Białe Boże Narodzenie na podlaskiej wsi, gdzie nadal pielęgnowane są dawne obyczaje, tradycja i staropolska gościnność.
– Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań! Matylda nuciła cichutko polską wersję Jingle Bells, piosenkę zapamiętaną z dzieciństwa. Pewnie dlatego, że cieszyła się jak dziecko na to, co ją czekało, a było to coś absolutnie, niewyobrażalnie i niezaprzeczalnie wyjątkowego! Dzień dobry przygodo!, krzyknęłaby najchętniej ile sił w płucach, ale rozsądek jej podpowiadał, by tego nie robić. Mogłaby zbudzić jakiegoś niedźwiedzia, wystraszyć ptaki i zające, konie lub – co gorsza – woźnicę Macieja. Siedział na koźle, tyłem do niej, i wydawał się pogrążony w zadumie. Miał zresztą do tego prawo, nie było lepszego czasu na refleksję niż ten, który się właśnie zaczynał, czyli radosne oczekiwanie na najpiękniejsze w roku święta, zwłaszcza że okoliczności przyrody wyjątkowo temu sprzyjały. Wokół było tak pięknie, że wprost zapierało dech! Cały świat tonął w białym puchu, a ten mienił się cudownie w słońcu, udekorowany milionami diamencików. Oślepiająca białość nie była jednak monotonna, bo tu 5
i ówdzie przybierała delikatne, landrynkowe tony, natomiast chmury na różowawym niebie wyglądały jak słodka wata cukrowa. Matylda nie miała dotąd pojęcia, że istnieje aż tyle odcieni bieli i nie potrafiła zdecydować, który jest najpiękniejszy. Ani co ekscytuje ją bardziej – wspaniała droga czy magiczne miejsce, do którego wiodła. Nie mogła się doczekać, kiedy je zobaczy i niecierpliwie przebierała nogami w takt mruczanej melodii. Tegoroczne święta Bożego Narodzenia miały być inne niż wszystkie. Pod każdym względem. Poczynając od śniegu, którego w tych stronach zawsze było więcej niż gdzie indziej, przez choinkę prosto z lasu, przystrojoną pięknie w słomiane ozdoby, pierniki i anielskie włosy, po tradycyjny wigilijny stół z siankiem pod obrusem i dwunastoma postnymi potrawami. A najwspanialsze i najmilsze ze wszystkiego było to, że Matylda miała zasiąść przy nim jako honorowy gość, strudzony wędrowiec, na którego czekało dodatkowe nakrycie. Właśnie tak to sobie wyobrażała, planując pierwszą w życiu podróż na wieś, po tym, jak Halszka – nowa przyjaciółka – wielkodusznie zaprosiła ją do rodzinnego domu na święta. To było jak spełnienie najskrytszych dziecięcych marzeń. Cudowne zwieńczenie niezbyt udanego roku, 6
gęstego od porażek w życiu osobistym i miłosnym, bo zawodowe na szczęście układało się nieźle. To jednak było za mało dla kogoś takiego, jak Matylda. Głównie ze względu na jej wrażliwą i skomplikowaną osobowość oraz to, że nie przywykła do uczuciowych rozterek. Zwykle to ona je powodowała u innych, u mężczyzn, którzy na ogół tracili dla niej głowę. Niestety ostatnio trafiali się jej sami udzielni książęta, samolubni manipulanci o zbyt wygórowanych oczekiwaniach. Wyczerpywało ją to psychicznie i emocjonalnie. Wyjście zatem było tylko jedno. Należało odpocząć od własnej, ociupinkę beznadziejnej rzeczywistości, przemyśleć sobie co nieco i zgrabnie zaplanować najbliższą przyszłość. A nie było na to lepszego miejsca niż Boguduchy – cudowna, sielska, spokojna podlaska wioseczka, gdzieś na krańcu mało ucywilizowanego świata, ale z życzliwymi mieszkańcami słynącymi z gościnności. Dlatego Matylda, pełna pozytywnej energii, nabrała w płuca mnóstwo rześkiego, mroźnego powietrza i powiodła pełnym zachwytu wzrokiem po ośnieżonym lesie, skrzących się ślicznie gałązkach sosen, świerków, jodeł, czy co tam rosło, bo nie znała się zbytnio na gatunkach drzew. Nie przeszkadzało to jednak się nimi zachwycać, zwłaszcza gdy w pewnym momencie przemieniły leśną drogę w magiczny biało-zielony tunel. Wtedy dopiero można było poczuć się jak w zaczarowanej bajce! 7
