Zdzisław Furgał, Tadeusz Michalski, Aleksandra Pakieła, Jonasz Tołopiło
Wydawca
Morten Lindholm
Business Development Director
Marta Wilk
Korekta
Katarzyna Wierzba
Okładka
Misia Furtak i Aga Zaryan w obiektywie Barta Pogody
Redakcja nie odpowiada za treść materiałów reklamowych.
Valkea Media S.A. / ul. Ficowskiego 15, 01-747 Warszawa
FOT. HUBERT MISIACZYK
Ktojestsuperiktomocma?W-W-A! - śpiewałem sobie pod nosem w połowie lat dziewięćdziesiątych, zaklinając nudne, szare i po wielokroć opresyjne miasto mojego dorastania. Dziś te słowa wracają do mnie ilekroć przechadzam się po nieustannie mnie fascynującej, zielonej i bezpiecznej metropolii, w którą przpoczwarzyła sie Warszawa. Miasto wielu miast, w którym każdy znajdzie co innego, o ile zbuduje z tym miejscem jakąkolwiek relację. O tym mówią Aga Zaryan i Misia Furtak, które widnieją na okładce tego numeru Aktivista, magazynu, który od ponad ćwierćwiecza jest bacznym obserwatorem rzeczonych zmian. Strategii poruszania się po Warszawie jest z resztą multum - Ola Pakieła robi to z książką pod pachą, Kasia Zanio - z psem na smyczy, a Jonasz Tołopiłło - na rowerze, Łukasz Ostoja-Kasprzycki - spacerując, Tadeusz Michalski - błądząc, a ja - ze słuchawkami na uszach. Każde z nas dociera, gdzie indziej i żadne nie widzi pełnego obrazu tego miasta, ale nieustannie próbuje. Bo ktocidomyśleniada?W-W-A!
FILIP KALINOWSKI
AUTOR KSIĄŻEK „SZAWARWA” I „NIECHCIANI, NIELUBIANI. WARSZAWSKI RAP LAT 90”, LAUREAT VARSAVIANISTYCZNEJ NAGRODY KLIO I WIELOLETNI REDAKTOR MUZYCZNY AKTIVISTA, WYCHOWANEK MIASTA STOŁECZNEGO I TEGO WŁAŚNIE MAGAZYNU, OD KTÓREGO WSZYSTKO SIĘ DLA NIEGO ZACZĘŁO
6
temat z okladki
Warszawski patchwork
20 styl życia
Flanerowanie
24 odetchnij
Ucieczka
od miejskich bodźców
30 wywiad
Po Warszawsku
34 miejsca
Miasto, które pachnie
papierem
38 muzyka
Miasto przebojów
44 książki
Chodźmy się przejść!
47 ludzie i zwierzęta
Opiekun, nie właściciel
50 podróże
Mikrokolarstwo
stosowane
54 sztuka
Ludzie, psy i cała reszta
58 moda
Warszawa nosi się po swojemu
62 kino
Najlepsze historie
zaczynają się po zmroku
64 rozrywka
Tańcz
WARSZAWSKI
PATCHWORK
Szklana i zielona, głośna i cicha, prędka i spokojna. O swoich własnych – osobnych, acz czasem też wspólnych – stolicach opowiadają Aga
Zaryan i Misia Furtak. A wokół krążą kolejne pokolenia migrantów, starzy działko-wicze i zdolni muzycy, jeże, dziki i syreny.
FILIP KALINOWSKI: Wasze doświadczenie Warszawy jest nieco odmienne, bo ty, Misia, nie urodziłaś się tutaj.
MISIA FURTAK: Urodziłam się w Zielonej Górze. Wszyscy moi dziadkowie byli przymusowo wysiedlonymi Łemkami, więc mam wielopokoleniowe, rodzinne doświadczenie migracji. Dosyć prędko też wylądowałam z rodzicami pod Warszawą, w Grodzisku Mazowieckim, który trzydzieści lat temu nie był jeszcze przedmieściem, ale zupełnie osobnym miejscem. W Warszawie chodziłam do liceum i ten formatywny dla mnie okres wspominam już bardziej przez pryzmat miasta, tyle że później znów się wyprowadziłam – najpierw z powrotem do Zielonej Góry, potem na kolejne siedem lat do Danii i Holandii, by w końcu wrócić do Warszawy i poza bardzo fajną, dwuletnią przerwą na Poznań cały czas jestem tu. Jeśli więc chodzi o Polskę, to w Warszawie mieszkałam najdłużej i mimo że się w niej nie urodziłam, to czuję się z nią związana.
Aga, ty się tu urodziłaś, ale też zdarzyło ci się pomieszkiwać za granicą i patrzeć na to miejsce z dystansu. AGA ZARYAN: Tak, jestem Warszawianką z dziada pradziada. Jedynie kiedy byłam dzieckiem, mieszkałam przez blisko cztery lata w Anglii, pod Manchesterem, bo mój tata studiował podyplomowo fortepian klasyczny. W dorosłym życiu długo miałam taki system, że kiedy przychodziło lato, starałam się wyjeżdżać do Nowego Jorku – głównie ciągnęło mnie tam ze względu na muzykę. Zdarzało mi się też poza wakacjami pomieszkiwać tam kilka miesięcy, ale nigdy nie zdecydowałam się na wyprowadzkę na stałe. Większość życia spędziłam w Warszawie. Koncertuję od czasu do czasu na świecie, ale zawsze po występach wracam z przyjemnością do mojego stałego warszawskiego gniazda, mojej przystani, oazy.
Biorąc poprawkę na te wszystkie inne miasta, w których mieszkałyście bądź je odwiedziłyście, jak widzicie dziś Warszawę? Mnie ta perspektywa zewnętrzna zawsze utwierdzała w tym, że to jest miasto… wielu miast. W zależności od dzielnicy czy nawet konkretnej ulicy potrafię tu znaleźć Paryż, Kijów, Londyn i Rygę.
MISIA: Dokładnie tak! Za każdym razem, kiedy przeprowadzam się wewnątrz Warszawy, czuję się trochę jakbym zmie-
niała miasto zamieszkania. Zawsze mam swoją najbliższą okolicę i szukam w jej granicach nowych punktów, o które mogę się zahaczyć, małych społeczności, w które mogę wejść. Najdłużej mieszkałam w Śródmieściu Południowym i choć na Mokotowskiej trudno mówić o lokalności, udało mi się zakolegować z kilkoma osobami z okolicy. Zaglądałam na kawkę do pobliskiego butiku z biżuterią i nawet pani z fancy piekarnio-cukierni zaczęła przy wejściu pytać mnie, czy chcę „to, co zwykle” i znała na pamięć mój NIP. Teraz czynnie korzystam z dobrodziejstw Starego Mokotowa. Nieustannie ścigam tę lokalność i nawet jak się przeprowadzałam dwa kilometry dalej, to wyraźnie czułam, że jest inaczej. AGA: Wychowywałam się na Mokotowie pomiędzy Woronicza a Racławicką. Przy ulicy Etiudy Rewolucyjnej spędziłam dwadzieścia kilka lat mojego życia. Kolejne kilkanaście na Żoliborzu, potem – dziesięć – na Saskiej Kępie i teraz od niecałego roku mieszkam na Sadybie. Każda z tych dzielnic ma swoje zakamarki, klimat i urok. Każde miejsce nierozerwalnie wiąże się z konkretnym etapem mojego życia. Okolice dzieciństwa to dzisiejsza Galeria Mokotów, Mordor i dziesiątki nowych biurowców, a wtedy to były stare garaże, puste, pofabryczne hale i inne nieużytki. Tam, gdzie od lat jest Marina Mokotów, było wielkie pole chabrów, maków i szklarnie, do których zakradaliśmy się z naszego podwórka przez płot, po dachach śmietników. Ogrodnicy nas przeganiali, a my tam mieliśmy swoją magiczną krainę, nasz plac zabaw. Mieszkałam z rodzicami i siostrą na ósmym piętrze w takich klasycznych blokach z lat siedemdziesiątych – 48 m kw. mieszkania – i choć niczym one nie różniły się od innych, to wyjątkowe było to, że mieliśmy przed blokiem osiedlowe korty tenisowe. To dzięki mamie, która dla przyjemności na nich grała, sama zaczęłam trenować. To zaprowadziło mnie do Klubu Sportowego Warszawianka i zawodowej gry przez cztery lata. Finałem mojej krótkiej kariery tenisowej było zdobycie mistrzostwa Warszawy juniorów młodszych.
To jest dla mnie kolejny element tej mojej teorii wielu miast – nie dość, że można tu znaleźć klimat innych miejsc na świecie, to można też wspominać różne okresy historii miasta. Po części za sprawą własnych wspomnień, ale również
konkretnych budynków, które pozostały niezmienne, albo tych, których... już nie ma.
MISIA: Dobrze pamiętam moment, kiedy wróciłam do Polski. Jeszcze chwilę wcześniej zaczęliśmy z zespołem przyjeżdżać tu na koncerty i poczuliśmy, że nagle zrobiło się jakoś tak… fajnie. To było mniej więcej piętnaście lat temu, kiedy Warszawa była na wznoszącej. Miała dobrą energię i jakieś takie przeświadczenie, że wszystko dopiero przed nami. Zaczęły pojawiać się nowe knajpy, miejscówki – Warszawa Powiśle czy pierwsze lokale na Poznańskiej, a że ja wtedy byłam bardzo wychodząca, to z tej energii wiele czerpałam i też sama sporo jej z siebie dawałam.
Dziś bardziej potrzebuję się regenerować, więc szukam ciszy i natury, której to miasto też mi dużo daje. W ogóle wydaje mi się, że każdy może tu w jakiś sposób zaspokoić swoje potrzeby – na różnych etapach życia zupełnie inne.
I dziś niektóre z tych rzeczy, które wtedy porzuciliśmy, wracają, bo okazują się fajne i vintage, ale część już nie wróci, bo nie przetrwały próby czasu..
AGA: Dla mnie – z racji tego, że jestem od was kilka lat starsza – takim pierwszym powiewem zmiany była Cafe Brama na Puławskiej. Wyjście na kawę, wino czy sałatkę to było wydarzenie. Dosłownie to było jedno miejsce na mapie całego miasta, a dziś jest ich tyle, że muszę pytać lepiej zorientowanych koleżanek, gdzie można dobrze zjeść, bo wychodzę na miasto rzadko i już nie orientuję się w tych ciągłych zmianach na mapie stolicy.
Ja wręcz uważam, że tego miasta, które mnie wychowało, już nie ma – Warszawa przełomu lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych zniknęła niepostrzeżenie w procesie ciągłej przebudowy i… bardzo dobrze, bo było to opresyjne, twarde
i mroczne miasto. Jedyne, czego czasem mi żal, to, że Warszawa tego nie pamięta - w żaden sposób nie pielęgnuje pamięci o tych zmianach, nie dokumentuje tych wszystkich jasnych miejsc na swojej mapie – środowiskowotwórczych knajp i kulturotwórczych klubów.
MISIA: Jako miasto jesteśmy niesentymentalni. Albo – lepiej –jesteśmy sentymentalni, ale tylko do któregoś momentu w historii. Dalej już jest tylko codzienność. Tylko, że ta codzienność rozciąga się już dzisiaj na co najmniej trzydzieści lat. To jest problem Warszawy, że ta „święta pamięć” kończy się na wielkich wydarzeniach historycznych.
AGA: Tak bardzo chcieliśmy w latach dziewięćdziesiątych się rozwijać, nadgonić, dorównać do europejskich standardów, że coś nam po drodze umknęło. I dziś niektóre z tych rzeczy, które wtedy porzuciliśmy, wracają, bo okazują się fajne i vintage, ale część już nie wróci, bo nie przetrwały próby czasu. Rozmawiałyśmy o tym podczas sesji zdjęciowej, stojąc na Placu Defilad. Tam, na przełomie millenniów, wszędzie stały szczęki i łóżka polowe, stoiska i stragany, gdzie ludzie sprzedawali mydło i powidło, był nieład i brud. Nie oszukujmy się, było to okropne i bardzo dobrze, że jesteśmy w innym miejscu. Pozostają wspomnienia Warszawy w czasie transformacji i rodzaj sentymentu za danym momentem w życiu.
Właśnie – sentyment. Pamiętasz, kiedy to miasto zaczęło budzić w tobie emocje?
AGA: Kiedyś mnie to zupełnie nie obchodziło, nie myślałam o takich kwestiach. Mam wręcz wrażenie, że tak naprawdę zaczęłam myśleć o Warszawie dopiero w 2007 roku, kiedy z pianistą i kompozytorem Michałem Tokajem zaczęliśmy tworzyć album „Umiera piękno”. Wtedy poczułam ogromnie silną więź z miastem, z którego pochodzę i z którym związane są bardzo dramatyczne, wojenne i powstańcze losy mojej rodziny. Pojawiła się nostalgia, tęsknota za przedwojenną stolicą i ogromne wzruszenie. Mieszkałam wtedy na Żoliborzu i kiedy szukałam wierszy, które złożyły się na tę płytę, trafiłam m.in. na „Żoliborz” Miry Grelichowskiej i „Piosenkę o powstaniu” ks. Jana Twardowskiego. Chodziłam po ulicy Mickiewicza czy Placu Wilsona i wręcz czułam tę atmosferę Warszawy na moment przed wybuchem II wojny światowej. Nagle uświadomiłam sobie, że to wszystko drzemało w mojej podświadomości już wcześniej, że pamięć została mi przekazana przez poprzednie pokolenia, kiedy jeszcze byłam dzieckiem. Nie zaczęło się ode mnie. To historia wielu pokoleń, która we mnie rezonuje.
Jako, że pojawił nam się tu wątek muzyczny, to spytam od razu – jak brzmi wasz dom? Z jakim dźwiękiem kojarzy wam się Warszawa?
MISIA: Zawahałam się, bo wiem jak to zabrzmi, ale Warszawa kojarzy mi się z… syreną. Tyle, że nie z warszawską syrenką, ale z wyciem syren. I też wcale nie z okazji 1 sierpnia. Chodzi mi o samochody polityków jeżdżące i wyjące po centrum – swoją drogą nie wiem, czemu wolno im
jest generować tyle hałasu, skoro wszyscy tak samo spieszą się do pracy – oraz o dźwięki protestów. W trakcie pandemii mieszkałam w Śródmieściu Południowym i brałam udział w licznych marszach. Nieustannie słyszałam ten rumor i choć teraz przeprowadziłam się do dużo cichszego miejsca, to i tak co chwilę przejeżdża tamtędy kawalkada aut na sygnale. A drugim dźwiękiem, z którym kojarzy mi się Warszawa, jest szum Trasy Łazienkowskiej. Moja przyjaciółka ma mieszkanie przy Marszałkowskiej i jako, że swego czasu dużo jej nie było, to raz po raz ktoś tam odbywał „rezydencję artystyczną”. Piotrek „Hatti Vatti” Kaliński pracował tam nad swoją płytą, która nie bez powodu nazywa się „Szum”, a ja wylądowałam tam, kiedy w pandemii miałam lecieć na Teneryfę, ale na lotnisku okazało się, że zmieniły się przepisy i potrzebuję innego rodzaju testu, więc nie wpuścili mnie do samolotu. Zamiast pisać teksty piosenek na wyspie, pisałam je na Marszałkowskiej, udając, że szum za oknem, to nie Trasa, tylko morze. Na Jazdowie – gdzie od lat spędzam dużo czasu – też go zresztą słychać.
To ciekawe, bo dla mnie najbardziej warszawskim dźwiękiem też są syreny, z tym, że alarmowe – nieustannie wyjące na przełomie millenniów alarmy samochodowe. Początek drugiego albumu Molesty...
AGA: Molesta! Zupełnie o tym zapomniałam, z przyjaciółką, wokalistką Olgą Stopińską śpiewałyśmy chórki na płycie Vienia i Pelego. Ona się z nimi przyjaźniła i chłopaki zaprosili nas do utworu, w którym – swoją drogą – refren brzmiał: jednym ztakichmiejsc,wktórychwartobyć,toWarszawa,żebytoczuć trzebatużyć.ŚpiewałamW-A-R-S-Z-A-W-Atomojemiasto – Warszawa. Śmiesznie, że to wspomnienie wróciło akurat podczas naszej rozmowy. Ach, ten lokalny patriotyzm! Wracając do szumu, w Warszawie nigdy nie zwracałam na niego uwagi, natomiast w Nowym Jorku zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Do tego stopnia, że nagrałam fragment tego szumu na dyktafon i trafił on na moją pierwszą płytę wydaną pod szyldem Blue Note Records – album „Looking Being Walking”. Warszawa wydaje mi się względnie cichym miastem. Hałas mnie tak nie męczy jak korki. Zgodzicie się ze mną?
