Skip to main content

Jedyny dzień w roku - fragment

Page 1

Agnieszka Jeż Nic dwa razy się nie zdarza – chyba że w Wigilię

Jedyny dzien w roku


Agnieszka Jeż

Jedyny dzien w roku


– O, ho, ho, ho! Dzień dobry w ten piękny, wigilijny po­ ranek! Słońce od rana zagląda nam w okna, śnieg skrzy się leciutkim mrozem, w kuchni pachnie piernikami i cynamonem. Teraz już tylko kawa, po niej relaksujący spacer i możecie zacząć się szykować do wigilii, wiecze­ rzy marzeń, na którą czekacie przez cały rok. „Z choinki się urwał”, pomyślała Dorota, ze złością patrząc na wciśnięte w kąt kuchni małe radio, z którego dobiegał głos spikera. Prowadzący audycję najwyraźniej odebrał telepatycz­ nie tę myśl. – No, zostaje do zrobienia ostatnia rzecz – zawiesić na szczycie choinki gwiazdę albo czub, co tam lubicie. Choinka oczywiście ubrana od kilku dni, może nawet kilkunastu?... Na zielonych gałązkach ususzone wcześ­ niej plastry aromatycznych pomarańczy i długie papie­ rowe łańcuchy, dziergane w niekończące się jesienne wieczory, gdy tylko myśl o nadchodzących świętach trzymała was przy życiu. – Jezu!... – jęknęła cicho. Po cholerę włączała radio? U niej w kuchni niczym nie pachniało. No, może za­ wartością zbyt długo nieużywanej zmywarki. Choinkę 5


już miała – malutkiego składaka zrobionego ze świer­ kowych gałązek połączonych tak, jakby były drzewem. Ekologicznie i tanio. Idealne drzewko dla singielki lub singla (albo dla samotnej/samotnego, ale tak toby nikt go nie reklamował; i bez marketingu, który skończyła, było to dla niej oczywiste). Za oknem też miała choin­ kę – wyrośniętą, bo sadzoną w czynie społecznym czter­ dzieści lat temu przez mieszkańców osiedla, ale ostatnio coś chorowitą. Za oknem był także typowy grudniowy polski dzień – szary, deszczowy i ponury. Sąsiad spod dwunastki przemykał do śmietnika w czerwonej kurtce z postawionym kołnierzem. – No dobra, dobra, a teraz czekam na pierwszy te­ lefon od was. „Pogrzało cię, Stefan?”, zapytacie. „Gdzie ten skrzący się śnieg, pogoda jak w listopadzie”. „Jaka kawka, jakie pierniki, ja nawet śledzi jeszcze nie ku­ piłam”. „Choinkę mieliśmy, właśnie ubraną, ale kot się na niej uwiesił. Teraz to obraz nędzy i rozpaczy. Zna­ czy choinka, nie kot. Kot się schował i do sylwestra nie wyjdzie”. Przecież żartuję, znam życie. Ze wszystkim jesteście w plecy, bo robota, bo dzieci, bo zmęczenie. Znamy to. –  No. – Dorota włączyła czajnik. Jej oddech się uspo­ koił. Żartowny ten Stefan, ale czego się spodziewać po mocno komercyjnej stacji radiowej? Na żadne poważne nie miała jednak siły. Codziennie rano zaczynała z nimi dzień i to nie były pogodne poranki, bo jak by miały być, skoro świat był mało pogodny? Wieczorami przerzuca­ ła się zatem na komercję. No i w dzień taki jak ten też 6


