obcych jako dziewka do pomocy, służąca, osierocona przez matkę i niekochana przez ojca, któremu za bardzo przypominała o stracie żony. Józef Popielak wmówił córce, że za jej ciężki los winę ponoszą Śmiałowscy: Rozalia i przede wszystkim Arachna, którą nazywał zabójczynią swojej żony i przyczyną wszelkich zgryzot. Dlatego dziewczyna od zawsze powodowana strachem i nienawiścią trzymała się od nich z daleka i odrzucała pomocną dłoń. Uległa dopiero po śmierci nestorki rodu, jakby to jej obecność stanowiła największą przeszkodę. Nie przestała jednak traktować z rezerwą Rozalii. Wciąż czuła do niej żal i obwiniała o zrujnowanie życia i tak marny los. Z kolei z Antonim o dziwo w mig znalazła nić porozumienia. Z czasem zmieniło się ono w głębokie i szczere uczucie, które połączyło dwoje poranionych przez złe koleje losu ludzi. Stało się wreszcie to, o czym marzyła Rozalia i na co wbrew tylu przeciwnościom wytrwale i ufnie czekała. 12
Miała przy sobie dziecko, które powitała na świecie przed ponad dwudziestu laty, tuląc je przez chwilę w ramionach. Tak, jak tego pragnęła od początku. Co prawda nie zyskała córki, lecz synową, ale było to powodem do nie mniejszej radości. Jej tęsknota została zaspokojona, a marzenie, tak długo hołubione, wreszcie się spełniło. – Przeczułaś to – upierała się Klara. – Wiedziałaś, że prędzej czy później to nastąpi. Że Aniela kiedyś zamieszka we dworze i będziesz ją miała przy sobie. – Co za głupstwa opowiadasz. Niby jak? Skąd? – Nie wiem. – Siostra wzruszyła lekko ramionami. – Może masz to po matce? Albo mama powiedziała ci o tym dawno temu? Po swojemu, ogródkami, tak, byś sama nie była pewna, skąd ci się to wzięło. To całkiem możliwe. Bo ona na pewno wiedziała, jak będzie. Zawsze miała przeczucia, w każdej sprawie, nawet gdy nie dawała po sobie poznać. Swoje wiedziała. Choćby to, że ona i tatko dokładnie w jednej chwili… – A tego akurat nie przewidziała, sama zadbała, by tak było – przerwała jej gwałtownie Rozalia. – Nie raz wspominała, że chce się nauczyć prząść dwie nici naraz. Tylko że nikt wtedy jeszcze nie rozumiał, po co. Tymczasem nie chodziło wcale o to, żeby nawijały się jak najdłużej na szpulki, ale by zerwały się w tym samym momencie. Nitki losu naszej matki i ojca. 13
– A wszystko po to, żeby jedno nie musiało ani przez chwilę cierpieć po stracie drugiego – dokończyła za nią siostra, kiwając ze smutkiem głową. – Tak to sobie nasza matuchna wymyśliła i tak oto się stało. Na owe słowa Rozalia nagle rozprostowała zaciśniętą dotąd dłoń i pokazała siostrze maleńki kłębuszek suchego lnu. Starała się mieć go przy sobie w najważniejszych momentach od chwili, gdy po śmierci ukochanych rodziców podzieliły między sobą matczyną przędzę, żałując, że nie mogą części podarować Balbince. Od dawna nie miały z nią kontaktu, ale karmiły się nadzieją, że żyje i ma się dobrze, a listy od niej nie dochodzą ze względu na obecne niezwykle trudne czasy. I że dotarł do niej szczęśliwie chociaż pamiątkowy kobierzec utkany przez matkę. Arachna znalazła sposób, by go jej przekazać przez kogoś, kto akurat odbywał podróż do Ameryki i powiedziała o tym przed śmiercią Klarze i Rozalii. Każda z sióstr otrzymała podobny. Dzięki nim miały nigdy nie zapomnieć, gdzie są ich korzenie i czyja krew płynie w ich żyłach. – Matuchna nie tylko umiała przewidzieć różnorakie zdarzenia, lecz także niekiedy wyprostować poplątane ścieżki ludzkiego losu, gdy coś szło nie tak – przypomniała Klara, nie dodając, że ona swój zwitek lnu dawno temu przekazała Kasi, uznawszy, że córce przyda się bardziej. Tylko w ten sposób mogła ją chronić z daleka, bo z bliska 14