MISIA: To zależy, z czym i gdzie porównujemy! Kiedy przypominam sobie, jak mieszkałam na Jasnej, koło filharmonii, w czasach kiedy budowali metro i cały ruch z zamkniętej Świętokrzyskiej szedł tą wąską uliczką, pod wielkim, szklanym biurowcem, to sama zastanawiam się, jak dałam radę to przetrwać! Swoją drogą, bardzo lubię spacerować w miejsca, w których kiedyś mieszkałam i sprawdzać, jak się zmieniają. Generalnie lubię po tym mieście chodzić piechotą.
AGA: Tak! Jak byłam mała, to mam wrażenie, że cały czas chodziłam po Warszawie i do dzisiaj bardzo lubię to robić. Sama długo nie miałam samochodu i jeździłam dużo komunikacją miejską. Uwielbiam też chodzić po obcych miastach. To mi sprawia ogromną przyjemność.
ZAGLĄDAM DO NICH CZASEM PRZEZ PŁOT
Można w ten sposób trafić do miejsc nieoczywistych.
MISIA: Jak ktoś do mnie przyjeżdża z innego miasta, to ja wręcz siadam dzień wcześniej i zastanawiam się, jaką mogę mu zaproponować najfajniejszą trasę spacerową. Jak mieszkałam na Dolnym Mokotowie, to – na przykład – chodziliśmy nad Wisłę przez same parki, co da się zrobić całkiem łatwo, tylko trzeba moment pomyśleć. To daje wrażenie, jakby Warszawa była jednym wielkim, niekończącym się parkiem, tylko z kilkoma szybkimi trawersami przez ulice.
AGA: Bo też Warszawa jest bardzo zielona. Odkąd przeprowadziłam się na Sadybę, jestem wielką fanką Jeziorka Czerniakowskiego. Jak tylko mam chwilę, to biorę psy i czasem też dzieci – jak akurat uda mi się zniwelować ich zblazowanie lodami – i spacerujemy wokół jeziorka. Tam jest wspaniale, jak za dawnych lat, czas stanął w miejscu. Wszystko ma trochę taki PRL-owski klimat. Ludzie opalają się w kostiumach, spacerują z psami, rodziny urządzają sobie pikniki, młodzież popija piwko i gada. Przeplatają się pokolenia, lokalsi i nie lokalsi, a dodatkowo jeszcze jest wydzielone kąpielisko –latem można sobie popływać, a zimą morsować i grzać się potem w mobilnej saunie.
To się bardzo łączy z tym, o czym rozmawialiśmy na początku, że dziś wracamy często do rozwiązań, które wydawało się, że bezpowrotnie minęły. Nowoczesność spotyka się tam z czasem przeszłym, lokalne z globalnym, a zagospodarowane i poukładane z dzikim.
MISIA: Ja to widzę na Jazdowie, z którym czuję się od lat już bardzo mocno związana. To wręcz książkowy przykład zderzenia światów. Wolny Jazdów zdecydował się podpisać nowe umowy z urzędem miasta, które narzucają 236% podwyżki czynszów. Robią to w poczuciu odpowiedzialności za ciągłość i za społeczność, ale jednocześnie musieli uruchomić zbiórkę na czynsze, bo inaczej nie dadzą rady. 2 3 6 % ! Tymczasem wiele osób dałoby się pokroić za działkę budowlaną w takim miejscu Warszawy, ale jak w ogóle można myśleć o takiej wartości historycznej i kulturotwórczej w tych kategoriach? Zawsze przyprowadzam na Jazdów znajomych z zagranicy i innych miast w Polsce i kiedy mówię im, że istnieje zagrożenie, że stanie tam wieżowiec, wszyscy łapią się za głowę. Kiedyś koleżanka z Barcelony zapytała: „Dlaczego mieliby zburzyć to, a nie któreś muzeum mieszczące się w dobrej lokalizacji? To jest żywe muzeum i dzieje się tu dużo więcej niż »tylko« wystawy sztuki! Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć”.
AGA: Oazy są bardzo ważne, choć mam wrażenie, że będą – niestety – powoli wymierać. Choćby ogródki działkowe przy Jeziorku Czerniakowskim, na Kinowej czy Żoliborzu. To jest relikt przeszłości – wzruszający i potrzebny relikt. Obserwuję czasem starsze panie i panów, którzy uprawiają swoje działki, pięknie dbają o te kilka metrów ziemi. Zaglądam do nich czasem przez płot. Tam dzieją się zupełnie niezwykłe rzeczy – grządki, szklarnie, altanki; kwitnie tam alternatywne życie. Myślę, że
– niestety – w perspektywie najbliższych lat to wszystko zostanie jednak zrównane z ziemią. Deweloperzy przejmą ster.
Jako, że rozmawiamy o florze, nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał was o faunę. Dla mnie Warszawa to jest miasto dzikich zwierząt, co jest fascynujące względem metropolitalnego – bądź co bądź – sznytu naszego miasta.
AGA: Wszędzie powracające dziki. Odkąd się sprowadziłam na Sadybę, to dosłownie wszędzie. Mam taką komiczną rolkę na Instagramie – wyszłam z psem na spacer i zapraszam moich obserwatorów na koncert, a tu nagle podąża za mną dzik, ogromny. Został uwieczniony na zaproszeniu. Co rusz kolejne spotkanie z dzikiem. Dziki rządzą na Sadybie. I jeże, ich też jest sporo.
MISIA: Ja mieszkam blisko Łazienek Królewskich, więc najwięcej widzę jednak wiewiórek i różnych ptaków. No i na Jazdowie po nocy zawsze sobie drepcą jeże.
AGA: Warszawa chyba ma się dobrze, jeżeli zwierzęta stąd jeszcze nie uciekły. Jest jeszcze nadzieja dla tego miasta!
Bo Warszawa da się lubić, jak śpiewał klasyk.
MISIA: Tylko trzeba mieć na starcie jakiegoś przewodnika, który pokaże, oprowadzi. Ja zawsze mówiłam znajomym z różnych stron świata, że jeśli planują odwiedzić Warszawę, to niech koniecznie się odezwą, zanim tu przyjadą. Bo to miasto może być naprawdę wspaniałe i ludzie często się w nim zakochują, ale próg wejścia ma nieco wyższy niż niektóre inne miasta. Jak ktoś tu sam ląduje na Warszawie Centralnej i rozejrzy się dookoła, to może poczuć się zdezorientowany – z jednej strony centrum handlowe, z drugiej szklane biurowce, a z trzeciej ogromny plac i… co teraz? Co zrobić? Gdzie iść? O co tu w ogóle chodzi?
Na to odpowiedź znają tylko ci, którzy już tu chwilę spędzili i zbudowali jakąś relację z tym miastem. I to może jest dobre pytanie na koniec – kiedy człowiek może czuć się Warszawiakiem? Bo w dyskursie medialnym jest pełno pogardliwych
Kiedyś koleżanka z Barcelony zapytała: „Dlaczego mieliby zburzyć to, a nie któreś muzeum mieszczące się w dobrej lokalizacji? To jest żywe muzeum i dzieje się tu dużo więcej niż »tylko« wystawy sztuki!
NIE MA ZNACZeNIA GDZIE URODZIŁEŚSIĘ
określeń typu „słoik”, które wręcz odbierają ludziom możliwość poczucia czegoś głębszego względem tego miasta.
MISIA: W dzisiejszym świecie jest dużo tego typu podziałów – wszystko jest „albo-albo”. A ja moją nadchodzącą płytę pisałam z głębokim przeświadczeniem, że może być „i”. Kiedy rozmawiam z różnymi twórcami, z którymi pracuję mentoringowo, to oni bardzo często mówią o swego rodzaju rozdarciu – czy ja jestem bardziej tym, czy może tamtym, a są koniec końców jednym i drugim. To jest możliwe, że jesteś wszystkim naraz, to jest patchwork. I takim samym patchworkiem jest to miasto i każdy jego mieszkaniec. Nie ma znaczenia, gdzie się urodziłeś, czy ile lat tu mieszkasz, to wszystko jest dużo bardziej skomplikowane i nie da się tego zamknąć w żadnych prostych etykietach.
AGA: Dla mnie, jako osoby tutaj urodzonej, naprawdę nie ma żadnego znaczenia, skąd ktoś pochodzi. Różnorodność ludzi, którzy tu przyjeżdżają z wszystkich stron Polski i świata, jest niesamowicie wzbogacająca. To często osoby twórcze, pracowite, odważne i ciekawe. Warszawa działa jak magnes i w finalnym rozliczeniu liczy się to, co ktoś tutaj wnosi. Choćby w środowisku jazzowym, w którym jestem już prawie trzydzieści lat – zawsze otaczałam się bardzo zdolnymi muzykami, a to, czy byli oni ze Śląska, Krakowa, Trójmiasta, czy Warszawy, nie miało zupełnie żadnego znaczenia. Spotkaliśmy się tu i albo udawało nam się zbudować jakiś dialog i mieliśmy podobny flow, albo nie i wtedy współpraca mijałaby się z celem. Mindset jest najważniejszy.
MISIA: Wracając jeszcze do któregoś poprzedniego wątku, chciałabym, żeby Warszawa bardziej dbała o swoją historię najnowszą. W związku z tym, że nie musi być „albo-albo”, bo może być „i”, żeby wiedziała, że szacunek dla dawniejszej historii nie wyklucza szacunku dla różnych miejsc, środowisk i osób, które na co dzień nadają temu miastu charakter i kolor. Żeby umiała mówić o sobie jako o miejscu, które składa się z wielu kawałków, różnych planów historycznych i ludzi, którzy tu przyjechali na przestrzeni ostatnich dekad z Polski i ze świata. I żeby widziała w tym wartość. Żeby umiała zadbać o pozostałości z ostatnich etapów swojej historii i nie rządziła się tylko twardą ekonomią. Tu jest robota do wykonania. Ale jeśli ona zostałaby zrobiona, to nie dość, że Warszawa będzie jeszcze wspanialsza dla nas, to stanie się też bardziej przyjazna i zrozumiała dla patrzących z zewnątrz. A w zakresie uznania różnorodności, to mogłoby mieć wartość edukacyjną na skalę całej Polski. Bo myślenie o inkluzywności i szacunku zaczyna się zawsze na własnym podwórku.
ROZMAWIAŁ: FILIP KALINOWSKI
ZDJĘCIA: BART POGODA
PRODUKCJA: EWA DZIDUCH PIASECKA
MAKIJAŻ / WŁOSY: AGNIESZKA JAŃCZYK
Nieznane obrazy Wojciecha Fangora w Warszawie.
WYSTAWA, KTÓRA ODSŁANIA TAJEMNICE KOSMOSU
Nieznane obrazy, kosmiczne inspiracje i historia, która powraca w nowym kontekście. W Warszawie otwiera się wystawa ukazująca Wojciecha Fangora z zupełnie innej perspektywy – jako artystę sięgającego poza granice widzialnego świata.
Warszawa staje się na chwilę obserwatorium – nie tyle nieba, co wyobraźni. Wystawa „STARS. FANGOR. SYLWESTROWICZ.” odsłania mniej znane oblicze Wojciech Fangor –artysty, który zamiast opisywać rzeczywistość, próbował ją przekroczyć. To Fangor zanurzony w kosmosie, inspirowany nauką, ale wierny intuicji.
Ekspozycja, prezentowana w Centrum Bankowo-Finansowe Nowy Świat S.A. od 15 maja do 7 czerwca, koncentruje się na rzadko pokazywanym cyklu z 2014 roku. Punktem wyjścia jest tu postać Jan Heweliusz – astronoma, który próbował uporządkować niebo. Fangor robi coś odwrotnego: rozsadza system, tworząc wizualne pola napięcia, światła i koloru, które bardziej się odczuwa, niż rozumie.
Jego obrazy nie są ilustracjami kosmosu. To raczej doświadczenia – zanurzenia w przestrzeni, która nie ma początku
ani końca. Jak pisał John Canaday, Fangor był „romantykiem intuicji”, artystą szukającym nie odpowiedzi, lecz tajemnicy.
I właśnie ta tajemnica staje się osią całej wystawy.
Drugim, równie istotnym głosem jest Arkadiusz Sylwestrowicz – twórca, który nie tylko znał Fangora, ale prowadzi z nim dialog wykraczający poza ramy czasu. Jego prace, pokazywane po międzynarodowych sukcesach, m.in.
w Ameryce Południowej, nie są reinterpretacją, lecz kontynuacją tej samej rozmowy – tyle że językiem współczesnej energii, napięcia i formy.
To spotkanie dwóch wrażliwości: jednej skupionej na ciszy i nieskończoności, drugiej – na ruchu i intensywności. Razem tworzą przestrzeń, w której sztuka styka się z nauką, a widz zostaje wciągnięty w proces odkrywania tego, co wymyka się definicjom.
„STARS. FANGOR. SYLWESTROWICZ.” nie proponuje gotowych odpowiedzi. Zamiast tego otwiera pole – dla spojrzenia, dla emocji, dla interpretacji. To wystawa dla tych, którzy patrząc w niebo, widzą coś więcej niż tylko gwiazdy.
Mecenas wystawy: TOTALIZATOR SPORTOWY
Organizatorzy: Fangor Foundation, Fundacja Art Forma, John Weston Group
Partnerzy: APART, CBF
Bilety dostępne w sprzedaży na ticketmaster.pl
Flanerowanie
Jedni odhaczają atrakcje, drudzy zaglądają do bram, schodzą do piwnic i trafiają do miejsc, których nie da się wpisać na listę „must see”. To opowieść o miejskiej włóczędze i o Miejscach, które wciąż wymykają się mapom, modom i deweloperom.
TEKST: TADEUSZ MICHALSKI
ZDJĘCIA: JAN WALCZAK
Warszawskie flanerowanie
Skoro jest lato w mieście, to idę. Bez konkretnego celu w przestrzeni, ale z chętką na pożywkę, niekoniecznie dla ciała. Spacer to najlepsza metoda na obcowanie z przestrzenią miasta. Zwykły, towarzyski albo nadzwyczajny – włóczęga na wzór Baudelaire’owskiego flâneura. Piesza podróż obserwatora, kolekcjonera wrażeń, który spaceruje, by posłuchać miejskich opowieści. To nie takie łatwe, nie wszędzie da się je usłyszeć i nie każdy to potrafi.
Miasto opowiada poprzez miejsca – takie z charakterem, przeciwieństwa nie-miejsc – mające tożsamość, z którą jesteśmy w stanie nawiązać relację. Nazwijmy je Miejscami. Mamy ich w Warszawie wiele, takich, które nie występują w przewodnikach ani w atlasach historycznych. Ładnych lub brzydkich – to nieważne – przyciągających ulicznych artystów, miejskich dziwaków, estetów albo miłośników swojskiego syfu.
Miejsca
Od wieków architekci, niczym alchemicy, trudzą się, by tworzyć z czegoś Miejsca. Czasem to się udaje nieco przypadkiem, bo Miejsca zwykle rodzą się same. Nieoczekiwanie, czasem wbrew założeniom. Architekt Marek Budzyński, autor BUW-u, wskazał kiedyś na fenomen
I INNE FORMY KONTROLOWANEGO BŁĄDZENIA
„Patelni” – znanego placyku przy stacji metra Centrum. To bezsprzecznie Miejsce, chociaż ani ładne, ani specjalnie celowe. Wydzielone z otwartej przestrzeni, leży na trasie wzmożonego ruchu pieszego, ale jest coś jeszcze i to coś jest niewypowiadalne. Dlaczego akurat tutaj czujemy silną potrzebę gromadzenia się, wyrażania siebie? „Nie spotykamy się nigdzie, tylko zawsze gdzieś” – napisał inny architekt, Czesław Bielecki. „Patelnia” przyciąga kaznodziejów, wariatów i artystów. Jej ściany zwykle są zamalowane, zazwyczaj muralami niezbyt ciekawymi, ale bywa też galerią sztuki ulicznej. Podaję „Patelnię” tylko jako przykład Miejsca samorodnego, nie lubię tu długo przebywać.
Wdrapuję się więc na górę, na poziom posadzki tej gigantycznej pustki wokół Pałacu Kultury i Nauki. Skoro tematem rozmyślań jest „architektura i sztuka”, to idę pod Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Jest, widać je. Bielutki, miejski bibelot został skomentowany tak niezliczoną liczbę razy, że już nie trzeba więcej. Chcę tylko zobaczyć, czy projektanci spróbowali zrobić wokół niego Miejsce. Tak! To błogosławiony element inwestycji publicznych – projektuje się przestrzeń publiczną. Miejsca dla ludzi pod gołym niebem. W ramach projektu Placu Centralnego pojawiła się już nowa posadzka placu, sporo zieleni i nawet sadzawka. Są przejścia dla pieszych przez Marszałkowską – super, miasto poznaje się piechotą. Jest też wisienka – najbardziej lubię to, jak przebudowano dawną trybunę honorową, z której Bolesław Bierut pozdrawiał nieszczerze wzruszonych ludzi pracy. Potem, w październiku 1956 roku, przemawiał z niej Władysław Gomułka. Bardzo się cieszę, że nie rozwalili tego artefaktu małej architektury. Przebudowano go tak, żeby się jeszcze przydał. Dzisiaj gęsto obsadzona zielenią trybuna jest miejscem odpoczynku, spotkań i rozmyślań co dalej. Tak oswaja się historię, nie rezygnując z niej, ale wpasowując ją w wielowartościową tożsamość dzisiejszego miasta. Tak nawozi się Miejsca treścią.
Kultura niezależna
Wypatrywanie czegoś smacznego dla ducha w bezkresie niejadalnego centrum Warszawy bywa satysfakcjonujące, ale nie trzeba się męczyć. Żeby poczuć prawdziwie alternatywny nastrój sztuki nowoczesnej, wystarczy jedynie nieco oddalić się od rejonu Pałacu Kultury i Nauki, by powęszyć.
Legendarnym już Miejscem jest zespół budynków dawnej szkoły „tysiąclatki” na Emilii Plater 31. Od kilku lat mieści się tu Komuna Warszawa – niezależny teatr eksperymentujący z performance’em, video i muzyką. Ostatnio głośny z powodu zagrożenia eksmisją, jakie zawisło nad nim z powodu prób sprzedaży działki przez miasto pod budowę wieżowca. Komunę Warszawę uratował Mazowiecki Wojewódzki Konserwator Zabytków, wpisując zespół budynków szkolnych do rejestru zabytków. Modernistyczne obiekty powstały na początku lat 60. w miejscu dawnego Ogrodu Pomologicznego. Architekci podkreślali, że teren szkoły będzie nadal rezerwatem przyrody dla mieszkańców Śródmieścia. Konserwator docenił wartości artystyczne, historyczne i społeczne tego zespołu, dzięki czemu uratował działkę od przemiany w kolejną, komercyjną wieżę.
Teatr Komuna żyje i zaprasza na wydarzenia w trzech kategoriach: teatr/taniec, muzyka i kwartał. Trzecia kategoria to próba realizacji pomysłu stworzenia „Kwartału społeczno-kulturalnego Emilii Plater”. Na zabytkowym terenie, poza teatrem, miałaby znaleźć się Szkoła Zawodów Przyszłości, Centrum Rezydencji Artystycznych i park publiczny. Od
niedawna w kolaboracji z Komuną Warszawa działa kawiarnia i galeria sztuki współczesnej Turnus. Jest w Warszawie naprawdę wiele ciekawych Miejsc związanych ze sztuką i architekturą, na przykład: jedno z bardziej niezwykłych kryje się kilka minut spacerem od Placu na Rozdrożu. Drewniane domki na Jazdowie powstały w 1945 roku jako tymczasowe osiedle dla pracowników Biura Odbudowy Stolicy, ale zamiast zniknąć po kilku latach, przetrwały osiem dekad. Dziś między ogrodami, uliczkami i drewnianymi werandami działają organizacje społeczne, pracownie artystyczne, inicjatywy ekologiczne i lokalne kawiarnie. Jazdów jest jednocześnie żywym zabytkiem i laboratorium miejskiego życia – miejscem, gdzie pamięć o powojennej odbudowie spotyka się z ideą miasta tworzonego oddolnie przez mieszkańców. Na Marszałkowskiej 115 pewien niepozorny budynek ma podziemia. Zbudowano go kiedyś jako siedzibę Domu Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, dzisiaj znamy go bardziej jako Teatr Capitol. Dwoje młodych artystów, Jerzy Mączyński i Katarzyna Dębska, urządzili w jego piwnicach Miejsce. Sauna nie jest klubem, galerią ani instytucją kultury w klasycznym sensie. Bardziej przypomina autonomiczne laboratorium sztuki współczesnej, muzyki eksperymentalnej i nowych mediów. Twórcy podkreślają ideę dialogu, eksperymentu i ciągłej zmiany formy Miejsca pod wpływem artystów oraz publiczności.
W dawnej, tymczasowej siedzibie MSN-u na bulwarach wiślanych działa Pawilon Tańca i Innych Sztuk Performatywnych. To przestrzeń dla sztuki ulotnej, dziejącej się raz i niepowtarzalnie w ruchu, obecności i relacji. To miejsce wymyka się tradycyjnym podziałom na teatr, galerię i dom kultury – równie ważne jak spektakle są tu warsztaty, spotkania i działania tworzone wspólnie z publicznością.
Dla szukających klimatu bardziej surowego, punkowego, w którym alternatywa jest nie tylko estetyką, lecz także
sposobem organizowania wspólnoty, jest A.D.A. przy Puławskiej 37. To miejsce polityczne i zakorzenione w tradycji warszawskich skłotów. Wyrosła ze środowiska dawnej Elby i do dziś działa jako autonomiczne, oddolnie zarządzane centrum społeczno-kulturalne. Wszystko opiera się tu na pracy wolontariuszy, zasadzie non profit i przekonaniu, że kultura nie musi być produktem. Na parterze kamienicy przy Puławskiej mieszczą się: sala koncertowa, kino, galeria, pracownia sitodruku, biblioteka, freeshop i miejski ogródek. Jednego dnia odbywa się tu koncert noise'owy, drugiego warsztat rowerowy, a w piątek wspólny obiad dla sąsiadów, aktywistów i osób w kryzysie.
Podobnych Miejsc, jak te, jest więcej. Daję tylko kilka przykładów, ale prawdziwy flâneur powinien trafić na własne przypadkiem, podczas osobistej włóczęgi.
Praga - kolekcja
niezabitych Miejsc
Po Miejsca alternatywne nawet wobec alternatywy trzeba przeprawić się przez Wisłę i połazić po Pradze-Północ, by zobaczyć relikty proletariackiej Warszawy, niezabite podczas wojny tak jak miasto po lewej stronie rzeki. Tu nie było burzenia wtedy, jest dopiero teraz, choć w zupełnie innych okolicznościach. Zza obdrapanych oficyn wyglądają nowe apartamentowce, a dawne warsztaty ustępują modnym lokalom. Chociaż gentryfikacja pożera po kawałku łobuzerską, swojsko-żulerską Pragę, to ona wciąż stawia opór. To jedna z niewielu części Warszawy, gdzie historia nie została zamknięta w muzeum, lecz nadal mieszka po sąsiedzku. Praga nie odsłania się od razu. Trzeba zajrzeć w boczną ulicę, przejść przez bramę, zwolnić. Najciekawsze rzeczy nie świecą tu neonami. Kryją się w podwórkach-studniach, w starych zakładach rzemieślniczych, na klatkach schodowych, które nie zawsze ładnie pachną. Na szczycie mojego
rozkładu włóczęgi figuruje królowa praskich ulic – Brzeska. Podobno jest niebezpieczna. A co nie jest? Na pewno nic, co jest naprawdę ciekawe. Bez przesady, ferajna nie gryzie. Nie zaglądajcie im zbyt natrętnie w podwórka, gdzie mają swoje interesy, a będzie git. Pospacerujcie, poszukajcie ducha Miejsca. Chociaż nie ma już na Brzeskiej nieodżałowanego klubu Offside, to wciąż można zjeść pyzy albo flaki na skraju obumierającego Bazaru Różyckiego. Wciąż jest mural z gęsią i zwierzątkami autorstwa włoskiego artysty Diego Miedo. „Wielka Gęś” nie opowiada o historii ani polityce. To raczej miejska bajka namalowana wspólnie z praskimi dzieciakami. Biała gęś prowadzi przez ścianę korowód fantastycznych zwierząt i dziwnych stworzeń, jakby ktoś otworzył wyrwę między podwórkiem a światem wyobraźni.
Na wieczorne koncerty, raczej rockowo-folkowe, wystarczy przejść na sąsiednią Ząbkowską, zajrzeć do którejś z licznych knajp. A Offside nie umarł całkowicie, odżył niedaleko, w nowej lokalizacji na Wileńskiej – w dawnym rejonie działania artysty Pawła Althamera. Znajdziecie tu jego pomnik Kazimierza Deyny albo Pana Gumę – praskiego żula na sprężynie.
Można zobaczyć wszystkie z opisanych tu Miejsc. Można też nie odwiedzać żadnego. Ważniejsze jest coś innego –mieć gotowość do miejskiej włóczęgi. Zajrzeć do bramy, wejść do budynku, którego wcześniej się nie zauważało,
usiąść na chwilę tam, gdzie inni tylko przechodzą. Ciekawa Warszawa, taka dla smakoszy, nie mieści się na liście atrakcji. Jest siecią Miejsc, historii, niezwyczajnych ludzi i przypadkowych spotkań w szczelinach pomiędzy klockami wielkiej scenografii do „tętniącej życiem, nowoczesnej stolicy”.
TEKST: JONASZ TOŁOPIŁO, ZDZISŁAW FURGAŁ
ZDJĘCIA: JAN WALCZAK
BODŹCÓW
MIEJSKICH
Nie możecie poradzić sobie z ulicznym szumem? Źle czujecie się w tłumie? Męczy was kakofonia powiadomień i cudzych rozmów w trybie głośnomówiącym? Wygląda na to, że potrzebujecie szybkiej ucieczki od miasta. Czasami, aby zregenerować zmysły, nie trzeba nawet ruszać się z Warszawy. W promieniu maksymalnie kilku kilometrów od centrum znajdziecie miejsca, które na jakiś czas skutecznie was odbodźcują i uspokoją. Wybraliśmy te najlepsze. OD
ucieczka
Biblioteka przy Koszykowej
Czy może być bardziej oklepane miejsce do skupienia, pracy lub izolacji od bodźców niż biblioteka? Niezbyt. Ale skoro ten system wciąż działa, to warto z niego korzystać. No i biblioteki są darmowe – żeby tam posiedzieć, nie trzeba nawet zamawiać kawy! W stolicy jest kilka godnych polecenia biblio-adresów, ale my typujemy istniejącą ponad sto lat bibliotekę przy Koszykowej. Wiele osób nazywa ją „jedną z najbardziej klimatycznych w Warszawie”. To pewnie przez jej zmodernizowany i rozbudowany dekadę temu gmach, wypełniony światłem i kuszący roślinną ścianą, a także charakterystyczną czytelnię z zielonymi lampkami. Aż chce się wyciągnąć telefon, porobić fotki i powrzucać je na Instagrama! Ale nie róbcie tego, lepiej zostawić bodźcujące zmysły przeszkadzajki w plecaku i skupić się na czymś bardziej kreatywnym. I tak, BUW też jest ok, ale na Koszykowej jest bardziej przytulnie. ZF
Dzika ścieżka nad Wisłą po praskiej stronie
Ewenement na skalę europejską. I dobrze, bo gdzie indziej szukać nieuregulowanego brzegu głównej rzeki w samym centrum miasta? Jasne, że najlepiej wyciszać się jak najdalej od niego, najlepiej bez zasięgu, ale czy to właśnie nie sąsiedztwo zgiełku dodaje temu miejscu absolutnej wyjątkowości?
Spójrzmy na to od strony praktycznej, zakładając, że idziemy na spacer po bulwarach wiślanych. Na wysokości Mostu Świętokrzyskiego miniemy spacerowiczów, ludzi na schodkach, parę kontenerów oraz barek z jedzeniem i piciem, faceta grającego na gitarze, kilka grup z przenośnymi głośnikami (o zadziwiającej mocy!), entuzjastów plenerowej siłowni pod mostem, skejtów katujących tricki na skateparku, do tego mobilne punkty sprzedaży kawy/lodów/wypieków (niepotrzebne skreślić). Jednym słowem – wszystko. Wystarczy jednak przejść przez most lub kładkę, a po drugiej stronie znajdziemy iście dziki klimat, który pozwoli zapomnieć, że jesteśmy w centrum stolicy. JT
Ogród wertykalny przy Rotundzie PKO BP
Stoisko ze sznurowadłami, kwiatami, uliczny grajek, mobilny kościół, patrol policji, antykwariat polowy, ktoś sprzedający błyskotki – stołeczna „Patelnia” najczęściej wygląda jak wszystko, wszędzie, naraz. Okoliczny krajobraz też jest średnio kojący, bo tu i tam billboard wielkoformatowy, a zieleń można tu znaleźć w wydaniu symbolicznym. A pamiętacie, jak kilka lat temu opinię publiczną fascynował pomysł zrobienia z Placu Centralnego drugiego Central (nomen omen) Parku? Ale już się nie wyzłośliwiamy, tylko polecamy miejsce w sąsiedztwie tego całego festiwalu chaosu. Otóż, rzut beretem od tego zgiełku, tuż przy Rotundzie PKO BP, znajduje się ogród wertykalny.
Gospodarze zapewniają, że rośnie tu prawie 12 tysięcy roślin. Nic tylko przysiąść na schodkach i złapać oddech. JT
Tężnia solankowa na Placu Hallera
W 2018 roku po prawej stronie Wisły stanął mały Ciechocinek. Socrealistyczny Plac Hallera zawsze był miejscem klimatycznym, ale – jak się okazało – brakowało mu bogatego w składniki mikroklimatu. Dostarczyła go pierwsza w Warszawie tężnia solankowa, która szybko stała się miejscem oddechu, dosłownie i w przenośni. Inhalować się można przy tajemniczej budowli z drewna i gałęzi, po których spływa solanka. Jak w sanatorium, ale na Pradze-Północ. Jod, brom, wapń, sód, potas i inne pierwiastki kojarzone z lekcji chemii pomagają podobno w profilaktyce niektórych schorzeń, a uspokajający dźwięk płynącej wody relaksuje. Ale uwaga: z tężni trzeba korzystać z umiarem (jest nawet regulamin), bo – jak donoszą ostatnie badania – przedawkowanie solankowej mgiełki grozi wdychaniem bakterii i grzybów. Parafrazując jednak Fergie, „little tężnia never killed nobody”, więc po inauguracji tej praskiej podobnych miejsc powstało w stolicy przynajmniej kilkanaście. ZF
Pokój wyciszenia w Łazienkach Królewskich
Że niby w pięknych, parkowych przestrzeniach też można mierzyć się z problemem nadmiaru bodźców? Że czasem sam śpiew ptaków nie wystarcza? Tak bywa, szczególnie jeśli trafimy na tłumy. Ucieczką i ratunkiem może być pokój wyciszenia – idealny dla osób wrażliwych sensorycznie, neuroróżnorodnych czy po prostu zmęczonych zwiedzaniem. Jedno z bardziej znanych miejsc tego typu znajduje się w Łazienkach Królewskich. To odizolowane pomieszczenie na piętrze Starej Oranżerii, wyposażone tak, aby zapewnić odpoczynek i relaks. Można zapaść się w wygodnym fotelu z podnóżkiem, przykryć kołdrą obciążeniową, a nawet – jeśli czujecie wyjątkowe napięcie – skorzystać z zestawu sensorycznego. Pod ręką są wygłuszające słuchawki, rękawiczki, gniotki i inne relaksujące gadżety. To nie jedyne tego typu miejsce w Warszawie, gdzie możecie uciec od intensywnych bodźców – pokoje wyciszenia znajdziecie też m.in. w Teatrze Narodowym, na Lotnisku Chopina, w budynku Wydziału Neofilologii UW oraz w Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie. I wciąż ich przybywa. ZF
Park Akcji „Burza”
Kiedy ostatnio byliście na Kopcu Powstania Warszawskiego? Jeśli dawno, to polecamy wycieczkę na Czerniaków. Znajdujący się wokół kopca park trzy lata temu mocno zmodernizowano – wygląda światowo, choć wciąż mocno zanurzony jest w trudnej historii stolicy. Jedni odnajdą tu
więc symbolikę i pamięć, inni architektoniczne smaczki, a dla nas to genialne miejsce wypoczynku ze ścieżką przyrodniczą, kładką wśród drzew, strefami relaksu i wąwozami. Kilka minut piechotą od ruchliwej ulicy Czerniakowskiej i lądujemy w świecie mchów, zagajników i przyrody ruderalnej. Dobrze wybrać się tam w tygodniu w ciągu dnia, kiedy jest naprawdę cicho i spokojnie. Nie tylko nam się podoba – Park Akcji „Burza” dostał już kilka prestiżowych nagród, w tym przyznawaną przez międzynarodowe jury Europejską Nagrodę dla Miejskiej Przestrzeni Publicznej. ZF
Ministerstwo Kawy, STOR Café i inne miejsca z no laptop policy
Nic tylko siedzą i klikają, a celebrować rytuału picia kawy, to już nie ma komu! Kto nie był w sytuacji, w której – będąc na mieście – musiał szybko przysiąść z laptopem, by wysłać ważnego maila, niech pierwszy rzuci kamieniem. Jednak zamienianie kawiarni w pełnowymiarowe, całodzienne biuro to trend, który nie tylko odbiera im ich charakter, ale też wprowadza atmosferę open space’u do miejsca rozmów o wszystkim i o niczym. Umówmy się – o ile zapach kawy, spokojna muzyka w tle i delikatny gwar rozmów pomagają odzyskać wewnętrzny balans, o tyle uczestniczenie w czyimś callu i stukot tuzina klawiatur skutecznie temu przeszkadzają. W Ministerstwie Kawy, w STOR Café, a także w kilku innych miejscach laptopy, przynajmniej przy części stolików, nie są mile widziane. Nie sposób nie przyklasnąć temu pomysłowi, bo w końcu kawiarnia to nie cowork. JT
Sauna Wisła
Nie jesteśmy co prawda Finami, dla których brak sauny w zasięgu wzroku jest potężnym faux pas, ale z saunowaniem zaznajamiamy się stopniowo coraz lepiej. I jasne – ci, dla których liczy się tylko wysoka temperatura i wygoda rzucą się raczej na sauny siłowniane i te, które znajdują się najbliżej ich domu. Ale prawdziwe saunowanie nie polega na szybkości ani na kompromisach w imię wygody. Chodzi tu raczej o wyciszenie, czas dla ciała i dla ducha. W Porcie Czerniakowskim, w samym środku miasta, można poczuć się jak na pozamiejskim wywczasie. Przy brzegu znajdziemy zacumowaną barkę z sauną, której panoramiczne okno skierowane jest na wodę i portowy krajobraz. Warto wycyrklować wizytę w dzień śnieżny, mglisty lub przynajmniej o wschodzie czy zachodzie słońca. Sauna działa 24 godziny na dobę, więc nocne marki lub ranne ptaszki będą zadowolone. JT
Staw na terenie Ośrodka Nowa Skra
Wystarczy przez kilka minut patrzeć na morskie fale, rzekę płynącą spokojnym nurtem albo taflę wody zmąconą przez wiatr i jakoś od razu robi się lżej. Nic dziwnego – woda koi, a kto przebywa w jej sąsiedztwie, ten zwykle jest spokojniejszy. Entuzjastom zbiorników wodnych spodoba się odnowiony teren Ośrodka Nowa Skra, tuż przy Polu Mokotowskim. Znajdziemy tu staw w wersji miejskiej – z alejkami, mostkiem i ławeczkami. Można odpocząć z książką, ale też złapać oddech po treningu, bo obok czekają m.in. boisko, siłownia plenerowa i bieżnia lekkoatletyczna. Takie miejsca afirmowaliśmy, na takie miejsca zasługujemy! JT
Kino letnie ALESTO
WIĘCEJ NIŻ FILM. SEZON PEŁEN
WYJĄTKOWYCH WIECZORÓW!
GODZ. SEANSÓW
LIPIEC 21.30
SIERPIEŃ 21.00
WARSZAWA
ŁAZIENKI KRÓLEWSKIE
POZNAŃ
PL. WOLNOŚCI
WROCŁAW
PARK POPOWICKI
KRAKÓW
PARK KURDWANÓW
KRYNICA MORSKA
PORT JACHTOWY
OSTRÓDA
PLAŻA MIEJSKA
MIKOŁAJKI
PROMENADA, PLAC WOLNOŚCI, PLAŻA MIEJSKA
CHARZYKOWY
AMFITEATR LEŚNY
CHOJNICE
PARK 1000-LECIA
Kino letnie od lat jest jednym z najbardziej lubianych formatów wakacyjnych wydarzeń. Łączy w sobie prostą przyjemność oglądania filmu z atmosferą, której nie da się odtworzyć w żadnej sali kinowej: zapach ciepłego wieczoru, gwar miasta w tle, miękkie światło zachodzącego słońca i wspólnota ludzi, którzy przyszli przeżyć coś razem.
To właśnie ta mieszanka sprawia, że projekcje plenerowe przyciągają zarówno miłośników kina, jak i tych, którzy po prostu szukają wyjątkowego sposobu na spędzenie letniego wieczoru. Wybór lokalizacji ma tu ogromne znaczenie — parki, dziedzińce, ogrody muzealne czy przestrzenie nad wodą potrafią nadać seansowi zupełnie nowy wymiar. Film staje się częścią miejsca, a miejsce częścią opowieści.
Kina letnie to także naturalna przestrzeń do budowania relacji z publicznością. Są otwarte, inkluzywne, dostępne. Widzowie przychodzą ze znajomymi, dziećmi, czasem nawet z psami. To wydarzenia, które nie tylko pokazują filmy, ale tworzą mikrospołeczność — choćby na jeden wieczór.
W czasach, gdy coraz więcej chwil spędzamy przed ekranami w domach, kino pod gołym niebem przypomina, że kultura może być doświadczeniem wspólnym, żywym i pełnym emocji. I właśnie dlatego każdego lata wraca z taką siłą.
Partnerem Kina Letniego jest ALESTO, które przygotowało dla odwiedzających moc atrakcji. Zapraszamy!
Kino Letnie
Nie trzeba zaczynać od Starówki ani Łazienek Królewskich. Czasem lepiej wejść w bramę na Pradze, zgubić się na Włochach albo spojrzeć pod nogi na Marszałkowskiej. Z Łukaszem Ostoją-Kasprzyckim, twórcą profilu PoWarszawsku i współautorem książki „PoWarszawsku. Przewodnik spacerowy po stolicy”, rozmawiamy o Mokotowie, praskich kapliczkach, stereotypie Warszawki i o tym, dlaczego to miasto najlepiej poznaje się w ruchu.
ALEKSANDRA PAKIEŁA: Masz ulubioną dzielnicę Warszawy?
ŁUKASZ OSTOJA-KASPRZYCKI: Najgłębiej w sercu zawsze będzie Mokotów i to się raczej nigdy nie zmieni. To sprawa pokoleniowa – mój dziadek przeniósł się tutaj z Saskiej Kępy w 1940 roku. Tu mieszkają moi dziadkowie, rodzice, córka. Kiedy oprowadzam po Mokotowie, mam wrażenie, jakbym przechadzał się po własnym mieszkaniu. Wszystko jest znajome, osobiste, związane z historiami rodzinnymi. Mój dziadek mieszka tu od 86 lat i opowieści, które od niego słyszałem, są częścią tej dzielnicy: o zabawach w okopach przeciwczołgowych, o bombie, która uderzyła w budynek, o wypędzeniu do obozu w Pruszkowie. To są historie, które mrożą krew w żyłach, ale one sprawiają, że miejsce przestaje być tylko adresem. Są też dzielnice, które coraz bardziej zgłębiam i w których coraz mocniej się zakochuję. Jedną z nich jest Praga. Uwielbiam okolice Ząbkowskiej,
Warszawę pokochasz bardziej, GDY SKRĘCISZ W BOCZNĄ ULICZKĘ
Brzeskiej, całe Szmulki. To jest zupełnie inny świat niż Mokotów i chyba dlatego tak bardzo go lubię. Na Mokotowie czuję się jak w domu, na Pradze – jak turysta we własnym mieście. I to jest fantastyczne, bo pozwala mi odkrywać Warszawę na nowo.
Nie boisz się, że ta Praga za chwilę przestanie być „prawdziwa” – zmienią ją deweloperzy, zaczną powstawać nowoczesne lokale i wszystko, co było dzikie albo nieoczywiste, zostanie przytłumione?
Często o tym myślę. Z jednej strony, rozumiem lęk przed zmianą, bo Praga ma niesamowity klimat. Z drugiej, trzeba pamiętać, że w wielu pustostanach mieszkają ludzie bez dostępu do prądu, wody i podstawowych warunków do życia. I pytanie brzmi: czy rolą miasta nie jest też to, żeby o nich zadbać? Oczywiście, tworzenie nowych budynków, kompletnie niepasujących do klimatu tej części miasta, nie jest dobrym planem. Ale Praga,
ROZMAWIAŁA ALEKSANDRA PAKIEŁA ZDJĘCIA: PIOTR KACZOR
jak każda dzielnica, musi się zmieniać. Być może czujemy lęk przed tym, bo długo utrzymywała swój charakter. To prawda – coraz mniej jest rdzennych mieszkańców, coraz więcej turystów, obcokrajowców, nowych lokali. Trudno powiedzieć, czy to źle, czy dobrze, bo może to po prostu naturalna forma zmiany miasta.
Tylko nie zabierajcie nam kapliczek!
Tak, kapliczki na Pradze są niezwykle istotnym elementem i trzeba o nie dbać. Jeśli jakaś zostanie zniszczona, a wcześniej nie była dobrze udokumentowana ani objęta ochroną, często już nie wraca. Niby mamy ich tutaj setki, ale co roku kilka znika albo niszczeje, a to właśnie z takich detali składa się pamięć miasta.
Gdzie spędzać lato w Warszawie? Masz swoje ulubione miejsca odpoczynku?
Warszawa jest niesamowicie zielonym miastem. Na Mokotowie jednym z moich ukochanych miejsc jest Park generała Gustawa Orlicz-Dreszera. Niewielki, ale z ogromną historią. W czasie wojny był jednym z największych, prowizorycznych cmentarzy w Warszawie. Dopiero w latach 50. dokonano ekshumacji, a dzisiejsze alejki parku odpowiadają dawnym ścieżkom cmentarnym. To było też miejsce zrzutów pomocowych dla Mokotowa, a dzisiaj można tu rozłożyć koc, wyjść z psem, po prostu odpocząć. I to jest dla mnie bardzo warszawskie: warstwa codzienna pokrywa tę historyczną. Możesz leżeć na trawie i nawet nie wiedzieć, co kiedyś się tutaj znajdowało. Ale kiedy już to odkryjesz, zaczynasz patrzeć na przestrzeń zupełnie inaczej. Bardzo lubię też Wisłę i miejsca typu Miami Wars, gdzie można usiąść blisko rzeki. Uwielbiam pływać motorówką po Wiśle, szczególnie przy zachodzie słońca, kiedy widać skyline Warszawy i fioletowe niebo. To jest świetny odpoczynek. Najbardziej jednak lubię długie, samotne spacery. Podzielę się moją ulubioną trasą: wychodzę z domu na Wierzbnie, idę przez Ursynów, Kabaty, potem na drugi brzeg Wisły i od Plaży Romantycznej w Wawrze idę dzikim brzegiem rzeki aż w stronę Mostu Siekierkowskiego. W tygodniu, przed południem, można tam iść przez dwie godziny i nikogo nie spotkać. Gdybyś wywiozła tam kogoś i nie powiedziała mu gdzie jest, nie miałby szans zgadnąć, że to Warszawa!
Brzmi jak bardzo długi spacer!
Takie 35–40 kilometrów w pół dnia to dla mnie jeden z najlepszych sposobów odpoczynku. W tym roku chciałbym przejść 100 tysięcy kroków po Warszawie i połączyć jednym spacerem wszystkie 18 dzielnic. To już będzie pewnie około 70 kilometrów. Zobaczymy, czy się uda.
Warszawę da się lubić, ale da się jej też nie lubić. Jest coś, co cię w niej denerwuje?
To duże, pędzące miasto i czasem trudno w nim odpocząć. Mieszkam tu całe życie, więc ciężko mi być anonimowym we własnym mieście. Każde wyjście, nawet w drobnej sprawie, kończy się rozmową, zaczepieniem przez kogoś, telefonami. To jest bardzo przyjemne, ale też angażujące. Jeśli chcę, żeby głowa naprawdę odpoczęła i nie była ciągle w warszawskich tematach, muszę wyjechać na wieś.
No i korki…
Jasne, potrafią denerwować, ale Warszawa jest tak dobrze skomunikowana, że jeśli nie musisz jechać samochodem, to często naprawdę nie musisz. Bardziej wkurza mnie, kiedy ktoś psioczy na Warszawę, nie znając jej za dobrze. Może jestem po prostu zakochany w tym mieście bez pamięci i nie dostrzegam wszystkich jego ułomności.
A stereotyp Warszawki? Spotykasz się z nim?
Oczywiście. Samo słowo „Warszawka” jest kłujące. Nie ma takiego miasta. Jest Warszawa. Kiedyś, podczas pobytu na Islandii odpoczywaliśmy całą ekipą po dniu wypraw, rozmawialiśmy, kto, skąd jest i czym się zajmuje. Powiedziałem, że opowiadam o Warszawie. I od razu pojawił się komentarz: „A, bo Warszawiaków się nie lubi, Warszawa jest przereklamowana”. Zacząłem wtedy opowiadać trochę o historii miasta i o tym, za co je kocham. Po dziesięciu minutach to złe zdanie gdzieś wyparowało. Ludzie zaczęli dopytywać, interesować się, może później nawet trochę zgłębiać jego historię. Stereotypy często wynikają po prostu z niewiedzy. Oczywiście, jak wszędzie, jest pewnie jakaś grupa osób, które nie robią najlepszej wizytówki. Ale jak można oceniać miasto z kilkusetletnią historią i ponad dwoma milionami mieszkańców przez pryzmat kilku osób? Warszawiacy są dumni z tego, skąd są i z historii swojego miasta. Ale dumni, nie pyszni. To jest ważna różnica.
Mówisz o Warszawie inaczej niż panowie, których pamiętam ze szkolnych wycieczek. Czy to jest klucz do tego, żeby każdy mógł znaleźć swoją drogę do miasta? Polubić Warszawę na swój własny sposób? Zdecydowanie. Nigdy nie byłem historykiem, nie mam wykształcenia w tej dziedzinie. Po prostu kocham Warszawę i lubię o niej opowiadać po swojemu. Sam zacząłem od tego, że gubiłem się w różnych dzielnicach. Nie trzeba zaczynać od Starego Miasta czy Łazienek Królewskich. Starówka jest piękna, ale nie czuję tam tak mocno historii Warszawy. Bardziej ukryta jest ona w bramach – praskich i mokotowskich, we Włochach, zaułkach, które są zupełnie niedocenione, a mają mnóstwo wspaniałych historii. Cieszy mnie, że jest tylu ludzi opowiadających o Warszawie na różne sposoby. Jeden mówi o bardzo szczegółowej historii, drugi o architektach, trzeci poleca knajpy, ktoś inny opowiada „barowe ciekawostki”, które można później powtórzyć znajomym. I to jest świetne. Każdy może wybrać swoją opowieść o Warszawie.
Dla kogo jest „PoWarszawsku. Przewodnik spacerowy po stolicy”, który napisałeś z Przemysławem Ciunowiczem?
Dla tych, którzy chcą odkrywać Warszawę przez chodzenie. W książce jest około 30 tras, ale na takie miasto to przecież niewiele. To były nasze ulubione trasy. Przemek jest bardzo merytoryczny, kończy varsavianistykę, więc w tym duecie to on jest mocnym fundamentem wiedzy. Ja jestem bardziej opowiadaczem historii. I chyba właśnie połączenie tych dwóch języków – uczelnianego, bardzo konkretnego, z moim gadaniem – sprawiło, że ten przewodnik jest przystępny. Mam poczucie, że kolejne części są nieuniknione. Mamy przecież w głowach dużo więcej tras. Trzeba je tylko dobrze opisać.
Czy Warszawa nadal potrafi cię zaskoczyć?
Cały czas. Mój wujek, który był znanym varsavianistą, mówił, że życia mu nie starczy, żeby dowiedzieć się wszystkiego o Warszawie. To było kilkadziesiąt lat temu, więc od tamtego czasu doszło tyle nowych historii, że pewnie i dwóch żyć by nie starczyło. Ostatnio zaskoczyły mnie detale na chodnikach przy Marszałkowskiej. Chodziłem po nich tysiące razy, a nagle zorientowałem się, że pod nogami mam wzory odnoszące się do nazw mijanych ulic: księżyce, wilcze łapy, kwiaty, geometryczne układy. Przez lata tego nie zauważałem. To jest właśnie Warszawa. Wydaje ci się, że znasz jakąś ulicę, bo przechodziłeś nią tysiąc razy, a potem wystarczy spojrzeć pod nogi albo podnieść głowę i nagle okazuje się, że do tej pory nic tak naprawdę nie widziałeś. Jest piękna i może naprawdę zachwycać. Tylko trzeba dać jej trochę czasu.
MIASTO POD RĘKĄ
Sasha Vislaus, Communication Lead Wolt
Miasto ma własne tempo i rzadko „pyta”, czy jesteśmy na nie gotowi. Rano wszystko wydaje się jeszcze do ułożenia, ale wystarczy kilka wiadomości, jedno dłuższe spotkanie, jedna zmiana planu i dzień zaczyna żyć swoim rytmem. W takich momentach najbardziej doceniam rozwiązania, które nie dokładają kolejnych zadań, tylko zdejmują z głowy drobną logistykę.
Dla mnie Wolt jest właśnie takim miejskim pomocnikiem: daje dostęp do miejsc i rzeczy, które są potrzebne wtedy, kiedy życie naprawdę się toczy. Czasem dotyczy to spraw związanych z Hugo, moim psem. Drakula, sklep zoologiczny, ratuje mnie w momentach, kiedy kończą się przysmaki, karma albo coś, co w teorii mogłoby poczekać, ale w praktyce nie
może. Czasem to lunch między spotkaniami – Art Sushi sprawdza się wtedy, kiedy na szybko szukam czegoś dobrego bez zamieniania przerwy w wyprawę po mieście. W intensywnym dniu ważne są też zwykłe zakupy. Dlatego delio jest dla mnie bardzo praktycznym rozwiązaniem: mogę ustawić dostawę na konkretną godzinę i dopasować ją do dnia, zamiast podporządkowywać cały dzień pod zakupy.
Są też małe rzeczy, które zapewniają komfort: balsam do ust z Ministerstwa Dobrego Mydła, który mam zawsze pod ręką, bo drobiazgi naprawdę robią różnicę, albo kwiaty z Kwiatowego Królestwa – do domu albo dla kogoś, pod inny adres, nie czekając na „lepszy moment”. Po pracy ważny staje się dom. Homla zawsze kojarzy mi się z dodatkami, kubkami, rzeczami na stół czy piknik – z wszystkim tym, co nie zmienia życia, ale potrafi poprawić nastrój. A kiedy potrzebuję miękkiego lądowania, wybieram Vegan Ramen Shop. Ramen ma w sobie coś zatrzymującego: ciepło, głębię i prostotę, której bardzo potrzeba po zbyt głośnym dniu.
Ten miejski niezbędnik nie jest listą miejsc do odhaczenia. To raczej mapa drobnych rozwiązań, które sprawiają, że codzienność ma mniej ostrych krawędzi. Wolt pomaga mi być bliżej miasta – jego restauracji, sklepów, kwiaciarni, małych przyjemności i praktycznych kół ratunkowych bez konieczności rozpisywania kilku osobnych planów. Bo miejski styl życia nie polega na tym, żeby robić więcej, a raczej na tym, żeby w intensywnym rytmie umieć żyć trochę wygodniej, uważniej i po swojemu.
KTÓRE – JESZCZE – PACHNIEMIASTO, papierem
TEKST: OLA PAKIEŁA
ZDJĘCIA: JAN WALCZAK
Urok tych miejsc nie polega na tym, że są modne, ale raczej na tym, że są „cierpliwe”. Przeżyły kolejne remonty ulic, zmiany najemców, pojawienie się wielkich sieci sklepów z książkami, małe kryzysy, internetowe promocje („druga książka za pół ceny”) i nasze własne deklaracje, że „teraz już naprawdę czytamy tylko e-booki”. Na szczęście często i tak wracamy do nich po książkę z pożółkłą kartką albo album ciężki jak wyrzut sumienia (w końcu możliwe, że odłożymy go na „stosik wstydu”). Księgarniany spacer zacznijmy klasycznie od Krakowskiego Przedmieścia. Główna Księgarnia Naukowa im. Bolesława Prusa mieści się pod numerem 7. Otwarta w 1952 roku jako Dom Książki, obecną nazwę dostała dziesięć lat później, w pięćdziesiątą rocznicę śmierci Bolesława Prusa. Od początku miała profil akademicki, co przy sąsiedztwie Uniwersytetu Warszawskiego i PAN-u wydaje się właściwie naturalne. Tu książka nadal wygląda jak narzędzie pracy, a nie dekoracja wnętrza. Są półki z humanistyką, historią, filozofią, prawem, literaturą piękną, albumami, prasą. Można przyjść po konkretny tytuł, chwilę spokoju albo po
rozmowę z księgarzami, którzy tu znajdą dla was czas.
Kilka przystanków dalej jest Książnica Polska Księgarnia na Świętokrzyskiej. Dwupoziomowa, techniczna, trochę odmienna od reszty śródmiejskiego pejzażu. Świętokrzyska zmieniła się przez ostatnie lata nie do poznania: pojawiły się nowe biurowce, lokale, sklepy z szyldami, które znikają, zanim zdążymy zapamiętać, co właściwie można tu kupić, a ta księgarnia wciąż trwa. Istnieje od ponad sześćdziesięciu lat i przez branżowe media bywa opisywana jako jedna z największych i najbardziej znanych księgarń technicznych w Polsce. To nie jest miejsce, które kokietuje przypadkowego przechodnia miękkim fotelem i stolikiem z bestsellerami. To księgarnia dla koneserów, która laikom przypomina, że książki to nie tylko powieści do pociągu i eseje do rozmowy przy winie, ale też instrukcje, podręczniki, skrypty, grube tomiszcza napakowane wiedzą.
Przenieśmy się na Mokotów, do Antykwariatu Gryf przy ulicy Dąbrowskiego 71. Działa stacjonarnie od 1999 roku i ma stałe grono fanów. Uwielbiam antykwariaty, bo tu kupuje się książkę z historią, to właśnie w takim miejscu szczególnie mocno czuje się, że książka ma biografię. Przeglądając stare powieści, tomiki poezji, albumy, szukam podkreśleń konkretnych zdań (sama tak robię i traktuję książki niemalże jak pamiętnik), dedykacji, rozczulam się,
gdy widzę ślad odciśniętego kubka po herbacie. Gryf jest dobrym miejscem, by przypomnieć sobie, że miasto składa się nie tylko z budynków, ale też z rzeczy, które przechodzą z rąk do rąk. Kolejny antykwariat mieści się przy Wilczej 29A, w lokalu 25. Kwadryga prowadzi też sprzedaż internetową i ma ogromny, wielotysięczny zbiór książek, ale najlepiej myśleć o niej nie jak o sklepie online z punktem odbioru, tylko odwrotnie: jak o miejscu, które weszło do Internetu, bo czasy tego wymagały, ale nadal najpełniej istnieje między regałami. To antykwariat dla tych, którzy lubią szukać długo, trochę bez planu, wśród historii, sztuki, literatury pięknej. W podwórku starej, śródmiejskiej kamienicy książki wydają się nie towarem, ale bardziej koherentną warstwą miasta.
Na koniec ukochany Grochów, czyli miejsce, z którego nie wyjdziecie szybko. Antykwariat Grochowski przy Kickiego 12 działa od 2004 roku. Zaczynał na Bazarze Szembeka, w 2012
roku przeniósł się na Kickiego 12, a cztery lata później powiększył się o drugi lokal poświęcony muzyce.
Dziś to prawdziwy labirynt książek, płyt, winyli, zdjęć, obrazów, pocztówek i bibelotów. Planując wizytę, weźcie ze sobą smaczki dla kota – urzęduje tu (zazwyczaj wylegując się na przepięknej, starej kanapie) sympatyczny rudzielec zawsze łasy na coś do przegryzienia.
Gwarantuję, że po spacerze śladami starszych księgarń i klimatycznych antykwariatów poczujecie wdzięczność. Te miejsca nie są wyłącznie pamiątką po świecie, w którym kupowało się książki inaczej niż dziś. Są żywymi punktami oporu wobec miasta, które coraz częściej każe nam wszystko robić szybko, wygodnie i bez błądzenia. A przecież w takich miejscach — i w Warszawie — najciekawsze zaczyna się zwykle wtedy, kiedy skręcimy nie tam, gdzie trzeba, nawet jeśli chodzi tylko o alejkę wśród wielu zakurzonych książek.
Najlepiej oddycha się tam, gdzie jest najwięcej kurzu. Nie, to nie zachęta do tego, żeby zrezygnować z domowych porządków, a raczej do tego, żeby odwiedzić stare, warszawskie księgarnie i antykwariaty. Jeśli jesteście zmęczeni sklepami wypełnionymi „najgorętszymi premierami sezonu”, w których przy kasie można nabyć Labubu, modnego pieroga-gniotka albo pięć proteinowych batoników, wybierzcie się na wycieczkę tam, gdzie prawdopodobnie będziecie musieli przesunąć stos książek, żeby dostać się do drugiego. Parę razy kichniecie, ale wyjdzie wam to na zdrowie.
ANTYKWARIAT GRYF, UL. DĄBROWSKIEGO 71
NA PEŁNYM WIETRZE
Przez cztery dni w Rewie wiatr nie zwalniał, a GARNIER King of the Bay po raz kolejny zamienił Zatokę Pucką w miejsce, gdzie sport, festiwal i początek lata spotykają się na jednej linii brzegowej.
Ponad 500 zawodników, światowa czołówka sportów wodnych i tysiące osób, które przyjechały po trochę adrenaliny, nieco słońca i dużo dobrej energii. Na wodzie działo się wszystko: wyścigi przez Zatokę Pucką, nocne starty, widowiskowe loty nad cyplem i walka o tytuły Królowej oraz Króla Zatoki.
Do Rewy zawitali m.in. rekordzista świata w wysokości skoku na kicie Charles Brodel, legenda SUP-a Casper Steinfath, Karolina Kluszczyńska, Kamil Manowiecki czy Wojtek Brzozowski. To nazwiska, które dla fanów sportów wodnych znaczą tyle, co headlinerzy największych festiwali muzycznych.
Ale GARNIER King of the Bay już dawno przestał być wydarzeniem wyłącznie dla zajawkowiczów. Między startami można było posłuchać koncertów, przetestować najnowszy sprzęt, złapać oddech w strefach relaksu albo po prostu usiąść na plaży i patrzeć, jak wiatr robi swoje. Rewa po raz kolejny udowodniła, że do rozpoczęcia lata nie potrzeba kalendarza. Wystarczy odpowiedni kierunek wiatru.
MIASTO RAPU, MIASTO PRZEBOJÓW:
POCZTÓWKA DŹWIĘKOWA Z WARSZAWY
Siedzęprzygłośniku,myślęotychgłosach,Warszawaija–parafrazując Lesława, nucił sobie pod nosem autor tego tekstu, kiedy przeprowadzał selekcję poniższych utworów. Na moment po premierze swojej drugiej książki o Warszawie, ulubione dziesięć piosenek o tym mieście poleca Filip Kalinowski.
TEKST: FILIP KALINOWSKI
Czesław Niemen
- Sen o Warszawie
Jakkolwiek bym się nie starał, żeby ta lista nie składała się z oczywistości, to tej jednej piosenki, pieśni czy wręcz ody do Warszawy nie mogło tu zabraknąć. Śpiewają ją bowiem z równym zapałem środowiska kibicowskie i artystyczne – ciche poetki, hałaśliwi kaskaderzy i całe tłumy miłośników rapu, którzy za Wzgórzem YaPa 3 i Warszafskim Deszczem dopowiadają zawsze do pierwszej linijki refrenu: Miastomoje,awnim... swoichludzi,swojesprawy!Sam ledwie chwilę temu rozpocząłem moją pierwszą powieść od cytatu: Kiedyś zatrzymamczas/Inaskrzydłachjakptak/Będęleciał, cosił/Tam,gdziemojesny/Iwarszawskie,kolorowe dni.Wciąż te słowa mnie wzruszają, od lat co rusz inaczej, acz wciąż tak samo mocno – odbija się w nich moje dzieciństwo, młodość i dorosłość, beztroska i odpowiedzialność, to wszystko, co mnie w Warszawie spotkało złego i dobrego. A jak wchodzą smyczki, to znów mi włosy stają dęba. Tak jak teraz.
Max i Kelner - Starófka
Polska kultura rzadko kiedy przygląda się wielkim procesom historycznym i społecznym z perspektywy chodnika. Zupełnie osobna na mapie rodzimej muzyki rozrywkowej, jedyna płyta duetu Max i Kelner jest więc w tym względzie nie do przecenienia. Wolnomyślicielski, międzygatunkowy dryf, w jaki po przemianach roku 1989 wpadli Robert Brylewski i Paweł Rozwadowski, pozwala nam bowiem wylądować w samym centrum posttransformacyjnego chaosu, jaki ogarnął Warszawę we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Wokalista takich zespołów jak Fornit, Deuter czy Izrael zabiera nas na Starówkę – jego żona i dzieci chcą zjeść loda, EleganckaWarszawawyszłazkościoła/Tłumekturystów rozglądasiędookoła . Z jednej strony – wycieczka Japończyków i odświętnie ubrani wierni, a z drugiej –żebracy, chorzy na AIDS i bezdomne dzieciaki. Przy Barbakanietłumysprzedających/Sąkwiatylotosu iludeksikający/Znowugrupkajunkówzłaknionaheroiny /Podtrzymujązaręcepadającądziewczynę . Wszelkie możliwe kontrasty ekonomiczne i socjalne zamknięte na kilkuset metrach kwadratowych okalających Kolumnę Zygmunta. Pocztówka z miejsca, które do dziś pozwala obejrzeć Warszawę jak w soczewce.
Irena Santor - Warszawa, jaka mogła by być
Pośród wokalistów i wokalistek opisujących blaski (i cienie) Warszawy, Irena Santor zajmuje zupełnie osobne, specjalne miejsce. „Chodź na kawę Warszawo”, „Warszawa, ja i ty”, „Jak przygoda, to tylko w Warszawie”, „Bo gdy zima w Warszawie”… nie sposób tu wymienić wszystkie pocztówki dźwiękowe, które ze swojego miasta wysłała przez lata w świat piosenkarka urodzona w… Papowie Biskupim. Wspominam tu o tym tylko dlatego, że stolicę od pokoleń tworzą migranci – ze wsi, mniejszych i większych miast, innych krajów i kontynentów. To oni zasilają ją swoją kreatywnością, pracowitością i entuzjazmem. Wszystkie te cechy być może najlepiej wybrzmiewają w piosence, która jest swego rodzaju zaklęciem. Bo choć Warszawa nie każdego zachwyci iprzytuli,tozadziwiaćizabawiaćpotrafi, cotukryć.Nietasama,zwiecznąwielką płytąwtle , nieustannie zmieniająca się metropolia wymaga często od swoich mieszkańców nie lada poświęceń i –różnie rozumianego – wkładu własnego, ale potrafi się zrewanżować z nawiązką.
Komety - To samo miejsce
Jeszcze zanim sformowały się Komety, Lesław zdążył już urosnąć do miana kolejnego, ważnego barda Warszawy. Stał na balkonie, palił papierosa, to miasto i on. W jego tekstach jednak mapa stolicy zawsze stawała się tłem dla szkicowania krajobrazu wewnętrznego – równie emocjonalnych, jak apatycznych pocztówek spod wysokich bloków i peryferyjnych dzielnic. Ucieczkanadrugikoniec miasta/Innywidokzinnegookna – śpiewał wokalista Komet w piosence zapowiadającej płytę „Via Ardiente”, a rzeczone słowa mogą służyć za zapis jego (i nie tylko jego) strategii poruszania się po stolicy połowy lat dwutysięcznych. Zbyt często nudnego, szarego miasta mierzącego się z szeregiem posttransformacyjnych wyzwań; miasta, od którego chciało się – czy wręcz czasami trzeba było – uciekać. Towarzyszące mu w tych eskapadach zimne, acz rozbujane, wsobne i rozległe brzmienie zespołu wpisywało się natomiast w ówczesną Warszawę jak ulał. Komety widziane z okien, komety połykane z fifek, komety na słuchawkach.
Pele - 022
Spośród rozlicznych rapowych przedstawień Warszawy przełomu mileniów, ten solowy utwór Pelsona z Molesty bodajże najlepiej oddaje brutalność, z jaką stolica traktowała swoich młodocianych podopiecznych za progiem transformacji. 0 22 tu skrupułówmiećniemożna/Botopogrąża,ktotużyje, tentopozna – z przyrodzonym sobie spokojem nawijał tam wychowanek Tarchomina, a w jego słowach jak echo odbijała się beznadzieja i apatia towarzysząca wówczas małoletnim praktykantom kultury hip-hop. Wszechobecna przemoc, policyjne wykroczenia i przetaczająca się przez Warszawę epidemia heroiny, brak jakichkolwiek perspektyw zawodowych i nieustanne, medialne demonizowanie młodych to kwestie, które rozłożyłem na czynniki pierwsze w książce „Niechciani, nielubiani. Warszawski rap lat 90.”. I choć stolica nadal mierzy się z szeregiem różnych problemów społecznych, to do tamtych czasów już – na szczęście! – nie ma powrotu. Za ich jedyny popkulturowy zapis służy nam tymczasem rap.
warszawa
Brodka - Varsovie (Eltron John Dub)
Stołeczne parkiety przez dekady swojego istnienia dorobiły się dziesiątek, jeśli nie setek, tanecznych szlagierów, które dyktowały (i dyktują) kroki kolejnym pokoleniom Warszawiaków. Od PRL-owskich dancingów, przez międzystylowe dżampry lat dziewięćdziesiątych, aż po dzisiejsze, eleganckie kluby, brudne speluny i rejwy pod mostem – od Adrii i Sofii, przez Trend i Piekarnię, aż po Jasną i Chmury – niosą się od lat te żwawe rytmy nocnymi ulicami Warszawy. I choć kusiło mnie, żeby dać tu „Warsaw for Beginners” ojca chrzestnego tutejszego techno – Jacka Sienkiewicza i… Marka Raczkowskiego, to ostatecznie stawiam na miasto widziane z perspektywy niedawno przeprowadzonej tu wtedy Brodki i wciąż jeszcze mieszkającego wówczas w Krakowie Eltrona (Johna). Ten gęsty, ciemny, acz pozytywny, tulący się wręcz do człowieka puls nie dość bowiem, że brzmi jak lato nad Wisłą, to jeszcze stanowi ważny krok na drodze Moniki z głównego nurtu do alternatywy.
Dudek P56 - Warszawa
Być może już powstał w międzyczasie kolejny, warszawski utwór muzyczny, jednak ten zeszłoroczny hymn miłosny Dudka P56 jest ostatnim, który przeszedł mi dreszczem po całym ciele i po raz wtóry wzbudził we mnie dumę z tego, gdzie dane mi było się urodzić. Na wskroś osobisty, a jednocześnie bardzo uniwersalny, podniosły, acz intymny, podwórkowy i historyczny. Kiedy go pierwszy raz słuchałem, przypomniały mi się słowa mojej prababci Agatki, która do powstania warszawskiego szła pod pseudonimem Fela. Ta silna, a jednocześnie ciepła kobieta nieraz powtarzała: wojna,niewojna,tańczyćtrzeba,śpiewać, dzieci robić i o tym właśnie jest ta oda do Warszawy, miasta po wielokroć podbijanego, acz nigdy nie zdobytego; miasta wielu miast – tytoświat,wielkiświat –macośwsobie–każdazdzielnic
Błoto - Godzina W
Nieliczne projekty muzyczne o kwestiach trudnych i bolesnych potrafią nagrywać utwory bez reszty wciągające i domagające się wręcz kolejnego odsłuchu. Jeszcze mniej jest takich, które o rzeczonych sprawach mówią bez słów, za pomocą samych instrumentów. Skoligacony z kolektywem EABS wrocławski kwartet Błoto wypracował w tym względzie własny język. I choć jego reprezentanci wychowali się na Dolnym Śląsku i w Wielkopolsce, to wybuch powstania warszawskiego zamknęli w dźwiękach na wskroś celnych – nie dość, że wartkich i pełnych napięcia, to jednocześnie też dających nadzieję i… bliskich chodnika. Uciekając od zbędnego patosu, Błotniacy nagrali swego rodzaju krótki metraż w formie audio, a ja słuchając tego nagrania na pętli, nie mogłem wyrzucić z głowy słów Mirona Białoszewskiego z początku „Pamiętnika z powstania warszawskiego”: byłemwtedybardziejnaiwny isentymentalny,niewycwaniony,poczemui czasybyły,naiwne,pierwotne,niecobeztroskie, romantyczne,podziemne,wojenne...
Kaz Bałagane - Ta syrenka nie potrafi pływać
Nikt inny nie piętnuje dziś przywar tego miasta jak Książę Nieporządek. Pokaźna część dyskografii Kaza Bałagane przypomina bowiem celny i bystry roast Warszawy, która bierze chwilówki na zakupy w Vitkacu, zamiast konceptów talerzykowych wybiera po pijaku hot doga z Żabuli i rzyga resztkami całotygodniowego stresu pod Smolną. Wychowanek Mirowa nie dość jednak, że jest kąśliwy i cierpki, to jest również niesamowicie spostrzegawczy, w swoich wersach filmowo wręcz obrazowy i na swój przekorny sposób na wskroś ludzki. Wylewny potrafi być – co prawda –tylko w rozmowie z… kobietą, ale między słowami tych piosenek co rusz wybrzmiewa jego troska o własne miasto i politowanie, z jakim patrzy na ludzi, którzy się tu co dzień (i co noc) gubią. Bodajże najlepiej jego kronikarski sznyt wybrzmiewa na płycie „B&B Warsaw”, jednak różnych pocztówek z Warszawy wysłał już na swoich albumach dziesiątki i każda jedna zdaje się z przekorą pytać czytutajpoczułyście/poczuliście prestiż?
Vavamuffin - VavaTo
Debiutancki album stołecznego kolektywu Vavamuffin spadł na tę metropolię – i szerzej też cały kraj –z tytułowym „Vabang!”. Wpisując się w gremialny, dancehallowy zwrot początku lat dwutysięcznych, dał swoim słuchaczom tak potrzebny w tamtym czasie oddech od miastarapu,miastaprzestępstw. Bo choć Pablopavo, Reggaenerator i Gorg nie uciekali w swoich wersach od tematów trudnych i przygnębiających, to jednocześnie widzieli tu mnóstwo pozytywów. Jako nieodrodni wychowankowie sceny sound systemowej dbali o świadomość historyczną i pamięć o tych, którzy grali przed nimi, ale też nieustannie z nadzieją patrzyli w przyszłość. Reggae łączyli z raggamuffinem, dubowe techniki z dancehallową energią, a zapomniany, warszawski folklor z młodą jeszcze wtedy rapową ekspresją podwórek. Od Grochowa po Ochotę, od Tarchomina po Siekierki, od wolskiego CDQ po śródmiejski Punkt niosła się więc wieść, że Vavato,Vavato,Vavatorootsreggae,man!
„KAMIONEK”
MARCIN WICHA I AGNIESZKA RAYYS. (WYD. MUZEUM WARSZAWY)
Mieszkając na Kamionku, nigdy nie wiedziałam, gdzie on się kończy, a gdzie zaczyna. Kiedy powstał? „Kto go tam wie!” – odpowiada Marcin Wicha w pięknej, ilustrowanej fotografiami Agnieszki Rayss książce „Kamionek”. Uprawia grochologię i kamionkografię, z uważnością, tak dla niego charakterystyczną, opisuje zakamarki, uliczki, wraki balkonów, popękane chodniki, spod których śmiało wyrastają chwasty, zadowolone z pozostawienia ich w spokoju. To na Kamionku (w 1573 roku) odbyła się pierwsza wolna elekcja. To tu powstała pierwsza utwardzona droga w Królestwie Polskim (jej budowę ukończono w 1823 roku), upamiętniona – o dziwo – obeliskiem, który stoi po dziś dzień. Tu wznoszono pierwsze fabryki. Wicha opowiada nam o historii jak romantyczny wędrowiec, zachęcając do spacerowania tu latem – w końcu to wtedy „nocą na ulicy czuć zapach ziół”, a „cegły pachną jak świeża glina”. Ale – ja już to wiem –Kamionek najlepiej zwiedzać jakby mimochodem, bo „świat pokazuje nam się wtedy, kiedy jesteśmy zajęci własnymi sprawami”. Czytamy: „W świecie, gdzie uwaga stała się podstawowym płaciwem, ludzie, wydarzenia i przedmioty walczą o chwilę zainteresowania, grochologia i kamionkografia zachęcają do rozrzutności”. Tak faktycznie jest. Idąc na spacer z „Kamionkiem”, odkrywamy inną czasoprzestrzeń. Miszmasz, bałagan, zawrót głowy. I zakochujemy się w tym od pierwszego wejrzenia.
CHODŹMY SIĘ PRZEJŚĆ!
Zanim na każdym rogu powstaną lokale z matchą, lodami rzemieślniczymi, a wielcy deweloperzy będą kusili mieszkaniami „rzut beretem od centrum”, warto razem z pisarzami i pisarkami poflanerować po Pradze-Południe, czyli powłóczyć się bez celu, bez nastawiania się na wielkie przygody. Na Kamionku, Grochowie, Gocławiu czas się zatrzymał.
To tu – za Marcinem Wichą – mamy ochotę „wysławiać trawniki, okazywać czułość podeptanym płytom chodnikowym”. Wyznawać uczucie, pożyczając słowa od starych piosenek. Patrzeć – jak Marek Bieńczyk – na ospałe koty przy Rondzie Wiatraczna.
Pójść na bazar z „Pustostanami” Doroty Kotas pod pachą. Odkrywać nieoczywiste piękno, ale takie jest chyba najwspanialsze, prawda?
„RONDO WIATRACZNA” MAREK BIEŃCZYK (WYD. KARAKTER)
Wasz literacki spacer będzie niekompletny, jeśli nie sięgniecie po „Rondo Wiatraczna” Marka Bieńczyka. Pisarz, podobnie jak Kotas i Wicha, zwraca uwagę na to, że Praga-Południe wyostrza wzrok na szczegóły. Błahe, jak „przeloty ptaków na rozgrzanym niebie”, „ludzie na przystankach busów jadących na wschód zamarli na ciężkich tobołach”.
Bieńczyk zauważa, że „podobnie jak psy i koty dzielnice też stają się ludźmi, tylko inaczej. Odzywają się więc do nas, nieco personifikują. Co mi tam rzekniesz, miasto? Co tam mamroczesz, dzielnico? Co tam seplenisz, ulico?”.
Co mamrocze do nas Grochów? Nie zawsze możemy to usłyszeć. Może opowiada o swoim braku decyzyjności: czy czuje się terenem ściśle miejskim, czy może wciąż wiejskim, a może małomiasteczkowym? Może wspomina, że jeszcze gdzieniegdzie można tu znaleźć kurnik wśród budynków, blaszane, zardzewiałe garaże i pojedyncze cegły, pozostałości po Forcie Grochów?
Może śpiewa piosenki Stachury, który to właśnie tu, w jednym z bloków, zakończył swoje życie? Z pewnością mamrocze też (z niezadowoleniem) o nowoczesnych blokach, którym opiera się ze wszystkich sił i – o dziwo – nawet mu się to udaje. Jak pisze Bieńczyk: „W dziwny sposób dzielnica stawała przeciw, nie pozwalała zanadto osłabić swojej naturalnej immunologii”. Mieszkając na Grochowie, tuż przy Rondzie Wiatraczna, zauważam, że Żabki i paczkomaty powstają tu nieśmiało. Jakby nie chciały zabierać miejsca sklepom typu Społem, licznym lumpeksom, przedziwnym i nigdy nieodwiedzanym sklepom z zakurzonymi meblami i lampami. I dobrze. Wyjątkowość Pragi- Południe trzeba pielęgnować. I odwiedzać ją często, bo nie wiemy przecież, do kiedy starczy jej sił na to, by stawiać opór gentryfikacji.
„PUSTOSTANY”
DOROTA KOTAS (WYD. NIEBIESKA STUDNIA)
Gdy nasycimy się już Kamionkiem (jeśli to w ogóle możliwe), sięgnijmy po debiut Doroty Kotas. To książka, przez którą spora część Warszawiaków zaczęła odważniej zapuszczać się w dzielnice „po tej drugiej stronie Wisły”. Autobiograficzna proza opowiada o codzienności bezrobotnej dziewczyny żyjącej tuż obok Placu Szembeka, starającej się codziennie robić „chociaż jedną rzecz, która nada jej życiu chociaż minimum sensu”. „Pustostany” miały swoją premierę dokładnie wtedy, gdy premierę miało także moje mieszkanie w miejscu akcji tej książki. Z dziką przyjemnością poranną porą chodziłam na Bazar Szembeka, a wieczorami zaczytywałam się w jego opisach, czując się tak, jakby Kotas zamieszkała na chwilę w mojej głowie. Przecież opisywała dokładnie moją poranną wycieczkę: panie z naręczami firanek zaczepiające każdego przechodnia, chłopców z nalewką serwowaną prosto z bagażnika Opla, Azjatki z neonowymi majtkami na sznurku, piekarzy nadziewających pączki malinową marmoladą. Wszystko się zgadza. Do dziś! Prawdziwym odkryciem była jednak Temperatura. To dzięki Dorocie Kotas poznałam wyjątkowe miejsce na mapie Warszawy – kawiarenkę, w której urzęduje ekscentryczny Seweryn, zwany Pomedorem, witający każdą przybyłą osobę kawą parzoną po turecku i mnóstwem przedziwnych historii. Kawiarnia, po kilku latach, znów prosperuje, więc zachęcam was do odwiedzin –bez gwarancji, że akurat nie pocałujecie klamki. Temperatura ma przedziwne godziny działania, nie do końca jasne nawet dla samego Pomedora.
Nie ma sensu tego kryć, bo i tak odkryjecie to podczas spaceru sami: Praga-Południe jest także słynna ze swojego miejscowego folkloru małych sklepów alkoholowych, notorycznie obleganych przez te same ekipy. Zwraca na to uwagę także i Kotas, nazywając jeden z najsłynniejszych grochowskich monopolowych „agorą Grochowa”. To tu odbywają się konkursy śpiewania, zagorzałe dyskusje dotyczące ulubionych drużyn piłkarskich lub po prostu libacje zakończone wizytą w znajdującym się obok kebabie. „Pustostany” zachęcają do zapuszczania się w miejsca nieoczywiste, zatrzymane w czasie, nieco obskurne i w tej swojej obskurności niezwykle przyciągające. Przyjeżdżając na Grochów, weźcie książkę i kilka złotych na kawę w Temperaturze (nie, nie można blikiem). Będziecie zachwyceni.
TEKST: ALEKSANDRA PAKIEŁA
ZDJĘCIA: TADEUSZ MICHALSKI
ludzie i zwierzęta
OPIEKUN, NIE WŁAŚCICIEL
Nawet jeśli nie mieszkacie w Warszawie, to prawdopodobnie widzieliście jej zdjęcia na Instagramie. Publikuje fotografie czworonogów wraz z urzekającymi historiami opowiadanymi przez ich opiekunów. Pod jej postami znajdziecie tysiące lajków, setki komentarzy i wyznania miłości (głównie pod adresem psów). Profil Piesek warszawski powstał ponad osiem lat temu i wciąż rośnie w siłę. Kasia Zanio opowiedziała mi o jego początkach i inicjatywach, które wspiera, a do tego zdradziła, dlaczego woli nie mieć zdjęcia, niż zrobić je telefonem. Spotkaliśmy się w Parku Kępa Potocka, na granicy Żoliborza i Bielan, gdzie często chodzi na „łowy” z aparatem.
ROZMAWIAŁ ZDZISŁAW FURGAŁ
ZDZISŁAW FURGAŁ : Czy Warszawa jest przyjazna pieskom?
KASIA ZANIO: Moim zdaniem bardzo. Niektórzy twierdzą, że Warszawa jest okropnym miejscem do życia z psem. No tak, w centrum, pod Pałacem Kultury trochę ciężko o relaks, ale to bardzo zielone miasto z mnóstwem parków, gdzie psy mogą swobodnie biegać i zaspokajać swoje potrzeby. W stolicy jest też wiele miejsc otwartych dla psów – kawiarni, restauracji czy ośrodków kultury. Dziś z psem można pójść nawet do kina na specjalny seans, choć tego za bardzo nie polecam. Lepiej wybrać się na spacer.
To jakie miejsca polecasz na spacery?
Uwielbiam Kępę Potocką i Park Młociński. Chodzę często nad Wisłę. Lubię też robić zdjęcia na Polu Mokotowskim – nieważne, o której godzinie tam się pojawię, zawsze znajdę jakiegoś pieska. No i Skaryszak – olbrzymi park, pełen zakamarków, leśny i dziki.
Ale chyba dość mocno zatłoczony, szczególnie w weekendy...
Nigdy nie robię zdjęć w weekendy. Nie lubię tłumów, a w tygodniu zawsze znajdą się jakieś psy do sfotografowania. Nie lubię też robić zdjęć w zimie.
Jak powstał Piesek warszawski?
Ten projekt zrodził się z tęsknoty za psem. Po śmierci Nory, która mieszkała w moim rodzinnym domu, przez wiele lat nie mogłam pozwolić sobie na kolejnego psa. To olbrzymi obowiązek, a ja miałam pracę i wyjazdy. W międzyczasie zaczęłam robić zdjęcia, czym zaraził mnie mój mąż, który jest fotografem. I pomyślałam sobie, że skoro nie mogę mieć swojego psa, to zacznę fotografować cudze i w ten sposób przynajmniej będę miała z nimi jakiś kontakt.
Miałaś konkretny pomysł na to konto?
Na początku chciałam tylko pomagać bezdomnym zwierzętom, więc fotografowałam psy w Schronisku na Paluchu. Zawsze miałam słabość do husky, malamutów i ras pierwotnych – wspomniana Nora była prawdziwym husky, a nasz obecny pies, Kala, to hybryda – miks husky, kundelka i obstawiam, że trochę border collie. Umówiłam się z wolontariuszami z grupy „Wilki” ze Schroniska na Paluchu na zdjęcia. To był trochę strzał w kolano, bo wiadomo, że to bardzo energiczne psy – uchwycić je na fotografii to był nie lada wyczyn. No i te pierwsze zdjęcia na Pieska warszawskiego wyszły strasznie koślawe, ale bardzo lubię do nich wracać. Tak to wszystko się zaczęło.
Czym się na początku inspirowałaś?
Chciałam, żeby to bardziej były takie portrety lifestyle'owe, a nie po prostu fotki psów. Podziwiam Elliotta
Erwitta. Jego styl fotografowania jest mi bardzo bliski. Takie zdjęcia tworzę, minimalistyczne, na których psy są psami. Na pewno moją największą, internetową inspiracją był The Dogist, który rozpoczął boom na psią fotografię.
Pies jest u ciebie często wytrychem do opowieści, bo ludzie się otwierają, opowiadają swoje historie. Kto jest najbardziej chętny do zwierzeń?
Zdecydowanie starsze osoby! Uwielbiam do nich podchodzić – zwykle same chcą rozmawiać. Zazwyczaj proszę ludzi o to, by powiedzieli 2-3 zdania na temat swojego pieska. Dziś na przykład spotkałam panią Jolę, mocno po siedemdziesiątce – od razu przeszłyśmy na „ty”, super się rozmawiało. Starsze osoby mają potrzebę wygadania się. Czasem może to wynikać z samotności, ale są też bardziej kontaktowe. Do tego mają większe doświadczenie życiowe, dlatego też ładniej opowiadają o swoich pupilach. Czasami psy podchodzą do mnie same – takie momenty są najlepsze.
Miewasz sytuacje, że widzisz pięknego psa i czujesz potencjał do rozmowy, ale z jakiegoś powodu nic z tego nie wychodzi?
Rzadko. Chyba zdobyłam już taką umiejętność, że potrafię ocenić, do kogo mogę podejść. Widzisz, tam po drugiej stronie stawu stoi chłopak. On jest spokojny, jego pies również – jestem pewna, że mogłabym teraz do nich podejść, pogadać i zrobić zdjęcia. Natomiast na pewno nie podchodzę do psów i ich opiekunów, gdy na pierwszy rzut oka widać, że ktoś pracuje ze zwierzęciem albo moja obecność mogłaby wywołać dyskomfort u czworonoga. Nie chcę im przeszkadzać. Nie podchodzę też do osób, które rozmawiają przez telefon i widać, że są zajęte.
A co powiesz o ludziach, którzy idą z psem i mają na uszach słuchawki. Zawsze wydawało mi się to trochę niewłaściwe…
Zgadzam się, nie powinno tak być. Spacer z psem powinien być dla psa. Ja przynajmniej wychodzę z takiego założenia. Psy są od nas całkowicie zależne. To my decydujemy o tym, kiedy wyjdziemy z nimi na spacer czy kiedy dostaną jedzenie. My wybieramy czas do zabawy piłeczką czy szarpakiem. Spacer powinien być w 100 procentach dla psa i to na niego powinna być skierowana nasza uwaga. Ze zwierzęciem powinna zachodzić tzw. harmonizacja.
Mówiłaś o podchodzeniu do ludzi i proponowaniu zdjęć, a czy zdarza się, że dumni opiekunowie psów sami się do ciebie odzywają na Instagramie, bo bardzo chcieliby się znaleźć na Piesku warszawskim?
Tak. Na początku umawiałam się z takimi osobami, bo miałam na to czas. Mój profil nie był jeszcze tak rozpoznawalny. Teraz ma ponad 70 tysięcy followersów, więc
miałam na to czas. Mój profil nie był jeszcze tak rozpoznawalny. Teraz ma ponad 70 tysięcy followersów, więc jest ciężko. Umawiam się raczej z osobami z fundacji, ze schronisk, robię zdjęcia psom, które szukają domów.
Czy masz jakieś ramy czasowe na szukanie bohaterów, czy jesteś cały czas w gotowości z aparatem w plecaku?
Powinnam być, bo nigdy nie wiadomo, czy nie trafi się na jakąś ciekawą postać z nietuzinkowym psem. Kiedyś miałam taką sytuację: byliśmy na Bielanach, chodziliśmy między blokami i był tam taki starszy pan – „disco kolarz”. Świetnie ubrany: miał odblaskową koszulkę, getry, do tego miał pięknego psa. I nie miałam przy sobie aparatu, a to byłyby genialne zdjęcia, naprawdę. Stare bloki, architektoniczne łuki, świetna kompozycja. No, ale nie miałam aparatu, a powinnam była mieć.
A nie myślisz sobie w takiej sytuacji, że trudno, ale ten jeden raz zrobię zdjęcie telefonem?
Czasami tak, ale jednak aparat to aparat. Bardzo mnie drażni i denerwuje bylejakość na dzisiejszym Instagramie. Bardzo staram się trzymać poziom, czasami coś nie wyjdzie, ale prawie zawsze widać, czy coś jest robione telefonem. Mój mąż jest fotografem i on mnie nauczył, że jakość jest ważna. To, co publikujesz, świadczy o tobie.
Pieska warszawskiego prowadzisz już prawie dziewięć lat. Uważasz, że psi Internet się zmienił?
Sam Instagram bardzo się zmienił. Jest mnóstwo psich kont, które są prowadzone przez... psy. Jest też wielu psich influencerów. Każdy pragnie być sławny i zrobi wszystko, żeby to osiągnąć. Czasami widać, że psy wpychane są w sytuacje niekomfortowe, nie chcą występować w filmikach czy pozować do zdjęć, czuć, że to jest robione na siłę.
Inaczej dziś podchodzimy do psów, uczłowieczamy je. Kilka lat temu pojawiło się nawet określenie „psiecko”. Wydaje mi się, że psy są lepiej traktowane, bardziej zwraca się uwagę na ich podmiotowość, w sprawach sądowych zapada więcej wyroków skazujących za znęcanie się nad zwierzętami. Ludzie kochają psy, dbają o nie, niektórzy nawet nie jeżdżą na wakacje, żeby nie zostawiać czworonoga w hoteliku czy u znajomych. A co do psiecka… Moim zdaniem powinno się traktować psa jak psa. Należy pamiętać o tym, że to inny gatunek i każda osoba, która zaprasza zwierzę do swojego życia, powinna zapoznać się z jego podstawowymi potrzebami. Można traktować psa jak członka rodziny, sama tak traktuję moją Kalę, ale w tej miłości nie można przesadzać. Ubieranie w ubrania, kiedy nie jest to potrzebne i nie wiąże się z niską temperaturą, zakładanie kapelusików, okularów, ozdobnych bucików i sukienek. Te wszystkie sesje zdjęciowe… Jestem temu totalnie przeciwna.
ZDJĘCIE KASI - PAWEŁ ZANIO ZDJĘCIA PIESKÓW - PIESEK WARSZAWSKI ludzie
Czy Piesek warszawski angażuje się w tematy nagłaśniane przez media? Czy komentował to, co o śmierci zwierząt mówił prof. Bralczyk lub podsumowywał głosowanie nad ustawą łańcuchową?
Ja przede wszystkim angażuję się w promocję świadomej adopcji psów. Od samego początku istnienia mojego projektu jeżdżę do Schroniska na Paluchu i biorę udział w ich akcjach, takich jak np. „Adoptuj Warszawiaka”. Staram się też głośno mówić o tym, że w schroniskach nie mieszkają tylko psy agresywne i z problemami. Czasem trafiają
tam też zwierzęta prosto z kanapy, które z dnia na dzień straciły swoje domy, bo zmarł ich opiekun. Właśnie, opiekun, nie właściciel. Używajmy tego terminu, bo pokazuje on podmiotowość psa, a nie przedmiotowość. W kontekście praw zwierząt słownictwo jest bardzo ważne. Dlatego też zadaję moim rozmówcom pytanie: „Kim dla ciebie jest twój pies?”, żeby tę podmiotowość podkreślić.
Mikolarst wo STOSOWANE
„Do Wisły, a potem na północ czy na południe?” – to pytanie, które zadają sobie kolarze ruszający na przejażdżkę z centrum Warszawy. Wisła wyznacza naturalne rowerowe wylotówki: wzdłuż niej przez większość czasu biegnie droga rowerowa (asfaltowa, brukowa lub szutrowa – w zależności od brzegu i odcinka). Mało skrzyżowań, niewiele świateł, jeszcze mniej powodów, żeby się zatrzymywać. Nic tylko wsiadać i jechać.
TEKST: JONASZ TOŁOPIŁO
Przychodzi jednak moment, w którym wiślana trasa przestaje zaskakiwać, a letnie weekendy zamieniają drogi rowerowe w korki. Z pomocą przychodzą wtedy komunikacja miejska i PKP. Do tych miejsc bez problemu dojedziesz z rowerem, a w gratisie dostaniesz naturę, ciszę i smak kolarskiej przygody.
Kampinos
– START METRO MŁOCINY, ~ 20 MINUT Z CENTRUM WARSZAWY [SZOSA/ GRAVEL/MTB]
Oczywisty wybór, co wcale nie znaczy, że zły. Niewiele europejskich metropolii może się poszczycić tym, że przesłuchując jedną EPkę, można z centrum przeskoczyć metrem do parku narodowego. Trzeba korzystać! W Kampinosie do wyboru do koloru. Malownicze trasy dla szosiarzy – z asfaltem różnej jako-
ści, ale my tu nie narzekamy, tylko pedałujemy – które pozwolą z minimalną liczbą postojów na światłach zrobić kilkugodzinny trening. Singletracki, czyli wąskie, naturalnie ubite ścieżki między drzewami, czekają na poszukujących mocniejszych wrażeń gravelowców i kolarzy górskich. A dla całej reszty masa nieubitych dróg przecinających Kampinos wzdłuż i wszerz. Dobra rada: z reguły dobrze unikać tych głównych szlaków, bo w czasie letniej suszy zamieniają się w piaskownice.
Nowy Dwór Mazowiecki – START NOWY DWÓR MAZOWIECKI ~ 35 MINUT Z CENTRUM WARSZAWY [SZOSA/ GRAVEL/MTB]
A może na północ? Okolice lotniska w Modlinie potrafią oczarować i szosiarzy, i amatorów terenowej jazdy. Wysia-
dając z pociągu R90 na stacji w Nowym Dworze Mazowieckim można uderzyć na północ, w stronę Pomiechówka, Nasielska i Gąsocina, albo ruszyć wzdłuż Narwii aż do Nieporętu, mijając po drodze Wieliszew. Dla tych wytrenowanych – powrót do miasta na kołach, przez ultramalowniczą ścieżkę wzdłuż Kanału Żerańskiego, dla tych z mniejszym zapasem mocy – pociąg do Legionowa i przesiadka do centrum. Za Nieporętem w stronę Białobrzegów obowiązkowy przystanek w Porcie Kawiarnia – kolarskim lokalu kolarza szosowego Stanisława Aniołkowskiego.
Szutry nad Wesołą
– START WARSZAWA MOKRY ŁUG, ~25 MINUT Z CENTRUM WARSZAWY [GRAVEL/MTB]
Nieco ponad 20 minut ze Środmieścia linią R6 i przed oczami mamy zupełnie inny, nieśródmiejski krajobraz. Miłośnicy szutrówek znajdą tu szerokie drogi pożarowe, wielbiciele natury – rezerwat przyrody Mosty Kalińskie, wielbiciele militariów – liczne bunkry (w przeciwieństwie do tego, co mawiał klasyk), strzelnicę, a także Muzeum Bitwy Warszawskiej 1920 r. Oprócz tego rzeczka, powalone pnie i chwiejące się mostki. Wszystko, czego trzeba, żeby poczuć, że zdystansowaliśmy się od miasta.
Warka
– START WARKA ~ GODZINĘ Z WARSZAWY GDAŃSKIEJ [SZOSA]
Robi największe wrażenie wczesną majową porą, kiedy okoliczne sady kwitną, a kadry nadają się na Instagrama. Ale w środku lata tylko największy maruda stwierdzi, że określenie „Mazowiecka Toskania” jest w przypadku tego regionu na wyrost. Po godzinnej przejażdżce z Warszawy Gdańskiej linią R80 lądujemy w Warce, gdzie w zasięgu dobrego rowerowego treningu mamy do dyspozycji okolice Grójca, Tarczyna, Czerska i Góry Kalwarii – tak, tej, gdzie znajduje się słynna w kolarskiej Polsce Góra Kawiarnia. Nie jest tu co prawda aż tak pagórkowato jak w oryginalnej Toskanii – wszak znajdujemy się nadal w „płaskopolsce” – ale komu to przeszkadza?
Bolimowski Park Krajobrazowy
–START ŻYRARDÓW ~ 50 MIN Z CENTRUM WARSZAWY [GRAVEL/MTB]
Niecałe 50 minut ze Śródmieścia linią R1 i zaczynamy rowerową ekwilibrystykę na granicy województw mazowieckiego i łódzkiego: tu na moment wskoczymy do jednego, żeby zaraz znaleźć się w drugim, w międzyczasie da się też
ale my tu nie narzekamy, tylko pedałujemy.
przeciąć autostradę A2 (ale w bezkolizyjnym miejscu, bez żadnych nieodpowiedzialnych manewrów!). Piękne lasy, Pałac Sobańskich, można też przejechać kawałek wzdłuż rzeczki Rawka – chętni mogą również rozważyć spływ kajakowy. Ale to przy kolejnej wizycie, bo z rowerem w kajaku będzie ciasnawo.
Dęblin/Siedlce
– START DĘBLIN/SIEDLCE ~ 1H-2H Z CENTRUM WARSZAWY [SZOSA]
Wiatr w kolarskiej Polsce bywa sprzymierzeńcem (gdy jedziemy z wiatrem), równie często jednak potrafi pokrzyżować szyki pobicia rekordów prędkości na trasie – gdy bezceremonialnie wieje nam przez kilka godzin prosto w twarz. W kolarstwie szosowym to całkiem duża różnica! Przyklaskując idei jazdy z wiatrem, mamy dwie propozycje – w różnych kierunkach, ale oparte na tym samym założeniu. Najpierw sprawdzamy, skąd wieje i czy pokrywa się to mniej więcej z jedną z tych tras. Potem decyzja jest prosta: albo ruszamy spod domu i jedziemy przed siebie aż do Dęblina lub Siedlec, albo łapiemy pociąg i wracamy do Warszawy już na rowerze. I choć znajdą się malkontenci powtarzający kolarskie powiedzonko „z wiatrem to i śmieć poleci”, nie trzeba się nimi przejmować.
Elliott Erwitt nie fotografował wielkich wydarzeń, a raczej chwile, które inni przegapiali. Potrafił opowiedzieć historię świata za pomocą niezręcznego pocałunku, przypadkowego gestu albo spojrzenia psa.
Gdyby żył dziś, pewnie miałby jedno z najciekawszych kont na Instagramie. Zamiast tego przez ponad siedem dekad robił zdjęcia, które działają lepiej niż najlepsze posty w Internecie: zatrzymują uwagę, wzruszają i zostają w głowie na długo, tyle że bez filtrów, algorytmów i walki o lajki.
Erwitt fotografował prezydentów, gwiazdy kina, przechodniów, zakochanych i psy. Te ostatnie stały się jednymi z jego najbardziej rozpoznawalnych bohate-
rów. Mówił, że psy widzą więcej butów niż ktokolwiek inny. Dlatego często schodził z aparatem niemal do ich poziomu i pokazywał świat z zupełnie innej perspektywy. Na jego zdjęciach psy są nie tylko zwierzętami – mają własny charakter, humor i miny, jakby doskonale wiedziały, że właśnie kradną całe ujęcie.
Choć przez dekady dokumentował ważne momenty historii XX wieku, był przede wszystkim ironicznym obserwatorem, a nie klasycznym dokumentalistą. Bardziej
niż same wydarzenia interesował go człowiek, jego dziwactwa, emocje, przypadki i małe absurdy codzienności. Miał wyjątkowy talent do zauważania tego, co zwykle umyka: spojrzeń i gestów, które trwają sekundę, a potem stają się opowieścią.
Erwitt odwiedził również Polskę. Fotografował Warszawę, Kraków, Gdańsk i Częstochowę, zostawiając po sobie obrazy kraju, którego już nie ma. Ale nawet wtedy, bardziej niż wielka historia, interesowali go ludzie – ich emocje, relacje i codzienność.
Jeśli chcecie zobaczyć, jak jeden z najważniejszych fotografów XX wieku patrzył na świat, warto zajrzeć do Domu Spotkań z Historią. Na wystawie „Elliott Erwitt. Retrospektywa” zobaczycie nie tylko jego najbardziej ikoniczne fotografie z różnych stron świata, ale także kadry wykonane podczas jego wizyt w Polsce.
To wyjątkowa okazja, by spojrzeć na Warszawę i nasz kraj oczami fotografa, który potrafił znaleźć niezwykłość w najbardziej zwyczajnych momentach.
Na wystawie, która będzie dostępna w Warszawie do 20 września 2026 roku, można zobaczyć 130 jego fotografii.
TEKST: EWA DZIDUCH-PIASECKA
MAX JANUSZEWICZ
war sza wa NOSI SIĘ
Spotkasz ich na przystanku, przy przejściu dla pieszych, w drodze po kawę...
To oni tworzą styl miasta – nieoczywisty, autentyczny i zawsze własny.
Przez chwilę zatrzymaliśmy warszawską codzienność, żeby pokazać ludzi, którzy udowadniają, że to miasto to stolica własnych pomysłów.
ZDJĘCIA: TOMASZ WŁODARCZYK
NIE WIEMY, DOKĄD SZLI. WIEMY, ŻE WARTO BYŁO
NAJLEPSZE HISTORIE ZACZYNAJĄ SIĘ
PO ZMROKU
Plaże, dziedzińce i parki zamieniają się w kina bez dachu. Mieszkańcy zajmują miejsca na leżakach i wracają do jednego ze swoich najprzyjemniejszych letnich rytuałów.
TEKST: KRZYSZTOF KUJAWA
Długo czekamy na ten szczególny moment. Kiedy miasto zaczyna zwalniać, wieczorne powietrze robi się ciepłe, a na placu, w parku albo na nadwiślańskiej plaży zapalają się pierwsze światła ekranu. Warszawa latem zamienia się w jedno wielkie kino. Darmowe, otwarte dla wszystkich. Wystarczy zabrać koc, spray na komary i dobry humor. Od plaży Poniatówka po park na Bielanach, od zabytkowych browarów po żoliborski dziedziniec – w stolicy działa kilkanaście plenerowych miejsc filmowych. Każde ma swój klimat, własny repertuar i widownię. Wszystkie łączy jedno: magia oglądania filmu pod niebem.
Plac Defilad. W Stronę Zachodzącego Słońca!
Kino pod pałacem brzmi godnie. LOT Kino Letnie: W Stronę Zachodzącego Słońca zadomawia się pod Pałacem Kultury i Nauki od początku czerwca do początku września – we wtorki, czwartki i soboty. Zanim zmrok zapadnie nad miastem, na Placu Defilad zjawia się kilkaset osób z kocami, torbami wypakowanymi jedzeniem i poduszkami pod pachą. Leżaki są na miejscu, ale warto przyjść dwie godziny wcześniej, bo tym, którzy pojawią się w ostatniej chwili, pozostanie raczej trawa albo własna mata.
Program to istny festiwal gatunków: arthouse sąsiaduje z hollywoodzkim hitem, dokument z komedią, premiera serialu z retrospektywą. Wszystko odbywa się po zachodzie słońca, filmy wyświetlane są w oryginale z polskimi napisami. Gdy sierpniowe wieczory robią się krótsze, seanse przesuwają się na wcześniejszą porę i właśnie wtedy
miasto wygląda najpiękniej: złote niebo, a na ekranie Cate Blanchett albo Buster Keaton. Pada deszcz? Nic się nie dzieje. Projekcja przenosi się do sali Kinoteki. Żaden seans nie zostaje odwołany, bo zawsze jest doskonały plan B. 2 czerwca – 5 września, we wtorki, czwartki i soboty, o godzinie 21:30 (w czerwcu i w lipcu) lub o godzinie 20:30 (w sierpniu i we wrześniu), wstęp wolny
Żoliborz i duch Andrzeja Wajdy
Są kina plenerowe duże i małe. Halo, kino Tęcza! należy do tych kameralnych i to właśnie jest jego siłą. Centrum Kultury Filmowej im. Andrzeja Wajdy latem przenosi seanse na dziedziniec Teatru Komedia, w zielone, sąsiedzkie serce Żoliborza. Wstęp jest wolny, atmosfera domowa, a widownia taka, że po seansie naturalnie wywiązuje się rozmowa.
W tym roku dzieje się tu coś wyjątkowego. W każdy czwartkowy wieczór lipca i sierpnia będzie można zobaczyć jeden film Andrzeja Wajdy – patrona centrum, który przez lata był związany właśnie z tą dzielnicą. Program ułożył się w niezwykłą retrospektywę: od „Kanału” przez „Popiół i diament”, „Wesele” i „Ziemię obiecaną”, aż po „Człowieka z marmuru”, „Człowieka z żelaza” i „Wałęsę. Człowieka z nadziei”. Każdemu seansowi towarzyszy prelekcja filmoznawcza – krótkie wprowadzenie w kontekst historyczny i artystyczny. Dziedziniec ozdabia wystawa plakatów zaprojektowanych przez uczniów Liceum Sztuk Plastycznych Cosinus, finalistów konkursu inspirowanego filmami Wajdy. A po projekcji „Niewinnych czarodziei”
– potańcówka w formie silent disco, bo ten film o jazzie i warszawskiej bohemie lat 60. inaczej się po prostu nie kończy. Żoliborz i Wajda to połączenie, które brzmi jak coś nieuchronnego.
W czwartki o godzinie 21:00 (w lipcu) i o godzinie 20:30 (w sierpniu), wstęp wolny
Browary Warszawskie. Kino autorskie
We wtorkowe wieczory od 10 czerwca do połowy września Rynek Warzelni na Woli zamieni się w plenerowe kino z ambicjami. Tegoroczny motyw przewodni to mistrzowie światowego kina: Woody Allen, Jim Jarmusch, Quentin Tarantino, Martin Scorsese, David Lynch, Pedro Almodóvar, Roman Polański. Pierwszy seans – „Blue Jasmine” z Cate Blanchett w reżyserii Allena – nada ton całemu latu. Klimat jest tu miejski i nieco nostalgiczny. Zabytkowe cegły browarów jako tło, food trucki w zasięgu ręki, wstęp wolny. Nie ma tu setek leżaków jak przy PKiN, ale jest przestrzeń, w której z łatwością można rozłożyć koc i stracić poczucie czasu. 10 czerwca – 16 września, we wtorki, o godzinie 21:00, przy ul. Haberbuscha i Schielego 6, wstęp wolny
Nad Wisłą. Plaże z ekranem
Dwa nadwiślańskie adresy, dwa różne nastroje. Plaża Poniatówka między Mostem Poniatowskiego a Świętokrzyskim to kino Warszawskiego Transportu Publicznego – nieregularne, niespodziewane, darmowe. Można tu
liczyć na leżaki, popcorn i letni wiatr. Sezon 2026 roku inaugurowano w tym miejscu majówkowym „Misiem”. Tu można usiąść na piasku plecami do rzeki i zapomnieć, że jest się w środku metropolii.
Niedzielne wieczory na Plaży Romantycznej mają jeszcze bardziej dziki charakter. To nadwiślańska przystań otoczona roślinnością, z drewnianymi altanami i leżakami. Zupełnie inna Warszawa niż ta, którą znamy z centrum. Seanse w ramach Filmowej Stolicy Lata przyciągają tu tych, którzy wolą film jako powód do wyjścia niż widowisko samo w sobie.
Parki, dziedzińce i ogródki
Kino plenerowe w Parku Szczęśliwickim odbywa się w każdy piątek przez całe lato w otoczeniu zieleni i ze starannie przygotowanymi leżakami. Chono Lulu przy Szczęśliwickiej to z kolei coś między bistro a kinem: warto tu przyjść na wtorkowe seanse przy lampce wina, w ogródku, gdzie nikt się nie spieszy. Westfield Arkadia w czwartki otwiera strefę kinową przed galerią – leżaki, klasyki i hity zwłaszcza dla tych, którym bliżej stamtąd do domu.
Na Bielanach, przy stacji Metro Słodowiec, Filmowa Stolica Lata rozgrywa swój czwartkowy rozdział. Ławki i leżaki, repertuar z charakterem, ostatni seans zaplanowano na 21 sierpnia. W Parku Henrykowskim na Białołęce sezon trwa od maja do końca września. Jest lokalnie, spokojnie, idealne miejsce dla tych, co wolą kino bez dojazdów. CH Ursynów oferuje coś osobliwego: można oglądać film, leżąc na trawie albo siedząc we własnym samochodzie.
Koc, spray i dobry film
Każde z tych miejsc ma swój rytm i własną publiczność, ale jest kilka rzeczy, które łączą wszystkie letnie seanse w Warszawie. Po pierwsze, spray na komary – obowiązkowy, zwłaszcza przy wodzie i w parkach. Po drugie, lekka bluza, bo letnie noce potrafią zaskoczyć. Po trzecie, własny koc albo mata, bo – gdy leżaków zabraknie – trawa jest równie dobra. I coś jeszcze: cierpliwość. Kino plenerowe nie zaczyna się punktualnie, musi być wystarczająco ciemno.
A czekanie na zmrok, z ulubionym napojem i szelestem traw w tle, to również część seansu. Warszawa latem jest piękna. Wystarczy wiedzieć, gdzie usiąść.
Tańcz
TEKST: KRZYSZTOF KUJAWA
Splot Słoneczny – nowe miejsce, ten sam cud
W tym sezonie kultowe imprezy przeniosły się na Tunelową 2A na Woli, pięć minut spacerem od Dworca Zachodniego. Nowa przestrzeń, ten sam pomysł: zaczynamy w środku dnia, tańczymy do zachodu słońca i dalej. Start o 16:00, zabawa do północy, bilet za 42 zł.
Cud nad Wisłą – latynoskie niedziele na piasku
Na Bulwarze Flotylli Wiślanej trwa coś, co Warszawa pokochała bezwarunkowo – bar, plenerowa scena i klub w otoczeniu zieleni z widokiem na rzekę. Latem regularnie odbywają się tu wydarzenia taneczne, a jednym z najbardziej rozpoznawalnych formatów jest Silent Disco.
Potańcówki na Grochowskiej – doświadczenie pod chmurką
Sinfonia Varsovia przyciąga na parkiet ludzi w każdym wieku, bez biletów. W programie bałkańskie sirba i horo, przedwojenne szlagiery, klubowe funk i disco, swing i salsa. Co tydzień inny styl, a przed zabawą pokaz i nauka z instruktorem. Cykl trwa przez sześć piątkowych wakacyjnych wieczorów od 19:00, bez rezerwacji.
Tańcz i nie odkładaj tego na noc.
Latem parkiety wyrastają tam, gdzie najmniej się ich spodziewasz, nad Wisłą, między drzewami, na dziedzińcach i w zabytkowych ogrodach. Jedni przychodzą dla muzyki, inni dla zachodu słońca, ale wszyscy zostają dla atmosfery. Przedstawiamy sześć miejsc, które udowadniają, że najlepsze letnie imprezy odbywają się pod gołym niebem.
I co najważniejsze – nie trzeba czekać do północy, żeby wejść na parkiet.
Wolska Potańcówka – retro w zabytkowych ogrodach
Ogrody Ulricha przy Wola Parku zamieniają się latem w jeden z najprzyjemniejszych plenerowych parkietów po zachodniej stronie miasta. Tegoroczny cykl łączy zabawę z DJ Wiką i DJ Skorpem, folkowe brzmienia Kapeli Nicponie i retro wieczór z Janem Emilem Młynarskim. Finał sezonu należy do Warszawskiej Orkiestry Sentymentalnej i klimatu przedwojennych dancingów. Wszystkie wydarzenia są bezpłatne i otwarte dla uczestników w każdym wieku.
Za Starzy na Techno – impreza, która zrozumiała dorosłość
Klub Oczki zaprasza na imprezę dla tych, którzy wolą Backstreet Boys od 140 BPM i zabawę od 16:00 do 22:00 zamiast do rana. Hity lat 80., 90. i 00. – Britney Spears, ABBA, Spice Girls. Cel wieczoru: 10 000 kroków na parkiecie, wyjście o 22:00 i wyspanie się w niedzielę!
Złota Milonga – tango w cieniu lip
Dla szukających czegoś bardziej kameralnego jest Złota Milonga przy Ogrodzie Krasińskich. Tango argentyńskie rozbrzmiewa tu w poniedziałki, czwartki i soboty, a każdy wieczór ma własną muzyczną oprawę. W otoczeniu zabytkowego parku to jedno z najbardziej nastrojowych miejsc do tańca pod gołym niebem w Warszawie.