wolała coś lekkiego i niezobowiązującego. Na przykład Stefana Bystrego z Radia Supernova. – Nic się nie martwcie. Nie jesteście w tym sami. Ra­ zem z wami są tysiące, ba! miliony rodaków. Oni wszy­ scy dopiero teraz pędzą po kapustę na pierogi i susz na kompot. Wracając, wpadną do cukierni po ostatni ma­ kowiec, jaki leży na półce, a potem zaczną się rozglądać za choinką. Wtedy sobie przypomną, że nie mają jeszcze skarpet dla wujka Janusza ani perfum dla cioci Marysi, i wrócą do galerii handlowej, gdzie już po dwóch godzi­ nach znajdą miejsce do parkowania. Spoceni, zmoknięci, będą się dwoić i troić, a wszystko po to, by zdążyć przed pierwszą gwiazdką. – No jakbyś tu był. – Dorota pokiwała głową i na­ sypała sobie czubatą łyżkę kawy. Po chwili dołożyła drugą. Już prawie nie piła kawy, bo chciała się oczy­ ścić ze wszystkich używek, żyć prosto, jasno i zgodnie z naturą, ale w chwilach stresu organizm domagał się porcji kofeiny, tak jakby od rzucającego palacza chciał macha papierosa – nie chodziło tylko o dostarczenie uzależniającej substancji, lecz także o sam gest, ruty­ nową czynność, bo takie gesty uspokajały – żeby było jak zawsze. Organizm jest tak skonstruowany, że ge­ neralnie chce, żeby było jak zawsze, bo wtedy czuje się bezpiecznie, bez względu na to, jakie to „zawsze” jest. Bywa jednak, że człowiek się odcina od swojego orga­ nizmu i łaknie zmiany – wtedy konflikt gotowy. Głowa myśli jedno, organizm robi drugie, łatwo się pogubić. Dorota się gubiła. 7


– Każdy rok taki sam. Kołowrotek, pęd, stres. Chcia­ łoby się, żeby ten jeden dzień był inny. Wyjątkowy, wspa­ niały. A tu – bach! – znowu to samo. „W sumie mało optymistyczna ta Supernova”, pomyś­ lała Dorota i sypnęła cukru do kawy. Już prawie także nie słodziła, ale… – Ale, ale! – prowadzący Stefan nagle zmienił ton. Dorota spojrzała na radio. – Tak wcale być nie musi. Przecież tak naprawdę to nie o to chodzi. Nie chodzi o wypastowane podło­ gi i błyszczące okna. Nie chodzi o dwanaście czy na­ wet więcej potraw, bo wiadomo, że „zastaw się, a postaw się” to nasz polski sport narodowy. I jeszcze: „moje okna świadczą o mnie”. Nie chodzi o nic z tych przyziem­ nych, męczących spraw. Usiadła przy niedużym stole, na którym wczoraj wie­ czorem, właściwie już dziś w nocy, zostawiła listę rzeczy do zrobienia. Długą listę. –  Chodzi o to, żeby się spotkać. Pobyć ze sobą tak na­ prawdę. Nie musi być superczysto i wystawnie, nie trze­ ba drogich prezentów. Istotny jest ten drugi człowiek, na którego czekamy, który jest dla nas najważniejszy. Tylko to się liczy – żeby razem posiedzieć, porozmawiać, tak, wiecie, od serducha, przytulić się. Na tym polega magia tych świąt. O, ho, ho, ho! – Czarna magia – sarknęła w stronę radia. A potem zrobiło się jej cholernie smutno.


ROZDZI A Ł 1

 Dorota Przybylska miała dwadzieścia osiem lat. Gdyby ją ktoś poprosił, żeby opowiedziała coś o sobie, od tego by zaczęła, jakby to była najistotniejsza informacja. Nie była, no bo niby dlaczego by miała być? W końcu wiek się regularnie zmienia, zresztą teraz takie czasy, że to, ile ma się lat, przestaje mieć znaczenie. Ale to była inforinfor­ macja bezpieczna, taka neutralna. Wiek w żaden sposób nie zależał przecież od Doroty, a wszystko inne – już tak. Więc miała dwadzieścia osiem lat, a oprócz tego miamia­ stała: mieszkanie na warszawskim Ursynowie – tym sta­ nierym, w bloku z wielkiej płyty, choć sam blok był nie­ wielki; kredyt na to mieszkanie – nie tak wielki jak płyta, ale wyraźnie odczuwalny. Miała pracę jako sekretarka redakcji w dużym koncernie medialnym wydającym prasę i książki („sekretarzyni”, tak mówiła jej szefowa, podkreślając, że Dorota nie jest od parzenia kawy, tylko od „wznioślejszych” spraw. To była częściowa prawda, bo była i od parzenia kawy, i od „wzniosłych” spraw – po feprostu od wszystkiego. Samą nazwę lubiła, bo lubiła fe­ minatywy, ale w tym przypadku czuła, że szefowa nią 9


