Skip to main content

Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego „Suplement” – listopad/grudzień 2025

Page 1

MAGAZYN

SUPLEMENT LISTOPAD / GRUDZIEŃ 2025 MAGAZYN BEZPŁATNY ISSN 1739–1688

s.1


Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego „Suplement” Rektorat Uniwersytetu Śląskiego, ul. Bankowa 12, 40-007 Katowice Nakład: 1000 egzemplarzy Redaktor naczelny: Dawid Hornik (dhornik@us.edu.pl) Zastępca redaktora naczelnego: Katarzyna Tomczyk (tomczykkatarzyna17@gmail.com) Sekretarz redakcji: Patrycja Pieczka (patrycjapieczka2@gmail.com) Skład graficzny: Grzegorz Izdebski (studio.izdebski@gmail.com) Zespół korektorski: Daria Molenda, Anna Fijałek, Anna Majewska, Kamila Mendrok, Dagmara Szczęsny, Konrad Kitliński, Weronika Ochman, Paula Kosmala, Paweł Swadźba Grafika na okładce: Luiza Szczotka Zdjęcia wizerunkowe: Jakub Dyl, Kamila Sienkiewicz Wykorzystane zdjęcia: www.pexels.com, www.pixabay.com, www.unsplash.com, domena publiczna Ilustracje: Alicja Tomczyk, Luiza Szczotka, Natalia Bugaj, Kamila Sienkiewicz, Kateryna Vintsiuk Projekt layoutu: Grzegorz Izdebski, Kamil Kołacz

↘ | ZESPÓŁ REDAKCYJNY:

Dawid Hornik

Katarzyna Tomczyk

Patrycja Pieczka

Alan Żak

Marta Szamocka

Michalina Skwara

Luiza Szczotka

Daria Molenda

Dariusz Dybowski

Kateryna Vintsiuk

Marta Nowak

Alicja Gorczyńska

Anastasiia Hudym

Alicja Tomczyk

Patrycja Wojtas

Wiktor Krztoń

Wiktoria Żurek

Oliwia Nowak

Natalia Bugaj

Kamila Sienkiewicz

Ewelina Włodarska

Julia Konopka

Jessica Pelka

Paweł Swadźba

Agnieszka Malinowska

Marlena Chowaniec

Anna Fijałek

Anna Majewska

Kamila Mendrok

Dagmara Szczęsny

Konrad Kitliński

Weronika Ochman

Paula Kosmala


↘ | W TYM NUMERZE: 6 CYFROWY ŚLAD OD KOŁYSKI | Marlena Chowaniec Dzieci rosną, zdjęcia pozostają.

8 WYWIAD Z MACIEJEM KAPUŚCIŃSKIM | Julia Konopka

Literatura to podróż pełna refleksji i przygód. Czasami te największe odbywamy we własnej głowie…

12 VIDEO NASTIES – BRYTYJSKA LISTA FILMÓW ZAKAZANYCH | Alan Żak Cenzorzy, moralna panika i kasety VHS – kulisy powstania listy filmów zakazanych.

14 LOVE, AMORE, MAHAL, AI – CZY KULTURA WPŁYWA NA ROZUMIENIE MIŁOŚCI? | Alicja Gorczyńska O międzykulturowych różnicach w koncepcji miłości.

16 GDZIE ŚPIĄ ŚLĄSCY SERYJNI MORDERCY? | Dagmara Szczęsny

Jak potoczyły się ich dalsze losy i czy istnieje szansa, że jeszcze kiedyś spotkamy ich na ulicy?

18 CZEMU NIKT NIE ZAPRASZA MNIE NA ROZMOWY? | Patrycja Pieczka

Dlaczego nikt nie odpowiada na moją aplikację? Czyli jak napisać CV, które przyciągnie uwagę rekruterów.

20 CO TRZEBA WIEDZIEĆ, WYBIERAJĄC SIĘ DO CHIN? | Alicja Tomczyk Różnice kulturowe, które utrudniają Europejczykom odnalezienie się w Chinach.

22 TAROT – DLACZEGO WCIĄŻ NAS FASCYNUJE I TAK BARDZO MU UFAMY? | Marta Nowak Tarot: gra, magia czy psychologia? Poznaj tajemnice kart, które przyciągają miliony ludzi na całym świecie.

24 KATOWICKI UNDERGROUND. POD ZIEMIĄ WCIĄŻ GRA MUZYKA | Marta Szamocka O dźwiękach ukrytych w piwnicach, klubach i sercach tych, którzy nie pozwalają miastu ucichnąć.

26 POWRÓT RADIOHEAD – DLACZEGO POTRZEBUJEMY SMUTNEJ MUZYKI? | Wiktor Krztoń Radiohead ogłasza koncerty po siedmiu latach przerwy.

28 CZY WSZYSTKO DZISIAJ JEST PODCASTEM? | Kamila Mendrok

Za fasadą popularnych podcastów kryje się bogaty świat literatury audio – czas ujawnić ukryte gatunki, które potrafią zaskoczyć.

30 JĘZYKI, KTÓRE PRZEMIJAJĄ | Paweł Swadźba

Słowa, którymi na co dzień się posługujemy, są cenne. Czy zdajesz sobie sprawę, jak szybko mogą zaniknąć?

32 FELIETONY | Dariusz Dybowski, Marta Halusiak Autorskie spojrzenie na rzeczywistość.

34 WŁĄCZ MYŚLENIE – CZAS NA ŁAMIGŁÓWKI! | Kateryna Vintsiuk, Alicja Tomczyk Zmierz się z wyzwaniami, które dla ciebie przygotowaliśmy i dowiedz nowych rzeczy!


↘ | ODWIEDŹ NAS: www.magazynsuplement.us.edu.pl www.facebook.com/magazynsuplement www.instagram.com/magazynsuplement

Projekt finansowany ze środków w ramach planu rzeczowo-finansowego Centrum Komunikacji Medialnej Uniwersytetu Śląskiego.


Dawid hornik Redaktor naczelny

RÓBMY SWOJE Pewnie nie raz powtarzaliśmy sobie cicho pod nosem albo słyszeliśmy, gdy ktoś nam mówił: „rób swoje”. To z pozoru proste stwierdzenie kryje w sobie ważną prawdę. Niezależnie od tego, czy właśnie zaczęliśmy studia, podjęliśmy pracę lub angażujemy się w jakiś projekt, początki zawsze są trudne. I na pewno po drodze pojawią się momenty zwątpienia czy pytania o sens. Jednak to właśnie wtedy warto pamiętać, że nikt z nas nie musi wiedzieć wszystkiego od razu. Nowy rok akademicki to dobry moment, żeby wypracować swój własny styl studiowania, w którym nie uczymy się tylko tego, co zapisane w sylabusach, ale przede wszystkim tego, jak reagujemy na zmiany, porażki i sukcesy. W świecie pełnym bodźców, gdzie każdy jest fotografem, komentatorem i ekspertem, łatwo jest trochę odpuścić i zdać się na opinie innych. W końcu, jeśli ktoś arbitralnie stwierdzi, że to, co robimy, nie ma sensu i jeszcze znajdą się inne głosy, które poprą tę tezę, to przecież pewnie ma rację. Ale czy na pewno? Czy naprawdę chcemy tak łatwo oddać prawo do oceny istoty naszego wysiłku tym, którzy widzą jedynie jego ułamek? Bo przecież to, co widać z zewnątrz, często nie oddaje całej naszej pracy i starań towarzyszących każdemu projektowi, w który się angażujemy. Starą prawdą jest, że to niepokorni pchają świat. I w jego historii możemy znaleźć wiele przykładów, w których czyjś upór, mimo braku wsparcia, doprowadził do przełomu. Właśnie wtedy warto przypomnieć sobie te dwa proste słowa zawarte w tytule tego wstępu, a zainspirowane utworem Wojciecha Młynarskiego. Co ciekawe, w jego nowszej wersji pojawił się nawet suplement, choć autorowi nie chodziło zapewne o nawiązanie do naszego Magazynu. Magazyn „Suplement” także bierze sobie do serca apel, by robić swoje. Mimo nie zawsze sprzyjających okoliczności wciąż działamy, bo wiemy, że studenci nadal mają coś ważnego i inspirującego do powiedzenia. Na przykład z wywiadu, który z Maciejem Kapuścińskim przeprowadziła Julia Konopka, dowiemy się, co skłoniło autora do napisania powieści Szpetnicy i jaką rolę odgrywa w niej Gdynia. Z kolei Kamila Mendrok odpowie na pytanie, jak wygląda polska scena form audioliterackich. Marlena Chowaniec poruszy natomiast ważny temat sharentingu i wynikających z tego zagrożeń. Pojawi się też nowość – felietony, których autorami w tym numerze są Marta Halusiak i Dariusz Dybowski. Zapraszam Was do lektury najnowszego wydania „Suplementu” i zostawiam z puentą Młynarskiego, że „niejedną jeszcze paranoję przetrzymać przyjdzie robiąc swoje! Kochani! Róbmy swoje! Róbmy swoje! Żeby było na co wyjść!”.


Marlena Chowaniec marlena.chowaniec23@gmail.com

↑| il. Luiza Szczotka

CYFROWY ŚLAD OD KOŁYSKI Coraz częściej w internecie pojawiają się materiały przedstawiające dzieci. Zjawisko to staje się powszechne, ale wiąże się z licznymi zagrożeniami. Zastanawiająca jest kwestia bezpieczeństwa małoletnich, których wizerunek udostępniany jest publicznie przez członków rodziny, głównie opiekunów dziecka. Sharenting poprzedziła tzw. Kultura Kodaka XX w., zwyczaj dzielenia się zdjęciami rodzinnymi dzięki popularyzacji aparatów Kodak. Jak wskazuje dr Anna Brosch, sharenting to „aktywność rodziców przede wszystkim w mediach społecznych, polegająca na nagminnym zamieszczaniu zdjęć i treści dotyczących ich dzieci”. Termin powstał na skutek połączenia dwóch angielskich wyrazów: share (rozpowszechniać) oraz parenting (rodzicielstwo). Językowa fuzja podkreśla dylemat rodziców szukających równowagi między chęcią dokumentowania życia swojego dziecka a odpowiedzialnością za ochronę jego prywatności. Sharenting wykracza poza rodzinne kolekcjonowanie zdjęć – to systematyczne publikowanie treści z wizerunkiem dzieci, często docierających do masowego odbiorcy. Zjawisko to zostało po raz pierwszy zauważone w 2012 roku, gdy opisano je na

s.6

łamach „The Wall Street Journal”. W Polsce termin sharenting pojawił się oficjalnie w 2015 roku, kiedy został dostrzeżony przez krajowych ekspertów do spraw bezpieczeństwa cyfrowego i psychologów dziecięcych. Przyczyny i konsekwencje sharentingu Publikacja materiałów, na których widać wizerunek dziecka, bardzo często motywowana jest w Polsce dumą ze swoich pociech, na co wskazuje Sharenting po polsku, czyli ile dzieci wpadło do sieci?. Jednym z powodów szybkiego rozwoju sharentingu jest też zmiana w sposobie postrzegania roli rodzica. Dawniej była ona jasno określona. Dziś istnieje wiele zmieniających się wzorców rodzicielstwa, a młodzi rodzice w swojej roli coraz częściej odcinają się od schematów powielanych przez


poprzednie pokolenia. Sharenting często wynika z ograniczenia kontaktów bezpośrednich po narodzinach dziecka – łatwiej wysłać komuś zdjęcie niż zorganizować spotkanie. Sharenting w liczbach Osoby udostępniające w sieci wizerunek własnego dziecka mogą robić to w sposób bezrefleksyjny, nie zastanawiając się jakie konsekwencje przyniesie zostawienie takiego „cyfrowego odcisku”. Jest on nieodwracalny – raz opublikowana fotografia zostanie w internecie na zawsze, nawet jeśli kiedyś podejmiemy decyzję o jej usunięciu. Przez każdego może zostać pobrana i przekazywana dalej. Skalę sharentingu badano kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich paru lat. Szczególnie interesujący jest fakt, że część z dzieci zaczyna „istnieć” w internecie jeszcze przed urodzeniem. Dzieje się to za sprawą zdjęć z USG, ciążowych sesji fotograficznych bądź udostępniania informacji na temat ciąży i samego dziecka. W Stanach Zjednoczonych szczególnie popularne są tzw. gender reveal party, czyli imprezy, na których ujawnia się płeć pociechy. Według raportu AVG z 2010 roku 23 procent dzieci posiadało cyfrowy ślad jeszcze przed urodzeniem, a większość zaczęła „istnieć” w internecie w okolicach szóstego miesiąca życia. Często nie kończy się to na jednym zdjęciu niemowlęcia – na internetowe profile trafiają następne materiały dokumentujące kolejne etapy jego życia. W taki sposób bardzo często udostępniany jest szereg informacji na temat dziecka, w tym jego wiek, imię i nazwisko, adres oraz często uczęszczane miejsca. Oprócz tego pociecha przedstawiona na zdjęciu może stać się ofiarą cyberprzemocy ze względu na zawstydzające zdjęcia, które publikuje jej rodzic. Systematyczny sharenting prowadzić może do wielu negatywnych konsekwencji. Według raportu przeprowadzonego na zlecenie Clue PR w 2019 roku, 81 procent rodziców publikujących zdjęcia swoich dzieci ocenia sharenting pozytywnie lub neutralnie. Jedynie 25 procent z nich zapytało je o zgodę na udostępnianie zdjęć. Rodzice, którzy nie wrzucają tego typu treści, w 52 procentach ocenili zjawisko zdecydowanie negatywnie lub raczej negatywnie. Połowa uważa również, że o prywatności dziecka powinni decydować oni sami. Wyniki te sugerować mogą dużą rozbieżność między postrzeganiem sharentingu a jego prawdziwym obliczem. Publikowanie nawet pozornie niewinnych treści może prowadzić do poważnych zagrożeń dla dziecka.

zarządzany przez rodziców. Jak podkreślają autorzy publikacji Cyfrowy ślad małego dziecka, twórcy chcący zamieszczać w internecie materiały związane z rodzicielstwem powinni zastanowić się, w jaki sposób taka działalność wpłynie na bezpieczeństwo ich dziecka. Sharentingu w Polsce broni fundacja influencerki Lil Masti Dzieci są z Nami. Twórczyni sama nagminnie publikuje wizerunek córki w mediach społecznościowych. Wokół fundacji pojawiło się sporo negatywnych komentarzy, a głos zabrała Rzeczniczka Praw Dziecka, Monika Horna-Cieślak. Jak stwierdziła w swoim oświadczeniu: „Działania te są sprzeczne z aktualnym stanem wiedzy o bezpieczeństwie dzieci w środowisku cyfrowym oraz z kierunkami działań instytucji publicznych”. Czy potrzebujemy nowych przepisów? W Polsce brak jeszcze regulacji odnoszących się do prezentowania wizerunku dziecka w internecie. Francja zobowiązała rodziców do ochrony wizerunku dzieci i zakazała zakładania kont w mediach społecznościowych dla dzieci poniżej 13 roku życia. Propozycję podobnej ustawy w naszym kraju zadeklarowała się złożyć posłanka Koalicji Obywatelskiej, Monika Rosa. Jej zdaniem ważną kwestią jest postawienie granicy w miejscu, gdzie zaczyna i kończy się dobro dziecka. Brak uregulowania tych kwestii może dziś prowadzić do konsekwencji, z którymi będziemy się mierzyć w przyszłości. Są one odroczone w czasie, ponieważ wiele dzieci jeszcze nie wie, jakie informacje na ich temat są udostępniane przez rodziców. Dopiero gdy dorosną, spotkają się ze skutkami tych działań. Wtedy okaże się, czy dzisiejsza swoboda rodziców nie naruszyła prawa dzieci do prywatności.

Źródła: A. Brosch: Sharenting – nowy wymiar rodzicielstwa?. W: H. Krauze-Sikorska, M. Klichowski: Świat małego dziecka. Przestrzeń instytucji, cyberprzestrzeń i inne przestrzenie dzieciństwa; A. Hernacka-Janikowska: (Nie)bezpieczeństwo dziecka w sieci – analiza krytyczna zjawiska. sharentingu, troll parentingu i monetyzacji wizerunku dziecka. „Studia Prawnoustrojowe”. Nr 61/2023; A. Kwaśnik, Z. Polak, P. Sowiński i in.: Cyfrowy ślad małego dziecka; J. Dąbrowska-Cydzik: Influencerka Lil Masti założyła fundację do promocji wizerunku dzieci w internecie. „Czy to żart?”. (www.wirtualnemedia.pl/influencerka-lil-masti-zalozyla-fundacje-do-promocji-wizerunku-dzieci-w-internecie-czy-to-zart, 7190993659181185a); Monetyzacja dziecka M. Bierca, A. Wysocka-Świtała: Sharenting po polsku, czyli ile Sharenting ma wiele twarzy – część użytkowników internetu może dzielić się zdjęciami dzieci bez żadnych korzyści finan- dzieci wpadło do sieci; M. Godula: Sharenting – co to jest, przykłady i zagrożenia. (www. sowych. Jednak niektórzy influencerzy nagminnie publikują nflo.pl/baza-wiedzy/sharenting-co-to-jest-przyklady-i-zagrotreści sharentingowe, nierzadko okraszając je współpracami zenia/); reklamowymi. Do tego typu polskich twórców należą m.in. The M. Górski: Francuski rząd blokuje social media dla dzieci. Polska Happy Family czy Andziaks, znana z udostępnienia materiału z porodu na kanale YouTube. Twórcy zarabiający na wizerunku podąży tą samą drogą? (www.cyberdefence24.pl/politykadzieci mogą kierować się chęcią zysku i ofertami reklamodawców. -i-prawo/francuski-rzad-blokuje-social-media-dla-dzieci-polskaZabieg ten może rodzić pytania na temat moralności mone- -podazy-ta-sama-droga/); tyzacji najmłodszych. Dzieci przedstawione w tego typu mate- TVN24: Ochrona wizerunku dziecka w sieci. Posłanka zapowiariałach często są zbyt małe, by rozumieć, w czym biorą udział. da projekt ustawy. (www.tvn24.pl/polska/sharenting-jak-chronic-wizerunek-dziecka-w-sieci-poslanka-zapowiada-projektIstnieje wówczas ryzyko zmiany dziecka w produkt. Starsze z nich mogą tworzyć własny content, jednak z reguły jest on -ustawy-st8618659www.).