od dawna nie miała jak. Dzieliła ich zbyt długa odległość i z biegiem lat coraz cieńsza nić porozumienia. Rozalia tymczasem jeszcze bardziej spochmurniała. – Więc dlaczego już na początku nie wyprostowała ścieżki losu własnego wnuka? – spytała z żalem w głosie. – Dobrze wiedziała, że pobłądził, i nic z tym nie zrobiła. Mówiła o Michale, swoim zmarłym synu. Chciała jeszcze dodać, że może dziś mógłby żyć, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Zabrzmiałoby to jak oskarżenie. A ona wcale tak nie myślała. Jej żal wynikał z czegoś innego. Jeżeli kogoś miałaby obwiniać, to tylko siebie, że nie zapobiegła nieszczęściu. Serce matki podpowiadało jej wówczas, że wszystko ku temu zmierza, a mimo to nic nie zrobiła. Z jakiegoś powodu pozwoliła, by los zdecydował, którą ścieżkę wybierze. – Widać przewidziała, że prędzej czy później poradzisz sobie bez niej i wszystko się ułoży – oznajmiła Klara, jakby przejrzała jej myśli. – Jesteś jej pierworodną córką, więc uwierzyła, że z czasem ci się to uda. – Przecież ja nie jestem taka jak ona! Nawet gdybym chciała, nie potrafię! – wybuchła Rozalia, nie mogąc już dłużej się powstrzymać. – Bo może wówczas udałoby mi się ocalić moje dziecko… I Michaś dziś by żył! Jeżeli więc któraś z nas miałaby odziedziczyć nadzwyczajny matczyny dar przewidywania i naprawiania przyszłości, to na pewno nie ja. 15
– Ani ja tym bardziej! Z nas trzech, jak tylko sięgnąć pamięcią, najpewniej stąpam po ziemi. – O mnie można powiedzieć to samo – stwierdziła stanowczo Rozalia. – Ale nie o Balbince… – Sądzisz, że odziedziczyła po naszej mamie jej niezwykłe umiejętności? – spytała Klara, chociaż widać było, że ma na ten temat swoje zdanie i oczekuje jedynie potwierdzenia. – Zawsze to podejrzewałam. Od maleńkości była inna. Tak samo jak twoja córka… – Rozalia potarła w zamyśleniu brodę. – Kasia? – Klara uniosła w zdumieniu brwi. – A cóżże ty opowiadasz? Gdzie mojej Kasieńce do Balbinki! To jak dwa różne światy, moim zdaniem zupełne przeciwieństwo. Tamta była zawsze wesoła, żywa, roześmiana, a ta… – urwała, szukając w głowie właściwego słowa. Takiego, którym mimo wszystko nie uraziłaby ukochanego dziecka. – Nawet kiedy nic nie mówi, to swoje wie i uparcie przy tym obstaje. I trudno ją przekonywać do czegokolwiek, gdy człowiek nie ma pojęcia, o co dokładnie ma się spierać ani do czego namawiać. – Tak samo było z Balbinką! Człowiek nigdy nie wiedział, co jej w głowie siedzi. Domyślać się tylko było można, że wiele. Gdy coś sobie zamierzyła, to tak musiało być. Choćby nie wiem co! Całkiem jak twoja Kasia. – A to akurat prawda – zgodziła się Klara. – Ta mała szelma od dziecka była uparta jak osiołek i niewiele dało jej 16
