Skip to main content

Dziewczynka z ciasteczkami - fragment

Page 1

Ewa Formella

Miłość może rozpalić nawet najzimniejsze serca.


Ewa Formella


Dla Zuzanny, dziecka, które nawet w najbardziej pochmurny dzień jest dla wszystkich pięknym promykiem słońca.


PROLOG

Gdańsk, rok 1944 Zima w tym roku obficie przybieliła miasto, bajkowo przykrywając wszystko mięciutką pierzynką. W niektórych oknach, ale tylko w tych niezbyt dokładnie zacienionych, przez szczeliny w kotarach radośnie migały świeczki. Wprawny obserwator, gdyby się uważnie przyjrzał, rozpoznałby, które okna należą do rodzin niemieckich, a które do polskich. I chociaż jedni i drudzy przygotowywali się do świąt na swój sposób, to chyba w polskich rodzinach nie 7


widać było tak szczerej radości jak w niemieckich. Chociaż… tych drugich było już w mieście coraz mniej. Niemcy się wyprowadzali, uciekali. Dokąd? Wolne Miasto Gdańsk obwieszone niemieckimi flagami w ostatnich latach bardziej było niemieckie niż „wolne”. Ingrid Schwartz podeszła do okna i spojrzała na ulicę. Po chodnikach pospiesznie przechodzili ludzie, zarówno cywile, jak i wojskowi. Jej dorosły już syn przebywał gdzieś daleko na froncie i nikła była szansa na to, że tegoroczne święta spędzi w rodzinnym domu. Kobieta miała nadzieję, że jej dziec­ ko nadal żyje, bo żadna informacja o jego śmierci do nich nie dotarła. – Inge! Pić! – Z pokoju dobiegł drżący, cichy, ale władczy głos Helmuta. Postępująca choroba nie pozwoliła mu już na swobodne poruszanie się nawet po mieszkaniu. Siedział otulony ciepłym pledem i nadal wydawał rozkazy. Były wojskowy, kiedyś mężczyzna silny, apodyktyczny i pewny siebie, nagle zaczął się zamieniać w słabego staruszka. 8


Ingrid podeszła do męża i podała mu kubek z wystygłą już nieco herbatą. Przytrzymała go, aby Helmut wypił odpowiednią ilość, i odstawiwszy naczynie na stolik, wróciła do swojego punktu obserwacyjnego w oknie. W tym roku mieszkanie rodziny Schwartzów nie było jeszcze przystrojone na święta. Ingrid nie miała ochoty na kolorowe świecidełka, które miały być kamuflażem dla szarej, mrocznej, wojennej rzeczywistości. Nie było nawet wieńca, który zawsze w pierwszą niedzielę adwentu dumnie stawiała na środku dużego dębowego stołu, zapalając pierwszą z czterech świec. Jak można się cieszyć świętami, kiedy tylu ludzi walczy przeciwko sobie na rozkaz chorego człowieka, któremu marzy się czysto aryjski świat? Ingrid spojrzała na ulicę i zobaczyła małą dziewczynkę. Nie widziała jej wcześniej, musiała być z innej dzielnicy, bo przecież gdyby mieszkała blisko, to Ingrid znałaby ją chociaż z widzenia. Dziewczynka była drobna, chociaż zbyt obszerne palto okrywające jej chude ciałko i duża, workowata 9