manipuluje). Miała Fąfla – ukochanego kundla ze schro­ niska – tu wszystko było jasne i proste: Fąfel był cudow­ ny, bez żadnego „ale”. Miała szare oczy i ciemnoblond włosy, metr siedemdziesiąt centymetrów wzrostu (cieka­ we, że nie podałaby tych informacji na żadnej z począt­ kowych pozycji – chyba nie uważała, że są istotne, bo nie uważała również, że jest szczególnie ładna – ma ciało, które nie jest oszałamiające, nie to, żeby brzydkie, ale też żadne „łał”, po prostu jej służy, i już); rower – nowy, ładny, zeszłoroczny; trochę zaszalała, ale to w końcu za­ kup na lata, a ona bardzo dużo jeździ, dbając o kondycję i planetę. Miała rodzinę. Tak, miała też rodzinę. Jakoś tak wyszło, że na liście „posiadania” rodzina znajdowała się na ostatnim miejscu. Miała rodzinę, ale… Przy każdym z wymienianych „dóbr” było jakieś „ale” (okej, Fąfel się wyłamywał – ale, ale! – Fąfel to pies, a psy są, z założenia i ze swojej natury, ideałami, więc to oczy­ wiste), lecz przy rodzinie „ale” było największe. „ALE” – takie właśnie było. Rodzina, ta pierwsza, nie własna. To znaczy ta też była własna, ale podarowana, nie wybrana, Dorota po prostu się w niej urodziła. Swoją drogą to ciekawe, jak się taką rodzinę nazywa, kiedy jest już ta druga? Dorota takiej nie miała, ale (znowu to „ale”) wydawało jej się, że z powodu wieku (niby takiego bez znaczenia), kiedy ktoś pyta o rodzinę, to ma na myśli męża i dzieci, a nie rodziców i rodzeństwo. Więc drugiej rodziny nie było, a ta pierwsza…

10


Sięgnęła po chusteczkę. Te akurat zdążyła kupić. Wracała z pracy na początku grudnia, zobaczyła je na wystawie w empiku w galerii handlowej. Jej szefowa za­ wsze sarkała, że co to jest, żeby w takim miejscu, kiedyś znanym tylko z książek, można było kupić także czeko­ ladki, skarpetki i inne przypierdaski, a przez internet to nawet garnki i noże, na co Marek z handlowego mówił, że o podaży decyduje popyt, a wtedy szefowa odpowia­ dała, że w takim razie może by się wzięli za ten popyt, a Marek odbijał piłeczkę, że od popytu to jest promo­ cja, zresztą jakie to miało teraz, dwudziestego czwartego grudnia, znaczenie? Więc kupiła te chusteczki, bo były takie śliczne – jak przedwojenne pocztówki – choinka prosto z lasu, aż było czuć zapach świeżej jodły, blask świec, pięknie opakowane pudła pod rozłożystymi ga­ łęziami. Kto by nie uległ urokowi? Właśnie. Więc ona uległa, a teraz siedziała i siąkała w tę chusteczkę, która przy bliższym kontakcie straciła na uroku, bo wyobrażo­ ny zapach zmienił się w jakąś chemiczną nutę, a papier lekko zafarbował. – Więc luz i chill, chill i luz. Po bloku reklamowym (majonez do „rodzinnej sałat­ ki”, „rodzinne auto”, „nie kupuj rzeczy, podaruj wrażenia i wspomnienia” – to była reklama „rodzinnych wakacji”) wrócił Stefan. – Zostawcie krzątaninę, zamówcie pizzę z anchois albo sushi, w końcu ryba to ryba, babciu, jeśli mnie słu­ chasz, to nie było do ciebie, wiesz, że za twojego karpia dałbym się pokroić, więc do diabła z tym wszystkim, na 11


scenę niech wlecą aniołki i niech będzie niebiańsko! Bo w końcu kto wie, czy za rogiem nie stoją anioł z Bo­ giem? I właśnie, właśnie, teraz posłuchamy, jak pięknie nam o tym śpiewają dziewczyny z De Su. – Bo kiedy miasto na święta się stroi, niejeden z nas o przyszłość się boi. Niejeden z nas w marzenia ucieka, wierząc, że spełnienie gdzieś czeka… Dorota wzięła głęboki oddech. Ależ ją te święta rozhuśtały emocjonalnie!... Rodzina. W końcu nie była sierotą, nie została porzucona, mia­ ła rodzinę. Tę pierwszą, znaczy, ale… ALE. Zawsze było tak samo. To znaczy nie przez ostat­ nie dwa lata, bo była pandemia, więc wszystko stanęło na głowie. W dwa tysiące dziewiętnastym nie spędzili świąt razem, znaczy Dorota nie spędziła z nimi świąt, bo rodzice bali się o babcię. W sumie słusznie, Dorota też się bała, nie chciałaby przecież zarazić babci. Babcia nie była cherlawa ani chorowita, czasem nawet Dorocie się wydawało, że przeżyje swoją córkę, czyli mamę Doroty, no ale wiek… (ten, co to teraz niby nie ma znaczenia). Rodzice byli na wspólnej wigilii, bo przecież mieszkają z babcią, to znaczy babcia mieszka z nimi. Był również Maciek, brat Doroty, bo też mieszka z nimi. To znaczy obok, bo ma oddzielną furtkę i bramę (jest także furtka między domem jego i rodziców, w połowie dzielącego dwie posesje płotu). Tak wyszło, że wszyscy mieszkają razem. Kiedyś duża działka i nieduży drewniany dom 12


należały do dziadków. Było to w czasach, kiedy ten te­ ren nie był Warszawą, tylko wsią – Wolicą. Potem stolica zaczęła się rozbudowywać, pojawiło się osiedle – Ursy­ nów, a z okolicy dziadków zaczęły znikać kury i drew­ niane chałupy i przyszło nowe. Na Kokosową też przy­ szło nowe – rodzinny drewniak matki został rozebrany, a w jego miejsce powstał solidny murowany budynek, w którym Dorota i Maciek dorastali, a potem, na wy­ dzielonym kawałku, stanął dom dla Maćka. Dorota jak przez mgłę pamiętała ten drewniany dom. Lubiła go, bo lubiła prostotę. I lubiła tamten czas – kiedy wszyst­ ko było takie proste, najprostsze… Rodzice zamieszkali w czymś na kształt dworku, może nie jak w Soplicowie, ale ten klimat (i kolumny przy wejściu) był. Maciek po­ stawił na „surowy styl”, a nawet, choć nikt by tego nie powiedział – na brzydotę. Dorota uważała, że wybudo­ wał sobie bunkier, ale z drugiej strony płachetko ziemi tuż nad skarpą nie pozwalało na więcej niż długi bu­ dynek z płaskim dachem (takie warunki zabudowy), bo przecież działka nie była z gumy. No nie była, dwa domy i basta, nic więcej tam się nie wciśnie. Na pewno nie dom dla Doroty. Nie, żeby chciała, uważała, że trzeba samemu stanąć na nogi, że kiedyś należy przeciąć pępo­ winę i pójść w świat, ale w sumie, jakby się tak zastano­ wić, to nie bardzo miała wybór, skoro Maciek był starszy i pierwszy zajął tę miejscówkę. Więc ona zdecydowała się na wyprowadzkę do ursynowskiego M3 w starym budownictwie, co i tak było szczytem jej możliwości fi­ nansowych. Rodzice dali jej pieniądze na wkład własny, 13


ale raty spłacała sama. Trochę dlatego, że zawsze była sa­ modzielna, a trochę dlatego, że chciała pokazać, że sobie świetnie poradzi. No i również dlatego, że uważała, że to nie fair, że Maciek dostał ten kawałek działki, a ona nie, więc na przekór, z zaciśniętymi zębami… Ale przecież zawsze tak było, że Maciek miał fory i… – A teraz Driving Home for Christmas. – Stefan z Su­ pernovej wciąż tryskał humorem. – Jadę do domu na święta z tysiącem wspomnień, zmysłowo zaśpiewa nam Chris Rea. A wy jakie wspomnienia zawieziecie do domu na święta? Prowadzący audycję zdecydowanie odbierał jej myśli. Jakie wspomnienia zawiezie? No właśnie różne. Ta­ kie, jak te przed chwilą, i morze podobnych. Zarazem dwie ostatnie wigilie spędziła „zdalnie” – rodzice, babcia i Maciek przy jednym laptopie, ona – przy drugim. Było inaczej niż zawsze. Pierwsze pandemiczne święta to po prostu smutek. Zagubienie i niepewność. Nagle te różne nieprzyjemne wydarzenia przestały mieć znaczenie, bo wirus przypomniał, że życie jest kruche i w każdej chwili może się zakończyć. To były dotkliwe momenty, takie ze łzami wzruszenia i z wyciąganiem albumu ze starymi zdjęciami. Rok później też było smutno, ale już troszecz­ kę mniej – kilkanaście miesięcy pod dyktando pande­ mii wszystkich zmusztrowało, ale jednocześnie ociosa­ ło z emocji, no bo ile można się zamartwiać – w końcu przychodzą znużenie i akceptacja tego, co przyniósł los. Za to ten rok, pierwszy „normalny”, no, prawie normal­ ny… Wszystko miało być jak dawniej, tyle że bez starych 14


wad, za to z samymi nowymi zaletami. Oczekiwania Doroty wzrosły. Te cholerne dwa lata, trudne, męczące, uświadomiły wszystkim, że liczą się tak naprawdę tylko najważniejsze sprawy – bliscy i miłość. Wszystko inne jest nieistotne. A mimo to w Dorocie wzbierał niepokój. W końcu była dorosła i wiedziała, że życie się nie zmie­ nia ot, tak, życzeniowo. – To jak będzie, Fąfel, co? – Nachyliła się i potarmo­ siła szorstką sierść. Fąfel, w którego żyłach płynęła krew teriera, sznau­ cera i chyba jamnika, zamerdał ogonem tak, jakby miał mu się za chwilę urwać. Patrzył na nią najmądrzejszymi brązowymi oczami, jakie widziała – to nie ujmowało in­ teligencji jej brązowookim znajomym; po prostu ludzie, nawet ci bystrzy, są zwykle skażeni pesymizmem, ewen­ tualnie realizmem, a Fąfel był esencją optymizmu, co sprawiało, że jego spojrzenie miało w sobie coś z mędrca zen – nadzieję i spokój, które łącznie dawały mądrość. Więc z trzeciej strony (nieważne, że jakoś za dużo tych stron się zrobiło) – może wszystko będzie naprawdę cudownie, bo kiedy cuda mają się wydarzać, jeśli nie w święta?


