Fot. NASA (U.S.A.)
VIA ROMA Miłość niech będzie bez obłudy! Miejcie wstręt do złego, podążajcie za dobrem! 10 W miłości braterskiej nawzajem bądźcie życzliwi! W okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzajcie! 11 Nie opuszczajcie się w gorliwości! Bądźcie płomiennego ducha! Pełnijcie służbę Panu! 12 Weselcie się nadzieją! W ucisku bądźcie cierpliwi, w modlitwie – wytrwali! 13 Zaradzajcie potrzebom świętych! Przestrzegajcie gościnności!
Mgławica emisyjna i obszar H II znajdują się w gwiazdozbiorze Kila w ramieniu Strzelca w odległości około 7,5 tysiąca lat świetlnych od Ziemi. Jej rozmiar jest szacowany na 260 lat świetlnych. Odkryta w 1751 r. przez Nicolasa Louissa de Lacaille.
9
Miłość nieprzyjaciół Błogosławcie tych, którzy was prześladują! Błogosławcie, a nie złorzeczcie! 15 Weselcie się z tymi, którzy się weselą, płaczcie z tymi, którzy płaczą. 16 Bądźcie zgodni we wzajemnych uczuciach! Nie gońcie za wielkością, lecz niech was pociąga to, co pokorne! Nie uważajcie sami siebie za mądrych! 14
Nikomu złem za złe nie odpłacajcie. Starajcie się dobrze czynić wobec wszystkich ludzi! 18 Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi! 19 Umiłowani, nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście [Bożej]! Napisano bowiem: Do Mnie należy pomsta. Ja wymierzę zapłatę – mówi Pan – ale: Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. 20 Jeżeli pragnie - napój go! Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę. 17
Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj! 21
Św. Paweł Rz 12 (BT)
MGŁAWICA CARINA (NGC 3372)
W numerze:
100 LAT
ŻYJEMY
KŁAMSTWA
G. Edward Griffin o Rezerwie Federalnej str. 3
DOBRY WIR
w międzyczasiu
M
iędzyczasie jest momentem historii, w którym toczy się bój o przyszły kształt cywilizacji i rodzi się nowa epoka. Żyjemy w międzyczasiu. Z jednej strony – globalne siły postępu, dysponujące całym arsenałem środków i narzędzi. Z drugiej zaś – wojsko zaciężne papieża Franciszka, którego siłą są ewangelia i mądrość chrześcijańska wyrażona słowami św. Pawła: „zło dobrem zwyciężaj”. Rewolucja ducha i budowa cywilizacji miłości, o której mówił Jan Paweł II, to bitwa, która rozgrywa się w każdym z nas. Budowa społeczeństwa solidarnego to umiejętność pokonania własnego egoizmu, przełamania siebie i wyjścia do drugiego. Umiejętność dania drugiemu bez oczekiwania czegoś w zamian. Tylko tak można budować. I nie jest to sprawa żadnych polityków. Najlepszy premier czy prezydent nie są w stanie wykonać tej pracy za nas. Przeciwnie: bez naszej pracy żadnemu politykowi to się nie uda. Można próbować zburzyć nasze domy, można nas mordować, ale nie można zabić ducha. To jest nasza siła. We współczesnym świecie wspólnota jest atakowana dlatego, że tylko ona ma zdolność przeciwstawienia się manipulacji. Manipulacji
człowiekiem, która prowadzi do władzy totalnej. System ekonomiczny świata sterowany jest między innymi przez amerykański FED, dążący do wywłaszczenia człowieka . Każdy biedny, zadłużony, poniżony czy – jak pisze Ojciec św. Franciszek w Adhortacji Evangelii Gaudium – odrzucony, jeśli nie wierzy w Boga, staje się niewolnikiem systemu. Jest jak zwierzę w klatce. Systemowi ekonomicznemu, w którego trybach znalazła się cała zachodnia cywilizacja, podporządkowana jest ideologia gender. To dwie głowy tego samego smoka, uzbrojone w nowoczesny arsenał dalekiego zasięgu. Po ludzku nie mamy szans. Ale wiemy, że zwyciężymy. Zło – to tylko nieobecność dobra. Musimy być świadomi, że międzyczasie może skończyć się dzisiaj, że jesteśmy rycerzami i to od nas, od naszych decyzji dotyczących codziennego życia zależy przyszłość świata. Wesołych Świąt, roku pełnego dobra dla innych czynionego, roku, w którym spotkamy się w Rzymie na placu Św. Piotra. Krzysztof Skowroński
Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje – Jezus Chrystus do św. Faustyny Kowalskiej, 26 maja 1938 r.
rzecz o szwajcarskiej inteligencji str. 7
UKRAIŃSKA REWOLUCJA Paweł Bobołowicz z Kijowa str. 10-11
UPOKORZĄ I ZJEDZĄ Stajemy się krajem skolonizowanym, ale żebyśmy do końca się nim stali, trzeba nas najpierw upokorzyć. Stworzyć taką sytuację, w której będziemy się wzajemnie nienawidzić, nie będziemy sobie pomagać oraz nie będziemy mieć wspólnego mianownika narodowego. Rozmowa z reżyserem Andrzejem Chodakowskim str. 6
ODRATRANS GAME OVER Mechanizm „drenowania” funduszy nie był skomplikowany i funkcjonował jako tzw. skalping. Ludzie powiązani z NFI przejmowali kontrolę nad tą czy inną spółką, często kupując ją za jej własne pieniądze. str. 8
ŻYCIE JEST PIĘKNE
Str. 2
K u r i e r W n e t
czy wiEsz, żE.... CHIŃSKA ŚWINIA W poprzednim numerze „Kuriera Wnet” informowaliśmy o amerykańskiej korporacji Smithfiled, która, po zakupie Animexu stała się głównym producentem wieprzowiny w Polsce. W ostatnich tygodniach wspomnianą korporację kupiła chińska firma Shuanghui International Holdings z Chińskiej Republiki Ludowej i to za niebagatelną sumę 4,72 mld złotych. Obecnie grupa Animex, produkująca dotąd swoje wyroby pod takimi markami, jak: Krakus, Morliny, Berlinki czy Mazury, należy do kapitału chińskiego. Podobnie jak przedsiębiorstwo Agri Plus, które jest jednym z liderów w zakresie produkcji trzody chlewnej w Polsce. POLSKIE WÓDKI W RĘKACH ROSJAN Miliarder Roustam Tariko, rosyjski oligarcha (nr 17 na liście najbogatszych Rosjan), właściciel Russian Standard Corp. oraz Banku Russian Standard, przejął od amerykańskiej firmy CEDC największy Polmos w Polsce (Polmos Białystok) oraz firmę Bols w Obornikach Wielkopolskich, producentów m.in. Absolwenta, Żubrówki, Bolsa oraz Soplicy. Spółka CEDC, zakupiona przez Tariko, została założona przez Billa Careya i prowadziła działalność w Polsce oraz Rosji. Amerykanie na terenie Federacji Rosyjskiej posiadali trzy fabryki. Spółka notowana była na giełdzie w Nowym Jorku i Warszawie. CEDC została przejęta na podstawie 11 rozdziału amerykańskiego prawa upadłościowego. Spółka wykupiona przez rosyjskiego oligarchę posiadała ponad 1 mld dolarów długu. ISTNIEJĄ TUNELE W CZASOPRZESTRZENI Naukowcy z Massachusests Institute of Technology uznali, że potrafimy budować tunele w czasoprzestrzeni! Co prawda na razie tylko w skali kwantowej. Okazuje się, że znany z science fiction „tunel w czasoprzestrzeni” wyjaśnia zjawisko splątania kwantowego i teleportacji kwarków. W kilku laboratoriach na całym świecie powiodły się eksperymenty polegające na rozdzieleniu dwóch splątanych kwantowo cząsteczek, które mimo odległości reagują na zmianę
czy wiEsz, żE....
stanu „tej drugiej”. Dla przykładu zmieniając spin elektronu w pierwszej, druga – splątana – zareaguje niezależnie od dystansu. W ubiegłym roku naukowcom chińskim udało się „teleportować” stan fotonu na odległość 97 kilometrów, a Europejczykom powiodła się transmisja pomiędzy dwoma wyspami kanaryjskimi (147 kilometrów). Zdaniem badaczy, grawitacja także może być skutkiem splątania kwantowego. Takie właśnie twierdzenia przeczytamy w tekście Juliana Sonnera z MIT opublikowanym w Physical Review Letters. W KRAKOWIE ZAKAZANO PALIĆ WĘGLEM Radni małopolskiego sejmiku wprowadzili w Krakowie zakaz palenia węglem. Zakaz nie dotyczy spalania w kominkach oraz innych urządzeniach tzw. stałej biomasy, czyli drewna. Komisja Europejska w jednym ze swoich dokumentów już dawno przyznała, że spalenie stałej biomasy w niedostosowanych do tego celu urządzeniach powoduje znacznie większe zanieczyszczenie powietrza pyłami, niż dzieje się to w przypadku użycia węgla. Za 5 lat emisja pyłu i innych zanieczyszczeń może być zatem większa niż dotychczas. Oczekiwana poprawa jakości powietrza nie nastąpi, a pieniądze przeznaczone na ten program zostaną zmarnotrawione. Beneficjentami rynku ciepłownictwa w Krakowie mogą więc stać się Rosjanie (gaz) i Niemcy (piece gazowe).Gdyby radni chcieli podjąć racjonalną decyzję, to powinni uchwalić, że w systemach grzewczych może być używany tylko węgiel o najlepszych parametrach i dopuścić piece gazowe spełniające najwyższe standardy emisyjne. Piece takie produkowane są w Polsce, a przy ich produkcji zatrudnianych jest nawet kilkaset tysięcy osób. Jak informuje Ministerstwo Środowiska, Polska nie dotrzymuje obowiązujących standardów jakości powietrza. Wnioski resortu potwierdza także Komisja Europejska, która w związku z tym może nałożyć na nasz kraj karę nawet do kilkudziesięciu tysięcy euro dziennie.
CZERWONA ZARAZA
„INCE I ŻOŁNIERZOM WYKLĘTYM” napisali nieznani sprawcy na pomniku żołnierzy sowieckich w warszawskim Parku Skaryszewskim. Dodatkowo narysowali znak „Polski Walczącej” oraz oblali czerwoną farbą symbol sierpa i młota. To kolejny przejaw protestu przeciw pozostawianiu sowieckich pomników w Polsce. Przypomnijmy, że od wielu miesięcy trwa akcja zbierania podpisów pod petycją ws. usunięcia pomnika Polsko-Radzieckiego Braterstwa Broni (tzw. „Czterech Śpiących”) zlokalizowanego w bezpośrednim sąsiedztwie byłych katowni NKWD w Warszawie. Gdy 18 listopada 1945 roku uroczyście odsłaniano pomnik, kilkaset metrów dalej trwały przesłuchania, mordowano ludzi i chowano potajemnie w bezimiennych zbiorowych mogiłach. Domagamy się uszanowania Ich Pamięci! Podpisy zbierane są drogą elektroniczną, pod adresem: www.czerwonazaraza.pl
Fot. AF „ONS”
WĘGIERSKI OSCAR „A nagy füzet” (Duży zeszyt), węgierski film rozgrywający się w czasach II wojny światowej, jest w amerykańskiej prasie wymieniany jako jeden z głównych faworytów do Nagrody Oscara. Film reżysera Jánosa Szásza zdobył już główną nagrodę na festiwalu filmowym w Karlowych Warach, a później święcił triumfy na Festiwalu Filmowym w Toronto. W przypadku węgierskiego filmu pełnometrażowego to pierwsza taka sytuacja po 1989 roku. Ciekawostkę stanowi tutaj fakt, że przeprowadzona przez rząd Orbána w 2011 roku reforma systemu finansowania kinematografii spotkała się z ostrą krytyką zagranicznych środowisk filmowych. W Polsce została ona wprost zaatakowana na Festiwalu Filmowym w Gdyni, a Andrzej Wajda podpisał się przed dwoma laty pod petycją, w której domagał się przywrócenia wcześniej obowiązujących zasad finansowania węgierskiej kinematografii. W wyniku przeprowadzonej reformy, państwowy Filmalap współfinansuje na Węgrzech już w tej chwili produkcję 29 filmów pełnometrażowych rocznie. Dla porównania Polski Instytut Sztuki Filmowej dofinansowuje rocznie niewiele ponad trzydzieści filmów pełnometrażowych. POLSKA BIEDA Ogromne zadłużenie państwa i brak pieniędzy na wypłatę bieżących emerytur spowodowały, że rząd Donalda Tuska w latach 2010-2013 wydał z Funduszu Rezerwy Demograficznej 16,9 mld zł. Na 2014 rok rządzący zaplanowali wydanie kolejnych 2,5 mld zł. Kiedy powstawał FRD mówiono, że pieniądze tam gromadzone będą służyć wzmocnieniu systemu emerytalnego po roku 2020. Zakładano, że dojdzie wtedy do niekorzystnych zmian na rynku pracy. Najbardziej smutne jest to, że zmiany w FRD dzieją się za milczącą zgodą ojców-założycieli Funduszu: Jerzego Buzka i Leszka Balcerowicza. Ktokolwiek ma jakiekolwiek dowody na to, że jest inaczej, proszony jest o pilny kontakt z redakcją. * Izbom skarbowym zabraknie do końca roku 31,5 miliona złotych na bieżącą działalność. Już teraz nie ma pienię-
Lech Jęczmyk komentuje:
czy wiEsz, żE....
dzy na rachunki za telefony stacjonarne, paliwo, delegacje, zakup papieru, badania okresowe pracowników, czynsz i podatek od nieruchomości. Ministerstwo Finansów nakazuje ostre cięcia. NARODOWY NA PRYWATNYM Teren, na którym znajduje się Stadion Narodowy w Warszawie, nie ma uregulowanej sytuacji własnościowej. O odzyskanie zawłaszczonego w PRL majątku starają się spadkobiercy Arpada Chowańczaka oraz Aurelii Antoniny Czarnowskiej, którzy nabyli tereny pod narodowym już w 1920 roku. Po licznych procesach w sądach administracyjnych, organy sprawiedliwości przychylnym okiem spojrzały na sprawę dawnych i zarazem jedynych właścicieli „narodowych” terenów. Wojewódzki Sąd Administracyjny stwierdził, że minister infrastruktury Cezary Grabarczyk nie dochował należytej staranności i naruszył prawo, wydając decyzje odmowną ws. ustalenia stanu prawnego i faktycznego gruntów pod stadionem. Dnia 7 lipca 2012 roku WSA w Warszawie wydał wyrok uwzględniający skargę spadkobierców nieruchomości. Skarb Państwa złożył skargę kasacyjną, zaś spadkobiercy Arpada Chowańczaka oraz Aurelii Czarnowskiej wnieśli do NSA o oddalenie skargi kasacyjnej. Sprawa czeka na ostateczne rozstrzygnięcie. KUL ZAMYKA DRZWI DLA „GENDER STUDIES” Zarzuty propagowania gender na KUL nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. KUL nie prowadzi i nie będzie prowadził gender studies. Nieporozumienie dotyczy wykładu „Gender: feminizm, queer studies, men’s studies”, przewidzianego w bloku zajęć fakultatywnych (a więc do wyboru) w roku akademickim 2015/16, na kierunku „Teksty kultury i animacja sieci”. To składający się z 30 godzin lekcyjnych wykład z zakresu teorii literatury i metodologii badań literackich, który będzie prowadzony przez pracowników naukowych Instytutu Filologii Polskiej KUL. Wykład nie będzie miał charakteru propagującego. Jego celem jest przedstawienie i analiza krytyczna założeń tych nurtów metodologii badań literackich, które punktem wyjścia czynią kategorię „gender” (płeć), traktowaną jako kategoria społeczno-kulturowa. Zdaniem KUL
zadaniem uniwersytetu katolickiego jest przygotowanie absolwentów do krytycznego i dojrzałego uczestniczenia w życiu społecznym. KUL dbając o swoją katolicką tożsamość, nie może uchylać się od krytycznej analizy rzeczywistości, ponieważ jednym z jego obowiązków jest upowszechnianie chrześcijańskiej wizji człowieka i świata w kontekście wyzwań współczesności. ROZWIJA SIĘ ROSYJSKO-JAPOŃSKA WSPÓŁPRACA WOJSKOWA Nieoczekiwany zwrot akcji w relacjach rosyjsko-japońskich. Państwa te, choć formalnie pozostają w stanie wojny od 1945 r., w listopadzie podpisały porozumienie w kwestii „wzmocnienia współpracy wojskowej”. Armie obu krajów mają prowadzić wspólne manewry oraz spotykać się na konsultacjach. Odbyło się już pierwsze wspólne spotkanie szefów MSZ i resortów obrony. Rosję reprezentowali Siergiej Ławrow i Siergiej Szojgu, stronę japońską Fumio Kishida i Itsunori Onodera. Wśród poruszanych tematów, które zostały wspomniane w komunikacie końcowym, znalazły się m.in. zagrożenia związane z terroryzmem, programem nuklearnym Korei Północnej oraz „inne napięcia w regionie”. SŁABA KONTROLA Tylko 3 proc. powierzchni upraw kukurydzy w Polsce zostało skontrolowanych przez Państwową Inspekcję Ochrony Roślin i Nasiennictwa. Na tej podstawie Inspekcja stwierdziła, że na terenie naszego kraju nie ma upraw roślin genetycznie modyfikowanych. Koalicja Polska Wolna od GMO jest przekonana, że wyniki kontroli PIORiN w ogóle nie odzwierciedlają stanu faktycznego, gdyż skontrolowany areał był zbyt mały. Rada Ministrów wydała dwa rozporządzenia w sprawie zakazu stosowania odmian kukurydzy MON 810 oraz ziemniaka odmiany Amflora jako materiału siewnego. Uprawy transgenicznej kukurydzy MON 810 są zakazane na terenie dziewięciu krajów członkowskich UE, czego powodem były ekspertyzy naukowe o szkodliwości wpływie toksyny zawartej w tej roślinie na ludzkie zdrowie.
Fot. z arch. Tadeusza Polkowskiego
P
olska musi zbudować armię tanią, która podnosiłaby koszty ewentualnej agresji. Powinniśmy uczyć się od Talibów w Afganistanie, od Irakijczyków, od ludzi którzy toczą dziś wojny asymetryczne, tzn. wojny z silniejszymi. Teraz wojsko polskie nie jest w stanie obronić 1% polskiego terytorium. Rozbrojenie polskiej armii nastąpiło w III RP m.in. za sprawą takich ministrów jak Janusz Onyszkiewicz czy Bronisław Komorowski. Sytuacja obronna III RP przypomina Rzeczpospolitą przedrozbiorową, kiedy Rosja i Prusy nie dopuściły do stworzenia stutysięcznej armii. Na podstawie zakupów sprzętu wojskowego można uznać, ze Polska przygotowała się do roli pomocniczej dla Stanów Zjednoczonych, a parasol ochronny NATO można uznać za fikcję. Sprawy militarne wymagają stworzenia nowej doktryny obronnej, uwzględniającej możliwości i sytuację Polski. Wykładowca Akademii WNET dowódca plutonu karabinów maszynowych ppor. rezerwy Lech Jęczmyk
Wiosenny semestr Akademii Wnet rozpoczyna się 11 stycznia 2014 roku. Zapisy: akademia@radiownet.pl
AKCJA BURZA 2014
T
adeusz „Tadek” Polkowski, współzałożyciel i wieloletni członek zespołu Firma oraz autor solowej płyty „Niewygodna prawda” zapowiada akcję „Burza 2014”. Projekt ten ma upamiętnić największą operację wojskową, rozpoczętą przez siły Armii Krajowej 4 stycznia 1944 roku i przypomnieć Polakom, by zawsze byli dumni ze swojego walecznego narodu. – Motorem napędowym akcji będą koncerty. Według założeń projektu ma ich być siedemdziesiąt. Będzie to zatem trasa o niespotykanej na polskim rynku muzycznym i rozrywkowym wielkości – powiedział „Kurierowi Wnet” Tadek Polkowski.
Raper podkreśla, że występy w siedemdziesięciu miastach w całej Polsce będą składać się na hip hopowo-symfoniczną opowieść o historii Polski. – Jest to formuła, po którą do tej pory nikt w Polsce nie sięgnął. W poszczególnych koncer-
tach gościnnie wystąpią najbardziej popularni wśród młodych odbiorców artyści, a także wykonawcy związani z tematyką historyczną - dodał pomysłodawca akcji „Burza 2014”. Akcji towarzyszyć będą rekonstrukcje historyczne, wystawy plenerowe, pokazy filmów, spotkania z weteranami walk o niepodległość, akcje plakatowe, turnieje sportowe, zbiórki środków i żywności dla kombatantów zamieszkujących Kresy wschodnie, program wymiany dla polskich dzieci i młodzieży z Białorusi, Ukrainy, Litwy i Łotwy, promocja muzeów zlokalizowanych w pobliżu punktów trasy (i nie tylko) oraz konkursy dla młodzieży związane z tematyką historyczną. W ramach projektu zostaną wydane pozycje książkowe, muzyczne, filmowe i setki publikacji internetowych. Wesprzyj akcję: TadekFirmaSolo@o2.pl facebook.com/burza2014
Witold Gadowski
K u r i e r W n e t
wywiaD
wywiaD
Str. 3
wywiaD
Kartel, który rządzi światem Rozmowa o Systemie Rezerwy Federalnej (FED) z autorem książki „Finansowy potwór z Jekyll Island” G. Edwardem Griffinem
P
onoć to Fenicjanie wymyślili pieniądze. Miedziany, srebrny czy złoty krążek w kieszeni w rewolucyjny sposób ułatwiał handel. Od ponad trzech tysięcy lat to właśnie pieniądz pozwala ustalić, jaka jest wartość naszej pracy oraz ile zarabia nasz majątek. Ale coś się psuje z pieniędzmi, prawda? Większość z nas dostrzega, że praca tanieje. Mniejsze przychody przynosi także wynajem nieruchomości. Obroty sklepów, które kiedyś utrzymywały całe rodziny, dziś ledwo starczają na pokrycie rachunków. Może to nasza wina? Pracujemy nie dość wydajnie? Nie potrafimy znaleźć się we współczesnym świecie? Nie jesteśmy dość przedsiębiorczy? A może wina leży gdzie indziej? I jak się to wszystko skończy? Choć szukamy odpowiedzi na te pytania, nadal ich nie znamy. Przypomina to wspinaczkę na szczyt w Himalajach. Widzimy go z oddali, będąc na stoku wiemy, że jest gdzieś tam nad nami, ale tymczasem idziemy krok po kroku od bazy do bazy. Dopiero kiedy osiągniemy cel i spojrzymy z góry, wtedy - przynajmniej taką mamy nadzieję - wszystko się wyjaśni. W pierwszym odcinku naszej podróży poznajemy, jak działa system finansowy i czym są „rynki”, o których ciągle mówią dziennikarze ekonomiczni. Po wąskich ścieżkach poprowadzi nas szerpa - doświadczony przewodnik, który wie, jak przejść bezpiecznie. Jest to Edward Griffin, autor bestsellera „Finansowy potwór z Jeckyll Island”. Griffin, dokumentalista, pisarz, finansista, liczy dziś 82 lata. Jego prace czytają ekonomiści, studenci i… osoby zainteresowane tym, jak jest naprawdę. Griffin odkrył przed nami zasadę, że pieniądz tworzony jest jako zobowiązanie, a jego wartość zależy od ustaleń banku – emitenta, a nie - jak się nam wydaje – od ilości złota w skarbcu bankowym czy wartości metalu w monecie. Taki pieniądz nazywany jest „fiat money”, co po polsku przetłumaczono na pieniądz fiducjalny (od fides – wiara). Griffin krytykuje gospodarkę nakręcaną przez dług, który jest nie do spłacenia. Niemożliwość spłacenia zaciągniętych długów jest zasadą systemu, a nie jego skutkiem ubocznym. Powiedział to w 1941 roku były szef FED-u Marriner Eccles, a Griffin krytykuje ten stan rzeczy z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że generuje on inflację, obniża wartość pieniądza, czyli odbiera obywatelom ich własność. Po drugie, sposobem na likwidowanie długów jest wojna - i tu Griffin widzi przyczyny wybuchu pierwszej czy drugiej wojny światowej. Obecnie, jego zdaniem, Stany Zjednoczone są pod kontrolą międzynarodowych instytucji: jawnych, jak ONZ czy Bank Światowy, oraz cokolwiek tajemniczych, takich jak Council of Foreign Relations, które zarządzają rabunkiem dokonującym się na majątku Amerykanów. Współczesny amerykański dolar jest tworzony w bankach na bazie pożyczek. Mając 1 dolara w kasie, bank może udzielić pożyczki w wysokości 90 centów. Te 90 centów przyniesie bankowi zysk w postaci oprocentowania. Jeśli pożyczkodawca włoży wspomniane 90 centów do innego banku, to umożliwi uruchomienie kolejnego kredytu – tym razem w postaci 81 centów (bo 10% wartości pożyczki musi zostać jako zabezpieczenie). I taki proces trwa tak długo, aż z jednego dolara zrobimy 10. W ten sposób tworzy się spirala długów nie do spłacenia, a proceder ten umożliwia właśnie pieniądz fiducjalny tworzony „out of thin air”. Jak przestrzega G. Edward Griffin, taka sytuacja musi skończyć się albo upadkiem gospodarki, albo powstaniem ustroju totalitarnego. Freedom Force International - organizacja libertariańska utworzona w 2002 roku przez G. Edwarda Griffina, której celem jest walka z autorytaryzmem rządów i poszerzanie sfery wolności osobistej. Według jej członków główną rolą rządzących powinna być ochrona praw człowieka oraz własności. Zdaniem założyciela, lewicowy kolektywizm i wolność to śmiertelni wrogowie. Organizacja programowo dąży do wyboru własnych przedstawicieli do władz rządowych oraz pozarządowych. Dewiza FFI jest zawarta w zdaniu: Nie zwalczaj ratusza, jeśli możesz być ratuszem.
Kurier Wnet – Czym jest FED? – pytamy o Rezerwę Federalną USA. Edward Griffin – Jeśli oceniać po znamionach zewnętrznych, to ludzie uznają to „coś” za kolejną instytucję rządu federalnego Stanów Zjednoczonych. Wydaje im się, że kierują nią ludzie kompetentni, którym przyświecają takie cele, jak wzmocnienie gospodarki, stabilizacja siły nabywczej waluty, stymulowania zatrudnienia... i tym podobne szlachetne pobudki. Dlatego też FED cieszy się wysokim szacunkiem obywateli. Gdyby zwykłego zjadacza chleba zapytać o FED, sugerując coś negatywnego, odebrałby to jak atak na instytucję macierzyństwa, albo – bo ja wiem – „najlepszą na świecie” amerykańską szarlotkę. W rzeczywistości jednak Rezerwa Federalna stanowi przeciwieństwo agendy rządowej. To kartel. Nie różni się niczym od kartelu naftowego, bananowego czy kartelu, który rządzi rynkiem orzeszków ziemnych. Jednak tutaj zmowa dotyczy rynku bankowego, imitując przy okazji bycie instytucją rządową. Jak to możliwe? Aby to wyjaśnić, trzeba się cofnąć daleko w przeszłość. W 1913 r w Stanach Zjednoczonych wzrósł niepokój związany z koncentracją potęgi finansowej w rękach kilku wpływowych instytucji. Obywatele bali się, że Wall Street, czyli wielkie firmy ubezpieczeniowe oraz instytucje finansowe osiągnęły nieproporcjonalnie wielką władzę nad podażą gotówki. Między innymi mogły decydować, kto dostanie kredyt, a kto nie. Obywa-
rów. Dlatego to sektor bankowy decyduje o systemie Rezerwy Federalnej i o tym, kogo wybierze prezydent. Brzmi kontrowersyjnie? Tak właśnie powinno. Moim zdaniem siła tej grupy jest tak duża, że to nie jest tak, że prezydent wybiera szefa FED-u. W rzeczywistości to system Rezerwy Federalnej mianuje prezydenta. To tam jest prawdziwa władza. Zwykli wyborcy tego nie widzą i myślą, że jest odwrotnie. Czy w USA kończy się kryzys finansowy? Fot. Biblioteka Kongresu U.S.A. senator Nelson w. aldrich (1841-1915) – współtwórca Systemu Rezerwy Federalnej
Od momentu, kiedy Kongres przegłosował ustawę, wszystkie zasady i regulacje, jakie banki same sobie napisały, stały się prawem. Stoi za nimi rząd federalny, więc jeśli ktoś nie chce przestrzegać tych przepisów, to łamie prawo, grozi mu więzienie. FED sprawia wrażenie państwowego urzędu właśnie dlatego, że stoi za nim aparat przymusu. Znamy kilka krajów, gdzie rządzą tajne struktury: albo służby, albo mafia. W naszych czasach, mam na myśli ostatnie stulecie, odkryto, jak sądzę za pomocą prób i błędów, że istnieje kłopot przy tworzeniu monopolu albo kartelu. Kłopot ten polega na wymuszeniu porozumienia pomiędzy uczestnikami zmowy. Oczywiście, jeśli jesteś szefem mafii,
Tak mówią media, prawda? 90 procent z tych informacji to czysta propaganda. Piszą tak: „sprawy idą lepiej! Gospodarka rośnie! Rośnie sprzedaż domów!” Ale to wszystko jest jak sowiecki plan pięcioletni. Tam co pięć lat miało być lepiej. Statystyki bywają zwodnicze, łatwo je wykorzystać do oszukiwania ludzi. Jakie są przyczyny kryzysu? To bankructwo. Ludzie wydają więcej niż mają, a prędzej czy później trzeba wyrównać rachunki i ktoś musi za to zapłacić. Obiecaliśmy pracownikom, że dostaną płace minimalne wspierane przez państwo, obietnice emerytur i opieki zdrowotnej, darmowego wykształcenia, darmowego tego i owego. Wszystko to, jeśli ludzie zagłosują na właściwą partię. Wszystko ma być darmowe, ale buduje się niedobór i narasta dług. Tak długo jak ludzie są wystarczająco naiwni, by to finansować. Inwestorzy kupują obligacje rządowe uważając, że dostaną je z po-
Siła tej grupy jest tak duża, że to nie jest tak, że prezydent wybiera szefa FED-u. W rzeczywistości to system Rezerwy Federalnej mianuje prezydenta. To tam jest prawdziwa władza. Zwykli wyborcy tego nie widzą i myślą, że jest odwrotnie tele domagali się więc od polityków, aby to jakoś uregulować. Zażądano, aby Kongres sformułował zasady, na jakich międzynarodówka bankierów będzie móc działać na terytorium USA. Bankowcy zdecydowali więc, że zamiast siedzieć i czekać na ustawy, które zwiążą im ręce, lepiej sami przygotują odpowiednie zapisy i przeforsują u kongresmenów. Ponieważ ujawnienie tego zamiaru zaprzepaściłoby szansę jego realizacji, dlatego zastosowano wyrafinowany system zasłon dymnych. Jak ten spisek wyglądał praktyce? To materiał na osobną książkę… Podstawową kwestią było przekonanie obywateli, że to nie bankowcy opracowali ustawę. Projekt nie powstał więc w Waszyngtonie czy Nowym Jorku, ale w zupełnie innym miejscu. Pewnego dnia na stacji kolejowej w New Jersey nieopodal Nowego Jorku wsiedli do pociągu, a właściwie do luksusowego wagonu doczepionego do końcu składu, autorzy przyszłej ustawy. Wagon był własnością senatora Nelsona Aldrige’a, człowieka bardzo potężnego w owych czasach. Przed dwie noce i jeden dzień dżentelmeni jechali na południe, aż dotarli do miejscowości Brunswick w Stanie Georgia. Stamtąd przedostali się na wyspę Jeckyll ( Jeckyll Island). Wówczas był to teren prywatny należący do takich potentatów, jak JP Morgan czy William Rockefeller oraz ich biznesowych partnerów. Stał tam wspaniały klub, w którym bankowcy spędzili tydzień, ustalając zasady działania przyszłego systemu Rezerwy Federalnej. Po powrocie dyskretnie zaprezentowali dokument w Waszyngtonie jako doskonały projekt reformy systemu bankowego! Politycy połknęli haczyk. Zasłona dymna działała szczelnie przez kolejne trzy lata, aby wreszcie w grudniu 1913 r. ustawa mogła wejść w życie. U nas to nazywają partnerstwem prywatno-państwowym… No i tak było. Banki zaprojektowały i przeprowadziły przez Kongres ustawę, która ustanowiła kartel zarządzający sektorem finansowym. Oczywiście w imię dobra banków, a nie Amerykanów. Przecież kartele nie powstają po to, aby działać na rzecz klientów, ale po to, aby chronić interesy swoich twórców.
to masz do dyspozycji skuteczny mechanizmem perswazyjny. Ale o ileż bardziej elegancko jest zaprosić do kartelu polityków i wejść w spółkę z władzą? Wtedy to rząd wymusza posłuch za pomocą policji i prokuratury, co zwalnia z tego obowiązku kartel. Takie układy spotkamy w całym świecie w różnych dziedzinach: od wydobycia ropy naftowej, przez telekomunikację, po ochronę zdrowia czy bankowość. Są wszędzie tam, gdzie pojawiają się duże zyski. Regułą jest, że kartele przyciągają do spółki polityków. Odtąd oddzielenie kartelu od agendy rządowej jest niemal niemożliwe. Nie sposób dociec, gdzie znajduje się punkt demarkacyjny. Taka jest rzeczywistość. Niedawno poznaliśmy nazwisko Janet Yellen, nowej szefowej FED. Co trzeba zrobić, żeby dostać taką pracę? Oczywiście prezydent nie wybiera członków FED-u z notesu. W większości przypadków nawet tych ludzi nie zna. Nazwiska kandydatów dostarczają prezydentowi potężne waszyngtońskie grupy wpływów. To zwykle krótka lista – dwa lub trzy nazwiska. Jedną z takich grup mogą być komisje do spraw bankowości, działające w Senacie i Kongresie. Ale ważniejsi są ofiarodawcy, którzy sfinansowali kampanię wyborczą rządzącego prezydenta. Takie transakcje są dość oczywiste w polityce na całym świecie. No i najwięcej do powiedzenia w sprawie polityki prezydenta mają ludzie, którzy dali najwięcej pieniędzy na wykup reklam wyborczych. Kandydat zawiera z takim człowiekiem pewne transakcje. I jestem przekonany, choć oczywiście nie znam szczegółów, ale to po prostu logiczne, że właśnie ci ludzie – a przecież pochodzą oni z tej samej społeczności bankowców o której tu rozmawiamy – dostarczają nazwisk, spośród których prezydent musi wybrać. Łatwo to potwierdzić przez prostą obserwację. Nigdy nie było szefa FED-u, który nie byłby przekonanym obrońcą instytucji banku centralnego i całego procederu z nim związanego. Ani nie broniłby tez głoszonych przez banki. Kandydaci na szefa FED rekrutują się więc albo z bractwa bankierów albo spośród naukowców, którzy na uniwersytetach uczą przyszłych bankie-
wrotem i to z procentami! Nie zdają sobie jednak sprawy, że jeśli nawet dostaną zwrot pieniędzy, to dolar – czy inna obowiązująca jednostka pieniężna – straci już na wartości z powodu inflacji. Oni więc stracą na tej transakcji. Nie wiedzą też, że rządy spłacają swoje długi dopiero wtedy, kiedy ukradną obywatelom pieniądze w postaci podatków. Przypomina mi to starą opowieść o myśliwym i psie. Gdzieś głęboko w lesie było zimno, obaj głodowali, aż w końcu myśliwy zlitował się nad psem, obciął mu ogon, ugotował w kociołku i zaserwował. A pies z wdzięcznością lizał pana po rękach. Ludzie na świecie właśnie tak liżą ręce swoich przywódców, wyrażając wdzięczność za posiłki, darmowe świadczenia, jakie otrzymują. A przecież zjadają w ten sposób swoje własne ciała, swoje własne życie, swoje „ogony”, jakimi są karmieni. Czym jest kryzys? To kryzys rzeczywistości gospodarczej. Wiara w polityków, że potrafią stworzyć coś z niczego i dać to ludziom, którzy uważają, że zasługują na podarunki. Można to jakoś podsumować? To kryzys kolektywizmu. Jest to określane różnymi słowami: socjalizm, komunizm, nawet faszyzm. W Ameryce teraz nazywamy to „amerykanizmem”. Pojęcia się zmieniają, ale istota rzeczy pozostaje bez zmian. Kiedy oderwiemy wszystkie naklejki z nazwami, to zobaczymy jednak: kolektywizm. Kolektywizm to pomysł, że grupa jest ważniejsza niż jednostka, że jednostkę można poświęcić dla wyższego dobra i zawsze pojawia się przywódca, który mówi: ja reprezentuję i mówię w imieniu większości. Ta magiczna fraza „LUD” usprawiedliwia złodziejstwo. Można ukraść jednej grupie ludzi i dać drugiej, o ile działamy w imieniu LUDU. I to jest prawdziwy kryzys. Ma on określoną cenę, a właściwie dwie ceny. Pierwsza to pieniądze i o tym już powiedziałem. Drugim składnikiem kosztów jest wolność osobista. Za utratą wartości przez pieniądz i możliwości gospodarczych przez obywateli idzie utrata wolności osobistej. W końcu wszyscy będą uzależnieni od państwa, bo nie da się zarobić na utrzymanie przez
prowadzenie własnej firmy, nie da się spożywać owoców pracy, bo nie wolno będzie ich zatrzymać. Skończy się tak, że wszystkim będą zarządzać politycy, biurokracja, państwo – i to właśnie jest kolektywizm. Do tego narzędziem stanie się naga przemoc. Ci „mądrzejsi” uważają, że nie można pozwolić ludziom na samodzielne podejmowanie decyzji. Ludzie są dla nich zbyt głupi, trzeba ich zmusić do robienia tego, co zostało im nakazane. Możemy dojść do sytuacji, że społeczeństwo będzie zorganizowane jak armia. Będą generałowie, pułkownicy, na dole sierżanci i szeregowcy. Nikt nie będzie właścicielem niczego, ale każdy będzie mógł awansować, im wyżej w hierarchii, tym lepsze będą warunki bytowe. No i każdemu będzie wolno się uśmiechać do szefa i być wdzięcznym! Tak się skończy? Nie ma innej możliwości? Wy w Europie już to przerabialiście, ale dla nas w USA jest to nowość. Nadchodzi moment, że ludzie obudzą się z tego snu. Dziś jednak śnią na jawie, jakby byli znarkotyzowani, patrzą, a nie widzą. Większość ludzi ciągle domaga się tego samego: większego wpływu rządu, większej ilości uregulowań, więcej świadczeń społecznych. A przy tym ciągle uważają banki za prywatne przedsiębiorstwa. Nie można być w większym błędzie! Bankierzy i ich system to absolutny kolektywizm. Nie ma już wolnego rynku w systemie bankowym, wszystko jest uregulowane przez rządy, ściśle kontrolowane i chronione. A ludzie na całym świecie domagają się zwiększenia tego wzajemnego związku pomiędzy rządem a bankami. Chcą na przykład, żeby rządy przejęły banki. Jakby to miało przynieść jakąś zmianę. Nie ma nadziei? W 2002 roku utworzyłem organizację pod nazwą Freedom Force International.
Jej celem jest skupienie ludzi, którzy rozumieją, co się dzieje i wiedzą, jak wprowadzić zmiany. Nie chodzi o rewolucję za pomocą bomb, pistoletów czy bagnetów, ale rewolucję idei, tak by zreformować społeczeństwo i odwrócić te procesy. OK, może coś takiego nigdy wcześniej się nie udało, ale przecież nigdy wcześniej te zagadnienia nie rysowały się tak wyraźnie. Wykorzystajmy fakt, że żyliśmy w czasach laboratorium idei. Mogliśmy zobaczyć, co działa, a co nie. Doświadczalnie, za pomocą prób i błędów. Bardzo do-
brze wiadomo, że kolektywizm nie działa. Czy go nazwiemy komunizmem, faszyzmem, zresztą nieważne. Kolektywizm nie działa i wszystkie te pomysły – „od każdego według jego możliwości, każdemu według jego potrzeb”, „razem przeciwko wojnie i przeciwko rasizmowi”... Wiemy, że to hasła, propaganda, to nie działa. Pierwszy raz w historii mamy wystarczające zrozumienie idei, żeby wywołać prawdziwe zmiany. I na tym polega Freedom Force. Czy ja uważam, że mamy duże szanse? Nie. Nie sądzę, że są duże szanse, bo kryzys światowy dopiero dojrzewa. Mamy bardzo niewiele czasu, by odwrócić sprawy. Jednak uważam, że jest to możliwe. Odpowiedź więc brzmi: tak, to możliwe. Jestem wiec optymistą, nawet jeśli nie dojdzie do zmiany w ciągu mojego życia, może nawet nie w czasie waszego. Ten przewrót jednak się wydarzy, teraz kładziemy pod niego fundamenty. Fundamenty ideowe i podstawy strategii, jak przeprowadzić ten proces. Myślę, że potrzebne są dwa pokolenia i rzeczywiście możemy to przeprowadzić. Co mnie nad wyraz zupełnie cieszy.
Opowieść o złym pszczelarzu Miriady pszczół krzątają się, aby zapewnić byt sobie i swojej rodzinie. Nie wiedzą, że miodobranie zostało już dawno zaplanowane. Według G. Edwarda Griffina współczesny system finansowy podkrada owoce naszej pracy, a my – jak pszczoły w ulu – nie dość, że nie mamy o tym bladego pojęcia to z wdzięcznością karmimy wrogie nam instytucje. Od 1913 roku w USA działa System Rezerwy Federalnej (FED). Międzynarodówka bankierów, która kontroluje podaż pieniądza, oprocentowanie kredytów, wartość nieruchomości. Potrafią nie tylko wywołać kryzys gospodarczy (1929; 2008) czy rozpętać konflikt, ale chętnie skredytują zakup broni czy odbudowę zniszczonej wojną gospodarki. Na wszystko pozwala tzw. pieniądz fiducjarny. Banki tworzą go jako zapis księgowy jednak, aby go spłacić potrzeba żywej gotówki. W ten sposób powstaje spirala długów nie do spłacenia. Wpadają w nią obywatele, firmy i całe państwa. W rezultacie owoce ich ciężkiej pracy przechodzą na własność „rynków”. Co ciekawe, o ile hodowcy pszczół dbają o dobro swoich owadów, bankowcy troszczą się wyłącznie o własne zyski.
Str. 4
K u r i e r W n e t
sai
sai
sai
Radek i jego dziadek
Kilka miesięcy po przejęciu władzy w Polsce w 2001 roku przez koalicję SLD-PSL, a w MSZ przez Włodzimierza Cimoszewicza, na parkingu resortu spraw zagranicznych ulokowanym na rogu Al. Szucha i ulicy Litewskiej szybko zaczął piąć się w górę duży budynek, który z uwagi na swoją stalowo-szklaną konstrukcję, a także głośną książkę Suworowa, jest dzisiaj powszechnie nazywany „akwarium”. Kiedy budynek miał już pełnych pięć pięter, właściwe służby postrzegły, że ta wzniesiona niemalże ściana w ścianę z głównym gmachem MSZ budowla stoi jednak zbyt blisko jednego z kluczowych resortów siłowych RP (podsłuchy), dlatego całość została - bez przetargu i za ciężkie pieniądze - wykupiona od firmy inwestycyjnej, powiązanej z Aleksandrem Gudzowatym.
Czasy takie, że w pojedynkę można ukraść co najwyżej skarbonkę w kościele, a i to staje się coraz trudniejsze. A jednak każe nam się ostatnio wierzyć, że za wielomilionowej wartości zmanipulowane przetargi na zakup sprzętu komputerowego, w sprawie czego spektakularne śledztwo prowadzi CBA, odpowiedzialni są pojedynczy, zwykle niskiej rangi urzędnicy państwowi. Casus MSZ jest tutaj bardziej niż wymowny.
A
resztowana 20 listopada „naczelnik Monika F.” z Biura Dyrektora Generalnego MSZ, nawet gdyby w czasie trwania inkryminowanego konkursu była wspomnianą naczelnik (którą stała się dopiero w październiku br.), a nie przysłowiowym szarym urzędnikiem, i tak nie miałaby żadnych kompetencji do podejmowania jakichkolwiek wiążących decyzji. Zwłaszcza finansowego charateru. Takie prawo w strukturze MSZ mają jedynie dyrektorzy. Jako członek komisji przetargowych Monika F. mogła co najwyżej opiniować, a ściślej współopiniować nadesłane do resortu zgłoszenia: z przynajmniej jeszcze jedną osobą w przypadku przeprowadzania tak zwanej oceny formalnej danej oferty, oraz z dwiema kolejnymi, jeśli brała udział w dokonywaniu oceny merytorycznej. Podkreślmy raz jeszcze – oceny. Wszelkie decyzje przy przetargach podejmuje dopiero przewodniczący komisji. Decyzja ta zresztą jest ważna tylko w przypadku, kiedy zostaje potwierdzona przez osobę pełniącą funkcję dyrek-
tora – w tym przypadku dyrektora Biura Dyrektora Generalnego, za akceptacją samego dyrektora generalnego MSZ. Na tym nie koniec. Ponieważ przetarg na sprzęt komputerowy, który został nabyty na potrzeby polskiej prezydencji w UE, opiewał na miliony, potrzebny był jeszcze jeden podpis: ministra Radosława Sikorskiego, ewentualnie ówczesnego sekretarza stanu Mikołaja Dowgielewicza, podobnie jak sam minister także będącego - w rozumieniu prawa - tak zwanym „organem”. Jak było w tym konkretnym przypadku – niestety nie wiemy i zapewne długo się nie dowiemy. Nie to jest jednak najbardziej istotne w całej sprawie. A to z tego powodu, że na każdym etapie oceniania i procedowania omawianego przetargu, na mocy wewnętrznych przepisów, wszystko przechodziło przez ręce Macieja Wnuka, pełniącego w MSZ funkcję pełnomocnika ds. kontroli zarządczej i procedur antykorupcyjnych. Bez jego akceptacji i podpisu, wielokrotnego – na każdym etapie postępowania – niemożliwe jest przeprowadze-
nie jakiegokolwiek zamówienia publicznego w MSZ. Dlaczego to ważne? Maciej Wnuk, jedna z niewielu osób w MSZ, która może wejść do gabinetu ministra Sikorskiego w każdej chwili bez wcześniejszego umówienia się, przyszedł bowiem do resortu spraw zagranicznych z Ministerstwa Obrony Narodowej. Podobnie jak... Monika F. Dlaczego to ważne? Maciej Wnuk to patron tak ciekawych inicjatyw, jak wyposażenie wszystkich polskich dyplomatów w telefony Black Berry, którym ABW skądinąd słusznie (kanadyjski właściciel technologii RIM oraz niemiecki właściciel sieci przesyłowych TMobile raczej nie sprzyjają zachowaniu tajemnicy) – odmówiła udzielenia certyfikatu bezpieczeństwa, dlatego cały system odtąd musi slużyć „wymianie informacji w ramach prostych maili biurowych”, jak 16 grudnia 2010 roku dowiedział się w odpowiedzi na swoje zapytanie poseł Ludwik Dorn.
Fot. AF „ONS”
Dlaczego to ważne? Za wiedzą Macieja Wnuka MSZ zakupił 28 foteli - bynajmniej nie antyków - za 300 tysięcy złotych, co opisuje jeden z ostatnich raportów NIK. Gdzie stoją te cuda, nikt niestety nie wie. Na pewno jednak nie znalazły się one w najbardziej reprezentacyjnym pomieszczeniu MSZ, czyli sali im. Giedroycia, gdzie prowadzi się oficjalne rozmowy, urządza spotkania z najbardziej znaczącymi krajowymi i zagra-
nicznymi gośćmi, wręcza ordery i odznaczenia wybitnym postaciom życia międzynarodowego. Salę tę „zdobi” bowiem oszałamiający zestaw mebli do siedzenia: od solidnych drewnianych krzeseł à la Gdańsk, przez rattanowe fotele, ikeowskie krzesełka do nabycia za kilkadziesiąt złotych, aż po mocno przetarte tapicerowane ławy typu późny Gierek… 6 typów w 10 rzędach, na niespełna 100 metrach kwadratowych.
O czym nie ćwierka minister Sikorski Wyrażenie „polskie obozy koncentracyjne”, coraz częściej używane za naszymi zachodnimi granicami, stało się symbolem porażki polskiej polityki historycznej, czy polityki pamięci, jak definiują to Niemcy. Porażki o to bardziej bolesnej, że jest ona symbolicznym policzkiem wymierzonym właśnie pamięci o tych milionach Rodaków, którzy nawet w najbardziej beznadziejnych latach w dziejach Polski i Europy nie zawahali się zaryzykować swojego życia w imię wolności. Wolności, z której owoców jakże obficie dzisiaj korzystają również nasi zachodni sąsiedzi. Z tego punktu widzenia niedawne ukazanie się w Niemczech „Raportu” Witolda Pileckiego, postaci godnej umieszczenia na najwyższych sztandarach, stworzyło unikalną, jak się wydawało, okazję dla polskiej dyplomacji.
D
ługo oczekiwane tłumaczenie „Raportu” Pileckiego - „Freiwilig nach Auschwitz”, ukazało się w sierpniu br. i zanim zdążyło trafić na półki niemieckich księgarń, wzbudziło spore zainteresowanie tutejszych mediów. Historia polskiego oficera, dobrowolnego więźnia Auschwitz, kompletnie tu nieznana, tak zafascynowała Niemców, że obszerne artykuły na temat „Raportu”, jak i samego autora, zamordowanego w 1947 roku przez komunistów, ukazały się na łamach tak prestiżowych tytułów, jak „Der Spiegel”, „Die Welt” czy „Focus”. Kanał telewizji publicznej NDR przygotował i wyemitował specjalny reportaż poświęcony postaci bohaterskiego rotmistrza. Dokument ten nadała również telewizja 3 Sat. Książkę „Freiwilig nach Auschwitz” rekomendowano w cotygodniowym popularnym magazynie kulturalnym „ttt”, nadawanym przez pierwszy program telewizji publicznej ARD, co w przypadku polskich autorów zdarza się niezwykle rzadko. Wydawnictwo Orell Fussli z Zurichu, którego nakładem ukazała się niemiecka wersja „Raportu”, reklamowało książkę podczas targów we Frankfurcie pod hasłem „Spitzentitel”, czyli jako tytuł wart szczególnego polecenia. Wydawało się, że po skandalicznym filmie „Nasze matki, nasi ojcowie” („Unsere Mutter, unsere Vaeter”), w którym żołnierzy Armii Krajowej przedstawiano jako tępych antysemitów, nadarzyła się znakomita okazja, aby spróbować maksymalnie uzmysłowić niemieckiemu odbiorcy, czym tak naprawdę była Armia Krajowa i jej żołnierze. Dodajmy, że w marcu br., w swoim wystąpieniu w „Morgen Magazyn”, popularnym magazynie porannym publicznych stacji ZDF i ARD, sam ambasador RP w Berlinie Jerzy Margański przywoływał postać rotmistrza jako dowód na błędne ukazanie przez autorów serialu realiów II wojny światowej w okupowanej Polsce. Tymczasem, według informacji, jaką można było uzyskać od rzecznika prasowego wydawnictwa Orell Fussli, mimo kierowanych do różnych polskich instytucji licznych próśb, w tym Instytutu Polskiego w Berlinie, na propozycję podjęcia wspólnych działań promocyjnych na rzecz „Raportu” do dziś nie ma żadnego odzewu. Pytany o to rzecznik ambasady RP w Berlinie Jacek Biegała wyjaśnia je-
ki podległe oraz finansowane z budżetu Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Pytany o bliższe powody tak szczególnego traktowania pani Applebaum szef placówki w Lipsku Wojciech Więckowski wyjaśnił, że kwota dofinansowania była symboliczna, zarazem kategorycznie odmawiając podania, o jakiej sumie jest mowa. „To robienie afery z niczego. O patronat nad tym wydarzeniem prosiło nas samo wydawnictwo Siedler jak i organizatorzy erfurckich dni literackich „Herbstlese”. – zakomunikował jedynie. Łączenie tego z faktem, że pani Applebaum jest zarazem żoną szefa MSZ jest dla mnie zwykłym nadużyciem” – uzupełnił. Kolejne ze spotkań trasy promocyjnej A. Applebaum odbyło się w Berlinie, tym razem pod patronatem koncernu wydawniczego Bertelsmanna w kooperacji z Akademią Amerykańską, co jednak nie przeszkodziło w tym, że autorki na krok nie odstępował ambasador RP w Berlinie Jerzy Margański. Na podobną oficjalną asystę ze strony polskiej dyplomacji dziennikarka mogła liczyć także podczas spotkania w Kolonii. PRZYPADKI I WPADKI
dynie lakonicznie, że sprawa ta jest Ministerstwu Spraw Zagranicznych znana i znajduje się w polu jego zainteresowań. AMAZON RP Z tego punktu widzenia zupełnie, ale to zupełnie inaczej rzecz prezentuje się w przypadku najnowszej książki Anne Applebaum, amerykańskiej dziennikarki i felietonistki, laureatki nagrody Pulitzera, a prywatnie żony szefa resortu spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Jej „Żelazna kurtyna” („Iron Curtain”), która po angielsku ukazała się już rok wcześniej, mogła liczyć na specjalne względy. Zaczęło się od tego, że sam minister Radosław Sikorski nie omieszkał przy tej okazji poinformować na twitterze o „nowej, genialnej książce” nt. zniewolenia Europy Środkowej, podając zarazem adres strony Amazon, gdzie można złożyć zamówienie na zakup tej pozy-
cji. Ten twitter ministra wywołał wtedy serię złośliwych komentarzy internautów kpiących, że minister „nagania na amazon”, co dowcipnie zdyskontował również dziennikarz RMF Konrad Piasecki. Na próżno. Niedługo potem MSZ na swoim anglojęzycznym koncie retwittował informację Ambasady RP w Estonii, zapraszającą na spotkanie z A. Applebaum. DYPLOMACJA DO USŁUG Z końcem października 2013 roku A.Applebaum pojawiła się w RFN, gdzie wzięła udział w cyklu spotkań z czytelnikami. Organizatorem trasy promocyjnej wiodącej przez Berlin, Erfurt, Kolonię i Frankfurt było wydawnictwo Siedler, którego nakładem ukazało się niemieckie tłumaczenie książki. Dwa z czterech spotkań (Erfurt, Kolonia), współorganizowały Instytuty Polskie, czyli placów-
Reakcje na nową „genialną” książkę A. Appelbaum były jednak w Niemczech mniej entuzjastyczne. Komentatorzy czy recenzenci wskazywali na ewidentne potknięcia czy wręcz czysto faktograficzne błędy. Na przykład publicysta „Der Tageszeitung” Hannes Schwengen doszukał się mylnie podanych imion lub nazwisk we fragmentach dotyczących NRD. Ponadto autorka książki „wypędziła” Otto Dixa do wschodniego Berlina, gdzie jakoby wspólnie z Bertoldem Brechtem miał budować nowe socjalistyczne Niemcy. W rzeczywistości ten znakomity niemiecki malarz i grafik w tym czasie mieszkał w Singen, jedynie okazjonalnie odwiedzając ...Drezno. Schwengen zauważył również, co charakterystyczne, że A.Applebaum mija się z prawdą pisząc o czystkach w partii komunistycznej NRD oraz licznych uwięzionych, a nawet zamordowanych komunistach. Podczas gdy niemiecka literatura przedmiotu referuje te wydarzenia zupełnie inaczej, podając co najwyżej dwa nazwiska skazanych na śmierć komunistów. Wspomniana przypadłość nie dotyczy niestety jedynie części niemieckiej książki. Na przykład kardynał Wyszyński występuje w niej raz pod swoim nazwiskiem, a raz jako niejaki Wiszynski. Ludobójstwo dokonane w 1943 r. przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu i w zachodniej Małopolsce A.Applebaum kładzie na jednej szali z Akcją
Wisła, pisząc: „w końcu czerwca 1947 siłom interwencyjnym udało się wreszcie część z liczącej ok. 140 tysięcy osób społeczności ukraińskiej wypędzić z jej siedzib, wepchnąć do brudnych bydlęcych wagonów, aby przesiedlić do północnej i zachodniej Polski. To był krwawy i bezwzględny proces. Tak samo krwawy i bezwzględny, jak wymordowanie mieszkańców Wołynia trzy lata wcześniej”. Zapytana o tę kwestie podczas spotkania w Kolonii A.Applebaum, najpierw broniła się twierdząc, że Akcja Wisła kosztowała życie „wielu Ukraińców”, aby w końcu - po przytoczeniu naukowo zweryfikowanych danych liczbowych – wyraźnie poirytowana stwierdzić, że w angielskim oryginale napisała całkiem inaczej. Pozostając przy wątku ukraińskim, Applebaum twierdzi również, że partyzantów ukraińskiej UPA, obok niemieckich jeńców, więziono później w obozie w Jaworznie, lakonicznie stwierdzając, że obóz ten „jak wiele innych niemieckich obozów, działał nadal po wojnie, pełniąc wiele innych funkcji.” O czym A. Applebaum już nie wspomina, to fakt, że po 1949 r. całość przekształcono w tzw. „Progresywny Obóz Pracy dla Młodocianych Przestępców”, gdzie umieszczano głównie młodych więźniów politycznych poniżej 21 roku życia. Dalej, że obóz urządzono na wzór sowieckich łagrów, a więźniów poddawano reedukacji poprzez ciężką pracę w okolicznych kopalniach oraz pranie mózgów w duchu pedagogiki Makarenki. Podobnie jak nie wspomina o tym, że komendantem obozu był sławny ze swego okrucieństwa żydowskiego pochodzenia pułkownik UB - Salomon Morel, wcześniej sadystyczny komendant obozu w Świętochłowicach. „SPORNA BIOGRAFIA” Z ŚWIĘTOCHŁOWIC
RZEŹNIKA
Wspomniana powyżej postać wymaga osobnego komentarza, ponieważ A. Applebuam poświęca jej w swojej książce wiele uwagi. Nie ukrywa, że Morel jest ścigany w Polsce jako osoba oskarżona o popełnienie zbrodni ludobójstwa, który w latach osiemdziesiątych postanowił wyjechać na stałe do Izraela. Zdaniem A.Applebaum, ponad wszelką wątpliwość można o Morelu stwierdzić jedynie to, że był Żydem i komunistycznym partyzantem, natomiast reszta jego biografii jest sporna. Następnie, bez słowa własnego komentarza autorka książki zapoznaje czytelnika z listem wystosowanym przez izraelskie ministerstwo sprawiedliwości, w którym uzasadnia ono odmowę wydania go sądom w Polsce. Dlaczego? Ponieważ bliscy Morela zostali wymordowani
To już jednak historia. Dzisiaj MSZ RP rozwiązuje już zupełnie inne problemy: jak w miarę po cichu wyburzyć, tym razem od razu, niedawno zbudowany z pieniędzy podatnika budynek, ulokowany bezpośrednio za głównym gmachem MSZ przy Szucha 23. Tak zwany „garażowiec” ma bowiem zaledwie trzy piętra (plus garaże), a ponieważ obiecana przez rząd Tuska racjonalizacja zatrudnienia w administracji państwowej - w tym MSZ - postępuje, nowopowstały w jego miejsce budynek ma liczyć pięter osiem. Chwilowo nie znamy imienia i pierwszej litery nazwiska osoby, która za jakiś czas zostanie obarczona odpowiedzialnością za podjęcie tej decyzji. Miejmy jednak nadzieję, że tym razem będzie to ktoś, kto pełnił funkcję kierowniczą i faktycznie podejmował decyzje.
przez polską policję, a jego brat zginął z rąk polskiego faszysty. Tymczasem, jak łatwo można sprawdzić zaglądając chociażby do Wikipedii, Morel i jego bliscy tylko dlatego nie trafili do getta, że ukrył ich w swoim domu jeden z gospodarzy z ich rodzinnego Grabowa. Człowiek ten, Józef Tkaczyk, został za ten czyn po wojnie nawet uhonorowany medalem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”, co także łatwo sprawdzić. Natomiast rzekoma działalność Morela w partyzantce polegała po prostu na przynależności do trudniącej się rozbojami bandy, rozbitej w końcu przez oddział Gwardii Ludowej, która później - po zrzuceniu przez Morela całej winy na własnego brata, dała mu szansę wstąpić we własne szeregi. A co na to wszystko A. Applebaum? Stwierdza jedynie, że Morel był „typową postacią tego okresu, a jego losy nie dowodzą niczego poza tym, jak trudno przychodzi oceniać ludzi żyjących w najtragiczniejszych latach XX wieku.” MIĘDZY ZAPOMNIENIEM A KARIERĄ Przywołany przykład nie jest jedynym kontrowersyjnym aspektem pracy A. Applebaum. Odnaleźć w niej można na przykład wypowiedzi Włodzimierza Brusa, głównego ekonomisty PPR, bez żadnej innej istotnej wzmianki na jego temat (małżonek H. Wolińskiej, jednego z najbardziej okrutnych prokuratorów okresu bierutowskiego). Także opis okoliczności uprowadzenia przez Sowietów przedstawicieli legalnego polskiego rządu oraz osądzenia ich w pokazowym procesie w Moskwie, mówiąc delikatnie, mocno odbiega od tego, co wiemy chociażby z relacji skazanego w tym procesie Zbigniewa Stypułkowskiego. Napisane przez niego słynne „Zaproszenie do Moskwy”, przetłumaczone na kilkanaście języków, nie jest nawet wzmiankowane w bibliografii książki. Jeszcze większe zdziwienie musi budzić fakt, że na blisko 600 stronach książki A.Applebaum próżno byłoby szukać choćby jednego zdania na temat rotmistrza Witolda Pileckiego. Pomimo, że to właśnie A. Applebaum całkiem niedawno jeszcze pisała artykuły dla amerykańskich gazet na temat Pileckiego. Cała sprawa, nieznana bliżej opinii publicznej w Polsce, potwierdza tylko przypuszczenia, że ambicje małżeństwa Sikorskich wykraczają znacznie poza polską scenę polityczną. „Żelazna kurtyna” wprawdzie nie stała się w Niemczech wydarzeniem wydawniczym roku, ale pozwoliła autorce szybko osiągnąć status opiniotwórczego eksperta ds. Europy Środkowej i Wschodniej. Świetnie to można było zobaczyć w listopadzie br., w okresie apogeum afery Snowdena w Rosji, którą dla „Die Welt” i tygodnika „Der Spiegel” komentował nikt inny, jak właśnie Anne Applebaum.
K u r i e r W n e t
sai
sai
Str. 5
sai
Niezapłacony rachunek za światło Podczas budowy Stadionu Narodowego doszło do wielu nieprawidłowości finansowych. Procesy poszkodowanych przedsiębiorstw toczą się przed sądami do dziś.
M
istrzostwa Europy 2012 w Pol– sce pozostają wspomnieniem wielkiej imprezy sportowej, emocji piłkarskich i przyjazdu zagranicznych kibiców. Na potrzeby organizacji rozgrywek poczyniono szereg inwestycji, z których do najważniejszych można było zaliczyć budowę nowych stadionów i rozwój infrastruktury. Prestiżowy turniej przyznany Polsce i Ukrainie w kwietniu 2007 roku przez UEFA miał być debiutem naszego kraju w organizacji tak wielkiej imprezy. Miał również doprowadzić do rozwoju rodzimej gospodarki. Doszło jednak do finansowych nieprawidłowości, bankructwa polskich przedsiębiorstw, dramatów rodzinnych, a nawet do samobójstwa. Wiele wątpliwości budzi przebieg budowy Stadionu Narodowego w Warszawie, a w szczególności działania firmy Maybatt. Jednym z poszkodowanych przez inwestora został Przemysław Jeliński – właściciel małego przedsiębiorstwa Wineks, który montował oświetlenie na narodowym. Doceniany za jakość usług swojej firmy Przemysław Jedliński uzyskał zlecenie traktując je jako wielkie wyzwanie i pracę, która miała być kolejnym krokiem dla dalszego rozwoju przedsiębiorstwa. Była to duża szansa, ambitne zadanie i prestiżowe zlecenie dla mojej firmy. Gdyby proponowano mi np. wylanie posadzki to bym pewnie się nie podjął. Natomiast kompleksowy montaż oświetlenia należy do tej kategorii prac, którą wyraźnie widać. Słupy po siedemdziesiąt
metrów, specyficzna konstrukcja, sposób poruszania się podczas montażu były realnymi problemami do pokonania. Bardzo mi się to podobało, ponieważ niezbędnym do tego było odpowiednie wykorzystanie dotychczasowych doświadczeń. Wszyscy pracownicy także musieli stanąć na wysokości zadania – wspominał Przemysław Jedliński.
Fot. AF „ONS”
Do zapytania „Kuriera Wnet” ws. rozliczeń finansowych z podwykonawcami firma Maybatt się nie ustosunkowała.
Specyficznie wyglądała struktura hierarchii firm związanych z budową Stadionu Narodowego. Przypominała ona swoistą drabinę, na szczycie której znajdował się generalny wykonawca (konsorcjum Hydrobudowy Polska / PBG / Alpine Baum), a dalej podwykonawcy. Na drugim szczeblu znalazła się Elektrobudowa S.A., na trzecim wspomniany Maybatt sp. z.o.o i na czwartym Wineks. Jako właściciel tej ostatniej Przemysław Jedliński uzyskał tytuł podwykonawcy dalszego. Kolejne etapy inwestycji formalizował protokół negocjacji, na podstawie którego prowadzono rozliczenia. – Rozpoczęcie inwestycji wymagało od Wineksu zaciągnięcia kredytów na zakup specjalistycznego sprzętu oraz inne wydatki. Było to działanie rutynowe i powszechnie stosowane przez większość przedsiębiorstw budowlanych. Wynagrodzenie za zlecenie określone zostało na 500 tysięcy złotych, a forma płatności była ratalna. Sama organizacja budowy nie przebiegała już tak sprawnie. Całą sytuację przedstawiano mi tak, że dostaję materiały, montuje je na słupie i przechodzę na następny. Okazało się
jednak, że nie miało to odbicia w rzeczywistości. Najpierw robiliśmy sam montaż reflektorów na górze, które świecą w niebo. Dlaczego tylko je? Bo innych nie mieli. W pewnym momencie trzeba było się pośpieszyć, bo zaczęli demontować rusztowania, czyli możliwość dojścia do tych reflektorów. To wszystko było tak na szybko. Kabli w ogóle brakowało od początku, prawie do samego końca. Przerwy w pracy były nagminne, brako-
Nowowiejska 27 Nie będzie to opowieść żywcem wzięta z „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa, gdzie znaleźć można opis cudownej kliniki psychiatrycznej. Rzeczywistość jest bardziej okrutna. Nie bez kozery podaję w tytule adres szpitala psychiatrycznego w Warszawie. Byłem tam, a to, co zobaczyłem, przeraziło mnie do tego stopnia, że po siedmiu dniach opuściłem to miejsce.
S
zpital zbudowany jest z czerwonej cegły. Na lewo mieści się automatycznie rozsuwana brama, przez którą wjeżdżają karetki. Jest też wejście dla osób samodzielnie szukających pomocy w swojej chorobie. Na tym luksus szpitala się kończy. Po przyjęciu, poprzedzonym dość niemiłym przepytywaniem, sanitariusz prowadzi nieszczęśnika na oddział. Przebrany w szpitalny chałat wędruje on do nowoczesnej windy, która zawiezie go na przypisany poziom. CIASNO, CIEMNO, WĄSKO Szpital podzielony jest na kilka poziomów oddziałowych. Kiedyś byłem na poziomie trzecim, tym razem trafiłem na poziom piąty. Po przejściu starym korytarzem staję przy równie starych drzwiach, które ktoś kiedyś pomalował na biało. Moim oczom ukazują się brudne ściany i wąski, wyblakły korytarz. Od razu otacza mnie grupa pensjonariuszy, którzy jeden przez drugiego pytają: Nowy? Byłeś już tu? Nauczony doświadczeniem z poprzedniego pobytu nie reaguję na zaczepki i udaję się wprost do niedużej dyżurki pielęgniarek. W środku znajduje się kanapa, stolik, mały telewizor i szafka na przybory pacjentów, takie jak maszynka do golenia, ładowarka do telefonu czy papierosy. Niebawem prowadzą mnie na ogólną salę, w której znajduje się pięć łóżek.
usunięci z placu budowy. Pracę ostatecznie dokończyła część moich pracowników podkupiona przez nadrzędnego wykonawcę. Użyto do tego, bez mojej zgody – podkreśla Jedliński – moich planów, moich badań oraz dokumentacji budowy.
Jest dość ciasno, ciemnawo, wąsko. Jak w większości szpitali w Polsce chorzy nie są tu sklasyfikowani, ale przemieszani bez względu na płeć czy rodzaj schorzenia. W przypadku schorzeń natury, psychicznej jest to bardzo niebezpieczne zarówno dla samych pacjentów, jak i dla personelu. Sam byłem świadkiem bójki między dwoma pacjentami, która skończyła się skierowaniem jednego z nich na oddział chirurgiczny z ciężkimi obrażeniami. Chorzy są co prawda obserwowani, ale średni personel zbyt późno reaguje na sytuacje wymagające szybkiej interwencji. Już otoczenie, które nie wygląda najlepiej, stanowi dla chorego mocne wyzwanie. Przykładem mogą być sanitariaty, które są w bardzo kiepskim stanie. Łazienka męska jest duża, szczęśliwie wykafelkowana, z jednym prysznicem i trzema umywalkami. Jest w niej jednak bardzo chłodno. Damska jest mała, z wanną, prysznicem i brudownikiem. Wielokrotnie widziałem, jak nowo przybyłe kobiety najczęściej w podeszłym wieku, niemające ani mydła ani ręcznika, nie mogły się doprosić o to, aby ktokolwiek je umył. Szpitalne żywienie też pozostawia wiele do życzenia. Posiłki wydawane są trzy razy dziennie. Śniadania składają się z dwóch kawałków chleba, minimalnej ilości masła i jakiejś wędliny czy zupy mlecznej. Obiad wygląda podobnie: byle jaka zupa, stare ziemniaki, czasem ogó-
rek, kawałek kurczaka i niby-schabowy. Do picia wystawiany jest baniak z herbatą, w niedzielę jest kompot. Posiłki jedliśmy w świetlicy. Zastanawiające jest jednak to, że nikt nie kontrolował zwrotu sztućców. A przecież były z metalu. Mogły więc idealnie posłużyć do zrobienia krzywdy zarówno sobie, jak i osobom przebywającym na terenie szpitala.
wało nawet śrubek – mówi Przemysław Jedliński. Jednak największym problemem okazały się nieopłacane faktury. W takich przypadkach Przemysław Jedliński przerywał pracę swojej ekipy, czego efektem była panika firm znajdujących się wyżej na „drabinie” podwykonawców. Było to jedynym sposobem na wydobycie pieniędzy, które nagle się „odnajdywały”. Budo-
– Kiedy ponownie wstrzymaliśmy pracę, by otrzymać należność zostaliśmy
sy, że go okradli. Faktycznie, mieliśmy na oddziale panią, która miała w zwyczaju myszkować po salach i zabierać wszystko, co znalazła. Mijało sporo czasu, zanim pielęgniarki interweniowały, sprowadzając przerośniętych sanitariuszy do obezwładnienia chorych. Specjalni ludzie do specjalnych zadań, chciałoby się powiedzieć. O nadużywaniu siły przez sanitariuszy w tego typu placówkach wiadomo nie od dziś. Tu nikt nie zaprotestuje, nikt się nie upomni. Państwo w państwie.
tał. Kiedy zwróciłem uwagę pielęgniarce, że dokonali złego doboru leków bez uprzedniego sprawdzenia, zostałem poinformowany, że na oddziale niestety nie znajduje się żaden lekarz.
Jednej nocy wszystkich pacjentów obudzono i przeniesiono nagle do innych sal. Powód? Konieczność umieszczenia nowo przybyłego pacjenta na łóżku i przypięcia go pasami. Jak się po chwili okazało, w nowych salach nie było łóżek, musieliśmy więc czekać aż przyniosą nam je z innego oddziału. Aż czterech sanitariuszy musiało obezwładnić nowoprzybyłego i przypiąć go do łóżka. Podano mu bardzo silne środki uspakajające. Rano, około 8:00, przygotowano mu izolatkę. Jest to pomieszczenie niezbyt miłe oku. Solidne drzwi z małym okienkiem, które prowadzą do wąskiej sali. Całe jej wyposażenie to kozetka i pasy znajdujące się na środku. Kiedy nowy odzyskał „wolność”, odczuwał negatywne skutki podanych leków. Biedaczyna słaniał się na nogach, wywracał, mocno ślinił i bełko-
PACJENT NA SZARYM KOŃCU
TU NIKT NIE ZAPROTESTUJE, NIKT SIĘ NIE UPOMNI Odział piąty w szpitalu przy ulicy Nowowiejskiej w Warszawie nie różni się za bardzo od pozostałych. Kompletna samowola, brak kontroli ze strony personelu, znudzenie oraz bezład – to tamtejsza codzienność. Wiadomo też, że niektórzy chorzy terroryzują swoje rodziny. Idealnym przykładem może być tu młody człowiek, który zmuszał matkę do stałego dostarczania mu narkotyków. Ku uciesze innych chorych palił je na sali. Potem nabuzowany chodził po całym oddziale, a pielęgniarki traktowały to jak rzecz zupełnie normalną. Zwieńczeniem samowolki była jego ucieczka ze szpitala. Po dwudniowym „gigancie” nie został jednak ukarany. Wrócił jakby nic się stało. Innym razem około 2:30 w nocy obudziły mnie krzyki. To w świetlicy dwóch pacjentów przepychało się nawzajem – jeden silniejszy od drugiego. To znowu nowo przybyły darł się w niebogło-
wa trwała dalej, pomimo że sytuacja z zaległymi płatnościami wciąż się powtarzała. Średnio z sześciu wystawionych faktur tylko cztery regulowano w terminie. Przy ostatniej nieopłaconej fakturze, kiedy prace były już prawie zakończone, w trybie natychmiastowym zakończono współpracę z Wineksem.
Fot. AF „ONS”
Byłem też świadkiem tego, jak jedna z pacjentek usilnie domagała się rozmowy z lekarzem prowadzącym. Ten zlecił podwyższenie dawek leku do tego stopnia, że kobieta przepadła na parę dni w łóżku, zamroczona głębokim snem.