się zakazać. Niby grzeczna, posłuszna, a i tak po cichutku swoje zrobiła. Jak choćby wtedy, gdy za Stefkiem poszła bronić Łomży przed bolszewikami. Albo gdy jako nastoletnie, nieopierzone dziewczę pojechała za wami podglądać poród i przez to potem wbrew moim i ojcowskim zakazom postanowiła wyuczyć się na doktorkę. Jedyne szczęście w nieszczęściu, że ostatecznie zdecydowała się być akuszerką. Zawsze to nieco bardziej przystoi kobiecie niż oglądanie czy, nie daj Boże, dotykanie rękami, obcych i czasem prawie roznegliżowanych mężczyzn, czego nie dałoby się uniknąć, gdyby została lekarzem od zwyczajnych chorób. Przy ostatnich słowach wzdrygnęła się lekko. – Za przykładem naszej mamy pragnęła pomagać kobietom, zawsze tak mówiła – przypomniała Rozalia. – Jak Balbinka, która tam w Ameryce tym samym ponoć się zajmuje. Opisywała to przecież listach, kiedy jeszcze przychodziły. Za to Kasia… – urwała nagle. – Co? – dopytywała Klara, a na jej twarzy odmalował się jeszcze większy niepokój. – Co Kasia? – Prawie nic nie opowiada o swoim zajęciu. Jak ta jej praca wygląda. Co robi dokładnie i gdzie. Tyle tylko, że dużo dzieci na świat przyjmuje. – A co miałaby więcej gadać, skoro właśnie tym się trudni, a każda z nas, normalnych kobiet, choć raz widziała albo sama przeżyła poród? – Klara przełknęła nerwowo ślinę. – Zresztą sama dopiero co spostrzegłaś, że skryta 17
zawsze była. Więc i o tym nie widzi powodu opowiadać. Pewnie też przez wrodzoną skromność. Szkoły pokończyła z wyróżnieniem i do pracy też ją z miejsca przyjęli. A to nie byle co, bo o to dziś niełatwo kobiecie, zwłaszcza z prowincji! Mimo to dziewczyna chełpić się nie chce, że tak dobrze sobie radzi tam, w Warszawie. Do tego sama, bez niczyjej pomocy, bo nawet od Frania jej nie chce, gdy ten proponuje. Nie widują się też tak często, jak powinni brat i siostra. A mnie żal, bo niechby chociaż siebie mieli na co dzień tak daleko od domu, od nas. Westchnęła cichutko, wspominając wciąż nieustatkowanego syna, który od lat przysparzał rodzicom nie mniej trosk niż córka. – A mnie się jednak zdaje, że celowo coś zataja – nie ustępowała Rozalia. – Jak wtedy, gdy potajemnie szykowała się na studia. Ukrywa skrzętnie i to od dawna. Właśnie przez to nie była na ślubie Anielci i Antka. Takie jest moje zdanie. – To nie tak! Chciała, tylko nie mogła. Wojna się skończyła, lecz w stolicy dalej było niespokojnie. Strach gdziekolwiek się ruszyć, zwłaszcza samotnej kobiecie, by w tarapaty jakieś nie popaść, a co dopiero jechać taki świateniek drogi. Tam u nich ponoć do dziś bandy okropne grasują, a wtedy było jeszcze gorzej. Wszędzie chodzili szabrownicy, co nie tylko porzucone domy rabowali, z czego popadło, ale i niekiedy Bogu ducha winnych ludzi. 18
– Bandy to więcej po lasach się kryją niż między ludźmi, u nas zresztą też. A szaber taki sam wszędzie, gdzie tylko rabuś zwęszy okazję. I dziś, bo dopóki jest co kraść, to się raczej nie skończy. W każdym miejscu. Rozalia kręciła z dezaprobatą głową, trzymając się oburącz za serce. Sama nie raz była świadkiem rozdzierających scen, gdy sąsiedzi usiłowali ochronić dobytek, i drżała o własny, jaki im pozostał. Wciąż ani Śmiałowscy, ani nikt we wsi nie mógł spać beztrosko. – Ale miasto jednak bliżej polityki – przekonywała Klara. – Dlatego dużo tam spokojniej niż tu na wsi. Bardziej niebezpiecznie. Tam wieczorami strach na ulicę wyjść, zwłaszcza samemu. Kasia ciągle to powtarza. – Franuś mimo to jakoś dał radę dotrzeć na ślub – wspomniała niewinnie Rozalia. – Mogła się z nim zabrać przy okazji, jego autem. – Gdyby tak było, toby przyjechała – skwitowała niecierpliwiona Klara. – Wiesz, jak to u niej jest, może jakiegoś ważnego porodu musiała akurat dopilnować albo co… – Odwróciła głowę, by nie patrzeć siostrze w oczy. Bez wątpienia znała prawdziwy powód nieobecności córki na ważnej rodzinnej uroczystości, lecz go nie zdradzała. Wbrew sobie, bo widać było, że ma na to wielką ochotę. Można było się jedynie domyślać, że to Kasia jej tego zabroniła. – Ale przecież teraz jest, więc po cóż tamto wywlekać i roztrząsać? Przyjechała na chrzest Miecia, to najważniejsze. 19
Duch Arachny nie opuszcza Przytuliska i bez przerwy czuwa nad potomkami rodu Śmiałowskich. Ci z kolei szukają dla siebie – Jest,miejsce ale tak,do jakby jej starają nie było – zauważyła Rozalia. najlepszego życia, się nie zapominać o rodzinnym gnieździe i własnych korzeniach, niestety Jednocześnie na twarz przyoblekła troskę,lecz by owe słowa nie zawsze im się to udaje. nie brzmiały jak kolejny zarzut. – Ledwie obecna ciałem, bo duchem to już chyba wcale. Anielci też jakoś nie poDzieci Rozalii, Klary i Balbiny rozpierzchają się po świecie po to, by lubiła i nawet szczególnie tego nie ukrywa. Wręcz krzywi Z kolei z czasem przewrotny los niespodziewanie znów je połączył. na jej widok. po latach dokonują nieświadomie podobnych ich się wnuki i prawnuki wyborów identycznymi – To wcalei podążają nie tak! –niemal zaperzyła się Klara,ścieżkami. gotowa bronić córki przed niesprawiedliwym posądzeniem. – Swojego miejsca na ziemi, a także w czyimś sercu szuka również Wiesz dobrze, że chodzi o coś zupełnie innego. Już wteMichalina. Nie przestaje przy tym śledzić rodzinnych dziejów dy wam mówiłam, przedzłożyć laty, jakeście z mamą wróciły i usiłuje je w całość. z aresztu. Niedobrze się stało, że ona widziała tamto Wreszcie jej się to udaje.na Dzięki uporowi i odzyskanym nieszczęsne zdarzenie własne oczy. A Aniela terazcudem pamiątkom ostatnie pozwalają jej o tymodnajduje przypomina. Stądwskazówki, Kasi trudnoktóre nawet na nią odkryć największą rodzinną tajemnicę i dowiedzieć się, kim naprawdę była patrzeć, bo zaraz wraca do niej przeszłość. Widziałam jej niezwykła praprababka. sama, jak nie umie spojrzeć jej w oczy, jak się męczy. I plecie, co jej ślina na język przyniesie, żeby zatrzeć złe wrażenie, przez co skutek jest odwrotny i wszystko wygląda, jak wygląda. – Ale jakże to? – Rozalia zdziwiła się szczerze. – Przecież teraz widzi dużo gorsze rzeczy jako kształcona położna, więc zapewne przywykła. Sama rozcina i zaszywa kobietom brzuchy, słyszałam, jak to kiedyś mówiła, aż nie do pomyślenia! Nie wspominając o tym, Seria „Siostry Jutrzenki”: co musiała oglądać na co dzień, gdy trwała wojna, a ona nie uchylała się przecież od swoich powinności. Nawet cena 42,90 zł gdy przyszło jej wyjmować noworodki z prawie marISBN 978-83-8195-396-2 20
9 788381 953962