ROZDZI A Ł 21

 Dorota Przybylska dwadzieścia osiem lat. Gdyby – Rany!... – jęknęła,miała dochodząc do galerii handlowej. ją ktoś poprosił, opowiedziała coś o sobie, od tego Mogłaby się żeby zastanawiać, dlaczego nie załatwi­ by zaczęła, jakbysprawunków to była najistotniejsza ła świątecznych wcześniej,informacja. ale jakie byNie to była, bo niby dlaczego miała tego, być? W końcu wiek miałono teraz znaczenie? Niebyzrobiła bo przez długi się zmienia, zresztą czasy, że to, ile czasregularnie nie było wiadomo, czy te teraz świętatakie się jednak odbędą, ma lat, znowu przestaje mieć znaczenie. Ale online. to była Potem inforczy się może wszystko się wydarzy macja bezpieczna, takaktóre neutralna. Wiek w żaden sposób przyszły szczepienia, odchorowała. Cieszyła się, nie zależał od Doroty, już tak. że jest już przecież „zaczipowana”, ale a wszystko odpowiedźinne – jej własnego Więcodpornościowego miała dwadzieściająosiem lat, a oprócz tego mieli miaukładu znokautowała. Potem ła: mieszkanie nabiura. warszawskim Ursynowie tym staprzeprowadzkę Początkowo wszyscy– z „góry” rym, bloku z wielkiej choć był nieciąg­lew ich pytali, jak siępłyty, czują, czysam ktośblok potrzebuje wielki; kredyt to mieszkanie – nie ale tak później wielki jak płyta, wsparcia, byłonaempatycznie i miło, zaczęła ale wyraźnie odczuwalny. pracę radził jako sekretarka się proza życia – ich dział,Miała książkowy, sobie do­ redakcji w dużym koncernie wydającym brze, ale gazetowy – źle. Więc medialnym przyszły cięcia, roszady prasę i książki („sekretarzyni”, tak mówiła jej w waka­ szefowa, i w końcu zmiana lokalizacji. A to wszystko podkreślając, że Dorota parzenia kawy, tylko cje. I kto musiał zostać, nie żebyjest to od ogarniać? Sekretarzyni. od „wznioślejszych” spraw. Tosekretarzyni była częściowa prawda, bo Zresztą zakres obowiązków rósł – doszło była i od parzenia kawy, i od „wzniosłych” spraw – po na przykład szukanie kandydatów do pracy. Teraz miała prostu wszystkiego. Samą nazwę lubiła,„Tylko bo lubiła znaleźćod osobę do archiwizacji materiałów. niefeza minatywy, aletrzydziestki”, w tym przypadku czuła,szefowa, że szefowa nią starą, taką do powiedziała solidne 9 16


czterdzieści pięć plus. Później zrobiła się jesień i zacho­ rował Fąfel. Nie mogła sobie darować, że nie dopatrzy­ ła w książeczce zdrowia, że obroży przeciwkleszczowej właśnie się kończy termin skuteczności. Fąfel skądś, pewnie z podkabackich łąk, musiał przynieść kleszcza, a potem się zrobił osowiały, osłabiony, aż wreszcie wylą­ dował pod kroplówką i cudem oraz osiągnięciami me­ dycyny udało się go uratować. I tak doszła do połowy listopada, a w listopadzie, wiadomo – nic, tylko zakopać się pod kocykiem z kubkiem gorącej herbaty i oglądać seriale na Netfliksie. Albo czytać. Z czytaniem Doro­ cie zawsze było po drodze; kiedy była mała, chętnie spędzała czas w samotności. To znaczy mama mówiła: „No i co tak siedzisz sama, Dorotko”, ale przecież Do­ rota nie była sama, bo miała kogoś obok, czasem nawet wiele postaci – bohaterów czytanych książek. Zanu­ rzała się w ten świat i znikała w nim na wiele godzin. Myślała nawet o tym, żeby studiować polonistykę albo może kulturoznawstwo czy bibliotekoznawstwo, rodzi­ ce jednak skutecznie wybili jej to z głowy, przekonu­ jąc, że książki to świetne hobby, ale zawód trzeba mieć prawdziwy. I w ten oto sposób Dorota wylądowała na marketingu. To nie było całkiem straconych pięć lat, po­ nieważ zrozumiała, czego naprawdę w życiu nie chce i czemu nie poświęci nawet pięciu minut – marketingo­ wi właś­nie. Rodzice nie mogli pojąć tej decyzji. Doro­ ta też była zdziwiona – że wreszcie się odważyła mieć swoje zdanie. To się akurat zbiegło z podarowaniem ka­ wałka działki Maćkowi, więc mama i tata chyba uznali, 17


że Dorota się obraziła za to nierówne traktowanie, ale ostatecznie, kiedy już zaczęła pracować jako sekretarzy­ ni – „Sekretarka, dziecko, sekretarka. Nie ma takiego słowa «sekretarzyni»”, poprawiała ją mama, „oni tam w wydawnictwie powinni najlepiej to wiedzieć, ale nie ma się czego wstydzić, sekretarka to była zawsze solidna posada dla kobiety, która jeszcze nie wyszła za mąż”, po czym klepała ją po ramieniu i znacząco się uśmiechnę­ ła – odpuścili. „Jeszcze nie wyszła za mąż”. Dorota zatrzymała się przed przejściem dla pieszych. Przed nią gęstniał tłum ludzi, ale i tak byli na wygranej pozycji w stosunku do tych, co karnie czekali w długim rządku, żeby wjechać na parking, na którym wszystkie miejsca były zajęte. Dla mamy Doroty życie kobiety dzieliło się na trzy etapy: panna, mężatka, wdowa. Każdy powinien trwać odpo­ wiednio długo, po czym oczekiwana była – także w od­ powiednim stylu i momencie – zmiana. Trzydziestka wyznaczała kres bycia panną, więc niby Dorota miała jeszcze czas, ale przed mężatką powinien zaistnieć prze­ cież etap pośredni – narzeczona, mniej więcej dwuletni, i tu już Dorota żyła czasem pożyczonym. Zielony ludzik, dziarsko idący przed siebie, rozbłys­ nął na sygnalizacji. Dorota też ruszyła. Narzeczony – to był właśnie ten powód, dla którego Dorota zarzuciła ostatnio książki. Po prostu nie mogła już po raz kolejny czytać o tym, jak to samotna/smutna/porzucona kobie­ ta/dziewczyna/seniorka cierpi, a potem nagle, nie wia­ domo skąd, zjawia się cudowny facet/chłopak/senior 18


i od tej pory razem płyną przez życie. Takie rzeczy to tylko w filmach (dlatego wybierała mroczne skandynaw­ skie seriale kryminalne) albo w bajkach. Lub, no właśnie, w książkach, które od początku października zaczynały królować w księgarniach. Już okładki powieści świątecz­ nych nie pozostawiały złudzeń – to będzie zimowa love story. Dorota właściwie przerabiała to już wcześniej, od wakacji, kiedy do jej wydawnictwa zaczynały napływać teksty od autorek. Serce z piernika, Biały sen, Mroźny pocałunek – przez jej ręce przechodziły rachunki za oddane książki. Rok wcześniej ściągnęłaby sobie pliki z serwera, żeby ogrzać serce tą lukrowaną otuchą, ale rok temu był Adam. Adam. Prawnik z jej wydawniczej korporacji. Po­ znali się na zabawie andrzejkowej dwa lata wcześniej. Miły dla oka, miły dla ucha. Cały był kwintesencją mi­ łego – miłości. A przecież, jako absolwentka marketin­ gu, powinna wiedzieć, co te cechy oznaczają – kłopoty. Pod świetnie skrojonym garniturem i niskim głosem krył się wcale nie taki kryształowy człowiek. Zresztą nie musiał być kryształowy, wystarczyłoby, żeby był uczciwy. Wtedy nie dowiedziałaby się, w bardzo przy­ kry sposób, że ma dla niej mniej czasu, bo dzieli go na dwie kupki – jedna dla Doroty, druga – dla „koleżanki” z korporacyjnego managementu. Zrozumiałaby, gdyby po prostu przestał ją kochać, bo gwarancji na miłość do grobowej deski nikomu dać nie można. Ale żeby tak na dwa fronty? No i jeszcze finał!... Spotkała ich w lipcu na nadwiślańskich bulwarach. Dorota poszła na samotny 19


PIĘKNA OPOWIEŚĆ O ZAGLĄDANIU W GŁĄB SIEBIE, W SWOJE WSPOMNIENIA I PRAGNIENIA. TO TAKŻE spacer, ciekawa, jak się ostatnio zmieniło Powiśle – kie­ HISTORIA O TYM, ŻE ŚWIĘTA TO NAPRAWDĘ dyś dzielnica robotnicza, teraz modny kawałek miasta SZANSA WSZYSTKO – GDY ZECHCE Z TEJ z loftami,NA knajpami i dobrymi sklepami. Poszła SIĘ sama, SZANSY SKORZYSTAĆ. bo Adam pojechał na szkolenie. Niezbyt daleko, jak się okazało, na bulwary właśnie. I z nią – dopasowaną sty­ listycznie brunetką. Dorota zdążyła jeszcze pomyśleć, że ładnie razem wyglądają, jak z żurnala. Całowali się, Świat wyhamowuje, łagodnieje, pachnie śmiali, znowu całowali, a ona stała, jakbypiernikiem miała beto­i skrzy sięnowe śniegiem. W tej pięknej scenerii cichną spory,coś ludzie buty. W końcu Adam ją zauważył. Chciał stająpowiedzieć, się sobie bliscy otaczać ich ale mui wierzą, nie dała,że pozaczyna prostu machnęła rękąmagia. i odeszła. Wcale niepierwszej dlatego, że ją to mało Brakuje tylko gwiazdki na zabolało, niebie, wręcz przeciwnie – byzabolało zaczęłacholernie, działać…ale gdyby miała to pokazać przytakiego nim i przy tej dziewczynie, rozpłakać Wszyscy pragną Bożego Narodzenia, Dorota też. się tam, wśród gwaru i śmiechów, bolałoby ją jeszcze Kiedy jedzie do rodziców, marzy o wyjątkowych świętach. mocniej. zadzwonił, lecz,będzie jak to jak między wier­ Ma Później nadzieję, że Wigilia drzwi, szami przemycił,zatakże dlatego, że cud. przecież mogą się którymi czeka jeszcze jakoś zawodowo spotykać, pracują w jednej Ten Rzeczywistość okazuje się jednakbomało baśniowa. firmie, więc byłoby głupio, ba! nieprofesjonalnie, żeby specjalny, jedyny dzień w roku nie likwiduje magicznie tak… Mówił do niej spraw, w taki zsposób, jakby broniłboryka nie­ się wszystkich przykrych którymi Dorota ustępliwego recydywisty, po raz kolejny stojącego przed na co dzień, a rodzinne spotkanie, które miało być urocze, sądem – gładko i ciepło, z prośbą o empatię dla kogoś, zmienia się w katastrofę. „Żeby ten dzień już się skończył”, kto błądzi, ale w końcu to takie ludzkie... Kiedy już się myśli Dorota, żałując, że życie tak źle się z nią obchodzi. wypłakała w łazience, wróciła, usiadła do biurka i za­ Wkrótce jednak odkrywa, że los przygotował dla niej coś pisała sobie w kalendarzu, żeby się nie umawiać ani niezwykłego.ani Niepowtarzalnie… z prawnikami, z marketingowcami.powtarzalnego. Ani z żadnym facetem w ogóle. A potem powiedziała sobie, że prze­ cież nie był jej wart i w ogóle nie musi być z żadnym facetem, żeby być szczęśliwa. Wciąż tak uważała, w tym cena 42,90 zł myśleniu wspierały ją artykuły z gazet wydawanych ISBN 978-83-8195-710-6

20

9 788381 957106


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Jedyny dzień w roku - fragment by Filia - Issuu