s.7


Julia Konopka julia.konopka05@gmail.com

LITERACKIE PARADOKSY UMYSŁU. ROZMOWA Z MACIEJEM KAPUŚCIŃSKIM Wielu błędów możemy uniknąć, a niektórych nie zauważamy wcale… Maciej Kapuściński, pisarz związany z Gdynią, w rozmowie z Julią Konopką przybliża głębię umysłu człowieka, który stoi nad przepaścią życiową w kontekście literatury, historii i kultury. JK: Jak zaczęła się Twoja przygoda z literaturą? MK: Rozpoczęła się już w podstawówce, lubiłem pisać wypracowania i opowiadania, a co ciekawe, prawie nie czytałem w podstawówce. Pisarzem, którego twórczość wywarła na mnie na samym początku największy wpływ, był Ernest Hemingway, przeczytałem wszystkie jego książki, nieco wcześniej ogromne wrażenie wywarł na mnie Buszujący w zbożu, ponadto czytałem szkolne lektury, między innymi takie jak Lalka, Potop, Nad Niemnem czy Zbrodnię i karę, a więc moją czytelniczą drogę ukształtował w dużej mierze pozytywizm literacki. W czasach szkoły mój tata podsunął mi reportaże Ryszarda Kapuścińskiego, przeczytałem je wszystkie, zrobiły na mnie wrażenie. Cenię twórczość Schulza, Kafki, Dostojewskiego, ale również naszych polskich poetów: Mickiewicza i Słowackiego. Oczywiście dziesiątki innych utworów, ale literatura XIX wieku i pierwszej połowy XX wieku jest dla mnie fundamentalna. Na pewno, odkąd przeczytałem Głód Hamsuna, wiedziałem już, że chcę pisać. Ta powieść była dla mnie kluczowa i wiele zmieniła. JK: Której książki znanej z kanonu literatury światowej nigdy nie miałeś sposobności przeczytać? MK: Nie pamiętam, abym przeczytał Rok 1984 Orwella. Zacząłem czytać Sto lat samotności, tak samo nie skończyłem czytać Ulissesa. JK: Skąd pojawiła się inspiracja do powstania powieści Szpetnicy? MK: Pomysł na powieść narodził się podczas moich studiów na Wydziale Prawa i Administracji w Gdańsku, z obserwacji studentów, z towarzyszącego klimatu uczelni, jak i całej rzeczywistości otaczającej mnie w tym czasie w naszym kraju. Zderzała się wówczas stara epoka z nową, przynajmniej tak to widziałem. Coś umierało, a coś się rodziło. Pomysł dojrzewał, kształtował się, ponad połowa koncepcji powieści powstała w czasie moich studiów, podczas tego, co przeżywałem i czego doświadczyłem. Trawiłem to trochę, parę lat później przyszła konsumpcja. Podczas pisania akurat tej książki potrzeba było mi spokoju i organizacji, trzeba było się wyrzec wielu rzeczy: porządku, własnych przyzwyczajeń, czasu z rodziną, a to wymaga ustawienia sobie wysoko poprzeczki.

s.8

JK: W Szpetnikach uwagę zwraca ukazanie Gdyni jako swoistego labiryntu, skąd ten zabieg? Może to inspiracja Procesem Franza Kafki? MK: Gdynia wydawała mi się miastem idealnym do ukazania akcji powieści, można rzec, że ją „czuję”, z całym jej klimatem. Gdynia też jest bohaterem, bez niej nie mogłaby powstać książka. Być może Gdynia chciała wyrazić coś sobą albo stworzyć aurę do stworzenia Szpetników. Gdynia to teatr i jego deski, gdzie oglądamy sztukę pod tytułem Szpetnicy. JK: Sama Gdynia jest symbolem Polski odrodzonej. W 2004 roku, gdy Polska dołączyła do Unii Europejskiej, odrodziła się po raz kolejny, w sposób inny niż kiedykolwiek wcześniej. Czy jest możliwe kolejne odrodzenie, o którym pisali polscy romantycy, tacy jak Mickiewicz czy Słowacki? MK: Z całą pewnością jest możliwe, przynajmniej w koncepcji powieści. Gdynia jest symbolem odrodzonej Rzeczpospolitej, to jedyne miasto, które zostało zbudowane od początku do końca, co w historii naszego państwa jest ewenementem, coś, co nie powtórzyło się nigdy w naszej historii. Ona aż krzyczy o dawnym, choć we wcale nie tak odległym życiu naszego kraju. JK: Czy za kartami powieści, w biografiach bohaterów, w ich życiorysach – niekiedy skomplikowanych – znajdują się elementy Twojej życiowej historii? A może ukryłeś w nich swoje przekonania światopoglądowe, polityczne lub filozoficzne? MK: Wszystkiego nie mogę zdradzić… Chyba zawsze jest tak, że twórca choć trochę chce pokazać siebie poprzez bohaterów, poprzez scenerię i fabułę, ale z drugiej strony chciałem ukazać rzeczywistość w takiej formie, w jakiej ją widziałem w sposób obiektywny, bez interpretacji. Opisałem idee, które widziałem własnymi oczami. Tworząc Szpetników mogłem, ale nie musiałem kierować się własnymi przekonaniami i ideałami, bo nie one chodziło, ale by w jak największym stopniu ukazać ludzi z epoki dawniejszej, tak, by ukazać, że oni są tu z nami i że żadna epoka ich nie wymaże ani materialnie, ani duchowo, ale z drugiej strony opisywałem rzeczy na ten czas odważne dla mnie, pewnie których w normalnym życiu bałbym się okazać, choć ze względu na sztuczne, autodestrukcyjne granice


świadomości czy wewnętrzną walkę z pytaniem: jak to jest naprawdę? Powieść tu daje takie możliwości, przekracza granice, sztuka pozwala omijać lęki, i to jest w porządku, tak myślę, jeśli szuka się konfrontacji z rzeczywistością. Obok moich własnych ideałów zarysowałem obraz Polski przedwojennej oraz duszy Piłsudskiego, świata sprzed I wojny światowej, które się łączą. Na pewno zderzają się Pokolenia JP1 i JP2 (Józefa Piłsudskiego i Jana Pawła II – przyp. autorki), dialog między tymi światami, ale jest też to nowe pokolenie zrodzone z epoki komunistycznej. JK: Sam Piłsudski jest dla Ciebie bohaterem, a może wręcz przeciwnie? Z jednej strony był wybitnym strategiem wojskowym, ale z drugiej strony na przełomie lat 20. i 30., aż do swojej śmierci był politykiem, który sprawował władzę autorytarną. MK: Za wielkimi postaciami w historii naszego kraju ukrywa się pewnego rodzaju dramatyzm. Piłsudski otwarcie przyznawał, że za swoje decyzje ponosi osobistą odpowiedzialność. Na tym polega moja rola, aby przedstawić to, że Piłsudskiemu przyświecała ta konkretna idea wolności i niepodległości, ale która nigdy nie zawierała wrogości narodowej, a jednak gdzieś po drodze krzywdziła innych… Czasami postrzegamy go jako dyktatora, który wsadzał do więzień przeciwników politycznych, ale on sam widział, jakie rzeczy dzieją się w państwie i jak wielkie zagrożenia zawisły nad krajem, który dopiero odzyskał wolność. To jedyny polityk na świecie, który w 1933 roku oficjalnie chciał pozbawić Hitlera władzy i jasno przewidział to, co wydarzyło się zaledwie kilka lat później! Samoczynnie nasuwa się rozterka, czy można łamać prawo dla wyższych idei, stłamsić jednostki, aby dane państwo przetrwało jako całość. Tym bardziej że zbliża się zagłada… Nawet własnych generałów uprzedzał, by pilnować, z jakiego stołka najpierw spadną. Niestety, elita II Rzeczpospolitej nie przetrwała wojny. Każde wydarzenie historyczne oceniamy z kontekstu czasów, w których żyjemy. Być może to, co obecnie dzieje się w Polsce, za 150-200 lat zostanie ocenione negatywnie. JK: Czy ludzie zakładają maski? Może stosują techniki manipulacji, tak jak profesor Godecki, który przynajmniej w moich oczach jawił się jako człowiek, który odpychał od siebie innych ludzi i który wprost powiedział spiskującym chłopakom, że to, co chcą zrobić, nie jest dobre. MK: Profesor Godecki z pewnością założył maskę… Godecki jakby z początku nie dowierzał temu, czego się dowiedział i tego, co może się zdarzyć, i jakie konsekwencje wkrótce nadejdą, dlatego może wydaje się człowiekiem, który manipuluje. Fakt, że był doświadczonym człowiekiem, wyjaśniał, dlaczego rozegrał sprawę na swój własny sposób. Wydaje mi się, że jest postacią, która nie wie, jak zachować się w danej sytuacji, sam czuje się zagubiony, gdy spotyka się z człowiekiem młodszym o dwa pokolenia, ukształtowanym już w innej Polsce, ale odwołującym się do Rzeczpospolitej starszej jeszcze od Godeckiego, która tak naprawdę była mu wroga. On chyba też nie dowierzał, że to jest możliwe… JK: Czy istnieje całkowite wymazanie win? Piotr za namową Księdza opuści Polskę przy pomocy imama czy ostatecznie podąży tą drogą wręcz Raskolnikowa i podejmie się naprawy

↑ | fot. Maciej Kapuściński (archiwum prywatne)

|| → s.9


|| ↘

własnych grzechów, zarówno próby dokonania zamachu, jak i niejednoznacznego podejścia do ukochanej, która spodziewa się dziecka? MK: Taką rolę wyznacza mu Ksiądz i taką rolę wyznacza mu życie. Konieczność „odrodzenia się” wydaje się oczywista, tak samo pokuta za popełnione winy po to, aby mógł powrócić jako zupełnie nowy człowiek, oczyszczony z tego, co się stało, w inny sposób niż na ławie oskarżonych. Może zobaczymy, czy tak się stanie… JK: Jego losy nie są ostatecznie zamknięte – gdy zamyka się drzwi, otwiera się okno… MK: W przypadku Raskolnikowa mamy do czynienia z sytuacją, gdy bohater jest więźniem własnego sumienia, wraca do człowieczeństwa poprzez pokazanie swojej twarzy. Piotr dokonuje oczyszczenia poprzez spowiedź; wyjście okazuje się tym „przez okno”, a nie drzwi. W historii ludzkości osoby, które uważamy za wielkie, uciekały przed zagrożeniami na takie sposoby, które rzucał im los. Dostojewski poprzez zarysowanie dziejów Raskolnikowa zadaje nam pytanie, czy warto przestrzegać Dekalogu, podając równocześnie odpowiedź. Tu jest inaczej, bo tak naprawdę chłopcy w pewnym sensie wierzą w sens tego, co robią, ale los zrzuca ich z tej ścieżki i spotykają jeszcze większe zło, niż się spodziewali. JK: Najbardziej tragiczną postacią w powieści jest Andrzej, którego Rafał z Piotrem podejrzewają o zdradę, a który jest śmiertelnie chory na nowotwór. Scena przebaczenia jest momentem najbardziej poruszającym, za prawdziwą przyjaźnią stoi siła nie do pokonania… MK: Tak. Andrzej ich zdradził, gdyż bał się konsekwencji przeprowadzenia zamachu, chciał powstrzymać chłopaków przed niekorzystną decyzją. Łącząca ich przyjaźń jest na tyle silna, że Piotr mu wybacza w piękny sposób, jak gdyby sam przyznawał się do pewnych błędów, których odpuszczenie zdaje się ważniejsze od wszelkich wielkich idei. Miłość do bliźniego wygrała. JK: Scena przebaczenia ma w sobie cechy ewangeliczne. Mottem otwierającym akcję powieści jest cytat z Ewangelii wg. Św. Mateusza: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają”. Skąd akurat ten cytat? Czy łączy się on z ogólnym przesłaniem Ewangelii napisanej przez człowieka, który porzucił swoje dotychczasowe życie i poszedł za Jezusem, a który skierował swoje słowa do chrześcijan u początków Kościoła? MK: To jest niesamowite w tej Ewangelii. Chyba nikt w historii świata nie dał ludzkości tego, co Jezus Chrystus, jego Ewangelie, a w tym przebaczenie bliźniemu: cokolwiek nie zrobiłeś, jakiegokolwiek grzechu się nie podjąłeś, Ja jestem Tym, który chce Ci przebaczyć w Imię Boga. Najgorsi grzesznicy mają możliwość zobaczenia tego Światła, które według normalnego prawa byłoby niemożliwe. Ewangelia jest silniejsza niż wszelkie prawo, które rządzi światem. JK: Powieść Delirium ukazuje, jak bardzo relacje potrafią zatoczyć koło. Niekiedy sami bowiem nie dostrzegamy, jak źle

s.10

dzieje się w naszych związkach małżeńskich, a widzą to wszyscy dookoła nas. Właśnie to spotkało Krzysztofa, jego żona dopuściła się do zdrady małżeńskiej. MK: Krzysztof musi sobie uświadomić, co dzieje się wokół niego, być może nie dostrzegał tego i nie dostrzega, co jest prawdą, a co nią nie jest. Być może tak jest łatwiej. Często żyjemy w świecie, który sami sobie stwarzamy, który jest łatwy i przyjemny, a być może powinniśmy zadać sobie pytanie, jak możemy skonfrontować się z rzeczywistością i z tym, co jest w niej prawdziwe, a co fałszywe. JK: Sam fakt zgubienia przez bohatera kluczy niesie z sobą wymiar nie tylko dosłowny, że nie może dostać się do mieszkania, ale niesie z sobą wymiar metaforyczny – Krzysztof traci kontrolę nad swoim własnym życiem, w tej przestrzeni, która jest dla niego najważniejsza. MK: Być może Krzysztof stworzył dom, w którym prym wiedzie kłamstwo, a jemu samemu brakuje odwagi, by wejść do tego domu, klucze są tylko symbolem, sam ukrył prawdę i sam chce ją poznać. Szuka więc kluczy, bojąc się prawdy. JK: Żona Krzysztofa jest klasycznym przykładem femme fatale. Cała powieść przynosi mi na myśl książkę Remarque’a pt. Łuk triumfalny, Joanna Madou zwodzi na manowce Ravica. Ciekawi mnie jednak, czy pozostaliby w związku małżeńskim ze względu na dzieci. MK: Powstaje pytanie, czy można żyć dalej, jak gdyby nic się nie stało i czy dla dobra dzieci można zapomnieć o krzywdach. Czasami życie wymaga niesienia własnego krzyża po to, aby inni nie cierpieli. Pozostaje jednak pytanie, czy nie zamknie to kolejnego kłamstwa w pokoju, który ktoś jednak kiedyś otworzy. Gdzie jest wyjście z tej bańki, jak warto żyć dla dobra dzieci, aby zagwarantować im komfort życia w rodzinie, czy można wybaczyć i możliwe jest rozpoczęcie życia od nowa w przypadku obu stron? JK: Pani Kierzkowska, sąsiadka Krzysztofa, jest osobą samotną, nie posiada rodziny. Spotyka Krzysztofa na klatce schodowej i mówi mu, że od zawsze chciała z nim porozmawiać, jest to coś niesamowitego. MK: Czasami starsze osoby chcą nam przekazać swoje życiowe doświadczenie, które niosą w swoim bagażu, wszelkie radości, smutki i cierpienia, którymi chcieliby się z nami podzielić, w tym przypadku,– z człowiekiem młodszym o dwa pokolenia. Właśnie taką osobą jest pani Kierzkowska. Te osoby są wśród nas, wydają się być stare, niedołężne; w rzeczywistości są jak księgi zawierające historie, których normalnie byśmy nie wymyślili. One jednak proszą by je otworzyć, przeczytać… JK: Czy tragiczna historia jej rodziców, która wydarzyła się wiele lat temu w Tatrach, jest oparta na faktach? MK: Bardzo podobna historia wydarzyła się w górach w latach 20. ubiegłego wieku. Przedstawiłem własną wersję, którą dostrzegłem w tym wszystkim, w oczach osoby, która była w nią zamieszana we własny sposób. Prawo karne badało wiele aspektów tej sprawy, nigdy nie dało rozstrzygnięcia. Kierzkowska je nam daje.


JK: Dziecko w literaturze zwykle jest postrzegane przez pryzmat wrażliwości, co zapoczątkował w polskiej literaturze Jan Kochanowski, wcześniej było wręcz przeciwnie. Czy syn Krzysztofa rozumie dramat ojca? Z jednej strony jest niewinny, z drugiej zaś wykazuje postawę świadomości sytuacji. MK: Dzieci są bardzo świadome tego, co widzą na co dzień, tylko nam, dorosłym, wydaje się, że tego nie rozumieją. Dzieci, jako owoce miłości, doświadczają głębiej niż my, choć mogłoby się wydawać, że jest inaczej. Chłopczyk zdaje się wręcz sam brać na siebie ten ciężar rozgrywanego dramatu poprzez to, że zatrzymuje swojego tatę, instynktownie chce, aby rodzina przetrwała. JK: Skąd pomysł, aby na kartach powieści zaczerpnąć jako motto cytat z jednego z dzieł Puszkina? Tego utworu niestety nie znam. MK: Chodziło mi o przedstawienie tego tła ludzkiego, człowieczego. Na kartach powieści widzimy, jak człowiek potrafi zachowywać się jako postać diaboliczna, gdy dzieją się rzeczy dramatyczne, a tymi diabłami są ludzie, którzy wcale nie muszą przywdziewać diabelskich masek i symboli; wystarczy, że z własnym ciałem i własną wolą postępują tak, jak postępują. Ja jako widz, albo inaczej, my jako widzowie jesteśmy tymi, którym rozdziera to serce… JK: Gdy rozważam te słowa, przypominam sobie myśl św. Augustyna, który wskazał, że zło jest wynikiem braku dobra. MK: Święty Augustyn bardzo dobrze rozgraniczył walkę dobra ze złem. Na pewno niesie za sobą inne przesłanie, aby zło dobrem zwyciężać, gdyż zło to niewłaściwe korzystanie z wolności, sprzeczne z wolą Boga. Polemizowałbym jednak z Augustynem, gdyż uważam zło za samoistny byt. JK: Czy światło, które pada na Krzysztofa, gdy wychodzi z domu, aby odwiedzić kolegę, nie ostrzega go przed tym, co rozstrzygnie się podczas doby, która zmieni wszystko w jego życiu? MK: Pewne rzeczy w naszej historii rozgrywają się, zanim w ogóle za nimi świadomie nadążymy. Światło, które dostrzegłaś, przypomina o rzeczywistości, w której żyje bohater, ale z której wkracza w mrok, w którym osadzona jest fabuła, a która okazuje prawdę… i to jest cały odwrotny symbolizm tej powieści. JK: Czy osoby wierzące nie wyrażają hipokryzji, gdy zachęcają innych do pójścia drogą wiary, a sami nie dostrzegają brudów, które dzieją się w ich przestrzeni? Zarzuty Piotra skierowane do Krzysztofa są niezwykle zasadnicze. MK: Myślę, że to nie jest kwestia hipokryzji, ale raczej rachityczność wyborów i naiwność, że wiara odpowie człowiekowi na wszystkie pytania, tym bardziej na te, które wynikają z jego własnej woli, w jego własnych wyborach, a które być może są sprzeczne z tą właśnie wiarą. Gdzieś jest początek upadku, a w powieści widzimy etap końcowy tego procesu. JK: Czy głównemu bohaterowi należy się tylko współczucie, a może politowanie?