chusta zakrywająca głowę powodowały wrażenie, że jest nieco pulchniejsza. Na szyi miała przewieszony koszyczek, w którym trzymała coś, co próbowała sprzedać przechodniom. Jej rumiane od mrozu policzki boleśnie kontrastowały z bielą śniegu. Podchodziła do ludzi i coś im proponowała. Jedni brali, wyciągając z kieszeni lub z pugilaresów jakieś drobne, które ona natychmiast chowała w fałdach palta, a inni odchodzili, ignorując jej obecność. Pewien starszy, elegancko ubrany mężczyzna nerwowo odepchnął ją tak, że omal nie upadła. Ingrid obserwowała ją coraz bardziej ciekawa tego, co oferuje. Zapadał zmierzch, ulice pustoszały, a dziewczynka wciąż chodziła ze swoim koszyczkiem. Zbliżała się godzina policyjna i Ingrid poczuła lęk, że mała nie zdąży wrócić do swojego domu, zanim miasto pogrąży się w całkowitej ciemności nocy. „Czy ona nie wie, że jest wojna?” – pomyślała i nim dotarło do niej, co robi, narzuciła na siebie gruby wełniany płaszcz, włożyła kapelusz i wyszła z domu. Już za drzwiami usłyszała głos męża: – Dokąd idziesz o tej porze, kobieto? 10


Na zewnątrz uderzyło w nią mroźne powietrze, a nagły podmuch wiatru sypnął jej w oczy mokrym śniegiem. Dopiero teraz zauważyła, że pada mocniej. Duże puszyste płatki błyskawicznie zaczęły przyklejać się do jej twarzy i płaszcza. Stała chwilę, próbując zlokalizować dziewczynkę, ale nigdzie jej nie było. Przeszła kilka kroków w stronę przystanku tramwajowego, w którego okolicy ostatnio widziała małą, ale po dziecku nie było śladu. – Dobry wieczór, Frau Schwartz, czy coś się stało? – Znajoma postać delikatnie dotknęła jej ramienia. – Nie! Nic się nie stało, wyszłam tylko na spacer. – Na spacer? W taką pogodę? – Kobieta w długim wełnianym palcie nie potrafiła ukryć zaskoczenia. – A co, nie wolno? – Ingrid poczuła irytację na myśl o tym, że ciekawska sąsiadka następnego dnia poinformuje o jej niespodziewanym wyjściu resztę mieszkańców. – Wolno, wolno, oczywiście, ale zaraz godzina policyjna, więc… – Tak, wiem. Ma pani rację, lepiej wracać do domu, zanim nas zasypie. Pozwolisz, droga sąsiadko, 11


że przytrzymam się pani ramienia. – Ingrid zmieniła ton, aby udobruchać wścibską kobietę. – Chyba to było nieco bezmyślne z mojej strony, ale musiałam się trochę przewietrzyć. – Oczywiście, pomogę Frau Schwartz, bo trochę ślisko na chodniku – odparła i ruszyły pod ramię w stronę bramy starej niemieckiej kamienicy. Ingrid jeszcze raz się odwróciła, aby sprawdzić, czy dziewczynka nadal chodzi po chodniku, ale śnieżna zasłona uniemożliwiła jej zobaczenie czegokolwiek. W domu szczelniej zasunęła kotary i usiadła w dużym fotelu naprzeciwko drzemiącego męża. Przypomniała sobie syna, kiedy był w wieku tego dziewczęcia. Teraz to już dorosły mężczyzna, jego córki są pewnie dużo starsze od tej małej z ulicy. Tęskniła za nimi, chociaż wiedziała, że ich również nie zobaczy w te święta. Synowa napisała, że spędzą je z jej rodzicami na południu Niemiec. No cóż, taka kolej rzeczy. Ingrid przymknęła oczy i przypomniała sobie, jak małemu Uwe czytała baśnie i bajki różnych autorów, zarówno niemieckich, jak i obcych. Uwe uwielbiał opowieści braci Grimm, 12


ale ona chętnie czytała mu również piękne baśnie znanego Duńczyka – Andersena. Wspomnienie dziewczynki z ulicy przywiodło jej na myśl baśń o dziewczynce z zapałkami. Ingrid poczuła spływającą po policzku łzę i pomyślała, że może ta dziewczynka w o wiele za dużym płaszczyku również jest jak tamta sierotka sprzedająca zapałki. Postanowiła obserwować ulicę każdego dnia z nadzieją, że mała znów się pojawi. „Muszę się dowiedzieć, kim jest, zanim będzie dla niej za późno” – pomyślała i odpłynęła w sen.


