Pasjonująca opowieść o kobietach poszukujących szczęścia i własnej drogi.
1.
„Nie tak wyobrażałam sobie moje trzydzieste szóste urodziny” – pomyślałam, przyglądając się zawieszonym w ogrodzie lampionom, kręcącemu się wokół stołu tacie, który na tę okazję założył nawet swój ulubiony krawat, i wystrojonej w odświętną błękitną sukienkę mamie, która wyniosła właśnie do ogrodu własnoręcznie upieczony tort z biszkoptowym spodem i waniliową masą. – W końcu jesteś w domu, córciu. Bo już nie pamiętam, kiedy ostatnio wyprawialiśmy ci urodziny… Rok temu byłaś na Malcie, dwa lata temu w Glasgow, a jeszcze wcześniej ciągle wymyślałaś jakieś wymówki – wypomniała mi, stawiając kryształową paterę, i wręczyła ojcu nóż. – Ty pokrój, ja muszę w końcu usiąść. Mam nadzieję, że smakuje tak samo dobrze, jak wygląda. Zdmuchnij świeczki i nie zapomnij o pomyśleniu ży- 5 -
czenia, Dominiczko – poinstruowała mnie mama, siadając za stołem i z ulgą zrzucając buty. Ostatnio puchły jej kostki i nawet chwila na szpilkach zdawała się ją męczyć… – Dziękuję, jest piękny. – Uśmiechnęłam się do matki, wzruszona widokiem kilkunastu bladoróżowych róż z masy cukrowej, które własnoręcznie ułożyła na torcie. – I co teraz będzie? – zapytała, kiedy zdmuchnęłam świeczki. – Z czym? – Udawałam, że nie mam pojęcia, do czego matka „pije”, chociaż przecież świetnie wiedziałam… Załamały ją wieści o moim powrocie ze Szkocji, niespodziewanym rozstaniu z Arturem i samotnym wynajmie mieszkania w Gdyni. Miała żal, że nie wprowadziłam się do rodzinnego domu, gdzie mogłaby mieć mnie na oku… Ale nie byłam już przecież dzieckiem, nie chciałam, żeby matka kontrolowała każdy mój krok, jak kiedyś. – Z tobą – sprecyzowała. – A co ma być? – Wzruszyłam ramionami. Matka chciała coś odpowiedzieć, ale ojciec położył jej dłoń na ramieniu i lekko zacisnął na nim palce, jakby tym gestem dawał jej do zrozumienia, żeby uważała na to, co mówi, i przestała mnie przesłuchiwać. „Zawsze był buforem bezpieczeństwa pomiędzy nią a mną” – pomyślałam z wdzięcznością. - 6 -
– Czyli do Szkocji już nie wracasz? – Po chwili ciszy mama postanowiła jednak dalej mnie przepytywać. – Nie wiem, mamo. Może kiedyś – westchnęłam, bo prawdę mówiąc, nie miałam bladego pojęcia, czy jeszcze tam wrócę… Turystycznie na pewno, ale czy na stałe? W tym akurat momencie nawet ja sama nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie… Jasne, że chciałabym tam teraz być. W ukochanym Glasgow, z moim facetem i naszymi przyjaciółmi, otoczona roześmianymi koleżankami i podpitymi kolegami, sama równie pijana, z głową opartą na ramieniu Artura, beztroska i spełniona. „Siedzielibyśmy pewnie w jednym z tych nieco snobistycznych lokali w okolicach Merchant City, gdzie chadzaliśmy oblewać ważne dla nas wydarzenia, a może w The Scotia, najstarszym pubie w mieście, gdzie przez jakiś czas pracował mój Artur” – od razu poczułam się fatalnie, zdając sobie sprawę, że błądzę myślami tak daleko od domu. A przecież mama tak się cieszyła, że wpadnę na urodziny do nich, zwłaszcza że ostatnimi czasy coraz rzadziej zaglądałam na rodzinne Kaszuby, a tato patrzył na mnie z taką miłością w oczach… – Sto lat, Dominiczko! Tato, niezwykle dziś elegancki, w jasnej letniej marynarce i nowych dżinsach, obszedł wystawiony do ogrodu drewniany stół i zabrał się za krojenie urodzinowego tortu, a ja przyglądałam się nieco przechylonej pękatej - 7 -