MK: To pytanie może być skierowane do czytelnika, czy poda rękę Krzysztofowi i pochyli się nad jego postacią, czy lepsze byłoby odwrotne zachowanie, wręcz chłodne spojrzenie, a może jeszcze postawa zobojętnienia. JK: Skąd pomysł na książkę? Jej fabuła została skonstruowana w taki sposób, który wymaga poświęcenia uwagi i jest jej warta. Sami czytelnicy byli nią zauroczeni. MK: Powieść wynikła i z obserwacji, i z doświadczenia. Książka ma ukazać strumień świadomości głównego bohatera, która przeprowadza nas przez jego „drogę krzyżową”. Może działać tu pewien cień sympatii do bohatera, który może być bliski czytelnikowi i który w jego losach dostrzega własne odbicie, osobę, która w brutalny sposób poznaje prawdę odbiegającą od jego punktu widzenia. Chodzi o to, żeby była ukazana brutalna prawda, bez kompromisów. A jak ty to odbierasz? JK: Ja mu współczuję, nie zawsze bowiem rozumiemy, co dzieje się w naszym życiu, prawdę możemy odkryć zarówno w wieku dwudziestu lat, jak również czterdziestu kilku. MK: Wydaje mi się, że żyjemy w takiej rzeczywistości, która mimowolnie sprawia, że jesteśmy obojętni na los naszych bliskich i sąsiadów. Poprzez szybkie tempo życia nie mamy czasu na refleksję nad własnym losem, a co dopiero drugiej osoby, gdyż jesteśmy skupieni na sobie. Czasami widzimy znaki, symbole, a one dopiero później nabierają sensu, często, gdy jest już za późno. Rzeczywistość zaczyna więc biec dwutorowo. A samo współczucie nad losem drugiej osoby jest wskazane, aby podjąć się próby dialogu z nią. Książka jest takim dialogiem…

s.11


Alan Żak alan.j.zak@gmail.com

VIDEO NASTIES - BRYTYJSKA LISTA FILMÓW ZAKAZANYCH Już od samych początków muzy zwanej kinem pojawiały się próby unormowania tego, co wolno pokazywać widzom, a czego absolutnie nie powinni oglądać. Dla przykładu, w Stanach Zjednoczonych przez wiele lat obowiązywał tak zwany „Kodeks Hayesa”, będący wyznacznikiem tego, co jest moralne do przedstawiania, a co gorszące i nieodpowiednie do rejestrowania na filmowej taśmie. Wśród takich prób uratowania niewinności moralnej widzów była między innymi brytyjska lista Video nasties.

W historii kinematografii pojawiło się wiele wynalazków, które pomogły rozpowszechnić szerzej filmowe obrazy. Wśród nich były między innymi magnetowidy oraz kasety. Umożliwiły one szeroką dystrybucję filmów na rynek domowy, do zdecydowanie większej ilości odbiorców, co okazało się niemalże zbawienne dla twórców filmowych, którzy zajmowali się tworzeniem specyficznych produkcji, nietrafiających z różnych powodów do kinowego obiegu. Chodzi oczywiście o filmy pornograficzne oraz wszelkiej maści filmy grozy, znacząco przesuwające ówczesne granice tego, co wypadało pokazywać na ekranie, a co nigdy nie powinno się na nim wyświetlić. Jako że popularność kaset wideo zbiegła się ze „złotym okresem” horroru, to też ten rynek został zalany między innymi masowo wówczas kręconymi amerykańskimi slasherami, produkcjami typu snuff, włoskimi filmami giallo (protoplastami slasherów), czy tworzonymi w pewnym momencie niemal od kalki filmami o kanibalach z amazońskiej dżungli lub zombie (nierzadko realizowanymi również w tych samych tropikalnych sceneriach, tylko zamiast dzikich plemion występowali, jak można się domyślać, ludzie ucharakteryzowani na żywe trupy). Video nasty (pol. nieprzyzwoite filmy) to termin, jakim w Wielkiej Brytanii od lat 80. minionego stulecia nazywano dystrybuowane na wideokasetach filmy, głównie niskobudżetowe filmy grozy i kina eksploatacji, krytykowane przez media, komentatorów społecznych oraz religijne organizacje za epatowanie erotyką czy ukazywanie wyjątkowo brutalnej przemocy. Od tego terminu w 1983 roku nazwana została lista filmów (Video nasties), których dystrybucja na terenie Wysp Brytyjskich była zakazana przez krajową prokuraturę. Niedozwolone były głównie z powodu podejmowanej tematyki, lecz czasami na listę trafiały także filmy, których chociażby tytuły nie spodobały się organowi cenzorskiemu. Przywołać tu można komediowy musical, zatytułowany Najlepszy mały burdelik w Teksasie, którego sam tytuł został uznany za gorszący, skutkując utrudnieniami w dystrybucji. Wprowadzenie takiej listy było spowodowane brakiem regulacji odnośnie ograniczeń wiekowych filmów, które trafiały bezpośrednio na rynek domowy, w przeciwieństwie do filmów wyświetlanych na kinowych ekranach, klasyfikowanych przez British Board of Film Censors (Brytyjska Komisja Cen-

s.12

zorów Filmowych). Także jeśli komisja odmówiła przyznania oceny danemu tytułowi, to dystrybutor wydawał go po prostu na kasecie z pominięciem dystrybucji kinowej, gdzie nie nadawano żadnych oznaczeń odnośnie wiekowych ograniczeń. Zresztą, część filmowych wydawców traktowała negatywne werdykty cenzorskie za doskonałą reklamę. Publikowali oni reklamy w magazynach o wydawanych przez siebie filmach z informacjami, że owe produkcje są tak „mocne”, iż cenzorzy nie byli w stanie ich obejrzeć. W ekstremalnych przypadkach


filmowcy sami składali anonimowe skargi na swoje filmy do organizacji broniących moralności, przez co te rozpoczynały krajowe kampanie wymierzone w „bezecne dzieła”, zapewniając im większy rozgłos. Chociaż przez lata lista Video nasties ulegała małym korektom, ostatecznie umieszczono na niej siedemdziesiąt dwa tytuły z dziesięciu krajów, głównie ze Stanów Zjednoczonych oraz Włoch, ale pojawiły się na niej produkcje z takich państw jak Grecja, Meksyk czy NRD (a konkretnie Opętanie z 1981 roku, autorstwa polskiego reżysera Andrzeja Żuławskiego). Najstarszy z nich pochodził z 1963 roku, a najmłodsze były z 1982, z czego w ostatecznym rozrachunku w trzydziestu dziewięciu odnaleziono wątki gorszące czy zdaniem prokuratury niena-

dające się do publikacji (bez wycięcia z nich najmocniejszych scen). Z kolei brytyjski parlament przyjął ustawę, na mocy której filmy wydawane na kasetach również podlegały ocenie komisji cenzorskiej, decydującej o nadaniu im odpowiedniej kategorii wiekowej. Komisja ta również we własnym zakresie decydowała o cenzurze pewnych niepodobających się jej scen. Brak wystawienia odpowiedniej kategorii czy odmówienie dystrybutora wycięcia „wrażliwych” dla cenzorów fragmentów skutkowało natychmiastowym zakazem rozpowszechniania danego tytułu

na terenie Wielkiej Brytanii na wszelkich możliwych nośnikach. Co ciekawe, filmy kinowe oraz te wydawane na kasetach były oddzielnie klasyfikowane, przez co zdarzały się przypadki, iż niektóre wersje filmów znacząco się od siebie różniły, bowiem wersje kasetowe były chętniej cenzurowane niż wersje filmów przeznaczone do kinowej dystrybucji, aby, jak to ujmowano, „chronić małoletnich przed samodzielnym zapoznaniem się z nieodpowiednimi dla nich produkcjami”. Lista Video nasties, mająca w zamiarze pomóc w walce z kontrowersyjnymi filmowymi treściami stała się – umyślnie, czy też nie – na wiele lat wyznacznikiem pozycji niemalże obowiązkowych dla fana horroru lub osoby aspirującej do tego miana. I chociaż duża część filmów umieszczonych na tej liście to niezbyt wybitne dzieła, produkcje określane mianem „kina klasy B”, (a może nawet jeszcze niższej, bazujące na kontrowersji oraz ówczesnej popularności pewnych motywów kina grozy spopularyzowanych przez inne, nieco lepsze produkcje), to jednak dzięki zaciekłości w działaniu brytyjskiej prokuratury oraz grup obrońców moralności zostały zapamiętane w historii. Oczywiście, wśród zakazanych w Wielkiej Brytanii filmów znalazły się też produkcje uznawane obecnie za klasykę gatunku czy kamienie milowe kina grozy, takie jak na przykład Martwe zło z 1981 roku, które współcześnie doczekało się remake-u i rebootu serii czy też wywołujący nawet dzisiaj kontrowersje Cannibal Holocaust (znany też jako Nadzy i rozszarpani czy Green Inferno). Jednak na liście obecne były także tanie erotyki, bazujące na szokującej tematyce związanej chociażby z działaniami wojennymi czy nazizmem, slashery o fatalnie niespójnej historii, do tego często jeszcze gorzej zrealizowane albo odtwórcze opowieści o dzikich plemionach lub stadach zombie, polujących na zazwyczaj niezbyt rozsądnych schematycznych protagonistów. Były to po prostu produkcje wyglądające współcześnie na niebywale tandetne, często niewarte jakiejkolwiek uwagi. Słowem zakończenia wypada wspomnieć, jak wyglądała sytuacja z filmami z listy Video nasties w Polsce. Nigdy nie powstała żadna tego typu lista sporządzona przez krajowe władze czy odpowiednie organy, zresztą chyba raczej nikt nie czuł takiej potrzeby. Mniej lub bardziej legalne kasetowe kopie filmów z drugiej ręki dostępne były do obejrzenia w wersjach nieocenzurowanych, często takimi filmami się wymieniano, a jedynym ograniczeniem była dostępność danego tytułu na rynku. Niektóre produkcje, które znalazły wydawców w Polsce, były dostępne w wypożyczalniach kaset, co prawda w działach dla dorosłych, aczkolwiek w żaden sposób dostępu do nich potencjalnym widzom nie utrudniano. Podobnie było kiedy kasety VHS zaczęły być wypierane przez płyty DVD, a od kiedy pojawił się szeroki dostęp do Internetu to jakiekolwiek ograniczenia czy zakazy przestały być skuteczne. Źródła: Ł. Karaś: Video nasties: zakazane filmy; J. Stankiewicz: (Nie)znana historia popkultury: Video nasties, czyli wojna z wideokasetami. (www.nerdheim.pl/post/video-nasties/); NRGeek: Video Nasties - Zakazane Filmy - Odchamiamy się. (www. youtube.com/watch?v=jTFeZhFend8).

s.13


Alicja Gorczyńska alagor2004@wp.pl

LOVE, AMORE, MAHAL, AI – CZY KULTURA WPŁYWA NA ROZUMIENIE MIŁOŚCI? Miłość jest jednym z uniwersalnych ludzkich doświadczeń, towarzyszącym nam od samego początku życia. Jednak czy wszyscy ludzie rozumieją ją w taki sam sposób? Czy kultura, w której żyjemy, wpływa na to jak pojmujemy miłość? Ja czy grupa? Źródeł międzykulturowych różnic w postrzeganiu miłości można szukać w opozycji indywidualizm-kolektywizm. Kultury indywidualistyczne, do których można zaliczyć te w Stanach Zjednoczonych, Australii czy państwach północnej i zachodniej Europy, cenią niezależność i realizowanie osobistych celów. Natomiast w kulturach kolektywistycznych, na przykład w Chinach czy w wielu krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej, kładzie się nacisk na integrację z grupą i dbanie o dobro ogółu. Może mieć to odbicie także w życiu uczuciowym – przedstawiciel kultury indywidualistycznej może zadawać sobie pytanie o to, co mu podpowiada serce, a osoba z kultury kolektywistycznej może bardziej zastanawiać się, co powiedzą inni ludzie. W krajach takich jak Chiny jeszcze w ubiegłym stuleciu dominowały małżeństwa aranżowane – istotne znaczenie miały nie uczucia i kompatybilność małżonków, tylko status społeczny, powiązania między rodzinami, czy korzyści społeczne i finansowe dla obu stron. Ukryte znaczenia Pewne różnice można dostrzec także na poziomie językowym. W językach takich jak angielski i włoski miłość jest najczęściej utożsamiana ze szczęściem i przyjemnością. W chińskim natomiast, wyrazy związane z miłością mają w dużej części wydźwięk negatywny. Kojarzą się ze smutkiem, nostalgią, zadurzeniem czy nieodwzajemnionym uczuciem. Samo słowo „miłość” jest tam używane częściej w kontekście zakazanych kontaktów damsko-męskich niż w odniesieniu do społecznie akceptowanego związku. Wartości kulturowe mogą zatem wpływać na subtelne odcienie znaczeniowe wyrazów związanych z pojęciem miłości. Języki miłości Różnimy się tym, w jaki sposób okazujemy miłość, co jest widoczne nie tylko między jednostkami, ale także na poziomie krajów i kultur. Na przykład w kulturze amerykańskiej duże znaczenie ma werbalne wyznawanie uczuć, fraza I love you występuje na porządku dziennym i w wielu kontekstach, nie

s.14

↗ | il. Alicja Tomczyk

tylko romantycznych. Natomiast w krajach takich jak Filipiny czy Finlandia, większe znaczenie przypisuje się niewerbalnym formom okazywania miłości, a słowne deklaracje są zarezerwowane na szczególne okazje, co nadaje im większą moc i znaczenie. Ludziom z takich kultur może nawet być łatwiej powiedzieć drugiej osobie „kocham cię” po angielsku niż we własnym języku, ze względu na to, jak często można usłyszeć tę frazę chociażby w filmach i serialach. Uniwersalium kulturowe Jest także wiele argumentów przemawiających za uniwersalnością pojęcia miłości. Gdy badacze poprosili przedstawicieli Indonezyjczyków o pogrupowanie nazw emocji w kategorie, wyodrębnili oni grupy tożsame z emocjami nazwanymi przez Amerykanów jako podstawowe – radość, miłość, smutek, strach i gniew. W tym samym badaniu zarówno Indonezyjczycy jak i Amerykanie odróżniali miłość namiętną (passionate love), związaną z byciem zakochanym, od miłości partnerskiej (companionate love), tożsamej z głębszą, długotrwałą miłością i przyjaźnią. W innym badaniu, gdy uczestnicy pochodzący z krajów europejskich, Filipin i Japonii zostali poproszeni o wypełnienie kwestionariusza „Passionate Love Scale” badającego intensywność namiętnej miłości, uzyskali zbliżone wyniki. Podobny rezultat uzyskano w analogicznym badaniu z udziałem osób pochodzenia europejsko-amerykańskiego, chińsko-ame-


podzielono na trzy grupy: osoby pochodzenia europejsko-amerykańskiego (jako przedstawiciele kultury indywidualistycznej), pochodzenia japońsko-amerykańskiego i z wysp Pacyfiku (grupa pośrednia między indywidualizmem i kolektywizmem) oraz osoby pochodzenia chińsko-amerykańskiego (jako przedstawiciele kultury kolektywistycznej). Uczestnicy badania wypełnili kwestionariusz, który pozwalał zmierzyć następujące wskaźniki: poziom indywidualizmu/kolektywizmu, styl przywiązania, prawdopodobieństwo bycia zakochanym, miłość namiętna oraz miłość partnerska. Choć wyniki wskazywały na pewne różnice w prawdopodobieństwie bycia zakochanym (najwyższe dla mieszkańców wysp Pacyfiku, a najniższe dla uczestników pochodzenia europejsko-amerykańskiego), to nie znaleziono związku między pochodzeniem, a intensywnością miłości namiętnej lub partnerskiej. Udowodniono natomiast znaczącą rolę stylu przywiązania: osoby z przywiązaniem lękowo-ambiwalentnym były zakochane najczęściej, a ze stylem unikającym – najrzadziej. Ponadto uczestnicy z lękowo-ambiwalentnym stylem przywiązania uzyskali najwyższe wyniki w skali miłości namiętnej, ze stylem bezpiecznym – w skali miłości partnerskiej, a osoby charakteryzujące się stylem unikającym otrzymały najniższe wyniki w obu skalach.

rykańskiego, filipińsko-amerykańskiego i japońsko-amerykańskiego oraz z wysp Pacyfiku. Miłość a małżeństwo Przewagę podobieństw nad różnicami międzykulturowymi zauważono również, gdy w badaniu z 1994 r. zapytano przedstawicieli Amerykanów, Rosjan i Japończyków o to, czy zdecydowaliby się na zawarcie związku małżeńskiego z kimś, w kim nie byliby zakochani. Przewidywania, że jedynie Amerykanie zazwyczaj wymagaliby miłości w małżeństwie, okazały się błędne – osoby ze wszystkich trzech państw w większości odpowiedziały przecząco. Spośród Rosjan 37 procent brało jednak pod uwagę taki związek, w porównaniu do 18 procent Japończyków i 11 procent Amerykanów. Rok później w podobnym badaniu z udziałem studentów z 11 krajów uzyskano nieco bardziej zróżnicowane wyniki: podczas gdy większość badanych z takich państw jak Stany Zjednoczone, Japonia, Wielka Brytania, Brazylia czy Australia odpowiedziała na pytanie przecząco, około połowa uczestników z Indii i Pakistanu brała pod uwagę związek małżeński bez miłości. Źródła różnic Kultura nie jest jedynym czynnikiem wpływającym na przeżywanie miłości. Również w 1994 r. przeprowadzono badanie z udziałem studentów Uniwersytetu Hawajskiego, których