Ach! Cóż to za dzień! Najprawdziwsza sanna, specjalnie dla Matyldy! Wspaniałe sanie, wyścielone pasiastymi kilimami i baranim futrem, pruły przez śnieżne zaspy jak wicher! Co prawda, to, co miało milutko otulać, było trochę wilgotne, szorstkie i sztywne od mrozu oraz nieco dziwnie pachniało, lecz wcale nie przeszkadzało Matyldzie wczuć się głęboko w rolę i stać się na tę chwilę Oleńką Billewiczówną z sienkiewiczowskiej trylogii. Do szczęścia brakowało tylko przystojnego Kmicica, który obsypałby ją pocałunkami i rozgrzał płomiennymi miłosnymi wyznaniami szeptanymi do ucha. Mogłaby położyć głowę na silnym męskim ramieniu i zapomnieć o bożym świecie. Och, jak bardzo żałowała, że nie miała obok siebie kogoś takiego. Ale kto wie, może uda się go znaleźć tam, na miejscu? W Boguduchach? Zerknęła tęsknie na białą drogę przed sobą. Musiała troszkę się wychylić, bo widok przesłaniały szerokie plecy woźnicy Macieja. Wyjechał po nią na dworzec autobusowy, na prośbę Halszki. Poczciwy chłopina wydawał się nieco onieśmielony widokiem dziewczyny z miasta, tak innej od tych, które zapewne widywał na co dzień. Zresztą sam również był całkiem niepodobny do mężczyzn, znanych dotąd Matyldzie, pod każdym możliwym względem. Wysławiał się po wiejsku i raczej mało subtelnie. Takie też miał obycie, nie zawracał sobie głowy manierami ani konwenansami. 8
Nie raziło to jednak nic a nic; jego prostolinijność pasowała do całej reszty, w tym do zewnętrznego wizerunku chłopiny. Ubrany był zgodnie z tutejszym obyczajem w obszerny kożuch bez guzików, wacianą kufajkę, walonki i czapę uszankę zawiązaną pod brodą. Miał ją tak głęboko naciśniętą na oczy, że ledwie było widać twarz, wystawał tylko czerwony (pewnie od bimbru) nos, fragment niechlujnego zarostu i wymiętolony papieros zwisający z kącika ust. – Jeżeli to nie problem, wolałabym, żeby pan go zgasił. Nikotyna szkodzi również biernym palaczom, niektórzy mówią, że nawet bardziej – oświadczyła uprzejmym, acz kategorycznym tonem w trakcie powitania. Zdjęła skórzaną rękawiczkę i podała mężczyźnie dłoń, zdziwiona, że nią zwyczajnie potrząsnął, zamiast staroświecko z czcią ucałować. Szczerze mówiąc, po cichu liczyła na coś takiego, więc czuła się odrobinę zawiedziona. – Toć zagaszony – mruknął zrzędliwie. Pokazał wymemłany niedopałek i ponownie wsunął go sobie między zęby. – Ach rzeczywiście, przepraszam pana najmocniej – odparła zakłopotana. Przyszło jej do głowy, że jest to zapewne sposób na rzucenie palenia, słyszała, że niektórzy tak robią, zwłaszcza mężczyźni. – Cieszę się, że ma pan tyle samozaparcia i trzymam kciuki za powodzenie – dorzuciła krzepiąco. 9
– Zaparcia, chwalić Boga, mnie się nie zdarzają – oznajmił z powagą. – Już prędzej w drugą stronę, jak tył mocno obmarźnie. Ale jakby co, najwyżej prędzej pociśniem i zdążem na pewno. – Pociśniem? – powtórzyła strwożona, niepewna, co to oznacza. Przede wszystkim dla niej. – Powinnam spodziewać się jakichś kłopotów? – A gdzie tam! Bo i jakich niby? – Machnął ręką. – No, chyba że się paniusia obawia, że majtnie gdzie po drodze i zleci mi z sanek w zaspę! – Zaśmiał się rubasznie. – Jak tak, to niech się nie boi. Nie zostawię na pastwę zwierzyny. Raz i wyciągnę! Za nogi i do góry! – zawołał podejrzanie wesoło, ładując niedbale jej bagaż do sań. Matylda zadrżała zlękniona, gdy to sobie wyobraziła. Również z powodu nagłych podejrzeń. Czyżby mężczyzna skrywał za pazuchą piersióweczkę z samogonem, którym zdążył się uraczyć? Pociągnęła dyskretnie nosem, lecz nie zarejestrowała woni alkoholu. A zmysł węchu miała wyjątkowo wrażliwy, zwłaszcza na podobne zapachy. Mimo to przez bardzo krótką chwilę wydało jej się, że wyczuwa aromat dobrej wody po goleniu, co oczywiście musiało być złudzeniem. Zatem w kwestii trzeźwości woźnicy też mogła się mylić. Miała tylko nadzieję, że nie jest pijany i że żartuje z tym wyciąganiem z zaspy. Wolała jednak na wszelki 10
wypadek nie dopytywać, zwłaszcza że szybko zapomniała o obawach, gdy wreszcie z głównej drogi skręcili w las. Spodziewała się tam spotkać urocze jelonki, sarenki i słodkie zajączki kicające po śniegu w prześwicie drzew. Podekscytowana wypatrywała ich niecierpliwie, trzymając w pogotowiu telefon, by nie przegapić okazji do zrobienia ślicznego zdjęcia, które mogłaby potem wrzucić na Instagrama albo Facebooka i zebrać miliony lajków. Trochę żałowała, że przez brak zasięgu nie może udostępnić ich natychmiast, pokazać światu, gdzie właśnie dotarła i wywołać lawinę zazdrości. Miała nadzieję, że na miejscu będzie z tym choć trochę lepiej i drżała na myśl, że mogłoby nie być w ogóle internetu. To oznaczałoby kompletną katastrofę! Niestety zapomniała zagadnąć o to Halszkę, by móc się przygotować przynajmniej psychicznie, a Macieja wolała nie wypytywać, pewnie niespecjalnie się orientował. Zresztą, w tej chwili co innego było ważniejsze. Zajęta wrzucaniem nowych postów i zaaferowana śledzeniem aktywności followersów, przegapiłaby wiele uroczych widoków. I co gorsza, przepadłoby jej mnóstwo fantastycznych ujęć. Zrobiła więc na wszelki wypadek kilka spektakularnych selfie na tle bajkowego krajobrazu, upewniając się przedtem, że sama również wygląda zjawiskowo w sty11
lowej futrzanej czapie kupionej specjalnie na tę okazję. Reszta też prezentowała się tak, jak powinna, czyli idealnie. Zielony płaszczyk z wełny merynosów pasował do koloru sosen, świerków i jodeł, a błękit kaszmirowego szala współgrał z barwą pogodnego nieba i roziskrzonych z przejęcia oczu oraz pięknie kontrastował z delikatnymi rumieńcami na policzkach dziewczyny. Otuliła się szczelniej, chociaż prawie przestała marznąć. Była na to zbyt podekscytowana. Entuzjazm i ciekawość wprost rozsadzały ją od środka! Co za wspaniała jazda! – Jaka pyszna saaanna, parska raźno koooń! – zaintonowała teraz głośniej i śmielej z nadzieją, że woźnica się przyłączy do śpiewania, po czym pociągnęła nerwowo nosem. Ach, co za okropna woooń! – spontanicznie ułożyła własny rym, przytomnie już tylko w myślach. Szybko odkryła źródło przykrego zapachu, który ni stąd, ni zowąd wdarł się do jej delikatnych i nienawykłych do tego nozdrzy. Oto ujrzała koński ogon, który odchylił się niczym klapka wizjera i odsłonił pupę zwierzęcia. Na drogę posypały się parujące bobki wielkości (Matylda wytrzeszczyła oczy ze zdumienia) choinkowych bombek. – O fuj! – jęknęła i zakryła twarz szalikiem. – Czy on musi robić to akurat teraz? – A juści! Żre to i sra, jak każdy. Wiadomo – odparł Maciej lekko filozoficznie. 12