świecy w kształcie szóstki i spoglądając na połyskujące za ogrodzeniem jezioro, starałam się chociaż na chwilę nie myśleć o Arturze, moim złamanym sercu i wszystkich naszych niezrealizowanych planach na przyszłość, które legły w gruzach wraz z naszym rozstaniem. – Grubsze krój te kawałki – pouczyła mama. – Dominiczka jest za chuda. – Bo ciężko na to pracuję. Jogging, siłownia, rower i rolki. – Roześmiałam się, a mama zrobiła zdziwioną minę. – Ciężko pracujesz na to, żeby być tak wychudzoną? To niezdrowe. Powinnaś mieć trochę ciała, a nie biodra jak chłopak i brzuch jak deska do prasowania. Kiedyś możesz nawet mieć problemy z zajściem w ciążę – palnęła. – Czytałam, że kobiety, które… – Anka, dajże spokój! – zirytował się tato, podając mi talerzyk z kawałkiem tortu. – Sto lat, córciu. – Cmoknął mnie w czubek głowy i usiadł za stołem. – I żeby ci się spełniały marzenia! – Oby… Dzięki, tato. Mamo, tobie też dziękuję. Pyszny tort – powiedziałam z pełnymi ustami i mama w końcu się rozpromieniła. – Zawsze lubiłaś biszkopty z waniliową masą, od dziecka. – Uśmiechnęła się. – Fakt – przyznałam, zanurzając widelczyk w puszystym kremie. – Genialny jest, dawno nie jadłam czegoś tak dobrego – dodałam, modląc się w duchu, żeby mat- 8 -
ka w końcu porzuciła temat mojego powrotu ze Szkocji, planów na przyszłość i rzekomej niedowagi. Tak, byłam szczupła. Przy wzroście metr siedemdziesiąt jeden ważyłam pięćdziesiąt trzy kilogramy, ale, do cholery, świetnie się czułam w takim ciele, zwłaszcza że jako nastolatka byłam dość pulchna i mocno zakompleksiona. A ciąży nie planowałam. Ani wcześniej, będąc z Arturem, ani tym bardziej teraz, zaczynając od nowa, w dodatku trzydziestosześcioletnia. Ale to również był wyjątkowo drażliwy temat, który nieraz doprowadził do zgrzytów pomiędzy mną a matką. Ona marzyła o wnukach, ja niekoniecznie widziałam się w roli matki… I nie chodziło nawet o to, że nie lubiłam dzieci. Owszem, lubiłam. Cudze. – Domi, sto lat! – Paulina, moja kilka lat młodsza kuzynka, pojawiła się w ogrodzie w chwili, w której mimo moich protestów mama położyła na moim talerzyku dokładkę tortu. – Hej, piękna! – Na jej widok wstałam, wyściskałam ją i wzięłam od niej kwiecistą torebkę z prezentem. – Tylko nie otwieraj przy stole – rzuciła szybko, zerkając w stronę mojej mamy. – Sorry, ciociu, ale to ściśle tajne. I przepraszam za spóźnienie. Cud, że w ogóle dotarłam… – Co może być tajnego w torebce przewiązanej różową wstążką? – zaśmiała się mama. – Siadaj, Paulinko, rozgość się. - 9 -
– Pójdę po kieliszki. – Tato wziął ode mnie szampan, który wręczyła mi Paulina, i ruszył w stronę domu. – Boże, jaka tu błoga cisza… – Paula zapadła się w głąb wiklinowego fotela i wystawiła twarz do słońca, chociaż teraz, koło dziewiętnastej, w dość rześki czerwcowy wieczór, raczej jej nie opali… – Chłodno dziś. – Rozmasowała sobie ramiona, na które moje nadopiekuńcza jak zawsze mama narzuciła jej pled. – Zdrowie jubilatki. – Tato zjawił się z szampanem, gdy mama, opychając się drugim kawałkiem tortu, wypytywała Paulę o jej nowego chłopaka. – Ciociu, ślubu to raczej z tego nie będzie. – Paulina mrugnęła do niej i posłała mi wymowne spojrzenie. – Nie wiem, co jest złego w wyjściu za mąż? Czemu teraz wy, młode, tak długo z tym zwlekacie? – Mamo, błagam! Znowu zaczynasz? – jęknęłam. – A do czego mam się spieszyć? Lubię moją wolność. – Moja kuzynka wzruszyła ramionami i ciaśniej owinęła się pledem, a ja pomyślałam, że zawsze z taką łatwością olewała wszystkie kąśliwe uwagi mojej matki, jakby po niej spływały. – Napij się, zaraz ci się cieplej zrobi. – Tato podał jej kieliszek i wzniósł toast za moje zdrowie. – I żebyśmy następne toasty na twoich zaręczynach pili – dopowiedziała mama. – Anka, no dajże spokój! – Tato posłał mi przepraszające spojrzenie. - 10 -
– Ale co, źle mówię? Nie chciałbyś jedynej córki do ołtarza poprowadzić? No powiedz, Heniek, nie chciałbyś? Czterdziestka jej zaraz stuknie, taka prawda! – Nie no, wypraszam sobie. – Zaśmiałam się nerwowo, a siedząca naprzeciwko mnie Paula wymownie wywróciła oczyma. – Nie psuj córce urodzin. Dawno jej w domu nie było. – Tato założył mamie za ucho kosmyk włosów i pocałował ją w usta. – A takim gadaniem tylko ją stresujesz… – Stresuję ją? Przecież to normalne, że chciałabym… – Mamo, błagam cię! – podniosłam głos, bo nagle przestałam panować nad emocjami. – Zaledwie cztery miesiące temu rozstałam się z Arturem, nie rozumiesz tego?! Nie jestem gotowa na nowy związek, a ty chcesz wznosić toasty na moich zaręczynach?! – No i proszę, bez afery się nie obeszło… – Tato dolał mamie szampana, wstał, podszedł do płotu, za którym migotało jezioro, i w milczeniu zapatrzył się w wodę, jakby nawet mową ciała chciał dać do zrozumienia, że odcina się od naszej zupełnie bezsensownej dyskusji. – Ciociu, to może my się pójdziemy przejść? – odezwała się Paula. – Dawno nie widziałam Dominiki, porywam ją na spacer! – Świetny pomysł! Skoczymy nad jezioro, może męża znajdę – rzuciłam kąśliwym tonem, a mama z politowaniem pokręciła głową. - 11 -
– Nie zaszkodziłoby – skwitowała. – Zostaw to, później ci z tym pomogę – obiecałam, widząc, że zaczyna zbierać ze stołu talerzyki, ale tylko machnęła ręką. – Idźcie już, idźcie, cieszcie się latem. Nie będziecie przecież ze starymi siedzieć… – Mamuś, proszę cię. – Przyciągnęłam ją do siebie i długo tuliłam. – Nie smęć tak, co? – szepnęłam jej na ucho. – Smęcę… No może i masz rację? – Uśmiechnęła się blado i poprawiła mi włosy. – Idźcie, dziewczynki, póki jasno. Pospacerujcie, nacieszcie się sobą. Odkąd w wielki świat uciekłaś, prawie cię nie widujemy… Paula też się za tobą stęskniła. – Teraz będę wpadać znacznie częściej – obiecałam jej. – Gdynia to nie Glasgow, jestem całkiem blisko. – Blisko to byłabyś za płotem! Ojciec działkę trzyma pod budowę domu, a ty… – Ciociu, litości! – Paula pociągnęła mnie za rękę i jak w dzieciństwie pobiegłyśmy w stronę furtki, a później pełną kolein drogą aż nad pobliskie jezioro. – Ja pierdolę, moja matka mogłaby być stalinowskim prokuratorem – szepnęłam, kiedy usiadłyśmy wśród szuwarów nad samym brzegiem. – Wiesz, że ją kocham, nie? Ale siedzenie z nią przy jednym stole przypomina czasem spacer po polu minowym… Ja nawet rozumiem, że była zdruzgotana, kiedy rozstaliśmy się z Arturem. - 12 -
W końcu po siedmiu wspólnych latach pewnie liczyła na ślub, a tu nagle taka niespodzianka… Ale, cholera, stało się! – No ale co się właściwie wydarzyło? – zapytała Paula. – Chcesz? – Wyciągnęła z torebki paczkę cameli, a ja, chociaż od dłuższego czasu nie paliłam, skusiłam się na papierosa. – Bo przez telefon nie za bardzo chciałaś gadać i nie wiem, co jest grane… – Właściwie to ja też nie wiem. Wydawało mi się, że między nami jest okej. Może bez jakichś szczególnych fajerwerków, ale całkiem nieźle. Aż tu nagle któregoś dnia Artur zabrał mnie na kolację i powiedział, że już mnie nie kocha. Przy deserze, dłubiąc łyżeczką w cholernym puddingu. Wyobrażasz sobie większy banał? I powiem ci, że do dziś nie mam bladego pojęcia, co o tym wszystkim myśleć… Gdyby w grę wchodziła inna laska, miałabym przynajmniej jakąś jasność, ale tak… Nie kocha mnie, i tyle – wyrzuciłam z siebie, zanim zapaliłam papierosa i zaciągnęłam się dymem. – Kiepsko… Zawsze mi się wydawało, że jesteście fajną i dopasowaną parą. – No to jest nas dwie. – Zaśmiałam się gorzko. – Najgorsze jest to, że nie potrafię przestać o nim myśleć, zupełnie jakby w głowie wyświetlał mi się jakiś niekończący się film z nami w rolach głównych. Nasze wycieczki nad wodospady, powrót z Conic Hill, kiedy zepsuło się nam auto i pół nocy spędziliśmy przy drodze, - 13 -
czekając na pomoc drogową. Wędrówki po szkockich bezdrożach i nasze wypady do Galloway Forest Park. Chryste, jak ja kochałam to miejsce! Dla samej wizyty tam jeszcze pewnie kiedyś wrócę do Szkocji. Podczas naszej przedostatniej wycieczki źle stanęłam i skręciłam kostkę, a Artur przez kilka kilometrów taszczył mnie na plecach bądź dosłownie za sobą ciągnął, uwieszoną na nim i narzekającą na ból. Tak bardzo go wtedy kochałam. Wydawało mi się, że we dwoje mamy świat u swoich stóp, że możemy wszystko… Wierzyłam, że to ten jedyny, a on… Kurwa, niech to szlag – zaklęłam, bo nagle kompletnie się rozkleiłam. – Hej, nie ryczy się w swoje urodziny. – Kuzynka objęła mnie i pogłaskała po plecach. – A Artur to palant, słyszysz? Dupek, który nie potrafił docenić prawdziwego skarbu. – Bez przesady. – Parsknęłam śmiechem i wierzchem dłoni wytarłam mokre od łez policzki. – Ale masz rację, Artur to palant… Co mi kupiłaś? – zmieniłam temat. – I czemu nie mogłam tego otworzyć przy rodzicach? – Bo to wibrator. – Zaśmiała się. – Poważnie? Jesteś pieprznięta – zawtórowałam jej. – No co? – Wzruszyła ramionami. – Podobno wszystko jest dla ludzi. Moja koleżanka pracuje w sex shopie i dała mi zniżkę. Ja też sobie kupiłam. – Paula zniżyła głos do szeptu i strzepała na ziemię popiół z trzymanego między palcami papierosa. - 14 -
– Twój nowy kochaś ci nie wystarcza? – Niby tak, ale rzadko go widuję… Jest z Pucka – wyjaśniła. – Ładne miasteczko – powiedziałam, patrząc na jezioro. – Mogłaś gorzej trafić. – Pewnie tak. – Paula zapatrzyła się w wodę. – Nie brakuje ci domu? No wiesz, tego wszystkiego. – Moja kuzynka zatoczyła ręką, jakby demonstrowała okoliczne skarby natury. – Ja niby czasem marzę, żeby wyfrunąć w wielki świat, na przykład do Hiszpanii, ale to zawsze będzie moje miejsce na ziemi. Może i Kartuzy to dziura, ale moja. – Czasem tęsknię – przyznałam. – Ale nie na tyle, żeby tu wrócić. Rodzice by chcieli, jasne. A ta porośnięta chwastami parcela za naszym płotem jest dla mnie jak niemy wyrzut sumienia. Kiedy wylatywaliśmy z Arturem do Szkocji, mama była pewna, że zarobimy na budowę domu i wrócimy do Polski, żeby zacząć go stawiać. Ale nam zbyt się spodobało życie w Glasgow, żebyśmy w ogóle brali to pod uwagę. – Nie chciałaś tam zostać? No wiesz, mimo że się rozstaliście… Miałaś chyba jakieś możliwości? Zaczepienia się na kilka tygodni u znajomych czy coś… – Miałam, ale nie chciałam. Szkocja straciła dla mnie cały swój urok, przynajmniej chwilowo. Zresztą nie stać mnie było na samotny wynajem, a na współlokatorów czuję się za stara. To już nie te lata, kiedy wyjadało - 15 -
się cudze jogurty z lodówki, piło się wieczorami wino z jednej flaszki i pożyczało staniki od mieszkających za ścianą koleżanek. Pakując się, pomyślałam, że w Gdyni mam kilkoro znajomych ze szkoły, i zdecydowałam, że to może być całkiem fajna opcja. Mieszkanie pomógł mi znaleźć dawny kolega, jego kumpel szukał akurat najemcy i oto jestem… Swoją drogą, wciąż mnie nie odwiedziłaś – wypomniałam kuzynce. – Co się odwlecze, to nie uciecze – rzuciła filozoficznym tonem. – Niedługo wpadnę, obiecuję – dodała. – A wracając do tematu ślubu, moja matka też już dostaje szału… No wiesz, nawet Julek zdążył się ożenić. – Na wzmiankę o swoim trzy lata młodszym bracie Paula parsknęła śmiechem. – Właśnie, pozdrawia cię i jest mu głupio, że nie mógł dziś do was wpaść. – Spoko, nadrobimy. Przynajmniej nie musiałam wysłuchiwać ględzenia matki w jego obecności – mruknęłam. – W sumie to przykre, że większość rodziców ma plany na życie własnych dzieci i nie uwzględnia żadnego innego scenariusza. Czasem myślę, że jestem dla matki jednym wielkim rozczarowaniem. Bo poszłam na hotelarstwo zamiast na studia polonistyczne, jak chciała. Bo jeżdżę po świecie i wywalam kasę na zabawę zamiast się ustatkować. Kurwa, nienawidzę tego słowa! Co to w ogóle znaczy? I dlaczego ona nie rozumie, że nie zawsze mam ochotę robić to, co sobie wymyśliła? - 16 -
– Mnie to mówisz? – mruknęłam, wstając z tkwiącego wśród szuwarów pniaka, na którym przycupnęłyśmy. – Chodźmy stąd, straszny dziś ziąb. Wierzyć się nie chce, że to koniec czerwca – dodałam, rozcierając upstrzone gęsią skórką ramiona. – Może jutro wyskoczymy na rower? – zaproponowała Paulina. – Wiem, że twój jest w Gdyni, ale mogłabyś pojeździć na starym góralu Julka. – Chciałabym, ale dziś wracam do Trójmiasta. – Poważnie? Przecież jutro niedziela, mogłabyś zostać. – Nie mogę. Robię zdjęcia nowym klientom. – W niedzielę? – A co ty z choinki się urwałaś? Bardzo często pracuję w weekendy – powiedziałam, kiedy wychodziłyśmy na drogę wiodącą do domu moich rodziców. – Miałaś mi zrobić sesję, pamiętasz? – Pamiętam. I znowu nie zabrałam aparatu. Ale i tak gaśnie już dzień… – Jeszcze ci się przypomnę. – Kuzynka szturchnęła mnie łokciem i przystanęła, kiedy mijałyśmy kupioną przez mojego tatę działkę pod budowę domu, który nadal istniał jedynie w marzeniach moich rodziców. – Powiem im chyba, żeby ją komuś sprzedali. Za rok czy dwa pewnie i tak skończę z wynajmem i kupię coś w Gdyni, a ta ziemia… Cholera, wiem, że będzie im przykro, ale nie potrafię żyć tak, jak sobie wymyślili! - 17 -
Nigdy nie prosiłam o tę parcelę. Tata kupił mi ją na dwudzieste piąte urodziny i tak sobie leży odłogiem. – I niech leży. A ty nie podejmuj pochopnych decyzji. Może kiedyś zbudujesz na niej domek letniskowy? Albo niewielki bungalow pod wynajem. Śniadanie z widokiem na jezioro zawsze w cenie. To piękny kawałek gruntu, świetnie zlokalizowany. Nie traktuj go jak kuli u nogi, Domi – powiedziała moja kuzynka i nagle zrobiło mi się głupio. Przecież ciocia Teresa od lat wychowywała ją i Julka samotnie, przy dwójce dzieci i marnej pracy ledwo wiążąc koniec z końcem. Moi rodzice czasem pomagali jej finansowo, co którejś niedzieli podsłuchałam, mając piętnaście lat, ale nawet z ich wsparciem ciocię Teresę z całą pewnością nie byłoby stać na kupno takiej dużej działki nad samą wodą. – Masz rację. – Uśmiechnęłam się do Pauli i złapałam ją pod rękę. – Chyba wyszłam na rozpieszczoną jedynaczkę… – W dupie masz poprzewracane nie od dziś. – Zaśmiała się, jednak w jej głosie nie było złośliwości czy zawiści. – Tęskniłam za tobą – powiedziała, kiedy przystanęłyśmy przy furtce. – Ja za tobą też. I dzięki za prezent. Być może nawet kiedyś zrobię z niego użytek. – Mrugnęłam do niej. – No powinnaś. Na przekór całemu światu. O matko, przypomniał mi się durny kawał. Facet siedzi przy - 18 -
stole i pije wódkę, a obok flaszki stoi wibrator. „Tato, co ty robisz?”, pyta go córka. A on na to: „Piję. Bo mogę się chyba napić z zięciem?”. – O ja pierniczę, jakie to durne. – Zaśmiałam się, zerkając w stronę ogrodu, ale wyglądało na to, że rodzice zdążyli już posprzątać po imprezie i nawet wnieść stół z powrotem do szopy, pewnie z racji prognoz zwiastujących gwałtowne ulewy i gradobicia. – Dobra, wracam do siebie, bo już zamarzam. Wpadnę do Gdyni, to urządzimy lepszą imprezę. – Kuzynka pocałowała mnie w policzek i ruszyła w stronę pobliskiego osiedla, gdzie mieszkała z matką. – Odprowadzić cię?! – krzyknęłam w ślad za nią, ale tylko machnęła ręką. – Daj spokój, sama trafię! – zapewniła mnie. Pchnęłam więc furtkę, przeszłam przez ogród i weszłam do domu. – Mama się położyła, ma migrenę – powiedział tato, kiedy zajrzałam do kuchni. – Ucałuj ją ode mnie. Muszę jechać, jutro wcześnie wstaję. – Jedź ostrożnie, córciu. I nie miej żalu do matki. Chce dla ciebie dobrze. – Jasne, jak zawsze. – Cmoknęłam ojca w policzek, zlokalizowałam odłożoną przez kogoś na kredens torebkę z prezentem i ruszyłam do wyjścia. – Dzięki, tato. Za tort i życzenia. Kasa też się przyda – dodałam, - 19 -
wdzięczna na wspomnienie przelewu, który wysłał mi
Dominika właśnie rozstała się z facetem i niczym dzień wcześniej. polska Bridget Jones spędza trzydzieste szóste urodziny – Nie ma za co, mała. Zaesemesuj, kiedy dotrzesz. w rodzinnym domu na Kaszubach, wysłuchując – Jasne, napiszę – obiecałam, przesyłając mu w locie lamentów matki na temat swojego staropanieństwa. całusa. Biega co prawda na mniej lub bardziejżeudane randki Wychodząc przed dom, pomyślałam, nie powinnam się się czuć urażona zachowaniem ale jednak i stara być szczęśliwa, ale presja matki, ze strony rodziny, było miktóra przykro. Wiedziałam, że chce mnie dona siłę chce układać jej dla życie, brze. Byłamcoraz jedynaczką, a mama urodziła mnie, będąc bardziej ją przytłacza… po czterdziestce, kiedy już rodzice stracili nadzieję na dziecko. Chuchali więc na mnie i dmuchali, odkąd paWtedy na jej drodze staje Konrad, przystojny właściciel miętam, co z jednej strony było miłe, ale z drugiej sprastadniny, jej pierwsza miłość. Sercowe rozterki wiało, że niemal się dusiłam…
przeżywa też Paulina, kilka lat młodsza kuzynka Dominiki. Dziewczyna * * *spotyka się wprawdzie z seksownym strażakiem, ale myśl o rychłym Parkując w okolicach placu Kaszubskiego, któmałżeństwie i pierwszym dziecku lekko jąprzy przeraża.
rym wynajmowałam dwupokojowe mieszkanie, zdasobie sprawę, że Artur nie wysłał mi życzeń. Nic, COłam WYBIOR Ą BOHATERKI? ŻYCIE WEDŁUG martwa cisza, zarówno na Facebooku, jak i w komórWŁASNEGO PLANU CZY MOŻE ZUPEŁNIE ce… Nie raczył nawet napisać czegoś tak banalnego INNY SCENARIUSZ? i bezosobowego, jak popularne „najlepszego” i chociaż wmawiałam sobie, że mam to gdzieś, to jednak bolało… „Dlaczego ludzie, zrywając ze sobą, zaczynają się traktować tak obojętnie? Przeżyliśmy siedem wspólnych cena 42,90 zł lat, mieszkaliśmy razem, siadaliśmy do stołu i kładliśmy ISBNz jego 978-83-8195-567-6 się spać w jednym łóżku. Jak to możliwe, że uko- 20 -
9 788381 955676