Więcej podobieństw, niż różnic? Nie da się zaprzeczyć, że w ostatnich dekadach nawet w bardziej tradycyjnych społeczeństwach zaszły ogromne zmiany, a dawne różnice w postrzeganiu miłości, szczególnie w krajach rozwiniętych, zanikają. Przyjmowanie zachodnich wzorców, takich jak wysoka wartość zakochania, równość płci i małżeństwo z miłości, obserwuje się u młodych ludzi nawet w takich kulturach, jak australijscy Aborygeni czy Inuici z Alaski. Wynika to z postępującej globalizacji: częstych kontaktów międzynarodowych, łatwych podróży, mediów, podobnych treści w filmach i książkach. Wpływy te zderzają się z wciąż istniejącymi obyczajami i poczuciem identyfikacji z własną kulturą. Źródła: E. Hatfield, R. L. Rapson: Passionate Love and Sexual Desire: Multidisciplinary Perspectives. „Personal Relationships: Cognitive, Affective, and Motivational Processes”. 2007; E. Hatfield, R. L. Rapson: Culture and Passionate Love. „Rendering borders obsolete: Cross-cultural and cultural psychology as an interdisciplinary, multi-method endeavor: Proceedings from the 19th International Congress of the International Association for Cross-Cultural Psychology”. 2011; E. Hatfield, R. L. Rapson, L. D. Martel: Passionate Love and Sexual Desire. „Handbook of cultural psychology”. 2007; R. W. Doherty, E. Hatfield, K. Thompson, P. Choo: Cultural and ethnic influences on love and attachment. „Personal Relationships”. 1994; R. Wilkins, E. Gareis: Emotion expression and the locution ”I love you”: A cross-cultural study. „International Journal of Intercultural Relations”. 2006; V. Karandashev: A Cultural Perspective on Romantic Love. „Online Readings in Psychology and Culture”. Czerwiec 2015.

s.15


Dagmara Szczęsny dagmaraszczesny@gmail.com

GDZIE ŚPIĄ ŚLĄSCY SERYJNI MORDERCY? Strzeżcie się, bo na Śląsku grasuje Wampir z... Bytomia? Bytowa? Zagłębia? Sosnowca? Chociaż już dawno ich – oraz innych seryjnych morderców – działalność została przerwana, to strach przed nimi dalej jest zakorzeniony w świadomości mieszkańców nie tylko Górnego Śląska. Zostali złapani, oskarżeni, skazani i… No właśnie, co się z nimi dalej stało? Niechlubne określenie seryjnego mordercy przysługuje osobie, która zabiła przynajmniej dwie ofiary w różnym czasie i miejscu, a pomiędzy zdarzeniami występował okres tzw. wyciszenia. Powszechnie uznaje się, że ten termin po raz pierwszy został użyty w 1978 r. przez agenta FBI Roberta K. Resslera. To pojęcie miało służyć odróżnieniu mordercy seryjnego od wielokrotnego. Pierwszy zabija dla samego aktu, z którego czerpie psychiczną lub seksualną przyjemność. Natomiast dla wielokrotnego mordercy często motywem jest chęć zysku lub osobiste korzyści, a nie samo zabójstwo. W Polsce po zakończeniu II wojny światowej na terenie całego kraju odnotowano działalność około 30 seryjnych morderców. Ponadto najwięcej z nich grasowało właśnie na Górnym Śląsku. Ataki czasem były wywoływane chęcią zemsty, a czasem były tylko sposobem na zaspokojenie chorych fantazji. Oprócz zwłok mordercy zostawiali też ślady – przez co w końcu zostali

s.16

złapani, oskarżeni i skazani. Jaką karę dostali za swoje zbrodnie i co się z nimi później stało? Sen wieczny za sen wieczny Dopóki polskie prawo przewidywało karę śmierci, to najczęściej właśnie taki los spotykał seryjnych morderców. Na przestrzeni wieków wyrok ten w Polsce groził za różne przewinienia i miał rozmaite formy: od łamania kołem czy krzyżowania w średniowieczu po powieszenie lub rozstrzelanie (w przypadku żołnierzy) przeprowadzane jeszcze w późnych latach 80. XX wieku. Egzekucja przybierała charakter odpłaty za dokonane przestępstwa w imię zasady „oko za oko, ząb za ząb”, o czym mogli przekonać się niektórzy seryjni mordercy działający na Śląsku. Słynny Władca Much został pochowany jako osoba nieznana na cmentarzu komunalnym w Katowicach Panewnikach po tym, jak skazano go na powieszenie za swoje zbrodnie


← | il. Natalia Bugaj

w 1968 r.Sprawa Bogdana Arnolda była głośna na całą Polskę, gdy w 1967 r. odkryto w jego mieszkaniu rozkładające się zwłoki czterech kobiet. Mordercę zdradziły roje much, które obsiadły okno budynku, oraz mocny fetor wydobywający się na klatkę schodową. Sprawa Wampira z Zagłębia jest trochę bardziej skomplikowana. W przeciągu 6 lat zaatakował on 21 kobiet, z czego 15 nie przeżyło, a jedną z nich była bratanica Edwarda Gierka. Powszechnie przyjęło się, że pod tym pseudonimem ukrywał się Zdzisław Marchwicki, ale coraz częściej podaje się to w wątpliwość. Ostatecznie jego i jego brata Jana skazano na karę śmierci „tylko” za morderstwo ostatniej ofiary – dr Jadwigi K. (wykładowczyni Uniwersytetu Śląskiego). Obu braci stracono w 1975 r. i pochowano również na tym samym cmentarzu co Władcę Much. Niezależnie kto ukrywał się pod powyższym pseudonimem, doczekał się on swojego naśladowcy – Wampira z Bytomia alias Frankensteina. Joachim Knychała, którego właśnie tak nazywano, przez niecałe 8 lat zamordował 5 kobiet i usiłował zabić 7 kolejnych. Najczęściej upatrywał swoje ofiary wzdłuż linii tramwajowej nr 6, która prowadziła z Bytomia do Katowic. Knychała został złapany, gdy sam przyszedł na milicję, aby zgłosić śmierć swojej szwagierki, która podobno poślizgnęła się i spadła z urwiska. Ekspertyza sądowa oraz inne dowody, np. w postaci pamiątek po ofiarach i badania wariografem, przyczyniły się do złapania Wampira z Bytomia. Został on powieszony w 1985 r. Jednym ze śląskich seryjnych morderców, który dopuścił się 13 gwałtów i 4 zabójstw, jest były funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej – Mieczysław Zub aka Fantomas. Został on skazany na karę śmierci, jednak do jej wykonania nie doszło, ponieważ w 1983 r. popełnił samobójstwo, wieszając się w więziennej izolatce. Z innych, mniej znanych seryjnych morderców grasujących m.in. na Śląsku warto wymienić Władysława Baczyńskiego. Działał on przez 11 lat, a pierwszego morderstwa dopuścił się w 1946 r. w Bytomiu. Po 10-letniej przerwie zastrzelił kolejne 3 osoby i próbował zabić 2 następne. Ofiary nie były przypadkowe, mordował m.in. swoich przełożonych. Jedną z nich próbował zabić w ramach próby odwdzięczenia się pielęgniarce, która pisała dla niego anonimy z groźbami. Proces mordercy zakończył się karą śmierci, którą wykonano w 1960 r. Rok później niejaki Stefan Boryczko został skazany za dokonanie 5 gwałtów i napadów. Szybko jednak wyszedł z więzienia i wrócił do starych nawyków. Ostatecznie w 1965 r. został ponownie złapany i skazany na karę śmierci za morderstwo, 2 usiłowania zabójstwa oraz gwałt. Teraz morderca będzie spał za kratami Do 1998 r. w polskim prawie funkcjonowała kara śmierci, która później została zastąpiona dożywotnim pozbawieniem wolno-

ści. Na taki wyrok załapał się Wampir z Sosnowca, czyli Piotr Stasiurka, który w latach 2002–2004 dopuścił się 3 brutalnych gwałtów, z czego 2 zakończyły się śmiercią. W 2005 r. został on skazany na dożywotnie pozbawienie wolności, jednak w 2040 r. będzie mógł ubiegać się o możliwość zwolnienia warunkowego. I w tym momencie rodzi się pytanie: czy ktoś, kto został uznany za seryjnego mordercę powinien zostać wypuszczony? W szczególności, że Stasiurka już wcześniej (w latach 1993–1998) odsiedział 5 lat w więzieniu za gwałty, które, w przeciwieństwie do jego późniejszych zbrodni, nie kończyły się śmiercią ofiar. Wyszedł na wolność i zaczął atakować ponownie. Bestia nie będzie spać na wolności, nawet jeśli odsiedzi wyrok W 2014 r. zaczęła obowiązywać tzw. „ustawa o bestiach” (z dnia 22 listopada 2013 r.). Regulację stworzono głównie ze względu na zbliżające się zakończenia kar 25-letniego pozbawienia wolności, na które zostały zamienione wyroki śmierci wydane przed 1989 r. na mocy amnestii. Sąd na podstawie wniosku dyrektora zakładu karnego decyduje, czy dana osoba dalej stanowi zagrożenie dla społeczeństwa. Tym samym może zastosować wobec niej nadzór prewencyjny lub umieścić ją w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym (który ma charakter medyczny). W placówce obecnie przebywa m.in. Leszek Pękalski, tzw. Wampir z Bytowa. Przyjmuje się, że zabił on ponad 53 osoby, jednak wiele śledztw umorzono lub nie potrafiono udowodnić mu winy. W tym ośrodku znajduje się również seryjny morderca i pedofil – Monstrum z Chorzowa, czyli Henryk Kukuła. Zamordował on 3 chłopców i dziewczynkę. Zaczął zabijać w 1980 r., gdy miał zaledwie 14 lat. Za zbrodnie trafił do ośrodka wychowawczego w Krupskim Młynie, gdzie popełnił kolejne morderstwo, co poskutkowało pozbawieniem go wolności na 15 lat. W 1990 r. został warunkowo zwolniony – 3 miesiące później zabił i zgwałcił dwóch braci, za co sąd skazał go na 25 lat pozbawienia wolności. Czy możemy spać spokojnie? Choć obecnie rzadko pojawiają się doniesienia o kolejnych seryjnych mordercach, a ci schwytani prawdopodobnie nigdy nie opuszczą więzień, ich zbrodnie wciąż mrożą krew w żyłach. Często minęły dekady od dokonanych zabójstw i z czasem zaczęły one obrastać w miejskie legendy, nie tylko szeptane pomiędzy mieszkańcami, ale też szeroko omawiane w mediach. Tak więc w zaciszu swojego domu można spać spokojnie, ale wystarczy sięgnąć po telefon czy włączyć telewizor, by znów natknąć się na ich historie. Pytanie tylko: w formie przestrogi czy rozrywki? Źródła: J. Stukan: Polscy seryjni mordercy; P. Krawczyk: Problem konstytucyjności tzw. ustawy o bestiach. „Zeszyty Naukowe UPH”. Nr 100; R. Balicki: Zniesienie kary śmierci w Polsce; Ż. Zając: Śląscy seryjni mordercy w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. [W:] Bezpieczeństwo współczesnego świata: doświadczenia i perspektywy. Red.: P. Wywiał, A. Ziarko.

s.17


Patrycja Pieczka patrycjapieczka2@gmail.com

CZEMU NIKT NIE ZAPRASZA MNIE NA ROZMOWY? JAK NAPISAĆ DOBRE CV I BYĆ ZAUWAŻONYM. Tytułowe pytanie zadaje sobie wiele osób podczas aktywnego poszukiwania pracy. Gdy aplikujesz na staż lub pierwsze stanowisko, konkurencja bywa ogromna. Rekruterzy przeglądają dziesiątki aplikacji dziennie, przez co często nie sposób zostać niezauważonym, szczególnie jeśli twoje zgłoszenie niczym nie wyróżnia się z setki pozostałych. Co z tym CV? CV, czyli Curriculum Vitae, to wciąż podstawowe narzędzie rekrutacji: dokument, który ma w kilku zwięzłych akapitach przekonać rekrutera, że warto zaprosić daną osobę na rozmowę. Dla studentów napisanie skutecznego i dobrego życiorysu zawodowego bywa wyzwaniem. Pisząc ten artykuł, zapytałam dziewczyny pracujące w dziale personalnym Saint-Gobain, Angelikę, Edytę oraz Julię, która obecnie jest na stażu w HR, na co zwracają uwagę, gdy przeglądają nadesłane aplikacje. Na jakie elementy CV zwracasz uwagę w pierwszych kilku sekundach? Pierwsze wrażenie odgrywa decydującą rolę przy selekcji kandydatur. Według The Business Insider rekruter, przeglądając stertę zgłoszeń, poświęca pojedynczemu CV przeciętnie zaledwie 6 sekund. W tym czasie decyduje, czy aplikacja trafi do folderu „do rozważenia”, czy zostanie odrzucona. Co zatem widzi rekruter podczas przeglądania zgłoszeń? Przede wszystkim ogólny układ i estetykę dokumentu oraz wyróżniające się informacje. „Zwracam uwagę na to, jak to CV wygląda. Ważna jest estetyka. Chaos i niechlujny wygląd od razu zniechęcają” – mówi Edyta, która prowadzi rekrutacje już od trzech lat. Drugim kluczowym elementem, na który rekruter zwraca uwagę, jest doświadczenie. „Najpierw zwracam uwagę na doświadczenie zawodowe. To jest pierwsza rzecz, na którą patrzę, później czytam całą resztę” – mówi Angelika, której staż jako rekruterki sięga już dziesięciu lat. Dla osób z niewielkim doświadczeniem pierwsze wrażenie może więc bazować na innych elementach Curriculum Vitae. Rekruterzy zwracają uwagę na wykształcenie, dodatkowe kwalifikacje, umiejętności oraz ogólne wrażenie profesjonalizmu. Ważny bywa choćby krótki wstęp „o mnie” na początku dokumentu. „W przypadku studentów kluczowy jest ten wstęp, kilka słów o sobie, udział w kołach naukowych, prace dorywcze, działalność studencka, hobby – szczególnie takie, które mogą stać się punktem rozmowy i pokazują inicjatywę. Ważne jest też wskazanie konkretnych kompetencji, których oczekuje pracodawca w ogłoszeniu” – zauważa Angelika, dodając, że mimo skromnego doświadczenia, warto zamieścić kilka zdań o swoich mocnych stronach i celach. Edyta

s.18

potwierdza: „Nawet ten taki ogólny wstęp o sobie... ja zawsze czytam”. Co najbardziej Cię irytuje w źle napisanych CV? „Powtarzalne, banalne hasła, na przykład «znajomość środowiska Windows», trywialne rzeczy, które piszą wszyscy, a które nie mówią o niczym szczegółowym i zajmują tylko miejsce. Mało precyzyjne informacje, brak szczegółów przy umiejętnościach, na przykład język bez określonego poziomu. Czasami widać tę sztampowość, CV wysyłane masowo i brak personalizacji. Zdarzyło mi się, że w klauzuli RODO była wymieniona inna firma, nie możemy wtedy prawnie przetwarzać takich aplikacji” odpowiada mi Angelika, a chwilę później Edyta dodaje: „przesłanie zdjęcia CV, które jest mało czytelne, w złej jakości, sztampowość i brak personalizacji. To czy ja czytam dane zgłoszenie, w moim przypadku, decyduje pierwsza chwila od otwarcia. Czy przyciąga mnie kolor, porządek, czy zdjęcie; jak tego zdjęcia nie ma, jest trudniej – wtedy przechodzę do doświadczenia. W przypadku studentów wstęp i tych kilka słów o sobie”. Czy zgodzicie się ze stwierdzeniem, że CV ma być tylko przepustką do rozmowy rekrutacyjnej, która jest najważniejsza? „Tak! CV ma być zaproszeniem na rozmowę rekrutacyjną” – odpowiedziały razem dziewczyny. Wielokrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem, że wspomniany dokument ma być tylko przepustką do rozmowy rekrutacyjnej, od której tak naprawdę wszystko zależy. Trudno nie zgodzić się, że jest w tym zdaniu wiele prawdy, ponieważ to właśnie podczas rozmowy rekruter poznaje i wyrabia sobie konkretną opinię na temat kandydata. Dlatego tak ważne jest przygotowanie profesjonalnego CV, by taką „przepustkę” na spotkanie z rekruterem otrzymać – a wtedy mamy większą szansę na sukces. Jakie umiejętności lub informacje naprawdę robią różnicę w CV, nawet jeśli ktoś nie ma doświadczenia zawodowego? Studenci często nie mają jeszcze doświadczenia i aplikują na staż w nadziei, że uda im się zdobyć pierwsze doświadczenie zawodowe. Brak doświadczenia nie przekreśla całkowicie szansy, o ile nie wysyłasz całkiem pustego CV. Warto umieszczać infor-


macje o aktywności podczas studiów, wolontariatach, pracach dorywczych (nawet wakacyjnych), niezwiązanych z docelowym doświadczeniem – to pokazuje zaangażowanie i inicjatywę. Dobrze jest też napisać parę zdań o sobie, czego szukasz, co studiujesz, dlaczego chcesz pracować w firmie, do której aplikujesz, co cię interesuje „Ważne jest też wskazanie konkretnych kompetencji, których oczekuje pracodawca w ogłoszeniu” – opowiada Angelika. Jakie rady dałabyś osobie, która pierwszy raz pisze CV? „CV powinno być pisane pod konkretne ogłoszenie. Warto korzystać z gotowych, estetycznych szablonów, ale bez przesady – krzyczące CV, to może być za dużo. Powinno być zwięzłe (1–2 strony), spójne, autentyczne i bez koloryzowania. Dobrze dodać profesjonalne zdjęcie (jeśli się na nie decyduje), a także link do porządnie przygotowanego LinkedIn (jeżeli posiada się profil)” – radzi Angelika. Dobre CV nie musi być idealne, powinno być autentyczne. Zdarza się, że rekruterzy zapraszają kandydata mimo braków, jeśli dokument pokazuje szczerość i inicjatywę. Przede wszystkim unikaj zbędnych danych osobowych, zawsze podawaj aktualny kontakt, używaj profesjonalnego zdjęcia i dopasowuj przedstawiane informacje do konkretnej oferty. Dokument nie powinien przekraczać dwóch stron, a jeśli masz więcej do pokazania, dodaj link do LinkedIn lub portfolio. Jak podkreślają rekruterki, CV to dopiero początek.

● Pusty LinkedIn (gdy decydujesz się dodać link do profilu); ● Ogólniki bez liczb i efektów („różne zadania”, „zwiększyłem sprzedaż”); ● Nieprecyzyjne kierunki i poziomy („coś z zarządzaniem”, „chyba B2/C1”); ● Umiejętności, które nie pokrywają się z prawdą (to bardzo łatwo zweryfikować podczas rozmowy); ● Przeładowane, przypadkowe zainteresowania; ● Brak dopasowania do oferty i ułożenia informacji według priorytetów, ● Błędna klauzula RODO z inną firmą i absurdalnie długa zgoda. Na co zwracać uwagę: ● Na to, by CV było czytelne i uporządkowane, ● Dopasowane do oferty, na którą aplikujesz, ● Profesjonalne zdjęcie, ● Żeby CV nie przekraczało 2 stron (zawsze można dodać link do profilu lub portfolio) ● Wypisany w górnej części (aktualny!) kontakt, ● Doświadczenie i wykształcenie w kolejności od obecnego stanowiska/studiów do tych starszych.

Źródła: Wypowiedzi rekruterek z wywiadu przeprowadzonego przez autorkę artykułu w 2025 r.; V. Giang: Here’s what recruiters look at during the 6 seconds they spend on your resume. (www.businessinsider.com/heresJak wygląda Twoim zdaniem dobre CV? Czy zdjęcie to must -what-recruiters-look-at-during-the-6-seconds-they-spend-onhave? -your-resume-2012-4?IR=T); Czytelne, estetyczne, bez nadmiaru ozdobników. Jeżeli ktoś Rozporządzenie RODO i Kodeks Pracy – zakres danych osodecyduje się na zdjęcie, to musi być ono schludne, profesjo- bowych w rekrutacji; A. Szymoniak: Jak napisać CV, które przyciąga uwagę rekrutera? nalne – nie z wakacji, paszportu czy wesela, ale żeby było szczere i autentyczne. Eyetracking i analiza CV. (www.interviewme.pl/blog/jak-napisac-cv-eyetracking); Pracuj.pl: Jak napisać dobre CV? Poradnik i przykłady. (www. Zatem czego unikać: ● Zbędne/wrażliwe dane (PESEL, stan cywilny, miejsce cv.pracuj.pl/poradniki/jak-napisac-dobre-cv); urodzenia); J. Iciaszek: Jak napisać dobre CV? Nie bądź leszczem, bądź szczu● Nieprofesjonalny e-mail; pakiem. (www.dobryhr.eu/jak-napisac-dobre-cv-nie-badz-lesz● Nieprofesjonalne zdjęcie; czem-badz-szczupakiem).

s.19


Alicja Tomczyk a.tback02@gmail.com

CO TRZEBA WIEDZIEĆ, WYBIERAJĄC SIĘ DO CHIN? Od 1 lipca 2024 roku w Polsce umożliwiono wjazd na teren Chin bez wizy na okres 15 dni. Dla wielu osób oznacza to możliwość spełnienia swoich marzeń na odwiedzenie tego zakątka świata. Wciąż jednak należy pamiętać, że podobna wycieczka wymaga przemyślanych przygotowań. Oto kilka wskazówek, które ułatwią turyście odnalezienie się w Chinach. Kiedy jest się mieszkańcem tak małego kraju jak Polska, można łatwo zapomnieć, jak olbrzymie są Chiny. Przykładowo, należy przejechać odległość między Gdańskiem a Zakopanem dwukrotnie, by dostać się z Pekinu do Szanghaju. Planując swój budżet, trzeba zatem uwzględnić częste podróże kolejami dużych prędkości (KDP) albo samolotem. Nie należy się jednak zniechęcać! W dwa tygodnie urlopu można zobaczyć niejedno. Podstawą jest sprawdzenie najlepszych możliwości dojazdu pomiędzy interesującymi nas miejscami i uwzględnienie je w swoich planach, nie tylko pod względem kosztów, ale i czasu, jaki zabiorą przejazdy. Koleje dalekobieżne wymagają wcześniejszego zakupu biletów. Warto dowiedzieć się, kiedy zaczyna się na nie przetarg i kupić je jeszcze tego samego dnia, bo następnego mogą być już wyprzedane. Na stację przybywamy godzinę wcześniej, aby przejść „odprawę” – jako obcokrajowcy ustawiamy się w tym celu w kolejce do strażnika, który sprawdzi nasze paszporty, a nie do kasy samoobsługowej, jak Chińczycy. Warto przyzwyczaić się do noszenia paszportu zawsze przy sobie, by korzystać ze środków transportu publicznego i ważniejszych instytucji. Podróże pociągiem można zaplanować sobie na noc, ponieważ w Chinach wiele z nich oferuje wygodne kuszetki. Jeśli chodzi o podróż samolotem, należy sprawdzić, co można zabrać ze sobą, lecąc do Chin, ponieważ zakazy są liczne. Poruszając się metrem, również przechodzi się przez kontrolę przy wejściu. Torby zostaną wtedy prześwietlone, a napoje sprawdzone miernikiem (czasem można zostać poproszonym o upicie łyka w celu skontrolowania zawartości butelki). Dostępność atrakcji wygląda podobnie jak w innych krajach: duża ich część może być zamknięta w poniedziałki i w święta. Ponadto, dni wolne w Polsce nie pokrywają się z tymi w Chinach. Na szczęście wiele atrakcji to publiczne parki i ogrody, gdzie

s.20

wejść można zawsze. Idealnie wypełnią luki w harmonogramie. Podobnie jak w przypadku biletów kolejowych, wejściówki też warto kupić wcześniej. Często ich sprzedaż prowadzona jest jedynie internetowo oraz z kilkudniowym wyprzedzeniem. Istnieją w tym celu konkretne chińskie aplikacje i strony internetowe, lecz dużą część podobnych rezerwacji można dokonać przez stronę trip.com, niejednokrotnie oszczędzając dużo pieniędzy lub dostając bonusy. Wysiadając z samolotu, już na lotnisku, można kupić jednorazową kartę sim, która umożliwi dostęp do Internetu. Nie tylko jest on niezbędny, by móc bezpiecznie poruszać się po mieście przy użyciu aplikacji map, ale również, by łatwo zapłacić w sklepie czy zamawiać taksówki. Co ciekawe, w Chinach w niektórych miejscach (jak restauracje) nie da się posłużyć gotówką. Każde stoisko na ulicy będzie miało w widocznym miejscu kod QR, który należy zeskanować, by uiścić płatność. Do „niezbędnika podróżnika” należą takie aplikacje jak ichnia wersja Google Maps — Amaps; odpowiednik Messengera — WeChat oraz aplikacja płatnicza Alipay. Jakie jeszcze oferują funkcje? Amaps pomoże zamówić taksówkę, WeChat oferuje również funkcje płatnicze, a Alipay pozwala zapłacić za wszystko od biletu autobusowego po rachunek za telefon. Najłatwiejszą metodą płatniczą będzie używanie kont walutowych, takich jak Revolut, które łatwo będzie podpiąć pod powyższe aplikacje. Najważniejsze, by zabrać kartę typu Visa, ponieważ można nią czasem zapłacić, np. za bilet do metra (ale nie w sklepie). Do pokonywania krótszych tras najlepsze będą taksówki, które są tutaj nie tylko wygodnym i ogólnodostępnym środkiem transportu, ale i bardzo tanim. Kilometr podróży taksówką kosztuje około złotówki. Pamiętać trzeba, by używać w tym celu aplikacji (np. Amaps czy DiDi), gdzie zamówić można chiński odpowiednik Ubera. Pojazdy są czyste i wygodne, a kierowcy bardzo uprzejmi. Na wejściu mogą zapytać o dwie ostatnie cyfry numeru telefonu w celu potwierdzenia tożsamości pasażera. Zapłacić można w aplikacji, gdy taksówka już odjedzie. Najtrudniej jest poruszać się pieszo. W centrum miasta często zdarzają się ulice pięcio- czy dziewięciopasmowe oraz skrzyżowania, gdzie takowe się przecinają. Przejście przez pasy może stanowić wyzwanie, zwłaszcza ze względu na podejście Chińczyków do zasad ruchu drogowego. Czerwone światło jest tutaj jedynie sugestią. Zarówno piesi, jak i samochody ruszają, gdy tylko widzą okazję, nie wspominając już o skuterach i rowe-


są wózki z przekąskami. Oferują one wszystko od pokrojonych owoców po smażone ośmiornice. Weganie w Chinach mogą czuć się bezpiecznie: nawet jeśli dana restauracja nie oferuje dużego wyboru dań bezmięsnych, kucharze są otwarci na dostosowanie się do klienta. Na podorędziu warto mieć „zgapkę” z chińskimi nazwami produktów, których się nie je i poprosić o pomoc przy wyborze posiłku. Z ciekawostek, czasem trudno jest znaleźć w sklepie czekoladę w tabliczce, chociaż wiele światowych marek jak M&M’s, Kinder, lody Magnum czy Oreo są łatwiejsze do kupienia. W menu restauracyjnym natomiast często pojawia się taka pozycja jak ciepłe mleko, uwielbiane przez Chińczyków, nawet w herbacie. Do dziś „waiguoren-y” (外国人 — cudzoziemcy) pozostają ciekawą atrakcją dla Chińczyków. Normalnym jest bycie zahaczanym na ulicy, komplementowanym czy proszonym o wspólne zdjęcia (z doświadczenia: nawet przez pracowników szpitalnych). Obowiązują tu też inne zasady savoir vivre-u. Chińczycy zachowują się dużo głośniej, często rozmawiając na trybie głośnomówiącym w miejscach publicznych. Normalnym jest też charkanie, plucie na ulicę, publiczne śpiewanie opery, grupowe tańce w parkach, puszczanie muzyki z głośnika podczas spaceru, trąbienie klaksonem czy nawoływanie klientów megafonem. Trudno mówić ogólnie o klimacie w państwie zajmującym tak dużą powierzchnię, ale należy przyzwyczaić się do dużej wilgotności, wielkich upałów i równie skrajnych mrozów. Jakość powietrza warto codziennie kontrolować, ponieważ bywają tu dni, kiedy smog jest widoczny gołym okiem. Ulewny natomiast dosłownie zalewają tutaj ulice.

↑ | fot. Alicja Tomczyk

rach, które korzystają z takich zasad ruchu, jakie akurat im się podobają. Użytkownicy owych skuterów są ciekawym widokiem. Ponieważ Chińczycy mają dużą awersję do opalania się, używają wszystkiego od dodatkowych rękawków po maski zasłaniające całą twarz, włosy i szyję. Najbardziej widowiskowe są koce, które zakrywają cały przód pojazdu i dłonie prowadzącego, skutecznie nie przepuszczając nawet jednego promyczka słońca, kropli deszczu czy podmuchu wiatru. Wybierając się na inny kontynent, zawsze warto pamiętać o zażywaniu probiotyków, ze względu na obecność innych kultur bakterii niż te w Europie. Na początek dobrze jest zrezygnować z picia wody kranowej i napojów z lodem. Jedzenie jest ponad połowę tańsze niż w Polsce, koszty posiłku w niewystawnej restauracji to od 7 do 15 złotych. Z tego powodu normą jest jeść na mieście, nawet dla tubylców. Jedzenie można kupić w co trzecim mijanym przybytku, a wzdłuż ulicy zaparkowane

Na sam koniec jeszcze kilka ciekawostek. W Chinach dostępne są niektóre marki takie jak Adidas, Nike, Starbucks, McDonalds, czy KFC, gdyby komuś tęskniło się za domem. Po drugie, po ulicach biega wiele zwierząt, które mogą wyglądać na bezdomne, ale należą do pobliskich sprzedawców. Pewnych miejsc nie można natomiast fotografować, ponieważ władze poproszą o usunięcie zdjęcia. Ponadto, w miejscach publicznych najczęściej spotka się „cesuo”, toalety „kucane”, które przypominają po prostu dziury w ziemi wykończone porcelaną. Nie ma w nich też zazwyczaj papieru toaletowego czy mydła do rąk, zachęcam, by nosić swoje. Na koniec, przydatne może okazać się kupno adaptera, by używać tamtejszych gniazdek. Najważniejsze jednak, że nie wiadomo jak kwestia wiz będzie wyglądać w 2026 roku, więc warto się pospieszyć. Nie jest to na pewno wszystko, co odróżnia Chiny od Polski, ale wystarczy, by być dobrze przygotowanym do odwiedzenia tego miejsca. Resztę należy odkryć na własną rękę i dać się porwać temu barwnemu miejscu i jego kulturze. 在中国见! Źródła: Xinhua: China extends visa exemption for New Zealand, Australia, Poland to improve personnel exchanges. (www.english.www.gov.cn/ news/202406/25/content_WS667aa1d4c6d0868f4e8e88a5. html).

s.21


Marta Nowak marta03N@interia.pl

TAROT – DLACZEGO WCIĄŻ NAS FASCYNUJE I TAK BARDZO MU UFAMY? Tarot, początkowo uznawany za zwykłą grę karcianą, dziś uchodzi za klucz do przyszłości i autorefleksji. Zainteresowanie nim wciąż rośnie: ludzie dzwonią do wróżek, oglądają krótkie filmiki na TikToku z rozkładami, a nawet kupują własne talie kart, aby nauczyć się go stawiać. Co sprawia, że aż tak nas fascynuje? Czy to faktycznie magia, czy może po prostu nasza podświadomość?

Skąd wziął się tarot? Pochodzenie tarota od wielu lat pozostaje kwestią sporną. Istnieje mnóstwo teorii na ten temat. Niektórzy uważają, że karty powstały około dwóch tysięcy lat temu i mają korzenie w starożytnym Egipcie. Inni twierdzą, że wywodzą się one z Bliskiego Wschodu, a do Europy trafiły dzięki uczestnikom wypraw krzyżowych. Najbardziej prawdopodobna teoria głosi, że Tarot narodził się we Włoszech. Najstarsze znane talie pochodzą z mediolańskiego dworu rodziny Viscontich i datowane są na XV wiek. Karty były nazywane trionfi, co w tłumaczeniu oznacza triumfy. Powstały w epoce renesansu, prawdopodobnie jako gra pamięciowa. Przedstawiały motywy bliskie arystokracji: greckie bóstwa, cnoty chrześcijańskie, ciała niebieskie oraz alegorie ludzkiego losu. Początkowo celem gry była przede wszystkim nauka. W XVI wieku aspekt rozrywkowy przeważył jednak nad edukacyjnym. Wówczas nazwę trionfi zastąpiło tarocchi, oznaczające karty tarota. Z biegiem lat zaczęły one funkcjonować nie tylko jako rozrywka bogatych, lecz także element codziennych obyczajów, co ułatwiło ich dalsze rozpowszechnienie. W latach 1494-1559 Półwysep Apeniński stanowił arenę wojen. Żądza władania królestwem sprawiła, że szlacheckie rody występowały przeciwko sobie, wciągając w konflikt władców ościennych i płacąc najemnikom. Lombardia i Mediolan jako pierwsze doświadczyły najazdu obcych wojsk. Na przełomie

s.22

wieków żołnierze z Francji i Szwajcarii spotykali się na tych ziemiach jako sojusznicy i zdobywcy. W tym okresie karty tarocchi stanowiły specyficzne łupy wojenne, które łatwo było schować do kieszeni, wyruszając w drogę powrotną. Po drugiej stronie Alp nadano im nową, powszechnie używaną do dziś nazwę: tarot. Pod koniec XVI wieku tarot, zarówno w formie kart, jak i gry, był już znany w całej Europie Środkowej i posiadał różne warianty. Współczesna talia W przeszłości karty tarota różniły się od tych, które znamy dzisiaj. Posiadały nietuzinkowe ilustracje, przez co ich interpretacja była dużo trudniejsza. Na przełomie XX wieku rosło zainteresowanie spirytyzmem i magicznymi rytuałami, a co za tym idzie również tarotem. Współczesne karty tarota dzielą się na Arkana (co oznacza sekrety, tajemnice) Wielkie i Małe. ● Arkana Wielkie liczą 22 karty i stanowią podstawę tarota. Określają cel życiowej wędrówki człowieka – od Głupca, opisywanego liczbą zero, do pełnej samorealizacji, której symbolem jest ostatnia karta – Świat. Pierwsza karta przedstawia człowieka nieświadomego, stojącego na początku swojej drogi. Kolejne, takie jak: Mag, Kapłanka, Kochankowie, Pustelnik czy Śmierć, odzwierciedlają etapy jego rozwoju aż do zdobycia odpowiedniego bagażu doświadczeń u kresu wędrówki. Dodatkowo każda karta ma określone znaczenie w pozycji prostej i odwróconej, co daje nieograniczone możliwości interpretacji dla wszelakich pytań i problemów.


● Arkana Małe składają się z 56 kart podzielonych na cztery kolory: Monety, Buławy, Miecze i Kielichy. Każdy kolor zawiera dziesięć kart numerycznych: od Asa do Dziesiątki i cztery Karty Dworskie. Z jednej strony Arkana Małe wskazują kierunek drogi człowieka, a z drugiej odnoszą się do codziennych zmartwień i problemów, z którymi musi się mierzyć. ● Monety odnoszą się do sfery materialnej życia człowieka. Wskazują na możliwości finansowe oraz podejście do spraw związanych z dobrami i zasobami. W szerszym ujęciu mogą też wskazywać na troskę o dom i rodzinę – na to, jak człowiek wykorzystuje swoje zasoby, by zapewnić bliskim stabilność, harmonię i poczucie bezpieczeństwa. ● Buławy symbolizują działanie, aktywność, rozwój i postęp. Nawiązują do inicjatywy człowieka, jego odwagi w podejmowaniu decyzji, realizacji pomysłów i dążeniu do sukcesu. ● Kielichy związane są z uczuciami, emocjami i wewnętrznymi przeżyciami. Pokazują zarówno radosne, jak i trudne chwile w życiu, a także kreatywność, wrażliwość i uzdolnienia człowieka. ● Miecze są połączone ze sferą intelektualną, zdolnościami analitycznymi i logicznymi. Unaoczniają zmiany, wewnętrzne konflikty oraz wyzwania wymagające refleksji i podejmowania trudnych decyzji. Prawdziwy przełom w historii tarota nastąpił w 1909 roku, kiedy Arthur Edward Waite, członek Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku zatrudnił artystkę, Pamelę Colman Smith do stworzenia nowej talii kart. Kobieta namalowała 78 ilustracji, które w 1910 roku opublikowało wydawnictwo Rider & Son. Była to pierwsza talia, w której wszystkie karty zostały opatrzone pełnymi scenami, ułatwiającymi intuicyjne odczytywanie ich znaczeń. Dzięki temu tarot stał się bardziej przystępny i zyskał ogromną popularność. Od tego czasu Rider-Waite-Smith pozostaje jedną z najważniejszych i najczęściej używanych talii w historii tarota. Dlaczego ludzie wierzą w tarota? Skoro tarot ma swoje korzenie w grze karcianej, dlaczego dziś uchodzi za narzędzie przepowiadania przyszłości i pracy z podświadomością? Odpowiedź tkwi w naszej psychice i ludzkich potrzebach. Codzienność bywa chaotyczna i nieprzewidywalna, a człowiek od zawsze szukał wzorców w otaczającym go świecie, aby nadać mu sens. Tarot zdaje się oferować mapę, dzięki której łatwiej zrozumieć własne życie i przewidzieć kolejne kroki. Daje iluzję, że los można oswoić, przez co przyszłość przestaje być tak nieznana. Poza tym współczesne media dodatkowo wzmacniają tę fascynację. Na stronach internetowych i w gazetach wciąż pojawiają się znane z tabloidów horoskopy. Z kolei na TikToku coraz większą popularność zyskują wróżki i wróżowie udostępniający treści ezoteryczne. Publikują krótkie filmiki z czytaniem tarota dla poszczególnych znaków zodiaku, na dany dzień, tydzień czy miesiąc. Tego typu treści szybko trafiają do zakładki „Dla Ciebie”, przyciągając uwagę nawet tych osób, które początkowo

oglądają je wyłącznie z czystej ciekawości. Z czasem jednak łatwo się w nie wciągnąć, a regularne sprawdzanie rozkładów staje się codziennym nawykiem, niemal rytuałem. Istotną rolę odgrywa tzw. efekt Forera, nazywany potocznie efektem horoskopowym. To zjawisko psychologiczne polegające na tym, że ludzie uznają ogólne i nieprecyzyjne opisy za wyjątkowo trafne dla swojej osobowości. Dzieje się tak, ponieważ takie sformułowania mogą pasować do bardzo dużej grupy osób. Psycholog Bertram Forer w 1948 roku zrealizował eksperyment: przeprowadził na studentach test osobowości, na podstawie którego podał każdemu z nich identyczny opis, rzekomo indywidualnie, dopasowany do ich wyników. Mimo że tekst był ten sam, większość uznała go za niezwykle trafny. Dowiodło to, jak łatwo ulegamy sugestii, zwłaszcza gdy informacje brzmią ogólnie, ale jednocześnie pochlebnie. Podobnie działa tarot. Jego znaczenia są szerokie i wieloznaczne, dlatego niemal każdy odnajdzie w nich fragment swojej historii. W gruncie rzeczy to my sami nadajemy im sens, dopasowując obrazy i symbole do własnych doświadczeń. Właśnie dlatego karty świetnie sprawdzają się jako narzędzie autorefleksji, stają się lustrem, w którym odbija się nasze wnętrze. Patrząc na Głupca, Cesarzową czy Wieżę, zaczynamy zastanawiać się: co w naszym życiu wymaga zmiany, co chcemy zachować, a czego się obawiamy? Tarot coraz częściej traktowany jest więc nie jako magia, lecz jako metoda rozmowy z samym sobą. Nie można też zapominać o potrzebie nadziei. Karty niezależnie od interpretacji, potrafią dać pocieszenie albo ostrzeżenie, a jedno i drugie sprawia, że czujemy się lepiej przygotowani na to, co nadejdzie. Wielu ludzi patrzy na tarota przez pryzmat psychologii Carla Gustava Junga. Uważał on, że w każdym człowieku istnieją tzw. archetypy – uniwersalne obrazy i symbole, które rozumiemy bez względu na kulturę czy język. To coś, co mamy wspólnego jako ludzie, zapisane głęboko w naszej nieświadomości. Archetypy odnajdujemy w mitach, snach, bajkach i ezoteryce; są nimi takie postacie jak Wisielec, Diabeł czy Mag. Wywołują w nas określone skojarzenia i emocje, nawet jeśli nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę. Dlatego tarot tak na nas działa: nie musi być magią, wystarczy, że porusza coś w naszej psychice. Dzięki temu łatwiej nam zastanowić się nad własnym życiem i zobaczyć je w nowej perspektywie. Być może właśnie ta dwuznaczność, balans między magią a psychologią, sprawia, że tarot do dziś fascynuje i nieustannie znajduje swoje miejsce w kulturze. Źródła: J. W. Suliga: Tarot. Karty, które wróżą; A. Skye: Wielka Księga Tarota; O. Wrzos: Małe arkana. (www.otylia.pl/male-arkana/); O. Wrzos: Wielkie arkana. (www.otylia.pl/wielkie-arkana/); R. Marzewski: Efekt Forera to nie efekt horoskopowy. (www.astrolab.org.pl/blog/efekt-forera-to-nie-efekt-horoskopowy/); J. Iciaszek: Efekt Barnuma-Forera. Rekrutacja i zodiakarstwo. (www. dobryhr.eu/efekt-barnuma-forera-rekrutacja-i-zodiakarstwo/); Kaya: Tarot, Jung i Archetypy. (www.swiatlozyciatarot.wixsite. com/diamond/post/tarot-jung-i-archetypy).

s.23


Marta Szamocka marta.magdalena.szamocka@gmail.com

KATOWICKI UNDERGROUND. POD ZIEMIĄ WCIĄŻ GRA MUZYKA Tam, gdzie beton spotyka bas, miasto muzyki pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Pod ziemią, w klubach z duszą i piwnicach pełnych dźwięku, rodzi się prawdziwy katowicki underground. Jest szczery, surowy i nie do podrobienia. Zanim Katowice zaczęły przyciągać turystów do Spodka czy NOSPR-u, serce miasta biło w klubach. Często małych, dusznych, nieco szorstkich, ale autentycznych. To właśnie tam rodziła się katowicka scena alternatywna, techno czy jazzowa. Pandemia, gentryfikacja, wzrost czynszów, a czasem zwykły brak szczęścia – to wszystko sprawiło, że kultowe lokale musiały zniknąć lub przenieść się w inne miejsca. Ale miasto muzyki potrafi się regenerować. Kiedy jedno miejsce znika, dwa kolejne powstają z jego energii. Underground tu nie umarł, po prostu zszedł jeszcze głębiej. Absurdalne przeprowadzki Dziś na mapie Katowic znajdują się zarówno nowoczesne instytucje, jak i ukryte podziemia, gdzie muzyka wciąż brzmi tak, jak dawniej. To w nich spotykają się ludzie, którzy wierzą, że scena to społeczność. Niektóre miejsca powstają przy wsparciu miasta, inne działają zupełnie niezależnie, często wbrew logice i finansom. Spójrzmy choćby na Drzwi Zwane Koniem czy Absurdalną. Przez lata stanowiły oś życia kulturalnego w Śródmieściu. Obecnie działają przy ulicy Mariackiej, próbując utrzymać klimat dawnego „offu”. Są też nowe przestrzenie, które na nowo definiują, czym mogą być muzyczne Katowice. Legendarny INQbator był czymś więcej niż klubem. To dawne centrum życia nocnego całego regionu, mekka dla fanów basu, techno, drum’n’bassu i house’u. Duch INQ przetrwał, a jego rezydenci i bywalcy przenieśli się do nowych miejsc, takich jak Sixa, Rajzefiber czy klubu CEL. Każde z nich nosi w sobie cząstkę tamtego podziemia. Laboratorium dźwięku pod ogrodem Między starymi kamienicami przy placu Sejmu Śląskiego 2 wyłania się wielki budynek z rozświetlającym drogę neonowym napisem „Katowice Miasto Ogrodów”. Tuż obok znajduje się miejsce, które potrafią dostrzec nieliczni, a w jego podziemiach kryje się świat pełen dźwięków, eksperymentów i twórczej energii. Z zewnątrz to tylko kolejne wejście do budynku, ale kilka metrów niżej rozpościera się coś, co śmiało można nazwać muzycznym laboratorium przyszłości. Kiedy schodzisz po schodkach obok wejścia do jazzowego klubu Hipnoza, nie wiesz do końca, co

s.24

cię czeka. Tutaj uliczny zgiełk znika, a w jego miejsce pojawia się muzyka, która pulsuje własnym rytmem i zaprasza do odkrywania. Music Hub to przestrzeń, którą zagospodarowano w ramach wyjątkowego projektu. Powstała jako część katowickiej aplikacji do UNESCO, wzorując się na takich miejscach jak Real World Studio Petera Gabriela czy Roundhouse w Londynie. Idea? Tworzyć miejsce, w którym muzycy mogą rozwijać się w sposób naturalny: od prób, przez nagrania, aż po koncerty. Występy „Music Hub Live!” przyciągają najbardziej różnorodną publiczność. To inicjatywa, która łączy koncertowy underground z miejskim wsparciem instytucjonalnym. Odbywają się tu spotkania, które wymykają się klasycznym kategoriom gatunkowym. To nie są festiwalowe sety dla przypadkowych przechodniów. To wydarzenia, które pozwalają artystom grać dokładnie tak, jak chcą: głośno, szczerze, bez kalkulacji. Jam session, pierogi i „pszczółki” Tuż obok Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, przy ulicy Wojewódzkiej 31, znajduje się miejsce, które wygląda jak zwykły bar z burgerami. Ale nie daj się zwieść. BackStage to miejsce, które jest miodem na serce i… uszy. To przestrzeń pełna dźwięku i artystów. To miejsce spotkań studentów i absolwentów katowickiej akademii, które przyjmie w swoje progi każdego. W każdą środę odbywają się tu jam sessions, które stały się już małą katowicką tradycją. Nie ma tu dystansu między sceną a publicznością. Wykonawcy to często są te same osoby. Choć lokal jest mały, potrafi pomieścić nawet duży skład z wibrafonem, kontrabasem i pełnym zestawem perkusyjnym. A atmosfera? Jedyna w swoim rodzaju. Czuć, że wszyscy są tu po coś więcej niż tylko napoje wysokoprocentowe. Za barem stoi sam właściciel, gospodarz, dusza tego miejsca. Zna z imienia połowę bywalców. Potrafi wysłuchać, doradzić, a w razie potrzeby zaproponować legendarną „pszczółkę”, czyli tajemniczy trunek o smaku miodu i cynamonu, który stał się symbolem BackStage’a.


↑ | Koncert zespołu Stalinogród Youth Flower w Music Hub w Katowicach (29.02.2024) | fot. Marta Szamocka

Podczas pandemii, kiedy kluby ledwo zipały, BackStage nie zniknął. Zamiast tego pojawiły się akcje wsparcia: sprzedaż koszulek, wspólne lepienie pierogów, dostawy burgerów dla wiernych fanów. To miejsce przetrwało nie dzięki grantom, ale dzięki ludziom. Oko, które zawsze patrzy Szukasz miejsca, które łączy przytulny klimat z muzyką na żywo? Piąty Dom przy ulicy Jana Matejki 2 to miejsce dla Ciebie. Już po wejściu czujesz, że wszystko tu ma sens. Wita cię scena, bar, kuchnia i atmosfera, która mówi jasno: tu liczy się muzyka, tu wszystko kręci się wokół ludzi. Jeśli spojrzysz w stronę ogródka, możesz dostrzec zabytkową bramę z nietypowym ornamentem. Schowaną, prawie niepozorną, czekającą, aż ktoś ją odkryje. Na jej szczycie zobaczysz oko, lecz zauważają je tylko spostrzegawczy i dociekliwi. Tak jak w astrologii Piąty Dom oznacza kreatywność, zabawę, pasje i radość życia, tak oko w bramie sugeruje uważność, czujność i zdolność dostrzegania rzeczy niewidocznych na pierwszy rzut oka. Tutaj muzyka rozwija się, eksperymentuje i pulsuje, a ludzie, którzy ją tworzą, stają się częścią czegoś większego niż jeden

koncert. W tym miejscu wszystko, co widzisz i słyszysz, ma znaczenie, a atmosfera sprawia, że nie sposób odejść obojętnie. W Piątym Domu ogromną rolę odgrywają ludzie. Pracownicy są w pełni zaangażowani, traktują klub jak drugi dom i dbają, żeby każdy czuł się tu dobrze. To oni tworzą niepowtarzalną atmosferę miejsca, którą trudno skopiować. Właściciel, sam wywodzący się ze sceny, doskonale rozumie potrzeby artystów i gości. Dzięki jego wizji Piąty Dom to nie tylko lokal – to idea, przestrzeń, w której łączą się muzyka, przyjaźnie, kulinaria i kreatywność. Miasto, które brzmi dobrze Katowice mają wyjątkową zdolność do odradzania się. Kiedy jedno miejsce gaśnie, kolejne zaczyna świecić. Czasem dosłownie pod ziemią, czasem w maleńkim lokalu z kilkoma stolikami. To miasto nie potrzebuje wielkich scen, żeby brzmieć dobrze. Potrzebuje ludzi, którzy grają, organizują, nagłaśniają, dokumentują. Ludzi, którzy wierzą, że kultura to nie granty i logotypy, ale relacja, wspólnota, emocja. Bo tutaj underground nigdy nie był modą. Był i jest sposobem życia. A jeśli kiedyś usłyszysz, że w Katowicach nic się nie dzieje, po prostu zejdź schodkami w dół. Tam, w podziemiach, muzyka wciąż gra.

s.25


Wiktor Krztoń wiktorio003@gmail.com

POWRÓT RADIOHEAD – DLACZEGO POTRZEBUJEMY SMUTNEJ MUZYKI?

Radiohead ogłasza koncerty po siedmiu latach przerwy. Mała trasa koncertowa obejmuje europejskie miasta, a popyt na bilety jest ogromny. Co sprawia, że zespół nadal cieszy się ogromną sławą? Radiohead tworzy muzykę, która głęboko porusza słuchaczy i zostawia po sobie ogrom emocji. Wielu ich kocha, wielu uwielbia, wielu nie przepada – jednak każdy kojarzy przynajmniej jeden utwór. Dyskografia, nagrody i doświadczenie pozwalają nazwać ten zespół co najmniej rozpoznawalnym. Jego utwory są zachowane głównie w ponurym klimacie, który jest wyczuwalny w większości albumów. Jednak każdy z nich to nowy eksperyment i mocno różni się od poprzedniego. Krótka podróż przez dyskografię Debiutancki Pablo Honey z 1993 roku zapewnił zespołowi uznanie na brytyjskiej i światowej scenie muzycznej, jednak nie był wielkim sukcesem. To na tym albumie znajduje się wszystkim dobrze znany utwór, który już wtedy znacząco wybił się wśród reszty. Zespół dzięki niemu trafił wysoko na światowe listy przebojów. Mowa oczywiście o Creep, który nadal cieszy się ogromną słuchalnością. Dwa lata później ukazał się kolejny album – The Bends. Odstawał od poprzedniego stylem i aranżacją, jednak nadal miał pazur przesterowanych gitar. Z niego najbardziej rozpoznawalnym utworem jest różniący się od reszty Fake Plastic Trees – melancholijna, spokojna i powolna historia o samotności. W 1997 roku zespół wydał jeden z najlepszych albumów lat 90. – OK Computer. Opowiada o dystopijnym świecie, który tonie w kapitalistycznym błocie konsumeryzmu. Człowiek jest

s.26

w nim wyalienowaną jednostką niezdolną do przystosowania się do coraz szybciej biegnącej rzeczywistości. Nie ma w niej żadnych przyjemności, a wszystko dąży do załamania się pod własnym ciężarem. Album muzycznie i lirycznie odskoczył od poprzednich stylów. Stał się udanym eksperymentem zespołu, który właśnie na nim zaczął wypracowywać swój niepowtarzalny styl. Późniejsze dwa albumy powstawały w podobnym czasie. Najpierw wydane osobno w 2000 i 2001 roku, Kid A i Amnesiac w 2021 ukazały się razem jako Kid A Mnesia. Więcej elektroniki i orkiestrowych fragmentów. To na Kid A znajduje się How to Disappear Completely – utwór uważany przez członków zespołu za ich najlepsze dzieło. Kolejnym wartym wspomnienia albumem jest In Rainbows – delikatny, kompleksowy, gładki, ale zawierający też szybsze utwory. To tam usłyszymy mistrzostwo łączenia różnych rytmów i zabawy metrum, czyli Weird Fishes/Arpeggi. Ostatni album wyszedł w 2016 roku i wkomponowuje się w coś pomiędzy ambientem, a muzyką rock. Ale po co nam smutna muzyka? Nie można przecież cały czas słuchać smutów… To prawda – ale nie należy ich też unikać. Człowiek jest szerokim spektrum emocji i każda z nich jest tak samo ważna. Smutek, złość czy żal są tak samo wartościowe co radość, szczęście i satysfakcja. Lecznicza moc smutku jako oczyszczenia


(For a Film). W tym utworze napięcie jest budowane od pierwszych dźwięków gitary, by później wybuchnąć z akompaniamentem smyczków. Czy w przypadku Nude, w którym to właśnie prostota otacza słuchacza płaszczem poruszenia. Czuję się wówczas jakby dźwięki mnie zalewały, jakbym mógł się w nich zanurzyć. Nie potrafię tego poczuć, słuchając popu.

działała od czasów starożytnych Greków i ich dramatów. Człowiek potrzebuje rozładowania – nie można trzymać wszystkiego w sobie. Smutna muzyka pomaga nam przeżyć katharsis, błogie rozluźnienie, które przeżywali widzowie w antycznych teatrach. Połączenie z własnym stanem emocjonalnym jest potęgowane przez utwory, w których czujemy się jak ich główny bohater. Kiedy dźwięki trafiają w nasze uczucia, a tekst opowiada o naszej historii, łatwiej nam jest przeżyć własny żal. Nie można się na niego zamykać. Niektórzy mówią, że słuchanie przygnębiającej muzyki pomaga nam rozładować smutek w kontrolowanych warunkach. Wokalista zespołu Radiohead powiedział w jednym z wywiadów, że ludzie, którzy nie chcą słuchać smutnej muzyki, „wyłączają się” i nie pragną wiedzieć więcej. Jedna z gorszych rzeczy, które możemy sobie zrobić, to zamknięcie się na siebie i swoje emocje. Unikanie nieprzyjemnych uczuć nie sprawi, że one znikną. Muzyka pozwala nam głębiej łączyć się z własnymi stanami emocjonalnymi i nawiązywać więź z samym sobą, która sprawia, że dowiadujemy się kim jesteśmy. Pozwalajmy sobie odpuścić i jednocześnie dopuścić żal do głosu. Smutna muzyka często też jest po prostu dobra. W moim odczuciu smutna muzyka wydaje się bardziej kompleksowa. Czy to tekst, czy melodia i akordy, czy cała aranżacja – bardziej mnie poruszają. Słuchając jazzowych klasyków awangardy, takich jak Coltrane, Miles Davis lub Charles Mingus, czuję podziw i zafascynowanie techniką, podobnie w przypadku metalu (z dodatkiem energicznej siły i motywacji). Nie doznaję jednak w nich takiego poruszenia jak w Exit Music

Piękno tkwi w prostocie? Radiohead to także orkiestra, która wymaga czegoś więcej niż prostego beatu, struktury opartej na kalce, czterech akordów i ładnej piosenkarki. Połączenie z elektroniką jest dosyć wyważone i delikatne, ale w wielu utworach wykorzystane są instrumenty smyczkowe czy partie chóru. Oczywiście multiinstrumentalna aranżacja i złożoność kompozycyjna nie świadczą o tym, że utwór jest dobry. Jest bardzo wiele dobrych utworów, które dogłębnie poruszają słuchacza, a jedyne co w nich słyszymy to wokal i gitarę akustyczną. Elliott Smith, Sibylle Baier, Haley Heynderickx, David Kauffman, Labi Siffre – wszyscy ci artyści mają albumy, w których pierwsze skrzypce gra jedynie gitara i wokal, czasami z lekką perkusją. Mimo braku rozbudowanej aranżacji i różnych instrumentów ich utwory są niesamowite. Jednak w takich przypadkach piękno tkwi w wokalu lub gitarze – one w zupełności wystarczają takim muzykom jak wyżej wymienieni. Czasami piękno tkwi w prostocie… Ale nie w powtarzalności! Przykładowo cała dyskografia AC/DC (z całym szacunkiem do tego legendarnego zespołu i ich fanów) brzmi tak samo. To tyczy się też wielu popowych hitów, które na okrągło słyszymy w radiu. Co dalej z zespołem? Radiohead nadal utrzymuje ogromną popularność na całym świecie. Świadczy o tym co najmniej ostatnie pojawianie się utworu Let Down na liście przebojów Billboard Hot 100. Utwór został wydany aż 28 lat temu, a dzisiaj wskakuje na Hot 100 za sprawą TikToka, co jest ciekawym wyczynem. Ostatnio aktywność zespołu wzrasta i niewykluczone, że po zbliżającej się trasie po Europie grupa zaskoczy nas kolejnymi koncertami, a może nawet nowymi utworami. Poszczególni członkowie zespołu cały czas rozwijają swoje kariery solowe i inne projekty muzyczne. Jonny Greenwood wraz z Thomem Yorke grają razem w zespole The Smile, który ostatnio wydał swój trzeci studyjny album. Jonny jest multiinstrumentalistą, który komponuje także muzykę do filmów. Jego brat Colin grywa z innymi muzykami i pomaga bratu w jego projektach. Perkusista Philip Selway i gitarzysta Ed O’Brien także realizują się jako soliści. Ciekawym projektem powiązanym z wokalistą Radiohead była grupa muzyczna Atoms For Peace. Thom wraz z producentem Nigelem Godrichem zaangażowali basistę Red Hot Chilli Peppers, perkusistę R.E.M. i perkusistę, który grał z Davidem Byrne. Razem wydali jeden album, który zdecydowanie zasługuje na uwagę. Słuchajmy smutnej muzyki Bo jest nam rzeczywiście potrzebna. Czy do rozładowania napięcia, czy przeżycia katharsis. Melancholijne utwory oczyszczają nas i poszerzają horyzonty. Dobrze jest posłuchać czegoś bardziej kompleksowego lub delikatnego.

s.27


Kamila Mendrok kammen022@gmail.com

CZY WSZYSTKO DZISIAJ JEST PODCASTEM? Formy audialne według wielu ograniczają się wyłącznie do audiobooka i słuchowiska. Coraz większą popularnością cieszy się również podcast. Jak tak naprawdę wygląda polska scena form audio-literackich? Co łączy maskotki z literaturą audio? Na spotkaniu redakcyjnym omawiającym następny numer przedstawiłam dwa tematy, o których chciałabym napisać: literatura audio oraz praca jako maskotka. Niezaprzeczalnie wygrali ludzie ubrani w futrzaste kostiumy. Audio najwyraźniej boryka się z trudem przyciągnięcia uwagi odbiorcy – człowiek nie jest w stanie go ujrzeć, a w dzisiejszej kulturze to właśnie wizualność jest domeną popularności. Wbrew pozorom taka postać literatury ma ogromną rzeszę fanów. Według badań Total Audio 2024 codziennie po treści w formie dźwiękowej sięga 80 procent Polaków. Aby jednak usatysfakcjonować tę grupę osób, która wolałaby poczytać o drugim temacie: miałam tę przyjemność wchodzić w ciała dwumetrowych zwierząt i znalazłam jedną nić porozumienia między pracą jako maskotka, a produkcją audio – stuprocentowe poddanie się dźwiękowi. Muszę jednak zaznaczyć, że nie wszystkie formy audio przypominają robienie z siebie błazna w kostiumie. Jest to przyjemność zarezerwowana tylko dla wybranych gatunków, które znajdują się na wybrednej i skomplikowanej scenie przygotowanej dla uszu słuchaczy. Jakie gatunki zatem mogą przed nami wystąpić? W ramach słowa wstępu wszystkie poniższe definicje są autorstwa dr. Krzysztofa Kiczka, wieloletniego producenta utworów literacko-dźwiękowych. Słowniczek pojęć gatunkowej papki audialnej Słuchowisko – „utwór tożsamy ze sztuką teatru scenicznego, wykorzystujący wszystkie jej elementy kompozycyjne z wyłączeniem tych wizualnych”. Po słuchowisku możemy się spodziewać podziału na role oraz odgłosów ciszy, która jest niczym innym jak naturalnymi dźwiękami przestrzeni, np. szuraniem krzesła. Dosyć sporym uproszczeniem byłoby powiedzieć, że to tak jakbyśmy oglądali spektakl i zamknęli oczy – jednak słuchowisko nie ogranicza się tylko do form teatralnych. Może być na przykład odważną interpretacją poezji, jak zrobili to studenci naszego Uniwersytetu w Pustkach w domu Twoim –

s.28

utworze, który jest luźną adaptacją Trenów Jana Kochanowskiego, w zamyśle mającą cechy gatunkowe filmu akcji. Reportaż – „w przeciwieństwie do słuchowiska ukazuje prawdziwe zdarzenia i bohaterów biorących w nich udział. Czas, przestrzeń i kompozycja zdarzeń pełnią funkcję dokumentalną, a także porządkującą”. W praktyce często budowa reportażu, a w szczególności poprowadzona narracja, jest uzależniona od wizji reżysera – nie wyznaczałabym tutaj większych granic gatunkowych. Ciekawym przykładem może być tutaj tegoroczny zwycięzca Grand PiK 2025, Michał Słobodzian, który w swoim reportażu pt. Plan B ujawnił się jako narrator dopiero na sam koniec, wcześniej oddając głos bohaterom. Zabieg ten sprawił, że sam utwór bardziej przypominał literacką opowieść niż dziennikarski dokument. Pod audiobookiem przeciętny słuchacz umieszcza wszystkie możliwe dzieła literatury dźwiękowej – „termin ten rozumiem jako audialną wersję książki papierowej, której to treść zaprezentowana jest w pełni, z zachowaniem wszystkich wytycznych w podziale tekstu”. Dzisiaj nie ogranicza się tylko do formy single voice, ale może być czytany przez wielu aktorów, co – moim zdaniem – może utrudnić odróżnienie audiobooka od słuchowiska. Sama przyjmuję, że audiobook najczęściej jest


przeniesieniem książki 1:1 – tym samym nie pozostawia pola do interpretacji reżyserowi, niestety. Mówiąc o audiobooku, dziś można się również spotkać z powieścią w odcinkach oraz bliskim jej audio-serialem. Różnica pomiędzy oboma gatunkami jest według mnie stosunkowo płynna i odrobinę sztucznie wyeksponowana. Głównie polega na udźwiękowieniu – ta pierwsza go nie posiada. Inna jest również ich geneza: audio-serial jest odpowiedzią na popularne platformy streamingowe typu Netflix (jego dźwiękowymi odpowiednikami są Audioteka czy Storytel), natomiast powieść w odcinkach już od dawna gości w codziennej lub cotygodniowej ramówce klasycznego radia. Jednym słowem – masówka, którą głównie pochłaniają wielbiciele kryminałów i romansów. Audioteka wyróżnia również superprodukcję, w której „wszystko ma być mocno uwypuklone, wyraźnie na bliskim planie, dosłowne”. Można przyrównać ją do naprawdę dobrego filmu akcji z wyskakującymi aktorami, wybuchami, walkami, nierealistycznymi scenami i ścinającym trzy głowy Podbipiętą, bohaterem Ogniem i mieczem. Audialna adaptacja powieści Sienkiewicza uchodzi bowiem za najbardziej wyrazisty przykład superprodukcji. Przepych – tak bym określiła ten gatunek. Raczej mniej znany feature „balansuje na styku słuchowiska i reportażu. Baza utworu jest oparta na reportażu, dopuszcza jednak dużą dowolność kreacyjną, czy nawet inscenizującą”. Jak stwierdza Bartosz Panek, laureat nagrody Prix Italia (2014) za reportaż Chcę więcej, feature, nawiązując do słuchowiska, sprawia, że utwór odchodzi od faktograficznego dokumentu, a autor pozwala sobie na większą swobodę domysłów i przypuszczeń. Dochodzi wówczas do wysokiej estetyzacji dzieła – taki poziom estetyki osiąga na przykład Cicho, cichutko Ignacego Karpowicza w wykonaniu Krzysztofa Kiczka. Literacko książka

stanowi wyzwanie, ponieważ gatunkowo można ją określić jako reportaż fabularyzowany, dlatego też realizacja audialna dzieła odchodzi od swojego kartkowanego pierwowzoru i wprowadza nową przestrzeń niepojawiającą się w oryginale – narratorzy adaptacji jedzą obiad w mieszkaniu samego autora. Ars acoustica – „utwór kompozycyjnie łączący elementy słuchowiska i muzyki programowej. Dla utworów ars acoustica jednym z podstawowych środków ekspresji jest kolaż dźwiękowy”. Muzyka w tym gatunku zyskuje większe, niż bycie tylko dodatkiem do słowa, znaczenie – sama staje się treścią, jakby dało się nią opisać rzeczywistość. Do twórców kolaży dźwiękowych należy m.in. Eugeniusz Rudnik. Sam autor mówił o swoich pracach, że są „odpadkiem i nieubranym we frak grymasem” – są swego rodzaju ilustracją muzyczną narysowaną z dźwięków uważanych przez przeciętne społeczeństwo za brzydkie. I ostatni, skarb ogromnej masy słuchaczy, czyli podcast. Tu muszę zawieść wszystkich oczekujących egzemplarycznej definicji – takowa nie istnieje. Podcast można w zasadzie nazwać królem gatunków naszej epoki – jest istotą hybrydyczności, z którą mamy dziś do czynienia. Może być podany w formie felietonu o literaturze audio, wywiadu dwóch typów po trzydziestce, luźnego gadania przy robieniu makijażu, reportażu o mordercach – ogranicza go wyłącznie wyobraźnia reżyserów z YouTube’a czy Spotify’a. Uległość dźwiękowi Analiza współczesnych gatunków audialnych prowadzi do jednego wniosku – większość miesza się ze sobą, tworząc wodnistą pulpę, której składników nie sposób rozpoznać, ponieważ zostały tak drobno zmielone. Być może kierunek, w którym zmierza literatura audio, należy nazwać właśnie podcastem. Chociaż rynek staje się coraz bardziej pragmatyczny, szczerze wierzę, że formy audialne dają ogromne pole manewru dla wielu artystycznych kreacji. Bardziej szalony reżyser, którego nazwę (nie)groźnym wariatem, może stworzyć z dzieła literackiego (jak i nie-literackiego) nową formę balansującą na wielu trudnych do sprecyzowania gatunkach, wymykających się spod kontroli współczesnym genologom. Wystarczy poddać się dźwiękowi. Oczy maskotki często wykonane są z przyciemnianej kratki, dlatego widoczność w takowych praktycznie nie istnieje – zawsze potrzebny jest opiekun, który prowadzi i ostrzega przed zderzeniem. Podobnie jest z literaturą audio tworzoną przez (nie) groźnych wariatów – gdy nic nie widać, zdają się na dźwięk i ciszę, a reszta jakoś sama wychodzi. Źródła: Komitet Badań Radiowych: Jak Polacy konsumują treści audio? Wyniki badania Total Audio 2024. (www.badaniaradiowe.pl/ jak-polacy-konsumuja-tresci-audio); K. Kiczek: Nowe radio, a w nim Cicho, cichutko; N. Kowalska: Polski i zagraniczny feature radiowy oraz jego odmiany gatunkowe. ← | fot. Kamila Sienkiewicz

↖ | il. Luizas.29 Szczotka


Paweł Swadźba pawelswa27@gmail.com

JĘZYKI, KTÓRE PRZEMIJAJĄ Uosobienie zła, buntownik, tragiczny bohater, indywidualista – jakie czasy, taki diabeł. Czy dopiero współcześnie istotę z zasady złą postrzegamy jako niezwykle atrakcyjną?

Nie kraj jest naszą ojczyzną, lecz język Emil M. Cioran Język a naród Język, którego używamy na co dzień, wbrew pozorom nie służy nam tylko do komunikacji między sobą. Spełnia też funkcję spajającą ludzi, tworzy społeczności i wspólnoty. Może być podstawą do zbudowania odrębnej kultury i narodu. Według słownika PWN naród to „ogół mieszkańców pewnego terytorium mówiących jednym językiem, związanych wspólną przeszłością oraz kulturą, mających wspólne interesy polityczne i gospodarcze”. Widzimy więc, że język jest czynnikiem niezbędnym do ukształtowania się tożsamości narodowej. Co więcej, to dzięki niemu właśnie rozróżniamy się w pierwszej kolejności. Dlatego też niejednokrotnie jego zanik oznacza utracenie samej tożsamości. Skala wymieralności języków Według organizacji UNESCO i stworzonych przez nią kryteriów, w których za pomocą siedmiostopniowej skali ocenia się poziom zagrożenia, prawie połowie z siedmiu tysięcy istniejących dziś języków grozi wyginięcie. Pierwszy, bezpieczny – język jest używany przez wszystkie pokolenia. Drugi, narażony – większość dzieci posługuje się mową, ale może być to ograniczone tylko do pewnych przestrzeni (np. domu). Trzeci, zagrożony – najmłodsi nie uczą się już języka ojczystego. Czwarty, poważnie zagrożony – język jest używany przez osoby starsze. Te w średnim wieku go rozumieją, ale się nim nie posługują i tym samym nie przekazują następnemu pokoleniu. Piąty, krytycznie zagrożony – najmłodszymi użytkownikami są seniorzy, ale nie porozumiewają się nim na co dzień. Szósty, wyginięty – nie istnieje więcej osób posługujących się daną mową (lub pismem). Tak więc widać, że nie potrzeba wiele, aby skutecznie wyprzeć jakiś język. Często dzieje się to naturalnie, poprzez asymilację, jeszcze częściej on sam ewoluuje, co przyczynia się do porzucania jego poprzednich form i przyjmowanie potencjalnie lepszych. Jednak historia zna przypadki, w których kultura, a tym samym język, była narzucana na społeczności tubylcze. Uskuteczniano to w różny sposób, czy to przez zachętę w postaci przywilejów, łagodniejszego traktowania, czy bardziej drastycznie, zabijając tę część grupy, której mogło zależeć na utrzymaniu kultury. Okres wielkich odkryć geograficznych to dla Europejczyków czas sławy, bogactwa i chwały, natomiast dla ludności zamieszkującej tereny obrane za cel kolonizatorów – czas zguby i często początek końca.

s.30

Europejskie przypadki wymierania języków Wbrew pozorom na starym kontynencie również wyginęło ich mnóstwo. W końcu zanim Europejczycy podbijali nowe lądy, podbijali siebie nawzajem. Język Prusów – odległy historycznie, choć geograficznie bardzo nam bliski temat. Prusowie to ludność z grupy bałtyckiej, zamieszkująca w średniowieczu dzisiejsze województwa warmińsko-mazurskie i pomorskie oraz, współcześnie należący do Rosji, obwód królewiecki. W pewnym sensie do eksterminacji tej grupy przyczynili się polscy książęta, a konkretniej Konrad I mazowiecki, który zwrócił się do Zakonu Krzyżackiego o pomoc w walce z pogańskimi Prusami. W szkołach uczymy się, jak ta historia skończyła się dla polskiej Korony, rzadko jednak wspomina się o byłych sąsiadach. Część społeczności poległa w boju, część została przesiedlona i asymilowała się z Polakami, Niemcami i Litwinami. Mowa Prusów wymarła ostatecznie na przełomie XVII i XVIII wieku. Manx – jest to przykład niezwykły. Język występuje na wyspie Mann położonej między Irlandią a Zjednoczonym Królestwem. Ned Maddrell, który zmarł w 1974 roku, był ostatnią osobą posługującą się językiem mańskim jako ojczystym. Po nim mowa wymarła… choć nie do końca. Po śmierci mężczyzny postanowiono ratować ojczysty język wyspy – na podstawie przekładów Biblii i nagrań odwzorowano lokalną mowę. Dzieci mogą uczyć się jej w szkole, a według danych z 2021 roku jako drugim językiem posługuje się nią trochę ponad 2000 osób. Wydaje się więc, że starania rewitalizacyjne działają. Białoruski – to również przykład ciekawy, bo przecież państwo białoruskie istnieje. Funkcjonuje więc przestrzeń do pielęgnowania języka, nawet więcej, powinno być to w pewnym sensie naturalne. Jednak nie w tym przypadku, teren Białorusi przez wiele lat był celem rusyfikacji, szczególnie w słusznie minionym czasie ZSRR. Dziś przez wzgląd na bliskie stosunki reżimu białoruskiego z Federacją Rosyjską – rosyjski stał się tamtejszym językiem dyplomacji, choć nie trzeba wychodzić na tak wysokie szczeble, żeby dojrzeć w nim erozję. Co jeszcze ciekawsze, większość Białorusinów deklaruje, że zna białoruski jako swój pierwszy lub drugi język, jednak nie używa go w domu, preferują rosyjski. W ciągu zaledwie dziesięciu lat,


od 1999 do 2009 roku, odsetek społeczności mówiącej po białorusku w domu spadł z 37 do 23 procent. To pokazuje nam, że samo państwo nie daje narodowi gwarancji na zachowanie swojej odrębności w kwestii mowy lub pisma. Potrzeba do tego jeszcze determinacji na poziomie jednostkowym, indywidualnym. Konieczni są użytkownicy, którzy będą korzystać z języka bez wstydu, a co najważniejsze, będą przekazywać go dalej. Białoruski znajduje się obecnie w drugim stopniu zagrożenia według UNESCO. Wilamowski – to język występujący w Polsce, w małym mieście w pobliżu Bielska-Białej – Wilamowicach. Jest on pozostałością po niemieckim osadnictwie w XV wieku, dodatkowo przez długi czas trwał w izolacji. Wspomogło to wykształcenie się osobnej tożsamości samych użytkowników, ale też wpłynęło na strukturę języka. Przez lata mieszkańcy miasteczka stworzyli własną gramatykę i składnię, co sprawiło, że nie zostaną już zrozumieni przez naszych zachodnich sąsiadów. Właśnie dlatego ten język jest postrzegany jako odrębny od niemieckiego, a nie jako jego dialekt. Wilamowski ucierpiał najbardziej po II wojnie światowej, kiedy komunistyczne władze sukcesywnie tępiły wszystko, co choć trochę kojarzyło się z niemieckością – toteż w 1945 roku zakazano używania tego języka. Na początku XXI wieku podjęto próbę jego rewitalizacji – zaczęły powstawać zajęcia dla dzieci, miasto postawiło dwujęzyczne znaki. Mimo starań, wilamowski zajmuje piąte miejsce w skali zagrożenia UNESCO. Jednak chęci społeczności napawają nadzieją na rozwój i poprawę kondycji tego języka.

Waga języka Filozoficznie można zauważyć, że na co dzień nie dostrzegamy wyjątkowości w tym, jak się wyrażamy, nie doceniamy odrębności naszych słów, powiedzeń czy związków frazeologicznych. Wyobraźmy sobie, że za dwa pokolenia ktoś wypowiadałby się o polskim w czasie przeszłym – nie do pomyślenia, prawda? A jednak języki przemijają, społeczności są poddawane czynnikom zewnętrznym, które skutecznie mogą przyczynić się do odejścia mowy w zapomnienie, tak jak stało się to w przypadku Prusów, wyspy Mann czy Białorusi. Istnieje jednak nadzieja w postaci wilamowskiego czy właśnie mańskiego. Zdeterminowanie i praca u podstaw jest w stanie zdziałać cuda. Choć potrzebny jest tu trud kilku pokoleń, to pod koniec dnia można uratować swoją tożsamość. To wszystko przywołuje na myśl słowa Mikołaja Reja, które przypominają, że język to nie tylko narzędzie komunikacji, ale też fundament dla tożsamości i wspólnoty – „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”. Źródła: J. Besters-Dilger, C. Dermarkar, S. Pfänder, A. Rabus: Congruence in Contact-Induced Language Change: Language Families, Typological Resemblance, and Perceived Similarity; Polska oficjalnie uzna język, którym mówi garstka obywateli. (www. rp.pl/polityka/art39865871-polska-oficjalnie-uzna-jezyk-ktorym-mowi-garstka-obywateli); UNESCO: The UNESCO Atlas of the World’s Languages in Danger.

s.31


FELIETONY Dariusz Dybowski dybdarek@gmail.com

HIPOKRYZJA

Od zarania dziejów można zaobserwować dwie skrajne postawy – ludzi żyjących ze sobą w zgodzie lub walczących między sobą. Co za tym idzie, widoczne są różne przemiany społeczne oraz zakorzenione od wieków wzorce zachowań. Obecnie ludzie kombinują i na różne sposoby unikają odpowiedzialności za swoje czyny. Można też dostrzec tendencję do tego, że jedni mogą więcej, a drudzy mniej. Bardzo znamienne i często powtarzane jest powiedzenie: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”. Tak zaczyna się hipokryzja. Hipokryzja, zgodnie z definicją PWN, to ‘obłuda, dwulicowość, nieszczerość’. Hipokryta lub hipokrytka to zatem po prostu człowiek, który tak układa sobie rzeczywistość, by zawsze wyszło na jego korzyść, pomimo że sam nie jest zgodny z tym, co głosi, ale tłumaczy to sobie tym, że „jemu wolno”. Zjawisko to szczególnie dobrze uwidacznia się dziś, w dobie internetu, gdzie szybko można przywołać czyjś cytat czy zachowanie. Na przykład gdy jakaś partia polityczna może pozwolić sobie na więcej (lub mniej – zależnie od tego, jakie ma w tym interesy), a także gdy ruchy społeczne czy pojedyncze osoby naginają swoje zasady w celu osiągnięcia doraźnej korzyści. Wczoraj mówili jedno, dziś drugie. Podobne przykłady obserwujemy także w urzędach, które, mimo że powinny być strażnikami prawa, same stosują hipokryzję. Nieraz w przestrzeni medialnej pojawia się informacja, że ZUS przyznał wcześniejszą emeryturę, a później wycofał się z decyzji, żądając zwrotu pieniędzy i tłumacząc to własnym błędem. Podkreślmy – urząd, który powinien odpowiadać za swoje działania i w założeniu służyć obywatelom, jeśli nie do końca coś mu jest na rękę, zrzuca z siebie odpowiedzialność. Tak jednak dzieje się, gdy w grę wchodzą pieniądze. Kolejny urząd, tak zwana skarbówka, kiedy obywatel pomyli się o kilka groszy albo spóźni z przelewem o jeden dzień, traktuje go niemal jak przestępcę. Gdy jednak urzędnik popełni błąd lub tygodniami czy miesiącami opóźnia się zwrot nadpłaty, nie ma w tym żadnego problemu. Rozumiem, że nasz rodzimy mechanizm biurokracji jest skomplikowany, ale gdy coraz powszechniej stosowana wykładnia sprawiedliwości polega na tym, że jedni mogą więcej niż drudzy, trudno zachować spokój. Nie dziwi więc, że wielu ludzi decyduje się załatwiać sprawy urzędowe za granicą, gdzie traktuje się ich z większym szacunkiem. Na początku wspominałem o polityce – tam paleta hipokryzji jest wyjątkowo barwna. Najlepszym przykładem są głośne

s.32

w ostatnim czasie „kilometrówki”. Co pewien czas wychodzą na jaw afery, w których politycy – niezależnie od opcji politycznej – „kręcą liczniki”, by wyciągnąć więcej pieniędzy. Dodajmy – naszych pieniędzy, bo nikt za to nie płaci poza obywatelami. Dochodzi nawet do absurdów, gdy poseł w ciągu roku przejeżdża dystans pięciokrotnego obwodu Ziemi. I kto ma dbać o ekologię? Obywatel, który jeździ dwudziestoletnim samochodem, często bardziej ekologicznym niż podróże naszych „znamienitych” polityków. À propos ekologii – aktywiści i działacze znani z troski o środowisko, wygłaszają swoje przemówienia na całym świecie, podróżując samolotami. Skoro tak promują ekologię, mogliby częściej korzystać z komunikacji nie generującej tyle śladu węglowego, czyż nie? Oczywiście ich działalność jest w pewnym sensie potrzebna, bo świat rzeczywiście się zmienia, a środowisko cierpi. Jednak jeśli wymagają czegoś od innych, powinni najpierw sami dać przykład. Światowe wydarzenia także pokazują skalę hipokryzji. Widać to w Strefie Gazy, gdzie Izrael niszczy i morduje Palestyńczyków, tłumacząc, że broni się przed Hamasem. Rozumiem walkę z terroryzmem, ale strzelanie do dzieci czy blokowanie pomocy humanitarnej to czysta obłuda i okrucieństwo. Przypomina to sytuację z historii, gdy pewna grupa ludzi podczas procesu też mówiła, że „tylko wykonywali rozkazy”. Trudno nie zauważyć, że Izrael, będący w przeszłości ofiarą ludobójstwa, dziś sam stał się oprawcą. Hipokryzję widać także na uczelniach – np. przy rozdawaniu stypendiów. Często pieniądze trafiają do osób, które już mają doskonałą sytuację materialną, tylko dlatego, że formalnie złożyły odpowiedni wniosek. Widać też podwójne standardy wśród wykładowców. Gdy profesor powie coś kontrowersyjnego, dostaje jedynie upomnienie, ale gdyby to samo powiedział student – zostałby potraktowany z całą surowością. Oczywiście każdy ma prawo do swojego zdania, ale należy je wyrażać w sposób odpowiedzialny. Dlaczego więc uczelnie stosują różne miary wobec studentów i wykładowców? W gruncie rzeczy problem hipokryzji dotyczy nas wszystkich. Każdy z nas w jakimś stopniu bywa hipokrytą. O wiele prościej dostrzegamy cudze błędy, a nie widzimy własnych. Gdy ktoś nam coś zabiera – protestujemy. Ale kiedy sami korzystamy z podobnej okazji, nie widzimy w tym nic złego. To tak jak w znanym fragmencie lektury o Kalim: „Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy […] to jest zły uczynek. […] Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy”. Dlatego powinniśmy pilnować, by nie popaść w tę „moralność Kalego” i gdy widzimy hipokryzję u innych, reagować oraz piętnować ją, zamiast przymykać oczy.


Marta Halusiak xxmarta254@gmail.com

PERSPEKTYWA KOŃCA

Nic nie trwa wiecznie. Coś się kończy, by coś mogło się zacząć. Takie są zasady gry przyjęte przez Wszechświat. Ale zdarzają się momenty, które wydają się temu przeczyć. Łudzą, dają nadzieję, że nie musi tak być. Jeszcze nie. Przecież nie trzeba. A gdyby tak. Inaczej. Zaklinają rzeczywistość. Przez kilka uderzeń serca chce się im wierzyć na słowo. Przychodzi taki czas, gdy gestem koniecznym staje się pożegnanie. Przybiera ono różne formy. Czasem jest przyznaniem przed samym sobą, że to koniec, czasem – werbalnym starciem: Żegnaj. Dziękuję za współpracę. Przepraszam, odchodzę. Na przekór zwięzłym słowom, koniec nigdy nie trwa krótko. To jednostka czasu. „Kończyć” – czasownik niedokonany. Pokazuje różne twarze w zależności od tego, po której stronie stołu przyszło mu siedzieć. Jest atakującym lub broniącym się. Rzeczywistość nierzadko pozostaje rozmyta. Nie notuje jej się przecież nigdzie. Ważne, że trwa. Jeszcze chwilę. Jeszcze moment. On mówi w liczbie pojedynczej. Koniec. Bo tylko tak może – z własnego punktu. Nie ma wspólnej wersji. Jest jego. To on opowiada, rozdziela, ucina. Rozpada się na siebie i wspomnienie Ciebie. Zaraz nie będzie kogo spytać, dopowiedzieć, potwierdzić. Zostanie z tym sam. Więc lepiej poczekać, pozwolić temu wydarzać się. Nie mówić, jak było. Zapamiętać.

Że nadal chcesz wiedzieć, co będzie dalej. Więc nie skończy się tutaj, dzisiaj, teraz, ale kiedyś. Prawda? Zastanawia się nad tym, jak gdyby to do niego były skierowane te słowa. Jak gdyby faktycznie zamierzał to zrobić. Odezwać się, do Ciebie, kiedyś. Tym razem się nie nabierze. Już dwa razy wystarczą, trzeciego nie będzie. Czy jednak Twoja intencja była szczera? Co jeśli tym razem by się udało – odwlec nieuniknione? Przedłużyć czas? To dokładnie ten moment, w którym Koniec chce zobaczyć coś nowego, choć odbicie pozostaje takie samo. Czy powtarzanie – uporczywe, pełne złudzeń a może tym razem – jest głupotą? Dowodem emocjonalnej odwagi? Brakiem pokory wobec nieuchronności? Pamięta, gdy czytaliście razem: rozum lubi reguły, serce karmi się wyjątkami. Zatem nie może, nie ma, oddał Tobie. Nie przejmuj się. To nie Twoja wina. Ale nie zrzucaj tej odpowiedzialności na niego. Odezwij się kiedyś. Trudno to przyznać, ale oszukały go słowa. Wypowiedziane zbyt lekko, zapomniały o konsekwencjach. A ty będziesz nosił tego ślady – w resztkach rozmów, które nie miały końca. W nadziejach, które nie zdążyły się spełnić. Potrzeba tutaj miejsca. Ciszy po ostatnim słowie. Odrobiny czułości dla pauzy. Odwróci się więc i cicho zamknie za sobą drzwi. Przyrzeknie sobie fałszywymi: Nigdy więcej. Skończone – czasownik dokonany. Nauka z przeszłych błędów wyciągnięta. Reguły Wszechświata przyswojone.

To kolejne jego zaklęcie. Ma aspiracje, by oszukać czas. Chce pochować wszystko, ale to niemożliwe. Co wybrać? Który moment? Ostatnie spojrzenie? Chwilę, gdy jeszcze wszystko było na swoim miejscu? Trudno. Tu kończą się ambicje. Pamięć wybiera, nie pyta. I właśnie wtedy, gdy trwa, a dodatkowo, gdy okazuje się, że ma po prostu pecha, pojawia się coś pomiędzy prośbą a rozkazem. Zazwyczaj nieśmiałe. Lub pewne, bo wyuczone. Odezwij się jeszcze kiedyś. Nie ma dopełnienia. Pyta więc: do kogo? Czy przyszły adresat jest znany? Jest jeszcze kiedyś. Enigmatyczny okolicznik czasu. Wie, w przyszłości. Przecież nie teraz, bo za wcześnie. A o wczoraj już zdążyłeś zapomnieć. Więc kiedyś. Czyli kiedy? To ważne, gdy dajesz mu nadzieję, że to nie tutaj chcesz postawić kropkę.

s.33


Autorzy łamigłówek Kateryna Vintsiuk, Alicja Tomczyk

WŁĄCZ MYŚLENIE – CZAS NA ŁAMIGŁÓWKI I CIEKAWOSTKI! Zima dopiero co się zaczęła, a już wyczuwalna jest wyjątkowa atmosfera, która co roku pojawia się wraz z pierwszym śniegiem, wcześniej zapalanymi latarniami na ulicach i przygotowaniami do świąt. Za nami intensywne miesiące nowego sezonu akademickiego, a koniec roku zawsze skłania do podsumowań oraz postanowień. Zanim się jednak w nie zagłębimy, warto pozwolić sobie na odrobinę odprężenia. W tym numerze przygotowaliśmy dla Was zestaw ciekawostek oraz nowy rebus! Czy dacie sobie z nim radę? Teraz jest idealny moment, by na chwilę przystanąć, odpocząć od przedświątecznego zgiełku i włączyć myślenie w nieco innym rytmie. Życzymy dobrej zabawy, dużo ciepła w te grudniowe dni i szczęśliwego nowego roku. Do zobaczenia w kolejnym numerze!

↘ | ROZWIĄŻ ŁAMIGŁÓWKĘ

s.34

...A TAK BRZMI ROZWIĄZANIE REBUSU | →


↘ | CZY WIESZ, ŻE… ❶ Pierwsze próby cenzurowania filmów grozy w celu ochrony wartości moralnych zaczęły się już w latach 50. XX wieku. ❷ Zanim rolę księdza Mateusza przyjął Artur Żmijewski, była ona proponowana między innymi Cezaremu Pazurze, który odmówił, obawiając się przypisania jego scenicznego wizerunku do postaci księdza-detektywa. ❸ Gujana, Surinam i Urugwaj to jedyne państwa Ameryki Południowej, w których nigdy nie zanotowano opadów śniegu. ❹ Wyspy Galapagos, należące do Ekwadoru, są oddalone od kontynentalnej części państwa o około 1000 km. ❺ Słowo mahal w języku tagalskim, używanym na Filipinach, oznacza zarówno czasownik „kochać”, jak i przymiotnik „drogi”. ❻ Legendarna klacz, Haru Urara, zmarła w wieku 29 lat. Była to japońska klacz wyścigowa, która mimo tego, że nigdy nie wygrała żadnego wyścigu, podbiła serca internautów i zdobyła ogromną sławę. ❼ Gdynia jest perłą polskiej architektury modernistycznej, a do dziś można obejrzeć jej oryginalną zabudowę nienadgryzioną zębem czasu. Na pamiątkę 100. rocznicy nadania praw miejskich wspomnianej aglomeracji Sejm uchwalił rok 2026 Rokiem Miasta Gdyni. ❽ Nazwa „podcast” powstała około 2004 roku z połączenia słów „iPod” (w pierwotnej wersji podcasty powstały z myślą o użytkownikach urządzeń Apple, iTunes i systemu iOS) oraz „broadcast” (transmisja, przekaz). ❾ Psychologia poznawcza pokazuje, że to, co dzieje się podczas rozstania z drugim człowiekiem, ma nieproporcjonalny wpływ na pamięć i ocenę całego doświadczenia. Dlatego drobne gesty, słowa czy cisza przy pożegnaniu mogą zostać zapamiętane na długo, silniej niż setki wcześniejszych wspólnie spędzonych chwil.

❿

Mega Club, najstarszy katowicki klub, zaczął jako studenckie „Pod Rurą”, by w latach 90. stać się epicentrum koncertów. W 1993 roku rozpoczął swoją muzyczną historię od koncertu zespołu Kult, który przeszedł do legendy lokalnej sceny. ⓫ Jako pierwszy dokument pełniący funkcję dzisiejszego CV uważa się list Leonarda da Vinci wysłany do Ludovica Sforzy w 1482 roku. Nadawca wymienił w nim swoje umiejętności inżyniera, wynalazcy i artysty. ⓬ Język pirahã, używany przez amazońskie plemię Indian, jest bardzo nietypowy. Nie występują w nim liczebniki i nazwy kolorów, a także nie posiada on form językowych rozróżniających płeć rodzica. Ponadto, w przeciwieństwie do języków europejskich, ma całkowicie odmienną składnię, na przykład nie sposób zbudować w nim zdania złożonego. ⓭ Badania przeprowadzone na Uniwersytecie w Durham wykazały, że słuchanie smutnej muzyki wcale nie sprawia, że czujemy się gorzej – wręcz przeciwnie. U wielu osób wywołuje poczucie ukojenia, a nawet przyjemności. To dlatego, że melancholijne utwory pobudzają w mózgu obszary odpowiedzialne za empatię i więzi społeczne. Innymi słowy – gdy słuchasz Radiohead, twój mózg traktuje to trochę tak, jakby ktoś cię przytulał.

s.35


LISTOPAD / GRUDZIEŃ '25


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego „Suplement” – listopad/grudzień 2025 by Uniwersytet Śląski - Issuu