– Ale dlaczego tutaj? – A widzi tu gdzieś paniusia tualetę? No! – Cmoknął głośno trzy razy z wyraźnym zadowoleniem, jakby dla podkreślenia, że jemu nie przeszkadza to nic a nic, a może nawet pasuje. – Wio! Wio, malusie! Nagle zaczął dopisywać mu humor. Przez większą część drogi mężczyzna był posępny, prawie się nie odzywał, a teraz obrócił się do tyłu i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. W miarę równe i całkiem białe, zdziwiła się w duchu Matylda, bo wyobrażała sobie, że pewnie co drugiego brakuje. Maciej rozwiązał też wreszcie troki czapki, dzięki czemu można było nieco lepiej mu się przyjrzeć. Wcale nie był taki stary, jak się wydawało na początku, a to, co Matylda wzięła za siwiznę, okazało się szronem na wąsach i brodzie. Ponadto woźnica nie był wcale brzydki. Wręcz przeciwnie. Wąsik i wystające spod uszanki ryżawe kędziory sprawiały, że przypominał trochę młodego Daniela Olbrychskiego w roli Kmicica z Potopu. Kiedy zauważył, że dziewczyna mu się przygląda, odwrócił się gwałtownie, a wówczas Matylda skorzystała z okazji i zjechała wzrokiem dużo, dużo niżej. I do tego ma całkiem niezły tyłek – skonstatowała rozmarzona, po czym ofuknęła się surowo w myślach. Obiecała sobie szukać duchowej równowagi, a nie nowych miłosnych wrażeń, których ostatnio miała po 13
kokardkę. A na pewno nie powinna pozwalać sobie na amory z nieokrzesanymi wioskowymi podrywaczami! Zwłaszcza że woźnica Maciej wcale jej nie podrywał, dodała sprawiedliwie i z mimowolnym żalem. Już prędzej z niej drwił na swój jowialny sposób, nienawykły do ludzi z miasta, zwłaszcza miejskich kobiet. Bez wątpienia go onieśmielały, więc próbował dodać sobie w ten sposób animuszu i zatuszować zakłopotanie, usprawiedliwiała go dobrodusznie i wyrozumiale Matylda. Uśmiechnęła się pod nosem, trochę tym ubawiona, i dla zabicia czasu uniosła wysoko obie ręce, i zaczęła muskać palcami kolczaste gałązki, które chwilami prawie ocierały się o sanie, gdy droga się zwężała. Jedną nawet udało jej się pochwycić mocniej, ale wtedy niespodziewanie spadła jej na głowę potężna czapa śniegu. Biały puch wdarł się pod kaszmirowy szal, za kołnierz wełnianego płaszczyka i jeszcze głębiej. O wiele za głęboko! – Aaaaj! Ajajaj! Ojejkuuu! – piszczała, otrzepując się gorączkowo. Z wierzchu, bo to, co wpadło pod spód, musiało niestety samo się rozpuścić. Oby szybko! Aj! Natomiast Maciej, który też przy tym ucierpiał, ale przecież powinien być przyzwyczajony, rzucił Matyldzie krótkie i – ku jej zdumieniu – pełne politowania spojrzenie. Spokojnie strącił opadły śnieg z własnych ramion i wydobył go, ile mógł, spod koszuli. 14
– I tak to jest – mruknął pod nosem, po czym westchnął ciężko. Matylda z kolei nic już nie powiedziała. A gdy tylko doprowadziła się do jako takiego ładu i odkleiła z rzęs ostatnią grudkę śniegu, wbiła w plecy woźnicy wzrok niczym niewidzialny sztylet, niebotycznie oburzona i zdumiona, że nie zatrzymał sań i jej nie pomógł, nie sprawdził, jak mocno ucierpiała, nie zatroszczył się o nią, co było przecież jego rolą, również jako mężczyzny! Gdy tylko ochłonęła i odegnała gorące pragnienie wyrwania chłopu z ręki bata i obicia gościa porządnie, postanowiła w miarę delikatnie uświadomić mu, że nie zachował się właściwie, by wyciągnął wnioski na przyszłość. Ale wtedy jakaś zabłąkana gałąź pacnęła ją boleśnie w twarz. Otrząsnęła się i rozejrzała wokół. Zdziwiona zdała sobie sprawę, że sanie jadą podejrzanie blisko linii drzew. W dodatku zboczyły z drogi raczej nieprzypadkowo, bo woźnica przesunął się na przeciwległy skraj kozła, żeby samemu przy okazji nie oberwać. Co za złośliwiec! – Matylda ze zdumienia zapomniała się głośno oburzyć, w zasadzie na moment odebrało jej mowę. Całe szczęście, bo lepiej było udawać, że niczego nie zauważyła, a ocierające się o nią gałązki nie przeszkadzają jej nic a nic. Znosiła to z godnością, jak skazaniec niesprawiedliwą chłostę. Inteligentna riposta, którą miała 15
na końcu języka, również nie miałaby sensu. Szkoda było zachodu i należało zostawić ją sobie na lepszy moment; ten prosty chłopina pewnie i tak by nie zrozumiał. Dlatego Matylda postanowiła przez resztę drogi zachowywać się tak, jakby złośliwości woźnicy w ogóle jej nie dotknęły ani nie obeszły, głównie jemu na złość. – Cudowne miejsce, jak z bajki o Królowej Śniegu – oznajmiła jak gdyby nigdy nic, na wszelki wypadek nie odrywając wzroku od drogi, dzięki czemu mogła na czas się uchylić i uniknąć bolesnego spotkania z igiełkami jakiejś przydrożnej sosenki albo świerku. Maciej na to pociągnął głośno nosem, ale nic nie powiedział. Dalej też jechał skrajem drogi, przy drzewach, choć cały środek miał wolny i porządniej ubity. Na szczęście nie trwało to długo, ponieważ wreszcie wynurzyli się z lasu. Odsłonił się wspaniały, rozświetlony słońcem bezkres, a chwilę później zza śnieżnych zasp wyłoniły się dymy z kominów, domy i wreszcie dało się słyszeć szczekanie psów. Boguduchy! Wzruszenie i ekscytacja ponownie odebrały Matyldzie głos. W przeciwnym razie z radości znów zaczęłaby śpiewać. Może coś z repertuaru Skaldów? Pasowałoby! – Z kopyta kulig rwie, z kopyta kulig rwie! – zanuciła prawie bezgłośnie, zawiedziona, że nie pamięta, co było dalej. Zresztą i tak chętniej zaśpiewałaby coś 16
w stylu: „Ludzie zejdźcie z drogi, bo Matylda jedzie!”, ale przeczucie podpowiadało jej, że nie zostałoby to dobrze przyjęte, więc się powstrzymała. Ponadto w pobliżu nie było żywego ducha, chociaż wjeżdżali do wsi. Niecierpliwie wyciągnęła szyję, by jak najwięcej zobaczyć, ogromnie ciekawa miejsca, które tyle razy sobie wyobrażała, małych uroczych domków pośród brzóz wzdłuż zaśnieżonej wiejskiej drogi. Jako pierwsza w całej okazałości jej oczom ukazała się cudowna drewniana chatynka – malutka, kryta strzechą i baaardzo klimatyczna. Idealna! Matylda patrzyła na nią urzeczona i niemal pewna, że właśnie tutaj spędzi święta, tak, jak sobie wymarzyła. Podpowiadała jej to intuicja, a ta rzadko ją zawodziła. Dlatego wyprostowała się i wygładziła płaszczyk, prawie gotowa do wysiadki, po czym… opadła zrezygnowana i rozczarowana, gdy sanie nawet nie zwolniły. Zatrzymały się dopiero kilka minut później. – Prrr! No, i tyle tego! Dojechalim – oznajmił Maciej, ściągając gwałtownie wodze. – Wysiadka! Zatrzymał się przed murowanym parterowym budynkiem – szarym z białymi narożnikami i takimi samymi obramowaniami wokół okien. Brama ze zwykłych metalowych prętów pomalowanych na żółto i zielono była otwarta na oścież, lecz woźnica nie wjechał na podwórze. 17
Zeskoczył z kozła i, przez chwilę tupiąc i parskając, wytrząsnął spod ubrania resztki śniegu, który osypał się na niego z choinki. Wcześniej zdjął kożuch i kufajkę, i rzucił je do sanek. Ku zaskoczeniu Matyldy, pod spodem miał całkiem zwyczajne miejskie ciuchy, zdecydowanie modne i na czasie, zamiast zgrzebnego i skromnego odzienia kupionego na bazarku w miasteczku. Pomyślała, że pewnie wystroił się tak specjalnie dla niej i teraz zdjął okrycie, żeby się zaprezentować. Uznała zatem szlachetnie, że wbrew temu, co zdarzyło się wcześniej, powinna to docenić. Wyrozumiale odczekała, aż skończy swoje zabiegi. A potem z wdzięcznym i niby nieśmiałym uśmiechem wyciągnęła ku niemu drobną zziębniętą dłoń (dla lepszego efektu zdjęła rękawiczkę), jednak on, zamiast pomóc jej wysiąść, ominął ją i złapał za walizkę. Tym sposobem sprowadził ją na ziemię, ale po swojemu. Nieprzyjemnie zdziwiona, z honorowym postanowieniem, że sama da sobie radę, już przymierzała się zeskoczyć na udeptany śnieg tak, by się nie poślizgnąć, gdy Maciej nieoczekiwanie pochwycił ją wolnym ramieniem i zrzucił z sań niemalże jak worek kartofli. Tylko cudem wylądowała szczęśliwie na własnych nogach, a nie na pupie. W porę zaparła się obcasami. Mimo to znów wielkodusznie wybaczyła mężczyźnie brak obycia, nadal zbyt poruszona i podekscytowana tym, 18
że jest u celu, by się przejmować głupotami. Otrzepała demonstracyjnie płaszczyk z futrzanych kłaków i słomy, poprawiła kaszmirowy szaliczek, czapkę, zawiesiła sobie w zgięciu łokcia torebkę i ruszyła dziarsko za Maciejem. Od połowy drogi szła już jednak sama, ciągnąc za sobą walizkę i kosmetyczkę, które mężczyzna porzucił na środku świeżo odśnieżonej ścieżki, żeby wrócić do sanek po kufajkę. Widać zimno wygrało z chęcią popisania się modnym ubraniem. Matylda tymczasem rozglądała się ciekawie po obejściu, ociupinkę zawiedziona, że dom koleżanki jest murowany, a nie drewniany, i kryty blachą, a nie strzechą, na co miała największą nadzieję. Kolejnym niezbyt miłym zaskoczeniem było to, że Halszka nie czekała w gościnnym progu z szeroko otwartymi ramionami, a drzwi okazały się zamknięte na głucho. Maciej, który znów zjawił się obok, bez słowa wyjął Matyldzie z rąk bagaż i wniósł na ganek, ale zamiast zapukać, odwrócił się i huknął przez zwiniętą w trąbkę dłoń. – Hala! Przywiozłem ci ją! Tak jak kazałaś! Z niskiego budyneczku natychmiast wysypało się stadko kur i kaczek, a za nimi pokazała się gospodyni w krótkim kożuszku, w chusteczce na głowie i z przerzuconym przez ramię luźno zaplecionym warkoczem. Niosła wiklinowy kosz, jak się po chwili okazało, pełen jajek upstrzonych kurzymi kupami. 19
Święta Narodzenia na wsi to nie – Idę, już idę –Bożego mruczała zrzędliwie. – I wcale marzeń Matyldy, że kazałam,jedno tylko z największych po ludzku prosiłam. Przypominam, dwudziestokilkuletniej, singielki. wisiałeś mi przysługę, więc bezwarszawskiej łaski. Aby je zrealizować, podstępem wpraszai uśmiechsię na nie Rzuciła niedbałe „cześć” w stronę Matyldy nęła łobuzersko do Macieja. On na to rozpogodził się dosięrodzinnego domu Halszki – koleżanki z pracy, jak majowypochodzącej poranek, chociaż była drugaprowincji. połowa grudnia. z podlaskiej Halszka również jaśniała jak nigdy przedtem. W ogóle wyglądała nadzwyczaj promiennie i świeżo. Chyba Niestety, gdy dociera na miejsce, okazuje się, lepiej niż kiedykolwiek, choć była piękną, ponętną koże wymarzona wieś pod wieloma względami odstaje od bietą i Matylda nie raz zazdrościła jej naturalnej urody, wyidealizowanych wyobrażeń typowego mieszczucha, która dopiero teraz uwidoczniła się w pełni. To było dość zaczerpniętych głównie z książek Mimo to niezwykłe, bo przecież Halszka miała nai filmów. sobie codzienne, Matylda nieubranie, poddaje się jej i zatwarzy wszelką się podniszczone a na niecenę byłostara nawet dopasować rzeczywistość do swojejnamawizji, śladu makijażu. zastaną Oblicze zdobiły jedynie rumieńce lowane przez mróz i kropelki wody na rzęsach mieniące co prowadzi do wielu nieoczekiwanych i zabawnych się niczym brylanty. wywraca do góry nogami nie tylko zdarzeń. Dziewczyna Matylda, wciąż tłumiąc poczuciew tym zawodu, że koleżycie goszczących ją gospodarzy, starszego brata żanka nie powitała ją jak należy, alekawalera, tak, by jednak było koleżanki – zadeklarowanego ale też przy zauważalne, przyglądała się dziewczynie z niemym zaokazji własne. chwytem, podobnie zresztą jak Maciej. Wcale tego nie ukrywał. Cmoknął nawet parę razy z aprobatą, w zasadzie identycznie jak wcześniej na swoje konie. – Za to teraz ty masz u mnie dług – oznajmił i mrugnął szelmowsko. cena 42,90 zł – Ja? A za co? – udała, że nie rozumie, bo jej mina ISBN 978-83-8195-708-3 podpowiadała, że doskonale wie, o co mu chodzi. 20
9 788381 957083