Wygląda na to, że według szpitala pacjent chory psychicznie powinien być „od jednej dawki leku do następnej”. Ma być cichym, śpiącym, otumanionym i grzecznym. Dla personelu medycznego obojętne jest, gdzie kto śpi, co je i jak wygląda. Dla lekarzy i pielęgniarek liczy się święty spokój – trzeba jak najszybciej odbębnić swoje i ewentualnie pójść na prywatny dyżur za konkretne pieniądze. Poza chorymi i ich wzajemnymi kontaktami nikt się tu nikim nie interesuje – bo i po co? Lekarze mają swoje kursy, spotkania i inne ważne sprawy. Pacjent jest na szarym końcu. Bez psychologa, bez normalnej wizyty lekarskiej. Brakuje nawet porannego obchodu. Pie-
Tytułem informacji warto podkreślić, że firma Wineks działa w Polsce od 1996 roku. Przez te wszystkie lata małe, ale sprawne przedsiębiorstwo Przemysława Jedlińskiego działało dzięki nieposzlakowanej opinii oraz jakości wykonywanych prac. Z usług firmy licznie korzystały spółdzielnie mieszkaniowe oraz podmioty prywatne, zainteresowane wykonywaniem prac na wysokościach. Zwykle polecając sobie wzajemnie z ust do ust usługi warszawskiego przedsiębiorcy. To właśnie ta opinia spowodowała zwrócenie się do pana Jedlińskiego ze zleceniem montażu oświetlenia na Stadionie Narodowym, co doprowadziło jego i jego firmę niemal do bankructwa. Dziś, jak sam twierdzi „nie ma pieniędzy nawet na prawnika, ani na opłacenie kosztów sądowych, które wycenił na 50 tys. złotych. W podobnej sytuacji znajduje się wielu polskich przedsiębiorców doprowadzonych na skraj upadłości przy okazji organizacji Euro 2012, choć przeciętny człowiek do dzisiaj pamięta tylko mecze i roześmiane twarze kibiców z całej Europy. SAI
lęgniarki w salce oddziałowej ograniczają się do porannego sprawdzenia stanu łóżek – szpital jest przepełniony, więc muszą wiedzieć, czy zwolni się jakiekolwiek miejsce. Aby dostać się do lekarza prowadzącego potrzeba cudu. Albo przebywa na szkoleniach, albo jest bardzo zajęty i krótko bywa na oddziale. Jeśli jakimś trafem uda mu się przyjąć pacjenta, to na ogół o coś zdawkowo zapyta i pozornie wysłucha. Z takiej okazji raz skorzystałem i wcisnąłem się do gabinetu. Naopowiadałem pani doktor, jakim jest cudownym lekarzem i jak to mnie „wyleczyła”. W ciągu pół godziny byłem już wypisany. Wychodząc na „wolność”, umówiłem się na prywatną wizytę za 120 złotych za godzinę. Tak to już jest i będzie. * * * Nie pierwszy raz w szpitalu zauważyłem coś, co nigdy nie da mi spokoju. Na tych dużych, zimnych salach leżą pokotem osoby starsze, rzadko wstające. Często mam graniczące z pewnością wrażenie, że nie są to osoby cierpiące na chorobę psychiczną. Są to raczej porzuceni przez rodzinę i krewnych starsi ludzie, a takie przypadki przeczą opinii o wspieraniu rodziny, starszych i potrzebujących. SAI
Str. 6
K u r i e r W n e t
wywiaD
wywiaD
wywiaD
Upokorzą i zjedzą, czyli rzecz o społeczeństwie ubezwłasnowolnionym Rozmowa z reżyserem Andrzejem Chodakowskim, współautorem filmu „Robotnicy '80”
te idiotyczne seriale telewizyjne, a wszyscy mówią: „w tej chwili w telewizji nie ma nic do oglądania”. Rzeczywiście nie ma nic do oglądania, bo idiotom nie trzeba nic pokazywać. Idiotom pokazuje się programy dla kucharek. Taki jest cały zamysł: najpierw nas upokorzą, a potem zjedzą, a my nie będziemy się bronić. Brak jest w ludziach woli protestu Temu opisowi sytuacji, w jakiej znajdują się Polacy, próbujemy przeciwstawić skromne działanie: zróbmy coś dobrego, żeby odbudować wspólnotę. Pan – autor i obserwator tego, co działo się w sierpniu 1980 roku, wie to najlepiej – tylko z myśli o „Solidarności” zrodziła się Polska.
Fot. AF „ONS”
Czy polska demokracja się kurczy? Symptomów tego jest bardzo dużo, przecież widzimy, jak ograniczana jest możliwość wypowiadania się. W tej chwili w mediach panuje następująca zasada: trzeba po prostu przygłuszyć śmieciami to, co jest wartościowe. Tak się robi w eterze, tak się robi w internecie. Praktycznie ludzie są skazani przyjmować tę sieczkę, którą podaje im tzw. mainstream. Przed sierpniem 1980 roku większość podzielała pesymistyczny pogląd na to, co dzieje się w Polsce, chociaż 16 października 1978 roku wydarzyło się coś na tyle ważnego, co odmieniło bieg historii – Karol Wojtyła został wybrany papieżem. Wtedy nastrój w Polsce zmienił się. Potem był film „Robotnicy ‘80”. Jaki byłby tytuł nowego obrazu na temat tego, co dzieje się w Polsce w 2013 roku? Tytuł to jest bardzo ważna rzecz. Mnie się wydaje, że taki tytuł powinien być związany z naszym stuleciem. Może nie „Robotnicy 2010”, bo to byłoby banalne. Nazwałbym go „Społeczeństwo ubezwłasnowolnione”. W 1980 roku robotnicy stanowili tę siłę, która pozwoliła na powstanie „Solidarności”. Co teraz w Polsce Pana zdaniem jest tą rycerską siłą, dzięki której możemy dokonać zmiany? Warstwa robotnicza pojmowana w taki sposób, jak w poprzednim stuleciu, już praktycznie nie istnieje. Komunizm szalenie bał się tej klasy zatrudnionej w wielkich zakładach. Dzisiaj należa-
łoby się odwołać do młodego pokolenia. Do pokolenia, które czuje się wyalienowane, do pokolenia, dla którego nie ma pracy, do pokolenia, które będzie musiało płacić za długi naszego pokolenia. Myśmy sprzedali ich czas – żyjemy na kredyt i obciążamy tym kredytem następne pokolenia. To dotyczy nie tylko Polski, ale też Europy i Stanów Zjednoczonych. Nie mam pojęcia, jak oni sobie z tym poradzą, ale obawiam się, że będzie to bardzo trudne. W dawnych wiekach to kończyło się zwykle wojną. Teraz wojna jest nie do pomyślenia, bo ze względu na dzisiejsze możliwości techniczne oznaczałoby to samobójstwo naszej cywilizacji. Powiedział Pan, że obecnie trzeba odwołać się do młodego pokolenia. Co należałoby mu powiedzieć? Trzeba mu powiedzieć, że wszystko zależy od nich. Oni nie mają siedzieć w domu, patrzeć w telewizję i cieszyć się, że jeszcze jest ciepła woda w kranie. Powinni patrzeć przed siebie i myśleć, jak zorganizować społeczeństwo. Jeżeli będą siedzieć i jedynie przyglądać się temu, co się dzieje, to skończy się wielką tragedią na dużą skalę. Nie mamy w tej chwili gotowych recept, ale trzeba przede wszystkim oddać władzę we właściwe ręce. Kto powinien przejąć władzę? Gdzie jest ten projekt dla Polski na miarę XXI wieku? To jest właśnie wielki problem. My zawsze szczycimy się naszą inteligencją, więc ja pytam, gdzie jest ta inteligencja i gdzie są te projekty dla Polski? Być może gdzieś takie projekty istnieją, ale nie są upowszechniane.
Są schowane czy też nie upowszechniane, czyli tajne? Może nie tajne, ale może po prostu jest jakaś nieumiejętność dzisiejszej opozycji, żeby zaproponować coś jasnego dla wszystkich. Musimy szukać tego wspólnego mianownika. Nie możemy jedynie nie zgadzać się na to, co jest. Powinniśmy się połączyć. Niestety, aby się połączyć, musi być wspólny mianownik i ludzie, którzy potrafiliby to przedstawić i porwać za sobą wszystkich. Czyli na razie tym wspólnym mianownikiem jest jedynie niechęć? Na razie jest niechęć i to jest zdecydowanie za mało, ponieważ negatywny mianownik nic nie buduje. Gdy patrzy Pan na scenę polityczną, to czy zgodziłby się Pan z następującym podziałem: obóz generała Jaruzelskiego i generała Kiszczaka oraz obóz niepodległościowy? Generał Jaruzelski i generał Kiszczak są już passé, ich już nie ma, choć są używani w takich czy innych celach. Nie wiem, czy ich dzieci, wnuki, czy całe to środowisko kontynuuje ich działalność. Możemy się spodziewać różnych niespodzianek. Jednak ja boję się czekać na tę niespodziankę. Całe to ubezwłasnowolnienie, ogłupienie, wynika ze stosowanych metod z użyciem środków masowego przekazu, znajdujących się pod kontrolą mainstreamu. Jak Hitler przystępował do likwidacji narodu żydowskiego? Nim posłał tych ludzi do gazu, to w tych gettach szalenie ich upokorzył. Dopiero tak upokorzony naród udało mu się wepchnąć na Umschlagplatz z bochenkiem
chleba do pociągów do Treblinki. To, co się stało ze Smoleńskiem, to jest upokorzenie polskiego narodu. Odczuwają to zarówno ci, którzy są zmęczeni tym tematem, jak i ci, którzy chcieliby prawdy. Rosjanie specjalnie nas upokarzają. To, że nie oddają nam wraku i czarnych skrzynek, nie znaczy, że oni boją się, że coś tam wykryjemy, ale chcą nas po prostu upokorzyć. Gdy pytamy się, kto zgodził się na Konwencje Chicagowską, to odpowiedź brzmi – nikt, ponieważ Tusk nie miał nic do gadania, mógł tylko uścisnąć Putinowi rękę. Dzisiaj wojna nie jest możliwa i wszelkie próby załatwiania spraw przy pomocy wojny w Europie są mało prawdopodobne. Agresja następuje w inny sposób: najpierw ludzi upokorzyć, potem uzależnić gospodarczo, a później zrobić z nich wyrobników. Jestem z wykształcenia inżynierem i widzę, że nasza myśl inżynierska nic nie tworzy w kraju, wykonując tylko polecenia firm zachodnich. Nasze politechniki pracują, ale nie tworzą. Stajemy się krajem kolonialnym, ale żebyśmy do końca się nim stali, trzeba nas najpierw upokorzyć. Stworzyć taką sytuację, w której będziemy się wzajemnie nienawidzić, nie będziemy sobie pomagać oraz nie będziemy mieć wspólnego mianownika narodowego. „Spróbujmy zrobić to czy tamto, ale razem” – tego już nie będzie. Podobna sytuacja jest ze strony zachodniej. Niemcom też nie zależy, abyśmy byli niezależni, bo oni mają pewne pretensje terytorialne po ostatniej wojnie i nigdy specjalnie nie przejmowali się Polakami. Nie muszę tłumaczyć, że Rosja też uważa, że jesteśmy krajem nadwiślańskim. My niestety zostaniemy właściwie wchłonięci radośni. Patrzymy na
To były piękne momenty. Ja pamiętam ten strajk w stoczni gdańskiej, kiedy mieliśmy poczucie szczęścia, że jesteśmy wszyscy razem, a dzisiaj to zostało rozbite. To nie stało się przypadkowo, lecz to naprawdę jest zamysł, za którym kryją się określone siły. Nie jestem wcale zwolennikiem spiskowej wizji historii. To się nie może dziać przypadkiem, ponieważ ilość przypadków jest ograniczona. Może być jeden przypadek, drugi przypadek, ale jeżeli widzi Pan setki przypadków, które popychają w tym samym kierunku falę, to znaczy, że ktoś tym kieruje. Jestem pełen współczucia i zażenowania, że bardzo wielu ludzi światłych w Polsce nie widzi lub nie chce widzieć tego, co się dzieje. Trzeba się otrząsnąć, przyjrzeć tej sytuacji i coś robić. Czy Andrzej Wajda zrobił „coś” kręcąc film o Wałęsie? Czy Pan oglądał ten film?
Fot. SAI
Reklama
Byłem na tym filmie w Łodzi i muszę powiedzieć, że nie jest to nadzwyczajny pomysł ze strony Wajdy. Trzeba było zostawić tego Wałęsę w spokoju, jako tę ikonę, której jak się nie rusza, to mniej śmierdzi i koniec. To jest robienie z tego historyjki, która jest nieprawdziwa i to nie tylko w sensie faktów, ale w sensie nawet zamysłu. Taki Wałęsa nie był i taki Wałęsa nie jest. Pamiętam, że było za czasów komuny kino moralnego niepokoju, w którym był Kieślowski i inny nasi wielcy koledzy, i wszyscy staraliśmy się odciąć od tych kłamstw, które proponowała komuna. Po co nagle staramy się naprawiać naszą historię? Jaki byłby piękny film, dramat, gdyby zrobiło się o Wałęsie prawdziwy film. Film o człowieku, który wciąż jest kuszony i wciąż się wymyka, a zarazem o człowieku, który ma odwagę przyznać się do tego. Film o osobie, na której ciąży los kolegów, na których donosił i od tego nigdy nie może się uwolnić. To jest przecież dramat na miarę szekspirowską.
Robotnicy ‘80 jest dokumentalnym zapisem strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku. Film ukazuje zarówno przywódców strajku jak i zwykłych robotników, a także przebieg negocjacji ze stroną rządową. Liczne rozmowy, kłótnie z przedstawicielami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej oraz „surówka” tego, co przeżywali w stoczni członkowie „Solidarności”, daje nam pełen obraz nastroju panującego w tych ważnych dla Polaków dniach w kolebce „Solidarności”.
K u r i e r W n e t
FiNaNsE
FiNaNsE
Str. 7
FiNaNsE
Waluta Inteligentnych Rachmistrzów
Tysiące szwajcarskich firm nie posługuje się wyłącznie frankiem czy euro. Działalność swoją oparły na trzeciej oficjalnej walucie Szwajcarii, którą jest WIR. Pieniądz ten narodził się w czasie wielkiego kryzysu gospodarczego lat trzydziestych ubiegłego wieku. I co jeszcze ważniejsze, okazał się być użyteczny nie tylko w czasach kryzysu.
J
uż Fenicjanie, a w Europie biskupi weimarscy sięgali po instrument ujemnego oprocentowania oszczędności. Ujemnego w tym znaczeniu, że za nie będące w obiegu pieniądze uiszczana była specjalna opłata. Pieniędzy nie opłacało się więc nikomu długo trzymać, ponieważ traciły one na wartości. Z tego samego powodu opłacało się je natomiast szybko wydawać. Niemiecki ekonomista Silvio Gesell (1863-1930) sformułował teorię pieniądza jako państwowej usługi dla obywateli. Zauważył, że skoro pieniądz, w przeciwieństwie do towaru, nie rdzewieje ani się nie psuje, jego posiadacz znajduje się w pozycji uprzywilejowanej w stosunku do dostawców dóbr i usług. Ponieważ ten pierwszy może czekać z wydawaniem pieniądza tak długo, aż towar stanie się dla niego wystarczająco tani. Handlujący są przez to zmuszeni do obniżania cen, przez co nie są w stanie pokryć swoich kosztów bez konieczności zaciągnięcia kredytu. Posiadacze gotówki deponują natomiast swoje aktywa tylko wówczas, gdy są za to odpowiednio wysoko wynagrodzeni poprzez dodatnie oprocentowanie swoich wkładów. Dochody płynące z odsetek nie zasilają przy tym społeczności czy społeczeństwa (gmina, miasto, państwo), lecz zwykle są dalej pożyczane. W ten sposób coraz więcej pieniędzy zostaje wyłączonych z obiegu towarowo-usługowego. W rezultacie, bez jakiegokolwiek procesu produkcyjnego, bogactwo kumuluje się głównie tam, gdzie zapotrzebowanie na pieniądz jest już i tak w nadmiarze zaspokojone, czyli w sektorze bankowym. Według Gesella pieniądz, podobnie jak wszystko inne w naturze, powinien z czasem tracić na wartości. Dzięki temu maleje jego przewaga nad ludzką pracą i jej wytworami. Pojawia się on na rynku bez zwyczajowo wymaganej zapłaty za siebie, czyli odsetek. Tym samym pieniądz zaczyna służyć niejako człowiekowi (a nie odwrotnie). Aby zapewnić maksymalnie możliwą sprawność transakcji handlowych, Gesell zaproponował wprowadzenie zasady „czasowo powiększającego się ujemnego oprocentowania od nie będących w obiegu pieniędzy (oszczędności)”. Mało kto dziś pamięta, że tak często cytowany do dziś angielski ekonomista John Maynard Keynes, w swojej opublikowanej w 1936 roku książce „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza”, potwierdził słuszność tej zasady. Początkowo pomysły oparte na teorii Gesella wprowadzono w liczącym 500 obywateli górniczym miasteczku Schwanenkirchen w Bawarii w 1920 roku, potem w austriackim Wörgl oraz kilku, innych okolicznych miastach. W 1934 roku podobne rozwiązanie zastosowali Szwajcarzy. Reklama
OD NĘDZY DO PROSPERITY W 13 MIESIĘCY W 1932 roku pochodzący z chłopskiej rodziny burmistrz Michael Unterguggenberger z Wörgl, postanowił rozprawić się z ciążącym nad jego miastem kryzysem, który przybrał postać 30% bezrobocia, pustek w kasie miejskiej i ogólnej biedy. Bazując na teorii Silvio Gesella, nakłonił więc radę miasta do emisji 32 tys. austriackich szylingów w postaci Arbeitsbestaetigungen (zaświadczeń pracy). Kwota ta miała gwarancje bankowe w postaci depozytu w szylingach. Pracownicy urzędu miejskiego, łącznie z burmistrzem, otrzymywali odtąd połowę swoich pensji we wspomnianych zaświadczeniach, a nowo zatrudnianym pracownikom wypłacano w ten sposób nawet 100% uposażenia. Zaświadczenia akceptowały wszystkie lokalne przedsiębiorstwa z wyjątkiem stacji kolejowej i poczty. Co ważne, zaświadczenie było ważne, o ile posiadało znaczek odpowiadający 1% jego nominalnej wartości, który trzeba było zakupić raz w miesiącu. Ponieważ praktycznie nikt nie chciał płacić za znaczek, każdy kto otrzymywał zaświadczenie szybko wydawał je na zaspokojenie różnych swoich potrzeb. Ponadto istniała możliwość wymiany zaświadczenia na szylingi, ale opłata za tę operację wynosiła już 2% wartości. Jak nietrudno zgadnąć, skłonność do tego typu transakcji także była niewielka. Na każdym zaświadczeniu znajdowała się znamienna deklaracja: „Do wszystkich zainteresowanych! Powolny obieg pieniędzy spowodował bezprecedensowy kryzys handlu i pogrążył miliony ludzi w zupełnej nędzy. Pod względem ekonomicznym rozpoczęła się destrukcja świata. Nadszedł czas, aby poprzez determinację i inteligentną akcję dążyć do zatrzymania pogrążania się handlowej maszyny i w ten sposób uratować ludzkość od bratobójczej wojny, chaosu i zniszczenia. Ludzkość żyje z wymiany usług pomiędzy sobą. Powolny obieg pieniądza w dużym stopniu zastopował tę wymianę i wpędził miliony chętnych do pracy w bezrobocie. Dlatego musimy odrodzić wymianę usług i w ten sposób przywrócić bezrobotnym rangę producentów. Taki jest cel zaświadczeń pracy emitowanych przez handlowe miasto Wörgl: łagodzi lęk cierpiących, wzmaga potrzeby, daje pracę i chleb”. W ciągu trzynastu miesięcy od zaprowadzenia zaświadczeń, wymiana handlowo-usługowa nabrała takiego tempa, że wszystkie projekty miejskie zostały w stu procentach zrealizowane. Wybudowano także nieplanowaną wcześniej skocznię narciarską oraz most, a obywatele dodatkowo zainwestowali w zalesianie okolicy. Okazało się, że ludzie szybciej zaczęli płacić podatki, co spowodowało ogólny wzrost dochodów miasta. W ciągu roku
liczba bezrobotnych obniżyła się do 10% dorosłych mieszkańców, a po dwóch latach Wörgl - jako jedyne w Austrii stało się miastem wolnym od bezrobocia.
go środka płatniczego. Proces w tej sprawie dotarł aż do Sądu Najwyższego, gdzie burmistrz sprawę przegrał. Wkrótce do Wörgl ponownie powróciło bezrobocie.
Burmistrzowie sąsiednich miasteczek zaczęli kopiować cały pomysł. W Wörgl pojawił się nawet premier Francji Edouard Dalladier, a ekonomista z Yale, prof. Irving Fisher, wysłał tam specjalną komisję. W 1933 roku Michael Unterguggenberger uroczyście zaprezentował swój projekt ponad 150 reprezentantom innych miast Austrii. W tym samym momencie Austriacki Bank Centralny zorientował się jednak, że zastosowane w Wörgl rozwiązanie zagraża monopolowi na emisję pieniądza i burmistrzowi postawiono zarzut drukowania nielegalne-
SZWAJCARIA I WALUTA WIR
Reklama
Wielki kryzys nie oszczędził również Szwajcarii, dlatego w 1934 roku Werner Zimmermann i Paul Enz, razem z czternastoma innymi przedsiębiorcami, bazując na teoriach Gesella oraz prawie spółdzielczym założyli bezgotówkowy system wzajemnych rozliczeń pomiędzy małymi i średnimi przedsiębiorstwami. System otrzymał nazwę WIR („My”), a sama waluta przetrwała próbę czasu będąc do dzisiaj - obok franka i euro - jedną z trzech oficjalnych walut Szwajcarii.
WIR to system barterowy, którego uczestnicy świadczą sobie usługi bez użycia gotówki. Waluta WIR służy do regulowania wzajemnych zobowiązań i należności pomiędzy firmami. Nie można jej wymieniać ani na franka, ani na żadną inną walutę. Dzięki temu, niezależnie od tego czy system monetarny wprowadza więcej czy mniej pieniędzy w obieg, szwajcarscy przedsiębiorcy w łatwiejszy sposób zachowują płynność finansową. Obecnie w systemie WIR funkcjonuje około 60 tys. firm (20% małego biznesu!), a roczne obroty dokonywane w tej walucie sięgają w przeliczeniu 2 miliardów franków. Transakcje w WIR rozliczane są współcześnie również przez karty debetowe oraz system bankowości on-line. Kredyty budowlane, inwestycyjne czy
hipoteczne można zaciągać w obu walutach: jak we franku, tak w WIR. WIR(tualna) szwajcarska waluta, jak i jej wcześniejsze warianty, są ważne jeszcze z jednego powodu. Otóż pomagają one zadać sobie pytanie, co jest podstawą systemu ekonomicznego, którego Polska stała się częścią w 1989 roku? Czy są to podatki i ulgi podatkowe, o których słyszymy podczas każdej kampanii wyborczej, czy raczej system monetarny ukształtowany w XVIII-XIX wieku, a ugruntowany w XX wieku? System, który kumuluje olbrzymie zadłużenie, kreuje drogi, w ostateczności pusty pieniądz, odbierając człowiekowi owoce z uczciwie wykonywanej pracy. Tak, jak już przed nieomal stu laty opisał to Silvio Gesell ...
Str. 8
K u r i e r W n e t
ODRATRANS SKALPING RaPORT
RaPORT
RaPORT
czyli krótka opowieść o likwidacji żeglugi śródlądowej na Odrze. Historia budowy kapitalizmu w III RP. Opowieść bez happy endu, za to z pewnością aktualna bardziej, niż wielu jej głównych aktorów dzisiaj by sobie tego życzyło.
S
półka żeglugi śródlądowej Odratrans S.A. z siedzibą we Wrocławiu była potentatem na krajowym rynku przewozów rzecznych. Posiadała blisko 190 barek pchanych, około 100 pchaczy oraz 17 barek motorowych, którymi woziła węgiel, paper, złom, torf oraz ładunki ponadwymiarowe, od Wrocławia i Głogowa przez Berlin po miasta holenderskie. Dysponowała strategicznym majątkiem, idącym w miliony złotych: bazą magazynową w Szczecinie, nabrzeżem w Świnoujściu, stoczniami położonymi wzdłuż Odry od Gliwic po Świnoujście, infrastrukturą kolejową w portach. Z powodzeniem rywalizowała z zadłużoną po uszy Żeglugą Bydgoską S.A.
ting itd. Pieniądze służyły na zakup kolejnych spółek z NFI. Los ten podzieliło wiele dobrych polskich firm. Ludzie jako tako obeznani z transportem wodnym w Polsce zachodzili w głowę, poniekąd słusznie, po co firma żeglugowa spółce produkującej materiały elektroizolacyjne. Załoga szybko znalazła odpowiedź: likwidacja polskiej żeglugi śródlądowej poprzez wyprzedaż majątku firmy, ograniczenie remontów floty, a następnie jej zezłomowanie. Izo-Erg S.A. jednak temu zdecydowanie przeczyła twierdząc , że pragnie utrzymać rolę lidera żeglugi śródlądowej. W ten sposób 13 czerwca 2003 r. Odratrans zakupiły spółki-córki Izo-Erg S.A.: Izo-Erg sp. z o.o. oraz Izo-Invest sp. z o.o. Po co tak naprawdę?
Przedsiębiorstwo po 1989 r. zostało wytypowane do prywatyzacji, a jego udziały trafiły do narodowych funduszy inwestycyjnych (NFI). Skarb Państwa wniósł do nich akcje sprywatyzowanych przedsiębiorstw państwowych, a rolą NFI była modernizacja przedsiębiorstw i sprzedaż inwestorom branżowym. NFI zorganizowano w formie spółek akcyjnych, a ich zyski były zwolnione z podatków. Przy ich tworzeniu brał udział m.in. obecny komisarz UE Janusz Lewandowski. Program NFI miał być panaceum na uzdrowienie polskiej gospodarki.
Otóż głównym odbiorcą węgla na Dolnym Śląsku była Kogeneracja S.A. we Wrocławiu. Kluczem do utrzymania dostaw była bocznica kolejowa, należąca do Odratrans, którą od dawna chciała kupić Kogeneracja – spółka jest własnością francuskiej grupy energetycznej EDF. Kotwica wskazywała w Ministerstwie Skarbu Państwa, że jeżeli Izo-Erg przejmie spółkę, to pierwsze, co zrobi, to sprzeda bocznicę kolejową i Kogeneracja będzie woziła węgiel koleją. Aby móc sprzedać bocznicę, Izo-Erg potrzebował akcji Skarbu Państwa. Kotwica wielokrotnie informowała panie dyrektor Urszulę Pałaszek i Agatę Rowińską, jakie zagrożenie niesie za sobą sprzedaż 25% akcji, należących do Skarbu Państwa. Mimo to blisko rok po sprzedaży akcji przez VII NFI Skarb Państwa wyzbył się swoich akcji.
Struktura właścicielska Odratrans na początku 2003 r. wyglądała następująco: 60% akcji należało do wszystkich piętnastu NFI, przy czym uprzywilejowany był VII NFI z pulą 33%. Właścicielem 25% akcji był Skarb Państwa, a pozostałe 15% należało do pracowników. Jak łatwo zauważyć, VII NFI wraz ze Skarbem Państwa dysponowali większością i mogli rządzić spółką nie pytając o zdanie załogi. TAJEMNICZY INWESTOR W DRZWIACH W drodze kilku decyzji, ewentualnie ich braku (patrz: tabelka) Odratrans trafiła w ręce nowego właściciela, którym stał się Zakład Tworzyw Sztucznych Izo-Erg S.A. w Gliwicach. Spółka ta była własnością I Funduszu Inwestycyjnego Mistral panów Zbigniewa Nowika i Artura Szczepaniaka. Pieniądze (100 tysięcy złotych) dostali – wedle ówczesnych doniesień prasowych – od spółki La Financiere d'Integration z Luksemburga. Obaj panowie zasiadali w trzyosobowej radzie nadzorczej Izo-Erg S.A. Zbigniew Nowik stał się postacią publiczną za sprawą powiązań z zamordowanym ministrem sportu Jackiem Dębskim (bawił np. na ostatnich urodzinach Dębskiego – kilka godzin później były minister został zastrzelony w porachunkach gangsterskich). Był też obiektem szantażu ze strony pewnego lobbysty, który usilnie namawiał go do zakupu dużej firmy farmaceutycznej. Za odmowę współpracy wygrażał służbami specjalnymi. Niedługo potem do siedziby Izo-Erg S.A. wkroczyła ABW, sprawdzając politykę tej spółki wobec Odratrans i Żeglugi Bydgoskiej.
1992 2002 lipiec lipiec sierpień wrzesień październik listopad 2003 marzec maj czerwiec
PAŃSTWO ZDAŁO EGZAMIN? Fot. AF „ONS”
Z kolei w zarządzie Izo-Erg S.A. zasiadał Jerzy Majewski, świadek w procesach sądowych ludzi oskarżonych o wyprowadzanie pieniędzy ze spółek zarządzanych przez NFI. Co ciekawe, zwykle nie stawiał się na rozprawach. Skądinąd wcześniej sam zasiadał we władzach spółek, które popadły w poważne kłopoty finansowe. Wspomniany już Piotr Adamczyk zasłynął z kolei ze sprzedaży akcji VII NFI spółce, w której sam miał udziały. Czy panowie mieli okazję spotkać się? Adamczyk, zanim został prezesem VII NFI, był m.in. członkiem BRE Equity, która zarządzała kilkoma narodowymi funduszami. Było to w czasie, gdy grupa śląskich biznesmenów nielegalnie przejmowała spółki należące do NFI. W orbicie ich zainteresowania było też Izo-Erg S.A. Ostatecznie do przejęcia nie doszło, a IzoErg S.A. wpadło w ręce funduszu Mistral. Ale to nie wszystko. Prasa lokalna pisała w tamtym okresie, że ludzie w NFI są „słupami” byłego prezesa PZU Grzegorza Wieczerzaka, który przesiedział
prawie trzy lata w areszcie za gigantyczne oszustwa finansowe (proces do dziś się nie zakończył). Sprawdźmy. Piotr Adamczyk zasiadał w zarządzie Private Equity Poland z Markiem Łataczem. Marek Łatacz był we władzach XIV NFI razem z Andrzejem Wyglądałą. A Andrzej Wyglądała jest prawnikiem, który doradzał Grzegorzowi Wieczerzakowi. Niezależnie od tego w czasie, kiedy Wieczerzak czekał w areszcie na proces, jego rzekomi wspólnicy wykazywali wyjątkową aktywność. Choć były prezes PZU w oczach wielu nie jest osobą zbyt wiarygodną, zwróćmy uwagę, że na konferencji prasowej w 2004 r. to on mówił o „przestępczej działalności” w NFI. Najgorzej jego zdaniem działo się w funduszu... Piotra Adamczyka. Wyjaśnijmy: mechanizm „drenowania” funduszy nie był skomplikowany i funkcjonował jako tzw. skalping. Ludzie powiązani z NFI przejmowali kontrolę nad tą czy inną spółką, często kupując ją za jej własne pieniądze (kredyt pod zastaw kupowanych akcji). Miliony wyprowadzano na różne sposoby: pożyczki, kredyty, wynagrodzenie za audyt, konsulting, marke-
POCZĄTEK KOŃCA Michał Turek zostaje prezesem nierentownej Odratrans i wyprowadza ją na prostą Piotr Adamczyk zostaje prezesem VII NFI Adamczyk w błyskawicznym tempie odwołuje Turka pod mocno „naciąganym” zarzutem wypłaty premii niezgodnie z regulaminem spółki Nowym prezesem zostaje Edward Ossowski, prezes konkurencyjnej Żeglugi Bydgoskiej, która jest w dramatycznej sytuacji finansowej Na spotkaniu z Ministrem Skarbu Państwa Wiesławem Kaczmarkiem właściciele barek słyszą sugestię, żeby powołać do życia spółkę pracowniczą i odkupić akcje od NFI i Skarbu Państwa Powstają Kotwica sp. z o.o. i związek zawodowy pod tą samą nazwą Kotwica wzywa VII NFI oraz zarządzającą funduszem Private Equity Poland sp. z o.o. do sprzedaży akcji Odratrans Na spotkaniu z dyrektor Departamentu Instytucji Finansowych MSP Urszulą Pałaszek pracownicy przedstawiają obawy, że jeżeli spółka dostanie się w niepowołane ręce, to barki nie będą remontowane, a istotne aktywa zostaną wyprzedane Na spotkaniu z przewoźnikami Adamczyk deklaruje sprzedaż spółki po 16 zł za akcję Kotwica przyjmuje warunek cenowy i pozyskuje finansowanie z Kredyt Banku Wiceprezes Odratrans Anna Jankowska deklaruje, że „oferta Kotwicy jest atrakcyjna i fundusz zamierza transakcję zrealizować” VII NFI podaje do publicznej wiadomości, że nabywcą większościowego pakietu akcji w drodze konkursu ofert jest ZTS Izo-Erg S.A., który dał wyższą cenę
Co na to wszystko Ministerstwo Skarbu Państwa, które było odpowiedzialne za NFI i posiadało pakiet 25% akcji Odrytrans? Kilkanaście dni po podpisaniu umowy Józef Woźniakowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu państwa, w piśmie do VII NFI wyrażał zastrzeżenia co do inwestorów Odratrans. Zastrzeżenia zostały jednak szybko rozwiane: „Jak wynika z wyjaśnień przedstawionych Ministrowi Skarbu Państwa przez zarząd VII NFI, dokonana transakcja jest całkowicie uzasadniona z eko-
nomicznego punktu widzenia (oferta Izo-Erg S.A. zapewnia kontynuowanie i utrzymanie dotychczasowej działalności spółki”). Zarząd funduszu też uspokajał: „Izo-Erg S.A. jest silnym podmiotem gospodarczym, generującym zyski i odnoszącym sukcesy w trudnym otoczeniu gospodarczym. Spółka przedstawiła strategię wieloletniego zaangażowania w działalność w żegludze śródlądowej, opartą na solidnych podstawach finansowych, zapewniającą temu sektorowi dopływ kapitału i rozwój.” A ponadto Kotwica nie przedstawiła „dokumentów jednoznacznie potwierdzających posiadanie przez spółkę środków na zakup akcji”. Skalping dokonał się. Wiadomość o sprzedaży Odratrans zszokowała pracowników. Nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Od początku podejrzewali „przekręt”. Trzy dni później rozpoczęli akcję protestacyjną – zablokowali port w Szczecinie. „Odkręcimy kingstony. W 10 minut potopimy jednostki!” – grozili. Zaczęli rozsyłać pisma do najważniejszych osób w państwie, w tym premiera Leszka Millera, ministra sprawiedliwości Grzegorza Kurczuka, ministra gospodarki Jerzego Hausnera i ministra infrastruktury Marka Pola. Bombardowali pismami Ministerstwo Skarbu Państwa. Powiadomili też prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez zarząd VII NFI przy sprzedaży akcji, braku właściwego nadzoru ze strony Ministerstwa Skarbu Państwa oraz o współdziałaniu niektórych urzędników ministerstwa z zarządem funduszu przeciwko Kotwicy. Protest wsparli posłowie LPR (Z. Jankowski i R.Wiechecki). Działania pracowników zaowocowały co prawda wstrzymaniem sprzedaży na polecenie premiera Millera, ale na krótko. ABW i prokuratura nie dopatrzyły się znamion przestępstwa. Ministerstwo Skarbu Państwa bezsilnie rozkładało ręce. Największe gazety milczały. Choć nie do końca. Z szeregu milczenia wyłamała się „Rzeczpospolita”. W tekście „Mofka na barykadzie” Bertold Kittel zaczął prześwietlać życiorysy ludzi… Kotwicy (prawie wszystkie wielkie afery wytropione przez Kittela były „dęte”, a ich bohaterowie sądownie uniewinnieni). Skalping dokonał się.
NIE PODSKAKUJ! W 2006 r. próbowali jeszcze walczyć poseł PiS Tomasz Markowski, który złożył nowe zawiadomienie do prokuratury, oraz Robert Zawadzki, naczelnik Centralnego Biura Śledczego Komendy Głównej Policji w Wałbrzychu, który ujawnił w prokuraturze materiały, wskazujące na nieprawidłowości finansowe w Odratrans. Efekt był taki, że Zawadzki został zatrzymany przez policję pod zarzutem przyjęcia 1500 złotych w zamian za ujawnienie tajemnicy służbowej i niedopełnienie obowiązków (m.in. przywłaszczenie telefonu komórkowego). Film z zatrzymania obiegł telewizje, a on sam trafił na trzy miesiące do aresztu. W domu zostały chora żona (wymagająca stałej opieki) i niepełnoletnia córka. Ostatecznie wyszedł z aresztu dzięki poręczeniu majątkowemu posła Markowskiego. Świadkiem oskarżenia był człowiek, poszukiwany wcześniej międzynarodowym listem gończym. Do protokołu zeznał, że został zmuszany przez prokuratorów do złożenia fałszywych zeznań przeciwko Zawadzkiemu. Postępowanie prowadził prokurator Piotr Kowalczyk, który dziś robi karierę w Prokuraturze Apelacyjnej we Wrocławiu. Zgodnie z tym, co przewidziała Kotwica, żegluga na górnej Odrze została zlikwidowana, a droga wodna została zamieniona w skansen. Wiele osób straciło pracę. Praktycznie cały majątek spółki został wyprzedany, nie remontowane barki poszły na złom. A jak cała sytuacja przedstawia się dzisiaj? Mamy Grupę OT Logistics S.A., którą kieruje prezes Piotr Chajderowski. Jest to znajomy byłego ministra transportu Sławomira Nowaka, barona PO na Pomorzu i bliskiego współpracownika premiera Donalda Tuska. Był kiedyś współwłaścicielem spółki Signum Promotion, założonej przez Nowaka. To nie wszystko - Piotr Chajderowski był jednym z najbliższych przyjaciół zamordowanego ministra Jacka Dębskiego. Co więcej, uczestniczył w jego ostatnich urodzinach. Tych samych, na których bawił również Zbigniew Nowik, współwłaściciel funduszu Mistral. Takim oto sposobem wszystko pozostało w rodzinie.
K u r i e r W n e t
wŁaŚciciElE
wŁaŚciciElE
Str. 9
wŁaŚciciElE
KULCZYK W PELPLINIE
Spółka najbogatszego Polaka wybuduje na Pomorzu gigantyczną elektrownię na węgiel. Inwestycja będzie przerabiać 5 milionów ton węgla rocznie i produkować 25 tysięcy ton odpadów. Degradacji ulegnie środowisko, a najbliższy krajobraz zostanie zeszpecony elementami wielkiej infrastruktury. A to wszystko w sytuacji, gdy mamy pod ręką „bezdymne” i „bezpopiołowe” projekty.
P
oważne zaniedbania, jakie obserwuje się od co najmniej dwóch dekad w obrębie sektora energetycznego w Polsce, muszą skłaniać do refleksji. Szczególnie, gdy problem produkcji energii elektrycznej, a także jej wykorzystania i oszczędzania, staje się problemem o randze racji stanu, o czym przekonują nas od czasu do czasu środki masowego przekazu. Północna część Polski od zawsze była upośledzona pod względem generacji energii elektrycznej. Niezbędne było więc uzupełnianie niedoborów poprzez przesył z centrum kraju. W przyrodzie nic nie ma „za darmo”. Przesył pociąga za sobą straty, co oczywiście odbija się na kosztach. Aby temu zaradzić i uczynić bardziej jednorodnym geograficzne rozlokowanie zakładów energetycznych, powstał pomysł, aby w okolicy Żarnowca, nad Jeziorem Żarnowieckim, w pobliżu wybrzeża Bałtyku, umieścić pierwszą polską elektrownie jądrową. A były to lata siedemdziesiąte ubiegłego stulecia. Nawiasem mówiąc za parę lat będziemy obchodzić czterdziestą rocznicę rozpoczęcia tejże inwestycji, a powstałe szkielety konstrukcji żelbetonowych nadal straszą nad brzegami jeziora. Musiały być jednak solidnie budowane, skoro do tego czasu nie rozsypały się mimo braku jakiegokolwiek zabezpieczenia. Jak mówią znawcy, nakładem niewielkich kosztów można je reanimować i wykorzystać zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem. Energetyka jądrowa jakoś nie miała i nie ma w Polsce szczęścia, a zapewne też i możnych protektorów. Nadal więc brakuje na północy kraju większych elektrowni. INWESTYCJA Z ROZMACHEM Energetyczną pustynię na północy Polski postanowiła zapełnić, przynajmniej częściowo, międzynarodowa grupa „Kulczyk Investments”. To właśnie w tym regionie kraju powstanie „Elektrownia Północ”, która będzie opalana węglem kamiennym o docelowej mocy elektrycznej 2000 MW. Jest to zaiste potężne przedsięwzięcie, realizujące jedną z największych tego typu instalacji w Europie. Elektrownia ma powstać w miejscowości Rajkowy w gminie Pelplin, w powiecie tczewskim. Aby wyobrazić sobie skalę przedsięwzięcia, na jakie zdecydował się „Kulczyk Investments”, przeanalizujmy podstawowe parametry tej inwestycji. Projektowana moc 2000 MWE, uzyskiwana ze spalania węgla kamiennego, wymaga dostarczenia do „kotłów” w ciągu roku masy paliwa rzędu 5 milionów ton, którego w okolicach Pelplina, jak i całej północnej Polski, nie ma. Załóżmy, że przywozimy ten węgiel transportem kolejowym, wykorzystując wagony o ładowności 50 ton. Łatwy rachunek daje nam 100 tysięcy wagonów w ciągu roku, tj. 2 tysiące pociągów, każdy składający się z pięćdziesięciu wagoCałą północną Polskę miała w prąd zaopatrywać nowa elektrownia w Ostrołęce. Państwowa Energa SA wydała na ten cel około 200 mln zł i wykarczowała 85 ha lasów. Tymczasem budowę nieoczekiwanie przerwano w 2012 r. Protestowali posłowie PiS Arkadiusz Czartoryski i Robert Mamątow oraz prezydent Ostrołęki Janusz Kotowski. W odpowiedzi minister skarbu Mikołaj Budzanowski stwierdził, że za kilka lat Polska będzie dysponować nadwyżką energii i nie ma miejsca na nowy blok w Ostrołęce.
Jan, syn Henryka – współpracownika I Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Najbogatszy człowiek w Polsce. Majątek wyceniany, wg. Forbes na 8,9 mld zł. Pierwszy milion dostał od taty. Po ’89 uczestnik licznych operacji prywatyzacyjnych i inwestycyjnych. M.in. browary, telekomunikacja, autostrady. W 2007 roku w Luksemburgu założyl spółkę. Kulczyk Investments SA. Obecnie poszukuje złóż surowców w 32 krajach. Stworzył pierwszą polską prywatną grupę energetyczną Polenergia. Wartość aktywów Kulczyk Investments to 2,5 mld. euro. W zarządzie zasiada 33-letni syn Jana Kulczyka Sebastian, a w Międzynarodowej Radzie Doradców jest były prezydent Aleksander Kwaśniewski.
nów. Dziennie więc (wliczając niedziele i święta) do stacji rozładunkowej w Rajkowych przyjedzie średnio 5,5 pociągu. Trzeba następnie te wagony z węglem rozładować (50 ton każdy). Szybkość rozładunku musi tym samym wynosić więcej niż jeden wagon na 5 minut przez całe 24 godziny na dobę. Powyższe proste oszacowanie wskazuje, że z inwestycji najbardziej zadowoleni będą kolejarze i pracownicy kolei, zwłaszcza że trzeba też uwzględnić załadunek takiej masy węgla na wagony-węglarki, no i dowieźć. Ale skąd brać takie ilości węgla? Zapotrzebowanie w 80% ma zapewnić kopalnia w Bogdance – woj. lubelskie. Stosowną umowę podpisano już w grudniu 2011 r. Czytamy w niej, że „sumaryczna, szacunkowa wartość zawartej umowy wg. cen roku bieżącego wynosi 10,352 mld. złotych netto przy założeniu, że dostawy będą trwały przez pełny okres 21 lat kalendarzowych od dnia rozpoczęcia dostaw.” I tu znowu ukłon w stronę kolejarzy, gdyż długość trasy transportu węgla to prawie 400 km. Można więc śmiało powiedzieć: „jadą, jadą przez Polskę wagony z węglem”. Najprawdopodobniej jednak taniej dla Kulczyka węgiel byłoby sprowadzać z Rosji. Tak od wielu lat robi białostocka firma BARTER S.A. „Węgiel rosyjski jest znacznie tańszy, jego jakość i dostępność na rynku polskim decyduje, że możemy zaopatrywać część północną i wschodnią kraju” – mówi prezes firmy Bogdan Rogaski. Jeśli mowa o portach, to Gdańsk byłby dużo lepszym rozwiązaniem dla Kulczykowej elektrowni niż Szczecin. Ale czy Gdańsk dysponuje wymaganą zdolnością przeładunkową, zważywszy to, co stało się z polskimi portami oraz polską flotą handlową w ostatnim dwudziestoleciu ? Tyle o węglu. BĘDZIE ZANIECZYSZCZENIE Popatrzmy inżynierskim okiem na to, co jest wynikiem procesu spalania węgla. Dobrej jakości węgle zawierają ok. 5% popiołu, bo te gorsze kilkanaście i więcej. A więc spalając ten dobry węgiel w projektowanej elektrowni produkujemy w ciągu roku nie mniej niż 25 tysięcy ton popiołów i wyłapujemy je wszystkie przy założeniu, że sprawność elektrofiltrów wynosi 100% (co oczywiście jest mało realne). Mamy więc 25 tysięcy ton odpadów, które trzeba wywieźć (następne 10 pociągów) i jakoś zutylizować, a nie jest to sprawą prostą. W popiołach, oprócz szkodliwych związków, znajdują się, o czym chyba mało kto wie, takie pierwiastki promieniotwórcze, jak uran i tor. A więc popioły są zauważalnie promieniotwórcze i - co gorsza - emitu-
Fot. AF „ONS”
ją promieniotwórczy gaz – radon. Właśnie ze względu na radon nie można dodawać popiołów dymnicowych do materiałów budowlanych, a to celem uniknięcia napromieniowania „od wewnątrz” ludzi zamieszkujących budynki powstałe z takich materiałów, gdyż radon dostaje się do płuc wraz z wdychanym powietrzem. Pozostaje więc problem, co robić z taką ilością popiołów dymnicowych? „Utopić” ich np. w pobliskim Bałtyku nie można, bo unicestwi się cały jego ekosystem i pozbawi rybaków miejsc pracy, a przeciętnych Polaków śledzia czy dorsza bałtyckiego.
szy na ilości schładzanej wody, chłodnie będą miały wysokość zbliżoną do Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, a średnicę u szczytu około 70 metrów. Aby uatrakcyjnić swój monotonny kształt, przez znakomitą część dnia będą wyrzucały potężne białe kłęby pary wodnej, wysoko unoszące się i tworzące swoiste obłoki. I tak np. stojąc na zamku w Malborku i patrząc w stronę zachodnią będziemy mogli podziwiać owe budowle, zastanawiając się przy okazji nad potęgą przemysłowego geniuszu ludzkiego.
Oprócz stałych produktów spalania, które, jak założyliśmy, wyłapujemy w 100%, pozostają jeszcze produkty gazowe. Do podstawowych należy CO2, o którym tak głośno w świecie w kontekście efektu cieplarnianego. Zapytajmy: ileż w ciągu roku wyemituje do atmosfery tegoż CO2 projektowana elektrownia? Proste wyliczenia chemiczne wykazują, że jest to ponad 18 milionów ton, co przeliczone na objętość daje ok. 5 km3, tj. 5 sześcianów, każdy o bokach długości kilometra. Jest to więc całkiem spora ilość. Niestety to nie wszystkie nieprzyjemności, związane ze spalaniem węgla. W węglach znajduje się też siarka, a jej zawartość w węglach, nawet tych uznawanych za ekologiczne, może dochodzić do 2%. Powiedzmy, że koncern pana Kulczyka dba o środowisko i używa węgli o zawartości siarki wynoszącej 1%. Użyjmy znów naszej wiedzy chemicznej, wyniesionej ze szkoły średniej, przynajmniej tej sprzed reformy szkolnictwa, i przeliczmy, jaką otrzymamy ilość tlenków siarki, które to tlenki w połączeniu z wodą atmosferyczną tworzą kwas siarkowy. Wynik zapewne nas zaskoczy w negatywny sposób. Rocznie, jeśli siarka nie będzie wyłapywana z gazów odlotowych, elektrownia wyprodukuje ponad 15 tysięcy ton kwasu siarkowego, co - jak łatwo przeliczyć - stanowi ponad 8 milionów litrowych butelek wypełnionych stężonym kwasem. Taka ilość spadnie w postaci kwaśnego deszczu w bliższym i dalszym sąsiedztwie zakładu energetycznego. Oj, biedna będzie wszelka roślinność w okolicy, nie mówiąc o bardziej wrażliwych przedstawicielach fauny. Nie mówimy tu o powstających również tlenkach azotu i innych śladowych zanieczyszczeniach, znajdujących się w spalanym węglu.
Podsumowując powyższe refleksje na temat Elektrowni Północ, może wyrażone z niezasłużonym sarkazmem zwykłego zjadacza chleba, należy posta-
Tak przedstawiają się uciążliwości związane jedynie z procesem spalania węgla i produkcją ciepła, które to ciepło będzie dalej użyte do napędzania generatorów energii elektrycznej. Pozostaje jeszcze problem zrzutów ciepłej wody wstępnie schłodzonej, najprawdopodobniej do Wisły. Zostawmy to specjalistom od flory i fauny rzecznej i jeziornej. ZOBACZYSZ JĄ Z DALEKA Zapewne część z szanownych czytelników lubi podróżować po kraju i podziwiać krajobrazy o różnej porze dnia. Jeziora, lasy, zielone wzgórza z wpisanymi w nie czerwonymi dachami budowli czy to sakralnych czy świeckich, niejednokrotnie z malowniczymi wieżyczkami i basztami. I tutaj Elektrownia Północ szykuje nie lada atrakcje - elementy infrastruktury za sprawą swych rozmiarów będą widoczne z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Na pewno tymi elementami będę chłodnie kominowe. Dla niewtajemniczonych - są to wysokie żelbetonowe walce, w których spadające grawitacyjnie krople gorącej wody schładzają się. W tym przypadku, zważyw-
JAKI MAMY WYBÓR?
Reklama
wić pytanie: czy aby tego typu przedsięwzięcia powinny być realizowane w tym miejscu i w taki sposób? Czy aby wybrana technologia, wywodząca się z końca XIX wieku, a oparta na zwykłym spalaniu węgla celem uzyskania ciepła, później konwertowanego na energię elektryczną, powinna być realizowana w rolniczym i turystycznym rejonie? A może lepiej byłoby wybudować kilka mniejszych obiektów pracujących w oparciu o „bezdymne” i „bezpopiołowe” paliwo, łatwe w transporcie i nie generujące takiej ilości „odpadów”? Do wyboru mamy elektrownie na gaz ziemny i ropę naftową. Paliwo do tych pierwszych możemy pozyskiwać z łupków lub terminalu LNG, o ile wreszcie doprowadzimy do końca inwestycję w Świnoujściu. Nie możemy także po-
radzić sobie z budową elektrowni jądrowej. Najbardziej przyszłościowa jest na pewno energetyka termojądrowa, która wykorzystuje takie reakcje, jakie zachodzą na słońcu. W prace zaangażowane są największe potęgi (USA, Chiny, Japonia, Rosja, Indie, Unia Europejska), a pierwsza elektrownia ma być gotowa za 20-25 lat. Pytania te, mimo wszystko, powinny doczekać się odpowiedzi i to odpowiedzi popartej solidnym analitycznym opracowaniem. A czasu nie ma dużo, właściwie się już skończył. Oby za kilka lat nie trzeba było użyć starego powiedzenia: „Polak mądry po szkodzie”. Inżynier
Str. 10
K u r i e r W n e t
RaPORT z MajDaNU
RaPORT z MajDaNU
RaPORT z MajDaNU
Fot. Ivan Bandura (CC BY 2.0)
UKRAINA BEZ PUTINA „To już trzeci dzień, od kiedy nie byłem w domu. Śmierdzę chyba na kilometr. Mój pies zdycha w hotelu, ale ja przecież nie mogę teraz wrócić do Polski. Tu jest rewolucja.” Paweł Bobołowicz z Kijowa
D
osłownie co pięć minut pojawia się nowa informacja czy plotka. Wszystko wydaje się tyleż prawdopodobne, co zarazem nieprawdopodobne. JA DZIENNIKARZ Ciężko wyrwać się z Majdanu. Jeszcze jedno zdjęcie, jeszcze jedna rozmowa. Telefon, który jak opętany cały czas dzwoni. Już dawno skończył mi się kredyt, jak na polskim, tak na ukraińskim numerze. Mogę więc tylko odbierać rozmowy. Jak nie zdążę wcisnąć „o.k.”, kto wie, czy będzie jeszcze kolejna taka możliwość. Najgorzej, że na rachunku bankowym środki także się kończą. Z drugiej strony, jakoś żyję: rewolucjoniści zapewniają mi nocleg, karmią, a kto wie – może i dadzą świeżą bieliznę, jak będzie potrzeba. W końcu jestem z Polski. Właściwie każdy chce się teraz ze mną uścisnąć, podziękować. Prawdę mówiąc, nie zawsze wiem za co tak naprawdę. W końcu jako Polska i Unia Europejska okazaliśmy się kompletnie nieskuteczni i w zasadzie właśnie oddajemy ich wszystkich w łapy Rosji. Grudzień. Strasznie wieje. Podziwiam tych ludzi, którzy są tutaj od tylu nocy i dni. Najgorzej oczywiście jest nad ranem, o samym świcie. Jak stałem z protestującymi na Placu św. Michała całą noc, to około 4 nad ranem myślałem, że po prostu uciekną do domu. Przecież tuż pod Kijowem mam możliwość ciepłego noclegu, mogę włączyć telewizję, transmisję on-line, popatrzeć na rewolucję pijąc ukraińską wódkę i zagryzając słoniną. Tyle tylko, dokładnie pamiętam, że dobę wcześniej nie zostałem, do rana. Nie byłem tam. Właśnie wtedy, kiedy powinienem być. W momencie, kiedy na stosunkowo niewielką grupę studentów napadł Berkut, czyli specjalne uderzeniowe formacje milicji. Kiedy po raz pierwszy widziałem je w akcji, byłem w szoku. Dziennikarzy bili bez powodu, tylko dlatego, że są po prostu w pracy jako dziennikarze. Deputowanych Rady Najwyższej zresztą też bito. Nie pokazać prawdy, tego, co należy, byłoby tym najcięższym dziennikarskim grzechem. Dlatego postanowiłem, że pozostaję z protestującymi. REWOLUCJA ZA OBROTOWYMI DRZWIAMI Spotykam znajoma ukraińską dziennikarkę. Pyta mnie, czy już byłem w ratuszu, który nazywa KMDA – Kijevska Mijsk Dezhavna Administracja. Może i dziwna nazwa, ale Kijów jest miastem zorganizowanym na podstawie oddzielnej ustawy. Samorząd wypełnia też funkcje państwowe. Dlatego ten budynek jest bardzo ważny z punktu widzenia władz central-
nych. Pytam Oksanę jak wygląda ta okupacja. Jej odpowiedzi powodują, że od razu ruszam dalej. Muszę pokonać barykady, które teraz są wszędzie. Wysokie na ponad dwa metry, najeżone belkami, dechami czy drutem kolczastym. Przed barykadami - pas lodu, powstały ze specjalnie w tym celu rozlewanej wody. Przygotowane są również samochody, które mają być pierwszą zaporą. Na noc potężnymi blachami zakrywane są wejścia do metra. Obok barykad można przejść jedynie bardzo wąskim przejściem. Tych przeszkód nie sforsuje się bez użycia ciężkiego sprzętu. Obszar, które one wyznaczają, stanowi granice zrewoltowanego państwa. Co do zakresu, są one większe na zachodzie kraju, gdzie zbuntowały się całe miasta. Lwowski Berkut nawet ponoć zagroził, że w przypadku potrzeby jest gotów do walki z kijowskim Berkutem. Mer Tarnopola wezwał swoich mieszkańców do wspierania protestów w Kijowie. Czy to nie jest rewolucja? Pod budynkiem Rady Miasta wielkie tłumy ludzi. Przed samym wejściem do obrotowych drzwi à la Gierek ustawia się długa kolejka. Z dokładnie takich samych drzwi po drugiej stronie wycieka potok wychodzących. Prasy nie obowiązują kolejki, niemalże przelatuję przez drzwi, których kręcenie wspomaga rosły chłopak w hełmie. Wchodzę do monumentalnego sowieckiego budynku z charakterystycznym smrodem lizolu. Różnego rodzaju smrody tego rodzaju wciąż stanowią nieodłączną część Ukrainy, ponad dwa dziesięciolecia po upadku ZSRS. W budynku setki ludzi, ciężko jest zrozumieć, gdzie, kto, dlaczego, w które drzwi zmierza. Ja sam byłem tutaj przed 5-6 laty, kiedy brałem udział w konferencji nt. standardów w administracji publicznej. Dzięki temu pamiętałem, jak dojść do głównej sali posiedzeń. Właściwie to nic skomplikowanego, po prostu trzeba wejść długimi głównymi schodami na wyższą kondygnację. Na schodach potok ludzi. Wejście utrudnia metalowa barykada i kilkunastu ochroniarzy. W końcu przeciskam się i wchodzę do obszernego pomieszczenia w kształcie prostokąta, o wysokości dobrych kilkunastu metrów. W drugim końcu sali, na podniesieniu, na którym zwyczajowo zasiadali Najważniejsi, tym razem jakoś nie widać radnych w garniturach. Wszędzie tłumy ludzi, których łatwo podzielić na dwie kategorie: mieszkańców Kijowa, którzy chcą zobaczyć, co się dzieje, oraz pracujących czy ewentualnie szykujących się do snu rewolucjonistów. Niemniej intensywny ruch panuje na galeriach, które znajdują się po trzech stronach sali. Przed prezydialnym stołem - kordon ochroniarzy. Mówię, że
chcę porozmawiać z kimś, kto koordynuje Akcję. Chłopak z opaską „Svoboda” prowadzi mnie do stołu prezydialnego. W kamizelce odblaskowej z napisem „Narodnyj Deputat Ukrainy" siedzi Jewgienij Melnyk. Znamy się z Wołynia, robiłem już z nim kilka razy wywiady. On też mnie poznaje. To dobrze, dzięki temu mam szansę na dowiedzenie się czegoś więcej, poza sztampowymi stwierdzeniami o pokojowym charakterze protestu. Melnyk na mój widok odkłada kanapkę z mortadelą i opowiada mi o sposobie zarządzania budynkiem. „Jest nas tutaj trzech - deputowanych, mówi. - Dyżurują na zmianę, bo mają świadomość, że w każdej chwili może zaatakować Berkut. Przecież w tych pomieszczeniach znajduje się mnóstwo dokumentów, pieczęci – a to sakralny nieomal przedmiot na całym postsowieckim terytorium”. Melnyk dalej mówi, że urzędnicy będą wpuszczani, tylko nie sam burmistrz miasta. W praktyce wygląda to jednak tak, że do pracy przychodzą jedynie urzędnicy niższego szczebla. Ci, którzy pełnią funkcje kierownicze, po prostu się boją. CZUJNIE – BEZ ŚCIĄGANIA BUTÓW Opanowanie budynku wyższej administracji samorządowo-państwowej; ozdobienie go flagami Partii Svobody oraz UE; to, co dzieje się na ukraińskim Hreszczatyku, chcąc nie chcąc uświadamia mi, że to już nie jakiś tam społeczny protest. To rewolucja, choć bezkrwawa. Powstanie, ludzi z kolan. Przekształcenie człowieka, mieszkańca, w…obywatela. Dlatego dwa dni później chętnie wracam do merostwa. Śpię z kolegą na galerii, pośród wielu innych zmorzonych snem i zmęczeniem. Ujmujący jest widok przytulających się do siebie par-ciał, które w uścisku szukają bezpieczeństwa i ciepła. Ludzie śpią na kocach, karimatach, czasem po prostu na parkiecie. Armia ludzi śpi po prostu na schodach. Mało kto ściąga buty. Trzeba być czujnym, gotowym. Choć z drugiej strony, w budynku pracuje już punkt wydawania posiłków, dla…1700 osób, bo tyle jest okupujących, rewolucjonistów, powstańców. Padam na twarz ze zmęczenia, a jednak widzę, a może już tylko słyszę, cholera wie, w każdym razie muszę zauważam kątem oka/ucha, jak przy schodach wejściowych, przy kuchni, grupa dziewczyn śpiewa ukraińskie pieśni. Większość z nich nie ma nawet 30, 20 lat… Zmęczone oblicza rozjaśnia jednak uśmiech, które jak zwykle ożywia informacja, że mają do czynienia z Polakami. Zarazem dziwią się, że w tych warunkach zostajemy z nimi na noc. Większość dziennikarzy robi kilka ujęć, krótki wywiad i … wyjeżdża. Dlatego szef ochrony budyn-
ku upewnia się, czy aby na pewno rozumiemy, że jest to niebezpieczne miejsce. Potwierdzam, a moja deklaracja wzbudza tyle oznak sympatii, że najzwyczajniej w świecie zaczynam czuć się nieswojo, aby nie powiedzieć: głupio. W końca ja i moi koledzy kładziemy się spać. Nad nami głupie żarówki w głupio stylizowanych żyrandolach, tutaj zwanych „lustrami”, które wciąż świecą, jakby nigdy nic. Nikt nie wyłączy światła. Jeśli zgasną, to znaczy, że to atak. Trochę później jeden z dowódców rewolucji - Stepan Kubiv - tłumaczy mi, że nigdy nie jest tak, że wszyscy śpią naraz. Co chwila odzywają się budziki w telefonach komórkowych. Ktoś wstaje, ktoś inny przychodzi na to miejsce spać. Po dwóch godzinach snu wstajemy i my. Poranna toaleta ogranicza się do oddania moczu po piętnastominutowym oczekiwaniu w kolejce. Toaleta śmierdzi strasznie, trudno sobie wyobrazić, żeby przebywać tam dłużej, niż to absolutnie konieczne. Od Ołenki dostajemy pastę do zębów. Cholera, gdzieś podziałem szczoteczkę. Woda z kranu merostwa też nie zachwyca, choć to jednak zawsze jakaś zmiana oddechu… Tłum ludzi. Rozmawiam z chłopakiem, który wraz ze mną stoi w kolejce do umywalki. Przyjechał ze Lwowa. Dostał od szefa pieniądze na drogę, zabrał kolegów. Ale to nie to samo, co osławione „tituszki”. Jakby szef nie dał mu samochodu, pojechaliby pociągiem. Zapewne przesadza, tym bardziej w kolejce zaskakuje mnie obecność ludzi ze wschodniej Ukrainy. Jeszcze przed tragicznym „czarnym” sobotnim porankiem - i skatowaniem ukraińskich studentów - spotkałem pięćdziesięciolatka, który przyjechał z Charkowa. Sam zrobił transparent, co akurat jest tu powszechnym zjawiskiem, ale transparent wyjątkowy. Napisał go w esperanto. A na nim słowa: „Ukraino idź do Europy”. Tego samego człowieka spotykam wieczorem po rozbiciu Euromajdanu. Mówi mi, że ze swoim transparentem esperanto wrócił do domu z poczuciem spełnionej misji, ale jak zobaczył, co zrobił Berkut, natychmiast zrobił nowy transparent, teraz już po ukraińsku: „Banda precz!”. To jeden z najczęściej wznoszonych przez Ukraińców okrzyków, począwszy od 30 listopada. Mój rozmówca mówi, że już nie wróci do Charkowa, przynajmniej dopóki Janukowycz nie odejdzie - „dopóki berkutowcy nie pójdą siedzieć!” BERKUTOWCY Następną noc spędzam w centrum prasowym, stworzonym przez rewolucjonistów. Ciepło, mniej także śmierdzi, a przynajmniej już tak nie zwracam na to uwagi. Na początku jest nas
niewielu. Zbierają się tutaj dziennikarze z niezależnych mediów, ktoś przyjeżdża z Rosji, nas z Polski jest kilku. Na konferencje prasowe liderów opozycji zlatują się wszyscy. Z każdym dniem dziennikarskiej braci zresztą przybywa. Ukraińcy żywią nas, nocują, pomagają, są więcej, niż serdeczni. Dostajemy też „żylety”, czyli odblaskowe kamizelki z dużym napisem „Press”. No, teraz Was będą widzieć z daleka” - mówi Olga, która dopisuje na kamizelce dodatkowy numer. Podpisuję odbiór. Wiem jednak, że Berkutowcy bijący dziennikarzy wiedzieli dokładnie, dlaczego i kogo biją. W końcu i ja zasłaniałem się identyfikatorem, ale na pogrążonych w amoku funkcjonariuszy to nie działało. Jednak kamizelkę nakładam. Pomaga przechodzić przez tłum, szybciej pokonuje się bramki. Jedynie o niepozowane zdjęcia teraz już trudniej, bo zbyt silnie zwracam uwagę. Czuję się jednak bezpieczniej. Przychodzi mi na myśl, że tak naprawę to całe ukraińskie społeczeństwo powinno mieć takie kamizelki. Wtedy byłoby po kłopocie, nie? RUSŁANA Typowo zimowy ciemny poranek. Budzi mnie dźwięk telefonu. Dzwoni Andrij, jak mi się sam przedstawił, „człowiek od zadań specjalnych, czyli od wszystkiego przy Pomniku Niezależności”. Był wśród tych, których rozgromił Berkut. Opowiada mijak z Rusłaną organizują akcję poszukiwania zaginionych studentów. Prosi, abym przyszedł pod kolumnę. To teraz prawie święte miejsce. Ludzie przynoszą tam kwiaty, zdjęcia tych, którzy przepadli bez wieści. Po czasie odnajdują się oni po części w szpitalach, albo wśród osób ukrywających się wśród dalszej rodziny czy znajomych. Pod kolumną czeka na mnie z Rusłaną. Gdzieś zaczynamy biec, aby zmylić ewentualny pościg. Rusłana z kimś rozmawia przez telefon, nie mam pojęcia, o co chodzi. Później mi tłumaczą, że chodzi o zorganizowanie jak największego wsparcia studentów dla Majdanu. To ważne, ponieważ w międzyczasie główne media oskarżają studentów o napad na funkcjonariuszy milicji i pobicie członków oddziałów Berkutu. Jak donoszą te same media, bardzo słabo opłacanych. Kiedy rozmawiam na ten temat z Rusłaną - jeszcze tydzień wcześniej klasyczną celebrytką, zaprzysiągłbym - ta jest poważna. Tłumaczy, że służby specjalne walczą o swoje przetrwanie. Rusłana jest tak przekonująca i szczera, że trudno z nią polemizować. Tym bardziej, że dzień w dzień po kilkanaście godzin spędza na Majdanie. Spędza? - to słabe określenie. Mówi, zachowuje się i walczy jak lwica, a swoją postawą zaraża wciąż innych i innych do działań, a przynajmniej do myślenia.
PIES Spotykam Ivana, który przyleciał z Moskwy specjalnie na protest: „Mój synek dziś ma drugie urodziny, ale jak mu powiem, że specjalnie w ten dzień pojechałem wspierać Ukraińców, to na pewno będzie się cieszyć!”. Wiele razy rozmawiając z Rosjanami muszę w sobie przełamać barierę, tę niechęć, którą mam do rosyjskiego reżimu, a który podświadomie przekładam na zwykłych obywateli. Tym razem szybko wyzbywam się uprzedzeń. Ivan się śmieje, w końcu prosi, żebyśmy odeszli na bok. Wyciąga z plecaka flagę Rosji i Unii Europejskiej. „Chcę je razem wywiesić, ale nie wiem, jak odbiorą to organizatorzy”. Tym samym sam mi podpowiada rozwiązanie. Mówię, żeby pójść do organizatorów i się zapytać, bo tak będzie po prostu najlepiej. „A jak sądzisz, mój syn doczeka, że nasz kraj będzie w Unii Europejskiej?”. Pytanie zaskakuje mnie kompletnie. Rosja w UE? Ale przecież Ivan, jest takim samym człowiekiem, jak ja, Wojtek, Andrij, Paul... Nie wiem, czy ze swoją rodziną któregoś dnia zamieszka w UE, ale Putina w tym czasie już na pewno nie będzie – uzmysławiam sobie. Wbrew logice, nocą, w sztucznym świetle, rewolucja nabiera barw. Wszędzie powiewają błękito-żółte flagi, czasem czerwono – czarne i unijne. Od początku protestu łopocą flagi gruzińskie. Z palących się ognisk w beczkach unosi się siwy dym, który w połączeniu z silnymi reflektorami oświetlającymi scenę i monumentalne pomniki, daje dodatkowe, silne wrażenie niezwykłości sytuacji. W nocy Majdan patrolują byli żołnierze, kombatanci walk w Afganistanie. Ciężko z nimi porozmawiać. Nie po to tu stoją. Wreszcie jeden się zgadza. Pytam dlaczego tu jest. Odpowiada powoli, dosadnie, niskim głosem: „Niech boją się nas bandyci, którzy skrzywdzili nasze dzieci, oni tu nie przyjdą dopóki będziemy. A my będziemy do zwycięstwa i w tej waszej Unii Europejskiej też będziemy.” Staram się nie studzić ich optymizmu, spokojnie też znoszę lukrowanie zewsząd Unii Europejskiej. Wiem przecież, że to już nie tyle Unia jest celem, lecz po prostu ochrona podstawowych europejskich wartości. Ukraińcy chcą być… Europejczykami. Nie chcą żyć w świecie porsche i maybachów, a z drugiej strony rozpadających się ład i wołg. Gdzie ludzie cierpiący na gruźlicę umierają bez pomocy w okolicach supernowoczesnych dzielnic mieszkaniowych i supermarketów. A ja? Ja chyba śmierdzę już na ponad kilometr. Idę właśnie do siedziby Sztabu Narodowego Protestu. Podobno dziś ma być cieplej. No, i dostałem również śpiwór. Tak naprawdę, nie mam już siły na nic. Tylko jeszcze ten jeden SMS, że psa z hotelu chwilowo nie mam jak odebrać…
K u r i e r W n e t
RaPORT z MajDaNU
RaPORT z MajDaNU
RaPORT z MajDaNU
Str. 11
dla nas Moskal nie jest bratem S
ergiej Nimec, 41 lat, jest wolontariuszem w ochronie Majdanu. Przyjechał z grupą z Berdiańska, położonego nad Morzem Azowskim. Miasta, które było jednym z sowieckich wojennych baz morskich i wciąż zachowało wiele elementów z tamtej epoki. Zarówno w wymiarze mentalnym, jak i symbolicznym. W Berdiańsku jeszcze kilka lat temu było kilkadziesiąt większych i mniejszych pomników Lenina. Największy wciąż stoi na spacerowym, nadmorskim prospekcie obok pomnika „Byczka – żywiciela”. Byczek to ryba powszechnie występująca w Morzu Azowskim, której obfitość uratowała mieszkańców Berdiańska przed Wielkim Głodem w latach 1932-1933. Mimo, że powszechnie używanym tam językiem jest rosyjsku, my z Sergiejem rozmawiamy po ukraińsku. Nasza rozmowa odbywa się w budynku kijowskiej Rady Miasta, okupowanej przez przeciwników władzy. Sergiej stoi w charakterystycznym dla sił specjalnych mundurze polowym. Służył w siłach powietrzno – desantowych. Jego służba przypadła na koniec Związku Sowieckiego, ominął go krwawy konflikt w Afganistanie, do Czeczeni już nie musiał jechać. Od czasów służby zachował dobrą formę fizyczną i wie, co to wojskowa hierarchia, rozkazy. Jesteś tu drugi dzień i zamierzasz jeszcze zostać. Mieszkasz razem ze wszystkimi na korytarzach budynku Profspiłok w ekstremalnych warunkach. Powiedz dlaczego tu przyjechałeś?
Po prostu: wesprzeć ludzi. Nie miałem okazji uczestniczyć w poprzedniej pomarańczowej rewolucji. Chcę poczuć ducha i nastrój tych ludzi, którzy się tutaj zgromadzili. Ale uważam, że potrzebne jest bardziej radykalne podejście. Inne metody nie przemówią do tej władzy. Ta władza zabijała ludzi. Oni są zwykłymi bandytami. Od nas do Doniecka jest 200 km. Politycy stamtąd często są byłymi rekieterami, wywodzą się kryminalnych ugrupowań. To nie Juszczenko, który był bardzo tolerancyjną osobą. Teraz ludzie mówią, że on jako polityk był baranem, że był mało zaradnym politykiem. Gdyby nie Juszczenko, tej rewolucji nie mo-
poza Europą. Inni opowiadają jak będzie dobrze, gdy będziemy w Unii Celnej. A tam są tacy sami bandyci, tylko jeszcze bogatsi. W Unii Celnej w ogólne nie ma możliwości postępu. Nie wolno nam tam iść! A jak widzisz relacje z Rosją? Mimo, że spędziłem tam dużą część życia, to zawsze byłem za Europą. Mam rodzinę w Rosji. Nie widzę sensu we współpracy z nimi. Nie widzę tam potencjału rozwoju. Jak było to błoto, tak pozostało. U nas mawiają: „Dobrze jest w Rosji, popatrzcie na Moskwę.” Jak popatrzymy na
Większość polityków to bandyci, którzy zmieniają barwy. Wczoraj byli pomarańczowi, dzisiaj przeszli, przepraszam, do partii kondonów, inaczej o nich nie mówię. Tym bardziej, że na miejscach pozostały te same osoby, które tylko zmieniają kolory. głoby być. U nas wtedy pojawiła się godność, wyrosły nam skrzydła. Zaczęliśmy siebie szanować. Ale mamy taki zły ukraiński nawyk – zrobić krok do przodu i się zatrzymać. Nie wolno się zatrzymać. Jak ruszyliśmy, to idziemy dalej. To już było nie jeden raz. A władzę trzeba cisnąć, jeśli nie chce pokojowo załatwić sprawy. Nie widzę zmian, nie wiedzę europejskiego ducha. Nie chodzi o ludzi, tylko np. o czystość ulic, prawo, porządek. Nie ma tego. Opowiadają nam jak dobrze jest w Europie, albo jak źle będzie
mapę, Rosja jest ogromna – ma największe tereny lądu w świecie. Ale dobrze jest tylko tu i tu, w pewnych punktach: w Moskwie, w Piterze (Petersburgu - red.). A jeśli spojrzymy na dowolny punkt Europy, tam jest wszędzie dobrze. Mamy się tam czego uczyć, więc jedynym wyjściem jest tylko Europa. Współpracować warto ze wszystkimi. Ale przez te 20 lat nie zauważyłem rozwoju Rosji, głównie dlatego że Moskwa, tak jak było to za Związku Sowieckiego, pozostała zabierającym wszystko centrum.
Unia Europejska jest nam bliższa. I Polska! Po naszemu „diakuju”, po waszemu „dziękuję”. Jak tylko z Polakami zaczynam rozmawiać w języku ukraińskim, ludzie chętnie ze mną rozmawiają. Więc do Ukraińców Polacy mają dobre nastawienie. Ale jak rozmawiam po rosyjsku to słyszę, że coś jest nie tak. Mówisz o dobrym nastawieniu Ukraińców do Polaków i Polaków do Ukraińców, a te wydarzenia sprzed 70 lat, Ukraińska Powstańcza Armia, Wołyń? Nawet tutaj widzę ile jest flag czerwono-czarnych. Przecież przeprosiliśmy się nawzajem. Zrobiło to naszych dwóch prezydentów, o ile pamiętam, było to za czasów Kuczmy. Prezydenci dwu narodów przeprosili za wzajemne krzywdy. To nasza wspólna historia, nasza przeszłość. Można to zrozumieć. Mam rodzinę w obwodzie czerniowieckim. Miasto Chocim. Wiesz gdzie to jest? A wiesz, co mi się spodobało, jak byłem w Polsce? Byłem z rodziną w Wieliczce. Pierwsze, co zobaczyliśmy, to wycieczki. W języku polskim, rosyjskim, angielskim bodajże. Spodobało mi się to, że Polacy, w tym bardzo młodzi, poznają historię, szukają źródła. Szukają i szanują. Także kiedy przyjeżdżam do Chocimia do babci do fortecy – Polaków jest tam zawsze najwięcej. Są u nas polskie szkoły i Polacy nas bardzo szanują. Wiem, że nigdy nie wybaczycie moskalom rozstrzelanych oficerów polskiej armii 1939 roku – potraficie się postawić. A u nas – jeśli mówimy o Ukra-
Fot. Ivan Bandura (CC BY 2.0)
Kuchnia rewolucji
W
ydarzenia w stolicy Ukrainy, znane początkowo pod nazwą Euromajdan, a od pewnego czasu nazywane Obywatelskim Majdanem, albo - zgodnie ze stanem faktycznym - Rewolucją to olbrzymie przedsięwzięcie logistyczne. Na ulicach Kijowa od wielu dni przebywa od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy protestujących. Wielu z nich przyjeżdża do stolicy Ukrainy jedynie na kilka dni. Inni są zaś na Majdanie Nezależnosti od samego początku wydarzeń. Ruchem samochodowym kierują protestujący, a samochody Sztabu Narodowego Protestu oczyszczają tę część miasta ze śmieci. Milicjantów można zobaczyć na Majdanie tylko kilku i to w podziemiu przy wejściu do metra, gdzie stoją od początku Rewolucji. Nad nimi, na głównym placu, symbolicznym dla całego kraju, porządku strzeże jednak ktoś inny … PLAC BOJU
W centralnym punkcie Majdanu stoi potężna scena, na której całą dobę występują politycy, działacze obywatelscy, dziennikarze, artyści oraz zagraniczni goście. Słowem każdy, kto chce wesprzeć Rewolucję. Wokół sceny ustawionych jest dziesiątki namiotów, kuchnie polowe oraz beczki, w których rozpalany jest ogień. Protestujący przejęli rząd drewnianych budek, które były przygotowane na sprzedaż świątecznych produktów. Cały Majdan jest otoczony potężnymi barykadami. Tworzą one labirynt, w którym łatwo jest się zgubić. Na każdym przejściu stoi ochrona, która sprawdza, czy dana osoba może wejść do kolejnej strefy. Majdan oświetla olbrzymi ekran, na którym do niedawna wyświetlane były reklamy. Teraz stale pokazywany jest widok ze sceny. Gigantyczny telebim zawieszony jest na ośmiokondygnacyjnym budynku Profspiłok (Stowarzyszenia Związków Zawodowych), który stanowi główny sztab Rewolucji, albo - jak organizatorzy sami się nazywają - Sztab Narodowego Protestu. I chociaż budynek wygląda na zawłaszczony przez rewolucjonistów to oficjalnie, pomimo wywieranej presji ze strony rządu na rozwiązanie umowy, wynajmowany jest od związków zawodowych. Na potrzeby nocujących wynajmowany jest również budynek Ekspocentrum – hali wystawienniczej, w którym nocuje
kolejnych kilka tysięcy protestujących. Nie wszystkie budynki są jednak wynajmowane: manifestanci opanowali bez walk również Pałac Październikowy, do tej pory służący jako Centrum Kultury i Sztuki, a obecnie będący jednym z głównych miejsc noclegowych. Kolejnym budynkiem we władaniu Rewolucji jest miejska administracja Kijowa, oddalona o około kilometr od głównego sztabu. Każdego dnia w czasie godzin pracy urzędów manifestanci blokują po kilka budynków rządowych, takich jak: administracja Prezydenta, gabinet Rady Ministrów, siedziby prokuratury, sądów, specjalnej formacji milicyjnej Berkut. Sparaliżowana jest również główna ulica ukraińskiej stolicy: Hreszczatyk i część ulic do niej prowadzących. Przecinają je barykady z desek, elementów znienawidzonej przez Ukraińców choinki, powszechnie nazywanej po rosyjsku „jołką”, szydząc w ten sposób z błędów językowych Janukowycza. Blokady oplata druk kolczasty, a wielometrowe konstrukcje najeżone są w stronę potencjalnego ataku kołkami i deskami. Przed barykadami rewolucjoniści utworzyli tafle lodowe, dodatkowo komplikujące potencjalny atak. Na Majdanie jest kilka wyjść z kijowskiego metrą. W ciągu dnia funkcjonują one normalnie, ale zaraz po wstrzymaniu ruchu pociągów zasuwane są metalowymi płytami. STRUKTURY REWOLUCJI
Od czasu rozgromienia studenckiego wsparcia dla integracji europejskiej sami uczestnicy coraz częściej nazywają zaistniałą sytuację Rewolucją. To słowo coraz częściej pada ze sceny i jest skandowane przez wielotysięczne tłumy. Rewolucją kierują szefowie trzech opozycyjnych partii: Oleg Tiagnybok (Svoboda), Arsenij Jaceniuk (Batkiwszczyna) i Witalij Kliczko (Udar). Lecz decyzje polityczne przekładane są na język logistyki. Za tę odpowiadają komendanci poszczególnych części protestu: Majdanu oraz okupowanych budynków. Największa praca spoczywa na komendanturze Sztabu w budynku Profspiłek, gdzie szefem jest Stepan Kubiv z Batkivszczyny – finansista, wieloletni dyrektor Kredyt Banku na Ukrainie. Kiedy go pytam, dlaczego właśnie on, podkreśla swoje doświadczenie biznesowe, które zdobył kierując potężnymi instytu-
cjami finansowymi i dzięki szkoleniom, seminariom oraz spotkaniom realizowanymi przede wszystkim z polskimi bankowcami i ekonomistami. Majdanem kieruje deputowany Andrij Parubij również z Batkiwszczyny, zaś budynkiem Rady Miasta Kijowa trzech deputowanych Svobody, wśród których charyzmą wyróżnia się Andrij Melnyk. Siedziba Rady Miasta cała ozdobiona jest flagami Svobody. I tu też panuje najbardziej rewolucyjny charakter: metalowe bariery na schodach, okna pozabezpieczane stołami oraz dziesiątki ochroniarzy w wojskowych hełmach i prostych kaskach rowerowych. Wśród struktur pozarządowych zgromadzonych na Majdanie najbardziej wyróżnia się „Gromadzki Sektor”. Jednym z koordynatorów tego ruchu jest Wołodymyr Wiatrowycz, od początku protestu jeden z głównych mówców Majdanu. Jest też wiele małych „podobozów” lokalnych polityków, środowisk czy struktur terytorialnych. Specyficzną autonomię ma grupa studentów, która zajmuje teren Pomnika Niezależności. To tu ich Euromajdan został brutalnie stłumiony przez Berkut. Ci, którzy wtedy byli ofiarami, nadal poszukują zaginionych kolegów, a także organizują pomoc prawną dla studentów, przeciwko którym toczą się postępowania. Na stałe przebywa z nimi jednak Rusłana Łyżyczko, znana ukraińska piosenkarka. LUDZIE REWOLUCJI
Zarówno mieszkańcy Kijowa, jak i przyjeżdzający po rejestracji otrzymują konkretne zadania. Wskazuje się im również miejsce odpoczynku i noclegu. Osoby funkcyjne dostają specjalne identyfikatory z wymienną wkładką. Codzienna zmiana oznaczenia cyfrowego ma zminimalizować możliwość wejścia na teren Majdanu osób nieupoważnionych. Organizatorzy wciąż obawiają się różnego rodzaju prowokacji, które mogłyby być pretekstem dla władzy do użycia siły, albo w jakiś sposób źle wpłynęłyby na obraz protestu. Dlatego też całkowicie wyeliminowana jest możliwość picia alkoholu. Wolontariusze i protestujący mogą korzystać z bezpłatnego jedzenia, opieki medycznej, bani, oraz 100 biotoalet. Dodatkowo toalety znajdują się wewnątrz budynków.
WYŻYWIENIE Największa kuchnia znajduje się w Sztabie. Tu są przygotowywane posiłki zarówno dla osób nocujących na terenie Sztabu, Majdanu, jak i te dowożone na bezpośrednie akcje (blokady budynków rządowych). W kuchni pracuje 80 osób, z czego część stanowią pracownicy firm wspomagających „po cichu” opozycję. „Po cichu” ze względu na obawy przed represjami. W państwie oligarchów opozycja też nie ma skrupułów przed finansowaniem polityki przez biznes. Posiłki są przygotowywane całodobowo. Co 15 minut pracownicy myją ręce, specjalna grupa odpowiada za dezynfekcję pomieszczeń, a osoby mające doświadczenie w pracy w służbach sanitarnych sprawdzają dostarczane jedzenie pod kątem bezpieczeństwa, świeżości. Zakazano również picia płynów od nieznanych osób. Osoby mające kontakt z żywnością zarówno na etapie przygotowania, jak i wydawania, ubrane są w maski, fartuchy i rękawiczki. W kuchni co godzinę wszyscy przerywają pracę i śpiewają hymn Ukrainy. Co chwilę budynek Sztabu, idąc w kierunku Majdanu, opuszczają wolontariusze z tacami, na których znajdują się herbata, kawa, ciepłe posiłki czy kanapki. Okoliczne restauracje służą jedynie do połączenia się z Internetem, zagrzania lub ewentualnie skorzystania z toalety. Jedne starają się to ograniczać, inne wręcz przeciwnie. Wiele osób, instytucji odblokowało również swoje sieci WIFI. Chcą, aby uczestnicy protestu mogli swobodnie łączyć się ze światem. Rozpowszechniany jest spis takich sieci.
inie zachodniej, to tutaj skupiona jest cała ukraińskość. Jeśli chodzi o 1939 rok, dbamy o nasze własne interesy. Przecież nie znamy do końca prawdy. Nam wmawiano, że to byli bandyci i banderowcy. Wiemy, że były prowokacje zarówno ze strony Polski, ale w większości to byli prowokatorzy z armii radzieckiej.Narody przeprosiły, jesteśmy teraz braćmi. Chociaż Moskale nigdy się do tego nie przyznają. Dla nas Moskal nie jest bratem. Mówią nam czasami, że jesteśmy bratnimi narodami. Wcale tak nie jest. Wracając do waszej Rewolucji, jak myślisz czy skończy się sukcesem? Szczerze?... Nie wierzę. Dlaczego? Politycy to bandyci. Trzeba ich wziąć na widły. Wszystkich? Bandytów. A większość polityków to bandyci, którzy zmieniają barwy. Wczoraj byli pomarańczowi, dzisiaj przeszli, przepraszam, do partii kondonów, inaczej o nich nie mówię. Tym bardziej, że na miejscach pozostały te same osoby, które tylko zmieniają kolory. Politycy z opozycji są tacy sami?
dzisiaj PR, ale zawsze pozostaje przy władzy i nic nie robi. Nie zmienia się, gdy zmienia kolor. Urzędnik wykonuje sprawy tak samo, jak lata wcześniej. Mam syna i chciałbym, żeby on, i jego dziewczyna, być może nasza przyszła synowa, żyli w normalnym państwie. Żeby mogli liczyć na to minimum, które jest w całej Europie. Żeby o tym nie marzyli, ale mogli sobie spokojnie podróżować, zarabiać pieniądze, leczyć się, studiować, żeby nie stracili życia na politykanctwie, na marzeniach o tym, że kiedyś będzie lepiej. Niech żyją dobrze. Jak długo planujesz protestować? Nie wiem na razie, ale myślę, że nie będę tutaj długo. Nie widzę powodu, by być teraz tutaj, ale jestem gotów przyjechać, gdyby była taka potrzeba. Siedzieć na miejscu – beze mnie jest tutaj dużo ludzi. Natomiast jeśli zacznie się jakaś sprawa... To przyjedziesz? Tak, bardzo szybko.. Wczoraj przyjechaliśmy we dwójkę, jeszcze jedna osoba dołączyła do nas dzisiaj. Czwórka jest tutaj od tygodnia. Ludzie są już zmęczeni i powinniśmy wrócić razem. Chcemy wypocząć i być w gotowości, a także zaangażować więcej ludzi. Ale co z tego wyjdzie, jeszcze nie mogę powiedzieć. Dziękuję za rozmowę
W ogóle politycy to może nawet fajni ludzie, ale ich otoczenie... Wczoraj komunista,
Dziękuję, pozdrawiaj od nas Polaków! Chwała Ukrainie!
wszystkich budynkach pod zarządem opozycji są też punkty medyczne.
KONTAKT ZE ŚWIATEM
W nocy, kiedy, według obrazowych słów przywódców protestu, „na ulice wychodzą szczury” i wzrasta zagrożenie, ochronę wspomaga kilkuset byłych żołnierzy służących w Afganistanie. Wyróżniają się nie tylko umundurowaniem, ale przede wszystkim postawą , sprawnością i olbrzymią dyskrecją. Rozmowa z nimi praktycznie nie może zejść na zadania związane z zabezpieczeniem. „Afgańcy”, jak się ich tu nazywa, pojawiają się od czasu do czasu na scenie. Ich widok wpływa korzystnie na poczucie bezpieczeństwa protestujących, wśród których stale krążą plotki o przygotowywanych atakach znienawidzonego Berkutu. Na korytarzach Profspiłki często można zobaczyć potężnego mężczyznę w piaskowym mundurze, również „Afgańca” . Według jednego z moich rozmówców, który sam mówi, że dosłużył się pułkownika, ten już jest generałem. Na pytanie o nazwisko reaguje: „Po co ci to? Jak generał, to generał”. Ze sposobu odnoszenia się do niego innych osób w moro można wywnioskować, że mój rozmówca ma rację. W społeczeństwie, w którym olbrzymia część mężczyzn przeszła służbę wojskową, a służby mundurowe są bardzo liczne, stopnie wojskowe mają olbrzymie znaczenie. A formacje tym bardziej. Pewne części budynku Sztabu są niedostępne nawet dla osób z identyfikatorem prasowym, który zazwyczaj otwiera każde drzwi. Stepan Kubiv tłumaczy mi, że często w budynku przebywają na spotkaniach dyplomaci UE i USA i organizatorzy musieli wprowadzić podwyższone standardy ochrony. Na pewno takie standardy obowiązują w pobliżu głównych liderów opozycji. Ich oczywiście nie ochraniają wolontariusze. FINANSOWANIE
OCHRONA I „AFGAŃCY”
Temat finansów, podobnie jak i ochrony jest przedstawiany chętnie tylko do pewnego momentu. Bardzo dużo ludzi, chcąc wesprzeć protest, wrzuca pieniądze do specjalnych przezroczystych urn. Wieczorem pieniądze są liczone przez specjalną komisję. W ciągu jednego dnia Sztab potrafił w ten sposób zebrać nawet 200 tys. hrywien (ok. 75 tys. zł). Jeden z moich rozmówców mówił, że do tych urn wrzucają pieniądze również zaprzyjaźnieni przedsiębiorcy. Oni na pewno nie przelewają środków na specjalnie uruchomione w tym celu konto. Obawiali by się represji ze strony państwowego aparatu skarbowego.
Ponad 5000 osób pracuje jako ochroniarze. Są pogrupowani w sotnie. Do strzeżenia mają kilkadziesiąt punktów kontrolnych: na barykadach, pomiędzy poszczególnymi częściami Majdanu, w budynkach przy wejściach, na piętrach oraz wokół miejsc dowodzenia. Ochrona żąda pokazywania zawartości toreb, usuwa pijanych, a także ochrania pikietujących pod obiektami rządowymi. Ochroniarz posiada imienny identyfikator, bardzo często kask lub hełm, ochraniacze - często robione własnymi środkami z butelek PET, tektury, taśmy. Ochrona posiada również kamizelki odblaskowe. We
Wiele firm anonimowo przekazuje potrzebne dla protestujących przedmioty i sprzęt. W taki sposób pojawiły się na Majdanie namioty, kuchnie polowe czy odzież. Połowa przenośnych toalet jest udostępniona za darmo, za drugą organizatorzy płacą dziennie 250 hrywien za sztukę. Scenę razem z nagłośnieniem zorganizował deputowany Oleś Donij, nota bene związany z instytucją kulturalną, organizującą m.in. koncerty z jak najbardziej aktualną nazwą: „Ostatnia barykada”. Donij nie wspiera opozycji, ale pomógł w organizacji Majdanu.
Szczególne znaczenie od początku protestu pełniła informacja. Dlatego stworzony został specjalny profil społecznościowy Euromajdan, który do dziś jest jednym z najważniejszych mediów na bieżąco informujących o wydarzeniach. W Sztabie jest też kilka pomieszczeń Centrum Prasowego Narodowego Protestu. Dziennikarze, w celu zwiększenia bezpieczeństwa, dostają tutaj identyfikatory prasowe oraz kamizelki odblaskowe z napisem „Press”. Wielu dziennikarzy w czasie starć zostało rannych. Opozycja jednak bardzo stara się, aby pokazać, że nie jest odpowiedzialna za ataki na przedstawicieli mediów. Na marginesie; większość przebywających tu dziennikarzy ma kaski i maski przeciwgazowe. Na Bankowej były one bardzo przydatne. W Centrum jest sala konferencyjna, gdzie przez cały dzień odbywają się konferencje prasowe, briefingi i podstawowa infrastruktura, umożliwiająca pracę: stoły, krzesła, dostęp do Internetu, oraz podgląd Majdanu, który jest po przeciwnej stronie ulicy. Dziennikarze mogą również korzystać z darmowego wyżywienia i noclegu. W Centrum Prasowym jednorazowo przebywa od kilkudziesięciu do ponad stu dziennikarzy z całego świata. Polscy dziennikarze stanowią tu jedną z liczniejszych grup. PIENIĄDZE GDZIEŚ TRZEBA ZAROBIĆ Obraz Majdanu dla zewnętrznego obserwatora, oderwanego od głównego celu protestu, może wydawać się niezwykle pociągający. Potężny śpiew, emocje, morze ludzi, ogniska, wartownicy i to wszystko w zimowej scenerii przywodzi na myśl jakiś mityczny romantyczny zryw przeciw tyranom. Jednak za tym obrazem kryje się wiele złożonych realnych spraw. Za nim kryje się również ta potężna machina organizacyjna, z wielkimi finansami i czasami także sprzecznymi interesami. Patrząc na Majdan można sobie wyobrazić, że Ukraińcy mogą lepiej dbać o swoje Państwo niż dotychczas. Potrafią się świetnie zorganizować. O obywatelskim wymiarze Majdanu mówi zarówno komendant Stepan Kubiv, jak i przedstawiciele organizacji pozarządowych. Kubiv jednak zwraca uwagę na poważny problem: „Majdan może być strukturą obywatelską maksymalnie miesiąc, może dwa, ale później musi się stać strukturą o charakterze instytucjonalnym. Ludzie muszą przecież gdzieś zarabiać pieniądze, za miesiąc są święta” Doskonale zdaje sobie również z tego sprawę druga strona konfliktu. Protestu w takiej formie nie da się ciągnąć w nieskończoność. Jeśli Rewolucja wygra, czy uda się wykorzystać stworzony potencjał ludzki i organizacyjny? Czy skończy się to jak przy poprzedniej, pomarańczowej Rewolucji? A jeśli przegra? Co stanie się z tysiącami oficjalnie wspierającymi protestujących? Czy w jednym i drugim wypadku Ukraińcy będą potrafili powrócić z ulic do domów? Paweł Bobołowicz
Str. 12
K u r i e r W n e t
TRaDycja
kUlTURa
HisTORia
Sadźmy, przyjacielu, róże
Czy rozmyśla Pani nad współczesną Polską?
- Polska jest bogata bogactwem bezcennym - miłością tych, którzy dla niej żyli i ginęli, przedkładając służbę ojczyźnie ponad własne sprawy. Naszym zadaniem jest nie zaprzepaścić tego dziedzictwa, tylko podjąć je i rozwinąć na miarę talentów i możliwości - powiedziała Anna Żochowska, lekarka, matka pięciorga dzieci i prezes Fundacji Sztafeta. Magdalena Kozik: Zacznijmy od fundacji, chociaż to nie od niej się wszystko zaczęło. Anna Żochowska: Fundacja nie była pomysłem na życie. Ona się po prostu urodziła. W pewnym momencie stało się nieuniknione skorzystanie z takiej formy dla realizacji pomysłów, których nie moglibyśmy urzeczywistnić własnymi środkami. Od sześciu lat w Garwolinie tworzyliśmy w przyjacielskim gronie Teatr Muzyczny Od Czapy. Szczególna nazwa wzięła się od nazwiska Juliana Czaporowskiego, który sprawuje opiekę nad muzyczną stroną naszych działań. Można powiedzieć, że przez kilka lat żyliśmy w naszej teatralnej rodzinie jak w tolkienowskim Shire – na uboczu wydarzeń, honorując ważne rocznice i mniej oficjalne jubileusze, śpiewając dawne piosenki, snując swój wątek z dala od głównego nurtu spraw bieżących. Okazało się jednak, że takiego nagromadzenia młodych talentów, jakie nawiedziło garwolińską ziemię, nie sposób ukryć przed światem. – Trzeba było wyjść z naszego garwolińskiego Śródziemia na przykład do warszawskiego Śródmieścia. A najpierw na Wolę. Tam podczas przedstawienia o Powstaniu Warszawskim „Gdzie jesteś, moja Polsko” pojawił się pomysł stworzenia muzycznej oprawy nieznanych wierszy „Ziutka” Szczepańskiego, powstańczego poety, autora „Pałacyku Michla”. I żeby nadać temu przedsięwzięciu rozmach, trzeba było zacząć działać na większą skalę. A dlaczego akurat fundacja? Jest to twór bardziej dynamiczny niż stowarzyszenie. Nie bez znaczenia jest, że w tym przypadku spotkali się ludzie, którzy mają do siebie zaufanie – dzięki temu łatwiej działać, a sprawy formalne nie stają się przeszkodą. Wystartowaliście ostro, od razu z dużym projektem… Na początku był koncert „Ziutkowi na urodziny” w Muzeum Powstania Warszawskiego – równo rok temu, w 90 urodziny Józefa Szczepańskiego. Duża sprawa, ponad 800 widzów. Na koncert zostały skomponowane piosenki, nagrane potem na płytę „Wspomnij Ziutka”, które żyją już własnym radiowym życiem, zajmując miejsca na listach przebojów, tak jak np. utwór „Dziś idę walczyć, mamo” z muzyką Małgorzaty Godlewskiej, śpiewany przez Janka Rozmanowskiego, czy „Już nie wróci chłopiec Twój” Weroniki Kowalskiej. Ostatecznie płyta „Wspomnij Ziutka” nadała tytuł projektowi i koncertom promocyjnym w różnych miastach. Odwiedziliśmy z „Ziutkiem” Kraków, Rzeszów, Otwock no i rzecz jasna Garwolin. Przy okazji projektu nawiązaliśmy kontakty ze świetnymi muzykami, którzy włączyli się w nasze przedsięwzięcie całym sercem. Bez Małgorzaty Godlewskiej, Tomka Budzyńskiego, Darka Budkiewicza, PioReklama
Fot. SAI
w 30. rocznicę jego pogrzebu. Piosenki te zaśpiewane zostaną podczas koncertów „Grudniowe głosy, grudniowe losy” pamięci ofiar Grudnia'70 i stanu wojennego, który właśnie przygotowujemy. Przymierzamy się także do nagrania płyty z wierszami Grzegorza Przemyka. Cały czas realizowany jest projekt śpiewania piosenek powstańczych, piosenek lwowskich, np. na Jarmarkach Wnet. Chcemy przypominać zapomnianych autorów, np. Feliksa Konarskiego, autora pieśni „Czerwone maki na Monte Cassino” – tu też plany są konkretne. 17 maja 2014r. w przededniu 70. rocznicy bitwy pod Monte Cassino planujemy koncert w Arkadach Kubickiego na Zamku Królewskim A skąd u Pani takie zaangażowanie w przekazywanie wartości, skąd zainteresowanie historią?
tra Bajusa nie mogłoby się to udać. A ostatnio opiekę wokalną nad naszą śpiewającą gromadką zaczęła sprawować Lidia Pospieszalska. Jak widać, odległości geograficzne nie są aż taką przeszkodą, jeśli łączy wspólne zamiłowanie… Projekt „Wspomnij Ziutka” odniósł wielki sukces, czy ruszacie na podbój świata? Jeśli będzie taka potrzeba – nie ma problemu. Nie myślimy w kategoriach sukces-porażka. Po prostu robimy dużo różnych rzeczy o wspólnym mianowniku. Tylko trochę jak drwal, który nie nadąża naostrzyć siekiery, za mało dbamy o sprawy wizerunkowe. Właściwie naszym PR jest jedynie zapał i młodość nie tyle ta metrykalna, bo z tym bywa różnie, co taka duchowa. Z tym wiąże się m.in. gotowość do szybkiego podjęcia artystycznych działań, jeżeli jest ku temu ważny powód. W końcu służymy poczciwej sprawie. Jak zatem w mijającym roku przyczynialiście się „ku pożytkowi dobra wspólnego”, kontynuując cytowaną
myśl? Proszę przypomnieć inne tegoroczne projekty fundacji Trochę się tego zebrało, bo tak naprawdę robimy dużo więcej, niż wynika to z naszej strony internetowej… Na pewno bardzo ważny był dla nas udział w Koncercie Pamięci ofiar Rzezi na Wołyniu, w 70 rocznicę tych wydarzeń. Fundacja współorganizowała koncert na placu Zamkowym na zakończenie Marszu Pamięci, a ważnym punktem koncertu był występ Teatru Od Czapy, przypominający stare wołyńskie pieśni i nowe kompozycje inspirowane tą tragedią. Innym projektem, który zrealizowaliśmy, był koncert pamięci Grzegorza Przemyka „Wejdź w tę muzykę”, który odbył się 19 maja 2013 roku,
To wyrosło z nurtu harcerskiego. Wychowałam się na „Kamieniach na szaniec”, a potem przyszła formacja w Niezależnym Ruchu Harcerskim, jaki narodził się po 1981 roku. Poza tym od młodych lat brzmią we mnie pieśni dawne, harcerskie, żołnierskie. Mój dziadek często śpiewał mi na dobranoc żołnierskie piosenki i chyba dzięki temu zamiłowanie do nich trwa we mnie od dzieciństwa. Mój teść i mąż są bardzo zainteresowani historią, najstarszy syn studiował historię – zgodnie z zasadą sztafety to idzie dalej. Chociaż z drugiej strony z żalem obserwuję, że obecnie młodzi ludzie nie znają muzycznego dorobku pokoleń, nie wynieśli tego z domu, ze szkół, wycięto z programów edukacyjnych muzyczne wychowanie. To smutne. Naszym działaniem wypełniamy pewną lukę, przywracamy blask, oczyszczamy i przekazujemy na nowo te rzeczy, które zostały zapomniane. Polska jest bardzo bogata w pieśni i posiada bogactwo bezcenne - miłość tych, którzy dla niej żyli i ginęli, przedkładając służbę ojczyźnie ponad własne sprawy. I nie myślę tu tylko o klasycznym bohaterskim zachowaniu z okresu wojen, ale także o życiu w niewoli, dokonywaniu wyborów, przygotowywaniu siebie do pracy w wolnej Polsce. co wybuchło np. ruchem skautowym na początku XX wieku. Tym oddychał dawny Lwów, jedyny ze szkolnictwem wyższym w języku polskim, stąd kadry dla II Rzeczpospolitej, stąd tygiel ruchów wolnościowych i samokształceniowych. Naszym zadaniem jest nie zaprzepaścić tego dziedzictwa, tylko podjąć je i rozwinąć na miarę talentów i możliwości. A nawet ponad miarę.
Zastanawia mnie to, jak można połączyć pracę w szpitalu, dom i tak wiele zajęć dodatkowych. To praca dla kilku osób, nie jednej. Szczerze mówiąc - nie wiem jak, ja nie potrafię. Zawsze mam problem krótkiej kołderki, zwłaszcza jeżeli chodzi o czas. Niestety, spóźnianie się jest moją okropną wadą, trudną do zwalczenia. Problem w tym, że wszystkie te przestrzenie zachodzą jedna na drugą. Koniec końców najmniej czasu pozostaje na sen. Ale nie ma wyjścia, rodzina, medycyna i fundacja muszą się ze sobą dogadywać jakoś, a ja temu kibicuję… Na szczęście wszystkie moje dzieci są zaangażowane w działalność Teatru Od Czapy i fundacji. Samą nazwę „Sztafeta” zawdzięczam jednemu z synów, który opowiedział mi o zdarzeniu, jakie miało miejsce, gdy jako harcerz pełnił służbę pod Pałacem Prezydenckim zaraz po katastrofie smoleńskiej. Przejęcie znicza od pewnej starszej pani ze znaczkiem Polski Walczącej w klapie odebrał symbolicznie – jako przekazanie pałeczki w sztafecie. Po tym, jak opowiedział mi o tej historii, nazwa dla fundacji stała się czymś oczywistym.
Nie tyle rozmyślam, co żyję w niej. Jestem jej częścią, a Ona częścią mnie. Bardzo ważną. Jestem tu i teraz i nie mam zamiaru boczyć się, że to kiepski moment i emigrować wewnętrznie. Nie skupiam się na katastroficznych wizjach, tylko robię to, co rozpoznaję jako swoje zadanie. Krzysztof Skowroński, obserwując naszą odprawę przed koncertem w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, nawiązał do tego, że mogłaby tak wyglądać odprawa oddziału powstańczego. Trochę prawdy w tym jest. To taki współczesny rodzaj walki. Tylko nie mnie znać efekty. Jak zalecał Seweryn Goszczyński w swoim wierszu pisanym po Powstaniu Listopadowym, który śpiewamy w naszych programach: Sadźmy, przyjacielu, róże! Długo jeszcze, długo światu Szumieć będą śnieżne burze: Sadźmy je przyszłemu latu! Śpiewanie jest ważne w dzisiejszych czasach? Oczywiście. Śpiewanie w najtrudniejszych sytuacjach dodaje otuchy. Nie myślimy w ten sposób, ale przecież śpiewanie może być radosnym obdarowywaniem innych, wywołaniem różnych emocji – często nie jesteśmy świadomi, jak ważnych. Wywołanie uśmiechu i specyficznego stanu kiedy „serce roście”, jest jak promyk słońca zza ciężkich chmur. Wiadomo, że nie rozpędzi nawałnicy, ale daje znać, że istnieje słońce, które wcześniej czy później zza chmur wyjdzie. Młodzi ludzie - wykonawcy i odbiorcy - otwierają się na muzykę, ale również na treści i na sposób działania. Mam nadzieję, że sadzimy róże dobrego gatunku, a one pięknie się rozrosną. Na całą Polskę. Rozmawiała Magdalena Kozik
Jeżeli możesz pomóc Fundacji Sztafeta w realizacji ważnych projektów - po prostu ZRÓB TO! Nr rachunku bankowego: Bank Spółdzielczy 86 9210 0008 0016 4180 2000 0010 Twoja pomoc jest jest bardzo cenna! Plany na rok 2014: wydanie płyty z utworami do wierszy Grzegorza Przemyka„Wejdź w tę muzykę”
benefis Feliksa Konarskiego - Ref-Rena, autora pieśni „Czerwone
Maki na Monte Cassino”, w 70 rocznicę bitwy kontynuacja projektu „Wspomnij Ziutka” w ramach akcji „Burza2014.pl” program stypendialny dla uzdolnionej muzycznie młodzieży
Marsz, marsz dąbrowski JESTEŚMY DUMNI Z POLSKIEJ HISTORII Stowarzyszenie Historyczne Legionów Polskich i Mazurka Dąbrowskiego z siedzibą w Nysie utworzyła grupa pasjonatów historii. Naszą wiedzę i umiejętności potrafimy pokazać w bardzo interesującej, barwnej i niekonwencjonalnej formie, wciągającej obserwatorów w realia epoki napoleońskiej. Przybliżamy w ten sposób dzieje Legionów Polskich we Włoszech, ich twórcę gen. Jana Henryka Dąbrowskiego, powrót Legionów na ojczystą ziemię oraz liczne bitwy, w których ta formacja uczestniczyła. Część z tych bitew została w ostatnich latach odtworzona z wielkim pietyzmem, m. In. Nysa, Koźle, Kłodzko, Srebrna Góra. Legiony Dąbrowskiego grały w tych rekonstrukcjach ważną rolę. Bierzemy udział w inscenizacjach wydarzeń historycznych nie tylko w Polsce, ale również w wielu krajach europejskich – wystąpiliśmy w wielkich widowiskach batalistycznych m.in. na terenie Francji Włoch, Niemiec, Austrii, Czech, Węgier, Litwy i Rosji. JAK POWSTAŁY LEGIONY POLSKIE WE WŁOSZECH? Po upadku powstania kościuszkowskiego i po trzecim rozbiorze Polski wielu patriotów opuściło ojczyznę, w większości przenieśli się do Paryża. Wybór ten nie był przypadkowy - wrogami Francji były państwa, które dokonały rozbioru Polski. Emigranci utworzyli dwa ugrupowania - Agencję i Deputację Polską, z których każde uważało się za reprezentanta interesów narodowych. Starali się skłonić Francję do jawnego poparcia sprawy polskiej. Dyrektoriat (rząd republikańskiej Francji) nie kwapił się z pomocą dla Polski, ale postanowił wykorzystać Polaków do wzmocnie-
nia sił armii francuskiej w północnych Włoszech. Komenda oraz odznaki stopni wojskowych miały być polskie. Obok gen. Jana Henryka Dąbrowskiego, uczestnika Insurekcji Kościuszkowskiej, Legiony tworzyli także generał Karol Kniaziewicz i Józef Wybicki - publicysta, pisarz i działacz polityczny z okresu Sejmu Czteroletniego. Większość oficerów legionowych rekrutowała się z armii insurekcyjnej 1794 r. W Legionach zniesiono kary cielesne i wprowadzono awanse podoficerskie i oficerskie wyłącznie za zasługi bojowe i ze względu na przydatność do służby. Oficerowie, aby otworzyć żołnierzom drogę do awansu, uczyli ich czytać i pisać oraz zapoznawali z historią Polski. Współżycie między kadrą oficerską, a żołnierzami w pełni odpowiadało wypisanemu na szlifach mundurów hasłu: "Wszyscy ludzie wolni są bracia". MAZUREK DĄBROWSKIEGO W lipcu 1797 r., kiedy Legiony Polskie stacjonowały w Reggio di’Emilia, Józef Wybicki ułożył słowa do prostej, pochodzącej z Podlasia melodii mazurka. We Włoszech powstała Pieśń Legionów Polskich, znana także jako Mazurek Dąbrowskiego. Pieśń ta wyrażała nadzieję żołnierzy tułaczy na rychły powrót z bronią w ręku do umęczonej ojczyzny i rozkucie jej z łańcuchów niewoli. Mazurek, trafiając do serc legionistów, szybko się rozpowszechnił i mobilizował do wytrwania w ofiarnej walce. Pieśń towarzyszyła Legionom, docierając w krótkim czasie do kraju, gdzie także budziła nadzieje na niepodległość. Powszechna znajomość utworu spowodowała, że po odzyskaniu przez Polskę niepodległości po I wojnie światowej Mazurek Dąbrowskiego stał się naszym hymnem narodowym. W początkach 1797 roku Legiony liczyły ok. 3600 żołnierzy, a w lecie tegoż roku już 7000. W końcu 1801 roku nastą-
piła reorganizacja Legionów - utworzono trzy półbrygady piechoty po 3710 ludzi każda. W ciągu całej historii jednostki przez szeregi legionowe przeszło 800 oficerów i ponad 34 tys. żołnierzy. W trakcie walk poległo 20 tysięcy. Legiony przypominały własnemu narodowi i Europie, że "jeszcze Polska nie zginęła". Wysiłek Legionów przekreślił plany zaborców, dotyczące unicestwienia nie tylko państwa, ale także narodu polskiego. Legioniści zapoczątkowali walkę o odzyskanie niepodległości, którą naród polski prowadził aż do zwycięstwa w 1918 roku. KULTYWOWANIE TRADYCJI LEGIONOWYCH DZIŚ Jest dla nas, miłośników historii Polski, wielkim zaszczytem prezentowanie dorobku jedynych pod koniec XVIII i na początku XIX w. polskich jednostek wojskowych, walczących o powrót Rzeczypospolitej na mapę Europy. Obecnie nasze Legiony to oddział infanterii i artylerii oraz werbliści stacjonujący w Nysie, a także kawaleria, poczet sztandarowy i kuchnia polowa, skoszarowane w stadninie Rozwadza k. Koźla. Aby dorównać wyszkoleniem i prezencją innym oddziałom, biorącym udział w bitwach, odbywamy tak często, jak tylko to możliwe, ćwiczenia strzelania, musztry pieszej i konnej, próby pododdziału werblistów, czyszczenia broni, pielęgnacji koni itd. Największą nagrodą dla najbardziej zaangażowanych legionistów są wyjazdy na rekonstrukcje bitew i wycieczki po całej niemal Europie. Chętnie przyjmiemy do oddziału wszystkich zainteresowanych historią Polski. „I Ty wstąp do nas, zostań żołnierzem Wielkiej Armii” Zapraszamy do współpracy.
K u r i e r W n e t
TRaDycja
kUlTURa
Str. 13
HisTORia
CHEŁMNO POMORSKIE n/WISŁĄ 05.11.1982 r. – 16.02.1983 r.
cownicy z zakładów pracy z całej Polski, którzy mieli kierownicze funkcje w Solidarności tych zakładów. Był to jeszcze stan wojenny (…). Na pewno typowanie rezerwistów na ćwiczenia odbyło się przez SB, albowiem chcieli się ich pozbyć. Opozycja w tym czasie zaczęła organizować strajki w zakładach pracy, a byli to potencjalni przywódcy, dlatego powołano ich na ćwiczenia do wojska”. NIEBEZPIECZNI PRZESTĘPCY Z SOLIDARNOŚCI „Oficjalnie powiedziano nam, że pilnują nas patrole wyposażone w ostrą amunicję. Że mają obowiązek użycia przeciwko nam broni, gdybyśmy samowolnie chcieli opuścić obozowisko. Ponieważ ja nie miałem po zawale serca żadnej opieki medycznej, powiedziałem zdesperowany oficerowi politycznemu kompanii, że spróbuję po pomoc medyczną udać się sam do szpitala w Chełmnie. Padła odpowiedz – nie radzę, mogą was zastrzelić. (…) Apele odbywały się na zewnątrz namiotów i musieli stawić się wszyscy żołnierze i nawet ci, którzy mieli napisane, że mają chodzić w miękkim obuwiu. Była to taka złośliwość dowódcy, bo nigdy nie wychodziło [nam – przyp. red.] jego powitanie. A więc mieliśmy ćwiczyć je do czasu, aż wypadnie pozytywnie, a do poprawności miało nas zmusić cierpienie na mrozie naszych chorych kolegów. (…) Ale nie tylko to przeszkadzało naszemu Duce, tak się kazał nazywać. Nie mieliśmy prawa do żadnej oficjalnej korespondencji z naszymi rodzinami.W trakcie tzw. kipiszy w namiotach sprawdzano m. in., czy nie posiadamy listów.( str.1509 zeznań Szefa Sztabu 2 Batalionu Pontonowego kpt. Mariana Jana Gosza). Nasze żony, dzieci , jeżeli już udało im się dotrzeć do Chełmna, były przed widzeniem z nami poddawane osobistej rewizji( str.1510 zeznań kpt. Gosza). I jeszcze jeden cytat, tym razem wojskowego lekarza Andrzeja Władysława Ługowskiego: ,,W tej grupie były osoby krótko po przebytych zabiegach operacyjnych jeszcze w opatrunkach gipsowych. Pamiętam, że była osoba, która miała gips od kręgosłupa szyjnego do lędźwiowego i była praktycznie unieruchomiona – była to osoba leżąca. Nie wiem, jak się dostała do jednostki. Były jeszcze inne osoby w opatrunkach gipsowych, prawdopodobnie był przypadek unieruchomienia całej kończyny dolnej, bądź po operacji lub po urazie. Były osoby z urazami ortopedycznymi szyi. Również były osoby z infekcjami, gorączkujące z zapaleniem dróg oddechowych, z dyskopatią ktoś był. Rozrzut dolegliwości był spory. Były to osoby, które ewidentnie nie nadawały się do wojska. (…) Według mojej oceny było kilka osób na izbie chorych, u których było realne zagrożenie dla utraty zdrowia czy też wręcz życia. (…) ,,Ja odniosłem takie wrażenie, że robiono wszystko, aby nie zwalniać hospitalizowanych do domu. Podejrzewam, że szpital w Grudziądzu wiedział kogo bada, a komendant dostał odpowiednie wytyczne. Słuchając na bieżąco Wolnej Europy, gdzie były podawane komunikaty z tego, co się działo w Chełmnie, było mi wiadomo, jacy rezerwiści zostali wcieleni do jednostki. Byli to ludzie, którzy nie zgadzali się z ówczesną rzeczywistością. Uważam, że ta ich służba miała na celu wyłączenie ich ze społeczeństwa z uwagi na ich poglądy i działalność”. Jak wynika z zeznań oficera kontrwywiadu kpt. Witolda Ludwika Dobrowolskiego, Służba Bezpieczeństwa bardzo świadomie wybierała osadzonych. „Od razu było wiadomym , że będą to pra-
Reklama
Jest późna jesień 1982 roku. Zbliża się pierwsza rocznica wprowadzenia stanu wojennego w Polsce przez juntę Jaruzelskiego. Prawdopodobnie w poczuciu sukcesu ze zdławienia „Solidarności”, a także dlatego, że ze względu na międzynarodowe zobowiązania Polski status internowanego zapewniał przetrzymywanym jednak pewne prawa, w listopadzie 1982 roku około 1500 działaczy „Solidarności” i opozycji demokratycznej powołanych zostało na przymusowe ćwiczenia wojskowe. Ci skierowani do Chełmna Pomorskiego rozlokowani zostali w brezentowych namiotach, rozbitych na podmokłym grzęzawisku w bezpośrednim sąsiedztwie Wisły. Zamiast zapowiadanego szkolenia z nowej specjalności inżynieryjno - saperskiej, zmuszano ich do wykonywania ciężkich fizycznych prac, jak kopanie dołów, które następnego dnia zasypywano. Oprócz
dania leków, namawiano do opuszczenia kraju, przystawiano pistolet do głowy, celowano z broni, grożono pozbawieniem życia. Warunki socjalno-bytowe były tragiczne: zimno, wilgotno, mokro, bez dostępu do bieżącej wody i sanitariatów. Całość ulokowanego w odludnej części rezerwatu przyrody obozu
Gen. Czesław Kiszczak: ,,Ćwiczenia wojskowe wykorzystano jako pretekst, do tego, aby odizolować element ekstremalny i wichrzycielski od środowisk w dużych aglomeracjach miejskich.” była silnie strzeżona przez uzbrojonych strażników. Miejscowa ludność została poinformowana, że w obozie przebywają szczególnie niebezpieczni przestępcy. Słowem, programowo ludzi upokarzano, zadając przetrzymywanym cierpienie fizyczne i psychiczne. BYĆ REGULAMINOWYM „DO BÓLU” Po latach oficerowie sztabowi JW. 1636, czyli 9 Pomorskiego Pułku Pontonowego w Chełmnie n/Wisłą, zostali zawezwani przed Komisję Ścigania Zbrod-
wale przejeżdżali funkcjonariusze MO. Pod pozorem sprawdzenia porządku w namiotach dowódcy plutonu, kompanii, sprawdzali, czy znajdują się pieczątki z napisem ,,obóz internowania”, ulotki, listy. Te sprawdzenia odbywały się często, na pewno kilkakrotnie” (lekarz pułku A.W.Ługowski). „Ja po latach zdałem sobie sprawę, że pułk został wciągnięty, poprzez powołanie osób z opozycji ówczesnej, w jakąś grę polityczną. Stwierdzam po latach, że było to izolowanie rezerwistów, wynikające z ówczesnych warunków politycznych. Można to porównać do internowania. Głównie chodziło o wyizolowanie ze społeczeństwa ludzi, którzy przygotowywali na 10.11.1982 r. strajk generalny” (mjr Jerzy Bylica, zastępca dowódcy pułku ds. politycznych). Inny świadek, szef sztabu 2 Batalionu Pontonowego kpt. Marian Jan Gosz: ,,Ja w tym czasie wiedziałem, a było to w 1 lub 2 dniu wcielenia rezerwistów, co to jest za rezerwa i w jakim celu przyszli do rezerwy. Wiedziałem, że są to działacze Solidarności z Polski północnej, że takich zgrupowań jest 5 lub 6 w Polsce i celem tych zgrupowań było rozbicie aktywu Solidarności i niedopuszczenie do strajku pod pozorem długotrwałego szkolenia wojskowego. Ja o tym, jacy są
WALC
Jest rzeka na wpół lodami przykryta I niewolnicze na brzegach pochody, Nad siną chmurę, ponad czarne wody W czerwonym słońcu, błysk bata Tam w tym pochodzie, w milczącym szeregu, Patrz, to twój syn. Policzek przecięty Krwawi, on idzie, małpio uśmiechnięty, Krzycz ! W niewolnictwie szczęśliwy. Rozumiesz. Jest taka cierpienia granica, Za którą się uśmiech pogodny zaczyna, I mija tak człowiek, i już zapomina O co miał walczyć i po co …. Cz. M łych Zarządów Regionów i dużych zakładów pracy.” I zeznania kolejnego oficera kontrwywiadu, kpt. Witolda Ludwika Dobrowolskiego: ,,Od razu było wiadomym , że będą to pracownicy z zakładów pracy z całej Polski, którzy mieli kierownicze funkcje w Solidarności tych zakładów. Był to jeszcze stan wojenny. Mjr Łuczak poinformował mnie o tym u niego w gabinecie, przy czym było przy tym jeszcze trzech oficerów na pewno, Bylica, innych nie pamiętam. Takie decyzje o powołaniu działaczy Solidarności do rezerwy musiały zapaść na najwyższym szczeblu wojska i państwa – to jest sprawa oczywista. To spotkanie było dosyć krót-
Fot. SAI
konieczności wykonywania całkowicie zbędnej lub upokarzającej pracy (gromadzenie krowich odchodów), rezerwistów nękano również w bardziej wyrafinowany sposób: zarządzano wielogodzinne stanie na mrozie, marszobiegi, czołganie w błocie, alarmy nocne i rewizje osobiste. Zmuszano do donoszenia na kolegów w zamian za przepustki. Namawiano do podpisania „lojalki”. Wyśmiewano się z przekonań politycznych i symboli religijnych. Straszono więzieniem, wywózką na Wschód. Odwiedziny czy raczej widzenia z małżonką odbywały się przy stoliku w obecności żołnierza zawodowego. Na apelach zapowiadano, że raczej nie wrócą już do domu. Dawano do zrozumienia, że bezpośrednie sąsiedztwo rzeki nie jest przypadkowe, że Wisłą każdy w każdej chwili może zostać „anonimowo odtransportowanym” aż do morza. Wzbudzano lęk o zdrowie odmawiając po-
ni przeciwko Narodowi Polskiemu, działającej przy delegaturze IPN w Bydgoszczy. Jak wspominali pełnioną wówczas przez siebie służbę?
to rezerwiści i w jakim celu jest to szkolenie, dowiedziałem się od p.płk. Murawskiego, który był dowódcą 2 Batalionu pontonowego.”
,,Dowódca pułku mjr. Łuczak wprowadził rygor i wszyscy się go bali, można powiedzieć, że nawet mało że się go bali, straszył kadrę zajmującą się szkoleniem rezerwistów, że jeśli się nie sprawdzą, to ich zwolni. Każdy chciał pracować i bezwzględnie wykonywaliśmy jego rozkazy i polecenia. Głównym prowadzącym szkolenie kadry był mjr Łuczak, który powiedział, że mamy być wyjątkowo konsekwentni, przestrzegać drobiazgowo przepisów, ,,do bólu”. ,,Każdy wiedział, że wcieleni rezerwiści to działacze Solidarności, ale wszyscy bali się na ten temat dyskutować. (…) Prawdą jest, że wokół zgrupowania po wale lub do samego zgrupowania przyjeżdżali żołnierze WSW (byli w mundurach) a po
Zeznanie oficera kontrwywiadu mjr.Edmunda Romana Kopaczewskiego: ,,Według mojej oceny te ćwiczenia były zagrywką polityczną, mającą na celu umożliwienie powstania OPZZ-tu w dużych zakładach pracy, gdzie była opozycja. Przypuszczam, że rezerwistów z mojego terenu do jednostki skierował Rzepecki razem z Grochowskim. Tzn. szef SB Zygmunt Grochowski sporządził listę z terenu działania oddziału, przekazał ją Rzepeckiemu, a Rzepecki przekazał do WKU. Musiały być szczególne powody, polecenia przełożonych, albowiem szef WKU nie mógłby rozesłać kart powołania na podstawie listy WSW. W trakcie pracy z rezerwistami zorientowałem się, że są to działacze Solidarności z by-
ko przed przyjęciem rezerwistów do jednostki. Decyzja o przeprowadzeniu ćwiczeń spadła na pułk nagle.” POLITYKA MIŁOŚCI À LA JARUZELSKI I KISZCZAK Słowa obu oficerów kontrwywiadu w całej rozciągłości potwierdził generał Kiszczak, zeznając do protokołu, że ćwiczenia wojskowe wykorzystano jako pretekst do tego, aby odizolować element ekstremalny i wichrzycielski od środowisk w dużych aglomeracjach miejskich, w ten sposób władza chciała zachować spokój w państwie, nie doprowadzić do strajków, rozlewu krwi, zakłóceń w produkcji”. Premier, Minister Obrony Narodowej, I Sekretarz PZPR , Przewodniczący Komitetu Obrony Kraju generał armii Wojciech Jaruzelski w typowym dla siebie stylu podkreślił z kolei, że „działania polegające na wcieleniu na ćwiczenia wojskowe były zgodne z logiką tamtego czasu, stanu wojennego. Formalnie ćwiczenia wojskowe odbywały się w ramach istniejącego porządku wojskowego i obowiązków służby wojskowej, a faktycznie intencją było odizolowanie osób, które według organów bezpieczeństwa zagrażały porządkowi publicznemu. Była to taka profilaktyka, prewencja, która miała podobieństwo do internowania. Nie skorzystano z internowania tych osób, albowiem w tamtym okresie czasu instytucja ta wygasała, a forma powołania na ćwiczenia wojskowe była mniej restrykcyjna”(!).
ARCHIPELAG GUŁAG LWP Chełmno to było małe garnizonowe miasteczko. Położony w jego pobliżu, rzadko odwiedzany przez ludzi rezerwat przyrody zwany Kępą Panieńską, był idealnym miejscem dla izolacji i prób reedukacji Polaków, którym marzyło się
Gen. Wojciech Jaruzelski ,,Po literacku można to nazwać inteligentnym internowaniem.” życie w wolnym kraju. Zamkniętych w obozie w sumie trzystu nieszczęśników nie bito ani nie mordowano, ale dręczono fizycznie i psychicznie, tak że po wyjściu z obozu wielu z nich przez lata bała się na ten temat mówić. Podobny obóz funkcjonował w Czerwonym Borze i w kilku innych jeszcze miejscach Polski. W jak wielu i ile tak naprawdę osób zostało w nich osadzonych? - tego tak naprawdę do dzisiaj nie wiemy. Archiwa Wojskowej Służby Wewnętrznej zostały w latach 1989-1990 w dużej mierze zniszczone jeszcze przez ich wieloletniego szefa gen. Bułę (choć dopiero po ich dokładnym sfotografowaniu i przesłaniu tych zdjęć do Moskwy). Przez kolejne lata pozostałości archiwów WSW znajdowały się pod pieczą Wojskowych Służb Informacyjnych, a dzisiaj wciąż objęte są klauzulą wojskowej tajemnicy państwowej. To jednak nie jedyna trudność, towarzysząca wysiłkom zmierzającym do odkrycia prawdy o wojskowych obozach specjalnych, które LWP zorganizowała na przełomie 1982 i 1983 roku. Inną, nie mniej istotną, jest decyzja Sądu Najwyższego o przedawnieniu wszystkich tych zbrodni komunistycznych, które są zagrożone karami pozbawienia wolności do lat pięciu. W ślad za nią Prokurator Generalny Andrzej Seremet, pod groźbą wyciągnięcia konsekwencji służbowych, nakazał zamknięcie wszelkich postępowań wszczętych przez IPN, dotyczących wspomnianych zbrodni. Kolejny etap prawniczej batalii, której celem jest uznanie przestępstw dokonywanych w obozach specjalnych za zbrodnię przeciwko ludzkości, co uniemożliwiałoby przedawnienie się sprawy, planowany jest na 10 grudnia br. przed Sądem Okręgowym w Warszawie. (Niestety, już po skierowaniu tego numeru Kuriera do druku.) ZAMIAST EPILOGU W odróżnieniu od internowanych więźniów politycznych, osobom przetrzymywanym w obozach specjalnych LWP nie przysługiwało prawdo do otrzymywania paczek. Te docierały do rezerwistów dzięki pomysłowości i determinacji księdza kanonika Jana Kujaczyńskiego, który podrzucał je na miejscowy poligon - i oczywiście ofiarności mieszkańców Chełmna. W paczkach tych było to, co w takich sytuacjach najważniejsze: witaminy i lekarstwa, które niejednemu „rezerwiście” pomogły po prostu fizycznie przetrwać. Ta reakcja mieszkańców Chełmna przyniosła jeszcze jedno: wystraszyła kadrę oficerską, która poczuła w tym momencie, że nie jest tak anonimowa i bezkarna, jak się jej dotąd wydawało, słusznie poniekąd przypuszczając, że skoro do obozu docierają paczki, tym bardziej mogą uciekać z niego informacje o tym, co tam się dzieje. Reżym obozowy zelżał. Na podstawie materiałów Józefa Pintery
Str. 14
K u r i e r W n e t
TRaDycja
kUlTURa
HisTORia
dLaCZEGo PoLaCY NIE ZaNIECHaLI WaLKI
Jednym z najwybitniejszych przedstawicieli umierającej II RP był mecenas Stefan Korboński, jeden z czołowych liderów Polskiego Państwa Podziemnego (1939-1945) w całym okresie jego istnienia.
W
służbie Polski. Tak najkrócej można podsumować życie mecenasa Stefana Korbońskiego, jednego z liderów Polskiego Państwa Podziemnego w całym okresie jego istnienia.
Te skromne wstępne uwagi są konieczne do zrozumienia wielkiego wysiłku polskiej emigracji politycznej, która po 1945 roku podjęła trud ratowania dla przyszłych pokoleń resztek polskiego dziedzictwa.
Równolegle dużo pisze. Na dziesiątą rocznicę Powstania Warszawskiego publikuje w bibliotece paryskiej Kultury w 1954 r. pierwszą swoją wspomnieniową książkę - „W imieniu Rzeczypospolitej”. Książka ta staje się nie tylko tzw. bestsellerem, lecz także jedną z najważniejszych publikacji oddających rzeczywistość Polski pod okupacją niemiecką i sowiecką.
Ponownie cofając się do początków, po krótkim okresie mieszkania w Nowym Jorku Korboński przenosi się do Waszyngtonu, stolicy kraju, który po II wojnie światowej stał się ostoją wolnego świata. Czyni tak, ponieważ miał pewną świadomość roli jaką USA odgrywają w polityce demokratycznego świata, chciał więc po prostu być bliżej miejsca, gdzie zapadają najważniejsze decyzje, aby zawczasu móc o nich wiedzieć, rozpoznać i oczywiście w miarę swoich możliwości wpływać na ich kształt. Oczywiście chodziło mu o decyzje dotyczące Polski oraz innych ujarzmionych przez Związek Sowiecki narodów. Równolegle od 1948 r. Korboński rozpoczyna aktywną działalność publicystyczną i interwencyjną na łamach prasy anglojęzycznej w USA, a także Kanadzie i Wielkiej Brytanii, poczynając od prestiżowego „The New York Times”.
Stefan Korboński z żoną Zofią, przymuszony polityczną sytuacją, wydostał się z kraju okupowanego przez Związek Sowiecki pod koniec października 1947 r. Po krótkim pobycie w Wielkiej Brytanii 26 listopada 1947 roku Korboński wraz żoną wylądował w Nowym Jorku, zaczynając od tego momentu działalność w kraju obcym, choć przychylnym wojennym rozbitkom, a zwłaszcza Polakom - wiernym aliantom Ameryki. W sumie S. Korboński będzie działał na emigracji na rzecz wolnej Polski przez 42 lata - dwukrotnie dłużej, niż żył i pracował w wolnej II Rzeczypospolitej.
Publikacje i działalność polityczna Korbońskiego ugruntowały jego pozycję w najwyższych sferach amerykańskiego życia publicznego. Z czego Korboński potrafił skorzystać. Jak wtedy, kiedy z jego inspiracji prezydent R. Reagan w 40 rocznicę powstania warszawskiego urządził w Białym Domu okazałe przyjęcie dla kombatantów Armii Krajowej i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Z tej uroczystości zachował się film, który doskonale uchwycił podniosłość atmosfery, a zarazem przekaz nietuzinkowych wystąpień tak Reagana, jak samego Korbońskiego.
W archiwum Z. i S. Korbońskich zachowały się niezmiernie interesujące listy, artykuły i opracowania różnorodnych i ważnych z polskiego punktu widzenia zagadnień. Mnóstwo tutaj interwencji prasowych, sprostowań dot. fałszywych doniesień nt. okupowanej Polski, czasami powstałych z powodu niewiedzy, z upływem czasu coraz częściej jednak pisanych ze źle ukrywaną złą wolą - wolą szkodzenia opinii o Polsce, szerzeniu kłamstw i dezinformacji, których głównym celem było ukrycie prawdziwego wkładu Polaków w zwycięstwo aliantów oraz niszczenie opinii Polski w wolnym świecie.
Lata 1939-1945 to najkrwawszy okres naszej historii w całych tysiącletnich dziejach narodu i państwa polskiego, kiedy z blisko 35 milionów obywateli ostało się nas raptem 22 miliony. Polska zmieniła swoje granice. Zagładzie uległa warstwy rycerska, od niepamiętnych czasów zwana ziemiaństwem, które przez stulecia kształtowało tożsamość i kulturę polskiego narodu.
Po półrocznym okresie aklimatyzacji i rozpoznawania Ameryki, Korboński wpada w prawdziwy wir pracy politycznej. Wyjeżdża do Europy kilka razy do roku, pracuje jako publicysta, komunikuje się z krajem i Polakami na falach rozgłośni Radia Wolna Europa, poszerza krąg wpływowych znajomych, zdobywając w krótkim czasie uznanie i zaufanie Departamentu Stanu USA i wszystkich prezydentów - od Harry’ego Trumana po Ronalda Reagana.
Fot. Z arch. Fundacji im. Stefana Korbońskiego
Stefan Korboński w Detroit, 1959 r.
Poniżej prezentujemy dwa listy, z archiwum Korbońskich przełożone w 2002 roku z języka angielskiego przez W. Chlebowskiego, szefa tłumaczy Białego
Domu. Dotyczą one dwóch kwestii: dbałości o pamięć historyczną oraz powołania do życia Europejskiego Zgromadzenia Narodów Ujarzmionych – inicjaty-
wy tyleż ważnej, co do dzisiaj praktycznie nieznanej w Polsce. Wspomniane listy zostały wybrane z przygotowywanego do publikacji wyboru.
amerykańskie listy Stefana Korbońskiego, ostatniego delegata Rządu RP na Kraj
K u r i e r W n e t
POlska
POlska
Str. 15
POlska
„Ryba śmierdzi od łba”
„Jedz dorsze – g... gorsze” – kiedyś kosztował grosze, ale był, choć nie najlepszą miał reputację. Teraz mówi się, że nasz dorsz jest zatruty przez ścieki spływające do Bałtyku. I reklamuje się bardzo nachalnie dorsza atlantyckiego. Zarabiają na tym oczywiście nie nasi rybacy.
D
orsz rzeczywiście schudł i wkrótce zdechnie. Naukowcy w Morskim Instytucie Rybackim w Gdyni już od sześciu lat skrobią się bezskutecznie w głowę jaka jest tego przyczyna. Mieliśmy na stołach dorsza. Niedługo pozostanie ogryzek. Tym, co jeszcze pływa w Bałtyku, utuczą się norweskie łososie. Bo to, co jeszcze dycha, choć chude, wytrzebią wielkowydajne jednostki łowcze naszych "przyjaciół" z zachodu. Oni łowią tutaj rybę nie do konsumpcji, ale na mączkę rybną, stanowiącą potem paszę dla ryb Morza Północnego. To takie rybokanibalożerstwo. Nasz dorsz wraca do Polski w brzuchu łososia. Tuczymy Norwegów. Finansowo, bo to przecież biedaki.
był prawdziwy cyrk i przeprawa z WOP-istami. Prześwietlano rybaków bardziej niż u rentgena. Na kutrach instalowano kapusiów. Straszono, przekupywano. Ale Kaszubi to twardzi ludzie. Inaczej nie przetrwaliby, żyjąc w tak trudnych warunkach.
Zdjęcia autor
NALOT Z POWIETRZA I SPOD WODY Rybacy, ryby, mewy. Tak się kojarzy morze szczurom lądowym. I słusznie. Tak było, dopóki ktoś nie zwariował i wymyślił, że trzeba sprowadzić tu kormorany. W piosence Piotra Szczepanika to nawet ładnie brzmiało. Niestety ptaszysko rozpełzło się po całym wybrzeżu. Nad Zalewem Wiślanym miało być kilkadziesiąt gniazd rozrodczych. Dziś są ich setki, może tysiące, a obok spalone żrącymi odchodami lasy. Pojedźcie tam, zobaczcie albo popłyńcie na Zalew Wiślany. Całe hektary wypalonych drzew. Na Zalewie coraz mniej ryb. Królują żarłoczne czarne ptaki, które przeniosły się także na północny-zachód, na Zatokę Pucką.
Nasi rybacy przymusowo cumują kutry przy nabrzeżach przez 2/3 miesiąca. Jeśli potem natrafią na sztorm i nie uda się odłowić przyznanych limitów, urzędnicy Unii natychmiast to zauważą i dozwolone limity połowów zmniejszą. Unia rządzi na Bałtyku.
Na domiar złego pojawił się jeszcze nowy wróg rybaków - foka szara. Zjada dziennie około 20-30 kilo ryb. A w dodatku bardzo często się zdarza, że rybacy wyciągają z sieci nadgryzione ryby. W relacji reportera telewizyjnego ten dotychczas rzadko widywany na wodach południowego Bałtyku przybysz z północy przedstawiany jest prawie jak indyjska święta krowa. Na razie w rejonie ujścia Wisły stado fok liczy sto kilkadziesiąt sztuk.
MLECZARNIA ZA RYBY Zgodę na to podpisali Miller i Kalinowski. Wytargowali przy naszej akcesji do UE kilka mleczarni. Zgodzili się natomiast na powolną śmierć polskiego rybołówstwa. Po katastrofie helikoptera, ówczesny premier L.M. dzielnie poleciał samolotem, choć na inwalidzkim wózku podpisać umowę między Polską i Unią. Dziwne, że zapomniał wtedy o morzu , o naszym morzu, o naszych rybakach, choć przedtem tyle opowiadał o swojej służbie na podwodnych łódkach. Na Kalinowskiego oczywiście rybacy nie liczyli, bo to człowiek lądowy. I chyba już wówczas myślał o swoim etacie w euro. Co tam śledzie albo szprotki wobec mlecznej krasuli! Unijna akcja zniszczyła skutecznie polskie stocznie. Potem zwinięto bandery polskich statków handlowych. Wreszcie przyszła pora na rybaków. Sprzedaj kuter - zarobisz. Wielu rybaków straciło wiarę w zawód swoich ojców i dziadków. Flota rybacka została zredukowana, potem rozpoczęto rygorystyczne kontrole. Nawet za kilka kilogramów nie zgłoszonych z połowu ryb nakładano kilkudziesięciotysięczne kary finansowe. Przyszłym pokoleniom trudno będzie uwierzyć, że ludzie morza - tak dzielni w bojach z komuną tak łatwo dali się rozbić i skłócić w wolnej Polsce. Nasze kutry wędrowały na złom, a nowoczesne "paszowce" pod duńską flagą jednym haustem zaczęły zasysać po kilkaset ton i już w czasie powrotnego rejsu przerabiały to na mączkę rybną. Nie sposób doliczyć się, ile ton małych rybek taki "smok" potrafi połknąć. Zanurza bowiem drobnoziarniste sieci i zgarnia nie tylko dorosłe osobniki, ale i narybek. Nikt nie śledzi marszruty "paszowca" - przyznają w gdyńskim Morskim Instytucie Ry-
Na Helu stworzono tak zwane fokarium. Turyści, tak jak odwiedzający zoo, lubią oglądać zwierzątka z bliska. Ciekawe, ilu z nich pomyśli, że oglądają osobniki trzymane w klatkach i akwariach wbrew ich naturze, w niewoli. Ludzie się radują - zwierzęta cierpią.
backim. Ten piękny gmach przy Skwerze Kościuszki nie będzie już niedługo potrzebny. Chyba, że na muzeum, których budowanie jest teraz w modzie. Nasi naukowcy mówią, że wiedzą, ile się łowi, ale przyznają, że nie są w stanie skontrolować dokładnie gdzie tego dokonano, na którym łowisku. Kontrolujemy i karzemy dotkliwie swoich. Unii podlizujemy się naiwnie, godząc się na jej dyktat wbrew interesom i godności naszego kraju. Polskie rybołówstwo tonie. Nie przez bałtyckie sztormy, ale przez nieporadność władzy, która goni w piętkę i nie ma wyobraźni ani pomysłu, jak zawiadywać nie tylko go-
spodarką morską, ale i jak rządzić całym krajem. To jakaś dziwna zemsta. Stoczniowcy zostali pozbawieni pracy za bunt i strajki. Rybacy na każdej łodzi mają tabliczkę "Bóg z nami". Wierni Polsce nie wymyślili separatystycznej partii podobnej do śląskiej RAŚ. Kaszubi przetrwali, choć w biedzie, niemieckie szykany. Odbudowali swoją małą flotę i szybko wypłynęli na łowiska. Wtedy zresztą Bałtyk był pełen ryb nie odławianych zbytnio w czasie wojny. Groźne za to były dryfujące po morzu miny. Potem nastała jeszcze gorsza zaraza. Czerwona. Codziennie wieczorem bronowano plaże na całym 500-kilometrowym wybrzeżu. Każdorazowe wypłynięcie z portu na połów to
W helskim fokarium twierdzą, że to foczy szpital, miejsce ratowania chorych osobników. Rybacy mówią, że pod auspicjami Uniwersytetu Gdańskiego grupa ludzi znalazła sobie sposób na łatwe zarabianie pieniędzy. Od lat nie można doprosić się wyników naukowych tego eksperymentu. Opowieści, że szara foka kiedyś żyła w wodach gdańskiej i puckiej zatoki, można między bajki włożyć. Zimą bowiem wody te szczelnie skute są lodem, a pod nim brak jest dopływu powietrza. Fokarium na Helu znajduje się przy plaży. Z kąpieliska obok korzysta latem tysiące ludzi. Nikt nie bada odchodów wpływających do zatoki w rejonie plaż. Czy zawierają składniki chorobotwórcze? Czy mogą być niebezpieczne dla ludzi? Zatoka Gdańska, a jeszcze bardziej Pucka, to małe morze, niewiele już tu łodzi rybackich, ale to jedyne takie miejsce w Polsce, gdzie dotychczas w zgodnej symbiozie żyli ludzie, ryby i ptaki. Ten dotychczasowy porządek może być zakłócony przez bezmyślną ingerencję człowieka, który udając troskę o naturę zaczyna jej coraz bardziej szkodzić. LIST Od rybaka z Jastarni otrzymaliśmy następujący list: - Prawie sto lat świętego spokoju dla rybołówstwa w naszym rejonie Bałtyku (nie licząc obostrzeń administracyjnych) musiało zostać zburzone za sprawą ,,wybitnego" eksperta , który do początków lat dziewięćdziesiątych nie chciał nawet słyszeć o tym , że morze wyrzuciło zdechłą fokę (chodzi o dyrektora Krzysztofa Skórę z foczej stacji na Helu). Rybołówstwo łososiowatych, uprawiane na małych, otwartych łodziach przybrzeżnych, zamordowane zostało przez jednego
człowieka. Bo jak nazwać fakt, że w Szwecji , Finlandii czy Danii, czyli tam gdzie, rozpoczęto restrykcyjną ochronę fok w latach siedemdziesiątych, dziś się do nich strzela. Dla zabawy ? Dla sportu? Nie. Oni obudzili się trochę za późno z tym problemem. Skutki obecności fok w tak dużych ilościach okazały się katastrofą dla ekosystemu. W rejonach występowania większych skupisk fok wszystkie ryby tam występujące okazały się być zainfekowane roznoszoną przez foki bakterią ,,pseudoterranova dispiensis”. Jedni strzelają a drugim - może tym głupim - każe się chronić foki. Rybacy z Mierzei Wiślanej nie mogąc poławiać ani łososi ani troci, zabrali sieci do ich połowu na brzeg. Wypływając daleko w morze (około 5 km) wystawiają siatki na dorsza, bo mają nadzieję, że problem fok pozostał w okolicach ujścia Wisły. Niestety to pomyłka. Szkodniki tak długo penetrują wody aż znajdą ustawione w nowym miejscu sieci. Nie przeszkadza im żadna głębokość ani odległość. Z czego teraz mają żyć rybackie rodziny? Opowiada się brednie o rejsach z turystami, którzy chcą oglądać ssaki morskie w naturze. EUROŚPIOCHY Polska powinna stworzyć własne zasady gospodarki morskiej. Zdumiewa stosunek krajowych posłów i eurodeputowanych do tych spraw. Jakoś nie słychać, by alarmowali w Warszawie i Brukseli. Rybacy mówią, że nawet jeśli niektórzy z tych wybrańców pochodzą z kaszubskiej ziemi, najwyraźniej zapomnieli, skąd ich ród i po co ich wybrano. Najwyższa pora ustąpić miejsca. To oczywiście trudne, bo profity płynące z parlamentarnych immunitetów są ogromne. Ale to prędzej czy później się skończy. Wstyd pozostanie. Tak jak po pożodze wojennej, jak po dewastacji, której uległy stocznie naszego wybrzeża w ostatnich latach – zniszczenia w rybołówstwie trzeba będzie odrabiać długo. Niestety gospodarka morska ciągle traktowana jest po macoszemu, to piąte koło u wozu. Świadczą o tym choćby ostatnie nominacje w rządzie. Kiedyś, nie tak dawno, wołano – „bierzmy sprawy w swoje ręce”. No to bierzmy! STEFAN TRUSZCZYŃSKI sekretarz generalny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich
Str. 16
K u r i e r W n e t
książka
książka
Z mocy nadziei Fragment książki Wojciecha Sumlińskiego Wszystko zaczęło się od przeszłości Bronisława Komorowskiego, w której jest wiele białych plam - od 1989 roku, a może jeszcze wcześniej? W tamtym czasie obecny prezydent RP miał spotkanie w rosyjskich nieruchomościach przy Alei Szucha w Warszawie, po którym według jednego ze świadków - miał powiedzieć, że teraz kariera stoi przed nim otworem. Co miał na myśli? Tego nie wiadomo. Wiadomo za to, że Bronisław Komorowski od lat w sposób dość szczególny był związany z ludźmi pokroju generała Tadeusza Rusaka, którego już w 1990 roku rekomendował do pełnienia funkcji szefa delegatury UOP w Krakowie. W efekcie takiej rekomendacji Rusak został przez Andrzeja Milczanowskiego mianowany na to stanowisko, a następnie, gdy Bronisław Komorowski kierował Sejmową Komisją Obrony Narodowej i MON, został szefem Wojskowych Służb Informacyjnych. W całej sprawie nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Komorowski to zasłużony działacz antykomunistycznej opozycji, zaś Rusak, jako dowódca kompanii czołgów w grudniu 1981 roku, zgłosił się na ochotnika do pacyfikowania kopalni „Wujek”. Czołgi miały zostać użyte, gdyby ze spacyfikowaniem kopalni nie poradził sobie pluton specjalny ZOMO, ale że sobie „świetnie” poradził mordując 9 górników, raniąc 21 innych i pacyfikując całą resztę, propozycja Rusaka o rozjechaniu ich czołgami nie musiała już być realizowana. Współpraca obu panów była kontynuowana, gdy Bronisław Komorowski został przewodniczącym Sejmowej Komisji Obrony Narodowej, następnie Ministrem Obrony Narodowej, a w tym samym czasie Ta-
deusz Rusak został szefem Wojskowych Służb Informacyjnych. Współpraca ta znalazła także odzwierciedlenie w odniesieniu do działalności Fundacji „Pro Civili”, której skład osobowy, działania, a także prowadzone względem niej osłonowe procedury operacyjne, wskazują na dwa przynajmniej fakty: że było to przedsięwzięcie zorganizowane i prowadzone od samego początku przez Wojskowe Służby Informacyjne pod specyficznym nadzorem Ministerstwa Obrony Narodowej. I fakt drugi: ci, którzy mięli „paskudny” zwyczaj interesowania się prawdziwą działalnością tej Fundacji – źle kończyli. Ostatecznie działalność „Pro Civili” zawieszono, ale setki milionów przepadły bezpowrotnie. Działalność Fundacji, w związku z którą śmierć poniosło co najmniej kilka osób i bezpowrotnie zniknęły miliardy złotych, nie została wyjaśniona nigdy. Próbowałem zająć się tym tematem i w styczniu 2007 roku, jako dziennikarz Telewizji Polskiej pracujący dla programu śledczego „30 minut”, pojechałem z ekipą TVP do Sejmu, by zadać kilka niewygodnych pytań ówczesnemu marszałkowi Bronisławowi Komorowskiemu. By nam nie przeszkadzano, marszałek zaproponował, że rozmowa odbędzie się w jego gabinecie. Oczywiście umawiając się na spotkanie słowem nie wspomniałem, że będę chciał rozmawiać o „Pro Civili”. Ale nie skłamałem: rozmowa miała dotyczyć Wojskowych Służb Informacyjnych, a wspomniana Fundacja została założona przez żołnierzy tej służby, więc awizowany temat rozmowy obejmował także i „Pro Civili”. Przynajmniej w moim przekonaniu. Okazało się jednak, że Bronisław
Komorowski miał na ten temat inne zdanie. Po pierwszych ogólnych pytaniach o przyczyny i skutki likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, na które Bronisław Komorowski odpowiadał chętnie, szeroko uzasadniając, przeszedłem do konkretów. – Panie marszałku, czy słyszał pan o Fundacji „Pro Civili”? Wlepił we mnie wzrok, a jego usta ściągnęły się powoli. – Umawialiśmy się na rozmowę o Wojskowych Służbach informacyjnych. – A Fundacja „Pro Civili” została założona przez żołnierzy WSI. Dlatego powtórzę pytanie: czy zna pan Fundację Pro Civili” i czy coś pana z nią łączyło ? Przeszyły mnie szare oczy. Marszałek milczał. – Panie marszałku, następne pytanie: czy docierały do pana, jako Ministra Obrony Narodowej, informacje o specyficznej kooperacji Wojskowej Akademii Technicznej z Fundacją „Pro Civili”? – Mam nadzieję, że pan wie, co robi? – Wiem doskonale. Czy odpowie pan na moje pytanie? – Ma pan minutę na opuszczenie mojego gabinetu, a potem wezwę straż. Mocne słowa, żadnego owijania w bawełnę. Marszałek wymienił porozumie-
wawcze spojrzenie ze swoim współpracownikiem, który opuścił gabinet, nie potrafiłem jednak odczytać sensu tego spojrzenia. – Dlaczego nie chce pan ze mną rozmawiać? Przyszedłem do pana w imieniu opinii publicznej, która ma prawo wiedzieć... – Pół minuty... Gospodarz podwinął rękaw marynarki i ostentacyjnie spoglądał na zegarek. – Wyjdzie pan sam, czy ma panu pomóc straż? Gdy wracaliśmy do telewizji, myślałem o tym, że mam o jednego wroga więcej. Nie niepokoiło mnie to jednak. Uważałem, że po prostu staram się rzetelnie wykonywać swoją pracę, która często bywała mało przyjemna, zarówno dla mnie, jak i dla moich rozmówców. Myślałem o tym, że udało mi się zaskoczyć mojego rozmówcę, ale - musiałem to przyznać - on także zaskoczył mnie. Nie spodziewał się takich pytań, a i ja nie spodziewałem się aż takiej reakcji. „Wrócę do tej rozmowy i następnym razem nie dam się tak spławić”- obiecałem sobie. Czy mogłem przypuszczać, że następnego razu nie będzie już nigdy, że marszałek zostanie prezydentem Polski, ja zaś – oskarżonym o przestępstwa? FRAGMENT NR 4: Szansa na wskazanie wszystkich winnych tej zbrodni i ujawnienie o niej prawdy pojawiła się jeszcze raz, gdy powołano Instytut Pamięci Narodowej i prokuratorowi Witkowskiemu przywrócono sprawę. Po trzyletnim śledztwie był już prawie gotowy, by ogłosić jego wyniki i wystąpić z aktem oskarżenia. I właśnie w tym momencie, kilka dni po tym, jak przekazał kierownictwu
książka IPN informację o wynikach śledztwa i jego konsekwencjach, naczelnik pionu śledczego poinformował Witkowskiego, że jego zespół de facto przestaje istnieć. Prokurator zazwyczaj wierzył w zbiegi okoliczności, ale każda wiara ma swoje granice. Nikt nie jest Einstainem, ale każdy, jak dostanie parę razy po głowie, umie dostrzec to, co widać gołym okiem: wszystko zmierzało do tego, by rola Witkowskiego jako prokuratora prowadzącego śledztwo w sprawie zabójstwa księdza Jerzego, została zakończona zanim on zamknie śledztwo. Być może ktoś uważany powszechnie za autorytet moralny, na kogo ktoś inny dysponował środkiem nacisku, przekazał jego przełożonym jakąś nieprawdziwą, rzekomo dyskredytującą informację. Być może ktoś inny, powszechnie szanowany i ceniony, zasugerował szkodliwość obranego kierunku. Przyczyny tej decyzji prawdopodobnie na zawsze pozostaną tajemnicą... Było późne popołudnie, kiedy prokurator dojechał do Lublina i słońce, które towarzyszyło mu w drodze do Warszawy, jakby symbolicznie się skryło. Ciężkie, ciemne chmury nadciągnęły nad miasto i z nieba spadł siekący deszcz. Nim z parkingu doszedł do biura, był przemoczony do suchej nitki. Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad kaprysami aury. Przed nim było bardzo dużo pracy, na wykonanie której miał bardzo niewiele czasu. Popołudnie spędził wertując starannie udokumentowane i zaopatrzone w odsyłacze akta oraz historie poszczególnych wątków śledztwa. Obejmowały one wszystkie elementy dochodzenia, które podległy mu zespół prowadził od 2001 roku i wcześniej, w latach dziewięćdziesiątych. Była to bardzo interesująca lektura, to znaczy jeżeli ktoś interesował się śmiercią, upodleniem, szantażami, kłamstwami i kombinacjami operacyjnymi. Nie znalazł tam
nic nowego, nic o czym by nie wiedział. Spędził jałowe popołudnie i wieczór na próbach zestawienia dokumentów, ale żadna nowa okoliczność nie zaczęła się z tego wyłaniać. Cały materiał dowodził jednego: nie byli gotowi, jeszcze nie. Brakowało kilku miesięcy. W najgorszym stanie był najważniejszy wątek śledztwa – wątek rosyjski, wskazujący na udział w zbrodni na Księdzu Jerzym GRU, wojskowych rosyjskich służb specjalnych. Ale wątek ten zawierał mnóstwo niewiadomych. Zaledwie przed miesiącem odkryli tu nowe tropy, które wymagały jeszcze sprawdzenia i rozwinięcia. Prokurator nie miał żadnych wątpliwości, że inspiracja zbrodni wyszła z Moskwy. Ale co innego poszlaki, a zupełnie co innego dowody. Potrzebny był czas, najważniejsza rzecz, której nie mieli... * * * Wojciech Sumliński ur. 1969, psycholog i dziennikarz śledczy. Pracował w „Życiu”, „Gazecie Polskiej", „Wprost” i TVP. Laureat nagrody Ministra Spraw Wewnętrznych za cykl reportaży o nadgranicznej przestępczości zorganizowanej, napisanych pod pseudonimem Stefan Kukulski. W roku 1996 i 2006 nominowany do nagrod „Press” w kategorii dziennikarstwa śledczego. Jako pierwszy ujawnił tajne akta świadka koronnego Jarosława Sokołowskiego ps. „Masa” oraz materiały dotyczące kontaktów lobbysty Marka Dochnala z Aleksandrem i Jolantą Kwaśniewskimi. Autor książek „Kto naprawdę Go zabił?”, „Teresa, Trawa, Robot” o nieznanych okolicznościach zabójstwa bł. ks. Jerzego Popiełuszki oraz „Z mocy bezprawia" na temat opresji, zastosowanej wobec autora poprzez bezprawnie działającą w Polsce mafię.
NIE CHCEMY ŻYĆ W ŚWIECIE ŻYWYCH CIENI „Set wiedział – a właściwie czuł to szóstym zmysłem – że w tym strasznym świecie istniała pewna szansa, furtka, przez którą można było z niego uciec. Albowiem żaden system, jakkolwiek by nie był domykany, domknąć się do końca nigdy nie da.”
F
ragment książki „Świat Żywych Cieni” autorstwa Romana Zawadzkiego (Wydawnictwo Wnet)
dzenia w jednej pozycji, podążył za nim w drogę powrotną. Idąc wolno, zakosami, dotarli do granicy swego lasku i tam, zatrzymawszy się, usiedli.
„Pod koniec pierwszego roku nauki, wczesnym latem, Ben oznajmił Sepowi, by uprzedził w domu, że następnego dnia wróci nieco później niż zwykle. Chłopak wypytywał, o co chodzi, lecz Stary zbył go krótkim ogólnikiem. Nazajutrz pobiegł do leśnej chaty zaaferowany tym, co też takiego się wydarzy. Gdy wszedł do izby, Ben bez słowa wręczył mu sporą, pustą, płócienną torbę na ramię i rzucił:
Mokry z przerażenia, zgrzany od słońca, Sep nie chciał wierzyć w to, czego przed chwilą doświadczył. O nic nie pytał, a przewodnik nie był skory do wszczynania rozmowy. Wrócili w milczeniu do chaty i po złożeniu zawartości toreb w małym pokoiku, usiedli w izbie. - I jak ci się podobało? – spytał Ben, spoglądając z uwagą na chłopca.
- Idziemy. Chłopiec uznał, że zabiera go ze sobą do kogoś chorego w osadzie. Jakież było jego zdziwienie, gdy po wyjściu z domu Stary skierował się w przeciwną stronę. Zdziwienie zmieniło się w zaskoczenie i przerażenie, gdy po wyjściu poza skraj lasu jego nauczyciel nie zatrzymał się, lecz zwolna ruszył dalej, ku leżącej dalej równinie, poprzetykanej leśnymi zagajnikami. Sep przystanął niezdecydowany, lecz Ben, obejrzawszy się, przywołał go ręką. Posłuszny wezwaniu, rozglądając się na boki z duszą na ramieniu, Sep wkroczył tam, gdzie nikt nigdy nie chodził i chodzić nie miał prawa – do Strefy Zakazanej! Miasto, jako całość, stanowiło ogromne terytorium, wszelako szczelnie odseparowane od reszty świata. Jego granice wyznaczały wydzielone strefy, do których nie wolno było wkraczać – a już tym bardziej przejść za nie – bez zezwolenia władzy. Szerokie na kilka kilometrów pasy ziemi niczyjej, po prostu zaminowano, a wolne przejścia – naszpikowano pułapkami i skrupulatnie nadzorowano z sieci gęsto rozstawionych wież strażniczych. Szczelny system czujników i kamer wychwytywał każdego, kto odważyłby się zapuścić chociażby na krok poza niewidoczną granicę Miasta. Nieszczęśnik, który powziąłby taki zamiar, albo szybko wylatywałby w powietrze, albo – namierzony wcześniej przez strażników – zostałby zabity bez pardonu. Doskonale wiedzieli o tym ludzie Wzgórza, zwłaszcza ci, którzy mieszka-
- Strasznie się bałem – wysapał Sep, lecz bez cienia pretensji w głosie. li w rejonach przygranicznych. Dzieci od maleńkości uczono, by nie zapuszczały się nawet w pobliże Stref Zakazanych. Pamięć zbiorowa przechowywała wiedzę o losie tych, którzy już to z ciekawości lub przekory, już to z głupoty, wpadali na pomysł, by osobiście sprawdzić, czy to wszystko, co opowiadają i przed czym przestrzegają, jest prawdą. Każdy, nawet najmłodszy i najgłupszy, miał zakodowane w świadomości i w odruchach, że chodzić tam nie wolno, ponieważ kończy się to śmiercią. To uwarunkowanie, przekazywane z pokolenia na pokolenie, stanowiło jedną z podstawowych reguł przetrwania – czy to na Wzgórzu, czy w pozostałych częściach Miasta. Ben powoli, ale dość pewnie, począł kluczyć zygzakiem przez puste pole, zarosłe bujną, dziką trawą. Sep szedł za nim, krok w krok po śladach, pokonując odruchowy lęk. Nie był w stanie myśleć, czuł tylko narastające przerażenie. Posuwali się powoli, aż po kilkuset metrach wkroczyli między krzewy i drzewa, tworzące spory zagajnik. Tam Stary nakazał chłopcu, by usiadł i nigdzie się nie ruszał. Sam zaczął chodzić powoli między gęstwiną, zbierając do torby rozmaite rośliny, mchy, grzyby, a także małe owocki z różnych gałęzi. Wrócił, wręczył Sepowi swoją torbę, wziął od niego drugą, pustą, i powtórzył poprzednie manewry. Po półgodzinie skinął na swego ucznia, który, zesztywniały już ze strachu i sie-
- Widziałem. Ale byłeś bardzo dzielny – Stary rzadko go chwalił, więc te słowa miały swoją wagę. - Ale jak to możliwe? Przecież mogliśmy zginąć – niemal wykrzyczane pytanie było ze wszech miar zasadne, gdyż w rozumieniu chłopaka dobrowolna wyprawa do Strefy Zakazanej równała się samobójstwu. - Ale żyjemy – wesoło odparł Ben, zacierając ręce. - Jak ty to robisz? Często tam chodzisz? – ciekawość Sepa była wystawiona na wielką próbę. – Przecież mogli nas zastrzelić – powtórzył raz jeszcze, już spokojniej. - Znają mnie – usłyszał w odpowiedzi. – I nie ruszają. - Dlaczego? – to już było wręcz niepojęte, gdyż przeczyło wszystkiemu, co wpajano mu od chwili, gdy zaczął cokolwiek rozumieć. - Czasem im pomagam. Oni przecież też chorują. To taka nasza gra. Wiedzą, że mogę im pomóc, wiec udają, że nic nie widzą – wyjaśnienie zagadki okazało się proste i banalne. – A tam rosną różne rzeczy, które się do tego przydają. - Ale jak nie zabiją, to można wejść na minę – Sep wiedział, skąd biorą się wy-
buchy, których odgłosy czasami dochodziły do nich z tamtej strony lasu. - Jak się wie, gdzie są, to nic nie wybuchnie. - A ty wiesz? - Wiem - A skąd? - Za dużo chciałbyś od razu wiedzieć. - Wiesz, jak je poznać? - Wiem, po czym poznać, że są. - Po czym? - Jak będziesz umiał patrzeć, to też się nauczysz. - A można dojść jeszcze dalej? - Można. - I co tam jest? Ben chwilę milczał, po czym zaczął długą opowieść. Dobierając słowa, zrozumiałe dla dziesięciolatka, zrobił mu wykład o tym, czym w istocie jest ich świat. Spokojnie i cierpliwie wyjaśniał, że Miasto jest tak naprawdę gigantyczną klatką, w której zamknięto kilkanaście milionów ludzi. Wolno ci żyć tylko w jego obrębie. Rodzisz się, rośniesz, uczysz się, bawisz, cierpisz, kochasz, płodzisz potomstwo, umierasz – lecz tylko tu. Każdy ma swoje miejsce, swój numer, swoje obowiązki. Główną powinnością jest praca na rzecz tego molocha. Ma sprawnie działać, nic nie może się zepsuć, nawet zaciąć. Obowiązuje zasada dyscypliny, posłuszeństwa i równowagi, której nikt nie ma prawa zakłócić. Ten, kto się z nią nie zgadza, jest wykluczany i skazany na wegetację, a ten, kto jej zagraża w sposób czynny – jest eliminowany. Kto natomiast potulnie wykonuje to, co mu się nakazuje, jest nagradzany tym, iż może mieć swoje drobne przyjemności, rozrywki, nawet zachcianki. Nadto Miasto zapewnia wszystkim mieszkańcom bezpie-
czeństwo w świecie, który je zewsząd otacza. Wszystko bez wyjątku jest policzone, oznakowane, zarządzane i kontrolowane. Z Miasta nie ma dokąd uciec, gdyż wszędzie indziej jest albo tak samo, albo jeszcze gorzej. Gdzieś daleko są inne, takie same miasta, lecz wstęp do nich jest zabroniony i grozi śmiercią. Dlatego, dla dobra obywateli, nie wypuszcza się ich poza granice własnego terytorium, tak samo, jak nie dopuszcza się tu nikogo z zewnątrz. Wyjątek stanowią desygnowani do ważnych spraw zaufani urzędnicy z grona najwyższych władz i ich sprawdzona asysta. Takie fanaberie, jak swobodne podróże, byłyby niebezpieczne, gdyż zakłócałyby równowagę całości globalnego systemu naczyń połączonych. Miasta są w zasadzie samowystarczalne, mają własne źródła żywności i dóbr, niezbędnych do życia. Jednakże każde z nich w czymś się specjalizuje i prowadzi z innymi wymianę towarów, jakie produkuje w ramach globalnego podziału pracy, oraz wiedzy, jaką pozyskuje. Wymiana ta, podobnie jak produkcja własna, odbywa się pod nadzorem osobnych służb – zresztą jest w dużym stopniu zautomatyzowana i zrobotyzowana. Zasady kooperacji miast są precyzyjnie określone i wspólnie weryfikowane na bieżąco przez właściwe po temu gremia decyzyjne. Obowiązują też wspólnie określane zasady doboru desygnowanych do nich ludzi. Wszystkie nieporozumienia załatwia się w sposób ugodowy, by nie dopuścić do konfliktów na większą skalę. Te bowiem groziłyby zakłóceniem równowagi globalnej, a na to nikt nie może sobie pozwolić. Tak zorganizowany świat wymaga sprawowania całkowitej kontrolę nad swymi mieszkańcami, gdyż nie udało się jeszcze w pełni wyeliminować tych cech człowieka, które skłaniają go do samodzielnego, samowolnego eksperymentowania z własnym życiem. Formatowanie ludzi przez edukację, adaptację społeczną i inżynierię psychospołeczną bywa niekiedy zawodne. By wyeliminować skutki nieprzewidywalności zachowań, konieczny jest totalny monitoring obywateli, a także stosowanie technik perswazyjnych lub surowych
represji wobec każdego, w kim rodziłyby się niewłaściwe myśli, emocje, potrzeby czy pomysły. Na szczęście, odpowiednio wczesne warunkowanie, wspomagane farmakologicznie, wytwarza w ludziach pożądane odruchy – zatem drastyczne środki zaradcze są raczej rzadkością. Jeśli już zachodzi konieczność ich zastosowania, wówczas w świetle reflektorów i kamer urządza się stosowne igrzyska – ku przestrodze, ale i uciesze innych. Kto grozi zakłóceniem powszechnej szczęśliwości w zrównoważonym życiu każdego z osobna i wszystkich razem, zostaje przykładnie ukarany za aprobatą ogółu. Ben opowiadał długo, niespiesznie, choć nieco chaotycznie, ubarwiając opowieść przykładami, trafiającymi do wyobraźni swego małego ucznia. Cierpliwie wyszukiwał zrozumiałe dla niego porównania z praktyki dnia codziennego. Sep słuchał, zdumiony, wystraszony, lecz zafascynowany, i ciągle przerywał, domagał się wyjaśnień. To była bardzo trudna lekcja, pasjonująca, lecz jakże odmienna od tych codziennych, zwyczajnych. Nie rozumiał wielu słów, nie potrafił też od razu wiązać ze sobą poszczególnych wątków narracji. Szybko jednak chwytał to, co najważniejsze – przydała się teraz umiejętność skojarzeń, jaką ćwiczył podczas wesołych zabaw edukacyjnych. W miarę, jak Stary kreślił przed nim obraz rzeczywistości, uzupełniał go tym, co znał z osobistych doświadczeń. * * *
Roman Zawadzki (ur. 1946). Wykładowca w Akademii Radia Wnet, autor audycji radiowej Akademii i współtwórca jej pierwszego kursu pt. „Jak nam robią wodę z mózgu?”. Tłumacz literatury naukowej i pięknej. Autor dziesięciu książek (m.in. Magia i mitologia psychologii; Psychobiografie literackie; Portrety psychologiczne; Kobieta), artykułów naukowych, popularnonaukowych, esejów, recenzji, także utworów dramatycznych. Ukończył studia na Politechnice (mechanika stosowana: bionika), doktor psychologii w Uniwersytecie Warszawskim (psychobiologia, psychologia kulturowa, psychologia twórczości, filozofia kultury i historii).
K u r i e r W n e t
DROBNE Oferuję Tłumaczenia języka niemieckiego Wieloletnie doświadczenie w zakresie tłumaczenia dokumentów z języka niemieckiego na polski oraz z języka polskiego na język niemiecki. Tłumaczenia dokumentów technicznych, farmaceutycznych, medycznych, prawniczych w trybie zwykłym i uwierzytelnionym. Kontakt: (22) 649 80 97, e-mail: info@tlumaczenia-j-niemieckiego.pl, http://tlumaczenia-j-niemieckiego.pl/, Warszawa – Ursynów Na Wieczór Wigilijny Zespół muzyczny TAKT proponuje kolędy znane i nieznane w wykonaniu trio wokalno - instrumentalnego. Przedstawimy program artystyczny 45-60 min, w trakcie którego uświetnimy uroczystość wigilijną organizowaną przez firmę, instytucję lub osoby indywidualne. Zespół muzyczny w składzie: wokal, piano, wiolonczela poprzez muzykowanie stworzy odświętną atmosferę spotkania. Kontakt: nr. tel. 606 113 124, mail: pk-wawa@o2.pl
Usługi Poligrafia tradycyjna i multimedialna, w tym interaktywne publikacje w elektronicznej formie e-booka. Przykłady na www.ksiega.com.pl. Dobre, polskie meble do Twojego biura i mieszkania! – biurka, szafy, regały, krzesła, fotele, recepcje, stoły, meble socjalne... Cały temat mebli załatwisz przy biurku! www.mebledlabiura.pl Firma jest partnerem programu Polski Ślad. Zastanawiasz się, jak sfinansować nową inwestycję? Poszukujesz pieniędzy na rozpoczęcie działalności gospodarczej albo dla twojej fundacji lub stowarzyszenia? Sięgnij po dotację unijną - oferujemy profesjonalne przygotowanie wniosku, a także opracowanie wszelkich załączników, w tym biznesplanów. Tel. 509 411 225
Turystyka www.ChatkaChorwatka.pl. Apartamenty na wyspie.
OGŁOszENia Usługi przewodnickie po Warszawie, organizacja tematycznych wycieczek dla grup zorganizowanych po kraju i krajach sąsiadujących. Jeszcze mamy kilka terminów na sezon wiosenno - letni 2014.
Jarmark Wnet Serdecznie zapraszamy do skosztowania tradycyjnego polskiego pieczywa oraz pysznego domowego ciasta! Jesteśmy piekarnią działającą od lat 30-XX wieku. Proponujemy szeroką gamę pieczywa pszennego, razowego, żytniego oraz wyroby cukiernicze, które wypiekane są w oparciu o naszą tradycyjną recepturę. Do produkcji używamy tylko naturalnego zakwasu, a nowością w naszej ofercie jest chleb życia, wypiekany bez mąki i drożdży. Szczególne miejsce w naszej ofercie zajmują produkty ekologiczne. Poza sprzedażą w naszym firmowym sklepie w Sochaczewie przy ul. Traugutta 7 nasze produkty nabyć można w Warszawie na Jarmarkach Produktów Regionalnych w C. H. Blue City, Plac Wilsona, BioBazar, Le Targ w Wilanowie, Jarmark przy ul. Ząbkowskiej. Zapraszamy! Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Handlowe V. Gzik-Janiak, J. Janiak. Tel. (46) 862 18 66. Odkąd wyrzucono mnie z pracy z gminnego ośrodka kultury, zająłem się produkcją konfitur, syropów i ciasteczek. Adres mail: mutomisie@gmail.com Galeria Ceylon Bazaar. Skórzane torebki, portfele, pufy, fotele oraz plakaty, meble, pełne palety 80x60. Sprzedaż – Jarmark Świąteczny Radia Wnet Portal DaWanda.pl Facebook – CEYLON BAZAAR, tel: 502 555 215; 514 696 475 Sery kozie własnego wyrobu, z mleka kóz wypasanych w naturalnych warunkach, niczym nie „uszlachetnionego”. Sprawdzone receptury serów francuskich, szwajcarskich, włoskich, greckich i hiszpańskich. Ręczna robota, gwarantująca niepowtarzalność, niezrównany smak i aromat. W sprzedaży również świeże i zsiadłe mleko kozie oraz serwatka. Zapraszam na Jarmark Wnet w soboty w godzinach 8-15. Kontakt poza tym terminem – 602719979. Gospodarstwo „czarna” zaprasza po prawdziwe kury rosołowe, kaczki, gęsi oraz makaron domowy (pszenny, orkisz, gryczany, żytni) jak i konfitury, grzyby marynowane i suszone. Tel: 502 154 052 lub na Jarmarku Wnet.
Zakątek Natury to miejsce, w którym znajdziecie Państwo w pełni naturalne produkty, takie jak sok z róży, soki owocowe 100%, probiotyki, miody, syropy i wiele innych. Naszym klientom dostarczamy jedynie produkty najwyższej jakości wierząc, że są najlepszym sposobem na zachowanie zdrowia i dobrego samopoczucia na co dzień. Zapraszamy na: www.zakateknatury.pl Odkąd zniszczono mi fabrykę mebli AB Perfekt postanowiłem zająć się medycyną naturalną. Aktualnie promuję krzem organiczny i inne produkty nadzwyczajne. Aleksander Bobrownicki, alternatywazdrowie@gmail.com Wieczorem, gdy wszyscy kładą się spać, „ciastowi”, „stołowi” oraz „piecowi” rozpoczynają ciężką pracę niczym pięćdziesiąt lat temu. Ciastowy starannie miesza w dzieżach za pomocą miesiarki z początku XX wieku, wcześniej wyprowadzony zakwas z wodą, mąką i solą według staropolskich receptur. Stołowi formują bochenki, wyplatają chałki z warkoczy, bułeczki i paluchy obtaczają w ziarnach… Tak przygotowane blade ciasto piecowy wkłada po kolei do trzech komór przedwojennego ceramicznego pieca. Z ostatniej komory wyjmuje już gorące, chrupiące, rumiano- złociste bochny chleba. Tak wygląda produkcja prawdziwego, zdrowego chleba. Nie ma tutaj miejsca na polepszacze, spulchniacze ani konserwanty. A to dlatego, że żadna sztuczna substancja nie zastąpi pożytecznych procesów mikrobiologicznych. Nie ma tutaj miejsca na taśmy produkcyjne i komputery. A to dlatego, że żadna maszyna nie zastąpi wieloletniego doświadczenia ludzi. Witajcie w miejscu, gdzie czas zatrzymał się pięćdziesiąt lat temu. Gdzie wieloletnie doświadczenie ludzi i receptura przekazywana z pokolenia na pokolenie bierze górę nad nowoczesną technologią. Gdzie pasja łączy się z wysiłkiem, by przy odrobinie serca stworzyć produkt, który z najczystszym sumieniem będzie można podać swoim bliskim, bez obaw o jego naturalność i dobry smak. Gdzie liczy się jakość, nie podbój rynku i działanie na masową skalę. Tutaj technika opiera się na starych recepturach i pracy ludzkich rąk – nie na automatyzacji i sztucznym zwiększaniu wydajności procesów produkcji. Witajcie w małej rodzinnej firmie, w starej Piekarni Piwoński mieszczącej się w Łomiankach od 1955 roku. Stanisław Piwoński, założyciel piekarni
1 znak kosztuje 0,25 zł Ogłoszenie w ramce jest droższe o 100 % Ogłoszenie w kontrze (biały tekst na czarnym tle) jest droższe o 200% Ogłoszenie graficzne jest droższe o 300 %
Str. 17
DROBNE
Oliwa Ekstra Virgin Grecka, kwasowość poniżej 0,3%, prosto z Krety, świeża, zdrowa nie mieszana, nie filtrowana, najwyższa jakość za rozsądną cenę. Kontakt: 696109461, adam.filipek@adagal.pl Grupa producentów żywności ekologicznej oferuje do sprzedaży Warzywa i owoce , przetwory, jaja , sery, mleko oraz drób, kaczki, gęsi, króliki. Kontakt: tel 512380103, robert87@interia.pl Na Jarmarku Wnet po świeże warzywa, owoce i kapustę kiszoną prosto z mazowieckiej wsi zapraszają Edyta i Darek.
Budownictwo Rzeczoznawcy, ekspertyzy elektryczne, sanitarne, konst-bud.; doradztwo techniczne; nadzory inwestorskie kompleksowo. Kontakt: biuro@hogar.com.pl, 604-589-834
Usługi prawne Potrzebujesz profesjonalnej porady prawnej lub podatkowej oraz wsparcia? Kancelaria Prawna Zarębski & Partnerzy oferuje kompleksowe usługi w zakresie doradztwa prawnego, podatkowego oraz windykacji. Wyślij zapytanie pod adres: kancelariazarebski@gmail.com lub zadzwoń pod nr 698-507-329.
Finanse MAXES SPÓŁKA Z O.O. Doradztwo gospodarcze – biuro rachunkowe. Nasza spółka istnieje na warszawskiej Pradze od 1990 roku i posiada licencję Ministerstwa Finansów. Dla naszych klientów prowadzimy zarówno KPiR, jak i pełną księgowość, a także rozliczenia z ZUS oraz kadry. Współpracujemy w charakterze doradców gospodarczych i finansowych oraz prowadzimy księgowość dla szeregu firm tak polskich, jak i zagranicznych. Posiadamy dobrą znajomość przepisów podatkowych i zwyczajów urzędów skarbowych poparte wieloletnim doświadczeniem. Zapraszamy do współpracy. Biuro: Warszawa ul. Środkowa 32 lok. 21; tel: 22 6192670; biuro@maxes.com.pl; www.maxes.com.pl
Komputery i Oprogramowanie Oferujemy szeroki wybór tuszy i tonerów do wszystkich. Wyłącznie oryginalne produkty, w dobrej cenie z wysyłką na cały kraj. Zapraszamy! Adres: www.tonerydlafirm.pl Od ponad 12 lat zajmujemy się tworzeniem oprogramowania WM&FK BazaN dla wspólnot mieszkaniowych i zarządców nieruchomości. Przez cały ten okres wraz z naszymi Klientami cały czas doskonalimy nasze oprogramowanie. W zeszłym roku wypuściliśmy na rynek oprogramowanie do wspomagania zarządców nieruchomości komercyjnych. Nieruchomości Komercyjne BazaN. Zapraszamy na nasze strony internetowe: www.bazan.com.pl, www.bazan.pl
Sprzedam Zapraszamy na zakupy do sklepu z herbatą i kawą z całego świata. U nas zrealizujesz pomysł na upominek świąteczny lub mile zaskoczysz domowników. www.cesarskaperla.pl Na hasło: WNET zniżka 5% Sprzedam pianino, które było własnością Wowo Bielickiego (WILHELM BIESE Hof-Piano-Forte Fabrikant Berlin). Tel. 603909902.
Rekomenduję ebooki.allegro.pl/szukaj?autor=Grzegorz+Kossowski * www.e-bookowo.pl/ nasi-autorzy/grzegorz-kossowski.html Świąteczna promocja albumu 45,- pln autor Stanisław Markowski z Krakowa! www.radiownet.pl www.lechici.eu
Czym jest Polski Ślad? „Polski Ślad” jest godłem wyróżniającym przedsiębiorstwa zostawiające w polskiej gospodarce swój pozytywny ślad i budujące potencjał ekonomiczny naszego kraju. „Polski Ślad” mogą nosić firmy, które płacą w Polsce podatki i których zyski pozostają w dyspozycji polskich właścicieli. Polski Ślad jest inicjatywą pokazującą szeroki wachlarz korzyści płynących z postaw patriotyzmu ekonomicznego wśród konsumentów i przedsiębiorców.
Praca Szukam pracy (W-wa): wyższe humanistyczne, niepełne średnie muzyczne, dobry angielski, wiele lat pracy w kulturze, doświadczenie redakcyjne (portal kulturalny); 693 468 951.
Rozrywka i Rekreacja Zapraszam na KULIGI w Mazowieckim Parku Krajobrazowym, między Otwockiem a Celestynowem. W programie ognisko, posiłek, kulig lub przejażdżka wozami konnymi. Szczegóły: www.kudlicki.pl 600 915 818 Animatorzy z pasją i doświadczeniem w pracy z dziećmi poprowadzą: urodziny, sale i kąciki dla dzieci na weselach, festyny, pikniki, bale. Kontakt: 693193877, www.UrodzinyURodziny.pl
Poszukuję Poszukuję producentów i dostawców towarów niszowych. Prowadzę sklep broniący się przed ekspansją hipermarketów. Kontakt: tel: 502 143 200, e-mail: tadeusz.wita@interia.pl Zatrudnię do pracy w gospodarstwie rolnym, hodowla krów i kóz. Kontakt: telefon 602213280
Dom i ogród
Program Polskiego Śladu polega na: • budowaniu sieci firm spełniających kryteria Polskiego Śladu i udostępnianiu im godła i innych narzędzi komunikacji z klientami oraz pozostałymi firmami zostawiającymi Polski Ślad • kampanii społecznej i edukacyjnej promującej postawy patriotyzmu ekonomicznego i świadomej konsumpcji.
Str. 18
K u r i e r W n e t
wywiaD
wywiaD
wywiaD
Nocne Rodaków Rozmowy
- Mnie żadna ideologia nie interesuje, jestem człowiekiem niezależnym w tym sensie, że niezwiązanym z żadną partią i nie interesuje mnie żadne partyjniactwo. Interesuje mnie Polska i rozwój Polski. Rozmowa z Romanem W. Rybickim, prezesem Fundacji im. Stefana Korbońskiego. Miał Pan to niebywałe szczęście poznać elitę polskiej emigracji powojennej, ludzi, których wychowała II RP. Jak to się stało, że poznał Pan między innymi Stefana i Zofię Korbońskich?
Fot. z arch. Fundacji im. Stefana Korbońskiego
Roman W. Rybicki: Stefana Korbońskiego „poznałem” najpierw z „Głosu Ameryki” i „Radia Wolna Europa”. Czytałem jego książki, bo tak się złożyło, że przez swoich mistrzów miałem dostęp do paryskiej „Kultury”, czy „Zeszytów Historycznych” i do literatury tak zwanej zakazanej za czasów PRL. Pod koniec 1981 roku udałem się do Stanów na tak zwany paszport solidarnościowy. Wcześniej przez prawie ćwierć wieku nie dostawałem paszportu, więc kiedy mi się udało, wyjechałem z pewnym programem naukowym. Miesiąc później w Polsce wprowadzono stan wojenny.
Poznawał Pan kolejne legendy? Tak. Poznałem prof. Jerzego Lerskiego, który kiedy dowiedział się, co robię, przyjął mnie nad wyraz serdecznie. I do końca życia miałem z nim niezwykle serdeczne związki, nawet chciał na początku lat 90. wrócić do Polski. Niestety śmierć to przerwała. I tak po kolei tych ludzi poznawałem i tak się zaczęła moja przygoda z człowiekiem, który był najbardziej prestiżową osobą emigracji. Pamiętam, jak przyszedłem do prof. Jana Karskiego. Już w progu zapytał mnie „ Czy Pan był już u ostatniego Delegata Rządu na Kraj? Najbardziej szlachetnego człowieka, jakiego mamy tutaj w Waszyngtonie?”.
Generał Jaruzelski zmienił Pana plany? Proszę sobie wyobrazić, że 13 grudnia wszystkie główne stacje amerykańskie poświęciły 17 minut na ciągłe audycje o Polsce. Mój ukochany przyjaciel Stanisław Drabowicz, u którego mieszkałem, krzyczy do mnie „Chodź patrz!”. I oglądałem te polewaczki na ulicach Warszawy, Gdańska czy Krakowa. Moi przyjaciele wzięli mnie za głowę i powiedzieli, że skoro jestem świeżo z Polski, to będę im pomagał. Przez cały styczeń i luty, nawet w bardzo mroźne dni, chodziliśmy ze świecami wokół dawnego budynku parlamentu w Bostonie. Przychodzili różni ludzie, nie tylko Polacy, na przykład polscy Żydzi, czy Ukraińcy: wszyscy, którzy czuli związek z Polską. Powstawały komitety wspierania „Solidarności”. Wszedłem w to z konieczności, historia narzuciła mi, co mam robić.
Z tej współpracy narodziła się przyjaźń? Z zachowaniem wszelkich proporcji, jak mówią Francuzi. Pan Korboński na początku mi się przyglądał, ale nigdy nie stwarzał dystansu pokoleniowego. Ich dom słynął z niezwykłej gościnności. Wielokrotnie tam przebywałem i powiem tak, bo będzie to chyba najwłaściwsze: „Pan Korboński zaszczycał mnie swoją przyjaźnią”. Inaczej wyglądała sprawa z panią Zofią, kiedy zacząłem do nich przyjeżdżać, ona była jeszcze czynnym pracownikiem „Głosu Ameryki”. Dzięki niej zresztą zobaczyłem, jak wygląda prawdziwe amerykańskie radio. O czym Państwo rozmawiali?
Jakie to były działania? W 1982 roku zaczęły się starania o wydawanie gazety albo robienie radia. W końcu zaczęliśmy tworzyć radio, polską audycję o nazwie „Nocne Rodaków Rozmowy”. Zacząłem jeździć po świecie. Pojechałem do mojego przyjaciela, który pracował w rozgłośni Watykańskiej. Okoliczności stworzyły ze mnie dziennikarza. Zadzwoniłem do Jana Nowaka Jeziorańskiego i powiedziałem, że jest taka historia, że robimy radio. Dał mi pełne błogosławieństwo, zaopatrzył mnie w płyty, między innymi słynną „Kawalkadę czasu”, gdzie jest zarejestrowaReklama
ny głos człowieka, który w 1898 roku na ramionach ojca, jako dziecko obserwował odsłonięcie pomnika Mickiewicza w Warszawie. Od początku słuchałem RWE, ale nagle znalazłem się w sytuacji, że poznaje tych ludzi, którzy to tworzyli. I tak „step by step” jak mówią Amerykanie, zacząłem wchodzić w to środowisko polskiej emigracji.
Stefan i Zofia Korbońscy, Zakopane 1938 r.
Przede wszystkim o Polskim Państwie Podziemnym. To było najważniej przeżycie państwa Korbońskich, co wielokrotnie powtarzali. Oni byli jeszcze w miarę młodymi ludźmi, kiedy po 20 latach pracy dla niepodległej Polski zaangażowali się w tworzenie tego podziemnego fenomenu. Stefan Korboński odgrywał tam od początku zasadniczą rolę, będąc jednocześnie najmłodszym z tych, którzy to tworzyli. Po śmierci Korbońskiego zyskałem sympatię pani Zofii, która pierwszy raz po ucieczce w 1947 roku przyjechała do Polski po śmierci męża we
wrześniu 1989 roku. Miała tutaj w Warszawie siostrę na Saskiej Kępie i zaczęła prowadzić ożywione życie towarzyskie z żyjącymi jeszcze kolegami z AK. I wtedy pani Korbońska zapytała, czy mógłbym jej pomóc w utworzeniu fundacji imienia jej męża. Oczywiście z największą przyjemnością podjąłem się takiego zadania. I w tym momencie stałem się człowiekiem, który służył pani Korbońskiej. Jaki cel przyświeca Fundacji imienia Stefana Korbońskiego? Fundacja powstała najpierw Warszawie, a potem, z braku pieniędzy, w Waszyngtonie, żeby można było organizować jakiś fundusz na zasadnicze dzieło, czyli popularyzację historii Polskiego Państwa Podziemnego, szczególnie w jego cywilnym aspekcie. Na rok przed swoją śmiercią Stefan Korboński zasadnicze swoje archiwa złożył w Instytucie Hoovera. Ta instytucja dawała gwarancję, że nikt niewłaściwy nie będzie z nich korzystał. Miałem ten przywilej, że skopiowałem i przywiozłem do Polski znaczną część tych dokumentów. Pani Korbońska żyła jeszcze prawie ćwierć
ku światowym, był profesorem ekonomii i on złożył raport o możliwościach Polski i odrodzeniu się po komunizmie. Nigdy ten raport nie uzyskał w Polsce, że tak powiem, debitu. Jest po prostu nieznany. Poznałem też innego znakomitego Polaka, profesora Witolda Kieżuna, który napisał wielką książkę „Patologia transformacji”. Był w latach 90. chwalony nie przez nikogo innego jak ówczesnego prezesa SDP Stefana Bratkowskiego, który mówił, że powinien on się włączyć w zmiany. Włączył się i był przez pewien czas doradcą premiera Jerzego Buzka. W książce „Magdulka i cały świat” profesor ujawnia historię, jak tak zwani „nieznani sprawcy” go zaatakowali. Doradcę premiera odrodzonej Polski! Zaczepiają, grożą pistoletem… nie będę dalej prowadził tego wątku, o tym można przeczytać. Polska ma bardzo poważne osiągnięcia po przejęciu władzy przez tak zwany obóz demokracji i można było wykorzystać ludzi, którzy powinni w Polsce odgrywać doradczą rolę. Żaden z nich nie starał się o stanowisko, po prostu chcieli pomóc. Dam panu jeszcze jeden przekład. Na zaproszenie profesora Lerskiego, który zaszczycał mnie swoją przyjaźnią przyjechałem do niego do San Francisco. Siadamy do kolacji i ten znakomity lwowianin zadaje mi pytanie: „Panie Romanie, czy profesorowie w Polsce nie umieją pisać? Mówię, znam pana poczucie humoru. Ale o co chodzi? On mi odpowiada: „Napisałem 3 listy do bardzo znanej osobistości, która pełni ważną rolę w rządzie Mazowieckiego i nie dostałem odpowiedzi”. Otóż Lerski przez 5 lat był profesorem historii Europy Środkowej i wschodniej na uniwersytecie w Tokio i proszę sobie wyobrazić, że w tamtym czasie, a to były to lata 50. i 60. Następca tronu Japonii z małżonką byli uczniami profesora. I oni się zaprzyjaźnili. Profesor Lerski napisał list, że nie
To w końcu ja rzuciłem to hasło o Polsce jako drugiej Japonii, które podchwycił Wałęsa. Przyjadę, dajcie mi tylko możliwości żeby przecierać szlaki i tę Japonię do tej Polski wprowadzić – mówił profesor Lerski. Na trzy listy żaden nie dotarł do adresata z powodów, których nie muszę chyba tłumaczyć. wieku i te archiwalia rosły. Na marginesie muszę powiedzieć, że pani Korbońska szalenie mocno przeżyła to, co się stało pod Smoleńskiem. Ona przecież osobiście znała prezydenta Kaczyńskiego, który ją odznaczył najwyższym polskim odznaczeniem - Polonia Restituta. I myślę, że mimo bardzo znacznego wieku, bo w książce ujawniłem, że pani Korbońska była naprawdę o 3 lata starsza, umierając miała 98, 5 roku, był to dla niej naprawdę, straszny dramat. Co się stało z dokumentacją? Archiwalia zostały testamentalnie przekazane pod ochronę fundacji w Polsce, łącznie z prawami autorskimi do wydania wszystkich książek Stefana Korbońskiego. To, co odnaleźliśmy w ogromnych piwnicach państwa Korbońskich, zostało podzielone. Część poszła do Muzeum Powstania Warszawskiego, a część do Archiwum Akt Nowych. To, co ma służyć fundacji, jest w fundacji. Niewątpliwie najważniejsza w tym wszystkim jest część dokumentująca działalność Organizacji Europejskich Narodów Ujarzmionych. Było to 9 krajów Europy środkowo – wschodniej, gdzie prezesem polskiego oddziału od początku do końca był Stefan Korboński. Miał on znakomitego kolegę, też prawnika, sędziego Feliksa Gadomskiego, który w zasadzie cały czas był sekretarzem generalnym. Oprócz tego Korboński przez wiele lat pełnił prezesurę całej organizacji. Jeździł po całym świecie, miał dwie zasadnicze podróże: jedną po Ameryce Południowej, a drugą dokoła świata, jak ją nazywał. To była wspaniała praca, niestety mało znana, bo brakuje książek i opracowań na ten temat. Mieszkał Pan przez wiele lat w USA. Jak z perspektywy osoby, która z oddali obserwowała zmiany w naszym kraju, ocenia Pan dzisiejszą Polskę? To jest bardzo ważne i trudne pytanie, na które nie da się odpowiedzieć tak tak, nie - nie. Bo jak wiele rzeczy w rozwoju społeczeństw, jest to kwestia wielowątkowa. Patrząc z tego dystansu zaoceanicznego na ludzi, których poznałem i tych ludzi, którzy przejęli władzę w 1989 roku i kształtowali tę odrodzoną Polskę, muszę powiedzieć, że poznałem znakomitych ludzi, np. prezesa światowego Philipsa, Polaka, który włączył się i odnowił tę firmę w Polsce. Ten pan miał brata, który pracował w ban-
chce pieniędzy, że chce pomóc, pojechać, jako przedstawiciel rządu polskiego do Japonii, ponieważ w sferach przemysłowych zna wielu ludzi i przede wszystkim następcę tronu. To w końcu ja rzuciłem to hasło o Polsce jako drugiej Japonii, które podchwycił Wałęsa. Przyjadę, dajcie mi tylko możliwości żeby przecierać szlaki i tę Japonię do tej Polski wprowadzić”. Na trzy listy żaden nie dotarł do adresata z powodów, których nie muszę panu chyba tłumaczyć. To smutne doświadczenia… Tak. Miałem też osobistą przygodę, kiedy przyjechałem we wrześniu 1989 roku do USA, do Waszyngtonu i napisałem wtedy poufne pismo do ówczesnego ambasadora Najjaśniejszej Rzeczypospolitej jak to się mówi, do Kazimierza Dziewanowskiego, którego poznałem jeszcze w latach 60. Napisałem do niego, że mam kontakty z Polskim Instytutem Naukowym na Manhattanie. Na czele tej instytucji przez lata stali nasi najwybitniejsi uczeni. Poczynając od Oskara Haleckiego znakomitego historyka, który władał sześcioma językami w tym łaciną i greką. On miał Europę w rodzinie, mówiąc językiem pani Czapskiej, a skończywszy na profesorze Feliksie Grossie. Tam była cała plejada znakomitych ludzi. Napisałem list w przekonaniu, że nowy ambasador RP będzie to wspierał. Z ust Feliksa Grossa usłyszałem: - Proszę pana my tu mamy listę 6 tysięcy polskich uczonych z Ameryki i Kanady. Dla szybkiego rozwoju Polski należy wykorzystać tych wszystkich ludzi w przetarciu dla Polski szlaków. Wysłałem trzystronicowy list i nie doczekałem się odpowiedzi. Pan ambasador wysłał radcę z podziękowaniami i tłumaczeniem, że on nic nie może zdziałać. Mogę powiedzieć tylko tyle, że jest mi szalenie przykro, że egoizm ludzi, którzy gdyby mieli bardziej otwarty stosunek i pozwolili Polakom, którzy zdobyli kolosalne doświadczenie, wejść, jako doradcy, nie pozwolił na zmiany. Tych ludzi się bano, bo wiadomo, że byli oni bardziej doświadczeni i wykształceni. Mnie żadna ideologia nie interesuje, jestem człowiekiem niezależnym w tym sensie, że niezwiązanym z żadną partią i nie interesuje mnie żadne partyjniactwo. Interesuje mnie Polska, rozwój Polski. Rozmawiał Piotr Dmitrowicz
K u r i e r W n e t
cywilizacja
Faszyzm
cywilizacja
nej egzekucji tego ostatniego. Pomiędzy faszyzmem i nazizmem istniały istotne różnice, dotyczące zarówno pryncypiów politycznych, jak też celów i metod ich osiągania, a nawet sposobów ich zewnętrznej ekspresji. Reżim faszystowski na co dzień miał charakter bardziej operetkowy, choćby za względu na noszone uniformy, zachowania funkcjonariuszy reżimu czy też pozy i miny Duce, które ten prezentował podczas publicznych, rzęsiście oklaskiwanych przez tłumy wystąpień. A mówiąc zupełnie poważnie, choć faszyzm też miał na swoim koncie morderstwa polityczne czy masakry ludności cywilnej (np. w Abisynii), bez porównania dalej mu było do polityki eksterminacji całych narodów, realizowanej przez nazistów. Odmiennie, i na swój sposób ciekawie, przedstawiała się też propaganda faszystowska. Natrętne i powszechnie widoczne hasła mobilizujące do działania tzw. szerokie warstwy społeczne, podnoszące ducha w narodzie, którego przodkowie, jak dowodzono, wywodzili się wprost jeśli już nie od cesarzy rzymskich, to przynajmniej od starożytnych obywateli Rzymu. A że hasła były głupie, tym łatwiej można było sobie z nich pożartować. Przykłady takich haseł, zapamiętane do dziś: „Idziemy zawsze na wprost” – to z upodobaniem umieszczano na zakrętach dróg, „Lepiej żyć jeden dzień jak lew, niż zawsze jak jagnię”. W barach wisiały oficjalne ostrzeżenia: „Zabrania się rozmawiać o polityce”, a sprytni właściciele również dla oszczędności kosztów łączyli je z drugim: „Zabrania się pluć” - skracając oba tylko do zakazu rozmowy o polityce po pluciu.
T
Fizyczna budowa wiązki, na którą składały się pojedyncze wiotkie rózgi, miała również znaczenie symboliczne, ponieważ dopiero ich zgodne ułożenie i powiązanie powodowało wzrost siły uderzenia, wynikający właśnie ze ścisłej jedności tworzących ją elementów. „W jedności siła” - to powiedzenie było znane od czasów starożytnego Rzymu i do niego odwoływał się Mussolini tworząc w 1919 roku, w środowisku kombatantów-uczestników dopiero co zakończonej, a w sumie zwycięskiej dla Italii wielkiej wojny, ruch społecznego protestu o nazwie Faszyści Walczący (Fasci di combattimento).
zacja i totalna/totalitarna jedność narodu w warstwie politycznej, gospodarczej czy kulturalnej. Tak zrodziła się dyktatura, budowana i sterowana przez jedną jedynie słuszną partię – partię faszystowską, w którą przekształcił się pierwotny ruch społecznego protestu. Piano, piano - jak mawiają Włosi. Przy pomocy tej metody wszystkie dziedziny życia społecznego, w tym kultura, stopniowo zostały podporządkowane jednemu nieomylnemu wodzowi, który przyjął - z pokorą władcy - nadany mu tytuł Duce. Tak jak w latach następnych przyjął też od wdzięcznego narodu pałac (z włoska villa) z dużym parkiem, wybudowany przy via Nomentana. Ta wspaniała posiadłość przez dziesiątki lat opuszczenia niszczała, ale obecnie park jest udostępniony dla publiczności.
Rózgi liktorskie jako symbol partii faszystowskiej zostały przyjęte wraz z toporem. Nie będziemy ich tutaj przedstawiać, aby niepotrzebnie ich nie reklamować. Warto jednakże dodać, że omawiany symbol jest wciąż obecny i używany przez wiele narodów – vide ilustracje. We włoskim ruchu faszystowskim, początkowo obejmującym zaledwie paręset osób, uczestniczyli zarówno członkowie elit intelektualnych, jak przedsiębiorców z najbardziej zindustrializowanych północnych regionów kraju. Faszyści domagali się przeprowadzenia głębokich zmian politycznych w funkcjonowaniu liberalnego państwa i położenia kresu ekscesom związanym z powojenną radykalizacją nastrojów społecznych. Kontestowali instytucje państwowe i zastany porządek prawny. Władzom zarzucali nieumiejętność wykorzystania faktu wyjścia Włoch z wojny po stronie zwycięzców kosztem olbrzymiego wysiłku militarnego. Stąd odniesienia - w nazwie i w symbolach - nowego ruchu do czasów starożytnego Rzymu, do czasów jedności i potęgi państwa. W celu odtworzenia imperium faszyści parli do zbudowania ekspansywnej potęgi militarnej Italii. Dla realizacji tego celu wymagana była oczywiście mobili-
Moneta USA
Ze względu na kolor koszul noszonych przez członków włoskiej partii faszystowskiej, sprawowane przez nich rządy zostały nazwane czarną dyktaturą. Dyktatura w sąsiednich Niemczech, gdzie członkowie Narodowo-Socjalistycznej Partii Niemiec NSDAP (w skrócie NAZI) nosili koszule barwy brunatnej, z kolei została określona mianem brunatnej. Nie tylko z powodu koloru koszul obu wspomnianych dyktatur nie należy jednak mylić z sobą, a tym bardziej traktować zamiennie, jak robią to obecnie środowiska lewicowe i lewackie. Świadczy to co najmniej o ignorancji osób wygłaszających takie tezy. Faszyzm istniał we Włoszech i stał się rozdziałem zamkniętym z chwilą upadku dyktatury Mussoliniego oraz publicz-
cywilizacja
dzających uporządkowania otoczenia Watykanu i samej Bazyliki św. Piotra, gdzie nie ma już ani kłębowiska nieprzejezdnych uliczek, ani stuletnich ruder.
Słowo faszyzm (wł. fascio) pochodzi od łacińskiego „fascis”, dosłownie oznaczając wiązkę rózg. W czasach antycznego Rzymu wiązka rózg związanych razem krzyżującymi się taśmami, z przymocowanym toporem, miała znaczenie symboliczne. Stanowiła widoczną dla wszystkich prerogatywę legalnej władzy państwowej, ponieważ była noszona przez rosłych liktorów, którzy towarzyszyli osobie tę władzę sprawującej.
en symbol władzy miał również wymiar rzeczywistej realnej siły, ponieważ rózgi były narzędziem chłosty, natomiast topór mógł służyć do wykonywania kary najwyższej.
Co pozostało współcześnie z faszyzmu? W sensie materialnym i widokowym dość dużo, ponieważ monumentalne budowle w Rzymie, arterie komunikacyjne i rozkłady głównych ulic, nowe dzielnice. Nowoczesna dzielnica EUR, usytuowana poza Rzymem, zbudowana była z myślą o - niedoszłej do skutku z powodu wybuchu wojny - wystawie światowej. Ale miała też inne, bardziej przyszłościowe przeznaczenie - jako dzielnica urzędów państwowych, jaką też się stała. Są w tej dzielnicy budowle mające odniesienie do starożytności, jak Koloseum na planie kwadratu, z herosami epoki faszystowskiej. Jest też, ale w innym miejscu Rzymu, już za Tybrem, piękny stadion olimpijski z wykutymi z marmuru postaciami sportowców. To wszystko piękne i monumentalne budowle. Usunięte z nich zostały jedynie (w miarę skutecznie) symbole i znaki faszystowskie – wspomniane rózgi liktorskie z toporem. Dawna siedziba partii jest teraz monumentalnym gmachem mieszczącym MSZ, który architektonicznie jest tak zaprojektowany, że zbliżając się do gmachu, do jego wejścia, interesant optycznie staje się coraz mniejszy. Każdy, kto podchodził do siedziby partii miał bowiem czuć się przytłoczony. Odwrotnie niż ma to miejsce w przypadku Bazyliki św. Piotra, gdzie człowiek najpierw jest obejmowany przez kolumnadę Berniniego, a następnie niejako witany coraz bardziej przyjaznymi proporcjami rozpościerającej się przed nim architektury. W sposób świadomy, dla historii, ale też dla edukacji kolejnych pokoleń, w stanie nienaruszonym pozostawiono jedynie monumentalną, niemalże sakralną budowlę: tak zwane Kamienie Milowe Faszyzmu. Składa się ona z dziesiątka kamieni (każdy o wymiarach 2x2x2m) z wykutymi w nich ważnymi wydarzeniami liczonymi od „anno domini” Ery Faszyzmu. Tak, tak, czas nowej, szczęśliwej pod jego panowaniem ludzkości, miał być liczony od zera, choć skończył się szczęśliwie już na roku 16 EF. W tym ogrodzie kamieni jest usytuowany również monumentalny graniasty obelisk ze skromnym pionowo wykutym w kamieniu napisem - VV Duce. Tyle pozostało z ery panowania faszyzmu w Rzymie. No, może jeszcze oprócz (nie)widocznego dla wszystkich zwie-
Po faszyzmie pozostały też reminiscencje kulinarne. Otóż na Sycylii w miesiącach wiosennych, kiedy rybacy łowią sepie - kałamarnice, można zamówić oryginalną potrawę o nazwie „Spaghetti ala camicie nere” – dla upamiętnienia czarnego koloru faszystowskich koszul. Potrawa jest znakomita, a kelner lojalnie ostrzega, że sos z sepii jest barwnikiem naturalnym, nie ulegającym rozkładowi. No i na koniec pytanie: a co mają z tym wszystkim wspólnego Polska i Polacy? W obszarze słownictwa – dużo. Okazuje się bowiem, że również w języku polskim istnieje zapożyczone z łaciny pojęcie, oznaczające to samo, co rózgi liktorskie. Stosujemy go na oznaczenie czegoś, co z powodu naszego klimatu wytwarzamy z witek wiklinowych. Jest to faszyna, służąca do umacniania brzegów kanałów i cieków wodnych na nizinach, kiedyś służąca również do budowy umocnień polowych przy pracach fortyfikacyjnych, jako element zapobiegający osuwaniu się ziemnych zboczy. W związku z tym, jak więc powinna brzmieć poprawna nazwa polskich faszystów? Odpowiedź jest prosta: FASZYNIŚCI! Romano
Gwardia Narodowa USA
Reklama
Str. 19
Gender to kłamstwo E. Michael Jones specjalnie dla „Kuriera Wnet” „Wszystko zaczęło się wraz z pojawieniem się feminizmu. Feminizm to implementacja marksistowskiej ideologii na grunt ludzkiej płciowości – rozpoczyna swoją wypowiedź dla „Kuriera Wnet” E.Michael Jones, autor wydanego właśnie w języku polskim bestseleru „Libido Dominandi – Seks jako narzędzie kontroli społecznej.” Dopiero później pojawił się gender, który najpierw odwoływał się do haseł równości, ale dzisiaj jest po prostu emanacją antyesencjalizmu, atakiem na istotę i istnienie, co oznacza atak na pana Boga. Nie ma czegoś takiego jak ideologia gender. Twierdzą to nawet jej protagoniści, kiedy mówią, że w gender nie ma nic stałego, niezmiennego.” Na pytanie, dlaczego w takim razie o gender jest coraz głośniej, ba, staje się nawet kierunkiem wykładanym na uniwersytetach, E.Michael Jones odpowiada: „Gender to istotna składowa toczącej się rewolucji kulturowej. Jedną z tez, którą umieściłem w mojej książce „Libido Dominandi” jest stwierdzenie, że najprostszym sposobem na zawłaszczenie kultury jest wykorzystująca obszar ludzkiej seksualności manipulacja. Wielu nie zdaje sobie sprawy, że ktoś nad kimś w taki sposób w ogóle może przejąć kontrolę. Zauważmy, można wysłać czołgi, tak jak zrobił to Związek Sowiecki w 1968 roku w Czechosłowacji. Wtedy jednak mamy do czynienia z podbitym społeczeństwem, co buduje sprzeciw i opór.
Obalanie kultury za pomocą nośnika gender-seksualności jest znacznie bardziej wysublimowaną bronią”. Dalszą część swojej wypowiedzi dla „Kuriera Wnet” E.Michael Jones poświęcił jeszcze jednej istotnej kwestii: współzależności pomiędzy gender a tzw. poprawnością polityczną: „Słowem, to totalnie zmyślona ideologia, nikt nie bierze gender studies poważnie. Ale uwaga, gender pojawił się z powodów politycznych, podobnie – jak poprawność polityczna – czyli ograniczenie wolności słowa i dyskusji na pewne tematy. Poprawność, to druga ważna składowa tej samej kulturowej rewolucji, kiedy jak w każdej innej rewolucji - najpierw następuje eksplozja wolności i można mówić wszystko, nie ma tematów tabu, a kiedy rewolucja triumfuje – natychmiast ogranicza się sferę wolności. I wtedy już będzie można na przykład zakazać dyskusji na temat tego, kto kontroluje sferę kultury. Nie wolno o tym zapominać”. dr E.Michael Jones (ur. 1948), wydawca poczytnego miesięcznika „Culture Wars”, autor licznych książek i opracowań poświęconych inżynierii społecznej oraz sposobom sprawowania politycznej kontroli. Przed kilku miesiącami nakładem wrocławskiego wydawnictwa Wektory, ukazała się jego książka Libido Dominandi – Seks jako narzędzie kontroli społecznej.
Niemiecka socjolog dr Gabriele Kuby w rozmowie z Radiem WNET starała się odpowiedzieć na pytanie kto stoi za ideologią gender. - Można wymienić takie osoby, jak Barack Obama, Hilary i Bill Clintonowie, Jeff Bezos, George Soros, Melinda i Bill Gates. Można o nich mówić, ale ciągle ich główne motywy będą nieznane. Musimy uświadamiać rodziny o szkodliwości tego ruchu, abyśmy mogli się temu przeciwstawić.
Str. 20
K u r i e r W n e t
OsTaTNia sTRONa
OsTaTNia sTRONa
OsTaTNia sTRONa
Historia jednego zdjęcia Fot. Ivan Bandura (CC BY 2.0) | mac_ivan@flickr
Batiarska kulenda Jerzy Masior Zdzichowi Ojrzyńskiemuza straż nad Lwowem Gdy od Ostrubramskiej kulendy śpiwali, To na Antuniego kindry wtórowali, I z Leśnej, z Piaskowej i od Wyspiańskiego Biegli, a Pasterky spud nieba lwowskiego Różny batiarygi i śliczny małanki, Gdzieś z Rywakuwicza i od Pohulanki, Bu tam Betlyjemska najjaśniej świciła, Bu im wtedy dniału, choć noc się czerniła.
Gdzieś tam, na Pasiekach, pud szopu stanęli, „Gloria in excelsis…” od serce huknęli I batiarskim śpiewem lulali Małegu Ci z Leśnej, z Piaskowej, I ci z Wyspiańskiego. Batiarska kulenda jak gwiazda na niebi Nóżki już mu grzeji i do snu kulebi, Ciciutku szpilaju pasterzy i króli Taj cały Łyczaków jak moży najczulej…
Lulaj nam, Syneczku, lulaj w kulebusi, Ostrubramska Matka nakarmić Ci musi, Ukryje przed Tobu te łzy, co zy Lwowa I gwiazdy gasnącyj w sercu blask na Pasiekach, Gdy już droga do nich bendzi zbyt daleka, „W niedzielę 24 listopada na ulice Kijowa wyszło ponad 150 tysięcy ludzi. Był to pierwszy duży wiec ukraińskiej rewolucji. Kiedy zakończyły się przemówienia, tłum ruszył w kierunku budynków rządowych. Dostępu do pałacu prezydenckiego bronił szczelny kordon milicji. Pochód demonstrantów zatrzymał się, ale napięcie rosło. W pewnym momencie (ok. godz. 16.00) grupa młodych zamaskowa-
nych mężczyzn zaczęła rzucać w kierunku milicji petardy i race. Wyglądało na to, że chcą sprowokować starcie. Może robili to pod wpływem własnych emocji, a może byli zwykłymi bandziorami, opłaconymi przez Partię Regionów. Może chcieli pokojową demonstrację zamienić w bijatykę i zadymę. Nie wiadomo. Raptem jak spod ziemi wyrósł prawosławny ksiądz. Biegał wkoło i krzyczał.
Coś w rodzaju: „przestańcie!” Albo: „nie róbcie tego!” Było jasne, że próbował zapobiec wybuchowi przemocy, choć nie bardzo było wiadomo, kogo próbuje chronić. Był zwrócony w kierunku tłumu, a tyłem do potężnych szeregów milicji. Wyglądało to naprawdę dramatycznie".
Z
ringer, na świecie walczono jeszcze z nadchodzącą nową epoką lodowcową, rozważano bowiem nawet takie działania, jak pokrycie obu biegunów absorbującą energię słońca czarną folią; ogrzewanie oceanów podmorskimi detonacjami bomb wodorowych; czy - uwaga! - „zwiększoną produkcją CO2, aby wzmocnić zjawisko efektu cieplarnianego na Ziemi”. Z powołaniem się na dokonywane pomiary Prądu Zatokowego (Golfstrom), który Behringer nazywa „wielkim kaloryferem Europy”, autor książki ostrzega Europę przed negatywnymi konsekwencjami jego słabnięcia. Przypomina jednocześnie, że w odróżnieniu od okresów ochłodzeń (XVIII wiek) czasy ocieplenia klimatu: w X czy XV wieku, kiedy odpo-
wiednio rodziły się, a następnie rozkwitały środkowoeuropejskie państwa, wychodziły naszemu regionowi zawsze na dobre. Przede wszystkim Behringer przypomina jednak o tym, że z samej swojej natury klimat był, jest i będzie zmienny. I to raczej w mało przewidywalny sposób. Tych, którzy nie zgadzają się z powyższą konstatacją, powinny przynajmniej zainteresować zawarte w książce opisy prosperujących średniowiecznych winnic w północnej Polsce czy Skandynawii. Maciej Drzazga Wolfgang Behringer: Kulturgeschichte des Klimas: Von der Eiszeit bis zur globalen Erwärmung, Wydawnictwo DTV, 2011.
Piosenki o mojej Warszawie S
pacerowałem po Warszawie nie ruszając się z domu. Zdarzało się już, że dźwięki dobiegające z głośnika przenosiły mnie do miejsc odległych nawet o setki kilometrów. Nie pamiętam jednak, kiedy to uczucie było tak realne, jak podczas słuchania „Piosenek o Warszawie”.
Szpital na Karowej, kursujący między Ochotą a Śródmieściem autobus linii 128 czy Marriott - to tylko niewielka część miejsc, które odwiedzimy słuchając albumu. Płytę spokojnie można potraktować jako przewodnik. Na podstawie odniesień na niej zawartych można zaplanować niejeden spacer.
Historia powstania płyty była prosta. Pewien człowiek dowiedział się o istnieniu drugiego zainteresowanego jego twórczością. Zaproponował nagranie wspólnego materiału. Wkrótce okazało się, że panowie świetnie się dogadują i chętnie połączą siły, aby zrealizować nagranie nowej płyty. Sprawcą zamieszania był Lesław „Lesław” Strybel - rodowity warszawiak, współzałożyciel kultowej grupy Partia. Natomiast w sukurs „Lesławowi” przyszedł Bartosz „Administratorr” Marmol - lider formacji tożsamej z jego pseudonimem, warszawiak z wyboru.
Podróżować będziemy w rytm szeroko pojętej rockowej alternatywy. Twórcy postawili na prostotę. Nie ma tu jednak miejsca na monotonię czy banał. Surowe brzmienie przywołujące na myśl dokonania Komet przeplata się z saksofonami spod znaku ska. Obok akustycznych balladowych gitar znalazło się miejsce dla zadziornej elektroniki. Wreszcie, szukając świeżego alternatywnego grania nie musimy oglądać się na kolejne klony Arctic Monkeys.
Koncepcja płyty zrodziła się poniekąd naturalnie, ze zderzenia perspektyw obu artystów. Warszawy widziana oczami tubylca, przeciwstawiona została wizji przyjezdnych. Wyżej wspomniani dżentelmeni zaprosili do współpracy artystów, których twórczość związana jest z Warszawą. Goście zostali dobrani według klucza: tutejszy – przyjezdny. W związku z tym, obok Lesława i Administratorra, usłyszymy między innymi Muńka Staszczyka, jednego z najbardziej znanych napływowych piewców Warszawy.
Mogę ze spokojem polecić tę płytę wszystkim, którzy znają uroki Syreniego grodu, ale zapomnieli o nich gdzieś w codziennym pędzie. Przyjezdni, podczas słuchania, niech zastanowią się czy to miasto na pewno nie da się polubić. Płytę polecam w końcu wszystkim, którzy szukają dobrej muzyki. Każdy kto po nią sięgnie, odbędzie spacer po Warszawie jeszcze wiele, wiele razy. Ja na pewno. Lesław i Administratorr - „Piosenki o Warszawie”. Wytwórnia Jimmy Jazz Records
Więcej: Kod QR do filmu ukraińskiej telewizji Kanał 5 (opisane wydarzenie 0:56 s.)
Realizator
opera domestica W
yobraźmy sobie, że jesteśmy, razem z rodziną, mieszkańcami małej miejscowości. Absorbuje nas głównie praca i dom. W naszej okolicy trudno o rozrywki, zwłaszcza te wyszukane. Do kultury daleko. Na ekranie telewizora widać to, co widać. Bierzemy więc ciekawą książkę do ręki i zanim dobrniemy do końca rozdziału, zasypiamy. Czasami przemknie nam myśl przez głowę: pojechałoby się do teatru, a może do opery? Ale gdzie tej opery szukać? Toż kawał drogi. Ale mamy zapewne zestaw kina domowego. Mało jest używany, bo żona narzeka, że dudni. Ale gdyby na nim puścić operę z płyty, to mogłoby być całkiem przyjemnie. Dla wszystkich. Bywa, że mamy płytę z jakąś operą w szafce, więc pod wpływem impulsu puszczamy ją sobie. Jednak tym sposobem oglądając trudno się skupić. Gwiżdże czajnik z wodą na herbatę; dzieci się kręcą, mają wtedy do nas najwięcej spraw. Jesteśmy rozczarowani. W teatrze jednak to co innego! Jest jednak rozwiązanie. O ile mamy taką wolę, możemy sobie stworzyć w domu teatr, który będzie mieć same zalety. Możemy oglądać dowolnie wybrane spektakle z najwspanialszych na świecie teatrów operowych z udziałem najlepszych wykonawców. Wirtualne miejsca, z których spektakle będziemy oglądać, nie będą mieć ceny, bo okiem kamery możemy się znaleźć na samej estradzie. Musimy sobie jednak zorganizować i teatr i audytorium, bo w kompanii wrażenia odbiera się zupełnie inaczej. Przede wszystkim należy wybrać utwór i pozyskać (np. ze sklepu internetowego) płytę, (w cenie jednego biletu do teatru). Następnie należy sobie wyznaczyć termin spektaklu z wyprzedzeniem minimum czterech tygodni i zaprosić widzów w liczbie zależnej od powierzchni posiadanego pomieszczenia z telewizorem i możliwości usadzenia. Należy się zastanowić, kogo chcemy zaprosić. Zwykle utrzymujemy kontakty albo ze znajomymi z pracy albo z rodziną. W przypadku teatru domowego dobrze jest nieco zmienić grono i uwzględnić sąsiadów, ale nie-
nie zadzwoni, A Twoich batiarów pu świeci rozgoni.
Reklama
Z relacji Ivana Bandury, autora zdjęcia
Biblioteka Wnet, czyli: czego nie znajdziecie w polskich księgarniach, a szkoda organizowany w połowie listopada w Warszawie szczyt klimatyczny być może był najdroższy w historii (100 mln PLN), ale bynajmniej nie największy. Jeszcze bardziej liczebne bywały konferencje klimatyczne, które organizowała ONZ w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Z tą różnicą, że wówczas poświęcone były one zagrożeniom wypływającym z oziębienia klimatu. Można się tego dowiedzieć, z wciąż niedostępnej niestety w języku polskim książki „Kulturgeschichte des Klimas”, autorstwa profesora uniwersytetów w Monachium i Bonn Wolfganga Behringera. To lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy dzisiaj narzekają na dziwaczne pomysły zwolenników teorii globalnego ocieplenia. Jak opisuje Beh-
Gdy tam na Pasterky nikt już
koniecznie tych najbliższych, zza płotu czy zza ściany, ale sąsiadów w rozumieniu staropolskim, czyli np. z tej samej parafii. Powiedzmy, znajomych z wywiadówek szkolnych, czy znajomych z kościoła lub lokalnych organizacji. W każdym razie nad wyborem trzeba się zastanowić, ażeby grono było sympatyczne i chętne tego typu rozrywce. Wypada wydrukować ładną czcionką i doręczyć każdemu zaproszenia, podając przedmiot spektaklu, wykonawców, miejsce i czas. Na sam spektakl należy też przygotować i wydrukować program, czyli opis opery, jej treść, skład wykonawców. Należy też pomyśleć o poczęstunku: wino, przekąski do spożywania w antraktach i na zakończenie. To można zaaranżować na zasadzie składkowej. Przed spektaklem, dla większego uprawdopodobnienia, aranżujemy kanapy i krzesła rzędami przed ekranem. Ustawiamy system dźwiękowy kina domowego na właściwym poziomie emisji. Ubieramy się wizytowo (podobnego stroju spodziewamy się też u przybywających widzów, co im można uprzednio zasugerować) i witamy gości, częstując ich lampką wina. Wręczamy programy zachęcając do zapoznania się z ich treścią. W końcu następuje ten długo oczekiwany moment. Zajmujemy miejsca przed telewizorem i gasimy światło. Maestro na ekranie staje za pulpitem i rozlegają się z głośników dźwięki uwertury. Przenosimy się w świat fantazji. Pozostajemy w nim otoczeni zewsząd muzyką przez dwie godziny, a nasze jestestwo stopniowo napełnia się endorfinami. Po zakończeniu jesteśmy wszyscy podekscytowani jak kierowcy po wyścigu Formuły 1. W antraktach i później rozmawiamy. Rozmawiamy, rozmawiamy o czym chcemy. Również o sprawach ważnych, również o dobru wspólnym. W ten sposób zapewniamy wszystkim obecnym rozrywkę na najwyższym poziomie i jednocześnie umacniamy więzi międzysąsiedzkie. Natychmiast planujemy następny spektakl. Kubek 001