Karolina Ubych
Pocztówki czyli magiczna podróż przez siedem kontynentów bajki terapeutyczne
ilustracje Katarzyna Zielińska
Psychologiadziecka.org Warszawa 2023
Pocztówki, czyli magiczna podróż przez siedem kontynentów Bajki terapeutyczne Redakcja: Katarzyna Tran Trang Korekta: Agnieszka Tabor Skład: Anna Teodorczyk-Twardowska Okładka: Katarzyna Zielińska Ilustracje: Katarzyna Zielińska Copyright © Psychologiadziecka.org, 2023 Wydawnictwo Psychologiadziecka.org admin@psychologiadziecka.org www.psychologiadziecka.org ISBN: 978-83-67092-85-2 Wydanie I Warszawa 2023
Spis treści Rozdział 1
Wizyta listonosza 7 Rozdział 2
Ameryka Południowa i ibis Tot 17 Rozdział 3
Azja i panda Xiao Bao 28 Rozdział 4
Europa i borsuczyca Sami 42 Rozdział 5
Afryka i lemurzyca Lara 58 Rozdział 6
Antarktyda i pingwinica Pami 67 Rozdział 7
Ameryka Północna i skunks Fuks 81 Rozdział 8
Australia i koala Remi 96 Epilog 109
ROZDZIAŁ 1
WIZYTA LISTONOSZA
– Marcel, wstawaj! Spadł śnieg! – krzyczał Przemek nad moją głową. Podskakiwał przy tym zabawnie jak kauczukowa piłeczka kangurek. Otworzyłem oczy. Biało. Nareszcie! Czekałem na to od wielu dni. Codziennie budziłem się z myślą, że to może już. Zima w tym roku kazała czekać na siebie wyjątkowo długo. Każdy dzień zaczynam od wyglądania przez okno. Czekam codziennie od wielu, wielu dni.
Lubię zimę. Mogę wtedy wyobrażać sobie, że te ślady na chodniku należą do taty, który zapuka do drzwi i powie: – Jestem. Przyszedłem po mojego syna Marcela. Przemek – mój kolega z pokoju – śmieje się, że jestem dzieciak i że tata nigdy nie przyjdzie. Po nas nie przychodzą. Pewnie ma rację, bo nas nawet nikt nie odwiedza. Mieszkam w Domu Dziecka przy ulicy Słonecznej wystarczająco długo, żeby wiedzieć takie rzeczy. Najgorsze były pierwsze miesiące cztery lata temu. A teraz już się przyzwyczaiłem. Śnieg jest dla mnie znakiem nowości. Jest świeżo i czysto. Pachnie inaczej niż zwykle. Mleczne płatki przykrywają stary kurz, suche liście i śmieci. A najlepsze jest to, że świat wygląda jak w baśni Andersena, tej o Królowej Śniegu. – Marcel, nie ślimacz się znowu, idziemy na podwórko. Przemek nie dawał za wygraną, zrzucił mnie z łóżka. Śmialiśmy się przy tym wariacko, przepychając się na podłodze. Jest moim najlepszym 8
przyjacielem. Wszystko robi szybko, ma mnóstwo kolegów i wszędzie go pełno, w przeciwieństwie do mnie. Lubię myśleć, że jestem jak jego cień. Nieodłączny, ale czasem mnie nie widać. Potrafię dopasować się tak bardzo, że nikt nie zwraca na mnie uwagi. To ważne. Wolę być niewidzialny. Wtedy nie padają trudne pytania, takie jak: Czemu mieszkasz w domu dziecka? Co się stało z twoją mamą? Gdzie jest twój tata? Na dwa pierwsze potrafię odpowiedzieć. Ostatnie jest dla mnie zagadką. Wyobrażam sobie czasem, że tata kiedyś mnie znajdzie. Wtedy nie będę już musiał być niewidzialny. Będę taki jak większość chłopaków z naszej szkoły. Tata pokaże mi, jak przykręcić śrubkę, jak naprawić dętkę w rowerze, a może nawet weźmie mnie na ryby albo na wycieczkę w góry. – Marcel! Głos pani Kornelii sprawił, że przyspieszyłem ruchy. Nie lubię, kiedy ktoś mnie popędza, ręce mi się wtedy plączą i ubieranie się zajmuje mi więcej czasu. Włożyłem dziś biały golf i nieprzemakające 9
czarne ogrodniczki. Jeszcze tylko kurtka i będę mógł dołączyć do Przemka i chłopaków, którzy już dawno biegają po ogrodzie. – Marcelu, chodź! Ponaglający głos pani Kornelii sprawił, że przestałem obserwować kolegów przez okno. – Masz gościa. – Pani Kornelia poprowadziła mnie w stronę świetlicy. Zrobiło mi się gorąco, zacząłem szybko oddychać. Przecież nas nikt nie odwiedza. To może być tylko on – tata. Zaraz jednak pomyślałem, że przyszedł ktoś, kto mnie stąd zabierze do innego domu. Tu już wszystkich znałem. Nie chciałem zmieniać miejsca. Przemknęło mi przez myśl, żeby uciec. Pani Kornelia chyba wyczuła mój strach, bo delikatnie dotknęła mojego ramienia i popatrzyła mi w oczy. Jej spojrzenie dodało mi odwagi. Niepewnie przekroczyłem próg świetlicy. Słońce, które za oknem odbijało się od świeżego śniegu, raziło w oczy. Nie mogłem nikogo dojrzeć,
10
póki nie przyzwyczaiłem się do mocnego blasku. Zmrużyłem mocno powieki i się udało. Zobaczyłem go. Przy stole pod oknem siedział elegancki siwy pan. Miał na sobie czarny garnitur i czapkę listonosza. Czapka też była czarna, a przecież one chyba są niebieskie, prawda? Muszę przyznać, że wyglądał… Jak to mówi pani Kornelia? Już wiem! Osobliwie. Jeszcze nigdy nie widziałem listonosza w eleganckim garniturze. – Marcelu, to jest pan Feliks, chciałby z tobą porozmawiać. – Po tych słowach pani Kornelia wycofała się bezszelestnie i zamknęła drzwi świetlicy. Serce zaczęło mi łomotać. Zawsze wyobrażałem sobie tatę jako wysokiego, silnego marynarza, który nie wiedział, że ma syna, bo był na dalekomorskiej wyprawie. Listonosz też może być, uznałem. Podszedłem do niego powoli, pełen obaw i nadziei. Kiedy stanąłem tuż przy stole, on powiedział: – Witaj, Marcelu. Cieszę się, że jesteś. Wiem, na kogo czekasz, jednak ja nie jestem twoim tatą.
11
12
Pociemniało mi w oczach. „Nie jestem twoim tatą” – powtórzyłem w myślach. „To kim jesteś?” – chciałem zapytać, a zamiast tego tylko stałem i gapiłem się na gościa jak na przybysza z obcej planety. – Mam na imię Feliks i jestem listonoszem. – Mężczyzna nie przejmował się moim milczeniem i kontynuował: – Przyniosłem ci pocztówkę. Chciałbym, żebyś usiadł tu ze mną i posłuchał. Zrobisz to dla mnie, Marcelu? Byłem zaskoczony, bo niewielu dorosłych traktowało mnie tak jak pan Feliks. Z wszystkich znanych mi osób tylko pani Kornelia to potrafiła. Ona jednak była inna, miała w sobie dziecko, sama tak mówiła. Dorośli zazwyczaj nie pytali, czy czegoś chcę, nie interesowało ich, co myślę ani jak się czuję. Wydawali polecenia i oczekiwali, że nie będę sprawiał problemów. Nauczyłem się, że jeśli chcę, żeby dali mi spokój, to robię to, czego oczekują. Skinąłem lekko głową na znak zgody i szybko usiadłem na niewygodnym drewnianym krześle naprzeciwko eleganckiego gościa. On ze spokojem, przyciszonym głosem zaczął opowiadać: 13
– Dawno temu, gdy ludzie nie mieli telefonów, a o Internecie nawet nikt jeszcze nie śnił, wysyłali sobie wiadomości pocztą. Sposób ten był niestety zawodny, bo pocztówki, takie jak ta, nie zawsze docierały do adresatów. A może właśnie docierały? Tylko adresat był inny, niż początkowo wpisano… – urwał nagle i zamyślił się, spoglądając przez okno. Czekałem cierpliwie. Potrafię czekać naprawdę długo. Jestem w tym dobry i chyba tylko w tym. – Pocztówka, którą właśnie trzymam, nigdy nie dotarła do adresata. Nie wiem, czy ten ktoś się przeprowadził, czy adres był nieprawidłowy, a może coś się stało i nie mógł odebrać wiadomości – podjął opowieść listonosz. „Może umarł, jak mama” – pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos, żeby nie przeszkadzać. Pani Kornelia ciągle nam przypomina o dobrych manierach. Mówi, że dobre wychowanie otwiera różne drzwi. Mnie jeszcze nie otworzyło. Sam muszę sobie otwierać, a czasem drzwi są naprawdę ciężkie, ale lepiej słuchać, niż potem żałować, 14
prawda? Nie przerywałem więc panu Feliksowi. Czułem, że to będzie ciekawa historia. – Spójrz – zwrócił się do mnie mężczyzna. – Co według ciebie jest na pocztówce? – Mapa i pociąg. – Tak. To mapa. Mapa Ameryki Południowej, jednego z siedmiu kontynentów świata. Ten pociąg natomiast jest najbardziej tajemniczym pojazdem, jaki znam. Zresztą sam zobaczysz w odpowiednim czasie… A tu wiadomość. – Pan Feliks odwrócił kartkę, na której ktoś czarnym atramentem napisał: „Tam, gdzie jest cień, musi być też słońce. Odwróć się. Przewodnik”. Adres był zamazany, zostało tylko „Sz.P.” i niewyraźne „Warszawa”. Domyśliłem się, że nie było szans, żeby przy tak nieczytelnym adresie znaleźć adresata. Ale co ja miałem wspólnego z tą pocztówką? Nic nie rozumiałem. – Dobrze, mój drogi Marcelu. Postanowiłem, że ta pocztówka będzie dla ciebie. Mogę decydować o przesyłkach, które nie mają swoich właścicieli. Zatrzymaj ją, proszę. 15
Zagadkowy listonosz spojrzał mi w oczy, jakby chciał coś jeszcze dodać, jednak nic więcej nie powiedział. Poprawił swoją czapkę, strzepnął niewidzialny pyłek z poły marynarki i wstał, najwyraźniej zbierając się do wyjścia. Byłem zaskoczony nagłym zakończeniem wizyty. – Dlaczego ja? – zapytałem niezbyt rozsądnie. – Kiedyś zrozumiesz – odparł listonosz, a potem odwrócił się i wyszedł. Siedziałem wpatrzony w czarno-białą pocztówkę i zastanawiałem się, o co w tym wszystkim chodzi. Tkwiłbym tam pewnie do kolacji, ale Przemek krzyknął z korytarza, że nadal czekają na mnie na podwórku. Zerwałem się szybko z krzesła. Pobiegłem do pokoju i schowałem kartkę pod poduszkę. Zdecydowałem, że pomyślę o tym później. Zabrałem kurtkę i szybko dołączyłem do chłopaków, którzy już szykowali się do śnieżnej bitwy.
ROZDZIAŁ 2
AMERYKA POŁUDNIOWA I IBIS TOT
Wieczorem, kiedy wszyscy leżeli już w łóżkach, przypomniałem sobie o kartce ukrytej pod poduszką. Poczekałem, aż Przemek zaśnie, i spojrzałem jeszcze raz na czarny pociąg z białymi oknami oraz na mapę. Dziwna to była mapa. Cała pokryta jakby mgłą. Tylko w jednym miejscu wyraźnie zaznaczono góry. Im dłużej wpatrywałem się