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zosia weszła do domu i rzuciła szkolny plecak na podłogę w przedpokoju. W kuchni pachniało zupą pomidorową, którą mama zdążyła ugotować przed drugą zmianą w pracy. Dziewczynka wiedziała, że zobaczy matkę dopiero rano, bo kiedy mama wróci, to ona będzie już spała. W pokoju panował idealny porządek. Mama nie lubiła bałaganu, ale to głównie Zosia sprzątała, żeby pomóc rodzicielce, która pracowała często nawet na dwie zmiany. Ojciec wyprowadził się dawno temu, zanim zaczęła kojarzyć, że 15


ten mężczyzna pochylający się nad łóżeczkiem powinien być dla niej tak samo ważną osobą jak mama. Nie wiedziała, dlaczego tatuś odszedł, mama nigdy nie chciała rozmawiać na ten temat. Zawsze powtarzała, że jak dorośnie, to jej wszystko wytłumaczy. Zosia zabrała z przedpokoju plecak z książkami i usiadła przy kuchennym stole. Wyjęła zeszyty i zaczęła odrabiać lekcje. Zawsze sama radziła sobie z zadaniami domowymi, bo kto jej miał pomóc, kiedy mamy prawie nigdy nie było, a gdy była, to… Dziewczynka poczuła ogromny smutek. Zauważyła stojącą między szafkami kuchennymi pustą brązową butelkę, sięgnęła po nią i z wściekłością wrzuciła do kubła na śmieci. Czyżby mama nie wiedziała, że ona zobaczy ją wszędzie? Nawet schowaną? Zadanie domowe nie zajęło jej zbyt wiele czasu. Zosia podgrzała zupę i zjadła, połykając razem z nią spływające do gardła łzy. Kochała mamę całym swoim małym serduszkiem i bardzo chciałaby, aby w ich domu było normalnie, tak jak u koleżanek. Pragnęła, żeby mama chodziła z nią na sanki, do kina albo do cukierni, ale ona nigdy nie miała 16


czasu, a gdy miała, to leżała na kanapie i mówiła, że jest zmęczona. Dziewczynka wiedziała jednak, że często to zmęczenie spowodowane było tym, co mama piła; co brzydko pachniało i po czym zasypiała nawet bez wieczornej toalety. Zosia umyła talerz po zupie i schowała garnek do lodówki. Spakowała zeszyty i książki na następny dzień szkolny i postawiła plecak w przedpokoju. Przez dwa dni nie będzie myślała o szkole, bo w soboty i niedziele nie ma lekcji, a pani Ania życzyła im wesołego weekendu. Zosia słyszała, jak jej koleżanki chwaliły się na korytarzu, co będą robić w te dni, a ona zapytana o plany powiedziała z nieukrywaną dumą, że będzie z panią sąsiadką piekła świąteczne pierniki, bo to już przecież czas. Święta zbliżały się wielkimi krokami. Niektórzy mieli już nawet przystrojone mieszkania, ale w jej domu nikt jeszcze nawet o tym nie pomyślał. Zosia włączyła telewizor i bezmyślnie zaczęła przerzucać kanały. Na jednym z dziecięcych programów pan i pani w przebraniu elfów uczyli dzieci wykonywać świąteczne ozdoby. Dziewczynka ucieszyła się, że 17


może coś zrobić sama. Dla mamy i dla pani Krysi. Wyjęła kolorowy papier, farbki i kredki i zaczęła przygotowywać wycinanki. Pierwszy koszyczek wyszedł jej nieco koślawo, ale kolejne były już coraz lepsze. Potem na stole pojawił się aniołek z rolki po papierze toaletowym i kilka gwiazdek z kartek z bloku. Najlepiej jednak udał się Zosi łańcuch na choinkę, bo sklejanie wąskich pasków papieru było łatwe i przyjemne. Tylko czy będzie na czym go powiesić? Rok temu nie miały choinki, bo mama przyjaźniła się wtedy z pewnym panem, który mówił, że święta to wymysł głupich ludzi. Nie było więc ani drzewka, ani prezentów, ani nawet wigilii. Były tylko świąteczne pierniczki. Podarowała je Zosi pani Krysia, sąsiadka, która czasami opiekowała się nią, kiedy jeszcze była zbyt mała, żeby zostawać w domu sama. Zosia włożyła do woreczka kilka ozdób i postanowiła podarować je pani Krystynie. Dokładnie zamknęła mieszkanie i zeszła na parter. – O! Dobry wieczór, słoneczko! – Starsza kobieta otworzyła drzwi i z nieukrywaną radością przywitała swoją małą sąsiadkę. – A cóż to, 18


mamusia w pracy, że tak sama chodzisz po klatce schodowej? – Przyniosłam pani prezent. – Zosia majestatycznie uśmiechnęła się do staruszki i podała jej woreczek z ozdobami. – Wejdź do środka, kochana, bo od tych drzwi na dole strasznie wieje. Krystyna ostrożnie odpakowała ozdoby i z zachwytu aż uniosła dłonie do ust. – Jakie piękne! Sama zrobiłaś? – Tak, dla pani. – Zosia poczuła rosnącą radość w sercu. – Nie mam komu robić prezentów, a pani… pani jest dla mnie jak… babcia. – Bo ja jestem taką twoją przyszywaną babcią. – Kobieta uśmiechnęła się i pogłaskała Zosię po policzku. – Napijesz się kakao albo herbaty z cytryną? Upiekłam pyszne babeczki, zrobimy sobie podwieczorek. Zosia skinęła głową i usiadła przy kuchennym stole. U pani Krysi zawsze ładnie pachniało i kiedy by nie przyszła, starsza pani zawsze miała dla niej coś dobrego. Zosia lubiła tę sąsiadkę najbardziej 19


ze wszystkich mieszkających w tym budynku, bo nigdy nie została przez nią potraktowana źle. Inni czasami nawet nie odpowiadali na jej „dzień dobry”, WZRUSZAJĄCA POWIEŚĆ O SILE MIŁOŚCI a starszy pan z drugiego piętra patrzył na nią tak Z WOJENNĄ HISTORIĄ W TLE. jakoś groźnie. – Proszę. – Krystyna Wolicka postawiła przed małą kubek z parującym kakao i usiadła po drugiej stronie się. – otulone Przesunęła w stroStare stołu. – gdańskieCzęstuj kamieniczki pięknymi nę dziewczynki z babeczkami, które nie były legendami i… ona.talerz Kilkuletnia dziewczynka, potrafiąca pięknie słuchać udekorowane, ale wspomnień wyglądały niezwykle godzinami wojennych z dzieciństwa ­apetycznie. babci-sąsiadki, która jest w stanie rozbawić nawet – A te ciasteczka to nie są przypadkiem na święta? najsmutniejszego sąsiada. A przy okazji sprawić, że – Nie, kochanie. Jak zjemy je teraz, to upiekę święta mogą być magiczne dla każdego, a miłość może następne. – Krystyna się roześmiała. rozpalić nawet najzimniejsze serca. takie – Pani Krysiu, czy ja mogłabym z panią ciasteczka upiec… dla mamusi, na święta?

– Oczywiście, moje słoneczko. Przecież wcześniej chyba się nawet umawiałyśmy na wspólne pieczenie. – Ale… – dziewczynka się zasmuciła – ale… ja nie mam pieniążków na mąkę i te inne rzeczy potrzebne do upieczenia, a nie wiem, czy mamacena mi42,90 da. zł ISBN 978-83-8195-647-5

20

9 788381 956475


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook