Skip to main content

Kurier WNET Gazeta Niecodzienna | Nr 29 | Listopad 2016

Page 1

WIELKOPOLSKI KURIER WNET W krypcie starego klasztoru w Ostrzeszowie widnieje wizerunek głowy orła w koronie i data 1910. Namalował go polski nastolatek i jego dwaj koledzy, tęskniący za utraconą 115 lat wcześniej niepodległością. Odwaga sprzed stu lat i dzisiejsza moda na patriotyzm. Reny z Hajduk

ŚLĄSKI Ś LĄSKI KURIER WNET

KURIER WNET

Jak manipuluje się śląskością

Orzeł w ostrzeszowskiej krypcie

Jeśli państwo nie znajdzie form wspierania śląskiej kultury regionalnej, które pozwolą się jej rozwijać w ramach polskości, jeśli my – polscy Ślązacy – nie będziemy w stanie twórczo się w ten rozwój włączyć, to propaganda RAŚ może w końcu trafić na podatny grunt. Piotr Spyra

Nr 29 Listopad · 2O16

Jako obywatel wolnego kraju mam prawo zobaczyć film „Wołyń”. Po co zabraniać? Zobaczmy siebie oczami innych. To na pewno wyjdzie nam na korzyść, o ile jesteśmy normalnymi, świadomymi ludźmi. Dzięki temu staniemy się tylko silniejsi. Przecież nie jesteśmy głupcami. Tymur Nahalewski

Po co zabraniać?

5 zł

K ‒ U ‒ R ‒ I ‒ E‒ R

w tym 8% VAT

W

n u m e r z e

Wyborcza meta Trudno wyobrazić sobie skandal, który mógłby zdyskredytować Clinton. Lewa strona amerykańskiej sceny politycznej znakomicie zbija i relatywizuje wszelkie wpadki i skandale. A Trump zraził do siebie nie tylko rywali, ale również liderów środowiska konserwatywnego i konstytucyjnego. Paweł Zyzak o końcówce wyścigu po prezydenturę w USA.

ć ś o n l o W

Krzysztof Skowroński

N

ie planowałem startu w konkursie na prezesa telewizji. Były co najmniej dwa powody. Pierwszy to Media WNET – ich siła, niezależność i rozwój są z punktu widzenia mojej żyży ciowej ej drogi najważniejsze. Uważałem też, że dla obecnie rząrzą dzącego obozu najlepszym prezesem telewizji publicznej jest Jacek Kurski. Postanowiłem nie startować, jednak przedstawiono edstawiono mi szereg argumentów i zaapelowano do mojego poczucia odod powiedzialności, bym zmienił zdanie. Po konsultacjach i upewnieniu się, że Media WNET jakoś sobie beze mnie poradzą, przystąpiłem do konkursu. Przez pięć tygodni przygotowań byłem wielkim reformatorem najważnajważniejszego jszego medium w Polsce. PoznawaPoznawałem jego zalety i cały szereg wad, które nagromadziły ziły się przez lata. WprowaWprowadzałem nowe programy, wysyłałem rereporterów, otwierałem drzwi dla twórtwórców i odnawiałem strukturę telewizji. Wszystkie przemyślenia gdzieś uciekły, gdy stanąłem przed Radą Mediów Narodowych. Nieważne, dlaczego nie powiedziałem tego, co zamierzałem. Ważne, że nie zostałem prezesem telewizji. Przeczuwałem, jaki będzie wynik konkursu, ale po jego ogłoszeniu poczułem smutek. Cała zgromadzona energia stała się jak niepotrzebna, rzucona w kąt ścierka. Ale to uczucie trwało krótko. Po kilku godzinach odczułem ulgę. Energia powróciła z ogromną siłą i poczułem radość. Przecież wszystkie przemyślenia w takim samy stopniu dotyczyły telewizji publicznej, jak i Radia WNET czy „Kuriera Wnet”. Niezależna informacja, fakty płynące jak najszerszym strumieniem do odbiorcy powinny być istotą działania wszystkich mediów. Media przeważnie są zależne od polityków, reklamodawców, cichych właścicieli rozgrywających swoje partie. Media WNET zaś mają unikalną dziś cechę: nikt nie ma do nich kluczy. Trzeba teraz dać im nowy impuls rozwoju, przypomnieć, że wydarzenia są ważne, ale wszystko to, co się dzieje – wojny, spory, rozwiązania prawne – mają swój początek w myśli. Świat polityki jest inteligentny. Zadaniem czwartej władzy jest beznamiętne przedzieranie się przez gąszcz zdarzeń w celu zrozumienia i opisania sterującej nimi inteligencji. W świecie jest kilka takich centrów, a spór między nimi przekłada się na zdarzenia. Przypuszczam, że te centra pewnie wszyscy potrafimy nazwać, ale wyzwaniem dla mediów jest dotarcie do nieznanego detalu i opisanie go. To wielkie zadanie, które przerasta na razie możliwości redakcji WNET. Mam nadzieję, że czytając „Kurier Wnet”, zauważyli Państwo, że jesteśmy otwarci i gotowi do współpracy. Chcielibyśmy zaprosić do niej jak najwięcej osób, które mają wiedzę o świecie i zachodzących w nim procesach, aby współtworzyły nasze media. Jeśli to się nam uda, wierzymy, że osiągniemy ten poziom zrozumienia świata, który pozwoli nam wspólnie czerpać przyjemność z obserwowania i rozumienia tego, co się w nim dzieje. Użyłem słowa „przyjemność”. Mógłbym je zamienić na „wpływ”, ale to przychodzi dużo później. Niedługo zobaczą Państwo nasz nowy serwis internetowy. Już teraz w Internecie można słuchać o 12 i 17 nowych audycji publicystycznych Radia Wnet. Jest chęć, jest siła, jest cel! K

G

A

Z

E

T

A

N

I

E

C

O

D

Z

I

E

N

N

A

Historia nie składa się tylko z tego, z czego jesteśmy dumni, ale także z tego, co skłania nas do zastanowienia się nad tym, czy idziemy w dobrym kierunkierun ku, czy powinniśmy naśladować w każdym geście posunięcia naszych przodprzod 2 ków. To jest właśnie przedmiot refleksji nad historią, w której przygląda się wspólnota trwająca w dziejach. Co daje nam

Wolność W

olność jest tym, z czym kojarzymy polskie zmagania z dziejowym losem. Wolność wewnętrzna, o którą walczyły pokolenia Polaków, i wolność w stosunkach z sąsiadami, którzy tę wolność nierzadko Polsce próbowali zabrać. Na ile zagrożenie wolności zewnętrznej wiąże się z doświadczeniem naszej wewnętrznej wolności? Czy nasza wolność wewnętrzna nie jest winowajczynią zniewolenia zewnętrznego – utraty niepodległości? Zmagamy się z tym pytaniem od 250 lat. Postaram się przewrotnie odejść od schematu, który narzuca nam doświadczenie 250 lat, bo ono zafałszowuje obraz całej polskiej historii, powoduje, że widzimy ją w sposób pomniejszający jej godność i wielkość – tak jakby cała polska historia była przygotowaniem do rozbiorów, do upadku, do zagrożenia niepodległości; jakby tylko tej treści trzeba było szukać w tym, co działo się przed rozbiorami. Oto fragment pamiętników króla Stanisława Augusta Poniatowskiego: Ojciec mój miał w ziemi łomżyńskiej przyjaciela nazwiskiem Glinka, który pisarzem był wtedy tego powiatu. Był to człek nader biegły we wszelakich sejmikowych manewrach i bardzo po swojemu sprytny, do niego więc mnie posłano, jemu mnie powierzono i władzy jego poddano, abym został posłem. (…) aby dojść do tego nędznego posłowania, trzeba było co dwa lata nadskakiwać kilku setkom ludzi, którzy, choć z urodzenia mieli prawo zwać się szlachtą ziemską takiego czy innego powiatu, to w połowie ledwie czytać umieli – a z tych większość na służbie była (jak nie teraz, to w przeszłości) w domach magnatów, co się o głosy ubiegali dla siebie albo swoich synów. Trzeba było przed sejmikiem przez dni kilka z rzędu od rana do wieczora rezonować z ową ciżbą, bredniami ich się delektować, udawać zachwycenie płaskimi konceptami, a do tego obejmować ich ciągle, brudnych i zawszonych – a dla odświeżenia z dziesięć czy tuzin razy na dzień „konferować” z grubymi rybami w powiecie, to znaczy wysłuchiwać w największej tajemnicy drobnych szczegółów tutejszych ich kłótni, mając wzgląd na wzajemne zawiści, wdawać się w ich promocję do powiatowych urzędów i układać się z nimi, ile i któremu z wielce

Andrzej Nowak

szlachetnych urodzonych wyborców dać trzeba gotówki, a do tego jadać z nimi śniadania, obiady, podwieczorki i kolacje przy stołach równie brudnych, co źle obsłużonych. (…) Pan Glinka gościł mnie w swym domu lub też woził po powiecie od dworu do dworu, aby przyrzeczenie głosów odebrać od wszystkich wyborców. Zostałem wreszcie posłem unanimi voto, a wraz ze mną tamtejszy starosta nazwiskiem Przyjemski, po czym Glinka zawiózł mnie do domu starosty makowskiego, a dzień ten

Jednym z dzieł Konstytucji III Maja było zabranie głosu nieposesjonatom. Tylko człowiek bogaty może mieć prawo głosu, prawo do wolności. Konstytucja majowa była z gruntu niedemokratyczna. okazał się ze wszystkich najcięższy. Wiekowy gospodarz domu, dotknięty podagrą i unieruchomiony, po to tylko żył jeszcze, aby pić. Żona jego obiektem była zapałów miłosnych pana Glinki, który sam wdowcem będąc, spodziewał się, że i ona wkrótce owdowieje. W oczekiwaniu umieścił przy niej córkę swą z pierwszego małżeństwa, pannę lat osiemnastu, tłustą i bladą, istną Kunegundę, która, nawiasem mówiąc, w ów gorący dzień sierpniowy ustroiła się w piękny czarny aksamit z pluszową podpinką. Glinka zaproponował bal obu paniom, które wraz z nim i ze mną złożyły jednego kadryla, a stary mąż przedstawiał publiczność. Miejscem tańców był rodzaj drewnianego portyku – kwadrat o boku na stóp dwanaście, na czterech wsparty palach i z na wpół przegniłą podłogą – gdzie rodzina przychodziła pooddychać świeżym powietrzem u drzwi domu. Starosta usadowił się w rogu, drugi zajęły jedyne rozstrojone skrzypce, a Glinka i ja, służąc damom na przemian, tańcowaliśmy od szóstej po południu aż do szóstej rano. Po każdym tańcu Glinka wychylał do ostatniej kropli kielich, który wznosił ku zgrzybiałemu staroście, a ów ochotnie mu

towarzyszył, pijąc niezmiennie me zdrowie, na co ja, niepijącym będąc, tym niższymi odpowiadać musiałem pokłonami. I gdybym na własne oczy tego nie oglądał, nigdy bym temu wiary nie dał: wskazówka przeszła wokół cyferblatu, a Glinka nie przestawał tańczyć i popijać; trzy razy przy tym redukował ubranie swoje, zawsze przepraszając mnie najpokorniej -- najsampierw pas odwiązał, potem kontusz zdjął, a wreszcie i żupan, czy może kamizelę. Na koniec do koszuli, obszernych polskich spodni i głowy wygolonej przywdział na się peniuar pani domu, przyklaskującej sercu jej miłym konceptom. O szóstej rano poprosiłem o łaskę, ale ledwiem otrzymał pozwolenie, by się do osobnego udać pokoju, gdzie czas tylko miałem, aby koszulę zmienić, gdy pani domu z moim przewodnikiem oraz córką jego znów mnie tam napadli. Niemal na kolana się rzuciłem, błagając, by mi odetchnąć dali, i z wielką biedą otrzymałem pozwolenie, bym do Warszawy po obiedzie mógł wyruszyć. Ze słów króla bije pogarda dla wolności „małych” ludzi, którzy chcą żyć swoim samorządem. Te małe sprawy, którymi ci ludzie żyją, nie są dla „człowieka z Warszawy”. Jednym z dzieł Konstytucji III Maja było zabranie głosu nieposesjonatom. Tylko człowiek bogaty może mieć prawo głosu, może mieć prawo do wolności. Konstytucja majowa była z gruntu niedemokratyczna. Kto decyduje o tym, kto lepiej wolność rozumie: pan Glinka czy król Stanisław August Poniatowski? Czy rzeczywiście lepszy dla wolności był ktoś,

Polski udział w europejskiej debacie politycznej był na pewno o wiele większy w czasach sarmackich niż w XXI wieku. kto rozumiał ją głębiej niż ów poczciwiec Glinka, czy ten, kto jak Glinka, nie sięgając salonów francuskich, był gotów jej bronić w 1792 w wojnie z Rosją czy w 1794 w Insurekcji Kościuszkowskiej? Te pytania prowadzą mnie do zarysowania tła, kontekstu interpretacyjnego, w którym wolność w I Rzeczypospolitej

postrzegamy. Najkrócej określił je premier Tadeusz Mazowiecki określeniem „polskie piekło”. Stereotyp, że nic dobrego u nas powstać nie mogło, skoro upadliśmy, najkrócej wyraża cytat z artykułu Leszka Kołakowskiego: Mieliśmy Renesans swój, skromny może, ale piękny, polsko-kosmopolityczny. Mieliśmy potem, na przykład, Arian polskich, Europejczyków, racjonalistów, erudytów, ale z patriotyzmem u nich nietęgo było – a po drugiej stronie Podbipiętów walecznych, litewskich ćwoków poczciwych a ciemnych. Tak się polskość jakoś z ciemnotą splotła i wiek minął z okładem, nim co się poprawiać zaczęło, a wtedy późno było.

Z

atem polskość-ciemnota. Skojarzenie wolności z ciemnotą, z jakimś niedorozwojem, z anarchią, która sama siebie nie rozumie, ciąży bardzo nad naszymi podręcznikowymi wizjami polskiej tożsamości kulturowej. To jest „Sarmatyzm” Franciszka Zabłockiego, to są „Dzieje Polski” Michała Bobrzyńskiego, „Dzieje głupoty w Polsce” Aleksandra Bocheńskiego, „Transatlantyk” Gombrowicza, aż po „Kordiana i chama” Kruczkowskiego. Edytor pism jednego z najważniejszych obrońców wolności szlacheckiej – Andrzeja Maksymiliana Fredry – prof. Zbigniew Rau zauważył we wstępie do dwóch wydanych tomów pism Fredry, że to, co widać w kontraście między tymi, co bronili tej sarmackiej wolności, a tymi, co ją atakowali, jest to, że ci pierwsi praktykowali ją z dumą, w przekonaniu, że żyją w mocarstwie, które jest suwerenne i które przez kilka wieków, skutecznie broniąc swej niepodległości, nie potrzebuje oglądać się na opinię obcych salonów. Obrońcy szlacheckiej złotej wolności pisali wszyscy po łacinie i publikowali swoje traktaty nie w Warszawie czy Krakowie, ale w Amsterdamie, w Wenecji, a nawet w Anglii. Polski udział w europejskiej debacie politycznej był na pewno o wiele większy w czasach sarmackich niż w XXI wieku. Stwierdzenie prof. Raua ukazuje dwie ważne cechy współkształtujące poczucie wolności. Trzeba być wolnym od opinii innych. Oczywiście niezależność od opinii innych nie miałaby miejsca, gdyby nie realna suwerenność przez kilka wieków, którą I Rzeczpospolita się cieszyła. Dokończenie na str. 5

polskość

Polaku, nie masz się czego wstydzić! Za plecami nie masz nikogo, kto przynosiłby ci ujmę! Ta tak poniżana i niedoceniana polska kultura nie ukształtowała Hitlera, nie zrodziła Stalina ani Bandery. Jeżeli wmówiono Ci, że polskość to nienormalność, to dlatego, że chciano Cię ogłupić i okraść. Ryszard Surmacz o dumie z polskości.

4

– znaczy „Papież” Cerkiew zdaje się ponownie wybierać „turban”, a nie namiastkę współpracy z „piuską”. Już Feliks Koneczny zauważył, że prawosławiu cywilizacyjnie bliżej do islamu niż do Rzymu. A maleńka Gruzja trwa pomiędzy dobrze znanymi z historii konfliktami a nowymi. Gruzja oczami Pawła Rakowskiego.

10-11

Kapłan zawsze blisko ludzi Kapłan bliski człowiekowi to duszpasterz, który dopomina się o prawo do wolności. Wolność zaś to źródło i fundament polskiej tożsamości, od Kadłubka wpisane w naszą zbiorowość. Wszystkich Świętych, Zaduszki, Święto Niepodległości – Jan Żaryn o kapłanach, którzy zapisali się w naszych dziejach.

13

Jak bankierzy podbili Polskę i świat Plan Morawieckiego, z pozoru oparty na patriotyzmie gospodarczym, jest logiczną kontynuacją planu Balcerowicza, a przeciwstawianie ich sobie jest grubym nieporozumieniem. Piotr Jankowski relacjonuje proces przekazywania Polski od 1989 roku pod władzę międzynarodowej oligarchii finansowej.

15

ind. 298050

Redaktor naczelny


KURIER WNET

2

T· E · L· E · G · R·A· F Czerwoni postawili na czarne, aby móc zaatakować biało-

oderwał się od ziemi, zacząwszy przynosić dochody. T MON

pawilon Muzeum Sztuki Współczesnej, którego kamień wę-

-czerwonych.T „To trafia się ludziom dorosłym, rodzicom

przygotował projekt rozporządzenia, zgodnie z którym na

gielny został wmurowany na placu Defilad jeszcze przez Lecha

dwójki dzieci, którzy już mają jakąś wizję swojego życia. Nie

awersie tabliczek tożsamości, zwanych potocznie nieśmiertel-

Kaczyńskiego jako prezydenta miasta. T Most Krasińskie-

chcą wracać do pieluch. Nie chcą szukać mieszkania więk-

nikami, znajdą się: imię i nazwisko oraz nr PESEL, na rewersie

go, jeden z 5 obiecanych przez prezydent Hannę Gronkie-

szego niż 60 m (...) Wszystko trwało pięć minut. Pięć mi-

zaś: napis „Siły Zbrojne RP”, grupa krwi, religia/wyznanie

wicz Waltz w 2006 roku, został usunięty z listy priorytetów

nut. I nagle przychodzi tak wielki oddech” – objaśniła akty-

i numer ewidencji wojskowej. T Komisja Europejska „przy-

budowlanych stolicy. T Za cenę wywoławczą 8 mln złotych

wistka, a prywatnie piosenkarka Natalia Przybysz, powody

jęła z zadowoleniem” ofertę ministra Jana Szyszki w spra-

został wystawiony na sprzedaż 150-letni dworzec kolejowy

własnego zaangażowania po stronie tzw. czarnych prote-

wie odbudowy populacji żubra w całej Europie.T Decyzją

Wrocław Nadodrze. T Absolwenci Politechniki Śląskiej wy-

stów. T Zmarł Andrzej Wajda.T Zmarł Rama IX, od 1946

ministra środowiska rozpoczął się masowy odstrzał dzików

naleźli ławkę, na której energią słoneczną można naładować

roku król Tajlandii.T „Nikt nie będzie musiał zrezygnować

na terenach położonych na wschód od Wisły. T Prezes TVP

baterię w telefonie, także bez użycia ładowarki.T Ruszyła

2

z ukochanych tradycji. W Kolonii do tych

akcja „Darmowy listopad w rezydencjach

tradycji należy kiermasz bożonarodze-

królewskich”.T Do księgarń dotarł tom

„Nikt nie będzie musiał zrezygnować z ukochanych tradycji. W Kolonii do tych tradycji należy kiermasz bożonarodzeniowy, ale także karnawał, wurst i pieczeń wieprzowa. Oczywiście także kebab i falafel. Wszystko to pozostanie dalej częścią naszego życia” – uspokoił mieszkańców RFN minister spraw wewnętrznych Thomas de Maiziére.

niowy, ale także karnawał, wurst i pieczeń wieprzowa. Oczywiście także kebab i falafel. Wszystko to pozostanie dalej częścią naszego życia” – uspokoił mieszkańców RFN minister spraw wewnętrznych Thomas de Maiziére.T „Węgry są Waszą Ojczyzną!” – zadeklarował pod adresem Polaków premier Węgier w rocznicę wybuchu powstania 1956 roku. T Francuscy producenci caracali dostali czarną polewkę z wyjaśnieniem, że zbyt późno nauczyli się używać widelca. T Zapowie-

kometrażowy film dokumentalny znalazły się na tegorocznej tzw. shortliście do Oscara.T Bob Dylan stał się noblistą.

TW odróżnieniu od uprawiających truskawki, plantatorzy malin nie będą już otrzymywać unijnych dopłat. T Prymas Polski abp Wojciech Polak wszedł do komitetu honorowego obchodów 500-lecia reformacji. T Budzący powszechną

zazdrość autobus serwisowy norweskich biegaczek narciar-

amerykańskich skrzydłach odrzutowca Gulfsream.T Autor

nia za opieszałość sądów wzrosły do sumy 1 tys. złotych/rok.

skich okazał się miejscem podawania środków dopingowych

nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, prawdziwego ze-

w postaci inhalacji.T Zdecydowano, że od nowego roku płaca

garka i zwolennik budowy najdroższych autostrad w Euro-

TPrezes NIK utracił immunitet.TZ okazji swojego 30-lecia Trybunał Konstytucyjny udał się do Gdańska.T Prote-

pie, Sławomir Nowak, stał się prezesem Ukrawtodoru oraz

stująca od lat przeciwko zespołowi parlamentarnemu ds.

do 8,5 euro za godzinę.T Sprzedaż inteligentnych zegar-

obywatelem Ukrainy. T Białoruś zgodziła się na ograniczo-

katastrofy smoleńskiej Antoniego Macierewicza Platforma

ków smartwatch uległa na świecie gwałtownemu załama-

ny ruch bezwizowy dla Polaków (do 5 dni pobytu).T Nowe

Obywatelska powołała do życia własny zespół ds. katastro-

niu (-51%.) T Zapowiedziano, że nowa wersja Windows –

zamówienia w przemyśle rok do roku wzrosły o 24%, a sto-

fy i Antoniego Macierewicza.T Lider PO Grzegorz Schetyna

10 – pojawi się już wiosną.T Dziwny, bo sześciokątny wir

pa bezrobocia spadła w Polsce do poziomu najniższego od

na konferencji programowej swojego ugrupowania wystąpił

na północnym biegunie Saturna zaczął dodatkowo zmie-

ćwierćwiecza (8,3%).T Pod nazwą Mieszkanie Plus zapowie-

na podium z napisem: „Polska Obywatelska 2.0”. T Nad Wi-

niać kolory.T Walonia powstrzymała – na chwilę – CETĘ.T

dziano nowy program socjalny dla mniej zamożnych.T LOT

słą w Warszawie zaczęto wznosić z drewna prowizoryczny

Maciej Drzazga

U

siłowanie budowy zaplecza w oparciu o populistyczno-narodowy „ruch” alt-right wygląda raczej na próbę zemsty albo na zabieg komercyjny. Coraz głośniej mówi się o Trump TV i o tym, że Trumpowi zależy już tylko na swych zdecydowanych wyborcach, których zamieni niebawem w swych widzów. Partia Republikańska tymczasem stała się wymarzonym celem dla środowisk liberalnych, w tym medialnych. Z trudem przychodziło im dotąd udowadnianie Amerykanom, że to GOP, a nie Partia Demokratyczna jest kolebką rasizmu w Stanach Zjednoczonych. Czego nie była w stanie uczynić potężna machina propagandowa, dokonał jeden tylko Donald Trump. Reagując dwuznacznie na peany ze strony środowisk „white supremacy” oraz licznych w USA amatorów teorii spiskowych, ustawił GOP w jednym szeregu z Ku Klux Klanem, organizacją ściśle związaną niegdyś z Partią Demokratyczną. Zapominamy jednak często, że zaledwie przed kilku laty Trump należał do Partii Demokratycznej i miał

E

T

A

N

I

E

C

O

D

Z

I

E

N

N

A

Sondaże przedwyborcze, zarówno te ogólnokrajowe, jak i te najważniejsze – dotyczące „battleground states”, czyli „swing states” – wskazują zdecydowanego zwycięzcę wyborów w USA.

minimalna w Polsce wzrośnie do 13 złotych, a w Niemczech

Jeb Bush, stawiali GOP przed olbrzymią szansą pozyskania Latynosów, „czarnych” i kobiet. Te dwie pierwsze grupy zmęczyły się ośmioletnimi rządami Obamy, który nie pokazał się jako skuteczny wojownik z pauperyzacją. Miernikiem tej ostatniej pozostaje liczba wydawanych „food stamps”, wysokie w obydwu grupach bezrobocie i zastraszające rozmiarami zjawisko wtórnego analfabetyzmu. Kobiety wyraźnie nie miały ochoty głosować na Hillary Clinton, cieszącą się zresztą ponad 60-procentowym brakiem zaufania społecznego.

W Wyborcza meta Paweł Zyzak

poglądy wcale lewicowe, słowem – odwrotne do obecnych. Trump był celebrytą, bohaterem programu reality-show „Apprentice”, a jednocześnie lobbystą politycznym. Stworzył ze swego nazwiska markę, którą to markę, ze słabym raczej rezultatem, próbował przemieniać w złoto. Bez powodzenia tworzył linie lotnicze, uniwersytet, restauracje itd. Należał więc od zawsze do kręgów lewicowych – zarówno artystycznych, jak i politycznych. Nie dziwi więc, że Trump był przyjacielem domu Clintonów, finansował ich fundację oraz kampanie wyborcze Hillary. Zaprzyjaźnieni z nim Clintonowie gościli na jego ostatnim ślubie z obecną żoną Melanią. Córka Trumpa, Ivanka, niezmiennie przyjaźni się z córką Clintonów, Chelsea. Właśnie Clintonowie podsycali w Trumpie ambicje prezydenckie, które celebryta-polityk zdradzał od lat

80. Znając go nader dobrze, znając jego charakter, dość wąskie horyzonty myślowe i brak dystansu do własnej osoby, nie widzieli w nim większego zagrożenia. W ujawnionej przez Wikileaks korespondencji wewnątrzpartyjnej obóz Clinton zaliczał Trumpa do „paper candidates”, przerażony, że miast z nim, przyjdzie Hillary rywalizować z Randem Paulem albo Marco Rubio. W obecnej kampanii wyborczej Trump okazał się sojusznikiem Clintonów. Jeszcze w okresie walki o nominację prezydencką Trump był jedynym kandydatem spośród republikańskiej „szesnastki”, który w sondażach przegrywał z Clinton. Gdyby była senator miała za rywala któregoś z kandydatów kubańskiego pochodzenia – wspomnianego Rubio lub Teda Cruza – jej klęska byłaby kolosalna. Zresztą każdy inny kandydat, obojętnie, czy najlepsza zresztą merytorycznie Carly Fiorina, czy też „manistreamowy”

ybawieniem okazał się Donald Trump. Wkrótce prześcignął swoją rywalkę pod tym ostatnim względem. W międzyczasie pozbawił kandydata republikanów, czyli samego siebie, zauważalnego nawet poparcia wspomnianych grup etnicznych. Obecnie, pod naporem ataków dotyczących jego przechwałek na temat skutecznego „podrywu” i bogatego doświadczenia w życiu płciowym, odrywane są odeń – bardzo skutecznie – głosy kobiet. Trumpowi nie pomogło nawet wsparcie, jakiego nieoczekiwanie udzieliły mu ofiary przemocy seksualnej Billa Clintona. Kobiety te – niegdyś zapalone demokratki – od dnia, kiedy na ich drodze stanął Bill, czują silną odrazę do Clintonów. Małżeństwo, którego dzieje ponoć posłużyły scenarzystom serialu „House of Cards” za wzorzec, poznały na własnej skórze. Między innymi Hillary, brutalnie tuszującą wybryki swego męża. Trump musiałby przestać być Trumpem, by wyzyskać owo osobliwe poparcie na swoją korzyść. Zresztą jego portret psychologiczny stał się z kolei fundamentem strategii wyborczej Clinton. Potwierdziły to debaty wyborcze – wszystkie trzy. Hillary Clinton niewątpliwie otrzymała proste zadanie – „bądź w ich trakcie niewidzialna; pozwól mu się tłumaczyć i atakować”. Do żadnej Donald Trump się nie przygotował i nie dał się przygotować. Nie

Redaktor naczelny

Libero

Projekt i skład

Adres redakcji

Data wydania

Krzysztof Skowroński

Lech R. Rustecki

Wojciech Sobolewski

29.10.2016 r.

Redakcja

Zespół

Dział reklamy

ul. Zielna 39 · 00-108 Warszawa redakcja@kurierwnet.pl Wydawca

Stała współpraca

Marta Obłuska reklama@radiownet.pl

10 000 egz.

Magdalena Uchaniuk Maciej Drzazga Antoni Opaliński Łukasz Jankowski Paweł Rakowski

Spółdzielczej Agencji Informacyjnej Wojciech Piotr Kwiatek Korekta

Dystrybucja własna Dołącz!

Magdalena Słoniowska

dystrybucja@mediawnet.pl

Spółdzielcze Media Wnet/ Wnet Sp. z o.o.

Nakład globalny

ISSN 2300-6641

Informacje o prenumeracie

NUMER 29

prenumerata@kurierwnet.pl

LISTOPAD 2016

wygrawszy żadnej z debat zdecydowanie – de facto przegrał każdą. A miał do czynienia z przeciwnikiem, o jakim marzyłyby zastępy republikańskich polityków – słabym i nielubianym.

N

a koniec optymistycznie. Paul Ryan, przewidując nadchodzącą klęskę, dał politykom GOP sygnał do ratowania tego, co da się uratować – własnych kampanii wyborczych. Jest na to duża szansa. Równolegle z wyborami prezydenckimi odbywają się wybory do obydwu izb Kongresu. Wielu polityków prawicy odcięło się od bardzo uciążliwego i nieobliczalnego kandydata jeszcze przed tym sygnałem. Nie było innej rozsądnej opcji. Wszak to Trump jako pierwszy zanegował paradygmat historycznej Partii Republikańskiej, czego wielu komentatorów, zwłaszcza występujących w Fox News, nie pozwoliło widzom i czytelnikom dostrzec. Jednakże dla odmiany fakt, iż Partia Demokratyczna stoi za Hillary Clinton murem, wcale nie oznacza, że to dobrze dla owej partii. Trump niezadługo zniknie z horyzontu. Wówczas Amerykanie przypomną sobie, komu przekazali tak olbrzymi zakres władzy. Wysypią się nowe skandale, odżyją stare, zrobi się nerwowo, a Clinton niewątpliwie pokaże swe prawdziwe oblicze. Partia Republikańska straci kilka lat, ale zyska czas na regenerację sił i wewnętrzną reformę. Jak pokazują sondaże – utrzyma władzę w Kongresie. „Efekt Trumpa” może się jeszcze przez pewien czas odbijać czkawką, aczkolwiek głosujący nań konserwatyści znów oddadzą głos na GOP, a nacjonalistyczny i roszczeniowy „Trump movement” będzie większym nawet zagrożeniem dla Partii Demokratycznej. Gorzej z Ameryką. Czekają ją wstrząsy społeczne i polityczne związane z rosnącą pauperyzacją. Najpewniej nałoży się na nie kryzys ekonomiczny. Zbliża się też wielka próba sił na arenie międzynarodowej. K

ind. 298050

Jeszcze miesiąc temu mogło się wydawać, że zwycięstwo Trumpa przyniesie znacznie bardziej radykalne przetasowania. W amerykańskim systemie prezydent jest również liderem partii politycznej. Dziś Trump wygląda bardziej na pokonanego „reakcjonistę” aniżeli na niezwyciężonego Attylę, wieszczącego nowy porządek. Zraził do siebie nie tylko rywali ze stawki w biegu po nominację, a potem establishment GOP i jego bardziej liberalne skrzydło, ale również liderów środowiska konserwatywnego i konstytucyjnego. Naturalnie przeniosło się to na preferencje wyborcze. W stanie Utah, niemalże „łeb w łeb” z Trumpem i Clinton, rywalizuje Evan McMullin, niezależny, konserwatywny kandydat i były oficer CIA (34%, 28%, 20%); dalej libertarianin Garry Johnson (9%) i „zielona” Jill Stein (1%). Trump jest bliski przegranej w tradycyjnie prorepublikańskich stanach – Georgii i Teksasie.

K ‒ U ‒ R ‒ I ‒ E‒ R

Z

Kowalewskiej jako jedyny polski krót-

Jacek Kurski stał się nowym prezesem TVP.T Odszkodowa-

Z

A

Marka Hłaski.T „Więzi” 21-letniej Zofii

dziano, że od przyszłego roku polski rząd zacznie latać na

a owe „niezdecydowane” uważa się 11 stanów: Colorado, Florydę, Iowę, Michigan, Nevadę, New Hampshire, Północną Karolinę, Ohio, Pensylwanię, Wirginię i Wisconsin. I żeby wygrać wybory, te stany właśnie należy wywojować. Aż w dziewięciu spośród nich – na dwa tygodnie przed wyborami – prowadzi, wedle sondaży, Hillary Clinton. Donald Trump cieszy się minimalną przewagą jedynie w Ohio i Iowie. Czy może się wydarzyć jeszcze coś, co odmieni tę tendencję i w ogóle położenie Trumpa? Trudno wyobrazić sobie skandal, który mógłby zdyskredytować Clinton. Lewa strona amerykańskiej sceny politycznej, zresztą jak prawie każda lewa strona, znakomicie zbija i relatywizuje wszelkie wpadki i skandale. Partia Demokratyczna przez ostatnie dziesięciolecia znacząco ewoluowała z formacji historycznej dla amerykańskiego systemu politycznego w stronę swoistej bezideowej korporacji. Jest to partia silnie zdyscyplinowana i taki też wydaje się być jej elektorat. Partię Demokratyczną cementuje brak wizji i programu dla Ameryki. W to miejsce wprowadza ona negację reformatorskich programów republikańskich, jak choćby słynnego planu Path to Prosperity sprzed dwóch lat, autorstwa Paula Ryana, oraz, z drugiej strony, „program” hojnego państwa. Prawą stroną za to co rusz targają podziały, kryzysy i zwady. Przenoszą się potem na sympatyzujących z GOP (Partia Republikańska) ekspertów i komentatorów. Prawa strona jest ze swej natury bardzo zróżnicowana. Ale Donald Trump wywołał po tamtej stronie kryzys, jakiego nie było nawet w dobie rewolucji „herbacianej” sprzed kilku lat. Rewolucja ta wprowadziła na salony stanowe i federalne wielu nowych polityków, a także wyniosła rzeczonego Ryana najpierw do nominacji wiceprezydenckiej, a potem na fotel Speaker of the House.

G

nigdy dotąd nie opublikowanych tekstów


KURIER WNET

3

WOLNA·EUROPA

N

a całej długości 80 kilometrów drogi z lotniska do Paryża lasy liściaste o tej porze roku wdzieczą się wszystkimi kolorami tęczy jak logo pederasty. Harmonię psują tylko dzikie wysypiska na poboczu. Jeżeli zrozumie się mowę śmieci, to te śmiecie opowiadają

o pewnym rozprzężeniu w państwie francuskim. Na przykład, dziś, w środę 26 października, François Hollande ma umówione spotkanie ze związkami zawodowymi policjantów. Prezydent chce ich namówić do zaniechania strajku. Stróże prawa strajkują od ponad dwóch tygodni. Bezpośrednią przyczyną wściekłości był nowy atak na ich życie. Dwoje policjantów – aspirantka i sierżant – zostali ciężko poparzeni, a dwaj inni ranieni lżej. W sobotę 8 pazdziernika w Viry-Châtillon (Essonne) dziesięcioosobowa banda rzuciła na ich samochód butelki z benzyną. Dziewczyna opuściła już szpital, ale leczenie ambulatoryjne jej ciężkich poparzeń potrwa jeszcze przez wiele miesięcy. Jej kolega, 28 letni, ma poparzenia na 30% ciała, na rękach i twarzy. Jego stan wymagał zastosowania sztucznej śpiączki i przez kilka dni personel szpitalny walczył o utrzymanie rannego przy życiu. Alliance – główny związek zawodowy funkcjonariuszy policji – wezwał stróżów porządku do „strajku nadgorliwości”. Można sobie wyobrazić, jakie zamieszanie na szosach i ulicach wprowadza zatrzymywanie pojazdów, legitymowanie kierowców, aż do starannego wypełniania wszystkich absurdalnych formularzy, którymi policja rozporządza. Dwie inne organizacje związkowe wezwały swoich członków do milczących zgromadzeń przed komisariatami w każdy wtorek. Zainteresowani na miejsce milczących zgromadzeń wybrali inne okolice. Wczoraj znowu gromadzili się w całej Francji przed gmachami sądów.

Wściekłość policjantów wybuchła w momencie, kiedy trwały jeszcze strajki nauczycieli przeciwko wprowadzonej reformie szkół srednich. Mniej wychowawców, rozmaitość

P

rezydent Francji, François Hollande, oświadczył był niedawno, że islam jest kompatybilny z demokracją. Z wielką radością obwieściły te słowa niemieckie media. Natomiast krytycy współksięcia Andory wypominają mu z żalem, że stracił okazję, by zamilczeć. Nie byłbym taki surowy wobec socjalisty. Krytycy posługują się zapewne przestarzałą definicją pojęcia „demokracja”, grubo sprzed wielkiej socjalistycznej rewolucji październikowej (która, jak wiadomo, odbyła się w listopadzie i nie była rewolucją, lecz zamachem stanu, na jaki zareagowano w Petersburgu równie opieszale, jak dziś w Warszawie na poczynania Trybunału Rzeplińskiego). I tak po upadku demokracji Kiereńskiego rozpoczęła się era demokracji Lenina, a potem demokracja Stalina i, w wielkim skrócie, peerelowska demokracja ludowa i inne jej gatunki, podgatunki i wersje – maoistowska, polpotowska i oczywiście północnokoreańska. Skoro reżim w Phenian pogodził socjalizm z demokracją, to dlaczegożby rząd w Paryżu miał nie pogodzić demokracji z islamem? Do tego, jak wiemy, religią pokoju? (Dla muzułmanów, rzecz jasna). Oczywiście nie mają racji ci, którzy narzekają, że i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu. Tymczasem mylą się polityczne zrzędy! Mylą się z kretesem! W Paryżu i w Berlinie też! Angela Merkel, idolka wielu postępowych Polaków (to nie żart: pewien mój znajomy, dyrektor wielkiej niemieckiej firmy na Dolnym Śląsku, opowiadał mi z dumą na przyjęciu w swej eleganckiej willi w Niemieckim Zgorzelcu, nazywanym przez mieszkańców wschodniej części miasta Gorlic (od niemieckiej nazwy miasta, Görlitz), że jego robotnicy najchętniej chcieliby być rządzeni przez… Angelę Merkel). Angela Merkel, po porażkach wyborczych zadanych kierowanej przez nią proislamskiej partii CDU, wzywa Niemców do… śpiewania kolęd bożonarodzeniowych! Czy już od teraz, tego nie wiem, aczkolwiek handlowe Boże Narodzenie rozpoczyna się w Niemczech zaraz po starogermańskim (?) Halloweenie, a nawet wcześniej, więc może i tak. Ciekaw jestem, jak ze śpiewaniem kolęd poradzą sobie wyznawcy religii islamskiej, stanowiącej przecież element niemieckości?

programów dla różnych szkół – wszystko, przed czym bronią się od lat. W ubiegłym roku szkolnym strajki rozpoczęły się przed wakacjami i, wbrew nadziejom rządu, uległy wznowieniu z początkiem nowego roku. W ubiegłorocznym czerwcu w okresie egzaminów strajkowało 30% nauczycieli. Reforma rytmu nauczania, wprowadzona w 2014 roku, nie przestaje przynosić szkód, podczas gdy w tym czasie otwarto niecałe 500 klas dla 23 000 nowych uczniów, czyli jedna klasa dla 55–59 uczniów dodatkowych. W kilka dni po rozpoczęciu roku szkolnego przed rektoratem w Creteil – na przedmieściu Paryża – dziesiątki nauczycieli oczekiwały w kolejce, aby poznać adres szkoły, do której są przydzieleni. W podparyskim departamencie Saint Denis niektórzy nauczyciele otrzymywali kontrakt trzydniowy tylko w tym celu, aby rektorat mógł wykazać w statystyce, iż żaden uczeń w departamencie nie znalazł się bez profesora. Służby administracyjne nie mogły sobie poradzić w żaden sposób, zważywszy, że o ile ministerstwo szczyci się stworzeniem w ubiegłym roku 400 nowych etatów i około trzech tysięcy od 2012 roku, to między 2007 i 2012 zostało zlikwidowanych 10 000. W tym roku strajk był mniej liczny – nauczyciele są zniechęceni i zmęczeni brakiem efektów poprzednich manifestacji. W gruncie rzeczy strajk policjantów i strajk nauczycieli mają wspólne podłoże: ogólne rozprzężenie dyscypliny w państwie. Policjanci urządzają strajk w pewnym sensie per procura – w imieniu całej ludności – uważa Olivier Mazerolle. I ten wybitny komentator polityczny tłumaczy:

Policjanci domagają się polityki karnej bardziej surowej niż ta, którą się stosuje obecnie, i wyrażają sprzeciw przeciwko wszystkiemu, co reprezentuje władzę instytucjonalną: rząd, prezydent republiki, ale również ogół polityków i władz związkowych. Jest w tym roztrwonienie, rozpad tego, co wciela władzę we Francji. Sytuacja jest wyjątkowa: chodzi nie tylko

Przypominam sobie, że nie tak jeszcze dawno temu, kiedy „deutsche Wilkommenskultur” zaczynała być jednym z przykazań dekalogu „liberalnej demokracji” (obok aborcji i zniesienia kary śmierci), jeden z poważnych podobno niemieckich naukowców wpadł na pomysł, by wprowadzić w szkołach (w ramach procesu integracji) naukę arabskiego dla młodzieży. Pomysł uważam za przedni (aczkolwiek ostatnio jakoś o nim cicho). Na pewno piorunujące wrażenie na islamskich osadnikach (w większości z państw arabskich) zrobiłoby, gdyby złapana za coś tam kobieta mogła rzucić w twarz w języku ojczystym napastnika na przykład „moja macica należy do mnie” albo coś w tym rodzaju. Nie wiem tylko do końca, czy to miał na myśli niemiecki uczony. Miasto, w który mieszkam, Niemiecki Zgorzelec, robi się, jak słyszę w mediach, „coraz bardziej zachodnie”. Jeszcze do niedawna młodzi mieszkańcy zachodniej części grodu nad Nysą dawali stąd dyla w celu zalezienia pracy na Zachodzie. Na uzasadnienie tezy o „uzachodnieniu” miasta podaje się rosnącą liczbę islamskich imigrantów. To wydaje się logiczne – im więcej przybyszy ze Wschodu, tym więcej Zachodu. Oczywiście nie mają te media na myśli napływu zza wschodniej granicy. Nie przyczyniają się oni do „uzachodnienia”, rozpływając się w tłumie i nie rzucając się zbytnio w oczy nikomu. Ale, rzecz jasna, nadal są na porządku dziennym informacje o Polakach w kronikach policyjnych, np. „Sächsische Zeitung”. Nie brak jednakowoż doniesień o niemieckich kryminalistach grasujących na polskim brzegu Nysy. Ale wynika to nie tyle z „uzachodnienia”, co z normalizacji.

N

o dobrze, ale co z demokracją?! Walka toczy się dalej. Zapewnia o tym prominentny europejski pedofil, a więc orędownik już bardzo liberalnej demokracji, Daniel Cohn-Bendit. Roztacza on wizję świata „bez nacjonalistów”, takich „jak Kaczyński”. I stawia pytanie – nie-pytanie: „Ci cholerni Polacy, po co zrzucili komunizm? Żeby zostać częścią Europy!”. W tym pytaniu – nie-pytaniu są dwa błędy rzeczowe. Po pierwsze: Polacy (niestety) komunizmu nie zrzucili. To komunizm przepoczwarzył się w liberalną demokrację. Po drugie – Polska była zawsze i jest nadal częścią Europy,

P

i

o

t

r

W

i

t

t

W kolorze jesiennym Nie bardzo wiadomo, jak rząd Vallsa mógłby wprowadzić politykę represyjną w obecnej chwili, kiedy robi wszystko, żeby wykazać swoim wyborcom, że stanowi prawdziwą lewicę. o rok wyborczy, ale przede wszystkim o szerzący się terroryzm i związane w nim nowe zadania policji. Jest rzeczą charakterystyczną, że ten ogólny sprzeciw reprezentują właśnie policjanci, którzy powinni gwarantować porządek publiczny. Sytuacja dotyczy zresztą wszelkich służb utrzymujących ład i porządek w państwie. Na trudności, na rosnące niebezpieczeństwa pracy skarżą się nie od dziś pracownicy więziennictwa. W dniu 1 lipca bieżącego roku liczba zatrzymanych w więzieniach francuskich (dane Ministerstwa Sprawiedliwości) pobiła nowy rekord: 69 375 osób na 58 311 miejsc. Wśród nich znajduje się co najmniej 1400 więźniów „zradykalizowanych” – eufemizm na określenie terrorystów. Wymagają oni specjalnego traktowania i szczególnych warunków bezpieczeństwa, jako że ludzkie życie – ich własne, a zwłaszcza cudze, nic dla nich nie znaczy. Z ludźmi, którzy pragną jak najprędzej dostać się przed oblicze Allacha, aby tam, zgodnie z obietnicami imamów, obcować do woli z dwunastoma dziewicami, należy obchodzić się ostrożnie.

Żeby Czytelnik dobrze zrozumiał, na co skarżą się francuscy klawisze – przykład z ostatnich tygodni. Więzień zakładu penitencjarnego w Osny pod Paryżem usiłował zabić dwóch strażników. 24-letni Bilal N., więziony od trzech miesięcy za próbę nielegalnego przedostania się do Syrii, w niedzielę 4 września pojawił się na dziedzińcu spacerowym z ręcznikiem w ręku. Była godzina 15, kiedy to więźniowie z drugiego piętra, przeznaczonego dla „radykalnych”, wychodzą na spacer. Strażnik nakazał mu zawrócić i odnieść ręcznik do celi. Ale pod kawałkiem materiału znajdował się ukryty szpikulec spreparowany metodą chałupniczą, długi na 15 centymetrów. Bilal N. odwrócił się wówczas nagle ku strażnikowi i zadał mu cios w plecy. Strażnik wyrwał się napastnikowi i próbował uciec, ale ten dopadł go i zadał drugi cios w szyję. Szpikulec przebił gardło na wylot. Drugi strażnik rzucił się na pomoc koledze i zainkasował ciosy szpikulca w biceps i następnie w twarz. Strażnikom udało się mimo wszystko obezwładnić bandytę i zamknąć go w budynku razem z pięcioma innymi więźniami. Broń cudem nie dotknęła

której nie wolno zawężać nikomu do Unii Europejskiej, jaka może w praktyce pozostać na scenie Europy tylko nieco dłużej od Tysiącletniej Rzeszy. Zresztą III Rzesza, państwo socjalistyczne, kierowało się zasadami demokracji nazistowskiej. I dlatego padła z kretesem. O pedofilu Danielu Cohn-Bendicie, idolu liberalnej lewicy, pisałem już dawno temu na swym blogu. Pewna

czytelniczka onet.pl, oburzona moim zarzutem wobec ikony ludu postępowego miast i wsi, zapowiedziała przesłanie mojego felietonu do Parlamentu Europejskiego (w którym zasiadał wtedy pedofil), aby wytoczono mi proces o zniesławienie. Podziękowałem tej czytelniczce, podając zarazem (w obu językach) ten fragment książki „przedszkolanka”, jakim w okresie wielkiej

J

a

n

B

o

g

a t k o

arterii ciężko rannego ani żadnego z organów witalnych. Pozostał w szpitalu na dłużej, podczas gdy jego kolega mógł powrócić do domu po opatrzeniu ran. Napad miał miejsce w tę samą niedzielę 4 września, kiedy odkryto samochód przygotowany do wybuchu w pobliżu katedry Notre Dame. Zamach został udaremniony dzięki spostrzegawczości kelnera pobliskiej restauracji. Stojący od dłuższego czasu z zapalonymi światłami i bez tablic rejestracyjnych pojazd wydał mu się dostatecznie podejrzany, by zawiadomić policję. Istotnie, samochód był wyładowany butlami z gazem i nie wybuchł tylko dzięki niezręczności zamachowczyń: pięciu kobiet. „Mamy obecnie prawie

700 obywateli i rezydentów francuskich wśród dżihadystów, którzy walczą w Syrii i Iraku, w tym 275 kobiet i wiele dziesiątków młodocianych” – wyznał premier Valls nazajutrz w wywiadzie radiowym, dodając: „Mamy na naszym terytorium 1350 osób objętych śledztwem, które znajdują się obecnie w więzieniach z których 293 pozostawały w bezpośrednich związkach z siatkami terrorystycznymi”. Odpowiadając niejako na postulaty strażników prawa i porządku, premier obiecał stworzenie 15 000 nowych miejsc w zakładach karnych. Jest to zapowiedź typu „od jutra golenie za darmo”, gdyż realizacja projektu ma nastąpić w ciągu najbliższych 10 lat. Obietnica została zatem złożona w imieniu przyszłego rządu, który tylko cudem mógłby pozostać socjalistyczny, a socjaliści w cuda nie wierzą. Inni Francuzi także wykazują sceptycyzm, przynajmniej gdy idzie o politykę.

W 2017 roku Francuzi nie chcą ani Hollanda, ani Vallsa. Wykazuje to sondaż przeprowadzony przez napoważniejsze agencje badania opinii publicznej i ujawniony w dniu dzisiejszym (26 października) przez wielki dziennik „Le Figaro”.

socjalistycznej rewolucji seksualnej był idol liberałów, w którym opisuje on niedwuznacznie swe seksualne przygody z dziećmi. Czytelniczka nie zabrała więcej głosu w dyskusji, a szkoda. Daniel Cohn-Bendit pochodzi w rodziny o wielkich demokratycznych tradycjach, jest synem działacza demokracji trockistowskiej. Jego nauczycielem w elitarnej, drogiej lewackiej szkole, prowadzonej przez pederastę i pedofila, Gerolda Beckera – Odenwaldschule w Ober-Hambach – był francuski demokrata komunistyczny, stalinowiec Ernest Jouhy. U niego to Cohn-Bendit zdobywał pierwsze „demokratyczne” szlify!

D Demokracja w domu i zagrodzie. Demokracja istniała zawsze i wszędzie! Czy pamięta ktoś to hasło walki o „socjalizm z ludzką twarzą”? O to walczy Cohn-Bendit w jednym szeregu z Michnikiem. Obaj mają niemal identyczną tożsamość. Ojciec Michnika był stalinowskim demokratą. Tak naprawdę walka o wyzwolenie od komunizmu rozpoczyna się dopiero teraz. I tak należy rozumieć pucz, jakiego świadkami jesteśmy w Polsce, a którego głównym terenem operacyjnym jest zagrażający demokracji bezprzymiotnikowej Trybunał Rzeplińskiego, broniony przez Cohn-Bendita.

aniel Cohn-Bendit jest nie tylko liberalnym demokratą. Jest także nacjonalistą, jak każdy prawdziwy liberalny demokrata. Nie, nie „europejskim”, lecz niemieckim i francuskim! Uważa on, że … „odrodzenie” Europy może przyjść tylko z Niemiec i Francji. A jakie odrodzenie ma na myśli wychowanek „reformatorskich pedagogów” z Odenwaldschule w Ober-Hambach? Oczywiście socjalistyczne, liberalne, lewicowe. „By było, jak było”. Czy pamięta ktoś to hasło walki o „socjalizm z ludzką twarzą”? O to walczy Cohn-Bendit w jednym szeregu z Michnikiem. Obaj mają niemal identyczną tożsamość. Ojciec Michnika był stalinowskim demokratą. Tak naprawdę walka o wyzwolenie od komunizmu rozpoczyna się dopiero teraz. I tak należy rozumieć pucz, jakiego świadkami jesteśmy w Polsce, a którego głównym terenem operacyjnym jest zagrażający demokracji bezprzymiotnikowej Trybunał Rzeplińskiego, broniony przez Cohn-Bendita. Michnikowy koalicjant wymachuje (polską?) konstytucją, twierdząc, że „demokracja to konstytucja”. A ponieważ w tym samym zdaniu krzyczy, że „demokracja to nie wyborcza większość”, więc zdradza cele rewolucji liberalno-demokratycznej: rządy elitarnej jak on mniejszości w oparciu o bliżej nie zdefiniowaną konstytucję. Najpóźniej po lekturze enuncjacji Daniela Cohn-Bendita najbardziej zagorzały zwolennik „walki o demokrację” musi przejrzeć na oczy. Stwierdzenie, że „demokracja to nie wyborcza większość” to zapowiedź – po narodowo-socjalistycznej, komunistycznej i socjalistycznej – kolejnej dyktatury,

Najsilniejszym poparciem w każdej konfiguracji politycznej cieszy się Marine Le Pen: 27–29%, przed kandydatem republikanów, kimkolwiek on będzie. Z Hollanda zadowolonych jest mimo wszystko 4% Francuzów, z Vallsa niewiele więcej. Mimo ogłoszonej wczoraj z wielkim hukiem poprawy na froncie walki z bezrobociem. Ponoć zmniejszyło się w ciągu ostatniego miesiąca o ponad 2%. Wszyscy chętnie by uwierzyli optymistycznej statystyce, gdyby już przed wakacjami wścibscy dziennikarze z „Canard Enchainé” nie namydlili deski pod stopami rządu, publikując pewien poufny dokument. Dyrektor Krajowego Urzędu Pracy nakazywał swoim podwładnym stworzenie docelowo 700 000 miejsc na rozmaitych stażach dla młodych bezrobotnych. Te staże są mniej lub więcej fikcyjne, prędko się kończą, nie zapewniają zatrudnienia, ale mają jedną nieocenioną zaletę: pozwalają wykreślić ze statystyk bezrobocia ponad 2 mln osób. Poprawianie (statystyk) właśnie się zaczęło. Z klawiszami i gliniarzami idzie trudniej. Szczególnie to kłopotliwa sytuacja dla rządu na kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi. Nie bardzo wiadomo, jak rząd Vallsa mógłby wprowadzić politykę represyjną w obecnej chwili, kiedy robi wszystko, żeby wykazać swoim wyborcom, że stanowi prawdziwą lewicę. To nie do pomyślenia. Co do projektów więzienniczych, to do ich realizacji potrzebne są również pieniądze: 3 miliardy euro. Troszczy się o nie Ministerstwo Finansów. Zapomniałbym dodać bowiem, że w ogólnym chaosie nie wszystkie służby dotknęło widoczne rozprzężenie. W tych dniach do merostwa w Sarzeau w Bretanii przyszło wezwanie do zapłaty zaległości podatkowych, zaadresowane w sposób następujący: Madame D. grób nr 24, rząd E. Mer miejscowości, pan David Lappartient, polecił swoim służbom sprawdzić i adres okazał się dokładny. Chodziło rzeczywiście o panią D. zmarłą i pochowaną w tym miejscu. Jak widać, administracji podatkowej ogólne zamieszanie nie zdołało zmylić. K

która, korzystając z ludzkiej nieuwagi, może zmienić życie milionów ludzi ponownie w piekło. Tak na marginesie: gdyby w Polsce nadał rządzili liberalni demokraci, to większość wyborcza nie przeszkadzałaby Danielowi Cohn-Benditowi. Sen z powiek – podobnie, jak jego gospodarzowi – spędza mu obecność u władzy innej partii! W liberalnej demokracji rządzić może bowiem jedynie liberalna demokracja i nikt inny! Tak, jak w ZSSR KPZS, tak, jak w III Rzeszy NSDAP. I wtedy będzie demokracja! Tryndy – jak mawiał jeden z ojców demokracji socjalistycznej w PRL, która zrodziła „liberalną demokrację” – jakie zarysowują się na unijnym firmamencie, nie wróżą niczego dobrego. Wypróbowani w bojach o prawomyślność stróże wolności w europarlamencie wpadli na pomysł… kontrolowania „praworządności” w państwach (zwanych „krajami”) Unii Europejskiej. To nie żart – z pomysłem takim wystąpiła holenderska liberałka, Sophie in ‘t Veld. Jest to oczywiście odpowiedź na klęski liberalnego betonu na Węgrzech i w Polsce i wyraz strachu przed emancypacją innych państw członkowskich Unii Europejskiej. Czyżby Wielka Brytania czuła pismo nosem, uciekając z Unii? Szokująca jest informacja, że większość eurodeputowanych przyjęła rezolucję, która wzywa Komisję Europejską do „utworzenia mechanizmu oceny stanu poszanowania demokracji, praworządności i praw podstawowych” w państwach UE. Najlepsza byłaby demokratyczna Czeka. Nieważne przecież ani to, że Unia Europejska nie ma prawa do ingerencji w wewnętrzne sprawy państw członkowskich, ani że projekt oznacza zamiar naruszenia suwerenności tych państw. Cyrk wokół Trybunału Rzeplińskiego w Polsce i w Unii Europejskiej wyraźnie wskazuje na wejście UE na drogę wyznaniowego superpaństwa. Pamiętam Rzeplińskiego ze studiów na UW. W tym czasie, kiedy wyrzucano z uczelni młodych ludzi po tzw. Marcu ’68, Rzepliński wszedł na jedyną i właściwą drogę budowania demokracji – wstępując do komunistycznej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Swym ideałom, przyznać trzeba, pozostał wierny. O czasy, o obyczaje! K


KURIER WNET

4

P U N K T·W I D Z E N I A

Cokolwiek na tym ziemskim padole powstało, to z potrzeby zysku, obrony lub poczucia piękna i dążenia do mądrości. Człowiek jest tu bytem sprawczym, bowiem to właśnie on na przestrzeni swoich dziejów czynił nie tylko ziemię sobie poddaną, ale dla partykularnych interesów podporządkowywał też ludzi, najczęściej czyniąc z nich niewolników. Najważniejsza księga naszej cywilizacji – Biblia uczy, że na początku było Słowo. A co zastaliśmy na końcu? Na końcu naszej cywilizacji? – zysk za wszelką cenę. Coś tu więc nie gra!

Co daje nam polskość? Ryszard Surmacz

O

becny świat wartości już skrajnie liberalnych stworzył nam iluzję nieskrępowanej wolności, swobody, przełamywania barier, tolerancji bez granic itd. Ten świat wspomaga technologia i informatyka. Zaczynamy egzystować w rzeczywistości wirtualnej, przestajemy więc czuć i smakować prawdziwe życie. Jedyny kontakt, jaki mamy ze starym światem, nawiązujemy poprzez seks, trawienie, wydalanie, ból i choroby. Człowiek, który ma dwie nogi, dwie ręce i głowę, nadal chodzi po ziemi i jest uzależniony od natury, nie jest w stanie wytrzymać dysonansu pomiędzy światem rzeczywistym a wirtualnym. Głupieje i oddaje pole ludziom indyferentnym. Powstaje więc pytanie, jak się ratować?

Po co nam polskość? Nie ma co ukrywać, że w XXI w. i po upływie ponad 1000 lat istnienia narodu polskiego jest to pytanie żenujące. Ale niestety prawdziwe! Zacznijmy więc odpowiadać w pierwszej kolejności w sposób zwyczajny. Uchodźcy i poszukiwacze lepszego życia na Zachodzie stworzyli taką sytuację, że państwa starej UE zaczną deportować nieprzydatnych emigrantów i nie będzie tam miejsca dla polskich lemingów, które liczą, że w razie czego czmychną z Polski. Miejsca zabraknie przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, w sytuacji zagrożenia rosną ceny obywatelstwa i zawęża się kryterium oceny moralnej. Chętni nie będą na tyle bogaci, aby mogli sobie kupić obywatelstwo, lub atrakcyjni, aby mogli przekonać administrację krajów kolonialnych, że Polak ma pierwszeństwo przez Algierczykiem czy Hindusem. Po drugie, nie po to dziś szarga się opinię Polakom, aby jutro przyjmować ich z otwartymi rękami. To obrzydzanie ma tak intensywny charakter, że musi mieć jakiś ukryty cel – historia uczy, że zagrożone jest nasze państwo i mienie. Urodzenie nie jest wyrokiem, lecz daje przynależność. Świat został tak ułożony, że życie najpierw otrzymujesz od rodzonej matki, potem to samo życie kształtuje Ci rodzina i własna kultura. Jeżeli tą kulturą będzie kultura francuska, angielska czy węgierska, zostaniesz Francuzem, Anglikiem lub Węgrem. Jeżeli urodzisz się na pograniczu kultur, jedną z nich będziesz musiał uznać za macierzystą – tę, do której będziesz odnosił swoje życiowe doświadczenie. Jeżeli pomieszasz je, zgłupiejesz i nie nauczysz się niczego. Twoje życiowe wnioski będą bełkotem. Czarnoskóry nie może być białoskórym. Człowiek nie może być małpą, choć podobno łączy nas pokrewieństwo. Polak nie może być Niemcem tylko dlatego, że Niemiec ma lepiej. I tak dalej. Namieszać w tym wszystkim mogą geny. Ale ogólnie, jeżeli urodziłeś się Polakiem i zostałeś wychowany w polskiej kulturze, to polskość jest takim samym niezależnym od Ciebie prezentem, jak uroda, geny i talenty, które otrzymałeś wraz z życiem. Jeżeli wmówiono Ci, że polskość to nienormalność, jeżeli szkoła i media nie przekazały Ci odpowiednich informacji na temat dorobku Twojej kultury i przeszłości Twojego państwa, to nie dlatego, że to państwo i kultura nie miały swoich wielkich osiągnięć, lecz dlatego, że chciano Cię ogłupić i okraść. Tak w czasie zaborów postępowali Rosjanie, Austriacy i Niemcy. To samo rządy tych narodów robiły podczas II wojny światowej. Nie inaczej czynili Rosjanie w PRL, która była przedłużeniem zaboru rosyjskiego. A jak jest obecnie, to już sam widzisz. Alfabet polski znasz, umiesz rozwiązywać wszelkie testy, ale czy potrafisz pisać wypracowania, czy potrafisz dostrzegać fakty i łączyć je w całość? Jeżeli nie, to

jesteś przeznaczony do roli wykonawcy. Dlaczego? Dlatego, że nie inżynierowie rządzą światem, lecz humaniści. Jeżeli Twoje państwo jest zależne, w mniejszym lub większym stopniu wszyscy jesteśmy niewolnikami. W świecie, który uznał, że kula ziemska ma zbyt dużą ilość ludzi, niewolnik zdany jest na łaskę i niełaskę cywilizacji śmierci. I trzeba z tego wyciągnąć wnioski. A tymczasem ta tak poniżana i niedoceniana polska kultura nie ukształtowała Hitlera, nie zrodziła Stalina ani Bandery. Polaku, nie masz się czego wstydzić! Za plecami nie masz nikogo, kto przynosiłby Ci ujmę, a wszystkie insynuacje pod Twoim adresem są skażone totalitaryzmem. Masz wolną drogę do rozwoju. Tylko od Ciebie zależy, czy będziesz chciał poznać swoją historię, swoją kulturę i wytrwać w niej. Bez ich znajomości przegrasz. I jeszcze raz: młody Polaku, stawiają przed Twoimi oczami absurdalny, krzywogębny obraz Twojej ojczyzny. Ba, nosisz w sobie wyobrażenia, których nie ma, a słoje Twojego doświadczenia życiowego nie pozwalają Ci na weryfikację kłamstwa. Musisz odpowiedzieć sobie na pytanie: kim będziesz, jeżeli nie chcesz być Polakiem? Ucieczka od polskości to niesprawiedliwe skazanie świata, który cię wychował, na marginalizację i pośmiewisko. Izolacja od wszystkiego, co polskie, ucieczka od polskiej kultury to nic innego, jak wzmacnianie innego państwa, czasami wrogiego. Tęsknisz do obcego świata, choć nie jest Twoim, a ten, który Cię wychował – drażni Twoją wrażliwość. Nie kultywujmy wyobcowania z własnej kultury. Nie możesz zapominać, że okresy komunistyczny i pokomunistyczny odcięły Cię od 1000-letnich dziejów Twojego kraju. Pierwszy w sposób strukturalny, drugi – w sposób proletariacki, żeby nie powiedzieć: wręcz parobczański. Proletariatu i parobków już nie ma, ale gnój pozostał. I właśnie jego smród powoduje, że tak trudno nam się porozumieć, tak trudno złapać wspólny wątek i rozwijać wspólne przekonania. W takim chaosie informacyjnym i złym przygotowaniu kulturowym bardzo trudno prowadzić rzeczowy dialog, bo interpretacja zachodzących zjawisk jest tak dowolna, iż nie pozwala na żadną syntezę. Ewidentnym przykładem kulturowego dramatu jest sytuacja Ślązaków niemieckich, którzy do Niemiec wyjeżdżali z poczuciem niewzruszonej niemieckości, a od Niemców dowiadywali się, że są… Polakami. Z zewnątrz może to wyglądać śmiesznie, ale gdy przyłożymy do tego ludzką miarę, zaczyna się dramat. Nikt z Niemców nie uzna oczywiście Ślązaka za reprezentanta kultury niemieckiej – z prostej przyczyny, że jest Słowianinem i katolikiem, a jego cechy osobowościowe przypominają polskie. Tak samo jest z Polakami, którzy, pchani fałszywym wstydem, podają się za Niemców, Francuzów czy Anglików. Druga wojna światowa wystarczająco pokazała, że wyparcie się narodowości nie jest możliwe, a historia polskiej emigracji dowodzi, że w obcym środowisku zbiorowe lub indywidualne traktowanie zależy od opinii, jaką stworzy się swoim zachowaniem. I nikt nie będzie wnikał w powód Twojego przyjazdu. Polskość została Ci dana i masz ją godnie reprezentować. Profesor Anna Pawełczyńska (więźniarka oświęcimska) wspominała wejście do obozu Jugosłowianek (chyba Serbek): „One szły jak w kolumnie wojskowej” – i później odpowiednio do swojej postawy były traktowane. Polskość jest więc odpowiedzią na pytanie, co robić w dzisiejszej sytuacji i jak się bronić. Ale w nowym położeniu geopolitycznym potrzebuje ona nowej interpretacji.

Piastowskie położenie domaga się wielkości Polska, ujmując rzecz historycznie, nie jest ani typowym państwem morskim, w którym dominuje kultura liberalna oparta na handlu, ani lądowym, opartym na wartościach konserwatywnych. Ze względu na swoje położenie jest czymś pośrednim, a więc nie pasującym do żadnej koncepcji: ani zachodniej, ani wschodniej. Zresztą zawsze taka była; ale po kolei. Za Piastów jej posłannictwem było ustalenie wyraźnej linii rozgraniczającej dwie rasy, dwa związki kultur, dwie niezgłębione możliwości rozwoju: germańsko-niemiecką i słowiańsko-polską (E. Kwiatkowski, Dysproporcje). Za Jagiellonów była zajęta syntezą dwu cywilizacji (główną rolę odgrywał tu ląd), ale do specyfiki tego procesu należy zaliczyć pewną równowagę pomiędzy liberalizmem a konserwatyzmem. Za czasów saskich zaczął się upadek Rzeczpospolitej Obojga Narodów, który przechylił szalę w kierunku liberalizmu, uniemożliwiając jednocześnie strategiczne wykorzystanie zarówno lądu, jak i morza. Utrata kontroli nad własnym obszarem oznaczała słabość władzy i państwa, powodowała też wzmocnienie potencji sąsiadów, co w konsekwencji przełożyło się na atak na polską tożsamość – z kilku stron jednocześnie. Analiza powyższego zjawiska prowadzi do jednego podstawowego wniosku – że w naszym geopolitycznym położeniu nie ma miejsca na słabą lub niezdecydowaną jednostkę. To miejsce wymaga niezwykłej siły, zdecydowania i czujności intelektualnej oraz strategicznej. Jeżeli natomiast region, który dotąd swoją propozycją kulturową generował sąsiednie siły, nie wykazywał adekwatnego oporu, to… okres zaborów musiał włączyć proces wygaszania polskiego dzieła cywilizacyjnego i ówczesnej polskiej siły. Oznaczał kompletną klęskę koncepcji I RP. Przez 123 lata niewoli Polacy próbowali dociec przyczyny upadku państwa i znaleźć sposób na odzyskanie niepodległości. Usiłowali wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, ale wszystko rozbijało się o sojusz sił państw zaborczych. Był to wyrok w klatce! Ostateczna klęska w powstaniu styczniowym nie zmieniła sytuacji geopolitycznej Polski, ale zmieniła kierunki działania polskiej szlachty i inteligencji. Zrozumiano, że Polacy są na zachodzie – im bliżej Odry, tym jest ich więcej (Wysłouch, Popławski) – oraz że tylko wojna państw zaborczych może sytuację Polski zmienić. Potrzebna była więc intelektualna praca w zupełnie innym kierunku niż dotychczas. I tę pracę wykonano. Dlatego też okres II RP mógł wskrzesić ideę stabilizacji europejskiej poprzez stworzenie buforu pomiędzy Rosją a Niemcami, a konstrukcja takiego buforu musiała opierać się na twardym fundamencie politycznym i intelektualnym. W powrocie do tej koncepcji niewątpliwie pomógł nam Zachód (USA, Francja). W 1939 r. Zachód już okazał się słabszy od własnej koncepcji, a w 1945 r. tylko Niemcy uznał za główne zagrożenie dla pokoju w świecie. I dlatego okres PRL to kolejne wygaszanie i dobijanie tego, co zdołało odrodzić się w II RP oraz tego, czego nie zdołano jeszcze zlikwidować w okresie zaborów. Okres Solidarności odrodził tradycyjną ważność miejsca – Polska ponownie stała się geopolitycznym języczkiem u wagi, ale pokazał jednocześnie, że rosyjska walka z polskimi elitami dobiega końca. A to oznaczało koniec kłopotu z Polakami. Rok 1989/90 potwierdził tę informację i dodatkowo dołączył inną, że świadomość zamkniętych

w PRL-owskim getcie Polaków wykazuje już taką nieadekwatność do współczesnych wyzwań, że Polska stała się państwem pozbawionym elit i siły (tzw. III RP) oraz że po przygotowaniu propagandowym nadaje się do przejęcia intelektualnego przez obcych. Z łatwością może stać się również obszarem kolejnego eksperymentu konfrontacyjnego dwóch europejskich światów: liberalnego i konserwatywnego, bez żadnych korzyści własnych. Walka obecnego liberalizmu z obecnym konserwatyzmem ma charakter pustego procesu w pustej przestrzeni. Ani liberalizm, ani konserwatyzm nie mają już w sobie tych ładunków powagi i konsekwencji, co dawniej. Liberalizm harcuje, opierając się na sile trwania jeszcze dawnego systemu, beż żadnej nowej idei i konsekwencji. Ich aktywność polega na robieniu wokół siebie hałasu w myśl dawnego hasła „proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”. Dziś za tym hasłem może stać tylko klęska liberalizmu i poważne wzmocnienie konserwatyzmu. Żadne społeczeństwo bowiem na dłuższą metę nie jest w stanie wytrzymać mieszanki profanacji z groźbą totalitaryzmu w tle. Rzecz jednak polega na czymś zupełnie innym. I tu musimy wrócić do czasów upadku I RP. Zajęcie obszaru Rzeczypospolitej przez trzy obce państwa oznaczało przejęcie terytorium i wprowadzenie obcego prawa. Wprowadzenie obcego

prawa niczego nie załatwiało, gorzej, na zajętej ziemi wprowadzało pustkę, która musiała wypełnić się walką. Musiała, ponieważ walka została sprowokowana. Ówczesna polskość siłą faktu musiała rodzić się w walce. Warto zauważyć, że ta walka toczyła się w samym środku, a jednocześnie jakby ponad obszarem działania obcych służb specjalnych, policyjnych i wojskowych. Oczywiście proces ten rozkładał się w czasie i w miarę upływu „współżycia z zaborcą” czy okupantem doprecyzowywał sposób działania. Przykładem jest Polskie Państwo Podziemne, które narodziło się w okresie powstania styczniowego, a rozwinęło w okresie II wojny światowej. W tamtym czasie stało się też jasne, że na polskim terytorium otoczonym przez wrogie państwa w grę może wchodzić tylko kolejne powstanie. Taka koncepcja była rozpatrywana również w II RP na wypadek wybuchu II wojny światowej. I nie była to polska aberracja, lecz determinizm geopolityczny. Wielkość polskości rodziła się więc w walce i na gruncie własnej słabości. To nasza specyfika. Zawsze szkoda, gdy wielkość umiera, po to, by móc odrodzić się na tej samej drodze, którą już wcześniej przemierzyli nasi bohaterowie. Trzeba jednak zaznaczyć, że po wymazaniu Polski z mapy świata Polacy swojej wielkości szukali przez 123 lata. I znaleźli ją. Potem ci Wielcy zginęli w II wojnie światowej lub wyjechali z kraju. PRL pozostała fabryką proletariackich snów. Ile czasu zajmie nam odtworzenie nowych elit, jest pytaniem na miarę niepodległości.

W XXI w. ze względów geopolitycznych znaleźliśmy się więc ponownie w centralnym miejscu obecnych przemian cywilizacyjnych, choć tego tak nie odczuwamy. Przesunięcie granic państwowych na zachód zwolniło nas z pracy nad syntezą dwóch cywilizacji: łacińskiej i bizantyńskiej. Przesiedlenie Polaków na Ziemie Odzyskane i dyskryminacja tych, którzy pozostali na Kresach, pozwoliły terytorium podległe Rosji wyczyścić z elementów polskiej cywilizacji. Stalin, przesuwając granice w kierunku zachodnim, pozbył się

problemu, jak to powiadali Rosjanie – „polskiej zarazy”. Ale owej „polskiej zarazy” nie można było pozostawić własnemu losowi. Wyleczono ją PGR-ami i kolektywnym sposobem myślenia. W taki sposób – nieprzygotowanych – „wpakowano” nas w III RP, a z czasem w kolejny proces dziejowy, tym razem związany z syntezą pustego liberalizmu z niekonsekwentnym konserwatyzmem. Walka w tej pustce oznacza, że na poziomie państwa mamy do czynienia z destabilizacją już na poziomie percepcyjnym. Nacisk sytuacyjny, wymuszający na nas kolejne doświadczenie, może wydawać się ponurym żartem, ale gdy na polską kulturę spojrzymy poprzez tysiącletnią perspektywę, okazuje się, że to właśnie Polacy są nadal najbardziej predysponowani do tego eksperymentu. Tragiczne jest to, że tego faktu nie dostrzegamy, a skoro nie dostrzegamy, nie będziemy jego beneficjentami. Walka będzie się jednak toczyć i może to dzięki niej wrócimy do swoich wzorców i swojej wielkości – na terenie nowego geopolitycznego, piastowskiego położenia.

Zakończenie Współczesna polskość powinna spójnie łączyć wszystkie swoje okresy dziejowe. Mamy ku temu środki techniczne, gorzej jest z elitami, które jakby nie rozumieją, że powinny się porównywać do najlepszych na świecie, bo są reprezentantami jednej z najciekawszych kultur na tym globie. Jakość polskości zależy od poziomu polskich elit. Nasza przyszłość natomiast od ich reaktywacji. Zastanawianie się, „po co nam polskość?”, w okresie międzywojennym budziło nie tylko zdumienie, ale również oburzenie. Dziś zalega cisza! Co się stało z Polakami, że w przeciągu 70 lat tamte orły, które swoje gniazda wiły na najwyższych skałach, dziś nie potrafią wzlecieć ponad przeciętność? A jeżeli już nawet jakiś próbuje się wzbić, reszta, jak wróble – zadziobie go na śmierć! To się musi zmienić! Tylko polskość daje nam gwarancję trwania, sukcesu i zachowania wspólnej własności – publicznej i indywidualnej. Polskość zapewnia nam tożsamość, bez której nie istniejemy w świecie. K

R E K L A M A

Cedrob S.A. jest Cul. b;ѴoѴ;|mb. |u-7 1f.ĺ bঋķ 7 b<hb 7 ৵ l m-hj-7ol Cm-mvo l m- mo o1 ;vm. |;1_moѴo]b< ou- bmmo -1 fm; uo b. -mb- f;v| Ѵb7;u;l ruo7 h1fb lb<v- b ru ;| ouॕ 7uo0bo 1_ m- u mh hu-fo l b -]u-mb1 m lĺ

ĺ1;7uo0ĺ1olĺrѴ


KURIER WNET

5

W·A· R·T· O ·Ś· C · I Dokończenie ze str. 1

Wolność T Andrzej Nowak

o był sukces mierzony skalą tego przedsięwzięcia politycznego największego państwa w Europie. Prowadzi to do maksymy łacińskiej, którą ulubili sobie Anglicy, a my trochę ją zaniedbaliśmy: Ex imperio libertas – „Z imperium płynie wolność”. Kiedy masz imperium (zdolność rozkazywania, władzę) nad samym sobą, musisz obronić je w większej przestrzeni wspólnotowej tak, żeby cieszyć się tą wolnością rozkazywania sobie samym wśród sobie podobnych, sobie równych. Trzeci element to jest wolność całego państwa wśród innych. Zachwianie równowagi pomiędzy imperium a libertas doprowadziło w wieku XVII do upadku niepodległości Polski. W przypadku polskiej wolności wszystko zaczyna się od ducha, od autora najważniejszych dzieł w naszych dziejach – Wincentego Kadłubka. Mistrz Wincenty wyprowadza dzieje Polski nie jako dzieje dynastii piastowskiej, lecz od umowy mitycznego króla Kraka z jego ludem. Oczywiście Mistrz Wincenty wymyślił tę historię dla Polski. Nie odpowiadała ona rzeczywistości. Książę był wszystkim, był właścicielem wszystkiego i nie wiązało go żadne prawo. Wolność zaczyna się od wąskiej grupy możnowładców, która stopniowo się poszerza na rycerstwo, mieszczaństwo. Najpóźniej, bo po przeszło 9 wiekach, na warstwę chłopską. Momentem wolności realizowanej w praktyce stają się czasy Kazimierza Wielkiego. Elementem kształtującym wolność okazał się brak męskiego dziedzica panującego króla. Historia zaczyna się kilka lat wcześniej od konfederacji pod przewodem Maćka Borkowica. Została ona zawiązana w 1352 roku, żeby bronić rycerstwa wielkopolskiego przed nadużyciami władzy państwowej. Niechaj wiedzą wszyscy współcześni i potomni, do których wiadomości akt ten dojdzie, że my – Maciej wojewoda i Przecław kasztelan poznański, Mikołaj także poznański i Dobiesław kaliski, oraz kasztelanowie – Sędziwój nakielski, Zaremba lądzki, Janusz starogrodzki, Wojsław drożyński, Adam ostrowski i Szczedrzyk karzecki... (następuje dalszych kilkadziesiąt nazwisk szlachty), za wspólną zgodą, jedną wolą, bez myśli o jakimkolwiek występku lub podstępie, przyrzekamy statecznie i ślubujemy niniejszym zachowywać między sobą na zawsze niezłomnie, niewzruszenie wzajemną miłość i szczere braterstwo, pomagać sobie jednomyślnie przeciw każdemu, z wyjątkiem króla i pana naszego. Albowiem przeciw królowi i panu naszemu żadnej w ogóle nie wszczynamy i nie czynimy umowy ani braterskiej konfederacji, lecz pilnie chcemy oddawać mu wierne i chętne służby, jako panu naszemu miłościwemu. A niemniej, ktokolwiek stałby się nieprzyjacielem rzeczonego króla i pana naszego, jakiegokolwiek by był stanu lub stanowiska, temu i my chcemy być nieprzyjaciółmi, służąc wiernie rzeczonemu panu i królowi naszemu, jak do tego jesteśmy obowiązani. Prócz tego owo braterstwo, jak wspomniano, wzajemnie sobie przyrzeczone, uważając za słuszne i miłe, przyrzekamy, że jeden drugiego nigdy i nigdzie nie może opuścić lub porzucić, lecz ma go wspomagać mieczem, ofiarą życia i majątku i pozostać na zawsze i nierozerwalnie w braterskiej miłości. Ponadto, gdyby któryś z nas, z pominięciem form prawnych, miał być ciążony, wtedy mamy prosić naprzód króla i pana naszego lub pana starostę, który wówczas będzie, aby go od ciążenia uwolnił. Gdybyśmy zaś przez prośbę nic nie zdołali uzyskać, wtedy ciążonemu mamy szkodę z ciążenia pochodzącą w całości wynagrodzić. Podajemy wreszcie następujące ograniczenie naszego braterstwa: gdyby który z nas za publiczny rozbój lub gwałt był poszkodowany, nie mamy obowiązku pomocy, lecz każdy w takim wypadku sam niech stara się uwolnić, tak aby się przez to poskromione zostało zuchwalstwo młodych i odwaga głupich. Bez tej konfederacji nie nastąpiłby jeden z najważniejszych aktów panowania Kazimierza Wielkiego – wydanie praw. Pojawiła się przestrzeń wolności dana przez dziejowy przypadek. Król Jan Kazimierz nie miał legalnego męskiego potomka. Następca – uznany przez Kazimierza Ludwik Węgierski – musiał zapłacić ustępstwami wobec przedstawicieli rycerstwa polskiego,

a potem także mieszczaństwa, obietnicą generalnego przywileju dla wszystkich. Pierwszy przywilej miał miejsce w Budzie w styczniu 1355 r. Król uznał w nim wszystkie dotychczasowe prawa i wolności polskie, a także, że nie będzie korzystał z usług rycerstwa polskiego poza ziemiami polskimi i, co szczególnie ważne, że urzędy na terenie królestwa będą obsadzane tylko przez Polaków. Mniej więcej w tym samym czasie zostały wydane przez króla statuty wielkopolskie, a następnie statuty wiślickie.

Trybunał na czele z prezesem Rzeplińskim broni zasady, że to Trybunał sam powinien wybierać kolejność rozpatrywanych wniosków. To jest właśnie zaprzeczenie idei wolności w Rzeczypospolitej. Sam fakt wydania kodeksu prawnego spisanego był ogromnym krokiem naprzód dla ukształtowania świadomości tego, że wolność wymaga podstawy prawnej. Nikt bardziej elokwentnie nie uzasadnił potrzeby wprowadzania prawa niż Jan Długosz w Kronikach: Król zdawał sobie sprawę, a różnorodne doświadczenia od wczesnej młodości nauczyły go, że sądy polskie pełne są różnego rodzaju oszczerstw, wyszukanych oszustw i fałszerstw. Wiedział, że wskutek oszustw i oszczerstw cierpią dotkliwie nie możni i winowajcy, ale ludzie ubodzy i niskiego pochodzenia, i to w słusznej sprawie. Wskutek odwołań pokrzywdzonych trybunał książęcy lub królewski był obciążony z powodu napływu wielkiej liczby apelacji, z których musieli rezygnować, nawet jeżeli mieli słuszność, ludzie ubodzy, z braku środków lub trudnego dostępu do sądów książęcych. Jest to ważny przyczynek do refleksji na współczesną kwestią zmiany ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Trybunał na czele z prezesem Rzeplińskim broni zasady, że to Trybunał sam powinien wybierać kolejność rozpatrywanych wniosków. To jest właśnie zaprzeczenie idei wolności w Rzeczypospolitej. Trybunał aroguje sobie władzę, która pozwala mu wybierać to, co dla niego wygodne. Ubodzy, słabsi mogą czekać pięć albo dziesięć, piętnaście lat, aż Trybunał zajmie się ich sprawą. Warto przypomnieć, że statuty wielkopolski i wiślicki wprowadzały do polskiej praktyki pewne zasady prawa rzymskiego, które wciąż warto przywoływać i które są fundamentem wolności rozumianej jako wolność osobista: Statuta wkładają rzeczom a dziejom przyjdącym, nie przeminęłym, tzn. prawo nie działa wstecz. Druga zasada ochrony praw nabytych: Nikt ze swego prawa ma być schytrzon a chytrze pozbawion. Statuty upowszechniały się stopniowo w świadomości prawnej mieszkańców Królestwa.

N

astępnym chronologicznie punktem historii polskiej wolności był przywilej koszycki. Wprowadził go Ludwik Węgierski, by uzyskać zgodę społeczeństwa na wybór następnego króla – kobiety. Wprowadził podatek dwa grosze z łana – taki staropolski flat tax. Najważniejszy obowiązek dla szlachty to obowiązek służenia mieczem w obronie królestwa. Postawiona została, mocniej niż w przywileju budzińskim, kwestia, że król węgierski nie będzie wprowadzał na urzędy w Polsce nikogo poza przedstawicielami lokalnego społeczeństwa. Poczucie bezpieczeństwa finansowego i podatkowego w połączeniu z krzepnącym stopniowo poczuciem prawa pisanego powodowało, że z roku na rok narastała świadomość tego, że są pewne reguły prawa i jednocześnie gwarantują one stabilność własnego bezpieczeństwa majątkowego. Ta wizja wolności i praw nabytych do tego, co mamy, została przeniesiona na inny poziom wolności w stosunkach międzynarodowych przez

znakomitych prawników odnowionego przez Jagiełłę Uniwersytetu Krakowskiego – Stanisława ze Skarbimierza i Pawła Włodkowica. Podsumowaniem pierwszego etapu polskiej wolności, polegającego przede wszystkim na obronie wolności osobistej przed nadużyciami władzy, były przywileje ustanowione w końcowym okresie panowania króla Władysława Jagiełły. Przywilej jedlneński (1430): Przyrzekamy i zaręczamy, iż żadnego ziemianina, posiadacza własności gruntowej, nie będziemy za jakieś wykroczenia i winę więzić ani nie wydamy nakazu uwięzienia i nie będziemy go wcale karać, jeśli w sądzie w sposób rozumny nie udowodni się jemu winy i jeśli sędziowie tej krainy, w której ten ziemianin mieszka, nie wydadzą go w ręce nasze lub naszych starostów. Wyjątek jednak stanowić będzie człowiek, którego przyłapano by na kradzieży lub na jakimś publicznym przestępstwie, jak np. na podpaleniu, rozmyślnym zabójstwie, porywaniu panien i niewiast, pustoszeniu i rabowaniu wsi, podobnie tacy, którzy nie chcieliby złożyć należnej kaucji stosownie do wielkości wykroczenia lub winy. Nikomu zaś nie będziemy zabierać dóbr i posiadłości, chyba że uprawnieni sędziowie lub nasi baronowie przedstawią go nam jako sądownie skazanego. To jest jakby zwieńczenie pierwszego etapu budowania polskiej wolności. On by się nie zrealizował, gdyby społeczeństwo, rozwijając swoją świadomość prawną, swoje poczucie indywidualnej godności i wolności oraz poczucie współdziedziców tego dobra wspólnego, nie upomniało się o swoje prawa. W ten oto sposób Polska na przeszło 250 lat przed brytyjskim miała swój Habeas Corpus Act – gwarancję bezpieczeństwa obywatela przed bezprawnym prześladowaniem przez państwo. To wielki powód do dumy z polskiej wolności.

P

otem następuje przełomowy moment przenoszący historię polskiej wolności niejako na nowy pułap, taki, w którym stawką nie jest już tylko wolność osobista, ale wolność publiczna. Prawo staropolskie rozróżniało kilka rodzajów funkcjonowania osoby w społeczeństwie. Personae publicae – to ci, którzy uczestniczą w stanowieniu prawa, personae mediae – osoby biorące udział w pewnych sprawach publicznych oraz personae privatae – ludzie bez przynależności do żadnej ziemi. Godność polityczna polegała na wywalczeniu sobie możliwości decydowania o sprawach wspólnoty. Wspólnoty najbardziej naturalne to były poszczególne ziemie. Ludzie chcieli równocześnie, w imię swojej ziemi, zabierać głos w sprawach całego państwa. Przywilej cerekwicko-nieszawski otwiera drogę do polskiego parlamentaryzmu. Król nie może zwołać pospolitego ruszenia bez zgody sejmików. Od 1493 roku utarła się praktyka sejmowania, udziału reprezentantów sejmików w ogólnopaństwowym przedstawicielstwie, na którym decydowało się o sprawach ważnych dla całego państwa. W 1505 roku sejm przyjmuje konstytucję Nihil novi. Ponieważ prawa ogólne i ustawy publiczne dotyczą nie pojedynczego człowieka, ale ogółu narodu, przeto na tym walnym sejmie radomskim wraz ze wszystkimi królestwa naszego prałatami, radami i posłami ziemskimi za słuszne i sprawiedliwe uznaliśmy, jakoż postanowiliśmy, iż odtąd na potomne czasy nic nowego (nihil novi) stanowionym być nie ma przez nas i naszych następców bez wspólnego zezwolenia senatorów i posłów ziemskich, co by było z ujmą i ku uciążeniu Rzeczypospolitej oraz ze szkodą i krzywdą czyjąśkolwiek, tudzież zmierzało ku zmianie prawa ogólnego i wolności publicznej. Ta formuła określi specyfikę ustroju Polski w wieku XVI i XVII – w okresie największego rozkwitu polskiej wolności. Jest to specyfika ustroju mieszanego, w którym był element monarchiczny, reprezentowany przez króla, element arystokratyczny, reprezentowany przez senat, oraz element demokratyczny – reprezentowany przez sejm, który pochodził z wyboru. Formuła była na tyle skuteczna, że polska wolność nie stanowiła żadnego zagrożenia dla polskiego imperium. System na większą skalę sprawdził się po śmierci Króla Zygmunta Augusta. Wtedy kluczową rolę odegrał Jan Zamoyski, przywódca średniej szlachty, doskonale wykształcony, który wbrew zwolennikom elekcji Habsurgów, skłonnym do zawężenia polskiej wolności do rady królewskiej i do ograniczenia roli sejmików, przeforsował na swojej ziemi (zawiązując konfederację bełską w 1572 r.) zobowiązanie do bratniego

połączenia szlachty w obronie wolności, by przejść kryzys nieobecności państwa przez kilkanaście miesięcy możliwie najbezpieczniej. Ślubujemy i obiecujemy pod wiarą i poczciwościami naszemi mocne stać i trwać w rzeczypospolitej naszej spólnej Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego i ziem jej należących tak jako jej członem w swem własnem ciele, i że

Polska na przeszło 250 lat przed brytyjskim miała swój Habeas Corpus Act – gwarancję bezpieczeństwa obywatela przed bezprawnym prześladowaniem przez państwo. nigdy się od niej oderwać, dokąd nam nie telko majętności, ale i gardł naszych stawać będzie, nie dopuściemy i że przeciwko tem wszem nieprzyjaciołom, tak postronnem, jak też, acz o tem nie rozumiemy, aby się którzy między nami najdować mieli, wnętrznem, którzy tej rzeczypospolitej ziemie, zamki i insze miasta, miejsca, posiadać i od niej odrywać by chcieli, majętnościami i krwi naszej nie folgując, wszyscy zobopólnie, żadnego nie wyjmując, powstaniemy ku skazie ich.

Z

amoyski upomniał się w uchwałach sejmikowych, że skoro my bronimy Rzeczypospolitej, to każdy z nas ma prawo głosu w tej sprawie, kto ma być jej królem. Przeforsował zasadę elekcji viritim. Każdy może wziąć udział w wyborze króla. Zasada ta przyczyniła się do większej integracji Rzeczypospolitej. W sprawie zgody wewnątrz Rzeczypospolitej, tak niezmiernie zróżnicowanej, fundamentalne znaczenie miała zasada liberum veto. Zasada ta nie od razu zrodziła się w polskim Sejmie. Pierwotnie, na przełomie XV i XVI wieku, funkcjonowała jako zasada zgodnego głosowania danej ziemi. Na przykład wszyscy posłowie z sejmiku sochaczewskiego muszą głosować w danej

sprawie tak samo. Jak się wszyscy nie zgodzą na sejmie, to mogą zablokować procedurę. Później zmieniono tę regułę na nemine contradicente, to znaczy nikt nie może protestować. To była istotna zmiana – być może rzeczywiście niekorzystna, bo dawała jednemu człowiekowi prawo zablokowania obradowania całego sejmu. Liberum veto broniło jednakże w takiej perspektywie unii polsko-litewskiej, bowiem posłów na sejm Korona miała dwa razy więcej niż Litwa. Zabezpieczało ono prawa mniejszości. Nie ma prostego rozwiązania pomiędzy prawami większości i mniejszości. Pamiętajmy, że veto funkcjonowało i funkcjonuje nadal w strukturach europejskich. Może być jednak wykorzystywane, i znamy to z własnej praktyki, przez tych, którzy nadużywają go, by realizować swoje partykularne, nie mające nic wspólnego z dobrem wspólnym cele. To doświadczenie przyjdzie na Rzeczpospolitą w wieku XVIII dlatego, że wiek XVII kończył się bilansem przekonującym obywateli, że Rzeczpospolita wciąż stoi jako suwerenne mocarstwo. Spadły na nią straszne nieszczęścia, ale się obroniła – tak usprawiedliwiał i uzasadniał wolny ustrój Andrzej Maksymilian Fredro, marszałek sejmu, na którym po raz pierwszy padło fatalne veto w 1652 r. Fredro odpowiadał za to, że to veto zostało uznane. Swej decyzji bronił później w swoich pismach w przekonaniu, że Rzeczpospolita przecież się obroniła w tej, jak pisał, wojnie polsko-europejskiej. Miał na myśli czas wojny 1655–1660, kiedy Polska musiała walczyć ze Szwecją, Rosją, Siedmiogrodem i Brandenburgią. Polska nie upadła, jednakże stanęła na krawędzi przepaści, kiedy zderzyły się już wtedy dwie skrajne tendencje. Jedna – utrzymajmy starą wolność w stanie nienaruszonym – nihil novi. Druga strona tego sporu mówiła: musimy zreformować ten ustrój, jeśli nie chcemy, żeby w następnych wojnach, w których rzucą się na nas potężni sąsiedzi, zatriumfowała ich lepiej zorganizowana siła. Reformy były wprowadzane bardzo nieszczęśliwie przez króla Jana Kazimierza, a przede wszystkim przez jego małżonkę, która nie ograniczyła się do wprowadzenia zasady elekcji vivente rege, ale z góry powiedziała, że ma to być jej wybranek z Francji, który się „szlacheckiemu ludkowi” nie spodoba.

Nie spodobał się tym bardziej, że reforma była związana z próbą upokorzenia Jerzego Lubomirskiego, obrońcy starej wolności i głównego bohatera wojny polsko-europejskiej. Król pozbawił go wszystkich stanowisk i ogłosił całkowitą delegalizację osoby hetmana. W tej sytuacji doszło do nieszczęsnego rokoszu Lubomirskiego, w którym wojska rokoszan pobiły na głowę w lipcu 1665 roku wojska dowodzone przez Jana Sobieskiego. Ten smutny moment starcia wolności szlacheckiej z próbą reformy bardzo źle przeprowadzanej przez króla Jana Kazimierza i jego małżonkę był ostatnim ostrzeżeniem przed staczaniem się złotej wolności w czas, w którym przejęli nad nią kontrolę zewnętrzni manipulatorzy. Dzieło naprawy, rozpoczęte przede wszystkim przez Stanisława Konarskiego poprzez jego traktat „O skutecznym rad sposobie”, wzywający do ograniczenia liberum veto, kontynuowane następnie przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, a przede wszystkim przez reformatorów Sejmu Wielkiego (1798–1791), jest drogą, której nie możemy nie podziwiać. Pięknie ujęła to Hanna Malewska, trochę zapomniana już autorka, w swoim opowiadaniu o XVII-wiecznej Rzeczypospolitej „Panowie Leszczyńscy”. Kraj, gdzie ludzie zjeżdżali się z osobnych jak gwiazdy i spokojnych domów, współdziałali, żeby być wolni. Więc żeby być najbardziej sobą. Rzeczpospolita, która sama też nie chciała współzawodniczyć ani mierzyć się z nikim. Jest to bardzo wspaniały kraj, który w teorii nie powinien istnieć ani dziesiątka lat. Na stale spróbowano tam niemożliwości. To, że Polska próbowała ideału wolności i nawiązywała do niego, że usiłowała go urealnić w konstytucji majowej, a przede wszystkim w dziele Sejmu Wielkiego, ta próba poszerzania wolności obywatelskiej na następne stany, włączenie mieszczaństwa, objęcie opieką stanu włościańskiego i w perspektywie otwarcie wolności dla wszystkich mieszkańców Rzeczypospolitej – to była w istocie najpiękniejsza formuła rozwoju politycznego, jaką stworzono w Europie. Formuła, której nie mamy powodu się wstydzić, ale formuła, z której mamy powody zawsze wyciągać wnioski dla współczesnej rzeczywistości politycznej i z dumą widzieć swoje miejsce w Europie. K


KURIER WNET

6

W

przeddzień pokazu ukraiński MSZ skierował do polskiej ambasady w Kijowie pismo, w którym „nie rekomendował” organizacji pokazu, ze względu na „porządek publiczny”. W ciągu dnia zareagował polski MSZ i poinformował, że pokaz nie odbędzie się „z przyczyn technicznych”. W rozmowie telefonicznej rzeczniczka ukraińskiego MSZ zapewniała mnie, że pokaz odbędzie się w „innym” i „lepszym” czasie, nie chcąc wyjaśnić, co rozumie przez te terminy. W ciągu kolejnych dni rozmawiałem z wieloma ukraińskimi politykami. Większość z nich jednoznacznie mówiła, że do pokazu nie powinno dojść, niektórzy używali sformułowania, że film powinien wręcz być zakazany na Ukrainie. W czasie debaty w ukraińskiej Radzie Najwyższej nad tekstem wspólnej deklaracji z Sejmem RP „Pamięć i Solidarność”, która nie odnosi

T

o się działo jeszcze w czasach Kuczmy i Kwaśniewskiego. I wydawało się, że wszystkie problemy są już przeszłością. Razem patrzymy w przyszłość. Ona jest dla nas wspólna. W czasie ostatniego Majdanu Ukraińcy i Polacy stali ze sobą ramię w ramię. Polska flaga była drugą najbardziej popularną po ukraińskiej. Polscy posłowie, podobnie jak ich ukraińscy koledzy, nawet ustawiali swoje namioty i całodobowo przebywali z protestującymi. Przy okazji: Polska jako pierwsze państwo uznała ukraińską niepodległość w 1991 roku. Jeszcze przed referendum. Dopiero po niej niepodległość uznała Kanada, w której mieszka milionowa ukraińska diaspora. Dla Ukraińców Polska była i pozostaje wzorem reform w przeciągu minimum dwudziestu lat niepodległości. Dla wielu do tej pory – wzorcowym modelem przyszłej, kwitnącej Ukrainy. I nagle „Wołyń” – film, który ponoć zmienia wszystko. Ukraińcy, którzy stuleciami z mlekiem matki wysysali tezę o tym, że Polacy ich poniżali, byli wobec nich aroganccy, uważali siebie za lepszych, a Ukraińców za siłę roboczą – ci Ukraińcy żyją w niewiedzy. Dlatego, że teraz Polacy uważają siebie za ofiary – ofiary ludobójstwa dokonanego przez Ukraińców. O wołyńskich wydarzeniach tych czasów dowiedziałem się w dzieciństwie. Bóg dał mi szansę urodzenia się w rodzinie ukraińsko-polskiej. W Żytomierzu. Mama – Ukrainka. Tata – Polak. Żyliśmy w rodzinie taty. Polskiej rodzinie. Wszyscy mówili po ukraińsku, modlili się po polsku, obchodzili święta chrześcijańskie według kalendarza gregoriańskiego. Wielki wpływ wywarła na mnie moja prababcia Kornelia. Człowiek wielkiej wiary w Boga i nieprawdopodobnej dobroci. Nauczyła mnie wiersza: „Kto Ty jesteś? Polak mały. Jaki znak Twój? Orzeł Biały”. Ale później stwierdziłem, że jestem Ukraińcem. Polacy mieszkają w Polsce. Mają swoje państwo, a my mamy swoje. Wtedy pierwszy raz powiedziano mi o banderowcach i Wołyniu.

U·K·R·A·I·N·A się bezpośrednio do ludobójstwa na Wołyniu, ukraiński deputowany Ołech Liaszko powiedział o szowinistycznych siłach, które stworzyły film „Wołyń”. Niektórzy ukraińscy politycy mówią o rzekomych rosyjskich pieniądzach zainwestowanych w produkcję filmu. Przepytałem na ulicach Kijowa wiele przypadkowych osób w tej kwestii. Najpierw pytałem, czy słyszeli o filmie „Wołyń”, potem dopytywałem się o same wydarzenia na Wołyniu w 1943 roku. Wśród moich rozmówców tylko jedna osoba stwierdziła, że wie, co to za film, i wykazała się znajomością problematyki. Inni, bez względu na wiek, zazwyczaj wiedzieli, że na Wołyniu „były jakieś walki”, „mordy”, „rzeź”. Najczęściej jednak łączono je z Niemcami i Sowietami. Raz usłyszałem „A, pan jest z Polski, to pewnie tam Polaków zabili!”. Na pytanie. kto zabił, padła odpowiedź: „Sowieci!”. Mimo że tej sondy

nie można traktować w żaden sposób w kategoriach socjologicznych, wiele innych faktów wskazuje, że Ukraińcy o wydarzeniach na Wołyniu nie wiedzą nic, niewiele lub jest to mieszanka ogólnych faktów związanych z II wojną światową. I wcale nie mają chęci tych wydarzeń poznać. Ukraińskie społeczeństwo w dużej mierze nie jest zainteresowane historią. Jednak z Polskiej perspektywy oczywiście widzimy prawie tylko marsze ku czci Bandery, kult UPA i czerwono-czarne flagi – wyciągając z tego fałszywy wniosek, że to jest pełny obraz ukraińskiego społeczeństwa. Ukraińskie społeczeństwo jest jednak dowodem na pozagrobowy sukces sowietyzacji i skuteczne odcięcie od własnych korzeni. Na Ukrainie sowiecka historiografia odniosła sukces, wpajając ludziom do głowy, że dzieje ludzkości nierozerwalnie łączą się z czynem Lenina i wielkością ZSRS.

Emocje z powodu polskiego filmu „Wołyń” o tragicznej historii narodu ukraińskiego i polskiego nie dają spokoju ani w Kijowie, ani w Warszawie. Dla Ukraińców decyzja polskiego sejmu o ludobójstwie na Wołyniu do tej pory jest niezrozumiała. Wcześniej obydwa narody mówiły o wzajemnych „krzywdach” i prosiły, jak przyjaciel przyjaciela, o wzajemne wybaczenie.

Po co zabraniać? Tymur Nahalewski

Nahalewscy – wszyscy stanowią jeden ród. Nie ma osób z innych rodów o tym samym nazwisku. Nahalewscy byli biedną szlachtą, ale zawsze byli wolni. Ukraińskojęzycznymi, ale katolikami – ci, o których wiem. Jak to było dwa, trzy wieki wstecz, teraz nikt nie może już powiedzieć. Mieszkali na starej granicy sowiecko-polskiej. Teraz to granica administracyjna obwodu rówieńskiego i żytomierskiego. To tereny historycznego Wołynia. Kto z nich był mądrzejszy – uciekł do Polski. Kto nie uciekł, też był mądry, bo w przeciwnym razie ja bym się nie urodził. Za to, że krewni uciekali, tych, którzy pozostawali w ZSRS prześladowano w nieprawdopodobny sposób. Zabierano ziemię. Przesiedlano. Tylko dzięki woli boskiej tak się stało, że nie trafili na Sybir. Wielu wywieziono na 101 kilometr od Kijowa. Rejon

korostyszywski obwodu żytomierskiego. Wyrąb. Tam zastała ich wojna. Jak im się tam wszystko udało uratować – to jest skomplikowaną kwestią. Myślę, że ktoś z nich jednak wykazał się lojalnością wobec władz sowieckich, żeby po prostu przeżyć. Jednak nikt z nich nie był komunistą. Ci, którzy zostali na granicy Rówieńszczyzny i Żytomierszczyzny, to były rodziny, którym albo zwyczajnie udało się, albo wżenili się w rodziny ukraińskie. 1943 lub 1944. Wpadają do chaty jednej z pozostałych tam rodzin. Mordują wszystkich. Oprócz jednej dziewczynki, Lodzi, która chowa się za szafą ustawioną zgodnie z tradycją, podobnie jak i ikony, w rogu pokoju. Dziewczynka pieszo uciekła do Polski. Później brat stryjeczny mojego dziadka opowiadał, że po wojnie wspólnie spotkali jednego z „bander”

18 października w Kijowie miał się odbyć zamknięty pokaz filmu Smarzowskiego „Wołyń”. Inicjatorem pokazu był Instytut Polski w Kijowie. Wśród zaproszonych gości mieli zasiąść ukraińscy filmowcy, dziennikarze i publicyści. Po pokazie miała nastąpić dyskusja z udziałem reżysera.

Zobaczmy siebie oczami innych Głos z Ukrainy o „Wołyniu” Paweł Bobołowicz Mimo wszystko dziwi, że po odwołaniu kijowskiej prezentacji filmu „Wołyń” niewiele pojawiło się publicznych głosów na Ukrainie nie zgadzających

się z taką decyzją. Dziś, wyjątkowo rezygnuję z mojego głosu w „Kurierze Wnet”, a swoje szpalty chcę oddać ukraińskiemu autorowi Tymurowi

(banderowców) na weselu i „spuścili im łomot”. Mam jednak takie naturalne pytanie: jeśli to rzeczywiście byli banderowcy, to przecież wtedy dawano im wyroki co najmniej po 25 lat katorgi. A najczęściej po prostu od razu rozstrzeliwano. Na miejscu. Jak zatem mogli sobie być po wojnie na weselu? A może to zwyczajni, miejscowi maruderzy? Najprawdopodobniej. A może później stali się „jastrzębiami” NKWD i w ten sposób pozostali na wolności? Nieważne. Jest to moralny poziom tych, którzy wyrzynali i grabili. Gdy w 1989 roku, bo wcześniej nie było można ze względu na stan wojenny, Solidarność, moi krewni pojechali do Polski do Lodzi, która zbiegła z Ukrainy, i zaproponowali jej wycieczkę do Kijowa, ona kategorycznie odmówiła. „Dlatego, że u was są banderowcy” – mówiła. To przecież jeszcze był ZSRS! Banderowcy w ZSRS! Lodzia straciła swoją rodzinę. Ojca, mamę, braci i siostry. Było ich wiele. Została tylko ona. Film „Wołyń” – jest o niej, w jakiejś mierze. Dziś moja polska część rodziny wie, że rola UPA w walce o niepodległość Ukrainy była bardzo duża. Mało tego, oni zawsze głosowali na narodowo-demokratyczne ugrupowania. Ukraiński ruch niepodległościowy popełnił też błędy. Trzeba to przyznać. Ukraińcy nas zabijali i my zabijaliśmy. Tak samo z zimną krwią, jak i nas. Ukraińcy to nie aniołowie, podobnie jak i nasi sąsiedzi, jak i wszystkie narody. Zapytajcie Żydów. Okazuje się, że przed Hitlerem najgorszym wrogiem Żydów był Bohdan Chmielnicki. Dlatego, że buntujący się Kozacy wyniszczyli połowę ludności ówczesnej Ukrainy. W tym również Żydów, Polaków, Ukraińców-unitów i także wielu prawosławnych. To nie są dziś najpopularniejsze słowa. My jednak musimy na to odpowiedzieć. Przede wszystkim samym sobie. Jeśli mamy taki bagaż historyczny,

musimy przyznać się przed samymi sobą i Bogiem. Musimy mieć całkowicie inne „główne wskaźniki” w nowej Ukrainie, którą dziś budujemy, ponosząc tak ogromną cenę Przy okazji, jeśli uważnie wczytać się, to takie podejście prezentował też Taras Szewczenko. On nie tworzył ikon z Hajdamaków. Chociaż był też przeciwko temu, żeby polska i rosyjska historia nazywała ich grabieżcami. On był uczciwy. To epickie i tragiczne obrazy zachodzące w tym samym czasie. Szewczenko, gdy wybuchło powstanie listopadowe, był w Wilnie. Był pod jego wielkim wrażeniem. Miała na to wpływ jego romantyczna historia. To jednak już inny temat. Jako obywatel wolnego kraju mam prawo zobaczyć film „Wołyń”. Po co zabraniać? Zobaczmy siebie oczami

Ukraińcy to nie aniołowie, podobnie jak i nasi sąsiedzi, jak i wszystkie narody. Zapytajcie Żydów. Okazuje się, że przed Hitlerem najgorszym wrogiem Żydów był Bohdan Chmielnicki. Dlatego, że buntujący się Kozacy wyniszczyli połowę ludności ówczesnej Ukrainy. W tym również Żydów, Polaków, Ukraińców-unitów i także wielu prawosławnych.

Nahalewskiemu, który opublikował tekst na ukraińskim portalu Новое Время. Tekst, w którym stwierdza: Jako obywatel wolnego kraju mam prawo zobaczyć film „Wołyń”. Nahalewski, choć jednoznacznie deklaruje się jako Ukrainiec, nie ukrywa swoich polskich korzeni i używa na profilu społecznościowym polskiej wersji swojego imienia i nazwiska: Tymoteusz Nahalewski. Historia jego rodziny jest bezpośrednio związana z dramatem Wołynia. Nahalewski nie jest działaczem polskich środowisk, nie identyfikuje się jako członek polskiej mniejszości na Ukrainie. Jest to zatem głos ukraiński i adresowany do Ukraińców, ale z polskiej perspektywy interesujący, bo pokazuje, że w relacjach między naszymi narodami nawet w tej najbardziej spornej kwestii jest możliwość na racjonalne zachowania. Tekst Nahalewskiego pozostawiłem bez zmian. K

innych. To na pewno wyjdzie nam na korzyść, o ile jesteśmy normalnymi, świadomymi ludźmi. Dzięki temu staniemy się tylko silniejsi. Pamiętam, jak brałem udział w seminarium w Warszawie, gdy w obiegu pojawił się film „Ogniem i mieczem” oparty na znanym dziele klasyka polskiej literatury, H. Sienkiewicza. Przed premierą mieliśmy spotkanie w ambasadzie Ukrainy w RP. Ambasadorem był wtedy nasz klasyk, Dmytro Pawlenko. I on twierdził, że to czysto polski, szowinistyczny film, podobnie jak i książka. Teraz już chyba wszyscy widzieliśmy ten film. My przez niego jesteśmy mniej Ukraińcami? Ależ nie, wręcz przeciwnie. Ja uwielbiam ten film. Czy pokłócimy się z Polakami po „Wołyniu”? W żaden sposób. Dlatego, że ukraińska Rada Najwyższa i polski Sejm ostatnio przyjęli wspólną deklarację o naszej przeszłości. Uczą, jak rozumieć przyjaciel przyjaciela. A przede wszystkim zrozumieć samego siebie. Bez wzajemnego zrozumienia i wzajemnego wybaczenia nie zbuduje się współczesnego, europejskiego państwa. I w ogóle państwa. Historia wykazała to wielokrotnie. Nie będę nazywać krajów, które się potknęły. Niektóre z nich nie mogą do tej pory powstać. Sami doskonale je znacie. Wyniosłość w relacjach z innymi była i jest bronią przede wszystkim samozagłady. Ukraina nie może popełnić tych samych pomyłek. Nasz katalog możliwości jest ograniczony. My cegła za cegłą zbudujemy wspólne, twórcze państwo – albo nas nie będzie. Przecież nie jesteśmy głupcami. Myślę, że mądrość ukraińskiego narodu zwycięży. W niczym nie jesteśmy gorsi od innych. Tak będzie. Zwyciężymy. Nieprzypadkowo egzamin z naszej dojrzałości narodowej i państwowej zdajemy dzisiaj, w XXI wieku. I musimy zdać ten egzamin na najwyższą ocenę. K


KURIER WNET

7

POLSKIE·LOSY

M

nie było dane po raz szesnasty w ciągu dwunastu ostatnich lat wyjechać na Syberię i z niej powrócić, tym razem po 33 dniach pobytu nad Bajkałem. Muszę przyznać, że był to najcięższy ze wszystkich wyjazdów, tak pod względem trudności technicznych – bardzo zmienna pogoda, arktyczny „cyklon” nad Irkuckiem i temperatura w sierpniu bliska zeru – jak i trudnych doświadczeń w obserwowaniu tego, co tam zastałem po czterech latach nieobecności. Największym wrogiem każdego wyjazdu „dalekosiężnego” jest tak zwane „już wyjeżdżanie”, czyli przekładanie wyjazdu z terminu na termin „do lepszych czasów”, które nigdy nie nadejdą, jeśli się tego nie przetnie jedną męską decyzją. Tę decyzję zdeterminowała 150 rocznica powstania zabajkalskiego naszych rodaków, którzy budując drogę okołobajkalską z Irkucka do Posolska, w dniu 6 lipca 1866 r. wzniecili bunt w Kułtuku na południu jeziora i w krótkim czasie przemienili go w regularne powstanie z dowództwem, armią, a nawet własnym sztandarem „Wolnych Polaków”. Powstanie, które w swej istocie było dokończeniem powstania styczniowego. Niestety nam, niewielkiej grupie entuzjastów Syberii, nie udało się dotrzeć nad Bajkał w dniu uroczystych obchodów tej rocznicy, gdy pod krzyż powstańczy, będący symboliczną mogiłą poległych w tym zrywie, przyjechała miejscowa Polonia z Irkucka, Wierszyny, pobliskiej Sludzianki i z Ułan-Ude w Buriacji oraz delegacja Konsulatu Generalnego RP w Irkucku. Zastaliśmy już tylko ich wieńce, szarfy, kwiaty i znicze. „Ojczyzna o was nie zapomni” – głosi napis na grobie, dla pewności w dwóch językach. Aby wypełnić treścią znaczenie tego napisu, aby nasi bohaterowie spoczęli, choćby symbolicznie, „w ojczystej ziemi”, przywieźliśmy garść ziemi z Polski w urnie z puszki ozdobionej orłem legionowym. W tym celu w dniu wyjazdu, 15 lipca 2016 r., pod Grobem Nieznanego Żołnierza o godz. 14.00 spotkały się trzy osoby, aby pobrać „ziemię polską” z jego najbliższego otoczenia. Akurat odbywało się przygotowanie do uroczystej promocji oficerów Policji Państwowej i nasza niezwykle skromna uroczystość nabrała nieoczekiwanie uroczystej oprawy. Przy dźwiękach muzyki zbliżyliśmy się do ocalałego z wojny fragmentu kolumnady niegdyś Pałacu Saskiego, będącego obecnie Grobem Nieznanego Żołnierza, jako najgodniejszego miejsca w Polsce, z którego warto brać ziemię ojczystą i rozwozić po świecie. Podeszliśmy tylko po to, aby stwierdzić, że tak naprawdę nie ma skąd jej zaczerpnąć – wszędzie były kafle i kostka brukowa. Rozejrzeliśmy się bezradnie, ale dopiero pod drzewami w parku było trochę „warszawskiej ziemi” do wzięcia. Za daleko. Wtedy z pomocą przyszedł nam kwietnik pełen czerwonych bratków, ustawiony w pobliżu Grobu. Zagłębiliśmy w nim dłonie, aby napełnić ziemią przygotowaną puszkę. Zwróciło to uwagę jednego z wojskowych uczestników uroczystości, który stanął w obronie „garści ziemi” miejskiej. Trzeba było mu wyjaśniać, że to nie żadne złodziejstwo, ale czyn patriotyczny, dzięki któremu spoczną wreszcie w ojczystej ziemi nasi powstańcy zabajkalscy, których chwałę głosi jedna z honorowych tablic zdobiących filary Grobu. Jedyny to zresztą w Polsce znak upamiętniający ten zryw przez podanie jego miejsca i daty, choć błędnej, bo według kalendarza juliańskiego (czerwiec 1866). Mimo reprymendy, którą trzeba było znieść „ku chwale Ojczyzny”, ziemia z Polski znalazła się w naszej puszce, a ta, ozdobiona legionowym orłem, stała się od tej chwili urną. Teraz już tylko na Dworzec Centralny, bagaż na plecy i jazda do Moskwy nieśmiertelnym szlakiem Żółkiewskiego i dotąd jeżdżącym „Polonezem”. Niestety czas przejazdu znacznie się przedłużył, aż do 21 godzin, a zważywszy różnicę czasu między Polską a Rosją, dało to niemal całą dobę. Odzwierciedla to dobrze dystans stosunków polsko-rosyjskich, tak że Moskwę „białokamienną”, z czerwonym Kremlem pośrodku, obejrzeliśmy dopiero następnego dnia, i to po południu. Moskwa z placem Czerwonym, cerkwiami Wasyla „Błażennego” i Christosa Spasa w tle, stanowi prawdziwe „ciastko z Kremlem” jak o niej mówią. Czasu starczyło jedynie na pobieżny ogląd tych zabytków i spacer pod kremlowskim murem do gigantycznej cerkwi – wotum narodu za zwycięstwo nad Napoleonem, wysadzonej w powietrze przez Stalina, a odbudowanej pieczołowicie w „nowych-starych czasach”, czyli za Putina.

Nocny pociąg z Dworca Jarosławskiego starej Moskwy uniósł nas na północ, ku nowej przygodzie. Tym razem do Permu nad Kamą. Niestety wiózł nas również przez większą część następnego dnia, tak że dopiero wieczorem dotarliśmy na stylowy dworzec w Permie. Tu, ku naszej radości, czekały na nas na peronie powiadomione telefonicznie Siostry Miłosierdzia Matki Teresy z Kalkuty. Byliśmy przez dwa dni ich gośćmi. Jakież to miłe uczucie, gdy wjeżdżając

Wracaliśmy późnym popołudniem, tak że wszystkie pociągi przez Ural już odeszły. Pozostały autobusy do Jekaterynburga. Do kupienia biletów potrzebne są paszporty, jak na samolot. Wręczamy je kasjerce. Ta dębieje, obraca je na różne strony, nie wiedząc, jak się czyta łacińskie „bukwy”, wreszcie z niesmakiem oddaje nam, mówiąc, że biletów nie sprzeda. Wiedząc, że w Rosji rację ma ten, kto głośniej krzyknie, co znaczy, że ma dobrych znajomych,

dolarów, nie mówiąc o milionach rubli za wykwintne ciuchy. Inny świat. Świat tych, którzy ludzi mają na własność. Gdyby nie ulewa, nigdy byśmy się tutaj nie znaleźli, a bez tego doświadczenia o ileż uboższy byłby nasz ogląd Rosji. Miejscowe panie ekspedientki, mimo naszego skromnego wyglądu, nie rokującego bogatych zakupów, poczęstowały nas pyszną kawą i pozwoliły się osuszyć. Znów inny świat – zrozumienia drugiego człowieka ponad bogactwem „wybranych”.

Natrafiamy na kościół „polski” na górze Bakunina, drewnianą synagogę na ulicy Sołdackiej, meczet Biały i Czerwony nad brzegami Tomu, kaplicę prawosławną ze złocistym Archaniołem Michałem, wygrażającym złotym mieczem stojącemu opodal Leninowi. Miasto wielu kultur i narodów. Dwór tatarskiego kupca Karimbaja, centrum Tatarów Syberyjskich – odrębnego narodu, jak Tatarzy Krymscy, czwartego narodu tatarskiego.

Ta parafraza wiersza Mickiewicza powinna nam zawsze towarzyszyć, ilekroć ruszamy w stronę Syberii, czy po prostu na Syberię. Jest bowiem ona dla nas, Polaków, w pewnym duchowym sensie „drugą ojczyzną”, nie tylko z powodu oporu i męczeństwa, ale przede wszystkim hartu ducha i charakteru tych, co Sybir przezwyciężyli, przeżyli i wrócili z niego do kraju.

Jeśli zapomnę o Syberii, Ty, panie, zapomnij o mnie Część I

Krzysztof Jabłonka do obcego miasta, widzimy wyczekujące nas osoby, które witają nas i wskazują nam drogę do swego gościnnego domu. Doceniliśmy to później, gdy zlani potem, przygnieceni plecakami, biegaliśmy z mapą w ręku po obcych nam miastach i ulicach, poszukując zarezerwowanego w Polsce noclegu. Następne dwa dni to spotkania z Polakami z Permu, którzy pokazywali nam miasto, w tym miejsce, gdzie aresztowano i zabito w 1918 r. księcia Michała, brata i następcę cara Mikołaja II, oraz liczne pałace i gmachy, w tym państwowe, projektowane i zbudowane rękami polskich zesłańców i przybyszów. Wreszcie na miejscowym cmentarzu groby tychże oraz pomnik „czterograniasty” z napisem w kulawej polszczyźnie, że jest on poświęcony zesłańcom 1864 r. Zapalamy liczne znicze, wiezione z Polski, i zostawiamy na pamiątkę garść ziemi ojczystej z kwietnika. Ma to już niezwykle uroczysty przebieg, a nasza modlitwa łączy na moment pogrzebanych tu licznie rodaków z ich ojczystym krajem. Symbolicznie leżą teraz w polskiej ziemi.

N

astępnego dnia mamy do wyboru albo jedyne w Rosji muzeum Gułagu pod nazwą Perm 33, oddalone, jak się potem okazało, o dobre 200 km, co tutaj nazywa się „niedaleko od Permu”, albo grotę lodową w Kungurze, jedno z najpiękniejszych tego typu zjawisk w Europie. Wybór trudny, czasu mało. Ja się nie wtrącam. Wybór padł na Muzeum Gułagu. Przeważyły Siostry Miłosierdzia, informując, że władze centralne coraz bardziej krzywym okiem patrzą na to swoiste muzeum i noszą się z zamiarem jego likwidacji, w myśl zasady, że i carskie, i sowieckie czasy były dla Rosjan szczęśliwe, a obozy koncentracyjne to wynalazek Anglików, rozpowszechniony przez Niemców. Rosja ma być od nich wolna, metodą przemilczeń. Ucieszyłem się skrycie z wyboru grupy, której byłem przewodnikiem, gdyż w grocie już byłem przed laty, wprawdzie jesienią, gdy bardzo stopniały w niej śniegi, a muzeum Gułagu jeszcze nie widziałem. Kolejny dzień zaczął się od szaleńczego wyjazdu na dworzec autobusowy, aby złapać jedyny autobus w tamtą stronę. My zdążyliśmy, ale autobusu nie było. Specyfika Rosji. Zaczęły się zatem pertraktacje z miejscowymi „taksistami”, to jest kierowcami busików. Podziwiałem brawurę mojej żony Gulnary, Tatarki znad Wołgi, która wszedłszy w tłum oczekujących na klientów „taksistów”, krzyknęła: „Który za 6000 rubli (ok. 450 zł) zawiezie nas do Łagru i z powrotem?” Zgodził się jeden. Dorzuciliśmy mu 500 rubli za postój i mogliśmy jechać. Rzeczywiście było warto. Gdy zsumowaliśmy ceny biletów na autobusy w obie strony, wyszłoby na to samo, a o ile wygodniej. Obóz robi wstrząsające wrażenie. Obsługa niezwykle rzetelnie oprowadza i informuje o warunkach życia „zakluczonych”, głównie więźniów politycznych. Swoiste memento historii stanowiła informacja, że w obozie zamknięto również inżynierów z Leningradu, którzy obiekt zaprojektowali i świetnie się znali na wszystkich jego zabezpieczeniach. Kierowca busika wykupił bilet i zwiedzał z nami.

wrzasnąłem na cały dworzec po polsku: „To, że Pani nie umie przeczytać, nie znaczy, że my mamy nie jechać!” Poskutkowało. Pani znalazła stronę z wizą, gdzie nasze nazwiska zostały już „przetworzone” na tutejszy alfabet. Odetchnęliśmy i mogliśmy jechać dalej. Przed nami Wrota Azji i słup z napisem „Europa-Azja” na przełęczy. Wcześniej, przed nim, „klucz do Azji”, czyli miejscowość Klucze, gdzie żegnamy Europę. Było zbyt ciemno, a my zbyt zmęczeni i śpiący, aby cokolwiek po drodze zobaczyć. Słupów nie było. Ocknęliśmy się dopiero na dworcu w Jekaterynburgu, z którego miejskimi taksówkami dojechaliśmy do zamówionych wcześniej noclegów w prywatnych mieszkaniach – popularny środek zarabiania w sezonie, gdy rodzina jest na daczy. I tu czekał na nas „tuziemiec”, lekarz polskiego pochodzenia, tęskniący za powrotem do Polski. Poświęcił czas i samochód na pokazanie nam dwóch ważnych miejsc: carskich słupów Europa-Azja i Ganinej Jamy, gdzie ukryto zwłoki carskiej rodziny w 1918 roku. Dziś znajduje się tam prawosławne centrum z 18 cerkwiami. Wylot sztolni jest zasypany kwiatami od Rosjan nie mogących się rozstać z tęsknotą za caratem i carską rodziną, ogłoszoną świętymi Kościoła prawosławnego. W środku miasta Cerkiew Na Krwi, z ołtarzem w miejscu pokoju, w którym zabito rodzinę carską. Przed wejściem do cerkwi – niezwykle piękny

I carskie, i sowieckie czasy były dla Rosjan szczęśliwe, a obozy koncentracyjne to wynalazek Anglików, rozpowszechniony przez Niemców. Rosja ma być od nich wolna, metodą przemilczeń. pomnik całej rodziny carskiej, z carową Aleksandrą, carem Mikołajem z następcą tronu Aleksym na rękach i ich czterema córkami. Czego jak czego, ale pięknych pomników o głębokiej wymowie historycznej jako historyk pozazdrościłem Rosjanom. Tego nam wyraźnie w Polsce brak. Połowa naszych bohaterów narodowych do dziś nie ma pomników w Warszawie. Cóż, komunizm w Rosji zatrzymał się kiedyś właśnie na pomnikach, caryzm się z nich odradza.

N

astępnego dnia o świcie już jesteśmy w Omsku, odwiedzamy w nim parafię rzymskokatolicką, która nie jest tu automatycznie polską wspólnotą. Wita nas ojciec Dymitrij, Ukrainiec. Szybko zjawia się krąg rodaków, których możemy zarazić ideą „Polaków blisko siebie”. Obdarowują nas owocami i miodem, wszystkim, co mają. My ich polskimi gadżetami, do których należy flaga polska i mały przybornik kosmetyczny. Następnego dnia z nieba spadł istny potop, który w krótkim czasie zatopił na chwilę stare miasto. Schroniliśmy się w prestiżowym sklepie, gdzie najprostsze rzeczy z galanterii żeńskiej sięgały setki

J

edziemy dalej. Przed nami Tomsk, niegdyś stolica polskiego zesłaństwa. Niemal każdy wybitny Polak idący lub jadący na wschód tu się musiał zatrzymać. Tomsk był pierwszym miejscem poza Europą, gdzie dotarła w 1861 r. muzyka niejakiego Chopina. Tu zatrzymał się dwukrotnie młody Józef Piłsudski: jako zesłaniec w 1887 r. i jako wolny człowiek, wracający w 1892 r. do kraju. Tu był jego brat Bronisław, badacz Ajnów na Sachalinie, dokąd go zesłano. Otrzymał w Tomsku złoty medal od Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Tu Polak Cybulski w 1888 r. założył i współtworzył pierwszy Uniwersytet na Syberii, otwarty 10 lat później, w gmachu bliźniaczym do Warszawskiego Królewskiego Uniwersytetu, założonego w 1818 r. przez króla Aleksandra II dla Polski, dla Rosji – cara Aleksandra I. Z tą ostatnią postacią Tomsk związany jest najbardziej. Otóż dla historii car Aleksander I zmarł w 1825 r. w Taganrogu na zarazę. Ale lud rosyjski i wielu intelektualistów wierzy do dziś, że był to na poły legendarny sposób na ucieczkę z tronu i oddanie go ambitniejszemu bratu Mikołajowi I, który, kto wie, aby sięgnąć po władzę, mógłby posunąć się do bratobójstwa. Car-pustelnik miał zamieszkać w Tomsku pod imieniem Foma Kuźmicz, ucząc miejscowe dzieci abecadła i francuskiego, modląc się przy tym w małej pustelni położonej niedaleko klasztoru. Zrobiono mu nawet zdjęcie. Dziś zdjęcie to, porównywane z licznymi portretami cara Aleksandra I, stanowi najważniejszy dowód, że to ta sama osoba. Zmarł on zimą 1864 r., idąc z pomocą pierwszym zesłańcom polskim. Gdy go odpędzano, miał powiedzieć butnym Kozakom: „Zostawcie mnie, ja ich król”. Wzięto go wtedy za szaleńca. A jednak całkiem możliwe, że to właśnie w Tomsku, w Aleksiejewskim Monastyrze, spoczywa czczone przez miejscowych wiernych ciało ostatniego króla Polski, który dla prawosławnych Rosjan z Syberii jest ich świętym. Odwiedziliśmy to miejsce, na wszelki wypadek oddając cześć szczątkom świętego; a nuż to naprawdę król Polski? Tomsk bowiem to zagłębie polskości. Pełna śladów polskich jest biblioteka, zwłaszcza starodruków. Na Uniwersytecie zwanym GTU jest też wykładany język polski, i to w specyficznej odmianie syberyjskiej. Aulę główną, niegdyś cerkiew uniwersytecką, zdobi na naczelnym miejscu popiersie Chopina, podarowane w roku chopinowskim przez Instytut Polski imienia Adama Mickiewicza. Brak tylko jego filii w Tomsku, tak bardzo „polskim” i najstarszym mieście Syberii. Zachwycił nas „Botaniczny Sad” z wielką gamą egzotycznych roślin, od których kręci się w głowie: Borneo, Sumatra, Moluki, Hawaje, wreszcie „nieugięta” palma z wyspy Lorda Howe, przywieziona znad Pacyfiku przez tutejszą pracownicę, niestety już zmarłą, podczas gdy jej palma żyje i ma się dobrze. Sięgnęła już 30 metrów i dobudowano nad nią 40-metrowy, dodatkowy dach. Pomyśleć, że tu, gdzie zimą jest -40°C, rosną i kwitną palmy z tropików!

Wreszcie jest i Dom Polski, a właściwie dwa, gdyż i tu Polonia jest podzielona. Gości nas Wacław Chaniewicz, przez Rosjan zwany Wasylem, dyrektor muzeum w więzieniu dawnego NKWD, umieszczonego w miejscu, gdzie ono naprawdę się znajdowało. Autentyczne są cele, autentyczne drzwi do tych cel, autentyczny tunel z rzeźbą znikającej w nim postaci, w którym zabijano setki ludzi. W parku przed gmachem muzeum stoi Pomnik Ofiar Represji Totalitaryzmu, czytaj stalinizmu. Po jego lewej stronie jest aleja represjonowanych na Syberii narodów. Pierwszy pomnik postawili Kałmucy, przesiedleni tu masowo jeszcze w trakcie II wojny światowej, dalej Łotysze, trochę z boku Estończycy, Udmurtowie. Pośrodku jest i tablica polska. Tego roku swoją tablicę dostawili Litwini. W święcie tym

uczestniczyły wszystkie mniejszości narodowe miasta.

W

yjątkowym świętem w Tomsku jest „Czechowska Piatnica”, czyli „Piątek Antoniego Czechowa”, który był kiedyś w Tomsku, ale niezbyt pochlebnie go opisał. Za karę postawiono mu najdziwaczniejszy pomnik w świecie – postać pisarza widzianą oczami pijanego przechodnia, z wielkimi stopami i parasolem w ręku – istne kuriozum miasta, ale czymże byłoby ono bez pełnego barw święta Czechowa, żywego pomnika w sercach tomszczan? Odwiedzamy jeszcze kozacką twierdzę wybudowaną na wzgórzu obronnym, odebraną miejscowemu chanowi Tojanowi, który, pokonany, niczym nasz król Staś zaraz poprosił o carską „opiekę” samego Borysa Godunowa i od 1604 roku była tu już Rosja. Zważywszy, że w latach 1610–1612 byli na moskiewskim Kremlu Polacy, może jakoś pośrednio i Tomsk był wtedy „polski”? Oczywiście najbardziej polski był on w XIX wieku, dzięki naszym wysoko wykształconym rodakom, których potomków teraz spotykamy. Pobyt w Tomsku zamyka wizyta na ulicy Kuźnieckiej, przepiękny przykład bogactwa drewnianej architektury syberyjskiej autorstwa Floriana Orzeszki, brata męża Orzeszkowej, zesłańca jak on, który zasłynął sztuką budowania cudownych domów, stojących wzdłuż tej ulicy do dzisiaj. Naliczyliśmy ich łącznie 19. Niestety nie wszyscy chcieli te cuda zobaczyć. Na nic wołania, jak wiele tracą, że w Atenach to by Akropolu też nie widzieli, gdyby hotelowa „etażna” pokazała im drogę „prosto” na dworzec, a ten stałby obok niego. I tak drewniane cuda, które przecież za rok mogą spłonąć, pozostały nieznane tym, którzy z takim trudem dojechali do tego miasta po to, aby ich nie zobaczyć. To z Tomska Witkiewicz przywiózł na Podhale wzór zdobnictwa drzewnego, zwłaszcza okiennic, sławetnego dziś „stylu zakopiańskiego”, i wmówił góralom, że to ich własne dziedzictwo. Pierwowzór tej sztuki pozostaje nadal na Syberii, w Tomsku, na Kuźnieckiej ulicy. Jedziemy dalej kolejną noc. K

Odnalezione siostry Stanisława Wiatr-Partyka

O

statnio wróciłam z Buska i ciągle jeszcze pod wrażeniem niezwykłego spotkania. Dwie panie z Anglii znalazły moje wiersze w Internecie, te wydane przez NCK. Dotarły przez Sybiraków do adresu, potem pełna wzruszeń korespondencja i właśnie spotkanie w Busku. I tak Bóg dał, że z Jadzią spotkałam się po... 75 latach, a liczy sobie... 92! Nasi rodzice przyjaźnili się w Nieświeżu, potem nas wywieziono tym samym pociągiem na Sybir i w pociągu urodziła się Basia. Szesnastoletnia gimnazjalistka Jadzia odbierała u mamy poród! Na krzyk, że urwała się pępowina, chłopiec z ciemnego kąta na pryczy podał... sznurówkę. Dziecko przeżyło, choć ta droga miała być drogą bez powrotu. Trwała cały miesiąc. Potem mieszkałyśmy w jednej ziemiance. A potem ojciec wypuszczony z łagru już w mundurze andersowca, polskiego żołnierza, który wyłonił się ze stepu, przyjechał po swoją rodzinę. Z armią Andersa znalazły się w Persji, potem na 5 lat w Indiach i wreszcie na stałe w Anglii... Pokończyły studia, wyszły za mąż i nie spotkały nikogo z Nieświeża ani z Syberii, aż do tych wierszy w Internecie. To Jadzia zarządziła. To ona chciała pożegnać się z Polską i spotkać się ze mną... Jest w dobrej kondycji, nawet jeszcze prowadzi samochód. Mówią pięknie po polsku, tylko Basia ma kompleks. Gdzie jest moja Ojczyzna? W paszporcie ma miejsce urodzenia... Ural! Płakać zaczęły już na lotnisku w Balicach. Po tygodniowym pobycie w Polsce odjechały. Też z płaczem. Zostały wspomnienia, fotografie, żal, nadzieja. W przybranej Ojczyźnie mają rodziny, piękne ogrody, konta, ale odjeżdżały z wielkim płaczem, a ja zostałam

z ogromną pustką, osamotnieniem, wybita z normalnego rytmu, bo odjechały jakby o d n a l e z i o n e s i o s t r y. Może zapiszą się do Stowarzyszenia? K

Nieśwież I „Chwalcie łąki umajone” Z klasztoru Nad wodą Głos trąbki srebrzyście się ściele... Z drugiej strony Przez wodę Słychać dzwony – To w farnym kościele... A tam znowu Od koszar „Ułani, ułani, Malowane dzieci”. A po wodzie Daleko Głos leci... Światełka... Światełka! To gondole kolorowe na jeziorze! Dziś jest Święto Morza! A w Słuckiej Bramie – Znicze... Okna Nowego Miasta oświetlone... Ogniska na Kolonii Urzędniczej... A nad tym wszystkim – Ratusz! Przed ratuszem Róże! Dalej – sklep Brechałki, Okienka w murze... Kasyno, Grobla, Zamek, Ulica Senatorska. Pachnie maciejka. Ganek. Tam była Polska.

Stanisława Wiatr-Partyka urodziła się w Nieświeżu (dziś na Białorusi). W dzieciństwie została zesłana do Kazachstanu, obecnie mieszka w Tarnowie. Wiersz „Nieśwież I” pochodzi z antologii „Nieśwież w sercu i snach. Pamiętnik dla Ciebie”, opracowanej przez Barbarę Petrozolin-Skowrońską, wyd. Inicjał, Warszawa 2007.


KURIER WNET

8

Z A·MIEDZ Ą

Po pierwszej turze wyborów sejmowych na Litwie mogło wydawać się, że głównym zwycięzcą będzie konserwatywny Związek Ojczyzny. Partia ta zdobyła bowiem już w pierwszej turze 20 mandatów do 141-osobowego parlamentu z listy i jeden w okręgu jednomandatowym, wybijając się na pierwsze miejsce, a w drugiej turze miała szanse zdobyć jeszcze 42. Stało się jednak inaczej.

Zieloni chłopi chcą rządzić Litwą Leonardas Vilkas

Z

rozpoczął się dla niej w 1998 r., gdy przewodniczącym partii został biznesmen rolny Ramūnas Karbauskis, syn dyrektora kołchozu, który po nieudanym starcie partii w wyborach do Sejmu w 2000 r. połączył ją z Partią Nowej Demokracji Kazimiry Prunskienė (TW KGB „Šatrija”) – tej samej, która, będąc premierem, w styczniu 1991 r. bez zgody parlamentu doprowadziła do gwałtownej kilkakrotnej podwyżki cen detalicznych, co według planu Moskwy miało wywołać „rewolucję ludową” (ostatecznie to się nie udało i Gorbaczowowi pozostała otwarta agresja wojskowa). Obecnie Karbauskis tłumaczy to posunięcie młodym wiekiem i brakiem doświadczenia. Pod koniec 2001 r. Prunskienė została przewodniczącą połączonej partii, a w 2004 r. rywalizowała z Valdasem Adamkusem w wyborach prezydenckich i przegrała bardzo małą różnicą głosów. Jednakże w wyborach do sejmu w 2008 r. partia ponownie nie przekroczyła progu wyborczego i drogi Prunskienė i Karbauskisa rozeszły się. W 2009 r. przewodniczącym znowu został Karbauskis. W okresie przygotowań Litwy do członkostwa w NATO Karbauskis sugerował ich spowolnienie, argumentując, że są poważniejsze problemy. Później był jednym z inicjatorów plebiscytu w sprawie przystąpienia do Aliansu (nie udało się zebrać wymaganej liczby

rosyjską służbę wywiadu zagranicznego. „Agrokoncernas” od kilku lat prowadzi także dystrybucję rosyjskich maszyn rolniczych. O ekologii przypominają sobie jednak, zwalczając np. poszukiwania gazu łupkowego, które na Litwie kilka lat temu próbował prowadzić amerykański Chevron. Tu szczególnie aktywny był jeden z wiceprzewodniczących partii i pomocnik europosła Bronisa Ropė, Tomas Tomilinas, który w tej sprawie, a także przy zbieraniu podpisów przeciwko elektrowni jądrowej w Wisagini, współpracował z prorosyjskimi działaczami z łotewskiego Dyneburga. Obecny sukces wyborczy Partia Chłopów i Zielonych zawdzięcza kilku czynnikom. Po pierwsze tym, którzy głosują na partie populistycz-

Przewodniczącym partii został biznesmen rolny Ramūnas Karbauskis, syn dyrektora kołchozu, który po nieudanym starcie partii w wyborach do Sejmu w 2000 r. połączył ją z Partią Nowej Demokracji Kazimiry Prunskienė (TW KGB „Šatrija”). ne, znudziło się już oddawać głosy na ugrupowania Paksasa i Uspaskicha – zaszła potrzeba na nowych „ratowników narodu”. Po drugie, były minister spraw wewnętrznych Saulius Skvernelis, zaproponowany swego czasu przez „Porządek i Sprawiedliwość” Paksasa, który piastowanie tego urzędu potrafił skutecznie łączyć z piarowaniem własnej osoby i zdobył sporą popularność, został nr 1 na liście chłopów, a obecnie jest wymieniany jako kandydat na premiera lub marszałka sejmu. Zresztą w regionach zdołano przyciągnąć niemało lokalnie popularnych, a w niektórych przypadkach rzeczywiście uczciwych i zasłużonych ludzi – w sam raz na okręgi jednomandatowe (Z drugiej strony, w ten sposób w partii znalazło się wielu ludzi, którzy niekoniecznie są

FOT. PZU (3)

wiązek Chłopów i Zielonych, który w pierwszej turze zajął drugie miejsce z 19 mandatami, w drugiej z okręgów jednomandatowych zgarnął aż 35 mandatów, czyli razem 54; co więcej, w wyborach przeszły jeszcze 2 startujące samodzielnie osoby z tej partii, która uzyskała więc łącznie 56 mandatów. Tymczasem Związek Ojczyzny w drugiej turze otrzymał zaledwie 10 mandatów i łącznie będzie miał 31 posłów w Sejmie, co, choć daje mu drugie miejsce, jest nawet gorszym wynikiem niż w poprzednich wyborach, gdyż dotychczas miał 33. W tej sytuacji niezbyt pocieszające jest, że Partia Socjaldemokratyczna, lider dotychczasowej koalicji, dostała jeszcze mniej – tylko 17 mandatów, ani że partie Paksasa i Uspaskicha, które zdobyły odpowiednio 8 i 2 mandaty, prawdopodobnie powoli kończą swój żywot, ani też to, że wybuch skandalu korupcyjnego nie dobił jednak Ruchu Liberałów, który mimo wszystko uzyskał 14 miejsc w parlamencie: koalicja i tak może powstać jedynie wokół „zielonych chłopów”. Partia ta wywodzi się z przedwojennych ludowców. Została odtworzona w 1990 r. jako Związek Chłopski, wkrótce po ogłoszeniu przez Litwę niepodległości. W wyborach do Sejmu progu nie przekraczała, aczkolwiek zdobywała mandaty w prowincjonalnych samorządach. Nowy etap

podpisów). Co prawda, potem głosował za ratyfikacją Paktu Północnoatlantyckiego, a obecnie twierdzi, że nigdy nie był przeciwko NATO, plebiscytu zaś chciał, ponieważ był przekonany, że naród wypowie się „za” i akt przystąpienia będzie jeszcze bardziej doniosły. Sęk jednak w tym, że według litewskiego prawa wynik referendum jest ważny jedynie wówczas, gdy ci, którzy głosowali jednomyślnie, stanowią co najmniej 51%wszystkich obywateli mających prawo głosu, a nie tylko tych, którzy poszli do urn. Gdy Litwa negocjowała akcesję do UE, chłopi dążyli do ustanowienia nieskrępowanego tranzytu produktów rolnych do i z obwodu królewieckiego – a należy pamiętać, że Rosja w tym okresie żądała eksterytorialnego korytarza przez Litwę do tego obwodu, strasząc, że wstąpienie Litwy do UE i NATO będzie miało nieprzewidywalne skutki dla Kaliningradu. Domagali się także przedłużenia pracy elektrowni jądrowej w Ignalinie – z rosyjskimi reaktorami tego samego typu, co w Czarnobylu, tylko większej mocy. Widocznie rosyjski sprzęt wydaje się im bardziej niezawodny niż zachodni lub japoński, gdyż później ostro występowali przeciwko pomysłowi budowy nowej elektrowni. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że obecnie wypowiadają się także przeciwko budowie bardzo niebezpiecznej elektrowni w Ostrowcu na Białorusi, w pobliżu granicy z Litwą, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Wilna, a Karbauskis nawet chwali się, że w tej kwestii jest bardziej stanowczy od konserwatystów. Bo oni teraz są nie tylko chłopami, ale od 2012 r. także zielonymi… Z tą „zielenią” jednak jakoś dziwnie wychodzi. Czy może bowiem być „zielony” ten, kto spryskuje uprawy chemikaliami albo nimi handluje? A grupa „Agrokoncernas” Karbauskisa właśnie to robi. Sprowadza je m.in. z Rosji i Białorusi, w tym od rosyjskiego koncernu „Acron”. Właścicielem tego ostatniego jest niejaki Wiaczesław Kantor, którego jedna ze spółek, zarejestrowana w Szwajcarii, została wymieniona w raporcie wywiadu tego kraju jako założona przez SWR, czyli

Teatr Kamienica” pośród wielu obiektów na mapie Warszawy jest ostoją kultury. Jednakże 28 września stał się również miejscem debaty na temat bezpieczeństwa dzieci, bowiem wtedy PZU zorganizowało konferencję pt. Raport: „Bezpieczne dziecko”, prezentującą wyniki badań przeprowadzonych na polskich plażach i w Internecie.

Raport „Bezpieczne Dziecko” PZU

czy urządzenia mobilne. Przedstawione na konferencji dane ukazują, że ok. 25% przedszkolaków posiada telefon komórkowy bądź tablet. U nastolatków ten współczynnik wynosi 93%. Rodzice nie są bezradni, gdyż nowoczesne oprogramowanie pozwala na kontrolę aktywności ich pociech w sieci. Jednakże jedynie 20% rodziców potrafi obsługiwać tego typu narzędzie monitorujące zachowanie w Internecie. Ponadto zdecydowana większość ankietowanych (93%) sądzi, że to rodzice powinni spełniać rolę edukacyjną w formowaniu bezpiecznych postaw wśród swoich dzieci. Mimo to aż 60% badanych nie umie wygospodarować czasu dla dziecka. Marcin Marzec, prezes przedsiębiorstwa dbającego o bezpieczeństwo dzieci w sieci – Safekiddo, stwierdził, że brak czasu dla najmłodszych będzie niósł ze sobą poważne konsekwencje: – Uzależnienie od urządzeń mobilnych i komputerów narasta. Dzieci przyzwyczajają się, że czas spędzają, korzystając z tych urządzeń elektronicznych. Problem będzie się powiększał – mówił dla Radia Wnet. Marzec zauważył również, że kontrola treści udostępniana przez aplikację mobilne może okazać się bardzo trudna. Z ankiety przeprowadzonej przez PZU wynika, że aż 65% przedszkolaków korzysta z serwisu YouTube: – Bez współpracy z twórcami aplikacji i chęci implementacji pewnych rozwiązań kontroli rodzicielskich będzie to bardzo trudne – stwierdził prezes Safekiddo.

Konrad Tomaszewski

C

zy firma ubezpieczeniowa przyczyniła się do wspierania kultury bezpieczeństwa wśród najmłodszych Polaków? Konferencja rozpoczęła się nietuzinkowo, ponieważ uczestników wydarzenia przywitały „Niestraszki”, czyli Brand Hero (maskotki marki) firmy ubezpieczeniowej. Pięć postaci ma za zadanie przybliżyć dzieciom szereg niebezpieczeństw czyhających na nie podczas wakacyjnego odpoczynku. Jest to tzw. edutaiment, czyli edukacyjna rozrywka, dzięki której najmłodsi poprzez zabawę zrozumieją łatwiej kwestie bezpieczeństwa. Jak można było dowiedzieć się na konferencji,

podczas sezonu letniego „Niestraszki” zagrały w aż siedemdziesięciu przedstawieniach, gdzie obejrzało je łącznie trzydzieści tysięcy widzów. Rozdano wtedy pięć tysięcy opasek z wbudowanym nadajnikiem, dzięki którym rodzice mogą „śledzić aktywność swych pociech w zatłoczonych miejscach, takich jak plaża” za pomocą mobilnej aplikacji. Aleksandra Agatowska, członek zarządu PZU stwierdziła, że letnie przedstawienia miały na celu naukę odpowiednich postaw zarówno wśród dzieci, jak i rodziców: – Chodzi o ukształtowanie świadomości tego, w jaki sposób należy się zachować [w odpowiednich sytuacjach – red.]. Chodziło nam również o to,

aby przekazać treści dotyczące bezpieczeństwa w sposób bardzo atrakcyjny – podkreśliła, przybliżając cele akcji „Bezpieczne wakacje”. „Bezpiecznie jest wtedy, kiedy są pasy!”; „Bezpiecznie jest, kiedy masz kapok, a jesteś w łódce”. Takie odpowiedzi z ust dzieci padły w filmie przedstawiającym kwestie bezpieczeństwa z ich perspektywy. Z punktu widzenia dorosłych sprawa wygląda bardziej skomplikowanie. 84% rodziców uważa, że dzisiejszemu dziecku grozi więcej niebezpieczeństw, aniżeli w czasach, kiedy oni sami byli mali. Jest to związane z dynamicznym rozwojem nowoczesnych technologii, takich jak komputery

D

ruga część konferencji była poświęcona debacie dotyczącej bezpieczeństwa dzieci. Wzięli w niej udział: Aleksandra Agatowska (członek zarządu PZU SA), Sylwia Dyk (pediatra PZU Zdrowie), Marcin Marzec (prezes Safekiddo), Justyna Sieńczyłło

jednej myśli i mają takie same cele, co może utrudnić Rosji sterowanie partią, a w przyszłości – niektórzy prognozują, że już w niedalekiej – może doprowadzić do jej rozpadu i zasilenia partii tradycyjnych). Wreszcie, Karbauskis potrafi robić wrażenie człowieka o wiele bardziej umiarkowanego i kulturalnego od Paksasa czy Uspaskicha, co zachęciło np. nowego lidera Związku Ojczyzny, Gabrieliusa Landsbergisa, do przedwczesnego mówienia o utworzeniu z nim koalicji po wyborach, co jeszcze bardziej go uwiarygodniło. Teraz sami konserwatyści przyznają, że był to błąd. Obecnie wszyscy są zaskoczeni zdobyciem przez Chłopów i Zielonych tak dużej liczby mandatów i nikt nie pała zbytnią chęcią wejścia z nimi w koalicję. Jaka ona będzie i jak będzie rządzić, w tej chwili trudno prognozować. Nie musi zresztą być bardzo źle ani gorzej niż dotychczas. Np. według wstępnych zapowiedzi ministrem spraw zagranicznych ma zostać Petras Vaitiekūnas, który już pełnił tę funkcję w latach 2006–2008, a w latach 2010– 2014 był ambasadorem na Ukrainie. To dobry wybór, który zapewni ciągłość polityki. Oczywiście, o ile Karbauskis później nie zmieni zdania i nie zaproponuje kogoś innego. Z kandydaturą na premiera wygląda już gorzej. Na to stanowisko był typowany wspomniany już Saulius Skvernelis, ale po drugiej turze Karbauskis twierdzi, że partia posiadająca taką przewagę powinna objąć stanowiska zarówno premiera, jak i marszałka Sejmu. A zatem według nowej wersji Skvernelis ma zostać marszałkiem sejmu, a premierem – wieloletni mer Ignaliny, europoseł Bronis Ropė, zagorzały przeciwnik Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji. Sam Karbauskis planuje zostać jedynie starostą frakcji sejmowej. Gdyby pretendował na jakieś wysokie stanowisko, musiałby przekazać komuś swoje interesy i latyfundia, a włada ponoć 50 000 ha… Ogólnie szef chłopów zapowiada, że to ma być rząd specjalistów, a nie polityków. Cokolwiek to miałoby znaczyć… Jako kandydat na ministra

zdrowia wymieniany jest lekarz psychiatra Aurelijus Veryga, fanatyczny bojownik o trzeźwość, jak zresztą sam Karbauskis), który zapowiada utworzenia państwowego monopolu alkoholowego i sprzedaż szlachetnych napojów tylko osobom powyżej 20 roku życia. W razie wprowadzenia tych prohibicyjnych pomysłów będzie można spodziewać się litewskiej turystyki alkoholowej do Polski, a z północnej Litwy – do Łotwy. Można wprawdzie się zgodzić, że niektórzy ludzie piją za dużo, ale zakazami tego i tak się nie zwalczy, a fanatyk w fotelu ministra na pewno nie zapewni poczucia spokoju. Jeżeli chodzi o kwestie istotne dla mniejszości narodowych, w szczególności dla Polaków na Litwie, takie jak oryginalna pisownia nazwisk w alfabecie łacińskim czy dwujęzyczne nazwy ulic, to przynajmniej liderów zwycięskiej partii łatwo pomylić z narodowcami. Karbauskis jest po prostu przeciwko oryginalnej pisowni nazwisk, a Skvernelis zgodziłby się na nią, ale na dalszych stronach paszportu lub na drugiej stronie dowodu osobistego – czyli też jest przeciwko, tylko z dodatkowym wprowadzeniem zamieszania. Napisałem, że łatwo ich pomylić z litewskimi narodowcami, ale przecież mają pewien osobliwy punkt styczny także z… Akcją Wyborczą Polaków na Litwie – Związkiem Chrześcijańskich Rodzin. Najpierw kilka słów o wynikach AWPL-ZChR: próg wyborczy przekroczyła, zdobyła 8 mandatów – tyle samo, co w poprzednich wyborach, przy czym w okręgach jednomandatowych 2 posłów zostało wybranych już w 1. turze. Wśród tych 8 z listy AWPL-ZChR do sejmu trafiła także działaczka Aliansu Rosjan i Światowego Kongresu „Sootiecziestwiennikow”, Irina Rozowa. Nie pierwszy już raz zresztą. Otóż ta pani wcześniej była posłanką tegoż Związku Chłopów i Nowej Demokracji, gdy połączoną partią kierowała Prunskienė. Wówczas, w 2007 r. w Tallinie, na konferencji bałtyckich rosyjskojęzycznych, podpisała ona rezolucję potępiającą Estonię i inne kraje bałtyckie za „antyrosyjskość” w związku z przeniesieniem pomnika sowieckiego żołnierza z centrum Tallina… K

(aktorka) oraz Maciej Rokus (płetwonurek, twórca „Tablicy Życia”). Justyna Sieńczyłło stwierdziła, że najlepszym sposobem przyswajania przez dzieci wiedzy o bezpieczeństwie jest zabawa, czyli m.in. przedstawienia interaktyw-

wypadła naprawdę dobrze. Od tego momentu możemy mieć pewność, że wachlarz działań i możliwości PZU jest na tyle duży, że firma ubezpieczeniowa jest w stanie sprawnie wspierać kulturę bezpieczeństwa wśród polskich

Raport „Bezpieczne Dziecko” wskazuje, że ponad 40% badanych nie jest pewnych swoich umiejętności dotyczących pierwszej pomocy. ne: – My jako teatr mamy w repertuarze dwa spektakle o bezpieczeństwie, na których było już ponad trzydzieści tysięcy dzieci. Dzieci bardzo żywo na nich reagują – powiedziała aktorka. Natomiast Sylwia Dyk przywołała szokujące dane raportu „Bezpieczne Dziecko”, które wskazują, że ponad 40% badanych nie jest pewnych swoich umiejętności dotyczących pierwszej pomocy. Dodała również, że zagrożenia czyhające na dzieci, nie wiążą się jedynie z okresem wakacyjnym i wypoczynkowym: – Moje doświadczenia wskazują, że często przypadki zagrożenia zdrowia i życia dzieci wiążą się z nieuwagą rodziców. Rodzice nie zawsze przestrzegają podstawowych zasad bezpieczeństwa w domu. Dlatego ważna jest edukacja i wspieranie rodziców w tym temacie – powiedziała. Konferencja przedstawiająca raport z badań „Bezpieczne dziecko”

rodzin. Świadczą o tym m.in. opaski monitorujące aktywność dziecka czy przedstawienia grane przez „Niestraszki”. Potrzeby edukacyjne w zakresie bezpieczeństwa są nadal bardzo duże: – Okazało się, że rodzice oczekują o wiele więcej, dlatego będziemy działać jeszcze bardziej aktywnie. PZU jest tą firmą, od której się tego oczekuje – powiedziała Aleksandra Agatowska w wywiadzie dla Radia Wnet. Jednakże dziesiątki przestawień, które obejrzało tysiące widzów, są zalążkiem tego, aby świadomość zachowania bezpieczeństwa w codziennym życiu była wśród dzieci i rodziców o wiele większa. PZU w tej materii, po zaprezentowanych danych, spisał się bardzo dobrze. Miejmy nadzieję, że „Niestraszki” niejednokrotnie poprzez zabawę będą nauczać nas i nasze pociechy. K


KURIER WNET

9

A M B A SA D O R Z Y·P O LSKOŚCI

Jak Pani wspomina okres walki? Dwanaście lat w podziemiu, przeciwko najpierw rosyjskiemu i niemieckiemu okupantowi, a później przeciwko rosyjskiemu. Po wyjściu z łagrów stalinowskich bardzo długo nie śpiewałam. Z powodu pamięci o tych chłopcach, tych przystojnych, tej młodzieży, która ginęła w prawie każdej akcji. Obławy NKWD, ktoś ranny, kogoś dobili, kogoś aresztowano. Po prostu nie byłam w stanie śpiewać. Byłam w żałobie, bo kiedy traci się bliskich i kiedy traci się matkę-ojczyznę, to jest żałoba. Skazano panią w 1951 r. na 25 lat, wyszła Pani z łagru po kilku latach… Po pięciu. Czy później próbowała Pani wrócić do Polski? Staraliśmy się o to mężem. To był 1957 r., ostatnie repatriacje, i znów nas nie puścili. Pewnego razu aż się popłakałam i mówię: „Wypuścilibyście tę bandytkę, nie chcę tu być, tu nie ma dla mnie życia, wypuśćcie mnie!”. Ale nie pozwolili. Nie wiem nawet, dlaczego. Ludzie wyjeżdżali z Syberii, z Workuty, a mnie nie wypuszczono. Widocznie dlatego, żeby nadal męczyć, bo nie było łatwo po wyjściu na wolność. Mówi Pani o „męczeniu”. Czyli byli Państwo prześladowani na Białorusi?

Proszę się przedstawić. Nazywam się Julian Kulski, jestem profesorem architektury, humanistą, poza tym jestem dyrektorem Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku i dyrektorem nowej akademii wywiadu i obrony narodowej w Waszyngtonie. Akademii stworzonej przez Polaków czy przez Amerykanów? Przez Amerykanów, ale ściągam właśnie studentów z Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego, bo mam dla nich, dla Polaków, w Waszyngtonie stypendia. Obecnie jest wielkie zainteresowanie studentami z Polski i Polską.

Cała rodzina była sądzona. Skonfiskowano nam całe mienie. Zburzono nam dom, wszystko zabrano. Wróciliśmy z łagrów tylko w tym, co mieliśmy na sobie, w tych tiełogrejkach, jak to nazywano. Ani co jeść, ani w co się ubrać, ani gdzie mieszkać. Ale nieraz doświadczyłam mocy Bożej. Trzykrotnie próbowałam sobie odebrać życie. Trzykrotnie. I ani razu mi się to nie udało. Dwa razy w więzieniu, ostatni raz na Syberii. Władze obozu wezwały mnie i usłyszałam: „mogę cię pocieszyć”. No, pomyślałam, pewnie mnie zwolnią. A tu słyszę: „Twój brat bandyta zabity”. Nie pamiętam, jak stamtąd wyszłam. Całą noc rozmyślałam. Rodzice, ja, brata nie ma – jaki jest sens takiego życia? Przede mną 25 lat łagru! A na Syberii pracowaliśmy przez cały dzień przy wycinaniu lasu. Ważyłam niecałe 45 kilo, a piła – 36. Głodna, zmęczona, zima. 50 stopni mrozu, a jeszcze wyprowadzali do pracy. Pomyślałam sobie: „nareszcie się to skończy!” i poszłam pod padające drzewo. I wie Pani – nic mi się nie stało! Strasznie płakałam – dlaczego tak? Potem zastanowiłam się i powiedziałam: „Matko Najświętsza, wybacz, więcej tego robić nie będę!”. I jak widać, Matka nie tylko zachowała mi trzykrotnie życie, ale dała dożyć dość późnego wieku. I mogę jeszcze coś zrobić, mogę przekazać coś młodzieży, i za to jestem bardzo wdzięczna. To piękne, co Pani mówi. W Polsce awansowano Panią 1 marca do rangi majora. Jak Pani to przyjęła? To była wielka radość, w teraźniejszym życiu to chyba największa radość. Tak długo czekaliśmy na to. Od wszystkiego byliśmy oddzieleni – bo my za granicą, bo my z Białorusi. Z polskich ziem i z Polaków porobili Polonie: Polonię Litwy, Polonię Białorusi, Polonię Ukrainy. A ja pytam: „Kiedy myśmy się tam przesiedlili? Czy przyjechaliśmy tam ułatwić sobie życie? Czy też zostaliśmy, aby tam ginąć, aby tam cierpieć? I tylko za to – za ojczyznę”. Tu, w Polsce, została Pani awansowana przez ministra Macierewicza.

Tobrukiem. Po dwóch latach popłynąłem statkiem do Stanów Zjednoczonych. Wtedy już dostałem wizę i pojechałem do Ameryki. Popłynął Pan do Nowego Jorku. Wysiadł Pan tam… i co? Wysiadłem tam, miałem 5 dolarów w kieszeni. Mój stryj, Władysław W. Kulski, był w Stanach od roku profesorem i ja pojechałem do niego.

A jak Pani i pozostali Żołnierze Niezłomni są traktowani przez Białoruskie władze? Nas tam jakby nie było, nie jesteśmy zarejestrowani jako weterani wojny. Jesteśmy traktowani jak przestępcy. Na Białorusi do dziś uchodzimy za bandytów.

naszych ludzi. Pochowalibyśmy, jak się należy. Pomodlilibyśmy się. Modlimy się, objeżdżamy cmentarze. Zawsze tam jeżdżę na uroczystości. Na naszych terenach, w dzisiejszym województwie grodzieńskim było województwo białostockie, ja też należałam do Okręgu Białostockiego; część

Musi być ciężko tak żyć. Prowadzę teraz nasze stowarzyszenie w siedmiu powiatach, w każdym jest po kilka osób. Dyscyplina jest wojskowa, wszystko jak należy. Moi koledzy rozjechali się, każdy do swojej wioseczki, i cicho siedzą. I czekają mojego rozkazu. I dlatego wszystkim nam jest źle, ale nie tak najgorzej.

Czyli po wojnie już Pan nie wrócił do Polski? Nie mogłem wrócić, bo byłem akowcem. Uciekłem z obozu sześć dni przed końcem wojny. Mój obóz, Stalag XI-A, został oswobodzony przez Armię Czerwoną, więc Pan wie, co się stało z moimi kolegami. Nie mogłem wrócić. Ojciec powiedział mi, na płonącym Żoliborzu – ja wtedy miałem początki gruźlicy – że jeśli przeżyję obóz, żebym jechał do Londynu, a nie do Ameryki, bo tam był jego młodszy brat w rządzie Sikorskiego. I pojechałem. Przemycili mnie Anglicy w mundurze angielskiego żołnierza, jako jeńca angielskiego wziętego pod

Dwa lata temu podczas pokazu filmu „Łączka” odebrała Pani nagrodę i powiedziała ważne słowa: „U nas na Białorusi potrzebni są tacy ludzie, jak profesor Krzysztof Szwagrzyk”. Rozumiem, że na Białorusi takich badaczy za wielu nie ma. Nie ma i na razie nie pozwolą. Dzisiaj też potwierdzę, że tacy ludzie, jak pan profesor Szwagrzyk, są nam bardzo potrzebni. Tym bardziej, że brat zginął w Obławie w 1952 r., kiedy my jeszcze nie wróciliśmy z łagru, i do dziś nie wiemy, gdzie spoczywa jego ciało. Bardzo potrzeba nam takich ludzi – niestety.

Podczas festiwalu filmowego „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci” w Gdyni z Weroniką Sebastianowicz, żołnierzem AK i WiN, Żołnierzem Niezłomnym, represjonowaną przez władze sowieckie, przewodniczącą Stowarzyszenia Żołnierzy AK na Białorusi, odznaczoną Orderem Odrodzenia Polski – rozmawia Magdalena Uchaniuk.

Ale dopóki jest prezydent Łukaszenka, raczej to się nie zmieni. Na pewno nie. Poruszyła Pani ważną bardzo sprawę, powiedziała Pani, że nie wie, gdzie spoczywa Pani brat. No właśnie. Obława Augustowska to jest temat bardzo istotny dla obu naszych narodów, bo wszystko wskazuje na to, że groby znajdują się jednak po stronie białoruskiej. Tak, tak. Ale, jak Pani wie, na razie nic z tego nie wychodzi. Oddaliby tych

jest wileńskiego, część białostockiego i Okręg Nowogródzki, ale z powodu granic jesteśmy wszyscy pod sztandarem Okręgu Nowogródzkiego. A co by Pani dzisiaj powiedziała nastolatkom, młodym, którzy

Znał pan Karskiego, Nowaka-Jeziorańskiego i Brzezińskiego? Wszystkich trzech, to moi przyjaciele, ale najważniejszy dla mnie był Jan Nowak-Jeziorański. Przyjechałem do Londynu, miałem 15/16 lat, byłem szeregowcem i chodzącym trupem. Mój stryj poprosił Jana Nowaka-Jeziorańskiego, żeby wziął mnie na obiad i zapytał, jakie mam plany. Więc zaprosił mnie, zjedliśmy obiad i zapytał: „Jakie masz plany?”. Ja mówię: „Czekam na trzecią wojnę światową, bo umiem tylko walczyć, więc chcę wrócić do kraju z armią”. A on na to, że to potrwa 50 do 100 lat, zanim kraj odzyska niepodległość. Kazał mi wstać, on też wstał i powiedział: „Żołnierzu, rozkazuję ci – idź na uniwersytet, dobij się i będziesz bardziej potrzebny dla kraju, niż gdybyś czekał na trzecią wojnę światową!”. Jana Karskiego też znam, a Zbigniew Brzeziński jest moim sąsiadem w Virginii.

I dlatego teraz jestem jednym z jej dyrektorów. Który z zaprojektowanych przez Pana budynków jest najbardziej znany? Zaprojektowałem 3000 budynków w 30 krajach, proszę Pana. Jedynym krajem, w którym nie mam budynku, jest Polska. Mam olbrzymie miasta w Jugosławii. Przyjeżdżam do kraju od roku ’60 co rok, po drodze… Poza tym miałem

Zbigniew Brzeziński ma swoją myśl geopolityczną. No nie zgadzamy się, ale ma dwóch synów i też jeden jest republikaninem, a drugi demokratą.

Żołnierzu, rozkazuję ci, idź na uniwersytet! Z Julianem Kulskim, żołnierzem AK, uczestnikiem powstania warszawskiego, profesorem architektury, dyrektorem Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku, dyrektorem Daniel Morgan Academy w Waszyngtonie rozmawia Krzysztof Skowroński. I zaczął Pan studiować architekturę. Kontynuowałem, na Uniwersytecie Yale. I tam skończyłem studia magisterskie. To drogie studia. Żeby studiować w Yale, trzeba być bogatym, 5 dolarów nie wystarczy. Pracowałem, jak każdy nasz imigrant. Pracowałem jako kelner, pracowałem jako robotnik, pracowałem nocą… Dostałem też małe stypendium od Fundacji Kościuszkowskiej.

Że będzie lepiej. Że będzie lepiej, że kiedyś się wszystko zmieni. Jak Pani ocenia zmiany, które zachodzą w Polsce, tak zwaną „dobrą zmianę”, bo rok temu mieliśmy wybory parlamentarne, zmienił się rząd, zmienił się prezydent… Ja też głosowałam, bo mam obywatelstwo. Widzę to tak: właśnie od tych wyborów wszystko zmartwychwstaje. Wszystko to, co było zagubione przez tyle, tyle lat, nawet przez te 25 lat, kiedy niepodległość już była odzyskana. Teraz jest zupełnie inaczej – idzie w bardzo dobrą stronę, chociaż wiem, że jest trudno, że jeszcze jest dużo potomków komunizmu i przeszkadzają, ale wierzę, wierzę w Pana Boga, że pomoże nam.

Czy w Armii Krajowej kobiety często dowodziły? W naszej reducie tego nie było. Służyło bardzo dużo: łączniczki, sanitariuszki, zwiadowcy – ale nie dowodziły.

paszport dyplomatyczny. Tak, że mogłem przyjeżdżać tutaj co roku, zobaczyć się przez dzień czy dwa z rodziną i jechać dalej. Doktorat robiłem na Politechnice Warszawskiej, tutaj w Warszawie. Z paszportem amerykańskim? Z paszportem amerykańskim i dyplomatycznym Narodów Zjednoczonych. Byłem architektem Banku Światowego i konsultantem Banku Światowego, robiłem olbrzymie budynki na całym świecie, bo mieliśmy pieniądze.

FOT. WIKIPEDIA

Czyli dzięki swojej profesjonalnej drodze stał się Pan jednym z dyrektorów tej akademii. Proszę opowiedzieć o swoim życiu. Kiedy Pan przybył do Stanów? Jak to było? Przypłynąłem statkiem po dwóch latach studiów w Anglii. Byłem po obozie.

szanuję naszego prezydenta pana Andrzeja Dudę, bo jest mądry, przystojny, wierzący…”. I dlatego mamy nadzieję, odchodzimy z tą nadzieją, że kiedyś…

Odchodzimy z nadzieją

To akademia obrony narodowej… Studia na poziomie magisterium, trwają jeden rok. Dotyczą obrony narodowej, wywiadu… A kto tam wykłada? Wykładowcami są pracownicy CIA i Pentagonu. Uczelnia nazywa się Daniel Morgan Academy. Ja jej nie stworzyłem, jestem jednym z jej dyrektorów. Nigdy nie miałem do czynienia z wywiadem, ale byłem profesorem i dziekanem na trzech uniwersytetach, więc tu zajmuję się sprawami akademickimi.

wchodzą w dorosłość i jeszcze za bardzo nie wiedzą, w którą stronę pójść, jakie przyjąć wartości? Zauważyłam – bo często mam w Polsce spotkania w szkołach, liceach, na uczelniach – że od kilku lat – trzech, czterech – młodzież się, określę to tak – dźwiga. Tego kiedyś nie było. W lice-

Teraz są wybory w Ameryce. Jak Pan uważa, lepiej by było, gdyby wygrał Donald Trump czy Hillary Clinton? Jeśli wygra Hillary Clinton, to po prostu będzie klęska nie tylko dla Ameryki, ale dla całego świata. Ona poprowadzi tę samą politykę, co Obama, a może nawet jeszcze bardziej ostrą. Ja uważam, że jedyna szansa, żeby Ameryka pozostała Ameryką, a świat – światem, to właśnie partia republikańska. Wiem, jaka tutaj jest opinia o Trumpie, taka sama w Ameryce, mówi rzeczy, których prezydent nie powinien mówić, ale wygrywa. A jeśli wygra, to jest otoczony bardzo dobrymi ludźmi, tak że będzie bardzo dobrym prezydentem, według mnie. Jest taka książka „Samobójstwo supermocarstwa”, napisał ją jeden z kandydatów na prezydenta… Nie znam tej książki. …w niej opisuje, jak Ameryka z wolnego kraju stała się krajem

um w Białymstoku opowiadałam o sobie i potem dostałam takiego maila: „Pani Weroniko, przepraszam Panią, bardzo żałuję, że do dziś nic nie wiedziałam – w domu, w szkole, jak Pani wie, cały czas historia była zakłamywana. Teraz robi się bardzo dużo. Bardzo

FOT. MAGDALENA UCHANIUK

Jak to jest, kiedy 13-letnie dziecko mówi do rodziców: chcę wstąpić do Armii Krajowej? Ja tak do rodziców nie mówiłam. Nie musiałam pytać ich o pozwolenie. Jedyną trudnością było, że brat nie chciał, żebym wstąpiła do AK. Powiedział: „jesteś za młoda, jeszcze trochę podrośnij. Za młoda, nie wytrzymasz”. I komendant również był tego zdania, ale kapelan, ksiądz major Antoni Bańkowski, mnie poparł: „Zobaczcie, ona już tyle przychodzi do nas, ona już wszystkich zna, wszystko wie. Dajcie jej szansę”. Na to komendant powiedział: „Dobrze, a jaki byś chciała pseudonim?”. A ja tak jakoś, z tej radości, milczałam. Kapelan mówi: „Zobaczcie, jaka młodziutka, jak różyczka”. I zostało. Mam pseudonim Różyczka.

Czy bardzo tęskni Pani za Polską? Czy dzięki temu, że Pani przyjeżdża, to mniej? Jestem w Polsce często, z niedużymi przerwami, czasami tygodniowymi. Ostatnio byłam ze swoją grupą żołnierzy koło Wałbrzycha, w Szczawnie Zdroju, Urząd do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych sfinansował nam sanatorium. Wróciłam stamtąd, pojechałam do województwa mazowieckiego, tam, gdzie pochowano żołnierzy 76. Pułku z Grodna. Wróciłam i znowu wyjechaliśmy tutaj. Trzydziestego wracam, drugiego jadę do Żarowa na Festiwal Pieśni Religijnej. Tak więc bywam w Polsce i cały czas jestem związana z Polską. I jeszcze na koniec: taki festiwal, jak „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci”, to według Pani potrzebne wydarzenie? Bardzo potrzebne. Właśnie tak się pokazuje młodzieży, co ci ludzie przeżyli, jak to było, jak do nich strzelano, wydawano wyroki i wykonywano kary śmierci. To jest bardzo potrzebne. Jestem całkowicie za. Dziękuję bardzo za rozmowę.

K

biurokratycznym, niedołężnym, supermocarstwem…. Socjalistycznym. I przeszło połowa Amerykanów nie pracuje i żyje z pomocy.

Tak. Ale mówimy teraz o college’u – to ani gimnazjum, ani uniwersytet, coś pomiędzy. Studia magisterskie i doktorskie są trochę lepsze. Na wyższym poziomie.

Czy Pan się z tym zgadza? Oczywiście, że się nie zgadzam. Zgadzam się, że tak jest, i zgadzam się, że tak nie powinno być.

Ale jest tak, że przewagę na uniwersytetach amerykańskich ma taka historiozofia, czyli opowiadanie o świecie, w którym Polska występuje jako bohater negatywny. Polska i Polacy. Czy to prawda? Do pewnego stopnia tak, niestety. W ogóle, jeśli chodzi o naukę szkolną, to nic nie ma o Polsce; przeciętny Amerykanin po prostu nic nie wie, gdzie i co, jeśli chodzi o Polskę. Zwykle nic nie wiedzą ani o polskiej kulturze, ani o polskiej historii. A ci, co cokolwiek czytają, mają o Polsce bardzo złą opinię.

Jesteśmy teraz w Belwederze, ale martwimy się o Amerykę. Czy jest jakaś szansa dla Ameryki? Potrafi jeszcze wydobyć z siebie siły supermocarstwa i rządzić światem? Jest nadal supermocarstwem i będzie, jestem optymistą, poza tym wierzę w siłę amerykańską, w siłę Amerykanów. Wierzę, że Ameryka będzie mocarstwem co najmniej na 50 lat. Ale powiedział Pan, że jak Hillary Clinton wygra, to będą z tym kłopoty. Będą kłopoty, będą wielkie kłopoty; widzi Pan, co Obama zrobił. Co zrobił? Zniszczył Amerykę. Niech Pan spojrzy na Syrię, jakie są rezultaty polityki zagranicznej Ameryki, Obamy. I to samo będzie z Hillary. Obecnie są początki zimnej wojny z Rosją. Tak wygląda sytuacja. Ale wróćmy do Polski. Pan był na wielu uniwersytetach… W Ameryce. W Ameryce. Czy potwierdza Pan słowa profesora Kieżuna, który mówi, że panuje taka antypolska buta czy antypolska fobia na uniwersytetach amerykańskich? Problem na amerykańskich uniwersytetach jest taki, że prawie wszyscy profesorowie są lewicowi. Tak, że nie ma równowagi pomiędzy lewicą a prawicą. Młodzi, dopóki nie pójdą na uniwersytet, są zdrowi, myślący i wierzący we własne siły, ale w college’u ich po prostu demoralizują. Czyli nie akademia, która kształci, tylko akademia, która psuje. Odwrotność akademii platońskiej – idei uniwersytetu.

I tak wygląda Polska z Waszyngtonu? Jeśli chodzi o Waszyngton i resztę Stanów, to albo ludzie mają zły wizerunek Polski, albo nic nie wiedzą. Od 30 lat pracuję nad tym, żeby to zmienić. Wydaję książki, głównie dla młodzieży szkolnej. Napisałem dziennik z czasów wojny od ’39 do ’45 roku, jak byłem dzieckiem, ale walczyłem. Gdy miałem 12 lat, dostałem się do ZWZ; jak miałem 14 lat, byłem więziony przez gestapo na alei Szucha, w powstaniu warszawskim walczyłem jako piętnastolatek; potem byłem jeńcem wojennym. Porównują mój dziennik z „Dziennikiem Anny Frank”, który każde dziecko amerykańskie musi przeczytać, bo to jest lektura. Są inne książki, które też powinny trafić do rąk dzieci. Ten mój dziennik wyszedł niedawno w Brazylii. Jedna z moich książek jest w szkołach amerykańskich, druga – w szkołach polskich. Żeby dzieci poznawały się przez Internet. 2-3 lata temu powstał dla szkół na Mazowszu film o moim życiu jako dziecka-powstańca. Dzieci polskie i amerykańskie dzięki temu nawiązują przez Internet przyjaźnie, rozmawiają. Uważam, że historia się powtarza i zależy mi, żeby w przyszłości Ameryka mogła pomóc Polsce, jeśli nastąpi jakiś kryzys. Bardzo dziękuję za rozmowę.

K


KURIER WNET

10

P

lac Wolności, centrum Tbilisi, o 7 rano jest pusty. I dobrze, cywilizowani ludzie śpią rano, by mieć siłę żyć w nocy. Widać mądrość tysiącleci. Biorę taksówkę i mówię taryfiarzowi – kościół katolicki pw. Piotra i Pawła. Wąsaty Gruzin odwraca się i patrzy, jakbym zamówił kurs do zamkniętego cyrku. – Dokąd? – pyta mnie po rosyjsku, a ja mu powtarzam jeszcze raz pa russki i później po angielsku. Zrozumiał. Chociaż pewien nie był, gdzie to. Po chwili pędzimy po pustym prospekcie Rustawelego i przyglądam się wystawnym zabudowaniom i blichtrowi bijącemu z witryn ekskluzywnych sklepów. – Wy iz Latvii? – zagaduje szofer. – Iz Polszy. – Polska – wzdycha uradowany. – Kak żyzń w Polszy siejczas? – Normalna, mogło-by byt' łuczsze – odpowiadam i zerkam, jak kierowca wykonuje zamaszysty znak krzyża, mijając gruziński kościół. – Papa rimskij prijezżajet w Gruziju, wy znajetie? – pytam. – Da? Ja nie słyszał, no ja prawosławnyj i eto nie majo dieło – stwierdza, kiedy przejeżdżamy most na rzece Kurze, z którego widać urokliwą panoramę miasta z wieżowcami, kościołami i pałacem prezydenckim. Po chwili wjechaliśmy w wąskie, z definicji jednokierunkowe uliczki i znalazłem się pod jedynym kościołem niezamkniętym na Kaukazie w erze czerwonego terroru. Kościół św. Piotra i Pawła był wybudowany przez miejscowych katolików i Polaków, którzy w postyczniowej rzeczywistości tłumnie znaleźli się na Kaukazie w ramach zsyłek, służby wojskowej lub cywilnej. Okrążam estetyczną i majestatyczną świątynię i głowię się, co teraz począć. Widać wiele pomieszczeń gospodarczych, ale które z nich to wejście na plebanię? Po chwili widzę mężczyznę o rodzimej aparycji w drelichach robotniczych. – Przepraszam, czy pan jest księdzem? – zapytuję. – Tak – odpowiada rodak. Okazało się, że zapoznałem się z ks. Adamem, proboszczem tej parafii, który po szybkim czaju wręczył mi kluczyk do aneksu gościnnego, w którym od razu złapał mnie Morfeusz na kilka godzin. Po południu zostałem zaproszony na obiad na nowo wybudowanej plebanii, w której mieściły się też salki katechetyczne oraz dystrybuowano wejściówki na mszę papieską. Na posiłku poznałem ks. Macieja oraz Szako, Gruzina, który jest klerykiem w seminarium Redemptoris Mater w Warszawie. Obiad, a więc chwila spokoju na plebanii, albowiem wszelkie przygotowania do wizyty papieskiej wchodzą w decydującą fazę. Gospodyni, miejscowa parafianka, stawia na stół wazę z bulionem warzywnym, kolby kukurydzy, fasolkę doprawioną na ostro, smażone bakłażany. – My w środę nie jemy mięsa, taki wschodni obyczaj – wyjaśnił ks. proboszcz, który służy w Gruzji już blisko ćwierć wieku. W trakcie posiłku Szako pędził kilkakrotnie rozdawać wejściówki, których było 13 tys., a już prawie wszystkie zostały wydane. Pytam o miejscowych Polaków, przecież w Tbilisi istniała od XIX wieku nasza kolonia. – W chwili obecnej mszę po polsku mamy tylko w sezonie letnim i właśnie dobiegamy do jego końca. Przychodzą na nią przeważnie turyści i pielgrzymi z kraju. Takich miejscowych Polaków to już prawie nie ma. Raz, że większość naszych, kiedy mogła, wyjechała do Polski, a dwa, że w latach 30. XX wieku doszło do czystki, w której wymordowano większość – zrelacjonował polskie losy w Gruzji ks. Maciej. – A jak wygląda sytuacja Kościoła tutaj? – podpytuję, łakomię zerkając na smakowicie wysmażone bakłażany. – Prawosławni otwarcie nazywają nas heretykami, nie uznają naszych sakramentów, mówią, że nie mamy Ducha Świętego, a swoim wiernym wmawiają, że nie jesteśmy w ogóle chrześcijanami. Przed siedzibą nuncjusza są ciągłe demonstracje przeciwko wizycie papieża. Prawosławni nie prowadzą działalności katechetycznej, tylko posługują się strachem oraz stereotypem, że prawdziwy Gruzin musi być prawosławny. A państwo, niestety, idzie im na rękę. Katolik ma o wiele mniejsze szanse na zatrudnienie. Przez agitację cerkwi doszło do tego, że miejscowi katolicy są szykanowani i tak jakby wykluczeni z dziedzictwa historycznego. A przecież tu była od wieków łączność z Rzymem. I chociaż Gruzinom oczywiście było bliżej do Konstantynopola, to te więzi trwały aż do końca XVIII wieku, do najazdu perskiego, który spustoszył kraj. Nawet kiedy Rosja zajęła te tereny na początku XIX wieku, były tutaj parafie katolickie, które dopiero w latach 30. XX wieku Sowieci

G·R·U·Z·J·A

pozamykali. Tak więc, jak w wolnej Gruzji pojawiła się szansa na działalność duszpasterską, to nie było aktywności prozelickiej, o co nas oskarża cerkiew, tylko staraliśmy się odbudować to, co istniało od wieków – streścił kapłan trudne dzieje łacinników w Gruzji. Po obiedzie wyszedłem na miasto, które tętniło życiem. Znalazłem się w bezładnym tłumie, pośród kramików pełnych różnorodnych towarów i w całkowitej anarchii szlaków komunikacyjnych. Z witryny spoglądają sensacyjne bułki chaczapuri, tuż obok gomółki serów, a z ceraty na chodniku staruszka targuje zieleninę z pumeksem. Niska zabudowa, ogólny harmider, temperament przechodniów przypominają, że Tabriz czy Teheran znajduje się tuż za miedzą, a Gruzja pozostaje swoistą anomalią w tym zdominowanym przez zielony sztandar regionie. Pod kawiarnią Al-Basha kłębią się kobiety w czadorach kroju irańskiego, a przy stacji metra dostrzegam swoistą kolonię z Turcji lub Azerbejdżanu. Choć uważamy Gruzję za kraj chrześcijański, to nie możemy ignorować tego, że ponad 20% jej rdzennych mieszkańców to muzułmanie (zarówno Gruzini, jak i Azerowie), którzy tradycyjnie mają wyższą dzietność i wsparcie finansowe z regionu. Dodatkowo Gruzja ma ruch bezwizowy tylko z Iranem

Przed siedzibą nuncjusza są ciągłe demonstracje przeciwko wizycie papieża. Prawosławni nie prowadzą działalności katechetycznej, tylko posługują się strachem oraz stereotypem, że prawdziwy Gruzin musi być prawosławny. A państwo, niestety, idzie im na rękę. i Turcją, co jest od razu zauważalne w miejskim kolorycie. Przeciskam się przez ludzkie kłębowisko, przechodzę most na Kurze i wspinam się do głównej arterii miasta – prospektu Rustawelego. Szeroka jezdnia i budowle z egzotyczną manierą wskazują, że jestem w przestrzeni orientalnej i gdybym nie wiedział, że znajduję się w byłych Sowietach, raczej bym tego nie zauważył. Widać szereg ekskluzywnych inwestycji, drogich sklepów, w których wystają znudzone tabuny ekspedientek. Dla kogo to poczynili?, zastanawiałem się, albowiem w Gruzji mieszka około 4,5 mln ludzi, w absolutnej większości nie stanowiących zamożnej masy konsumenckiej i to samo dotyczy sąsiedniej Armenii oraz, w mniejszym stopniu, Azerbejdżanu. Być może Saakaszwili posprowadzał szereg różnych korporacji, które miały stanowić ekspozyturę na lepsze czasy, w zamian za iluzję wielkiego świata obecnego w tym zakaukaskim kraju? Maszerując w kierunku placu Wolności, zaszedłem do sklepu spożywczego, żeby przyjrzeć się cenom oraz zakupić słynną zdrowotną mineralkę Bordżomi. Pośród towarów globalnych marek regionalnością wybijały się krajowe wina, których degustację można było poczynić na miejscu. Dobry kraj nie tylko do umierania, myślę sobie w trakcie rozmaitych prób i błędów. Pnąc się do wyznaczonego celu, zaszedłem do Muzeum Narodowego oraz Muzeum Sowieckiej Okupacji, w którym znajdowały się ekspozycje od początku ludzkości aż do uzyskania niepodległości przez Gruzję w 1991 roku. W wystawnej i klimatycznie urządzonej sali poświęconej czerwonej mroczności, starsze niemieckie małżeństwo przyglądało się, zszokowane, eksponatom. Korciło mnie, aby im powiedzieć, że komunizm to owoc ich rzekomo wielkiej myśli filozoficznej, albowiem bolszewizmu nie wymyślili Moskale, lecz Niemcy, i to oni przez dziesięciolecia wspierali ruchy rewolucyjne w Rosji, która stała się ofiarą międzynarodowej bandy zbirów, w której prym wiedli Żydzi, Polacy i Gruzini. Przecież Lenin najchętniej przesiadłby się z Kremla do Berlina. Jednak powstrzymałem się od wygłaszania niewygodnych prawd nieznajomym, albowiem na sali nie mogłem dopatrzeć się wizerunku Stalina i Berii, czołowych katów, od których Gruzja, co prawda słusznie, się dystansuje, ale

przemilczeć ich nie można. Ale w sumie my też nie chwalimy się naszą krwią z krwi i kością z kości – Feliksem Dzierżyńskim, który miał wybitne osiągnięcia w niszczeniu rodzaju ludzkiego. Plac Wolności, pusty rano, obecnie zapełnił się pędzącymi automobilami i żółtymi marszrutkami. Wpierw udałem się pod dawne mury miejskie i pod pałac prezydenta. Wracając, zaszedłem do bistra Warszawa, w którym Murzyn polewał Hindusom nadwiślańskie artykuły monopolowe. Wot globalizacja, myślę sobie, skręcając w historyczne stare miasto krętych i wąskich uliczek. Chociaż dzieje Tbilisi liczą kilka tysięcy lat, to stare miasto jest z XIX wieku, albowiem niewiele się ostało po najazdach i pożarach. Główne deptaki utrzymane są w stanie przyzwoitym, w przeciwieństwie do bocznych uliczek, niekiedy zasypanych gruzem z rozpadających się kamienic. Przed sklepami z winami stoją naganiacze na darmową degustację. – Jesteś z Polski? To musisz wejść. Proceder powtarzał się bez litości kilkakrotnie. Pod kościołem betlejemskim zagaduje mnie jakaś rozweselona miejscowa trzódka. Z Polski? To musisz usiąść – i po chwili kolejna próba moich możliwości. Zaiste, ciężko być Lechitą w tym sympatycznym kraju. Co ciekawe, Gruzini bardzo lubią Polaków, ale nie lubią katolików. Swoisty paradoks; może już czasy Polaka-katolika to przeszłość? Pod kolejnym kościołem gruzińskim stoi ksiądz i robi zamaszysty znak krzyża na widok przechodniów. – Zacziem wy eto zdełali? – spytałem. Odpowiedzi nie zrozumiałem, ale rozmowa zeszła na zbliżającą się wizytę papieża. – Zacziem on w Gruziju prijezżajet? My c apostoła Andrieja prawoslawne chrestianie! On chocziet, sztoby my byli heretykami? Łuczsze, sztoby on jechał do islamistow – emocjonował się pop. Po wysłuchaniu z tłumu niekończących się fraz po turecku, persku czy hebrajsku, poszedłem przekąsić do lokalu przy placu Wolności. Zamówiłem solidną strawę– badridżani (bakłażany faszerowane pastą orzechową), charczo (pikantna zupa z solidną dawką wołowiny) i adżarskie chaczapuri (placek drożdżowy z serem i jajkiem sadzonym), a do tego przepyszne owocowe lemoniady o nieodgadnionych smakach i aromatach. Otrzymałem swój placek, wielkości ludzkiej głowy. Niczym u Hemingwaya nastąpiła konfrontacja człowieka z żywiołem. Lecz tym razem nie zmogłem. Następnego dnia jadę do Gori, miasta, z którego wywodził się Józef Dżugaszwili, znany bardziej jako Stalin. Po wojnie 2008 roku słychać głosy, że tak naprawdę Stalin Gruzinem nie był, ponieważ jego pradziad przywędrował z kozami do Gori z pobliskiej Osetii, która obecnie jest solidnie odgrodzona przez zawsze miłujących pokój Moskali. Plotki o tym, że coś jest nie tak z pochodzeniem Stalina, wybuchły po jego śmierci w 1953 roku, kiedy radzieccy towarzysze w końcu nabrali odwagi i pewności, a przede wszystkim radości życia. Ponoć Nikita Chruszczow plątał się po Kremlu i bełkotał, że Soso był bękartem niejakiego Nikołaja Przewalskiego, polskiego geodety na służbie carskiej, działającego na Kaukazie i bywającego często w okolicach Gori. Żeby odsunąć wszelkie krępujące podejrzenia, wszechwładny Dżugaszwili miał kombinować przy swojej metryce. Chociaż widoczne jest podobieństwo pomiędzy panami, to akademicka nauka poszła na ratunek reputacji triumfatora nad faszyzmem. Radzieccy badacze stwierdzili jednoznacznie i kategorycznie, że Przewalski Polakiem nie był, ponieważ na ochotnika zgłosił się do gniecenia insurekcji styczniowej. Po drugie geodeta, chociaż zjechał kawał Azji i Dalekiego Wschodu, to nigdy w Gruzji nie był, a w Gori tym bardziej. A po trzecie Nikołaj Przewalski był chory na ówcześnie bardzo wstydliwą dolegliwość, która dzisiaj uznawana jest za szczyt pełni człowieczeństwa, a mianowicie był sodomitą. Tym samym pomnik Stalina na ulicy i koło muzeum jego imienia stał w Gori niepokojony i patrzył ufnie na radziecką rzeczywistość aż do 2010 roku, kiedy niemalże po kryjomu władze go zdemontowały. Wyjazd z Tbilisi utrudniały korki. Było po 10 rano i miasto zostało zatarasowane przez przemieszczające się chaotycznie automobile. – To godzina porannego szczytu. Życie w Gruzji jest przesunięte o 2 godziny, później chodzą spać i później zaczynają pracę – poinformował mnie kierowca auta, ks. Maciej. Gruzini lubią zajeżdżać, wjeżdżać i czynić rozmaite niekonwencjonalne podjazdy na szosach, a należy pamiętać, że porządny obywatel tego kraju

zawsze jest natankowany winem, najczęściej domowej produkcji. Po odstaniu swojego wyjeżdżamy ze stolicy i przemieszczamy się na północ. Zbliżamy się do obszaru objętego wojną w sierpniu 2008 roku. Ledwie rozrzedziło się na drodze i pośród zabudowań ludzkich, a z pobliskiego szczytu ujrzeliśmy majestatyczny Monastyr Dżwari – Klasztor Krzyża, albowiem to tam w IV wieku św. Nino postawiła krzyż, a w VI powstał klasztor, który z większym lub mniejszym powodzeniem ostał się do dnia dzisiejszego. Kamienista budowla z marchewkowym sklepieniem góruje nad pejzażem starożytnego miasta Mcchety, siedziby patriarchów gruzińskich i źródła historii i dziedzictwa tego kraju. To tam od tysięcy lat krzyżowały się szlaki handlowe. To w Mcchecie w 337 roku proklamowano chrześcijaństwo religią państwową i tak pozostało do dnia dzisiejszego. Mniej szczęścia miały krainy na północ i południe od miasta, ale Mccheta pozostała i drugiego

na końcu uliczki, na której jesteśmy, znajduje się ulica Stalina. Kusi mnie, żeby po niej pogulać, ale po chwili przychodzi opamiętanie. Nie będę uprawiał pogańskiego rytuału turysty, Stalina być może piekło trawi, a trzeba się zatroszczyć o własną wieczność. W domku, pod którym zaparkowaliśmy, znajduje się kaplica, gdzie ks. Maciej odprawia w niedzielne wieczory Mszę. – Parafian jest kilkunastu, chociaż znajdujemy się w dzielnicy kiedyś zdominowanej przez katolików. Był też kościół, lecz prawosławni go zabrali i tutaj się urządziliśmy – opowiadał kapłan. W kaplicy znajduje się krzyż z figurą Chrystusa z XIX wieku. Cóż to jest XIX wiek w Gruzji? Ledwie wczoraj! Lecz dla katolików, ciągle pozbawianych materialnych świadectw swojej przeszłości, taka cudem ostała figurka jest istotnym elementem tożsamości. Tym bardziej, że zabieramy duży krzyż, który będzie wisiał nad tronem Ojca Świętego w trakcie Mszy na stadionie. Wielka odpowiedzialność, a być mo-

znaczy „

Paweł Ra

Kiedy komuniści zamknęli kościół we wsi w la tę wyglądającą jak stodoła konstrukcję, prze uratować z kościoła, i przez cały okres komu dnia pielgrzymki Franciszka przyjmie biskupa Rzymu w świętej dla Gruzinów katedrze Sweti Cchoweli. Pędzimy autem po dobrej drodze i ku mojemu zdziwieniu masyw górski widać z oddali, lecz trasa jest jak najbardziej położona na równinie. – Proszę popatrzeć na te domki. Tam mieszkają uchodźcy z wiosek zniszczonych w 2008 roku. Jeden domek stawiali w jeden dzień. Jest to zupełnie inna sytuacja niż w latach 90. w trakcie wojny w Abchazji, kiedy to uciekinierów lokowano w sanatoriach w Bordżomi – przypomniał ks. Maciej obecnie ciut zapomniany konflikt z drugim separatystycznym regionem ze stolicą w Suchumi. Po chwili wjechaliśmy do Gori, w którym ujrzeliśmy nowoczesny posterunek wojskowy i osiedle. Naprędce skręciliśmy w odpowiednią uliczkę w podmiejskiej przestrzeni i zaparkowaliśmy pod domkiem ukrytym za żelazną bramą. Naprzeciwko stało dwóch mężczyzn leniwie patrzących na świat, po czym jeden z nich wsiadł do samochodu na rosyjskiej rejestracji. Osetia tuż za rogiem. Ks. Maciej instruuje, że

że jakiś odpust mąk czyścowych dzięki temu nastąpi? Przenosimy i pakujemy krzyż do samochodu. Szako wiąże ramiona krzyża, żeby w trakcie jazdy nie nastąpiło żadne uszkodzenie. – Proszę księdza a jak tu było w trakcie wojny? – pytam, wykorzystując chwilową bezczynność. – Tu było strasznie. Rosjanie wpierw napuścili tutaj Kozaków, Czeczenów, Ormian i innych najemników, którzy grasowali po mieście bezkranie. Rabowali, palili, mordowali – to było straszne. Znajdowano ludzi w swoich domach z poderżniętymi gardłami. Kto mógł, uciekał na południe. Ten pogrom zakończył się, kiedy weszła regularna armia rosyjska, co było planowym działaniem – wspominał czasy grozy kapłan. Wedle rosyjskiej imperialnej myśli, car uratował Gruzinów od islamskiego miecza na przełomie XVIII i XIX wieku. Za ten ratunek Gruzini mieli terminować pod moskiewskim butem, chociaż góralom nie za bardzo było to na rękę. U progu niepodległości Gruzji wybuchały separatystyczne konflikty, jak ten w Abchazji, w którym pod rosyjską flagą wojował


KURIER WNET

11

G·R·U·Z·J·A

niejaki Szamil Basajew, bohater dla tych, co nie rozumieją kwestii czeczeńskiej. W trakcie drogi powrotnej uderzył mnie dramat roku 2008. W końcu nie wiadomo, kto i dlaczego zaczął pierwszy strzelać w Osetii. Gruzini wspierani byli przez sprzęt i doradców z USA i Izraela, którzy przytomnie zrejterowali z kraju, kiedy Moskwa przekroczyła granicę. I maleńka Gruzja została sama w beznadziejnej sytuacji. Na nic zdały się zapewnienia atlantyckich możnych tego świata – być może tanki moskiewskie wjechałyby do Tbilisi. Daleko nie miały. Niewątpliwie to powinna być nauczka dla Warszawy. Wielcy i tak dogadają się z Rosją, niezależnie od tego, że wpierw uzbroją i napuszczą na Moskwę tego czy owego politycznego krasnala. I tak to będzie tylko pretekst do zawarcia obopólnie korzystnego new dealu po skończonej awanturze. A Gruzja pozostaje obecnie bez szans na członkostwo w NATO, UE, a z WNP została dyscyplinarnie usunięta. Dla wielu gruzińskich rodzin pozwolenie na pracę w Moskwie oznacza po prostu przeżycie.

Sobotni poranek. O 10:00 ma się rozpocząć Msza na stadionie Lokomotiwu Tibilisi. Przed ósmą łapię taksówkę i dojeżdżam do stadionu. Przechodzę kilka kroków po wyjściu z taryfy i coś nie widzę ludzi. No rozumiem, że w tym pięknym kraju nikt rano nie wstaje, co jest chwalebne, ale żebym był tutaj sam? Po chwili dopadam stróża i pa russki wyjaśniam sytuację – to stadion Dynama Tibilisi, triumfatora Pucharu Zdobywcy Pucharów w 1981, a nie mniejszy Lokomotiwu, na którym będzie Msza, o czym zresztą cerber obiektu nic nie wiedział. Zerkam na moją taryfę, ale już jakiś grubas rozsiada się na zwolnionym przeze mnie miejscu. Nic to, łapię kolejny automobil i jedziemy przez uśpione sobotnim snem miasto. Przed główną bramą obiektu sportowego gromadziły się skromne tłumy. W powietrzu unosiły się flagi ormiańskie, pielgrzymi w obowiązkowych białych czapeczkach zbierali się w zorganizowane kolektywy, a wszystkiemu przypatrywali się miejscowi policjanci.

„Papież”

atach 30., mieszkańcy wsi w nocy wybudowali enieśli krucyfiksy, ikony i ornaty, które zdołano unizmu odbywały tu się modlitwy. W drodze do Tbilisi wypytywałem ks. Macieja o relacje gruzińsko-rosyjskie. – Rosjanie, jak zajęli Gruzję, zlikwidowali autokefalię kościoła, chociaż Cerkiew gruzińska była o nawet 1000 lat starsza od moskiewskiej. Rosjanie narzucili brutalną rusyfikację wszystkich aspektów życia, co oczywiście dla Gruzinów było nie do przyjęcia. Ale teraz patriarcha Eliasz II skłania się ku Moskwie. Co zresztą nie może dziwić. Autokefalia gruzińska powróciła pod koniec lat 70., w czasach radzieckich. Powiązania prawosławia na tym obszarze postsowieckim z dawnym KGB są oczywiste. I dlatego jestem bardzo sceptyczny co do pomysłów, że odnowa chrześcijaństwa ma przyjść z poradzieckiego wschodu – stwierdził kapłan. Przed wjazdem do miasta Szako wyczytał w internetach oświadczenie patriarchy, w którym apelował o spokój i podkreślił, że papież przyjeżdża na jego osobiste zaproszenie. Czy to coś zmienia? Teraz muszą skończyć się protesty duchowieństwa, ale swoje dalej będą głosić. – To zwykła polityka – skwitował ks. Maciej.

Podchodzę do bramki z niebieskim biletem i mówię in my best English wolontariuszce, że muszę dostać się do strefy dla księży. Miałem tam odnaleźć ks. Zuraba i otrzymać od niego zielony, vipowski bilet, dzięki czemu miałbym wielu ważnych ludzi w zasięgu ręki, a papieża –wzroku. Wolontariuszka nie pytała o żadne zbędne bumagi wyjaśniające mój sens istnienia w pobliżu papieskiego ołtarza. Być może uznała, że jestem księdzem w ubraniu cywilnym? Po szybkiej kontroli bezpieczeństwa znalazłem się pod ołtarzem i oczekiwałem na ks. Zuraba, autora fenomenalnej pracy pt. Świadkowie Chrystusa w Gruzji od IV do X wieku, który w tym czasie spowiadał na trybunie. Po upływie kilku kwadransów watykańscy ochroniarze zainteresowali się tym, co ja tutaj robię, skoro nie mam ani alby, ani sutanny, ani stroju ludowego, a i z pewnością nie przynależę do chóru. Z ratunkiem i odpowiednią wejściówką przyszedł ks. Zurab, który przedstawił mnie ks. Darkowi i pośpiesznie stwierdził, żebym ich odszukał po mszy, to pojedziemy do katedry i później na południe

FOT. PAWEŁ RAKOWSKI

akowski

kraju. Odnalazłem miejsce z biletu i rozsiadłem się wygodnie. Od wolontariuszki otrzymałem zestaw pielgrzymi – czapeczkę, chusteczkę, śpiewnik (po gruziński i łacinie) i butelkę wody. Schowałem asortyment do plecaka, z którego wyjąłem naszą flagę i I tom Historii Chrześcijaństwa Warrena Carrola. Rozejrzałem się wokół po pustawych trybunach i sektorach na płycie. Gdzieś tam na trybunie łopotała chińska flaga. „Żeby tak ich skatolicyzować” – majaczyło mi się od upału. Sektor przede mną był zajęty przez korpus dyplomatyczny, ludzi o paskudnych aparycjach i, jak się okazało w trakcie mszy, całkowicie nie wiedzących, jakie czynności wykonywać. Widać poganie, tym bardziej, że niekiedy nie było łatwo odróżnić, kto jest panem, a kto panią. Zaiste ludzie bez duszy mają brzydką cielesność, dlatego tak niechętnie przekraczam Wisłę, a Odrę i Nysę to już pod przymusem. Owijam naszą flagą czaszkę przed silnie prażącym słońcem. Obrońcy Grodna czy Poznania nie mogą mieć mi tego za złe, albowiem oni poszli w chwili próby, nie dla śpiewki i chorągiewki, ale dla życia. Prawie punktualnie papamobile wjechał na płytę stadionu. Samochodzik jechał wytyczoną ścieżką, a biskup Rzymu pozdrawiał entuzjastycznie witających go wiernych. Następnie rozpoczęła się dwugodzinna Msza, z której zrozumiałem 2 słowa, i to wygłoszone po aramejsku przez Asyryjkę. Eucharystia była bogata w elementy wokalno-folklorystyczne, wiadomo, Gruzja to kraj ludzi o wielkiej muzykalności. Urzekające były pieśni i cały koloryt podkreślający, że tutaj są korzenie naszego Kościoła. Przypomniał też o tym Ojciec Święty w homilii. W sumie Ararat i źródła rzek Mezopotamii są za miedzą, a i jedna z legend gruzińskich mówi, że biblijny raj był w okolicach Batumi. W trakcie komunii wierni ustawili się wzdłuż barierek i zapanowała, moim zdaniem, anarchia. Jedni brali hostię do ręki, inni chcieli klęczeć, ale musieli odpychać ludzi za sobą, inni od razu do ust. Przecież porządek musi być niezależnie od ustroju. Wielce zbulwersowały mnie dwie kobiety z tylnego rzędu, które wypluły komunię po powrocie na miejsce. Pewnie emisariuszki Związku Rodzin Prawosławnych, który wytrwale pikietował pod stadionem i podwędził prawie połowę wejściówek, przez co na stadionie trybuny były przerzedzone. Ale nie ilość, lecz jakość jest ważna. W końcu napisano: bądźcie solą tej ziemi, a tej, jak wiadomo, zbyt dużo być nie może. Po Mszy wróciłem pod scenę i przyglądałem się gromadom w gruzińskich i ormiańskich strojach ludowych. Tam dołączyłem do parafian ks. Zuraba i ks. Darka i po szybkim pikniku pod pobliskim drzewkiem udaliśmy się do katedry, na bardziej kameralne spotkanie duchowieństwa i działaczy świeckich z papieżem Franciszkiem. Pierwszy raz widziałem, żeby katedra była mniejsza niż kościół parafialny. Na przedzie ulokowali się duchowni, a z tyłu wydelegowani parafianie. Znalazłem miejsce na samym tyle, skoro i tak nie zrozumiem treści audiencji, ale zawsze będzie miło popatrzeć. Ojciec Święty przyjechał koło 16 i spotkanie odbyło się w przyjacielskiej atmosferze. Papież skracał dystans do onieśmielonych prelegentów, żartował i dodawał otuchy, albowiem jej gruzińskim katolikom najbardziej potrzeba. Oberwało się tylko gadatliwemu Ormianinowi, który zaczął wyliczać, ile razy i gdzie spotkał Ojca Świętego. Franciszek skwitował lakonicznie – to i tak za dużo, co wywołało salwę śmiechu. No tak, Ormianie byli pierwsi i być może dlatego stali się pyszni? Po godzinnej audiencji papież udał się do kamilianów, po czym pojechał na północ do Mcchety. Po spotkaniu w katedrze skierowałem się na punkt zbiórki parafian ks. Zuraba oczekujących na powrót do domu – wioski Arali w górzystym regionie Meschetia, tuż przy granicy tureckiej. Spośród grupki dwudziestu kilku osób bardzo dobrze pamiętających Sowiety, po rosyjsku mówił jedynie diakon Dżumber. Czyżby im odpuszczono? Marszrutka podjechała, szybki załadunek na jej pokład i zmierzamy przez korki w kierunku Batumii na Achalciche. Nie było wiele rozmów w trakcie jazdy. Parafianie, w większości bardzo wiekowi, lecz krzepcy górale, jechali na mszę do Tbilisi w nocy, a więc prawie w ogóle nie spali. Do tego dzień obfitował w wiele przeżyć i atrakcji, tak więc przy nastających ciemnościach odgłosy konwersacji zamieniły się tu i ówdzie w chrapanie. Po godzinie lub dwóch nastąpił postój, a ja pierwszy raz w tym zakaukaskim kraju

poczułem chłód. Zaczynamy wjeżdżać w góry – wyjaśnił, widząc moje zdziwienie, ks. Zurab. Szybkie zakupy w markecie i zapanowało gorączkowe poszukiwanie dogodnej przestrzeni na piknik, albowiem starodawne obyczaje w Gruzji nakazują, żeby spożywać posiłki gromadnie i najlepiej pod chmurką. Dodatkowo tradycja prawi, aby konsumować produkty domowe, najlepiej własnoręcznie robione. Coś, co dzisiaj na tzw. Zachodzie stało się „modne”, na Zakaukaziu było praktykowane od zawsze. Po chwili wahań kobiety rozłożyły ceratę, na której wylądowały drożdżowe placki, pierożki, sery i znalazł się też baniak białego wina. Pierwsza degustacja tego kupnego ustrojstwa i szofer wyraziście skomentował bukiet trunku w sposób bezpośredni: – „Moja żona lepszym siuwaksem okna myje”. Stałem w półkolu nad ceratą i ciągle wręczano mi kolejne kawałki buły i witki sera. – Widzisz dlaczego nie można w Gruzji schudnąć – westchnął porozumiewawczo ks. Darek. Czym prędzej na ratunek pośpieszył diakon, taszcząc baniak trunku. Atmosfera była radosna. Wysiłek fizyczny i finansowy okazał się być opłacalny wobec nadzwyczajnej strawy duchowej i emocjonalnej. Przecież takie wydarzenia mają ukazać siłę wspólnoty – obserwując krajan z ducha, snułem refleksje nad tym bogatym we wrażenia dniem.

Cerkiew, tak jak w VI wieku czy przy upadku Konstantynopola, zdaje się ponownie wybierać „turban” niż namiastkę współpracy z „piuską”. W sumie już Feliks Koneczny zauważył, że prawosławiu cywilizacyjnie bliżej do islamu niż do Rzymu. – Dzierży stakan! – przerwał moją kontemplację Dżumber. Po chwili nalał do pełna i zaczęło się nieuniknione – seria gruzińskich toastów. Długie wygłaszanie, lecz szybkie opróżnienia pełnego kubka. I tak do skończenia baniaka. Żona diakona pogroziła mu palcem, być może świadoma, że kultura może być też uciążliwa. Lecz nie tym razem. Tradycji stało się zadość i błogi sen powrócił do marszrutki, która po drodze zatrzymała się jedynie w Bordżomi, przy publicznej studzience. Po co płacić za coś, co jest za darmo? Niedzielny poranek na parafii w Arali. Wstaję, zanim zapiał turecki kur. Szybka toaleta, kęs plackowego chleba i ruszam z ks. Darkiem po pagórkach na poranną mszę do wioski Ude. Kościółek nowy, budowany z potrzeby chwili, po zagarnięciu przez prawosławnych dawnej świątyni. Kilka starszych pań ochoczo śpiewa w trakcie mszy. Wszedł mężczyzna, zapalił świeczkę i wyszedł. Wschodnie zwyczaje skrzyżowały się z melodią dnia codziennego – nastał czas wykopków ziemniaków. Niedziela jest kolejnym dniem pracy, tyle, że już na swoim. I tak należy się radować, jeśli jest praca w pozostałe dni tygodnia. Po mszy robimy z ks. Darkiem pomiary kościoła. Ma pomysł na podniesienie atrakcyjności świątyni jakimś muralem. Kolejna msza odbywa się w salce przypominającą wiejską szkółkę. Ks. Zurab w trakcie kazania wysłuchuje świadectw wiernych, którzy byli na mszy papieskiej. Nic nie rozumiem. Wszak na mszy to kapłan mówi, a wierny słucha. Czy się kłócą, czy radują? Krewki to naród. Ks. Zurab, widząc moją konsternację, wyjaśnia nietypowe zdarzenie. Następna msza, i tym razem wyjątkowy kościółek, zwany przez miejscowych „starym kościołem”. Najprawdopodobniej w VI wieku powstał tutaj kościół, który nie dotrwał do współczesności, lecz przetrwała pamięć o nim wśród mieszkańców. Kiedy komuniści zamknęli kościół we wsi w latach 30-tych, mieszkańcy wsi w nocy wybudowali tę wyglądającą jak stodoła konstrukcję, przenieśli krucyfiksy, ikony i ornaty, które zdołano uratować z kościoła, i przez cały okres komunizmu odbywały tu się modlitwy. Oczywiście bez księdza, ponieważ nie było kapłana, ale przetrwały u ludzi Partezi – modlitewniki

z czasów carskich. I tu z nich odprawiano wspólne modlitwy – streścił przed mszą ks. Zurab historię tego niesamowitego miejsca, które znajduje się kilka krzaków od plebanii. Przyglądałem się temu nietypowemu kościołowi. I rzeczywiście, nawet wprawiony czekistowski nos mógłby nie wywęszyć, że to coś więcej niż zwykłe pomieszczenie kołchozowe. Po mszy obiad na plebanii. Krupnik z drobiem i grillowane wołowo-wieprzowe kebaby, które obficie smarowałem pikantną pastą adziką. W ramach gimnastyki poobiedniej ks. Darek oprowadził mnie po mocno gdzieniegdzie rozklekotanej wsi i pokazał remontowany kościół i świetlicę. Mnie jednak najbardziej interesowała „gruzińska dusza”, przecież o Stalinie mówiło się, że jego nieufność, podejrzliwość, mściwość i pamiętliwość to cechy charakteru nie nabyte w Politbiurze, lecz wywiezione z Gruzji. A tu doświadczam czegoś innego, co oczywiście w dalszym ciągu może pozostawać kwestią konwenansu i wymogów lokalnej komunikacji. – Gruzini są bardzo nieufni. Tego nie dostrzegasz, ale w pracy duszpasterskiej jest to bardzo poważne wyzwanie dla księdza nie-Gruzina. Zurab jest swój, ale obcokrajowiec po tym, jak nauczy się gruzińskiego, dalej będzie trzymany na dystans. Gruzini mają inna konstrukcję psychiczną niż Polacy. Oni te warstwy psychiczne mają inaczej rozłożone, przez co naprawdę potrzeba wiele czasu i wysiłku, żeby zdobyć zaufanie i wejście w głąb tej duszy – objaśniał różnice kulturowe wikary. O 17 ks. Zurab zabrał mnie do kolejnej kaplicy na mszę dla dwóch ostałych parafianek we wsi Unca. Było to moje czwarte gruzińskie kazanie, w sumie piąte, nie licząc mszy papieskiej. Jak na gruzińskim kazaniu – myślę sobie, słuchając słów, których nijak nie rozumiem. W sumie mówimy tak o tureckich kazaniach, a to już za pagórkiem. Wjazd do wsi łatwiej byłoby pokonać wozem terenowym. Krowy, kuraki i owce swawolnie przechodzą obok dawnego budynku gminnego, o swoją część którego od razu upomnieli się prawosławni po tym, jak został zagospodarowany przez katolików, i to pomimo tego, że na pobliskim wzgórzu ze strategiczną dokładnością budowana jest nowa cerkiew. Tak, żeby wszystkie okoliczne wsie widziały majestat prawosławia i nie miały wątpliwości, u kogo załatwić wieczność dla duszy. W drodze do starożytnego miasta Achalciche ks. Zurab przybliżył mi trudności, z jakimi katolicy spotykają się w Gruzji. – W latach 90. nie było uregulowanych kwestii prawno-majątkowych i z reguły, jak zaczęliśmy pracować w jakimś kościele w Gruzji to, przychodzili prawosławni i go zabierali. Do Arali przyjechał sam patriarcha i obiecywał ludziom, że księża prawosławni będą sprawować liturgię po katolicku, co oczywiście było kłamstwem. Po utracie jednego kościoła miejscowi wierni musieli bronić przed patriarchą kolejnego, który teraz remontujemy. Nie tylko kościoły są przejmowane. W Kachetii, na wschodzie kraju, zmuszono do przejścia na prawosławie 4 wsie, które były katolickie. A przejście na prawosławie musi się odbyć przez powtórny chrzest – naszego oni nie uznają – ale nie wiąże się z żadną katechizacją czy ewangelizacją. Prawosławni mają zakaz czytania Pisma Świętego, a ich jedyną formą obrzędu i wiedzy religijnej jest postawienie świeczki w cerkwi i wielokrotne robienie znaku krzyża. Tak samo w przypadku małżeństw mieszanych, których nie ma, albowiem jeśli któreś z nowożeńców jest prawosławne, to drugie też musi przejść do Cerkwi – objaśniał proboszcz. W Achalciche spacerowaliśmy po majestatycznej twierdzy z X wieku, na bramie której widniała Szahada, i skąd widać było panoramę okolicznych górzystych terenów. Na południe, gdzie obecnie jest Turcja, rozciągały się tereny chrześcijańskie aż do początków XX wieku. Gruzini uważają, że 250 km w głąb Turcji to ich ziemie i ich dziedzictwo, które oczywiście dzisiaj leży w ruinie. Od początku zeszłego tysiąclecia pas ziem od egipskiej Aleksandrii do gruzińskiej Mcchety był pod znakiem krzyża. A dziś? Cerkiew, tak jak w VI wieku czy przy upadku Konstantynopola, zdaje się ponownie wybierać „turban”, ani namiastkę współpracy z „piuską”. W sumie już Feliks Koneczny zauważył, że prawosławiu cywilizacyjnie bliżej do islamu niż do Rzymu. A maleńka, lecz urocza Gruzja pozostaje pomiędzy dobrze znanymi z historii konfliktami a nowymi, które ponowoczesność wciąż przynosi. K


KURIER WNET

12

R E K L A M A

Gruziński Kościół prawosławny nie udziela sakramentów osobom innego wyznania. I tak na przykład, aby zawrzeć ślub z osobą prawosławną w cerkwi, katolik musi najpierw przyjąć chrzest prawosławny. Z powodu tego typu nacisków wielu katolików dla świętego spokoju chrzci się drugi raz. Na przełomie 80. i 90. lat XX wieku Kościół prawosławny zabrał nam 6 kościołów. To może w wymiarze Polski niewiele. Ale w całej Gruzji są za-

jako katolicy okres komunizmu. Dzięki nim przetrwała nasza wiara, za co jesteśmy im bardzo wdzięczni. Kiedy takie osoby są umierające, bez sił i już nic nie mogą wyrazić słowami, ich dzieci lub wnuki przyprowadzają księdza prawosławnego, który w szpitalu czy w domu drugi raz udziela im chrztu. Jest to skutek propagandy prawosławnej, według której modlitwa prawosławnych dzieci za zmarłych rodziców-katolików jest nieskuteczna. A więc dopóki rodzice

tak aby nie wpuścić tam papieża. Ale policja nie dopuściła do żadnych niepokojów. Wizyta była wprawdzie krótka, ale bardzo poruszająca. Ludzie byli zafascynowani sposobem bycia papieża, jego prostotą, pokorą i uśmiechem, który sprawiał wrażenie, że Franciszek chciałby podejść do każdego i przekazać mu Dobrą Nowinę o tym, że Bóg go kocha. Wszystkie spotkania były ważne, ale szczególne, centralne miejsce miała

na kilka słów podczas mszy świętej na stadionie w Tbilisi. Ojciec Święty wypowiedział do rzeszy wiernych między innymi takie piękne i bardzo serdeczne słowa: „Mała, umiłowana trzódko Gruzji (...) przyjmij zachętę Dobrego Pasterza, powierz się Jemu, który bierze cię na ramiona i pociesza!” Te słowa trafiły z niezwykłą mocą do nas, gruzińskich katolików, których jest bardzo mało. I nie tylko do katolików, lecz do wiernych prawosławnych tam obecnych.

Płakaliśmy z radości i wrażenia

Sytuacja wyglądała jak na słynnym obrazie Rembrandta „Ojciec miłosierny”, gdzie ojciec przyjmuje syna marnotrawnego. W geście Ojca Świętego wobec mnie zobaczyłem jego ogromną pokorę, ogromną prostotę, troskę o cały Kościół, jego ojcostwo i wielkość.

Papież Franciszek w Gruzji 30.09 – 2.10.2016 Ks. Zurab Kakachishvili

Naprzeciw wejścia znajdował niewielki ołtarzyk. Obok świętych obrazków i rzeźb w samym środku było duże zdjęcie pary prezydenckiej: Lecha i Marii Kaczyńskich. Nad Lechem wisiał czarny, a nad Marią biały różaniec. FOT. Z ARCHIWUM AUTORA

K

iedy Ojciec Święty Franciszek wylądował 30 września na lotnisku międzynarodowym w Tbilisi, oczekiwali tam na niego prezydent Gruzji Giorgi Margvelashvili, patriarcha Gruzji Eliasz II, mer Tbilisi i wiele ważnych osobistości. Po przywitaniu z prezydentem, papieża pozdrowił patriarcha i w tym momencie wydarzyło się coś ciekawego. Ojciec Święty wziął do ręki krzyż, który miał na szyi patriarcha, i pocałował. Ten gest od razu uchwyciły kamery i aparaty fotograficzne i później w telewizji i prasie, kiedy mówiono o wizycie papieża, często pokazywano to zdjęcie. O 15.00 wprost z lotniska papież pojechał do pałacu prezydenckiego, gdzie po kurtuazyjnym spotkaniu z prezydentem wygłosił przemówienie do przedstawicieli władz, społeczeństwa i do korpusu dyplomatycznego. Później w siedzibie patriarchatu spotkał się z Eliaszem II i synodem Gruzińskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Wieczorem zaś miał spotkanie modlitewne w kościele katolickim obrządku asyro-chaldejskiego. Pierwszy raz w historii papież odwiedził kościół asyro-chaldejski. Drugiego dnia wizyty o 10.00 odprawił mszę św. na stadionie im. Micheila Meschiego w Tbilisi. Uczestniczyło w niej około 10 tysięcy ludzi. O 16.00 spotkał się z gruzińskim duchowieństwem w katedrze katolickiej, o 17.00 – z podopiecznymi i opiekunami dzieł charytatywnych Gruzji, a o 18.00 w katedrze Sweti Cchoweli w Mcchecie, czyli w centrum gruzińskiego prawosławia – z katolikosem-patriarchą Gruzji Eliaszem II. Trzeciego dnia o 08.00 wyleciał do Azerbejdżanu. Ojciec Święty Franciszek przybył do Gruzji, która jako drugi kraj po Armenii na początku IV wieku oficjalnie przyjęła chrześcijaństwo. Gruzja już wtedy miała własny język, własne pismo, piśmiennictwo, a dziś ma wielu męczenników i bardzo bogatą historię. Ostatnie stulecie było dla Gruzji niezwykle trudne, ponieważ wmawiano nam, że nie ma Boga. Zburzono wiele kościołów, a w tych miejscach postawiono stojące do dziś budynki partii komunistycznej. Innych kościołów używano jako magazynów zboża. Duchownych zabijano lub wywożono na Sybir. Po upadku komunizmu pojawiła się nadzieja, że Gruzja „zmartwychwstanie”, pokona różne trudności ekonomiczne i niepodległościowe. Jednak do tej pory ludzie w Gruzji cierpią z powodu niskiego poziomu życia materialnego i politycznego. Pod koniec lat 90. Rosja zabrała nam 2 regiony, co stanowi 20% całego terytorium kraju. Zdecydowana większość mieszkańców Gruzji jest chrześcijanami, ale nie żyjemy w zgodzie. My, katolicy, stosunek naszych rodaków wyznania prawosławnego do nas odczuwamy jako prześladowanie. Przedstawię Czytelnikom w skrócie nasze trudności, aby lepiej mogli zrozumieć, jaka „trudna, kręta, wyboista i po ludzku nie do przejścia” jest nasza droga ekumenizmu. Gruziński Kościół prawosławny nie uznaje naszego chrztu. Według nich tylko prawosławni będą zbawieni. W szkołach, na uczelniach, w pracy stosowane są naciski, aby katolicy zmienili wyznanie i ochrzcili się powtórnie w cerkwi. Jeśli uczeń lub student jest katolikiem, może dostać niższe oceny. W pracy wywierana jest na katolików presja: albo się przechrzczą i będą mieli święty spokój, albo mogą stracić pracę. Często pada stwierdzenie, że Gruzin może być tylko prawosławnym, a katolik to nie jest Gruzin. Te słowa usłyszałem skierowane do siebie. To jest dla nas, katolików, bardzo obraźliwe. W historii Gruzji jest wielu słynnych katolików, oddawali nawet życie za swoją ojczyznę.

G·R·U·Z·J·A

ledwie 34 katolickie parafie i nie we wszystkich są kościoły. W tym świetle łatwo zrozumieć, jakim cierpieniem jest dla nas utrata 6 świątyń. Prawosławni twierdzą, że te kościoły rzekomo zostały wybudowane na fundamentach

Często pada stwierdzenie, że Gruzin może być tylko prawosławnym, a katolik to nie jest Gruzin. Te słowa usłyszałem skierowane do siebie. To jest dla nas, katolików, bardzo obraźliwe. cerkwi prawosławnych, a więc są prawosławne. Wszystkie zostały przerobione wewnątrz (postawiono w nich ikonostasy), a niektóre także z zewnątrz. Zabroniono nam wstępu do nich, nie wolno nam w nich odprawiać mszy. Jednocześnie władza nie pozwala nam budować nowych kościołów. Nam, Gruzinom-katolikom bardzo trudno pojąć i akceptować fakt, że nam zabrano kościoły i odmawia się ich oddania, a na znak braterstwa czy ekumenizmu we Włoszech i we Francji lokalne Kościoły podarowały świątynie katolickie mieszkającym tam Gruzinom wyznania prawosławnego i mogą oni korzystać z nich bez ograniczeń. Ostatnio pojawił się kolejny problem, z którym trudno nam się pogodzić. Do przyjęcia chrztu prawosławnego są zmuszane starsze osoby, które przeżyły

jeszcze żyją, trzeba ich „przerobić” na prawosławnych. W ostatnich miesiącach miało miejsce kilkadziesiąt takich faktów. Papież był powiadomiony o wszystkich problemach, z którymi zmagają się gruzińscy katolicy. Dobrze wiedział, do jakiego kraju przyjeżdża, w jakim ucisku żyjemy – i pragnął nas pocieszyć. Dlatego wybrał odpowiednie hasło wizyty: „Pokój Wam”. A jego głównym przesłaniem dla nas jako narodu chrześcijańskiego, według mnie, było, byśmy szukali jedności właśnie z Chrystusem zmartwychwstałym i Jemu zaufali, a to pozwoli nam znaleźć wspólny język z gruzińskim Kościołem prawosławnym, a także drogę do pokoju z naszym sąsiadem, Rosją. Wszystkie telewizje relacjonowały przebieg wizyty, ale niestety tylko jedna przekazywała wszystkie spotkania na żywo. Oprócz przemówień papieża w komentarzach telewizyjnych i radiowych można było usłyszeć o tym, że jakaś grupka prawosławnych pod wodzą pewnych duchownych protestowała przeciw wizycie namiestnika Chrystusa. Jednak do tych relacji dodawano komunikat patriarchatu wyjaśniający, że papież przybył na zaproszenie prezydenta i patriarchy. I wzywano do zachowania spokoju, ponieważ papież przyjechał do swoich wiernych i nie uprawia prozelityzmu. Mimo tego w Internecie pojawiło się kilka krótkich filmów z wezwaniami prawosławnych duchownych do poparcia protestu i blokowania drogi do katedry Sweticchoweli w Mcchecie, najstarszej świątyni prawosławnej,

msza św. odprawiona przez Jego Świątobliwość na stadionie. To było miejsce i okazja, aby zgromadzili się katolicy, kto mógł, z całej Gruzji, i nie tylko. Byli obecni wierni Kościoła prawosławnego (bez duchownych), duchowni i wierni z Kościołów protestanckich, także z Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego. Był nawet obecny prezydent Margwelashvili. Ta msza św. zjednoczyła wszystkich. Kiedy papież na początku przejeżdżał „papomobilem” między sektorami, ludzie z radości i z wrażenia płakali, widząc z bliska i na żywo (a nie w telewizji) głowę Kościoła Powszechnego. Dla nas, Gruzinów, to jest w historii drugi papież po św. Janie Pawle II, który raczył przyjechać do nas.

Słowo „pocieszenie” powinno być używane w Kościele często, a szczególne w tym roku Miłosierdzia. Bo przecież pocieszenie jest wyrazem miłosierdzia i tego potrzebuje każdy człowiek. Szczególnie radosne jest to, że na tę mszę św. przyjechało wiele osób, które wyspowiadały się przed samą mszą św. po wielu latach przerwy, żeby otrzymać komunię świętą. W czasie wizyty Ojca Świętego padło wiele bardzo pięknych i ważnych słów w różnych przemówieniach. Ale ja chciałbym zwrócić szczególną uwagę

Papież z wielką delikatnością wzywał nas do nawrócenia, do zaufania, do powierzenia Bogu wszystkich naszych problemów, naszych zmagań, wątpliwości, niedowiarstwa. Gdy powiedział te słowa, przyznam się, że zapłakałem, bo poczułem, że Ojciec Święty doskonale wie, jak jesteśmy poranieni, zagubieni, jak cierpimy z powodu naszych grzechów. Papież Franciszek podczas swego przemówienia wiele razy wypowiadał słowa: „pocieszać”, „pocieszenie”; Kościół nazwał „domem pocieszenia”, a jego misję „przyjmowaniem i niesieniem pocieszenia”. Te słowa przyjmowano z wielką radością, bo nasz Pasterz przypominał nam, gdzie możemy być pocieszeni, kiedy pobłądzimy. Tym miejscem jest właśnie Kościół. Ja osobiście jestem wdzięczny za to, że Pan Bóg mnie kiedyś powołał właśnie do tego Kościoła, że Bóg przez posługę Kościoła i w Kościele pociesza mnie i każdego z nas. To słowo „pocieszenie” powinno być używane w Kościele często, a szczególne w tym roku Miłosierdzia. Bo przecież pocieszenie jest wyrazem miłosierdzia i tego potrzebuje każdy człowiek. Te słowa Papież przeznaczył przede wszystkim dla nas, katolików mieszkających w Gruzji, ale nie tylko, żeby każdy człowiek, kiedy przeżywa różne trudności czy kryzysy, nie zamykał się, lecz odwrotnie – uciekał się do Boga i u Niego szukał pocieszenia w Kościele i poprzez posługę Kościoła. Właśnie dlatego Ojciec Święty Franciszek podczas swych przemówień wiele razy wypowiadał słowa: „pocieszać”, „pocieszenie”. Jego homilia była jak najlepsze lekarstwo dla nas, grzeszników. Trafiała do każdego z tam obecnych, i nie tylko do nich. Bo wiele starszych i chorych osób, które nie mogły pojechać do Tbilisi, z wielkim wzruszeniem słuchało bezpośredniej transmisji. Po mszy świętej, o g. 16.00 Ojciec Święty miał spotkanie w katedrze z duchowieństwem katolickim oraz z przedstawicielami parafii. Zaskoczył wszystkich, bo odłożył na bok kartki z przygotowanym przemówieniem i zaczął dialogować z zebranymi, trochę nawet żartował, dotykając niektórych naszych problemów. Udzielił nam kilku rad, jak mamy postępować w relacjach z prawosławnymi, jak prostować drogi. Powiedział, że nigdy nie wolno się kłócić. Jak postępować z przyjacielem, sąsiadem prawosławnym? Być otwartym, serdecznym. Nie wolno uprawiać wobec prawosławnych prozelityzmu! Są oni naszymi braćmi i siostrami, uczniami Jezusa Chrystusa. Z powodu bardzo złożonych sytuacji historycznych rozeszły się nasze drogi. Zarówno oni, jak

i my wierzymy w Ojca, Syna i Ducha Świętego, czcimy Świętą Bożą Rodzicielkę. Nie wolno ich potępiać, nigdy nie wolno nie pozdrawiać kogoś dlatego, że jest prawosławny, lecz utrzymywać przyjaźń, modlić się nawzajem za siebie oraz wspólnie czynić dzieła miłosierdzia. Drugiego dnia wizyty o 17.00 miało miejsce spotkanie w ośrodku kamilianów w Tbilisi. Papież podchodził do każdego niepełnosprawnego, każdego dotykał i błogosławił, i z tego powodu spotkanie rozpoczęło się z dwudziestominutowym opóźnieniem. Jako członek Rady Nadzorczej „Caritas Gruzja” miałem zaszczyt osobiście przywitać Ojca Świętego w imieniu obecnych tam przedstawicieli instytutów zakonnych i reprezentantów dzieł charytatywnych Gruzji. Kiedy nasz biskup JE Giuseppe Pasotto polecił mi przygotować przemówienie powitalne dla Ojca Świętego, odczytałem to jako ogromną łaskę. Tego momentu nigdy nie zapomnę jednak z innego powodu. Przed spotkaniem ośrodku ojców kamilianów w Tbilisi podszedł do mnie ktoś z ochrony i powiedział, jak mam się zachować: jak tylko papież usiądzie, ty staniesz przed mikrofonem i przywitasz. Potem usiądziesz, a Papież będzie kontynuował. Ale wydarzyło się coś niezaplanowanego. Gdy skończyłem przemówienie i miałem usiąść, spojrzałem na Ojca Świętego. On nagle powstał i spojrzał na mnie. Zrozumiałem, że mam do niego podejść. Byłem zmieszany, bo tego nie przewidywał udzielony mi instruktaż. Jednak szybko odłożyłem kartkę i podszedłem do papieża. Chciałem uklęknąć przed nim i pocałować pierścień, ale on gestem, wyciągniętymi rękami nie pozwolił mi uklęknąć, przeciwnie, stojąc, przytulił mnie i pocałował. Nie jestem w stanie wyrazić tej radości, wszystkiego, co wtedy czułem. Powiedział mi trzy słowa po włosku (Grazie, caro fratello), co znaczy: „Dziękuję, drogi bracie”. To trwało kilka sekund, ale czułem się wniebowzięty, byłem w ramionach kochającego Ojca, miałem wrażenie, jakby sam Bóg mnie przytulił. Nie umiem tego opisać słowami. Jak tylko oprzytomniałem, powiedziałem (po włosku): „Dziękuję Waszej Świątobliwości, że przyjechał do Gruzji, i dziękuję za dzisiejszą homilię na stadionie”. On uśmiechnął się miło. A na koniec poprosiłem o modlitwę. Potem ukląkłem, pocałowałem jego pierścień i wróciłem na miejsce. To przeżycie było tak mocne, że na początku nie słyszałem, co papież mówił do ludzi. Potem, kiedy zobaczyłem zdjęcia, sytuacja wyglądała jak na słynnym obrazie Rembrandta „Ojciec miłosierny”, gdzie ojciec przyjmuje syna marnotrawnego. W geście Ojca Świętego wobec mnie zobaczyłem jego ogromną pokorę, ogromną prostotę, troskę o cały Kościół, jego ojcostwo i wielkość. Chciałem jeszcze raz podziękować Ojcu Świętemu za to, że przyjechał do Gruzji, że zostawił nam piękne słowo oraz swoim przykładem pokazał nam, jak być pokornymi. Katolicy gruzińscy są bardzo zadowoleni i wdzięczni. Po pierwsze, papież nie wybrał jednego z wielu krajów, gdzie są miliony wiernych, ale raczył przyjechać do nas, do tak biednego kraju. Po drugie, pojawiła się w nas cicha nadzieja, że może coś się zmieni w relacjach z prawosławnymi i jakoś z pomocą Boga znajdziemy z nimi wspólny język. A po trzecie – przez tę wizytę Pan Bóg przemówił do nas: „Nie bójcie się! Ja was kocham, widzę z nieba wszystkie wasze problemy, nie zapomniałem o was! Dlatego wysyłam mojego pokornego sługę Franciszka, który was pocieszy, umocni duchowo, da wam nadzieję, żebyście nie uciekali od problemów – religijnych, socjalnych i politycznych – lecz z Moją pomocą powoli je rozwiązywali”. K


KURIER WNET

13

H · I ·S ·T· O · R· I ·A Z pokolenia na pokolenie Polacy wierzący i niewierzący (a szanujący nauczanie Kościoła) przyjmowali Dekalog za drogowskaz życia, nie tylko prywatnego, ale także publicznego i pro publico bono. W tym wyborze trudnych dróg wzmacniających wspólnotę narodową Polakom od wieków towarzyszył kapłan, począwszy od bp. Jordana i św. Wojciecha oraz św. Stanisława i Pięciu Braci Męczenników, pierwszych ofiarnych nosicieli Ewangelii, po św. Jana Pawła II, bł. ks. Jerzego Popiełuszkę, Sługę Bożego Prymasa Tysiąclecia, kard. Stefana Wyszyńskiego. Trudno wymienić wszystkie dzieła wspierane przez duchowieństwo lub wręcz współtworzone, a zapisane złotymi zgłoskami w naszej historii. W ostatnio wydanej pracy prof. Andrzej Nowak pisze między innymi o bp. Wincentym Kadłubku, kronikarzu książęcym, z jednej strony jako o człowieku, którego talenty i wiara przyczyniły się do konsolidacji i integracji pamięci o Polsce pierwszych Piastów, a z drugiej strony jako o osobie, która utrwaliła w „Kronice” kanon, w oparciu o który ukształtował się moralny porządek organizacji państwa. Tą podstawową wartością jest od 800 lat wolność jednostki i wspólnoty, posiadających swoją podmiotowość wobec podmiotowości władcy, zmuszonego do szukania porozumienia z narodem, a nie tylko skłonnego do dominacji nad nim i jego potrzebami. Antyczny kostium, przeniesiony przez bp. Wincentego do czasów Kazimierza Sprawiedliwego – jak pisał Nowak – spodobał się odbiorcom. Ówcześni

W każdym powstaniu narodowym, od konfederacji barskiej po insurekcję warszawską 1944 roku, w końcu strajki sierpniowe 1980 roku, znajdziemy rzesze duchownych nadających moralną siłę Polakom.

Św. Wojciech

Polacy zobaczyli w „Kronice” „ideał wolnej Polski, a w niej wolnych obywateli, podobnych antycznym bohaterom”. Żywot i śmierć św. Stanisława, który miał wstawić się u króla w imieniu ówczesnego narodu, staje się w opisie cudownego jednoczenia członków zwiastunem powstania suwerennej Polski. Ten związek przyczynowo-skutkowy

W związku z Narodowym Świętem Niepodległości 11 listopada, a także przypadającymi 1 listopada i 2 listopada Uroczystością Wszystkich Świętych i Dniem Zadusznym, tekstem Jana Żaryna pragniemy przypomnieć postaci polskich kapłanów, którzy od chrztu Polski towarzyszyli naszemu narodowi we wszelkich okolicznościach dziejowych.

wojskowi z bp. Józefem Gawliną na czele towarzyszyli Polskim Siłom Zbrojnym na Wschodzie i na Zachodzie, a także – jak na przykład o. Łucjan Królikowski – cywilnej ludności, w tym dzieciom, uratowanym przez gen. Władysława Andersa z „nieludzkiej ziemi”. Kapelani z płk Tadeuszem Jachimowskim na czele współtworzyli Armię Krajową, a w czasie walk, na przykład powstańczych w Warszawie, docierali do konających, sami narażając swe życie. Niektórzy z nich, jak bł. Michał Czartoryski OP, oddali wówczas życie, pozostając z rannymi do końca. Jednym z wielu duchownych, którzy zdecydowali się podążać z żołnierzami, był ks. kpt. Franciszek Błaż ps. Wiktor Mróz, kapelan Brygady Świętokrzyskiej, z którą przeszedł w pierwszych miesiącach 1945 roku najtrudniejszy bodaj szlak partyzancki, od Miechowa przez okupowane Czechy do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech. Od lata 1944 roku do maja 1945 roku był z Brygadą, a od stycznia 1945 roku w marszu – cotygodniowa Msza święta, modlitwy i pożegnania zabitych, jak po bitwie pod Pogwizdowem, ale także udzielanie sakramentu małżeństwa i pojed-

Kapłan zawsze blisko ludzi Jan Żaryn

po insurekcję warszawską 1944 roku, w końcu strajki sierpniowe 1980 roku, znajdziemy rzesze duchownych nadających moralną siłę Polakom, którzy – łamiąc prawo stanowione – działali zgodnie z prawem wyższym, porządkującym, czyli boskim, a nie relatywizującym. Walczyli bowiem o wolność narodu, a zatem i jednostki.

Kapłan bliski człowiekowi to też taki właśnie duszpasterz, który dopomina się – w imieniu Boga – o prawo do wolności. Wolność zaś to źródło i fundament polskiej tożsamości, od Kadłubka wpisane w naszą zbiorowość.

Bliskość niejedno ma imię Biskup Wincenty Kadłubek

między stanem wolności jednostek, potem narodu szlacheckiego, a kondycją suwerennego państwa, później I Rzeczypospolitej, na wieki połączy nasze dzieje, a upadek państwa w 1795 roku stanie się jednocześnie upadkiem wolnego obywatela. To do nauczania Kościoła i kolejnych papieży będą się odwoływali ludzie Kościoła – Paweł Włodkowic czy prymas Jan Łaski, a potem na straży praw opartych na wartościach – wolności i równości – stać będzie interrex, czyli prymas Polski – urząd stanowiący po śmierci króla gwarancję ciągłości państwa w elekcyjnej Polsce, od czasów Jagiellonów po ostatniego władcę, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Stan duchowny, szczególnie biskupi Kościoła katolickiego pełniący funkcje publiczne w senacie Rzeczypospolitej, przez wieki z racji swej postawy wypełniali definicję polskiego patriotyzmu, opartego na republikańskiej powinności uczestnictwa w tworzeniu i obronie prawa, państwa i jego kondycji. Jednocześnie od wieków księża stali w jednym szeregu z patriotami walczącymi o Polskę, gdy tej zabrakło lub działa się jej krzywda. Jednym z symboli patriotycznej postawy kapłańskiej został w pamięci zbiorowej – dzięki Henrykowi Sienkiewiczowi – o. Augustyn Kordecki, pod którego światłymi rozkazami dwustuosobowa załoga twierdzy jasnogórskiej wybroniła klasztor i skarbiec przed zachłannością protestanckiego okupanta, Szweda. Można powiedzieć, że o. Kordecki staje się – w długim trwaniu naszej historii narodowej – patronem kolejnych pokoleń Polaków walczących z najeźdźcami i okupantami. W każdym powstaniu narodowym, od konfederacji barskiej

Kapłan będący blisko człowieka to częsty wizerunek księdza towarzyszącego najpierw powstańcom, potem zesłańcom czy więźniom. I tak od pokoleń, od bp. Kajetana Sołtyka, aresztowanego posła Rzeczypospolitej, wywiezionego do Kaługi w 1767 roku (przebywał tam

nania z Bogiem. Kapłani, więźniowie stalinowskich więzień i obozów, nieśli modlitwę, spowiadali, zdobywali hostie i udzielali Komunii świętej, a bliskość Boga – dzięki nim – wzmacniała i prowadziła do zwycięstwa nad złem. Tę bliskość opisują więźniowie i sami kapłani. „Pomocą w przetrwaniu dla wielu było życie religijne. W celach, w których przebywali księża, organizowano nawet po kryjomu Msze Święte. Szczególnie ważną rolę mieli księża do spełnienia w celach śmierci – wspominał więzień Wiesław Chrzanowski. – W mojej pierwszej celi był ksiądz Truszkowski [Zygmunt Trószyński], marianin – skazany na 8 lat więzienia za skorzystanie z funduszy AK na budowę domu dla sierot po poległych powstańcach przy kościele na Marymoncie w Warszawie. Święty człowiek...”.

O. Augustyn Kordecki

do 1773 roku), po Sługę Bożego ks. Władysława Bukowińskiego, dwukrotnie aresztowanego i zesłanego przez Sowietów w głąb Kazachstanu, gdzie pozostał ze swymi wiernymi do końca życia, do 1974 roku. Ta bliskość księdza widoczna jest w ikonografii, utrwalona przez malarzy, w dziełach budujących naszą tożsamość. „Przysięga” Artura Grottgera przedstawia powstańca składającego przyrzeczenie na krzyż w obecności kapłana. Z kolei na znanych obrazach Jerzego Kossaka czy Michała Byliny ks. Ignacy Skorupka ginie z rąk bolszewików, idąc ramię w ramię z żołnierzami – obrońcami Ojczyzny. Jest blisko, najbliżej. Podobnie kapłani zamordowani w Piaśnicy czy w Katyniu pogrzebani są blisko, najbliżej, w tych samych dołach śmierci, co inne ofiary totalitaryzmów XX wieku. Bliskość kapłana opisywana jest w tysiącach wspomnień stanowiących kanon literatury polskiej. Kapelani

W codziennej pracy Walka o niepodległość Polski, tak w warunkach zaborów, jak w latach II wojny światowej czy czasów PRL-u, odbywała się przy czynnym udziale przedstawicieli duchowieństwa. Walka ta miała, rzecz jasna, niejedno imię. Bliskość kapłana obejmowała nie tylko człowieka walczącego czy konającego, ale także działającego na niwie społecznej, zarówno konspiracyjnej, jak i legalnej. Księży odnajdziemy zatem w różnych kontekstach jako nosicieli

Opłyniemy świat, głosząc Chrystusa

Kościół jako jego młodzi członkowie – nie tylko jako bierni odbiorcy. Przede wszystkim, jak to wynikało z nauczania Ojca Świętego – chcą stać się aktywni, zejść z tej, już przysłowiowej, kanapy.

Jak dla Księdza zakończyły się Światowe Dni Młodzieży? W sprawach zewnętrznych na pewno możemy mówić o sukcesie w sferze bezpieczeństwa. Mamy świadomość, że żyjemy w czasach dużego zagrożenia terrorystycznego. Tymczasem nie doszło do żadnego niemiłego incydentu, który by rzutował na Światowe Dni Młodzieży, i to jest wielka łaska, z tego ogromnie się cieszymy. Mówi Ksiądz jak szef policji… Tak, ale dlatego, że jako organizator chcę podkreślić, że od samego początku mieliśmy bardzo mocno na uwadze bezpieczeństwo, na które opinia publiczna była ogromnie uczulana.

Natomiast tego, co ma dla nas o wiele większe znaczenie, nie da się do końca zmierzyć. To przede wszystkim jest to, co młodzi wywieźli z Polski, z tego spotkania. I nie tylko wywieźli, bo przecież większość uczestników to polska młodzież. Nie da się tego w żaden sposób zmierzyć, ale odbieramy podziękowania młodych ludzi, którzy są bardzo wdzięczni, że przeżyli spotkanie z papieżem Franciszkiem, że odbyło się to we wspólnocie Kościoła, młodego Kościoła pełnego entuzjazmu, i że czują się odpowiedzialni za Kościół. Po przeżyciu tych spotkań, po całym trudzie pielgrzymowania przede wszystkim czują się bardziej odpowiedzialni za

FOT. SDB.ORG.PL

Z ks. Adamem Parszywką, salezjaninem, członkiem Komitetu Organizacyjnego ŚDM Kraków 2016, o minionych Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie i o przyszłych w Panamie rozmawia Krzysztof Skowroński.

Ojciec Święty ogłosił kolejne Światowe Dni Młodzieży w Panamie i teraz przygotowujemy rejs statkiem dookoła świata. Będziemy płynąć przed 10 miesięcy i zawijać do portów, a w tych portach głosić Chrystusa.

Z kanapy zeszli wcześniej ci, którzy pomagali przy organizacji Światowych Dni Młodzieży, z całego świata zjechali się do Krakowa. Przy ulicy Kanoniczej był sztab. Co z tymi młodymi ludźmi się stało? I mieliśmy przyjemność gościć oczywiście Radio Wnet, z czego się bardzo cieszymy, i wiele innych mediów. Co z tymi ludźmi się stało? Przede wszystkim pojechali do swoich wspólnot. Za każdym razem tak jest – to trochę jak z rozesłaniem: spotyka się wspólnota Kościoła, następnie kończy się spotkanie liturgiczne i na końcu „Idźcie w pokoju Chrystusa” albo „Idzie i głoście Ewangelię”. „Idźcie i głoście Ewangelię”, czyli głoście Chrystusa w swoich wspólnotach, tam, gdzie rozjechali się na wszystkie kontynenty. Czy jest z nimi jakiś kontakt? Mamy z nimi kontakt, mało tego – na każdy głos, przede wszystkim w środkach społecznego przekazu, odpowiadają bardzo, bardzo szybko. W tej chwili jest organizowana seria

Kapłani solidarni

polskiego patriotyzmu, nie tylko republikańskiego i insurekcyjnego, ale także samorządowego (czy zwanego przeze mnie także narodowo-demokratycznym), jak bł. Honorata Koźmińskiego jako zakonnika, spowiednika i twórcę licznych zgromadzeń zakonnych, niehabitowych, niosących Ewangelię w głąb społeczeństwa i człowieka. Z kolei bł. ks. Ignacy Kłopotowski i setki innych kapłanów „pokolenia niepokornych” krzewili naukę społeczną Kościoła, nauczając polskości, anga-

FOT. ONR.CZYZ.ORG

Przez pokolenia

Ks. kpt. Franciszek Błaż

żując się w tworzenie kas kredytowo-oszczędnościowych, wydając prasę katolicką i narodową, w końcu – jak ks. Marceli Godlewski – wspierając powstawanie struktur organizacyjnych, na przykład robotniczych, programowo rywalizujących z marksistowskimi, opartymi na nienawiści i walce klasowej. Podobnie ks. Piotr Wawrzyniak w zaborze pruskim czy ks. Wacław Bliziński w Królestwie Kongresowym, podejmujący dzieła nauczania warstw ludowych gospodarności, oszczędności i nowoczesnego zarządzania swą ojcowizną, „małą ojczyzną”. W okresie II Rzeczypospolitej kapłani starali się otoczyć opieką duszpasterską rozliczne środowiska laikatu, aktywnego w tym okresie polskich dziejów. Zaliczyć można do nich środowiska akademickie, na przykład warszawskie, z którymi współpracowali kolejni kapłani: ks. Edward Szwejnic czy jego następca, bł. ks. Edward Detkens z parafii św. Anny. Duchownym, który wpisał się swą niezwykłością w niejedną biografię człowieka tego czasu, był Sługa Boży ks. Władysław Korniłowicz z Lasek. Polska inteligencja poszukująca Bo-

Kapłani zamordowani w Piaśnicy czy w Katyniu pogrzebani są blisko, najbliżej, w tych samych dołach śmierci, co inne ofiary totalitaryzmów. ga także po wojnie korzystała z tego miejsca – swoistej oazy, odseparowanej swym klimatem od PRL-u i codzienności w komunizmie.

Kolejne pokolenia Polaków, aż do czasów stanu wojennego, w chwilach najtrudniejszych szukały pomocy pasterzy. Kapelani „Solidarności” docierali zatem do internowanych, jak ks. Jan Sikorski do więźniów Białołęki. Sami internowani żądali kontaktu z kapłanem, prawa do udziału we Mszy świętej, jak ci opisani niedawno przez prof. Wojciecha Polaka i dr Sylwię Galij-Skarbińską z Potulic. Tak wspominał pasterkę 1981 roku Stanisław Wajsgerber: „Po raz pierwszy wszyscy razem byliśmy w korytarzu więziennym. Wspólnie mogliśmy się modlić i chwilę z sobą porozmawiać, złożyć życzenia. Ksiądz mówił podczas kazania o Dobrej Nowinie, o narodzeniu Chrystusa, który zwycięża zło, który przynosi światu pokój i wolność. Byliśmy tak wzruszeni, że wszyscy płakaliśmy – proboszcz też”. Z kolei wielu kapłanów, pozostając w swoich kościołach, udostępniało świątynie i salki katechetyczne, by wierni mogli poczuć w kościele (i Kościele) stan wolności. Fenomen kultury niezależnej w świątyniach lat osiemdziesiątych owocował – jak pisał ks. Wiesław Niewęgłowski, duszpasterz środowisk twórczych w okresie PRL-u – także licznymi nawróceniami.

Ks. Władysław Korniłowicz

Kapłan bliski człowiekowi to też taki właśnie duszpasterz, który dopomina się – w imieniu Boga – o prawo do wolności. Wolność zaś to źródło i fundament polskiej tożsamości, od Kadłubka wpisane w naszą zbiorowość. Najbliższy człowiekowi-Polakowi pozostał zatem do dziś mistrz Wincenty. Przypomniał o tym w swej publikacji prof. Andrzej Nowak, podsumowując: „Został więc na wiele wieków mistrz Wincenty nie tylko historykiem, ale swoistym prorokiem dziejów, najskuteczniejszym w całym ich biegu wehikułem pamięci i wyobraźni zbiorowej”. Kapłan od wieków był bliski Polakowi. I tak od ponad 1000 lat. A ta bliskość niejedno miała imię. K Za „Pastores” 70/1/2013

Jan Żaryn (ur. 1958), historyk, profesor zwyczajny Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, senator VIII kadencji Senatu RP; redaktor naczelny „W Sieci Historii”. Opublikował m.in. książki: Taniec na linie, nad przepaścią, Organizacja Polska na wychodźstwie i jej łączność z krajem w latach 1945-1955, Dzieje Kościoła katolickiego w Polsce (1944-1989) i Kościół w PRL oraz (we współpracy) Polacy ratujący Żydów, Zaczęło się w Polsce 1939-1989, Wokół pogromu kieleckiego i Księga świadectw. Skazani na karę śmierci w czasach stalinowskich i ich losy.

spotkań, między innymi 28 października na Tauron Arenie, potem 13 listopada, abyśmy przeżyli to jeszcze raz, razem, że jesteśmy… To spotkanie jest w Krakowie, a mam bardzo wiele głosów, abyśmy podobne zorganizowali w różnych miastach Polski i poza Polską. Oczywiście nie ma takiej możliwości, dlatego też odpisujemy, zachęcamy: spróbujcie zrobić sami, wy dzisiaj jesteście tymi, którzy powinni stanąć na czele swoich wspólnot i organizować takie spotkania, które będą dalej podtrzymywały nie tylko ten ogień ze Światowych Dni Młodzieży, ale również mobilizowały pozostałych, żeby wyjść na ulice, do przestrzeni publicznej, i głosić Chrystusa. Światowe Dni Młodzieży angażowały ogromną energię. Co potem się z tą energią stało? Co dalej? Oczywiście dalej podejmujemy wyzwania, choćby ja osobiście. Jeszcze Światowe Dni Młodzieży się nie skończyły, a już myślałem o następnych. Ojciec Święty ogłosił kolejne Światowe Dni Młodzieży w Panamie i teraz przygotowujemy rejs statkiem dookoła świata. Będziemy płynąć przez 10 miesięcy i chcemy nie tylko zawijać do portów, ale w tych portach przede wszystkim głosić Chrystusa, więc

przygotowujemy program ewangelizacyjny. Chcemy również przedstawić bogactwo naszej ojczyzny, Polski, oczywiście przede wszystkim w kontekście inicjatora Światowych Dni Młodzieży, Świętego Jana Pawła II. I mamy zamiar z tych poszczególnych krajów zabrać po jednej osobie na Światowe Dni Młodzieży do Panamy. To będzie taka sztafeta, która wypłynie z Krakowa małą tratwą, po czym przesiądziemy się w Gdyni na duży statek i opłyniemy świat, by w końcu spotkać się w Panamie z papieżem i młodymi. Żeby to było takie symboliczne spotkanie ze Świętym Janem Pawłem II, to powinien być kajak, a nie tratwa. Musielibyśmy zbudować bardzo duży kajak… Może być kilka kajaków. Skoro Pan Redaktor tak podpowiada… Myślę, że jest taka możliwość, żeby przynajmniej ten, kto nie załapie się na tratwę, płynął obok w kajaku – jak najbardziej, zapraszamy już dzisiaj. Bardzo dziękuję za rozmowę. Pozdrawiam serdecznie słuchaczy Radia Wnet i czytelników „Kuriera Wnet”. K


KURIER WNET

14 I się zaczęło… Przez okrągłe dwa lata (2012–2014) na każdej rozprawie byliśmy konfrontowani z huśtawką nastrojów bardzo młodego człowieka, który agresywnym zachowaniem maskował chyba brak pewności siebie. Początek każdej rozprawy był ustawianiem i łajaniem oskarżonego (czyli mnie), prawników i świadków. Regu-

oraz błędy w pisowni nazw firm uczestniczących w sporze. Było widać gołym okiem, że na jej powstanie poświęcono 10, może 15 godzin. Mimo to sędzia przyznał pełne wynagrodzenie. Bo czym tu się przejmować? Przecież rachunek za to zapłaci skarb państwa albo oskarżony, jeśli zostanie skazany. I mamy kolejną patologię. Sądy

Od pewnego czasu dzielę się z Państwem obserwacjami na temat problemów polskiego sądownictwa. Opowiadam o własnych przygodach, związanych z przejęciem portalu eBilet.pl. Czytałem niedawno wywiad ze znanym sędzią, który po aferach politycznych z jego udziałem postanowił wycofać się na mniej eksponowane stanowisko, a teraz próbuje ocieplić swój wizerunek publiczny.

Sędzia roku?

Piotr Krupa-Lubański larny mobbing. Mniej więcej w połowie przychodziło coś w rodzaju otrzeźwienia, a przez drugą połowę rozprawy sędzia był ugrzeczniony i przepraszający, aby załagodzić stworzony wcześniej klimat. Było to męczące i uwłaczające, tym bardziej, że sędzia był najmłodszą osobą na sali. Trzeba było mieć boską cierpliwość, żeby nie wyrażać otwarcie, co myśli się o powadze tego Wysokiego Sądu. Zostaliśmy skonfrontowani z jednym z absurdów polskiego sądownictwa, jakim jest powierzanie młodym ludziom, zaraz po studiach i aplikacji, godności sędziego. Na całym świecie sędzią zostaje się po dekadach pracy w charakterze „zwykłego” adwokata czy radcy, jest to niejako ukoronowanie kariery i nagroda za gromadzone latami doświadczenie. Wyjątkiem była chyba tylko rewolucja kulturalna w Chinach, gdzie dzieci prowadziły rozprawy „sądowe” nad swoimi nauczycielami i rodzicami. W Polsce, gdzie sporo rzeczy jest postawione na głowie, można zacząć karierę prawniczą od stanowiska sędziego. Zgodzą się Państwo chyba, że sę-

O pisemny protokół musieliśmy wielokrotnie toczyć boje, składając po rozprawach pisma z oświadczeniami pominiętymi w protokole. Stanowiło to jedyną możliwość zabezpieczenia tego materiału dla sądu kolejnej instancji. oraz jego księgowość. Biegły porobił błędy na dziesiątki tysięcy złotych przy zwykłym dodawaniu słupków, dodał aktywa do pasywów, wziął prawie 10 tys. złotych za kilka stron tekstu i nie zdążył nawet nauczyć się poprawnych nazw firm, które „opiniował”. Zgodnie z linią działania prokuratury uznał, że założyciel portalu przywłaszczył sobie pieniądze spółki. Wyliczenia „biegłego” nie pasowały do niczego i kilka razy się zmieniały. Potem w sądzie zeznał, że „opinie pisał tak, jak prosiła go prokuratura” (cytat). W ten sposób z grubo sfałszowanej księgowości prokuratura wysmażyła akt oskarżenia. Rozpoczął się proces karny w Sądzie Rejonowym dla Warszawy Śródmieścia. Jakimś zrządzeniem losu lub po prostu decyzją przewodniczącego II Wydziału Karnego sfingowane oskarżenie trafiło do naszego ulubionego sędziego – przodownika mediów.

awans społeczny i nie należy od razu oczekiwać skończenia London School of Economics. Nie żebym miał coś przeciwko Lublinowi. Sam studiowałem w tym ładnym mieście z renesansową starówką. Niestety, bardzo drogie studia ekonomiczne nie pomogły sędziemu w przyswojeniu wiedzy, że żadna firma nie może funkcjonować

RYS. WOJCIECH SOBOLEWSKI

S

ędzia ten występował w mediach jako fachowiec od odważnych wyroków karnych i zbierał za to różne nagrody. Z moich prywatnych obserwacji wynika jednak, że promocja jego osoby była pomyłką. Dlatego dziś będzie o sprawach karnych i ich „zastosowaniu” do przejmowania firm w polskiej rzeczywistości gospodarczej. Historia przywłaszczenia udziałów w portalu eBilet oraz związany z tym „układ zamknięty” został opisany w majowym numerze „Kuriera Wnet”. Przedstawione dalej kwestie będą stanowić rozwinięcie ciekawszych epizodów, w których uczestniczył wspomniany sędzia. Na pytanie, jak wygrać spór gospodarczy lub odzyskać zagarnięte mienie, prawie każdy prawnik odpowie, że dobrze jest przeciwnikowi wytoczyć sprawę karną, czyli taką, która grozi pozbawieniem wolności lub przynajmniej zakazem pełnienia stanowisk w spółkach oraz piętnującym wpisem do rejestru skazanych. To może być bardziej bolesne niż wyrok nakazujący zapłatę dużych kwot, uzyskany na drodze cywilnej. Wyrok cywilny w polskich warunkach jest niewiele wart. Jego posiadacz ma małe szanse na odzyskanie pieniędzy, ponieważ sądy, nawet w oczywistych przypadkach, zazwyczaj nie udzielają zabezpieczeń majątkowych. Oznacza to, że nawet jeśli uzyskamy wyrok, to dłużnik dawno już zdąży wyzbyć się majątku lub starannie go ukryć. Tak właśnie było w przypadku naszego portalu, gdzie sąd gospodarczy (XX wydział na Czerniakowskiej), wbrew prawomocnym wyrokom sądów cywilnych i wbrew dowodom na wyzbywanie się majątku przez „towarzystwo”, które przejęło portal, odmówił udzielenia zabezpieczeń, ułatwiając w ten sposób wyprowadzenie portalu na Cypr. Dlatego spory o majątki przenoszą się czasem do sądów karnych. Zazwyczaj tego typu proces jest wytaczany przez pokrzywdzonych przeciwko prawdziwym przestępcom i ma sens moralny. Ale bywa też odwrotnie, jak w filmie „Układ zamknięty” czy w historii Romana Kluski, założyciela Onetu. Przestępcy uruchamiają postępowanie karne wobec ograbionego przez siebie człowieka, ponieważ proces karny to metoda nękania i poniżania przeciwnika oraz szansa na zmianę sposobu postrzegania całej sytuacji przez opinię publiczną. Kto w końcu najgłośniej krzyczy „łapać złodzieja!”, gdy stanie się jasne, że coś zginęło? W przypadku eBilet „inwestorzy”, zaraz po przejęciu firmy, bezpodstawnie wstecznie wyksięgowali z jej kosztów rachunki za czynsze, telefony, blankiety biletowe, pensje pracowników itp. Zrobili to po to, aby wywołać wrażenie, że pieniądze, które poszły na te wydatki, zostały zagarnięte przez zarządzającego firmą. Z tak spreparowanym materiałem księgowym poszli na policję. Mądrzy policjanci zorientowali się w przekręcie i rekomendowali umorzenie sprawy. Jednak Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście postanowiła na siłę ją prowadzić. I to mimo, że prokuratury umarzają hurtowo wszelkie sprawy gospodarcze, bo się na nich po prostu nie znają. Tu jednak ktoś zadbał o zrobienie wyjątku. W tym celu pozyskano też biegłego, specjalistę od… archiwistyki, aby ocenił działanie portalu internetowego

P O L S K A·T E M I D A

dzią powinien być ktoś, kto jakiś czas uczestniczył w prawdziwym życiu. Nie trafił do sądu wprost z uczelni, lecz poobracał się trochę w świecie, a może też założył rodzinę i skończył przynajmniej ze 40 lat. Tak, aby cokolwiek wiedział o życiu, a nie tylko był głęboko przekonany, że zjadł wszystkie rozumy. Jedna z ciekawszych scen miała miejsce podczas przesłuchania księgowej spółki eBilet, kobiety dwa razy starszej od sędziego. Jej odpowiedzi najwyraźniej mu się nie spodobały, ponieważ w pewnym momencie dosłownie wydarł się na świadka słowami: „Czy Pani wie, co to jest Koźmiński?!” (oddech) „Czy Pani wie, co to jest MBA?!” (oddech) „Bo ja mam MBA! I rozumiem, co się dzieje w tej sprawie!”. Wszystkich zatkało. Dobrze, że nikt nie parsknął śmiechem. Po chwili dotarło do mnie, że jak się zaczyna karierę w Lublinie, to Koźmiński rzeczywiście może oznaczać

bez opłacania czynszu, pracowników, energii, telefonów oraz informatyki. W tej sprawie oskarżyciele twierdzili, że firma zrobiła sobie sześciomiesięczne wakacje od kosztów, a mimo to sprzedawała w tym czasie bilety o wartości miliona złotych miesięcznie. Po prostu ekonomiczne perpetuum mobile. Paradoks ten jest w stanie zauważyć każdy, kto skończył podstawówkę, to są zwykłe słupki – przychody i koszty. Trzeba więc zadać pytanie, czy coś jest nie tak z poziomem kształcenia w Koź-

mają alergię na przyznawanie odszkodowań w imieniu skarbu państwa, a sędzia, uniewinniając oskarżonego, musi obciążyć skarb państwa, jeśli oskarżenie było publiczne, czyli wystosowane przez prokuraturę. Gdy zdarza się to często, sędzia będzie tłumaczyć się ze „zbyt wysokiego” odsetka uniewinnień. To nie żart, sędziów rozlicza się również statystycznie, z procentu skazanych i uniewinnionych albo z ilości spraw zamkniętych i zakończonych w danym roku kalendarzowym. Biada

Demonstracyjne odrzucanie dowodów, na których złożenie sąd wyraził wcześniej zgodę, naprawdę budzi obawy o obiektywne prowadzenie sprawy lub o stan psychiczny sędziego. mińskim, w co nie wierzę, czy też z poziomem wiedzy ekonomicznej u sędziego, w co również nie wierzę. Pozostaje przyjąć wersję, że sędzia zwyczajnie nie miał ochoty dostrzec problemu, który był mu wielokrotnie, na różne sposoby, tłumaczony. Nie wierzę więc w deklarację z „Wyborczej” o wydawaniu wyroków dopiero wtedy, gdy jest się głęboko przekonanym o słuszności oceny sytuacji. Z perpetuum mobile nie miał również problemu biegły, którego prokuratura znalazła sobie aż w Sieradzu. Dlaczego był ściągany z tak daleka? Pewnie w Warszawie nie ma specjalisty, który miałby pojęcie o spółkach internetowych. Archiwista z Sieradza dał radę. Nie potrzebował nawet odwiedzać opiniowanej spółki ani kontaktować się z osobami, które prowadziły księgowość i zarząd w okresie, za który sporządzał opinię. Wystarczyły materiały dostarczone przez prokuraturę. Miał trochę dziwną minę, gdy okazało się, że dostarczony „materiał” miał niewiele wspólnego z oryginalną księgowością spółki eBilet i był zwyczajnie spreparowany na użytek oskarżenia. Zastanawiające jest, że sędzia zaakceptował kosztorys do opinii biegłego. Stoi w nim, że te kilka tabelek i kilka stron tekstu zajęło mu około 200 godzin, za które zażądał prawie 10 tys. zł. Opinia nie zawierała jednak żadnej analizy sposobu działania spółki czy jej przepływów pieniężnych. Dosłownie żadnego wkładu intelektualnego ze strony biegłego. Zawierała za to grube błędy księgowe, błędy w dodawaniu

więc niewinnym, którzy w zbyt dużej liczbie trafią do tego samego sędziego i w tym samym roku! Jeśli sędzia nie wykaże się dystansem wobec statystyk, może odczuwać presję na charakter wydawanych wyroków, która w jego pracy pojawiać się nie powinna. Biada też tym, których sprawy sędzia chce zamknąć w tym roku – mogą się spotkać z odrzucaniem wniosków i presją na „kończenie sprawy”. Nasze wnioski o powołanie specjalistów z obszaru Internetu lub zarządzania przedsiębiorstwami nie znajdowały uznania. Sędzia uniemożliwił również powołanie na świadków, znanych i cenionych autorytetów z branży internetowej. Kolejnym biegłym sądowym została pani księgowa, która mimo godnego wieku wykazała się odwagą, bo R E K L A M A

oświadczyła, że wersja wydarzeń przedstawiana przez oskarżonego (piszącego te słowa) jest bardzo wiarygodna i ona nie rozumie, dlaczego wyksięgowano oczywiste, podstawowe koszty funkcjonowania firmy. Sędzia agresywnym atakiem słownym przerwał jej wystąpienie, informując, że ma odpowiadać ściśle na pytania, a nie wyrażać swoje opinie, i zakończył uwagą: „z biegłymi policzymy się później”. Biegła przestała walczyć, bo nie chciała konfliktować się z sądem-pracodawcą, a poza tym pochodzi z czasów, gdy ludzie bywali lepiej wychowani. Ograniczanie swobody wypowiedzi było na porządku dziennym. Któregoś razu w trakcie składania przeze mnie ustnych wyjaśnień sędzia trzy razy, co pół minuty, przerywał mi, ostrzegając, iż to, co zamierzam zeznać, stanowi obciążające mnie przestępstwo i on natychmiast powiadomi prokuraturę. Chodziło o nieistotny szczegół albo zastraszenie mnie, abym jak najmniej zeznawał i zrezygnował z aktywnej obrony. Prawnicy byli zniesmaczeni i zgorszeni. Innym razem usłyszałem, że jeśli będę kontaktować się z moją księgową, czyli moim jedynym świadkiem w sprawie toczącej się przecież wyłącznie wokół księgowości, to sędzia dokona aresztowania mnie wprost na sali sądowej. Pewnie w ramach równego traktowania stron procesu. Po tym incydencie zażądaliśmy oficjalnego nagrywania rozpraw (bo dotąd nagrywałem wszystko jedynie na własny dyktafon, jednak za wiedzą i zgodą sądu). W odpowiedzi w aktach pojawiła się opinia działu technicznego, że nagrania mogą być realizowane. Mimo to sędzia oświadczył, że nagrań oficjalnych nie będzie, bo nie – i już. Chyba uzasadnił to koniecznością ograniczania kosztów procesu, czyli szanowania budżetu państwa. W kontekście wysokości wynagrodzenia przyznanego za opinię biegłego brzmiało to tak niespójnie, że zawiadomiliśmy o całej sytuacji Fundację Helsińską, przewodniczącego wydziału i parę innych instytucji. Kontrolę nad tym, co trafia do protokołu rozprawy, ma wyłącznie sędzia. Blokując nagrywanie, sędzia zabezpiecza się przed zarejestrowaniem wypowiedzi, które mogą nie pasować do jego „wizji procesu”. O pisemny protokół musieliśmy wielokrotnie toczyć boje, składając po rozprawach pisma z oświadczeniami pominiętymi w protokole. Stanowiło to jedyną możliwość zabezpieczenia tego materiału dla sądu kolejnej instancji. Było to o tyle ważne, że polska procedura karna nie pozwala na składanie dowodów na piśmie i żąda, aby wszystkie oświadczenia były wypowiadane ustnie na sali sądowej. Dlatego tak ważne jest wierne protokołowanie przebiegu rozpraw, słowo w słowo, a nie tego, co sędzia uzna za stosowne. Odbywanie posiedzeń karnych, gdzie słowo mówione jest kluczowe, bez nagrywania ich przebiegu, jest po prostu kpiną z oskarżonych i czymś w rodzaju łamania praw człowieka. Nasz sędzia miał kłopot nie tylko z nagrywaniem. Zwalczał również dowody materialne przeczące oskarżeniu. Na pewnym etapie procesu oskarżyciel zażądał, aby oskarżony wykazał, czy jego firma poniosła koszty prowadzenia portalu w kwocie, którymi obciążyła później spółkę eBilet. Bardzo mnie to ucieszyło. Potwierdziłem chęć przedstawienia dowodów, a sędzia, który miał chyba tego dnia dobry humor, wyznaczył 14-dniowy termin na ich złożenie. Sporym nakładem pracy przygotowano dokumentację bankową i księgową dowodzącą, że wszystkie koszty zostały rzeczywiście poniesione. Przygotowano również oryginalne faktury. Całość, łącznie kilkaset stron wydruków, złożono na dzień przed kolejną rozprawą. Następnego dnia okazało się jednak, że sędzia całą zamówioną dokumentację po prostu „oddala”, czyli

odmawia jej przyjęcia przez sąd. Bez żadnego uzasadnienia, ot tak, bo mu wolno. Być może w ogóle bez przeczytania materiału lub może właśnie dlatego, że zadał sobie trud jego przejrzenia i zorientował się, że są tam bardzo mocne dowody, kluczowe dla sprawy. Odrzucanie dowodów, na których złożenie sąd wyraził wcześniej zgodę, naprawdę budzi obawy o obiektywne prowadzenie sprawy lub o stan psychiczny sędziego. Choć może była to po prostu kolejna demonstracja, znowu na poziomie piaskownicy, w stylu: „i co mi zrobisz?”. Z dokumentacji spółki wynikało, iż jest ona winna swojemu założycielowi dobrze ponad 100 tys. zł. Oskarżyciele upierali się przy swoich bezpodstawnie i nielegalnie wyksięgowanych kwotach rzędu 400–500 tys. Biegli nie byli w stanie zgodnie podać kwoty, tłumacząc, że to zależy od przyjętego stanowiska (czytaj: interpretacji sędziego), jednak zdecydowanie zaprzeczyli tezie o działaniu oskarżonego na szkodę spółki. Kwoty oskarżenia nie ustalono. Jednak po kimś, kto ma wykształcenie ekonomiczne i deklaruje w wywiadach wolę rzetelnego wydawania wyroków, można oczekiwać, że dokona samodzielnej interpretacji dowodów (w końcu prowadził tę sprawę ponad 2 lata) i stwierdzi, nawet uznaniowo, które koszty wydają mu się do zaakceptowania, a które nie, po czym poda jakąś kwotę określającą skalę mojej rzekomej zbrodni. Tak się jednak nie stało. Pewnie dlatego, że jakąkolwiek pozycję w kosztach by zanegowano, to z łatwością wykazalibyśmy, że jest to bezpodstawne. Postanowił więc wziąć okrągłą kwotę, dosłownie z sufitu, 200 tys. zł., i nakazał mi w swoim „wyroku” zwrócenie takiej właśnie sumy. Dlaczego 200 tys.? Ponieważ jest to minimalna literalnie wskazana w kodeksie kwota „zadziałania na szkodę firmy”, która jednocześnie pozwala skazać zarząd na odpowiedzialność karną. Tym samym sędzia zamanifestował, że nie interesuje go stan faktyczny, bo zamiast go ustalać, prościej jest go nagiąć do litery prawa, co też uczynił. Ciekawe, jaką nagrodę należałoby mu przyznać za tak oryginalne rozwiązanie? Wyrok, jako niemerytoryczny, został unieważniony przez sąd drugiej instancji.

W swoim wywiadzie nasz medialny sędzia podzielił się wspomnieniem, że tak naprawdę to chciał zostać lekarzem. Lekarz to osoba dobrze odbierana społecznie. Brzmi to bardzo ciepło. Dalej jest jeszcze rzewniej: otóż marzenia młodego człowieka nie mogły się spełnić, ponieważ rodziców, również sędziów, nie było stać na korepetycje, podobno niezbędne przy egzaminach na medycynę. Czy brzmi to wiarygodnie? Tak się składa, że Lublin jest miastem wyjątkowo nasyconym uczelniami i studentami. Prawdopodobnie jest tu największy odsetek studentów w stosunku do mieszkańców w skali całej Polski. A to oznacza, że korepetycje jako forma dorabiania studentów, są tu tanie. Z drugiej strony, w każdej inteligenckiej rodzinie edukacja dzieci zawsze jest priorytetem i wydatkiem „pierwszej potrzeby”. Jak więc było naprawdę? Zostawmy to, to nie nasza sprawa. Niepokojące jest coś innego. Otóż nasz sędzia właśnie złożył publiczne oświadczenie, że chciał zostać lekarzem, a jednak, wbrew tym marzeniom, został sędzią. Czy to oznacza, że został sędzią z przypadku? Jedynie z rodzinnej tradycji? Takie wrażenie można rzeczywiście odnieść, obserwując jego zachowanie w sądzie. Czy na pewno dorósł do godności i funkcji, którą mu powierzono? Sędzia roku? To chyba pomyłka. K


KURIER WNET

15

E·K·O·N·O·M·I·A

Jednym z motywów podjęcia przeze mnie studiów historycznych w 1984 r. była świadomość zakłamania wiedzy o dziejach. Jednak szybko przekonałem się, że jeszcze większe i groźniejsze jest zakłamanie ekonomii, z czego zdecydowanie rzadziej zdawano sobie sprawę.

M

imo to dopiero dziś widzę, że poziom zmanipulowania ekonomii okazał się być znacznie głębszy i trwalszy, niż wydawało się nam w czasach PRL i socjalistycznej gospodarki planowej. Okazało się bowiem, że wypaczenie wiedzy ekonomicznej ma źródła nie tylko w komunizmie, ale również w nauce zachodniej, a historię najnowszą należałoby napisać na nowo. Prawdę tę wykładam na studiach podyplomowych z dziedziny nowej ekonomii, Nawigatorzy Jutra, w Warszawskiej

Państwo, nie mogąc korzystać z emisji własnego pieniądza, zostało zmuszone do kredytowania się w zagranicznych bankach i międzynarodowych instytucjach finansowych (podobnie jak za czasów Gierka). Szkole Zarządzania – Szkole Wyższej. Kiedy zaczęła się tzw. transformacja ustrojowa (89/90 r.), strona opozycyjna układu okrągłostołowego zadecydowała w sposób ostateczny o jej kierunku, nie mając najczęściej żadnych ku temu kompetencji, polegając na suflerach podesłanych przez międzynarodowego lichwiarza Geoge’a Sorosa, który uprzednio dogadał sie już z ekipą Jaruzelskiego i Rakowskiego. Teraz należało tylko przekonać ludzi koncesjonowanej przez władzę komunistyczną opozycji do kontynuacji planu. Zadanie nie przysporzyło praktycznie żadnych problemów, ponieważ ekipa nowych decydentów nie myślała w kategoriach patriotycznych, R E K L A M A

lecz lewicowych i kosmopolitycznych. Miała zresztą rodowód komunistyczny, a nawet stalinowski. Jej czołowymi przedstawicielami byli: Geremek, Kuroń i Michnik. I tak bezbronna Polska została wydana na łup międzynarodowej oligarchii finansowej, czego pierwszym przejawem był tzw. plan Balcerowicza (Sorosa). Jego istota polegała na wykorzystaniu długu jako narzędzia przejęcia najcenniejszych składników majątku narodowego i likwidacji zbędnej z punktu widzenia zagranicznych korporacji konkurencji, jak również wyssaniu z Polski, za pomocą arbitrażu finansowego (sztywny kurs wymienialnego dolara przy równoczesnym oprocentowaniu lokat złotowych dochodzącym do 100%/rok), wielu miliardów dolarów oszczędności obywateli. W archiwum po Michale Falzmannie (odkrywcy afery FOZZ) zachował się dokument potwierdzający układ zawarty między Sorosem a rządem PRL. Jest to list Sorosa do ministra finansów Andrzeja Wróblewskiego datowany na 31 maja 1989 r., a więc na kilka dni przed kontraktowymi wyborami 4 czerwca. Autor listu kreśli projekt przejęcia polskiego przemysłu i państwowej infrastruktury za długi poprzez powołanie specjalnej instytucji – Agencji Likwidacyjnej. Ten nadrzędny plan był realizowany przez cały okres III RP w nieco innej formie, która była wymuszona przez nieoczekiwany przez komunistów wynik wyborów, a w konsekwencji – powołanie rządu Mazowieckiego. Fakt ten spowodował, że trzeba było bardziej liczyć się z tzw. stroną opozycyjno-solidarnościową, której znaczenie od czasu obrad okrągłostołowych zdecydowanie wzrosło. Niedługo później, 2 lipca 1989 r., w tygodniku Forum ukazał się przedruk z datowanego na 22 czerwca

artykułu opublikowanego w dzienniku Financial Times, autorstwa E. Mortimera, J. Lloyda, P. Riddella i L. Barbera. Tekst, który przeszedł bez echa, informował o wstępnej aprobacie wyrażonej przez ekspertów rządu Rakowskiego i „Solidarności” dla planu George’a Sorosa, który przewidywał reformę gospodarczą opartą na drastycznych oszczędnościach, wymienialności złotówki i przede

przeszacowanie wartości dolara i innych walut w stosunku do złotówki, wynoszące nawet jej dziesięciokrotność (nową politykę walutową zainicjował rząd Rakowskiego, wprowadzając w marcu 1989 r. prawo dewizowe) oraz postponowanie polskiego kapitału zawartego w majątku narodowym i zasobach ludzkich. Ostatecz Ostatecznie pierwotny projekt powołania Agencji Likwidacyjnej nie został zrealizozrealizo wany. Jej

Jak bankierzy podbili Polskę i świat Piotr Jankowski

wszystkim prywatyzacji poprzez przekazanie wszystkich przedsiębiorstw państwowych Agencji Likwidacyjnej, która zreorganizowałaby je w spółki akcyjne, a następnie przekazała 25–30% akcji funduszom powierniczym obsługującym zadłużenie kraju. Zarządzający tymi funduszami (z prawem dysponowania akcjami) mieli być mianowani przez wierzycieli. Przejęcie pozostałych 70%–75% akcji najwartościowszych przedsiębiorstw nie byłoby szczególnie trudne ze względu na gigantyczne

funkcję w pewnej mierze spełnił kilka lat później Program Powszechnej Prywatyzacji. Sam Soros w swojej książce Underwriting democracy, oprócz opisania założenia w 1988 r. Fundacji Batorego oraz spotkań z Jaruzelskim i Rakowskim, stwierdza, że zaproponował wówczas „swego rodzaju makroekonomiczną wymianę długu na akcje polskich przedsiębiorstw”. Latem 1989 r., po uprzednim przygotowaniu przez Sorosa gruntu, do Polski przyjechali jego emisariusze: Jeffrey Sachs i David Lipton. Zwłaszcza pierwszy z nich odegrał znaczącą rolę we wdrożeniu i uszczegółowieniu planu, który został przedstawiony nowemu premierowi Tadeuszowi Mazowieckiemu i dzięki Waldemarowi Kuczyńskiemu (jedynemu ekonomiście, który rekomendował plan) został szybko zaakceptowany. Kuczyński również zaproponował Leszka Balcerowicza na stanowisko ministra finansów, a zarazem twarz i wykonawcę nowej polityki gospodarczej. Plan Sorosa/Sachsa/Balcerowicza stanowił element szerszej koncepcji realizowanej w krajach rozwijających się. Był zgodny z kluczowymi założeniami tzw. Konsensusu Waszyngtońskiego, który odzwierciedlał filozofię neoliberalną, prowadzącą do neokolonialnej

produkcji (np. rolnictwo), a odmawiały tego samego krajom podporządkowanym. Ta asymetria powodowała zalew rynku importowanymi towarami i uderzała w rodzimą produkcję, tworząc bezrobocie. Z kolei w 1989 r. (po uwolnieniu przez rząd Rakowskiego cen żywności i wprowadzeniu nowego prawa walutowego), ze względu na ogromne przeszacowanie wartości walut, nastąpił wykup części towarów rodzimej produkcji, co skłoniło producentów do podnoszenia cen i napędziło inflację, wpychając w sferę ubóstwa dużą część społeczeństwa (ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w 1989 r. o 351%). W 1990 r. średnia inflacja wyniosła 600% (wskaźnik jednocyfrowy został osiągnięty dopiero w 1999 r.), przeciętne płace spad spadły o 24,6%, realna wartość rent i emerytur o 19%, a docho a dochody netto z rolnictwa na jednego pracującego o 63%. W 1993 r., po kliku latach wprowadzania „reform”, co najmniej 40% społeczeństwa znalazło się poniżej socjalnego minimum egzystencji (w 1989 r. było to 16,6%). Konsekwencją wdrażania zasad Konsensusu w następnych latach było stopniowe oddawanie kontroli nad finansową, produkcyjną, handlową i medialną infrastrukturą państw oraz utrwalanie systemowych mechanizmów wyzysku. Dotyczyły one zwłaszcza pasożytniczego sektora bankowego. Pierwszym aktem tego zjawiska było wprowadzenie horrendalnego oprocentowania kredytów, również tych udzielonych wcześniej, co pogwałciło podstawową zasadę, według której prawo nie działa wstecz. Nastąpiło uderzenie w rolnictwo i państwowy przemysł. Polskie firmy upadały lub płaciły gigantyczny odsetkowy haracz, który następnie poprzez lokaty zamieniane na dolary był wywożony z Polski. Było to pierwsze zastosowanie finansowej broni masowego rażenia i pierwszy spekulacyjny atak na III RP. W takiej sytuacji kapitał zagraniczny mógł z łatwością przejmować polskie przedsiębiorstwa (oblicza się, że średnia cena zakupu stanowiła ok. 10% wartości). Nierzadko były to wrogie przejęcia celem likwidacji.

I

nnym czynnikiem ułatwiającym przejmowanie majątku narodowego była walka z inflacją, która umożliwiała duszenie popytu wewnętrznego, co dodatkowo osłabiało polskie, głównie państwowe firmy i otwierało rynek na import obcych towarów, obniżając konkurencyjność polskiej produkcji. Właśnie pod hasłem walki z inflacją wprowadzono tzw. popiwek, podatek od wypłat ponadnormatywnych wynagrodzeń, który osiągnął stopę

W takiej sytuacji trudno wyobrazić sobie prowadzenie jakiejkolwiek suwerennej polityki gospodarczej czy zagranicznej, a zwłaszcza polityki niezgodnej z interesami wierzycieli. eksploatacji krajów rozwijających się przez globalny kapitał. Podstawowym celem Konsensusu było narzucenie krajom rozwijającym się (blok postsowiecki i tzw. kraje Południa) otwarcia własnych rynków na przepływ kapitału, towarów i usług z państw Zachodu. Oznaczało to zniesienie ograniczeń w handlu i swobodę działalności banków, ubezpieczycieli, funduszy inwestycyjnych i innych instytucji finansowych. Dzięki temu międzynarodowy kapitał otrzymał niepowtarzalną szansę na ekonomiczny podbój krajów nieprzygotowanych na stawienie czoła nasilającej się globalizacji. Narzucenie zasad Konsensusu nie było trudne, gdyż kraje wchodzące w orbitę wpływów Zachodu były bardzo zadłużone i dług ten stał się narzędziem szantażu: jeśli nie spełnicie naszych surowych warunków, nie możecie marzyć o jakichkolwiek ulgach w spłatach, a tym bardziej o nowych pieniądzach z MFW czy BŚ. Tak więc warunkiem przyznania nowych, pilnie potrzebnych budżetowi, kredytów było wasalne posłuszeństwo. Hipokryzja tej sytuacji polegała na tym, że kraje zachodnie równocześnie chroniły swój rynek i subsydiowały część gałęzi

400–500%. Był on potężnym ciosem zadanym państwowemu przemysłowi, który z założenia był przeznaczony pod młotek. Miał też charakter demoralizujący i sprzyjał wzrostowi bezrobocia, a w szerszej perspektywie stał się symbolem zaciskania pasa, czyli pierwszej operacji uspołecznienia kosztów przy jednoczesnym sprywatyzowaniu zysków. Pod hasłami prywatyzacji, liberalizacji i deregulacji dokonywała się akumulacja poprzez wywłaszczenie, przejmowanie aktywów, sfinansowanych częściowo przez kredyty epoki Gierka, a wypracowanych przez kilkadziesiąt lat pracy kilku pokoleń. Przypomina to sytuację kredytobiorcy hipotecznego, któremu bank zabrał częściowo spłacone mieszkanie, a on musi je dalej spłacać. Konsensus Waszyngtoński zatem nie był receptą na tworzenie dochodu i bogactwa, lecz sposobem jego redystrybucji. Konsekwencją procesu zapoczątkowanego tzw. planem Balcerowicza był nie tylko upadek polskiego przemysłu i wyprzedaż najcenniejszych jego składników, przejęcie banków oraz mediów, ale przede wszystkim

narastające zadłużenie, w znacznej części wobec wierzycieli zagranicznych. Dług odziedziczony po PRL (w połowie umorzony) został spłacony dopiero jesienią 2012 r. Jednak znacznie wcześniej zadbano, żeby kraj wpadł w nowe sidła zadłużenia, tym razem o charakterze systemowym. Dawało to gwarancję pogłębiającego się z roku na rok uzależnienia od wierzycieli. W 1997 r. uchwalono konstytucję, prawo bankowe i ustawę o NBP. Stworzyły one ramy nowej architektury finansowej opartej na

Plan Morawieckiego, z pozoru oparty na patriotyzmie gospodarczym, jest logiczną kontynuacją planu Balcerowicza, a przeciwstawianie ich sobie jest grubym nieporozumieniem. oprocentowanym pieniądzu dłużnym emitowanym przez prywatne banki komercyjne. Odtąd państwowy bank centralny nie miał prawa emitować pieniądza na potrzeby gospodarki, która zaczęła się podnosić po hekatombie pierwszych lat transformacji. To prawo otrzymały (w większości niepolskie) prywatne banki komercyjne, które zaczęły nakręcać spiralę długu wewnętrznego. Państwo, nie mogąc korzystać z emisji własnego pieniądza, zostało zmuszone do kredytowania się w zagranicznych bankach i międzynarodowych instytucjach finansowych (podobnie jak za czasów Gierka).

N

aturą narzuconego Polsce w 1997 r. systemu jest wykładniczy przyrost długu, który staje się szczególnym problemem, gdy tempo rozwoju gospodarki nie dorównuje wzrostowi zadłużenia. W chwili obecnej (oficjalny) publiczny dług Polski jest wielokrotnie większy niż u schyłku PRL. Zadłużenie sektora finansów publicznych osiągnęło 990 mld zł, z czego 80% to dług zagraniczny. 30% całości stanowi dług denominowany w walutach obcych, co generuje potężne ryzyko walutowe. Koszty obsługi zadłużenia (spłaty odsetek) stanowią mniej więcej równowartość rocznych wpływów budżetu państwa z tytułu podatku PIT (w zależności od roku: 30–40 mld zł). Roczne koszty braku emisji własnego pieniądza, czyli przyczyny zadłużania się, są natomiast obliczane na kwotę 150–200 mld zł, czyli równowartości kilku dziur budżetowych. W takiej sytuacji trudno wyobrazić sobie prowadzenie jakiejkolwiek suwerennej polityki gospodarczej czy zagranicznej, a zwłaszcza polityki niezgodnej z interesami wierzycieli. Gdy nie będziemy dyspozycyjni i posłuszni, wystarczy obniżenie ratingu i wyprzedaż polskich obligacji skarbowych, żeby zachwiać popytem na nowe papiery (potrzeba rolowania długu) i spowodować problemy z płynnością finansową państwa. Taka groźba wisi na głowami każdej ekipy rządowej w Warszawie niczym miecz Damoklesa. Program wicepremiera Morawieckiego może jedynie sytuację uzależnienia pogłębić, ponieważ zakłada zwiększenie „ubankowienia”, czyli długu, zwolnienie z podatku bankowego obligacji skarbowych, wprowadzenie e-paragonu, wyeliminowanie z obrotu gotówki, poparcie dla umów TTIP i CETA czy zwiększenie fiskalizmu (jednolity podatek i jednolity plik kontrolny). Zwiększenie zadłużenia zawsze, prędzej czy później, skutkuje przykręceniem śruby podatkowej, która ma wycisnąć pieniądze potrzebne do spłaty wierzytelności. Szczególnie absurdalny jest pomysł budowania polskiego kapitału przemysłowego w oparciu o zagraniczny kredyt. Plan Morawieckiego, z pozoru oparty na patriotyzmie gospodarczym, jest logiczną kontynuacją planu Balcerowicza, a przeciwstawianie ich sobie jest grubym nieporozumieniem. K


KURIER WNET

16

P R AW DA· C Z A SU...

RYS. WOJCIECH SOBOLEWSKI

„Piszę z więzienia w którym jestem od 16 X wprost w strasznych warunkach, zwłaszcza między 16 X a 23 XI. Jaka moja przyszłość czy dożyję aby jeszcze Tobą radować się, aby Ci udowodnić jak bardzo najgłębiej najcudowniej Cię ukochałem, jak doceniam Cię Najlepsza, aby zacząć tym piękniejsze życie z Tobą Ukochana. (…) Gdybyśmy mieli nie widzieć się już Najdroższa, chcę Ci dać parę rad na dalsze życie. Nie rozpaczaj, pogódź się z tym że widocznie taki los mi był podany i trzeba było zrobić miejsce innym, choć byłoby mi niepomiernie przykro, ginąć od swoich, ja syn proletariusza i sam proletariusz”. (pisownia oryginalna)

S

łowa te 14 grudnia 1944 roku napisał z więzienia na Zamku Lubelskim do swojej żony, Irmy Jasińskiej, podpułkownik Edward Jasiński ps. Nurt, zastępca komendanta AK obwodu krakowskiego (do 1941 roku) oraz inspektor inspektoratu Lublin-2 Armii Krajowej. Jeden z 515 skazanych na śmierć w latach funkcjonowania w Zamku politycznego więzienia karno-śledczego w latach 1944–54.

Ofiary lubelskiego Zamku Z oficjalnych dokumentów wynika, że po procesie, w którym ppłk. „Nurta” sądzili i skazali na śmierć młodsi od Niego stopniem ppor. Bazyli Szporluk, ppor. Wincenty Okupski i sierż. Dymitr Olejkow, pluton egzekucyjny pod dowództwem sierż. Antoniego Doleckiego wykonał wyrok 15 marca 1945 roku

Do wroga narodu... – Pal!

koncentracyjnych. W nocy z 21 na 22 lipca 1944 roku rozpoczęła się likwidacja więzienia według wzoru, który znamy z likwidacji więzień NKWD w 1941 roku. Więźniów, których nie udało się „ewakuować”, mordowano na miejscu. Gdy 23 lipca do Lublina weszła Armia Czerwona, w celach znaleziono zwłoki 300 więźniów. Po uroczystym pogrzebie ofiar w pobliżu Zamku, w którym uczestniczył m.in. dowódca 1 Armii Wojska Polskiego gen. Zygmunt Berling, więzienie zapełniło się na nowo. Tym razem, zgodnie z ówczesną propagandą, trafiali tam „faszyści” spod znaku Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich, Narodowych Sił Zbrojnych, a później zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Warto zwrócić uwagę, że w tym samym okresie na Zamku więzieni byli członkowie Ukraińskiej Powstańczej Armii oraz niemiecka obsada Majdanka.

Wojciech Pokora oprawców był kierownik (od września 1944 roku do lutego 1945) Sekcji Śledczej Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie, Adam Humer (właściwie Adam Umer). O jego bestialstwie może świadczyć fakt, że już w 1955 roku został wyrzucony z resortu za „nielegalne” metody prowadzenia śledztw. Zainteresowanych tymi metodami odsyłam do książki Piotra Lipińskiego „Humer i inni”.

Lubelska „łączka”

Sierż. Dolecki wykonał dziesiątki takich wyroków. Za każdy dostawał 500 zł premii, o czym świadczą zachowane listy płac. Przed każdym strzałem w tył głowy miał zwyczaj wydawania sam sobie rozkazu: „Do wroga narodu – pal!”. w jednym z pomieszczeń więzienia na Zamku Lubelskim. Jednak, jak czytamy w „Gazecie Wyborczej” z 25 października 1990 roku, przebieg egzekucji był zgoła inny. Podczas procesu rehabilitacji inną wersję wydarzeń przedstawił mecenas Marian Rejniewicz. Według jego ustaleń wykonawcą wyroku był sam sierż. Dolecki, który strzelił w tył głowy skazanego podczas sprowadzania go po schodach do podziemi więzienia na zamku. Sierż. Dolecki wykonał dziesiątki takich wyroków. Za każdy dostawał 500 zł premii, o czym świadczą zachowane listy płac. Przed każdym strzałem w tył głowy miał zwyczaj wydawania sam sobie rozkazu: „Do wroga narodu – pal!”. Więzienie na Zamku w Lublinie okryte było złą sławą już w okresie niemieckiej okupacji. Szacuje się, że w latach 1939–44 przeszło przez nie ok 40 tys. osób, w dużej mierze członków ruchu oporu. Wielu zostało straconych w egzekucjach i w obozach

Tortury i śmierć W więzieniu panowały niezwykle ciężkie warunki. Przez cały okres jego funkcjonowania (blisko 10 lat) było ono przeludnione. Z relacji świadków wynika, że w celach panował ścisk, warunki sanitarne były tragiczne a więźniów głodzono. Zorganizowano pięć oddziałów męskich i jeden kobiecy. Cele śmierci usytuowano obok baszty. Pomieszczenie do przesłuchań, podobnie jak w czasie funkcjonowania więzienia Gestapo, urządzono w szpitalu. Z relacji świadków wynika, że powszechne było brutalne bicie podczas przesłuchań. Zdarzało się, że więźniowie, którzy i tak byli osłabieni przez głód i choroby, na przesłuchania czy nawet na wykonie wyroku noszeni byli na noszach. Zimą praktykowano wlewanie wody do cel pozbawionych okien. Skutkiem tego była dość wysoka śmiertelność wśród więźniów. Jednym z okrytych złą sławą

Historycy szacują dziś, że w okresie funkcjonowania komunistycznego więzienia na Zamku Lubelskim przewinęło się przez nie ok 35 tys. więźniów, w większości politycznych. Wydano 515 wyroków śmierci, z czego wykonano 333. Do tej liczby należy dodać więźniów, którzy umarli w wyniku śledztwa lub warunków panujących w celach. Pojawia się zatem pytanie, gdzie szukać szczątków ofiar? Od wielu lat jako miejsce pochówków wskazuje się lubelski cmentarz przy ulicy Unickiej. W dokumentacji cmentarza znajdują się informacje o pochówkach żołnierzy Armii Krajowej zmarłych podczas przesłuchań lub zamordowanych na Zamku w latach 1944-45. Wśród nich z pewnością znajdowało się ciało podpułkownika Jasińskiego. Z dokumentów przekazanych przez naczelnika więzienia na Zamku (jak czytamy na stronie zarządu cmentarza) wynika, że miejscem pochówku była sekcja 13, gdzie utworzono zbiorową mogiłę. Jednak wiadomo, że praktykowano także grzebanie w przygotowanych pod normalne pochówki grobach, które były w tym celu pogłębiane, a także na alejkach, przy czym ślady były później zacierane. Znana jest relacja męża referentki Wojskowej Służby Kobiet w Sztabie Inspektoratu Rejonowego AK „Lublin” i obwodu Lublin, Zofii Pelczarskiej,

zamordowanej w grudniu 1944 roku na Zamku Lubelskim. Wynika z niej, że w grudniu 1944 roku na cmentarzu przy ul. Unickiej w Lublinie wykopany został ok 50-metrowy rów, w rejonie dzisiejszej sekcji 13. Antoni Pelczarski dzięki łapówce odnalazł to miejsce, które było pilnowane przez dwie umundurowane i uzbrojone kobiety. W nocy z 18 na 19 grudnia 44 roku wszedł do rowu i znalazł w nim bezładnie wrzucone w samej bieliźnie zwłoki kilkunastu mężczyzn i ciało swojej żony, z przestrzelonymi głowami. Ułożył zwłoki żony w rowie i odmierzył krokami ich miejsce. Z jego relacji wynika, że przez kilka zimowych tygodni rów ten nie był zasypywany i dorzucano tam kolejne ciała skazanych i zmarłych na Zamku.

IPN odszuka mogiły bohaterów Sekcja 13 to niejedyne miejsce, w którym Instytut Pamięci Narodowej planuje jeszcze w tym roku rozpocząć poszukiwania. Marcin Krzysztofik, p.o. naczelnika Oddziałowego Archiwum IPN w Lublinie, po analizie dokumentów i zdjęć lotniczych z sierpnia 1954 roku wskazuje kolejne miejsca: – Punktem wyjścia było odnalezienie w naszym zasobie archiwalnym kilku dokumentów sporządzonych w więzieniu na Zamku w Lublinie, które wskazywały miejsca pochówków straconych osób – mówi Krzysztofik. – Natomiast te groby w ewidencji cmentarza były wykazane jako teoretycznie puste, nie zajęte przez nikogo place. Zwracam uwagę, że cmentarz przy ul. Unickiej był nowym cmentarzem na terenie Lublina, bo powstał dopiero w 1932 r. Doszliśmy wówczas do wniosku, że pochówki więzienne były mieszane z pochówkami, nazwijmy je umownie, miejskimi. Kolejnym etapem była podjęta przez nas próba odtworzenia

pierwotnego układu cmentarza z okresu 1944–1954. Do tej pory zrobiliśmy to za okres 1946–1954. W oparciu o taką wizualizację stwierdziliśmy, że w kilku sekcjach cmentarza są puste miejsca. Zaznaczam, że na Unickiej chowano w układzie sekcji, rzędów i grobów po kolei. Dokonaliśmy zestawienia takich „pustych” miejsc (daty pochówków sąsiadujących grobów) z datami egzekucji i zgonów w Więzieniu – w efekcie możemy typować przypuszczalne miejsca pochówków. Historycy Instytutu Pamięci Narodowej dotychczas ustalili dane co najmniej 410 osób, więźniów Zamku, których szczątki spodziewają się znaleźć na cmentarzu przy ul. Unickiej. Osobną grupą są żołnierze polskiego podziemia niepodległościowego polegli w walkach z organami bezpieczeństwa – ich liczbę Marcin Krzysztofik ocenia na co najmniej 30 osób.

organizacji pod nazwą Armia Krajowa, to jest w związku mającym na celu obalenie istniejącego Demokratycznego ustroju Państwa Polskiego […] 7 kwietnia 1945 r. w Lublinie, w czasie wojny […] udział w napadzie na kasę Izby Skarbowej […]”. Również w dniu 12 kwietnia 1945 r. w godzinach od 0.45 do 1.35 zginęło 11 żołnierzy AK z grupy cichociemnego Czesława Rossińskiego „Jemioły”, oskarżonych o przygotowywanie zamachu na przewodniczącego KRN Bolesława Bieruta i przewodniczącego PKWN Edwarda Osóbkę-Morawskiego. Wyroki te były wykonywane w piwnicy nieistniejącego dziś budynku administracyjnego, który znajdował się z lewej strony przed wejściem do Zamku. W bezimiennych mogiłach historycy IPN spodziewają się znaleźć szczątki jeszcze jednego bohatera – puł-

W nocy z 18 na 19 grudnia 1944 r. wszedł do rowu i znalazł w nim bezładnie wrzucone w samej bieliźnie zwłoki kilkunastu mężczyzn i ciało swojej żony, z przestrzelonymi głowami. Ułożył zwłoki żony w rowie i odmierzył krokami ich miejsce. – Wracając do osób straconych, należy wspomnieć, że egzekucje odbywały się pomiędzy 15 listopada 1944 r. (rozstrzelano wtedy Tadeusza Benesza, Franciszka Gadzałę i Stanisława Siwca) a 12 stycznia 1954 r., kiedy to stracony został Edward Bukowski vel. Obarski ps. Cichy, w trakcie zatrzymania w 1951 r. ranny odłamkami granatu w głowę – wyrok wykonano pomimo protestów lekarzy więziennych – dodaje naczelnik Oddziałowego Archiwum IPN. Jednym z najtragiczniejszych dni w dziejach Zamku był 8 lipca 1945 r. Tego dnia pomiędzy godziną 13.05 a 13.55 w obecności prokuratora Kazimierza Golczewskiego, komendanta więzienia Michała Sawczaka, lekarza Zbigniewa Lorenza i księdza Antoniego Jaworowskiego pluton egzekucyjny dowodzony przez Tadeusza Flora rozstrzelał 13 żołnierzy oddziału „Rysia” oskarżonych m.in. o „udział w nielegalnej

kownika Mariana Pilarskiego ps. Jar oraz Stanisława Bizora ps. Eam, który został stracony wraz z nim w dniu 4 marca 1952 r. – Typując już konkretne osoby, które przypuszczamy, że możemy odnaleźć, staramy się odnaleźć jednocześnie rodziny tychże osób – mówi Krzysztofik. – Często też jest tak, że te rodziny same kontaktują się z nami. Dzięki rodzinom możliwa będzie identyfikacja konkretnych osób, których szczątki spodziewają się znaleźć historycy. – Na cmentarzu przy ul. Unickiej zostało pochowanych ponad 450 osób, możemy założyć, że nie uda nam się ustalić wszystkich członków rodzin, część pochowanych osób nigdy nie założyła rodzin, będziemy jednak czynili wszelkie starania, żeby dotrzeć do rodzin osób, które chcemy zidentyfikować – podsumowuje naczelnik Marcin Krzysztofik. K


KURIER WNET

. . . P R AW D A· L I T E R AT U RY

B

ez wsparcia Telewizji Polskiej i innych dziennikarzy, którzy przyjechali nam pomóc, Gruzja by po prostu przepadła. Wasza obecność była jak broń dla małego państwa. Ta broń to stałe miejsce, często „na żywo”, na antenie Waszej stacji. Bez tego Rosjanie by nas spokojnie, po cichu zadusili i nikt by o tym się nie dowiedział. Jedyne, czego boją się złe siły, to światło słoneczne i rzetelne informacje. To czyni mały kraj ważnym. Uwiarygadnia i wzmacnia przekaz. Trudno Waszą pracę przecenić. Dobrze pamiętam, że niemiecka telewizja z uporem pokazywała kadry telewizji rosyjskiej. A na nich rosyjskie samoloty bombardowały gruzińskie miasta. W komentarzu zaś mówiono, że to gruzińskie samoloty bombardują Południową Osetię. Potem Rosjanie kopiowali programy niemieckich stacji i pokazywali u siebie jako europejską prawdę. Jeśli nie byłoby wtedy przekazów Telewizji Polskiej, to Niemcy z przyjemnością powtarzaliby tylko rosyjską wersję. I na tym by się opierała cała informacja w Europie. Micheil Saakashwili, 04.09.2016, Słowo

Rozdział „Bez emocji”

Publikujemy fragmenty najnowszej książki wydawnictwa „Editions Spotkania”. Jej autorem jest Marek Czunkiewicz, szef ekipy reporterskiej Telewizji Polskiej, obecnej we wszystkich wymienionych w tytule miejscach podczas rozgrywających się tam, przełomowych dla historii Gruzji, Polski i Ukrainy wydarzeń. Książka, oprócz relacji autora – bezpośredniego świadka przedstawionych wypadków, zawiera jego znakomite zdjęcia, dokumentujące opisywane fakty. Jest kolejnym głosem świadczącym o tym, że wiele jeszcze pozostało do wyjaśnienia w wydarzeniach, które zatrzęsły naszą częścią Europy.

Teatr wojenny Reportaże. Gruzja, Smoleńsk, Majdan Marek Czunkiewicz

Smoleńsk, 10 kwietnia 2010

– Jak jest na miejscu? Idziecie tam, panowie? Ja to muszę zobaczyć. Muszę. – Byliśmy. Marek, no katastrofa, wszyscy zginęli – odpowiedział mężczyzna chyba z biura prasowego gubernatora. – Sam chcę zobaczyć. Bez kamery. Muszę. Rozumiecie mnie? – Dobrze rozumiemy. Zostaw gdzieś kurtkę. – Dziękuję. To decyzja faceta z FSB. Nawet nie wiem, jak się nazywa. Wiem tylko, że kilkakrotnie widzieliśmy się podczas przygotowań do wizyt. Na pewno nie jest tu najważniejszy. Innemu co chwila coś meldują. Ale skoro tak powiedział, to znaczy, że mógł. Biegnę na wóz. Zostawiam opisaną, telewizyjną kurtkę. Zdejmuję akredytację. Teraz wyglądam jak jeden z wielu kręcących się dookoła urzędników czy też agentów. Wracam. – No to idźcie. Tylko nie podchodź blisko do samych szczątków i zaraz wracajcie. (…) Idziemy we czterech. Ja, dwóch milicjantów i operator. Widziałem go w biurze prasowym gubernatora, ale wcale to nie oznacza, że tam pracuje. W każdym razie ma słaby sprzęt i manierę omiatania rzeczywistości jak technik policyjny. Nikt nas nie zatrzymuje. Brniemy po zeszłorocznej, nigdy niekoszonej trawie podtopionej odwilżą. Co rusz noga się gdzieś zapada. Mam wodę w butach. Odwracam się. Jestem

chyba na prostej linii od uciętych drzew do wraku. Tu padał. Tu zgasło tyle dusz. Dreszcz. Coraz bliżej. Dużo ludzi. Coś robi niewielu. Większość patrzy. Mundury mieszają się z cywilnymi kurtkami. Trawa, a właściwie już błotnisko zasłane papierami, jakimiś dziwnymi częściami, odzieżą. Niemal wszystko szare, w jednym kolorze. Polane jakąś dziwną substancją. Pewnie podczas gaszenia. Ciała. Wynoszone zza ocalałego kawałka kokpitu. Fragmenty ciał. Odarte z człowieczeństwa, upodlone. Leżą tu jak na scenie. Oglądane przez dziesiątki obcych, dokładnie fotografowane. Dziwny zapach wkręca się w mózg, oczy suche. Łzy uciekły ze strachu. Mam dość. Dla mnie wystarczy. To prawda. Zginęli. Nie mam kamery. Nic tu po mnie. W głowie czuję pustkę. Totalną pustkę. Wracamy. Najważniejsze teraz, to pracować, pracować. Zapewnić najlepsze przekazy, najlepsze relacje. Nie można poddać się atmosferze tragedii. Muszę zabić w sobie emocje. Stoję wśród urzędników niemal naprzeciw trzech lamp lotniskowej drogi podejścia. Stare, zniszczone, jedna z nich, naderwana, smętnie wisi. To najlepszy opis warunków technicznych lotniska Smoleńsk „Sewiernyj”. – A to działa? – pytam, wskazując lampy. – Pewnie działa. Musi działać, ale my na samolotach się nie znamy

Rozdział „Świadek historii”

– od odpowiada wiad jakiś urzędnik. dnik Zapewne Za dla poparcia tych słów jeszcze tego dnia wieczorem lampy zostaną wymienione na nowe. Wracam do wozu. Pod rękę bierze mnie jeden z wysokich urzędników gubernatora. – Oj Marek, dlaczego to stało się w Smoleńsku? Teraz wszyscy patrzą na nas. A my mamy kłopot. Nie możemy znaleźć dwóch wojskowych. – Jakich wojskowych? – No wiesz, tych kontrolerów. Nie ma wszystkich. – A co się stało? Gdzie są? – Nie wiem. Pojechali po nich. Szukają.

Ranek. To ten ranek. 20.02.2014 roku. Hotel „Ukraina”. Telefon dzwoni jak szalony. A przecież miałem się wyspać. (…) Wlokę się do biurka, bo tam telefon wisi na ładowarce. I nagle słyszę dziwne odgłosy. Jakby strzały. (…) Odsuwam firanki i momentalnie trzeźwieję. Pod moim oknem, a wyjątkowo mam okno z drugiej strony hotelu. Specjalnie tak poprosiłem, by się wyspać i nie słyszeć majdanowych hałasów. Pod moim oknem trwa wojna. Za tarczami, murkami, drzewami chronią się ludzie. Strzały. Ludzie padają. Chwytam aparat fotograficzny. Włażę na parapet. Boże! Boże! To niemożliwe! Gdy się kładłem, roiło się tu od Berkutu. To był ich teren. Teraz widzę obrońców Majdanu. Odbili Instytucką. To jednak dziwny atak. Bardziej przypomina masakrę. Ludzie przypadli do ziemi. Instynktownie chowają życie, za czym mogą. Ale niewielkie pnie nie chronią, prymitywne tarcze nie chronią. Co chwilę ktoś się przewraca. Tak mimochodem. Tak cicho i spokojnie. Życie ucieka. Patrzę na trzy osoby, które zawierzyły drzewu. Jeden za drugim. Liczą na szczęście. I nagle pada ostatni, po nim kolejny. Obaj na lewą stronę. Ludzie! Strzelają z boku. Drzewo was nie ochroni! Odwracam się na prawo. Szukam strzelca. Jest albo na

Banku Arkada, albo na budynku tuż za nim. Wypatruję. Chcę zejść z parapetu i otworzyć okno. Przekręcam klamkę. Wtem w oczach mam mgiełkę. Z tyłu, z pokoju słyszę stukot. Osuwam się. Podnoszę wzrok. Na wysokości mojej głowy, z lewej strony, nie więcej niż 5–8 centymetrów od skroni – dziura w szybie. Postrzał. Jestem w szoku. Jakiś skurwiel chciał mnie zabić. Siedzę pod oknem. Bardziej wściekły niż przestraszony. Marzę o broni. Gdybym teraz miał cokolwiek! Zabiłbym. Zabiłbym z zimną krwią i radością. Do drzwi dobijają się koledzy. Odkrzykuję. – Nie wychodzić z hotelu!!! Nie wychodzić z hotelu!!! Nie mogę otworzyć. Nie dlatego, że mnie sparaliżowało pod oknem. Dlatego, że jestem cały goły. Tak zawsze śpię. Tak też podszedłem do okna. Firanki mam odsunięte. Okno prawie otwarte. Jak snajper jest wyżej, to wszystko widzi? Zbieram się w sobie. Muszę ominąć kawałki szyby. I biegiem, a właściwie na czworakach ruszyłem do łazienki. To jedyne osłonięte miejsce. Bez szyb. Po drodze zgarnąłem przewód ładowarki z telefonem. Próbuję się dodzwonić do moich ludzi. Połączenia spadają. Nagle dzwonek. To Warszawa, Krzysiek Woźniak. – Maruś. U was strzelają? – Nie teraz, nie teraz!!! Właśnie strzelają do mnie. Krzysiek od razu przekierowuje mój telefon na studio. Pytanie „na żywo”. – Marek, czy strzelają do was z ostrej broni? Nienawidzę takich pytań. A z czego? Z kapiszonów? Coś odpowiedziałem. Nie pamiętam dziś, co. Wiem tylko, że znowu podlazłem do okna. Chciałem coś więcej zobaczyć. Coś więcej powiedzieć. A tu rzeź. Jak to opisać? Wróciłem do łazienki. Głowę pod kran. Zimna woda. Znowu głowę pod kran. Zęby. Znowu głowa pod kran. Jest dobrze. Z przedpokoju podciągam walizkę. Ubieram się. Bardziej ryzykuję, by sięgnąć po papierosy. Są na biurku. Wybiegam z pokoju. Na dół. Na korytarzach bieganina. Nie czekam na windę. Schodami. Na drugim piętrze jakiś facet łapie mnie silnie za szyję. – Nie tędy. Windami. Walą w schody.

Piękne sobotnie popołudnie 10.04.2010 roku. Nad Smoleńskiem zachodzi słońce, którego tak tragicznie zabrakło z rana. (…) Wiedziałem, że polska delegacja wylądowała już w białoruskim Witebsku. To najbliższy, bezpieczny port lotniczy. Jadą tu na kołach. Ale zejdzie się jeszcze co najmniej godzina.

17 Postanowiłem pójść na miejsce katastrofy. To niespełna 200–300 metrów od nas. Nikt mnie nie zatrzymał, nikt nie niepokoił. Zresztą wyszedłem z najważniejszej strefy. Skoro tam byłem, to mogę być wszędzie. Przez wybity mur starej fabryki lotniczej zobaczyłem wrak. Trwała akcja identyfikacyjno-rozpoznawcza, bo przecież już nie ratunkowa. Nie wiadomo, kto dowodził. Nie wiadomo, jakie służby pracowały, ale chyba wszystkie możliwe. Obok mundurów milicyjnych były wojskowe, lotnicze, straży pożarnej, część osób miała na sobie mundury całkowicie bez oznaczeń, no i dużo było cywili. Chodzili grupami. Jedni coś oznaczali, drudzy zbierali ciała, dokumenty, komórki. Tworzono jakieś spisy czy listy. Chaos. Może kontrolowany, ale chaos. Bez wątpienia najlepsza była dokumentacja filmowo-fotograficzna. Zdjęcia robiono każdym zwłokom, każdemu przedmiotowi czy fragmentowi ciała. Najprawdopodobniej na potrzeby śledztwa lub użytek służb specjalnych. Niektórzy zapewne na pamiątkę, szczególnie ci, co fotografowali telefonami. Nie chciałem patrzeć na ciała, nie chciałem zobaczyć kogoś, kogo znałem. Ale po to tu przyszedłem, by widzieć, by pamiętać, by nigdy nie zapomnieć. Pierwsze trumny gotowe były do załadunku. Podjechały zwykłe, stare ziły. Ciężarówki. Wywrotki. Na nie żołnierze ładowali ciała. Bez zadumy, bez specjalnej staranności. Jak ładunek. Po prostu ciężki ładunek. Na trumny czekał w drugiej części lotniska olbrzymi śmigłowiec transportowy. Tam je upychano, by przewieźć do Moskwy. (…) W poświacie zobaczyłem kogoś, kto zupełnie tu nie pasował. Starsza, mocno starsza pani. Dama. W futrze, eleganckich kozaczkach, z czarną, połyskującą torebką i szczodrze obwieszona złotem. Fryzura elegancko upięta. Dodatkowo pod rękę trzymał ją czterogwiazdkowy generał. Pomyślałem, że to jakaś ciekawska generałowa, która przyszła obejrzeć wypadek, by potem chwalić się koleżankom przy kawie i ciasteczkach. Wszyscy schodzili jej z drogi, wszyscy się kłaniali. A ona podawała rękę w specyficzny sposób, z lekka wyciągając do przodu, prostując, dłonią ugiętą do góry. Odjazd. Zapatrzyła się kobieta na angielską królową. Ale nawet jej to wychodziło. Zadawała pytania, rzuciła okiem, ale miałem wrażenie, że ją to wszystko mało obchodzi. Dopiero po jakimś czasie skojarzyłem, że to była Tatiana Anodina, generał lotnictwa i szefowa rosyjskiej komisji badania wypadków lotniczych. Może ma taki styl działania. Wróciłem do centrum dowodzenia. K

Aleksander Sołżenicyn, moralny gigant walki z sowieckim totalitaryzmem, przed przymusową emigracją w 1974 roku napisał krótki apel Żyć bez kłamstwa, w którym wzywał swoich rodaków, aby odrzucili orwellowski język narzucony przez komunizm, który nie tylko przenikał, ale też kontrolował codzienne życie mieszkańców.

Bezpieczni u siebie Alexander Tomsky

O

bawiam się, że nasze zadanie jest dzisiaj podobne, lecz o wiele trudniejsze. Polityczny autorytaryzm Unii Europejskiej działa bardziej subtelnie. Zamiast atakować ludzi bezpośrednio, próbuje stworzyć nowe warunki kulturowe, które w dłuższej perspektywie utrudnią rządzenie państwami narodowymi, niszcząc ich spójność i podważając demokrację. Niszczycielską naturę ideologii poprawności politycznej ukrywa się pod ogólną koncepcją europejskich wartości – tolerancji, walki z dyskryminacją, wielokulturowości, praw człowieka – bardziej podkreślanych niż praw politycznych – praw mniejszości, polityki tożsamości itp. Wszystkie sprawiają wrażenie, jakby były jedynie wprowadzeniem etykiety do publicznego dyskursu. Przesadny nacisk na obywatelską cnotę tolerancji i nakazywany przez nią szacunek dla innych ma na celu podważenie normatywnych cech zachodniej cywilizacji. Tradycja, kultura, instytucja rodziny i trwanie narodu – wszystkie okazują się względne w świetle multikulturalnej koncepcji, którą angielski filozof Robert Scruton określa jako oikofobię, czyli niechęć do własnej ojczyzny i kultury. Polacy pamiętają lekceważące określanie tradycjonalistycznej polskiej prowincji jako „ciemnogród”. Podobnie były premier Zjednoczonego Królestwa David

Cameron nazwał zwolenników Brexitu z partii UKIP „świrami”. Podstępny wpływ myślenia progresywnego jest niestety tak potężny, że nawet gdy ludzie buntują się, jak ostatnio w Anglii, tylko jedna czwarta klasy wykształconej zagłosowała wraz z nimi. To oznacza, że ludowe, konserwatywne rządy w Europie Środkowej

Przesadny nacisk na obywatelską cnotę tolerancji i nakazywany przez nią szacunek dla innych ma na celu podważenie normatywnych cech zachodniej cywilizacji. staną wobec potężnego i świetnie zorganizowanego sprzeciwu z Zachodu, który próbuje zakwestionować podstawy ich władzy. Aby wygrywać bitwę idei, trzeba najpierw przezwyciężyć język europejskiej utopii. Powinniśmy promować wyjątkowych pisarzy, zarówno elitarnych, jak i popularnych, którzy przekonująco

pokażą antydemokratyczny charakter integracji państw europejskich i jej niszczący wpływ na jedyną zasadę legitymizacji władzy, jaką znamy – tę, która pochodzi od państwa narodowego. Zniszczenie tej podstawy przyniesie Europie jedynie chaos i konflikty. Nacjonalistyczne ożywienie, które obserwujemy dziś w całej Europie, często wykorzystywane przez szowinistów, dziś jest bezpośrednią, chociaż niezamierzoną konsekwencją polityki integracjonistycznej. Należy odrzucić pozbawioną demokratycznej legitymizacji brukselską biurokrację i zdezawuować jej roszczenia do bycia zwiastunem pokoju i stabilności. To sojusz NATO i siła nuklearnego odstraszania podczas zimnej wojny uratowały pokój. Natomiast dzisiejsza polityka UE, która zniszczyła szanse całego pokolenia młodych ludzi z południa kontynentu, aby ocalić wspólną walutę, jest przykładem destabilizującego charakteru tak dumnej ze swojej solidarności Unii. Co wynika z tak zwanej podzielonej demokracji, z głoszenia E pluribus unum albo z zasady pomocniczości? Nic – od traktatu lizbońskiego państwa Unii nie są już równe, solidarność nie istnieje, a pomocniczość jest mitem. Większość ustawodawstwa, które mandaryni Komisji proponują w zmowie z Radą Europy, ma żałośnie mikroekonomiczny charakter.

Jednak najważniejszym dylematem obecnej chwili jest kwestia otwartych granic, która może zamienić Europę w bagno Eurabii z konfliktami i terroryzmem typowymi dla Bliskiego Wschodu. Pierwszym i podstawowym obowiązkiem państwa jest ochrona zewnętrznych granic i wewnętrznego pokoju. Przez całe

Wierzę, że Bóg stworzył oddzielne narody – różniące się charakterem, kulturą i tradycją, które niczym różne kwiaty na łące mają głosić chwałę Stwórcy. dekady słyszeliśmy, że Europa jest otwartym społeczeństwem otwartych granic, że uniwersalne prawa człowieka nie pozwalają na dyskryminację jakiejkolwiek grupy uchodźców, np. muzułmanów, że europejska solidarność wymaga podzielenia i osiedlenia uchodźców wśród niechętnej temu ludności. Zapał chrześcijańskiego miłosierdzia, zmieniony przez

sekularystów w obowiązującą zasadę, rodzaj politycznej religii – często szczerze wyznawanej – każe uważać, że Europa musi pomagać w osiedleniu się w nowym miejscu milionom uchodźców ze wszystkich konfliktów świata, jakby to był jedyny sposób pomocy. A tego, że ci nieszczęśliwi imigranci pochodzą z cywilizacji wrogich zachodowi, że trwająca ponad półwieku ich integracja z europejskim stylem życia doprowadziła do katastrofy i że przynoszą ze sobą potencjalne zagrożenie terroryzmem – tego obrońcy wizji niepodzielnej ludzkości złączonej prawami człowieka nie zamierzają nie brać pod uwagę. Mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej są dziś oskarżani o zacofanie. Jeżeli na Węgrzech czy w Polsce zostaje wybrany rząd większościowy, to natychmiast jest on uznany za nielegalny przez unijnych politykierów. Dla nich słuchanie ludzi to błąd, bo ludzie zawsze chcą rzeczy niesłusznych, takich jak stabilny ład społeczny, bezpieczeństwo własności, szacunek dla Kościoła i rodziny, bezpieczeństwo i obrona granic. Mówiąc w skrócie – chcą odzyskać swoje kraje, aby czuć się bezpiecznie u siebie. Pamiętam, jak ponad 30 lat temu natknąłem się w Brukseli na pomnik ze złotą inskrypcją głoszącą, że największym złem jest państwo narodowe. Potępienie nacjonalizmu stało się naczelną zasadą rządzenia. Poszukiwano nowego źródła władzy – na próżno. Zamiast

tożsamości narodowej i tradycji, narzuca się z zewnątrz sztuczną legitymizację, formułowaną przez biurokratów i sędziów, którzy ani nie żyją w tych krajach, ani nie podzielają ich wartości. Według ich ponadnarodowej agendy idea narodowa musi być zwalczana. Wierzę, że Bóg stworzył oddzielne narody – różniące się charakterem,

Najważniejszym dylematem obecnej chwili jest kwestia otwartych granic, która może zamienić Europę w bagno Eurabii z konfliktami i terroryzmem typowymi dla Bliskiego Wschodu. kulturą i tradycją, które niczym różne kwiaty na łące mają głosić chwałę Stwórcy. Europa przyszłości powinna być kontynentem suwerennych państw, które dobrowolnie współpracują i konkurują między sobą. K Tłumaczył Antoni Opaliński


KURIER WNET

18 Jest Pani autorką książki „Gender. Światowa norma polityczna i kulturowa”. Jaki cel przyświecał jej napisaniu? Choć o gender mówi się bardzo wiele od czasu, gdy ideologia ta zaczęła wyraźnie dotykać Francję, najpierw wchodząc do podręczników szkolnych, a potem stając się projektem ustawy, to jednak z dotychczasowych debat na ten temat nie wyłania się żadna perspektywa dająca nadzieję. Wielu ludzi ma poczucie, że znalazło się w ślepym zaułku: intelektualnie „zdemaskowaliśmy” i napiętnowaliśmy gender, i co dalej? Nie tylko czynniki zewnętrzne, czyli nieprzejednanie i „głuchota” władzy, doprowadziły do impasu. Przyczyniła się do tego również sama wspólnota chrześcijańska, nie rozeznając znaków czasu zgodnie z właściwą sobie perspektywą nadziei. Walka, w której trwamy (nie tylko, zresztą, we Francji, ale także w skali globalnej), jest przede wszystkim godziną łaski. Jesteśmy bowiem wezwani do wykorzystania rosnącej świadomości kryzysu cywilizacyjnego, którego wymownym przejawem jest zjawisko gender, ażeby zaangażować się w odnowę samych siebie i kultury, a także uwolnić się od

C·Y·W·I·L·I·Z·A· C·J·A i do miłości oraz o jej transcendentnej tajemnicy. Bóg dał nam papieża, który nauczył się od św. Ignacego reguł rozeznawania duchowego i który na nowo wprowadza to praktyczne pojęcie do nauczania Kościoła. W przypadku problematyki gender chodzi o rozeznanie błędów, jakie popełnialiśmy od XVIII wieku, w sposobie interpretowania takich pojęć, jak laickość, obywatelskość, równość, wolność, braterstwo, jednostka, prawa człowieka i obywatela, znacząco wpływając na kierunek rozwoju zachodniej cywilizacji. Czy także my, chrześcijanie, nie ulegliśmy opartej na konsensusie, indywidualistycznej, racjonalistycznej i laicystycznej mentalności? Czy nie nazbyt często wyrzekaliśmy się własnej tożsamości? Warto rozeznać złe nawy-

się „natury”, usiłując odkryć jej prawa po to, by przez pychę pomnożyć swoją wiedzę i władzę. Teraz, kiedy już przestała wierzyć w „prawo naturalne”, jako że opiera się wyłącznie na ludzkim rozumie, nie pozostaje już nic. Wyzwaniem naszych czasów jest powrót do Ojca, nie tylko do Jego porządku, ale przede wszystkim do Jego miłości, źródła wszystkiego, co istnieje i co jest dobre, i do Jego miłosierdzia. Ojciec jest źródłem wszystkiego, co można uznać za uniwersalne. A cóż jest po ludzku bardziej uniwersalne niż ojcostwo? Rzecz znamienna: żaden traktat ani żaden dokument odnoszący się do praw człowieka nie wspomina o ojcu. A przecież powszechne prawa tracą sens, kiedy odetną się od swojego źródła. Tworzą samonakręcający się

na obraz Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego, którego wierzący mieli łaskę spotkać. Osoba jest tajemnicą, objawioną tajemnicą. Jeśli nasze debaty pozostają dziś na poziomie natury, to nie dadzą odpowiedzi na oczekiwania ludzi, nasyconych różnymi abstrakcyjnymi teoriami, które nie wymagają naszego osobistego zaangażowania, pozwalają go uniknąć i kontynuują błędy przeszłości. Jaki układ ma Pani książka? Rozeznanie wiąże się ściśle z formacją. Po zwięzłej prezentacji czynników wpływających na wyjątkową złożoność gender, książka zarysowuje procesy ideowe, które na Zachodzie od kilkuset lat przygotowywały to zjawisko, i omawia historię rozwoju tego pojęcia od lat pięćdziesiątych XX wieku.

do trójdzielnej struktury miłości, którą się daje, przyjmuje i wzajemnie obdarza, oraz powrotu do porządku Ojca. Tytuł Pani książki rodzi pytanie o ewentualność homoseksualizmu jako globalnej normy... Gender ma dwa źródła: feminizm i homoseksualizm. Kiedy tylko pojęcie to zaczęło się krystalizować, od razu można było zobaczyć równoległy rozwój tych dwóch interpretacji. Obydwie łączy koncepcja założeń antropologicznych (komplementarność, kobiecość, męskość, macierzyństwo, ojcostwo, charakter oblubieńczy, „heteroseksualność”...) jako dyskryminujących stereotypów, które należy zdekonstruować za pomocą edukacji, kultury i prawa. Interpretacja feministyczna, która ujaw-

Gender – globalną normą? Z Marguerite Peeters, dyrektor Instytutu na rzecz Dynamiki Dialogu Międzykulturowego w Brukseli, autorką książek na temat nowej etyki i procesów globalizacyjnych, rozmawia Agencja ZENIT.

osobami tej samej płci. Zalegalizowało je już 11 krajów *: Holandia (2001), Belgia (2003), Hiszpania (2005), Kanada (2005), RPA (2006), Norwegia (2009), Szwecja (2009), Portugalia (2010), Islandia (2010), Argentyna (2010) i Dania (2012). W kolejnych 11 krajach – Andora, Kolumbia, Finlandia, Francja, Niemcy, Luksemburg, Nepal, Nowa Zelandia, Tajwan, Wielka Brytania i Urugwaj – są one bliskie legalizacji, zaś w kolejnych czterech krajach stanowią przedmiot prac legislacyjnych: projektu ustawy, debaty parlamentarnej lub przyjęcia przez jedną z dwóch izb ustawodawczych. Trzeba bacznie obserwować „miękką” tendencję totalitarną czy dyktatorską, przejawiającą się narzucaniem polityki i ustaw tworzonych przez różne doktrynerskie lobby za pośrednictwem władzy wykonawczej i/lub sądowniczej. Wydaje się, iż tendencje te stale się nasilają. Nie należy bagatelizować gender. Osoby mające mniej niż 25 lat (czyli 43% ludzkości, żyjące przeważnie w krajach ubogich) są wyjątkowo silnie poddawane dyktatom nowej globalnej kultury „równości płci” – taka laicyzacja nieubłaganie prowadzi do utraty wiary. Od konferencji w Kairze (1994) ONZ mówi

RYS. WOJCIECH SOBOLEWSKI

zawieranych w przeszłości kompromisów, które gender – paradoksalnie – wydobywa na jaw. To one de facto wniosły

Zjawisko gender atakuje przede wszystkim miłość, ale jego promotorzy najbardziej pragną, choć o tym nie wiedzą, właśnie miłości. swój wkład w pojawienie się tej ideologii. Moja książka, będąca skromnym owocem długotrwałej, bo poczynając od konferencji w Pekinie, obserwacji trendów globalnego zarządzania, ma pomóc w należytym zrozumieniu tej problematyki i być dla wychowawców, urzędników, przywódców politycznych i religijnych narzędziem formacji i rozeznania. O jakie „rozeznanie” chodzi? Celem rozeznania nie jest dostarczanie argumentów intelektualnym debatom, skazanym na ugrzęźnięcie w jakiejś rozmytej teorii, której nie sposób racjonalnie ująć. Prawdziwe rozeznanie ma charakter praktyczny. Prowadzi do odważnych decyzji poszczególnych ludzi i wspólnot, aby przywrócić prawdę o osobie ludzkiej stworzonej z miłości R E K L A M A

ki kulturowe, które w ciągu wieków powoli doprowadziły nas do tego, że „małżeństwo dla wszystkich” i adopcję dla par homoseksualnych uważamy dzisiaj za sprawę wolności, równości, praw, obywatelskości. Pojawienie się i narzucanie gender jest w pewnym sensie całkiem logiczne, gdyż podlega logice zła sięgającego kilkuset lat wstecz. Co Pani przez to rozumie? Od wieków podstawowym złem zachodniej cywilizacji jest odrzucenie Ojca: wpierw odrzucenie Boga jako Ojca (deizm), a następnie – ludzkiego ojcostwa (freudyzm, obwieszczona w latach sześćdziesiątych XX wieku „śmierć ojca”), gdzie pierwsze doprowadziło do drugiego. Jean-Jacques Rousseau, który wywarł wpływ na kształt Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela w 1789 roku uważał, że ojcostwo to przywilej społeczny przeczący równości: stąd sięgający XVIII wieku antagonizm między ojcostwem (ojcowskim porządkiem i ojcowską miłością) a prawami, równością, obywatelskością, wolnością i braterstwem. Od XVIII wieku wywrotowa koncepcja obywatelskiej równości wpływa na wyobcowanie Francji i Zachodu. Braterstwo, które z chwilą odrzucenia ojca utraciło charakter synowski, stało się czysto „obywatelskie”; nic więc dziwnego, że wkrótce potem pojawił się marksizm. A braterstwo wyłącznie „laickie” nie ma sensu, bo wszystkim wiadomo, że państwo nie jest miłującym ojcem. Wolność skupiła się na samej sobie i na arbitralności indywidualnych wyborów, dokonywanych poza obrębem Bożego zamysłu. Osoba została zredukowana do jednostki, obywatel-osoba do obywatela-jednostki. Przez 200 lat cywilizacja zachodnia uczepiła

system, wymyślając dzisiaj prawo do „małżeństwa dla wszystkich”, ostatni twór z całego ciągu „nowych”, wywrotowych praw, zrodzonych z laickości tak bardzo skupionej na sobie, że teraz chce wszystkim narzucić swój laicyzm.

Warto przypomnieć, że w 1955 roku John Money, amerykański psycholog i seksuolog, po raz pierwszy wprowadził rozróżnienie na „płeć” (biologiczną tożsamość płciową) i „rodzaj” (społeczną tożsamość płciową, którą dana jednostka sama sobie Dlaczego zjawisko przypisuje „mową” gender jest takim i „działaniem”). Od „znakiem czasu”, tego czasu wśród z którego można zachodnich inteodnieść jakąś kolektualistów, socjologów i wykładowrzyść? Warto rozeznać złe Oto powraca kweców akademickich stia synostwa karierę robi pogląd, nawyki, które sprawi(„wszyscy urodzili ły, że „małżeństwo dla zgodnie z którym się z ojca i z matki”) te dwie tożsamości wszystkich” i adopcję jako wezwanie, by są odrębne i mogą dla par homoseksualodkryć na nowo się sobie przeciwnych uważamy za powszechność nastawiać, gdyż sposprawę wolności. szego synowskiego łeczna tożsamość statusu, czyli popłciowa jest przedwszechne braterstwo i powszechne Bo- miotem arbitralnego wyboru jednostże synostwo. Kto mówi „syn”, „córka”, ki, „tożsamością bez istoty”, jak to ujął „ojciec”, „matka”, wskazuje na osobę, David Halperin. Książka pokazuje też, a nie na jednostkę. A kto mówi „osoba”, że gender stanowi część nowego syma na myśli „miłość”. Ojciec, źródło stemu etycznego, będącego wynikiem życia, kocha jako pierwszy. Zjawisko sekularyzacji oraz całej serii współzagender atakuje przede wszystkim mi- leżnych ze sobą rewolucji w obszarze łość, ale jego promotorzy najbardziej polityki, antropologii i kultury. Ukapragną, choć o tym nie wiedzą, właś- zuje globalnie normatywny charakter nie miłości. Każda osoba doświadcza tego systemu: od konferencji w Pekinie w swoim życiu miłości i – świadomie (1995) perspektywa rodzaju jest de faclub nie – odkrywa jej trójdzielną struk- to globalną normą polityczną i kulturoturę: miłość dawaną przez kochającego wą. Równość płci (gender equality) jest osobie kochanej; miłość przyjmowaną wręcz priorytetową płaszczyzną współprzez osobę kochaną i miłość-komu- pracy międzynarodowej. Po przedstanię między tymi, którzy się kochają. wieniu w książce krytycznej analizy Przedmiotem naszych debat powinien gender jako procesu negacji proponuję być kulturowy powrót do miłości i do kilka rozważań o charakterze praktyczjej powszechności jako doświadczenia nym, jak również perspektywę nadziei, ludzkiego. Wszyscy jesteśmy stworzeni czyli osobistego i kulturowego powrotu

niła się na Zachodzie jako pierwsza i od kilkudziesięciu lat święci tam triumfy, szerzy się w piorunującym tempie w krajach rozwijających się, którym narzucana jest laicystyczna koncepcja kobiety jako wyłącznie „obywatelki-jednostki”, posiadaczki „praw” (do antykoncepcji, aborcji, laickiej edukacji seksualnej, „świadomego wyboru”, zapłodnienia in vitro, dobrowolnej sterylizacji itd.). W sposób naturalny od dekonstrukcji kobiety następuje przejście do dekonstrukcji tożsamości płciowej. Trzeba być ślepym, żeby tego procesu nie zauważyć. Jest sprawą niesłychanej wagi, by niektóre kraje rozwijające się uświadomiły sobie, że jeśli jeszcze gorszą się zachodnimi projektami ustaw dopuszczających małżeństwa osób tej samej płci, to realizując politykę sprzyjającą dekonstrukcji macierzyństwa, same już weszły w spiralę śmierci. Gender, przyjęte jako warunek udzielania pomocy ekonomicznej, objęło już wszystkie poziomy społeczeństw krajów spoza Zachodu i wciągnie je w ten sam co na Zachodzie rewolucyjny proces, przechodzący od jednej interpretacji do drugiej. Kulturom tradycyjnie otwartym na osobę, na miłość, na Boga grozi zatem błyskawiczna, dokonana ukradkiem, laicyzacja. Wyjdźmy – jak nas zaprasza Papież – poza kłopoty naszych krajów i otwórzmy się na cierpienia, jakie zachodnie wypaczenia spowodowały w innych częściach świata. Czy Pani zdaniem homoseksualna interpretacja globalnej normy gender może w najbliższych latach się ugruntować? Trudno powiedzieć, ale widać, jak szybko od początku XXI wieku dochodzi do prawnego uznania „małżeństw” między

o „rodzinie we wszystkich jej formach”. Tożsamość rodzaju i orientacja seksualna były omawiane w Radzie Praw

O ile złożoność i techniczna strona zjawiska gender są odrażające i mogą zniechęcać, o tyle odpowiedź, jakiej należy udzielić, jest zadziwiająco prosta i pełna światła. Człowieka w 2012 roku. Na szczeblu współpracy międzynarodowej definicja małżeństwa i rodziny jest rozchwiana u samych jej podstaw. Walka ta ma charakter duchowy. Musimy zdecydować, pod jakim sztandarem chcemy walczyć. O ile złożoność i techniczna strona zjawiska gender są odrażające i mogą zniechęcać, o tyle odpowiedź, jakiej należy udzielić, jest zadziwiająco prosta i pełna światła. Jest jednak trudna i wymagająca w tym sensie, że domaga się naszego osobistego zaangażowania. K Z francuskiego tłumaczyła Agnieszka Kuryś Za „Pastores” 60/3/2013

* Do legalizacji „małżeństw” homoseksualnych doszło w międzyczasie w Urugwaju, Nowej Zelandii oraz we Francji (przyp. red.).


KURIER WNET

19

D O O KO Ł A·Ś W I ATA

Odwiedzając w 1993 r. Nową Zelandię, kraj najbardziej odległy od Europy, byłem goszczony przez tzw. Dzieci Pahiatua. Ludzie ci opowiadali o swych dramatycznych przejściach od deportacji z Kresów II Rzeczpospolitej przez Sybir i Iran do Wellingtonu. Ktoś polecił mi książkę „Skradzione dzieciństwo” księdza Łucjana Królikowskiego, kapłana, który towarzyszył polskim sierotom w ich tułaczce po świecie. Około 150 dzieci z Afryki wywiózł po wojnie za ocean, przez co zyskał miano „największego kidnapera XX wieku”. Po latach na prośbę „dzieci” stał się ich biografem.

N

św. Augustyn

a początku XXI w. ks. Łucjan zjawił się w Krakowie w czasie targów książki. Byłem obecny na tym spotkaniu. Ksiądz przypomniał, że decyzja o „popełnieniu” owej książki nie była łatwa. Dowiedział się o niej Władysław Machejek, wysłaniec komunistów z Warszawy. Miał zaprezentować wersję losów dzieci wygodną dla Sowietów i ich antenatów w Polsce, winnych tych ogromnych cierpień. Oto fragment ich dyskusji: WM: Proszę księdza, ja jestem pisarzem, ja umiem pisać, ja to zrobię lepiej. ŁK: Czy pan zaczynał od piątej, czy pierwszej książki? Ja się też nauczę pisać. A poza tym jest zasadnicza różnica między mną a panem: ja to wszystko przeszedłem, przeżyłem. Pan zna to z drugiej ręki. Celowo zacząłem od tego fragmentu dziejów Polski – losów najmłodszych, niewinnych sierot znad Wisły. Wędrowanie śladami polskich dzieci z czasów ostatniej wojny było częścią mojego „smakowania świata”.

Europa XIX w. W ciągu pół wieku wędrówek po świecie odwiedziłem ok. 100 krajów, w tym niemal wszystkie europejskie. W tym czasie Europa bardzo się zmieniła, bardzo się postarzała. To niewątpliwie późna jesień naszego kontynentu. Bogactwo Europy w znacznym stopniu wiąże się z niewolnictwem i kolonializmem, a zatem z grabieżą innych państw, głównie Afryki i Azji. W czasie ostatnich wakacji (lipiec–sierpień 2016) po raz kolejny odwiedziłem większość państw Zachodniej Europy. Wszystkie miejsca były mi znane poza Lagos, niewielkim miasteczkiem prowincji Algarve w Portugalii. Tutaj w XV w. przygotowywano kadry żeglarzy zdolnych do podjęcia dalekich wypraw w nieznane regiony świata. Był tu nie tylko ośrodek dydaktyczny, ale i naukowo-badawczy. Stąd Henryk Żeglarz, trzeci syn króla

nowe mocarstwa. Zamiast konfrontacji, w Europie wybrano ekspansję na tereny pozaeuropejskie. Oficjalnie pod sztandarami misji cywilizacyjnej, ulepszania świata Anglicy, Francuzi, Holendrzy, Niemcy, Włosi i inni zaczęli się przyglądać krajom azjatyckim i Afryce. Już w średniowieczu było wiadomo, że w Europie jest żywność, a w Azji przyprawy korzenne, złoto, kość słoniowa, wyroby rzemiosła. Teraz Europie chodziło o surowce i rynki zbytu. Często działo się to na drodze podboju militarnego. Zacofane ekonomicznie i skłócone ze sobą liczne plemiona i kraje Azji i Afryki łatwo zostały podporządkowane mocarstwom europejskim. Ludność tubylcza płaciła podatki, które w większości odpływały do metropolii. Importowano masowo wyroby przemysłu europejskiego, niszcząc miejscowe rzemiosło, wywożąc z kolonii cenne surowce. Wywożono też wszystko, co miało jakąkolwiek wartość historyczną i materialną. Wiek XIX i XX uważa się za wiek wielkich odkryć historycznych (Pompeje, Troja, Mykeny, Pergamon, Efez, Persepolis, Mochendżo Daro, Babilon, Niniwa, Ur itd.). Europejscy dyplomaci i wojskowi często okazywali się zdolnymi kolekcjonerami, odkrywcami i archeologami, dokonując wspaniałych dla nauki odkryć starożytnych kultur, ale co ważniejsze zabytki wywozili do swoich krajów. Muzea Europy Zachodniej pełne są nie tylko niezwykle cennych wyrobów orientalnego rzemiosła, ale i elementów architektonicznych. Być może w ten sposób udało się ocalić wiele z nich, bo przekupni i ciemni miejscowi urzędnicy nie znali ich wartości, ale prawdą jest i fakt, że w ten sposób bogaciła się Europa, a ubożał Wschód. Najeźdźcy usuwali miejscową ludność z najbardziej urodzajnych i nadających się do osadnictwa terenów, a próby buntu były bezwzględnie tłumione. Z biegiem czasu, gdy apetyt mocarstw europejskich coraz bardziej wzrastał, a możliwości podboju nowych terenów malały, dochodziło do konfliktów między nimi (w końcu do wybuchu I wojny światowej). Powstania podbitych narodów, korupcja urzędników i konieczność utrzymania armii dla ocalenia stanu po-

Niewolnictwo we współczesnej formie zostało wymyślone przez Portugalczyków, a największe korzyści przyniosło Anglii, Francji i Holandii. Jana I, wysyłał w świat zastępy żeglarzy, odkrywców. Bezpośrednie dotarcie do Czarnej Afryki dało wkrótce efekt w postaci handlu żywym towarem. Jego pierwszym światowym centrum było właśnie Lagos. Niewolnictwo we współczesnej formie zostało wymyślone przez Portugalczyków, a największe korzyści przyniosło Anglii, Francji i Holandii. Z czasem ośrodkiem światowego handlu niewolnikami stał się Liverpool. U Portugalczyków chęć zysku łączyła się z motywacją religijną – schwytanych Murzynów chrzczono. To był początek masowego handlu Murzynami, który nasilił się szczególnie po odkryciu Ameryki. Byli oni popularnym towarem handlowym bankierów europejskich. Chwytaniem ich zajmowali się Arabowie. Angielski handlarz niewolników John Hawkins kupował towar w Anglii, wymieniał go w Gwinei na niewolników, tych z kolei wymieniał w Ameryce na towar, który sprzedawał w Anglii, za każdym razem z ogromnym zyskiem. Niewolnictwo w Europie formalnie zniesiono w XIX w., najpierw Napoleon w 1802 r., a później na kongresie wiedeńskim w 1815 r. Wędrując przez Szkocję, Anglię, Francję, Hiszpanię i Portugalię, można zauważyć, że te tereny są niemal zupełnie pozbawione naturalnych lasów. To efekt ich wycinania na budowę okrętów (w Anglii też do kopalni węgla). W Hiszpanii jest prowincja Estramadura, skąd wywodzili się konkwistadorzy. Upadało tam rolnictwo, handel i rzemiosło, bo zdobywcy Nowego Świata interesowali się jedynie grabieżą zdobytych terenów. Jeszcze na początku XIX w. Hiszpania miała największe imperium, ale w latach 1810–1825 niemal wszystkie kolonie zdobyły niepodległość, a pionier ekspansji kolonialnej, Portugalia, utraciła w 1822 r. Brazylię! Gdy Hiszpania i Portugalia schodziły ze sceny historycznej, pojawiły się

siadania sprawiły, że dalsza ekspansja stawała się coraz mniej opłacalna. W połowie XIX w. więcej korzyści przynosiło poszerzenie kontaktów handlowych niż podbój. Wielka Brytania koncentrowała się głównie na drobnych podbojach (Australia, Nowa Zelandia, Afryka Wsch. i Płd.) i bezwzględnym wyzysku „Perły w koronie” – Indii, doprowadzając ten bogaty w XVI w kraj do katastrofy ekonomicznej. Francja zdobyła Algierię, Madagaskar, Afrykę Zachodnią. Holandia starała się utrzymać Indonezję. Drogą różnych traktatów politycznych i handlowych uzależnione przez Europę zostały Chiny, Persja, Syjam. Pretensje do podziału resztki tego „tortu” zgłosiły też Włochy i Niemcy. Zainteresowano się Afryką jako źródłem niewolników, licznych surowców, złota i kości słoniowej. W 1900 r. ten tort wydawał się już być podzielony. Największa jego część przypadła Wielkiej Brytanii – 33 mln. km2 oraz Francji – 10,5 mln km2. Na mocy traktatu Sykes-Picot z 1916 r. i innych powojennych podzielono między Francję i Wlk. Brytanię Bliski Wschód. To był kres świetności mocarstw europejskich. Tuż po II wojnie światowej uważano, że konieczne jest wyrównanie przepaści ekonomicznej między poszczególnymi krajami zniszczonej Europy oraz stworzenie szans skutecznej konkurencji z USA, Japonią i innymi wschodzącymi potęgami ekonomicznym. Ideę zjednoczonej Europy przedstawił Schuman 9 V 1950 r., a w 1951 r. powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali, do której przystąpiło 6 państw. Podpisali ją w imieniu swoich rządów m.in. Konrad Adenauer – zwolennik jednoczenia Europy w oparciu o wartości chrześcijańskie – i Winston Churchill, który pragnął Europy zjednoczonej na wzór USA. Obecnie, po 6 rozszerzeniach, Unia Europejska składa się z 28 członków. W różnych latach w ostatnim półwieczu wielokrotnie przemierzyłem

Polską Milę (najbardziej ekskluzywne sklepy miasta). Od tej pory miasto się wyludniało, ale nie wszyscy zdążyli się wyprowadzić – zostali zamordowani. Przejechałem tę ulicę samochodem z różańcem w ręku, przy zamkniętych oknach, w obawie, by jakiś Murzyn nie rzucił kamieniem w okno. W 2013 r. nastąpiło bankructwo Detroit i widoczny schyłek dominacji USA w świecie.

XXI wiek okiem podróżnika Władysław Grodecki

Azja XXI w.

RYS. WOJCIECH SOBOLEWSKI

Świat jest księgą, a człowiek, który nie podróżuje, czyta tylko jedną stronę.

Europę Zachodnią (ostatnio w czasie wakacji 2016 r.) i za każdym razem to, co widziałem, napełniało mnie coraz większym pesymizmem co do jej przyszłości. Co pozostało z idei założycieli UE? Jaka jest dziś Europa w oczach podróżnika? Oto pierwsze spojrzenie, pierwsze refleksje. Tu prawie nic się nie buduje. Pamiętam pobyt w 1979 r. w Paryżu wraz z przewodnikami krakowskimi. Ogromne wrażenie na nas zrobiło czyste, piękne i funkcjonalne metro oraz szybkie RER. Zaskakiwały różne, nowoczesne rozwiązania architektoniczne, Centrum Pompidou, a przede wszystkim supernowoczesna dzielnica La Defense – biurowo-wystawiennicza, mieszkalna i handlowa. Dziś wszystko

wędrować po świecie. Żyje się z dorobku poprzednich pokoleń i grabieży. Widzi to nie tylko taki turysta jak ja, ale również gnieżdżący się w gettach na peryferiach miast Murzyni i Arabowie. To ogromne bogactwo i upadek obyczajów widział i ten kierowca arabski w Nicei, który 14 lipca br. stratował ciężarówką 84 osoby. Po wojnie w żadnym kraju nie opracowano żadnego programu integracji z lokalnym społeczeństwem, nic więc dziwnego, że coraz częstsze są tam przypadki terroru, gwałcenia kobiet, kradzieży i rozboju. Problemy imigracyjne ofiar konfliktów na Bliskim Wschodzie są dziś najtrudniejszym zadaniem, przed którym stoją władze w Brukseli. Najgorsza jest ich niekompetencja, oderwanie

Żyje się z dorobku poprzednich pokoleń i grabieży. Widzi to nie tylko taki turysta jak ja, ale również gnieżdżący się w gettach na peryferiach miast Murzyni i Arabowie. jakby poszarzało. Na ulicach i placach brud, niezbyt starannie utrzymane są drogi i autostrady. W centrach miast i w wielu dzielnicach peryferyjnych znaczny procent stanowi ludność kolorowa. Ale najbardziej szokujący jest brak dzieci białych rodziców, a przecież przyrost naturalny jest podstawowym warunkiem rozwoju narodu. Odrzuca się tradycyjny, chrześcijański porządek obowiązujący od wieków w Europie. Gender, małżeństwa homoseksualne, aborcja, eutanazja i wielokulturowość to najlepszy dowód degradacji podstawowych wartości etycznych. Wyludniły się kościoły i klasztory! Ogromna danina krwi, jaką złożyły państwa europejskie w czasie wojny, była przyczyną braku rąk do pracy i otwarcia granic dla obywateli dawnych kolonii, Turków, Arabów, Pakistańczyków. To oni wykonują najmniej płatne prace, także Polacy, Rumuni, Bułgarzy. Pracują na wyższe pensje i emerytury Anglików czy Niemców. Ale pracujących za głodowe pensje jest coraz mniej. Do nich nie należą ci, których obecnie zaprasza z Bliskiego Wschodu Angela Merkel. Oni nie chcą w ogóle pracować. Na Zachodzie dominuje konsumpcyjny styl życia, kobiety nie chcą rodzić i zajmować się dziećmi, wolą robić karierę zawodową, ograniczać czas pracy,

od problemów społeczeństw, arogancja i gorsze traktowanie niedawno przyjętych członków (w tym Polski) w porównaniu z Niemcami i Francją. Absurdalne są ograniczenia w produkcji żywności, niszczenie rolnictwa, handlu, przemysłu. Brexit to groźne ostrzeżenie dla przyszłości Europy.

Ameryka XX w. Do początku XIX w. w skład Stanów Zjednoczonych wchodziło 13 kolonii (stanów). Przybywało imigrantów, więc potrzebne były nowe tereny. Drogą podboju lub zakupu w połowie XIX w. ukształtowało się obecne terytorium. Ostatnim kontynentalnym stanem była Alaska, którą 1867 r. zakupiono od cara. Rocznie przybywało ok. 150 tys. imigrantów. Przyjmowano ich na wyspie Ellis Island, gdzie odbywali przymusową kwarantannę. Niektórzy umierali, inni musieli wracać tam, skąd wyjechali, lub przyjmował ich inny zamorski kraj (np. Brazylia). Na początku XX w. USA były dla imigrantów ziemią obiecaną, gdzie panowała wolność religijna i polityczna, krajem w pełni demokratycznym, kwitnącym gospodarczo. Codziennie do Nowego Jorku przybywało do 2 tys. imigrantów z Europy. Wszyscy

znajdowali tu pracę. Pracował tylko mężczyzna – głowa rodziny, i to 8 godzin wyłącznie w dni robocze; w święta ludzie odpoczywali. Symbolem rozwoju i bogactwa Ameryki stało się Detroit. Założone w 1701 r. przez Francuzów, początkowo rozwijało się dzięki żegludze parowej, a później zlokalizowano tu trzy wielkie koncerny samochodowe: Ford Motor Company (1903), General Motors (1916) i Chryzler (1926 r.). W centrum Detroit znajduje się miasto Hamtramck. W 1910 r. przybyli tu bracia Dodge i zaczęli budować fabrykę samochodów. Z całej Ameryki przyjeżdżali Polacy i podobno w Hamtramck stanowili 95% populacji! Kraj świetnie się rozwijał i niechętnie angażował w różne konflikty. Do I wojny światowej przystąpił dopiero w 1917 r., przyczyniając się walnie do odzyskania niepodległości Polski w 1918 r. Prowadząc politykę izolacjonizmu, USA zostały zmuszone do przystąpienia do II wojny przez japoński atak na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 roku. 12 mln żołnierzy wzięło udział w walkach w Europie, Azji i na Pacyfiku. Zaopatrywano też w broń armię brytyjską i Rosjan, a prezydent Roosevelt brał udział w konferencji w Teheranie i Jałcie. Zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę (6.08.1945 r.) i Nagasaki (9.08.1945 r.) zmusiło Japończyków do kapitulacji 2 września 1945 r.

„Kto raz usłyszał głos Azji, innego słuchał nie będzie”. (Rudyard Kipling) W czasie swych wędrówek po Indiach zatrzymałem się na kilka dni w Araungabadzie, niewielkim miasteczku w pobliżu Bombaju. Zamówiłem herbatę z mlekiem i usiadłem przy stoliku obok dwóch młodych mężczyzn. Jeden był hinduistą, a drugi muzułmaninem. Chwilę później dołączył buddysta i dżinista. Pięciu mężczyzn przy jednym stoliku i każdy innego wyznania. Taki przypadek może wydarzyć się wyłącznie w Indiach! Indie – czy można sobie wyobrazić kraj bardziej różnorodny, bardziej interesujący? Tu jak nigdzie na świecie występują wszystkie problemy naszej planety. Ten duży kraj jest niewielkim światem! Indie są 10 razy większe od Polski. Tu są wszystkie rasy, wszystkie klimaty, wszystkie religie świata… W Indiach jest ok. 600 języków i narzeczy, a zabytki tak niezwykłe, jak piramidy egipskie… Indie to kraj świętych krów, świętych małp, świętych ludzi, świętych drzew… Tak, jestem zafascynowany Azją, a szczególnie Indiami, które na wszystkich robią ogromne wrażenie. Zaczynałem swe wędrówki od Azji i po latach znowu tam wracam. W ciągu półwiecza przemierzyłem niemal cały kontynent, spędzając tam znaczną część swego życia. Wracałem co kilka lat. Widziałem Azję 40, 20, 10 i 2 lata temu. Zgromadziłem ogromną ilość zdjęć i filmów współczesnej Azji i tej sprzed lat, której już nie ma. Niewyobrażalna bieda, brud, wszędzie śmiecie, zatłoczone pociągi i autobusy, tłumy żebraków na ulicach i gnieżdżących się w slumsach, czy choćby tzw. smród Wschodu – to już przeszłość. Z bogactwa i dynamicznego rozwoju słynęła Japonia, Korea Płd. Tajwan, Malezja i Singapur. W XXI w. do tego grona dołączyły Chiny, Indie, Turcja i Emiraty nad Zatoką Perską. Biedne niegdyś Chiny są już dziś jedną z największych potęg ekonomicznych świata. Najwyżej położona na świecie kolej żelazna, zapora trzech przełomów, tysiące wieżowców i hal fabrycznych pojawiających się na obszarze całego kraju czy zalany chińskimi towarami świat jest tego najlepszym dowodem. Przykładem dynamicznie rozwijającego się kraju jest także Iran, który odwiedziłem dwa lata temu. W polskojęzycznych mediach, jak twierdzą odwiedzający ten kraj turyści z Polski, jest 10–20% prawdy. Kto wie, że mniejszość chrześcijańska (ok. 200 tys.) ma zagwarantowane trzy mandaty w parlamencie irańskim, a jeden – licząca 15 tys. żydowska grupa etniczna? W Iranie Kurdowie cieszą się pełnią praw obywatelskich, a w obecnym rządzie funkcje wiceprezydentów pełnią także kobiety. Mimo ponad 35 lat blokady gospodarczej przez USA i 12-letniej przez UE,

Pięciu mężczyzn przy jednym stoliku i każdy innego wyznania. Taki przypadek może wydarzyć się wyłącznie w Indiach! Po wojnie wzmocniona Ameryka stała się największą potęgą ekonomiczną i polityczną świata, odbierając prymat Wielkiej Brytanii, która, tracąc kolonie, była faktycznie największym przegranym w II wojnie światowej. Szczególnym dowodem dominacji USA było lądowanie Apollo XI 20.07.1969 r. na Księżycu za prezydentury J.F. Kennedy’ego. Niestety ten prezydent, by zdobyć głosy Murzynów w wyborach prezydenckich, zgodził się na wpuszczenie ich do centrów dużych miast. W 1968 r. zamordowano M.L. Kinga i prosperity Detroit się skończyło. Jak mi opowiadano, w Windsor czarna ludność przez 10 lat grabiła, niszczyła i puszczała z dymem dobytek kilku pokoleń Polaków i Niemców, w tym słynną

mimo tragicznej w skutkach ośmioletniej wojny z Irakiem, kraj szybko się rozwija. Świetne są tu drogi, sprawnie funkcjonuje kolej, tania jest komunikacja autobusowa, hotele, żywność. Obecnie ograniczenia handlowe i polityczne są znoszone, a kraj należy do najbezpieczniejszych i najszybciej rozwijających się w Azji. Świat to mozaika różnych kultur, religii, ras, klimatów, obyczajów, języków itp. Każdy kraj, każdy kontynent jest inny. Historycy zauważyli, że wiek XIX był wiekiem Europy, wiek XX Ameryki, a XXI będzie wiekiem Azji. Przedstawiłem Państwu moje refleksje na ten temat, uważając że jest ogromna różnica między osobą, która zna pewne fakty z książek, a świadkiem, podróżnikiem! K


KURIER WNET

20

O S TAT N I A· S T R O N A

Historia jednego zdjęcia...

Święta Bożego Narodzenia 2006. Św. Mikołaj pozostawił pod choinką koszulki dla całej rodziny. Prezent się spodobał, bo teraz jest widoczne dla wszystkich, że tworzymy jedną drużynę.

Fot. M. Słoniowska

Do napisania tych słów pobudziła mnie wypowiedź pani Przybysz, w której przyznała się ona do aborcji i ujawniła jej przyczyny. Wiem, jakie emocje przeżywa kobieta w pierwszym okresie ciąży. Rozumiem, że często ciężko jest natychmiast zaakceptować myśl, że „znowu” – trud ciąży, pieluch, kup, nieregularnego snu i życia podporządkowanego nie sobie samej.

Wszystko wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść Magdalena Słoniowska Wychowanie tylu dzieci to był ogromny wysiłek. Ale się opłacił. Dziś są ludźmi o prostych kręgosłupach moralnych, zdrowo myślące, wierzące, otwarte na ludzi, wykształcone. Wracając do wypowiedzi, która stała się powodem mojej: większość kobiet przeżywa zamęt emocjonalny na początku ciąży. I decyzja pani Przybysz prawdopodobnie została

Kiedy chorował i umierał nasz maleńki synek, czułam się, jakbym sama umierała. Wola Boża – to nie jest frazes. I mogłabym wiele napisać, jak to przeżycie było ważne dla mojego i mojej rodziny dalszego życia. Kiedy miał się urodzić nasz najmłodszy syn i mogłam nie przeżyć porodu, myślałam, nie chcę zostawiać męża, nie widzieć, jak wzrastają nasze dzieci. Ale

łatwością i wszystkim, co potocznie rozumie się jako dolce vita. Sześcioro naszych dzieci urodziło się na 46 metrach. Zajmowaliśmy dziesięciometrowy pokój w mieszkaniu matki mojego męża. Ale to były czasy komuny i nikogo to nie dziwiło. Potem przyznano nam jakimś cudem (wtedy mieszkań kwaterunkowych

latach można je było wykupić. Sprzedaliśmy je i za te pieniądze kupiliśmy dom. To wszystko piszę w związku ze sławetnymi sześćdziesięcioma metrami, które między innymi zadecydowały o aborcji. To dowód na to, że Bóg jest i że się troszczy. Sama nie wymyśliłabym tej historii, bo uważałabym, że nikt w nią nie uwierzy.

po tej samej ziemi. Nie zmusimy siebie nawzajem do zmiany myślenia, nie zmieni też tego głośne potępianie, gorszenie się czy szyderstwa z obu stron. Kto wie – a właściwie ja wiem, jak sama bym postępowała, gdybym nie była w Kościele. Jestem szczęśliwa, że urodziłam wszystkie dzieci, którymi Bóg mnie obdarzył. K

PRENUMERATA ROCZNA KRAJOWA Zamawiam 12 kolejnych numerów Kuriera WNET: 1 egzemplarz za 70 zł 2 egzemplarze za 120 zł 3 egzemplarze za 170 zł RYS. WOJCIECH SOBOLEWSKI

M

am ośmioro dzieci, już dorosłych. Urodziłam dziewięcioro – jedno, ósme, urodziło się chore i po trzech i pół miesiącach życia zmarło. Wszystkie dzieci przyszły na świat w ciągu 14 lat, więc, jak się można domyślić, przerwy między urodzinami były małe. Każda ciąża była zagrożona, a ostatnia zagrażała nie tylko dziecku, ale i mojemu życiu. Często na początku ciąży myślałam, że to za dużo, za często, że nie dam rady. Ale ślubowaliśmy z mężem, że przyjmiemy wszystkie dzieci, jakimi Bóg nas obdarzy. Uznaliśmy, znając zasady tzw. odpowiedzialnego rodzicielstwa i regulowania poczęć, że jednak Bóg wie lepiej, kiedy chce dać kolejnemu człowiekowi życie. I dlatego postanowiliśmy, że nie będziemy Bogu stawiać przeszkód. W naszej rodzinie zaowocowało to dziewięciorgiem dzieci. W innych, których znam bardzo wiele, jest różnie. Niektórzy nie mają wcale dzieci, inni dwoje, troje, a jeszcze inni – ośmioro tak jak my albo sześcioro, dziewięcioro, piętnaścioro. Zawsze, kiedy trudno mi było zaakceptować kolejną ciążę, myślałam o tym, jaką niewyobrażalną radość będę przeżywać, trzymając na rękach kolejne dziecko. Tego nie da się porównać z niczym. I potem patrzeć, jak żyje, rośnie, móc mu dawać swoją miłość i otrzymywać ją w zamian. Najpiękniejsze lata mojego życia to był czas, kiedy nasz dom roił się od dzieci. I nie tylko naszych. Mamy tyle „adoptowanych” – to są znajomi i przyjaciele naszych dzieci, których pełne było nasze mieszkanie; dziś dorośli, mają swoje rodziny.

podjęta pod wpływem takich przeżyć. Przypuszczam, że ta kobieta nie ma oparcia. I nie mają go te wszystkie osoby, które żądają śmierci dla chorych dzieci. To jest problem, z którym zmaga się cała cywilizacja Zachodu – brak fundamentu, na którym buduje się swoje życie. Ja mam lepiej. I ja, i mój mąż wierzymy w Boga. Wiemy, czego się trzymać – czy to jest dla nas w danej chwili wygodne, czy nie. Wiedziałam, że nawet jeśli miałabym umrzeć, nie zabiję mojego dziecka, bo jego życie jest tak samo ważne, jak moje.

Jestem wolna i mogę dokonywać wyborów, ale wierzę, że moje i każde życie pochodzi od Boga i do Niego należy. A szczęście wcale nie jest równoznaczne z przyjemnością, wygodą, łatwością i wszystkim, co potocznie rozumie się jako dolce vita. przypominałam sobie, że przecież Jan Paweł II wychowywał się bez matki. Jestem wolna i mogę dokonywać wyborów, ale wierzę, że moje i każde życie pochodzi od Boga i do Niego należy. A szczęście wcale nie jest równoznaczne z przyjemnością, wygodą,

nie dostawali nawet ci, co mieszkali na klepisku w baraku bez wody) dwupokojowe mieszkanie bez ogrzewania. Tam urodziła się pozostała trójka. Po wielu perypetiach zamieszkaliśmy w dużym, pięciopokojowym mieszkaniu komunalnym. Po dziesięciu

Rozumiem, że jeśli ktoś nie ma wsparcia w wierze i jest przekonany, że życie jest splotem przypadków i wyborów, które zależą tylko od niego, będzie walczył o prawo do decyzji w każdej sprawie i zwróci się przeciw każdemu, kto ogranicza jego tak pojętą wolność. Jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno. To jest logiczne. Nie potępiam ani pani Przybysz, ani wszystkich, którzy myślą inaczej niż ja. Oni w żyją świecie bez Boga i ich wybory są tego konsekwencją. Granic naszych światów nie da się przekroczyć – to trzeba jasno powiedzieć, mimo że stąpamy

Imię i Nazwisko

Adres dostawy

Telefon kontaktowy

W terminie 7 dni od wysłania formularza zamówienia należy dokonać opłaty na rachunek bankowy Alior Bank: nr 24 2490 0005 0000 4600 3762 4548 W przelewie należy podać mię i nazwisko Zamawiającego i dopisać „Kurier Wnet”. Zamówienie należy dostarczyć na adres: Radio WNet Sp. z o.o. ul. Zielna 39, 00-108 Warszawa Prenumeratę można także zamówić przez internet: www.kurierwnet.pl


Nr 29

Ś ‒ L ‒ Ą ‒ S ‒ K ‒ I

K ‒ U ‒ R ‒ I ‒ E‒ R

Listopad · 2O16 W

n u m e r z e

Uzurpatorzy

Jadwiga Chmielowska

G

A

Z

E

T

A

N

I

E

C

O

D

Z

I

E

N

N

A

L

istopad. Nawiedzamy groby bliskich. Rozmyślamy nad tym, co w naszym krótkim życiu jest ważne. Święci wskazują, jak żyć, by nie marnować danego nam czasu. Wspominamy nie tylko krewnych. Zapalamy światła na grobach bohaterów, dzięki którym żyjemy w wolnej Polsce. Nie o takiej marzyliśmy, ale sami jesteśmy temu winni. Zbyt leniwi, by sprawdzać, na kogo głosujemy, kierujemy się wyglądem i kłamliwymi słowami. Ulegamy wizerunkowi kształtowanemu przez media. Nie szukamy racji, słuchamy narracji, czyli opowieści. Jeszcze niedawno zwrot „opowiadasz” znaczył to samo, co „gadasz głupstwa”. A przecież narracja to właśnie opowieść. Narracja nie znaczy racja. W tym roku pożegnaliśmy ważne dla historii Polski postaci: Tadeusza Buranowskiego – jednego z najbardziej oddanych i bojowych członków władz regionalnej Solidarności – i Bogusława Hoinę, znanego działacza gliwickiego podziemia stanu wojennego. Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie! W listopadzie odbędą się wybory w USA. Od Amerykanów będzie zależało, czy uda się powstrzymać imperialne zapędy Rosji. Reagan miał rację – pertraktacje z „Imperium Zła” tylko je rozzuchwalają. Jeśli mu się ulegnie, wojna wybuchnie w niedalekiej przyszłości. Jeśli się je postraszy, uratuje się pokój i wiele istnień ludzkich. Niemcy przodują w rozzuchwalaniu Rosji. Ich stosunek do Ukrainy, decyzja wiosną tego roku o nieprzepuszczeniu do Polski wojsk USA na manewry Anakonda 1 – i teraz Rosja szykuje się do blokowania portów na Bałtyku i Morzu Czarnym, aby uniemożliwić desant NATO wspierający sojuszników. A Niemcy wyposażyli pod Moskwą nowoczesne centrum dowodzenia. Od agresji na Polskę może też odstraszyć silna obrona terytorialna. Te wojska szybko mogą przejść do konspiracji, a to Polska specjalność, udoskonalana w kolejnych pokoleniach. Polaków mordowano tylko dlatego, że byli Polakami. Wołyń był pod zaborem rosyjskim, OUN finansował głównie Kreml. Propolskich bojowców UPA wymordowano, aby nie przeszkadzali rżnąć Polaków. Historia powinna nauczyć i nas, i Ukraińców, że póki jesteśmy razem, możemy cieszyć się wolnością. Gdy zaczynamy ze sobą walczyć, cieszą się wrogowie. O trudnych sprawach należy mówić otwarcie, aby obcy nas nie skłócali. Nasze sprawy jesteśmy w stanie załatwić sami. Niech Moskal nie wygrywa na rozbudzanych sprytnie emocjach. 11 listopada będziemy cieszyć się z naszej niepodległości, wywalczonej prawie 100 lat temu dzięki walce zbrojnej i dyplomacji. II RP wychowała pokolenie, które przekazało nam miłość Ojczyzny i wolności. Nawet PRL nazywany był „najweselszym barakiem w obozie”. Nie udało się komunistom zniszczyć Kościoła i prywatnej własności ziemi. Nie udało się zawładnąć polską duszą, która pozostała wolna i rogata, by bóść wrogów. Miasteczko namiotowe przed Ministerstwem Sprawiedliwości nadal stoi, bo Zygmunt Miernik wciąż siedzi w więzieniu za to, że wzorem francuskich patriotów rzucił tortem w sędzię, która nie skazała sowieckiego sługusa i zbrodniarza, Kiszczaka. 20 listopada o 18.00 w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu odbędzie się finał i 26. już gala konkursu „Po naszymu czyli po śląsku”. To wielkie święto Ślązaków, pielęgnujących tradycję i gwarę – nie żaden język śląski. W tym roku po raz pierwszy od 26 lat były poważne problemy z przeprowadzeniem konkursu. Schlesierzy chcą zniszczyć bogactwo kultury śląskiej i jej polską tożsamość. O kulturze i edukacji w Urzędzie Marszałkowskim decyduje RAŚ. W śląskim PO zwyciężyła opcja schlesierska, w PiS i u Kukiza też nie jest najlepiej. Wszyscy Święci, módlcie się za nami! K

2

Język dialogowy i śląski syndrom dziecka niekochanego (i) Ideologom autonomii nie zależy na jej osiągnięciu, ale na przechwyceniu dystrybucji pieniędzy z budżetu województwa, państwa i Europy. Czy ta dystrybucja ma być propolska, czy antypolska, zależy wyłącznie od tego, za co dają kasę. Andrzej Jarczewski o źródłach separatyzmu śląskiego.

Jeśli ktoś przez ostatni tydzień śledziłby regionalne media, to mógłby odnieść wrażenie, że wielka krzywda dzieje się nam, Ślązakom, i musimy na co dzień toczyć heroiczne boje o prawo deklarowania naszej tożsamości i używania śląskiej godki. Takie fale pospolitego ruszenia zwoływanego do obrony 3 prześladowanej mniejszości śląskiej odbywają się u nas co jakiś czas, często Wojna, z udziałem mediów ogólnopolskich. którą właśnie

Jak manipuluje się śląskością i co z tego dla nas wynika Piotr Spyra

O

statnia zaczęła się 19 października, po wspólnym posiedzeniu dwóch sejmowych komisji: Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Mniejszości Narodowych i Etnicznych, na którym to posiedzeniu komisje zarekomendowały sejmowi odrzucenie obywatelskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz języku regionalnym. Ten projekt firmuje Rada Górnośląska, zdominowana przez Ruch Autonomii Śląska. Sprowadza się on do dwóch kwestii: wyodrębnienia Ślązaków jako mniejszości etnicznej i nadania dialektowi śląskiemu statusu języka regionalnego. Taka rekomendacja oznacza, że sejm najprawdopodobniej odrzuci ten projekt. Zwolennicy separowania Ślązaków od Polski nie dają jednak za wygraną. A ponieważ do perfekcji opanowali oni sztukę manipulacji i perfidnego okłamywania opinii publicznej, to z mediów uczynili swoją główną broń. Ich prosty przekaz nie zmienia się od lat i nabrał już cech pewnej rytualizacji, a sprowadza się on do trzech punktów:

Stawiania znaku równości między ślązakowskimi aktywistami a Ślązakami. Przedstawiania zwolenników śląskiej separacji jako skrzywdzonej mniejszości, represjonowanej przez państwo polskie, i sugerowania, że bez spełnienia ich „słusznych” postulatów śląska kultura regionalna i śląskie gwary nie tylko nie będą mogły się rozwijać, ale wręcz zanikną. Przekonywania, że „śląskie” propozycje są bardzo umiarkowane, będą miały wyłącznie pozytywne skutki, a przeciwnicy tego rozwiązania nie mają żadnych argumentów i reprezentują „zamkniętą” wizję polskości. Jeżeli zrobicie sobie pod tym kątem przegląd doniesień medialnych z ostatniego tygodnia, poświęconych sprawom śląskim, to zobaczycie, że tak to właśnie wygląda. Oczywiście aktywiści RAŚ i ich sojusznicy doskonale wiedzą, że ten obraz ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Większość Ślązaków jest raczej obojętna lub nastawiona niechętnie do ciągłych prób konfliktowania ich z Polską. Kultura śląska i dialekt śląski mają się nie najgorzej, a jeśli zanikają, to w efekcie globalizacji kultury, a nie represyjnej polityki państwa. Postulaty

Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej i klub „Marchołt” zapraszają na

KONCERT PIEŚNI PATRIOTYCZNYCH POLSKICH I AMERYKAŃSKICH 11 listopada to nie tylko Święto Niepodległości Polski, ale i Dzień Weterana, obchodzony uroczyście w USA. Polacy i Amerykanie oddadzą razem hołd bohaterom o godz.18 w Sali Koncertowej Akademii Muzycznej w Katowicach przy ul. Zacisze 2.

Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej zaprasza na debatę

ROLA RZECZPOSPOLITEJ W DZIEJACH 24 listopada, w godzinach 14-18, w Sali Sejmu Śląskiego gmachu Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach, ul. Jagiellońska 25. Uczestnicy dyskusji: prof. Andrzej Nowak – Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, prof. Alfredas Bumblauskas – Uniwersytet Wileński, prof. Jazep Januszkiewicz – Białoruska Akademia Nauk, prof. Ihor Skoczylas – prorektor Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego, Sinaver Kadyrow – Członek Medżlisu Tatarów Krymskich.

odrębności etnicznej i odrębnego języka regionalnego nie są niewinnym instrumentem ubogacania kultury. Są dla części tego obozu kolejnym narzędziem do politycznego, kulturowego i etnicznego wyodrębniania Ślązaków z Polski i z narodu polskiego, żeby w końcu osiągnąć cel uznania narodu śląskiego. Dla innych jest to doskonała okazja, żeby zawalczyć o niemałe unijne i państwowe pieniądze w programach dedykowanych wspieraniu mniejszości narodowych i etnicznych oraz języków tych mniejszości. Nie znaczy to, że problem należy lekceważyć czy poprzestać na moralnej satysfakcji, iż mamy rację. I dotyczy

to zarówno polityki polskiej, jak i nas, Górnoślązaków, którzy czują się Polakami. Rozbudzenie śląskości po roku 1989 jest faktem, i to faktem, który należy ocenić jednoznacznie pozytywnie, bo przecież kultury regionalne wspaniale ubogacają naszą kulturę narodową. Jeśli państwo nie znajdzie takich form prawnych i instytucjonalnych wspierania śląskiej kultury regionalnej, które pozwolą się jej rozwijać w ramach polskości, jeśli my – polscy Ślązacy – nie będziemy w stanie twórczo się w ten rozwój włączyć, to propaganda Ruchu Autonomii Śląska może w końcu trafić na podatny grunt, co nie będzie dobre ani dla Śląska, ani dla Polski. K

przegraliśmy (iii) Unia Europejska była początkowo miłym i sympatycznym projektem. Wspólnotą Węgla i Stali, i wolnego handlu w ramach kilku państw. Teraz Unia Europejska, czyli Niemcy, biorą wszystko. Jan Kowalski kreśli gorzki obraz hegemonii Niemiec i gospodarczej podległości pozostałych państw UE.

4

Polska polityka wschodnia Polska ma interesy w krajach posowieckich, i to nie tylko w sferze moralno-sentymentalnej. Czy warto zajmować się Europą Wschodnią, będącą przedmiotem rosyjskich roszczeń? Do tej pory wiązało się to z dużym ryzykiem dla polskiego biznesu. Czy stać nas na politykę wschodnią? – zastanawia się Mariusz Patey.

6

Strategia A2/AD

Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej i klub „Marchołt” zapraszają na debatę

WOLNOŚĆ I SOLIDARNOŚĆ W POLSKIEJ KULTURZE POLITYCZNEJ 7 listopada, godz. 14.00 „Marchołt” Katowice, ul. Warszawska 37. W spotkaniu wezmą udział: Andrzej Rozpłochowski Przywódca strajku w Hucie Katowice w sierpniu 1980 r., przewodniczący MKZ i Zarządu Regionu Katowice NSZZ „Solidarność”, Przemysław Miśkiewicz Przewodniczący Stowarzyszenia Pokolenie, Piotr Hlebowicz Przewodniczący Wydziału Wschodniego Solidarności Walczącej, Diana Bidoczko weteranka Ukraińskiej Grupy Helsińskiej, Członek Zarządu Stowarzyszenia „Zakon Salamandry”, dr Imre Molnàr, b. radca Ambasady Węgier w Polsce. Są to praktycy, którzy walczyli o wolność i niepodległość swoich państw. Solidarność – i ta międzyludzka, i międzynarodowa – była nie tylko podstawą działania, ale i dała zwycięstwo narodom zniewolonym.

Kreml chce doprowadzić do sytuacji, kiedy w Waszyngtonie lub w stolicach zachodnioeuropejskich politycy uznają, że lepiej trzymać się z dala, i machną ręką na państwa Europy Środkowo-Wschodniej, co pozwoli Moskwie odbudować straconą strefę wpływów. Rafał Brzeski o rosyjskiej strategii tworzenia stref zakazanych dla przeciwnika.

8

Święci popularni na Śląsku Postawa św. Marcina wobec żebraka wzrusza do dziś. Wyjaśnienia wymaga kwestia drugiej połowy płaszcza. Zgodnie z prawem była ona własnością armii Cesarstwa Rzymskiego. Święty oddał więc potrzebującemu tylko swoją własność. Barbara Czernecka przypomina w listopadzie Wszystkich Świętych czczonych na Śląsku.

9

ind. 298050

redaktor naczelna Śląskiego Kuriera Wnet

Polacy jako społeczeństwo, które pierwsze w historii współczesnej podjęło sztandar solidarności, mają moralne prawo nie uginać się przed dyktatem uzurpatorów z KE i lobbystów ponadnarodowych korporacji – stwierdza Stanisław Orzeł, upominając się o Samorządną Rzeczpospolitą Pracujących w Socjalnej Europie Ojczyzn.


KURIER WNET

2

KURIER·ŚL ĄSKI

W UE dokonało się w 2014 r. pozaprawne przejęcie władzy, a Parlament Europejski stał się zakładnikiem tego układu. Ta uzurpacja to pierwszy poziom degeneracji Unii.

tyw i innych regulacji unijnych – albo w milczeniu przyjmować ignorowanie wnoszonych przez niego poprawek. Najistotniejsze zaś jest to, że PE nie jest zobowiązany do odpowiedzialności przed obywatelami UE czy poszczególnych państw członkowskich. Jest odpowiedzialny – w ramach „współdecydowania” i wynikającej stąd konieczności konsensusu – tylko w stosunku do pozostałych instytucji UE: Komisji Europejskiej i Rady Europy. Sam proces procedowania w PE jest całkowicie uzależniony od neoliberalnej większości, jaką mają w nim centroprawicowa Europejska Partia Ludowa, w skład której wchodzi odsunięta w Polsce od władzy Platforma Obywatelska, oraz Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów, czyli tzw. centrolewica. Jeśli konferencja przywódców tych ugrupowań popiera jakąś rezolucję – PE ją przegłosowuje. W rezultacie konferencje takie stały się faktycznym gremium decyzyjnym dla 20 komisji PE, zajmujących się m.in. finansami, gospodarką, hodowlą, konkurencją czy rybołówstwem. Jeśli dochodzi w nich do porozumienia dotyczącego jakiejś poprawki – PE najczęściej ją przyjmuje. Jak to działa w praktyce, można było zobaczyć w roku 2014: przywódcy tych ugrupowań wraz z tzw. „zielonymi” Daniela Cohn-Bendita i liberałami Guy Verhofstadta, wbrew traktatom europejskim, które stanowią, że przewodniczącego Komisji Europejskiej wybiera Rada Europy, a PE może ten wybór zatwierdzić lub zawetować, wybrali cierpiącego na chorobę alkoholową Jean-Claude’a Junckera metodą tzw. spitzenkandidaten, popartą przez kanclerkę Niemiec. W ten pozatraktatowy sposób, łamiąc prawo europejskie, Angela Merkel zapewniła Europejskiej Partii Ludowej całkowitą dominację w UE, a jej słowo – „stało się prawem”. Uzurpacja stała się polityczną normą funkcjonowania Unii Europejskiej. Jest to konsekwencja ustabilizowania w roku 2004 tzw. wielkiej

Ś ‒ L ‒ Ą ‒ S ‒ K ‒ I

koalicji centroprawicy z „centrolewicą” i doprowadzenia do faktycznego ujednolicenia ich programów. Od tego momentu zaczął się proces podporządkowywania parlamentów państw członkowskich UE dyktatowi uzurpatorów. W rezultacie – parlamenty narodowe zaczęły być coraz mniej wrażliwe na problemy i postulaty społeczeństw narodowych, co mogliśmy obserwować pod rządami Platformy Obywatelskiej w Polsce, a czego szczególnym przypadkiem było podniesienie wieku emerytalnego. Warto przy tym pamiętać, że Juncker przez 20 lat był premierem Wielkiego Księstwa Luksemburga, które pod jego rządami zamieniło się w raj podatkowy w centrum UE dzięki całkowitej liberalizacji systemu finansowego i zwalnianiu ponadnarodowych korporacji od podatków dochodowych. Kiedy w 2013 r. po ujawnieniu, że krył skandale kompromitujące luksemburski wywiad i członków rodziny wielkoksiążęcej powiązanych z zamachami bombowymi organizowanymi przez oficerów policji, aby pogłębić napięcia polityczne i poczucie zagrożenia – Juncker musiał się podać do dymisji. Wkrótce jednak koalicja dominująca ideologicznie w Niemczech: ostatni filozof tzw. szkoły frankfurckiej, Jűrgen Habermas, koncern prasowy Springera i SPD zaczęli głosić, że niedopuszczenie do jego wyboru na szefa Komisji Europejskiej będzie skandalem. Habermas wręcz oświadczył, że „byłby to wyrok śmierci na projekt europejski” (J. Habermas, Europa wird direkt ins Herz getroffen, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, 29. 05. 2014 r.). Widząc taką tendencję wśród opinii publicznej, A. Merkel „namaściła” Junckera na szefa KE i zyskała poparcie części elektoratu. Mimo tego, że wkrótce ujawniono dokumenty wykazujące wielomiliardowe ulgi fiskalne rządu Junckera dla ponadnarodowych korporacji działających w UE – europarlamentarzyści tzw. wielkiej koalicji bez mrugnięcia okiem udzielili mu poparcia. Wkrótce – w ramach rewanżu – przewodniczącym PE został niemiecki socjaldemokrata Martin Schulz, a na autorytarnie utworzone stanowiska wiceprzewodniczących nowej KE powołano wściekłych wyznawców planów oszczędnościowych, wzorujących się na niemieckim ministrze finansów, Wolfgangu Schäuble. Uzurpatorzy opanowali jądro instytucji unijnych. W ten sposób w UE dokonało się w 2014 r. pozaprawne przejęcie władzy, a PE stał się zakładnikiem tego układu. Ta uzurpacja to pierwszy poziom degeneracji Unii. Drugi poziom wyznacza rola 11 tys. administratorów, urzędników KE, odgrywających pozatraktatowe funkcje w trakcie procesów legislacyjnych UE. Są to dożywotnio mianowani biurokraci, zatrudniani w wyniku konkursów, zarabiający na początku kariery około 4 i pół tysiąca euro netto, a u jej schyłku – prawie 15 tys. Określani w żargonie brukselskim jako AD – działają w centrum procesów legislacyjnych. Przykładowo – pierwsze brudnopisy przygotowywanych dyrektyw unijnych redagują kierownicy biur KE. W wielu sytuacjach to dyrektorzy generalni lub kierownicy jednostek Komisji rozstrzygają spory toczone przez europarlamentarzystów nad procedowanymi projektami. Uzurpacja osiąga tu wymiar organizacyjny: KE działa, jak pozwolą eurokraci, a nie – jak chcą wybierani przez społeczeństwa europejskie europarlamentarzyści. Owa potężna kasta biurokratyczna w KE skupia swoje działania na tym, żeby w trakcie kolejnych zmian – nic nie uległo w Unii zmianie. Ten poziom degeneracji otwiera pole dla kolejnego: lobbyści działający w interesie różnych grup biznesowych nie muszą docierać do europosłów, wystarczy, że dotrą do AD zajmujących się interesującymi ich przepisami. Dzięki temu mogą ingerować w procesy legislacyjne na kilku etapach: najpierw – zanim projekt dyrektywy zostanie zredagowany, mogą wpływać na zawarte w nim założenia czy konkretne sformułowania. Następnie – gdy projekt krąży między KE, PE i Radą Europejską w trakcie tzw. „nieformalnych rozmów trójstronnych”, czyli wspomnianego na wstępie „współdecydowania”. Wreszcie – na etapie wdrażania i aktualizowania już przyjętych przepisów, który

K ‒ U ‒ R ‒ I ‒ E‒ R

w żargonie brukselskim określa się jako „komitologię”, czyli proces przyjmowania przez KE aktów wykonawczych do przepisów uchwalonych przez Radę. Wówczas lobbyści mogą docierać do

Uzurpatorzy Stanisław Orzeł

tzw. „komitetów komitologicznych” złożonych z samych eurokratów. Takie dyskretne wpływanie na kształt przepisów unijnych poza wszelką kontrolą obywateli państw tworzących Unię jest idealnym rozwiązaniem dla kręgów biznesowych. Tak działa m.in. EUROGAS, stowarzyszenie przedsiębiorców sektora gazowego, czy ORGALIME, organizacja łącząca pracodawców europejskich przemysłu metalowego. Również konkretne korporacje wpły-

KE działa, jak pozwolą eurokraci, a nie – jak chcą wybierani przez społeczeństwa europejskie europarlamentarzyści. Owa potężna kasta biurokratyczna w KE skupia swoje działania na tym, żeby w trakcie kolejnych zmian – nic nie uległo w Unii zmianie.

wają za pośrednictwem eurokratów na obieg funduszy unijnych. Koncern lotniczo-zbrojeniowy Airbus Group (powstały z połączenia aktywów Francji, Hiszpanii i Niemiec w roku 2000, a następnie przekształcenia EADS, czyli European Aeronautic Defence and Space Company w 2013 r.) podtrzymuje swoją

Stali współpracownicy

Korekta Magdalena Słoniowska

dr Bożena Cząstka-Szymon, dr Herbert Kopiec, dr Mirosława Błaszczak-Wacławik, Andrzej Jarczewski, dr Krzysztof Tracki, Tadeusz Puchałka, Tadeusz Loster, Barbara Czernecka, Stanisław Orzeł, Wojciech Kempa, Stefania Mąsiorska, Ryszard Surmacz, dr hab. Zdzisław Janeczek, Piotr Spyra, dr Rafał Brzeski, Maria Wandzik

Projekt i skład Wojciech Sobolewski Reklama

Adres redakcji śląskiej E

T

A

N

I

E

C

O

D

Z

I

E

N

N

A

były redaktor naczelny londyńskiego „Timesa”, a następnie partner biznesowy znanego spekulanta giełdowego George’a Sorosa głosił w artykułach: „Nie można opodatkować tych, których nie można złapać” i „Koniec narodów”, że państwa narodowe są przeżytkiem, będą ulegać rozkładowi, aby mógł je zastąpić ogólnoświatowy „elektroniczny feudalizm”, w którym wykształcenie pozwalające skutecznie panować nad „masami” będzie dostępne tzw. „elicie kognitywnej” obejmującej do 5% ludzkości. W celu przyspieszenia tych procesów – państwa narodowe oraz ich organizacje będą celowo kompromitowane i destabilizowane przez ucieczkę owej „elity kognitywnej” „do siatki przestrzeni cybernetycznej, poza istniejącymi obszarami jurysdykcji państwowej”, co – w wyniku wyprowadzania podatków do rajów podatkowych – „zagłodzi” państwa narodowe (za: „Nowa Solidarność” nr 11, sierpień 1996). Można dostrzec elementy tego procesu w lobbingu ponadnarodowych korporacji wśród eurokratów czy tworzeniu z Luksemburga „raju podatkowego” przez aktualnego szefa KE. Gangrena tego korupcyjnego systemu, opartego na powiązaniu eurokratów z ponadnarodowymi korpokratami, przenika także do europarlamentarzystów pozostających poza tzw. wielką koalicją. Jeśli jakieś ugrupowania polityczne w PE próbują tworzyć realną opozycję wobec dyktatu EPL i PSSiD, liderom takich sił politycznych proponuje się różne biura w UE, odpowiednio dobrany personel i oczywiście odpowiednie fundusze, aby „buntowników” łagodnie wchłonęły parlamentarne mechanizmy neutralizacji światopoglądowej i odpolitycznienia, których przeciwieństwem jest jakoby fachowość, obiektywizm i obowiązujące w środowisku eurokratów tzw. „dobre maniery”. Owe „dobre maniery” poprzez logikę kryteriów konwergencji zawartą w traktacie z Maastricht, z zasady

Krzysztof Skowroński

Jadwiga Chmielowska · tel. 505 054 344 mail: slaski@kurierwnet.pl Z

pośrednich dotacjach przyznawanych przez administrację Unii, a następne prawie 240 mln w formie pośredniej, poprzez dofinansowania KE do rynków publicznych. Jak potężny wpływ wywiera taki lobbing, mogliśmy obserwować w połowie września, gdy KE zażądała od rządu suwerennej Rzeczypospolitej Polskiej zawieszenia uchwalonego przez Sejm RP opodatkowania wielkopowierzchniowych marketów należących do ponadnarodowych korporacji mających swoje siedziby w Niemczech, Francji czy Holandii, które bezkarnie wyprowadzają z Polski nieopodatkowane zyski. Wszystko to wbrew przyjętej przez RE w 2000 r. Europejskiej Karcie Małych Przedsiębiorstw, w obronie których stanął polski rząd. W ten sposób cały projekt Unii został zniewolony przez „ukrytą władzę”, czyli uzurpatorów, dla których system ekonomiczny UE stał się narzędziem kolosalnych zysków: ponadnarodowe korporacje i sektor finansowy. To te kręgi uzyskały w ostatnich latach przemożny wpływ na decyzje polityczne podejmowane w Unii, co powoduje narastającą akumulację zysków przez tych najsilniejszych graczy na rynkach kapitałowych. Osiągany przez nich poziom akumulacji jest tak wysoki, że niemożliwe staje się efektywne inwestowanie, a zamiast tego pieniądz jest lokowany na giełdach, na co zwracali uwagę w 2013 r. H. Flassbeck i F. Spiecker (H. Flassbeck, 10 mitów kryzysu, Warszawa 2013, s. 114–115). Prowadzi to do powielania przez UE błędnej polityki zwalczania kryzysu gospodarczego metodami, które doprowadziły w 2007/2008 r. do kryzysu hipotecznego w USA, a następnie światowego kryzysu finansowego. W rezultacie narasta zadłużenie państw-importerów w Unii, a kryzys zadłużeniowy przeradza się nie tylko w finansowy, ale i kryzys projektu unijnego. W ten sposób najbogatsi uzurpatorzy doprowadzili Unię do takiej degeneracji, że kryzys uchodźczy

Redaktor naczelny Kuriera Wnet

Redaktor naczelny

A

może doprowadzić do jej całkowitego rozkładu. Nie jest wykluczone, że stoją za tym celowe działania. Już w połowie lat 90. XX w. niejaki lord Wiliam Rees-Mogg,

Podczas debaty w Parlamencie Europejskim przed przyjęciem rezolucji o sytuacji w Polsce europoseł Prawa i Sprawiedliwości prof. Ryszard Legutko stwierdził, że „w przypadku Polski Komisja Europejska uzurpuje sobie trzy funkcje: oskarżyciela, sędziego i egzekutora”. W ten sposób łamie prawne podstawy tradycji politycznych cywilizacji europejskiej, stając poniżej standardów europejskiego despotyzmu oświeconego.

ŚLĄSKI KURIER WNET

G

dominującą pozycję w sektorze lotniczym i obronnym Unii dzięki corocznemu lobbingowi wśród eurokratów na kwotę 4,5 mln euro. W zamian otrzymuje średnio ok. 40 mln euro w bez-

ul Warszawska 37 · 40-010 Katowice

Marta Obłuska · reklama@radiownet.pl Wydawca

Spółdzielcze Media Wnet/Wnet Sp. z o.o.

faworyzujących interesy pracodawców – zamiast faktycznej walki opozycyjnej doprowadziły m.in. już w 1994 r. do wygaszenia starań o Europę socjalną. Następnie po wygranych w swoich krajach wyborach brytyjska Partia Pracy i niemiecka SPD oficjalnie zrezygnowały ze starań o Europę socjalną, która by broniła praw i interesów pracowników. Fundamentem degeneracji Unii Europejskiej poprzez lobbing, ingerencję środowisk przedsiębiorców-korporantów oraz sfer finansowo-bankowych w jej procesy legislacyjne i decyzyjne jest neoliberalna „wiara”, zakładająca, że „wolny rynek” nie podlega wpływom interesów grup kapitałów korporacyjnych. Doktryna ta narzuca pogląd, że brak ingerencji państwa w mechanizmy rynkowe przynosi korzyści całej gospodarce, bo rynek zawsze dobiera odpowiednio najlepsze rozwiązania gospodarcze. Jest to doktrynerstwo sprzeczne nie tylko z wynikami badań m.in. Leonida Hurwicza, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii z 2007 roku, ale również z poglądami głoszonymi przez papieża Franciszka. W lipcu 2016 r., podczas Światowych Dni Młodzieży w Polsce papież Franciszek stwierdził, że świat jest w stanie wojny, a jej przyczyną jest bałwochwalstwo pieniądza, które sprawia, że nie człowiek jest na szczycie stworzenia, ale bożek – pieniądz, w którego imieniu wyzyskuje się mężczyzn i kobiety, akceptuje korupcję i niszczy kulturę pracy. Jeszcze jako kardynał Bergoglio w jednym z przemówień zwracał uwagę, że „to nie kultura egoizmu i indywidualizmu, która często panuje w naszym społeczeństwie, buduje świat bardziej ludzki i do niego prowadzi, ale kultura solidarności. Ona polega na tym, by w drugim człowieku widzieć nie konkurenta lub numer, ale brata”. Dlatego wzywał, aby słowu „solidarność” przywrócić prawo istnienia w życiu społecznym. Tłumaczył, że nie jest ona postawą nadzwyczajną, ale wartością społeczną i jedynym antidotum na kryzysy, z którymi boryka się współczesny świat. Jednym z tych kryzysów są skutki biurokratyczno-korpokratycznej degeneracji instytucji UE, czego dowodem – sprowadzanie pracujących Polaków do roli rezerwuaru taniej siły roboczej, czy podział państw strefy euro na eksporte-

Polacy jako społeczeństwo, które pierwsze w historii współczesnej podjęło sztandar solidarności, mają moralne prawo nie uginać się przed dyktatem uzurpatorów z KE i lobbystów ponadnarodowych korporacji.

rów generujących nadwyżki (np. Belgia, Finlandia, Holandia, Luksemburg czy Niemcy) i importerów – pogłębiających deficyt, zadłużenie i utrwalających nieinnowacyjne struktury ich gospodarek. Stąd Polacy jako społeczeństwo, które pierwsze w historii współczesnej podjęło sztandar solidarności, mają nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek upominać się o reformę Unii Europejskiej. Mają moralne prawo nie uginać się przed dyktatem uzurpatorów z KE i lobbystów ponadnarodowych korporacji. Przeciwnie – nawiązując do programu I Zjazdu NSZZ „Solidarność” – mają obowiązek głosić, że czas odrzucić neoliberalne uzurpacje zagnieżdżone w strukturach UE i wołając o Samorządną Rzeczpospolitą Pracujących w Socjalnej Europie Ojczyzn, ponownie walczyć za „Waszą Wolność i Naszą” wraz z budzącymi się społeczeństwami państw europejskich. K

Adres redakcji

ul. Zielna 39 · 00-108 Warszawa redakcja@kurierwnet.pl Data wydania 29.10.2016 r. Nakład globalny 10 000 egz.

Dystrybucja

NUMER 29 LISTOPAD 2016

dystrybucja@mediawnet.pl

(Śląski Kurier Wnet nr 24)

ind. 298050

N

ie dopowiedział jedynie, że podręcznikowymi przykładami „oświeconych despotów” byli: caryca Katarzyna II z niemieckiego rodu Anhalt-Zerbst-Dornburg i jej partner w rozbiorach Polski – Fryderyk II Hohenzollern. Dlatego Polacy mają prawo być szczególnie wyczuleni na próby przywrócenia despotycznych standardów w Europie. Warto w tym kontekście przeanalizować, do jakiej degeneracji zindoktrynowani neoliberalizmem eurokraci doprowadzili projekt Unii Europejskiej. Zacznijmy od próby odpowiedzi, komu i czemu służy obecnie Parlament Europejski, w którym zasiada jedynie 751 europosłów, ale który zatrudnia… około 23 000 eurourzędników, tłumaczy i doradców? Kluczem do zrozumienia, do jakiej roli została sprowadzona ta jedyna instytucja unijna wyłaniana w powszechnych wyborach obywateli państw UE, jest sprawa tzw. „współdecydowania”, które jakoby jest gwarantem demokracji w Unii Europejskiej. W praktyce jednak PE, wypełniając funkcję „współdecydowania”, może co najwyżej proponować poprawki możliwe do zaakceptowania przez Komisję Europejską – jedyną instytucję UE mającą prawo proponowania dyrek-


KURIER WNET

3

KURIER·ŚL ĄSKI

Z

acznijmy od porozumienia na poziomie wyrazów. Dlaczego w ogóle przedmiotem kontrowersji stał się termin ‘język śląski’? Przecież w PRL sporu w tej sprawie nie było. Co więc takiego się stało, że jedni twierdzą, iż język śląski istnieje, a inni – że nie istnieje? To samo pytanie dotyczy terminu ‘mniejszość śląska’. By zrozumieć istotę sporu, musimy sobie przypomnieć, że – zgodnie z art. 2 konstytucji – żyjemy w demokratycznym państwie prawnym. Dla rozpatrywanego tu zagadnienia istotne jest to, że w państwie prawnym wiele zależy od ludzi, ale również wiele od zapisów ustawowych. Jeśli więc jakaś ustawa coś na temat „mniejszości” i „języka” postanowiła, to to jest ważne i niesie różne konsekwencje, w tym zwłaszcza finansowe. Sprawdźmy więc, co w tym kontekście mówi ustawa z roku 2005 o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym.

Chodzi tylko o pieniądze Przywołana ustawa jest bardzo obszerna (19 stron), ale źródło konfliktu to przede wszystkim artykuł 18, który wymienia dziesięć rodzajów działalności, które mogą (czyli muszą) być wspierane z budżetu państwowego i samorządowego. Są tam różne punkty dotyczące kultury, edukacji, a nawet inwestycji, o których postanowiono – ważne (!) – że mogą być dofinansowane z budżetu państwa do 90% kosztów, z pominięciem otwartego konkursu ofert! Możliwe jest więc ogromne finansowanie własnej działalności z funduszy publicznych, i to w trybie „z wolnej ręki”. Trudno się więc dziwić, że różne osoby, nawet luźno związane z daną społecznością, zaczęły dostrzegać w tej ustawie szansę dla siebie. Wystarczy podpiąć się pod jakąś mniejszość lub stworzyć nową, a publiczne pieniądze krajowe i europejskie popłyną same. Tak to może wyglądać na pierwszy rzut oka. Ale w tej sprawie należy widzieć szersze tło kulturowe i historyczne. Trzeba też odnotować, że ustawa o mniejszościach ma charakter kompleksowy i modyfikuje kilka innych ustaw, np. zawiera regulacje dotyczące dostępu do radia i telewizji. R E K L A M A

Za to komplementarna ustawa o języku polskim wygląda na martwą. Praktycznie nic z niej nie wynika.

Chodzi też o godność Zniszczoną przez Hitlera stolicę – zgodnie z powojennym sloganem – budował cały naród, ale największy w tym udział przypada Górnemu Śląskowi, którego – zwielokrotniony i unowocześniony również przez Hitlera – przemysł nie doznał większego uszczerbku w trakcie działań wojennych. Wprawdzie wszystkie cenne maszyny zostały ukradzione przez Związek Radziecki, to jednak pozostała nietknięta infrastruktura, budynki, sieci i spora część fachowej kadry, której udało się unik-

domagać? Przecież na Górnym Śląsku i tak żyło się dużo lepiej niż w innych regionach, jeszcze bardziej lekceważonych przez „Warszawę”, czyli przez władze centralne. Te śląskie pretensje mają w sobie coś z żalów niekochanego dziecka. Ale kto takie – nawet irracjonalne – pretensje lekceważy, powinien wiedzieć, że będzie przez to dziecko... niekochany!

Chodzi o słowa Gdy mówimy o godności, liczą się słowa. Słowa liczą się w złotówkach. Władzom PRL-owskim (a w ostatnim ćwierćwieczu niewiele się pod rozpatrywanym względem zmieniło) zarzucam, że zajmowały się propagan-

nurty odpowiedzi na śląskość. Pierwszy polega na tym, że podnosimy śląskie piękno. Drugi nurt – to podnoszenie polskiej brzydoty. Za to pierwsze nie płacą, a drugie jednak przynosi profity. Wystarczy powiedzieć „pierdol się, Polsko!” i już można jeździć nowiutkim mercedesem. Inny znamienny przykład. Właśnie wyszedł 250 numer miesięcznika „Śląsk”. Jest to pismo poświęcone szeroko rozumianej kulturze na Górnym Śląsku, założone w roku 1995 przez wybitnego poetę Tadeusza Kijonkę. Ten znakomity miesięcznik powinien się cieszyć największą uwagą i przychylnością władz państwowych, powinien organizować różne imprezy i konkursy, powinien integrować twórców i inspi-

Terminy ‘język śląski’ i ‘mniejszość śląska’ nie znajdą się w polskim ustawodawstwie. Taki wniosek wynika z uchwały sejmowych komisji, które zajmowały się tym zagadnieniem 19 października 2016. W trakcie obrad nie brakło emocji. Teraz jednak możemy przyjrzeć się śląskości sine ira et studio.

Język dialogowy

(I)

i śląski syndrom dziecka niekochanego Andrzej Jarczewski nąć wywózki na wschód. Wznowienie produkcji cywilnej było tu możliwe i dość łatwe, a w Warszawie trudne i niemożliwe bez pomocy Śląska. Warszawiacy uważają tę pomoc za normalną i oczywistą. I mają w tym rację. Swoją rację. Ale Ślązacy mają inną swoją rację. „To my – węglem, stalą i fachowością – odbudowaliśmy stolicę, a ta stolica, gdy już zrobiła się najważniejsza, zapomniała o honorowym długu, jaki ma do spłacenia”. PRL-owska Warszawa lekceważyła Górny Śląsk, a Ślązacy nie za bardzo umieli wyartykułować swoje żale. No bo czego tu się

dą własnej partii, ale nie wspierały należycie polskiej kultury na Górnym Śląsku. Warto przypomnieć twórczość Kazimierza Kutza. Gdyby władze dały pieniądze na superprodukcję – mielibyśmy arcydzieła. A tak pozostały tylko znakomite... biedafilmy o znaczeniu lokalnym. Skoro z państwowej kiesy nie da się nic wydobyć na działania propolskie, łatwo wpaść na pomysł, że może skuteczniejsze okażą się hasła... antypolskie. I antypolskie działania! Po roku 1989 już było „wszystko wolno”, więc wytworzyły się dwa przeciwstawne

rować młodzież. I to właśnie prawie się odbywa. „Prawie” dlatego, że pismo wychodzi tylko dzięki entuzjazmowi redakcji i piszących za darmo literatów. Dotacje są tak mizerne i niepewne, że każdy numer może okazać się ostatnim. Entuzjazm twórców wystarcza na długo. Ale nie na zawsze. Bez budżetowego wsparcia – „Śląsk” padnie.

Chodzi o język Jak ważne są słowa, a raczej terminy prawne, świadczy właśnie ustawa o mniejszościach narodowych. By skorzystać z hojności tej ustawy, trzeba być jakąś mniejszością. I nie wystarczy gwara lokalna ani nawet odrębny mikrojęzyk, np. etnolekt wilamowicki. To musi być wyłącznie „język”, i to „regionalny”, bo ustawy nie zmienisz. W województwie śląskim trzeba więc z kilkudziesięciu lokalnych gwar zrobić jeden uśredniony „język śląski” i nazwać się mniejszością, na razie tylko etniczną, a najlepiej: zrobić sobie autonomię, którą stopniowo będzie się pogłębiać (dajcie nam palec, a łokieć to już – z pomocą Europy – odgryziemy sami). Gdyby we wzmiankowanej ustawie zamiast terminu ‘język’ znalazł się termin ‘gwara’ – natychmiast wszyscy zainteresowani przestaliby mówić o ‘języku’ rozumianym ustawowo i koniecznie chcieliby być użytkownikami gwary. Wtedy szybko powróciłoby neutralne, nieobciążone budżetowymi serwitutami znaczenie wyrazu ‘język’. Podobnie – gdyby ustawa nie mówiła o „mniejszości”, ale np. o „społeczności lokalnej” lub o „grupie etnograficznej” – nikt by nie był zainteresowany przynależnością do mniejszości, lecz tylko do tej ustawowo zdefiniowanej społeczności, czyli grupy, która może korzystać z ustawowego finansowania. Oczywiście – nie zalecam takiej zmiany. Sprawę trzeba przemyśleć, ale prostych rozwiązań nie ma.

Język mówiony Co ciekawe – propagatorzy „języka śląskiego” używają wyrazu ‘język’, choć (w rozpatrywanym znaczeniu) nie zna go żadna gwara śląska. Tu mamy: ‘śląsko mowa’, ‘ślunska godka’, ‘po naszymu’, ‘godanie’, ‘rządzénie’, ‘prawienie’ i in. Nie ma też wyrazu ‘narodowość’; Ślązacy mówią raczej: ‘nacyjo’. Brak tych wyrazów w mowie Ślązaków nie jest przypadkowy. Przed naszą ustawą nie były potrzebne. Tak więc obserwujemy próbę wymuszenia pewnych semantycznych rozszerzeń w deklaratywnie „obcym” dla wnioskodawców języku. Byłoby to trudne do zrozumienia, gdyby nie ustawa, która jest w owym „obcym” języku polskim napisana. A dzięki ustawie zrozumieć łatwo, bo nie chodzi o ingerencję w semantykę obcego języka, co jest, rzecz jasna, niemożliwe, ale o oznaczenie wielu gwar śląskich jednym terminem: ustawowym, pozwalającym przyssać się do budżetu.

Inne profity ustawowe Od pierwszych dni III RP coraz bardziej oczywiste stawało się, że najwięcej można ugrać na lansowaniu swojej „europejskości”, na – powtórzę, bo to podstawowa przyczyna opisywanych nieszczęść – na poniżaniu polskości i na odżegnywaniu się od wyśmiewanych wartości patriotycznych. Finansowa premia przysługiwała za „inność”, natomiast „jedność” pozostawała przeważnie w pogardzie u czynników rządzących. I ta premia znalazła swoje odbicie zarówno w ordynacji wyborczej do sejmu, jak i np. w ustawie o podatku dochodowym. A tam (w skrócie) mamy obniżenie podstawy opodatkowania o 6% (PIT) lub 10% (CIT), jeżeli darczyńca przeznaczył pieniądze (zgodnie z art. 4.1. ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie) na zadania m.in. w zakresie: 4) podtrzymywania i upowszechniania tradycji narodowej, pielęgnowania polskości oraz rozwoju świadomości narodowej, obywatelskiej i kulturowej, 5) działalności na rzecz mniejszości narodowych i etnicznych oraz języka regionalnego. Punkt czwarty istniał tylko na papierze jako przyzwoitka, natomiast „działalność na rzecz mniejszości narodowych i etnicznych oraz języka regionalnego” cieszy się stałym i obfitym futrowaniem nie tylko z darowizn, ale i z budżetu wojewódzkiego, krajowego, a nawet europejskiego. Czy w tym stanie prawnym może dziwić, że ktoś chce się załapać na takie formy finansowania, które uzyskać – w obecnym stanie rzeczy – można i unika form z kategorii „nie można”?

Teoria możności Praktyka teorii możności potwierdza, że jeśli coś może być zrobione, to zawsze znajdzie się ktoś, kto to zrobi. A jeśli to coś jest premiowane – stanie się na pewno, choć początkowo nikt o tym nie myślał. Artystyczny dowód tej tezy znajdziemy w „Wizycie starszej pani” Dürrenmatta. Dowód polityczny – na każdym kroku. Wytworzenie sztucznej mniejszości, podobnie jak doprowadzenie w Polsce do autonomii Górnego Śląska, jest w ustroju demokratycznym niemożliwe, gdyż ogromna większość Górnoślązaków ma jednoznacznie propolską orientację i nigdy nie zagłosuje za autonomią, która zresztą byłaby klęską dla regionu pod względem gospodarczym i zarzewiem łatwych do przewidzenia konfliktów między swymi, w rozwiązywaniu (czyli pogłębianiu) których natychmiast pomogliby różni obcy.

Odwrócona demokracja Z kolei procesy demograficzne na tym terenie przebiegały w taki sposób, że separatyści (tzn. ci, którzy uważają Górnoślązaków za odseparowany naród) stanowią mniejszość nie tylko w całym województwie śląskim, ale i we wszystkich gminach z osobna. Autonomia byłaby więc możliwa do osiągnięcia albo poprzez destrukcję demokracji, albo poprzez destrukcję państwa. To jest tak oczywiste, że musimy jeszcze inaczej spojrzeć na całe zagadnienie. Otóż pamiętamy stale, że ideologom autonomii wcale nie zależy na jej osiągnięciu, bo to jest cel – w warunkach pokojowych – nierealny, ale na tym, co „można”, na przechwyceniu dystrybucji pieniędzy z budżetu województwa, państwa i Europy. Kwestia, czy ta dystrybucja ma być propolska, czy antypolska, zależy wyłącznie od tego, za co dają kasę. Wielu uczciwych ludzi zaufało domokrążcom fałszywych wartości i uwierzyło w „naród śląski” szczerze. Jak w Amber Gold. Wpisuje się to w szerszą koncepcję „odwróconej demokracji”. Dotychczas głoszono albo dyktaturę proletariatu, albo rządy większości. Niestety proletariat zanika, a większość okazała się „głupia” i nie nadąża za mędrcami, więc ci tworzą nową piramidę władzy, opartej na sojuszu mniejszości demokratycznych, by w końcu dojść do upragnionej dyktatury „właściwej” mniejszości.

Kryterium śląskości Tymczasem jednak trącono niebezpieczną strunę, która będzie dźwięczeć długo i drażniąco. Chodzi o kryteria, pozwalające daną osobę zaliczyć do Ślązaków. W tej sprawie, podobnie jak w wielu dalszych, nie można poprzestać na wysłuchaniu ideologów separowanej czy preparowanej mniejszości. Trzeba uczestniczyć w rozmowach, a nawet w kłótniach ze ślązakowcami, bo wtedy ujawniają się prawdziwe ich argumenty.

Trzeba czytać ich prasę i przeglądać różne fora internetowe. To pozwala doświadczyć najdalszych skrajności. Tam sprawa kryteriów śląskości należy do najważniejszych. Do niedawna uważano, że tego rodzaju problemy precyzyjnie rozwiązał Hitler w latach trzydziestych. Ten wzór pozwalał uznać za Ślązaków osoby, które mają czworo, troje lub co najmniej dwóch dziadków urodzonych na Śląsku. Ale ostatnio ten paradygmat jest podważany, bo do głosu w liceach zaczyna dochodzić trzecie pokolenie ekspatriantów ze Lwowa i – wrastających w Śląsk – przybyszy z innych stron Polski. Ich babcie i dziadkowie urodzili się po wojnie na Śląsku, ale czy to wystarczy? Toczą się w tej sprawie spory, których wynik dziś jest mniej więcej taki: jeżeli mieszkasz na Górnym Śląsku i popierasz ślązakowską ideologię – jesteś pełnoprawnym Ślązakiem, niezależnie od pochodzenia rodziców i dziadków. Jeżeli jednak krytykujesz dążenie do autonomii – zaczyna się głęboka lustracja etniczna, dotycząca również piszącego te słowa, który pochodzi z Wielkopolski, choć to region o kulturze bardzo bliskiej kulturze śląskiej. Ta sprawa jest bardzo poważna i boleśnie dzieli ludzi, którzy mogliby się przyjaźnić lub chociaż obojętnie żyć obok siebie. Podważenie śląskości jakiegoś dyskutanta od razu wyklucza jego argumenty: „nie jesteś Ślązakiem, więc nie masz prawa wypowiadać się na tematy śląskie, Gorolu!”. Takie poglądy byłyby śmieszne, gdyby nie były aż tak powszechne w retoryce ślązakowców, którzy są wprawdzie niewielką mniejszością wśród Ślązaków, ale próbują zdominować śląską opinię publiczną. Na razie ślązakowcy obstawiają opcję antypolską (pomijam tu nazwiska i nazwy organizacji; ludzie zmieniają poglądy, jednych zastępują inni, problemy pozostają, a o problemach tu mowa, nie o ich sprawcach). Pod względem pragmatycznym postępują poprawnie, bo – to trzeba powtarzać aż do zrozumienia – system prawny III RP politycznie i finansowo premiuje fenomen zwany ‘językiem regionalnym’, natomiast lekceważy identyczny fenomen wtedy, gdy jest on nazywany ‘gwarą’. Ten system szanuje obywateli wtedy, gdy tworzą mniejszość narodową, etniczną lub dowolną inną, a kompletnie ich lekceważy, gdy należą oni do większości polskiej i chcą kultywować wartości polskie. Czyż trzeba długo czekać na racjonalne wykorzystanie tych okoliczności?

Absurd terminologiczny Mamy więc absurd terminologiczny o poważnych konsekwencjach politycznych. Wystarczy coś nazwać inaczej i już podpada się pod inne prawo, zapewniające obfite finansowanie. I to nie na rok, dwa, ale dożywotnio, a nawet pośmiertnie. Raz wykreowanej mniejszości narodowej nie da się już zwyczajnie zlepić z większością, bo zaczynają działać silne mechanizmy separatystyczne, finansowane zresztą z budżetu państwa i wzmacniane z zewnątrz. Historia świata zna takie przypadki i powiadamia, co się zdarzy na pewno, gdy jakiś kamień zostanie odspojony od calizny. Żeby nie było niedomówień: polskie prawo i propaganda dużej części mediów poniża polski patriotyzm, a premiuje antypolski etniczny nacjonalizm. Właśnie w czasach największego nasilenia pedagogiki wstydu dopuszczono do skrajnie nieodpowiedzialnego wytworzenia „narodowości śląskiej” przez odpowiednie zmanipulowanie pewnej pozycji w kwestionariuszu spisów powszechnych (2002 i 2011). Teraz już trudno będzie tę jątrzącą pozycję wyeliminować, ale każdy kolejny spis musi być poprzedzony poważną kampanią informacyjną, bo dotychczas – agresywnej propagandzie antypolskiej nie przeciwstawiano większej akcji propolskiej. Ludzie byli zaskoczeni rozwojem sytuacji i podawali odpowiedzi, którym się teraz sami dziwują. Dziwię się więc i ja, że – wiedząc, jak tego rodzaju plebiscyty szkodzą narodom – dopuszczono pytanie o narodowość śląską. Co zamierzano zrobić z odpowiedzią? Dlaczego nie zrobiono tego metodami naukowymi? Wystarczy przypomnieć plebiscyt na Warmii i Mazurach w lipcu roku 1920. Właśnie bolszewicy szli na Warszawę. Już wyglądało na to, że – jak głosili Niemcy – „państwo sezonowe”, Polska, lada dzień upadnie. Mieszkańcy tych ziem nie chcieli dostać się „pod bolszewika”, więc głosowali za Niemcami. I to jak. W 95 procentach! Trudno się więc dziwić, że w apogeum antypolskiej propagandy w XXI wieku również część tych, którzy mieli szansę głosować, zagłosowała przeciw opluwanej przez własne media Polsce. K


KURIER WNET

4

KURIER·ŚL ĄSKI

G

dy w roku 1986 ówczesna Europejska Wspólnota Gospodarcza objęła swoim zasięgiem Hiszpanię i Portugalię, w wieku dwudziestu dwóch lat zacząłem myśleć o niej jako o krainie mlekiem i miodem płynącej. Dziwne było tylko jedno: w ciągu kolejnych lat 25-procentowe bezrobocie w Hiszpanii wcale nie zamierzało spadać. Potem, z chwilą wycofania się Sowietów z Europy, do Unii zaczęły aspirować byłe demoludy. Kraina mlekiem i miodem płynąca miała ogarnąć bez mała cały kontynent. Teraz jesteśmy oczywiście o tych parę lat mądrzejsi, przynajmniej powinniśmy. Ale już wtedy, gdy emisariusze zjednoczonej Europy zaczęli przenikać na nasze ziemie, powinniśmy zauważyć jedno. Ich taktyka była taktyką najeźdźców. Jak najszybciej nas podbić i skolonizować. Co więcej, firmy zachodnie, które rzuciły się na podbój naszych ziem, miały zapewnioną pomoc finansową i ubezpieczenie prawne ze strony własnych państw. Niemcy mieli, rzecz jasna, najbliżej. Ten planowy podbój okazał się stosunkowo łatwy. Sowieci wycofali się dla przegrupowania swoich sił i nie stawiali przeszkód. Ich komunistyczni namiestnicy zajęli się wykrawaniem dla siebie prywatnych majątków z dóbr narodowych. Dotychczasowa opozycja, żyjąca od lat na utrzymaniu Zachodu, uznała za swoisty rewanż oddanie gospodarki państwa w zachodnie ręce. Zwłaszcza że bez poparcia Zachodu nigdy nie stałaby się elitą władzy. Inne, tajne czynniki na razie pomińmy Jako naród i państwo staliśmy się łupem dla najeźdźców z Zachodu. Nasza ówczesna elita polityczna o pochodzeniu opozycyjnym została dzięki temu nagrodzona. Pamiętacie ministra gospodarki o nazwisku Lewandowski? Twierdził, że kolejne wielkie, dochodowe przedsiębiorstwa są warte tyle, ile w danej chwili ktoś gotów jest za nie zapłacić. I w związku z tym wyprzedawał dochodowe, ale państwowe firmy za mniej niż warte były działki, na których stały. A czasem za mniej niż miały środków na rachunku bankowym. Sprzedawał firmom z Zachodu, bo tylko one dysponowały rokującym na przyszłość know how. Oczywiście, że „wiedziały, jak”, bo najczęściej były to firmy konkurencyjne w stosunku do przejmowanych za grosze. Człowiek nazwiskiem Leśniak, mieszkaniec mojej wsi i właściciel wiejskiego sklepu, wcale nie był głupszy. Gdy tylko pojawiła się okazja i konkurencyjny sklep bankrutującej Gminnej Spółdzielni został wystawiony na sprzedaż, natychmiast go kupił, a potem zamknął. Dysponował know how i pieniędzmi. Za jedyne pięćdziesiąt tysięcy złotych pozbył się konkurencji i przejął jej klientów. Piszę o tym, żebyśmy zrozumieli wreszcie, w jak prymitywny sposób zostaliśmy sprzedani przez Polaków, teoretycznie takich samych jak my. Mieniących się naszymi reprezentantami, a w rzeczywistości

Unia Europejska, czyli Niemcy, biorą wszystko. UE była początkowo miłym i sympatycznym projektem. Wspólnotą Węgla i Stali, i wolnego handlu w ramach kilku państw. W zamierzeniu politycznym miała być tamą przeciwko zakusom Sowietów i infiltracji Zachodu przez propagandę komunistyczną. Dzięki ogromnej pomocy USA ta część projektu zakończyła się sukcesem. Dzięki planowi Marshalla zniszczona w czasie II wojny światowej Europa Zachodnia, a przede wszystkim państwo-agresor, Niemcy, przekształciły się w potęgę gospodarczą. Po to, by od tej pory być już tylko miłym, kupieckim narodem i państwem.

Wojna, którą właśnie przegraliśmy Część III Jan Kowalski

sprzedawczyków. Oczywiście Czesi tak nie zrobili, ale Czesi, jak wiemy, są mądrzejsi i mniej przekupni. W końcu to nie żaden Czech, ale wspomniany wyżej minister Lewandowski z partii do niedawna panującej jest komisarzem finansowym Unii. Wróćmy jednak do spraw europejskich. To, że nas i większość byłych państw Obozu, z chwalebnym wyjątkiem Czech i terenów Niemiec Wschodnich włączonych wprost do

Mówiąc językiem oficjalnym, następowało dostosowywanie się nowych państw do standardów unijnych. Mniej oficjalnie – rosła przewaga konkurencyjna gospodarki niemieckiej. państwa niemieckiego, państwa zachodnie podbiły, nie dziwi. W końcu sami się o to prosiliśmy. Zdziwienie jednak wywołuje sytuacja w samej Starej Unii. W państwach, które miały stać się częścią krainy miodem i mlekiem płynącej, a już zbankrutowały, jak Grecja, lub stoją nad przepaścią, jak Hiszpania,

Portugalia czy następne w kolejności Włochy. Nawet Francja pogrąża się w kryzysie i w niedalekiej przyszłości może się okazać, że dołącza do grona państw-bankrutów. A przecież państwa te mieszczą się w pierwszej dziesiątce najbardziej rozwiniętych na świecie. Pomocą w wyjaśnieniu tej zagadki jest statystyka. Zatem, chociaż jest to dziedzina do cna zakłamana, i tak wiele nam wyjaśnia. Rok 2011, rok kryzysu ogólnoeuropejskiego, dodajmy, gospodarka niemiecka zanotowała jako kolejny rok dynamicznego wzrostu eksportu. Nadwyżka handlowa Niemiec, czyli przewaga eksportu nad importem, sięgnęła 100 miliardów euro, przekraczając kwotę 1100 miliardów euro (słownie: jeden bilion sto miliardów). Wszystkie inne państwa, włączając w to nie tylko Hiszpanię i Portugalię, ale również Francję, odnotowały bilans ujemny. W ciągu 10 lat niemiecki eksport prawie się podwoił, a import wzrósł jedynie o 7%. A pamiętajmy, że to tylko statystyka i w tych zakłamanych zestawieniach firmy będące własnością niemiecką, na przykład Volkswagen Polska, czeska Škoda czy teoretycznie hiszpański Seat, występują jako firmy danych państw. Gdybyśmy przeprowadzili niezależne badania statystyczne, na które w obecnym czasie poprawności politycznej nikt się nie zgodzi, przestraszylibyśmy się wyników. Grecka ulica obudziła się już kilka lat temu, wykrzykując otwartym tekstem, co im mogą Niemcy zrobić i że nie oddadzą Niemcom swoich przedsiębiorstw. O polskim zatroskaniu publicystycznym, jak długo jeszcze niemiecki podatnik będzie dokładał do Europy, nie wspominajmy w tym momencie. Jako ostatnia z ręką w nocniku obudziła się Francja. Przywódcom Francji pozostało jedynie odstawianie bufonady w stylu wielkiego duetu

Sarkozy – Merkel. W rzeczywistości znaleźli się w sytuacji chłopca na posyłki. Oczywiście nawet dyplomacja niemiecka nie może się do tego przyznać. Jak to się stało, że podatnik niemiecki podbił Europę bez jednego wystrzału i nikt tego nie zauważył? Zastosowano polski wariant, tyle że trzydzieści lat wcześniej. Przekupiono elity polityczne poszczególnych państw, demoralizując je ogromnymi pieniędzmi pochodzącymi z zewnątrz. Włączając je w orbitę elity europejskiej i gwarantując tym samym niezależność od krajowych wyborców. Niemcy jedynie konsekwentnie udawali, że nie widzą, jak tak zwane unijne środki korumpują elity włączanych do Unii państw. Sami zadowalając się rozrostem biurokracji wzmacniającej bazę społeczną tychże elit, systematycznym podrażaniem życia i prowadzenia biznesu. Mówiąc językiem oficjalnym, następowało dostosowywanie się nowych państw do standardów unijnych. Mniej oficjalnie – rosła przewaga konkurencyjna gospodarki niemieckiej. No dobrze, ale dlaczego społeczeństwa podbijanych państw zgodziły się na to bez jakiekolwiek buntu? To proste – ich politycy obiecali im to samo, co wiele lat później nasi: że będziemy skubać brukselkę. I tak to na początku wyglądało. Hiszpanie i Portugalczycy doświadczyli boomu mieszkaniowego, sprzedając kilkakrotnie drożej nieużytki, których nikt wcześniej nie chciał kupić, i rzucili się w wir spekulacji na rynku nieruchomości. Grecy, tak politycy, jak i zwykli obywatele, do spółki wyłudzali pieniądze na nieistniejące przedsięwzięcia. Jedynie jacyś zacofani, niedzisiejsi wariaci mogli oponować. Skończyło się tak, jak musiało. Niemcy są jedyną europejską potęgą gospodarczą dominującą nad całym

kontynentem. Dysponują ogromnym rynkiem pracy, który jest w stanie wchłonąć nadwyżki rąk z Europy Wschodniej. Będąc drugim największym eksporterem świata i pierwszym Europy, mają w swoich rękach sieci handlowe, co zabezpiecza ich przed powstaniem wytwórczości konkurencyjnej w stosunku do ich gospodarki. Mogą wykorzystywać tańszą siłę roboczą w nowych państwach, instalując tam swoje montownie i fabryki podzespołów. I co najważniej-

Tak się po prostu wszystko szczęśliwie dla Niemców poukładało. I wystarczyła tradycyjna niemiecka gospodarność i wstrzemięźliwość. O przestrzeń życiową (Lebensraum) i Mitteleuropa przegrali dwie wojny światowe. A teraz Europa musi ich prosić o pomoc… sze, dzięki ogromnej nadwyżce finansowej gotowi są pomagać w reformowaniu gospodarek zadłużonych państw, takich

jak Grecja. Czytaj: gotowi są przejąć kluczowe gałęzie greckiego przemysłu, żeby stały się częścią europejskiej gospodarki Niemiec. Na marginesie: wbrew temu, co się powszechnie w Polsce sądzi, Grecja jest w dużo lepszej sytuacji niż Polska. Przede wszystkim ma jeszcze swoją narodową gospodarkę, bowiem początkowe rozszerzanie Unii Europejskiej odbywało się w formie bardziej cywilizowanej niż podbój po roku ’90. Niemcy są gotowe pomagać również innym krajom. Oczywiście Francuzi też by chcieli, ale nie mają na to środków. I na tym polega rzeczywiste francuskie nieszczęście, nieszczęście figuranta. Zastanówmy się przez chwilę, czy to mógł być przypadek. Tak się po prostu wszystko szczęśliwie dla Niemców poukładało. I wystarczyła tradycyjna niemiecka gospodarność i wstrzemięźliwość. O przestrzeń życiową (Lebensraum) i Mitteleuropa przegrali dwie wojny światowe. A teraz Europa musi ich prosić o pomoc… i Niemcy chętnie pomogą. Z teorią przypadku nie zgodziłby się pewnie Rudi, mój znajomy Ślązak z niemieckim paszportem. Już piętnaście lat temu tłumaczący mi, że z dostatniego życia na emeryturze nici i trzeba zaciskać pasa. Skąd taki pomysł u mającego wtedy 25 lat chłopaka, który wywieziony został do Niemiec zaraz po podstawówce przez emigrujących za chlebem rodziców? Tu zbliżamy się powoli do wyjaśnienia zagadki. W roku 1996 pewien Niemiec, aktywny uczestnik życia publicznego, Arnulf Baring, napisał intrygującą książkę Czy Niemcom się uda? W czarnych barwach przedstawił niemiecką przyszłość, jeśli nie sprosta wyzwaniu, jakie stawia globalizacja. I jakie będą skutki masowego przenoszenia miejsc pracy do Azji. Dwa lata później został uhonorowany wysokim odznaczeniem państwowym. A nowy rząd Schroedera zaczął realizować ambitny program społeczny Agenda 2010, który miał sprawić, że jednak Niemcom się uda. Nastąpiło porozumienie głównych uczestników życia publicznego, polityków, związkowców i pracodawców. Polegało z grubsza na zahamowaniu płac, redukcji świadczeń dla bezrobotnych, wprowadzeniu elastycznego czasu pracy w zamian za odstąpienie od masowych zwolnień. Zatem nie tylko mój znajomy, ale wszyscy Niemcy zostali przekonani, że jest to konieczne. Jak to już widać po upływie 15 lat, Niemcy dobrze odczytali znaki czasu. W tym samym czasie Francuzi przegłosowywali 36-cio godzinny tydzień pracy, Grecy kradli na gaje oliwne istniejące tylko na papierze, a Hiszpanie budowali kolejny budynek mogący pomieścić rozrastającą się administrację. Dlaczego nie mieli tego robić, mając świadomość, że to Niemcy są największym płatnikiem Unii Europejskiej? Każdy chciał po prostu skubać brukselkę. Dlaczego Niemcy mieliby się wtedy wtrącać w wewnętrzne sprawy innych państw? Co innego teraz, po wygranej wojnie. K

R Z E C Z P O S P O L I TA · P O M O J E M U Dlaczego powszechnych zasad dziedziczenia – uregulowanych już wraz z ich opodatkowaniem – nie stosować do środków emerytalnych?

Dobra zmiana w systemie ubezpieczeń społecznych Część III

P

Ewa Miętkiewicz

o co inne regulacje w tym zakresie? Otóż po to, by utrwalić prorodzinny i prospołeczny charakter proponowanego systemu emerytalnego. Uznając ograniczone do minimum, ale obowiązkowe składki na emeryturę za nieodzowne dla zachowania ładu społecznego i przyzwoitego poziomu życia po zakończeniu aktywności zawodowej, nie można ignorować faktu, że przez cały okres ich ponoszenia zmniejszają budżet osobisty lub rodzinny opłacających je. Z tej podstawowej przyczyny środki emerytalne powinny być dziedziczone odmiennie; jedna ich połowa powinna przypadać do podziału między dzieci, w równych częściach, a druga – zostać przekazana na rachunek emerytalny żyjącego partnera lub w odpowiednich

proporcjach na rachunki żyjących partnerów – o ile spadkodawca za życia pozostawał w więcej niż jednym związku. Proporcje wynikałyby z okresów pozostawania w każdym ze związków, w stosunku do łącznego okresu ich trwania. Gdy nie żyje żaden z partnerów spadkodawcy, całość środków trafia w równych częściach do jego dzieci. Jeżeli żyje jeden spośród kilku partnerów, należna mu proporcjonalnie część środków z połowy puli trafia na jego rachunek emerytalny, a pozostałe w równych częściach dziedziczy potomstwo. Gdy nie żyje któreś z dzieci spadkodawcy, przypadająca jemu część jest równo dzielona między jego potomstwo (wnuki); gdyby potomstwa nie posiadał – rozdzielana jest po równo między rodzeństwo.

Życie zwykle niesie różne komplikacje, np. związki małżeńskie oficjalne i równoległe romanse na boku, uwieńczone pozamałżeńskimi dziećmi. Jak okiełznać tę dżunglę relacji damsko-męskich, ograniczać do minimum nieoczekiwane poczęcia, niepotrzebne aborcje? Funkcjonowanie każdego państwa wynika z określonych regulacji w materialnej i niematerialnej sferze życia społeczeństw. Najlepiej, gdy reguły są ustalane z poszanowaniem woli każdej jednostki, w sposób zapewniający jej wpływ na zapadające decyzje, w możliwie najmniejszym stopniu ograniczający jej prawo do samostanowienia. W tradycji polskiej modelowa rodzina to kobieta i mężczyzna związani sakramentem małżeństwa, posiadający co najmniej dwójkę potomstwa. Rzeczywistość ostatnich lat to daleko idące rozluźnienie norm moralnych, tolerancja dla rozwiedzionych, dla kobiet decydujących się na samodzielne wychowywanie dziecka, dla wiodących życie w różnych układach partnerskich, nie ograniczających się do zwykłego trójkąta, lecz ambitnie sięgających po zasobniejsze w kąty figury geometryczne. Istnieje klimat sprzyjający „upiększaniu” sobie tradycyjnego życia małżeńskiego flirtami i romansami, nieszczególnie ukrywanymi. Stały się modne, z narcyzmem i próżnością jako wyznacznikami tryumfującymi nad miłością, lojalnością, szacunkiem

– niszcząc to, co najważniejsze w związku dwojga ludzi – zaufanie, które według nieznanego mi autora „jest jak zapałka – można ją tylko raz zapalić”.

M

oże skończyć więc w polskim ustawodawstwie z obłudną pobożnością, z zawłaszczaniem przez państwo sfery wierzeń religijnych obywateli. Może dostosować system administrowania i ewidencji do faktycznych potrzeb społecznych, a nie pobożnych życzeń. Skierować wysiłki na eliminowanie ubóstwa z nierozłącznymi patologiami, jak prostytucja, pijaństwo i przemoc. Dać szansę każdemu dziecku w przyszłości poczętemu, by pochodziło z formalnego związku, niekoniecznie zwieńczonego ślubem w obrządku religijnym. Można to osiągnąć poprzez utworzenie systemu o roboczej nazwie „Partnerstwo ujawnione”. Byłaby to urzędowa ewidencja prowadzona w oparciu o oświadczenia dwojga ludzi o utworzeniu związku partnerskiego oraz złożenie deklaracji o wyborze ustroju materialnego spośród określonych w kodeksie rodzinnym. Warunkiem wpisu byłaby pełnoletność oraz niepozostawanie w innym związku, przy czym od zakończenia poprzedniego związku przez któregokolwiek partnera musiałoby upłynąć co najmniej 3 miesiące. Zakończenie związku partnerskiego wymagałoby złożenia oświadczenia o tym

przez oboje lub jednego z partnerów. W tym drugim przypadku urząd byłby obowiązany od ręki skutecznie powiadomić drugiego partnera. Ewidencja ta służyłaby formalnemu odnotowaniu stanu faktycznego, nie nadawałaby statusu małżeństwa. Rację bytu straciłaby instytucja tzw. ślubu cywilnego. Każdy wierzący mógłby zawierać związek małżeński wg obrządku religijnego, co podlegałoby obowiązkowi wpisu do ewidencji Partnerstwa. Dlatego „ujawnionego”, ponieważ każdy, tylko osobiście, w dowolnym biurze ewidencyjnym, po wylegitymowaniu się – mógłby uzyskać informacje o dowolnej osobie, ograniczone do stwierdzenia, czy pozostaje obecnie w związku, czy nie, ile już związków zawierała, ile posiada potomstwa. Każde zapytanie zostawałoby odnotowane w kartotece osoby, o którą pytano, dysponującej prawem wglądu w te dane. Zasadą pozostawałoby, że wpisani do ewidencji partnerzy są rodzicami dziecka poczętego w okresie trwania ich związku. Kobieta pełnoletnia, zachodząc w ciążę poza zarejestrowanym okresem pozostawania w związku z mężczyzną, (z wykluczeniem gwałtu) nie mogłaby liczyć na żadną pomoc państwa w dochodzeniu alimentów lub ustalaniu ojcostwa, gdyż korzystając z omówionych, transparentnych regulacji, nie powinna do takiej sytuacji dopuścić. Natomiast powinna uzyskać wszelką

inną, w tym materialną pomoc. Gotowość lub niechęć partnera do ujawnienia związku w ewidencji powinna być dla drugiej strony wyznacznikiem jego uczciwości i odpowiedzialności wobec niej; tak jak brak zaewidencjonowania związku, określenia wzajemnych relacji materialno-prawnych, powinien być w świadomości potencjalnego partnera bezwzględną przeszkodą w rozpoczynaniu współżycia seksualnego. Reasumując, „Partnerstwo ujawnione” powinno utrwalać monogamiczny charakter relacji damsko-męskich, wzmacniać wzajemną odpowiedzialność i szacunek w tych relacjach. Odnotowane w ewidencji okresy trwania związków byłyby oczywiście uwzględniane przy podziale dziedziczonych środków emerytalnych. K Tekst nawiązuje do aktualnie obowiązującego systemu, w którym emerytura została wyłączona z systemu zabezpieczenia społecznego. Mamy nadzieję na głęboko idące zmiany, które przywrócą emeryturze jej klasyczną funkcję ochrony „ryzyka starości”. Propozycje zawarte w załączonym artykule mogą odnosić się do ubezpieczeń o charakterze kapitałowym, a te nie powinny wchodzić w zakres ubezpieczeń społecznych. Tekst publikujemy jako ważny przyczynek do dyskusji, akcentując potrzebę kompleksowej rewizji systemu ustanowionego w 1999 r. W kolejnym numerze odpowiedź na ten artykuł. Dyskusja rozpoczęła się na dobre. redakcja


KURIER WNET

5

KURIER·ŚL ĄSKI

B

ywa, że daniem głównym na uczcie intelektualnej jest wazelina. Wciąż ma tu większe wzięcie aniżeli Prawda, która – przypomnijmy – nie jest kreowana przez człowieka, lecz tylko i jedynie przez niego odkrywana. Wiem, co mówię, wszak przyszło mi w moim życiu zawodowym obligatoryjnie biesiadować w pobliżu niejednego, za przeproszeniem – koryta. Bo ideologicznie skundleni organizatorzy uczty – dalej będę ich nazywać czcicielami „chaosu, mętu i zamętu” – zazwyczaj tylko takim sprzętem dysponowali. I choć nadzieje na „naprawę rzeczy ludzkich” i wychowanie „nowego, tolerancyjnego człowieka” związane są z osławionym dyskursem pedagogicznym i debatą właśnie – to jednak politycznie niepoprawne, tzw. kontrowersyjne poglądy Herberta Kopca bardziej rzekomo przypominają słynną, prawnie zakazaną „mowę nienawiści” aniżeli miłości, której nam wszystkim tak bardzo (oprócz mądrości) przecież potrzeba. Kto to widział? Dorwie się taki do mikrofonu i potrafi skutecznie zapaskudzić „swoją Prawdą” atmosferę intelektualnej balangi. I co? W czasach pomyślnie postępującej wreszcie (i to chyba już na skalę światową!) abdykacji Prawdy – mamy mu na to pozwalać? Niedoczekanie... Okazuje się, że to fatalne odium, które wlecze się za mną, ma konsystencję raczej stabilną, bo dopadło mnie także na zjeździe pedagogicznym w Białymstoku (21–23 września 2016). Pod górkę miałem zresztą od samego początku. O zjeździe dowiedziałem się w przeddzień (i nie mam o to pretensji do nikogo), stąd mimo usilnych starań nie potrafiłem za żadne skarby zalegalizować swojego uczestnictwa w tym najważniejszym święcie akademickiej pedagogiki. Nie pomogła mi w tym ani legitymacja felietonisty „Kuriera Wnet”, ani argumenty, że profil mojej publicystyki powinien przesądzić o tym, że otrzymam szansę na poczucie atmosfery i klimatu intelektualnego naukowej pedagogiki. Nic z tego. Nie było mi dane i już! A mimo to nie oceniam tej swojej obecności „na dziko” i nielegalnego oddychania świąteczną atmosferą zjazdu za czas zmarnowany. Udało mi się przeprowadzić parę krótkich rozmów z „pedagogicznymi olbrzymami”, wysłuchałem referatu prof. Tadeusza Pilcha o godności osoby ludzkiej. Trzeba przyznać, że ten znany przeciwnik lustracji środowiska akademickiego, które, jak równocześnie słusznie zauważył, „z natury powinno być rozumem i sumieniem narodu” (zasadniczo przecież uformowanym w PRL po marksistowsku), mówił o godności ze swadą utalentowanego duszpasterza (póki co: raz marksista, raz postmodernista, raz katolik).

Dopuściliśmy do upadku sensu, treści, formy i rozumnej informacji”. Trudno nie przyznać mu racji. Są to jednak – jak to dalej zilustruję – zazwyczaj narracje zmienne, względem siebie sprzeczne, wykluczające się i ironiczne. I nic w tym dziwnego – wszak postmodernizm jest zgodą na wieloznaczność „w płynnej, ponowoczesnej współczesnej rzeczywistości”. W wydaniu krańcowym oddawanie czci chaosowi jest swoistym wyznaniem wiary postmodernizmu (T. Grabińska, Fundamentalizm i postmodernizm a uniwersalizm, Kraków 2010). Na salonach polskiej pedagogiki nie brakuje tych, którzy mają tu stosowne „osiągnięcia”, skutkujące przewlekłym stanem chorobowym akademickiej pedagogiki. Ta rewolucyjna choroba umysłowa, polegająca na oddawaniu czci chaosowi, jest na ogół cicha, bez konfrontacji i (na razie!) bez rozlewu krwi. Oznaki tak pojętej rewolucji obecne były na wszystkich zjazdach, w których uczestniczyłem. Samodzielna aktywność uczonego nie jest tu specjalnie wskaza-

Ogólnopolskie Zjazdy pedagogiczne są organizowane przez Polskie Towarzystwo Pedagogiczne (PTP) z reguły co trzy lata. Zgodnie z założeniem stanowią „wyraźne punkty orientacji we współczesnej pedagogice” i możliwość prezentacji dorobku naukowego oraz wymiany myśli; powinny też sprzyjać integracji środowiska. Pierwszy Zjazd Pedagogiczny odbył się w lutym 1993 r. w Akademii Wojskowej w Rembertowie pod Warszawą, a ostatni (dziewiąty) na Uniwersytecie Białostockim. Dość więc było okazji, aby się naoglądać i nasłuchać rzeczy, które by mi do głowy nie przyszły, gdyby mnie tam nie było. Konsekwentnie będę się dziś czepiał wystąpienia Honorowego Przewodniczącego PTP, prof. Zbigniewa Kwiecińskiego, na otwarcie Białostockiego zjazdu, konfrontując jego niektóre postmodernistyczne „narracje” z rzeczywistością, czyli z tym, co kiedyś nazywaliśmy normalnością. Oj, nieźle sobie lider polskiej pedagogiki salonowej pofolgował, m.in. stwierdzając – w kontekście szerszego kryzysu, a więc wojen i zamachów dżihadystów w Paryżu, Brukseli i Nicei, że „u nas przeżywamy epidemiczny upadek rozumu o niezwykle rozległych, głębokich i trudno odwracalnych konsekwencjach”. Wzmiankował też o „eksplozji głupoty” oraz (wspierając się prof. Marcinem Królem) ogłosił, że „jesteśmy barbarzyńcami.

zrobił dziś dla innych, komu pomógł, czego dokonał dla własnego rozwoju” itd., itp. Tak trzymać, Panie Profesorze! Jakoż szkopuł z prof. Kwiecińskim tkwi w tym, że równocześnie jest on miłośnikiem mądrości przedstawicieli szkoły frankfurckiej, prof. Z. Baumana, programowo zwalczających osobowości autorytarne (np. chętnie posługujące się klapsem w wychowaniu dzieci), religię, a zwłaszcza nauczanie Kościoła katolickiego.

REFLEKSJE NIEWYEMANCYPOWANEGO PEDAGOGA

Herbert Kopiec

z użyciem hasła „walki ze stereotypami” jest kpiną ze zdrowego rozsądku. Nie inaczej jest z osławionym klapsem dla dziecka. Tekst profesora Zbigniewa Stawrowskiego (Rzeczpospolita, wrzesień 2016) o klapsie jako obowiązku rodziców wzbudził pośród uczestników zjazdu w Białymstoku emocje. Zebrano podpisy potępiające profesora. W Polsce rodzic nie może wymierzyć dziecku klapsa nawet symbolicznego, bo to przemoc. Ale jednocześnie policja, zatrzymując dziecko lub nastolatka podejrzanego o popełnienie wykroczenia, może zastosować „środki dyscyplinujące”, do których należą: siła fizyczna w postaci technik transportowych, obrony, ataku i obezwładnienia, kajdanki zakładane na ręce lub nogi, kaftan bezpieczeństwa, pas obezwładniający, kask zabezpieczający, pałka służbowa, ręczne miotacze gazu, paralizatory. Ale to nie jest jedyna sprzeczność/ absurd. Z wieloletnich badań wynika, że – przykładowo – rozwód rodziców ma bardziej destrukcyjny wpływ na

Zauważyłem, że odkąd rozeszło się „po mieście”, iż mom niewyparzono gęba i gotów jestem publicznie wygadywać „pewne rzeczy” – organizatorzy różnych konferencji, kongresów, zjazdów pedagogicznych, zwanych niekiedy intelektualnymi ucztami, mają mnie na oku. Najzwyczajniej woleliby mnie u siebie nie widzieć. Ma wszak być miło, przyjemnie i grzecznie, bez narzucania jakiejkolwiek fundamentalnej jedynej Prawdy, która rzekomo zniewala.

IX Ogólnopolski Zjazd Pedagogiczny w Białymstoku czy kolejne święto chaosu? na, a nawet zbędna, zaś tę konieczną da się przyrównać i sprowadzić w gruncie rzeczy do rangi zbioru przepisów kucharskich. Do najbardziej typowych pedagogicznych efektów tych kulinarnych wysiłków należą m.in. próby rehabilitacji ambiwalencji, zatarcia różnicy między tym, co dobre i złe, poważne i wzniosłe, a tym, co pospolite i rozrywkowe, mętne i klarowne. Są to nurty poboczne w pedagogice, ale są, i do nich należą m.in. pedagogie „przewrotne, odlotowe, pokrętne” (Impuls, 2011),

Zachodni intelektualiści przebyli od czasów renesansu trzy etapy: spodziewali się zbawienia najpierw od Boga, potem od filozofii, a dziś spodziewają się go od literatury. Nieco historii

cnota ironii. Dzięki niej potrafimy bowiem zdystansować się do naszych głębokich przekonań i dyskutować z racjami Innych. Stanowczy osąd może bowiem godzić w poglądy innych ludzi. A ma być przecież przede wszystkim miło... Własne zadowolenie ma być jedyną rzeczą, dla której opłaca się żyć. Zachodni intelektualiści – brzmi teza tego „agenta przemian kulturowych” – przebyli od czasów renesansu trzy etapy: spodziewali się zbawienia

tak właśnie smakowicie nazwane przez prof. Kwiecińskiego. Czy to jest taki zwykły wypadek przy pracy, czy też może mamy do czynienia z próbą zniszczenia chrześcijańskiego kodu kulturowego, przeprowadzenia fundamentalnej zmiany cywilizacyjnej? Poza wszelką wątpliwość urzeczywistnia się przewrót ideologiczny, czyli potężny i bardzo powolny proces demoralizacji, prania mózgów i zwyrodnienia demokracji. Prof. Kwieciński należy do gorących admiratorów głośnego lewicowego amerykańskiego „edukatora” Richarda Rorty’ego, który sformułował tezę o nieodwracalnej zmianie, jakiej uległ współczesny Zachód. Rorty pisał, że kraje zamożne, wyzwolone z najbardziej podstawowego „trudu przetrwania”, mogą sobie pozwolić na więcej wewnętrznej swobody, na „ironiczny status” wyznawanych przez siebie wartości, nawet tych najbardziej podstawowych. Twierdził też, że dominujące w przeszłości postacie Wojownika (bronił materialnego przetrwania danej grupy społecznej) i Kapłana (będącego strażnikiem jego fundamentalnych wartości) są dziś zastępowane przez lepiej pasujące do nowych/współczesnych czasów figury/postaci, takie jak: Menedżer, Terapeuta i Esteta/Literat (Czy Zachód pozostanie ironiczny? Europa-Newsweek 2009). Słowem, sformułował koncepcję, zgodnie z którą dla liberalnej sfery publicznej najważniejsza jest literacka

najpierw od Boga, potem od filozofii, a dziś spodziewają się go od literatury. Kultura literacka nade wszystko ceni ludzką wyobraźnię i ją czyni narzędziem zbawienia (O Bogu, mędrcach i poetach, Newsweek 2009). To w imię troski o zbawienie, szacunku dla mądrości „warto czytać m.in. prace r. Rortyego”, przekonuje prof. Kwieciński. „Pokazują one, że pedagogika może być szansą na mądrość” (Ewolucja ogólności w dyskursach pedagogicznych, Bydgoszcz 2005, s. 73). Uwyraźniam więc bardziej szczegółowo lansowaną przez Zbigniewa Kwiecińskiego osobliwą mądrość, by pomóc czytelnikowi w wyrobieniu sobie zdania co do osobistego twórczego wkładu profesora Kwiecińskiego w kreowanie chaosu, mętu i zamętu. Temu też służy próba odpowiedzi na pytanie: co zbawiennego guru polskiej pedagogiki postanowił powiedzieć głodnym mądrości pedagogom na otwarcie zjazdu w Białymstoku i dlaczego? Oto Z. Kwieciński uznał za istotne przywołać to, co powiedział kiedyś nie jakiś filozof czy Pan Bóg, lecz pisarz Georg Bernard Shaw: „Niewielu ludzi myśli częściej niż trzy razy w roku; swoją międzynarodową sławę zawdzięczam temu, że zdarza mi się to raz, a nawet

Idźmy jednak dalej ścieżką nowocześnie upichconej mądrości. Okazuje się, że swoją zawdzięcza mądrości Rortyego i literaturze nie tylko prof. Kwieciński. Literacka cnota ironii uwiodła także prof. Wiesława Łukaszewskiego – tuza polskiej psychologii, po uszy zakochanego w Adamie Michniku (ale o tym później). Oto dociekając subtelnych złożoności „prostoty życia” (Charaktery, czerwiec 2016), „olbrzym polskiej psychologii” sięgnął do mądrości dzielnego wojaka Szwejka. Stwierdził mianowicie, że „trudno odmówić dobremu wojakowi Szwejkowi racji, bo życie ze swej natury jest powikłane”, i przypomniał rzetelnie to, co mawiał Szwejk do nadporucznika Lukasza: „Życie ludzkie, posłusznie melduję, panie oberlejtnant, jest takie powikłane, że w porównaniu z nim człowiek jest jak szmata”. Zachwyt profesora Łukaszewskiego Szwejkiem ma głębokie uzasadnienie. Mógł on zaimponować profesorowi psychologii, przenikliwie dostrzegając owo „powikłanie życia ludzkiego”. Prawdopodobnie nastąpiło to w chwili, gdy do zakochanego w Michniku doszła informacja, że tenże Michnik, cytuję: „zakochał się bezkrytycznie w Jaruzelskim i Kiszczaku”.

Ilekroć słyszę/czytam o wyłącznie zbawiennych skutkach „otwarcia”, „otwartości” czegokolwiek, to zawsze równocześnie słyszę w głębi duszy sceptyczną maksymę: „Miej otwartą głowę, ale nie tak otwartą, żeby wypadł z niej mózg”. dwa razy w tygodniu”. „Niewykluczone – dodał od siebie prof. Kwieciński – że było to możliwe dlatego, że Bernard Shaw chodził bardzo krótko i niechętnie do szkoły”. Wygląda na to, że doznał przypływu tzw. „optymizmu pedagogicznego”, znanego Profesorowi już u początków jego naukowej kariery, kiedy pochłonięty był analizą socjo-edukacyjnych uwarunkowań kształtowania osobowości budowniczych socjalizmu. „Dziś nas jako nauczycieli – zadeklarował pełen optymizmu – stać na to, aby każdy nasz uczeń czy student myślał choć raz dziennie nad tym (i tu prof. Kwieciński mówi z żarem przyzwoitego Katechety), co dobrego

Chaos, męt i zamęt jako narzędzie pożądanej zmiany społecznej Naśladując Zachód i postmodernizm, zaczęto promować w Polsce kompletny relatywizm poznawczy i moralny oraz ludzi o osobowości „niedogmatycznej i tolerancyjnej” wobec wszelkiej odmienności. Ten typ osobowości uznano za normalną siłę zdolną do realnej zmiany istniejącego porządku. Na gruncie tak pojętej normalności wiedza sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem bywa banalizowana i nosi miano postępowej ideologii. Przecież – zauważmy – redefinicja małżeństwa i rodziny

dzieci niż nawet śmierć rodzica. Narzuca się w związku z tym pytanie: czy mamy jakąś regulację prawną choćby utrudniającą rozwód rodzicom wychowującym nieletnie dzieci? Nie, za to mamy warsztaty dla dzieci rozwod-

wymienił także m.in., że były nimi – cytuję: „przypadkowe naśladownictwo różnych wzorów zachodnich” (O reformie oświaty…, Impuls 2008). Natomiast na zjeździe w Białymstoku Pan Profesor poszedł już na całego: „Nasz system edukacyjny, jak inne zachodnie systemy, przystosowany jest do nieistniejącej przeszłości, co czyni go dysfunkcjonalnym (...) przyczyniając się do dewastacji gospodarki, kultury i demokracji”. „Poczuj się Europejczykiem!”, „Poznaj idee międzynarodowych ekspertów i odkryj nową jakość pedagogiki” – apeluje do polskiego obywatela/studenta pedagogiki Gdańskie Wydawnictwo Pedagogiczne (2006, a więc 10 lat przed zjazdem w Białymstoku). W ten sposób (wytłuszczonym drukiem na okładce książki) wydawnictwo promuje „kompendium wiedzy z zakresu pedagogiki”. Uzyskujemy dzięki temu – zapewnia Gdańskie Wydawnictwo Pedagogiczne – „wielopłaszczyznowy i interdyscyplinarny obraz pedagogiki, którą moglibyśmy nazwać pedagogiką bez granic, pedagogiką otwartą na świat, ludzi i pasjonujące ich idee”. Przyznam się bez bicia, że prawdopodobnie muszę mieć jakąś nieuleczalną skazę mentalną, bo ilekroć słyszę/czytam o wyłącznie zbawiennych skutkach „otwarcia”, „otwartości” czegokolwiek (nie tylko pedagogiki na nowe idee!), to zawsze równocześnie słyszę w głębi duszy sceptyczną maksymę: „Miej otwartą głowę, ale nie tak otwartą, żeby wypadł z niej mózg”…

Mądrość etapu Tymczasem w przywołanym wystąpieniu prof. Kwiecińskiego inaugurującym IX Zjazd Pedagogiczny znalazły się też stwierdzenia, które można by odczytać jako częściowy odwrót od tego postmodernistycznego barbarzyństwa/głupoty. Mam tu na uwadze chociażby ukłon w stronę Papieża Franciszka – komplementujący wypowiedzi głowy Kościoła katolickiego w czasie Światowych Dni Młodzieży, choć przecież głębokie różnice w zasadzie wykluczają możliwość kompromisu między liberalnym/postmodernistycznym a chrześcijański/katolickim modelem wychowania. Zauważalna wolta może być następstwem wkroczenie prof. Kwiecińskiego w tzw. mądrość etapu. „Otóż mądrość etapu – pisze mój ulubiony felietonista Stanisław Michalkiewicz – różni się od zwyczajnej mądrości tym, że o ile zwyczajna mądrość jest stała, to mądrość

Jak to możliwe, że na normalnych zasadach, oficjalnie, publicznie na konferencjach, zjazdach pedagogicznych mamy do czynienia z ekspansją głupoty i bełkotu? ników, z których wychodzą, recytując mantrę: „to nie moja wina, rodzice mnie bardzo kochają, po prostu nie mogą być ze sobą” i idą płakać w poduszkę, bo wiedzą, że gdyby mama i tata ich naprawdę kochali, to by się nie rozwiedli (B. Białecka, portal informacyjny, 2016). Wiemy więc, komu zawdzięczamy chaos. I to nie byle jaki. Osiągnęliśmy – także, „dzięki” państwu prawa – stan chaosu kontrolowanego, tracąc równocześnie suwerenność myśli.

Punkty orientacyjne współczesnej pedagogiki Inicjator wszystkich dotychczasowych zjazdów pedagogicznych – „olbrzym polskiej pedagogiki” prof. Zbigniew Kwieciński poinformował, że jest to jego ostatni zjazd, w którego „otwarciu może aktywnie uczestniczyć”. Nie wszystko więc stracone, skoro anonsowana absencja dotyczy tylko samego otwarcia kolejnych zjazdów. Stuprocentowa nieobecność prof. Kwiecińskiego mogłaby przynieść trudne do przewidzenia konsekwencje. Dlaczego? Ano, to nie kto inny jak on wespół ze swoimi towarzyszami wyznaczał po przełomie politycznym 1989 roku punkty orientacyjne współczesnej polskiej pedagogiki. Poza wszelką wątpliwość polska pedagogika miała/ma (?) naśladować i naśladowała pedagogikę zachodnią. „Otwarcie [Polski] na Zachód przyniosło znakomite rezultaty” – przekonywał prof. Kwieciński (Impuls, 2011), choć jeszcze parę lat wcześniej nie był tego tak pewny. Był „otwarty” na inne diagnozy i jako taki dawał im wyraz. Pisząc bowiem „o przyczynach rozsypania się systemu oświaty w Polsce”,

etapu jest zmienna. W ramach zwyczajnej mądrości, jeśli coś jest dobre, to pozostaje takie raz na zawsze, podczas gdy w ramach mądrości etapu raz jest dobre i jedynie słuszne, a znowu innym razem niedobre i głęboko niesłuszne” (Radio Maryja, kwiecień 2014). W zarysowanym kontekście próbowałem odpowiedzieć na pytanie: gdzie się podziały rozum i instynkt samozachowawczy? W dyskursie pedagogicznym już go prawie nie ma. Jak to możliwe, że na normalnych zasadach, oficjalnie, publicznie na konferencjach, zjazdach pedagogicznych mamy do czynienia z ekspansją głupoty i bełkotu? Mogą się dziać rzeczy ostentacyjnie absurdalne i prawie nikt już na to nie reaguje. A częściej raczej ochrania, a wtedy nie jest już tak miło, tolerancyjnie i sympatycznie. Oj nie! Wówczas może być jak u nieocenionego Jurka Owsiaka, który (jak sam powiedział), gdy się zdenerwuje, potrafi „przywalić z baśki”. A na co może być stać zniesmaczonego intruzem organizatora/gospodarza zjazdu pedagogicznego? Próbki tego doświadczyłem na własnej skórze w Białymstoku. Obeszło się bez rozwiązań siłowych, ale nie było też pomiłuj. Członek komitetu organizacyjnego zjazdu imponował dyspozycją osobową, kwalifikacjami i wdziękiem wyrafinowanego wykidajły. Powiem wprost, że po tym doświadczeniu łatwo mi wyobrazić sobie niejednego prominentnego „pedagogicznego olbrzyma”, czciciela chaosu, mętu i zamętu, który, poirytowany, może przypominać majstra, granego kiedyś przez Jana Kobuszewskiego, który pouczał: „Jasiu, chamstwu w życiu należy siem przeciwstawiać siłom i godnościom osobistom”. Obym się mylił... K


KURIER WNET

6

P

olski PKB na poziomie 475 mld USD plasuje nas w gronie średnich państw europejskich. Notujemy nieprzerwany wzrost gospodarczy od niemal 20 lat. Mimo tego jesteśmy jednak importerem kapitałów netto i w dalszym ciągu odczuwamy deficyty inwestycji. Polska aktywność na Wschodzie wymaga ogromnych inwestycji. Wymaga też determinacji elit, by pewne strategiczne cele były przedmiotem konsensusu ponadpartyjnego, a ich realizacja wykraczała poza horyzont wyborczy. Rodzi się zatem pytanie, czy stać nas na politykę wschodnią? Polska może niebawem z biorcy kapitałów netto zmienić się w umiarkowanego eksportera kapitału. Gospodarka XXI w. będzie bowiem w coraz większej części rozwijać się dzięki tworzonym technologiom, wzornictwu. O wartości marki będzie stanowić wiedza, a komponent tradycyjnej wymiany handlowej w rozumieniu obrotu materialnymi towarami będzie malał. Nasz kraj może zatem szybko stać się jednym z węzłów przepływów pieniężnych. Bycie peryferium w rozumieniu polityczno-geograficznym, np. w strukturze UE, nie będzie wpływać zasadniczo na nasze szanse rozwoju. Nasuwa się zatem inne pytanie: czy warto zajmować się Europą Wschodnią, będącą przedmiotem rosyjskich roszczeń? Zanim sobie na nie odpowiemy, spróbujmy przyjrzeć się, jak wygląda polska wymiana handlowa ze wschodnimi partnerami i jak przedstawia się specyfika poszczególnych rynków. Patrząc na mapy polskiej aktywności gospodarczej, można zauważyć, że w krajach takich, jak Ukraina, kraje nadbałtyckie, Białoruś, Gruzja notujemy trwałe nadwyżki w bilansie wymiany handlowej. Polski kapitał jest obecny na Ukrainie, w Rosji, Białorusi, krajach nadbałtyckich. Skala i dynamika tych inwestycji jest różna dla poszczególnych państw. Istnieje pewną prawidłowość: w demokratycznych państwach prawa polski kapitał lepiej sobie radzi, mimo większej konkurencji ze strony miejscowych i zagranicznych inwestorów.

O

d upadku systemu komunistycznego w Polsce co raz powraca temat wojsk obrony terytorialnej. Po raz pierwszy jednak wydaje się, że ma ona realne szanse doczekać się realizacji. Ciągle jednak nie brakuje osób, które kwestionują przydatność tego rodzaju formacji. Warto w tym kontekście przypomnieć argumenty dr. Artura Jagnieża, który półtora roku temu na łamach portalu defence24 napisał, iż za ideą tworzenia wojsk OT przemawia współczesna praktyka wojen, po czym dodał: Przebieg walk w Czeczenii, Iraku, a przede wszystkim Afganistanie pokazuje, iż odpowiednio przeszkolone jednostki piechoty, wyposażone w nowoczesną broń lekką, w tym przede wszystkim przenośne zestawy przeciwlotnicze i przeciwpancerne, wykorzystujące w sposób maksymalny zasoby przychylnych im lokalnych społeczności oraz uwarunkowań terenowych są w stanie prowadzić skuteczną walkę z najbardziej nowoczesnymi armiami świata. To prawda, że w czołowym w zderzeniu z wojskowym kolosem mniejszy gracz nie ma szans, ale sytuacja ta diametralnie zmienia się, kiedy strona słabsza unika czołowego starcia i „gryząc systematycznie po kostkach” może stopniowo doprowadzić do zachwiania równowagi wojskowego Krezusa. Często jako przykład organizacji obrony terytorialnej przywoływana jest Szwajcaria, która nie posiada wojsk operacyjnych, a swe bezpieczeństwo zewnętrzne opiera wyłącznie na formacjach typu milicyjnego. Przemysław Żurawski vel Grajewski pisał w czerwcu ubiegłego roku: Rejestracja przedpoborowych następuje w roku, w którym kończą 18 lat. Obowiązek wojskowy ustaje zależnie od specjalizacji, stopnia wojskowego i przydziału mobilizacyjnego w wieku od 30 lat (szeregowi, niektórzy podoficerowie, żołnierze bez przydziału) do 50 lat (specjaliści i oficerowie sztabowi). Poborowi w wieku 20 lat powoływani są do odbycia szkolenia zasadniczego. Mężczyźni, którzy nie zostali powołani do ukończenia 25 roku życia, zwolnieni są z poboru, płacą jednak specjalny podatek wojskowy i podlegają przepisom o obronie cywilnej. Szkolenie rekrutów, zależnie od rodzaju wojsk, trwa od 18 do 21 tygodni. Szkolenie rezerwistów obejmuje 6 do 7 kursów doszkalających, w sumie od 260 do 600 dni.

KURIER·ŚL ĄSKI Z dużym ryzykiem dla polskiego biznesu wiązała się zaś do tej pory penetracja rynków Federacji Rosyjskiej, Ukrainy i Białorusi. Różnie też układa się mapa wzajemnych interesów.

Rosja Gospodarka tego kraju jest ok. 3 razy większa od polskiej (1326 mld USD). W 1989 r. ta różnica była pięciokrotna. Rosja w swej najnowszej historii notuje okresy szybkiego wzrostu i spektakularnych spadków PKB. Opiera swój rozwój na przemyśle wydobywczym, energetycznym i zbrojeniowym. Odnosi sukcesy w obszarze rolno-spożywczym. Stała się eksporterem żywności netto. Rozwija się tam także rodzimy sektor informatyczny i usług finansowych. Wzajemna wymiana handlowa obarczona jest głębokim deficytem po naszej stronie ze względu na duży udział w imporcie surowców energetycznych. Rząd Rosji, by realizować swoje cele polityczne i ekonomiczne, używa metod wykraczających poza akceptowalne w Europie standardy. Stosuje administracyjne utrudnienia dostępu do rynku, prawne i pozaprawne formy nacisku na firmy. Zdarzają się wymuszone przejęcia inwestycji. Na naszych relacjach cieniem się kładzie monopolistyczna pozycja w strategicznych dla nas obszarach związanych z rynkiem surowców energetycznych. Polska, zaniedbując przez ostatnie 20 lat możliwość dywersyfikacji kierunków importu surowców energetycznych, postawiła się w mocno niekomfortowej pozycji. Nasi politycy w latach 90. XX w. wierzyli, że system wyliczania cen surowców z kierunku wschodniego będzie niezmiennie oparty, jak za czasów sowieckich, na parytecie kosztów produkcji i przesyłu. Niestety eksporterzy szybko nauczyli się zasady, że cena jest taka, jaką klient może zapłacić. Polska od jakiegoś czasu płaci w związku z tym dostawcom gazu i ropy potężną rentę monopolową, obliczaną na 1,5 mld euro rocznie. Każdy rząd polski, który będzie próbował budować infrastrukturę dającą możliwość importu z innych kierunków niż wschodni, zagrażającą

W rezultacie co roku szkolonych jest tam około 23 tysięcy obywateli, a efektem tego są niezwykłe zdolności mobilizacyjne. Z armii liczącej 4 tysiące żołnierzy w bardzo krótkim czasie potrafi ona rozwinąć się do stanu 360 tysięcy. Wydaje się jednak, że w polskich warunkach bardziej przydatne będą doświadczenia amerykańskie, gdzie obok wojsk operacyjnych występuje Gwardia Narodowa.

Polska ma interesy w krajach posowieckich, i to nie tylko w sferze moralno-sentymentalnej. Ostatnie wydarzenia na Ukrainie dobitnie pokazują jednak słabość naszego państwa w podmiotowym kreowaniu własnej polityki wschodniej.

Polska polityka wschodnia Mariusz Patey

Rolą odpowiedzialnych elit polskich i ukraińskich jest skupienie się na tym, co łączy, nie dzieli. Nie oznacza to, by strona polska miała rezygnować z pisania własnej historii.

ustaw Unii, tłumienia powstań i odpierania najazdów. Jednocześnie II Poprawka głosi, że dobrze zorganizowana milicja jest niezbędna dla bezpieczeństwa wolnego stanu, dlatego prawo obywateli do posiadania i noszenia broni nie może być naruszone. Funkcjonowanie Gwardii określiła Ustawa o Milicji z 1903 r., tzw. Militia Act (znana również jako Dick Act), w wyniku której dotychczas istniejące

Obrona terytorialna

doświadczenia cudze i własne Wojciech Kempa Każdy spośród 50 stanów USA, wraz z Dystryktem Kolumbia, Portoryko, Wyspą Guam oraz Wyspami Dziewiczymi, posiada stacjonujące na swoim obszarze jednostki Gwardii Narodowej. Gubernatorzy stanowi mają wobec nich kompetencje dowódcze. Na szczeblu federalnym GN stanowi część ogólnych sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych i jako taka podporządkowana jest Prezydentowi USA, który pozostaje jej naczelnym dowódcą. Na szczeblu stanowym gwardziści podlegają gubernatorowi. Artykuł 1 § 8 Konstytucji USA stanowi, iż Kongres ma prawo powołać milicję celem zapewnienia wykonywania

milicje stanowe zostały zebrane w jeden, obecnie istniejący system. Ponieważ zadaniem tej formacji jest służba zarówno państwu, jak i lokalnej społeczności, Gwardia ma podwójny, stanowo-federalny charakter, a jej główną misją jest reagowanie na zagrożenia zarówno wewnętrzne, jak i te, które wymagają obecności amerykańskich sił zbrojnych poza granicami kraju. Gwardia Narodowa jest organizacją wojskową o charakterze terytorialnym, a jej placówki są rozlokowane na terenie całego kraju. Podstawowymi rodzajami formacji zbrojnych Gwardii Narodowej są Wojska Lądowe (Army

National Guard) oraz Wojska Powietrzne (Air National Guard). Ale Polska ma tu bogate własne doświadczenia. W okresie międzywojennym ogromną wagę przywiązywano do pracy ideowo-wychowawczej wśród młodzieży, w szczególności pod kątem przysposobienia wojskowego. Cele te miały być realizowane przede wszystkim za pośrednictwem Związku Harcerstwa Polskiego oraz Związku Strzeleckiego. Kazimierz Pluta-Czachowski, odnosząc się do przygotowań do wojny, w książce Organizacja Orła Białego pisał: ZHP przeznaczony został [...] dla objęcia wpływami wychowawczymi „dorostu” młodzieżowego (męskiego i żeńskiego) do szesnastego i ewentualnie wyżej, uczniów szkół średnich (państwowych i prywatnych). Miał oddziaływać wychowawczo na przyszłą przodującą – inteligencką – warstwę narodu. Był zatem organizacją w zasadzie elitarną. ZHP miał już od czasów przedwojennych ukształtowaną ideologię, zadania, formy pracy i strukturę terenową. Potwierdzono to tylko w statucie, zatwierdzonym przez władze II Rzeczypospolitej. Struktura ZHP obejmowała chorągwie (pokrywające się z obszarami województw), hufce (teren miast) oraz lokalne drużyny i zastępy. […] ZS zamierzał objąć wpływami wychowawczymi młodzież pozaszkolną powyżej szesnastego roku życia we wsiach, miastach i miasteczkach. Miał stać się organizacją powszechną o charakterze – jak przed I wojną światową – bardziej wojskowym niż harcerstwo i tworzyć (już w czasie pokoju) społeczne terytorialne, ochotnicze rezerwy do dyspozycji wojska. Jego statut opracowany był przy współpracy przedstawicieli WP. Tak więc Związek Harcerstwa Polskiego, Związek Strzelecki, a także Przysposobienie Wojskowe Kobiet realizowały program „przysposobienia wojskowego młodzieży do obrony kraju”, nad którym nadzór sprawował Wydział Przysposobienia Rezerw w Oddziale III-B Sztabu Generalnego, wytyczający kierunki pracy oraz organizujący pomoc merytoryczną. Sprawami przysposobienia wojskowego próbowano zainteresować i inne stowarzyszenia, w tym między innymi Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, co jednak się nie powiodło, gdyż – jak pisze Kazimierz Pluta-Czachowski – żadna z powyższych organizacji nie zdołała zainteresować na

rosyjskim koncernom w utrzymaniu udziałów w rynku na dotychczasowym poziomie, będzie traktowany i przedstawiany jako rusofobiczny. Dywersyfikacja, zbudowanie konkurencyjnego rynku energii pozwoli na bardziej partnerskie relacje w przyszłości. Polska nie może w imię doraźnych korzyści rezygnować z tworzenia narzędzi obrony swoich strategicznych interesów ekonomicznych.

Ukraina To państwo z kolei ma pięciokrotnie mniejsze PKB od naszego (90,6 mld USD za 2015 r.). Ciekawe, że jeszcze w 1989 r. nasze gospodarki były porównywalne. Kraj ten posiada jednak duży potencjał wzrostu, na razie pozostający w uśpieniu. Boryka się z podobnymi do naszych problemami. Uzależnienie od importu surowców energetycznych z Rosji, duży udział ukraińskiego eksportu na rynek rosyjski wymusi zapewne na obecnych władzach intensywne działania zmniejszające gospodarcze uzależnienie. Polski biznes jest tu obecny od lat, jednak odczuwa brak ochrony prawnej ze strony państwa ukraińskiego toczonego przez korupcję, ogólną niewydolność administracji i szeroką szarą strefę, powiązaną z establishmentem gospodarczo-politycznym. Społeczeństwo, zwłaszcza na wschodzie kraju, jest przywiązane do sowieckiego mitu, mocno podatne dziś na formy oddziaływania rosyjskiego przekazu medialnego. Odradzający się z kolei kult UPA-OUN-B jest wykorzystywany przez siły wrogie prozachodniej orientacji Ukrainy do dyskredytowania i kompromitowania dążeń wolnościowych społeczeństwa. Niewykluczone, że eksponowanie tej części ukraińskiego ruchu narodowo-niepodległościowego, który jest obciążony zbrodniami wojennymi na ludności polskiej, żydowskiej i ormiańskiej, jest realizowane z udziałem ośrodków związanych bynajmniej nie z ukraińskimi środowiskami patriotycznymi. Walka z prozachodnim Kijowem odbywa się bowiem pod hasłami walki z faszyzmem. Ukraińcy, w większości pragnący budować demokratyczne

dłużej swych członków sprawami wojskowymi. Nieco dalej zaś dodaje: W latach 1930–1936 PUWF i PW zarejestrowały nowe organizacje wyższej użyteczności publicznej, których zawiązki istniały już wcześniej pod postacią specjalistycznych oddziałów ZS. Utworzono wówczas PW Konne „Krakusi” (dawniej strzelców konnych ZS) w 1932 r. oraz PW Kolejowe, Pocztowe, Leśne, Pożarnicze, Morskie, Lotnicze i Motorowe, a w szkołach średnich powołano hufce szkolne PW – Legię Akademicką, a pod egidą Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej utworzono Junackie Hufce Pracy z Komendą Główną w Warszawie. Wobec coraz wyraźniejszej groźby wojny zorganizowano w oparciu o szeregi PW – terytorialne, regularne Bataliony, Pułki i Brygady Obrony Narodowej, przy wykorzystaniu w ich składzie wybranych przez Komendy PW ludzi z nadkontyngentu wojskowego z niektórych grup Federacji Polskich Związków Obrońców Ojczyzny oraz zmobilizowanych strzelców i starszych harcerzy (1938 – 1939 r.).

J

edną rzecz należy w tym miejscu sprostować – nie było pułków Obrony Narodowej, były bataliony, które łączono w półbrygady i brygady. Ale wróćmy do relacji Kazimierza Pluty-Czachowskiego: Od maja 1939 r. (już przynoszącego zapowiedź wojny) wszystkie organizacje PW postawione zostały – podobnie jak wojsko – w stan czujności i brały intensywny udział w ostatnich przygotowaniach do obrony państwa według dyspozycji swych wojskowych dowództw. Pokrywały one już swoją siatką organizacyjną obszar całego kraju, tworząc zawiązki obrony terytorialnej. W ramach przygotowań do wojny utworzono oddziały wojskowej służby pomocniczej męskiej i żeńskiej: harcerskie, strzeleckie, powstańców śląskich, Pomocniczą Wojskową Służbę Kobiet (PWSK) do dyspozycji władz wojskowych, oddziały miejscowej samoobrony do dyspozycji miejscowych dowódców, względnie miejscowych władz administracyjnych, a także terytorialne zespoły (siatki) dla pozafrontowych zadań dywersyjnych, podporządkowane szefom Oddziałów II przy Dowództwach Armii (Grup Operacyjnych), oraz inne dla wewnątrzkrajowych

państwo prawa, są wciskani w koleinę, która ma prowadzić do międzynarodowej izolacji i spadku sympatii dla sprawy ukraińskiej. Zmiany, jakie zachodzą w tym państwie, są jednak dla nas szansą na zintensyfikowanie wzajemnie korzystnych kontaktów gospodarczych. Stanowią także duże wyzwanie. Polska miała bowiem mało doświadczenia z dużymi projektami realizowanymi z udziałem wielu krajów o niższej niż nasza kulturze organizacji. Nad agresją ze strony Kremla, próbą przywrócenia rosyjskiej zwierzchności nad dużą częścią ukraińskiego terytorium, włącznie ze strategicznym zagłębiem Donbasu i pasem czarnomorskim, Polska nie powinna przechodzić do porządku dziennego. Ukraina, jeśli utrzyma dostęp do Morza Czarnego i choć część zagłębia przemysłowo-surowcowego na wschodzie, może stać się ważnym partnerem dla Polski. Ma potencjalnie duży rynek i atrakcyjne położenie umożliwiające budowanie niezależnych kanałów transportu surowców energetycznych. Interesujące możliwości stwarza też współpraca w zakresie hutnictwa, przemysłu lotniczego, kosmicznego, rakietowego. Budowa kołowych i kolejowych korytarzy transportowych, wykorzystanie korytarzy transportu wodnego mogłoby zwiększyć intensywność przepływu towarów i usług na linii północ-południe i wymianę handlową z krajami od Chin po Turcję. Te naszkicowane wyżej obszary, eksploatowane nawet w części, dałyby silny impuls prorozwojowy dla gospodarki regionu, zwiększając jego konkurencyjność. Polska, mimo słabości kapitałowej, ma jednak zdolność pozyskiwania partnerów dla ważnych projektów infrastrukturalnych z krajów zachodnich. Wobec kurczących się rynków dla gazu i ropy nasz region może być ciekawy dla różnych dostawców, do tej pory słabo tu obecnych. Inwestycje zwrócą się w postaci silniejszej presji na obniżenie marż eksporterów surowców. Należy przewidywać, że nasze postulaty ekonomiczne Dokończenie na str. 8

zadań specjalnych, podporządkowane Dowództwom Okręgów Korpusów jako dowódcom terytorialnym. W ramach tych przygotowań zorganizowano ściśle zakonspirowane wobec otoczenia grupy (trójki): dywersji bojowej, wywiadu, propagandy, dowodzenia. W ciągu lipca i sierpnia 1939 r. w wyniku dokooptowania ludzi zawiązki terenowe dywersji spec. zostały wzmocnione do stanu drużyn (ok. 12 ludzi), otrzymały konkretne zadania bojowe, broń oraz odpowiednie przeszkolenie na specjalnych, tajnych, krótkoterminowych kursach.

W

róćmy na koniec do cytowanego na wstępie artykułu dr. Artura Jagnieża, który zauważa: Polska jak nikt inny we współczesnej Europie ma istotne atuty, jakie sprzyjają budowie systemu obrony terytorialnej. Do najważniejszych z nich należy zaliczyć fakt, iż polskie jednostki specjalne należą do absolutnej elity światowej tego rodzaju wojsk. Nie mniej istotne jest doświadczenie polskich żołnierzy (według orientacyjnych danych blisko trzydziestu tysięcy), jakie nabyli w trakcie udziału w misjach stabilizacyjnych i realnych walkach w Iraku oraz w Afganistanie. [...] W Polsce działa kilkanaście organizacji paramilitarnych na czele ze Związkiem Strzeleckim „Strzelec” – OSW, które stanowią istotny potencjał społeczny, jaki może być pomocny w budowie systemu OT. Jednocześnie – co jest fenomenem na skalę światową – posiadamy ogólnopolskie rodzime organizacje harcerskie (obecnie Związek Harcerstwa Polskiego oraz Związek Harcerstwa Rzeczpospolitej) prowadzące działalność wychowawczą w duchu patriotyczno-obronnym w sposób nieprzerwany od blisko stu lat. Polskim atutem jest nasz narodowy charakter, a szczególnie posiadana przez nas sztuka i umiejętność radzenia sobie w najtrudniejszych sytuacjach. W tym kontekście bardzo ważnym atutem jest także powszechna na tle innych krajów w Europie religijność Polaków oraz fakt, iż jesteśmy państwem jednolitym narodowo, czego zachodni Europejczycy zaczną nam już niedługo zazdrościć. Czas więc ku temu, aby znany każdemu dziecku w Polsce wers Roty Marii Konopnickiej „twierdzą nam będzie każdy próg” został zmaterializowany. K


KURIER WNET

7

KURIER·ŚL ĄSKI Senat jest niepotrzebny – tymi słowami minister finansów, wicepremier i szef ruchu politycznego ANO, Andrej Babiš, miał skomentować wynik wyborów do senatu. Była to jego emocjonalna reakcja na wyniki, jakie osiągnęli kandydaci jego ugrupowania w tych wyborach.

Rozpada się system Vladimír Petrilák

B

iurokraci i politycy apelowali, prosili i grozili, aby Unię rozszerzać i pogłębiać, powtarzając na różne głosy truizmy przypominające do złudzenia slogany z czasów realnego socjalizmu Rady Wzajemnej Pomocy Gospodaczej. Jako jeden z głównych elementów pogłębiania unijnej integracji wymieniano współpracę obronną, co miało doprowadzić do „silnej Europy w świecie pełnym niepewności”. Tak przynajmniej głosiło ultimatum sygnowane przez ministrów spraw zagranicznych Francji i Niemiec, które w czerwcu br. Frank-Walter Steinmeier przywiózł do posłusznego zatwierdzenia na spotkanie Grupy Wyszehradzkiej w Pradze. Czegóż w tym dokumencie nie było! Były frazesy, że „budowanie pokoju i stabilizacji globalnej leżą w samym sercu projektu europejskiego”, że Unia powinna mieć „możliwość planowania i przeprowadzenia zarówno cywilnych, jak i wojskowych operacji w sposób bardziej efektywny, ze wsparciem stałych cywilno-wojskowych łańcuchów dowodzenia”, nie mówiąc już o „wykwalifikowanych siłach szybkiego reagowania”. Wspominano o tworzeniu „europejskich zdolności odwetowych”, a także „europejskich korpusów obrony cywilnej”. Grupa Wyszehradzka zignorowała ultimatum i, prawdę powiedziawszy, Steinmeiera też. Koncepcja utworzenia europejskich sił zbrojnych nie jest nowa. Winston Churchill proponował utworzenie europejskiej armii już w 1950 roku, ale pod warunkiem, że będzie ona podlegać „demokratycznej kontroli”. Wówczas propozycję Europejskiej Wspólnoty Obronnej odrzucili Francuzi, a później powstało NATO i do koncepcji wrócono przed trzema laty, kiedy zaproponowano utworzenie europejskich sił powietrznych. Tym razem projekt utopili Brytyjczycy. Teraz jednak Brytyjczycy są jedną nogą poza Unią i temat euroarmii powraca, zwłaszcza, że UE oraz Niemcy mają ambicje prowadzenia polityki globalnej. W opublikowanym w czerwcu br. obszernym opracowaniu „Globalna strategia polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Unii Europejskiej” stwierdzono, że „dla zagwarantowania naszego bezpieczeństwa, rozszerzenia naszego dobrobytu i ochrony naszej

radiowej i wielu ważnych zakładów przemysłowych i spożywczych), już od dłuższego czasu stabilnie prowadzi we wszystkich sondażach. ANO w wyborach regionalnych, traktowanych jako próba generalna przed wyborami powszechnymi (planowanymi na przyszły rok), uzyskało ponad 21% wszystkich oddanych głosów, wyprzedzając o ponad 5% formalnie najmocniejszą dotąd partię polityczną – współrządzącą w koalicji z ANO Socjaldemokrację. Trzecie miejsce zajęli komuniści, wyprzedzając o przeszło 1% ODS. Prawicowa ODS wynik ten przyjęła z zadowoleniem, gdyż potwierdza jej wiodącą pozycję po prawej stronie spektrum politycznego, co podkreślał przewodniczący partii Petr Fiala. Jest w tym trochę racji, ponieważ jedyny istotny konkurent ODS po tej stronie spektrum – partia TOP 09 hrabiego Schwarzenberga prawie zniknęła z mapy samorządowej kraju. Lepszy wynik niż TOP 09 odnotowała nawet (dotąd uważana za małą) Partia Ludowa (KDU-ČSL). Trzeba jednak dodać, iż de facto wszystkie ugrupowania, poza ANO, zanotowały spadki poparcia w porównaniu do poprzednich wyborów regionalnych, po prostu stracili wszyscy prócz ANO. Partia (choć formalnie to ruch) Andreja Babiša wygrała w 9 województwach na 13. Jednak dane wskazują, że wcale nie był to triumf oszałamiający, a jego efektem jest to, iż w każdym województwie musiano powoływać koalicję, co skutkowało tym, że ANO w ostatecznym rozdaniu uzyskało władzę tylko w 5 województwach; władzę,

demokracji będziemy wzmacniali nasze bezpieczeństwo i naszą obronę”. Dokument wprawdzie odnotowuje istnienie Paktu Atlantyckiego, ale podkreśla konieczność tworzenia możliwości „autonomicznego działania, jeśli i kiedy to będzie konieczne”. Dlatego jest kwestią dla Europy istotną utrzymanie „odpowiedniego poziomu ambicji i strategicznej autonomii”. Kilka zdań dalej Bruksela już nie ukrywa, że „bardziej wiarygodna europejska zdolność obronna jest konieczna dla zdrowego transatlantyckiego partnerstwa ze Stanami Zjednoczonymi”. Innymi słowy, obecny model obrony oparty na Pakcie Atlantyckim i amerykańskich siłach zbrojnych jest chory i trzeba go zastąpić autonomicznym, kierowanym przez europejski establishment polityczny. Ponieważ w ocenie Brukseli żadnego kraju nie stać na samodzielną obronę swych granic, konieczne jest „zgrane działanie i wspólny wysiłek”. Dlatego establishment europejski ma „stopniowo synchronizować i wzajemnie adaptować cykle narodowego planowania obronnego oraz pragmatykę rozwoju zdolności obronnych, co może wzmocnić strategiczną konwergencję państw członkowskich”. Przekładając brukselski żargon biurokratyczny na język, którym posługują się normalni ludzie, euroestablishment planuje stopniowo pozbawić państwa narodowe nadzoru nad ich siłami zbrojnymi i przejąć nad nimi pełną kontrolę w imię zaspokojenia swych globalnych ambicji politycznych. Po drodze z Europy zostaną wypchnięte ostatnie oddziały wojsk amerykańskich, dowództwo NATO zastąpi Europejska Agencja Bezpieczeństwa, a Niemcy uwolnią się wreszcie z resztek wprowadzonej po II wojnie światowej kurateli zwycięskich mocarstw.

P

o wakacjach, na początku września, ministrowie obrony Francji i Niemiec, Jean-Yves Le Drian oraz Ursula von der Leyen przedstawili w sześciostronnicowym dokumencie ramy umacniania „europejskich zdolności obronnych”, czyli budowy euroarmii. Londyn przeciwstawiał się dotychczas wszelkim próbom tworzenia struktur równoległych do NATO, ale teraz – jak podkreśla dokument – „w świetle podjętej przez Wielką

którą musi się dzielić z innymi partiami i ruchami. W pozostałych powstały powołane ad hoc koalicje, których wspólnym mianownikiem jest hasło: „wszyscy przeciwko ANO”. I właśnie ten efekt przewrotnie zadziałał w głosowaniu, które odbyło się tydzień później – podczas drugiej tury wyborów do senatu. Te wybory przy znikomej, a wręcz tragicznej frekwencji (15,4%) przyniosły niespodziewany wynik – totalny pogrom dużych i silnych dotąd partii i ruchów – klęskę rządzącej Socjaldemokracji i klęskę triumfującego jeszcze tydzień temu ruchu ANO Andreja Babiša. Jednoznacznym zwycięzcą wyborów do senatu stała się dosyć niespodziewanie najmniejsza partia koalicji rządzącej, czyli Ludowcy. Dla Ludowców jest to wyśmienita wiadomość. Partia, która dotąd zawsze odgrywała rolę języczka u wagi, znienacka otrzymuje w istotnych wyborach największą liczbę mandatów i staje się drugą najliczebniejszą w senacie (po socjalistach). ALE. Jest tu jedno „ale”. Wybory wygrała, co prawda, Partia Ludowa z wynikiem 9 wybranych senatorów, tyle że tak naprawdę ma ich 5, a pozostała czwórka, która zdobyła mandat, startowała jako kandydaci różnorodnych koalicji: jeden – nawet z poparciem Partii Zielonych, Partii Piratów, jednego z ruchów lokalnych i Ludowców – w jakim klubie będzie on ostatecznie pracował, nie wiadomo. Podobnie rzecz ma się prawie w każdej partii, więc „czyste” wyniki są o wiele skromniejsze. Ostatecznie do senatu dostało się 15 takich

M

ożna te wybory traktować trochę jak kosztowne badanie preferencji wyborczych, gdzie widać przynajmniej trendy sympatii wyborczych, choć i to nie do końca jest uprawnione. Ponieważ do wyższej izby parlamentu głosuje się według systemu większościowego, sukces odnoszą zazwyczaj postacie znane i w jakiś sposób dobrze kojarzone w swoim okręgu, niekoniecznie mające poparcie konkretnej partii politycznej. Są to coraz bardziej (z początku tak nie było) wybory mocnych osobowości, i to naprawdę mocnych w sensie obiektywnym, czyli autorytetów. Nie wystarczy głośne nazwisko, co potwierdza klęska znanych, lecz politycznie niewiarygodnych kandydatów (ruch ANO postawił na słynnego dżokeja, a socjaliści na wybitnego byłego hokeistę – i przegrali z kretesem, podobnie zresztą jak słynny muzyk czy były wybitny tancerz baletowy). Dla elektoratu istotniejsza była polityczna i społeczna wiarygodność kandydatów aniżeli ich popularność, wynikająca z ich aktywności pozapolitycznych. Wyżej była mowa o trendzie – mówiono o nim już w związku z wyborami

Szok „Brexitu” zaowocował w Brukseli chóralnym wezwaniem do zwarcia szeregów pod hasłem „więcej unii w Unii”.

Euroarmia Spisek czy utopia? Rafał Brzeski

Brytanię decyzji opuszczenia UE” należy stworzyć „wspólne dowództwo wojskowe”, nowe dowództwo koordynujące pomoc medyczną, logistyczny ośrodek nadzorujący aktywa o znaczeniu strategicznym, na przykład lotnictwo transportowe, oraz centrum analizy danych wywiadu satelitarnego. Należy też zadbać o „europejskiego ducha” i „europejski etos” w projektowanej euroarmii drogą albo utworzenia europejskiej akademii wojskowej albo wprowadzenia kursów i studiów europejskich na narodowych akademiach wojskowych. Odpowiadając w Wilnie na pytania dziennikarzy, Ursula von der Leyen stwierdziła, że anglo-francuska propozycja zmierza do utworzenia „obronnego Schengen”, w którym nie będzie narodowych granic. Tydzień później przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker zalecił w Parlamencie Europejskim, że Unia winna się „utwardzić” i nie „jechać dłużej na barana na plecach innych”, czyli Stanów Zjednoczonych. Zaproponował również rozwiązania szczegółowe. Jego zdaniem, należy tworzyć „stałe struktury” i „jedno dowództwo”. Trzeba łączyć „militarne aktywa”, z których część będzie „własnością Unii Europejskiej”. Zapowiedział,

że pod koniec bieżącego roku zostanie przedstawiony projekt Europejskiego Funduszu Obronnego, na który złożą się wszystkie państwa, a jego zadaniem będzie nadanie finansowego „turboprzyspieszenia” programom naukowo-badawczym dla przemysłu zbrojeniowego. Trzy kraje, które mają najsilniejszy przemysł zbrojeniowy, Niemcy, Francja i Włochy (Wielka Brytania już się nie liczy), ochoczo przyklasnęły tej inicjatywie, gotowe skonsumować składki pozostałych 24 krajów.

K

onsekwentne i przyspieszone przepychanie koncepcji euroarmii wymaga zastanowienia i postawienia pytań, od trywialnych po strategiczne. Na przykład – w jakim języku będzie wydawana komenda? Językiem NATO jest angielski, ale przecież Wielka Brytania opuszcza Unię. A więc francuski, niemiecki, a może flamadzki, bo mówi się nim i w Belgii, i w Holandii. A może rosyjski, bo jest zrozumiały dla kadry oficerskiej wschodniej flanki od Finlandii po Turcję? Składając przysięgę, żołnierze ślubują swoim państwom i narodom. Zobowiązują się wypełniać cele i zadania postawione im przez narody, do których należą. Ewentualna walka

do sejmików wojewódzkich, a wybory senackie rzeczywiście go potwierdziły – mianowicie dla wyborców (tej garstki, która pofatygowała się do urn) tradycyjne i stare partie polityczne są wciąż niewiarygodne. Jedynym wyjątkiem tym razem była partia ludowców, ale im udało się dobrze wyczuć istotę tych wyborów i postawili na mocne osobowości, znane w swoim regionie, niekoniecznie związane z ich partią. Tym razem niespodziewanie los tych tradycyjnych i ukaranych przez wyborców partii podzielił też ruch ANO. W drugiej turze ruch Andreja Babiša miał najwięcej kandydatów, ale ostatecznie senat zobaczy od wewnątrz tylko 3. Jednak w przypadku ANO zadziałał mechanizm opisany wyżej w związku z powstawaniem sejmikowych koalicji, czyli „wszyscy razem przeciwko ANO”. Brzmi to może sensownie, ale nie można zapominać, iż głównym przekazem tych wyborów jest to, co wyraził premier B. Sobotka, komentując klęskę swej partii: „Nasi wyborcy nie poszli głosować”. Wygląda na to, że to samo mogą powiedzieć właściwie wszyscy poza ludowcami. 15-procentowa frekwencja to najniższy wynik w historii Czech (nie licząc wyborów do tzw. Parlamentu Europejskiego) i ona również wskazuje na kryzys systemu polistopadowego, kryzys rozpoczęty de facto policyjnym zamachem stanu w 2013 r., kiedy policja antykorupcyjna przy współpracy z najwyższą prokuraturą zorganizowała obławę w Urzędzie Rady Ministrów, obalając ówczesny prawicowy rząd. Sprawa ta jeszcze dziś budzi kontrowersje i jak dotąd nikt z oskarżonych wówczas polityków nie został skazany za rzekome przestępstwa, które spowodowały tę bezprecedensową interwencję. W przyszłym roku odbędą się najważniejsze wybory – do niższej izby parlamentu, sejmu. To, iż będzie to w roku następnym, nie jest dla partii politycznych dobrą wiadomością: przede wszystkim mają mało czasu, by cokolwiek zrobić. Socjaliści ustami swego przewodniczącego zapowiadają napisanie nowego programu i przeorientowanie się na nowy typ wyborcy – miejski, można rzec: hipsterski, gdzie „łowią”

Zieloni i Piraci. Inne partie na razie nie mają żadnego pomysłu. ODS jest zadowolona z tego, że w ogóle zdobywa jakieś promile głosów, nazywając to „dominacją po prawej części spektrum politycznego” (trzeba jednak przyznać, iż prawicy udało się przynajmniej powstrzymać upadek, a być może nawet zacznie się powoli odbijać od dna). Inne ugrupowanie prawicowe – TOP 09 – to już jedynie cień dawnej siły i sławy. Na ringu pozostaje tylko ANO, które okazało się skutecznym sposobem nawet na komunistów – podkrada im elektorat.

w obronie własnego narodu, pod własną flagą ma sens. A w euroarmii? Będą przysięgać wierność unijnym ideałom na 27 gwiazdek?

narodowych oraz do podporządkowania słabszych państw UE potentatom „starej unii” – Francji i Niemcom – autorom dokumentów proponujących utworzenie euroarmii i rysujących jej założenia. W sytuacji, kiedy Francja jest praktycznie zdominowana, jeśli nie zwasalizowana, przez Niemcy, kiedy Wielka Brytania została już wypchnięta za Kanał La Manche, to z trzech zachodnich mocarstw okupacyjnych III Rzeszy w militarnych strukturach NATO pozostały de facto tylko Stany Zjednoczone. Ale cierpliwości. Ambicje Berlina stale rosną. W 2004 roku ówczesny kanclerz Gerhard Schröder bez ogródek twierdził, że „Niemcom należy się mandat” stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ z prawem veta. Dziesięć lat później, w styczniu 2014 roku, na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa prezydent Bundesrepubliki Joachim Gauck podkreślił, że w sytuacji, kiedy Stany Zjednoczone „prowadzą reasumpcję skali i roli swego zaangażowania” w sprawy globalnego bezpieczeństwa, a Europa „wpatruje się w swój pępek”, Niemcy „po prostu nie mogą zachowywać się tak, jak dotychczas”. K

N FOT. U.S. DEPARTMENT OF DEFENSE CURRENT PHOTOS

P

rzypomnijmy, iż senat w Czechach jest wybierany według ordynacji większościowej, co 2 lata odnawiana jest 1/3 składu (czyli 27 z 81 foteli) wyższej izby parlamentu. Pierwsza tura głosowania odbyła się wraz z wyborami do sejmików wojewódzkich, które ruch ANO zdecydowanie wygrał, zdobywając miażdżącą przewagę nad pozostałymi rywalami politycznymi. O tych wynikach – za chwilę. Ordynacja mówi, że jeśli żaden z kandydatów do senatu w pierwszej turze nie uzyska ponad 50% głosów, to dwaj najlepsi będą walczyć w turze drugiej (za tydzień). Zatem w 27 okręgach wyborczych musiało dojść do decydującego rozstrzygnięcia. ANO Babiša startowało z najlepszej pozycji i nie dość, że ruch wygrał wybory samorządowe, to jeszcze w drugiej turze miał największą liczbę kandydatów. Do drugiej rundy, która odbyła się 14 i 15 października, przeszło 14 kandydatów z ANO, natomiast kolejne partie musiały się zadowolić z skromniejszym udziałem: KDU-ČSL (ludowcy) i ČSSD (socjaliści) – 8, ODS (Obywatelska Partia Demokratyczna) miała 5 w boju, Ruch Starostove – 4, TOP 09 i STAN miały zaledwie 3 kandydatów awansujących do drugiej tury, a komuniści – tylko jednego. Wróćmy do wyników wyborów regionalnych, gdyż te dawały ANO poczucie triumfu. Ruch ANO, który powstał w 2011 r. jako ruch antysystemowy i protestu (co brzmi dziwacznie, skoro na jego czele stoi oligarcha, właściciel kilku dzienników, jednej stacji

„kolorowych” (czyli, jak się to mówi: z planktonu politycznego) kandydatów, a jedynie 12 z dużych czy tradycyjnych partii (w kolejności: Ludowcy – 5, ANO – 3, ČSSD – 2, ODS – 2), co oznacza, iż senat będzie wprawdzie opanowany przez partie koalicji rządzącej, ale prawie jedna trzecia składu wyższej izby to przedstawiciele różnych małych, egzotycznych czy lokalnych ugrupowań, z których połowa ma w nazwie wyraz „niezależny”. Do takich zresztą trzeba od teraz zaliczyć senatora Cieńczalę, który został wybrany w okręgu wyborczym Frýdek-Místek i który startował z poparciem m.in. polskich organizacji. Polska mniejszość ma zatem swego senatora. Komentatorzy podkreślają, że mimo wszystko wyborów senackich nie należy traktować zbyt poważnie, że są to tak naprawdę wybory drugorzędne, co ma związek z niezbyt mocną pozycją senatu w czeskim systemie demokracji parlamentarnej. W końcu ANO, ale i prezydent, mówią o zlikwidowaniu senatu…

a 27 państw Unii Europejskiej 5 krajów jest neutralnych. Zapewne żaden z nich, przynajmniej w początkowym okresie, nie dorzuci swych oddziałów do europejskiej puli, ale zgodnie z postanowieniami traktatu z Lizbony decyzje w sprawach bezpieczeństwa UE podejmowane są jednomyślnie przez wszystkie kraje. Wygląda więc na to, że państwa neutralne będą mogły decydować o zadaniach euroarmii, ale nie będą w niej uczestniczyć. Władza bez odpowiedzialności? Jeżeli w euroarmii reprezentowana będzie tylko część państw członkowskich, na zasadzie dobrowolności, to kogo będzie taka armia bronić? Tylko części państw członkowskich UE? A jeśli jakieś państwo wierząc w swą neutralność nie będzie chciało być bronione? Na przykład Austria, która nie leży na obrzeżu, lecz w centrum Unii Europejskiej? Dotychczasowa praktyka operacji ponadnarodowych, przykładowo w Afganistanie, udowadnia, że wielonarodowe oddziały zbrojne nie potrafią walczyć skutecznie w warunkach, kiedy podlegają różnym instrukcjom politycznym. Unia Europejska od lat posiada dwie wielonarodowe „grupy bojowe”, ale ile razy jeden kraj zaproponuje, aby wykorzystać je do jakiejś interwencji pokojowej lub humanitarnej, to zaraz inny kraj jest temu przeciwny. Do tego dochodzą skrępowania wewnątrzkrajowe, jak na przykład przepisy prawa pracy, które zmusiły wiosną 2016 roku oddziały niemieckie do wycofania się z manewrów NATO w Norwegii po przekroczeniu wyznaczego przez ministra obrony limitu godzin pracy i braku funduszy budżetowych na godziny nadliczbowe. Żołnierze, którzy nie mogą walczyć zgodnie z literą prawa i politycznym interesem własnego państwa i narodu, mogą stworzyć tylko armię, która będzie budzić uzasadnione podejrzenia, że nie jest w gruncie rzeczy przeznaczona do walki z agresorem, lecz do wykorzystania jako narzędzie do demontażu resztek suwerenności państw

Dwie najsilniejsze partie polityczne, czyli obecnie ANO i ČSSD, nie wykluczają, iż w przyszłym rozdaniu mogą się dogadać z komunistami, co dotąd było niewyobrażalne, ba, nawet oficjalnie zabronione. Niepokojące jest również i to, że dwie najsilniejsze partie polityczne, czyli obecnie ANO i ČSSD, nie wykluczają, iż w przyszłym rozdaniu mogą się dogadać z komunistami, co dotąd było niewyobrażalne, ba, nawet oficjalnie zabronione. Komuniści powoli wychodzą z wieloletniej izolacji i (jak dowodzą koalicje w województwach) stają się równorzędnym graczem politycznym, zapraszanym do koalicji rządzących w regionach. Tylko partie prawicowe oraz Ludowcy są pod tym względem konsekwentni i nie współpracują z komunistami. Czeska scena polityczna przeżywa więc coraz głębszy kryzys – tradycyjne i do niedawna mocne partie tracą poparcie (też wiarygodność), ich miejsce zajmują albo komuniści (ich partia na szczęście słabnie, do senatu nie przeszedł żaden ich kandydat), albo nieobliczalny, bezideowy ruch ANO. Jednak i ten można pokonać. Czy naszych południowych sąsiadów czeka totalna dekonstrukcja polityczna? Zobaczymy już w najbliższym czasie. K

Projekt współfinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej (strony 6-8). Publikacje wyrażają jedynie poglądy autorów i nie mogą być utożsamiane z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.


KURIER WNET

8 Strona 8 Śląskiego Kuriera WNET jest współfinansowana przez RKW

KURIER·ŚL ĄSKI i pierwszym przewodniczącym Unii Wolności. Leonardas Vilkas to znany litewski intelektualista, tłumacz literatury polskiej (m.in. dzieł Józefa Mackiewicza). Jerzy Targalski był współpracownikiem Komitetu Obrony Robotników, a następnie KSS KOR, jest doktorem historii, politologiem (w publicystyce posługuje się pseudonimem Józef Darski), od lipca 2006 do stycznia 2009 był wiceprezesem Polskiego Radia. Choć temat został sformułowany jednoznacznie, w debacie dominował wspomnieniowy nurt historyczny, związany ze współpracą środowisk

Europa wspólnych wartości

Z

R

Z wiceprzewodniczącym Kongresu Polaków w Republice Czeskiej doktorem Józefem Szymeczkiem rozmawia Jan Picheta.

kolei Jerzy Targalski wspólną Europę Środkowo-Wschodnią widzi przez pryzmat działań

gospodarczych. Według niego najważniejszym celem geopolitycznym Polski, który zagwarantuje nam bezpieczeństwo i da szansę rozwoju, jest przywrócenie równowagi sił w naszym regionie. Sojusz niemiecko-rosyjski zawsze był dla nas olbrzymim zagrożeniem i prowadził do unicestwienia państwa. Co zatem może być alternatywą dla Polski? Żeby istnieć, trzeba produkować i sprzedawać. Ale w UE już dawno podzielono, kto, co i w jakiej ilości ma produkować, aby wzajemnie nie zniszczyć sobie rynków zbytu. Teraz trzeba wejść na rynek europejski i od początku tworzyć podział, kto co ma produkować, i dzielić rynek od nowa. A na ten nowy rynek czekają Polska, Czechy, Słowacja, Ukraina i pozostałe kraje dawnego Związku Sowieckiego. K

Od kiedy zaczął Pan działać kilkanaście lat temu w Kongresie Polaków w Republice Czeskiej, chciał Pan doprowadzić do „reaktywacji” tożsamości Śląska Cieszyńskiego rozumianej jako wspólnota kulturalna mieszkańców z obu stron Olzy. Z drugiej strony zdawał Pan sobie sprawę, że mieszkańcy zachodniej części Śląska Cieszyńskiego posługują się wieloma językami, a ich tożsamość jest niezwykle ciekawa. Niektórzy uważają się za Polaków, inni za Ślązaków, Czechów… Jest tożsamość zaolziańsko-polska, a nawet „tustelańska”. Czy udało się Panu zrealizować coś z tego marzenia, żeby tożsamość Śląska Cieszyńskiego wiązała się ze wspólnotą duchową ludzi z obu stron Olzy? Jako polska organizacja nie jesteśmy już sami, co jest pocieszające. W ostatnim czasie rozwinęło się wiele projektów, które funkcjonowały w zalążkach lub niedawno powstały, a działają na tym samym polu. Myślę, że doszło do zbliżenia dwóch brzegów, że granica na Olzie staje się płynniejsza, a nawet bardziej „dziurawa”. Można to zademonstrować na przykładach. W przygranicznym pasie ludzie z Polski w okolicach Lesznej, Trzyńca, Piotrowic, Bogumina zaczęli chodzić do kościołów po czeskiej stronie na msze św. Po co chodzić daleko do polskiego kościoła, jeśli można zejść na czeską stronę kilkaset metrów? W odwrotną stronę zmierzają ewangelicy. Znam kilkadziesiąt rodzin czeskocieszyńskich, które chodzą na Wyższą Bramę,

NATO przestała być dla Polski atrakcyjna. Natomiast jak najbardziej może powstać wspólnota interesów gospodarczych. Państwa basenu Morza Kaspijskiego – producenci i eksporterzy gazu i ropy – chciałyby większych marż ze sprzedaży, a te mogą uzyskać, znajdując bezpośredni dostęp do lukratywnego rynku państw Europy Środkowo-Wschodniej. Wszelkie projekty tej skali wymagają współpracy tak krajów producentów, jak i zainteresowanych importem z tamtego kierunku. Polska mogłaby podjąć takie inicjatywy. Wymagałoby to jednak zaangażowania się NATO w budowę nowego systemu bezpieczeństwa w tej części Europy, pozostającej dotychczas poza sferą zainteresowania tego bloku obronnego. Wszystkie państwa regionu, włączając Polskę, nie stanowią siły mogącej się przeciwstawić realnej agresji militarnej realizującej politykę rewizjonizmu Rosji.

możliwość pozyskiwania tańszej niż u konkurencji energii może być istotnym czynnikiem wpływającym na poziom inwestycji. Słabość naszego planowania na szczeblu centralnym nie musi być wadą. Niedoprecyzowanie celów może oznaczać elastyczność w ich doborze i otwarcie na cudze propozycje. By wyzyskać w sposób optymalny nasze położenie, nasz potencjał, budujmy wspólny rynek w regionie także z Ukrainą. Czerpmy z naszej tradycji, nie sprzeniewierzajmy się wyznawanym wartościom. Polska polityka wtedy była skuteczna, gdy potrafiła zakreślać obszary wspólnych korzyści, wyzyskując maksimum synergii ze współpracy. Polska może być inicjatorem różnych projektów transgranicznych lub przyłączać się do ważnych dla nas cudzych inicjatyw na równych, partnerskich zasadach, respektując interesy pozostałych uczestników. W kontaktach ze wschodnimi partnerami uczmy się

FOT. JADWIGA CHMIELOWSKA

Debata o roli Rzeczpospolitej w Europie Środkowej i Wschodniej z udziałem gości z Czech i Litwy Jacek Filus ola Polski w Europie Środkowo-Wschodniej – to tytuł debaty RODM, która odbyła się 26 września br. w Klubie „Marchołt” w Katowicach. Uczestnikami wydarzenia byli dawni dysydenci: Petruška Šustrová i Jan Ruml z Republiki Czeskiej, Leonardas Vilkas z Litwy oraz politolog, dr Jerzy Targalski. Petruška Šustrová w latach 19901992 była zastępcą federalnego ministra spraw wewnętrznych, uczestniczyła w lustracji pracowników MSW, współtworzyła ustawę lustracyjną. Od wycofania się z rządu pod koniec stycznia 1992 roku pracuje jako dziennikarka. Jan Ruml był wybitnym działaczem opozycyjnym w okresie przed Aksamitną Rewolucją, w latach 1992– 1997 pełnił funkcję ministra spraw wewnętrznych, jest założycielem

Zbliżenie dwóch brzegów

polityczną atmosferę na Litwie. Leonardas Vilkas podkreślał konieczność porozumienia między Polakami a Litwinami, dla dobra obu nacji oraz rozwijania dobrosąsiedzkich stosunków. Vilkas przestrzegał przed nieuzasadnionymi i szkodliwymi hasłami obrony rodzimych litewskich wartości przed Polakami. Wartości, którymi kierują się Litwa i Polska, nie różnią się, a ci, którzy są odmiennego zdania, działają na rzecz Moskali.

opozycyjnych i walką o usunięcie dominacji sowieckiej w Czechosłowacji, na Litwie i w Polsce. Przykładem takiej współpracy była Solidarność Polsko-Czechosłowacka działająca od października 1981 r., kiedy działacze wywodzący się z niezależnych środowisk opozycyjnych spotkali się w Pradze. Byli wśród nich sygnatariusze Karty 77, którzy od samego początku utrzymywali kontakty z KOR-em. Zarówno Petruška Šustrová, jak i Jan Ruml podkreślali znaczenie kontaktów ze środowiskami polskiej opozycji w walce o wolność i usunięcie sowieckiej dominacji w Europie Środkowo-Wschodniej. W trudniejszej sytuacji byli Litwini, ze względu na silną pozycję rodzimych komunistów oraz konflikty narodowościowe – do dziś podgrzewające

Dokończenie ze str. 6

Polska polityka wschodnia Mariusz Patey i polityczne będą się spotykać z większą sympatią ze strony dużych państw regionu. Pozycja Polski na rynku kapitałowym może się wkrótce także zmienić się na lepsze. Zagrożeniem dla kontaktów gospodarczych i wspólnych projektów są pojawiające się negatywne emocje. Źródłem takich emocji jest na przykład odmienna optyka historyczna i niemożność przełamania impasu w uzgodnieniu stanowisk w tej sferze. Umiejętne zagospodarowywanie negatywnych emocji przez przeciwników współpracy może poważnie zaszkodzić jakimkolwiek szerszym planom strategicznego zbliżenia. Rolą odpowiedzialnych elit polskich i ukraińskich jest skupienie się na tym, co łączy, nie dzieli. Nie oznacza to, by strona polska miała rezygnować z pisania własnej historii.

Białoruś Białoruś jest małą gospodarką o PKB dziewięciokrotnie mniejszym od Polski (54,61 mld USD za 2015 r.), w pełni gospodarczo i politycznie uzależnioną od Rosji, członkiem ZBiR i Unii Euroazjatyckiej. W obecnej sytuacji można ją traktować jako część obszaru polityczno-gospodarczego Rosji. Chroniczne deficyty budżetu państwa są pokrywane kredytami rosyjskimi i rabatami od cen surowców energetycznych. Ciekawe, że Rosja potrafi generować relatywnie spore zyski z rynku białoruskiego. Oferuje tam ceny gazu i ropy niższe niż w innych państwach regionu, jednak są one dla niej opłacalne. Białoruś, odgradzając się od rynków europejskich cłami i skomplikowanymi procedurami administracyjnymi, prowadzi w wielu obszarach obrót z zagranicą za pośrednictwem Moskwy, zostawiając tam sporą marżę pośrednika. Swobodna aktywność rosyjskiego kapitału generuje zyski na tym mało konkurencyjnym rynku. Stabilność

władzy politycznej i mniejsze bezpieczeństwo inwestycji za granicą (casus Cypru, możliwość zamrożenia, przejęcia wyprowadzanych środków za granicą) skutkuje większą skłonnością establishmentu polityczno-gospodarczego do reinwestowania kapitałów w kraju. Duży udział państwa w gospodarce oraz ograniczony dostęp do rynku, z wyjątkiem firm powiązanych z rządzącym establishmentem i kapitałem rosyjskim, pozwala w połączeniu z dość niskimi kosztami pracy przypuszczać, że bardziej wolnorynkowy model, otwarcie na Europę nie nastąpi prędko lub nigdy. Społeczeństwo białoruskie w przeważającej większości żyje w cieniu mitu historiozofii rosyjskiej i sowieckiej. Język białoruski jest w zaniku. Zwykli ludzie nie są zainteresowani jego rozwojem. Traktowany jest jak język wsi, osób niewykształconych i nienowoczesnych, raczej bez szans na odrodzenie wzorem innych języków narodowych, np. czeskiego czy fińskiego. Ciekawe, że w Mińsku można się natknąć na materialne pamiątki po I Rzeczpospolitej. Stare miasto przypomina stare Wilno, wyremontowane stanowi dużą atrakcję turystyczną. Zagadką jest też stopień infiltracji struktur państwa białoruskiego przez służby Kremla. Hipotetyczna niezależna, demokratyczna Białoruś byłaby ciekawym, choć nie kluczowym ze względu na rozmiar partnerem dla Polski. Projekty dywersyfikacji źródeł zaopatrzenia surowców energetycznych mogłyby uwzględnić białoruskie potrzeby. Kraj zyskałby na włączeniu się w tworzenie wspólnego rynku z Ukrainą, Polską i krajami nadbałtyckimi. Powyższa analiza wskazuje na możliwość odrodzenia idei Międzymorza, ale już nie w Giedroyciowskim rozumieniu budowy wspólnoty kulturowej i sojuszy polityczno-militarnych. Ta formuła z chwilą wejścia Polski do

Polska nie może w imię doraźnych korzyści rezygnować z tworzenia narzędzi obrony swoich strategicznych interesów ekonomicznych. Na wielu pracach analitycznych dotyczących polskiej polityki wschodniej kładzie się cieniem sentyment do I i II Rzeczpospolitej i idee federalistyczne z początku XX w. Prowadzi to do nie popartych realnymi możliwościami stwierdzeń, jakoby Polska miałaby być liderem, integratorem, przewodnikiem „stada” małych i średnich państw regionu, narzucając przy tym innym swoje rozwiązania. Taka koncepcja, realizowana na przykład przez Rosję, wymaga olbrzymich inwestycji, trudnych do znalezienia w przewidywalnej przyszłości nad Wisłą. Wydaje się też mało skuteczna. Polska nie musi jednak uprawiać takiej polityki, by osiągać korzyści. Choć nie mamy dużych wolnych kapitałów, jasno zdefiniowanych na dziś celów i strategii, nie musimy być pasywnym graczem. Wiemy, że o konkurencyjności państw prócz czynników endogenicznych decydują też te wynikające ze zdolności do współpracy w wymiarze międzynarodowym. Na przykład

cierpliwości, konsekwencji i planowania w długim horyzoncie czasowym, jeśli już zdecydujemy się na działanie. Tak było podczas tworzenia projektu unii polsko-litewskiej, tak rozumował Jan III Sobieski, tworząc sojusz przeciw Porcie z niedawnymi wrogami Rzeczpospolitej – Kozakami. Ten model współpracy, rozwijany u nas przez setki lat, teraz jest z powodzeniem stosowany w teorii zarządzania pod wdzięczną nazwą win-win. Jest to niewątpliwie tańsze rozwiązanie niż strategia I win you lose. W polityce czy to regionalnej, czy w rozumieniu szerszym, stosujmy zasadę wzajemności. W przypadku nierównoprawnego traktowania polskich podmiotów postawa: tyle naszego rynku dla was, na ile wasz jest otwarty dla nas – może sprzyjać normalizacji stosunków także z tymi, którym wolna przestrzeń gospodarcza z udziałem Polski teraz przeszkadza. Trzymajmy się swojej drogi, bo to nasza własna droga do Wielkiej Polski. K

Dr Józef Szymeczek

FOT. BEATA TYRNA

bo piękny kościół Jezusowy robi na nich wrażenie. Odnotowaliśmy duże wzajemne zainteresowanie szkołami. Bywa, że młodzież chodzi do średniej szkoły na polską stronę. Z Polski natomiast dzieci chodzą do polskich szkół podstawowych na Zaolziu. Dziesiątki ludzi zareagowały w ten sposób na możliwość kształcenia w sąsiednim kraju UE. Wiele rodzin mieszanych, a nawet czeskich, także zaczyna posyłać dzieci do polskich szkół na Zaolziu, np. w Gródku, Nawsiu czy głównie w Gnojniku. Nas oczywiście to bardzo cieszy, bo polska mniejszość staje się prawdziwym pomostem do zbliżenia kultur i narodów, do wzbogacania ludzi w regionie. O to chodzi, żebyśmy wszyscy wzajemnie się wzbogacali duchowo. To jest także wyzwanie dla nauczycieli, jak prowadzić taką szkołę w XXI wieku. Czy „wymachiwać szabelką Piłsudskiego”,

skoro rodzice posyłają dzieci do polskich szkół z powodu innych wartości? Nasza mniejszość musi taką sytuację wykorzystać, nie zrazić rodzin czeskich czy mieszanych, a zachować swój patriotyczny profil. Bardzo pocieszające jest to, że w polskich szkołach w ciągu ostatnich lat przybywa dzieci! O czym nawet Pan nie marzył… Trudno było rzeczywiście o tym marzyć, gdyż prognozy mówiły o czym innym. W 1990 r. Stanisław Folwarczny i Małgorzata Rakowska z Towarzystwa Nauczycieli Polskich w RC zlecili prognostykom analizę dotyczącą przyszłości szkolnictwa polskiego. Wynikało z niej, że za 30 lat już tu nie będzie polskich szkół pełnoklasowych… Tymczasem dzieci przybywa w pierwszych klasach polskich szkół. Dlatego też do polskich szkół więcej uczniów Dokończenie na str. 12

Józef Szymeczek ur. w 1973 r. w Trzyńcu. Ukończył historię w Uniwersytecie Ostrawskim. Od 2002 do 2016 r. był przewodniczącym Kongresu Polaków w Republice Czeskiej. Obecnie jest jego wiceprzewodniczącym. W 2003 r. objął funkcję sekretarza ds. nauki i oświaty w Śląskim Kościele Ewangelickim w Czeskim Cieszynie. W 2004 r. wraz z dyrektorem Książnicy Cieszyńskiej, Krzysztofem Szelongiem, założył dwujęzyczną edycję dziejów Śląska Cieszyńskiego pn. Bibliotheca Tessinensis. Zajmuje się głównie śląskim protestantyzmem w czasach totalitarnych – nazistowskich i komunistycznych. W 2007 r. obronił na Wydziale Historyczno-Pedagogicznym Uniwersytetu Opolskiego pracę doktorską pod tytułem „Augsburski Kościół Ewangelicki w czeskiej części Śląska Cieszyńskiego w latach 1945–1950. Koszty autonomii”. Obecnie jest dyrektorem Instytutu Studiów Tożsamości Europejskiej przy Fakultecie Pedagogicznym Uniwersytetu Ostrawskiego. Tłumaczy na język polski twórczość Włodzimierza Wysockiego.

Korzystając z ogólnego politycznego zamieszania na świecie i umiejętnie podsycając je, Rosja konsekwentnie przechyla szalę bezpieczeństwa na swoją stronę, tworząc w strategicznych punktach globu strefy, do których potencjalny przeciwnik ma „zakaz wjazdu”. Może wprawdzie spróbować, ale na własne, i to poważne ryzyko.

Strategia A2/AD

W

Rafał Brzeski

wojskowej nomenklaturze NATO strategia tworzenia „bąbli” lub „kopuł” nie dopuszczających przeciwnika opisywana jest skrótem A2/AD od Anti-Access/Area Denial, co w wolnym tłumaczeniu można przełożyć na „brak dostępu/teren zakazany”. Element A2 ma ograniczyć w części lub całkowicie dostęp przeciwnika do określonego teatru operacyjnego, celem zaś elementu AD jest ograniczenie przeciwnikowi swobody działania na zajmowanym przez niego terenie.

a zatem podstawą ich działania jest swoboda przerzutu żołnierzy, zaopatrzenia i uzupełnień teatru działań wojennych dla samodzielnego prowadzenia operacji lub dla wsparcia sojusznika. Wiąże się z tym konieczność zdobycia i utrzymania dominacji w powietrzu oraz przewagi na szlakach morskich. Stany Zjednoczone dysponowały takim komfortem praktycznie od czasu wojny w Wietnamie. Natomiast od czasu wojny w Iraku, w 1991 roku, w każdej kolejnej operacji militarnej lotnictwo amerykańskie panowało w powietrzu i nikt nie

Kreml chce doprowadzić do sytuacji, kiedy w Waszyngtonie lub w stolicach zachodnioeuropejskich politycy uznają, że lepiej trzymać się z dala, i machną ręką na państwa Europy Środkowo-Wschodniej, co pozwoli Moskwie odbudować straconą strefę wpływów. Koncepcja „odmowy dostępu” nie jest nowa. Chińczycy zbudowali przed wiekami słynny mur, wodzowie imperium osmańskiego stawiali działa na brzegach Bosforu, aby nie przepuścić okrętów przeciwnika z Morza Środziemnego na Morze Czarne, Francuzi zbudowali słynną Linię Maginota. Rosyjska taktyka A2/AD jest stechnicyzowanym rozwinięciem tej koncepcji w poziomie i w pionie. W poziomie, czyli na lądzie i na morzu. W pionie – w powietrzu i w przestrzeni kosmicznej. Taktyka ta uderzyła skutecznie w koncepcyjne podstawy strategii amerykańskiej. Siły Stanów Zjednoczonych są z definicji wojskami ekspedycyjnymi,

zakłócał amerykańskich działań w kosmosie. Komfortowe czasy jednak minęły i wraz z taktyką A2/AD „rozpoczęła się nowa partia szachów między Zachodem a Rosją i, tak jak podczas zimnej wojny, teatrem gry jest Europa” – stwierdził Fabrice Pothier, do niedawna szef polityki planowania w kwaterze głównej NATO. Rosyjskie „kopuły” A2/AD są przede wszystkich związane z teatrem europejskim i rozlokowane na pograniczu Sojuszu Atlantyckiego. Na północy Murmańsk, potem, idąc w dół, Petersburg, Kaliningrad, zaanektowany w 2014 roku Krym oraz port Tartus w Syrii. Dokończenie na str. 10


KURIER WNET

9

KURIER·ŚL ĄSKI

Stare przekazy wzmiankują, że w czczonej tam figurce przechowywane są jej autentyczne relikwie. Z tego powodu tubylcy nawet żartują sobie, powtarzając, że: Pan Jezus jest Ślonzokiem, skoro mo Oma, kero miyszko na Annabergu. powtarzając, że: Pan Jezus jest Ślonzokiem, skoro mo Oma, kero miyszko na Annabergu. Znany jest też dziadek, czyli opa naszego Zbawiciela, patron małżonków, św. Joachim. Najwięcej mężczyzn o tym imieniu jest w grupie dzisiejszych czterdziesto-pięćdziesięciolatków. Wyjątkowo lubiana jest też krewna Maryi, św. Elżbieta, matka Jana Chrzciciela, którego poczęła w starczym wieku. Scena jej nawiedzenia staje się bliska zwłaszcza mamom oczekującym potomstwa. Jakże pięknie powiedziała ona wtedy do Maryi: Oto bowiem, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie (Łk 1 44). Słowa te w całej pełni może zrozumieć tylko kobieta, która doświadczyła błogosławionego stanu macierzyństwa, co jest u nas bardzo szanowane. Wspomnienie narodzin Jana Chrzciciela 24 czerwca jest ważną datą, po której, wedle przekonań Ślązaków, można bezpiecznie zażywać letnich kąpieli w naturalnych zbiornikach wodnych. Dzień ten rozpoczyna również sezon letnich owoców jagodowych. Imiona Trzech Mędrców, którzy oddali cześć Bożemu Dzieciątku, znają wszyscy – to Kacper, Melchior i Baltazar. Szczególnie wdzięczną postacią okazuje się być św. Maria Magdalena, jednak nie ze względu na swoją grzeszną przeszłość, ale wyróżnienie, kiedy Pan Jezus po Zmartwychwstaniu właśnie jej ukazał się jako pierwszej. Doznała ona odpuszczenia wielu grzechów i szczególnie miłowała swojego Nauczyciela. Jej imię od kilku dziesięcioleci jest też chyba najczęściej wybierane przez dziewczęta przystępujące do sakramentu bierzmowania. Patronuje ona fryzjerkom. Święte Maria i Marta są wzorem gościnności. Pierwsza namaściła nogi Pana Jezusa drogocennym olejkiem nardowym. Druga zaś, jako doskonała gospodyni domu, z troską zabiegała o sprawy powszednie, ale niewiele mniej ważne. Brat ich – wskrzeszony Łazarz – patronował szpitalom. Od Jego imienia na Śląsku nazywano je właśnie lazaretami. Szymon Cyrenejczyk jest podziwiany za odwagę i pomoc Chrystusowi

w niesieniu Krzyża na Kalwarię. Te jego cnoty są u nas wyjątkowo poważane. Podobnie wielką cześć odbiera św. Weronika, która chustą otarła twarz Jezusowi. Kojarzy się więc ona z odbitym wizerunkiem Chrystusa. Obrazki z Jej postacią czasami można dostrzec w zakładach fotograficznych. Z Apostołów Chrystusa prym popularności wiedzie św. Szymon Piotr – pierwszy papież, z kluczami do otwierania i zamykania bramy Królestwa Bożego. O nim to krąży najwięcej legend związanych z ludzkimi słabostkami, których to właśnie jemu się nie szczędzi. Jest przykładem mocy, ale doskonalącej się w słabości. Jego brat Andrzej bardziej znany jest ze znaku krzyża, na którym został umęczony, ale także dnia jego wspomnienia, kończącego zabawy przed nastającym po nim Adwentem. Bogobojnych Ślązaków troszeczkę gorszy św. Tomasz, określany jako „niewierny”, gdyż wątpił w zmartwychwstanie Chrystusa. Jego żądanie dotknięcia ran Jezusowych ma swoje specyficzne znaczenie dla współczesnego odkrywania tajemnic związanych z godnością życia. Święty Juda Tadeusz, kuzyn Jezusa i z wyglądu do Niego bardzo podobny, jest skutecznym patronem spraw beznadziejnych. Święty Bartłomiej już od wczesnego średniowiecza patronuje wielu śląskim parafiom dzięki fundacjom książąt z dynastii Piastów. Podobnym kultem otaczani są wszyscy czterej Ewangeliści: Mateusz, Marek, Łukasz i Jan. Są oni najpopularniejszymi imiennikami poważanych mężczyzn. Uznaniem obdarzany był i jest św. Paweł. Do dzisiaj istnieje przekonanie, że jeśli we wspomnienie jego nawrócenia, tj. 25 stycznia, zwanego dniem Szawła-Pawła, słońce nie zabłyśnie chociaż na tyle, by jeździec zdołał wskoczyć na konia, to będzie wojna. Istotnie starsi ludzie przypominają sobie, iż tak stało się przed wybuchem II wojny światowej. Tego i poprzedniego roku również zaobserwowano, że przez wyjątkowo zachmurzone niebo nie przedarł się ani jeden promyk słońca. Plejadę męczenników rozpoczynają Święci Młodziankowie, pierwsi niewinni, których krew została przelana w Betlejem z powodu Chrystusa. W dzień ich wspomnienia, 28 grudnia, pobożni rodzice przyprowadzają swoje dzieci do kościoła, by pobłogosławił je kapłan. Wzrusza swoją heroiczną postawą św. Szczepan, diakon, którego śmierć jest opisana w Dziejach Apostolskich. W dzień jego wspomnienia księża błogosławią owies, symbolizujący kamienie rzucane w tego pierwszego chrześcijańskiego męczennika. Jednym z umęczonych za wiarę jest również św. Tarsycjusz, odważny młodzieniec, który zmarł w wyniku ran zadanych mu, kiedy niósł Najświętszy Sakrament do chorych współwyznawców. Jest on patronem ministrantów. W połowie III wieku poniósł męczeńską śmierć św. Krzysztof, „Niosący Chrystusa”, którego za patrona obrali sobie podróżujący, pielgrzymi, turyści i przewoźnicy. Zwłaszcza zmotoryzowani młodzieńcy lubią wybierać sobie jego imię przy sakramencie bierzmowania. Na Śląsku bardzo popularny jest patron strażaków, czyli św. Florian. Był on dowódcą wojsk rzymskich. Razem z 40 innymi żołnierzami został utopiony w rzece Enns za odmowę złożenia ofiary pogańskim bożkom. Jego statuetki nie tylko ozdabiają strażackie remizy, ale także stare domostwa, które miał ochraniać od pożarów.

Z

tamtej epoki pochodzi również św. Marcin. Urodził się na terenie dzisiejszych Węgier w rodzinie o wojskowych tradycjach. Jego postawa wobec żebraka, któremu ofiarował połowę swojego płaszcza, wzrusza do dnia dzisiejszego. Żebrakiem tym okazał się być sam Jezus, który objawił mu się następnego dnia. To spowodowało nawrócenie Marcina na chrześcijaństwo. Wyjaśnienia wymaga kwestia drugiej połowy płaszcza. Zgodnie z prawem była ona własnością armii Cesarstwa Rzymskiego. Święty oddał więc potrzebującemu tylko swoją własność. Śląskie gospodynie zaś, wzorem kobiet z krajów zachodnich, dobrze wiedzą, że „na świętego Marcina najlepiej smakuje gęsina”. W dzień jego wspomnienia obowiązkowo też pieką pyszne rogaliki. Popularne śląskie Jorgusie za swojego patrona mają starożytnego rycerza, który, według celtyckiej legendy,

Święty przede wszystkim jest sam Pan Bóg! Wiara w istnienie Trójcy Świętej: Ojca, Syna i Ducha Świętego pozostaje na Śląsku niezmienna od czasu przyjęcia chrześcijaństwa. W centrum wiary zaś jest Jezus Chrystus. Żywy jest również kult Świętych Aniołów Stróżów i Archaniołów z imienia wymienionych w Biblii, czyli: Gabriela, Michała i Rafała.

Święta Monika, żyjąca w Północnej Afryce w IV wieku, jest przykładem wytrwałej modlitwy dla matek i wdów. Przez kilkanaście lat wytrwale błagała Pana Boga o łaskę nawrócenia dla swojego syna. Święty Augustyn nie tylko przyjął chrzest, ale stał się jednym z najmądrzejszych biskupów w historii Kościoła. Jego imię do XIX wieku bardzo często nadawano na chrzcie śląskim chłopcom. Do nawrócenia św. Augustyna wielce przyczynił się św. Ambroży, patron pszczelarzy. Mikołaj Święty rozdaje prezenty, ale także wspomaga cnotliwe panny w posażnym zamążpójściu. Jego autentycznym strojem były szaty biskupie, nie zaś przebranie krasnala. W dzień jego wspomnienia nie zapominamy o bezinteresownym obdarowywaniu, zwłaszcza dzieci. Święty Benedykt już w VI wieku uratował nasz kontynent od barbarzyńskiego zatracenia poprzez tworzenie monastycznej jedności kulturalnej i duchowej. Jego zasługi skutecznie przypominał nam poprzedni pontyfikat na Stolicy Piotrowej. Papież emeryt Benedykt XVI, obierając jego właśnie za patrona, przypomniał Europie o zagrożeniu ze strony współczesnych bezbożników. My, jego przykładem, również „modlitwą i pracą” zwalczajmy wszelką herezję. Na przełomie VI i VII wieku żył św. Grzegorz Wielki, papież, który z racji swojej mądrości stał się patronem uczniów i szkół. Nieco młodszy jest św. Hubert, który podczas zakazanego w Wielki Piątek polowania zobaczył krzyż w rogach jelenia. Stał się on potem bardzo popularnym orędownikiem myśliwych i leśników. Kiedyś na Śląsku czczono również św. Izydora Oracza, Hiszpana. Żył on w XI wieku i był parobkiem. Jego pracowitość spodobała się zwłaszcza rolnikom, którzy obrali go sobie za patrona.

Święci popularni na Śląsku Barbara Maria Czernecka

FOT. Z ARCHIWUM AUTORKI

Z

nane są też Ślązakom najważniejsze postacie starotestamentowe. Wielką i niezmienną cześć odbiera Najświętsza Maryja Panna, Bogarodzica. W ołtarzach, obrazach i figurach jest czczona we wszystkich kościołach i kaplicach. Od miejsca Jej kultu w cudownych wizerunkach nazywa się Maryję: Częstochowską, Piekarską, Opolską, Rudzką, Bardzką, Wambierzycką, Bogucicką, Mikulczycką… Niezliczona liczba śląskich Marik od wieków dumnie nosi Jej przepiękne imię. Oblubieniec Niepokalanej, a zarazem opiekun Boskiego Syna, św. Józef, nadal pozostaje wzorem najszlachetniejszych cnót: pokory, pracowitości, cierpliwości, wierności. Jest On godnym patronem mężczyzn. W święto jego wspomnienia, 19 marca, tradycja nakazuje sadzić w donicach mirt (mertę) na wianki dla cnotliwych i szanujących się panien, które mają być wzorowymi żonami i matkami. Dla Ślązaków każda rodzina jest święta! Interesujący jest kult świętej Anny, czyli matki Najświętszej Maryi Panny i babki Pana Jezusa. Jej czci poświęcono najwyższe wzniesienie Wyżyny Śląskiej, gdzie znajduje się popularne sanktuarium zwane swojsko Świyntô Ana lub Annaberg. Stare przekazy wzmiankują, że w czczonej tam figurce przechowywane są jej autentyczne relikwie. Z tego powodu tubylcy nawet żartują sobie,

ratując księżniczkę, pokonał straszliwego smoka. Bohaterem tym był właśnie św. Jerzy. Jego opiece podlega bydło, a zwłaszcza konie. Ciekawostką jest kult tego świętego, bezustannie żywy nie tylko w Kościele katolickim, ale także prawosławnym i anglikańskim. Pod Śląskim niebem najczęściej w sierpniowe noce obserwuje się spadające gwiazdy, nazywane „łzami św. Wawrzyńca”, męczennika torturowanego przez podpiekanie na ruszcie. W dzień liturgicznego wspomnienia św. Błażeja zaś wierni poddają się błogosławieństwu gardła.

W gronie starożytnych dziewic jest nasza ulubiona Święta, Barbórka, patronka Górnego Śląska, najbardziej kojarzona z niebezpieczeństwem nagłej śmierci. I chociaż pochodziła ona ze słonecznych krain, szczególnie upodobała sobie orędowanie za pracującymi pod ziemią górnikami. Kilku z powyższych świętych należy do grona Czternastu Wspomożycieli, przywoływanych w przeróżnych sprawach i potrzebach, zawsze pomocnych. W naszym regionie zachowało się kilka polnych kapliczek ku czci św. Ur-

Żebrakiem okazał się być sam Jezus, który objawił mu się następnego dnia. To spowodowało nawrócenie Marcina na chrześcijaństwo. Wyjaśnienia wymaga kwestia drugiej połowy płaszcza. Zgodnie z prawem była ona własnością armii Cesarstwa Rzymskiego. Święty oddał więc potrzebującemu tylko swoją własność. „Chleb Świętej Agaty od ognia strzeże chaty” – głosi stare przysłowie. Współcześnie spopularyzowała się nowa tradycja zabierania ze sobą w dłuższą podróż, szczególnie spowodowaną emigracją zarobkową, kawałka poświęconego chleba. Jedną z pierwszych czczonych w Kościele męczenniczek była Święta Agnieszka Rzymianka. Miała 12 lat, kiedy zginęła, torturowana, na stadionie. Jej imię z upodobaniem nadawano zwłaszcza w książęcych i szlacheckich rodzinach. Dziewictwem i męczeństwem zasłynęła inna jeszcze Rzymianka, św. Cecylia, popularna głównie ze względu na upodobanie do muzyki, dzięki któremu stała się patronką organistów i chórzystów. We wspomnienie św. Łucji, 13 grudnia, urywa się gałązkę wiśni i wkłada do wazonu, aby zakwitła do Świąt Bożego Narodzenia. Od tego dnia również obserwuje się pogodę, która ma przewidywać aurę miesięcy nowego roku. Kolejarze na swoją orędowniczkę wybrali św. Katarzynę Aleksandryjską, może z uwagi na narzędzie jej męczeństwa: miażdżące koło.

bana, papieża z początku III wieku. Do nich udają się wiosenne procesje z prośbą o urodzaje. Urban jest patronem ogrodników. Za orędownika obrali go sobie zwłaszcza mieszkańcy Gogolina, Wodzisławia Śląskiego, Raciborza i Pszczyny. Ciekawostką może być jego papieskie zarządzenie, aby do liturgii używać naczyń ze złota lub srebra, czego praktykowanie utrzymało się przez kilkanaście stuleci. Ze względu na spopularyzowanie do niedawna obcego nam dnia zakochanych, słynny stał się św. Walenty. Kiedyś był on patronem obłąkanych. Za patrona Śląska uważa się też św. Wita, z pochodzenia Sycylijczyka, umęczonego na początku IV wieku. Rozpoczynając karnawał, pamiętajmy, że św. Sylwester był wybitnym papieżem z pierwszej połowy IV wieku. Święta Helena była matką cesarza Konstantyna, który to edyktem mediolańskim zakończył prześladowania i proklamował swobodę wyznawania wiary chrześcijańskiej. Św. Helena jest kojarzona głównie z odnalezieniem relikwii Krzyża Świętego, który stał się naszym najważniejszym symbolem religijnym.

Z

opowiadań sędziwych ludzi poznajemy romantyczną legendę o św. Genowefie. W młodym wieku została ona zaślubiona Zygfrydowi hrabiemu Trewiru. Kiedy jej mąż wyruszył na wojnę z Maurami, niewinnie oskarżona przez zarządcę Golo o cudzołóstwo, musiała schronić się w lesie. Tam urodziła syna, którego karmiła mlekiem sarny. Po siedmiu latach odnalazł ją małżonek i tryumfalnie odwiózł na zamek. Niegodny sługa zaś został przykładnie ukarany. Takie właśnie opowieści prezentowały objazdowe teatry w dwudziestoleciu międzywojennym. Niegdyś również bardzo wzruszała śląskie kobiety legenda o podróży do Kolonii i męczeństwie św. Urszuli i jej towarzyszek. Madziarski ślad na Śląsku, chociaż nieznaczny, pozostawił kult św. Stefana, króla Węgier z przełomu I i II tysiąclecia. Chrztu udzielił mu sam św. Wojciech. W tym samym czasie żył również na Węgrzech św. Gerard, biskup i męczennik, którego imię patronowało kilku śląskim kościołom. Panowanie na Śląsku dynastii Przemyślidów skutecznie wypromowało postać św. Wacława, króla Czech z X wieku. Na połowę XII wieku we Wrocławiu datują się pierwsze historyczne ślady kultu św. Stanisława ze Szczepanowa, biskupa i męczennika oraz głównego patrona Polski. Wtedy też przybyli na naszą ziemię cystersi, którzy propagowali sławę i kult swojego założyciela, św. Bernarda z Clairvaux, oraz wprowadzali nowatorskie zasady gospodarzenia i budownictwa. Święty Tomasz Becket z Londynu już w średniowieczu został patronem kaplicy przy zamku piastowskim w Raciborzu, co świadczy o europejskim horyzoncie tamtejszych osobistości. Święty Tomasz z Akwinu wypromował uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej. Procesje Bożego Ciała w niezmienionej od siedmiu wieków liturgii są naszym publicznym przyznaniem się do wyznania katolickiego. „Anielski Doktor” ułożył wiele pobożnych hymnów, którymi do dzisiaj wielbimy Eucharystię. Są to pieśni: „Przed tak wielkim Sakramentem” oraz „Zbliżam się w pokorze i niskości swej”. Jest on też uważany za najbardziej wykształconego spośród świętych i najświętszego spośród uczonych. Wiele poważnych Ślązaczek nosiło imię średniowiecznej mistyczki, wybitnie uzdolnionej w teologii, medycynie i sztuce. Była nią niezwykła zakonnica, św. Hildegarda z Bingen. Może warto na nowo przywrócić świetność temu

imieniu i znowu zacząć je nadawać dziewczynkom na chrzcie?!

Ś

więta Elżbieta Portugalska swoim wzruszającym żywotem bezustannie zachęca nas do dobroczynności wobec ubogich i potrzebujących. Kiedy w czasie klęski głodu wynosiła z zamku chleb dla swoich poddanych i została na tym pochwycona przez małżonka, chleb cudownie zamienił się w róże. Tak właśnie jest ona przedstawiana w popularnej u nas ikonografii. Któż nie prosił o pomoc w odnalezieniu zagubionej rzeczy św. Antonika? Kościelne skarbonki pod jego figurkami zwykle są przepełnione datkami od wdzięcznych znalazców. Wszystkim jego czcicielom jest wiadome, że trzeba mu za to złożyć ofiarę dla ubogich. Święty Franciszek jest ulubionym patronem hodowców gołębi (na marginesie:czują się oni obrażeni niesłusznym nazywaniem ich gołębiarzami). Rozważając jego życie, chciałoby się śpiewać „Pieśń słoneczną”, słuchać ptaszków, zrywać kwiatki, patrzeć w niebo i kochać wszelkie Boże stworzenie. Przy nim nawet groźne wilki stają się potulne. Dodajmy, że na cześć tych dwóch świętych Antek i Francek są najpopularniejszymi śląskimi imionami. Jaśnieje Ślązaczkom również św. Klara, pobożna kuzynka „Biedaczyny z Asyżu” i bardzo wdzięczna patronka praczek, hafciarek, okulistów i optyków oraz szklarzy i telewizji. Bardzo znany jest św. Jan Nepomucen, praski duchowny, który odmówił królowi Czech Wacławowi IV z Luksemburgów wyjawienia tajemnicy spowiedzi jego małżonki, królowej Zofii. Jego liczne figury najczęściej patronują miejscom, dokąd sięgały granice wielkich powodzi. Modlitwy średniowiecznych świętych: Brygidy, Gertrudy i Mechtyldy zostały specjalnie przetłumaczone na język polski już w XVI wieku w poczytnej książeczce do nabożeństwa pt. „Pan mój i Bóg mój” i potem bardzo często wznawianej przez Śląskie drukarnie. Święta Rita jest znaną i cenioną patronką od spraw beznadziejnych. Pamiątką średniowiecznych epidemii pozostał kult św. Rocha pochodzącego z Francji. Pod patronatem św. Alojzego Gonzagi na Górnym Śląsku niegdyś prężnie działały liczne młodzieżowe towarzystwa. Popularne były obrazki z jego przedstawieniem jako młodzieńca całującego krzyż. Podobnym uznaniem wśród dorastających chłopców cieszy się teraz polski święty, Stanisław Kostka.

K

ult Serca Pana Jezusa, czczonego w pierwsze piątki miesiąca i podczas nabożeństw czerwcowych, zawdzięczamy siedemnastowiecznej mistyczce, św. Małgorzacie Marii Alacoque. W XVIII i XIX wieku, kiedy na Śląsku rozwijał się przemysł tkacki, jako patron tkaczy bardzo popularny był św. Sewer z Rawenny, dobry biskup wczesnochrześcijański. Dziewczęta z Grup Dzieci Maryi z dumą noszą cudowne medaliki według wizji św. Katarzyny Labouré. Na terenie każdej parafii jest tak zwana Grota Lurdzka z przedstawieniem objawienia się Niepokalanej św. Bernadetcie Soubirous. Od stulecia nie słabnie cześć dla św. Tereski od Dzieciątka Jezus, przedstawianej w karmelitańskim habicie i z pękami róż na dewocjonalnych obrazkach. Kwiaty te symbolizują wyproszone przez nią dla nas łaski. W 2005 roku jej relikwie nawiedzały śląskie sanktuaria. Jedną z najczęściej odmawianych modlitw także na Śląsku jest Koronka do Miłosierdzia Bożego, przekazana chrześcijanom przez św. Faustynę Kowalską. Pamiętamy jeszcze niezwykłą postać św. Ojca Pio, stygmatyka z Pietrelciny. Święta Matka Teresa z Kalkuty, misjonarka miłości, która całą siebie poświeciła umierającym nędzarzom, w 1986 roku nawiedziła Sanktuarium Matki Bożej w Piekarach Śląskich. Jej włosy jako relikwie witane są w kolejnych śląskich parafiach. Nieobcy nam są też nowo kanonizowani święci, czczeni w różnych stronach świata, których litania stale się powiększa. Są oni poznawani na bieżąco, poprzez wspominanie w kalendarzu liturgicznym. K Za miesiąc zostaną zaprezentowani Święci wywodzący się z Ziemi Śląskiej.


KURIER WNET

10

Jak już pisałem w poprzednim numerze „Kuriera Wnet”, w planach powstania powszechnego wschodnia część Okręgu Śląskiego Armii Krajowej (Inspektoraty Bielsko i Sosnowiec, a także wschodnia część Inspektoratu Tarnowskie Góry) miała w godzinie „W” podjąć próbę opanowania terenu, zaś pozostałymi siłami Okręg Śląski AK miał ubezpieczyć tę walkę poprzez wzmożoną dywersję, zwłaszcza na komunikację i „główki” (element kierowniczy nieprzyjaciela).

Przygotowania AK do bitwy o Śląsk Część II

Wojciech Kempa zdobył tam 172 000 marek. W Rybniku przejęła nas sztafeta Inspektoratu. Na naszą kwaterę przyjechał w nocy por. mgr Władysław Kuboszek („Rogosz”) i jego zastępca ppor. „Ren”, Paweł Cierpioł. Gen. „Odra” przebywał w Inspektoracie trzy czy cztery dni. Sprawdził plan „W” Inspektoratu, rozmawiał z komendantami Obwodów. Z przedstawionego schematu organizacyjnego wybrał kilku dowódców plutonów i pojechaliśmy do nich. Zobaczył rzetelną pracę. Nigdzie nie natrafił na słowa bez pokrycia. Co było w planach, potwierdzał stan w terenie. W nocy przeprowadził rozmowy z inspektorem i oficerami sztabu Inspektoratu. Słuchał, czasem przekonywał. Nie nadużywał swojego stanowiska. Okazało się, że zdania i poglądy były bardzo różne. Zwłaszcza moje i generała poglądy różniły się bardzo. Obawiałem się, że te gorące dyskusje zniechęcą do mnie generała. Na najbliższej odprawie w Warszawie

Okręg Radomsko-Kielecki formował trzy dywizje piechoty: 7 Dywizję Piechoty AK w Inspektoracie Częstochowa (25 Pułk Piechoty odtwarzał dla niej należący do Okręgu Łódź Inspektorat Piotrkowski), 2 Dywizję Piechoty Leg. AK w Inspektoratach Sandomierskim i Kieleckim oraz 28 Dywizję Piechoty AK w Inspektoracie Radom, przy czym Inspektorat Puławski (Okręg Lublin) sformował dla niej 15 Pułk Piechoty (jeden batalion tego

Czesi działali zaczepnie, niedopuszczenie ich w granice państwa. W tym celu dowódca Grupy Operacyjnej zamierzał skoncentrować całość sił w lasach na południowy wschód od Cieszyna. W składzie GO „Śląsk Cieszyński” znalazły się: 21 Dywizja Piechoty AK, 12 Pułk Piechoty AK Ziemi Wadowickiej oraz pułk ułanów i Legion Śląski. I tu ciekawostka – 12 Pułk Piechoty AK Ziemi Bocheńskiej, w składzie trzech batalionów, został odtwo-

Okręg Śląski miał wyznaczone 92 cele do zniszczenia, gdy chodzi o linie kolejowe, i dysponował odpowiednią ilością patroli dywersyjnych przygotowanych do realizacji tego zadania. ki Zygmunta Waltera-Jankego, który przywołuje odprawę w Komendzie Głównej AK, która odbyła się wiosną 1944 roku i w trakcie której rozmawiał z gen. Rostworowskim, nawiązując przy tej okazji do wydarzeń mających miejsce nieco wcześniej: Latem 1943 r. z ramienia Komendy Głównej przyjechał do Sosnowca na inspekcję Okręgu gen. Rostworowski („Odra”). Była to pierwsza i jedyna tego rodzaju wizytacja. Gen. „Odra” brał udział w III powstaniu śląskim, Niemcy go znali. Miał charakterystyczny znak – wyraźną bliznę na głowie. Dał dowód odwagi i przywiązania do Śląska, decydując się na ten przyjazd. Ucieszyłem się z jego przybycia. Zakwaterowany został w Sosnowcu. Przedstawiłem mu sytuację w Okręgu. Obejrzał pracę w Obwodzie Sosnowiec, wreszcie oświadczył mi, że chce zobaczyć Inspektorat Rybnicki. Pojechałem z nim tramwajem do Katowic. Przy przejeździe przez Sosnowiec pokazałem rejon, gdzie tego dnia miał być wykonany napad dla zdobycia pieniędzy. Rzeczywiście w dwie godziny później patrol z oddziału partyzanckiego „Ordona”

spotkałem go znów. Przyjął mnie z szeroko otwartymi ramionami, jak bliskiego i serdecznego przyjaciela. Gen. „Odra” w 1944 r. przyjechał do Krakowa, przysłany przez Komendę Główną z zadaniem przejęcia dowództwa nad siłami trzech Okręgów – Kieleckiego, Krakowskiego i Śląskiego – w celu zdobycia i zajęcia zachodnich ziem Śląska. Jego szefem sztabu był kpt. Górski, saper, skoczek z Anglii.

W

skład sił, które miały wziąć udział w bitwie o Śląsk, wchodziły więc między innymi jednostki Okręgu Radom (Radomsko-Kieleckiego). Warto w tym miejscu zacytować fragment rozkazu operacyjnego nr 2/44 Komendanta Okręgu Radom z 24 lipca 1944 roku. Myśl przewodnią zadań na okres powstania powszechnego określono w nim następująco: Osłaniając się od wschodu na barierze Wisły, opanować i utrzymać Radom, Kielce, Częstochowę, Skarżysko oraz wymienione w zadaniu lotniska. Po opanowaniu terenu być gotowym do działań zaczepnych w kierunku Śląska.

formował należący do Okręgu Śląsk (Inspektorat Bielsko) Obwód Wadowice. Pułk ten został, wraz z 21 Dywizją Piechoty AK oraz pułkiem ułanów i Legionem Śląskim, podporządkowany dowództwu Grupy Operacyjnej „Śląsk Cieszyński”. Tak oto w Okręgu Kraków sformowano dwa pułki piechoty o tym samym numerze.

T

FOT. Z ARCHIWUM AUTORA

R

zućmy w tym miejscu okiem na to, co napisał Zygmunt Walter-Janke, ostatni komendant Okręgu Śląskiego AK: Wiosną 1944 roku otrzymaliśmy wytyczne do akcji „Bariera”. Miała ona polegać na masowym niszczeniu komunikacji, zwłaszcza kolejowej. Przerwa w ruchu musiała trwać co najmniej 24 godziny. Pierwsze takie uderzenie nosiło kryptonim „Wierzba”. Jego powtórzenie, które miało nastąpić kilka dni po pierwszym, zostało oznaczone kryptonimem „Grab”. Akcje „Wierzba” i „Grab” łącznie – to była właśnie „Bariera”. [...] Oddział operacyjny sztabu Okręgu i Kedyw uzgodniły z dowódcami terenowymi, że w Okręgu będą 92 cięcia linii kolejowych. Na tak wielką ilość przygotowano patrole, z tym, że każdy patrol wykonywał tylko jedno cięcie. Taką przyjęto zasadę. Dowódcy terenowi utworzyli zespoły patroli i zapewnili nasłuch radiowy. Na tak wielką ilość cięć nie starczyło materiału wybuchowego. Trzeba było uciec się do rozkręcania szyn i wykolejania pociągów. W tym celu rozpowszechnione zostały instrukcje saperskie. Ostatecznie do realizacji akcji „Bariera” nie doszło, ale dla nas istotna jest informacja, że Okręg Śląski miał wyznaczone 92 cele do zniszczenia, gdy chodzi o linie kolejowe, i dysponował odpowiednią ilością patroli dywersyjnych przygotowanych do realizacji tego zadania. Otóż gdyby akcję taką udało się wykonać choćby częściowo, to górnośląski węzeł kolejowy zostałby całkowicie sparaliżowany na przeciąg wielu dni. Nie doszło też do uruchomienia działań przewidzianych planem powstania powszechnego. Z myślą o walce o Śląsk utworzono związek operacyjny, na którego czele stanął gen. bryg. Stanisław Rostworowski ps. Odra, Brzask i którego szefem sztabu został mjr Jan Górski ps. Chomik. Ponownie zajrzyjmy do książ-

KURIER·ŚL ĄSKI

pułku odtworzony został w Obwodzie Garwolin Obszaru Warszawskiego). Z kolei w zachodniej części Okręgu Kraków sformowano dwie grupy operacyjne, które zostały podporządkowane gen. Rostworowskiemu. Były to Grupa Operacyjna „Kraków” i Grupa Operacyjna „Śląsk Cieszyński”. W składzie GO „Kraków” znalazły się dwie dywizje piechoty (6 i 106 DP), Krakowska Brygada Kawalerii Zmotoryzowanej oraz Samodzielny Batalion Partyzancki AK „Skała”. Na czele GO „Kraków” stanął płk Edward Godlewski ps. Garda. Z kolei Grupą Operacyjną „Śląsk Cieszyński” dowodził gen. bryg. Brunon Olbrycht ps. Olza, który wraz ze swym sztabem ulokował się niedaleko Kalwarii Zebrzydowskiej. 20 sierpnia 1944 roku gen. Olza wydał rozkaz, w którym szczegółowo określił zadania dla tych podległych mu pododdziałów, które były formowane na terenie Okręgu Kraków. Z rozkazu tego dowiadujemy się, iż podstawowym zadaniem GO „Śląsk Cieszyński” było skoncentrowanie jej sił na granicy polsko-czeskiej z 1938 r. i w razie, gdyby

rzony jako część składowa 6 Dywizji Piechoty AK w Obwodzie Bochnia. Nadto w Podobwodzie Krzeszowice zostało sformowane zgrupowanie 12 Pułku Piechoty w sile dwóch batalio-

przeciętnych okrętów wojennych na Bałtyku wyniesie kilka minut, co polski znawca problemu skwitował, że „lepiej mieć stado wróbli niż sokoła”. Możliwość amerykańskiej penetracji rosyjskiej „kopuły” z powietrza

specjaliści amerykańscy. Jeśli dodać przewidywalne możliwości prowadzenia działań w przestrzeni kosmicznej, czyli niszczenie satelitów komunikacyjnych i systemów nawigacji satelitarnej opartych na GPS, to „kopuła” A2/AD jawi się skutecznym bastionem obronnym, będącym jednocześnie wygodną podstawą do ataku wojsk lądowych. Dowódca amerykańskiego lotnictwa w Europie, Frank Gorenc, ostrzegał w ubiegłym roku, że „kopuła” w obwodzie kaliningradzkim „może w sytuacji kryzysowej odciąć posiłki NATO od państw bałtyckich”. Przeprowadzone w tym roku przez think tank Rand Corporation gry wojenne wykazały, że wojska rosyjskie są w stanie zająć i opanować Estonię i Łotwę w przeciągu 36 do 60 godzin. W podsumowaniu gier eksperci Rand uznali, że siły NATO w tym rejonie są zbyt szczupłe, a ich rozmieszczenie nie pozwala na skuteczne powstrzymanie rosyjskich oddziałów zmechanizowanych. W dniach poprzedzających lipcowy szczyt NATO w Warszawie w kręgach sojuszu oceniano, że taktyka A2/ AD w rosyjskim wydaniu ma pomóc

Z przedstawionego schematu organizacyjnego wybrał kilku dowódców plutonów i pojechaliśmy do nich. Zobaczył rzetelną pracę. Nigdzie nie natrafił na słowa bez pokrycia. Co było w planach, potwierdzał stan w terenie. nów, które zwykło się traktować jako kadrę zapasową pułku. Na ten moment wszystko zdaje się być w porządku, ale... oto w Podobwodzie Kalwaria Zebrzydowska został sformowany... 12 Pułk Piechoty AK Ziemi Wadowickiej. W jego składzie znalazły się cztery bataliony. Nadto kolejny batalion dla tegoż pułku

rzon sił GO „Śląsk Cieszyński” stanowiła 21 Dywizja Piechoty Górskiej, w skład której weszły trzy pułki piechoty: 1. Pułk Strzelców Podhalańskich został sformowany w Inspektoracie Nowy Targ (Okręg Kraków), 3. Pułk Strzelców Podhalańskich w Inspektoracie Bielsko (Okręg Śląski), a 4. Pułk Strzelców Podhalańskich w Podinspektoracie/Inspektoracie Cieszyn (również Okręg Śląski). Do tego dochodziły pododdziały zabezpieczenia bojowego oraz wszelkie niezbędne służby. Przemarsz tych oddziałów, które sformowano na terenie Okręgu Kraków, zamierzano przeprowadzić w dwóch kolumnach. Kolumna północna „Piorun” (d-ca „Turnia”, z-ca d-cy GO „Śląsk Cieszyński”) miała się składać z III/12 pp, do niej też miały dołączyć wszystkie oddziały znajdujące się na linii Zator – Dziedzice. Zadaniem jej było opanowanie we współpracy z Rosjanami Zatora, po czym miała ona działać na Oświęcim, o ile ten byłby już przed tym zajęty przez AK. Następnie miano podporządkować tamtejsze oddziały i skoncentrować się w lasach między miejscowościami Dziedzice i Chybie. Tu, po przeorganizowaniu się, oddziały miały być gotowe do uderzenia albo na Cieszyn, albo na Karwinę. Obóz Oświęcimski miano zatrzymać, w myśl ustnych wskazówek dowódcy Grupy Operacyjnej. Nadto zaznaczono, że gdyby marsz szosą północną nie dał się wykonać, kolumna północna miała połączyć się z dowódcą GO, który miał przebywać w kolumnie południowej. Kolumna południowa (d-ca „Dąb”), w skład której miał wejść IV/12 pp, miała za zadanie opanować Wadowice. Po opanowaniu Wadowic należało do niej włączyć tamtejsze oddziały i sformować z nich II/12 pp. Po przeorganizowaniu się w 12 pp zamierzano osiągnąć skraj lasów na południe od rejonu leżącego między Andrychowem

a Inwałdem, a przy tym być gotowym do dalszego działania wzdłuż szosy na Bielsko lub skrajami lasów na południe od tej szosy. Zadaniem dla 1. psp było wykonać „Burzę” zgodnie z wytycznymi komendanta Okręgu Kraków. Dwie kompanie uzbrojone należało przerzucić jak najwcześniej w rejon Zawoja – Babia Góra (do oddziału partyzanckiego „Babia”, d-ca: „Azor”), gdzie miały one bezpośrednio od dowódcy GO „Śląsk Cieszyński” otrzymać rozkazy wymarszu – jako baon (Oddział Wydzielony Grupy), z zadaniem przejścia górami celem uderzenia na Cieszyn. Ów Oddział Wydzielony Grupy, w sile dwóch kompanii, miał wyruszyć na miejsce koncentracji, gdy Rosjanie dotrą do Nowego Sącza. Pozostała część 1. psp z pierwszymi patrolami rosyjskimi miała przemaszerować i skoncentrować się w rejonie lasów na południe od rejonu Skoczów – Cieszyn. Dla zabezpieczenia Nowego Sącza i Nowego Targu należało pozostawić niezbędną sieć organizacyjną oraz siły nie większe niż cztery kompanie. Do bitwy o Śląsk Armia Krajowa przygotowywała się bardzo starannie. Ostatecznie do jej podjęcia nie doszło z uwagi na rozwój sytuacji ogólnej. Tymczasem w obliczu przedłużającej się walki powstańczej w Warszawie komendant Okręgu Śląskiego podjął działania mające na celu wykonanie rozkazu Komendanta Głównego AK dotyczącego marszu na pomoc Warszawie. Zygmunt Walter-Janke tak o tym pisał: W sierpniu 1944 r. – w związku z powstaniem w Warszawie – zarządziłem koncentrację oddziałów partyzanckich w obozie ppor. „Hardego”. Przyszła kompania ppor. „Twardego” i drużyna olkuska por. Kluczewskiego („Pijok”).

Przyjść do Warszawy z pustymi ładownicami? Tam ludzi nie brakowało, brak było sprzętu i amunicji. Zdecydowałem się odwołać koncentrację i zrezygnować z marszu. Inne oddziały szykowały się do marszu. Wieczorem zbierali się wszyscy wolni od służby przy obozowym aparacie radiowym, aby posłuchać komunikatów o walczącej Warszawie. Siedziałem razem z nimi. Każdy komunikat szarpał stare rany, poruszał nieskończony rejestr doznanych od wroga krzywd. Widziałem we wszystkich oczach nieme pytanie: kiedy ruszamy? Ale to nie była kwestia uczuć. Sprawę marszu na Warszawę należało dobrze przeanalizować. Najważniejsza była ilość broni i amunicji. Nie mieliśmy żadnych zapasów, nie dostaliśmy zrzutów. Ani jednej sztuki broni stromotorowej, a do walki z bronią pancerną posiadamy tylko butelki zapalające. I najgorsze – bardzo mało amunicji. Oddziały nie miały nawet jednej jednostki ognia na lufę. Zgrupowanie byłoby dość duże. Liczyłem na około 800 ludzi. Marsz był daleki, należało się liczyć z zużyciem amunicji w czasie marszu. Przyjść do Warszawy z pustymi ładownicami? Tam ludzi nie brakowało, brak było sprzętu i amunicji. Zdecydowałem się odwołać koncentrację i zrezygnować z marszu. K

Dokończenie ze str. 8

Strategia A2/AD Rafał Brzeski

N

ajistotniejszym ogniwem w tym łańcuchu jest Kaliningrad, który skutecznie szachuje nie tylko państwa bałtyckie i Polskę, ale również Litwę i południową Szwecję, a nawet Danię i północno-wschodnie Niemcy. W ciągu ostatnich kilku lat Rosjanie rozmieścili w wymienionych rejonach nowoczesne systemy przeciwlotnicze oraz systemy walki z okrętami na- i podwodnymi, które mają uniemożliwić przeciwnikowi „dostęp” do terenu chronionego „kopułą”. Analitycy zachodni różnią się w ocenie zasięgu tych „kopuł”, gdyż nie do końca wiadomo, jakie systemy radiolokacji i rakietowe zostały już rozmieszczone przez Rosjan i jakie modele uzbrojenia wykorzystano. W przypadku Kaliningradu w sierpniu bieżącego roku analitycy NATO szacowali, że sięga ona poniżej Warszawy i do Kołobrzegu, ale już w październiku szwedzcy eksperci uważali, że obejmuje cieśniny

duńskie i rosyjski „zakaz wjazdu” dotyczy całego Morza Bałtyckiego, a może nawet sięgnąć wschodniego skraju Morza Północnego, jeśli Rosjanie już rozmieścili albo rozmieszczą pociski Kalibr. Według analityków NATO w rejonie Kaliningradu rozmieszczone są pociski S-300 o zasięgu 150–200 kilometrów, S-400 o niepotwierdzonym zasięgu 400 kilometrów i dowiezione teraz pociski Iskander, których zasięg ocenia się na 500 kilometrów. Pociski Iskander mogą być wyposażone w głowice konwencjonalne o wadze około 700 kg albo w taktyczne ładunki nuklearne, co zdecydowanie zmienia reguły gry. W zależności od wersji Iskander trafia w koło o średnicy 200 metrów, ale przy wykorzystaniu GPS już w koło o średnicy 50 metrów lub mniej, a przy zastosowaniu czujników radarowych lub optoelektronicznych – poniżej 10 metrów. W tej sytuacji, zdaniem szwedzkich analityków, „żywotność”

W dniach poprzedzających lipcowy szczyt NATO w Warszawie w kręgach sojuszu oceniano, że taktyka A2/AD ma pomóc Kremlowi w „takim sparaliżowaniu Sojuszu Atlantyckiego, że będzie politycznie pokonany”. wydaje się mocno ograniczona. O ile samoloty 5. generacji, myśliwiec F-22A oraz bombowiec B-2A, powinny sobie z nią poradzić, o tyle samoloty 4. generacji, F-15, F-16, F-18 oraz pociski manewrujące – już nie i należy się liczyć ze stratami rzędu 20–30 procent. Tak przynajmniej sądzą niektórzy

Kremlowi w „takim sparaliżowaniu Sojuszu Atlantyckiego, że będzie politycznie pokonany”. Przypominano przy tym, że Zachód wygrał w zimną wojnę bez jednego wystrzału, a więc rachuby Moskwy nie są pozbawione

Iskander trafia w koło o promieniu 10 metrów. W tej sytuacji, zdaniem szwedzkich analityków, „żywotność” przeciętnych okrętów wojennych na Bałtyku wyniesie kilka minut, co polski znawca problemu skwitował, że „lepiej mieć stado wróbli niż sokoła”.

w kaliningradzkiej „kopule” ofensywnego zagrożenia. Jego zdaniem jest ona „przede wszystkim środkiem obronnym”, który „należy brać pod uwagę w planowaniu, ale nie traktować jako zagrożenia”. Evelyn Farkas, była zastępczyni amerykańskiego sekretarza obrony do spraw Rosji, Ukrainy i Eurazji uważa, że tworząc „kłopoty” dla NATO, Moskwa gra bardzo inteligentnie, licząc na zniechęcenie zachodnich członków sojuszu. Odwołując się do doktryny „eskalacja/deeskalacja napięcia”, Kreml chce doprowadzić do sytuacji, kiedy w Waszyngtonie lub w stolicach zachodnioeuropejskich politycy uznają, że lepiej trzymać się z dala, i machną ręką na państwa Europy Środkowo-Wschodniej, co pozwoli Moskwie odbudować straconą strefę wpływów. K

podstaw. Tym bardziej, że w zachodnioeuropejskich krajach NATO nie brakuje polityków i wojskowych minimalizujących rosyjskie niebezpieczeństwo. Francuski generał Denis Mercier, który w NATO kieruje transformacją wojsk, nie widział przed rokiem

PS Dwie rosyjskie korwety, „Sierpuchow” i „Zielony Dół”, weszły 26 października na Bałtyk i kierują się do Kaliningradu. Okręty wyposażone są w pociski Kalibr o zasięgu 2600 km, zdolne do przenoszenia ładunków konwencjonalnych i nuklearnych.


KURIER WNET

11

KURIER·ŚL ĄSKI

ZDJĘCIA Z ARCHIWUM IPN

większość poleceń z góry w dół wydawano ustnie. W drugą stronę szły notatki, można by na ich podstawie coś ustalić. Rzecz w tym, że tych notatek również nie ma. Zostały zniszczone”. Często żyjące ofiary nadal się boją. „Obowiązujący system był tak pomyślany, aby na zawsze kata związać z ofiarą. Kat często zmuszał ofiarę, aby była katem dla innej osoby. Często się to udawało. Dlatego gdy pociągnąć za jedno ogniwo, łatwo można spowodować lawinę nieszczęść”. To wówczas zaczynali swą karierę w walce z podziemiem niepodległościowym przyszli generałowie PRL, m.in.: Edward Porodko (1924–1997), Edmund Buła (1926–2012), Grzegorz Korczyński (1915–1971), Czesław Kiszczak (w latach 1946–1947 w Londynie zajmował się rozpracowywaniem środowiska żołnierzy gen. W. Andersa, sporządził listę 54 oficerów, jak ich określił: „szpiegów-dywersantów”, którzy zdecydowali się na powrót do kraju). Do grupy zatrudnionej w aparacie bezpieczeństwa należał także Teodor Kufel i wielu innych dygnitarzy PRL. W jednej z relacji czytamy: „Słyszałem, że generał [Edward – Z.J.] Porodko osobiście rozwalił lub kazał rozstrzelać grupę akowców. W tamtych czasach nazywano ich po prostu bandytami. Za taki czyn dostawało się medale. Generał [Edmund – Z.J.] Buła razem ze swoim kumplem [Władysławem – Z.J.] Pożogą (odpowiedzialnym za zabójstwo dowódcy Antoniego Żubryda i jego żony Janiny) tropili WiN i z rewolucyjną zaciętością niszczyli polskie podziemie niepodległościowe”. Wszystkich wymienionych jednak zdystansował gen. Grzegorz Korczyński (1915–1971), który zaproponował uruchomienie komór gazowych i krematoriów, aby usprawnić walkę z reakcyjnym podziemiem. Nieoczekiwanie został on aresztowany i skazany w dniu 22 V 1954 r. na dożywocie za gwałty, rabunki i mordy na ludności polskiej i żydowskiej. W 1956 r. wyszedł na wolność i pełnił m.in. funkcję wiceministra obrony narodowej. Doświadczenie zdobywane w kolejnych dekadach funkcjonowania PRL

Jan Kieres, oficer śledczy, słynący ze znęcania się nad więźniami Zawiadomienie o przeniesieniu więźnia Jerzego Mańki

S

ytuacja taka pozwalała komunistom na stosowanie metod rozpracowywania operacyjnego grup opozycyjnych podobnych do Samotworzących Sił Zbrojnych, takich jak: podrzucanie kompromitujących materiałów, budowa sieci agentów i informatorów, perlustracja korespondencji, wykorzystanie zdrady członka organizacji złamanego podczas przesłuchań, zbieranie zeznań wymuszonych biciem, gromadzenie zeznań adresatów anonimów z pogróżkami i anonimów informujących o istnieniu grupy konspiracyjnej. Zachęcano obywateli do donosicielstwa, niosącego zniewolenie, za którym kryła się wszechobecna zdrada. Wydaje się, że Henryk Lis i jego koledzy, choć wiedzieli, że WUBP mieścił się w gmachu katowickiego gestapo przy ulicy Powstańców 31, a jego funkcjonariusze korzystali z doświadczeń NKWD, to jednak nie zdawali sobie do końca sprawy ze swego położenia, zagrożeń i trudności, na jakie musieli się natknąć w konfrontacji z aparatem bezpieczeństwa, w którym pracowali tzw. świadomi klasowo, z wykształceniem podstawowym lub niepełnym podstawowym ludzie o niskich walorach moralnych, sadystycznych zapędach,

tortur, jakim go poddawano w więzieniu. Między innymi było to bicie nasady nosa gumową pałką, wyrywanie włosów z krocza, przypalanie oraz miażdżenie palców u rąk i nóg. Tygodnie spędzone w wilgotnej, zimnej

nie powie, choćby go mieli zabić, nie przyzna się”. Jako cel Samotworzących Sił Zbrojnych wyjawił, „iż w razie wybuchu wojny mieli oni tych Rusoków gonić i nie dać im grabić i wywozić oraz gwałcić kobiety”. Załamaniu uległa początkowa linia obrony chłopców, którzy próbowali

Jednak po kolejnym przesłuchaniu jako powód „ucieczki” z PRL wyjawił chęć sprzedaży Amerykanom planu miasta Chorzowa, który był w posiadaniu Eryka Kaisera. Ten ostatni zaś przyznał się, iż wspomniany plan „zabrał” z kopalni „Barbara”. Należałoby dodać, iż podobne plany miasta można było

Polityczna rzeczywistość na Śląsku: 1944–1956 Część IV: Metody śledcze Urzędu Bezpieczeństwa Zdzisław Janeczek piwnicznej celi bez stołka i siennika, na gołym betonie, stanowiły dla więźnia polewanego zimną wodą dodatkową udrękę. Śledczy ppor. Jan Kieres lubił bić kolbą pistoletu i opluwać twarze przesłuchiwanych swoją flegmą, a był podobno chory na gruźlicę. Wszystkich aresztowanych przetrzymywano w okropnych warunkach higienicznych, a wyżywienie było głodowe. Wkrótce po zatrzymaniu podsuwano chłopcom do podpisu gotowe protokoły śledcze. W wyniku konfrontacji z funkcjonariuszami UB ich ciała pokryły czarne i fioletowe krwiaki. Stosowane metody wydobywania zeznań tak opisała siostra Izabela (Zofia Maria Łuszczkiewicz): „Oprócz bicia, przysiadów w liczbie do dwóch tysięcy naraz miałam jeszcze tzw. stójki. Polegały one na tym, że w czasie zimnych i mroźnych dni stałam boso na betonie w koszuli tyłem do okna i tuż pod oknem, z którego wyjmowano szyby. Na domiar wszystkiego jeszcze w nocy zlewano mnie konewkami zimnej wody. Po 14 dniach i nocach takiego stania (bo nawet do podanego mi jedzenia nie pozwalano mi usiąść), będąc już cała spuchnięta, straciłam przytomność i ocknęłam się w szpitalu więziennym”. Jerzy Mańka, jeden z członków Samotworzących Sił Zbrojnych, tak wspominał swoje śledztwo: „siedziałem na UB w Chorzowie w celi pojedynczej, a właściwie w piwnicy. W tym pomieszczeniu nic nie było oprócz dwóch desek na ziemi. Przesłuchiwany byłem prawie co noc i byłem bity. Doznałem złamania nosa i odbicia nerek. Bito mnie różnie: rękami, pałką. Byłem przesłuchiwany przez kilka osób. Nazwisk tych funkcjonariuszy nie znam. [...] Śledztwo trwało około 3 miesięcy. Potem sprawa trafiła do Sądu Wojskowego w Katowicach, a ja zostałem przetransportowany najpierw do Bytomia do aresztu, gdzie zostałem podleczony z doznanych obrażeń, a później na ulicę Mikołowską 10A do Katowic”. W jednej celi z chłopcami przesiadywał agent Jerzy Schlesinger, który składał oficerom śledczym pisemne raporty na temat rozmów odbytych z więźniami. Szczególnie nieostrożnym rozmówcą okazał się Roman Kroczek, który nieznajomemu w celi mówił o broni, tj. posiadanym przez Norberta Golasza rewolwerze. Tego ostatniego wskazał jako ważnego członka organizacji – „partyzantki”. Wymienił nazwisko Lisa jako przywódcy Samotworzących Sił Zbrojnych. Ponadto zdradził plan dotyczący pozyskania broni za sprawą kolegów gotowych zaciągnąć się do RMO. Wyjawił też, iż zamiarem konspiratorów było stworzenie ruchu o charakterze masowym poprzez werbunek roczników

je się, ponieważ pytałem go kto rządzi Ameryką? Powiedział: Truman. A kto rządzi Polską? Stalin. Na pytanie, jaki mamy rząd w Polsce? Odpowiedział – chujowy. Dalej pytałem, dlaczego na razie jest brak mięsa w Polsce? Odpowiedział, że wysyłają het, het. Mówię, gdzie? A on: do Korei. Pytanie: dlaczego Amerykanie posuwają się naprzód w Korei? Odpowiedział, iż mają lepszą technikę w broni pancernej oraz lotnictwo i atom. Dalej mówił, iż jego wciąż przesłuchują, a on wariata udaje i głupków z nich robi.

zataić istnienie organizacji, a ucieczkę za granicę tłumaczyli brakiem świadomości i trudnościami życiowymi, niskimi zarobkami. Lis wskazywał, iż jako jedyny żywiciel rodziny musiał ciężko pracować i jednocześnie się uczyć, a ponadto był niezadowolony „z ustroju demokracji ludowej”. W tej sytuacji nabrał przekonania, że gdzie indziej będzie lepiej (miał brata Pawła w angielskiej strefie okupacyjnej Niemiec) i namówił kontestujących komunizm przyjaciół do ucieczki do Austrii, by podjąć tam w jakimś przedsiębiorstwie

Ulotka młodzieżowego podziemia w formie listu gończego z podobizną Bieruta – „Ślepca wykonującego rozkazy Stalina [...] skazanego na publiczną śmierć na szubienicy”

Dnia 14 IX 1951 r. w godzinach popołudniowych wołał go z następnej celi kolega Golasz, który to powiedział, »iż niczego nie ma zeznawać, tylko to, co jest ujęte w protokołach, bo ja cię nie sypię. Uważaj, dziś przyprowadzą jeszcze jakieś kobiety oraz mężczyzn, to będzie nas 60 osób«. Zatrzymany Kroczek mówił, że on i tak nic więcej

pracę zarobkową. Z kolei jego koledzy zwalali winę na panującą w domu biedę i awanturnicze usposobienie ojców alkoholików. Równocześnie Henryk Lis próbował ich osłaniać, biorąc winę na siebie, zeznając: „Ja osobiście postarałem się o pieniądze na drogę, mapy i kompas, sprzedałem swój węgiel i zegarek, za co wziąłem 120 złotych”.

w czasie niemieckiej okupacji nabyć w każdej chorzowskiej księgarni. Plany Lis zaszył w bucie. Gdy po stronie czeskiej zdjął obuwie, okazało się, iż „już nic z nich nie będzie”; jeden wyrzucił, a drugi wziął ze sobą. Trudno sobie dziś wyobrazić, co Henryk Lis i jego 16–17 letni koledzy przeszli i jakich udręk doznali, ilu konfidentów i informatorów próbowało z nich wydobyć różne informacje, zanim oficer UB sporządził akt oskarżenia, w którym zawarty był opis działalności Samotworzących Sił Zbrojnych oraz ich krótkie życiorysy. Akt ten był kierowany do prokuratora wojskowego, a po jego akceptacji chorzowskich konspiratorów postawiono przed obliczem sądu wojskowego. Do tego czasu Lis i pozostali podejrzani byli przetrzymywani w celach pojedynkach, w aresztach karno-śledczych w Katowicach i w Bytomiu. Choć wyznaczano im adwokatów z urzędu, to i tak wśród więźniów panowało przekonanie, że jest to fikcja i będzie, co ma być. Henryk Lis już był zorientowany, że grozi mu najwyższy wyrok, gdyż regułą było „honorowanie” w ten sposób przywódców grup niepodległościowych. Lis mógł być zakwalifikowany (według instrukcji z czerwca 1950 r.) do więźniów kategorii „A”, najbardziej niebezpiecznych dla ładu społecznego, zatwardziałych wrogów Polski Ludowej, którzy po wyjściu na wolność będą nadal mniej lub bardziej aktywnymi przeciwnikami ustroju. Instrukcja zakładała, że w grupie „A” wydawane były wyroki powyżej 10 lat. Przypisywano Henrykowi Lisowi: szpiegostwo, przynależność do związku zbrodniczego, a nawet podejrzewano o działalność sabotażową i posiadanie broni. W tych okolicznościach dla chłopców najgorszym uczuciem była niepewność i oczekiwanie. Wiedzieli już, że za samą przynależność do organizacji można otrzymać 6 lat więzienia, a za zerwanie czerwonej flagi 2 lata. W sądach wojskowych ferowano też wyroki skazujące młodych niepodległościowców na karę śmierci. Najwyższe wyroki zapadły m.in. w procesach Ligi do Walki z Komuną czy Związku Narodowo-Katolickiego i zostały wykonane! Akt oskarżenia H. Lisa 6 XII 1951 r. podpisał ppor. J. Pawlak, p.o. Podprokurator Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Katowicach. Po upływie ponad półwiecza trudno dotrzeć do pełnej prawdy o tych czasach, gdyż skrupulatnie zacierano ślady, a w wielu przypadkach ofiary i świadkowie nie żyją. Jeden z funkcjonariuszy odnotował: „w naszej służbie niezwykle trudno o jakiekolwiek dowody dotyczące góry. Tak już u nas bowiem bywa, że

RYS. W. BOROWCZYK

rekrutujący się często spośród marginesu społecznego, tj. lumpenproletariatu i fornali. Często byli to pospolici przestępcy i złodzieje, uprawiający w okresie niemieckiej okupacji pod przykrywką GL i AL tzw. „bandytkę”, tj. napady i zabójstwa na tle rabunkowym oraz gwałty. W nowej rzeczywistości wdrażali oni z zapałem wskazówki śledcze ministra bezpieczeństwa publicznego Stanisława Radkiewicza, który wyznawał zasadę: „Obojętne jest dla nas i dla sądu, czy on się przyznaje, czy nie. Twoim obowiązkiem jest zdobyć dokumentami jego przestępczą działalność”. Tak więc, jak nie było dowodów „winy”, sprawnie je fabrykowano, a potem podlewano propagandowym sosem. Często starano się oskarżonym przypisać powiązania z emigracją londyńską lub wywiadami państw zachodnich. Szantażowano śmiercią, grożono aresztowaniem rodziców, rodzeństwa, żony, dzieci, którym także mógł być pisany tragiczny koniec. Zgodnie z powyższymi dyrektywami Henryka Lisa i innych poddano tzw. konwojerce, to jest niekończącemu się śledztwu, ciągnącemu się dniami i nocami nieraz przez cały tydzień z małymi przerwami, gdy tracili z wyczerpania przytomność. Odbywało się ono w pomieszczeniu zwanym śledziówką, wyposażonym jedynie w biurko, krzesło i taboret. Zmieniali się tylko śledczy. Wśród metod „zmiękczania” było bicie pałką i pięściami, kopniaki, stójki, zastraszanie, polewanie zimną wodą, oświetlanie twarzy reflektorem, upokarzanie, obrzucanie wyzwiskami i niewybrednymi epitetami oraz tzw. „pal Andersa”, nazywany czasami „kobyłką Andersa” tj. sadzanie więźniów odbytem na jednej z nóg odwróconego taboretu. Kazimierz Moczarski, autor Rozmów z katem, przesłał z więzienia do Naczelnej Prokuratury Wojskowej pismo, w którym wymienił 49 rodzajów

Eryk Kaiser

UB miało swoich ludzi w fabrykach, w lokalnych społecznościach, w organizacjach kościelnych, w centralach telekomunikacyjnych oraz urzędach pocztowych i telegraficznych, w szkołach i uniwersytetach, w placówkach kulturalno-oświatowych, nierzadko w rodzinach, w których udało się groźbą lub szantażem rozbić przyrodzoną solidarność wynikającą z więzów krwi.

RYS. E. LIPIŃSKI

Karykatura prezydenta USA Trumana

1934–1935. Prowokator doprowadził również do nawiązania dialogu na tematy polityczne. O swoim interlokutorze, tj. Romanie Kroczku, w meldunku napisał: „dobrze umysłowo rozwinięty, jak wynika z rozmowy, na ogół orientu-

Norbert Golasz

Karykatura prezydenta USA Trumana, uznanego wroga komunizmu

zaowocowało w dobie wielkiego buntu społecznego lat 1980–1981. „Nie było ogniwa Solidarności, w którym nie działałoby co najmniej dwóch agentów. Dbały o to dwa piony resortu: bezpieka i kontrwywiad. Wywiad natomiast opracowywał i przygotowywał kandydatów na działaczy Solidarności, mających perspektywy wyjazdu za granicę”. „Dopóki władzę sprawowali komuniści, tego typu materiały były powodem do chwały, a czasami pozwalały na trzymanie innych w garści. Po upadku systemu tego typu dowody przestały być potrzebne. Wręcz przeciwnie, z dnia na dzień stawały się coraz niebezpieczniejsze dla elity. I to zarówno odchodzącej, jak i przychodzącej”. Henryk Lis, doświadczony okrutnym śledztwem, latami więzienia, a później inwigilacją, wreszcie upośledzeniem, przez resztę życia uciekał od polityki. W latach 1980–1981, w przeciwieństwie do brata Józefa, nie wstąpił do Solidarności, a później zrezygnował ze składania zeznań w IPN. Jego miejscem zatrudnienia do 1993 r. była KWK „Prezydent” (przed wojną „Prezydent Mościcki”) w Chorzowie, a po wygaszeniu w niej wydobycia KWK „Barbara-Chorzów”. Pracował jako maszynista. Resztę życia spędził w rodzinnym Chorzowie, zamieszkując przy ulicy Karpińskiego 7/11. K


KURIER WNET

12

Ręce Boga kona to nie tylko niezwykły obraz, ale jeden z najważniejszych obiektów kultu religijnego w Kościele prawosławnym, swego rodzaju pośrednik między wiernymi a Bogiem. O znaczeniu, jakie nadawano ikonom, świadczy fakt, iż autorstwo pierwszego portretowego wizerunku Matki Boskiej przypisywano św. Łukaszowi Ewangeliście. Ikona jest modlitwą i należy ją celebrować. Nie wystarczy tylko na nią patrzeć. Szkoła „Mandylion” powstała w 2008 roku przy parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa i Matki Bożej Fatimskiej w Tarnowskich Górach-

-Strzybnicy z inicjatywy ks. Roberta Potempy. Początkowo miała na celu zajęcia tylko dla dzieci, jednak szybko przeistoczyły się one we wspólnotę ikonopisarską, skupiającą ludzi w różnym wieku, różnych stanów i zawodów. W ciągu istnienia szkoły ikonopisarstwa pieczę nad nią sprawowali ks. Marek Konwol oraz obecny opiekun, ks. Piotr Kwaśniok. Zaangażowanie księży, szczególnie opieka duchowa w trakcie pisania ikon, bardzo pomaga uczestnikom grupy. Wspólna modlitwa jednoczy, ale przede wszystkim pozwala, poprzez pisanie ikon zgodne z opowieścią ewangeliczną,

odwzorować jak najwierniej postaci świętych. Nazwa „Mandylion” (gr. chusta, ręcznik) pochodzi od ikony przedstawiającej Oblicze Chrystusa cudownie odbite na tkaninie. Ikony są wykonywane na drewnie pospolitym lub szlachetnym. Zawierają w sobie głęboką symbolikę. W tradycji Kościoła spełniają przede wszystkim funkcję kultową. Są uroczyście poświęcone, by poprzez nie oddawać cześć Bogu i za ich pomocą wyznawać wiarę całego Kościoła. Tworzone są specjalną techniką, którą określa się słowem „pisanie” (nie

malowanie). Deska symbolizuje rajskie drzewo oraz drzewo Krzyża Świętego. Proces tworzenia ikony polega na takim przekształceniu świata materii, aby został przebóstwiony. Dlatego w pisaniu ikon używa się materii nieożywionej (kredy, pigmentów uzyskanych z minerałów, skał, kolorowych ziem, złota) oraz ożywionej (drewno, płótno, kleje ze skóry). Pisanie ikony rozpoczyna się od ciemnych barw. Z tej ciemności, mroku wydobywane jest światło. Barwa w ikonie również ma charakter symboliczny: złoto oznacza świętość, chwałę Boga, nieśmiertelność; ziemiste barwy

Wielkie granie w Przyszowicach Tadeusz Puchałka

W

zmianka o zapoczątkowaniu działalności przyszowickiej orkiestry ukazała się w czasopiśmie „Katolik” w roku 1894. Minęło więc 122 lata, odkąd kapelmistrz dał sygnał do rozpoczęcia pierwszego koncertu, a zarazem działalności przyszowickich pasjonatów muzyki dętej. Jak czytamy w kronice zespołu, działalność orkiestry nie została przerwana także wtedy, gdy targały Śląskiem wszelkiego rodzaju zawieruchy historyczne. Zmienił się jedynie program działalności, inaczej wyglądały próby, a koncerty odbywały się w wąskim gronie miejscowych melomanów. Sobotni, jubileuszowy koncert prowadził Wojciech Miczka – ekspert w dziedzinie śpiewu i muzyki organowej. Koncert 15 października był ostatnim z jubileuszowych spotkań z muzyką znanej i lubianej Orkiestry Dętej OSP Przyszowice, której dyrygentem jest Mirosław Hajduk. Orkiestra w tym roku obchodzi dwa jubileusze: pierwszy

to 10 rocznica ponownego przyłączenia orkiestry do OSP Przyszowice, drugi – 122 rocznica jej istnienia. Miały więc Przyszowice powody do wspomnień i świętowania. Maciej Górka, muzyk w orkiestrze grający na saksofonie, wygłosił prelekcję, w której przedstawił historię orkiestry. Sala gimnastyczna Zespołu Szkolno-Przedszkolnego wypełniła się po brzegi sympatykami muzyki. Można było i posłuchać, i popląsać w rytm najróżniejszych gatunków muzyki. Był czas na wspomnienia, nie zabrakło miłych, wzruszających akcentów – najstarsi z muzyków zostali wyróżnieni dyplomami i słowami uznania. Na uroczystościach jubileuszowych obecny był wójt Gminy Gierałtowice, dr Joachim Bargiel, przedstawiciele Rady Gminy, Dyrektor GOK Piotr Rychlewski, grono nauczycielskie, a także dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego im. Karola Miarki w Przyszowicach, Aleksander Jendryczko. Na uroczystości przybyły także delegacje wszystkich chórów działających na terenie Gminy Gierałtowice.

FOT. Z ARCHIWUM AUTORA

I

Maria Wandzik

to symbol ziemi, bo z prochu jesteś i w proch się obrócisz; brunatny to kolor ascezy i gęstości materii, z których jesteśmy stworzeni; zielony oznacza urodzaj i wzrost w przyrodzie, młodość i żywotność, błękitny to misterium życia Bożego, czarny jest kolorem zła i grzechu, purpura – barwą władzy i bogactwa; czerwony to krew, która została za nas przelana, i życie; barwy żółte oddają blask słońca i łany zbóż, a biały symbolizuje dramat śmierci i potęgę zmartwychwstania.

Powiatowy Festiwal Chórów Tadeusz Puchałka

16

października w Toszku odbył się festiwal chórów. Wzięło w nim udział sześć chórów, które zasługują na prezentację. Pierwszy z nich to „Skowronek” z Gierałtowic pod dyrekcją Beaty Stawowy, z akompaniatorem Mirosławem Marcolem. Jako chór cieszący się ponad stuletnią historią, w roku 2004 został przyjęty do Konfraterni Najstarszych Chórów i Orkiestr Województwa Śląskiego. Jego mottem są słowa Dionizego Kornasa, widniejące na jednej ze ścian sali prób: Szukasz Boga, idź do ludzi. Pieśń do czynu ich pobudzi, w pieśni piękno i potęga, kto jej służy, nieba sięga. Ponad stuletnia historia chóru odnotowuje przerwę podczas II wojny światowej, kiedy to jego działalność została

był prowadzony przez Irenę Długaj. W roku 1989 chór przejęła Andronika Krawiec i wtedy zespół śpiewaczy zmienił nazwę na „Cecylia”. Od 2015 roku „Cecylią” kieruje Beata Stawowy. W repertuarze chóru znajdują się pieśni patriotyczne, ludowe, religijne. Chór „Cecylia” był gospodarzem przesłuchań eliminacyjnych do festiwalu „Magnificat” w 1998 roku i wykonaniem Bogurodzicy rozpoczął w Piekarach Śląskich koncert finałowy tego festiwalu. Chórzyści „Cecylii” zdobyli m.in. III nagrodę podczas Tyskich Wieczorów Kolędowych oraz III miejsce na Festiwalu Muzyki Chóralnej Juliusza Łuciuka w Częstochowie. Kolejny ciekawy zespół to chór kameralny „Canto” z Wielowsi, kierowany przez Iwonę Ewertowską-Mener. Z jej

inicjatywy chór rozpoczął działalność. W ubiegłym roku obchodził 15-lecie istnienia i z tej okazji nagrał 3. płytę. W chórze śpiewają uczennice od I do III klasy Gimnazjum im. Jana Pawła II w Wielowsi. Zespół może pochwalić się uczestnictwem w Ogólnopolskim Programie Rozwoju Chórów „Śpiewająca Polska”. „Canto” wystąpił także w Filharmonii Narodowej w Warszawie, w Hali Ludowej we Wrocławiu, a także w Europejskim Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach. Zespół jest znany w Niemczech i na Słowacji. Przyszowicki „Słowik” to jedna z wizytówek Gminy Gierałtowice. Chór

Uczestnicy szkoły chętnie dzielą się swoim doświadczeniem i umiejętnościami, biorąc udział w zajęciach i warsztatach ikonopisarskich dla dzieci i dorosłych. Oprócz indywidualnego pisania niewielkich ikon, członkowie szkoły wykonują duże, wspólne prace. Szczególną wiedzę na temat ikonpisarstwa posiada pani Ewa Stępień, która dzieli się nią, a także swoim talentem malarskim, z uczestnikami zajęć. Ukończyła ona w Opolu warsztaty ikonopisarstwa, które prowadzi znany z zamiłowania do ikon ks. dr hab. Dariusz Klejnowski-Różycki. K

zawieszona, a po wojnie odrodził się i kto tylko czuł potrzebę śpiewania, wstępował do „Skowronka”. Gierałtowicki chór uczestniczył w wielu festiwalach, koncertach i przeglądach w kraju i za granicą. Śpiew „Skowronków” z Gierałtowic jest znany i ceniony w Czechach i Niemczech. Chórzyści dali się poznać jako darczyńcy. Chętnie podjęli akcję pomocy mieszkańcom Małopolski Wschodniej, organizując z grupą śpiewaków z Ukrainy wspólne śpiewanie na terenie Gierałtowic. Chór został wyróżniony wieloma odznakami i tytułami. Drugi z godnych uwagi chórów to „Veni Cantare” z Wielowsi, pod dyrekcją Iwony Ewertowskiej-Mener. Zespół powstał z inicjatywy pani dyrygent zaledwie rok temu, a już prezentuje wysoki poziom. „Veni Cantare” uczestniczy w imprezach środowiskowych. W repertuarze ma utwory religijne i świeckie a cappella. Odniósł już pierwszy sukces, zdobył bowiem I miejsce na Festiwalu Pieśni Śląskiej. Trzeci interesujący uczestnik festiwalu w Toszku to chór „Cecylia” z Paniówki, pod dyrekcją Beaty Stawowy, z akompaniatorem Mirosławem Marcolem. „Cecylia” wywodzi się z żeńskiego chóru „Bałamutki”, który powstał w 1984 roku. W tym czasie

Prezesi towarzystw śpiewaczych składali gratulacje dyrygentowi i członkom orkiestry, życząc dalszych sukcesów. Od 2006 roku pod skrzydłami OSP szybko rósł skład zespołu. Orkiestra rozwój muzyczny zawdzięcza głównie dyrygentowi Mirosławowi Hajdukowi, który skromnie oświadczył, że nie byłoby sukcesów bez pasji i miłości do muzyki członków orkiestry, a ponieważ tworzą ją dziś prawie wyłącznie młodzi ludzie, są perspektywy dalszego rozwoju. Jak wspominał jeden z muzyków: Nie byłoby nas, gdyby zabrakło was, czyli publiczności, to dla was gramy.

Śląskiej i współpracuje z orkiestrą. Zapytany, od kiedy gra na bębnach, po chwili zastanowienia odpowiedział: Właściwie to nie pamiętam, pewnie od zawsze, ale w domu często mówi się, że jeszcze nie potrafiłem chodzić, a już waliłem, w co popadło. To chyba był początek. Kim zostanie, nie wie jeszcze, ale jednego jest pewien – że będzie grał na bębnach. Przyszowicka orkiestra ma w swoim repertuarze niezwykle bogaty program, w którym znajdziemy utwory klasyki, jazzu, lekkie utwory z gatunku muzyki biesiadnej, także popularne

Bez was nie byłoby ani sukcesów, ani tego święta. Po tym nastąpił bodaj najbardziej wzruszający moment całej uroczystości: muzycy odłożyli instrumenty, wstali i obdarowali oklaskami publiczność. Następnie na scenę wszedł siedmioletni chłopczyk i rozpoczął swój koncert na instrumentach perkusyjnych. Tomek Makselon jest uczniem Szkoły Muzycznej I Stopnia w Rudzie

szlagiery muzyki rozrywkowej i tak lubiane na Śląsku marsze. Spoglądając na twarze muzyków, z których emanuje młodość, żywiołowość, przychodzi na myśl, że są oni takim naszym gminnym „towarem eksportowym”. K

I

kona za pomocą malarskich środków widzialnych dla ludzkich oczu przekazuje Boże piękno i chwałę Stwórcy, nosi imię swego prawzoru i obrazuje Jego Boską naturę. Modlitwa towarzyszy piszącemu przy każdym etapie tworzenia ikony, pomaga w wyciszeniu i medytowaniu i pozwala na zaproszenie Boga poprzez sztukę sakralną do naszego życia. Tajemnica ikony tkwi w milczeniu, zjednoczeniu się z nią poprzez modlitwę i oddanie czci świętej postaci, która widnieje na obrazie. Szkoła ikonopisarstwa „Mandylion” wystawiała swoje ikony w okolicznych galeriach i domach kultury w przeciągu kilku lat. Organizowała też letnie warsztaty ikonopisarstwa. W ostatnim czasie na ŚDM do parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa i Matki Boskiej Fatimskiej w Strzybnicy przybyła grupa pielgrzymów z Czech i każdy z nich na pożegnanie otrzymał małą ikonę.

FOT. Z ARCHIWUM AUTORA

FOT. Z ARCHIWUM AUTORKI

KURIER·ŚL ĄSKI

„Katolik” – czasopismo wydawane w jęz. polskim na Śląsku w latach 1868-1931. Ukazywały się w nim materiały zachęcające do walki z germanizacją Śląska.

Dokończenie ze str. 8

Zbliżenie dwóch brzegów przychodzi, niż z nich odchodzi. Zarówno w Polsce, jak w Czechach do tej pory żyliśmy w demograficznym niżu. Może jednak starsze matki też zaczynają rodzić… Nie rodziły w wieku lat 20, to będą w okolicach czterdziestki. Sam jestem przykładem „odłożonego” ojcostwa. Mam 43 lata i dwuletniego syna. Mówi się o nas „skansen” czy „hospicjum”, ale mamy jednak pewną nadzieję, że będzie nas więcej. Udało nam się nawet wybudować przedszkole w Gnojniku! Tamtejsza gmina miała obawy, czy uda się wypełnić nowy budynek przedszkolakami, gdyż zaplanowano go na czterdzieścioro dzieci, ale już w pierwszym roku funkcjonowania był przepełniony. Wychowuje się w nim ponad pięćdziesięcioro dzieci! Można budować dalsze przedszkola… Jeśli bowiem coś wygląda dobrze, budynek nie jest starą, rozsypującą się budą czy norą, to rodzice przyprowadzą tam dzieci. Taki obiekt przyciąga! Dzięki temu Czesi mogą także przełamywać bariery wobec Polaków. Jest to świetny moment do wspólnego utożsamiania się ze Śląskiem Cieszyńskim. Czy w innych dziedzinach życia można także zaobserwować zbliżenie Czechów i Polaków? Oczywiście następuje zbliżenie gospodarcze. Jest izba handlowa, która

ma ponad 100 lat i godnie podtrzymuje tradycje Towarzystwa Śpiewaczego, które rozpoczynało swoją działalność w bardzo trudnym dla Śląska okresie. Zespół liczy obecnie około 50 śpiewaków i około 140 członków wspierających. Trudno wymienić wszystkie nagrody przyszowickiego „Słowika”, jednak należy wspomnieć, iż pierwszą nagrodę chór zdobył w 1920 roku na Zjeździe Śpiewaczym Okręgu Przyszowickiego. W 1939 roku zajął III miejsce na Okręgowym Zjeździe Śpiewaczym. Złotą Odznakę Honorową z Lurem „Słowik” otrzymał w roku 1982, a w roku 1984 Zarząd Oddziału Śląskiego PZCHiO uhonorował chór Medalem im. Jana Fojcika. Lata 1984–1986 to liczne wyróżnienia. Był jeszcze Brązowy Kaganek w roku 1988, a w październiku tego roku zespół wystąpił w Filharmonii Śląskiej w Katowicach, biorąc udział w koncercie galowym laureatów przeglądu zespołów działających pod patronatem WZGS. W roku 2002 otrzymał wyróżnienie, którym jest „Certyfikat Członkostwa Konfraterni Najstarszych chórów PZCHiO”. Ostatni z prezentowanych uczestników festiwalu to chór „Tryl” z Toszka, pod dyrekcją Marii Garbal. Jak czytamy w źródłach, tradycje chóralne w Toszku sięgają 1859 roku, kiedy to powstało tam Towarzystwo Śpiewacze. Chór „Tryl” jest chlubnym kontynuatorem tej muzycznej tradycji. Został założony z inicjatywy Marii Garbal w 1995 roku. Na początku działał przy parafii św. Katarzyny Aleksandryjskiej, a od 1997 roku rozpoczął działalność w strukturach MGOK. Obecnie działa przy Centrum Kultury „Zamek w Toszku”. „Tryl” może poszczycić się licznymi sukcesami, jako że był nagradzany na wielu konkursach, festiwalach i przeglądach. Chórzyści toszeckiego „Tryla” znani są w Stanach Zjednoczonych, Anglii, Francji i Niemczech. Repertuar zespołu, a i stroje podkreślają śląskie wartości kulturowe i przywiązanie do regionu. Organizatorem festiwalu był powiat gliwicki we współpracy z Gminą Toszek. Po koncercie organizatorzy wręczyli dyrygentom chórów biorących udział w festiwalu pamiątkowe statuetki i bukiety kwiatów. Był czas na poczęstunek i kuluarowe rozmowy. K

zrzesza przedsiębiorców obu narodów. Biznes kwitnie na wszystkie strony. Rozwijają się kontakty pomiędzy muzeami w Cieszynie, Czeskim Cieszynie, a nawet w Sosnowcu. Przy wszystkich narzekaniach Euroregion Śląsk Cieszyński i Euroregion Beskidy także działają na rzecz wspólnej tożsamości. Sami zrobiliśmy poprzez Euroregion Śląsk Cieszyński dwie imprezy plenerowe w Szczyrku. Zawieźliśmy tam na tydzień czeskich malarzy. Był plener, wystawa, a nawet całonocne czuwanie, na które też dostaliśmy pieniądze z UE. Wspólne koncerty w Bielsku-Białej zrobiliśmy z młodzieżą z obu stron Olzy. Prowadził je śpiewak operowy Sylwester Targosz-Szalonek. Impreza łączyła folklorystyczne występy dzieci z obu stron Olzy z operą. Coraz więcej szkół z różnych miejsc w Polsce nawiązuje współpracę ze szkołami zaolziańskimi. Rozwija się współpraca pomiędzy gminami, np. Wędrynia – Goleszów, Bielsko-Biała – Trzyniec, Frydek-Mistek czy Sucha Górna, Karwina – Czechowice-Dziedzice itd. To jest najlepsze, co może nas spotkać. Co ciekawe, po polskiej stronie powstał fanklub czołowej drużyny czeskiego hokeja – Stalowników Trzyniec – pod hasłem „Miłość nie zna granic”. Trzyniecki klub jest pięknym przykładem łączenia tradycji, czy nawet cieszyńskiej tożsamości. Klub ma bowiem biało-czerwone barwy i zawsze tam można znaleźć hokeistów o polskich nazwiskach. Gra na stadionie o nazwie Werk Arena, a nazywa się po czesku Oceláři. Łączy zatem wszystkie trzy elementy narodowe dawnego Cieszyna. Piękny przykład genius loci. Oby więcej takich przykładów. K


Nr 29

W ‒I ‒E ‒L ‒K ‒O ‒P ‒O ‒L ‒S ‒K ‒I

Listopad · 2O16

K ‒U ‒R ‒I ‒E ‒R W

n u m e r z e

Narodowcy w walce z niemieckim totalitaryzmem w Wielkopolsce Jolanta Hajdasz

D

la środowisk prawicowych był to z pewnością test na wiarygodność polityków, ale w głębi duszy tak naprawdę zapewne nikt z nas nie był zaskoczony, gdy projekt "Stop aborcji" został odrzucony przez Sejm. Rozczarowany – tak, zawiedzony – tak, ale nie zaskoczony. W dzisiejszych czasach, w środku Unii Europejskiej jakieś państwo miałby odwagę uchwalić prawo zakazujące aborcji całkowicie? Szczerze mówiąc czekałam w zasadzie nie na to, czy odrzucą projekt „Stop aborcji”, tylko na to, pod jakim pretekstem to się stanie. Nadzieja, że się mylę, była, ale rzeczywistość okazała się banalnie schematyczna. Aż 352 posłów zagłosowało za odrzuceniem projektu. Za skierowaniem go do dalszych prac opowiedziało się 58. Tym posłom należy się szczególne podziękowanie, przykre jednak, że wśród nich jest tylko trzech z Wielkopolski – posłowie PiS z Kalisza Jan Dziedziczak i Piotr Kaleta oraz poseł Kukiz 15 z Konina Bartosz Jóźwiak. Na marginesie - projekt poparło tylko 32 posłów Prawa i Sprawiedliwości. Pozostali twierdzili, że odrzucają projekt dlatego, że przewidywał on karanie kobiet dokonujących aborcji. Zapominają przy tym dodać, że nic nie stało na przeszkodzie do tego, aby ten jeden zapis w projekcie zmienić, ale jednak uchwalić pełną ochronę życia od poczęcia do naturalnej śmierci, tym bardziej, że o taką zmianę wnieśli sami wnioskodawcy projektu. Sposób przeprowadzenia debaty nad nim też budzi wiele wątpliwości. Przecież podpisy zbierano wiosną, było więc bardzo dużo czasu na poprawienie tej ustawy, skoro w postulowanym kształcie okazywała się ona zbyt radykalna. Smutno było patrzeć, z jaką łatwością prawa strona sceny politycznej przeprowadziła to odrzucenie społecznego projektu i jak łatwo krytykowano osoby od lat angażujące się w walkę o ochronę życia w naszym kraju. Tak, tak pamiętam, był jeszcze „czarny marsz” i skala jego poparcia, która przestraszyła rządzących. Ale do jakich wynaturzeń prowadzi akceptacja takich postaw błyskawicznie, choć mimowolnie, pokazała jedna ze zwolenniczek tego „prawa wyboru”, Natalia Przybysz, piosenkarka i mama dwójki dzieci, która bez oporu przyznała w wywiadzie dla GW że usunęła ciążę, bo jej 60-metrowe mieszkanie jest za ciasne na trzecie dziecko… Tamta strona tak naprawdę chce aborcji na życzenie, co jest barbarzyństwem okrutnym i akurat w Kurierze chyba nie trzeba nawet tego uzasadniać. O prawie do życia nie wolno dyskutować, naszym obowiązkiem jest po prostu zapewnić je każdemu, nawet słabemu i choremu. Koniec. Kropka. Los tych ludzi jest nadal w rękach polityków. K

G

A

Z

E

T

A

N

I

E

C

O

D

Z

N

N

A

Poznań: Tak dla Życia!

Jolanta Hajdasz

I

dziemy z prostym przekazem: życie zaczyna się od poczęcia, aborcja to zabijanie, prawo do życia jest prawem człowieka, a obowiązkiem człowieka jest pomoc najsłabszym i potrzebującym. Promocja cywilizacji śmierci nabiera rozmachu. Nie możemy wobec tego być bezczynni. Pokażmy, że cywilizacja życia ma też swoich obrońców – tymi słowami przesyłanymi w mailach i smsach przedstawiciele Porozumienia Poznańskich Organizacji i Środowisk Pro Life zachęcali do wzięcia udziału w manifestacjach obrońców życia. W październiku odbyły się dwie takie manifestacje, 16 i 24-go.

Nie zabijaj W odpowiedzi na „czarny protest” na ulicach Poznania przeszedł „biały marsz” – przeciwnicy aborcji nieśli w dłoniach białe balony, wieszaki z ubrankami dla dzieci oraz białe kwiaty. Według policji, cytowanej przez Polską Agencję Prasową w marszu uczestniczyło ponad 500 osób. Marsz rozpoczął się na placu Mickiewicza, następnie zebrani przeszli przez miasto

na plac Wolności, uczestnicy wznosili hasła : „Stop aborcji”, „Wielkopolska jest za życiem”, „Poznań za życiem”, „Każde dziecko ma prawo do życia”. Na czele marszu niesione były także małe białe trumienki, które miały symbolizować dzieci zabijane w wyniku aborcji. – Dla mnie, jako człowieka wierzącego czymś oczywistym jest, że chronimy życie od poczęcia do naturalnej śmierci. Modlimy się o to, formujemy sumienia, pomagamy matkom, które są w trudnej sytuacji, wahają się odnośnie dokonania aborcji – powiedział PAP współorganizator „białego marszu” ks. Adam Pawłowski. Jak dodał, biały protest miał być świadectwem, że jego uczestnicy – „są za życiem, a zabijanie nienarodzonych dzieci jest zabójstwem i chcemy chronić tych, którzy nie mogą się bronić”. Hasłem marszu były słowa: „Budzimy sumienia”. Wśród osób biorących udział w wydarzeniu byli także miejscy radni oraz posłowie Prawa i Sprawiedliwości. Uczestniczący w „Białym Marszu” poseł Bartłomiej Wróblewski powiedział, że odbywający się w niedzielę w Poznaniu marsz jest tylko z jedną z wielu inicjatyw, jakie

pełnej prawnej ochrony życia człowieka od momentu poczęcia? Przecież polskie doświadczenie pokazuje, że prawo chroniące życie dziecka poczętego, dobrze służy też jego matce, rodzinie i całemu społeczeństwu. Obarczenie winą za niepowodzenie obywatelskiej inicjatywy „Stop aborcji” jedynie polityków rządzącej partii, byłoby niesprawiedliwe. Należy tu powiedzieć jasno, że wprowadzenie do projektu karalności kobiet (do 5 lat więzienia), i to wbrew woli większości obrońców życia i pomimo próśb kierowanych ze strony Episkopatu, prawicowych polityków i wielu innych środowisk zatroskanych o prawdziwe dobro dziecka poczętego i jego matki, doprowadziło do rozbicia i osłabienia ruchu pro-life w Polsce. Zamieszanie wokół karalności kobiet przysłoniło nadrzędny cel projektu, a mianowicie lepszą ochronę życia poczętego i macierzyństwa. Zamiast tłumaczyć społeczeństwu, że ochrona życia dziecka nigdy nie stoi w sprzeczności do prawa do życia czy zdrowia kobiety matki,

obrońcy życia toczyli jałowe spory na temat karalności. Fatalna w skutkach propozycja wprowadzenia kar dla kobiet poddających się aborcji, zrodziła poczucie zagrożenia, umiejętnie podsyconego przez środowiska lewicowe i feministyczne. Efektem jest bezprecedensowy ruch oporu przeciw zmianom obowiązującego prawa w kierunku pełnej ochrony życia poczętych dzieci. Naszym zadaniem na najbliższy czas jest przekonanie Polaków, że obrońcy życia nie występują nigdy przeciw matce dziecka poczętego – przeciwnie, broniąc dziecko bronią matkę, upominając się o prawa dziecka, upominają się o prawa matki. Z drugiej strony obrońcy życia nie mogą przestać upominać się o prawo do życia dla wszystkich poczętych dzieci. W Sejmie wciąż czeka na rozpatrzenie projekt Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia, gwarantujący pełną prawną ochronę dziecka poczętego, nieprzewidujący sankcji karnej dla kobiety poddającej

2 Sprzeciw wobec przyznania medalu UAM Adamowi Michnikowi Przedstawiamy list prof. Wiesława Antkowiaka do JM Rektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu w sprawie nadania medalu UAM Alumno bene merenti Adamowi Michnikowi. Tak jak prof. Antkowiak członkowie AKO Poznań wyrażają zdecydowany sprzeciw wobec decyzji władz UAM o nadaniu Adamowi Michnikowi tego wyróżnienia – czytamy w oświadczeniu Zarządu AKO Poznań.

3

wskazują na potrzebę ochrony życia, a jedną z najbardziej istotnych kwestii jest teraz ochrona dzieci chorych, w szczególności np. dzieci z zespołem Downa. Jak podkreślali organizatorzy „białego marszu” nadal domagamy się zmiany prawa, które zabija dzieci. Warto zauważyć, że w internecie, na stronach organizacji citizengo.org.pl zbierane są podpisy pod petycją do posłów i senatorów z prośbą o szybkie procedowanie projektu zabraniającego aborcji w Polsce pt. „Kochamy każde dziecko”, zgłoszonego przez obywateli za pośrednictwem Komisji ds. Petycji. Projekt ten proponuje wprowadzenie pełnoprawnej ochrony życia człowieka od momentu poczęcia.

Projekt „Kochamy każde dziecko” Doceniając zapowiedzi Pani Premier dotyczące podjęcia działań na rzecz poprawy sytuacji rodzin wychowujących chore i niepełnosprawne dzieci, chcę zwrócić uwagę na to, że takie działanie nie jest wystarczające do tego, żeby ograniczyć liczbę aborcji – czytamy w liście otwartym do parlamentarzystów. Podkreśla

w sprawie dalszych działań na rzecz prawa do życia dla każdego poczętego dziecka i ochrony macierzyństwa

W

E

Nasze zaangażowanie to nie jest polityka, to nie jest ideologia, to nie są frazesy. Panowie posłowie, panie posłanki, macie w rękach guzik, który pozwoli uruchomić pełną, prawną ochronę życia. I macie nas do pomocy! Nie do krytykowania, ale do pomocy. I pamiętajcie o tych dzieciach, które potrzebują Waszego wsparcia – przekonywał Bogusław Kiernicki, jeden ze współorganizatorów „białych marszów” w Poznaniu, członek Prawicy Rzeczypospolitej. Manifestacje te były odpowiedzią Porozumienia Poznańskich Organizacji i Środowisk Pro Life na tzw. „czarny protest” czyli demonstrację przeciwników zaostrzenia przepisów dopuszczających aborcję.

Stanowisko Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia

Sejmie wciąż czeka na rozpatrzenie projekt Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia, gwarantujący pełną prawną ochronę dziecka poczętego, nieprzewidujący sankcji karnej dla kobiety poddającej się aborcji. Projekt ten wciąż można poprzeć swoim podpisem na stronie www.kochamykazdedziecko.pl do czego gorąco zachęcamy – czytamy w stanowisku Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia. Oto pełna jego treść. Wydarzenia ostatnich tygodni – „czarny protest” i związane z nim zawieszenie, przynajmniej na jakiś czas, parlamentarnych prac nad ustawą mającą zapewnić pełną prawną ochronę życia – są dla obrońców życia dużym zaskoczeniem, ale też wyzwaniem. Znaczna część społeczeństwa, kobiet i mężczyzn dała się przekonać demagogicznym i kłamliwym hasłom, że prawo chroniące życie wszystkich poczętych dzieci, zagraża zdrowiu i życiu kobiety. Co się stało, że część kobiet poczuła się zagrożona postulatami

I

się aborcji. Projekt ten wciąż można poprzeć swoim podpisem na stronie www.kochamykazdedziecko.pl do czego gorąco zachęcamy. Wyrażamy głęboką nadzieję, że do tematu pełnej ochrony życia dziecka poczętego, a także wsparcia macierzyństwa, szczególnie tego trudnego, związanego z chorobą matki czy dziecka, Sejm tej kadencji wróci w najbliższym czasie. Poważnie traktujemy zapowiedzi Pani Premier, a także Przewodniczącego Klubu Parlamentarnego PiS, że prace w tym kierunku będą nie tylko kontynuowane, ale ulegną przyspieszeniu i będą potraktowane priorytetowo. Czas zrozumieć, że prawo chroniące życie wszystkich obywateli, dobrze służy wszystkim: dziecku poczętemu, jego matce, rodzinie i całemu społeczeństwu! W imieniu Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia dr Paweł Wosicki – prezes dr inż. Antoni Zięba – wiceprezes Anna Dyndul – sekretarz

się w nim, iż w Niemczech, gdzie państwowa pomoc jest mocno rozbudowana, zabijane jest 90% dzieci, u których diagnozuje się zespół Downa. W 2015 roku w Polsce legalnie zabito 1040 dzieci, z czego 996 z powodu podejrzenia choroby lub niepełnosprawności. Bez zmiany prawa te dzieci będą dalej ginąć – czytamy w liście. Przedstawiciele Porozumienia Poznańskich Organizacji i Środowisk Pro Life podkreślają także, że niewystarczająca będzie jednak też zmiana prawa polegająca wyłącznie na wykreśleniu możliwości zabijania dzieci z zespołem Downa, ponieważ w ramach przesłanki eugenicznej obecnie w Polsce zabijane są też dzieci z innymi, zupełnie niewykluczającymi szczęśliwego życia przypadłościami np. niepełnosprawne fizyczne, czy chorujące na zespół Turnera. Wszelkie rozważania, czy jakość życia dzieci cierpiących na określoną chorobę i ich rodzin, będzie odpowiednio wysoka aby im pozwolić żyć, są nieludzkie – czytamy w liście. Tylko całkowite wykreślenie z prawa przesłanki eugenicznej pozwoli uniknąć tak rażącej dyskryminacji. Warto zauważyć przy tym, że diagnostyka prenatalna obarczona jest sporym marginesem błędu, dlatego też zezwalanie na aborcję z powodu podejrzenia choroby lub upośledzenia dziecka, powoduje, że giną także dzieci zdrowe. Projekt „Kochamy każde dziecko”, przewidując pełną ochronę życia, nie wprowadza karania matek, co było głównym zarzutem przeciwko projektowi „Stop Aborcji”. Nie odnosząc się do kwestii karnych ze względu na potrzebę ich głębszego wyjaśnienia i konsultacji, liczymy na wywiązanie się z licznych deklaracji, w których opowiadali się Państwo za ochroną życia – czytamy w liście do posłów i senatorów. Taka szansa się więcej nie powtórzy – podkreśla Bogusław Kiernicki, współorganizator Porozumienia Środowisk i Organizacji Pro Life Poznań dla Życia, członek Prawicy Rzeczpospolitej. Wg niego dziś w Sejmie jest większość ludzi, którzy nie ze względu na dyscyplinę, ale na swoje przekonania, są za prawną ochroną życia. Panowie Posłowie, panie Posłanki, jeśli tego nie wykorzystacie, jak się potem wytłumaczymy – pyta retorycznie Bogusław Kiernicki – i dodaje – Niech żaden czarny marsz was nie wystraszy. Jak będzie trzeba zrobimy tysiąc białych marszów. Jest już projekt w Sejmie, domagajcie się uruchomienia go, a następnie zagłosujcie za nim. To naprawdę wystarczy – dodaje. Na razie jednak nie wiadomo, czy i kiedy tym projektem miałby się zająć Sejm i Senat. K

Gazeta Wyborcza – filar III RP Energicznie zwalczając „polski nacjonalizm” (szeroko pojęty) i budując „społeczeństwo otwarte” Gazeta Wyborcza wytworzyła rzeszę „Europejczyków polskojęzycznych”, wstydzących się swej narodowości, gardzących naszą historią – pisze Jan Martini.

4 Orzeł z Ostrzeszowa W jeden z ostatnich ciepłych dni września tego roku z babcią i ojcem wybrałem się do Ostrzeszowa w Wielkopolsce. Właśnie wróciłem z wakacyjnej wyprawy do pracy w Holandii i potrzebowałem paru dni odpoczynku. Przyjechaliśmy z tatą do babci, a że potrzebowała załatwić jakieś sprawy w tym starym wielkopolskim grodzie – pojechaliśmy razem. Na co dzień mieszkam na Śląsku – reportaż Radosława Adlera.

6 Swoją historię spisujemy sami Od 26 lat, w Wolsztynie wydawany jest dwutygodnik „Głos Wolsztyński”, którego wydawcą i redaktorem naczelnym jest Anna Grudziecka-Domagalska. Chcę dziś przedstawić i pismo i jego historię. Historię walki o wolność i niezależność niewielkiej, lokalnej gazety – pisze Aleksandra Tabaczyńska.

7 ind. 298050

redaktor naczelna Wielkopolskiego Kuriera Wnet

Walka o ich pamięć wciąż trwa, można było się o tym przekonać choćby na ostatnich obchodach rocznicy Polskiego Państwa Podziemnego w Poznaniu, podczas których w przemówieniu marszałka województwa wielkopolskiego Marka Woźniaka ich dorobek został całkowicie pominięty. Czy narodowcy mają zostać skazani na zapomnienie? – pyta dr Rafał Sierchuła.


KURIER WNET

2

W·I·E·L·K·O·P·O·L·S·K·A

Bratobójcza rzeź Małgorzata Szewczyk gdy nienawiść zdaje się zataczać coraz większe kręgi, gdy świat coraz silniej odczuwa politykę multi-kulti, gdy niemal wokół nas mieszają się języki i na-

Dla żądzy mordu i opętania przez zło żadna przestrzeń, nawet sakralna, nie jest nietykalna. Niewiele potrzeba, by wątły pokój zamienił się w bratobójczą rzeź. Wydarzenia na Wołyniu powinny być dla świata przestrogą. rodowości, gdy − według szacunków − w Polsce jest już ok. miliona Ukraińców. Ten film − w zamyśle autorów − nie ma dzielić naszych narodów, ale ukazywać

O

tym, że walka o ich pamięć wciąż trwa, można było przekonać się choćby na ostatnich obchodach rocznicy Polskiego Państwa Podziemnego w Poznaniu, podczas których w przemówieniu Marka Woźniaka – marszałka województwa wielkopolskiego ich dorobek został całkowicie pominięty. Czy narodowcy mają zostać skazani na zapomnienie? 16 listopada 1939 r. w Poznaniu w piwiarni znajdującej się niedaleko kompleksu sądowo-więziennego przy ul. Młyńskiej grupa przedwojennych działaczy Stronnictwa Narodowego utworzyła jedna z pierwszych konspiracyjnych organizacji wojskowych na terenie Wielkopolski. Struktura podziemna przyjęła nazwę Narodowa Organizacja Bojowa. Czy znamy jej dzieje?

W ‒I ‒E ‒L ‒K ‒O ‒P ‒O ‒L ‒S ‒K ‒I

Z

E

T

A

N

I

E

C

O

Dr Rafał Sierchuła Działacze Stronnictwa Narodowego przed Pomnikiem Chrystusa Króla w Poznaniu, na pierwszym planie Stefan Chojnacki późniejszy komendant NOB miasta Poznań.

konspiracyjni rozpoczęli tworzenie struktur organizacyjnych na terenie wielkopolski, oraz współpracę z tworzącymi się strukturami konspiracyjnymi SN na Pomorzy, Kujawach, Zagłębiu Dąbrowskim czy Wielkopolsce Wschodniej.

Nie tylko Poznań Na początku 1940 r. w skład NOB weszła, zachowując odrębność, Organizacja Jedności Narodowej z Kalisza, na czele której stał przedwojenny działacz SN por. Antoni Strzelczyk ps. „Kazik”, „Kazimierz” i mjr Tomasz Stengert ps. „Siwy” jako komendant wojskowy, a wśród jej członków byli m.in. Antoni Lutosławski, ks. Julian Mirochna, Marian Karnage, ks. Stanisław Zaborowicz. OJN wydawała pisma „Jedność Narodowa” i „Armia Narodowa” (drukowane na terenie klasztoru franciszkanów w Kaliszu, wyd. ks. J. Mirochna). Działała na obszarze powiatów: kaliskiego, kępińskiego, konińskiego, kolskiego, ostrowskiego i tureckiego. W maju 1940 r. ukształtowało się kierownictwo Komendy Dzielnicy Zachodniej SN oraz NOB. W skład nowej sztabu weszli: dr Stefan Piotrowski – doradca ds. politycznych, Hieronim Szybowicz – kierownik Wydziału Administracyjnego, Jozafat Sikorski – kierownik Wydziału Gospodarczego, Marian Frankowski – kierownik

K ‒U ‒R ‒I ‒E ‒R

D

Proponuję nadać jej nazwę Sala Rzeczypospolitej w Zamku Królewskim w Poznaniu. Na suficie powinny być zamieszczone w kasetonach herby wszystkich ziem wchodzących w skład I Rzeczypospolitej. Według mojej wiedzy nie ma nigdzie takiego zbioru herbowego. Proszę zwrócić uwagę na fakt patriotyczny, ale i edukacyjny takiej ekspozycji. Oczywiście kartusze herbowe, wykonanie sufitu, jak i Sali pochłonie środki. Dlatego można zaproponować wykup cegiełek na ten cel. Są polskie środowiska w RP i poza krajem, dla których honorem byłoby ufundowanie tarczy herbowej, np. ziemi wileńskiej, poznańskiej, kujawskiej, śląskiej, a zapewne i podolskiej, smoleńskiej, trockiej, mińskiej,... Pójdę jeszcze dalej. Podniosę czynnik poznańskiej tradycji w materii kartografii. W Poznaniu w zakresie zbiorów ziem I Rzeczypospolitej mamy się do czego odnieść. Istnieje stare, bogato ilustrowane wydanie kartograficzne, które nas mieszkańców królewskiego, stołecznego grodu Poznań dodatkowo umacnia w słuszności tego działania. W Poznaniu w 1883 roku została wydana pod nazwą Mapa Polski za panowania króla Jana Sobieskiego wydana

Narodowcy w walce z niemieckim totalitaryzmem w Wielkopolsce Wydziału Propagandy, Jerzy Kurpisz – kierownik Wydziału Graficznego, Bolesław Koteras – szef finansów, ks. Julian Mirochna – kierownik Wydziału Opieki Społecznej oraz mjr Tomasz Stengert jako doradca wojskowy. W dniu 1 września 1940 r. wprowadzono regulamin organizacyjny NOB, który określał strukturą jako organizację o charakterze wojskowym, politycznym i społecznym, w swoich fundamentach politycznych opartą na idei narodowej wywodzą-

Z

I

E

N

N

A

szef wojskowy, szef policji, szef wywiadu i szef łączności konspiracyjnej. Pion cywilny, zwany sztabem cywilnym, tworzyli: szef spraw społeczno-politycznych, szef administracji, szef propagandy i szef gospodarczo-administracyjny. Podobną strukturę przewidywano dla jednostek podległych sztabowi Komendy Dzielnicy Zachodniej. Podział terenowy przewidywał istnienie Okręgów (na bazie województw sprzed wybuchu wojny obronnej 1939 r.), Rejonów (na które

Narodowa Organizacja Bojowa to polska organizacja konspiracyjna obozu narodowego działająca w latach 1939 – 1941 na terenach wcielonych do Rzeszy. Liczyła prawdopodobnie 30-35 tys. członków, z tego 1/3 działała na terenie Poznania. cej się z Ruchu Wszechpolskiego. Jej głównym celem była wielokierunkowa walka o wyzwolenie Polski oraz samoobrona społeczeństwa, wychowanie jej członków według idei narodowej, z potępieniem partyjniactwa, komunizmu, socjalizmu i sanacji, w celu stworzenia Wielkiej Polski Narodowo-Katolickiej. Organem wykonawczym NOB był sztab, w którym istniał podział na pion wojskowy i cywilno-polityczny. W skład pionu wojskowego (z podziałem na grupy bojowe i zabezpieczające), zwanego sztabem wojskowym, wchodzili:

miały składać się 3 – 5 powiatów i miasto Poznań), Komend Powiatowych, Gmin i Piątek.

Współpraca W połowie lipca 1940 r. przedstawiciel SN wszedł w skład Porozumienia Stronnictw Politycznych będącego reprezentacją stronnictw politycznych przy Głównym Delegacie Rządu RP na ziemie wcielone do Rzeszy – struktury konspiracyjnego Polskiego Państwa Podziemnego. NOB dość szybko

Redaktor naczelny Kuriera Wnet

Zespół WKW

Projekt i skład

Krzysztof Skowroński

Sławomir Kmiecik Małgorzata Szewczyk ks. Paweł Bortkiewicz Aleksandra Tabaczyńska Michał Bąkowski Henryk Krzyżanowski Dariusz Kucharski

Wojciech Sobolewski

Redaktor naczelny

A

M

oja propozycja dotyczy głównej sali nowej części Zamku. Proponuję nadać jej nazwę Sala Rzeczypospolitej w Zamku Królewskim w Poznaniu. Na suficie powinny być zamieszczone w kasetonach herby wszystkich ziem wchodzących w skład I Rzeczypospolitej. Według mojej wiedzy nie ma nigdzie takiego zbioru herbowego. Pragnę podzielić się z Państwem koncepcją zagospodarowania części odbudowanego Zamku Królewskiego w Poznaniu (wnętrza są jeszcze niewykończone). Mamy Zamek Królewski w Poznaniu. Odbudowa jego wywołała wiele emocji, ale stoi i trzeba zastanowić się nad jego wykorzystaniem i oczywiście wizerunkowo należy nadać tej siedzibie pewien charakter. Z zyskiem dla Poznania, Kraju, obywateli RP i turystów. Postanowiłem dorzucić do dyskusji swoje zdanie. Uważam, że należy w jego ramach stworzyć coś, co jednoznacznie będzie go wyróżniało – tak ten nasz Zamek Królewski, jak i miasto Poznań, oraz co będzie podkreślało jego stołeczność, wskazywało na królewskość i połączyło z historią i tradycją. Moja propozycja dotyczy głównej sali nowej części Zamku.

w dwóchsetną rocznicę odsieczy Wiednia przez J. Szpetkowskiego. Są tam graficznie w kolorach przedstawione ziemie I Rzeczypospolitej z czasów odsieczy wiedeńskiej wraz ze staropolskimi nazwami. Mapa ówczesnej Rzeczypospolitej, wzbogacona jest o portret króla Jana III Sobieskiego i chorągwie polskie. Mapa również zawiera herby królów elekcyjnych. W tym zakresie można zastanowić się nad ich wykorzystaniem w zamku. W innej sali, bądź w holu można zamieścić także kartusze z herbami królów polskich, które na mapie są ukazane i uzupełnić je o znaki rodowe Piastów i Jagiellonów. To zdecydowanie stanowi odniesienie do historii Polski, ale i Poznania. Mogłoby nadać Zamkowi niesłychaną rozpoznawalność pośród siedzib, które należy zwiedzić. Sądzę, że także przyciągałaby turystów i wycieczki szkolne. Będzie to jednocześnie bardzo mocna przeciwwaga dla zamku niemieckiego. Zamek Królewski stanie się wizytówką miasta. Poznań będzie miał się czym szczycić, a każdy przewodnik, będzie zobowiązany opisać Zamek z jego atrakcjami. Sala Rzeczypospolitej w Zamku Królewskim w Poznaniu może stać się główną salą ważnych uroczystości. Komitet Odbudowy Zamku Królewskiego w Poznaniu pragnie utworzenia we wnętrzu Zamku również Muzeum Godła (na razie wszystko jest w fazie projektu). Oczywiście te dwie koncepcje można z powodzeniem zrealizować w ramach jednej lub dwóch odrębnych sal. K

sabotażu i przygotowaniach do antyniemieckiego powstania planowanego na wiosnę 1940 r. Szczególna role w pracach konspiracyjnych odgrywała propaganda. NOB wydawał kilka pism konspiracyjnych – „Polska Narodowa”, „Naród w Walce”, „Ku Wolności”, „Bóg i Ojczyzna” i „Armia Narodowa”. Pierwsza z nich wydawano początkowo w nakładzie ok. 3 tys. egzemplarzy. Wydawana była do listopada 1939 r. do września 1942 r.

Aresztowania i represje

WIELKOPOLSKI KURIER WNET

G

dr Dariusz Kucharski

W okresie PRL nad historią narodowej konspiracji zapadła długa cisza. Trwała aż do lat 70. i 80. XX w., kiedy zaczęły ukazywać się pierwsze artykuły na jej temat. Dziś w Poznaniu znajduje się szereg tablic przypominających historie Narodowej Organizacji Bojowej, a pięciu wychowanków oratorium salezjańskiego, żołnierzy konspiracji narodowej jest już beatyfikowanych przez Jana Pawła II.

Początki konspiracji Komendantem organizacji został ppor. rez. Antoni Wolniewicz ps. „Marian”, „Znicz”, „Bałt”, „Mróz”, a jego zastępcami: ppor. rez. Stefan Chojnacki ps. „Grom” i kpt. rez. Antoni Popiela ps. „Mahoń”. Sprawy finansowe organizacji powierzono Bolesławowi Koterasowi, gospodarcze Józefowi Przybyle, organizacyjno-planistyczne Jerzemu Kurpiszowi ps. „Orlik”, a propagandy Zenonowi Ciemniejewskiemu ps. „Modrzew” (późniejszy agent Gestapo), Marianowi Frankowskiemu i Albinowi Smolanowiczowi. Jeszcze przed powstaniem NOB, grupa działaczy narodowych prowadziła działalność jako Obrona Polski i Obrońcy Polski. Jej konspiracyjnej organizacji objęła cały obszar Ziem Zachodnich wcielonych do Rzeszy, w tym głównie Wielkopolskę, gdzie istniały bardzo silne wpływy narodowe. W grudniu 1939 r. Komendant NOB A. Wolniewicz wyjechał do Warszawy, aby poinformować prezesa konspiracyjnego SN Mieczysława Trajdosa o utworzeniu organizacji, odebrał również wytyczne dotyczące jej dalszej działalności. Prezes SN wraz z Komendantem Głównym Organizacji Wojskowej SN por. rez. Bolesławem Kozubowskim zaaprobowali fakt powstania NOB i podporządkowali ją Organizacji Wojskowej jako jej autonomiczną część dla ziem polskich wcielonych do Rzeszy. W rezultacie rozmów Antoni Wolniewicz został zaprzysiężony na prezesa wielkopolskiej SN, otrzymując zarazem zadanie nawiązania kontaktu z pozostałymi strukturami na ziemiach wcielonych, przejęcia nad nimi nadzoru i koordynacji ich działań. Wkrótce poznańscy działacze

Zróbmy Salę Herbów Ziem Rzeczypospolitej w Poznańskim Zamku

Jolanta Hajdasz tel. 607 270 507 mail: j.hajdasz@post.pl

Dział reklamy

Marta Obluska reklama@radiownet.pl Dystrybucja własna Dołącz!

dystrybucja@mediawnet.pl

nawiązała również kontakty z innymi tworzącymi się strukturami konspiracyjnymi w Poznaniu m.in. Wielkopolskiej Organizacji Ziem Zachodniej czy organizacji „Ojczyna”. Pomimo niechęci do ZWZ (postrzeganego jako organizacja sanacyjna) w praktyce dochodziło do współpracy między obu organizacjami, np. grupa sabotażowa NOB pod dowództwem Antoniego Kopaczowskiego współdziałała z poznańskim Związkiem Odwetu ZWZ. W trakcie swojej działalności NOB włączała w swoje szeregów duża grupę osób nie związanych z przedwojennym obozem narodowym, ważnym odnotowania faktem jest włączenie do szeregów organizacyjnych grup młodzieżowych, związanych m.in. ze strukturami harcerstwa. Według ustaleń niemieckich w szeregach organizacji miało działać od 30 do 35 tys. członków, z tego 1/3 na terenie Poznania. Utworzono następujące Okręgi NOB: Poznański, Pomorski, Włocławski, oraz struktury w Zagłębiu Dąbrowskim. Szczególna role w strukturach konspiracyjnych organizacji odgrywał Poznań, na terenie którego utworzono kilkanaście struktur dzielnicowych kierowanych przez komendanta miasta Stefana Chojnackiego. Działalność NOB koncentrowała się przede wszystkim na tworzeniu struktur organizacyjnych, wywiadzie,

Adres redakcji

ul. Zielna 39 · 00-108 Warszawa redakcja@kurierwnet.pl

Drukarnia Narodowej Organizacji Bojowej w Poznaniu, fotografia z akt śledczych Gestapo.

niu, ale w marcu tego roku Gestapo rozbiło nową strukturę NOB. Duża liczba aresztowanych sprawiła, że Niemcy przewozili ich do więzień znajdujących się na terenie okupowanej wielkopolski i Rzeszy, m.in. do Wronek, Rawicza, ale także do Olsztyna, Elbląga Oławy, Kłodzka, Budziszyna, Piły, Głogowa, Legnicy, Wrocławia, Zwickau, Drezna czy Berlina. Ci, którzy nie zginęli podczas przesłuchań, stawali przed niemieckimi sądami, które obficie skazywały członków NOB na kary śmierci, wykonywane przez ścięcie w więzieniach w Poznaniu, Berlinie, Wrocławiu, czy Dreźnie. Duża część skazanych trafiała do obozów koncentracyjnych, m.in. do obozu w Mauthausen-Gusen w którym w większości umierali po kilku tygodniach pobytu. K

Data wydania 29.10.2016 r. Nakład globalny 10 000 egz.

Wydawca

Spółdzielcze Media Wnet / Wnet Sp. z o.o.

NUMER 29

Informacje o prenumeracie

LISTOPAD 2016

kontakt j.hajdasz@post.pl, tel. 607270507

Prace konspiracyjne narodowców nie uszły uwagi niemieckich sił policyjnych na terenie poznańskiego, dzięki wykorzystaniu zdrajców i agentów, zarówno Gestapo jak i Abwehra dokonała rozpracowania organizacji. W początkach grudnia 1940 r. Gestapo przeprowadziło liczne aresztowania dużej części kadry dowódczej i szeregowych członków NOB. Trwały one do grudnia 1941 r. i doprowadziły także do rozbicia kierownictwa konspiracyjnego Zarządu Głównego SN w Warszawie. W lutym 1941 r. podjęta została przez ks. J. Mirochnę jako pełnomocnika SN do rekonstrukcji konspiracji poznańskiej próba odbudowy organizacji w Pozna-

(Wielkopolski Kurier Wnet nr 21)

ind. 298050

O

d premiery „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego minęło już trochę czasu, ale chyba wszyscy, którzy widzieli ten obraz, zgodzą się ze mną, że ten film pozostaje w człowieku na dłużej. Nie pozwala po prostu wyjść z kina i trzasnąć drzwiami. Porusza, niepokoi, przeszywa, rozsadza umysł i serce. Wstrząsające sceny powracają jak bumerang, nie dając o sobie zapomnieć. Znajomi, sąsiedzi, krewni, niemal z dnia na dzień, stali się agresorami, zaciekłymi, żądnymi krwi (literalnie) wrogami. Ta historia wciąż w wielu polskich rodzinach to otwarta, niezagojona rana… O filmie „Wołyń” napisano już bodaj wszystko, roztrząsając każdą warstwę produkcji. Zwracano uwagę na scenariusz, reżyserię, grę aktorów, kłopoty z obsadą ze strony ukraińskich artystów, problemy finansowe, wreszcie muzykę czy detale charakterystyki i scenografii. Podkreślano, że to film genialny, niektórzy nawet okrzyknęli go arcydziełem. Bezdyskusyjnie temat trzeba było podjąć, zresztą już dawno temu, ale jak w jednym z wywiadów przyznał sam reżyser, żaden okres w powojennej Polsce nie był ku temu odpowiedni. Ostatecznie powstał teraz, w czasach,

prawdę historyczną. W moim przekonaniu jest uniwersalny, bo w niemal perfekcyjny sposób pokazuje anatomię zła rodzącego się w ludzkim sercu. Nie miejsce tu na dokonanie kolejnej recenzji, jednak chciałabym zwrócić uwagę na fenomenalne wprost sceny nabrzmiałe w swym przekazie. Wesele Heleny i Wasyla, Polki i Ukraińca, posłużyło Smarzowskiemu do pokazania panoramy społeczności ukraińskiej wsi: Polaków, Ukraińców, Żydów. Prawosławnych, katolików, unitów i wyznania mojżeszowego. Komunistów i nacjonalistów. Trwa tradycyjna zabawa, dopełnia się miłość, ale już gdzieś po kątach chat rośnie napięcie. Początkowo słychać tylko szemranie przeciwko Polakom, by nieco później półgłośne rozmowy mogły osiągnąć swe okrutne apogeum. Znamienne są również kadry, gdy kamera, niemal równolegle, pokazuje ukraińskiego duchownego wykrzykującego o wyrwaniu kąkolu z ukraińskiej ziemi i błogosławiącego sierpy, młoty i kosy, oraz kościół wypełniony Polakami, gdzie duchowny apeluje o rozwagę i zachowanie spokoju. Są to jedne z ostatnich słów księdza, bo wraz ze zgromadzonymi w świątyni ginie on od ciosów „poświęconych” narzędzi zbrodni i płomieni ognia. Dla żądzy mordu i opętania przez zło żadna przestrzeń, nawet sakralna, nie jest nietykalna. Niewiele potrzeba, by wątły pokój zamienił się w bratobójczą rzeź. Wydarzenia na Wołyniu powinny być dla świata przestrogą. K


KURIER WNET

3

W·I·E·L·K·O·P·O·L·S·K·A

Wielki przekręt uczelniany Henryk Krzyżanowski

K

orporacje zawodowe nie mają dziś dobrej prasy. Zarzuca się im nierzetelność, niezdrową solidarność ( ja kryję twoje słabości, a ty w razie czego będziesz bronił moich) oraz blokowanie dostępu do zawodu nowym adeptom. Zdaje się, że „dobra zmiana” nęciła nas obietnicami dobrania się do skóry a to sędziom, a to adwokatom, a to ordynatorom. Jak to będzie, zobaczymy… Jednak warto zauważyć, iż taką częściowo pasożytniczą korporacją stali się wykładowcy wyższych uczelni publicznych. Nie wszyscy, rzecz jasna, ale znaczna część. Dla nich po roku 1989 zaczął się czas budżetowych żniw. Lawinowo wzrosła liczba studentów – od ok. 10 procent rocznika na studiach w 1990 do 30 procent 10 lat później i 40 procent obecnie. Tak duży wzrost możliwy był na dwa sposoby: przez wprowadzenie wolnego rynku płatnych studiów albo przez rozbudowę kształcenia na uczelniach państwowych. Tylko ta pierwsza droga, obudowana systemem stypendiów czy bonu oświatowego do jednorazowego wykorzystania zapewniłaby jako tako zdrowy rozwój oparty na konkurencji między uczelniami oraz wykładowcami. Niestety wybrano drugą drogę – finansowany

z budżetu rozrost uczelni publicznych. Stworzono coś w rodzaju rezerwatu, w którym bezpieczni na etatach wykładowcy nie musieli troszczyć się ani o jakość swoich zajęć, ani o ich celowość, ani

Przyjmując na studia młodych ludzi w takiej ilości jak teraz, my ich oszukujemy. Przyjmujemy ich tylko po to, aby dostać dofinansowanie z budżetu państwa.” To powiedział nie jakiś wolnorynkowy fundamentalista, to są słowa prof. Wojciecha Nowaka, obecnego rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego. o znalezienie chętnych słuchaczy. Tym ostatnim zajmowały się władze uczelni w sposób, który trudno nazwać inaczej niż grubą nieuczciwością wobec kandydatów. To właśnie w latach 90-tych, na szacownych państwowych uczelniach zaczęły pojawiać się dziwaczne kierunki

w rodzaju filologia bułgarsko-angielska z elementami filmoznawstwa. A czy słyszałeś, czytelniku o ekolingwistyce? albo etnolingwistyce? Glottodydaktyka też brzmi nieźle. Także wtedy uczelnie publiczne obrosły siecią filii w miastach powiatowych. Ktoś zapyta – a gdzie tu nieuczciwość? No cóż, UAM, UW czy UJ to szacowne firmy, które powinny gwarantować maturzyście edukacyjny towar pierwszej jakości. A czy gwarantują? To taki cytat: „Przyjmując na studia młodych ludzi w takiej ilości jak teraz, my ich oszukujemy. Przyjmujemy ich tylko po to, aby dostać dofinansowanie z budżetu państwa.” To powiedział nie jakiś wolnorynkowy fundamentalista, to są słowa prof. Wojciecha Nowaka, obecnego rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego. A w lokalnej prasie czytam, że rektorowi poznańskiej politechniki marzy się radykalne ograniczenie liczby studentów. Słusznie, szkoda tylko, że przez wiele lat wysiłki uczelni szły w kierunku całkiem odwrotnym. Trzeci element korporacyjnej zmowy – blokowanie wejścia na rynek nowym graczom dotyczył uczelni prywatnych, które zaczęły się pojawiać w kilka lat po zmianie ustroju. One nigdy nie miały uczciwych warunków konkurencji – będzie sukcesem, jeśli nieliczne potrafią przetrwać obecny niż demograficzny. Czy jest wyjście z tej sytuacji? Mimo tylu straconych lat byłoby nim urynkowienie wyższych studiów i zakręcenie uczelniom publicznym budżetowego kranu. Czy jest na to szansa? A czy kiedykolwiek urzędnicy dobrowolnie wyrzekli się swego władztwa? K

Często biorę udział w spotkaniach Klubów Gazety Polskiej. Nie tylko dlatego, że identyfikuję się z wartościami reprezentowanymi przez to środowisko, ale cenię sobie towarzystwo ludzi, którzy na własnej skórze doświadczyli, jaką cenę ma wykluczenie, obśmiewanie czy choćby bojkot towarzyski z powodu poglądów wyrażających miłość i troskę o Ojczyznę. Ale to nie jedyny powód.

Non Possumus 5

W

ostatnim czasie Ministerstwo Obrony Narodowej dostało się pod ogień krytyki za sprawą sztandarowej obietnicy wyborczej Antoniego Macierewicza czyli utworzenia Obrony Terytorialnej. O tej formacji przez wszystkie miesiące rządów PiS mówiło się wiele, jednak nie przełożyło się to na konkretne regulacje prawne. Potrzeba powołania Obrony Terytorialnej w obecnej sytuacji geopolitycznej jest jak najbardziej zasadna. Wojna w Afganistanie pokazała, że nawet świetnie wyszkolone, wyposażone w nowoczesny sprzęt armie nie potrafią poradzić sobie z miejscowymi partyzantami. Lokalni bojownicy mimo słabszego i mniej licznego sprzętu oraz gorszego wyszkolenia skutecznie zwalczać przeciwnika. To wszystko dzięki przychylności społeczności zamieszkującej dany obszar, znajomości terenu, w tym kryjówek, dobrych miejsc do zasadzek itp. Uderzenia z zaskoczenia, napięcie nerwowe podczas każdego patrolu, szybkie wycofanie się wroga do trudnych do zlokalizowania kryjówek – to czynniki obniżające morale żołnierzy walczących z miejscową partyzantką. Mając powyższe na uwadze należy sądzić, iż w przypadku zbrojnej agresji na nasz kraj oddziały Obrony Terytorialnej mogą skutecznie opóźniać marsz przeciwnika, dbać o funkcjonowanie ważnych węzłów komunikacyjnych, fabryk o strategicznym znaczeniu czy przede wszystkim ochraniać miejscową ludność, w razie potrzeby zapewniając jej możliwość ewakuacji z zagrożonego terytorium. Projekt utworzenia Obrony Terytorialnej od samego początku kadencji

Mit Obrony Terytorialnej Michał Bąkowski nowej ekipy rządzącej jest priorytetem ministra Macierewicza. Szumnie zapowiadany nie doczekał się jednak do dnia dzisiejszego konkretnych rozwiązań. Niezaproszenie Romualda Szeremietiewa do rozmów na temat tej formacji budzi spore wątpliwości.

Powołanie Obrony Terytorialnej jest jak najbardziej zasadne. Wojna w Afganistanie pokazała, że nawet świetnie wyszkolone armie nie potrafią poradzić sobie z partyzantami. Głos doradczy doświadczonego eksperta w dziedzinie wojskowości, który koncepcją utworzenia Obrony Terytorialnej zajmował się już w latach 90, byłby przydatny szczególnie jeśli chodzi o problemy z którymi obecne kierownictwo MON nie może sobie poradzić. Do dziś bowiem (mimo, iż ruszył nabór do OT oraz na kurs oficerski do OT we Wrocławiu) nie wiemy tak naprawdę jakim budżetem i sprzętem będzie dysponować „piąty rodzaj wojska”,

jak dziś nazywa się nową powstającą formację. W myśl tego co przedstawia kierownictwo MON, Obrona Terytorialna ma być nowym rodzajem wojska, ma wspierać działania regularnych formacji. Ze względu na weekendowy system ćwiczeń, słabsze uzbrojenie oraz normalnie wykonywaną pracę przez członków Obrony Terytorialnej, ciężko wyobrazić sobie żeby ta formacja mogła z powodzeniem zastępować wojsko w regularnej walce. To znaczy, że Obrona Terytorialna będzie po prostu „gorszą” armią, która w razie potrzeby ma wspierać zawodowe oddziały. Zatraca tym samym swoją istotę, która powinna skupiać się przede wszystkim na ochronie punktów strategicznych danego terytorium i jego mieszkańców. Poza tym Obrona Terytorialna może skutecznie przeciwdziałać lub zwalczać skutki: powodzi, klęsk żywiołowych i innych zdarzeń o charakterze lokalnym. I to właśnie powinny być jej główne obowiązki. Myślę, że tworzenie tej formacji powinniśmy najpierw zacząć od ustalenia najlepszej jej koncepcji, potem od rozwiązań prawnych, a na samym końcu od rekrutacji i szkolenia przyszłych członków i oficerów. Niestety, w mojej ocenie na razie kierownictwo MON robi wszystko w odwrotnej kolejności. K

Sprzeciw wobec przyznania medalu UAM Adamowi Michnikowi Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca. Oszust intelektualny. Ideologia tych panów, to jest to, żeby w Polsce zapanował ‘socjalizm z ludzką twarzą’. To jest widmo dla mnie zupełnie nie do zniesienia. Jak jest potwór, to powinien mieć twarz potwora. Ja nie wytrzymuję takich hybryd, ja uciekam przez okno z krzykiem. Zbigniew Herbert

P

rzedstawiamy list prof. Wiesława Antkowiaka, do JM Rektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu w sprawie nadania medalu UAM Alumno bene merenti Adamowi

Michnikowi. Członkowie Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Poznaniu w pełni podzielają stanowisko prof. Wiesława Antkowiaka i wyrażają zdecydowany

sprzeciw wobec decyzji władz UAM o nadaniu Michnikowi tego wyróżnienia – czytamy w oświadczeniu Zarządu AKO Poznań opublikowanym na stronie internetowej stowarzyszenia. K

Aleksandra Tabaczyńska

N

a spotkaniach jestem też z czysto zawodowego zainteresowania. Mam możliwość osobiście podziwiać – oprócz polityków, czy ludzi pióra – samych dziennikarzy i to tych, którzy nękani procesami sądowymi rozsianymi po całej Polsce, zwalniani z pracy, niezłomnie służą prawdzie. Otóż na spotkaniach byłam świadkiem, jak uczestnicy podchodzili do prelegenta i mówili: Czy pan/ pani wie, że u nas w katolickim Radiu Emaus czytają Wyborczą? Po jednym ze spotkań podeszłam do mężczyzny, który często o tym mówił i spytałam, o co dokładnie mu chodzi. Liczę na to, że może ktoś zainterweniuje – odpowiedział. Na moje pytanie, czemu sam tego nie zrobi przysłał mi odpowiedź ówczesnego redaktora naczelnego, którą dwa razy już cytowałam w swoich publikacjach. Wtedy włączyłam Radio Emaus i to co usłyszałam opisałam w czterech komentarzach w poprzednich numerach Kuriera Wnet. Dziś piszę po raz piąty. Słuchacze katolickiego radia oczekują tylko i wyłącznie prawdy. Nie różnorodności cytowanych tytułów prasowych – tylko prawdy. Prezenterzy porannych przeglądów prasy w Radiu Emaus chyba o tym zapomnieli. Zresztą kryterium pluralizmu redakcja nie spełnia, bo nigdy nie słyszałam w porannym przeglądzie prasy Gazety Polskiej Codziennie. Dlaczego akurat tego dziennika, który niestrudzenie i odważnie walczy, z olbrzymią medialną machiną propagandową prezenterzy Emaus nie cytują? Nie wiem. W imię rzeczonej różnorodności słuchacze porannych programów zostali poinformowani na przykład o kampanii „Przekażmy sobie znak pokoju”. Jednak nie w duchu komunikatu Konferencji Episkopatu, który skrytykował promocję postaw homoseksualnych, ale w duchu tzw. „otwartego katolicyzmu”. Innym razem usłyszeli, i to obszernie, o tzw. strajku kobiet. Warto też przypomnieć, że na okładce GW w dzień protestów proaborcyjnych widniało hasło „Zabierz swój różaniec od mojej macicy”. Nie mogę pojąć, że w katolickiej redakcji, na ten widok, nie znalazł się choć jeden sprawiedliwy, który powiedział: – dość!

Nie będę sam tego czytał i nie będę innych namawiał do lektury. Nie wspomnę już o zachętach do czytania wywiadów np. z Joanną Senyszyn czy sędzią Łączewskim albo informacji, że jest już w sprzedaży kolejny tom Harry’ego Pottera. W ramach tego samego pluralizmu o Wielkiej Pokucie Narodowej w Częstochowie słuchacze porannych przeglądów prasy usłyszeli, właściwie tylko jedno, że był to sukces frekwencyjny. Żadnej relacji, żadnego cytatu z homilii metropolity poznańskiego, a o ogromnych kolejkach do spowiedzi cisza na antenie jak makiem zasiał.

Słuchacze katolickiego radia oczekują tylko i wyłącznie prawdy. Nie różnorodności cytowanych tytułów prasowych – tylko prawdy. Prezenterzy porannych przeglądów prasy w Radiu Emaus chyba o tym zapomnieli. 19 października to dzień uprowadzenia bł. Ks. Jerzego Popiełuszki. W radiu Emaus tego dnia o poranku można było usłyszeć o tym, jak rośnie sprzedaż w branży browarniczej, o kłopotach Japończyków z najbliższymi igrzyskami olimpijskimi itp. Następnie prezenterzy Krzysztof Grządzielski i Marek Dłużniewski cytowali na zmianę

z Gazety Wyborczej i Głosu Wielkopolskiego obszerne fragmenty dotyczące otwieranego tego dnia nowego centrum handlowego. Można się było bardzo dokładnie dowiedzieć, kto będzie na otwarciu, a kto nie, o której się zaczyna, że będą promocje… Zresztą temat kontynuowali następnego dnia, równie długo, a przegląd prasy zakończył Krzysztof Grządzielski pytaniem do kolegi – czy się wybiera na zakupy, bo on chyba tak. Co pomyślą sobie słuchacze? Że panowie otrzymali jakieś bony promocyjne? Bo tezy, że dwa dni opowiadają o centrum handlowym z potrzeby serca albo z poczucia dziennikarskiego obowiązku, nijak nie da się obronić. Informację co pisze prasa o bł. Księdzu Jerzym usłyszałam dopiero w południe. Może ze dwadzieścia słów. 19 października mijała też szósta rocznica zamordowania Marka Rosiaka w akcie politycznej nienawiści. To morderstwo polityka Prawa i Sprawiedliwości w 2010 r. było efektem swoistej inżynierii emocji społecznych podsycanych przez media. Sąd, który skazał mordercę stwierdził, że „(…) zabójca swoje rozumowanie opierał na przekonaniach własnych oraz analizie artykułów określonych tytułów prasowych (…)”. Czy ważne jest zatem jaką prasę cytujemy, a tym samym co legitymizujemy na antenie katolickiego radia? Po odpowiedź na to pytanie odsyłam prezenterów Radia Emaus do świętej pamięci Marka Rosiaka. K

List prof. dr hab. Wiesława Antkowiaka do Rektora UAM prof. UAM dr hab. Andrzeja Lesickiego z 18. października 2016 r. Wielce Szanowny Panie Rektorze, Jako członek społeczności akademickiej, emerytowany profesor zwyczajny Wydziału Chemii UAM, zgłaszam votum separatum od decyzji władz uczelni w sprawie przyznania Medalu Alumno bene merenti Adamowi Michnikowi jako wyraz uznania “środowiska akademickiego”. Pomijając uzasadnienie Kapituły, niewarte polemiki i wyjaśnień rzeczy powszechnie znanych, pragnę zauważyć, że opinia pięciu członków Kapituły chluby im z pewnością nie przynosi, natomiast publiczne stwierdzenie, że owa opinia “jest wyrazem uznania środowiska akademickiego” mnie i wielu innych członków tego środowiska obraża. Kiedy w PRL-owskiej przeszłości podpisywałem protest przeciwko uwięzieniu (z przyczyn politycznych) Adama Michnika (w tym samym czasie także Jacka Kuronia), nie zdawałem sobie sprawy, że stanowił on (i wielu innych) opozycję skierowaną nie przeciwko totalitarnemu ustrojowi, a przeciw grupie osób trzymających wówczas władzę. Zmiana obsady stanowisk rządowych na zwolenników gen. W. Jaruzelskiego i Cz. Kiszczaka spowodowała widoczną zmianę charakteru stosunków pomiędzy tego rodzaju opozycją a rządzącymi na “przyjacielskie”, ujawniając w ten sposób rzeczywistą wartość takiej opozycji dla spraw niepodległościowych. Niestety brak lustracji w najważniejszych instytucjach państwowych w Polsce, (w tym także na wyższych uczelniach) spowodował, że po transformacji ustrojowej powstały warunki

dla wynoszenia na piedestał takich “przyjaciół” i generowanego przez nich środowiska. Drugim powodem odmiennego mojego zdania w omawianej kwestii jest pogląd, że zgodnie z tradycją, Uniwersytet winien być kuźnią krzewienia wiedzy i jej pomnażania, a sprawy polityczne i ideologiczne winny być obiektem badań i dyskusji, lecz nigdy nie powinny wpływać na decyzje władz uniwersyteckich. Uniwersytet nie powinien angażować się w popieranie którejkolwiek z opcji politycznych, a tym bardziej w tak zdecydowany sposób i w tak kontrowersyjnej sprawie. Nie sprzyja to przekonaniu o misji uniwersytetów oczekiwanej przez społeczeństwo. Przykro mi zajmować takie stanowisko w sprawach związanych z moją umiłowaną uczelnią, której jestem wychowankiem, z którą jestem związany od 65 lat. Intencją mojej wypowiedzi nie jest próba zdyskredytowania kogokolwiek, w tym laureata uniwersyteckiego medalu, a jedynie upomnienie się o honor i dobre imię mojej Almae Matris Posnaniensis, w tym także jej środowiska akademickiego. Przepraszam JM Rektora, że upominając się o te walory ośmielam się podważyć i kwestionować trafność decyzji władz Uniwersytetu. Z wyrazami szacunku i poważania – Wiesław Z. Antkowiak profesor Wydziału Chemii UAM członek AKO Poznań

Członkowie Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Poznaniu w pełni podzielają stanowisko prof. Wiesława Antkowiaka i wyrażają zdecydowany sprzeciw wobec decyzji władz UAM o nadaniu Adamowi Michnikowi medalu Alumno bene merenti. W imieniu AKO Poznań – Zarząd: prof. dr hab. Stanisław Mikołajczak – przewodniczący prof. dr hab. Stefan Zawadzki – wiceprzewodniczący mgr inż. Piotr Cieszyński mgr Ewa Ciosek dr hab. Elżbieta Czarniewska prof. dr hab. Jacek Dabert prof. dr hab. inż. Antoni Florkiewicz dr Zdzisław Habasiński mgr Jan Martini

prof. dr hab. Grzegorz Musiał prof. dr hab. Jan Paradysz prof. dr hab. Stanisław Paszkowski prof. dr hab. Wojciech Rypniewski prof. dr hab. Wojciech Święcicki dr hab. Witold Tyborowski prof. dr hab. inż. Jerzy Weres dr Tadeusz Zysk ks. prof. dr hab. Paweł Bortkiewicz – duszpasterz


KURIER WNET

W·I·E·L·K·O·P·O·L·S·K·A Władcy PRL za wsze mieli dziw ną słabość do A liwiając mu wy dama Michnika jazd do Paryża . Dali paszport i kontakt z Gie W drodze pow młodemu dysy droyciem, a na rotnej, aby osz dentowi umożwet z doradcą czędzić opozyc dzie w Wiedniu prezydenta US joniście tułaczk . Michnik okaza A – Brzezińskim i po hotelach, u ł się jednak nie myślą, ale takż . możliwili mu n wdzięcznikiem e mową i uczyn o c le – w dalszym cią kiem. Dziś wied gu szkodził kom g w ambasaza, że Michnik był represjono wany jest w Pols unie nie tylko ce powszechna .

RYS. WOJCIECH SOBOLEWSKI

4

Gazeta Wyborcza – filar III RP Jan Martini

K

omuniści zmuszeni byli w końcu dysydenta represjonować. W internecie „chodzi” zabawny film pt. „Michnik walczący o Polskę”, gdzie widać jak Adaś efektownie szarpie się z czterema milicjantami. Wiadomo także o wielkoduszności i szlachetności redaktora, który nie tylko wybaczył swoim oprawcom, ale potrafił się nawet z niektórymi zakolegować.

Co wiemy

Adam Michnik o swoim kombatanctwie opowiada niechętnie (ze skromności?).W wywiadzie telewizyjnym red. Lis musiał wręcz wydusić z Michnika przyznanie, że siedział w więzieniu, jednak nie był w stanie go skłonić do wyznania jak długo. Red. Lis dopowiedział sam: „4 lata”. Uwięzienie musiało być dostatecznie długie, bo red. Michnik napisał w więzieniu książkę. Teoretyk komunizmu Antonio Gramsci swoje fundamentalne dzieło również napisał (nb. na papierze toaletowym!) w więzieniu. Ale to było faszystowskie więzienie. Ci, którzy znają więzienia PRL z autopsji (jak piszący te słowa), wiedzą, że pisanie książek nie było tam możliwe – nie tylko z braku papieru toaletowego. „Szanowny Panie Redaktorze! Nazywam się Stanisław Remuszko jestem dziennikarzem, przygotowuję obszerną publikację dokumentalno-historyczną i do tych celów potrzebuje odpowiedzi na takie pytanie:

W których zakładach karnych i w jakich okresach przebywał Adam Michnik – czołowa postać ówczesnej opozycji politycznej? Nie chodzi mi o tymczasowe zatrzymania czy areszty, lecz o pozbawienie wolności na mocy wyroku sądowego. Rzecz jasna, zdaję sobie również sprawę, iż może Pan aż tak szczegółowo nie pamiętać wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat, dlatego identyczne pytanie zadałem Centralnemu Zarządowi Służby Więziennej, ale odpowiedzieli mi (załączam kserokopię), że na udzielenie tej informacji potrzebna jest pisemna zgoda Pana Redaktora. O taką zgodę uprzejmie proszę. Sądzę, że opublikowanie źródłowej wiarygodnej informacji o dokładnych okresach i miejscach uwięzienia Pana przez wymiar sprawiedliwości PRL definitywnie rozwiałoby pojawiające tu i ówdzie rozmaite wątpliwości i spekulacje na ten temat”. Na prośbę Stanisław Remuszko odpowiedzi nie otrzymał.

Pierwsza opozycyjna gazeta od Łaby po Pacyfik

W wyniku uzgodnień okrągłostołowych strona społeczna uzyskała możliwość wydawania niezależnej gazety. Na jej czele stanął opozycjonista Adam Michnik, który deklarował, że będzie to pismo całej opozycji, nie tylko jej części „okrągłostołowej”. I tak było. Przynajmniej pierwsze pół roku. Wkrótce „Gazeta” zaczęła ewoluować w kierunku lewicowo – liberalnym.

Ton zaczęła nadawać „lewica laicka” – grupa dość jednolita pod względem światopoglądowo – towarzysko – etnicznym (wiele nazwisk można znaleźć w książce „Resortowe dzieci – Media”). Równocześnie logo „Gazety „ ulegało zmianom – skiełkowały czerwone kropki, które rozrosły się i zainfekowały cały kwadrat, by osiągnąć obecną formę wielkiego czerwonego prostokąta. Gazeta orócz lokalu, telefonów, przydziału papieru otrzymała coś więcej – życzliwość ludzi „starego układu”, którzy właśnie „oddali władzę”. Pisma,

Energicznie zwalczając „polski nacjonalizm”(szeroko pojęty) i budując „społeczeństwo otwarte” Gazeta Wyborcza wytworzyła rzeszę „Europejczyków polskojęzycznych”, wstydzących się swej narodowości, gardzących naszą historią wyznawców nowego „internacjonalizmu proletariackiego”. które powstały później, mimo dobrych wyników sprzedażowych, ale pozbawione tej życzliwości (i reklam), nie utrzymały się na rynku. Stanisław Remuszko pracował w GW od samego początku, założył oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Solidarność. Kiedy chciał przypomnieć listę organizacji popierających wprowadzenie stanu

wojennego– sygnetariuszy PRON jak Naczelna Rada Adwokacka, Polski Związek Kynologiczny, Zrzeszenie Prawników Polskich, filateliści i wiele innych, materiał „nie poszedł”. Widoczna była niechęć redakcji do poruszania pewnych tematów (np.„nieprawidłowości” stanu wojennego). Czy wynikało to tylko z braku „żądzy zemsty”(copyright by sędzia Stępień) red. Michnika, czy powody były inne? Czyżby nie tylko Wałęsa, ale także Michnik pracował dla gen. Kiszczaka? (taką wydawało by się absurdalną tezę stawial Stefan Kisielewski).

Dziś wiemy więcej

Według źródła zbliżonego do kręgów dobrze poinformowanych, pierwsze numery gazety drukowane były w drukani MSW. Czy to gen. Kiszczak po rokowaniach okrągłego stołu założył „opozycyjną gazetę”? Byłby to niewątpliwie majstersztyk roboty agenturalnej – stworzenie „solidarnościowej” gazety, która zdobyła zaufanie milionów Polaków i trzymała ich mózgi w imadle przez następne 30 lat. Znając perfekcję działań socjotechnicznych sowietów, takiej możliwości nie można wykluczyć. Panowanie nad przestrzenią medialną kraju wystarcza do osiągnięcia celów politycznych bez konieczności stacjonowania wojsk. Wpływ wiodącej gazety na resztę sceny medialnej nie ulega wątpliwości. Odziaływanie “Wyborczej” było tym skuteczniejsze, że była to bardzo dobra gazeta publikująca wiele interesujących artykułów.

“Tygodnik Powszechny” i “Polityka” (organ KC PZPR) w PRL jednak się różniły. Obie redakcje przeszły „suchą stopą” do wolnej Polski i dołączyły do gazetowego chóru. Podobnie jak telewizje zaprzyjaźnione z Wajdą i pisma różnych właścicieli (niemieckich, nomenklaturowych) przemawiają teraz jednym, stugębnym Michnikiem. Nie twierdzę, że w PRL był większy pluralizm niż w III RP, ale pamiętamy, jak po Smoleńsku wszystkie media, jak na komendę Wydziału Prasy KC, przyjęły rosyjską wersję. Watpliwości miała tylko “Gazeta Polska” i “Nasz Dziennik”. Parasol ochronny Adama „odpieprzcie się od generała” Michnika nad „ludźmi honoru” umożliwił komunistom spokojne konsumowanie owoców transformacji, a z kolei koledzy gen. Kiszczaka i „rozgrzani sędziowie”(copyright by Komorowski) zapewniali „ochronę obiektu GW”. Przekonali się o tym ci, którzy mieli pecha znaleźć się w sporze prawnym z red. Michnikiem. „Negatywne treści na temat Adama Michnika redaktora naczelnego Gazety Wyborczej oraz wydawcy tej gazety Agory S.A. są sprzeczne z zasadami współżycia społecznego” tak orzekł 26 IX 2005 w pisemnym wyroku Wysoki Sąd w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej (sygn. III C 1225, sędzia przew. Agnieszka Matlak). Nic dziwnego, że historycy omijają Michnika i gazetę wielkim łukiem. Powstanie i błyskawiczny rozrost wielomiliardowego koncernu medialnego było czymś bez precedensu w dziejach świata. Można by się spodziewać licznych książek i doktoratów na ten temat. Powstała książka 1 (słownie: jedna), z której pochodzi większość cytatów w niniejszym tekście. Stanisław Remuszko był pierwszym dziennikarzem, który opisał fenomen GW i zadał niewygodne pytania. Na hucznie obchodzone 10- lecie gazety wydał „niepoprawną” książkę „Gazeta Wyborcza – początki i okolice”, totalnie zamilczaną przez media i recenzentów, wręcz ukrytą przed opinią publiczną. Autor próbował zamieszczać płatne ogłoszenia w gazetach. O tym jak ważny był to „obiekt” i jak szczelna „ochrona” świadczy fakt, że ŻADNA z gazet nie

zaryzykowała reklamy książki. Uparty Remuszko podał 10 gazet do sądu chcąc się dowiedzieć z jakich względów nie było możliwe zamieszczenie ogłoszeń. Przegrał wszystkie sprawy – zdaniem sądu redakcje nie mają obowiazku tłumaczenia faktu odmowy publikacji.

Przekształcenia własnościowe

„Obecni właściciele Agory Zb. Bujak, Al Paszyński i A. Wajda -zgodzili się na przekazanie większości udziałów osobom, które doprowadziły do powstania spółki i „Gazety”. Taką „wewnętrzną informację” dla pracowników GW (maj 1999r. – pracowało wtedy ok.100 osób) podpisana przez Helenę Łuczywo i Grzegorza Lindberga otrzymał St. Remuszko. Gdy zorientował się że GW nie jest ani opozycyjna ani tym bardziej solidarnościowa, a jej głównym zadaniem jest ocieplanie wizerunku komunistów i PRL-u, złożył wymówienie i odszedł z firmy za porozumieniem stron. Finansowo wiele stracił (wkrótce zaczęła się prywatyzacja), ale zachował cnotę. „W roku 1989 „Gazeta”- mając monopolweszła na rynek. Było to możliwe dzięki kontraktowi Okrągłego Stołu. Dekadę potem wpływowi ludzie „gazety” pobrali na własność akcje Agory (w przypadku niektórych osób o wartości kilkunastu i więcej mln dolarów)”. (R. Bugaj) „W momencie wejścia na giełdę Agory akcje otrzymało ok. 1600 pracowników, jednak 96 spośród nich, będących kluczowymi pracownikami firmy, posiada


KURIER WNET

5

W·I·E·L·K·O·P·O·L·S·K·A pakiety znacznie większe. Przypadło im w udziale ponad 19 mln akcji o wartości prawie mld zł.” (Rzeczpospolita) Bugaj podaje też nieco szczegółów: „W momencie przeprowadzenia operacji przekształcenia Spółki z o.o. Agora w Spółkę Akcyjną Agora (to była skomplikowana, wieloetapowa operacja z zakresu „inżynierii finansowej”) Gazeta była u szczytu swoich politycznych wpływów i pewnie dlatego prawie żadne medium (z publiczną TV na czele) nie ekscytowało się tym największym chyba uwłaszczeniem III RP. (…) Zasada rozdziału akcji była inna niż przy prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw, gdzie znaczenie rozstrzygające ma staż pracy. W Agorze liczyły się zasługi (które „zasłużeni” sami określali) i dlatego najważniejsi (Niemczycki, Łuczywo i Rapaczyńska, Rawicz, Pacewicz, Blumsztajn, Skalski i szereg innych) otrzymują (w zbywalnych akcjach) majątek wart – w skrajnych przypadkach – dziesiątki milionów.” Mniej więcej w tym samym czasie „Gazeta” ostro wystąpiła przeciw projektowi AWS-u niewielkiej zapomogi dla solidarnościowców znajdujących się w trudnej sytuacji materialnej („nie walczyliśmy dla pieniędzy”). Dziwną słabość do Agory mieli nie tylko komuniści, ale także posłowie niekomunistycznego w większości sejmu. Wniesiono projekt zmian do ustawy o podatkach, który zwalniał od opodatkowania dochody ze sprzedaży akcji. Ulga obowiązywała tylko do 2003 roku i była przywilejem dla bardzo wąskiej grupy. Przez przypadek (?)”załapywali się” na nią akcjonariusze Agory. Posłowie się szybko zorientowali i uchwalili nowelizację, którą zakwestionował... prezydent Kwaśniewski kierując sprawę do Trybunału Konstytucyjnego. Trybunał nowelizację uchylił. Dzięki całej akcji ludzie Agory mogli zaoszczędzić do 600 mln zł. „GW jest najpotężniejszym i najbardziej wpływowym medium w Polsce. Takim nadwiślańskim „New York Timesem”. Pismem owianym mgłą tajemnicy, powstałym w nie do końca jasnych okolicznościach, za publiczne pieniądze. Imperium Agory jest gigantem, który do dziś utrzymuje w sekrecie swą strukturę organizacyjną i nazwiska właścicieli.” (St. Remuszko).

I

stniejąca od 20 lat ustawa, przyznać trzeba, jako tako łagodziła zarzewia konfliktu między katolikami a ateistami. Po co rozdrapywać tak drażliwą sprawę, skoro polityczne wahadło w tej kwestii prawie że w miejscu stało. Wychylone w jedną stronę – z równą siłą odbija w drugą, angażując czas i siły rządu, tak potrzebne do naprawy narosłych nieprawości i niesprawiedliwości. A diabelski przeciwnik wcale nie tak mocno osłabł. Przez 44 lata ukształtował dwa

Sprawstwo kierownicze „błędów i wypaczeń” III RP

„Prezydent Aleksander Kwaśniewski nazwał naszą „Gazetę” jedną z najwazniejszych instytucji w Polsce, a ks. prof. Michał Czajkowski poświęcił nowy budynek. Świętowaliśmy razem z 600 najznamienitszymi gośćmi. Tylu wybitnych ludzi ze świata polityki, kultury i biznesu zgromadziło się na warszawskim Mokotowie przy ulicy Czerskiej” (GW 3.03.02 A. Kublik) Jednak poświęcenie nowej siedziby przez grzesznego kapłana – TW „Jankowskiego” nie odstraszyło złego od panoszenia się w budynku. Autor książki „Kościół Wyborczej” Artur Dmochowski przeanalizował 40 tys. numerów gazety i nie znalazł ani jednego bez treści antykościelnych. Michnik pochyla się z troską nad polskim Kościołem, ale jego „bitwa o Kościół” to faktycznie bitwa o Polskę, gdyż, jak sam mówił „jaki będzie polski Kościół taka będzie Polska”. Tak się jednak dziwnie składa, że Michnikowe postulaty (reformy, „otwartość”, sprawa celibatu itp.) są identyczne z wytycznymi KGB i IV Wydziału SB (tego od walki z Kościołem). Narody porażone przez komunizm wszędzie borykają się z podobnymi problemami. Jednak przezwyciężanie skutków sowieckiego systemu chyba lepiej wychodzi tam, gdzie nie było opozycyjnej (?) gazety powołanej z błogosławieństwem komunistów. W innych krajach naszego regionu jednak udało się odsunąć osoby skompromitowane od ważnych stanowisk, oczyścić uczelnie z pseudonaukowców czy zbudować tajne służby bez komunistycznych „fachowców”. Wielkie zaangażowanie „Gazety”

całego libertyńsko-globalistycznego świata – ta nowa ustawa aborcyjna, trybunał, korporacje biznesowe i tęczowa ulica – rozłożą nasz rząd. Wraz z nim ległoby w gruzach więcej i bardziej niezbędnych ozdrowieńczych projektów. Na radykalne – gwałtowne nawet wobec sejmu posunięcia – mógł pozwolić sobie Piłsudski, ale on miał za sobą rozkochaną w nim dużą część narodu, no i legionistów gotowych za niego oddać życie. A na ilu zwolenników, co w sercach Polskę mają, moż-

przeciw dekomunizacji i lustracji przyniosło wymierną korzyść komunistom pozwalając zachować im pozycję w ważnych dziedzinach życia gospodarczego i społecznego, w sądownictwie, na uczelniach, w kulturze. „Ja z całym przekonaniem występowałem przeciwko dekomunizacji, przeciwko czystkom, przeciwko dyskryminacji jakiejkolwiek kategorii obywateli pod względem ideologicznym” mówił Michnik w 1993 r. I teraz niedyskryminowani sędziowie rodem z PZPR, sprawnie wykorzystują Trybunał Konstytucyjny – narzędzie, które utworzyli w 1985 roku przewidujący „ojcowie – założyciele” III RP przygotowując się do „przekazania władzy”. Taki Trybunał uniemożliwił lustrację jako „sprzeczną z prawami człowieka”. Tylko kuriozalnym pozorem lustracji jest obowiązek dostarczania „świadectwa moralności” z IPN. Ponieważ nagannym jest nie współpraca, lecz jej zatajenie („kłamstwo lustracyjne”), „czystki” nie grożą konfidentom, którzy się przyznają. Wyposażeni w „prawa człowieka” mogą spokojnie stanowić prawo, wydawać wyroki, czy wykładać na uczelniach... „Dyskryminacja” i „czystki” ominęły także prawników. Kluczowym elementem komunistycznego aparatu represji było sądownictwo,

w stanie „poświęcić dla Ojczyzny tylko krew miesiączkową” i uważają Polskę za „brzydką starą pannę bez posagu”. Jeszcze w 2008 roku 71 % ludzi deklarowało gotowość do oddania życia za Ojczyznę, w 2014 już tylko 19 %...Te dane prawdopodobnie są z uwagą śledzone przez analityków wojskowych państw trzecich. Dziwacznym elementem inżynierii społecznej „Gazety” jest wytwarzanie niskiej samooceny Polaków, swoistej „pedagogiki wstydu”. Inne, równie „postępowe” gazety na świecie, nie ksztaltują w ten sposób swoich czytelników. Jaki cel ma wytwarzanie kompleksu niższości u Polaków? Czy może mieć związek z absurdalnymi roszczeniami pewnego amerykańskiego środowiska do odszkodowań za mienie Żydów – obywateli polskich z terenów przedwojennej Polski? Dlaczego dziennikarze „Gazety” angażują się bezpośrednio w działania dyskredytujące Polskę i godzące w jej wizerunek – czy chodzi o to, by „rozmiękczyć przed oskubaniem”? Gdyby znakomici dziennikarze pochodzenia żydowskiego, liczni w środowisku GW zechcieli się wypowiedzieć w obronie dobrego imienia Polski, to ich głos mógły być szczególnie słyszalny. Przecież wiedzą, że oskarżenia Polaków o udział w holokauście jest

oszczerców piszących o”polskich komorach gazowych”. Społeczeństwo polskie jest dramatycznie podzielone. Są twarde dowody na to, że profesjonalni prowokatorzy byli zarówno wśród „obrońców krzyża” jak i wesołej młodzieży sikającej na znicze. Czyli, że ten podział był skutecznie wygenerowany i rozdmuchiwany. Logicznym wydaje się wniosek o zewnętrznej inspiracji tych działań.

Uwagi na koniec

które wbrew nadziejom żałosnego prof. Strzembosza nie „oczyściło się”. Złogi komunistyczne wręcz się zreplikowały w wielopokoleniowych klanach prawniczych. Nic dziwnego, że sprawcy komunistycznych zbrodni z lat 1945 – 1990 uniknęli nieprzyjemności i „dyskryminacji”. Energicznie zwalczając „polski nacjonalizm”(szeroko pojęty) i budując „społeczeństwo otwarte” Gazeta Wyborcza wytworzyła rzeszę „Europejczyków polskojęzycznych” – wstydzących się swej narodowości, gardzących naszą historią wyznawców nowego „internacjonalizmu proletariackiego”. Ci ludzie są

krzywdzący i nieprawdziwy (jakoś nikt nie oskarża o holokaust i nie żąda rozliczeń od sojuszników III Rzeszy – Litwinów, Łotyszy, Słowaków, Rumunów, Węgrów, Bułgarów, Ukraińców).Wprawdzie Michnik mówił, że „nie w pełni podziela poglądy mego przyjaciela Janka Grossa”, ale wydaje się, że mógłby uczynić znacznie więcej jako osoba niezmiernie ustosunkowana i mająca liczne kontakty w opiniotwórczych środowiskach Zachodu. Zamiast perorować na łamach rosyjskiej gazety o „wrodzonych fobiach antyrosyjskich Polaków” (fakt szeroko cytowany), mógłby np. potępić

Zamiast pogłębiać podziały, środowisko „Wyborczej” mogłoby zrobić naprawdę dużo na rzecz porozumienia. W końcu jako „ludzie dialogu” (dialog z komunistami wyszedł im naprawdę dobrze) mogliby spróbować zrozumieć racje tych „braci mniejszych”, nie tak młodych, pięknych i bogatych. Zjawiskiem, które trudno wytłumaczyć bez uciekania się do teorii spiskowych, jest fakt, że 75 % mediów na świecie jest lewicowych, podczas gdy ilość ludzi o poglądach „postępowych” i tradycjonalistów rozkłada się mniej więcej po połowie. Kultura i sztuka zostały zawłaszczona przez środowiska lewicowe w jeszcze większym stopniu, gdyż tylko lewica wytworzyła mechanizmy generowania i promowania artystów propagujących miłe jej treści. „Gazeta” jako mecenas kultury ma wielki wpływ na życie kulturalne kraju, a widać to najbardziej w dziedzinie teatru. Sceny kopulacji z czaszkami to cena jaką muszą płacić widzowie za lewicową dominację w kulturze. Oto propozycje repertuarowe wszystkich dwóch

uszkodzony? Przecież np. zespół Downa można uznać, że nie jest poważnym uszkodzeniem, a takie płody masowo się niszczy. Wiele matek dzięki takim dzieciom twierdzi, że doświadcza od nich miłości prawdziwie czystej, wzbudzając w zamian – swą do głębi miłosierną. W przedrewolucyjnej Rosji odbiegający od normy ludzie uznawani byli za bożych posłańców i uważnie wsłuchiwano się w to co mówią. Czyżbyśmy w cywilizacyjnym rozwoju cofnęli się do zwierzęcych za-

z dobrostanu – skraca życie. No i już mamy dowolność. W tym miejscu nie mogę oprzeć się pokusie, by wspomnieć moją śp. babcię, która w 1907 roku zmarła w czasie ciężkiego porodu, bo lekarz mając do wyboru ratować życie noworodka lub matki – za jej zgodą, zdecydował ratować nowe życie (ponoć też zgodnie z ówczesną doktryną kościelną). Babcia zmarła, ale dzięki takiej decyzji – ja dziś wspominam, jak dzielne były i jak wiele ryzykowały kobiety.

w operacjach aborcyjnych, jeśli pacjentka ma inną możliwość. Trochę trudniej, ale zawsze ma taką, bo zawsze znajdzie się zespół pazernych łapiduchów o zatwardziałych sumieniach i niepomnych przysięgi Hipokratesa. Z drugiej zaś strony karanie matek za pozbywanie się płodu jest beznadziejne. Mają wolną wolę i zrobią, co postanowią, jeśli ksiądz, ani otoczenie nie poruszą sumień. Dopóki dziecko jest w kobiecie – ona o nim i za niego decyduje. Niby rodzicem jest też męż-

Autor książki „Kościół Wyborczej” Artur Dmochowski przeanalizował 40 tys. numerów gazety i nie znalazł ani jednego bez treści antykościelnych.

poznańskich teatrów: „Ene due rike FAKE”, „Vagina dentata” (uzębiona) oraz „Kwaśne mleko” reklamowane afiszem z rozkraczoną kobietą. W grudniu 1961 r. na krótkim, jednodniowym zjeździe Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego przyjęto jej III -ci program. W miejsce brutalnych represji jako podstawowej metody pracy nad społeczeństwem, wprowadzono znacznie efektywniejsze oddziaływanie bezpośrednio na mózgi za pomocą mediów. Zmiany przyniosły rewelacyjne efekty. Wieloletnia praca GW nad mózgami Polaków przyniósła widoczne rezultaty. Opinia publiczna w Polsce przyjęła jako rzecz normalną fakt szkolenia Państwowej Komisji Wyborczej w Moskwie–”stolicy światowej demokracji”, Także oficjalna współpraca rosyjskiej FSB ze Służbą Kontrwywiadu Wojskowego nie budziła wątpliwości. Mało kogo dziwi, że sędziowie, w przeszłości działacze partii komunistycznej, perorują o „demokracji i jej fundamencie – niezawisłym sądownictwie”. Nie szokuje idiotyzmem scena z filmu, gdzie katolicki motłoch podpala Stuhra ukrzyżowanego na drzwiach stodoły. Poważni ludzie, często z wykształceniem ponadpodstawowym, są w stanie uwierzyć, że upadek samolotu z 15 m na grząski grunt spowodował jego rozpad na 60 tys. części, a gen. Kiszczak składował w domu stosy fałszywych papierów itp. Nie ma właściwie dziedziny życia wolnej od wpływu gazety „ludzi postępu”. Gazeta Wyborcza, choć formalnie solidarnościowej proweniencji, daleko odeszła od ideałów Solidarności. Nie będzie przesadą twierdzenie, że była akuszerem wielu patologii III RP. Rozkwit „aferalności” był wynikiem „pogody dla bogaczy” i „zoologicznego”(copyright by Michnik) liberalizmu opiniotwórczej gazety. Związek między atomizacją społeczeństwa, a kultem indywidualizmu i niechęcią do wszelkiej wspólnotowości, też nie ulega wątpliwości. Jak to się stało, że wąska grupa ludzi bez żadnego demokratycznego mandatu, uzyskała przeogromny, trudny do przecenienia wpływ na losy Polski? Czy to robota diabła z Czerskiej, który hula po kraju? K

szczątki kości żołnierza wyklętego, ale choć tak, jak bezdomnego człowieka... Ludzie o laickim, pragmatycznym światopoglądzie z pogardą wyrażają się o początku życia człowieka, używając nazwy zygota. Paradoksalnie to właśnie po stronie nauki, a nie wiary, leży głębsze uzasadnienie, że komórka powstała z połączenia gamety żeńskiej i męskiej, to już człowiek. Zdeterminowany jest nie tylko kolor oczu i skóry, ale wszystkie cechy, wady i zalety budowy ciała oraz procesów przemiany

Aborcja – trudny do zgodnego rozstrzygnięcia problem. Idealny temat, by skłócać i dzielić naród. Woda na młyn politykierom dla nieustającej walki o władzę. Gra na uczuciach Polaków – szczególnie przecież podatnych na emocje.

Perspektywa aborcyjnych przepychanek Antoni Ścieszka pokolenia cynicznych koniunkturalistów zaciekle i bezwzględnie broniących raz zdobytego (z obcą pomocą) koryta. Trzeba mieć na uwadze, że rząd Olszewskiego wysadzony został po niespełna roku; rząd Kaczyńskiego rozbity po dwu latach; prezydentura jego brata nie dotrwała końca kadencji, pętana cały czas przez podstępnego Donalda. I oto mamy wreszcie rząd mający okazję trwać dłużej i zdziałać więcej, jeśli mądrze, skutecznie, energicznie, ale nie gwałtownie poczynać z opozycją będzie. Zarzucają, że Kaczyński obiecywał nową ustawę chroniącą życie. Ponaglanie (idące nawet z własnych szeregów) sprawić może, że przy wsparciu

na liczyć? Na jakich to „legionistów PRL-u” można polegać, że puczu nie wywołają, gdy im się kiesy przytnie, przekręty ujawni lub choćby wątpliwą chwałę odbierze? Kaczyński na pytanie: jaki program reprezentuje – nie może pozwolić sobie odpowiedzieć w stylu jak ongiś Piłsudski : „program? – najprostszy z możliwych! – bić kurwy i złodziei mości hrabio”. Wracając do sprawy – dotychczasowa ustawa na tle podobnych w Europie jest ponoć jedną z trzech (wespół z irlandzką i maltańską) najbardziej „pro life”. Zamiast ją obalać i jakąś nową zastępować, można uściślić jej nieostre zapisy. I tak np. co należy uważać za płód poważnie

chowań nakazujących atak na każdego osobnika od normy odbiegającego? Śmiało można twierdzić, że każdy geniusz odbiega od normy i że właśnie dzięki poszanowaniu inności, ludzkość w odróżnieniu od zwierząt, nie drepcze w miejscu. Uszczegółówmy też, mogący być różnie interpretowanym, zapis, że płód można zniszczyć, gdy zagraża życiu matki. Zagrożenie zdrowia (w szerszym rozumieniu) można uznać za zagrożenie życia. W takim razie prawo do zabicia poczętego dziecka uzyskuje 13-sto letnia matka. Idąc dalej – każda matka może uważać, że np. osłabienie kości na rzecz dziecka naraża ją na reumatyzm, a wytrącając

Niechby i gwałt został powodem do usuwania (eufemizm) ciąży. Ale niech matka wykaże, że z jej strony nie było lekkomyślnej prowokacji, że była to zwyrodnialcza seksualna napaść, a nie akt, który w jej aktualnej ocenie przebiegał nie tak, jak sobie wyobrażała. Przypuszczam, że znacznie spadłaby liczba aborcji tą przyczyną uzasadniana. Słusznie i na czasie w miejsce restrykcji, premier Beata Szydło proponuje program pomocy matkom decydujących się bronić życia swych niepełnosprawnych dzieci. Zmniejszeniu liczby aborcji służyłoby danie obsłudze medycznej prawa do odmowy uczestniczenia

czyzna, ale przecież nie nosi, nie karmi swym ciałem i nie rodzi. Może tylko namawiać – tak, albo inaczej. Państwo poprzez swój aparat prawny może dbać o życie dziecka dopiero wtedy, gdy ono stanie się jego obywatelem, a więc od momentu przyjścia na świat. Za zabójstwo w świetle prawa można uznać przyczynienie się do śmierci noworodka, który zaczął oddychać. Definitywnie i stanowczo należy rozstrzygnąć spór – czy płód jest człowiekiem, czy też dopiero po kilku (ilu?) miesiącach życia płodowego za takowego może być uważany i traktowany. Pośmiertnie do kanału spuszczony, czy z szacunkiem pochowany. No, może nie tak zasłużenie jak

materii, W momencie zapłodnienia decyduje się temperament, a nawet inteligencja. Wskaźnik IQ nie zmienia się w ciągu życia. Można najwyżej poćwiczyć rozwiązywanie testów, ale z niewielkim skutkiem. Nawet u podłoża charakteru i uzdolnień, wzrostu oraz rozwoju (dojrzewania i starzenia) leżą uwarunkowania genetyczne, zaprogramowane jednako, według z góry ustalonego planu, w każdej komórce ciała. Zarodek to cud natury, który można nazwać człowiekiem, bo każda komórka ma to samo DNA, jak wszystkie potem z niej powstałe. Podobnie jak złotem (tak samo!) nazywa się sztabkę złota, jak i każdą jego drobinkę. K


KURIER WNET

6

W·I·E·L·K·O·P·O·L·S·K·A

Klasztor jesienią

FOT. S. M. SZA JKOWSKA (2)

W jeden z ostatnich ciepłych dni września tego roku wybrałem się z babcią i ojcem do Ostrzeszowa. Właśnie wróciłem z wakacyjnej wyprawy do pracy w Holandii i potrzebowałem paru dni odpoczynku. Przyjechaliśmy z tatą do babci, a że potrzebowała załatwić jakieś sprawy w tym starym wielkopolskim grodzie – pojechaliśmy razem.

Orzeł w ostrzeszowskiej krypcie Radosław Adler Niespodziewanie ciekawa wycieczka Trochę przypadkiem zaczęliśmy zwiedzać miasto. Pierwszym celem stała się niedawno otwarta dla turystów nowa, multimedialna ekspozycja w baszcie zamku kazimierzowskiego. Tam dowiedzieliśmy się od Mirosławy Rzepeckiej, oprowadzającej turystów kierowniczki Muzeum Regionalnego w Ostrzeszowie, iż jest również możliwość zwiedzenia tak zwanego: „klasztoru na górce”, czyli Domu Niepokalanego Serca Maryi w Ostrzeszowie. Jest to stary, pobernardyński klasztor, którego obecnymi lokatorkami są Siostry Nazaretanki. Położony na uboczu klasztor stał się następnym celem naszej niespodziewanej wycieczki. Podwiózł nas znajomy z Ostrzeszowa, pan Tadeusz Rojkiewicz, mający w klasztorze swoje kontakty. Sam budynek klasztoru i kościoła wygląda dość monumentalnie i masywnie, mimo iż nie widać po nim jego wieku. Historia klasztoru sięga aż 1629 roku, kiedy to szlachta Ziemi Ostrzeszowskiej zdecydowała o założeniu klasztoru dla bernardynów i otrzymała na to zgodę od króla Władysława IV Wazy. Oprowadzaniem turystów zajmuje się w klasztorze siostra Agata, która zaproponowała rozpoczęcie zwiedzania od krypt, w których kiedyś chowano zmarłych bernardynów. Wśród barokowych fresków i malowideł przypominających o śmierci – m.in. cyklu miniatur tzw. tańca śmierci, znanego we Francji jako danse macabre, a w niemieckim kręgu kulturowym jako totentanz – moją uwagę na jednym z bocznych filarów przykuł malunek niepasujący do całej reszty i niewątpliwie zdecydowanie młodszy.

Piastowski orzeł w klasztornej krypcie Był to wizerunek głowy orła w koronie, otoczony złotym laurem, z umieszczoną na dole datą: 1910. Z tabliczki obok oraz informacji oprowadzającej nas siostry wynikało, iż ów orzeł został namalowany przez Józefa Rapióra – ucznia w zakładzie mistrza malarskiego Klemensa Sarnowskiego, jego szkolnego kolegi Romana Małyszki i piekarza Władysława Liebnera. Wszyscy trzej mieli wtedy może 16 do 18 lat, żyli w zaborze pruskim, 115 lat od utraty przez Polskę niepodległości. Nie mieli pojęcia, jak wyglądał ich kraj przed rozbiorami oraz jak to jest żyć w wolnym i niepodległym państwie. Co prawda orzeł z podziemi klasztoru nie miał przedstawiać godła Polski,

a herb Ostrzeszowa z okresu sprzed zaborów (wizerunek z 1785 r., z czasów stanisławowskich, znany ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie), lecz patriotyczne motywy autorów były raczej oczywiste. W okresie zaboru pruskiego Niemcy nie tylko zmienili nazwę Ostrzeszowa na Schildberg, ale i białego orła piastowskiego w herbie miasta zastąpili czarnym z literami FR, czyli Friedrich Rex, król Fryderyk. Ówczesnym rajcom miejskim chodziło oczywiście o największego w XVIII w. rozbójnika wśród europejskich królów, Fryderyka II z rodu Hohenzollernów,

zwanego przez niektórych Wielkim. Choć młodzi ludzie ukryli swe dzieło ze względu na represje, jakie mogły ze strony władz pruskich spotkać ich samych oraz ich rodziny, to wykazali się niebywałą odwagą, mimo wszystko je tworząc. Możliwe, że motywacją oraz okazją do namalowania orła przez młodych ostrzeszowian było pięćsetlecie zwycięstwa nad Krzyżakami pod Grunwaldem. W tym czasie mieszkający w Poznaniu polski kompozytor Feliks Nowowiejski do słów Marii Konopnickiej skomponował melodię do najbardziej patriotycznej po hymnie polskiej pieśni – „Roty”. W Krakowie natomiast mieszkańcy wszystkich trzech zaborów, w tym z gniazd sokolich w Wielkopolsce, spotkali się pod odsłoniętym właśnie Pomnikiem Grunwaldzkim i „Rotę” w wielotysięcznym chórze odśpiewali…

Po prostu młodzi patrioci Nie wiadomo, czy twórcy „ostrzeszowskiego Orła” byli zrzeszeni w jakiejś organizacji, lecz w latach tych na terenie zaboru pruskiego działały już ogniska Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Pod jego skrzydłami na terenie Wielkopolski powstało harcerstwo, którego pierwszą drużynę w Ostrzeszowie założono cztery lata po

wymalowaniu stanisławowskiego orła w podziemiach klasztoru bernardynów. Kto wie, może w tym miejscu, „przed orłem”, młodzi ostrzeszowianie składali tuż przed I wojną światową swoje ślubowania sokole i pierwsze przyrzeczenia harcerskie? Rapiór, Małyszka i Liebner byli po prostu młodymi ludźmi pełnymi wiary, odwagi i nadziei, iż ów orzeł wróci kiedyś do herbu Ostrzeszowa, który będzie już polskim miastem. Jak potoczyły się ich losy po tym, gdy namalowali orła w krypcie „klasztorku na górce”? Trudno powiedzieć coś

Powiatowy w Rawiczu. Czy był to ten sam Józef Rapiór, który podpisał się pod orłem? Coś pewniejszego wiadomo o trzecim z nich: malarz r. Małyszka z Ostrzeszowa podczas regionalnej wystawy rolniczo-przemysłowej powiatu kępińskiego, zorganizowanej w Ostrzeszowie od 12 do 15 sierpnia 1934 r., prezentował „obrazy własne”. Jednak, jak wynika ze wspomnień harcmistrza Stanisława Stawskiego, komendanta ostrzeszowskiego hufca Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej, który jeszcze w latach 50. XX wieku przeprowadził z nim wywiad, malarz

Orzeł w Kryptach

pewnego, jednak Władysław Liebner ze wsi „Kochłowy w powiecie kępińskim” z 39 rezerwowego pułku piechoty został odnotowany jako ranny na liście niemieckich strat w „Dzienniku Poznańskim” z 1914 r. (10. 18 r. 56 nr 240, s. 6). Niejaki Józef Rapiór, mistrz kowalski, wraz z żoną Teodorą z domu Stachowiak, zamieszkały w Ostrobudkach, powiat Rawicz, „umową małżeńską z dnia 22 czerwca 1928 r. ustanowili ogólną wspólność majątkową według ustawy cywilnej”, o czym w numerze 36 „Poznańskiego Dziennika Wojewódzkiego” z 8 września 1928 r. powiadomił pod datą 30 lipca 1928 r. Sąd

pokojowy r. Małyszka był zmuszony w latach międzywojennych wyjeżdżać za pracą do Niemiec… Być może więcej mógłby opowiedzieć prawie stuletni mieszkaniec Ostrzeszowa, pan Cieplik, „od zawsze” mieszkający w domu przy kazimierzowskiej baszcie. Trzeba by jednak nagrać jego wspomnienia, bo nie chce ich spisywać… Głowa orła została zapomniana na prawie sto lat. Latem 2009 roku, podczas zorganizowanego przez siostry nazaretanki festynu, współczesny ostrzeszowski artysta, pan Tadeusz Kuta, wystawiał swoje prace w podziemiach klasztoru. To on odkrył to

jakże cenne znalezisko. Na pobliskich filarach oprócz orła znalazł ornament złożony z liter JR (Józef Rapiór) udekorowany kwiatami. O tym, jak cenne jest to malowidło dla młodych ostrzeszowian, świadczy fakt, że gdy krótko przed tragedią smoleńską „klasztorek na górce” odwiedziła żona ostatniego prezydenta II RP na uchodźstwie – Karolina Kaczorowska, harcerze uczestniczący w oprowadzaniu jej po budynku prosili, by pokazać jej również „ich orła ostrzeszowskiego”…

Moda na nowy patriotyzm Zostawmy jednak na moment „orła z Ostrzeszowa” i przenieśmy się do współczesnej Polski. Od paru lat widać u nas rosnącą modę na patriotyzm oraz na poglądy narodowe. Pojawiają się nowe firmy oferujące „odzież patriotyczną”, np. koszulki, bluzy, spodnie i czapki z symbolami Polski Walczącej oraz z wizerunkami powstańców warszawskich, wielkopolskich czy śląskich, a raperzy nagrywają utwory gloryfikujące polskich bohaterów Armii Krajowej i Żołnierzy Wyklętych. Akcje tego typu przywróciły pamięć wielu zapomnianym polskim bohaterom, takim jak rotmistrz Witold Pilecki, Danuta „Inka” Siedzikówna czy generał August Emil Fieldorf „Nil”. Natomiast pieniądze zbierane przez kibiców poszczególnych klubów piłkarskich lub lokalne organizacje patriotyczne pozwoliły na renowację wielu pomników upamiętniających polską historię oraz grobów nieznanych żołnierzy. Można by więc powiedzieć, iż „moda na patriotyzm” stała się pozytywnym zjawiskiem… Niestety nie jest tak do końca. Niejednokrotnie przeglądając facebookowe fanpage’e bądź grupy o tematyce politycznej możemy natknąć się na prawdziwe wojny w komentarzach. Wczytując się w nie, widzimy, przykładowo, opinie osób reprezentujących bardziej lewicowe poglądy. Niestety komentarze do tych opinii wołają o pomstę do nieba. Często składają się one ze znacznej ilości wulgaryzmów oraz epitetów, które nie mają nic wspólnego z normalną dyskusją. Z ciekawości wchodzę na profile osób dodających najbardziej wulgarne, obraźliwe i bezsensowne komentarze. To, co na nich znajduję, również nie napawa radością. Na zdjęciu profilowym dostrzegam młodego człowieka, ogolonego na łyso i odzianego w t-shirt jednej z firm oferujących „odzież patriotyczną”, o których wspomniałem wcześniej. Natomiast „zdjęcie w tle” przedstawia wizerunek Romana Dmowskiego oraz

cytat jego wypowiedzi „Jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie”. Czym wobec tego dla takiej osoby są owe obowiązki? Internetową walką z „lewakami”? Skoro tak, nie da się odpowiadać im logicznymi i spójnymi argumentami? Trzeba do tego używać języka rodem z rynsztoka? I czy Roman Dmowski byłby dumny z poziomu, jaki prezentują ludzie uważający go za autorytet? Szczerze wątpię. Oczywiście, istnieje też znaczna liczba osób wypowiadających się kulturalnie i rzetelnie, lecz mimo wszystko wypowiedzi pseudonarodowców skutecznie wyrabiają negatywny wizerunek młodego, polskiego patrioty w Internecie. Inną sprawą pozostaje częsty brak wiedzy. Ludzie uważający się za patriotów lub nacjonalistów często nie znają ważniejszych dat w historii Polski, oprócz 15 lipca 1410 r., 11 listopada 1918 r. czy 1 września 1939 r. Ich wiedza ogranicza się tylko do tego, co usłyszeli od paru raperów bądź przeczytali przypadkowo w Internecie na stronach prawicowych.

Jak wyrażać miłość do Ojczyzny? Ostatnią kwestią jest zachowanie tej nielicznej, lecz mimo wszystko najgłośniejszej grupy pseudopatriotów podczas różnych patriotycznych imprez masowych. Na przykład podczas Marszów Niepodległości zawsze znajdzie się grupa prowokatorów oraz osoby, które im ulegają, ponieważ swoją „miłość do Ojczyzny” potrafią wyrazić tylko poprzez demolowanie własnej stolicy. Zdecydowanie bardziej cieszy mnie to, że cała masa ludzi nie daje się prowokować i spokojnie demonstruje swą patriotyczną postawę, maszerując pod ojczystą flagą oraz śpiewając patriotyczne pieśni. Co jest przyczyną takiego stanu rzeczy? Dlaczego ta mała część ludzi po prostu niszczy miano patrioty, czy narodowca poprzez podszywanie się pod nie? Sądzę, że odpowiedzialna za te zjawisko jest owa „moda”. Z jednej strony spowodowała u części młodych ludzi zainteresowanie tematami związanymi z Polską i jej historią. Z drugiej jednak została wykorzystana przez innych do przypodobania się rówieśnikom, jak to często z modami bywa. Dlatego – chociaż nie mieszkam w Wielkopolsce, ale na Górnym Śląsku – uważam, że trzej żyjący ponad sto lat temu młodzi ostrzeszowianie mogą być wzorem dla dzisiejszych patriotów oraz narodowców. Miłość do Ojczyzny powinna być rzeczą naturalną, a nie powodem do lansowania się wśród znajomych. K


KURIER WNET

7

W·I·E·L·K·O·P·O·L·S·K·A

P

o 1989 roku, państwo polskie nie wspierało rodzimych wydawców, choć przecież w Europie to norma. Repolonizacja mediów, o której tak się ostatnio dużo mówi, napawa ogromną nadzieją zarówno polskich wydawców jak i czytelników. Zagraniczne koncerny od wielu lat poprzez własne media wpływają na sposób postrzegania przez społeczeństwo wydarzeń historycznych i bieżących. I mam tu na myśli bardzo szerokie spektrum narzędzi niszczących: od podejmowanej tematyki, która uderza w naszą tożsamość narodową, przez prymitywny język i komiksowy przekaz informacji w tabloidach, a kończąc na manipulacjach. To realia walki konkurencyjnej takich gazet, jak nasz Głos Wolsztyński.

Od 26 lat, w Wolsztynie wydawany jest dwutygodnik Głos Wolsztyński, którego wydawcą i redaktorem naczelnym jest Anna Grudziecka – Domagalska. Chcę dziś przedstawić i pismo i jego historię. Historię walki o wolność i niezależność niewielkiej, lokalnej gazety.

Swoją historię spisujemy sami Wysłuchała i spisała Aleksandra Tabaczyńska

Udało nam się nie zawieść czytelników. Wiele razy interweniowaliśmy, widząc ich fatalne warunki mieszkaniowe, czy problemy ludzi chorych. Często zastanawiam się, jak udało nam się przetrwać bez dotacji, czy funduszy.

Początki w transformacji Uważam, że redaktor naczelna walczy piórem o prawdę, w myśl zasady, że swoją historię trzeba opowiadać samemu. Inaczej opowie ją ktoś obcy i może się okazać, że to już inna historia. Jaka jest więc historia Głosu Wolsztyńskiego? Nasze pismo ukazuje się od 21 marca 1990 roku. Nie chciałam być obojętna, na wydarzenia w kraju. Uważałam, że trzeba włączyć się w przemiany zachodzące także na wolsztyńskiej ziemi. W pierwszym numerze Głosu skierowaliśmy do czytelników takie oto słowa. „Pragniemy, aby nasze pismo propagowało najwartościowsze idee, które niesie czas… Pragniemy, aby wyzwoliło ludzką inicjatywę i przyczyniło się do zacieśnienia więzi międzyludzkich. Dzięki temu gazeta może stać się zaczynem zmian, które na Ziemi Wolsztyńskiej powinny nastąpić.” Dziś z satysfakcją stwierdzam, że to się udało. Swoją pracę dziennikarską pojmowaliśmy jako służbę mieszkańcom. Jednak głównym celem było nie tyle punktowanie i krytykowanie poszczególnych działań samorządu, ale wskazywanie i promowanie dobra. Od początku naszej pracy redakcyjnej przedstawiliśmy plan, co naszym zdaniem w Wolsztynie powinno się zmienić. Wolsztyn leży nad dwoma jeziorami: Wolsztyńskim i Berzyńskim. Zależało nam na ich oczyszczeniu i uatrakcyjnieniu tego terenu. Pisaliśmy więc o konieczności budowy kanalizacji, gazyfikacji, telefonizacji. Zorganizowaliśmy konkurs na najpiękniejszy balkon i ogródek przydomowy pod hasłem „Podajmy sobie zielone ręce”. Naszą inicjatywę podjęli mieszkańcy miasta. Konkurs już się nie odbywa, ale Wolsztyn stał się miastem kwiatów. Z satysfakcją możemy powiedzieć, że walka piórem o ścieżki rowerowe wokół jeziora, o odnowienie pałacu, parku, budowę basenu opłaciła się. Samorząd zrealizował to, o czym w 90-tych latach pisaliśmy. Warto też dodać, że samorządowcy, choć zmieniali się w kolejnych kadencjach, kontynuowali rozpoczęte

W redakcji

działania poprzedników. Zawsze podkreślałam, że można mieć pomysły, ale ktoś musi je zrealizować.

Historia jest najważniejsza Ważną pozycję w Głosie Wolsztyńskim miała historia, a zwłaszcza ta zakłamywana albo jeszcze nie opisana. Już w numerze trzecim w 1990 roku opublikowałam rozmowę z Janem Wosiem, żołnierzem ZWZ i WiN-u z Wielkopolskiej Samodzielnej Grupy Ochotniczej „Warta”. Był dowódcą obwodu wolsztyńskiego tej organizacji. Przed 1989 roku, w gazetach regionalnych pisało się wyłącznie o „bandzie Wosia”. Po upadku systemu komunistycznego powierzono mu funkcję przewodniczącego Komitetu Obywatelskiego w Wolsztynie, a w wyniku pierwszych wolnych wyborów samorządowych został burmistrzem Wolsztyna. Publikowaliśmy także historie ludzi, którzy wcześniej nie mogli jej opowiedzieć. Często zgłaszali się sami, by przekazać nam niezwykłe wydarzenia. Pewnego dnia w latach 90-tych przyszedł do mnie, do domu, nieznany mi mężczyzna. Zapytał, czy wiem, że na UB w Wolsztynie zamordowano ludzi. Powiedział,

że podczas budowy gmachu milicji znaleziono szczątki ludzkie i potajemnie pochowano je w Jabłonnej. Prosił, abym o tym nie pisała. Zapewnił, że się do mnie jeszcze zgłosi. Dotrzymałam słowa i nie napisałam oczekując na powtórne spotkanie. W tym czasie były wybory. Do władzy doszło SLD, więc domyśliłam się, że przyjdzie mi dłużej czekać. Do Wolsztyna przyjechał minister koordynator służb specjalnych Janusz Pałubicki. Na spotkaniu z nim zauważyłam mojego informatora, obecny był również Jan Woś. Doprowadziłam do rozmowy obu panów. Jan Woś zainteresował się sprawą, doprowadził do ekshumacji ofiar i 1 listopada 1999 roku odbył się pogrzeb ofiar UB na cmentarzu w Wolsztynie. Dzięki artykułom pisanym w ciągu 25 lat powstało specjalne wydanie Głosu Wolsztyńskiego, które otrzymali uczestnicy uroczystości odsłonięcia Pomnika Żołnierzy Wyklętych – Niezłomnych w Wolsztynie. Dopiero w tym wydaniu, po 18 latach ujawniłam, że moim informatorem był Ludwik Baranowski. Uroczystość odbyła się 25 maja 2016 roku w dniu śmierci rotmistrza Witolda Pileckiego. Pomnik powstał ze środków społecznych. Inicjatorami jego budowy był Wolsztyński Blok

Wyborczy. Na jednym ze spotkań osób zainteresowanych historią, ks. prof. Anzelm Weiss, wolsztynianin poprosił nas, abyśmy nadal publikowali historie wojenne naszych mieszkańców. Po wypowiedziach Eryki Steinbach na temat „wypędzonych” zaapelowaliśmy do czytelników, którzy w 1939 roku zostali wypędzeni przez Niemców z własnych domów i wywiezieni do Generalnej Guberni lub przesiedleni do mieszkań znacznie gorszych w mieście i na wsi, aby opowiedzieli swoje przeżycia. Cykl nosił nazwę „Wypędzeni z Wolsztyna”. Swoje przejścia opowiadali też ludzie, którzy przeżyli

Pomnik Żołnierzy Wyklętych w Wolsztynie

Chciałbym dziś wrócić do wrześniowego ataku na osobę księdza prałata Romana Kneblewskiego, proboszcza parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Bydgoszczy. Głównym zarzutem pod jego adresem było podejrzenie nawoływania do nienawiści religijnej.

Poprawność polityczna w Bydgoszczy Krzysztof Żabierek

N

a stronie internetowej Gazety Wyborczej został opublikowany w dniu 11 września br. tekst pod tytułem:,,Bydgoski proboszcz: Będą nam podrzynać gardła, gwałcić kobiety’’. Autor przywołuje kazanie, jakie ksiądz prałat wygłosił około rok temu, w którym miał nawoływać do nienawiści wobec muzułmanów przybywających do Europy. Autor tekstu umieścił co prawda film z kazaniem księdza Kneblewskiego, jednak aby zainteresować czytelnika powybierał zdania wyrwane z kontekstu, które mogą ukazać bydgoskiego duchownego jako fanatycznego kaznodzieję, przeciwstawiającego się nawet papieżowi Franciszkowi, kierującemu się zasadami pomocy bliźnim, pomocy uchodźcom. Jak jednak jest naprawdę? Aby zrozumieć całą sprawę należy przypomnieć sobie wydarzenia sprzed około dwunastu miesięcy.

Co się stało? Rok temu granice europejskie zaczęły przekraczać masy uciekinierów

z Bliskiego Wschodu i Afryki. Mimo usilnych nacisków kanclerz Niemiec (bo właśnie ten kraj był jednym z głównych celów owych imigrantów) rząd w Budapeszcie odrzucił żądania, aby Węgry przyjęły do siebie część napływających przybyszów. Warto zaznaczyć, że ówczesna pani premier Ewa Kopacz, przynależąca do partii Platformy Obywatelskiej, gotowa była wówczas w ramach solidarności europejskiej przyjąć ponad dwa tysiące uchodźców do Polski ( info: Gazeta Prawna.pl z dn. 8.09.2015 r.). Pani premier Kopacz wyraziła chęć wsparcia w problemie migracyjnym Niemiec w ramach solidarności europejskiej, nie zauważając braku chęci wsparcia dla Polski ze strony Berlina, gdy zaledwie tydzień prędzej we Władywostoku doszło do porozumienia między przedstawicielami Gazpromu, a zachodnimi firmami w sprawie budowy gazociągu Nord Stream 2 na dnie Bałtyku, z pominięciem państw bałtyckich w tym Polski.W takiej to ogólnej sytuacji politycznej ksiądz prałat Roman Kneblewski pojawił się na Węgrzech,

aby następnie w niedzielnym kazaniu przedstawić sytuację swoim parafianom i podzielić się z nimi swoimi obawami jak również nadziejami na przyszłość Polski. A czym dla księdza Polaka kochającego swoją Ojczyznę jako własną Matkę jest nadzieja dla Polski? Tą nadzieją są młode pokolenia Polaków, wyrastające na gruncie wartości patriotycznych i katolickich, dla których osoby takie jak Witold Pilecki, Danuta Siedzikówna są wzorem bohaterstwa i miłości Ojczyzny.

Co powiedział naprawdę? We wspomnianym kazaniu, jak „skrupulatnie” przytacza Gazeta Wyborcza padły słowa odnoszące się do islamskich przybyszów: „Przyjeżdżają po socjal. Nie są nawet wdzięczni. W ich odczuciu to haracz, który im się należy od nas, psów niewiernych.” Najwyraźniej jednak autor tekstu publikowanego na wyborcza.pl nie zwrócił uwagi na słowa kaznodziei wypowiedziane w 4.21 minucie filmiku rejestrującego

Sybir i Rzeź Wołyńską. Redakcja wydała specjalny numer z okazji 70. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej, w którym zebraliśmy te świadectwa. Nie można uciec od bieżącej polityki, ponieważ wielu autorów i publicystów gościło w naszym mieście, czy w okolicznych gminach m.in. Leszek Żebrowski, Tadeusz Płużański, Sławomir Kmiecik, Jan Pospieszalski. Bywali też politycy – Jacek Kurski, Paweł Szałamacha, Antoni Macierewicz. Obecny minister przedstawił okoliczności związane z katastrofą smoleńską. Obszerną relację z tego spotkania opublikowaliśmy w naszym piśmie.

wspomniane kazanie dostępnego na kanale Tuba Cordis. Ksiądz Prałat zadał wówczas bardzo ważne dla całej sprawy pytanie, na które natychmiast udzielił odpowiedzi: „A czy nie należy pomagać innym? Należy jak najbardziej, ale to musi być pomoc rozumna. Obowiązuje Ordo Caritatis, czyli porządek miłości. Wszystkim na świcie nie jesteśmy w stanie pomóc, to niemożliwe’’. Czyż tak właśnie nie jest w rzeczywistości? W ustawicznej pogoni za lepszą przyszłością, marzeniami, karierą przechodzimy obojętnie wobec tych, którzy tej pomocy potrzebują na naszym podwórku. Co roku podawane są zatrważające liczby, informujące o polskich dzieciach idących do szkół bez śniadania, gdyż pomimo faktu ustawicznej pracy obojga rodziców budżet domowy trudno spiąć. Dodatkowo wypowiedź bydgoskiego księdza wpisuje się w słowa Prymasa Polski Stefana Wyszyńskiego, który rzekł: „Nie ulegajmy pokusie zbawienia świata kosztem własnej Ojczyzny!”. Autor tekstu informującego o ,,niemiłosiernej postawie’’

bydgoskiego księdza odniósł się również do słów księdza prałata informującego, żeby nikt nie pisnął o imigrantach zanim ostatni Polak nie wróci z nieludzkiej ziemi. W tym miejscu warto choć na chwilę się zatrzymać i przypomnieć sobie informacje podawane jesienią zeszłego roku. Na portalu onet.pl w dniu 12 września 2015 roku ukazał się artykuł pod znamiennym tytułem: „Polacy z Donbasu boją się, że Polska pomoże obcym, a o nich zapomni”, w którym autor już we wstępie zaznacza, że ówczesne MSZ odmówiło pomocy Polakom mieszkającym w Mariopolu, a zadeklarowało pomoc dla uchodźców. Określenie,,nieludzka ziemia’’ przywołuje dramat polskich rodzin, którzy w latach drugiej wojny światowej zostali zesłani w głąb ówczesnego ZSRR, a którzy pomimo usilnych prób wynarodowienia nadal kultywują polską tradycję i czuja się Polakami. Czy wobec tych osób możliwe jest, aby rząd Polski reprezentujący naród mógł postawić nad ich potrzeby interes uchodźców z Bliskiego Wschodu? Na koniec pozostaje kwestia, o którą ksiądz prałat jest oskarżony- szerzenie nienawiści wobec muzułmanów zgodnie ze słowami pana Rafała Gawła z Ośrodka Monitorowania zachowań rasistowskich i ksenofobicznych, które przytoczone zostały przez wyborcza.pl. Ksiądz Kneblewski w swoim kazaniu, o które powstała taka „awantura” zadaje pytanie w 7.37 minucie jego trwania: „A czy muzułmanom nie należy pomóc? Należy i to robimy, ale pomagajmy im u siebie w ich kraju.” Jeżeli

Od kwietnia 2010 roku podejmowaliśmy ten temat w cyklu felietonów „Bez osłonek” Podważałam „teorię pancernej brzozy” i wzięłam w obronę polskich pilotów oskarżonych o spowodowanie katastrofy.

Co teraz? Po 26 latach pracy śmiało mogę powiedzieć, że udało nam się nie zawieść czytelników. Wiele razy interweniowaliśmy, widząc ich fatalne warunki mieszkaniowe, czy problemy ludzi chorych. Często zastanawiam się, jak udało nam się przetrwać bez dotacji, czy funduszy? Mimo różnych trudności, nie opuszcza nas entuzjazm a praca przynosi satysfakcję. Jesteśmy dumni, że w 2000 roku znaleźliśmy się w gronie redakcji, którym przyznano tytuł „Gazety Dziesięciolecia”, tytuł „Zasłużony dla Kultury Polskiej” w 2006 i „Znak Dobra” w 2015. Na pytanie, jak długo będziesz prowadzić tę gazetę – odpowiadam – wszystko w rękach Opatrzności Bożej. O założeniu własnej gazety mówiłam, na długo przed 1989 rokiem, gdy pracowałam w szkole ucząc języka polskiego. Przypomnieli mi o tym po latach uczniowie. Redagowałam z nimi gazetkę ścienną, pisałam teksty kabaretowe, scenariusze do spektakli patriotycznych i nie tylko, które sama reżyserowałam. Przyszedł rok 1989 i moje marzenia się spełniły. Poszukiwałam osób, które chciałyby społecznie pracować. Nie miałam pieniędzy. Pierwsza siedziba redakcji była w naszym domu, a pierwszy numer Głosu wydaliśmy za pieniądze utworzonego zespołu redakcyjnego. Początkowo Głos Wolsztyński wychodził jako miesięcznik, a po kilku numerach zdecydowaliśmy się go wydawać co dwa tygodnie i tak jest do dzisiaj.

Plany i marzenia Moje marzenia? Mam je, patrząc na wolsztyńską młodzież. To świetni, wartościowi młodzi ludzie, a ja jestem też nauczycielem, pedagogiem. Jeszcze w szkole wprowadzałam elementy savoir vivre. Teraz, gdy wraca moda na dobre maniery, warto pomyśleć właśnie o młodych ludziach. To łatwa nauka, a bardzo pomaga w życiu, dodaje pewności siebie. Nie chcę przez to powiedzieć, że uważam naszą młodzież za źle wychowaną. Chodzi mi o wiedzę bardziej szczegółową – znajomość obyczajów i form towarzyskich, etykiety. Parę lat temu redakcja zorganizowała konkurs savoir vivre, zapraszając do niego dzieci i młodzież. Nagrodami były wyjazdy do Poznania do teatru i do Warszawy. Trzeba postawić na młodzież, zadbać o jej kulturę osobistą i język. Oni czekają na nasze – dorosłych, doświadczonych ludzi – zainteresowanie i poświęcenie im czasu. Nie tylko poprzez facebooka. K

za chęć pomocy muzułmanom w ich własnym kraju można w Polsce zostać oskarżonym o szerzenie nienawiści najwyraźniej obecną Panią premier Beatę Szydło chroni tylko immunitet, gdyż w kwestii uchodźców wielokrotnie deklarowała chęć pomocy, jednak na miejscu, bez sprowadzania ich do Polski.

Z perspektywy czasu Autor tekstu publikowanego na łamach wyborcza.pl swój wywód na temat prałata z Bydgoszczy zatytułował: „Bydgoski proboszcz: Będą nam podrzynać gardła, gwałcić kobiety”. Użył tym samym słów zaczerpniętych z kazania z września ubiegłego roku. Tytuł niewątpliwie chwytliwy miał ukazać siłę nienawiści, płynącą z ust bydgoskiego księdza. Jak się jednak okazało, słowa kapłana potwierdziło... samo życie. Gdy w sylwestrową noc 2015/2016 cały świat witał Nowy Rok, gdy w „nacjonalistycznej” Polsce bawiono się do białego rana, w Niemczech – jednym z celów wędrówek uchodźców, a dokładnie w Kolonii miał miejsce zmasowany atak islamskich uchodźców na niemieckie kobiety, które padły nie tylko ofiarą molestowań, ale i gwałtów. Podobne przypadki miały miejsce m.in. w Szwecji i w innych niemieckich miastach. Larum, jakie padło z ambony Kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Bydgoszczy powinniśmy chyba raczej traktować jako ostrzeżenie a nie mowę nienawiści. K


KURIER WNET

8

W·I·E·L·K·O·P·O·L·S·K·A

O książkofilii

Żołnierz Niezłomny Kościoła

Henryk Krzyżanowski

UT FOT. INST YT

PA P MI ĘCI NA

RO DOW EJ

K

nowy film dokumentalny i książka Jolanty Hajdasz o prześladowaniu abpa Antoniego Baraniaka nowe fakty, nowi świadkowie, nowe wnioski --------------------------------POMÓŻ PRZYWRÓCIĆ PAMIĘĆ O BOHATERSKIM KAPŁANIE --------------------------------zorganizuj pokaz filmu w swojej parafii kup książkę kontakt tel. 607 270507

Na pomoc w walce z jesienną depresją Agata Żabierek

T

a wieloletnia bylina rośnie na przydrożach i osłonecznionych wzgórzach, a osiąga nawet 70 cm wysokości. Jej liście oraz kwitnące pędy zbiera się w połowie lata, drobne kwiaty mają kolor bladoliliowy i na pewno nie raz widzieliśmy ją w naturze. Werbena to jedna z tych roślin cenionych wieki temu, której dobroczynne działanie odkrywamy teraz na nowo. Badania wskazują na możliwe działanie przeciwnowotworowe i wzmacniające mięsień sercowy. Ale nie tylko.

wśród panów, ponieważ jest polecana w celu wzmocnienia potencji. Warto sięgnąć po herbatkę z werbeny w stanach napięcia nerwowego. Dla lepszego efektu można połączyć ją z kozłkiem

w problemie bezsenności. Znalazła zastosowanie również w leczeniu depresji, także po przebytej grypie, a pomocniczo można ją stosować nawet w chorobach psychicznych.

Kulinaria Ze względu na przyjemną woń wydzielaną przez werbenę można ją dodawać do potraw w celu nadania aromatu. Używana jest między innymi do wód smakowych i herbetek. Swieże liście świetnie komponują się w sałatkach, daniach rybnych, a także zupach warzywnych, jednak zdecydowanie największą zaletą stosowania werbeny w sztuce kulinarnej jest fakt, że ułatwia ona przyswajanie składników odżywczych z pokarmów oraz ułatwia trawienie.

Zdrowie

Kosmetyka

Werbena poprawia ogólną odproność organizmu, co jest cenione szczególnie w okresach zwiększonej zachorowalności na grypę oraz podatności na różnego rodzaju infekcje. Co ciekawe, wykazano także hormonalne działanie tej rośliny. Niektóre z jej składników bowiem współdziałają z prostaglandynami – hormonami wytwarzanymi przez wszystkie komórki organizmu. Dawniej werbenę stosowano w przypadłościach typowo kobiecych. Wywar pomaga zmniejszyć zbyt obfite miesiączki, a także łagodzi objawy menopauzy. Używana może być również jako środek pobudzający laktację. Roślina ta jednak może zyskać uznanie także

Napar z samej rośliny stosuje się z powodzeniem w formie kompresów na zmęczone oczy oraz przy dolegliwości zapalenia spojówek. Napar z dodatkiem rozmarynu natomiast był stosowany już w czasach wiktoriańskich przez angielki dla polepszenia kondycji włosów i stał się pierwszym tego typu kosmetykiem produkowanym na skalę przemysłową.

R E K L A M A

lekarskim. Taka mieszanka działa uspokajająco w stanach nerwicy. Dotyczy to także wymiotów oraz bólu głowy o podłożu nerwowym czy palpitacji serca. Wypita wieczorem pomaga

Uwaga! Nie należy spożywać werbeny pod żadną postacią w ciąży, ponieważ działa rozkurczająco na mięsień macicy. Ponadto zbyt długie jej stosowanie może podrażniać żołądek. K

siążkofilia (nie mylić z bibliofilią) to dobrotliwe uzależnienie polegające na przesadnym zamiłowaniu do nabywania i posiadania książek. Samo słowo jest hybrydą polsko-grecką i oznacza dokładnie to samo, co „bibliomania”, które funkcjonuje w językach zachodnich od ponad 200 lat i teoretycznie brzmi lepiej – ale, nie wiem czemu, ja wolę „książkofilię”. Książkofilia dotyka prawie każdego inteligenta – na ogół bez jakichś szczególnie poważnych konsekwencji praktycznych. Gorzej, jeśli przerodzi się w uzależnienie o charakterze „obsesyjno-kompulsyjnym” – taki delikwent podczytuje książkę w księgarni, a po jej nabyciu odkłada ją w domu na stosik bez rozpakowywania. To jest jednak na szczęście rzadkie. Z książkofilią wiąże się szereg przesądów, którym hołdują inteligenci – oto kilka z nich:

r Lepiej czytać [cokolwiek] niż nie czy-

parafialnej. Na ogół bez powodzenia – niedoszli obdarowani przeważnie już te książki mają. Przed ułudą książkofilii przestrzegał już prawie trzy wieki temu genialny jezuita ks. Józef Baka – pierwszy polski raper-moralista. Niech to, co napisał, będzie nauką dla PT Czytelników, którzy, jak mniemam, w większości dotknięci są książkofilią:

tać wcale.” uszlachetnia. r Wyrzucanie książek na śmietnik, a także ich palenie, jest czymś nagannym. r Jeśli państwowa szkoła nie przymusi dziatwy do przeczytania Trylogii i Pana Tadeusza –znikniemy jako naród. r Jeśli państwowa szkoła nie przymusi dziatwy do przeczytania Gombrowicza i Schultza – będziemy obciachem Europy. r Czytanie

Książkoholika nie boli nawet kiedy, bez potrzeby, coś zdubluje, gdy kupuje. Rozkosz mega nowy regał wziąć z Ikei w cnej nadziei, że to zmieni coś w przestrzeni, by mieć w domu więcej tomów. *** Chociaż w Raju przestrzeń mają; z książką kwita nikt nie czyta. Tam nie czeka biblioteka.

Pierwszy z tych przesądów dotyka książkofila mohera, drugi antymohera. Co je łączy? Przeświadczenie, że „tak czy owak, zmywak”. Książkofilia w postaci niezłośliwej ulega przytłumieniu wraz z zapełnieniem przestrzeni mieszkania dającej się zastawić półkami. Książkofil może wówczas próbować przekazać część książek innemu książkofilowi lub, powiedzmy, bibliotece

Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność” z ogromnym niepokojem obserwuje dotychczasowe działania przedstawicieli rządu RP dotyczące ewentualnego przyjęcia umowy CETA (ang. Comprehensive Economic and Trade Agreement) w obecnym kształcie.

Stanowisko Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność“ w sprawie umowy CETA

Z

a całkowicie niedopuszczalne uważamy wdrożenie tak kontrowersyjnego dokumentu bez przeprowadzenia wcześniej jakiejkolwiek publicznej debaty na temat konsekwencji tej decyzji. Treść umowy CETA została opracowana bez udziału rządów czy parlamentów państw członkowskich UE, a więc z pominięciem instytucji posiadających demokratyczny mandat oraz poddanych społecznej kontroli obywateli. Brak transparentności podczas prac nad treścią umowy stanowi pogwałcenie elementarnych zasad demokracji. CETA jest przedstawiana przez zwolenników umowy jako dokument mający na celu liberalizację handlu i współpracy gospodarczej pomiędzy Unią Europejska a Kanadą. Owa liberalizacja ma teoretycznie przynieść wzrost gospodarczy wszystkim krajom-sygnatariuszom umowy. Jednak pod hasłami wzajemnego otwarcia rynków, zniesienia barier i deregulacji, kryją się konkretne zapisy prawne, które w opinii wielu ekspertów prowadzą do tego, że na rynku pracy, w przemyśle, handlu, usługach, a nawet w służbie zdrowia czy w edukacji decyzje będą należały nie do demokratycznych władz państwa narodowego, lecz do wielkich korporacji. Umowa zmierza do zwiększenia uprawnień międzynarodowych korporacji kosztem ograniczenia praw pracowniczych, konsumenckich i obywatelskich mieszkańców UE oraz Kanady. CETA narusza też w sposób oczywisty suwerenność państw-sygnatariuszy

w dziedzinie stanowienia prawa oraz ochrony interesu publicznego. CETA poprzez mechanizm ICS (ang. Investment Court System, czyli ponadpaństwowy sąd arbitrażowy do rozwiązywania konfliktów korporacje-państwo), daje korporacjom możliwość zaskarżenia praktycznie jakiejkolwiek wewnątrzkrajowej lub wewnątrzwspólnotowej regulacji prawnej, jeśli w ocenie korporacji zagraża ona jej spodziewanym zyskom. Co warte szczególnego podkreślenia, pozwy te będą rozstrzygane przez zewnętrzne trybunały arbitrażowe, czyli z pominięciem systemu sądowniczego funkcjonującego zarówno na poziomie poszczególnych krajów, jak i Unii Europejskiej. Z kolei poprzez zawarty w umowie mechanizm „współpracy regulacyjnej” korporacje zyskają prawo do bezpośredniego uczestniczenia w procesie stanowienia prawa zarówno na poziomie poszczególnych krajów, jak i Unii Europejskiej. Przyjęcie umowy niesie ze sobą również ogromne ryzyko zalania polskiego rynku przez tanią, genetycznie modyfikowaną żywność z Kanady oraz innymi produktami spożywczymi wątpliwej jakości, których obecnie nie można importować do Polski. Kanada jest jednym z trzech największych producentów żywności modyfikowanej genetycznie na świecie. Prawo obecnie obowiązujące w Polsce chroni konsumentów przed taką żywnością. Tania, niskiej jakości żywność z Kanady zagraża polskiemu rolnictwu, całemu

przemysłowi spożywczemu oraz przede wszystkim polskim konsumentom. Wielu ekspertów wśród konsekwencji przyjęcia umowy CETA wymienia również wymuszoną przez korporacje konieczność prywatyzacji wszelkich usług publicznych takich jak m.in. edukacja, ochrona zdrowia czy transport publiczny. Jak wynika chociażby z opublikowanych we wrześniu 2016 roku badań amerykańskiego Uniwersytetu Tufts, na skutek przyjęcia CETA Unia Europejska utraci 200 tys. miejsc pracy, a średnie płace pracowników znacząco spadną. W ocenie Komisji Krajowej argument, według którego zgoda na obowiązywanie zapisów umowy CETA będzie miała jedynie charakter tymczasowy, w żaden sposób nie rozwiązuje problemu. Nawet okresowe obowiązywanie w naszym kraju opisanych powyżej niebezpiecznych instrumentów zapisanych w umowie CETA, może przynieść nieodwracalne szkody dla polskiej gospodarki oraz polskich obywateli. W związku z powyższym Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność” stanowczo sprzeciwia się podpisaniu umowy CETA w obecnym kształcie oraz domaga się od rządu RP podjęcia wszelkich działań zmierzających do zablokowania przyjęcia tej umowy, przeprowadzenia publicznej debaty, przedstawienia przewidywanych korzyści i zagrożeń dla Polski i jej obywateli przed podjęciem ostatecznej decyzji dotyczącej jej ratyfikacji. K

P O Z NA Ń SK I K LU B GAZET Y POLSKIEJ im. generała pilota Andrzeja Błasika LISTOPAD 2016 3 LISTOPADA  GODZ. 12.00

12 LISTOPADA  GODZ. 16.00

Z okazji Wszystkich Świętych wizyta na Cmentarzu Zasłużonych Wielkopolan. Towarzyszyć nam będzie przewodnik, który przedstawi historię pochowanych tam wybitnych postaci Poznania. Zbiórka przy kościele pw. Św. Józefa na Wzgórzu Wojciecha

Spotkanie autorskie z red. Dorotą Kania i jej nową książką pt. „Resortowe dzieci. Polityka”. Spotkanie odbędzie się w Sali Muzeum Archeologicznego przy ul. Wodnej 27

10 LISTOPADA  79. MIESIĘCZNICA TRAGEDII SMOLEŃSKIEJ

Spotkanie klubowe. Temat spotkania: „Perspektywy rozwoju energetyki jądrowej w Polsce”. Prelegentem spotkania będzie dr. Wojciech Bogajewski. Miejscem spotkania jest salka przy dolnym kościele kks. Pallotynów przy ul. Przybyszewskiego.

Uwaga! Aby umożliwić uczestnictwo w Koncercie Niepodległościowym zmiana porządku obchodów rocznicowych Miesięcznicy: · godz.16.30 spotkanie pod Pomnikiem Ofiar Katynia i Sybiru przy Al. Niepodległości · godz. 17.00 Msza św. za Ojczyznę i Ofiary Tragedii Smoleńskiej w kościele pw. Najświętszego Zbawiciela przy ul. Fredry · godz. 18.00 Koncert z okazji Święta Niepodległości – Aula UAM, wstęp wolny.

17 LISTOPADA  GODZ. 17.30

24 LISTOPADA GODZ. 17.30 Spotkanie klubowe. Temat spotkania: „Manipulacje medialne jako element wojny hybrydowej”. Prelegentem spotkania będzie Jan Martini.

Miejscem spotkania jest salka przy dolnym kościele kks. Pallotynów przy ul. Przybyszewskiego Wszystkich zainteresowanych serdecznie zapraszamy.


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook