Na okładce: Olga Kuźmina-Pietkiewicz Autor: Karolina Tarnawska
Spis treści
12. Słowo od naczelnej
15. Nowe miejsca
WYDARZENIA
16. Styl, jazz, Kayah
17. Międzynarodowe gwiazdy, młode talenty i kobieca energia
20. Kobieta jak woda. Zapowiedź debiutanckiego albumu Kashi Vegi
23. III Szczecińskie Forum Kobiet. Siła odporności w kobiecym wydaniu
24. Kobiecy weekend w Szczecinie
26. Obrazy polskiego Szczecina
27. Skarul na manowcach – pisze Zbigniew Skarul
28. Trwanie. Fotografia aktu
30. Zachodniopomorskie tradycje kulinarne
32. Graficzne jeden na jeden
TEMAT Z OKŁADKI
35. Olga Kuźmina-Pietkiewicz: o pasji, cenie marzeń i wolności
STYL ŻYCIA
41. Zanim był Wiedźmin i Kojima. Historia gier zamknięta w muzeum
44. Miłość, która zostaje na całe życie
EDYTORIAL
46. Pop art z NRD
STYL ŻYCIA
50. Salon Mody Brancewicz & Dorothee Schumacher: miejsce, w którym moda jest językiem kobiet
52. Śnieg i dźwięk. Alpy w stylu Allegra
LUDZIE
54. Daria Dembicka – nowe pokolenie estetyki
MOTORYZACJA
59. Szczeciński klasyk. Fiat Cinquecento
62. Elegancja, moc i technologia – Volvo ES90
66. Kia PV5: elektryczny van, który myśli o kierowcy
DESIGN
68. Cloud Dancer – kolor roku 2026
70. Światło, które opowiada architekturę
72. Hangar oddany do użytku
BIZNES
74. Małżeństwo z pozoru idealne
76. Jak wyglądały początki sektora private banking?
80. Czas wyzwań i aktywności w Północnej Izbie Gospodarczej
84. „Szampan” z ZUT –półwytrawny, półsłodki oraz brut
88. Wino jako styl życia
ZDROWIE I URODA
90. Piękno poza trendami
92. Zimowy reset dla skóry
94. Wróciłam z kongresu IMCAS 2026. Kilka przemyśleń, którymi chcę się z Państwem podzielić
96. Podstawy uśmiechu w Białej Szufladzie
98. Zmęczone spojrzenie to nie zawsze kwestia wieku
100. Ekspert radzi
KULTURA
102. Kultura Wolności – narodziny twórczego fermentu
105. Recenzje teatralne – pisze Daniel Źródlewski
106. Recenzje filmowe – pisze Daniel Źródlewski
108. Tajemnice szczecińskich ulic
110. Zapowiedzi kulturalne
112. Mroczny „Klangor” wrócił do Świnoujścia
116. KRONIKI
3 pokoje / 66.53 m2 cena: 1 045 000 zł
CLUB HOUSE
CLUB HOUSE
MIESZKANIE OZN. A.2.5 NR A 10 PIĘTRO II
LICZBA
Ostatni apartament na sprzedaż
Mieszkanie nr 9 – architektura i funkcja w równowadze – przestrzeń gotowa na Twoje rozwiązania
PIĘTRO
Wybierz to, co najlepsze!
3 pokoje / 82.09 m2 cena: 1 605 500 zł
Apartament nr 9 – 82,09 m² komfortu i nowoczesności wykończony w standardzie „pod Klucz”
Sztuka nie lubi kompromisów
Na naszej okładce zjawiskowa Olga Kuźmina-Pietkiewicz opowiada o balecie. A balet od środka to opowieść o dyscyplinie, bólu i o ciele, które pamięta więcej niż my sami. To historia odzierająca świat tancerzy z iluzji, ale z ogromnym szacunkiem do tradycji i miłością do jednej z najpiękniejszych form ruchu. – Żeby robić to, co się kocha i robić to dobrze trzeba być bezkompromisowym – mówi Olga. Na zewnątrz balet klasyczny kojarzy się z delikatnością, efemerycznością. Pod tą powłoką kryje się twardość i odporność psychiczna. Trzeba być w to wyposażonym, żeby zaistnieć w tym świecie.
W Galerii OFF M od 6 marca przez cały miesiąc będzie można oglądać blisko sto fotografii artysty Jerzego Marii Bednarskiego, którego nazwisko w polskiej fotografii aktu kobiecego nieprzerwanie funkcjonuje od połowy lat 90.
Temat jest mi bliski bowiem Jerzy, to mój przyjaciel, którego poznałam 20 lat temu na Półwyspie Helskim, miejscu, które ma dla niego szczególne znaczenie. Nie ukrywam, że marzyłam o tym, aby ściągnąć go z Kielc do Szczecina i pokazać prace, które nikogo nie pozostawiają obojętnym. Są bezkompromisowe, nieoczywiste i ambiwalentne. Radość, smutek i młodość mieszają się z przemijaniem, energią ciała i jego podatnością na czas. Z całą pewnością „Trwanie” nie jest wystawą łatwą. To wyrafinowana, ale i szczera wypowiedź artystyczna, która angażuje widza, konfrontuje go z pytaniami o cielesność, przemijanie, bliskość, samotność, a także gest odwagi: wobec czasów, które nagość eksploatują. Nagości nie oszukasz. Jest bezkompromisowa jak prace Jerzego Bednarskiego. Gdy opadają ubrania, opadają też maski. Zostajemy sami ze sobą, odkryci, bezbronni, prawdziwi. Zresztą przyjdźcie, zobaczcie i poczujcie to sami.
Izabela Marecka
REDAKTOR NACZELNA:
IZABELA MARECKA
REDAKCJA:
ANETA DOLEGA, DANIEL ŹRÓDLEWSKI, DARIUSZ
STANIEWSKI, ANNA WYSOCKA, MICHAŁ SAROSIEK
FELIETONIŚCI:
ANNA OŁÓW-WACHOWICZ
ZBIGNIEW SKARUL
DZIAŁ PODRÓŻE: EDYTA BARTKIEWICZ
WSPÓŁPRACA:
AGNIESZKA OGRODNICZAK, AGNIESZKA NOSKA, ALEKSANDRA MAGIERA
WYDAWCA:
WYDAWNICTWO PRESTIŻ
BUDYNEK ZUS-U, JANA MATEJKI 22 70-530 SZCZECIN
REKLAMA I MARKETING:
KONRAD KUPIS, TEL.: 733 790 590
ALICJA KRUK, TEL.: 537 790 590
KARINA TESSAR, TEL.: 537 490 970
DZIAŁ PRAWNY:
ADW. KORNELIA STOLF-PEPLIŃSKA
STOLF-PEPLINSKA@KANCELARIACYWILNA.COM
DZIAŁ FOTO:
ALICJA USZYŃSKA, KAROLINA BĄK, DAGNA DRĄŻKOWSKA-MAJCHROWICZ, ALEKSANDRA MEDVEY-GRUSZKA, KAROLINA TARNAWSKA
SKŁAD GAZETY:
AGATA TARKA, INFO@MOTIF-STUDIO.PL
DRUKARNIA: DRUKARNIA KADRUK S.C.
REDAKCJA NIE ODPOWIADA ZA TREŚĆ REKLAM. REDAKCJA ZASTRZEGA SOBIE PRAWO DO SKRACANIA I REDAGOWANIA TREŚCI REDAKCYJNYCH.
Wydawnictwo Prestiż e-mail: redakcja@eprestiz.pl www.prestizszczecin.pl
MIESIĘCZNIK BEZPŁATNY
Centrum Okulistyczne
Nowa Cukrownia
Nowoczesna placówka diagnostyki i leczenia chorób oczu. Gabinet dysponuje zaawansowanym technologicznie sprzętem, umożliwiającym kompleksową diagnostykę okulistyczną, dobór okularów oraz wykonywanie zabiegów, w tym plastyki powiek i procedur z zakresu medycyny estetycznej. Opiekę nad pacjentami sprawują doświadczeni specjaliści – dr n. med. Anna Modrzejewska oraz dr n. med. Tomasz Kubacki –zapewniając indywidualne, empatyczne i profesjonalne podejście.
Szczecin, ul. Kwiatkowskiego 15
Coral Coffee
Gustowne wnętrza, przemyślane menu, obłędne słodkości i wyjątkowa kawa. W menu: ciasta i desery lodowe, a dla amatorów bardziej wytrawnych przekąsek – sałatki, wrapy i kanapki. Można tu napić się nie tylko kawy i herbaty, ale również wyjątkowej matchy, smoothie i soków wyciskanych. Otwarcie kawiarni odbędzie się 27 lutego. Dla pierwszych 50. klientów – słodka przekąska w prezencie.
Bezrzecze, ul. Koralowa 21
Bistro Cotta
Kameralna włoska trattoria, w której liczą się autentyczne smaki i swobodna atmosfera. Ciepłe wnętrza sprzyjają spotkaniom przy dobrej kuchni – od chrupiącej pizzy rzymskiej i świeżych makaronów po starannie przygotowane dania mięsne. Sercem lokalu jest unikatowy w Szczecinie piec Marana Forni Tutto Tondo, a wizytówką –aksamitna panna cotta i doskonała kawa. Idealne miejsce na lunch, kolację lub kieliszek wina.
Szczecin, ul. Madalińskiego 9
Pracownia Snu
Centrum Diagnostyki
Bezdechu Sennego, które oferuje kompleksową diagnostykę zaburzeń snu, umożliwiając szybkie i precyzyjne rozpoznanie bezdechu sennego. Placówka wykorzystuje nowoczesny sprzęt, a doświadczeni specjaliści przeprowadzają badania dopasowane do potrzeb pacjentów – od pełnej polisomnografii po komfortowe badania domowe. Centrum zapewnia także miareczkowanie terapii CPAP, pozwalające dobrać optymalne ciśnienie i zaplanować skuteczne leczenie.
Szczecin, ul. Przestrzenna 11b
Tylko u nas 5000 oprawek do wyboru!
Styl, jazz,
Kayah
Lutowy koncert JAZZAYAH, organizowany przez agencję koncertową HALL No1 art, zapowiada się jako jedno z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń muzycznych tej zimy. Już 19 lutego (godz. 19) w Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie, publiczność usłyszy Kayah w zupełnie nowym świetle – w jazzowych aranżacjach jej najbardziej znanych i lubianych utworów, a także w premierowych, autorskich kompozycjach artystki.
Projekt JAZZAYAH to spotkanie popowej wrażliwości z jazzową swobodą i improwizacją. Obok piosenek, które na stałe zapisały się w historii polskiej muzyki rozrywkowej, nie zabraknie również jazzowych klasyków spoza repertuaru wokalistki.
Na scenie towarzyszyć jej będą wybitni artyści polskiej sceny jazzowej. W składzie zespołu znajdzie się m.in. Jan Smoczyński – pianista, kompozytor i producent muzyczny najwyższej klasy. Tradycyjnie, wokalnie Kayah wesprze jej wieloletnia chórzystka Iwona Zasuwa.
O idei zaproszenia Kayah do współpracy opowiada organizator koncertu, Radosław Ross: – Kayah jest kolejną polską ikoną sceny muzycznej po którą sięgam. Miałem okazję współpracować z takimi nazwiskami jak Katarzyna Nosowska, Beata Kozidrak czy Maryla Rodowicz. Tym razem kolej na autorkę tak znakomitych tekstów jak „Testosteron” czy „Kamień”, która w tym roku obchodzi jubileusz 30-lecia pracy artystycznej.
Kayah to artystka absolutna, począwszy od kreacji wizualnej a skończywszy na inspirujących kolaboracjach z takimi gwiazdami jak Cesaria Evorah, Goran Bregovic czy Dawid Kwiatkowski. – Stawia poprzeczkę bardzo, bardzo wysoko, niezależnie od sytuacji – dodaje organizator. – To nasz wspólny mianownik. Agencja HALL No1 art od początku swojej działalności współpracuje z artystami z największym dorobkiem artystycznym. Tym samym, zwyczajnie, nie mogliśmy pominąć Kayah w swojej działalności. Fenomen artystki polega na jej niezwykłej uniwersalności i sile przekazu – piosenki, które łączą pokolenia, emocje i muzyczne światy. Jak podkreśla Radosław Ross: – W zasadzie każdy singiel który został przez nią wydany zostaje przyjęty z entuzjazmem i zwykle podbija listy przebojów. Niezależnie od tego czy jest to ballada, która pobrzmiewa z głośników przy lampce wina, czy też taneczny rytm przy którym to bawią się goście jednej z dyskotek, czy też goście weselni. Jej teksty zna, i zanuci każdy, niezależnie od metryki urodzenia. ad / fot. materiały prasowe
konsultacje okulistyczne dzieci i dorosłych
dobór okularów
OCT, angio-OCT, USG, pole widzenia
USG Doppler gałki ocznej plastyka powiek
medycyna estetyczna okolicy oczu e-wizyty, wizyty domowe pogotowie okulistyczne
medycyna pracy, badanie kierowców wizyty profilaktyczne dla szkół i przedszkoli
Międzynarodowe gwiazdy, młode talenty i kobieca energia
W marcu Szczecin zamieni się w europejską stolicę jazzu. Festiwal Szczecin Jazz 2026 pod hasłem „Ladies Rule!” celebruje kobiety w centrum sceny jazzowej, międzynarodową współpracę i młode talenty, które kształtują przyszłość gatunku. To wydarzenie, które łączy muzykę, energię sceny i inspirujące spotkania artystyczne w jednym.
Jednym z partnerów festiwalu jest Herbie Hancock Institute of Jazz – jedna z najważniejszych instytucji jazzowych na świecie, od lat wyznaczająca standardy edukacji, mentorstwa i międzynarodowej współpracy artystycznej. Obecność Instytutu w Szczecinie podkreśla globalny wymiar festiwalu oraz jego ambicję realnego wpływu na rozwój młodych artystów.
Głównym koncertem festiwalu będzie Global Jazz Concert (10 marca, Filharmonia im. M. Karłowicza, g. 19). Na jednej scenie spotkają się artyści z pięciu kontynentów, tworząc muzyczny dialog ponad granicami. Wystąpią: Tia Fuller (USA) – saksofonistka i kompozytorka nominowana do Grammy, znana z udziału w filmie „Soul” i współpracy z Beyoncé. Jej muzyka łączy jazz, pop i R&B, a sceniczna energia sprawia, że każdy występ staje się niezapomnianym doświadczeniem. Lakecia Benjamin (USA) – saksofonistka, aranżerka i kompozytorka, łącząca jazz z funkiem, soulem i hip-hopem. Jej najnowszy projekt „Phoenix” to manifest współczesnego jazzu i artystycznej niezależności. Herbie Hancock Institute of Jazz Performance Ensemble at UCLA – prestiżowa formacja młodych muzyków, wyłonionych w międzynarodowym konkursie i szkolonych przez legendy jazzu. „From Taiwan with Love” – Plutato ft. Cait Lin (Tajwan/Australia) – duet eksperymentujący z jazzem, elektroniką i przestrzenią dźwiękową, tworząc nowoczesne, futurystyczne brzmienie. Carlos Sarduy & Groove Messengers (Kuba) – trębacz, trzykrotny laureat Grammy, eksplodujący afrokubańską energią i jazzową improwizacją. Festiwal otworzy Szczecin Jazz dla Kobiet (8 marca, Courtyard by Marriott, g. 19:00). To koncert celebrujący kobiecą
ekspresję w jazzie. który od lat wpisuje się w miejską tradycję wydarzeń kulturotwórczych. W tym roku publiczność zobaczy mi.n. występ Graziëlli Hunsel Rivero. To połączenie energii i subtelności, które pokazuje, jak różnorodny może być jazz.
Miłośnicy młodej sceny powinni zwrócić uwagę na Szczecin Jazz Young Talents (14 marca, Radio Szczecin, g. 19). Program ten wspiera młodych muzyków, dając im możliwość występów w ramach festiwalu oraz kontaktu z międzynarodowymi artystami. To szansa na odkrycie przyszłych gwiazd jazzu i zobaczenie, jak młode pokolenie interpretuje klasykę gatunku na nowo.
Festiwalowa publiczność będzie mogła też zobaczyć duet Francesca Tandoi i Aga Derlak (13 marca, Teatr Polskig. 19). Włoska pianistka to wirtuozka i wokalistka, uznawana za jedną z najciekawszych postaci młodego pokolenia europejskiego jazzu. Jej występ w duecie z polską pianistką Agą Derlak – laureatką Fryderyków i międzynarodowych konkursów – łączy wirtuozerię z emocjonalną głębią, tworząc koncert pełen liryzmu i nowoczesnej ekspresji.
Festiwal zamknie Orchestra Jazz Siciliana ft. Deborah Brown (24 marca, Filharmonia, g. 19). Ten koncert połączący jazzową improwizację z rytmami świata. To widowisko, które podsumowuje cały festiwal, łącząc energię sceny, dojrzałość muzyków i radość wspólnego grania.
Szczecin Jazz 2026 to wydarzenie, które łączy globalną perspektywę z lokalną sceną, celebruje kobiecą ekspresję i pokazuje, że jazz jest uniwersalnym językiem.
ad/ fot. materiały prasowe, Jerry Madison
AGATA DERLAK
CAIT LIN
TIA FULLER
Kobieta jak woda
Zapowiedź debiutanckiego albumu Kashi Vegi
Woda ma w sobie miękkość i siłę, czułość i determinację. Płynie, omija przeszkody, a gdy trzeba – drąży skały. W twórczości Kashii Vegi ten żywioł staje się metaforą kobiecej natury: zmiennej, nieprzewidywalnej, ale wewnętrznie spójnej. 4 lutego w Domu Kultury 13 Muz artystka zaprezentowała singiel „Bogini Wody”, który stanowi zapowiedź jej debiutanckiego albumu „Kropla”, a ten swoją premierę będzie miał już niedługo, bo pierwszego dnia wiosny w Studio S1 Radia Szczecin.
Wiosna zbliża się powoli z cichym rytmem rozkwitu, który zwiastuje zmianę. Właśnie w tym czasie Kashia Vega wraca z kolejnym etapem swojej artystycznej podróży. Artystka od lat snuje muzyczne opowieści o kobiecej sile, wrażliwości i potrzebie autentyczności. Każdy utwór to osobny rozdział kobiecej drogi do samej siebie, a nadchodzący album tworzy z tych historii spójną, audiowizualną opowieść o przemianie. Motywem przewodnim staje się woda – żywioł zmienny, niepokorny, łagodny i potężny zarazem.
– Woda jest tutaj kluczowa. Ten żywioł łączy wszystkie moje utwory, bo najlepiej oddaje kobiecą naturę, płynną, intuicyjną, czasem łagodną, czasem potężną. W całym albumie przewija się też motyw natury jako nauczycielki, czerpię z niej nie tylko inspirację, ale też język, którym opowiadam o emocjach – mówi artystka.
W jej piosenkach jest miejsce na siłę i wrażliwość, na kruchość i odwagę, na potrzebę zrzucenia tego, co już nie służy – cudzych oczekiwań, cudzych narracji, cudzych wersji nas samych.
– „Bogini Wody” to metafora kobiecej tożsamości, elastycznej, nieprzewidywalnej, ale też konsekwentnej i głęboko zakorzenionej. Utwór opowiada o momencie, w którym przestajemy szukać potwierdzenia na zewnątrz i zaczynamy ufać własnemu rytmowi. Warstwa dźwiękowa utworu dopełniona została wyjątkową animacją poklatkową, baśniową opowieścią stworzoną przez wspaniałe artystki: Cecylię Kotlicką (koncepcja plastyczna, lalki, scenografia) i Natalię Gilicką (animacja, montaż) – dodaje Vega.
Wieczór w „13 Muzach” spajał muzykę, obraz i słowo. Premierowy koncert, pokaz animacji oraz rozmowę z twórczyniami poprowadziła aktorka Teatru Polskiego w Szczecinie, Dorota Chrulska. Każdy uczestnik miał okazję zatrzymać się i wsłuchać, nie tylko w muzykę, ale też w siebie.
Symboliczna data premiery płyty „Kropla” (21 marca, pierwszy dzień wiosny) nie jest dziełem przypadku. Ten moment, gdy natura zaczyna na nowo, staje się dla Kashi metaforą kobiecego odrodzenia. Album, jak sama mówi, jest podróżą w głąb siebie, ku uwolnieniu wewnętrznego głosu i budowaniu relacji ze swoim potencjałem i potęgą – nie hałaśliwą, lecz spokojną i pewną. Jak kropla, która drąży skałę nie siłą, lecz wytrwałością.
aw / foto: Marcin Szabunia
Już od ponad 30 lat rozświetlamy wnętrza
ul. Jagiellońska 5, ul. Jagiellońska 8 Szczecin godziny otwarcia: pon-pt: 9:00 - 17:00, sb: 10:00 – 14:00 +48 516 133 009 , +48 513 103 062, info@5plus.com.pl
III Szczecińskie Forum Kobiet
Siła odporności w kobiecym wydaniu
W obliczu narastającej presji codzienności, przeciążenia informacyjnego i ekonomicznej niepewności, kobiety coraz częściej stają przed pytaniami o granice swojej wytrzymałości, szukają sposobu radzenia sobie z napięciem i źródła codziennej siły. III Szczecińskie Forum Kobiet, organizowane przez Radę Kobiet przy Prezydencie Miasta Szczecin, staje się miejscem, gdzie te pytania nie tylko padają, ale i otrzymują merytoryczną, wspierającą odpowiedź.
Tegoroczna edycja wydarzenia odbędzie się 4 marca w Sali Złotej Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie.
Forum powstało z potrzeby stworzenia przestrzeni, w której kobiety mogą bezpiecznie i otwarcie rozmawiać o doświadczeniach, trudnościach i wyzwaniach codzienności. Choć Rada Kobiet działa od niedawna, organizowane przez nią Forum zdążyło wypracować sobie silną pozycję na mapie wydarzeń społecznych miasta. Rozmowy są szczere i pozbawione powierzchownego stawiania diagnoz.
Dotychczasowe edycje potwierdziły, jak duże jest zapotrzebowanie na debatę o zdrowiu psychicznym, wewnętrznej sile i odporności psychicznej. Zainteresowanie przekraczające liczbę dostępnych miejsc udowodniło, że Forum trafia w autentyczną potrzebę kobiet, które poszukują nie tylko inspiracji, ale przede wszystkim rzetelnej wiedzy i praktycznego wsparcia.
Motyw przewodni tegorocznej edycji
Motyw koncentruje się wokół społecznej siły odporności kobiet: jak budować sprawczość i wspólnotę w czasach globalnych napięć i lokalnych trudności. Forum nie obiecuje prostych recept, ale zaprasza do refleksji i wymiany doświadczeń. Jak podkreślają organizatorzy, chodzi o uporządkowanie wiedzy w obszarze, który coraz częściej staje się przyczyną kryzysów emocjonalnych i psychicznych.
Jak wziąć udział?
Forum jest wydarzeniem otwartym i bezpłatnym, jednak
wymagana jest wcześniejsza rejestracja. W programie przewidziano wystąpienia prelegentów znanych z działalności medialnej, sportowej i społecznej, które w swoich wystąpieniach odwołują się do doświadczeń osobistych i zawodowych. Wśród zaproszonych gości znajdą się m.in. Agnieszka Lichnerowicz, Iwona Guzowska, Karolina Hajdukiewicz oraz Paweł Małaszko. Ich obecność zwiększa rangę wydarzenia, ale przede wszystkim zapewnia uczestniczkom i uczestnikom szeroką perspektywę patrzenia na temat odporności psychicznej.
III Szczecińskie Forum Kobiet nie jest wydarzeniem jednorazowym. Wpisuje się w szerszy kontekst działań Rady Kobiet na rzecz budowania odpornego, zaangażowanego społeczeństwa. Organizatorzy konsekwentnie przekonują do pracy nad normalizowaniem rozmowy o problemach emocjonalnych i psychicznych, przełamywaniem tabu i budowaniem kultury wzajemnego wsparcia.
W czasach, w których tempo życia nie zostawia przestrzeni na odpoczynek, a oczekiwania społeczne wciąż rosną, Szczecińskie Forum Kobiet tworzy bezpieczne miejsce spotkania, w którym można nie tylko usłyszeć ważne słowa, ale także je wypowiedzieć. Właśnie dlatego z roku na rok rośnie liczba uczestniczek, a samo wydarzenie zyskuje rangę ważnego punktu na mapie szczecińskich inicjatyw społecznych.
aw / foto: materiały prasowe
Kobiecy weekend w Szczecinie
Już niedługo dzień kobiet i właśnie z tej okazji Szczecin stanie się przestrzenią inspirujących
spotkań, rozmów i ruchu. Dwa wyjątkowe wydarzenia połączą siły, aby opowiedzieć historię o kobiecej energii, zdrowiu i dzieleniu się doświadczeniem.
Sobota, 7 marca
Tego dnia we wnętrzach Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza odbędzie się 4. edycja konferencji „Mikrobiota jest Kobietą”. To cenione w regionie wydarzenie naukowe ponownie zgromadzi ekspertów m.in. z dziedzin gastroenterologii, psychiatrii, fitoterapii, dietetyki i kosmetologii. Spotkanie – prowadzone przez Marzenę Rogalską oraz prof. dr hab. n. med. Karolinę Skonieczną-Żydecką – stanie się przestrzenią wymiany wiedzy i perspektyw wokół tematów ważnych dla kobiet.
Niedziela, 8 marca
Ten dzień natomiast upłynie pod znakiem ruchu i wspólnego świętowania na Jasnych Błoniach, gdzie wystartuje 16. edycja SANPROBI Bieg Kobiet. Wydarzenie od lat przyciąga biegaczki, miłośniczki nordic walking, kibiców i całe rodziny. Tegoroczna edycja zyska wyjątkowy modowy akcent – po raz pierwszy na koszulkach pojawi się logo marki Łukasza Jemioła, a energetyczna pomarańczowa kolorystyka
jest inspirowana najbardziej słonecznym kolorem znanym z opakowań partnera strategicznego wydarzenia. W strefie SANPROBI uczestniczki będą mogły skorzystać z porad dietetycznych, pomiarów składu ciała oraz poszerzyć wiedzę na temat mikrobioty i probiotyków. Organizatorzy nie zapomnieli również o atrakcjach dla najmłodszych.
To marcowe świętowanie łączy naukę z ruchem, refleksję z energią – tworząc komplementarną opowieść o kobiecości i dobrostanie. SANPROBI, jako partner merytoryczny konferencji i współorganizator biegu, zaprasza do wspólnego celebrowania – z uważnością, lekkością i dobrą energią.
Marcowy weekend w Szczecinie układa się w pełną znaczeń całość. Konferencja otwiera przestrzeń do refleksji i rozmów, Bieg Kobiet – do wspólnego ruchu i celebrowania kobiecej energii. Oba wydarzenia wzajemnie się dopełniają. SANPROBI, partner merytoryczny konferencji i współorganizator biegu, zaprasza do świadomego i wspólnego przeżywania tego wyjątkowego czasu.
aw / foto: materiały prasowe
Obrazy
polskiego Szczecina
Trzy Orły
To chyba najważniejszy monument jaki powstał w Szczecinie po II wojnie światowej. Pomnik Czynu Polaków, który usytuowany jest na Jasnych Błoniach, niedaleko Parku Kasprowicza. Powstał w 1979 roku. Odbywały się pod nim wszystkie najważniejsze uroczystości miejskie lub państwowe. W wielu przypadkach tak jest również do dzisiaj. Nazywany jest także Pomnikiem Trzech Orłów, a złośliwi mówią o nim nawet Pomnik Trzech Ptaków. Niewielu wie, że grożono wysadzeniem go w powietrze.
Monument przedstawia trzy orły zrywające się do lotu. Na jednej z tablic umieszczonych przy Trzech Orłach widnieje wyjaśnienie czego są symbolami: „trwania trzech pokoleń/ –polonii szczecińskiej xix i xx wieku/ - pionierów, pierwszych osadników polskich/ przywracających życie w powojennym szczecinie/. Pomnik został wykonany z materiałów, które także były symboliczne. Jego twórca - artysta rzeźbiarz Gustaw Zemła tak tłumaczył ich wybór dla jednej z lokalnych gazet: „Granit – to skała, twarda jak opoka, jak lud pomorski. Spiż – to tradycja rycerskich mieczy i dzwonu Zygmunta w Krakowie. Stal – to nowoczesność, bo z tego surowca powstają najlepsze na świecie statki budowane w Szczecinie”. W kolejnej, po latach, tłumaczył: „To mój pomnik, od początku do końca. Przed jego powstaniem gotowa była tylko nazwa. Dostałem więc do realizacji hasło: miałem wykonać Pomnik Czynu Polaków. Jakiej Polski i jakiego czynu – zbrojnego czy innego – tego nie sprecyzowano. Pozostawiono to mojej twórczej wyobraźni”.
O budowie monumentu zadecydowano w Komitecie Wojewódzkim Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej jesienią 1972 roku. Miał on być ozdobą planowanych na lato 1974 roku obchodów 30 rocznicy Powstania Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Ale nie udało się. Zbyt długo dyskutowano nad koncepcją pomnika. W końcu prace nad jego realizacją ruszyły w drugiej połowie 1976 roku. Według Encyklopedii Pomorza Za-
chodniego zaproponowano cztery lokalizacje – Wały Chrobrego, okolice Podzamcza, teren przy Baszcie Siedmiu Płaszczy oraz Jasne Błonia. Twórca pomnika wybrał tę ostatnią. Budowa trwała prawie trzy lata. Orły odlano w warszawskich Zakładach Mechanicznych im. Marcelego Nowotki. Przetransportowano je Wisłą, Bałtykiem i Odrą barkami Żeglugi Szczecińskiej. Stalowy postument na którym zostały usadowione wykonano w ówczesnej (i nieistniejącej już dziś) Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego. Pomnik powstał m.in.
ze składek społeczeństwa Szczecina i Pomorza Zachodniego. Został odsłonięty 3 września 1979 roku. Według oficjalnej wersji – w 35 rocznicę powstania PRL. Wyglądał i nadal wygląda imponująco. Jego wysokość – 22,5 m, rozpiętość orlich skrzydeł –6,5 m, waga orłów – 60,0 t, konstrukcję umieszczono w 150 tonowej bryle betonu.
Po odsłonięciu pomnika żartowano, że to bardzo odważny monument, gdyż jeden z orłów – ten na samej górze chyba jest na usługach obcego wywiadu. Bo wyraźnie podpatruje co się dzieje na terenie siedziby ówczesnego konsulatu ZSRR w Szczecinie sąsiadującego wtedy z pomnikiem na Jasnych Błoniach.
Niewielu oglądających Pomnik Czynu Polaków wie, że we wrześniu 1979 roku pojawiła się groźba wysadzenia go w powietrze. Tak przynajmniej miał grozić prezydentowi Szczecina pewien mężczyzna. Sprawą zajęła się błyskawicznie Milicja Obywatelska, która rozpoczęła specjalne dochodzenie pod kryptonimem „Orzeł”. Już po dwóch dniach ustalono autora gróźb. Okazał się nim jeden z pracowników Stoczni Szczecińskiej. Ustalono także dlaczego groził wysadzeniem pomnika – miał kłopoty finansowe a za pośrednictwem prezydenta Szczecina chciał uzyskać tzw. kredyt dla młodych małżeństw. Autor: Dariusz Staniewski/foto. IPN Szczecin, Marek Czasnojć, zdjęcie ze zbiorów Miejskiej Biblioteki Publicznej w Szczecinie.
Tłuste koty
Na kotach dobrze się nie znam, ale jednak coś tam o nich wiem. O Julku, kocie mojego kuzyna Roberta mogę powiedzieć z całą stanowczością, że jest tłustym kotem. Ktoś mniej delikatny orzekłby wręcz, że bardzo tłustym. Twardą podstawę do sięgania po tak jednoznaczny epitet stanowi nie tyle rzucająca się w oczy nadwaga Julka, ile jego ruchowa aktywność. A właściwie całkowity jej brak.
Pamiętam – a było to ładnych parę marców temu – jak Julek czaił się nieustannie, żeby tylko przecisnąć się przez szparę w drzwiach i wybiec na ogród. Myszy mu tylko były w głowie i kocice. Jakie miał sukcesy na polu kocic za wiele nie wiem, ale na własne oczy widziałem, jak zmachany Julek wracał wieczorem do domu z pięcioma myszami w pysku. Duma rozrywała mu pierś i ogon stawiała na sztorc.
Dziś Julek wciąż tylko leży i sennie mruczy. Pomyślałby kto, że śni mu się rzeka mleka, taki rozmarzony ma Julek ten swój pysk. Ale ja już Julka dobrze znam i wiem, że mleko to on ma w dupie. Jemu buciczki się śnią, i to nie żadne takie tam starocie z cholewami, w jakich paradował Kot w butach. Julkowi buciczki Gucciczki chodzą po głowie i pantofle od Prady i sneakersy od Balenciagi i jeszcze pomady wszelakie marki Chanel, żeby mu wąsy ładnie sterczały. Taki to z Julka tłusty kot.
Bądźmy realistami. Tyle z tych Julkowych marzeń się ziści co kot napłacze. Mój kuzyn Robert to nie żaden Karl Lagerfeld. Z pewnością swojego Julka kocha, ale złotej kuwety mu przecież nie kupi. To nie jest taka miłość jaką Karl obdarzył swoją Choupette, niebieskooką białą kotkę rasy birmańskiej, codziennie sześć razy czesaną przez dwie osobiste pokojówki, karmioną przez własnego szefa kuchni i całodobowo strzeżoną przez boadyguard team.
Jeśli Twój kot jest tłustym kotem, to mam dla Ciebie propozycję. Okaż swojemu kotu miłość uszczęśliwiając go którymś z tych fantastycznych dań. To może być na przykład mała puszka British Banquet za marne 200 funciaków. Twój kot otrzyma zbilansowa-
ną potrawę, w której dominującymi składnikami będą – tu cytuję – „homar z Norfolk, krab z Devon i poławiany na wędkę szkocki łosoś”. Jako alternatywę proponuję saszetkę Catz Finefood Purrrrly, w wersji serce jagnięce plus krewetki lub w wersji lama i struś. Wszystko do kupienia w Internecie. Najwięcej tłustych kotów znajduje się nie wśród kotów, a wśród ludzi. Cóż, to i owo o tym wiem. Głównie z autopsji. Daleko mi do luzu w kieszeniach Lagerfelda, ale i tak przecież przez żadne szpary w drzwiach przeciskał się nie będę, bo nie trawi mnie już żaden głód. Nie wstanę o świcie, nie zarwę nocki, nie stanę na głowie, nie ubrudzę sobie rąk. Ja już się w życiu nawiosłowałem. Pewnie, miło byłoby zdobyć jeszcze w życiu jakiś mały choćby szczyt, byleby tylko zerowym kosztem.
Chyba nie wywołam żadnych kontrowersji, jeśli powiem, że tłustych kotów nie brakuje również wśród państw. Bo państwa funkcjonują w podobnych cyklach jak ludzie. Też się rodzą, dojrzewają, krzepną, gromadzą tłuszcz, starzeją i wreszcie – choć to może trwać długo - umierają. Patrzę na Francję i widzę Julka, patrzę na Niemcy – wykapany Julek, patrzę na cały Zachód - wszędzie Julek. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Stany to jeszcze taki wciąż głodny kot. Nic bardziej mylnego.
Mam tu przed nosem trochę faktów i liczb. Kalifornia – stan, który kocha się w swoim wizerunku globalnej kolebki innowacji – w 2008 roku postanowiła zbudować szybką kolej z San Francisco do Los Angeles. Jakieś 800 kilometrów. Planowany termin zakończenia? 2020. Budżet? 33 miliardy dolarów. Minęło siedemnaście lat. Nie ma ani jednego odcinka zdatnego do przewozu pasażerów. Budżet? 106 miliardów i rośnie. Termin? Nieznany. To tylko mały przykładzik.
W tym samym czasie – dokładnie w tym samym – Chiny zbudowały 50 tysięcy kilometrów kolei dużych prędkości. Pierwszą linię uruchomili w 2007. W 2020 mieli już 36 tysięcy kilometrów. Teraz mają ponad 50 tysięcy. To liczby z głośnej książ-
ki „Dostatek” Ezry Kleina i Dereka Thompsona. Polecam! Chiny wciąż są głodne. Nie krępuje im ruchów żaden „tłuszcz”. Żadnych regulacji, praca na trzy zmiany po 12 godzin dziennie, warunki koszarowe, spotkanie z rodziną raz w roku. Cena szybkiego wzrostu. Julek ma się dobrze, bo Julek ma Roberta. Whiskas zawsze w domu się znajdzie. No ale powiedzmy sobie szczerze, gdyby nie Robert, Julek miałby przerąbane. Wszystkie głodne koty sprzątnęłyby mu sprzed nosa każdą mysz.
Zbigniew Skarul
P.s. Felieton inspirowany lekturą książek: „Dostatek”, „Chiny 5.0”, „Chiny bez makijażu”, „Chińczycy trzymają na mocno”, a przede wszystkim „Jak radzić sobie ze zmieniającym się porządkiem świata. Zasady. Dlaczego narody odnoszą sukcesy i upadają” Raya Dalio.
Zbigniew Skarul
Prezes szczecińskiej firmy Oskar Wegner. W latach 1986 – 1995 dziennikarz Polskiego Radia Szczecin i szczecińskiego ośrodka Telewizji Polskiej. Stypendysta United States Information Agency. Twórca programów szkoleniowych, ekspert zagadnień dotyczących rynku reklamy oraz w dziedzinie komunikacji marketingowej. Współtwórca strategii reklamowych, współautor koncepcji programów lojalnościowych, motywacyjnych i grywializacyjnych.
Trwanie Fotografia aktu
Wystawa „Trwanie” Jerzego Marii Bednarskiego w OFF Marinie to wydarzenie formalnie dopracowane, emocjonalnie gęste, wizualnie wyraziste. W Galerii OFF M od 6 marca przez cały miesiąc będzie można oglądać blisko sto fotografii artysty, którego nazwisko w polskiej fotografii aktu kobiecego nieprzerwanie rezonuje od połowy lat 90. Ekspozycja prezentuje wybór z jego wieloletniego dorobku, ukazując dojrzałą, subtelną i świadomą pracę z kobiecym ciałem jako nośnikiem emocji, światła, zmienności i metafory.
Nie ma w tych fotografiach taniej prowokacji ani ilustracyjnego banału – akt w ujęciu Bednarskiego to forma opowieści. O czasie, o przemijaniu, o kruchości. O tym, co cielesne, ale wykracza poza cielesność. Artysta operuje światłem zastanym i przestrzenią w sposób, który pozwala zatrzymać spojrzenie i wciągnąć je w narrację. Właśnie, bo „Trwanie” to nie tyle ekspozycja, co właśnie opowieść. Każdy z kadrów staje się rozdziałem wizualnej prozy – opowieści o kobiecym ciele jako źródle siły, ale i nośniku melancholii.
Fotografie wydrukowane na bezkwasowym papierze Triere Ivory Matt produkowanym we włoskiej papierni, oprawione w ramy z toskańskiego drewna, eksponowane w miejskim kontekście OFF Mariny – wystawa zyskuje oprawę, która nie tylko nie konkuruje z obrazem, ale go uzupełnia. Każda decyzja służy narracyjnej spójności. Koncepcję wystawy opracowała Ewa Kaziszko – kuratorka i projektantka komunikacji wizualnej z doświadczeniem w realizacji wystaw fotografii i sztuki współczesnej.
– Jurka poznałam 20 lat temu na Półwyspie Helskim, miejscu, które ma dla niego szczególne znaczenie – mówi Izabela Marecka, redaktorka naczelna magazynu Prestiż, partnera realizacyjnego wystawy. –Jego fotografie są nasycone ambiwalencją: radość i smutek, młodość i przemijanie, energia ciała i jego podatność na czas.
Bednarski jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików oraz autorem albumu „Pheromones” (2021). Od lat buduje język wizualny, który wymyka się kategoryzacji. Pracuje konsekwentnie z kobiecą nagością, która w jego obiektywie jest pozbawiona maski, nie stylizowana, lecz szczera. Piękna, bo prawdziwa.
– Nagości nie oszukasz – dodaje Iza Marecka. – Gdy opadają ubrania, opadają też maski. Zostajemy sami ze sobą, odkryci, bezbronni, prawdziwi.
„Trwanie” nie jest wystawą łatwą. Nie jest też wystawą przejściową. To wyrafinowana wypowiedź artystyczna, która angażuje widza, konfrontuje go z pytaniami o cielesność, przemijanie, bliskość, samotność, a także gest odwagi: wobec czasów, które nagość eksploatują. Bednarski proponuje spojrzenie intymne, nieoczywiste, szlachetne. – Świat, mimo wszelkich świecidełek stworzonych dla ludzi, jest niepokojąco popsuty. Obserwujmy to. Nie traćmy rezonu i rezonujmy dalej.
Partnerami wydarzenia są:
Galeria OFF M, Marina Developer, Motif Studio, Jachtowa Szczecin, wszczecinie.pl, Magazyn Szczeciński Prestiż, Kia Polmotor, Vienna House by Wyndham Amber Baltic Miedzyzdroje.
aw / grafika: Ewa Kaziszko
Zachodniopomorskie tradycje kulinarne
Napój Szatana
Tak przynajmniej o kawie miał mawiać papież Klemens VIII ze względu na jej muzułmańskie pochodzenie. Ale zachwycony smakiem tego trunku uznał, że jest zbyt dobry, aby mogli go spożywać tylko niewierni. A to było już oficjalne przyzwolenie na jej popularyzację w całym chrześcijańskim świecie. I kawa zaczęła robić furorę. Również w Niemczech i Prusach. Leonhard Rauwolff, niemiecki lekarz i botanik, był jednym z pierwszych Europejczyków, który po podróży do krajów wschodnich w 1573 roku opublikował w 1582 roku pracę pt. “Aigentliche Beschreibung der Raiß inn die Morgenländerin”, w której opisał ludzi, zwyczaje i zabytki zwiedzanych regionów, w tym m.in. kawę, która występowała tam pod nazwą „chaube”:„Mają bardzo dobry napój, zwany przez nich Chaube [kawa], prawie tak czarny jak atrament i bardzo dobry na choroby, głównie żołądka”. Do wielkich fanów kawy należał także m.in. Johann Sebastian Bach –niemiecki kompozytor barokowy, który poświęcił jej kantatę Schweigt stille, plaudert nicht (BWV 211), znaną jako „Kantata o kawie”. Natomiast kolejny niemiecki geniusz muzyczny – Ludwig van Beethoven miał podobno odliczać przed każdym parzeniem dokładnie 60 ziarenek kawy na filiżankę. Początki picia kawy w Niemczech sięgają XVII wieku. W 1673 roku w Bremie otwarto pierwszą kawiarnię w tym kraju. Najpierw kawa była napojem luksusowym, dostępnym głównie dla wyższych sfer społeczeństwa.
Według niektórych źródeł kawa docierała na Pomorze Zachodnie już
w XVIII wieku m.in. przez port w Szczecinie. Ale tak naprawdę miała się pojawić w stolicy regionu dopiero na początku XIX wieku (gdy tymczasem w Gdańsku pijano ją już w XVIII wieku w tzw. kaffehausach) wraz z armią Napoleona Bonaparte. W 1806 roku wojska francuskie zajęły Szczecin i zaczęły okupować miasto.
Razem z nimi pojawił się zwyczaj picia kawy. Ale nie był on dość powszechny, bo trunek ten w tym czasie był importowany i drogi. Bardzo popularna za to była kawa zbożowa, którą pito z domieszką palonej cykorii w trakcie śniadania oraz kolacji. Jak wspomina Lucyna Turek – Kwiatkowska (w swojej książce „Życie codzienne w Szczecinie w latach 1800 – 1939”)kiedy chciało się uhonorować
jakiegoś gościa wtedy zapraszano go z odpowiednim komentarzem: „Ich habe Bohnenkafee. Bitte kommen Sie” („Mam prawdziwą kawę. Proszę przyjść”). Powszechna stała się ona w Szczecinie jednak dopiero pod koniec XIX wieku. Sprowadzano rozmaite jej gatunki np. Brasil, Costarica, Mexico, Santos, Magapalpa. Pojawiły się palarnie kawy. Jedna z nich – nieprzerwanie działa w Szczecinie od 1912 roku (aktualnie najstarsza w Polsce), to Palarnia Kawy Korona 1912. Bogatsi pijali prawdziwą kawę z mlekiem lub śmietanką. Biedniejsi – wybierali zbożową. Historia tego rodzaju kawy w Niemczech sięga przełomu XVIII i XIX wieku. Wtedy w Prusach, z powodu wysokich cen i blokady importu kawy kolonialnej (w okresie napoleońskim), zaczęto masowo produkować tańsze zamienniki powstające na bazie cykorii, jęczmienia (słodowanego lub nie), żyta, grochu a nawet żołędzi. W XIX wieku tzw. kawa zbożowa stała się popularną szczególnie wśród uboższej ludności w różnych regionach Niemiec i Europy. Na ziemiach polskich często nazywana była wprost „Niemiecką kawą”. W XIX wieku w Niemczech pojawiło się też kilka zwyczajów związanych z piciem prawdziwej kawy. Jednym z nich, do dziś kultywowanych w wielu domach, jest Kaffeeklatsch, czyli popołudniowe spotkanie przy kawie i ciastkach.
autor: Dariusz Staniewski / grafika: freepik
Graficzne jeden na jeden
Między ekranem a płótnem
Luty to czas ciszy, skupienia i emocji, które nie zawsze domagają się natychmiastowej formy. Dla bohaterek tej części naszego cyklu to czas bycia bliżej siebie – własnych myśli, intuicji i wrażliwości. Jedna balansuje między projektowaniem cyfrowych doświadczeń a wieczorną ilustracją, druga buduje malarskie światy na granicy snu i rzeczywistości.
Agata Matynia
Absolwentka Uniwersytetu Szczecińskiego oraz Akademii Sztuk w Szczecinie, Graficzka, Ilustratorka, Product Designerka od 3 lat pracująca w jednej z firm FinTech w Berlinie
IG: @agata.matynia
Tworzę… doświadczenia użytkownika i ekrany aplikacji zawodowo, a ilustracje wieczorami, hobbystycznie. Często w swojej pracy, aby "wejść w buty" użytkownika, szkicuję historyjki, np. osób pracujących w zatłoczonej kawiarni, żeby lepiej wczuć się w dynamiczne środowisko i wyzwania, z którymi się mierzą – łatwiej mi wtedy pomyśleć, w jaki sposób powinien działać produkt, który tak naprawdę ma im pomóc w pracy, a nie dodać dodatkowego stresu.
Mój pierwszy rysunek przedstawiał… Jestem pewna, że jakąś roślinę – pamiętam, że jako dziecko dużo czasu spędzałam w ogrodzie, grzebiąc w ziemi i zrywając różne rośliny, sprawdzając ich strukturę i zapach. Inspirują mnie… Wszystko co mnie otacza – miasto, w którym jestem, ludzie, których spotykam (często też ich towarzysze – moja galeria w telefonie składa się w 90% ze zdjęć psów...) muzyka, zapachy, ale najbardziej natura, która daje mi ukojenie od codzienności.
Największe wyzwanie dla artysty to… Walka z wewnętrznym krytykiem – perfekcjonizm potrafi ukraść najważniejsze paliwo twórczości: lekkość, ciekawość i odwagę popełniania błędów. Najbardziej niebezpieczne w nim jest to, że często brzmi jak prawda, a nie jak opinia...
Luty to miesiąc kojarzony z emocjami i bliskością. Jak to wpływa na Twoją pracę artystyczną?
Luty to dla mnie miesiąc świętowania – nie dlatego, że jest to miesiąc, z którym zazwyczaj kojarzą się Walentynki, ale moi bliscy mają wtedy urodziny i imieniny. Sama obchodzę też swoje imieniny 5-tego lutego. Zimowa aura mocno wpływa na to, że jesteśmy bliżej ze swoimi emocjami, bo to taki czas, w którym się zwalnia. Jest więcej czasu na refleksję, na spokojniejsze wieczory, a z drugiej strony dni już są coraz dłuższe i oczekuje się na wiosnę. Luty pozwala mi odkrywać wrażliwość na nowo. Mimo zimowej aury, staram się obcować z naturą jak najczęściej.
Jak ten czas odbija się w formie, tematach lub nastroju prac?
W zimowej ciszy łatwiej słyszeć własne myśli i łatwiej jest eksplorować, dać sobie przestrzeń na szukanie nowego stylu, albo rozwijanie nowej umiejętności. Zima nauczyła mnie, że nie wszystko musi być dopracowane, skończone - czasem tworząc, warto zostawić więcej oddechu, wolnej przestrzeni.
Czy luty jest dla Ciebie czasem decyzji, eksperymentów czy raczej spokojnego obserwowania?
W lutym dużo mojego czasu pochłaniają wyzwania zawodowe, pojawiają się inicjatywy, które wymagają pełnego skupienia. Artystycznie zwalniam, staram się nie wywierać na sobie presji. Rysuję, kiedy czuję. Jak wpadnie mi coś do głowy, to próbuję to zapisać albo robię szybki szkic. Na dynamiczne zmiany przyjdzie czas wiosną.
Monika Radzewicz
Choć szerzej znana jest jako Quasi. Studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu; dyplom uzyskała na Wydziale Malarstwa w pracowni prof. Jacka Waltosia. W swojej działalności artystycznej zajmuje się malarstwem sztalugowym, ściennym oraz ilustracją. W twórczości balansuje na granicy rzeczywistości i snu. Tworzy obrazy nasycone kolorem i detalami, realizując koncepcję „horror vacui”. Równolegle od wielu lat rozwija cykl „Kosmonia” – miniaturowe obiekty, które buduje ze starych zegarków i żywicy epoksydowej.
IG: @quasi_painting / www.quasipainting.com
Tworzę... ponieważ wszyscy jesteśmy twórcami. Wyrażam to poprzez sztuki wizualne, ale kreacja to także systemy, technologie i urzeczywistnianie wizji. Każda rzecz, której dotykamy, jest efektem tworzenia. Bez tego procesu świat jaki znamy, nie mógłby istnieć.
Mój pierwszy rysunek przedstawiał… Był zapewne plątaniną przypadkowych kresek, typowym dziecięcym bohomazem. Jednak przy odrobinie wyobraźni można by w nim dostrzec powidoki życia poprzedzającego obecne: kosmiczne wiry, galaktyczne przygody i czystą, radosną twórczość.
Inspirują mnie… Inspiracja dla mnie to rodzaj nagłego olśnienia lub błysku intuicji. Zapalnikiem może być dosłownie wszystko: literatura, muzyka, sztuka, zasłyszana przypadkowo rozmowa, kąt padania światła wczesną wiosną, widok osobliwej postaci w tramwaju, surrealne marzenie senne…
Największe wyzwanie dla artysty to... Moje są wystarczająco absorbujące. Wierzę, że kluczowe jest pozostanie w zgodzie z własnym głosem, niezależnie od trendów i panujących mód. Jednak największym wyzwaniem jest dla mnie połączenie ducha z materią. Duch to ten twórczy pierwiastek, a materia to rezultat działań artystycznych – w tym także ich wartość rynkowa. To trudny do uzyskania balans.
Luty to miesiąc kojarzony z emocjami i bliskością. Jak to wpływa na Twoją pracę artystyczną?
Luty to dla mnie przedsionek wiosny, na którą czekam z utęsknieniem. Zupełnie jak w piosence pięcioletniego Gucia: "słońce i woda dla ochrony przed umrzeniem, wiosna jest tuż-tuż…" Druga połowa ubiegłego roku była dla mnie niezwykle trudna; mimo stoickiej postawy, mocno szarpnęła mną emocjonalnie, co odbiło się na rytmie mojej pracy. Straciłam bardzo bliską osobę. Czy to doświadczenie uwrażliwiło mnie
artystycznie? Okaże się niebawem, przy nowych projektach. Zdecydowanie jednak wolę tworzyć bez turbulencji w moim otoczeniu – nie należę do artystek, które muszą być głodne, żeby być płodne.
Jak ten czas odbija się w formie, tematach lub nastroju prac?
Bardzo lubię skupienie „do wewnątrz”. Sam proces twórczy, zanim znajdzie formę i ujście na zewnątrz, odbywa się w środku, więc pora roku nie ma tu większego znaczenia. Zimą w pracowni jest po prostu chłodno, więc mam na sobie więcej ubrań. Niektóre rzeczy przychodzą wtedy łatwiej, inne trudniej. Zazwyczaj dotyczy to strony technicznej – nie będę przecież używać żywicy epoksydowej przy projektach wielkoformatowych, gdy pomieszczenie udaje się rozgrzać maksymalnie do 17-18°C. A jednak zima potrafi być magicznie piękna, wręcz nieprawdopodobna. Nawet obrazy generowane przez AI bledną przy tym, co natura stworzyła tej zimy na Kamczatce.
Czy luty jest dla Ciebie czasem decyzji, eksperymentów czy raczej spokojnego obserwowania?
Zawodowo luty to dla mnie czas konkretów: podpisywania umów, kontraktów oraz planowania sympozjów i wystaw.
redagowała: Aneta Dolega
Olga Kuźmina-Pietkiewicz
o pasji, cenie marzeń i wolności
Balet klasyczny choć bezdyskusyjnie piękny, rzadko bywa opowieścią o bajce. Częściej o dyscyplinie, bólu i o ciele, które pamięta więcej, niż jesteśmy w stanie wypowiedzieć słowami. Olga Kuźmina-Pietkiewicz – tancerka i choreografka baletu klasycznego – od niemal dwudziestu lat związana jest ze Szczecinem. Jej droga prowadziła z Kijowa przez konkursy międzynarodowe, sceny w Polsce i Skandynawii, kryzysy zdrowotne i zawodowe, aż po pracę pedagogiczną.
To rozmowa o balecie od środka – bez iluzji, ale z ogromnym szacunkiem do tradycji i miłością do jednej z najpiękniejszej ze sztuk.
Olga, Twoje pierwsze wspomnienie związane z baletem sięga dzieciństwa i jest związane z baletem „Giselle”. Miałaś wtedy trzy lata.
Tak. To był jeden z pierwszych spektakli, jakie widziałam w życiu. Nie uczyłam się jeszcze tańca, nie znałam zasad baletu klasycznego, ale „Giselle” zrobiła na mnie ogromne wrażenie. To balet z epoki romantyzmu, jeden z fundamentów klasycznego repertuaru. Jest w nim miłość, zdrada, obłęd i śmierć – bardzo silne emocje. Giselle zakochuje się w Albrechcie, który podszywa się pod zwykłego chłopaka. Ukrywa przed nią, że jest księciem i że jest zaręczony z inną kobietą. Kiedy prawda wychodzi na jaw podczas wiejskiego festynu, Giselle popada w obłęd i umiera. Ta scena do dziś jest jedną z najbardziej poruszających w historii baletu. Mama mi opowiadała, że po powrocie z teatru do domu, rozpuściłam włosy, biegałam po mieszkaniu i „tańczyłam” szaleństwo Giselle. Już wtedy wiedziałam, że będę artystką.
I rodzice nie sprzeciwili się Twojemu wyborowi.
Mama z myślą o mnie stworzyła szkołę baletową Arabesque. Zapraszała pedagogów z Kijowa, koncertmistrzów, pianistów. To była profesjonalna szkoła – z fortepianem, prawdziwymi puentami, pięknymi kostiumami, koncertami i spektaklami. Wielu nauczycieli, którzy tam pracowali, do dziś jest pedagogami baletu, a uczniowie zostali solistami lub pracują zagranicą.
Jednak pomimo dobrego startu Twoja droga zawodowa nie była łatwa?
Balet nigdy nie jest łatwy. Już jako bardzo młoda osoba zetknęłam się z ogromną presją – dotyczącą ciała, wagi, wyglądu. Miałam anoreksję, później poważne problemy hormonalne. Do tego dochodziła silna presja. To był trudny czas.
To dlatego zdecydowałaś się wyjechać z Ukrainy?
Od razu zaznaczę, że bardzo kocham Kijów. To cudowne miasto i zawsze będzie w moim sercu. Mój tata był historykiem, razem chodziliśmy po mieście, muzeach, miejscach związanych z Michaiłem Bułhakowem, w okresie, kiedy tworzył takie dzieła jak „Biała Gwardia”. Ale jako artystka nie widziałam tam dla siebie przyszłości. Nie akceptowałam ówczesnej korupcji, układów, płacenia za angaże. Widziałam, jak wygląda przyjmowanie do teatrów i nie chciałam w tym uczestniczyć.
Miałaś propozycję z Moskwy, najważniejszego ośrodka baletowego na świecie, a jednak wybrałaś Szczecin. Po konkursach międzynarodowych, m.in. Premio di Roma w 2005 roku, skontaktował się ze mną wybitny choreograf Walerij Niekrasow pracujący w Operze na Zamku w Szczecinie i w Koszalinie. Akurat wznawiał balet „Kopciuszek” i szukał młodych tancerzy. Pomyślałam, że spróbuję. Szczecin miał być rozwiązaniem tymczasowym.
A zostałaś na znacznie dłużej…
We wrześniu minie dwadzieścia lat od mojego przyjazdu. Po drodze był jeszcze Wrocław, Sztokholm, wiele podróży, kontraktów... Życie baletowe to także ciągłe pakowanie walizek, zmiany miejsc, presja i walka o swoje miejsce na scenie. Przy tym wszystkim nieustająca miłość do tego co się robi.
I momenty kryzysowe oraz takie, które wymagają bardzo szybkiej reakcji i decyzji.
Pamiętam jak problemy zdrowotne i leczenie hormonalne spowodowały u mnie gwałtowny przyrost wagi. Usłyszałam, że w takim stanie nie mogą mi przedłużyć kontraktu. Odstawiłam leczenie i schudłam osiem kilogramów w trzy miesiące.
Co do szybkich decyzji to we Wrocławiu trafiły do mnie role solistki, na zasadzie „dostaję rolę do przygotowania na chwilę przed wejściem na scenę”. Była intensywna praca, ale też zwolnienie dyscyplinarne, bo pojechałam zatańczyć do Szczecina, będąc na zwolnieniu lekarskim. Nie żałuję. Chciałam tańczyć.
Słuchając Twoich opowieści to zawód tancerza klasycznego to nie tylko dyscyplina i super forma fizyczna, ale ogromna odporność psychiczna.
Żeby robić ro co się kocha i robić to dobrze trzeba być twardym. Na zewnątrz balet klasyczny kojarzy się delikatnością, efemerycznością. Pod tą powłoką kryje się twardość i odporność psychiczna. Trzeba być w to wyposażonym, żeby zaistnieć w tym świecie.
Często podkreślasz, że dziś w balecie klasycznym brakuje świadomości. Co masz na myśli?
Mam na myśli brak wiedzy o tym, czym balet klasyczny naprawdę jest. Bardzo często widzę świetnie wyszkolone technicznie ciała, ale bez zrozumienia sensu ruchu. Młodzi tancerze potrafią wysoko podnieść nogę, zrobić wiele obrotów, ale nie wiedzą, co dany gest oznacza, skąd pochodzi i dlaczego w danym balecie wygląda właśnie tak. Balet klasyczny nie jest zbiorem ładnych póz. To system znaków, tradycji i historii. Jeśli nie wiemy, kim był choreograf „Giselle”, jaka była epoka, w której powstał ten balet, czym był romantyzm – nie jesteśmy w stanie przekazać widzowi emocji. Bez tej wiedzy taniec staje się pustą formą.
Czy to problem samego systemu edukacji baletowej?
To problem nauczycieli. Jeśli pedagog sam nie zna historii baletu, nie interesuje się tradycją, nie rozumie, skąd bierze się dana forma ruchu, to nie przekaże tego uczniom. A bez tego nie ma ciągłości. Balet klasyczny przetrwał setki lat właśnie dlatego, że był przekazywany z pokolenia na pokolenie – bardzo precyzyjnie, z ogromnym szacunkiem do źródeł. Dziś często wszystko się upraszcza, przyspiesza, skraca. A balet wymaga czasu, cierpliwości i pokory wobec tradycji. To nie jest coś, czego można nauczyć się „szybko”.
Dlatego tak dużą wagę przykładasz do pracy pedagogicznej? Tak. Czuję, że to moja odpowiedzialność. Uczę dzieci nie tylko kroków i pozycji, ale myślenia. Opowiadam im historie baletów, tłumaczę sens gestów, pokazuję, że ruch zawsze coś znaczy. Chcę, żeby rozumiały, że balet to język, a nie zestaw ćwiczeń. Jeśli zabraknie tej świadomości, balet klasyczny przestanie istnieć w swojej prawdziwej formie. A ja bardzo chcę, żeby ta pamięć ciała, ta tradycja i ta jakość były przekazywane dalej.
OLGA KUŹMINA-PIETKIEWICZ, URODZONA W KIJOWIE, TAM TEŻ ROZPOCZĘŁA SWOJĄ PROFESJONALNĄ EDUKACJĘ TANECZNĄ. W 2004 ROKU UKOŃCZYŁA PAŃSTWOWĄ SZKOŁĘ BALETOWĄ W KIJOWIE, A W LATACH 2004–2005 BYŁA TANCERKĄ KIJOWSKIEGO PAŃSTWOWEGO TEATRU MUZYCZNEGO OPERY I BALETU. W TYM CZASIE BRAŁA UDZIAŁ W KLASYCZNYM REPERTUARZE BALETOWYM, WYSTĘPUJĄC M.IN. W SPEKTAKLACH: „DZIADEK DO ORZECHÓW”, „JEZIORO ŁABĘDZIE”, „GISELLE” ORAZ „ROMEO I JULIA”. RÓWNOLEGLE ROZWIJAŁA SIĘ ARTYSTYCZNIE, BIORĄC UDZIAŁ W MIĘDZYNARODOWYCH KONKURSACH BALETOWYCH – W WARNIE (BUŁGARIA), RZYMIE (PREMIO DI ROMA) ORAZ W KIJOWIE. W 2004 ROKU ZDOBYŁA II MIEJSCE W KONKURSIE BALETOWYM W KIJOWIE, A W 2006 ROKU ZOSTAŁA FINALISTKĄ KONKURSU PREMIO DI ROMA. W 2006 ROKU ZOSTAŁA PRZYJĘTA DO OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE, Z KTÓRĄ DO DZIŚ JEST ZAWODOWO ZWIĄZANA. ROK PÓŹNIEJ UCZESTNICZYŁA W EUROPEAN YOUNG DANCE PROJECT (EYDP) W SZTOKHOLMIE, TAŃCZĄC W ZESPOLE LES BALLETS PERSANS, A W 2008 ROKU PRACOWAŁA
JAKO TANCERKA – KORYFEJ W OPERZE WROCŁAWSKIEJ. W TYM SAMYM
ROKU UKOŃCZYŁA MIĘDZYNARODOWY UNIWERSYTET SŁOWIAŃSKI, UZYSKUJĄC TYTUŁ MAGISTRA SZTUKI ORAZ KWALIFIKACJĘ KOREPETYTORA
BALETU KLASYCZNEGO.
NA SCENIE OPERY NA ZAMKU W SZCZECINIE WYSTĘPOWAŁA W SPEKTAKLACH BALETOWYCH WYBITNYCH CHOREOGRAFÓW, M.IN. JACKA
TYSKIEGO, ROBERTA GLUMBKA, KEVINA O’DAYA, CATHY MARSTON, NATALII FEDOROWEJ, WALERIJA NEKRASOVA, VICTORA LITWINOWA, IWANIENKI, KAROLA URBAŃSKIEGO, ANNY HOP ORAZ ZOFII RUDNICKIEJ. TAŃCZYŁA W TAKICH PRZEDSTAWIENIACH JAK: „ROCK’N BALLET”, „DZIEJE GRZECHU”, „ALICJA W KRAINIE CZARÓW”. BRAŁA RÓWNIEŻ UDZIAŁ W LICZNYCH PRODUKCJACH OPEROWYCH I OPERETKOWYCH.
DO DZIŚ PRACUJE W OPERZE NA ZAMKU W SZCZECINIE JAKO KORYFEJ, A TAKŻE JAKO NAUCZYCIELKA TAŃCA KLASYCZNEGO. RÓWNOLEGLE OD LAT ROZWIJA DZIAŁALNOŚĆ PEDAGOGICZNĄ – UCZYŁA M.IN. W SZKOLE ARTYSTYCZNEJ W KIJOWIE, BYŁA WYKŁADOWCZYNIĄ UCZELNI TOP ART. PRACUJE TAKŻE JAKO PEDAGOG W JOY DANCE SZCZECIN I KONSULTANT CHOREOGRAFICZNY GIMNASTYKI ARTYSTYCZNEJ W KLUBACH KUSY SZCZECIN ORAZ BŁĘKITNA, JEST PEDAGOGIEM DYSCYPLIN FIZYCZNYCH ORAZ INSTRUKTORKĄ FITNESSU DLA KOBIET W CIĄŻY I PO PORODZIE.
W 2019 ROKU ZAŁOŻYŁA SZKOŁĘ BALETOWĄ OLGA KUŹMINA BALET, W KTÓREJ PROWADZI ZAJĘCIA INDYWIDUALNE I GRUPOWE, PRZEKAZUJĄC KLASYCZNĄ TRADYCJĘ KOLEJNYM POKOLENIOM TANCERZY. JAKO CHOREOGRAFKA JEST AUTORKĄ SPEKTAKLI: „N’SIRAP - MIASTO MARZEŃ”, „MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ” ORAZ „CIPOLLINO”.
W 2022 ROKU ZOSTAŁA UHONOROWANA NAGRODĄ MINISTRA KULTURY „ZASŁUŻONY DLA SCEN POLSKICH” – WYRÓŻNIENIEM PODKREŚLAJĄCYM JEJ WIELOLETNI WKŁAD W ROZWÓJ POLSKIEJ SCENY BALETOWEJ.
Zanim był Wiedźmin i Kojima. Historia gier zamknięta w muzeum
Gry wideo już dawno przestały być niewinną rozrywką dla nastolatków zamkniętych w swoich pokojach. Dziś to jedna z najpotężniejszych gałęzi popkultury, medium, które kształtuje wyobraźnię, język narracji, estetykę filmu, muzyki i literatury. Miliony graczy na całym świecie śledzą premiery równie uważnie jak festiwale filmowe, a takie tytuły jak Wiedźmin czy Cyberpunk 2077 udowadniają, że gry mogą być nośnikiem lokalnej tożsamości, światowej klasy opowieści i artystycznej ambicji. Twórcy pokroju Hideo Kojimy — wizjonera stojącego za serią Metal Gear i Death Stranding — funkcjonują dziś jak autorzy kina autorskiego: rozpoznawalni, wpływowi, komentujący rzeczywistość. W tym kontekście gry wideo stają się nie tylko technologiczną ciekawostką, ale pełnoprawnym zjawiskiem kulturowym. I właśnie o tej drodze — od prostych pikseli do globalnego medium — opowiada Muzeum Gamingu w Szczecinie.
Wchodząc do Muzeum Gamingu w Szczecinie, trudno oprzeć się wrażeniu, że czas zaczyna płynąć tu inaczej. Stare kineskopowe telewizory, charakterystyczne „piknięcia” startujących konsol, joysticki, które pamiętają więcej historii niż niejeden album rodzinny. To miejsce nie próbuje imponować rozmachem ani liczbą eksponatów. Jego siłą jest narracja — prowadzona konsekwentnie, chronologicznie, z uważnością na detale. Do tego ta sentymentalna „melodia” , którą słyszymy w głowie, szczególnie te osoby , które uwielbiają gry wideo i pamiętają czasy takich klasyków jak Pac-Man czy Super Mario. Wartością dodaną i ogromna frajdą jest fakt, że w to wszystko na tych klasycznych urządzeniach, można zagrać.
– To wystawa, którą najlepiej zwiedzać po kolei – podkreśla Filip Roguski, twórca i właściciel muzeum. – Bo gaming nie wziął się znikąd. To proces. Ewolucja pomysłów, technologii i ludzkiej wyobraźni.
Zanim ktoś pomyślał o zabawie
Historia gier wideo zaczyna się znacznie wcześniej niż w latach 70., które zwykle uznaje się za ich „narodziny”. Już w 1947 roku amerykańscy fizycy Thomas T. Goldsmith Jr. oraz Estle Ray Mann opatentowali urządzenie, które można uznać za pierwszą koncepcję gry elektronicznej. Była to symulacja wystrzeliwania pocisków, inspirowana wojskowymi radarami używanymi podczas II wojny światowej. – To był jeszcze czysty eksperyment – tłumaczy Roguski. – Prototyp nigdy nie trafił do sprzedaży, ale sam pomysł pokazuje, że potrzeba „interakcji z ekranem” pojawiła się bardzo wcześnie.
Kilka lat później, w 1951 roku, brytyjski informatyk Christopher Strachey zaprogramował grę w warcaby, uruchomioną na legendarnym komputerze Manchester Mark I. Pomagał mu Alan Turing – pionier informatyki, autor testu Turinga i jednej z pierwszych koncepcji sztucznej inteligencji. To właśnie tę rozgrywkę uznaje się dziś za pierwszą komputerową grę w historii.
Studencka zabawa, która zmieniła świat
Kolejny przełom nastąpił w 1962 roku, kiedy na MIT powstała gra Spacewar!. Tworzona początkowo jako projekt akademicki, szybko stała się fenomenem wśród studentów w Stanach Zjednoczonych. Była kopiowana i uruchamiana na kolejnych uczelniach, inspirując twórców do myślenia
o grach jako o produkcie. – To wtedy pojawiło się pytanie: a co, jeśli ktoś za to zapłaci? – mówi Roguski.
Jedną z osób, które odpowiedziały na to pytanie twierdząco, był Ralph H. Baer. To on opracował koncepcję konsoli podłączanej do telewizora. Efektem jego pracy była Magnavox Odyssey – pierwsza komercyjna konsola do gier, wprowadzona na rynek w 1972 roku. Choć sprzedaż nie była spektakularna, Odyssey otworzyła drzwi do całej branży.
Atari, Pong i początek masowej rozrywki
Na pokazach Magnavox Odyssey obecny był Nolan Bushnell. Zafascynowany pomysłem stworzył automat Pong, który w krótkim czasie stał się globalnym hitem. To właśnie Pong zapoczątkował erę salonów gier i masowej rozrywki elektronicznej. Bushnell założył firmę Atari, która w latach 70. i 80. zdefiniowała gaming dla milionów ludzi. – Pierwsza generacja konsol była bardzo prosta – tłumaczy Roguski. –Było niewiele gier, często opartych na tym samym pomyśle, ale… istniało ponad sto różnych konsol. Paradoksalnie Magnavox więcej zarobił na procesach o naruszenie patentów niż na samej sprzedaży sprzętu.
Od Atari 2600 do Commodore 64
Druga połowa lat 70. to już Atari 2600 – konsola, która na dobre zagościła w domach. To na niej pojawiły się kultowe tytuły, takie jak Space Invaders czy Pac-Man. Równolegle rozwijały się komputery domowe, z których najbardziej rozpoznawalnym był Commodore 64 – urządzenie legendarne również w Polsce. – Dla wielu osób to właśnie C64 był pierwszym „oknem do świata cyfrowego” – mówi Roguski. – Kasety magnetofonowe, długie ładowanie, charakterystyczne dźwięki… To wszystko budowało rytuał.
W Polsce lat 80. i 90. gry były nadal rozrywką niszową. Zachodnie premiery docierały z opóźnieniem, często w formie klonów konsol – takich jak Rambo czy Pegasus. – Dziś patrzę na to z wdzięcznością – przyznaje Filip. – Dzięki tym sprzętom poznałem całą klasykę drugiej generacji gier.
Gwałtowny rozwój i koniec wyścigu technologicznego Lata 90. przyniosły eksplozję mocy obliczeniowej. Każda kolejna konsola oznaczała ogromny skok jakościowy. Gry szybko się starzały — pięcioletni tytuł bywał uznawany
za „prehistorię”. – To był czas, kiedy wyobraźnia graczy nie nadążała za technologią – mówi Roguski. – A potem nagle… technologia zaczęła nadążać za wyobraźnią.
Dlatego ekspozycja w muzeum kończy się na 2010 roku. –Po tym momencie różnice przestały być rewolucyjne – tłumaczy. – Gry takie jak Crysis czy Minecraft wciąż funkcjonują w niemal niezmienionej formie.
Symbolicznym momentem była premiera Nintendo Wii –konsoli słabszej technicznie od konkurencji, ale skupionej na rozgrywce i ruchu. To ona stała się najlepiej sprzedającą się konsolą swojej generacji.
Muzeum jako osobista historia
Muzeum Gamingu to jednak nie tylko historia branży, ale też osobista droga Filipa Roguskiego. Studiował psychologię, pracował jako doradca w dziale komputerowym, gdzie — jak sam mówi — „oprowadzał klientów jak po muzeum”. Decydującym momentem były narodziny syna wymagającego stałej opieki. – Musiałem zrezygnować z pracy. Całą energię i oszczędności włożyłem w kolekcję – opowiada.
Sprzęty skupował, naprawiał, kompletował latami. Lokal znalazł przypadkiem — dawną kafejkę internetową, opuszczoną od kilkunastu lat. – To było miejsce-symbol – mówi. –Kafejki internetowe upadły, bo skończyła się pewna epoka. Ja chciałem ją przypomnieć.
Gry, dzieci i stereotypy Muzeum odwiedzają rodziny, pasjonaci, ale też osoby, które chcą „na chwilę wrócić do przeszłości”. Dzieci uczą się cierpliwości, dorośli — dystansu. – Stare gry uczą planowania, skupienia, akceptowania porażki – mówi Roguski. – Mieliśmy trzy życia i koniec. Trzeba było próbować od nowa. Nasza rozmowa szybko schodzi na stereotypy: przemoc, uzależnienia, „stratę czasu”. – Gry są jak książki – podkreśla. – Są dobre i złe. Rozwijające i ogłupiające. Największym zagrożeniem nie są dziś gry wideo, lecz mechanizmy znane z hazardu, obecne w darmowych grach mobilnych.
Od pikseli do sztucznej inteligencji
Jednym z najmocniejszych argumentów Roguskiego jest ten, o którym rzadko się mówi: bez gier nie byłoby współczesnej sztucznej inteligencji. – To karty graficzne, rozwijane z myślą o graczach, umożliwiły rozwój AI – tłumaczy. –Wszystko zaczęło się od zabawy.
Na koniec padają tytuły najbliższe sercu: Wiedźmin 2 i 3, Cannon Fodder, Pong. Gry, które pokazują, że medium to potrafi opowiadać historie, zadawać pytania i budować emocje. Muzeum Gamingu nie jest opowieścią o przeszłości. Tylko o pamięci, technologii i o tym, jak bardzo gry są częścią naszej kultury.
Autorka: Aneta Dolega / Fot. materiały prasowe
Miłość,
która zostaje na całe życie
Walentynki przychodzą każdego roku w tym samym kształcie i tym samym kolorze. Chyba każdy myśli o tym święcie tak samo. Spójrzmy zatem szerzej. Może właśnie 14 lutego warto przypomnieć sobie o relacji, która jest z nami zawsze, niezależnie od statusu związku, romantycznych planów czy… braku planów. O tej relacji, którą pielęgnujemy bardzo długo i czasami zdarza nam się o niej zapominać. Czy wiecie, że 13 lutego obchodzimy Międzynarodowy Dzień Kochania Siebie?
Nauczyliśmy się spełniać oczekiwania innych. Troska o siebie zeszła na dalszy plan. Miłość własna dla wielu nadal pozostaje nieoczywista, pomijana, czasem niezrozumiana. Tymczasem bez niej nie zbudujemy zdrowych relacji, nie podejmiemy ważnych decyzji i nie będziemy w stanie odzyskać równowagi, gdy ktoś zachwieje naszą pewność siebie i poczucie własnej wartości. Trudno być dla siebie dobrym. Dlatego Walentynki mogą być bolesne, a wcale nie powinny takie być.
Pani Magdo, coraz częściej (co mnie bardzo cieszy) obserwuję, że młodzi, a nawet starsi dochodzą do wniosku, że najtrudniejszą, a jednocześnie najważniejszą relacją w naszym życiu jest ta, którą mamy z samymi sobą. Dlaczego tak łatwo odkładamy ją na dalszy plan? Bo to wcale nie jest takie oczywiste. Jesteśmy istotami re -
lacyjnymi, potrzebujemy ludzi, by istnieć, dlatego pragniemy przynależeć i tworzyć z innymi relacje. Ta perspektywa na zewnątrz (budowania relacji interpersonalnych) oddala nas paradoksalnie od budowania relacji do wewnątrz, intrapersonalnych (z samym sobą). Jesteśmy tak skupieni na innych, tym jak nas widzą, czy nas lubią i akceptują, że zapominamy o sobie, o przyglądaniu się sobie i próbie poznania i zrozumienia siebie. I często mylnie myślimy, że jak zbudujemy relacje z innymi, ci inni nas polubią, zaakceptują, a nawet pokochają, to w końcu i my pokochamy samych siebie. A tak to nie działa. Miłość do innych zaczyna się od miłości do samego siebie.
Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z pojęciem self-love, brzmiało dla mnie obco, trochę nienaturalnie. Z czasem zaczęłam się jednak zastanawiać, czy nie kryje się za nim coś znacznie głębszego. Jak odróżnić prawdziwą troskę
o siebie od tej, którą często widzimy w mediach społecznościowych?
Pojęcie miłości własnej budzi wielkie emocje. Bo często przypisywane są temu wszelkie zniekształcenia, nasze obawy i schematy i komunikaty, które słyszeliśmy, gdy dorastaliśmy. Słyszeliśmy na przykład, że miłość własna to egoizm, narcyzm, samolubność. Dlatego tak bardzo boimy się lubić siebie lub chociażby być dla siebie czuli czy delikatni. To też kojarzy nam się z pobłażaniem sobie, szukaniem wymówek, byciem leniwym czy zbyt miękkim. A przecież nie o to tu chodzi. Miłość własna powinna być naszą naturalna narracją: lubię siebie, akceptuję, mam świadomość swoich niedoskonałości, chcę nad sobą pracować, ale mogę to robić, cytując tytuł mojego podcastu “Czułostek”: czule, delikatnie, łagodnie.
Mówi się o tzw. „samotnych randkach” – czasie spędzonym ze sobą, bez żadnego towarzystwa. Zdarzyło mi się pójść samej do kina i było w tym coś zaskakująco uwalniającego. Czy takie doświadczenia mogą być formą budowania relacji z samym sobą? Była Pani kiedyś na takiej randce?
O, nie raz! To doskonały pomysł! Uwielbiam sama wybierać się na spacer, do kina, na wystawę czy do kawiarni. Czas spędzony sam na sam ze sobą to bardzo cenne doświadczenie i umiejętność, której powinniśmy uczyć też nasze dzieci. Wzmacniamy kontakt ze sobą i łapiemy połączenie (o ile ograniczymy w tym czasie używanie telefonu), przyglądamy się swoim myślom, odczuciom. Mamy możliwość wejść w dialog ze swoimi zmysłami i ćwiczyć uważność. To wspaniałe umiejętności, które pozwalają nam budować siebie. Wśród kart terapeutycznych, które stworzyłam, znajduje się jedna szczególna: przedstawia związek w kształcie drukowanej litery „M”. Symbolizuje ona dwoje ludzi – samodzielnych, stabilnie stojących na własnych nogach (to boczne linie litery), połączonych mostkiem wspólnych wartości, pasji i doświadczeń.
Trzymają się za rękę?
Tak! Łączy ich więź oparta na wolności i świadomym wyborze, a nie zależności czy emocjonalnym „uwieszeniu się” na sobie. Dla kontrastu – jak przypomina Irvin Yalom, wybitny psychoterapeuta – związek przypominający literę „A”, w którym jedno nieustannie wspiera się na drugim, może się łatwo rozpaść: wystarczy, że jedno z nich się odsunie, a drugie traci równowagę. Dlatego tak istotna jest umiejętność bycia samemu i pielęgnowania własnej niezależności. Właśnie o tym mówię często podczas terapii par, że zdrowy związek to subtelny taniec między przynależnością a autonomią.
Walentynki pełne są symboli miłości, serduszek, kwiatów, biżuterii, czekoladek i innych słodkości oraz – oczywiście – par spacerujących za rękę. A co z tymi, którzy nie mają z kim spędzić tego dnia? Dlaczego święto miłości tak często uruchamia poczucie samotności i niewystarczalności?
To prawda, Walentynki stały się mocno skomercjalizowanym świętem. Pełnym, często pustych i powierzchownych symboli. Takie nagromadzenie symboliki, reklam biżuterii i czekoladek wyskakujących z każdego miejsca może powodować w nas znaczącą presję na bycie w relacji romantycznej i uruchomić w nas poczucie samotności czy niewystarczalności. A przecież to święto miłości, bliskości, łączności. I jeśli zastanowimy się nad naszymi wartościami i są nimi miłość i bliskość, to możemy realizować te wartości niezależnie od tego, czy jesteśmy obecnie w związku, czy nie.
Możemy darzyć miłością nie tylko partnera/partnerkę. Miłość ma wiele twarzy: przyjacielską, partnerską, do zwierząt, natury, sztuki, a także – tę skierowaną do samego siebie. Walentynki mogą stać się dobrą okazją, by okazać sobie troskę i uważność. Spacer, chwila z książką, ulubiona kawa, masaż, wizyta w kinie, spotkanie z bliską osobą albo spokojny wieczór z psem – każdy z tych gestów może być wyrazem czułości wobec siebie. Co więcej, właśnie takie aktywności wspierają nasz układ przywspółczulny, odpowiedzialny za regenerację i odprężenie. To wtedy organizm zaczyna produkować oksytocynę – hormon bliskości, bezpieczeństwa i dobrostanu.
Czy miłości do siebie można się nauczyć? Co powiedziałaby Pani osobom, które przez lata nie potrafiły siebie polubić, ale czują, że chciałyby wreszcie spróbować? Jak być dla siebie dobrym towarzystwem?
Zdecydowanie można się tego nauczyć. To właściwie sedno mojej pracy terapeutycznej – wspieranie ludzi w drodze do miłości własnej, akceptacji siebie i rozwoju samowspółczucia. Kiedy ktoś mówi: „chcę wreszcie siebie pokochać”, zawsze uprzedzam, że to proces – długi, wymagający cierpliwości i konsekwencji. Łatwiej przychodzi nam przecież samokrytyka, umniejszanie sobie, sabotowanie własnych działań. Nasza wewnętrzna narracja, ten głos, który często nazywam wewnętrznym krytykiem – towarzyszy nam od najmłodszych lat. Z czasem staje się niemal automatyczny, wpisany w codzienność. Bycie dla siebie dobrym, wyrozumiałym, czułym, wbrew pozorom, potrafi budzić lęk. Dlatego zmiana tej narracji wymaga czasu. Nie chodzi o puste slogany w rodzaju „jestem super”, trzeba to rzeczywiście poczuć, tę dumę, satysfakcję i połączenie ze sobą.
Jak to osiągnąć?
Najpierw musimy wsłuchać się w głos wewnętrznego krytyka: co mówi, jak długo już w nas siedzi, czyje słowa powtarza, skąd je wzięliśmy. Zrozumienie tego głosu pozwala nawiązać z nim dialog. Czasem warto powiedzieć: „Słyszę, że znowu twierdzisz, że jestem beznadziejny. Ale zanim w to uwierzę, sprawdzę – czy naprawdę tak jest? Co mówią moje doświadczenia? Jakie mam dowody?”. Zachęcam pacjentów, by zapisywali te rozmowy – to pierwszy krok do oswojenia i przeformułowania sposobu, w jaki myślą o sobie. Z czasem ten proces otwiera przestrzeń na czułość, bliskość i łagodność wobec samego siebie. To piękna i głęboka podróż. Bo przecież to my sami spędzamy ze sobą najwięcej czasu: prowadzimy wewnętrzne dialogi, negocjacje, toczymy codzienne monologi. Nie ma drugiej tak bliskiej relacji. Dlatego warto siebie polubić, nauczyć się sobie towarzyszyć, być dla siebie oparciem, przyjacielem. Jesteśmy ze sobą na całe życie.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Anna Wysocka
Magda Olech – psycholożka i psychoterapeutka CBT (in spe), wykładowczyni akademicka, twórczyni podcastu „Czułostki-czule, delikatnie, łagodnie o życiu”. Specjalizuje się w leczeniu zaburzeń lękowych, depresyjnych, ADHD dorosłych i terapii par. Autorka kart terapeutycznych „Symbole przemiany”. Więcej na stronie: magdaolech.pl
W galerii sztuki współczesnej Kunsthalle Rostock można oglądać wielką retrospektywę Hansa Ticha, jedynego popartystę
NRD. Na wystawie zgromadzono aż 120 dzieł – książkowych ilustracji, rysunków, grafik, instalacji, ale przede wszystkim wielkoformatowych obrazów. Tę wystawę trzeba zobaczyć!
Ticha urodził się w 1940 roku w Bodenbach, to obecnie czeski Děčín. Po wojnie rodzina została przesiedlona do Saksonii, w okolice Lipska. Studiował edukację artystyczną i historię w Lipsku, a później malarstwo w Berlinie. Po zjednoczeniu Niemiec przeniósł się do Moguncji, a obecnie mieszka i pracuje w Maintal pod Frankfurtem. Jak łatwo wyczytać z biografii, pierwszą połowę życia spędził w Niemczech Wschodnich, co zdefiniowało jego twórczość, ale nie charakter. Jest to wyraźnie widoczne we wczesnej twórczości o „bezpiecznej” tematyce, ale z intrygującymi, nieco ukrytymi, aluzjami. Już w tych pierwszych obrazach poznamy jego charakterystyczny styl, nawiązujący do ekspresjonizmu abstrakcyjnego oraz jemu „pokrewnych” – surrealizmu, Bauhausu i przede wszystkim pop art-u.
Kapitalne są karykaturalne przedstawienia bohaterów jego obrazów, często pozbawionych twarzy. Mimo to Ticha trafnie portretuje osobliwe charaktery, wystarczy jedna kreska, jeden element czy atrybut, by zrozumieć intencje artysty.
Wielką karierę, jeszcze w czasach NRD Ticha zrobił jako ilustrator. Historycy sztuki mówią wręcz, że „wpisał się w pamięć wizualną całego pokolenia Ossi”. Jest autorem opracowań graficznych, typograficznych, okładek i ilustracji niemieckich wydań kilku setek książek autorstwa m.in. Brechta, Gorkiego, Heinego, Hrabala, Fallady, Grimm’ów czy Tucholsky'ego.
Komplet sportowych portretów to prawdziwa malarska olimpiada. Wraz z Tichą i jego zawod-
nikami wędrujemy z areny na arenę, na stadion, do hali, a nawet lodowisko. Największa uwagę publiczności przyciąga „Drużyna” z 1975 roku. Tym obrazem Ticha wywołał skandal, po którym zaczął być obserwowany przez służby NRD. Jego drużyna piłkarska nie jest bohaterem, lecz ironicznym symbolem społeczeństwa socjalistycznego: są niemal identyczni, mają maskowate, schematyczne twarze, wyglądają jak trybiki systemu. Obraz został zinterpretowany jako krytyka ideologii kolektywu, niezwykle ryzykowna w realiach NRD.
W obliczu (geo)politycznego przełomu Ticha poważnieje i odczuwa wielki niepokój, co widać w pracach z tego okresu, pełnych antywojennej przestrogi. Jest także sporo o wojnie „niemiecko-niemieckiej” czyli murze Berlińskim. Ticha mistrzowsko i z zaskakującym dystansem pokazał ogłupiającą propagandę SED i obyczaje NRD. Genialny jest cykl przedstawiający politycznych (partyjnych) klakierówKlatscher. To postaci bez twarzy, ale za to z monstrualnie wielkimi dłońmi w geście klaskania.
Po upadku muru, podobnie jak miliony wschodnich Europejczyków, zachłysnął się wolnością. Jako symbol tego okresu uznał eksplozję komercji. Na obrazach z początku lat 90. XX wieku charakterystycznym postaciom i motywom towarzyszą reklamowe hasła, kolorowe neony i… nieokiełznany chaos.
Najnowsze obrazy to formalnie powrót do początków artystycznej drogi, faktycznie więcej tu „czystego” pop-artu, bez cytatów kolejnych nurtów i technik. Urzekły mnie por-
trety spersonifikowanych instrumentów. Tu można śmiało użyć określenia przynależnego do świata muzyki – malarska wirtuozeria!
Wystawa w Kunsthalle Rostock jest czynna do 15 marca 2026 roku. Rostock jest oddalony od Szczecina zaledwie 200 km, a można tam dojechać szybką autostradą A20. Niezmotoryzowani dotrą do Rostocku pociągiem Stadttore Linie R4 z wygodną przesiadką na S-Bahn w Güstrow. Do galerii z dworca kolejowego kursują tramwaje nr 2 oraz 5.
Autor: Daniel Żródlewski
HANS TICHA ZESPÓŁ, 1975, OLEJ
PORTRET HANSA TICHY, 2015, ZDJĘCIE JENA ART COLLECTIONS
Szczecin od zawsze był stylowy. Znawczynie stylu to kobiety wymagające i wrażliwe na jakość.
Wyrażają się przez strój, który jest ich językiem. W naszym mieście pojawiło się miejsce, które nie tylko posiada tę wysoką jakość, ale nadaje jej nowy osobisty wymiar.
Poszukiwanie autentyczności to aura, w jakiej wyrósł butik Dorothee Schumacher w Szczecinie, którego oficjalne otwarcie odbyło się 31 stycznia.
Już w progu czujemy, że czeka nas spotkanie z modą ze światowych wybiegów. Stonowane wnętrza harmonijnie współgrają ze swobodną elegancją, a ubrania same w sobie są głównym aktorem – żywym designem. Czas przestaje mieć znaczenie, a my pod opiekuńczym okiem stylisty oddajemy się przyjemności obcowania z luksusem, i wydawałoby się, z nieskończonymi możliwościami stylizacji.
Aby zrozumieć miejsce, w którym jesteśmy teraz, musimy opowiedzieć tę historię od początku. Magdalena Brancewicz w latach 80. zajmowała się produkcją odzieży. Kiedy
kilka lat później otwierała Salon w centrum Szczecina, wiedziała, że moda nie znosi kompromisów. Nie chciała „ubierać kobiet”, chciała odpowiadać na ich potrzeby. Każda kolekcja trafiała do salonu dopiero wtedy, gdy niosła ze sobą wysoką jakość wykonania oraz idealnie pracowała z kobiecą sylwetką.
Z czasem wokół tej filozofii zbudowała się społeczność i relacje osobiste, oparte na wzajemnym zaufaniu. Styliści znają swoje klientki, ich sylwetki oraz potrzeby. Salon Brancewicz nigdy nie działał jak klasyczny sklep, jest miejscem
spotkań, gdzie można odnaleźć spokój, ale i eksperymentować, przyjrzeć się sobie w innym świetle, a jednocześnie wyrazić siebie na nowo. Poczucie bezpieczeństwa i przestrzeń pozbawiona jakiejkolwiek presji stały się równie ważne, jak odpowiednio dobrany fason. Być może nawet ważniejsze.
Spokojne i konsekwentne w swoich wartościach podejście do mody przez lata wyznaczało rytm pracy Salonu. I właśnie ono stało się podstawą współpracy z charyzmatyczną marką modową Dorothee Schumacher, bo jak mówi Magdalena Brancewicz, kiedy wartości i punkt widzenia są wspólne, decyzje przychodzą naturalnie.
Obie marki narodziły się w tym samym czasie. Obie budowane były na podobnym fundamencie: głębokim zaufaniu, odpowiedzialności za to, co się oferuje i potrzebie tworzenia relacji. Brancewicz nie szukała popularnej marki, która podniosłaby prestiż Salonu. Przeciwnie – przez lata budowała miejsce, które mogłoby stać się drugim domem dla marki wyjątkowej. W kolekcjach Dorothee Schumacher odnalazła bliskość estetyczną, ale przede wszystkim wspólną wrażliwość – na kobiecość, autentyczność i niewymuszoną elegancję. To był zachwyt od pierwszego wejrzenia. Kolekcje zaczęły pojawiać się w ofercie Salonu Brancewicz. Po 25 latach podjęta została kolejna decyzja, równie naturalna: stworzenie monobrandowego salonu Dorothee Schumacher, zlokalizowanego w naszym mieście.
Nowy Salon w Polsce Od samego początku swojej działalności Dorothee Schumacher pozostaje wierna przekonaniu, że kobieta nie potrzebuje pozwolenia, aby być widoczna. Jest silna, wrażliwa, autentyczna i pełna niuansów. Nowa koncepcja wnętrza powstała we współpracy Studio Colette, DOROTHEE SCHUMACHER oraz Studia We Wnętrzu, przenosząc filozofię marki w fizyczną przestrzeń. Spokój, klarowność i powściągliwość definiują architekturę, tworząc środowisko, w którym kobiecość, siła i zmysłowość mogą naturalnie się rozwijać. Minimalistyczne i subtelne wnętrze sta-
nowi ciche tło dla projektów wymykających się prostym definicjom — balansujących pomiędzy klasyką a nowoczesnością, strukturą a lekkością. Przestrzeń nie konkuruje z modą; ona ją wspiera. To miejsce, w którym ubrania stają się doświadczeniem, odpowiadając na wewnętrzne potrzeby wolności, pewności siebie, zmysłowości i spójności.
Dorothee Schumacher w Szczecinie
Odpowiadając na zaproszenie Magdaleny Brancewicz, do Szczecina przyjechała Dorothee Schumacher – założycielka i główna projektantka marki wraz ze swoim zespołem. Jej obecność była zwieńczeniem wieloletniej współpracy. Spotkanie miało rodzinny charakter. Muzyka DJ-a i subtelne elementy oprawy dopełniały atmosfery, budując nastrój gościnności i lekkości. Stałe bywalczynie Salonu oraz miłośniczki mody mogły osobiście porozmawiać z Dorothee Schumacher, podzielić się własnymi historiami i zajrzeć za kulisy świata marki, poznać jej złożoność, od narodzin kolekcji po codzienną pracę zespołu. Dorothee mogła osobiście poznać Szczecinianki. Powiedziała:
„To naprawdę wiele dla mnie znaczy, że jestem tu dziś, w Szczecinie. Czuję się tu jak w domu. Ten Salon stworzyliśmy razem, a przez ostatnie 25 lat nasza współpraca rozwijała się w tym samym duchu — wspólnie, krok po kroku. Podzielamy te same wartości, inspiruje nas ten sam typ kobiet i kiedy dziś tu przyjechałam, naprawdę poczułam, że jestem wśród przyjaciół. Wszyscy się uśmiechają, wszyscy są częścią tej historii. Głęboko podziwiam Polki za ich siłę i wytrwałość. Prowadzą firmy i rodziny, a jednocześnie nigdy nie tracą swojej kobiecości — i to właśnie kocham”. Wieczór był naturalnym etapem współpracy, która utrzymuje się już od ponad 25 lat działalności firmy Salon Mody Brancewicz. To historia zrealizowanej wizji, wrażliwości i przyjaźni zawodowej. Marka premium może pojawić się wszędzie. Jednak tylko tam, gdzie przez lata pielęgnowano relacje i wspólne wartości, może naprawdę zapuścić korzenie.
aw / foto: Bogusz Kluz – The Bunch.
Śnieg i dźwięk
Alpy w stylu Allegra
Zimowy wyjazd coraz rzadziej bywa jedynie sportową eskapadą. Dla wielu staje się świadomym wyborem stylu życia – połączeniem aktywności, estetyki i przeżyć, które zostają w pamięci na długo po powrocie. Szczecińskie biuro podróży Allegra od lat konsekwentnie rozwija właśnie taką wizję zimowych wakacji w Alpach: rodzinnych, dopracowanych i wzbogaconych o kulturę oraz muzykę na najwyższym poziomie. Marzec przynosi trzy odsłony tej idei – od familijnego wyjazdu do Folgarii po muzyczne Allegramy w Val di Fiemme i Kronplatz.
Rodzinne wyjazdy Allegra wyróżnia dbałość o każdy szczegół. W alpejskiej scenerii można czerpać przyjemność nie tylko z jazdy na nartach, lecz także z poczucia bezpieczeństwa i komfortu. Dzieci pozostają pod opieką doświadczonych instruktorów, a dorośli mają przestrzeń na spokojny relaks, sport lub uczestnictwo w wydarzeniach kulturalnych. – Zawsze zależało nam na tym, by zimowe wakacje były pełnym doświadczeniem – takim, które odpowiada na potrzeby całej rodziny – mówi Paulina Kryszko-Zubowicz współwłaścicielka Allegry.
Wyjątkowym przykładem tej idei są Polskie Dni w Folgarii (1-7.03), które powracają już po raz jedenasty. To propozycja skierowana szczególnie do rodzin z młodszymi dziećmi, dla których pierwsze kroki na stoku powinny iść w parze z zabawą, spokojem i radością odkrywania. Region
ten, uchodzi za jeden z najbardziej przyjaznych ośrodków narciarskich we włoskich Dolomitach, zwłaszcza dla osób początkujących. Szerokie, łagodnie nachylone trasy sprzyjają nauce, a jednocześnie dają poczucie przestrzeni i bezpieczeństwa, tak ważne dla rodzin z dziećmi. – Folgaria to miejsce, do którego wracamy z pełnym przekonaniem a z nami nasi klienci , którzy odwiedzają to miejsce już po raz jedenasty – podkreśla Paulina Kryszko-Zubowicz. – To ośrodek, który doskonale rozumie potrzeby rodzin. Mamy trzy hotele do dyspozycji, w cenie pobytu znajduje się skipass i pakiety szkoleniowe.
Do Włoch razem z uczestnikami przyjeżdżają aktorzy warszawskiego teatru dla dzieci Prima, a Allegra stawia scenę w nieoczywistych miejscach – również na świeżym powietrzu. Spektakle, animacje i teatralne spotkania tworzą
atmosferę, w której dzieci uczą się, że kultura może być częścią codzienności, nawet tej spędzanej w narciarskich butach. – Chcemy, żeby dzieci wracały z poczuciem, że uczestniczyły w czymś wyjątkowym, a nie tylko w kolejnym wyjeździe – dodaje Michał Palejczyk, współwłaściciel Allegry. – Artyści zostaną z nami przez cały tydzień. Wśród atrakcji, jakie przygotowali dla najmłodszych znalazł się spektakl teatralny, który będzie wystawiony w teatrze w Folgarii.
Z kolei Allegramy to propozycja dla tych, którzy w górach szukają również muzycznych emocji. Edycja odbywająca się w Val di Fiemme (14-21.03) skupia się wokół koncertu Błażeja Króla – artysty, którego twórczość wymyka się prostym definicjom. Wokalista, autor tekstów i kompozytor, w przeszłości związany z zespołami Kawałek Kulki oraz UL/ KR, od lat buduje własny, rozpoznawalny język muzyczny. Jego piosenki to artystyczna fuzja poetyckiej wrażliwości i muzycznej odwagi, w której symbolizm spotyka się z surowym realizmem, a klasyczne formy przeplatają się z eksperymentem.
Siedem solowych albumów – od „Nielota” po „W każdym (polskim) domu” – ugruntowało jego pozycję jako jednego z najciekawszych autorów polskiej sceny. Współpraca z Katarzyną Nosowską na płycie „Kasia i Błażej” oraz nagrody, takie jak Paszport Polityki i Fryderyk, potwierdzają, że Król porusza się w przestrzeni, gdzie autorska wizja spotyka się z szerokim odbiorem. Koncert w alpejskim otoczeniu Val di Fiemme staje się naturalnym przedłużeniem tej estetyki –intymnym, a jednocześnie intensywnym doświadczeniem. – Muzyka w górach działa inaczej. Po dniu na stoku emocje
są wyostrzone, a koncert staje się czymś więcej niż wydarzeniem – staje się przeżyciem – zauważa mówi Michał Palejczyk. – Program Allegramów dopełniają takie elementy jak śniadania o wschodzie słońca na szczytach gór, kolacje w górskich chatach z wjazdem ratrakami czy testy nart, tworząc spójną opowieść o stylu życia blisko natury. Finałem zimowego sezonu jest Kronplatz Ski Beats (2128.03) – nowy projekt Allegra, realizowany we współpracy z jednym z najbardziej prestiżowych regionów narciarskich Południowego Tyrolu. Gwiazdą pierwszej edycji została Natalia Szroeder, artystka o jednym z najbardziej charakterystycznych, delikatnych kobiecych wokali na polskiej scenie. Jej droga artystyczna to przykład konsekwentnego, świadomego rozwoju – od debiutu po dojrzałe albumy „Pogłos” i „REM”, które przyniosły jej uznanie krytyków i nominacje do Fryderyków.
Koncerty Natalii Szroeder to dopracowane w każdym detalu widowiska: przemyślany repertuar, wysmakowane wizualizacje, stylizacje i subtelne efekty sceniczne. Jej obecność w alpejskim Kronplatz idealnie wpisuje się w ideę Ski Beats – wydarzenia, które łączy sportową energię z muzyczną wrażliwością.
ad / fot. materiały prasowe
Trzy projekty, różne formuły, jedna wspólna myśl: zima jako przestrzeń do przeżywania, a nie tylko odpoczynku. Allegra pokazuje, że alpejskie wyjazdy mogą łączyć rodzinny spokój, aktywność i sztukę – tworząc nową definicję zimowych wakacji w rytmie emocji.
Daria Dembicka – nowe pokolenie estetyki
Moda, fotografia i stylizacja nie są dla niej oddzielnymi światami, lecz jednym, spójnym językiem wizualnym. Daria Dembicka – fotografka, stylistka i projektantka mody – należy do nowego pokolenia twórczyń, które nie uznają granic między dyscyplinami, a swoją wrażliwość budują na osobistych doświadczeniach, popkulturze i świadomym dialogu z estetyką współczesności.
Moda zapisana w genach
Decyzja o ukończeniu Akademii Sztuki na kierunku projektowanie mody była dla Darii naturalnym krokiem, wynikającym z wieloletnich doświadczeń i rodzinnych inspiracji. – Myślę, że moda towarzyszyła mi od zawsze, zanim jeszcze potrafiłam ją w jakikolwiek sposób nazwać. Dorastałam w domu, w którym tworzenie było czymś naturalnym. – mówi. – Moja babcia prowadziła własną markę i była krawcową – obserwowałam jej pracę, dotykałam tkanin, słuchałam rozmów o krojach i detalach. Mama z kolei od najmłodszych lat bardzo świadomie rozwijała we mnie kreatywność i zamiłowanie do sztuki. To wszystko sprawiło, że twórczość stała się dla mnie czymś oczywistym.
Wieczorami, jako dziecko wspólnie z babcią, oglądała Fashion TV, analizując sylwetki z wybiegów i tworząc własne projekty. – W każdej wolnej chwili rysowałam – szkicowniki były wypełnione kostiumami i sylwetkami. Podczas mojej kariery gimnastycznej samodzielnie projektowałam stroje startowe.– kontynuuje opowieść. – Choć w liceum wybrałam klasę medyczną, właśnie wtedy zrozumiałam, że chcę robić w życiu coś, co naprawdę mnie fascynuje i daje mi satysfakcję. Po maturze decyzja o rekrutacji na Akademię Sztuki była już bardzo świadoma. Moda to pasja, która towarzyszy mi odkąd pamiętam – i w niej widzę swoją przyszłość.
Jedna wizja, wiele ról
Projektowanie, fotografia i stylizacja funkcjonują w jej pracy jako jeden, zamknięty obieg twórczy. Nie lubi się ograniczać i nie potrafi wybrać jednej dziedziny. – Wszechstronność daje mi możliwość przechodzenia przez cały proces twórczy w sposób świadomy i spójny – od pierwszej idei,
przez projekt, aż po finalne zdjęcia. Dzięki temu mogę decydować, na którym etapie chcę się bardziej skupić, ale jednocześnie rozumiem, jak wygląda praca na każdym z tych stanowisk. – wyznaje.
Ta świadomość przekłada się również na sposób współpracy z innymi twórcami. – Znajomość całego procesu sprawia, że jeszcze bardziej doceniam pracę zespołową. Wiem, ile uwagi, wrażliwości i odpowiedzialności wymaga każdy etap projektu, dlatego współpraca oparta na wzajemnym szacunku jest dla mnie kluczowa – podkreśla.
Estetyka kontrastów
Inspiracje Darii wyrastają z popkultury, feminizmu i osobistych doświadczeń, a jej estetyka balansuje na granicy nadmiaru i subtelności. – Inspiruje mnie kultura popularna, przemysł sceniczny oraz feminizm, ale też moje własne obserwacje i emocje. Bardzo bliska jest mi estetyka kontrastów – wymienia. – Dorastanie w latach 2000 ukształtowało moją wrażliwość i zamiłowanie do kontrolowanego kiczu – świadomego zestawiania grunge’u i punka z hyper-feminine, fairycore, cuteness i nostalgią”.
W projektowaniu ważne są dla niej symbol i forma, w fotografii – emocja. – W modzie często operuję kolorem, formą i znaczeniem, natomiast w fotografii ważny jest dla mnie kontrolowany chaos i wydobycie piękna osoby stojącej przed obiektywem – dodaje.
Styl jako świadomość
Daria postrzega styl jako narzędzie budowania relacji z samą sobą i otoczeniem. – Dobry styl to ten, który jest autentyczny i indywidualny. Nie wynika ze ślepego podążania za trendami, ale z poznania siebie – przekonuje. – To, co
FOTO I STYL: DARIA DEMBICKA
DARIA DEMBICKA, FOTO: KAROLINA JACKOWSKA
LUDZIE
nosimy, wpływa na naszą pewność siebie i sposób, w jaki funkcjonujemy. Dlatego dobry styl to dla mnie szczerość, spójność i komfort, które są widoczne i odczuwalne zarówno dla nas, jak i dla naszego otoczenia.
Dorobek Darii Dembickiej obejmuje dziś nie tylko konsekwentnie rozwijaną praktykę artystyczną, lecz także liczne nagrody, wystawy i publikacje. Jednym z najważniejszych momentów w jej dotychczasowej karierze było zdobycie 1. miejsca w międzynarodowym konkursie „Best in Design” w kategorii fashion design, organizowanym w ramach Zlín Design Week 2025. Sukces ten nie tylko przyniósł jej międzynarodowe uznanie, ale również zaowocował zaproszeniem do zasiadania w jury konkursu w kolejnej edycji w 2026 roku, co stanowi wyraz zaufania do jej kompetencji i wrażliwości projektowej. Jej praca została doceniona także w innych konkursach branżowych. zdobyła 5. miejsce w konkursie „Green is the new luxury”, organizowanym przez Vogue Poland oraz Instituto Marangoni (2023), prezentując kolekcję brosz wykonaną z autorskiego materiału. Istotnym elementem jej działalności jest również zaangażowanie w wydarzenia artystyczne i modowe. Dwukrotnie współorganizowała event „Young and crafts” jako koordynatorka sektora modowego, główna fotografka oraz osoba odpowiedzialna za oprawę wizualną i komunikację w mediach społecznościowych. W 2024 roku brała udział w balu „Kiki Night – Sea Stories”, organizowanym przez Kontrapunkt pod okiem Tomasza Armady, gdzie odpowiadała za projekty kostiumów dla członkini jury oraz głównej tancerki.
Daria Dembicka posiada również imponujący dorobek
publikacyjny. Jej projekty i realizacje były prezentowane w polskich i zagranicznych magazynach, takich jak Harper’s Bazaar, K MAG, GMARO, SHUBA, PAP czy Prestiż. Jej twórczość pojawiała się także w teledyskach artystów a projekty były wykorzystywane na okładkach albumów.
Kreatywna przyszłość Obecnie Daria pracuje nad pracą magisterską, a w dalszej perspektywie planuje studia doktoranckie i działalność dydaktyczną.
– Chciałabym dzielić się doświadczeniem i pozostawać w stałym kontakcie z młodymi, kreatywnymi ludźmi – mówi.
Jej największym marzeniem pozostaje jednak rozwój własnej marki osobistej, opartej na projektowaniu, stylizacji i fotografii modowej oraz współpraca przy wartościowych, niestandardowych projektach.
Autor: Aneta Dolega
N A SP R Z E D A Ż N IERUCH OMOŚ Ć
I N W E S T YC YJN A W P R Z YBY S Ł AWI U
• 21 hektarów gruntu – w tym 6 ha parku, 5 ha pod inwestycję gospodarczą i 10 ha ziemi ornej
• Kompleksowo zachowany zespół folwarczny z pałacem, zabudowaniami i parkiem
• Obiekt ma pełną inwentaryzację i dokumentację archiwalną
• Obiekt był na bieżąco remontowany
• Około 100 km od Szczecina
• W przygotowaniu jest koncepcja domu opieki dla osób starszych Sophienhof Senior Residence
• W pobliżu pole golfowe Modry Las
Szczeciński klasyk. Fiat Cinquecento.
Wcale nie „cienko-cienko”
Początek lat dziewięćdziesiątych w polskiej motoryzacji należał zdecydowanie do niego.
Cały kraj wyczekiwał w napięciu pierwszego modelu zachodząc w głowę, jak też ten nowy produkt polsko-włoskiego Fiata będzie wyglądał. Wcześniej prezentowany był tylko w kawałku – większą część nadwozia ukrywano pod plandeką, strzegąc tajemnicy.
Oczekiwania były duże nie tylko jeśli chodzi o sam wygląd Fiata Cinquecento. Według zamierzeń miał to być przecież następca popularnego Malucha, który ilościowo królował na ulicach polskich miast. Nie udało mu się jednak zająć miejsca Fiata 126p. Choć wyprodukowano ponad milion egzemplarzy nowego modelu, to jednak zdecydowana większość trafiła na eksport. W Polsce pozostało zaledwie nieco ponad dwieście tysięcy egzemplarzy, więc małe zgrabne autka nie zalały naszych ulic.
Prekursor „elektryków”
Cinquecento produkowano w polskiej Fabryce Samochodów Małolitrażowych w Tychach od 1991 roku, przez siedem lat kolejnych. Była to wówczas absolutnie niespotykana sytuacja, że model koncernu Fiat w całości powstawał w Polsce i nigdzie indziej. Od Malucha różnił się przede wszystkim przednim napędem. Podobnie jak poprzednik natomiast - był dostępny tylko w wersji hatchbacka
z trzema drzwiami. Co ciekawe, poza dwu- i cztero- cylindrowymi wersjami silnika benzynowego, produkowano także wersję wyposażoną w silnik elektryczny o mocy 9,2 kW. Ostatecznie z taśm (ale już włoskich) wyjechało zaledwie około sto takich pojazdów, co przy ogólnej liczbie wyprodukowanych w Polsce Fiatów Cinquecento (1164525 sztuk!) wydaje się sprawą zupełnie niszową.
Pięćsetka w kolorze blue Szczeciński Fiat Cinquecento (po włosku: pięćset), którego napotkaliśmy na ulicach miasta w czasie najbardziej wymagającej pogody tegorocznej zimy, wydaje się modelem nie do zdarcia. Pośród śniegu i lodu sylwetka niewielkiego autka w kolorze blue biarritz wyróżnia się na tle surowego klimatu również tą osobliwą barwą, nawiązującą do odcieni niebieskiego jakie można podziwiać w kurorcie Biarritz leżącym nad Zatoką Biskajską.
- Zimą jeżdżę z reguły właśnie Fiatem Cinquecento – mówi
właściciel - Damian Tarnowski, kolekcjoner i miłośnik klasycznych samochodów. – Ten konkretny jest w Szczecinie od nowości, a powstał we wrześniu 1993 roku. Jestem jego dopiero drugim właścicielem, a trzy lata temu kupiłem go gdy na liczniku nie miał nawet sześćdziesięciu tysięcy przejechanych kilometrów i był pozbawiony jakichkolwiek śladów rdzy!
Szczeciński klasyk w kolorze blue to model z dwucylindrowym silnikiem, pojemność 704 centymetry sześcienne, posiadający czterobiegową skrzynię. Te same silniki montowano we Fiatach 126p BIS – które pozbawione były charakterystycznej przecież dla Maluchów kratki wentylacyjnej na tylnej klapie. Wszak ten model silnika chłodzony jest cieczą, a nie powietrzem. Cinquecento spala średnio 5-6 litrów benzyny.
Samochód na…kartki?
Prezentowany fiacik to model przejściowy. Od pierwszych egzemplarzy różni się detalami, jak choćby: schowanym korkiem wlewu paliwa za specjalną klapką, znaczkiem Fiat w miejsce FSM na tylnej klapie, ale od nowszych różni go
wygląd wnętrza auta. Czarne deski potem zostały zastąpione szarym plastikiem, unowocześniono także wygląd zegarów. Co ciekawe – tabliczka znamionowa zawiera jednak jeszcze dane fabryki FSM (potem był to Fiat Auto Poland). Ciekawostką jest fakt, w jaki sposób auto trafiło w ręce obecnego właściciela.
- Moje zabytkowe samochody służą mi na co dzień, a pewnego razu wsiadając do swojego poloneza, zauważyłem za wycieraczką wciśniętą kartkę. – mówi Damian Tarnowski. – Ktoś na niej napisał, że jego ciocia ma do sprzedania równie stare auto jak moje i czy byłbym zainteresowany. Szybko zadzwoniłem na podany numer i nie wahałem się ani chwili. Obecnie jeżdżę nim całą zimę – łatwo mi się nim poruszać po zatłoczonym mieście i zawsze znajdę miejsce na parking.
Niebieskie Cinquecento wpadło także w oko twórcom filmowym, którzy zaangażowali to auto przy tworzeniu scen miejskiego ruchu w Szczecinie lat dziewięćdziesiątych - na potrzeby serialu „Heweliusz”.
Autor: Michał Sarosiek / Foto: Bogusz Kluz
Elegancja, moc
i technologia — Volvo ES90
Premiera Volvo ES90 w salonie Auto Bruno była przykładem świadomego odejścia od klasycznego schematu prezentacji samochodu. Zamiast dynamicznej narracji, mocnych bodźców i technicznego show postawiono na spokojną formę, która pozwalała skupić uwagę na samym modelu i jego charakterze. Wieczór prowadzony był w tempie „slow” — bez pośpiechu, przy dźwiękach harfy.
Centralnym punktem wydarzenia było oczywiście Volvo ES90, zaprezentowane w sposób subtelny i przemyślany. Doskonałą oprawą były detale: światło, aranżacja przestrzeni oraz kieliszek wina z Winnicy Turnau, które tworzyły spójne tło dla rozmów i pierwszego kontaktu z samochodem.
Taka formuła podkreślała wartości, które Volvo ES90 reprezentuje — harmonię, elegancję i powściągliwą nowoczesność. O tym, co kryje się pod elegancką formą Volvo ES90, rozmawiamy z Kamilem Mielcarkiem, kierownikiem Działu Flotowego Auto Bruno.
Czym Volvo ES90 wyróżnia się na tle innych modeli marki pod względem filozofii projektowania?
Nowy model Volvo ES90 stanowi kolejny krok w osiągnięciu celów naszej marki, jakimi jest poprawa bezpieczeństwa oraz zrównoważony rozwój. Auto zostało zaprojektowane tak, aby na nowo definiować pojęcie „premium”. Dzięki zastosowaniu nowych systemów i integracji ich z nowym procesorem Nvidia wprowadza markę Volvo na kolejny wyższy poziom bezpieczeństwa na drodze. Co równie ważne, ES90 będzie aktualizowane tak jak te -
lefony komórkowe, dzięki czemu z czasem będziemy otrzymywać nowe funkcjonalności. Ten model został zaprojektowany tak, aby służył nam przez wiele lat, a przy aktualizacjach będzie cały czas zapewniał nam maksymalny komfort i bezpieczeństwo.
Jakie rozwiązania technologiczne zastosowano w ES90, aby podkreślić komfort jazdy?
Jedną z nowości najbardziej zauważalnych w codziennym użytkowaniu jest używanie naszego telefonu komórkowego jako kluczyka. A to dzięki funkcji Digital Key. W trakcie jazdy na pewno docenimy niesamowity komfort akustyczny. Projektanci sprawili, że Volvo ES90 posiada najniższy współczynnik oporu powietrza w historii marki wynoszący jedynie 0,25, co powoduje ciszę wewnątrz auta, która w połączeniu z systemami audio przenosi nas w inny wymiar.
Na jakie systemy bezpieczeństwa szczególnie warto zwrócić uwagę w tym modelu?
ES90 posiada 12 czujników ultradźwiękowych, 8 kamer i 5 radarów. Wszystkie te elementy pomagają nam przy parkowaniu czy jeździe półautonomicznej. Dzięki zasto -
sowaniu nowego procesora głównego firmy Nvidia, który ma olbrzymią moc obliczeniową z funkcjami AI, ES90 jest w stanie poprzez zbieranie informacji z czujników, kamer i radarów przewidywać potencjalne zagrożenia. Jest to kolejny krok jeśli chodzi o poprawę bezpieczeństwa na drogach i pokazuje, że Volvo jest w tej kwestii liderem.
Jak Volvo ES90 wpisuje się w strategię marki dotyczącą zrównoważonego rozwoju?
Volvo kładzie duży nacisk na ekologię i odpowiedzialne podejście do planety. Wszystkie działania przybliżają nas coraz bardziej do bycia firmą neutralną klimatycznie. Volvo ES90 jest wyprodukowane z około 20% z materiałów pochodzących z recyklingu takich jak stal, aluminium. Drewno wykorzystywane do dekorów wewnątrz auta posiada certyfikat FSC, czyli pochodzi z własnych plantacji. Ważne również jest to, że fabryka, w której jest produkowane ES90 korzysta wyłącznie z energii odnawialnej.
Jakie innowacje w zakresie wnętrza i ergonomii pojawiają się w ES90 po raz pierwszy?
Volvo ES90 jest liftbekiem, czyli tylna klapa bagażnika
otwiera się razem z szybą tylną. Dzięki temu mamy dużo lepszy dostęp do przestrzeni bagażowej, przy jednoczesnym zachowaniu eleganckiej stylistyki sedana. Warto też wspomnieć o systemie Ambiente. W aucie jest rozlokowanych 30 punktów świetlnych. Mamy do dyspozycji 6 kompozycji, wszystkie wzorowane kolorami z otaczającego nas świata jak np. zorza polarna, wschód słońca czy skandynawski las. Dzięki rozlokowaniu baterii pod całym autem i rozstawowi osi 3,1 m mamy płaską podłogę. Brak tunelu środkowego a dzięki temu ogromna ilość miejsca na nogi, w połączeniu z elektrycznie regulowanymi oparciami — robią z ES90 idealną limuzynę na dłuższe trasy.
Jaki jest zasięg w tym modelu i ile trwa jego ładowanie? Volvo ES90 jest pierwszym modelem Volvo z architekturą 800 V i mocą ładowania aż do 350 kW/h. Dzięki temu możemy naładować auto od 10% do 80% w około 20 minut, a zasięg to 700 km. Możemy bez problemu planować dalekie trasy bez obaw o ładowanie i czas, jaki musimy na to przeznaczyć.
W jakie opcje dodatkowe wyposażony jest ten model Volvo? Co jest dostępne poza pakietem podstawowym?
Jedną z wielu opcji wartych zauważenia jest nasz flagowy system Audio Bowers & Wilkins z mocą łączną 1610 W, która jest przesyłana do nas za pomocą 25 głośników rozlokowanych w całym aucie, nawet w zagłówkach. Połączenie takiego systemu audio z napędem elektrycznym ES90, jego wyciszeniem, daje nam doznania akustyczne, których nie da się opisać, trzeba je poczuć.
I na koniec — jak wygląda serwisowanie takiego auta?
Serwis auta elektrycznego w tym również ES90 jest o wiele prostszy niż auta z tradycyjnym napędem. Nie mamy tutaj wymiany oleju, a z filtrów jest jedynie filtr kabinowy, który wymienia się raz na dwa lata. Dzięki temu można powiedzieć, że auto elektryczne jest wręcz bezobsługowe. Tarcze i klocki hamulcowe również wymieniamy o wiele rzadziej, dzięki korzystaniu z rekuperacji energii, czyli hamowania poprzez silnik elektryczny. Auto elektryczne jest o wiele tańsze w serwisowaniu niż auta z tradycyjnym napędem.
Kia PV5 to więcej niż nowy model w gamie marki – to zapowiedź zupełnie innego podejścia do samochodów użytkowych. Dzięki koncepcji PBV, modułowej platformie E-GMP.S ten elektryczny van sprawdza się zarówno w biznesie, jak i w codziennym życiu. Co więcej, wersja dostawcza PV5 pobiła Rekord Guinnessa, pokonując dystans ponad 600 km z pełnym załadunkiem(!) – O nowym motoryzacyjnym fenomenie, opowiada Łukasz Sawicki, specjalista ds. sprzedaży w Kia Polmotor.
Panie Łukaszu, czym jest koncepcja PBV?
KIA PBV (Platform Beyond Vehicle) to całkowicie nowa platforma, która została zaprojektowana tak, aby samochód użytkowy mógł sprostać wymaganiom klienta pod względem jego przeznaczenia. Koncepcja polega na tym, że przy konfigurowaniu auta mamy możliwość zmiany rozstawu osi, wyboru samego nadwozia oraz układu siedzeń.
E-GMP.S to technologia, która ma zmienić sposób myślenia o autach użytkowych. Jakie dzięki niej korzyści odczuje kierowca?
Mając na uwadze postęp technologiczny w zakresie aut elektrycznych nowa platforma E-GMP.S pozwala na zastosowanie najnowszych rozwiązań z tego zakresu. Przede wszystkim większy rozstaw osi pozwala na zastosowanie baterii o większej liczbie ogniw co przekłada się na większą gęstość energii, a co daje nam większy zasięg. Poza tym we wnętrzu zyskujemy większą przestrzeń załadunkową. Do-
datkowo auta te są przystosowane do montażu haka holowniczego lub windy, czy najazdu przystosowanych do przewozu osób z niepełnosprawnością.
Jak w praktyce wygląda zasięg Kia PV5 w mieście i w trasie?
W modelu KIA PV5 mamy do wyboru dwie wersje napędowe: wersję tzw. Short Range z baterią o pojemności 51,5 kWh i mocy 122 KM oraz Long Range z baterią o pojemności 71,2 kWh i mocy 163 KM, oba z napędem na przednią oś. Deklarowany zasięg WLTP wynosi odpowiednio 297 km dla wersji SR i 416 km dla wersji LR. Zasięg jest zmienny w zależności od warunków na drodze, sposobu użytkowania i stylu jazdy kierowcy. W cyklu miejskim zasięg rośnie dzięki systemowi odzyskiwania energii, tzw. rekuperacji, która odzyskuje energię głównie podczas hamowania. Warto dodać, że PV5 w wersji dostawczej pokonało dystans ponad 600 km z pełnym załadunkiem, co przyczyniło się do pobicia Rekordu Guinnessa!
Rekord Guinnessa – to robi wrażenie. Niewątpliwie jest to powód do dumy. Warto się tym wyczynem chwalić, ponieważ żaden elektryczny samochód dostawczy tego nie dokonał. Ta nagroda pokazuje, że inżynierowie Kia wykonali kawał dobrej roboty.
Jak wygląda proces ładowania PV5 i dlaczego jest on ważny dla klientów biznesowych?
Czas ładowania jest ważną kwestią, tym bardziej gdy samochód ma służyć do pracy lub realizacji zadań zarobkowych. Jak to się mówi: „czas to pieniądz”. W przypadku PV5 wszystko zostało przemyślane – auto ma infrastrukturę elektryczną przystosowaną do ładowania prądem stałym o maksymalnej mocy do 150 kW. Pozwoli to na naładowanie baterii od 10% do 80% w mniej niż 30 minut. W zestawie wraz z autem otrzymujemy kabel do ładowania GC Snap Typ 2 (dzięki czemu oszczędzamy 2 500 zł) i jest w stanie zastąpić WallBoxa.
Kia PV5 dostępna jest zarówno w wersji Cargo, jak i osobowej. Jakie są różnice między tymi wariantami?
Obie wersje mają ze sobą dużo wspólnego. Do wyboru mamy jedną wersję wyposażenia, którą możemy dodatkowo doposażyć pakietami. W zależności od tego, czy wybierzemy wersję osobową, czy Cargo, otrzymujemy ten sam komfort oraz jakość wykończenia. W porównaniu z autami konkurencji, w których w wersjach dostawczych dominuje plastik i niewygodne fotele, PV5 oferuje znacznie wyższy standard.
Wersja Cargo została zaprojektowana z myślą o pracy i biznesie. Jakie rozwiązania w jej konstrukcji i wyposażeniu najbardziej docenią przedsiębiorcy?
KIA PV5 Cargo to przede wszystkim przestrzeń załadunkowa. W aktualnej ofercie dostępny jest dostawczak, idealny np. do przeprowadzek, w który załadujemy bez problemu dwie europalety, o maksymalnej ładowności do 865 kg. Jego wymiary wewnętrzne to około 225,5 cm długości, 152 cm wysokości i 156,5 cm szerokości. Z czasem mają się pojawić większe furgony i vany. Koncepcja zagospodarowania przestrzeni bagażowej jest rozbudowana – można zrobić z niego tzw. brygadówkę, kontener, serwisówkę (czyli auto z regałami, przeznaczone dla mobilnych serwisów),czy chłodnię (do przewozu produktów spożywczych lub medycznych w niskiej temperaturze), będzie również w ofercie możliwość zabudowy tzw. skrzyni (bardzo dobrze rozwiązanie dla firm świadczących usługi komunalne). Dzięki tej platformie każdy znajdzie idealne rozwiązanie dla swojej firmy ale nie tylko. Tym modelem Kii można przewozić także sprzęt sportowy, m.in. narty, deski snowboardowe, surfingowe, kije do golfa czy rakiety tenisowe. Na wyposażeniu w standardzie otrzymujemy między innymi: przednie oraz tylne czujniki parkowania, kamerę cofania, tempomat aktywny, system bluetooth z bezprzewodowym interfejsem Apple CarPlay i Android Auto, system autonomicznego hamowania, czujnik deszczu z automatycznymi wycieraczkami, automatyczne światła, klimatyzacja automatyczna, bezkluczykowy system Smart Key, asystent jazdy po autostradzie, asystent pasa ruchu, pełno praktycznych schowków i wiele więcej. Myślę że samo podstawowe wyposażenie doceni każdy użytkownik PV5.
Z kolei PV5 w wersji osobowej kierowana jest do rodzin i firm przewozowych. Jakie elementy wyposażenia wnętrza przekładają się na komfort tego modelu?
Wersja osobowa charakteryzuje się dużą przestrzenią, wygodą i bezpieczeństwem podróżnych. Jego długość całkowita wynosi 469,5 cm, szerokość 189,5 cm , a wysokość ok. 190–192,3 cm. W ofercie mamy wersje 5-osobowe, a z czasem pojawią się warianty 6,7 a nawet 9-osobowe. Platforma została zaprojektowana tak, aby PV5 można było przystosować do przewozu osób z niepełnosprawnością. Drzwi boczne przesuwne znajdują się po obu stronach i umożliwiają montaż specjalnego najazdu dla wózków inwalidzkich. Dzięki umieszczeniu baterii między osiami możliwy jest montaż windy dla wózków inwalidzkich na tylnej belce. Auto można doposażyć o dodatkowe pakiety, otrzymując m.in.: podgrzewane fotele przednie, podgrzewaną kierownicę, podgrzewaną tylną kanapę, bezprzewodową ładowarkę do smartfona czy tapicerkę skórzaną. Bagażnik w wersji osobowej ma ponad 1300 litrów pojemności.
Jakie są wrażenia z jazdy?
Samochód jest bardzo zwinny i zwrotny mimo swoich gabarytów. Jazda jest komfortowa i cicha. Fotele są wygodne, pozycja za kierownicą oraz widoczność również stoi na wysokim poziomie. Jednak najlepiej ocenić to samemu, dlatego zachęcam do umawiania się na jazdy testowe w naszych salonach.
Bezpieczeństwo coraz częściej postrzegane jest jako element luksusu. Jak to wygląda w tym modelu Kii?
Systemy są dobrze dopracowane, o czym świadczą liczne testy, w których modele Kia zawsze zajmują czołowe miejsca. Na jej pokładzie, oprócz standardowych systemów bezpieczeństwa, takich jak czujniki parkowania przód + tył, kamera cofania i poduszki powietrzne, możemy mieć opcjonalnie: system kamer 360° z czujnikami parkowania 360, system monitorowania martwego pola oraz system monitorujący przestrzeń podczas cofania.
Jak kształtują się koszty zakupu i eksploatacji Kia PV5 oraz czy elektryczny van jest racjonalnym wyborem długoterminowym?
Ceny wersji osobowej zaczynają się od 168 200 zł brutto, natomiast wersji Cargo od 141 400 zł netto. Zachęcam do zapoznania się z ofertą oraz do odwiedzenia naszych salonów, gdzie przygotujemy indywidualną ofertę. Koszty eksploatacji są znacznie niższe niż w autach spalinowych, ponieważ nie ma konieczności wymiany oleju silnikowego ani filtrów paliwa. Na samochody KIA obowiązuje 7-letnia gwarancja lub do 150 000 km, pod warunkiem terminowych serwisów w ASO KIA. W przypadku aut elektrycznych koszt serwisu jest ponad dwukrotnie niższy niż w autach spalinowych.
Na co, Pana zdaniem, przyszli użytkownicy Kia PV5 powinni zwrócić szczególną uwagę przed podjęciem decyzji o wyborze wersji – Cargo lub osobowej?
Moim zdaniem najważniejsze aspekty, na które przyszli użytkownicy powinni zwrócić szczególną uwagę, to: przeznaczenie i styl życia lub działalności, ładowność i użytkowa przestrzeń, komfort i wyposażenie wnętrza, koszty eksploatacji i opłaty, funkcjonalność dodatkowa oraz codzienne potrzeby.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Aneta Dolega / fot. materiały prasowe
KIA POLMOTOR
ul. Struga 73, 70-784 Szczecin | ul. Ustowo 52, 70-001 Szczecin Łukasz Sawicki, Specjalista ds. sprzedaży Samochodów e-mail: l.sawicki@polmotor.pl | tel.: +48 91 822 85 55, +48 607 850 066
Dancer
Cloud - kolor roku 2026
Kolorem roku 2026 jest głęboka biel, czyli PANTONE 11-4201 Cloud Dancer. Wybrana barwa symbolizuje uspokajający wpływ w społeczeństwie na nowo odkrywającym wartość spokojnej refleksji. To rzekomo „szept spokoju i pokoju w hałaśliwym świecie”.
Idea ogłaszania roku poświęconego jakiejś sprawie, grupie lub wartości narodziła się połowie XX wieku w środowisku organizacji międzynarodowych, przede wszystkim ONZ, ale też UNESCO, WHO, UE). Chodziło o zwrócenie uwagi na konkretny temat, problem czy osobę. Rok 2026 ONZ poświęciło Wolontariatowi na rzecz Zrównoważonego Rozwoju. Polski Parlament zdecydował, że patronami bieżącego roku są m.in.: Andrzej Wajda, Jerzy Giedroyć, Józef Czapski, Ignacy Daszyński oraz Mieczysław Fogg (w okrągłe rocznice urodzin lub śmierci). Rokowi będą patronować także dostojni stulatkowie – Polskie Radio oraz Gdynia.
Amerykański Instytut Koloru Pantone (Pantone Color Institute) wskazuje kolor roku. Sama instytucja powstała w połowie minionego wieku, a zajmuje się standaryzacją, analizą i interpretacją koloru. Bada także trendy kolorystyczne i ich znaczenie kulturowe.
Brana jest pod uwagę analiza trendów, nastroje społeczne i inspiracje kulturowe. Ta pozorna zabawa jest jednak poważnym i ważnym narzędziem służącym do wielu celów – od manipulacji przez kreacje po badanie globalnych nastrojów, estetycznych, ale też społecznych, a może nawet politycznych – opowiada Patryk Słowiński, wykładowca Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego (Wydział Architektury, Projektowanie Architektury Wnętrz i Otoczenia). Dodaje jeszcze: kolor zawsze miał fundamentalne znaczenie w naturze jako system komunikacji wśród owadów, ptaków, ryb, albo kamuflaż czy odstraszania przeciwnika. Podobnie jest w świecie ludzi. W swoistej laudacji Instytutu PANTONE czytamy, że Cloud Dancer, to kluczowy kolor strukturalny, którego wszechstronność stanowi podstawę dla spektrum barw, pozwalając każdej barwie zabłysnąć. I zapewniają, że, w świecie, w którym kolor stał się synonimem osobistej ekspresji, ten odcień potrafi się adaptować, harmonizować i tworzyć
kontrasty, nadając wrażenie lekkości wszystkim zastosowaniom produktów i środowiskom, niezależnie od tego, czy stanowi samodzielny akcent, czy łączy się z innymi barwami.
No właśnie czy kolory są w świecie, czy w oku patrzącego? Różne zwierzęta postrzegają różne spektrum światła, co prowadzi do różnego odbioru przez nie kolorów… A co z ludzkim okiem? Czy niebo naprawdę jest niebieskie?
Dr hab. Aleksandra Łukaszewicz, prof. PUNO, Prezeska Polskiego Towarzystwa Estetycznego, tłumaczy: Jeden z czołowych przedstawicieli brytyjskiego empiryzmu, John Locke, znany powszechnie z ujęcia rozumu ludzkiego jako „tabula rasa”, twierdził, że kolor nie jest pierwotną własnością rzeczy, ale wtórną. Jego zdaniem własności pierwotne przynależą do obiektu, a są to takie własności jak rozciągłość, kształt i ruch. Natomiast własności wtórne nie istnieją obiektywnie w przedmiocie, ale stanowią jego zdolność do wywoływania w nas wrażeń zmysłowych i zaliczał do nich poza kolorem też dźwięk i smak. Wracamy zatem do „poezji”, jaką swój wybór argumentuje PANTIONE. Laurie Pressman, wiceprezeska Pantone Color Institute zapewnia, że Cloud Dancer unosi nas na wyżyny, gdzie ta przejrzysta biel przebija się przez szare niebo, odsłaniając czyste, zwiewne błękity w zamglonym słońcu. Z wodnych głębin emanują wodniste błękity i zielenie.
A zatem, kolor rozumiany jako wartość fundamentalną jest niemożliwy do uchwycenia jako barwa, rozumiany zaś jako wartość wtórna stanowi wyraz potencjału, który uzyskuje różne formy przejawu w zależności od tego, kto się patrzy –puentuje Aleksandra Łukaszewicz.
Oby Cloud Dancer jako „szept spokoju i pokoju w hałaśliwym świecie” okazał się nie tylko kolorem roku, ale także jego rzeczywistością. Bez znaczenia, kto patrzy.
Autor: Daniel Źródlewski / grafika: Ewa Kaziszko
Światło,
które opowiada architekturę
Zawsze nam się chciało ubogacać miejsce, w którym przebywamy. Myślicie, że skąd te paleolityczne byki i jelenie w jaskiniach Lascaux? Potem już lawina ekspresji ruszyła z impetem – rysunek, malarstwo, murale i wreszcie komputery jak ten rycerz na białym koniu zawróciły nam w głowie. Za ich sprawą powstaje mapping – dziś jedno z najciekawszych narzędzi uatrakcyjniania przestrzeni miejskiej. Łączy technologię, sztukę i architekturę w rodzaj efemerycznego performance’u wizualnego, który wydarza się „tu i teraz”, a jednocześnie zmienia sposób, w jaki patrzymy na dobrze znane obiekty. 17 stycznia Szczecin dołożył do tej historii własny, bardzo lokalny rozdział – świetlna wizualizacja na promie Jantar przypomniała, że miasto nad wodą potrafi opowiadać o sobie także światłem.
Korzenie mappingu sięgają znacznie dalej niż epoka cyfrowych projektorów o mocy liczonej w tysiącach lumenów. Już w latach 60. XX wieku artyści związani z nurtem expanded cinema i sztuką kinetyczną eksperymentowali z rzutowaniem obrazu na niestandardowe powierzchnie. Przełom przyniósł rozwój technologii cyfrowych na przełomie wieków – precyzyjne modelowanie 3D, synchronizacja obrazu z dźwiękiem i możliwość „szycia” projekcji pod konkretną bryłę architektoniczną. Od tego momentu mapping prze -
stał być tylko ciekawostką technologiczną, a stał się pełnoprawnym językiem sztuki miejskiej.
Dziś mapping funkcjonuje na styku kilku porządków. Z jednej strony bywa narzędziem promocji miast i wydarzeń, z drugiej – formą krytycznego komentarza do przestrzeni, jej historii i społecznych znaczeń. Jego siła tkwi w tymczasowości: świadomość uczestnictwa w zjawisku ulotnym, istniejącym tylko przez moment, sprawia, że odbiór staje
ZALESKI, JANTAR
się bardziej intensywny, a samo doświadczenie – wyjątkowe i trudne do powtórzenia.
Wizualizacja na promie Jantar idealnie wpisała się w tę logikę. Rytm świateł i zmieniające się obrazy stworzyły spektakl, który był jednocześnie hołdem dla miasta i dowodem na to, że mapping nie musi ograniczać się do fasad kamienic czy gmachów użyteczności publicznej.
Ta szczecińska realizacja wpisuje się więc w szerszy kontekst praktyk, które od lat rozwijają się także lokalnie, często poza głównym nurtem medialnej widoczności. Za mappingiem pochodzenia szczecińskiego stoją konkretni twórcy i zespoły, którzy traktują projekcję jako język artystyczny, a nie tylko efekt technologiczny.
Jednym z najważniejszych zespołów działających w tym obszarze jest Pushka Studio, którzy konsekwentnie rozwija praktykę mappingu architektonicznego jako formy interpretacji miejsca. Jedną z realizacji, która wyjątkowo zapadła mi w pamięci była „1888 – iluzja czasu” – projekcja animacji na fasadzie Willi Lentza nawiązująca do daty początku budowy rezydencji. W sekwencjach animacji pojawiały się odniesienia do postaci i idei z przełomu XIX i XX wieku, takich jak pisarze, malarze i uczeni, a także sylwetka samego gospodarza willi, Augusta Lentza, która wyłaniała się z migoczących form. W finale budynek jakby rozpadał się na świetliste cząstki i znów składał w symboliczną liczbę 1888.
Odmienną, bardziej poetycką i eksperymentalną strategię reprezentuje PANI PAWLOSKY, dla której mapping jest formą rozszerzonego kolażu wizualnego. Jej prace, w tym realizacja Telekinetic Rumours zaprezentowana podczas festiwalu Light Night Leeds, lokują projekcję pomiędzy abstrakcją a narracją, akcentując relację obrazu z fizyczną strukturą budynku. Architektura nie jest tu tłem, lecz aktywnym elementem kompozycji.
Dopełnieniem tego obrazu jest perspektywa dokumentalna. Szczeciński fotograf Michał Zaleski, rejestrując mapping na promie Jantar, uchwycił efemeryczne zjawisko w formie trwałego obrazu. Jego fotografia pokazuje, że mapping funkcjonuje nie tylko jako wydarzenie wizualne, lecz także jako impuls do dalszej interpretacji i zapisu miejskiego doświadczenia. Michał to postać nietuzinkowa – na co dzień pracuje jako elektronik i automatyk, zajmując się naprawą maszyn, a kilka razy w miesiącu pełni również rolę
lekarza w Szpitalu w Zdunowie. Fotografia towarzyszy mu jednak od dekad – od pierwszego aparatu Zenit należącego do ojca po współczesne cyfrowe narzędzia. Obecnie najczęściej fotografuje przyrodę, a także Szczecin, traktując obraz jako pretekst do uważnego obserwowania otoczenia.
Anna Pazdur-Czarnowska –doktora i wykładowczyni na Wydziale Architektury Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie. Członkini zarządu oraz sekretarz konkursów w SARP. Współpracowała z profesorami Bauhausu przy międzynarodowych warsztatach w Niemczech, jest prelegentką konferencji naukowych i laureatką nagrody Crystal Plaque Award we Florencji. W cyklu „Przekrój przez miasto” pokazuje architekturę z innej perspektywy – trochę uczy, trochę bawi, a przede wszystkim zachęca, by spojrzeć na miasto uważniej. Po więcej sięgajcie do IG @citybyanna.
WILLA LENTZA, PUSHKA MAPPING
BRAMA BRANDEBURSKA, PANI PAWLOSKY
Hangar oddany do użytku
Odwołuje się do przeszłości, odpowiada na potrzeby teraźniejszości i patrzy w przyszłość.
Inwestycja Hangar – Przystań dla biznesu, realizowana przez Marina Developer przy ul. Przestrzennej 11B, właśnie uzyskała pozwolenie na użytkowanie. To istotny moment nie tylko dla inwestora, ale i dla najemców, którzy przygotowują się do rozpoczęcia działalności w tym miejscu.
Projekt stanowi przemyślaną odpowiedź na kontekst miejsca, jego przeszłość, funkcje i symbolikę.
Historia Hangaru
Historia Hangaru sięga lat 20. XX wieku, kiedy w Dąbiu zaczęło działać lotnisko – najpierw cywilne, później wojskowe. Choć z czasem jego rola w transporcie lotniczym malała, miejsce zyskało nowe znaczenie. Po II wojnie światowej przestrzeń podzielono: pas startowy przejął Aeroklub, a hangary i nabrzeża – wodniacy. W latach 50. Hangar stał się ośrodkiem szkoleniowym i warsztatami dla szkutników. To tutaj zbudowano pierwsze jachty Conrad i TOM, a żeglarze wypływali w rejsy po Zalewie Szczecińskim, marząc o otwartym morzu. Lata 60. przyniosły przełom: liberalizacja polityczna i rozwój stoczni pozwoliły szczecińskim żeglarzom wypłynąć na Atlantyk, a sam Hangar stał się filią Stoczni Jachtowej. Produkowano tu jachty Vega, a miejsce tętniło pracą. W dekadzie później Hangar przekształcono w bazę Ośrodka Sportów Wodnych – zimą chronił łodzie, latem stawał się przestrzenią sportu, tańca i kultury.
Mimo zastoju lat 80., po 1989 roku Hangar odzyskał energię. W 1993 roku powstał Yacht Klub Polski Szczecin. Dziś Han-
gar pozostaje żywym świadkiem transformacji Szczecina – od lotniczego rozdziału po żeglarską pasję. Wciąż zakorzeniony w historii, ale otwarty na przyszłość. Dziś ta dawna infrastruktura techniczna zyskuje nowe życie, stając się integralną częścią nowoczesnego kompleksu biurowego.
Nowy rozdział
W architekturze HANGARU zachowano szacunek do pierwotnej formy: rytmicznie rozmieszczone okna, wysokie sufity sięgające nawet 473 cm, przemyślana struktura przestrzeni i surowy, industrialny charakter. W tej harmonii przeszłości z teraźniejszością objawia się unikalność inwestycji. Projekt powstał w renomowanej pracowni OS Architekci - Orłowski Szymański. Cztery kondygnacje – po 500 m² każda – zostały zaprojektowane tak, aby mogły podążać za rozwojem najemców, oferując maksymalną elastyczność aranżacyjną bez kompromisów.
Warto wspomnieć też o samej lokalizacji
Po jednej stronie spokojne lustro Jeziora Dąbie, po drugiej – pulsująca energia zachodniopomorskiego biznesu. To rzadkie połączenie natury i nowoczesności definiuje charakter tej lokalizacji. HANGAR wyrasta w miejscu, gdzie krajobraz sprzyja koncentracji, a sąsiedztwo rozwijających się Specjalnych Stref Ekonomicznych oraz parków przemysłowych w Stargardzie i Goleniowie nadaje kierunek rozwojowi firm z ambicjami.
Zaledwie kilkadziesiąt minut dzieli to miejsce od kluczowych ośrodków gospodarczych zachodniej Polski, a bliskość portu lotniczego w Goleniowie otwiera możliwości kontaktu z rynkami międzynarodowymi. Hangar wyprzedza rytm miasta, pozostając w zgodzie z jego duchem.
Pierwszy najemca już rozpoczął swoją działalność
Z myślą o swoich najemcach Marina Developer (jak przy
każdej realizacji) przeprowadziła indywidualny proces adaptacyjny. Powierzchnia została dostosowana do charakteru działalności najemcy: tak, aby odpowiadała jego potrzebom operacyjnym, ale też była optymalna kosztowo i funkcjonalnie. Dostosowanie przestrzeni to próba odpowiedzi na pytanie: jak ma działać biznes w konkretnym miejscu i jak przestrzeń może ten rozwój wspierać.
W przypadku inwestycji Hangar odpowiedzią na to pytanie była adaptacja części budynku na potrzeby wielospecjalistycznego centrum medycznego. – Prowadzimy jedyną w Polsce prywatną placówkę, która specjalizuje się w diagnozowaniu bezdechu sennego – mówi Remigiusz Szablewski, najemca Hangaru przy ul. Przestrzennej 11B. – Na piętrze stworzyliśmy osiem jednoosobowych pokoi z łazienkami i klimatyzacją, w których prowadzimy badania polisomnograficzne. To komfortowe warunki dla pacjentów, którzy w systemie publicznym na takie badanie musieliby czekać nawet kilka lat. Kiedy po raz pierwszy weszliśmy do budynku, zastaliśmy cztery surowe ściany. Dziś to dopracowane wnętrze, stworzone w całości według naszego projektu. Możliwość pełnej adaptacji była kluczowa, nasza działalność wymaga niestandardowych rozwiązań, których nie sposób znaleźć w gotowych lokalach.
Przyszłość Hangaru
Dla Marina Developer projekt ten ma szczególne znaczenie nie tylko ze względu na skalę i strategiczne położenie, ale przede wszystkim z uwagi na dziedzictwo miejsca. Modernistyczny hangar, będący świadkiem dynamicznych przemian społecznych i gospodarczych, dziś staje się przestrzenią nowoczesnego biznesu – otwartą, wielofunkcyjną, inspirowaną historią, ale skupioną na przyszłości. Równolegle trwają prace nad kolejnymi przestrzeniami dedykowanymi dla konkretnych branż, m.in. sektora medycznego oraz centrum usług wspólnych. Wciąż jednak dostępne są wolne moduły, które, zgodnie z filozofią inwestora, mogą zostać dopasowane do potrzeb przyszłych najemców.
Rozwód rzadko ogranicza się do jednej decyzji. Często jest procesem rozciągniętym w czasie, naznaczony burzą emocji, nawałem procedur prawnych, walki o bezpieczeństwo dzieci i odzyskiwanie niezależności. Mamy możliwość przybliżyć jedną z takich spraw. Historię kobiety, która z dnia na dzień musiała zmierzyć się z manipulacją, przemocą i dramatyczną walką o przyszłość swoją i dzieci.
W willowej dzielnicy Szczecina, w pozornie spokojnym domu, przez lata narastało napięcie, którego nie dało się już dłużej ignorować. Tzw. cisza przed burzą. Zanim przejdziemy do sprawy, przedstawimy kilka faktów. Mąż – właściciel dobrze prosperującej działalności, przez dwa lata przygotowywał się do odejścia: ukrywał majątek, zabezpieczał środki na prywatnych kontach, równolegle prowadząc romans z jedną ze swoich kontrahentek. Żona – pracująca na pół etatu, skupiona na wychowaniu dwójki dzieci, nie miała pojęcia, że ich wspólne życie było już tylko fasadą. Kiedy prawda wyszła na jaw, zaczęły się groźby, szantaż
emocjonalny, przemoc psychiczna i finansowa. Wkrótce także fizyczna.
Dopiero kontakt z kancelarią prawną przyniósł przełom i pierwszy krok w stronę odzyskania kontroli. W tej historii nic nie było oczywiste, a żadne rozwiązanie nie przyszło łatwo. Dlatego warto opowiedzieć o tym, co działo się nie tylko na sali sądowej, ale i poza nią – o planie działania, ochronie, dowodach i strategii. Ale też o emocjach, które są nieodłącznym elementem każdego rozwodu, zwłaszcza gdy nie kończy się on ugodą, lecz walką o dzieci, ale też bezpieczeństwo i godność.
Jak wyglądał pierwszy etap pracy z klientką, od czego zaczęli Państwo działania?
Zaczęliśmy od chłodnej analizy faktów i uporządkowania sytuacji prawnej. Klientka trafiła do nas w silnych emocjach, co jest całkowicie zrozumiałe w tak trudnym momencie życiowym. W takim stanie była jednak narażona na presję i manipulacje ze strony męża. Naszym priorytetem było natychmiastowe zapewnienie jej ochrony prawnej i psychicznego spokoju. Zamiast działać po omacku, opracowaliśmy dla niej szczegółowy, merytoryczny plan działania. Kiedy klientka zobaczyła, że na każdy potencjalny ruch męża mamy przygotowane konkretne rozwiązanie prawne, odzyskała pewność siebie. Kluczowy był moment przejścia od paraliżu do świadomej walki o dzieci i swoje interesy.
Czy na tym etapie było już jasne, że sprawa może się rozciągnąć na kilka postępowań?
Tak, przy tak znacznym i złożonym majątku nie mieliśmy złudzeń, wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie. Od razu zakładaliśmy, że sprawa będzie wielowątkowa, bo było o co walczyć. Zanim w ogóle rozpoczęliśmy działania formalne, przeanalizowaliśmy każdy możliwy scenariusz, łącznie z tym, że druga strona będzie dążyć do utrudniania procesu. Między innymi dlatego całość przebiegła tak sprawnie: po prostu na każdy ruch męża mieliśmy z wyprzedzeniem przygotowaną odpowiedź procesową. Przewidzieliśmy możliwe komplikacje na starcie.
W którym momencie zapadła decyzja o wyprowadzce klientki z dziećmi?
Gdy wszystkie aspekty formalne były dopięte. Musieliśmy mieć pewność, że ruch nie zostanie wykorzystany przeciwko niej. Czekaliśmy na odpowiedni moment. Klientka otrzymała szczegółowe instrukcje: co napisać, z kim się skontaktować, jak poinformować szkoły i służby. Cała operacja odbyła się bezpiecznie i skutecznie, nie dając drugiej stronie pola do manewru.
Jak sąd reaguje na wykorzystywanie dzieci do celów majątkowych?
Sądy są wyczulone, ale trzeba przedstawić mocne dowody. Mąż klientki udawał troskliwego ojca, powołując się na lepszy standard życia dzieci. Nam udało się tę narrację bezlitośnie obnażyć. W rzeczywistości zajmowała się nimi niania. Wykazaliśmy, że nie chodzi o dzieci, tylko o nieruchomość. To był jeden z głównych argumentów za pozostawieniem dzieci przy matce. Trzeba jednak pamiętać, że w sądzie „szybko” nie oznacza jednej rozprawy – to były miesiące składania precyzyjnych wniosków i twardego punktowania kłamstw drugiej strony.
Majątek był złożony – firma, nieruchomości, środki wyprowadzone z kont. Co okazało się najtrudniejsze do udowodnienia i jak poradzili sobie Państwo z tym wyzwaniem?
W tej sprawie sytuacja była o tyle skomplikowana, że kochanka była jednocześnie kontrahentką firmy męża, więc na pierwszy rzut oka przelewy wydawały się typowymi rozliczeniami między firmami. Zasada w takich przypadkach jest jednak jedna – trzeba podążać za pieniędzmi. Zdecydowaliśmy się na współpracę z detektywem, ponieważ w tej sprawie kluczowy był czas – musieliśmy zweryfikować pewne informacje znacznie szybciej, niż pozwala na to standardowa droga. Nie mogliśmy ryzykować, że mąż zacznie jeszcze skuteczniej zacierać ślady lub ukrywać majątek. Musieliśmy wejść bardzo głęboko w dokumentację i udowodnić, że te rzekome „koszty firmowe” to w rzeczywistości finansowanie luksusowych wakacji i innych prywatnych przedsięwzięć. Kolejnym sukcesem było wykazanie, że żona przez lata również prowadziła firmę, pomagała w budowaniu pozycji rynkowej a to dało jej prawo do połowy majątku. Mąż był przekonany, że jego finansowe manipulacje pozostaną nieuchwytne – my pokazaliśmy, że każda próba ukrycia majątku zostawia ślad, który potrafimy odnaleźć i wykorzystać w sądzie.
Czy często angażuje się agencje detektywistyczne? W jakim momencie zapada taka decyzja?
Tylko przy sprawach, które tego wymagają. Tutaj kluczowe znaczenie miał czas. Potrzebowaliśmy szybkich dowodów zanim druga strona zdąży zatrzeć ślady. To, co zdobyliśmy, przesądziło o kierunku orzeczenia.
Z jakimi emocjami najczęściej przychodzą do Państwa klientki w podobnych sytuacjach? Co pozwala im się nie rozpaść?
To często kobiety, które żyją w tzw. złotej klatce. Z zewnątrz wszystko wygląda idealnie – wysoki status, luksusowy dom, prestiżowa dzielnica. Otoczenie jest przekonane, że taka kobieta „ma wszystko”, więc nie może mieć prawdziwych problemów. Rzeczywistość za zamkniętymi drzwiami bywa jednak drastycznie inna: to często lata osamotnienia, przemoc psychiczna, a nawet fizyczna oraz całkowita kontrola finansowa ze strony męża. Trzeba zrozumieć, że jest to typ klientki, o którą musimy szczególnie zadbać. Przez lata życia w takiej iluzji, te kobiety tracą zaufanie do otoczenia, a samo przekroczenie progu kancelarii i powiedzenie „dość” jest dla nich ogromnym, przełomowym krokiem. Tym, co pozwala im przetrwać proces i nie rozpaść się, jest poczucie, że wreszcie mają po swojej stronie profesjonalistów, którzy przejmują kontrolę nad chaosem i skutecznie walczą o ich interesy. Często widzimy, jak te klientki wchodzą do nas nieśmiało, z lękiem w oczach. Jednak po pozytywnym zakończeniu sprawy, gdy odzyskują bezpieczeństwo i wolność, widać w nich niesamowitą przemianę – odżywają, stają się silnymi, niezależnymi kobietami, które z błyskiem w oku zaczynają nowy etap na własnych zasadach. Rozwód wcale nie jest końcem, może być nowym, lepszym początkiem.
Dziękuję za rozmowę. rozmawiała: Anna Wysocka / foto: materiały prasowe
Trzy dekady private bankingu w Polsce to historia nie tylko ewolucji usług finansowych, ale przede wszystkim zmieniających się oczekiwań klientów i roli, jaką odgrywa zaufanie, relacja oraz technologia. Eksperci mBank private banking – Barbara Adamska-Kusz, Tomasz Gawron i Beata Kulgawczuk – opowiadają o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości zarządzania majątkiem w nowoczesnym wydaniu.
Private banking w Polsce ma już
30 lat. Jak wyglądały początki tego sektora?
Barbara Adamska-Kusz: Bankowość prywatna w Polsce przeszła prawdziwą rewolucję – a my byliśmy jej częścią od samego początku. Trzy dekady temu oferowaliśmy podstawowe produkty, takie jak lokaty czy obligacje, w otoczeniu indywidualnej obsługi. Dziś dostarczamy kompleksowe rozwiązania inwestycyjne, doradztwo strategiczne i technologie, które wyznaczają standardy w branży. Zmienił się nie tylko zakres usług, ale i sposób kontaktu – tradycyjne spotkania w oddziale zastąpiły elastyczne formy komunikacji, w tym wideokonferencje, które stały się codziennością. To ewolucja, którą przeszliśmy razem z naszymi klientami. Wielu z nich jest z nami od pierwszych dni, a dziś obsługujemy już kolejne pokolenia. To najlepszy dowód na zaufanie, które wspólnie zbudowaliśmy – fundament naszej marki i siła, która napędza nasz rozwój. Dla nas private banking to coś więcej niż usługa – to partnerstwo oparte na dyskrecji, bezpieczeństwie i innowacyjności. Jesteśmy dumni, że możemy towarzyszyć naszym klientom w realizacji ich ambicji i planów, niezależnie od tego, jak bardzo zmienia się świat.
Tomasz Gawron: Dawniej klienci oczekiwali przede wszystkim ekskluzywności i wsparcia w codziennej obsłudze konta. Z biegiem lat coraz lepiej radzili sobie z bankowością na co dzień, natomiast ich majątki wymagały coraz bardziej złożonego podejścia. Naturalnie pojawiła się potrzeba profesjonalnego wealth managementu. W krajach o długiej tradycji private bankingu to właśnie zarządzanie majątkiem jest fundamentem oferty – nie złote karty czy usługi concierge, lecz dostęp do ekspertów. Taką wartość oferujemy dziś w mBank private banking. Dzięki temu nasi klienci nie muszą już szukać światowych standardów w Londynie czy Szwajcarii.
Beata Kulgawczuk: Nasze korzenie sięgają BRE Banku –jednego z pionierów w Polsce w oferowaniu usług bankowości prywatnej. Od tamtego czasu konsekwentnie rozwijamy ofertę, stawiając na zaufanie, empatię i elastyczne podejście do potrzeb klientów. Dziś jesteśmy liderem, który nie ma kompleksów wobec zagranicznych konkurentów. Wyróżnia nas globalne, kompleksowe podejście do zarządzania majątkiem oraz wykorzystanie nowoczesnych technologii, umożliwiających bezpieczne i wygodne korzystanie z naszych rozwiązań – także zdalnie. W tym obszarze wyznaczamy standardy, będąc w awangardzie światowego private bankingu. Potwierdzeniem naszej
Dla kogo jest bankowość prywatna? Kto dziś jest jej klientem?
Barbara Adamska-Kusz: Bankowość prywatna to oferta skierowana do osób dysponujących co najmniej milionem złotych w aktywach płynnych. W Polsce są to przede wszystkim przedsiębiorcy – ludzie, którzy w ciągu ostatnich 30 lat budowali firmy i majątki, mając realny wpływ na transformację gospodarczą kraju. Około 10% klientów stanowią profesjonaliści, czyli kadra menedżerska, a kolejne 5–10% to spadkobiercy dużych majątków. W krajach takich jak Szwajcaria czy Wielka Brytania proporcje wyglądają zupełnie inaczej – tam około 80% najzamożniejszych osób odziedziczyło majątek, a przedsiębiorcy to zaledwie 10%. Wynika to z faktu, że bankowość prywatna i klasa najbogatszych funkcjonują tam od pokoleń. W Polsce dopiero wchodzimy w ten etap – etap zmiany pokoleniowej.
Tomasz Gawron: W ostatnich latach obserwujemy wyraźną zmianę w profilu nowych klientów bankowości prywatnej. Średnia wieku w tej grupie wynosi około 40 lat, co jest znacząco poniżej średniej rynkowej, oscylującej w granicach 50–60 lat. To pokazuje, że coraz częściej do grona najzamożniejszych dołączają osoby młodsze, które szybciej osiągają sukces finansowy – najczęściej dzięki dynamicznemu rozwojowi własnych firm, inwestycjom czy działalności w nowych sektorach gospodarki. Ta zmiana pokoleniowa wpływa na priorytety w private bankingu. Coraz większego znaczenia nabierają dwa obszary: sukcesja, czyli planowanie przekazania majątku kolejnym pokoleniom, oraz otwartość na nowe technologie. Młodsi klienci oczekują nie tylko profesjonalnego doradztwa, ale także nowoczesnych, cyfrowych rozwiązań, które zapewniają wygodę, bezpieczeństwo i możliwość zarządzania finansami w sposób zdalny. Private banking musi więc łączyć tradycyjne wartości – takie jak zaufanie i dyskrecja – z innowacyjnością, aby sprostać oczekiwaniom nowej generacji klientów.
Beata Kulgawczuk: Proces sukcesji bywa wyzwaniem – szczególnie gdy kolejne pokolenie nie chce przejmować rodzinnego biznesu. W takich sytuacjach pojawia się pytanie: co dalej? Jak nadać sens i cel nowo pozyskanym środkom? To właśnie wtedy wkraczamy my, oferując kompleksowe wsparcie w tym kluczowym momencie. Pomagamy klientom zaplanować przyszłość ich majątku, proponując rozwiązania prawne i inwestycyjne, doradztwo w zakresie optymalnych form jego funkcjonowania – takich jak polisy sukcesyjne czy fundacje rodzinne. Współpracujemy również z psychologami biznesu, którzy wspierają proces adaptacji do nowych realiów i pomagają w podejmowaniu świadomych decyzji. Naszym celem jest nie tylko zabezpieczenie majątku, ale także nadanie mu trwałej wartości – tak, aby służył kolejnym pokoleniom i realizował ich aspiracje. W private bankingu sukcesja to nie problem, lecz szansa na budowanie przyszłości. Barbara Adamska-Kusz: Technologia na dobre zagościła w bankowości prywatnej po pandemii. Lockdown przyspieszył cyfrową transformację i zmienił podejście klientów do zdalnych kanałów kontaktu. Jeszcze kilka lat temu tylko niewielka część z nich korzystała z aplikacji mobilnej – dziś to już standard. Wielu klientów nie wyobraża sobie funkcjonowania bez spotkań online z doradcą i stałego dostępu do swoich finansów, niezależnie od miejsca na świecie. Dla nas kluczowe jest jednak jedno: technologia ma wspierać relacje, a nie je zastępować. Bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem pozostaje nieoceniony – zwłaszcza w czasach rynkowych zawirowań.
Czego oczekują osoby, które korzystają z bankowości prywatnej? Co jest ważne w budowaniu relacji z nimi?
Tomasz Gawron: Jeśli miałbym wskazać fundament bankowości prywatnej jednym słowem, byłoby to „zaufanie”. To wartość, która działa w obie strony i staje się kluczowa
szczególnie w trudnych momentach – przy zawirowaniach rynkowych czy zmianach geopolitycznych. Klienci muszą mieć pewność, że mogą oprzeć się na naszym doświadczeniu i eksperckiej wiedzy, aby podejmować racjonalne decyzje, a nie ulegać emocjom. W mBank private banking zarządzamy aktywami o wartości ponad 18 miliardów złotych, a w ramach indywidualnego doradztwa inwestycyjnego – 1 miliarda złotych. To ogromna odpowiedzialność, która wymaga dogłębnego poznania sytuacji klienta, jego oczekiwań i podejścia do ryzyka. Jednocześnie stawiamy na pełną transparentność, aby proponować rozwiązania bezpieczne, skuteczne i dopasowane do indywidualnych potrzeb. Budowanie relacji w private bankingu to coś więcej niż obsługa finansowa – to partnerstwo oparte na wzajemnym zaufaniu, dyskrecji i profesjonalizmie. Dzięki temu nasi klienci wiedzą, że w każdej sytuacji mogą liczyć na nas jako na stabilnego doradcę i przewodnika w świecie finansów.
Beata Kulgawczuk: W mBank private banking stawiamy na podejście holistyczne. Wierzymy, że relacja z klientem to coś więcej niż suma pojedynczych usług – to całość, której nie da się sprowadzić do prostych elementów. Dlatego zawsze patrzymy głębiej, nie zatrzymujemy się na wierzchołku góry lodowej. Chcemy zrozumieć kontekst, poznać sytuację i biznes klienta od podszewki. Nie pytamy tylko „co”, ale przede wszystkim „dlaczego”. Nasza rola przypomina pracę lekarza pierwszego kontaktu – przeprowadzamy szczegółowy „wywiad”, aby zrozumieć wszystkie aspekty finansowe i osobiste. Dopiero wtedy, wspólnie z zespołem ekspertów, opracowujemy najlepsze rozwiązania, które odpowiadają na realne potrzeby klienta.To podejście pozwala nam budować trwałe, partnerskie relacje oparte na zaufaniu, dyskrecji i głębokim zrozumieniu. Dzięki temu możemy tworzyć strategie, które nie tylko zabezpieczają majątek, ale też wspierają realizację długoterminowych celów i ambicji naszych klientów.
mBank private banking
ul. Zbożowa 4, Szczecin 70-653
+48 602 433 822
www.mbank.pl/private-banking
Świadomy
wybór
dla przyszłości Twojego dziecka
Serdeczne, międzynarodowe środowisko nauczycieli i uczniów z pięciu kontynentów uczy współpracy, otwartości i nauki bez uprzedzeń, a przede wszystkim realnie przygotowuje młodych ludzi do życia w zglobalizowanym świecie.
W kameralnych klasach liczących 15–20 uczniów nauczyciele mogą indywidualnie wspierać rozwój każdego dziecka i dostosować tempo nauki do jego potrzeb oraz możliwości.
Codzienne użycie języka angielskiego od przedszkola lub wczesnych lat szkolnych umożliwia dzieciom dorastanie w środowisku dwujęzycznym, które – jak potwierdzają liczne badania naukowe – sprzyja rozwojowi poznawczemu, koncentracji oraz sprawności intelektualnej.
Uczniom szkoły średniej zainteresowanym designem i technologią, medycyną, zarządzaniem środowiskiem oraz dynamicznie rozwijającym się sektorem offshore i zielonej energii oferujemy unikalne ścieżki edukacyjne oraz bogaty program zajęć dodatkowych.
Jako jedyna akredytowana szkoła Cambridge International School w północno-zachodniej Polsce oferujemy programy nauczania umożliwiające płynną kontynuację edukacji w ponad 10 000 szkołach na świecie.
Dyplomy Cambridge International A Levels są uznawane i cenione przez najlepsze uczelnie nie tylko w Polsce, lecz na całym świecie. Egzaminy oceniane są bezpośrednio przez Uniwersytet Cambridge, a zaawansowany poziom programu sprawia, że wiele uczelni przyznaje absolwentom punkty zaliczeniowe na pierwszych semestrach studiów.
Jako regionalny punkt egzaminacyjny IELTS British Council jesteśmy naturalnym wyborem dla osób planujących studia, karierę lub życie w środowisku anglojęzycznym.
Czas wyzwań
i aktywności w Północnej
Izbie Gospodarczej
Nadchodzi dynamiczny czas dla Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.
Kalendarz na 2026 rok to szereg wydarzeń, spotkań i projektów realizowanych przez największy samorząd gospodarczy w Polsce. Ponadto Izba aktywnie zabiera głos w sprawach ważnych dla przedsiębiorców z Pomorza Zachodniego.
– Już na początku roku aktywnie opiniowaliśmy tematy związane z Krajowym Systemem e-Faktur, Inspekcją Pracy, czterodniowym tygodniem pracy czy sprawami związanymi z regionalną turystyką – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.
Silny głos przedsiębiorców w najważniejszych tematach Rok 2025 był pracowitym czasem dla Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. Za nami szereg udanych wydarzeń i inicjatyw, dzięki którym Szczecin stał się areną gospodarczych dyskusji. W minionym roku działaliśmy na rzecz integracji szczecińskich i regionalnych przedsiębiorców, organizując liczne spotkania w siedzibie Izby. Instytucja stawiała także na szkolenia, debaty i merytoryczne dyskusje na tematy ważne dla przedsiębiorców.
– Kurs, który obraliśmy, staramy się konsekwentnie realizować. Północna Izba Gospodarcza jest silnym głosem przedsiębiorców w najważniejszych tematach lokalnych i centralnych. Zabieramy głos w dyskusjach, które ważne są dla sektora MŚP, a także sektorów gospodarki, które mają swoją biznesową reprezentację w naszym regionie. Aktywnie udzielamy się w tematach związanych z turystyką, gospodarką morską, przemysłem chemicznym, usługami, transportem i logistyką czy sektorem offshore. W tym roku aktywnie działał Klaster Offshore Wind, który trzyma rękę na pulsie najważniejszych tematów tej branży. Aktywizujemy także współpracę nauki i biznesu –mówi prezes Hanna Mojsiuk. Prezes Północnej Izby Gospodarczej dodaje, że regionalny biznes to nie tylko Szczecin.
– Jestem bardzo dumna z aktywności naszych oddziałów, które organizują swoje wydarzenia, angażują przedsiębiorców i działają na rzecz rozwiązywania regionalnych spraw. Mamy oddziały w Koszalinie, Świnoujściu, Gryficach, Dębnie, Wałczu, Pyrzycach czy w Choszcznie – dodaje.
Plan na rok 2026 zakłada nowe inicjatywy, ale także kontynuacje pomysłów z lat ubiegłych, które na stałe zapisały się już w kalendarzu najważniejszych gospodarczych wydarzeń w Szczecinie i regionie.
Przed nami kolejna, 12 edycja Międzynarodowego Kongresu Morskiego, czyli wydarzenia organizowanego we współpracy z Polską Żeglugą Morską i Zarządem Morskich Portów Szczecin i Świnoujście, podczas którego Szczecin od lat staje się przestrzenią do dyskusji o gospodarce morskiej, sektorze offshore, rozwoju portów i innych najważniejszych tematach. To podczas edycji 2025 premier Donald Tusk przekazał polską banderę ministrowi Arkadiuszowi Marchewce. Przed nami także Baltic Economic Congress, o którego programie już dyskutujemy, szykujemy też wydarzenia łączące naukę i biznes. Zaczynamy cykl spotkań o tematyce medycznej jak i biznesowych B2B. Stawiamy na spotkania merytoryczne jak i na networking w swobodniejszej formie.Jesteśmy instytucją, która tętni życiem i realizuje wiele działań – dodaje Hanna Mojsiuk
Merytoryczne dyskusje i najważniejsze tematy
Integracja to ważny temat dla Północnej Izby Gospodarczej, ale przedstawiciele prezydium Izby zajmują się także
merytorycznym opiniowaniem ważnych dla przedsiębiorców spraw.
Jednym z najważniejszych zagadnień przełomu roku 2025 i 2026 jest sprawa Krajowego Systemu e-Faktur.
– Przygotowaliśmy pismo do Ministra Finansów, w którym w trzynastu punktach postulujemy o zmianę terminu wdrażania KSeF. To ustawa ważna, ale bardzo skomplikowana i w znaczący sposób wpływająca na życie gospodarcze w Polsce. Zwracamy uwagę także na bezpieczeństwo informacji, co w dobie zagrożenia hybrydowego ze strony obcych służb wymaga wręcz priorytetowej ochrony, a nie mamy niestety wrażenia, że obecny projekt ją gwarantuje – mówi Bartosz Olechowski, Wiceprezes Północnej Izby Gospodarczej.
– Wydatkowanie środków z KPO, repolonizacja w kontekście budowy i realizacji inwestycji na rzecz samorządów, inwestycje drogowe, inwestycje deweloperskie. Sektor budowlany w Szczecinie i regionie ma przed sobą aktywny rok. Trzymamy rękę na pulsie choćby w przypadku budowy Zachodniego Drogowego Obejścia Szczecina, Trasy Północnej czy Mostu Kłodnego – dodaje Łukasz Zemski, Skarbnik Izby i szef Klastra Budowlanego.
– Szykujemy Międzynarodowy Kongres Morski i aktywnie zabieramy głos w tematach związanych z rozwojem gospodarki morskiej w Szczecinie. To jeden z priorytetowych obszarów działania Izby w Szczecinie. Obserwujemy dynamiczny rozwój portów w Szczecinie, Świnoujściu i Policach, co uznajemy za ważne dla naszej regionalnej gospodarki – mówi Aneta Szreder-Piernicka, Wiceprezes Północnej Izby Gospodarczej.
– Nauka i biznes muszą iść ze sobą w parze. Minione lata pokazują, że Północna Izba Gospodarcza stała się fantastyczną przestrzenią dyskusji między światem nauki, biznesu i samorządem, a obecność na wydarzeniach Izby wszystkich regionalnych rektorów i dwa razy z rzędu urzędujących Ministrów Nauki i Szkolnictwa Wyższego to najlepsza rekomendacja, że mamy do czynienia z wydarzeniami najwyższej rangi – dodaje Jacek Wróbel, Sekretarz Północnej Izby Gospodarczej.
– Członkowie Północnej Izby Gospodarczej mogą liczyć na bieżące informacje rynkowe, wsparcie doradcze, szkolenia oraz pomoc w interpretacji zmieniających się przepisów.
To szczególnie ważne w dynamicznych i niepewnych czasach, gdy szybki dostęp do rzetelnej wiedzy staje się przewagą konkurencyjną. Wspierając regionalną organizację, przedsiębiorcy inwestują w rozwój Szczecina i całego Pomorza Zachodniego, wzmacniając lokalny kapitał, miejsca pracy i markę regionu. Wspólne działanie buduje silną, odporną na kryzysy gospodarkę opartą na współpracy, a nie wyłącznie na rywalizacji. Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie to przestrzeń, w której lokalny biznes ma znaczenie. Pozostając jej członkiem, przedsiębiorcy pokazują, że wierzą w potencjał regionu i chcą aktywnie uczestniczyć w jego dalszym rozwoju – podsumowuje Remigiusz Babiło, Dyrektor Północnej Izby Gospodarczej.
Przed Izbą aktywny i pracowity rok 2026. Chcecie być na bieżąco z aktywnościami Północnej Izby Gospodarczej? Zachęcamy do śledzenia mediów społecznościowych oraz strony www.polnocnaizba.pl
Al. Wojska Polskiego 86 | 70-482 Szczecin +48 91 486 07 65 | sekretariat@polnocnaizba.pl Pon. - Pt. 8.00 - 16.00
Mercedes-Benz C 200d 2025 | diesel | 1993 cm3 | 163 KM
CENA KATALOGOWA: 265 687 PLN
CENA PROMOCYJNA: 233 800 PLN
Korzyść dla Klienta: 31 887 PLN
Rata od 973,61 netto/miesiąc
Mercedes-Benz E 220d 4MATIC 2025 | diesel | 1993 cm3 | 197 KM
CENA KATALOGOWA: 374 305,58 PLN
CENA PROMOCYJNA: 336 800 PLN
Korzyść dla Klienta: 37 505,58 PLN
Rata od 2 944,46 netto/miesiąc
Mercedes-Benz A 200 2025 | benzyna | 1332 cm3 | 163 KM
CENA KATALOGOWA: 196 435 PLN
CENA PROMOCYJNA: 167 000 PLN
Korzyść dla Klienta: 29 435 PLN
Rata od 939,02 zł netto/miesiąc
Mercedes-Benz GLC 220 d 4MATIC 2025 | diesel | 1993 cm3 | 197 KM
Mercedes-Benz GLE 300 d 4MATIC 2025 | diesel | 1993 cm3 | 269 KM
CENA KATALOGOWA: 460 198,13 PLN
CENA PROMOCYJNA: 386 500,00 PLN
Korzyść dla Klienta: 73 698,13 PLN
Rata od 1 776,70 netto/miesiąc
140 lat wspólnej podróży
Dokładnie 140 lat temu narodziła się idea, która na zawsze zmieniła sposób poruszania się po świecie. Gdy 29 stycznia 1886 roku Carl Benz złożył patent na swój trzykołowy Benz Patent-Motorwagen, nikt nie przypuszczał, że skromny pojazd stanie się początkiem jednej z najważniejszych historii w dziejach motoryzacji. To wydarzenie uznawane jest dziś za narodziny nowoczesnego samochodu spalinowego i symboliczny start marki Mercedes-Benz.
Patent-Motorwagen Nr 1 był konstrukcją przełomową – zaprojektowaną od podstaw jako automobil, a nie adaptacją powozu konnego. Wyposażony w silnik o mocy około 0,75–1 KM, pozwalał osiągać prędkość do 16 km/h. Pierwszy publiczny pokaz pojazdu odbył się w lipcu 1886 roku, a już dwa lata później Bertha Benz udowodniła jego praktyczność, pokonując około 100 kilometrów w pierwszej długodystansowej podróży samochodowej w historii. Wynalazek opracowany w Mannheim zapoczątkował erę motoryzacji i dał początek marce, która przez kolejne dekady konsekwentnie wyznaczała kierunki rozwoju technologii. Dziedzictwo to zostało docenione także na arenie międzynarodowej – patent Carla Benza znajduje się dziś na liście Programu Pamięci Świata UNESCO. Od tamtej chwili Mercedes-Benz nieprzerwanie rozwija ideę mobilności. Pasja do osiągów, pionierskie podejście do technologii oraz dbałość o bezpieczeństwo i komfort sprawiły, że marka stała się synonimem innowacji. Od pierwszego samochodu świata po nowoczesne, inteli-
gentne i elektryczne modele, takie jak nowy GLC czy wielokrotnie nagradzany CLA, Mercedes-Benz nie tylko reaguje na zmiany – on je tworzy.
Dziś, po 140 latach, historia marki to coś więcej niż suma osiągnięć inżynieryjnych. To emocje, doświadczenia i wyjątkowe poczucie jakości, które towarzyszy każdemu modelowi spod znaku trójramiennej gwiazdy.
Ten jubileuszowy moment znajduje swoje odzwierciedlenie także w aktualnej wyprzedaży rocznika w Mercedes-Benz Mojsiuk. To okazja, by stać się częścią tej historii, korzystając z atrakcyjnych warunków zakupu. Klienci mogą liczyć na atrakcyjne rabaty, korzystne warunki serwisowe oraz elastyczne formy finansowania – w tym program Lease&Drive z niską ratą przy wpłacie początkowej 10%, leasing od 101,9% czy pożyczkę już od 2,49%. Co istotne, wybrane modele są dostępne do odbioru nawet w ciągu 7 dni.
ad / fot. materiały prasowe
Zapraszamy do Autoryzowanego Salonu Mercedes-Benz Mojsiuk w Szczecinie - Dąbiu, ul. Pomorska 88 lub pod nr telefonu: +48 91 48 08 712 www.mojsiuk.mercedes-benz.pl Szukaj nas na Facebooku: Mercedes-Benz Mojsiuk i Instagramie: mercedesbenz_mojsiuk
„Szampan” z ZUT
– półwytrawny, półsłodki oraz
brut
Studenci kierunku Uprawa Winorośli i Winiarstwo Zachodniopomorskiego Uniwersytetu
Technologicznego w Szczecinie wytwarzają wino musujące - „szampana”. I nie na własny użytek lub handel, tylko w celach edukacyjnych. Podobnie jak wino, które powstaje na ZUT już od 20 lat. Jak powstają akademickie bąbelki, skąd pochodzą winogrona z których jest produkowany „szampan”, ile butelek trunku powstaje w ciągu roku, jak wygląda proces produkcji, jak powstał uczelniany icewine – wino lodowe oraz jaka będzie oficjalna nazwa wina musującego opowiada profesor Ireneusz Ochmian z Wydziału Kształtowania Środowiska i Rolnictwa ZUT.
W jakich okolicznościach narodził się pomysł produkcji wina musującego przez studentów kierunku Uprawa Winorośli i Winiarstwo ZUT?
To proces, który dojrzewał przez kilka lat – trochę jak samo wino. Pomorze Zachodnie ma warunki, które dla win musujących są wręcz idealne. Sezon jest nieco chłodniejszy, dojrzewanie przebiega wolniej, a owoce łatwiej zachowują kwasowość, która w winach musujących działa jak „kręgosłup” – odpowiada za wrażenie lekkości, czystości i długiego, rześkiego finiszu. Obserwujemy, co dzieje się w klasycznych regionach winiarskich Europy. Tam, gdzie od pokoleń robi się wina musujące, rosnące temperatury sprawiają, że utrzymanie tej świeżości bywa coraz trudniejsze. To ozna-
cza, że cały świat coraz uważniej patrzy na chłodniejsze lokalizacje. W pewnym momencie uznałem, że jeśli mamy uczyć studentów nowoczesnego winiarstwa – takiego, które odpowiada na realne zmiany i trendy – to wino musujące nie może być tylko tematem z podręcznika. Kiedy uczelnia zaczęła krok po kroku doposażać laboratorium w sprzęt potrzebny do pracy z winami musującymi, decyzja była naturalna: włączamy ten segment do praktycznej edukacji. Dzisiaj traktujemy to jako pełnoprawny element kształcenia enologicznego na ZUT, a jednocześnie kierunek, który w naszym regionie ma realną szansę stać się mocnym znakiem rozpoznawczym.
Ile butelek wina musującego udało się wyprodukować?
Jeżeli mówimy o produkcji „na serio”, w sensie regularnych roczników i konsekwentnego powtarzania procesu ze studentami, to działamy od 2024 roku. Natomiast pierwsze próby zaczęliśmy już w 2021 roku – wtedy to była przede wszystkim nauka i testowanie: sprawdzaliśmy różne rozwiązania technologiczne, obserwowaliśmy, jak zachowują się konkretne odmiany, jak reagują na nasze warunki i co daje najlepszy efekt w stylu musującym. Dzisiaj, w metodzie klasycznej – czyli tej najbardziej „szampańskiej”, z wtórną fermentacją w butelce – powstaje u nas około 100 butelek rocznie. To może brzmieć skromnie, ale w warunkach uczelnianych to wręcz liczba optymalna: pozwala studentom wykonać wszystkie etapy własnoręcznie – od przygotowania wina bazowego, przez kontrolę fermentacji, aż po pracę z butelką. Równolegle robimy też wina musujące metodą karbonizacji, czyli po prostu nagazowania – to technika szybsza i bardziej „technologiczna”, dzięki której możemy wyprodukować większą liczbę butelek i pokazać studentom różnice w stylu. W tym wariancie mówimy o około 200–300 butelkach rocznie. W kolejnym kroku chcemy rozwijać produkcję metodą Charmat, czyli z fermentacją w zbiorniku ciśnieniowym (tak powstaje wiele znanych win musujących na świecie). Czekamy już na odpowiedni tank, który umożliwi nam ten etap.
Jakiego typu są to wina – wytrawne, półsłodkie?
Punktem wyjścia zawsze jest wino wytrawne, czyli tzw. wino bazowe. W praktyce można powiedzieć, że najpierw robimy „szkielet” wina: odpowiednią kwasowość, lekkość i równowagę, a dopiero potem decydujemy o ostatecznym stylu. O tym, czy wino będzie brut, półwytrawne czy półsłodkie, rozstrzyga się dopiero na samym końcu – tuż przed ostatecznym zamknięciem butelki. Wtedy, po usunięciu osadu i dopracowaniu wina, można bardzo precyzyjnie ustawić poziom słodyczy. To ważne, bo w winie musującym cukier nie ma „robić słodko”, tylko – w zależności od stylu – zaokrąglić smak, złagodzić kwasowość i podkreślić owoc. Warto dodać, że w ubiegłym roku zrealizowaliśmy także bardzo wymagający projekt dydaktyczny, przygotowując wino w typie lodowego – owoce były zamrażane w chłodni przemysłowej, a nie na krzewach jak w klasycznej metodzie icewine. Jednak efekt okazał się bardzo zbliżony - z zamrożonych winogron uzyskaliśmy niezwykle skoncentrowany moszcz o zawartości około 37% cukru, z którego powstało intensywnie słodkie wino; był to proces trudny technologicznie, ale zakończony pełnym sukcesem. Produkujemy wyłącznie wina białe. Ten wybór jest świadomy: białe wina musujące najlepiej pokazują to, co w naszym klimacie najcenniejsze – świeżość, lekkość, cytrusową energię, mineralność i czysty, rześki finisz. W tej stylistyce
Pomorze Zachodnie ma naturalną przewagę, bo owoce łatwiej zachowują kwasowość, która w winach musujących jest kluczowa.
Skąd pochodzą winogrona i jakie odmiany są wykorzystywane?
Winogrona pozyskujemy z dwóch źródeł. Częściowo pochodzą z naszej uczelnianej, dydaktycznej winnicy w Ostoi, a częściowo z Winnicy Pałacu Rajkowo, z którą współpracujemy od lat. Studenci mogą zobaczyć pełny obraz – nie tylko pracę w laboratorium, lecz także realia winnicy, decyzje w sezonie, jakość surowca i to, jak bardzo na wino wpływa pogoda oraz prowadzenie krzewów. Lokalni winiarze chętnie wspierają edukację, przyjmują studentów i pokazują im różne podejścia do uprawy oraz produkcji wina. W klasycznej Szampanii podstawą są trzy odmiany: Chardonnay, Pinot Noir i Pinot Meunier. My oczywiście patrzymy na tę tradycję z szacunkiem, ale pracujemy przede wszystkim na odmianach, które dobrze sprawdzają się w polskich warunkach i pozwalają uzyskać styl musujący o świeżym, czystym charakterze. Najczęściej są to Johanniter, Hibernal i Riesling, a okazjonalnie także Pinot Noir –wtedy, gdy chcemy zbudować nieco inną strukturę wina lub pokazać studentom różnice w stylu. Niezależnie od odmiany, klucz jest zawsze ten sam: wysoka, naturalna kwasowość. To ona daje winu musującemu „kręgosłup” – świeżość, energię i długi, rześki finisz.
Jak dużo winogron jest wykorzystywanych w produkcji ?
Przyjmuje się, że na jedną butelkę wina musującego (0,75 l) potrzeba zwykle około 1–1,2 kg winogron. Ten zakres zależy od rocznika i wydajności tłoczenia, a także od tego, jaką część soku wykorzystujemy – w winach musujących często stawia się na delikatniejsze tłoczenie i wysoką jakość frakcji, co naturalnie wpływa na ilość uzyskanego moszczu.
Jak wygląda proces produkcji wina musującego metodą klasyczną?
Produkcja wina musującego metodą klasyczną to jedna z najbardziej czasochłonnych i wymagających sztuk winiarskich. Wszystko zaczyna się od wina bazowego. To nie jest jeszcze wino, które trafiłoby do kieliszka. Jest lekkie, bardzo świeże, o stosunkowo niskiej zawartości alkoholu i wyraźnej kwasowości. Gdy wino bazowe jest gotowe, rozlewa się je do grubych, odpornych na ciśnienie butelek. Do każdej z nich dodaje się dokładnie odmierzoną ilość cukru i drożdży. I tu zaczyna się magia: butelka zostaje szczelnie zamknięta, a w jej wnętrzu rusza druga fermentacja. Drożdże „zjadają” cukier i wytwarzają dwutlenek węgla, który – nie mając ujścia – rozpuszcza się w winie. Tak powstają natural-
ne bąbelki. Po zakończeniu fermentacji wino dojrzewa na osadzie drożdżowym. To jeden z najważniejszych, ale też najbardziej niedocenianych etapów. Trwa on wiele miesięcy, często nawet kilka lat. W tym czasie wino nabiera głębi, delikatnych nut pieczywa, biszkoptu czy orzechów, a bąbelki stają się drobniejsze i bardziej eleganckie. Czas działa tu na korzyść wina – im dłuższe dojrzewanie, tym większa złożoność. Kolejny krok to remuage, czyli ręczne obracanie i stopniowe pochylanie butelek. Codziennie, bardzo delikatnie, zmienia się ich pozycję, tak aby osad drożdżowy powoli przesuwał się w stronę szyjki. To praca wymagająca ogromnej dokładności i cierpliwości – szczególnie gdy wykonuje się ją ręcznie, butelka po butelce. Gdy cały osad zbierze się w szyjce, następuje jego usunięcie. Potem butelkę ponownie się korkuje i dopiero wtedy wino musujące jest gotowe. To moment, w którym po miesiącach ciszy i spokoju w piwnicy wino może wreszcie „przemówić” w kieliszku.
Gdzie trafia wyprodukowane wino?
Wina powstające na uczelni nie trafiają do sprzedaży – i to z bardzo prostego powodu. ZUT nie jest zarejestrowanym producentem wina, a cały proces ma charakter dydaktyczny i badawczy. Produkcja służy nauce, a nie działalności komercyjnej. Zdecydowana większość wina trafia więc do analiz laboratoryjnych. To one pozwalają studentom i pracownikom naukowym ocenić jakość, stabilność i styl, porównać różne metody produkcji oraz wyciągać wnioski na przyszłość. W praktyce każda butelka jest materiałem dydaktycznym – narzędziem do nauki, a nie produktem rynkowym. Część win wykorzystywana jest także w celach reprezentacyjnych – jako upominki przy okazji wydarzeń akademickich, konferencji czy spotkań branżowych. To forma pokazania efektów pracy studentów i możliwości uczelni, ale zawsze w ramach obowiązujących przepisów. Dzięki temu wino z ZUT nie jest „towarem”, tylko świadectwem procesu edukacyjnego. To coś, co powstaje po to, aby uczyć, analizować i rozwijać kompetencje przyszłych winiarzy – a nie po to, by konkurować z ofertą sklepową.
Czy wino musujące z ZUT nosi jakąś nazwę ?
Na razie nasze wina nie mają jeszcze oficjalnej nazwy. I jest to decyzja w pełni świadoma. Chcemy, aby nazwa i iden-
tyfikacja wizualna powstały w sposób przemyślany, spójny z charakterem uczelni i całego projektu. Planowany jest konkurs na nazwę oraz etykiety dla win powstających na ZUT. Zależy nam, aby studenci i środowisko akademickie mieli realny udział w tworzeniu tożsamości tych win. Taki konkurs musi spełniać konkretne wymogi proceduralne i prawne. Jako uczelnia publiczna działamy w określonych ramach, a dodatkowo musimy uwzględniać przepisy wynikające z ustawy o wychowaniu w trzeźwości obowiązującej w Polsce. To oznacza, że nazwa i etykieta nie mogą promować spożycia alkoholu w sposób niezgodny z prawem ani naruszać obowiązujących zasad. W praktyce w świecie wina najczęściej stosuje się bardzo proste i klasyczne rozwiązanie – wina noszą nazwę odmiany, z której powstały. I również ten kierunek jest dla nas naturalnym punktem odniesienia: czytelny, elegancki i zrozumiały dla odbiorcy. Dlatego nie spieszymy się z tym etapem. Chcemy, aby nazwa była odpowiedzialna, stonowana i ponadczasowa, a jednocześnie oddawała edukacyjny charakter projektu. W tym przypadku cierpliwość – podobnie jak w produkcji wina – jest po prostu częścią procesu.
Uczelnia już od ponad 20 lat produkuje zwykłe wino. Jakie? Czy można gdzieś go spróbować?
To tzw. wina spokojne, które powstają u nas przede wszystkim w celach dydaktycznych i badawczych. Są elementem zajęć, ćwiczeń technologicznych, projektów studenckich i analiz jakościowych. To właśnie na winach spokojnych studenci uczą się podstaw, bez których nie da się później robić dobrych win musujących. W zależności od rocznika, surowca i tematyki zajęć, powstają zarówno wina białe, jak i czerwone oraz czasem różowe. Trzeba uczciwie powiedzieć – nie jest to produkt rynkowy i nie trafia do regularnej sprzedaży ani dystrybucji. Wina funkcjonują przede wszystkim w obiegu edukacyjnym – są prezentowane podczas wydarzeń uczelnianych, pokazów, dni otwartych, spotkań branżowych i konferencji, gdzie możemy pokazać efekty pracy studentów i potencjał naszego kierunku. Czasem są także wykorzystywane w celach reprezentacyjnych jako element promocji uczelni i regionu. Ale zawsze w granicach obowiązujących przepisów.
Autor: Dariusz Staniewski/foto. ZUT oraz archiwum prof. Ireneusza Ochmiana
CHIŃSKI NOWY ROK W JIN DU - Rok Ognistego Konia 2026
Chiński Nowy Rok to jedno z najważniejszych świąt w kalendarzu chińskim. Według chińskiego zodiaku rok ognistego konia to czas pełen energii, odwagi i nowych możliwości. Koniem rządzi żywioł ognia, dlatego ten rok przynosi: moc działania, szybki rozwój, pomyślne decyzje oraz siłę i determinację w realizacji marzeń. Jest to doskonały moment, by zacząć coś nowego i otworzyć się na dobre zmiany! W restauracji Jin Du przygotowaliśmy dla Państwa wyjątkowe orientalne smaki, celebrujące to najważniejsze święto chińskie.
Ponadto ŻYCZYMY PAŃSTWU zdrowia, szczęścia, odwagi i sukcesów, a także wielu chwil pełnych radości spędzonych przy pysznych daniach w Jin Du.
Serdecznie zapraszamy! Jin Du – Oryginalna
Kuchnia Chińska al. Jana Pawła II 17, Szczecin 91 489 34 68
DEGUSTACJA W WINBAR W WARSZAWIE. AKADEMIA BURGUNDA, PROWADZI PROF. MAREK BIEŃCZYK
DEGUSTACJA W WINOTECE JESZCZE W LOKALIZACJI
PRZY UL. RAYSKIEGO
Wino jako styl życia
Wino rzadko trafia do czyjegoś życia przez przypadek. Zwykle zaczyna się od ciekawości, jednego kieliszka albo butelki, która zostaje w pamięci na dłużej niż sam smak. Z czasem pojawia się potrzeba zrozumienia – skąd to wino pochodzi, dlaczego smakuje właśnie tak i co właściwie sprawia, że jedne alkohole zapamiętujemy na lata, a inne znikają bez śladu.
Dla Marka Popielskiego, jednego z najbardziej cenionych znawców win w Polsce, współtwórcy Winoteki 101 Win – studia wybitnych alkoholi, wino od dawna nie jest dodatkiem do kolacji ani produktem, który się sprzedaje. To świat, który wymaga cierpliwości i szacunku. Tu nie ma miejsca na powierzchowne wybory. Liczy się doświadczenie, kontekst i umiejętność słuchania tego, co wino ma do powiedzenia. To będzie opowieść nie tylko o samym alkoholu, ale też o sztuce degustacji. O tym, jak smakować, a nie tylko pić, jak czytać wino zmysłami i dlaczego dobra degustacja zaczyna się dużo wcześniej niż pierwszy łyk. Pojawi się temat kolekcjonowania, znaczenia historii zamkniętej w butelce oraz tego, czemu dobre wino potrafi być jednym z najbardziej trafionych prezentów.
Nauka smaku.
Jak wyglądały początki tej pasji?
Jak u większości ludzi. W PRL-u piło się wina półsłodkie: Kadarkę, Murfatlar, Cotnari. Kiedy po latach spróbowałem tych win ponownie, okazało się, że są po prostu niesmaczne. Smak się zmienia, dojrzewa.
Prowadził Pan grupy degustacyjne.
Od prawie 20 lat prowadziłem szereg grup degustacyjnych – było ich około stu. Degustacje odbywały się w Szczecinie, w Warszawie – w tym te pod nazwą Akademia Burgunda, które prowadziłem wspólnie z Markiem Bieńczykiem. W naszych degustacjach uczestniczyli znamienici winiarze z całej Polski i nie tylko, m.in. jeden z dwóch najlepszych winemakerów świata Stephane Derenoncourt. Degustacje prowadziłem też w Świnoujściu, a w Szczecinie w naszych poprzednich lokalach przy ulicy Rayskiego i alei Jana Pawła II. Uczestnicy mówili, że największą krzywdą, jaką im zrobiłem, było to, że przestali
móc pić wina z dyskontów (śmiech). Po prostu przestały im smakować.
Czy degustacji można się nauczyć?
To proces. Tak jak z muzyką – nie da się od razu przejść z disco polo do opery. Z winem jest identycznie. Trzeba próbować, porównywać, trenować smak. Nie ma drogi na skróty.
Narodziny 101 Win
Kiedy pojawił się pomysł na własną winotekę?
Kiedy skończyłem 50 lat. Zorientowałem się, że mam w domu kilkaset butelek. Pomyślałem: zamiast gromadzić w nieskończoność, zrobię z tego coś więcej. Tak powstało 101 Win – najpierw w Świnoujściu, później w Szczecinie. Nazwa winoteki miała oznaczać, że w ofercie jest 101 win. Szybko okazało się to nierealne, ale nazwa została i funkcjonuje do dziś.
I popłynęło…
W 2007 roku dostałem tytuł najlepszego importera win w Polsce, a wina z oferty zdobyły kilka medali. To był ogromny impuls i potwierdzenie, że to była dobra droga. Dziś 101 Win to nie tylko sklep. To przede wszystkim pasja, edukacja i degustacje. Wino to nie jest szybka przygoda. To droga, która trwa całe życie.
Dobre, czyli jakie?
No właśnie – chciałabym przejść do samej degustacji. Jak właściwie rozróżnia się dobre wino? Czy trzeba mieć do tego jakieś szczególne predyspozycje? Przede wszystkim trzeba zacząć od podstaw i dać sobie
czas. Degustacja to nie jest kwestia talentu, tylko nauki i doświadczenia. W tym roku planujemy w Szczecinie wyjątkową degustację – absolutnie topową. Dziesięć win, każde ocenione na 100 punktów przez Roberta Parkera, wybitnego i wpływowego amerykańskiego krytyka wina, założyciela biuletynu The Wine Advocate. To będzie wydarzenie dla koneserów, ale pokazujące też, do czego można dojść, jeśli traktuje się wino poważnie.
A jak wygląda początek tej drogi?
Zawsze mówię: trzeba zaczynać od samego początku. Tak było u mnie w Świnoujściu, tak było później w Szczecinie. Prowadziłem degustacje dla początkujących i do tego chcemy wrócić. Wino to temat niewyczerpany, a do tego potrzebna jest odpowiednia przestrzeń i atmosfera – dlatego przygotowujemy specjalną salę degustacyjną. Myślę, że w lutym wszystko będzie gotowe.
Panie Marku, na czym polega taka degustacja dla początkujących?
Najpierw trzeba zrozumieć absolutne podstawy: czym różni się wino białe od czerwonego, czym jest wino wytrawne, półwytrawne, półsłodkie i słodkie, czym są wina musujące, wzmacniane. To elementarz. Dopiero później przychodzi czas na szczepy – bo każdy szczep niesie inną charakterystykę aromatyczną i smakową.
A jakimi zmysłami ocenia się wino?
Oczywiście patrzymy na kolor i klarowność, ale najważniejsze są dwa instrumenty: nos i usta. Nos można bardzo dobrze wytrenować. Z ustami jest trudniej, bo tu decyduje język i kubki smakowe. Na początku u większości osób wino wydaje się gorzkie – nie dlatego, że takie jest, tylko dlatego, że kubki smakowe nie są jeszcze przyzwyczajone. Wino trzeba „przetoczyć” po całym języku, dać mu czas. Dlatego zawsze powtarzam: nie pijemy wina „na raz”. Jeśli ktoś przełyka je od razu, omija połowę doznań.
Czy szczepy rzeczywiście aż tak się różnią?
Bardzo. Mamy kilka szczepów międzynarodowych, które zna cały świat. W czerwonych winach to na przykład Cabernet Sauvignon – bardziej taninowy, strukturalny. Merlot jest miększy, bardziej aksamitny, często używa się go do równoważenia win. Najszlachetniejszym szczepem czerwonym jest Pinot Noir – szczególnie ten z Burgundii, który osiąga absolutne mistrzostwo. W białych winach ikoną jest Chardonnay – niezwykle uniwersalne, dające zupełnie różne style w zależności od re -
gionu. Ale moim zdaniem najbardziej eleganckim szczepem białym jest Riesling. Ma wszystko: kwasowość, finezję, potencjał starzenia i ogromną równowagę.
Często mówi się o równowadze w winie. Co to właściwie znaczy?
Równowaga oznacza harmonię między elementami. W czekoladzie to balans między goryczą a słodyczą. W winie – między kwasowością a słodyczą. Nawet słodkie wino nie może być „przesłodzone”. Musi mieć świeżość, kwasowość, która „niesie” smak. Świetnym przykładem są wina Sauternes we Francji, Tokaje na Węgrzech czy Rieslingi z Niemiec. Tam ta równowaga jest wzorcowa.
A same degustacje – jak one wyglądają w praktyce?
Wszystko zależy od poziomu. Inaczej pracuje się z początkującymi, inaczej z grupą zaawansowaną. Grupy są kameralne, nie łączymy obcych osób. Dobieramy wina, przygotowujemy delikatne przekąski – sery, oliwę, przetwory – tak, by nie zagłuszały smaku wina. Najważniejsza jest jednak opowieść. Historia wina, regionu, rocznika. Nasze degustacje są dla każdego – zarówno dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę, jak i dla doświadczonych koneserów. W specjalnie przygotowanej sali poznamy aromaty, smaki i historie wyjątkowych win. Nauczymy się je rozróżniać i łączyć z potrawami. Spotkacie pasjonatów, osoby o podobnych zainteresowaniach i poziomie ciekawości. Podzielicie się wrażeniami i pozwolicie sobie na prawdziwą podróż sensoryczną, dzięki której wino odkryje zupełnie nowe oblicze.
Panie Marku, ważna kwestia: czy prawdą jest, że wino im starsze, tym jest lepsze?
Nie, to jeden z najczęstszych mitów dotyczących tego trunku. Nie każde wino nadaje się do starzenia. Rocznik na etykiecie oznacza rok zbioru, nie produkcji. O długowieczności wina decydują konkretne czynniki: w białych winach – kwasowość lub cukier, w czerwonych – taniny. Wino ma swój czas i swoje optimum. Znalezienie go to prawdziwa sztuka.
Na sam koniec – jakie jest Pana ulubione wino?
Dziś najbliższe są mi wina burgundzkie. To wina wymagające, subtelne, ale dające ogromną satysfakcję. Takie, do których się wraca – nie po to, żeby je wypić, ale żeby je przeżyć.
Autorka: Aneta Dolega / Fot. materiały prasowe
Marek Popielski Prawnik, przedsiębiorca, miłośnik i znawca win. Wyróżniony tytułem Najlepszego Importera w Polsce w 2008 roku przez magazyn Wino. Wraz z córką Anną, posiadającą I i II stopień WSET, związaną z branżą winiarską od ponad 10 lat, prowadzi winotekę 101 Win – studio wybitnych alkoholi.
Piękno poza trendami
Żyjemy w czasach, w których kuszą nas obietnice szybkich, spektakularnych metamorfoz, a liczba dostępnych procedur i „gotowych rozwiązań na piękno” potrafi przytłoczyć nawet najbardziej świadomych pacjentów. Szczególnie w mediach społecznościowych, gdzie obrazy idealnych twarzy zalewają nas z każdej strony.
Instagram i narzędzia oparte na sztucznej inteligencji tworzą wizję „perfekcji”, która często nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi efektami. Wiele z tych obrazów to nie rezultat procedur medycznych, lecz cyfrowe kreacje algorytmów. Łatwo się w tym pogubić – a jeszcze łatwiej uwierzyć, że spektakularny efekt jest szybki, prosty i dostępny dla każdego.
Tymczasem piękno nie powinno podążać za trendami. Każdy z nas jest inny. Tak jak nie każdemu pasuje ta sama fryzura czy styl ubierania, tak samo nie każdemu będą służyć te same rozwiązania w obszarze zabiegów. To, co wygląda dobrze u jednej osoby, niekoniecznie będzie dobre dla drugiej. Właśnie tu zaczyna się prawdziwa odpowiedzialność tej dziedziny. Mówimy o obszarze ściśle powiązanym z medycyną – ingerującym w ciało, zdrowie i psychikę. Dlatego indywidualne podejście do pacjenta nie jest dodatkiem, lecz fundamentem. Liczy się nie tylko efekt wizualny, ale cały kontekst: styl życia, tempo funkcjonowania, ogólny stan organizmu, kondycja skóry, gospodarka hormonalna, a nawet plany na najbliższe miesiące czy pora roku.
Dobrze zaplanowana terapia to proces – nie przypadek i nie impuls pod wpływem reklamy. W ostatnich latach coraz wyraźniej widzimy także narastającą falę chorób autoimmunologicznych, przewlekłych stanów zapalnych oraz niekontrolowanego sięgania po leki i suplementy „na własną rękę”, które mają zdziałać cuda. Organizm nie pozostaje na to obojętny.
Do tego dochodzą ciągłe zmiany hormonalne, stres i przeciążenie codziennością. Wszystko to wpływa na reakcje skóry oraz na efekty terapii. To, co zadziałało kiedyś, dziś może wymagać zupełnie innego podejścia. Dlatego wiedza medyczna, diagnostyka i bezpieczeństwo powinny zawsze stać na pierwszym miejscu.
Podobnie jest z modą na technologie. Zabiegi laserowe czy nowoczesne urządzenia przeżywają dziś ogromną popularność. Ale czy każdy sprzęt jest taki sam? Czy każde urządzenie posiada odpowiednie certyfikaty? Czy pracują na nim doświadczeni specjaliści, którzy potrafią indywidualnie dobrać parametry do potrzeb konkretnej osoby, a nie powielać schematów z instrukcji producenta?
W praktyce to właśnie kompetencje zespołu i jakość tech-
nologii decydują o bezpieczeństwie i realnym efekcie. Nie chodzi o to, by bać się nowości. Rozwój jest potrzebny, a nowoczesne rozwiązania potrafią przynieść realną poprawę jakości życia i wyglądu. Ale w tej dziedzinie wszystko musi być przemyślane i zaplanowane.
Terapie powinny uwzględniać stan zdrowia, oczekiwane efekty, styl życia pacjenta oraz odpowiedni moment w roku. Reklamy i obietnice z mediów społecznościowych nie mogą być jedynym drogowskazem. Tu decyzje powinny zapadać w gabinecie, w oparciu o wiedzę, doświadczenie i dialog z pacjentem.
Na szczęście podejście do piękna wyraźnie się dziś zmienia. Coraz częściej mówi się o naturalności, longevity i zdrowym, świeżym wyglądzie skóry. O wspieraniu jej procesów, a nie maskowaniu problemów. O wydobywaniu indywidualnych atutów, a nie tworzeniu twarzy według jednego, chwilowego kanonu.
To filozofia, która stawia na długofalowe efekty, subtelność i szacunek do biologii organizmu. W Klinice Zawodny od 25 lat jesteśmy aktywnymi uczestnikami rozwoju tej dziedziny – praktykami, którzy każdego dnia podejmują decyzje wpływające na zdrowie, kondycję skóry i samopoczucie pacjentów.
Nasza droga nie jest zbiorem przypadkowych wyborów, lecz konsekwentną strategią opartą na wiedzy medycznej, doświadczeniu klinicznym i odpowiedzialności. Świadomie wybieramy procedury oraz technologie wyłącznie od sprawdzonych, najlepszych producentów – takie, do których mamy pełne przekonanie i kliniczne zaufanie, a nie te, które akurat są „na topie”.
Kochamy rozwój i fascynuje nas tempo zmian współczesnego świata – nowe odkrycia, innowacyjne rozwiązania, postęp technologiczny. Ale w tej dynamice zawsze zachowujemy równowagę: nowoczesność musi iść w parze z bezpieczeństwem, a efekty terapii z troską o zdrowie.
To właśnie to podejście – oparte na doświadczeniu, spójnej filozofii leczenia i indywidualnej pracy z pacjentem – doceniają nasi pacjenci. Bo piękno nie potrzebuje trendów. Potrzebuje mądrego, świadomego prowadzenia – takiego, które szanuje ciało, zdrowie i autentyczność każdego człowieka.
ZDROWIE
Medycznie & Estetycznie
Zimowy reset dla skóry
Zimą skóra mówi do nas głośniej niż zwykle – piecze, napina się, szybciej reaguje i wyraźnie domaga się troski. To sygnał, że jej naturalna bariera ochronna potrzebuje wsparcia, a organizm zwalnia i szuka komfortu. O tym, dlaczego chłodne miesiące są dla skóry czasem próby, jak mądrze odpowiedzieć na jej potrzeby i czemu zimowe wizyty w gabinecie kosmetologicznym mogą stać się formą regeneracji nie tylko ciała, ale i głowy, rozmawiamy z Natalią Pawłowską – kosmetolożką z gabinetu Dr Wiśniowski.
Pani Natalio, dlaczego zimą skóra tak bardzo domaga się komfortu i regeneracji – i jak to sygnalizuje?
Zimą skóra funkcjonuje w trybie przetrwania. Niskie temperatury, wiatr, suche powietrze w ogrzewanych pomieszczeniach oraz duże różnice temperatur osłabiają jej barierę ochronną. Skóra szybciej traci wodę, staje się bardziej reaktywna, szorstka, napięta. Często pojawia się uczucie ściągnięcia, pieczenia, większa skłonność do podrażnień czy rumienia. Są to objawy, na które warto zareagować jak najszybciej odpowiednią pielęgnacją i nawykami, które będą zapobiegać pogorszeniu się stanu skóry.
Jakie zabiegi najlepiej odpowiadają na zimową potrzebę ukojenia i odżywienia skóry?
Zimą najlepiej sprawdzają się zabiegi odbudowujące i kojące, które działają głęboko, ale w sposób łagodny. Rytuały odżywcze, zabiegi regenerujące barierę ochronną, terapie z wykorzystaniem masek okluzyjnych, ceramidów, lipidów czy składników naprawczych. To również idealny czas na zabiegi, które dają poczucie ciepła i otulenia – zarówno fizycznego, jak i emocjonalnego.
Czy zima to dobry moment, by pozwolić sobie na bardziej intensywne rytuały pielęgnacyjne?
Zdecydowanie tak – pod warunkiem, że są one dobrze zaplanowane. Zima sprzyja intensywniejszym kuracjom, ponieważ skóra nie jest narażona na silne promieniowanie UV, a my naturalnie funkcjonujemy w wolniejszym rytmie. To dobry moment na zabiegi przebudowujące, regenerujące i długofalowe terapie, które wymagają czasu i systematyczności. W zimowej pielęgnacji intensywność nie oznacza agresywności.
Jaką rolę w zimowej pielęgnacji odgrywają masaże i zabiegi relaksacyjne?
Masaże twarzy i ciała zimą pełnią podwójną rolę. Z jednej strony poprawiają mikrokrążenie, dotlenienie tkanek i odżywienie skóry, z drugiej – regulują napięcie układu nerwowego. W okresie zimowym jesteśmy bardziej spięci, zmęczeni, często przeciążeni psychicznie. Dotyk, rytm i ciepło
Fenomen
WŁAŚCIWOŚCI LUDZKIEGO ORGANIZMU CZASU WYKORZYSTUJE TO MEDYCYNA, W NE, W KTÓRYCH WYKORZYSTUJE SIĘ
O FENOMENIE TERAPII AUTOLOGICZNEJ
zabiegów relaksacyjnych działają jak reset – dla skóry i dla głowy. To właśnie wtedy regeneracja zachodzi najpełniej.
MEDYCYNY
Czym są zabiegi autologiczne?
Jakie składniki aktywne są zimą prawdziwym „must have” w gabinecie kosmetologicznym?
Zabiegi autologiczne to szeroki wachlarz regeneracyjnej, w których wykorzystujemy organizmu do odnowy i regeneracji. Najbardziej larnymi są zabiegi z wykorzystaniem osocza które uzyskujemy po odwirowaniu krwi pacjenta, W medycynie regeneracyjnej korzystamy także wej oraz wycinków skórnych.
Zimą stawiam na składniki, które odbudowują i chronią: ceramidy, skwalan, cholesterol, kwasy tłuszczowe, peptydy, pantenol, beta-glukan, alantoinę, oleje roślinne. Niezastąpione są również antyoksydanty – witamina E, witamina C czy koenzym Q10 – które chronią skórę przed stresem oksydacyjnym. Kluczowe jest też intensywne nawilżanie, ale zawsze w połączeniu z lipidami, aby woda miała szansę pozostać w skórze.
Dla kogo jest przeznaczony ten rodzaj terapii ty?
Jak połączyć profesjonalne zabiegi z domową pielęgnacją, by efekt zdrowej, zregenerowanej skóry utrzymał się dłużej?
Zabiegi te możemy wykonywać zarówno u mężczyzn w każdym wieku. Stosujemy je nie tylko w celu ale także w przypadku leczenia blizn, rozstępów, się ran, łysienia czy przewlekłych stanów zapalnych śniowo szkieletowego.
Zabieg w gabinecie to impuls, ale codzienna pielęgnacja jest fundamentem. Zimą szczególnie ważna jest spójność – delikatne oczyszczanie, ochrona bariery skórnej i regularne odżywianie. Klientka powinna wychodzić z gabinetu nie tylko z efektem „tu i teraz”, ale też ze świadomością, jak wspierać skórę w domu. Czasem mniej produktów, ale lepiej dobranych, daje znacznie lepsze rezultaty niż rozbudowana, przypadkowa pielęgnacja.
Czym się te zabiegi różnią od tradycyjnych, nowej czy kwasu hialuronowego?
Toksyna botulinowa jest lekiem o konkretnym cym połączenia nerwowo-mięśniowe, a co za jącym mięśnie. Nie uzyskamy dokładnie takich stosując zabiegi autologiczne. Inaczej jest w przypadku luronowego, który służy do uzupełniania ubytków
Dlaczego zimowe wizyty w gabinecie można traktować nie tylko jako dbanie o urodę, ale też o dobre samopoczucie?
Do tego celu możemy także użyć tkanki tłuszczowej nio przygotowanego osocza bogatopłytkowego, niu może stanowić autologiczny wypełniacz. oprócz samego wypełnienia uzyskujemy także
Zima to czas, w którym szczególnie potrzebujemy troski –o ciało, skórę i emocje. Wizyta w gabinecie staje się wtedy chwilą zatrzymania, oddechu, bycia „zaopiekowaną”. To nie tylko praca nad kondycją skóry, ale też realny wpływ na samopoczucie, poziom stresu i regenerację organizmu. A gdy czujemy się dobrze w swoim ciele, automatycznie widać to na zewnątrz.
Jak w ogóle medycyna odkryła fakt, że własne zmu mają działanie regenerujące i odmładzające?
dr Wiśniowski Chirurgia i Medycyna Estetyczna ul. Janusza Kusocińskiego 12/LU3 | 70–237 Szczecin | tel.: 91 820 95 54 / dr WIŚNIOWSKI chirurgia i medycyna estetyczna | www.drwisniowski.pl
Po raz pierwszy osocze bogatopłytkowe zostało podczas operacji kardiochirurgicznej. Zauważono spiesza ono gojenie głębokich ran mostka. Wskazania wania PRP ulegały rozszerzeniu i były coraz Kolejne badania potwierdzały skuteczność zabiegi autologiczne są szeroko stosowane w medycyny.
Okiem dermatologa
Dr Kamila Stachura
Wróciłam z kongresu IMCAS 2026. Kilka przemyśleń, którymi
chcę się z Państwem podzielić.
Kongres IMCAS 2026 to największe wydarzenie poświęcone dermatologii, medycynie estetycznej i chirurgii plastycznej. Tamtejsze wykłady i dyskusje budzą moje zainteresowanie szczególnie w obszarze tematów dermatologicznych, nakierowanych także na zagadnienia poświęcone procesowi starzenia się skóry. Jego spowalnianie, ograniczanie, ale też niwelowanie widocznych efektów tego procesu to zagadnienia, którym od lat poświęcam najwięcej czasu.
Kongres wypełniony był trendami i realną oceną ich skuteczności. Było wiele dyskusji na temat świadomie dobieranych terapii, które zaczynają się od wiedzy na temat skóry, a tym zajmuje się właśnie dermatologia. Niby oczywiste rzeczy, ale zawsze warto je przypominać – prawidłowa kwalifikacja do zabiegu to decyzja, która decyduje o efektach terapii. Żadne urządzenie ani żaden preparat nie gwarantują efektu. Ten jest zawsze wypadkową technologii, technik działania, kwalifikacji i doświadczenia. Od początku istnienia mojej kliniki te aspekty decydują o indywidualnie dobranych terapiach łączonych. Zatrzymajmy się na chwilę przy każdym z nich.
Dystrybutorzy sprzętów medycznych i kosmetologicznych prześcigają się w tzw. „nowościach” i produktach. Warto je poznawać i dopytywać, gdyż jestem w stanie ocenić ich faktyczną przydatność oraz stosowane w nich technologie. Uwielbiam też czytać wyniki badań – docierać do nich i szukać tych niezależnych. Potem łączę zawartą w nich wiedzę z moimi doświadczeniami i tym, co już mam w klinice. Stąd tak duża liczba różnych technologii w moich gabinetach, ale takich, które faktycznie dają wartość dodaną dla pacjenta. W medycynie i kosmetologii nie wszystko, co nazywane jest nowością, zasługuje na uwagę, i przede wszystkim nie wszystko, w rzeczywistości jest nowym rozwiązaniem. Rzecz w tym, że pacjent nie jest w stanie ocenić tego samodzielnie, dlatego etyka, co proponujemy i jakimi względami się kierujemy, powinna być filarem każdego gabinetu. Tak jest w klinice, którą stworzyłam i którą kieruję.
Przemierzając wystawy sprzętu i technologii na IMCAS 2026, często zwracałam uwagę na ten aspekt naszej pracy. Technologie w rękach lekarzy i ekspertów mają ogromną moc działania na skórę. Jestem ich wielką fanką i entuzjastką, ale nawet te najlepsze nie sprawdzą się u wszystkich. To nie jest magiczna różdżka!
I w ten oto sposób w moim felietonie dochodzę do technik działania. Nie każdy, kto przeszedł szkolenie, umie efektywnie wykorzystywać urządzenie. Sama znajomość parametrów ze spotkań szkoleniowych tego nie gwarantuje. Tu potrzebna jest wiedza dermatologiczna, znajomość skóry i tego, jak do danego pacjenta dobrać indywidualną technikę działania. To know-how każdego gabinetu i każdego eksperta. W tym, że te same zabiegi wykonane u tej samej osoby, ale w różnych miejscach i przez różnych ekspertów, mogą dać inne efekty, nie ma żadnej tajemnicy. Kiedy czytamy o autorskich procedurach, często pod tym określeniem kryją się właśnie odpowiednio i bardzo indywidualnie dobrane parametry, technika działania, umiejętność łączenia zabiegów oraz właściwie wskazana kolejność ich wykonywania.
Nawet najnowsze urządzenie czy technologia nie dadzą efektów, jeśli na etapie kwalifikacji popełnimy błąd. Dobrze znana prawda, że to, co dobre dla innych, nie zawsze zadziała u nas, jest właściwie podsumowaniem tej części. Bardzo często spotykam w gabinecie pacjentki, które nie uwzględniają tego aspektu i proszą o to, co „za-
Żadne urządzenie ani żaden preparat nie gwarantują efektu. Ten jest zawsze wypadkową technologii, technik działania, kwalifikacji i doświadczenia
działało” u koleżanki. Odpowiednia ocena kondycji i stanu skóry, wiedza medyczna i wszystko to, czym jest praca dermatologa patrzącego na pacjenta, pozwalają nam kwalifikować odpowiednio – także w przypadkach, które nie wymagają pracy lekarza, ale profesjonalnej kosmetologii. Tu również wiedza dermatologiczna jest podstawą. Dlatego przy wielu technologiach w klinice duet lekarz–kosmetolog jest dobrym połączeniem w działaniu dermatologicznym i estetycznym.
Zakończmy dzisiejszy felieton doświadczeniem. Pracuję z bardzo zdolnymi młodymi lekarkami i kosmetolożkami – z różnych dziedzin i specjalizacji. Ich doświadczenia i spostrzeżenia są dla mnie ważnymi informacjami. Moje doświadczenie w dermatologii i medycynie estetycznej kształtuje również ich procedury i propozycje dla naszych pacjentów. Tak, mamy też wspólnych pacjentów i zwyczaj konsultowania niektórych wyzwań skórnych.
Bezpośrednie doświadczenia płynące ze stosowania przez długi czas odpowiednich technologii, u wielu osób, dają komfort dokonywania właściwych wyborów i podpowiedzi innym. Ale w naszej pracy trzymanie ręki na pulsie i śledzenie nowych propozycji jest dziś obowiązkiem, jeśli chcemy właściwie dobierać terapie i cieszyć się wspólnie z pacjentami dobrymi efektami.
Sztuka wyboru jest jedną z najtrudniejszych sztuk – dokonujmy jej świadomie, z pomocą ekspertów. Dotyczy to różnych dziedzin życia, także medycyny estetycznej. Do zobaczenia w gabinecie, a z niektórymi z Państwa – w korytarzach mojej kliniki.
Ból głowy, napięcie w karku i popękane szkliwo zaliczają się do objawów, które łatwo zbagatelizować, a które bywają pierwszym sygnałem, że zgryz przestaje działać tak, jak powinien. W szczecińskich gabinetach Biała Szuflada pacjenci trafiają na opiekę, w której leczenie zaczyna się od rozmowy, uważnego spojrzenia i czasu. Lek. dent. Anna Kiziukiewicz i lek. dent. Amanda Banaszczyk kierują się doświadczeniem i wyczuciem, prowadząc pacjentów przez proces, który dla wielu staje się powrotem do zdrowia i dobrego samopoczucia.
Jakie pierwsze sygnały mogą wskazywać na to, że pacjent potrzebuje rekonstrukcji zwarcia? Czy są objawy, które łatwo przeoczyć?
Lek. dent. Anna Kiziukiewicz: Pierwsze sygnały świadczące o potrzebie rekonstrukcji zwarcia mogą być bardzo różnorodne i nie zawsze oczywiste. Często pacjenci zgłaszają się do gabinetu z dolegliwościami, nie zdając sobie sprawy z ich rzeczywistej przyczyny. Zdarza się również, że konieczność leczenia zauważamy dopiero podczas rutynowej kontroli stomatologicznej i dokładnego badania klinicznego. Wielu pacjentów nie ma świadomości, że nieprawidłowe warunki zgryzowe mogą wpływać nie tylko na zęby, ale także na inne struktury organizmu, takie jak stawy skroniowo-żuchwowe, mięśnie twarzy, głowy i szyi. Nieprawidłowa okluzja, czyli zaburzone kontakty pomiędzy zębami górnymi i dolnymi, może prowadzić do bólów stawów
skroniowo-żuchwowych, bólów głowy, uczucia napięcia mięśniowego, a nawet dolegliwości w obrębie szyi. Lek. dent. Amanda Banaszczyk: Do objawów, które łatwo przeoczyć, należą sygnały wewnątrzustne, takie jak nadmierne starcie zębów, nadwrażliwość, odsłonięcie szyjek zębowych czy drobne pęknięcia szkliwa. Pacjenci często traktują je jako naturalny efekt wieku lub nadmiernego stresu, nie łącząc ich z nieprawidłowym zgryzem. Problemy zwarciowe są złożone i zazwyczaj mają charakter wieloczynnikowy zarówno, jeśli chodzi o ich przyczyny, jak i konsekwencje. Dlatego każdy pacjent wymaga indywidualnego podejścia, dokładnego badania oraz kompleksowej diagnostyki, która pozwala zaplanować skuteczne i bezpieczne leczenie.
W jaki sposób prowadzicie diagnostykę?
A.K.: Proces leczenia rozpoczynamy od gruntownej analizy klinicznej i radiologicznej. Oceniamy stan uzębienia i przyzębia, wykonujemy zdjęcia pantomograficzne, a w razie potrzeby tomografię CBCT.
A.B.: U pacjentów wymagających odbudowy zwarcia szczególną uwagę poświęcamy także badaniu mięśni twarzy oraz mechaniki pracy stawów skroniowo-żuchwowych. Całość diagnostyki uzupełnia profesjonalna sesja fotograficzna, która nie tylko pomaga nam w planowaniu leczenia, ale również pozwala pacjentowi lepiej zrozumieć istotę problemu i zobaczyć, jak może zmienić się jego uśmiech po zakończeniu terapii.
Jak wygląda cały proces odbudowy zwarcia w Białej Szufladzie?
A.K.: Proces odbudowy zwarcia w Białej Szufladzie rozpoczyna się od kompleksowej i szczegółowej diagnostyki. To etap, któremu poświęcamy dużo czasu, co czasem budzi pytania pacjentów. Wyjaśniamy jednak, że jest to kluczowy moment całego leczenia. Tylko dokładne rozpoznanie problemu pozwala nam zaplanować terapię, która będzie skuteczna, bezpieczna i długotrwała. Każdy pacjent jest diagnozowany zespołowo, przez kilku specjalistów, w zależności od indywidualnych potrzeb i występujących problemów. Po zakończeniu diagnostyki przedstawiamy wszystkie możliwe opcje leczenia, często również z uwzględnieniem leczenia ortodontycznego, tak aby pacjent miał pełną świadomość dostępnych rozwiązań i mógł podjąć świadomą decyzję.
A.B.: Cały proces prowadzony jest w sposób przemyślany i etapowy, z myślą nie tylko o estetyce, ale przede wszystkim o prawidłowej funkcji zgryzu i komforcie pacjenta na długie lata.
Z jakimi emocjami przychodzą pacjenci, którzy zmagają się z przewlekłymi dolegliwościami związanymi ze zgryzem? Co pomaga im poczuć się lepiej, bezpieczniej?
A.K.: Pacjenci często przychodzą do nas zmęczeni, rozczarowani wieloma wcześniejszymi próbami leczenia. Towarzyszy im niepewność, a czasem wstyd. To, co przełamuje lęk, to poczucie, że zostali uważnie wysłuchani. Kiedy widzą, ile zaangażowania i wiedzy wkładamy w każdy etap, czują się zaopiekowani.
Pracujecie jako duet. Co wpływa na skuteczność takiej pracy „w parze”? Czy możemy potwierdzić, że co dwie głowy, to nie jedna?
A.B.: W Białej Szufladzie funkcjonujemy przede wszystkim jako zgrany, całościowy zespół. Jesteśmy trochę jak rodzina, każdy może liczyć na wsparcie, konsultację i wspólne szukanie najlepszego rozwiązania. To poczucie bezpieczeństwa i współpracy realnie przekłada się na jakość leczenia oraz sposób, w jaki zaopiekujemy się naszymi pacjentami. Nasza współpraca nie była zaplanowana, zbudowała się organicznie, wraz z doświadczeniem i kolejnymi pacjentami. Od samego początku doceniam profesjonalizm Ani, jej ogromną wiedzę oraz empatię, z jaką podchodzi do pacjentów. Nasze kompetencje doskonale się uzupełniają: ja zajmuję się częścią chirurgiczną i periodontologiczną, a doktor Anna – odpowiada za protetykę, estetykę oraz okluzję. To połączenie pozwala spojrzeć na
pacjenta całościowo i zaplanować leczenie w sposób spójny oraz przewidywalny. Zdecydowanie możemy potwierdzić, że co dwie głowy, to nie jedna. Wzajemnie się słuchamy, konsultujemy decyzje i wspólnie analizujemy każdy etap leczenia.
Czy możecie przywołać przypadek pacjenta, który wymagał szczególnej opieki – takiego, który najlepiej pokazuje złożoność tego typu leczenia?
A.K.: Każdy pacjent, który trafia do naszego gabinetu, wymaga szczególnej opieki, bo nie istnieją „małe problemy” ani „małe leczenie”. To, co z perspektywy medycznej może wydawać się drobną korektą, dla pacjenta bywa największym problemem, wpływającym na jego codzienne funkcjonowanie, relacje z innymi i sposób, w jaki postrzega samego siebie. Czasem stomatolog staje się trochę terapeutą – w końcu uśmiech jest naszą wizytówką. Pacjenci często wracają i mówią, że po leczeniu zyskali większą pewność siebie, odważyli się na zmiany, podjęli nową pracę, przestali bać się uśmiechać. Te historie pokazują, jak bardzo leczenie stomatologiczne wykracza poza samą estetykę czy funkcję.
A.B.: Plany leczenia bywają różne, mniejsze i większe, proste i bardzo złożone, ale każdy z nich jest wyjątkowy i niepowtarzalny, tak jak osoby, które nam zaufały. Dlatego cieszymy się, że możemy być częścią tych historii i towarzyszyć pacjentom w ważnym momencie ich życia, kiedy zaczynają pisać jego nowy rozdział.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała: Anna Wysocka / foto: Alicja Uszyńska
ul. Wyszyńskiego 14 lok U/01, 70-201 Szczecin | tel. +48 91 433 13 65 | email: info@bialaszuflada.pl ul. Koralowa 86/88, 71-220 Bezrzecze | tel. +48 533 943 394 | email: koralowa@bialaszuflada.pl ul. Mur Południowy 3, 73-200 Choszczno | tel. 95 71 59 059 | email: choszczno@bialaszuflada.pl
Zmęczone spojrzenie to nie zawsze kwestia wieku
Nadmiar skóry na powiekach może wpływać zarówno na wygląd, jak i samopoczucie. Kiedy plastyka powiek przestaje być tylko estetyką?
Co najczęściej sprawia, że pacjenci decydują się na plastykę powiek?
Najczęściej nie jest to nagła decyzja ani impuls, a proces, który dojrzewa latami. Pacjenci opowiadają, że od dawna widzą w lustrze twarz, która nie do końca oddaje to, jak się czują. Są aktywni, zadbani, często zawodowo bardzo sprawni, a spojrzenie zaczyna im „ciążyć”. Opadające powieki, nadmiar skóry, worki pod oczami sprawiają, że twarz wygląda na zmęczoną, smutniejszą, czasem surową. To nie jest kwestia próżności. Bardzo często słyszę: „Czuję się dobrze, ale ludzie pytają, czy jestem niewyspany”. Albo: „Na zdjęciach wyglądam gorzej niż w rzeczywistości”. Dla wielu pacjentów to moment, w którym chcą, żeby ich wygląd znów był spójny z tym, kim są i jak żyją.
Jaki jest najlepszy moment na plastykę powiek?
Najlepszy moment to nie wiek, tylko konkretna sytuacja anatomiczna i życiowa. Są osoby, które mają predyspozycje genetyczne do opadania powiek już nawet przed trzydziestką. Inni przez długie lata nie odczuwają żadnych problemów. Jeśli nadmiar skóry zaczyna przeszkadzać w codziennym funkcjonowaniu, powoduje uczucie ciężkości oczu, zmusza do unoszenia brwi albo ogranicza pole widzenia, to jest to wyraźny sygnał. Wielu pacjentów po zabiegu mówi mi, że z perspektywy czasu widzą, jak bardzo odwlekali decyzję. A przecież chodzi o komfort na co dzień, nie o spektakularną metamorfozę. Faktem medycznym pozostaje jednak to, że skóra z wiekiem traci jędrność, elastyczność i pogarsza się jej zdolność gojenia.
Czy plastyka powiek może realnie poprawić jakość widzenia? Zdecydowanie tak i to jest aspekt, który bywa niedoceniany. Plastyka powiek górnych bardzo często ma wymiar funkcjonalny. Nadmiar skóry może ograniczać pole widzenia, szczególnie w górnych zakresach, co pacjenci kompensują unoszeniem brwi albo głowy. To prowadzi do bólów czoła, napięć karku, szybszego zmęczenia oczu. W skrajnych przypadkach dotyczy to również niedowidzenia bocznego, które bywa naprawdę dużym i niebezpiecznym funkcjonalnie problemem. Po zabiegu pacjenci mówią o dużej różnicy w codziennym życiu. Czytanie, praca przy komputerze, prowadzenie samochodu po zmroku stają się po prostu łatwiejsze. W takich przypadkach poprawa wyglądu idzie w parze z poprawą komfortu funkcjonowania i to jest bardzo satysfakcjonujące również dla mnie jako lekarza.
Jak długo utrzymują się efekty plastyki powiek?
To jedna z największych zalet tego zabiegu. Efekty są długotrwałe i stabilne. U większości pacjentów mówimy o wielu latach wyraźnej poprawy, często kilkunastu, a nawet dożywotnio. Oczywiście proces starzenia się skóry nie zatrzymuje się, ale cofamy go w sposób naturalny i harmonijny. Na trwałość efektu wpływa kilka czynników: jakość skóry, genetyka, styl życia, ekspozycja na słońce, a także precyzja wykonania zabiegu. Dobrze zaplanowana i wykonana plastyka powiek nie
daje efektu „zrobionej twarzy”. Daje efekt wypoczęcia, świeżości i lekkości, który starzeje się bardzo godnie. Najbardziej lubię reakcje, gdy mój pacjent pytany jest, co się zmieniło, bo jest dużo lepiej, ale nikt nie potrafi odgadnąć, dlaczego. Jak krok po kroku wygląda zabieg plastyki powiek?
Zabieg wykonywany jest w znieczuleniu miejscowym, bez konieczności hospitalizacji. Trwa zwykle około 30 minut. Kluczowym etapem jest dokładne zaplanowanie zakresu korekty. To moment, w którym decydujemy o proporcjach, symetrii i naturalnym efekcie. Następnie wykonuje się znieczulenie, które trwa kilka do kilkunastu sekund i przypomina zabiegi kosmetyczne. Dalej usuwany jest nadmiar skóry, a w razie potrzeby także przepukliny tłuszczowe oraz skraca się przegrodę powieki. Cięcia prowadzone są w naturalnych załamaniach powiek, dzięki czemu blizny po wygojeniu są praktycznie niewidoczne. Po zabiegu pacjent wraca do domu tego samego dnia i po kilkudniowym odpoczynku stopniowo wraca do normalnej aktywności.
Co powiedziałby Pan osobom, które odkładają decyzję z powodu lęku lub niepewności?
Przede wszystkim, że ten lęk jest bardzo ludzki. Wiele osób boi się nie tyle samego zabiegu, co niepewności efektu. Czy będę wyglądać naturalnie? Czy nie stracę mimiki?
Czy ktoś zauważy? Dlatego ogromną wagę przykładam do rozmowy i konsultacji. To moment, w którym pacjent może zadać każde pytanie, zobaczyć przykłady, zrozumieć, co będzie zrobione i czego się spodziewać. Dobrze wykonana plastyka powiek nie zmienia człowieka. Ona po prostu sprawia, że twarz znów wygląda tak, jak pacjent się czuje. Jakie zmiany, poza poprawą wyglądu, zauważają pacjenci po zabiegu?
Bardzo często słyszę o zmianach, które nie były główną motywacją do zabiegu, a okazują się najważniejsze. Pacjenci czują się swobodniej w kontaktach, przestają być pytani, czy są zmęczeni lub zestresowani. Znika potrzeba „ukrywania się” za okularami czy makijażem. Największą wartością tego zabiegu jest dla mnie to, że efekt jest subtelny, ale głęboki. Pacjenci nie wyglądają inaczej. Wyglądają lepiej, spokojniej. I bardzo często idzie za tym realna poprawa samopoczucia i pewności siebie.
Jaka metamorfoza szczególnie utkwiła Panu w pamięci?
Jest wiele takich historii, ale szczególnie zapamiętałem pacjentkę, bardzo młodą nauczycielkę wychowania fizycznego, piękną, zgrabną kobietę, która wciąż była pytana o przemęczenie. Nie lubiła swoich oczu. Po zabiegu przyszła na kontrolę i powiedziała, że teraz już je kocha. A krępujące pytania oczywiście się skończyły. To były proste słowa, bez patosu, ale bardzo wymowne. Takie momenty przypominają mi, że plastyka powiek to nie tylko zabieg estetyczny. To często mała decyzja, która uruchamia dużą zmianę w sposobie, w jaki pacjent funkcjonuje i postrzega siebie.
Ekspert radzi
Panie Doktorze,
Jakie są najczęstsze mity dotyczące modelowania ust i które z nich najbardziej wprowadzają pacjentki w błąd?
Pozdrawiam, Monika
Pani Moniko,
Modelowanie ust obrosło wieloma mitami, które często nie mają nic wspólnego z nowoczesną medycyną estetyczną. Najczęściej spotykam się z przekonaniem, że każdy zabieg prowadzi do nienaturalnego, przerysowanego efektu. Tymczasem współczesne techniki oraz preparaty pozwalają na bardzo subtelną korektę – poprawę konturu, proporcji czy nawilżenia ust bez widocznego „powiększenia”. Kolejnym mitem jest przeświadczenie, że usta po zabiegu „zawsze puchną” lub z czasem wyglądają coraz gorzej. Odpowiednio dobrany preparat kwasu hialuronowego lub niewielki przeszczep tłuszczu, właściwa technika podania oraz doświadczenie lekarza sprawiają, że efekt jest naturalny, a proces starzenia warg może zostać spowolniony, a nie nasilony.
Warto również podkreślić, że modelowanie ust nie jest zabiegiem zarezerwowanym wyłącznie dla młodych pacjentek. Utrata objętości, nawilżenia i wyrazistości konturu to naturalne procesy związane z wiekiem, a delikatna korekta może przywrócić ustom świeżość i harmonię bez zmiany rysów twarzy.
Kluczem do sukcesu jest indywidualne podejście, umiar oraz świadomość, że celem zabiegu nie jest „powiększenie za wszelką cenę”, lecz poprawa jakości i estetyki tkanek. Pozdrawiam, dr n. med. Piotr Zawodny
Doktorze,
Chciałabym skorzystać z zabiegu radiofrekwencji mikroigłowej, niestety ostatnio w internecie pojawia się dużo doniesień o powikłaniach i niekorzystnych efektach. Czy zabieg jest bezpieczny?
Kasia
Pani Katarzyno, Radiofrekwencja mikroigłowa jest zabiegiem, który cieszy się uznaniem wśród pacjentów, ponieważ przynosi dobre efekty terapeutyczne przy krótkim czasie rekonwalescencji. Aktualnie dostępnych jest na rynku wiele urządzeń niskiej jakości, bez odpowiednich certyfikacji. Urządzenia sprzedawane do gabinetów kosmetologicznych (w przeciwieństwie do gabinetów medycznych!) nie posiadają obowiązku corocznego przeglądu technicznego. Ta sytuacja znacznie zwiększa ryzyko powikłań pozabiegowych.
Ważnym aspektem jest również doświadczenie i umiejętność pracy ze skórą osoby wykonującej zabieg. W przypadku tego zabiegu większa głębokość oraz agresywna energia nie dają lepszych efektów, a zwiększają ryzyko powikłań w postaci oparzeń, blizn, przebarwień pozapalnych czy niekontrolowanych ubytków tkanki tłuszczowej. Dlatego tak ważne jest racjonalne korzystanie z możliwości urządzeń do RF.
Podstawą kwalifikacji pacjenta do zabiegu jest ocena stanu skóry, jej grubości oraz kondycji, a także rzetelne określenie celów, jakie mogą być osiągnięte w terapii. Kluczową rolę odgrywa również postępowanie pozabiegowe. Dobra jakość sprzętu oraz doświadczenie osoby wykonującej zabieg pozwalają na bezpieczną i skuteczną terapię.
Pozdrawiam, dr n. med. Piotr Zawodny
KULTURA WOLNOŚCI
–
narodziny twórczego fermentu
Pomysł spotkania dyrektorów instytucji kultury z mieszkańcami w barze Turysta był ciekawą propozycją spośród wydarzeń poprzedzających kongres. Było na luzie, bez patosu i zadęcia.
O czym i dla kogo zorganizowali Kulturę Wolności? Czy wydarzenie stanowi zalążek szczecińskiej rewolucji kulturalnej?
Kultura Wolności, to oddolna inicjatywa, która zrodziła się z potrzeby integracji rozproszonego środowiska twórczego oraz chęci wyjścia poza schematyczne narzekanie na rzecz konstruktywnego budowania nowej tożsamości miasta. Organizatorzy położyli nacisk na połączenie sił niezależnych twórców, dyrektorów instytucji oraz mieszkańców, aby wspólnie debatować nad modelami finansowania i komunikowania kultury. Program wydarzenia obejmował zarówno panele eksperckie, jak i otwarte przestrzenie dialogu, dążąc do stworzenia trwałej platformy współpracy opartej na wolności i wzajemnym zaufaniu.
Jaka była geneza Kultury Wolności? – Chcieliśmy rozmawiać w szerokim gronie środowiskowym, nie tylko we własnym, zintegrowanym kręgu, ale znacznie szerzej niż nasze małe podwórko – mówił Michał Starkiewicz z Genaratora Sztuki. – Często dyskutowaliśmy o różnych sprawach w środowisku muzycznym, jednak mieliśmy poczucie, że gdy wychodzimy z tymi tematami dalej, spotykamy się z odpowiedzią: to wasz punkt widzenia, podczas gdy inni mają zupełnie inny. Jak dodaje, zależało im na stworzeniu przestrzeni do dialogu, która odzwierciedlałaby realia życia artystycznego w jego różnorodności – nie tylko muzycznego, ale również związanego ze sztukami wizualnymi, teatrem i innymi dziedzinami. Stąd pomysł na forum – miejsce spotkania i rozmowy, realne poznanie się nawzajem i uważne przyjrzenie temu, co tworzą inni. Artyści często funkcjonują obok siebie, nie mając pełnej świadomości działań osób z własnego otoczenia. W jego ocenie Kultura Wolności stwarza przestrzeń, w której można się spotkać, zobaczyć swoją pracę z bliska i zrozumieć, czym żyją inni twórcy.
Czy podobne rozwiązania funkcjonują już w innych miastach? Adam “Łona” Zieliński przyznaje, że trudno to jednoznacznie ocenić: – W innych ośrodkach widać, że środowiska artystyczne wydają się bardziej zintegrowane. Z wielu powodów. W lokalnym kontekście organizatorzy kongresu jednomyślnie dostrzegają w Szczecinie wyraźny deficyt współpracy. To właśnie z potrzeby budowania relacji narodziło się wydarzenie Kultura Wolności. Zaczęło się od nieformalnych spotkań przy kawie, które początkowo koncentrowały się na rozmowach o problemach i niedoskonałościach rzeczywistości, by stosunkowo szybko przerodzić się w etap konstruktywnego działania i poszukiwania realnych rozwiązań.
Łona i Michał Starkiewicz, pozostają osobami prywatnymi, ale w gronie zaangażowanych w projekt znajdują się także dyrektorzy instytucji oraz pracownicy instytucji miejskich. Są to osoby posiadające stabilne stanowiska, a mimo to zdecydowały się poświęcić ogromną ilość czasu i energii na rozmowy o tym, jak kultura w mieście mogłaby wyglądać inaczej i co realnie można w niej zmienić. Wszystkich łączy gotowość do myślenia szerzej niż wyłącznie w obrębie własnych instytucji lub środowisk. Co więcej, skala tego zaangażowania jest zaskakująca. Nikt z zaproszonych nie wycofał się z projektu ani nie zakwestionował sensu podejmowanych działań. – Kultura Wolności ma charakter swoistego „pospolitego ruszenia”.
Towarzyszyło nam wówczas poczucie uczestniczenia w czymś wyjątkowym – dodaje Adam Zieliński. – Po raz pierwszy przedstawiciele ze stowarzyszeń, instytucji publicznych oraz twórcy spoza struktur spotkali się zupełnie nieformalnie, nie zwołani przez żadnego organizatora, lecz z własnej potrzeby rozmowy i działania. Trzeba jednak, oddać sprawiedliwość wcześniejszym inicjatywom – nie był to absolutny początek takich spotkań. Już wcześniej powstawały takie nieformalne grupy. Łona podkreśla, że o dalszych wnioskach i podsumowaniach nie należy myśleć w perspektywie jednego roku, lecz znacznie szerzej. – Kultura Wolności jest dziś przede wszystkim impulsem – romantycznym zrywem, porywem serca, swoistą insurekcją twórczą – podsumowuje. – Każdy taki moment potrzebuje jednak kolejnego etapu: po romantykach muszą przyjść pozytywiści, którzy zajmą się porządkowaniem, strukturyzacją i przekładaniem idei na konkretne działania. Organizatorzy już teraz pracują nad tym, by uważnie dokumentować wszystko, co dzieje się wokół wydarzenia, tak aby po pewnym czasie – za kilka tygodni lub miesięcy – móc spokojnie i rzetelnie podzielić się refleksjami oraz wnioskami. Chodzi o to, by ocalić sens tego doświadczenia i spróbować nadać mu trwałą formę.
– Nie wszystkie założenia muszą przynieść natychmiastowe efekty – dodaje Starkiewicz. – Na co dzień wszyscy zaangażowani funkcjonują jak „pozytywiści” – systematycznie realizują wydarzenia, budują warunki dla rozwoju kultury i starają się tworzyć przestrzeń, w której młodzi ludzie będą widzieli swoją przyszłość właśnie tutaj, a nie w innych miastach. Kultura Wolności jest więc początkiem kolejnego etapu pracy, którego celem jest konsekwentne wcielanie idei w życie.
Łona podkreśla, że Kultura Wolności ma charakter wielowymiarowy i świadomie łączy różne obszary: artystyczny,
edukacyjny oraz dialogowy. Jak zaznacza, rozmowy podczas wydarzenia dotyczą nie tylko samej kultury, ale również tożsamości miasta, która – jego zdaniem – jest nierozerwalnie związana z położeniem geograficznym Szczecina i jego historią. Właśnie dlatego ważnym elementem programu są dyskusje o miejskich modelach finansowania kultury, sposobach jej komunikowania oraz budowania relacji z odbiorcami.
– Z moich rozmów z aktorami wyłania się obraz stopniowego fermentu twórczego, który narasta od około dwóch lat – dodaje Michał Buszewicz, dyrektor Teatru Współczesnego w Szczecinie. – Problemem nie jest brak oferty kulturalnej, lecz sposób jej komunikowania. W mieście funkcjonuje wiele teatrów, instytucji i twórców, działa filharmonia, powstają różnorodne inicjatywy – jednak informacje o nich często nie docierają skutecznie do mieszkańców. W Szczecinie nie ma nawyku codziennego uczestnictwa w kulturze, rozumianego jako naturalny element życia po pracy czy w czasie wolnym. Wpływ na to ma zarówno dostępność cenowa wydarzeń, jak i system informowania o nich. Buszewicz podkreśla również, że rozwój kultury wymaga długofalowych inwestycji ze strony
miasta – zarówno w finansowanie instytucji kultury, organizacji pozarządowych, jak i w tworzenie sensownych systemów wsparcia dla artystów, w tym rezydencji czy programów zachęcających młodych twórców do pozostania w Szczecinie. – Liczenie na to, że „publiczność po prostu przyjdzie” Nie jest dziś wystarczające. Potrzebne są ukierunkowane działania i konsekwentna praca nad relacjami z odbiorcami, a inicjatywy takie jak Kultura Wolności, a także miejskie festiwale i projekty środowiskowe, będą stopniowo budować wśród szczecinian większą świadomość tego, jak bogata jest lokalna oferta kulturalna i jak wiele można w mieście zobaczyć, przeżyć.
Jeśli ferment jest początkiem zmiany, to właśnie został uruchomiony. Pytanie brzmi: czy pozwolimy mu dojrzeć? Czy jako miasto, instytucje i odbiorcy kultury weźmiemy za niego odpowiedzialność – czy pozostanie tylko chwilowym poruszeniem, które zgaśnie tak szybko, jak się pojawiło? Czas pokaże.
Tekst i foto: Ewa Cudnik
Artur Daniel Liskowacki „Za nami, w nas”. Opowieść domowa” reż. Adam Opatowicz
Teatr Polski w Szczecinie
W dniu premiery spektaklu końca dobiegało Forum Kultura Wolności, którego uczestnicy przyglądali się kondycji kultury i jej zarządzaniu (kondycji zarządzania?), a między wierszami próbowali odczarować szczecińskie mity i stereotypy. Używali do tego nowych narzędzi i języka, uznając za budulec nowoczesnej tożsamości także świeże zjawiska społeczne, obyczajowe i artystyczne. Tymczasem
Artur Daniel Liskowacki (autor), a za nim Adam Opatowicz (reżyser) cofnęli ową dyskusję o kilka dekad. Owszem, ich spektakl jest poetycki, ale jednocześnie niemiłosiernie… dziaderski. Przy czym stanowczo proszę o nie potraktowanie tego określenia personalnie, lecz przedmiotowo. Opatowicz z Liskowackim jawią się jako ostatni paladyni tradycyjnych wartości, a to szlachetne, dobre i potrzebne.
Na scenie spotykają się duchy Szczecina. Nie byle jakie to zjawy! To duchy najwybitniejszych cór i synów miasta. Są ikoniczne postacie, m.in. Anna Jagiellonka, Sydonia von Borck, Caryca Rosji Katarzyna II Wielka czy zesłana za karę do Szczecina Księżna Pruska Elisabeth Christine von Braunschweig-Wolfenbüttel. Pojawiają się wielcy aktorzy Heinrich George, Hans von Twardowski oraz wojewoda Leonard Borkowicz i szpieg André Robineau. Towarzyszą im także przedstawiciele powojennej artystycznej bohemy – Jan Papuga, Franciszek Gil, Emanuel Messer. Przywołuje się Filipinki, Helenę Majdaniec, Józefa Grudę czy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Obecne jest także środowisko żydowskie oraz reprezentacja Powstańców Warszawskich.
Bal duchów trwa w najlepsze. Nie wiemy jednak, gdzie, po co ani dlaczego się spotykają… Szybko za to orientujemy się, że ich rozmowa została pomyślana jako konflikt. Tu znów: nie wiadomo o co, ani właściwe po co. Dialogi służą jedynie przekazywaniu historycznych faktów (raczej frazesów), nie skupiając się w ogóle na jakichkolwiek emocjach czy relacjach między bohaterami, choćby absurdalnymi czy surrealistycznymi, na co forma mogłaby pozwolić. Bez pomysłu i bez odwagi skorzystania z możliwości jakie daje tu metafizyka. Zastanawiam się też nad
Recenzje teatralne
celowością wpisania w tekst cytatów z wielkich dramatów Stanisława Wyspiańskiego. Uznałem to jako próbę nachalnego polonizowania niemieckiej przeszłości miasta. Bałem się, że Sydonia zacznie deklamować „Bogurodzicę”. Nie bawiły mnie próby uwspółcześnienia tekstu takie jak wykrzyczenie tuskowego "für Deutschland". Zresztą moment historyczny wskazywał, że to powinno brzmieć „für Mark Brandenburg“ (dla Marchii Brandenburskiej).
Spirytualistyczny charakter spotkania pozwalał na nieograniczone możliwości tworzenia scen niemożliwych. Niestety duchy zamiast wychodzić z ciał i latać nad sceną, głównie siedzą na krzesłach lub majestatycznie się przechadzają. Tupną jeszcze nóżką podczas piosenek. Z letargu budzą jedynie muzyczne sekwencje, ale gdy te milkną, rzecz powraca do punktu wyjścia.
Ciekawym elementem spektaklu były za to ożywione przy pomocy AI archiwalne fotografie i filmy. Dużym przeżyciem było zobaczenie znanych kadrów wzbogaconych o ruchome elementy. To praca Michała Materny. Adam Opatowicz przyzwyczaił widzów, że jego przedstawienia są pełne nie tylko dekadenckiego i onirycznego klimatu, ale także, albo przede wszystkim, muzyki. Nie inaczej było i tym razem. Opowieści towarzyszą utwory z różnych epok – mamy piosenki ze złotego okresu Republiki Weimarskiej, jest oczywiście Marlene, ale też tandetne szlagiery o Szczecinie z okresu komuny. Nie zabrakło twórczości Heleny Majdaniec czy Filipinek. W muzycznej części wyróżnił się Piotr Bumaj, posiadający odróżniającą się od reszty wykonawczą świeżość albo odwagę. Dekadencką atmosferę interpretacji Opatowicza adekwatną scenografią podkreśliła Katarzyna Banucha. Zaproponowała także kostiumy, zgodne z epoką i jak zawsze doskonale przygotowane. To już przyjemny standard produkcji z jej artystycznym zaangażowaniem. Choć w spektaklu oglądamy praktycznie cały zespół Teatru Polskiego w Szczecinie, a co za tym idzie istną plejadę postaci, to niestety to figury płaskie, pozbawione głębiej określonych charakterów. Miałem wrażenie, że rysy psychologiczne niektórych osób dramatu są pochodnymi wikipedyjnych biogramów przytaczanych przez konferansjera. W tym pochodzie tekturowych osobowości, zale-
dwie kilku aktorów mogło pozwolić sobie na wnikliwsze interpretacje powierzonych postaci. Przejmujące i pełne prawdziwych emocji były monologi wieńczące oba akty – Małgorzaty Chryc-Filary (vel Zofia Hołub) oraz Katarzyny Bieschke-Wabich (Bogusława Czosnowska). Podobał mi się dystans z jakim Olga Adamska stworzyła swoją Carycę Katarzynę. Jest w spektaklu jeszcze niewielka rola, która być może w innej interpretacji nie wybrzmiałaby tak doskonale. To Emanuel Messer, znany szczeciński artysta plastyk oraz publicysta, w którego wcielił się Damian Sienkiewicz. Jego „Maniuś” to nieustannie wstawiony szarmancki bon vivant w adekwatnym dla „jego” epoki kostiumie (lata 60’ i 70’ XX wieku.
Ucieszyłem się, gdy zapowiedziano, że nowa premiera będzie miała oryginalną oprawę w postaci wydarzeń typu site specific, czy szeroko pojętej performatywności, w zakamarkach nowej siedziby. Charakter półtora godzinnej przerwy między dwoma aktami nie miał jednak takiego charakteru, jakiego oczekiwałem. Choć było przyjemnie i faktycznie różnorodnie…
Kluczem do zrozumienia mojego krytycznego spojrzenia na nowy spektakl i zanegowanie potrzeby przywoływania tak wyświechtanych świadectw przeszłości jest sam tytuł. Skoro już „za nami” i już „w nas”, to może nie warto do tego wracać… Czas na inną rozmowę o Szczecinie, z cezurą w innym miejscu. Być może to tylko POV. Wierzę jednocześnie, że jest wielu szczecinian (i nie tylko), którym tak podana teatralna opowieść o mieście spodoba się. Mam też nadzieję, że stanie się ona początkiem ich przygody z poznawaniem kolejnych faktów i spojrzeń na ducha albo duchy Szczecina. Także tego/tych z mojej wrażliwości i mojej perspektywy. recenzował: Daniel Źródlewski
Cierpliwości! Przeboje kinowe 2026 roku
Obruszyłem się, że przed niemiłosiernie długim trzecim „Avatarem” operator kina nie zdecydował się na skrócenie bloku reklam i zwiastunów. Film trwał 3 godziny i 17 minut, jeśli doliczymy do tego 35 minut (z zegarkiem w ręku), to na tyłku trzeba było przesiedzieć 232 minuty. Dlaczego o tym, wspominam? Coraz więcej filmów trwa ponad 120 minut, więc nie dziwię się też coraz większej liczbie widzów, którzy przybywają na seans przynajmniej kwadrans po oficjalnym rozpoczęciu projekcji. Wszystkim tym, którzy próbują zaoszczędzić sobie bólu tyłka i oglądania niekończących się infantylnych reklam, a tym samym przegapiają zwiastuny, podpowiadamy na co warto czekać w 2026 roku. Wybór ma charakter autorski (subiektywny), a poniższe zestawienie – chronologiczny.
„Hamnet"
reż. Chloé Zhao
Premiera: 23 stycznia 2026
Na ekrany kin wszedł już „Hamnet”, okrzyknięty tegorocznym oscarowym faworytem. To wzruszająca, podobno wręcz wyciskająca łzy (fikcyjna) historia Agnes, żony Williama Szekspira, która próbuje pogodzić się ze stratą jedenastoletniego syna Hamneta. Gdy dochodzi do tragedii ich wielka miłość zostaje wystawiona na ciężką próbę, ale trudne doświadczenia stają się inspiracją do napisania przez Szekspira… „Hamleta”. Literacka podstawą filmu jest powieść Maggie O’Farrell z 2020 roku. W filmie oglądamy m.in. Jessie Buckley, Paul’a Mescal’a oraz Emily Watson i Joe’a Alwyn’a. Autorem zdjęć jest polski operator Łukasz Żal, który stoi za sukcesem „Idy”, „Ziemnej wojny” czy „Strefy interesów”.
„Wpatrując się w słońce” (In die Sonne schauen) reż. Mascha Schilinski Premiera: 30 stycznia 2026 W repertuarach kin warto szukać obrazu „Patrząc na słońce”. Film zdobył Nagrodę Jury w Cannes, jest także oficjalnym niemieckim kandydatem do Oscara. To niekonwencjonalny dramat, wykorzystujący liczne przeskoki czasowe, przedstawiający wspomnienia czterech kobiet na przestrzeni około 100 lat – od początku XX wieku do dziś. Historie łączy miejsca – farma w regionie Altmark i pewne tragiczne wydarzenie… Krytycy mówią o nim: wizjonerski, hipnotyzujący, epicki albo mistrzowski portret kobiecości
i niewypowiedzianej traumy. Polscy recenzenci, twierdzą, że mogłaby to być ekranizacja bestsellerowej książki „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak. Główne role grają Hanna Heckt, Lea Drinda, Lena Urzendowsky oraz Laeni Geiseler.
„Wichrowe Wzgórza” (Wuthering Heights) reż. Emerald Fennell Premiera: 14 lutego 2026 „Wichrowe Wzgórza”, jedyna powieść Emily Jane Brontë, to mroczna, ale namiętna powieść o miłości, która przeobraża się w obsesję, a finalnie zemstę. Akcja rozgrywa się w surowym krajobrazie wrzosowisk Yorkshire, które symbolicznie odzwierciedlają dzikość ludzkich uczuć. Skandalizująca powieść doczekała się już 12 ekranizacji filmowych oraz dwóch seriali. To tej imponującej listy należy dopisać teraz interpretację Emerald Fennell. W głównych rolach oglądamy Margot Robbie jako Catherine Earnshaw oraz
Jacoba Elordiego jako Heathcliffa. Furorę już robią single specjalnie skomponowanej ścieżki dźwiękowa autorstwa Charli XCX.
Siostry Agnes i Nora spotykają się z dawno niewidzianym ojcem, niegdyś uznanym twórcom filmowym. Proponuje on Norze, aktorce teatralnej, rolę w swoim najnowszym filmie, który ma być jego powrotem do świata filmu. Gdy dziewczyna odrzuca propozycję, ten zatrudnia młodą gwiazdę Hollywood. Joachim Trier, twórca głośnego „Najgorszego człowieka na świecie", powraca z rodzinną psychodramą bliską klimatowi filmów Ingmara Bergmana. Tak jak w poprzednim filmie, udaje mu się zachować (przemycić) oczyszczające poczucie humoru. Chyba skutecznie, bo obraz nagrodzono Grand Prix ubiegłorocznego festiwalu oraz dziesiątki prestiżowych nagród qw innych konkursach. Na ekranie oglądamy m.in. Renate Reinsve, Elle Fanning oraz Stellan’a Skarsgård’a.
„Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej" reż. Emi Buchwald
Premiera: 13 marca 2026
Rewelacja ubiegłorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. To osobista historia czworga rodzeństwa, nawiedzanych przez tytułowe „duchy” nieprzepracowanych problemów i nierozwiązanych impasów. Jej bohaterowie próbują odnaleźć własną drogę, nie tracąc przy tym dotychczasowej bliskości. Czy to się uda? Z ekranu bije niezwykła prawda. W rolach głównych, błyskotliwa świeża krew polskiego kina: Bartłomiej Deklewa, Izabella Dudziak, Tymoteusz Rożynek oraz Karolina Rzepa.
„Bez wyjścia" (Eojjeolsuga eobsda/No Other Choice) reż. Park Chan-wook Premiera: 13 marca 2026
Nowy obraz Park Chan-wook’a jest przyrównywany do słynnego, oscarowego „Parasite”. Główny bohater filmu Man-su, po zwolnieniu nie może
długo znaleźć pracy, w końcu decyduje się wyeliminować konkurentów. Koreański mistrz kina gatunkowego stawia niepokojąco trafną diagnozę współczesnych lęków, oczywiście w swoim bezkompromisowym, autorskim stylu. Film na podstawie powieści „Ostre cięcia" Donalda E. Westlake’a jest wybuchową mieszanką thrillera i czarnej komedii. Chan-wook zadaje prowokacyjne pytanie: czy istnieje praca, dla której możesz zabić?
„Michael” reż. Antoine Fuqua Premiera: 24 kwietnia 2026 W biograficzno-muzycznym filmie "Michael" reżyser chce zaprezentować portret życia artysty, jego drogę do sławy i tytułu jednej z najbardziej wpływowych gwiazd muzyki na świecie. W roli głównej zobaczymy bratanka Michaela Jacksona – Jaafara. Młodego Michaela zagra Juliano Krue Valdie. Na ekranie zobaczymy życie i karierę artysty od czasów, gdy w latach 60. i 70. XX wieku był członkiem zespołu Jackson 5, aż po ostatnie tygodnie życia przed jego śmiercią w 2009 roku. W obsadzie pojawią się również Colman Domingo i Nia Long jako rodzice Michaela, a także Miles Teller i Laura Harrier.
Daniel Źródlewski
Kulturoznawca, animator, menedżer i producent kultury, dziennikarz, recenzent teatralny i filmowy, konferansjer oraz PR-owiec. Zaangażowany w wiele kulturalnych przedsięwzięć oraz działalność organizacji, m.in. w Szczecinie – Kontrapunkt, Szczecin Film Festival, Westival Architektury, Akustyczeń, Szpak, Teatr Karton, miejsce sztuki OFFicyna, Fama, Wakacyjne Miasto Kobiet. Wieloletni dziennikarz i prezenter Telewizji Polskiej (2006-2013, 2024) oraz telewizji Pomerania. Rzecznik prasowy Muzeum Narodowego w Szczecinie (2013-2025). Namiętny eksplorator polsko-niemieckiego pogranicza (Meklemburgia-Pomorze Przednie). Zafascynowany malarstwem Caspara Davida Friedricha. Prowadzi własny serwis www.tekstyzrodlowe.pl.
Tajemnice szczecińskich ulic
Powstańczy dyktator, ptasi Hannibal Lecter i socjolog morski
Wiele ze szczecińskich ulic nosi imiona lokalnych patriotów, ludzi ważnych dla miasta, bohaterów, poetów, pisarzy, malarzy, polityków, władców, wodzów, artystów. Są też nazwy przyrodnicze, geograficzne, krajobrazowe. Ale są też i takie, które budzą zdziwienie, rozbawienie, ale i ciekawość. Czy znamy bohaterów niektórych naszych ulic? Co oznaczają nazwy wielu z nich? Co miesiąc staramy się je rozszyfrować. Oto kolejne z nich.
Ulica generała Józefa Chłopickiego
Dla wielu to podręcznikowy wręcz przykład prawdziwego żołnierza z krwi i kości. Walczył w wielu bitwach na różnych frontach – od Półwyspu Iberyjskiego po Moskwę, był kilkukrotnie ranny. Według niektórych historyków, to jednak on miał przyczynić się do zaprzepaszczenia szans na zwycięstwo Powstania Listopadowego 1830 roku. Generał dywizji Józef Chłopicki – żołnierz m.in. insurekcji kościuszkowskiej i Legionów Dąbrowskiego, jeden z najzdolniejszych polskich oficerów służących w szeregach armii cesarza Napoleona Bonaparte. Jego nazwisko, jako jednego tylko z siedmiu Polaków (obok m.in. księcia Józefa Poniatowskiego i gen. Jana Henryka Dąbrowskiego), widnieje na Łuku Triumfalnym w Paryżu. Niestety figuruje na nim jako Klopicky. Po upadku Napoleona w 1815 roku Chłopicki wstąpił
do Wojska Polskiego formowanego pod patronatem cara Rosji Aleksandra I. Uznał, że to może być droga do odrodzenia Polski. Ale szybko skonfliktował się z bratem cara –Wielkim Księciem Konstantym – naczelnym wodzem armii Królestwa Polskiego. Według jednego z historyków poszło o…defiladowe maszerowanie. Konstanty zarzucił Chłopickiemu, że nie potrafi tego robić. Na co Chłopicki miał mu odpowiedzieć: „Możliwe Wasza Wysokość, a jednak tym krokiem przeszedłem z Madrytu do Moskwy”. Publiczny spór zjednał mu przychylność społeczeństwa i przysporzył popularności. Załagodził go dopiero car Aleksander I. W chwili wybuchu Powstania Listopadowego w nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku Chłopicki był generałem w stanie spoczynku. Ale jednocześnie pozostawał autorytetem w sprawach wojskowych. Początkowo odmówił
przystąpienia do powstańców. Decyzję zmienił kilka dni potem – najpierw przyjmując zaproponowaną mu funkcję wodza naczelnego, a następnie ogłaszając się dyktatorem powstania. Nie wierzył jednak w jego powodzenie. Niektórzy historycy twierdzą, że Chłopicki, po klęskach Napoleona w Rosji, miał jej kompleks i żył w poczuciu beznadziejności walki z nią. Zarzucano mu m.in. sabotowanie działań powstańczych, opóźnienia w organizacji wojska oraz paktowanie z carem, które zakończyło się fiaskiem. W połowie stycznia 1831 roku złożył rezygnację ze stanowiska dyktatora powstania. Ale wojska nie opuścił. Walczył w kilku bitwach m.in. w tej najsłynniejszej – pod Olszynką Grochowską w której został ciężko ranny w nogi. Ostatnie lata życia spędził w Krakowie. Znany polski pisarz – Marian Brandys w swej głośnej powieści „Koniec świata szwoleżerów” napisał, że pewnego dnia Chłopicki, spacerując z hrabią Adamem Potockim pod kopcem Kościuszki, miał na widok tego pomnika rzec: „i ja mogłem mieć podobny”. Generał pojawia się także w klasyce polskiego dramatu m.in. w „Kordianie” Juliusza Słowackiego oraz „Warszawiance” i „Nocy listopadowej” Stanisława Wyspiańskiego.
Ulica Dzierzby
Cieszący się ponurą sławą siedmiogrodzki książę Vlad Palownik zwany Drakulą miał specjalizować się w nabijaniu swych wrogów na pal. Tymczasem pewien występujący w Polsce ptak słynie z tego, że swoje ofiary nabija m.in. na ostre kolce lub ciernie niektórych krzewów. Chodzi o dzierzbę. To z pozoru niewinnie wyglądający, niewielki ptak. Ale niech nas nie zmylą pozory. To drapieżnik nie znający litości. Nazywany jest jednym z najbrutalniejszych ptaków na świecie a nawet ptasim Hannibalem Lecterem. Według językoznawców dzierzba – dawniej dzierzwa lub dzirzwa – pochodzi od czasownika „drzeć”. Również łacińska nazwa rodziny tych ptaków, czyli „lanius” oznacza rzeżnika, „tego, który rozrywa na kawałki”. Nie bez powodu. Ptak ten charakteryzuje się makabrycznymi obyczajami związanymi z magazynowaniem zdobytego pożywienia. Dzierzba poluje m.in. na owady, mniejsze gady i płazy (nawet cięższe od niej samej) oraz drobne ptaki. Po zdoby-
ciu rozrywa ofiarę, rozdziera na mniejsze kawałki. Ale jeśli mimo to części są zbyt duże i dzierzba nie potrafi ich zjeść, to znajduje takie miejsce np. ułamane gałęzie drzew, krzaki tarniny, czy inne kolczaste krzewy na które nadziewa niespożyte fragmenty zdobyczy na kolce lub ciernie – miniaturowe „pale”, przeznaczając je do konsumpcji „na później”.
Ulica Ludwika Janiszewskiego
Jeden z najwybitniejszych polskich socjologów, założycieli szczecińskiej socjologii oraz twórca socjologii morskiej. W czasie II wojny światowej, jako dziecko, był więźniem niemieckiego obozu pracy w Potulicach i robotnikiem przymusowym w Niemczech. Po wojnie ukończył studia i przez ponad 40 lat był związany ze Szczecinem. Wykładowca Wyższej Szkoły Pedagogicznej a potem współinicjator powołania Uniwersytetu Szczecińskiego oraz twórca Instytutu Socjologii US. Uznawany jest za twórcę socjologii morskiej. Już w latach 60. ubiegłego wieku rozpoczął badania dotyczące socjologii morskiej. W tym celu w 1965 roku najpierw podjął pracę jako rybak na statku rybackim, a następnie marynarz na statku transportowym. Kolejne badania prowadzone przez wiele lat pozwoliły mu na uzyskanie wielu materiałów poświęconych ludziom morza oraz ich rodzinom i zaowocowały bardzo ciekawymi opracowaniami naukowymi poświęconymi np. motywom wyboru zawodu rybaka dalekomorskiego, kulturze na statkach morskich, spędzania czasu wolnego w trakcie rejsu, stosunkowi dzieci marynarzy i rybaków do zawodu wykonywanego przez ojca, żonom marynarzy, życiu małżeńskiemu, jak ludzie morza radzili sobie z wolnym czasem na lądzie podczas postojów międzyrejsowych itp. Badał także procesy przemian po zjednoczeniu Niemiec m.in. oczekiwania i obawy związane z tym procesem, wpływ na życie gospodarcze oraz na suwerenność Polski, ożywienie ekonomiczne Pomorza Zachodniego itp. Znany socjolog polski Władysław Markiewicz pisał o Ludwiku Janiszewskim: „(…)wprowadził polską socjologię morską na „rynek” światowy”.
Autor: Dariusz Staniewski
JAZZAYAH
Projekt JAZZAYAH to spotkanie popowej wrażliwości z jazzową swobodą, improwizacją i klasą. W programie znajdą się jej największe przeboje artystki w odświeżonych aranżacjach oraz premierowe kompozycje. Na scenie towarzyszyć jej będą wybitni muzycy, w tym Jan Smoczyński (pianista) i Iwona Zasuwa (chórzystka). Koncert organizowany przez HALL No1 art wpisuje się w jubileusz 30-lecia pracy artystycznej jednej z najbardziej wyrazistych postaci polskiej sceny.
Filharmonia, 19 lutego godz. 19:00
Don Juan, czyli…
Bluźnierca czy poszukiwacz sensu? Uwodziciel czy znudzony cynik? Don Juan w wersji Moliera od początku burzył schematy: igrał z Bogiem, obyczajem i formą dramatu. W inscenizacji Aleksieja Leliavskiego tekst pozostaje wierny oryginałowi, ale interpretacja jest zaskakująca. Lalkowy bohater nie tylko uwodzi kolejne kobiety i gardzi ojcowskim autorytetem – igra też z naszymi oczekiwaniami. A koniec tej historii, choć znany, wciąż potrafi zaskoczyć.
Teatr Lalek Pleciuga, 13, 21 marca godz. 18:00
Prawdziwa zbrodnia
Z pozoru zwyczajna rodzina: Krzysztof, Anna, mała Zuzia. Dom z ogródkiem, stałe godziny, rytuały dnia. A jednak coś się wydarzyło. Coś, co zburzyło całą konstrukcję. Gdyby można było cofnąć jedno słowo, jeden gest, czy losy potoczyłyby się inaczej? „Prawdziwa zbrodnia” to opowieść o pęknięciach niewidocznych z zewnątrz, o błędach, które stają się zbrodnią. True crime bez sensacji, ale za to z pytaniami, na które odpowiedzi szuka się bardzo długo.
Teatr Lalek Pleciuga 6, 7 marca godz. 18:00
Sztuka protestu
Wyobraź sobie, że stoisz w tłumie. Wokół Ciebie entuzjazm, hasła, śmiech, muzyka. Ale Ty widzisz coś więcej – zbliżającą się przepaść. Próbujesz ostrzec innych, ale nikt nie słucha. Spektakl Michała Buszewicza zderza widza z jednym z najpilniejszych tematów współczesności: aktywizmem klimatycznym. Nie ma prostych odpowiedzi, ale stawiane są ważne pytania o granice sprzeciwu, skuteczność buntu i samotność tych, którzy widzą więcej. To pierwsza premiera jubileuszowa teatru, który funkcjonuje już od 50 lat!
Teatr Współczesny, 27 lutego, godz. 19:00 (pokaz przedpremierowy i spotkanie z twórcami), 28 lutego, godz. 19:30 premiera jubileuszowa
FOTO: MATERIAŁY PRASOWE
FOTO: KAROLINA MACHOWICZ
FOTO: MATERIAŁY PRASOWE
FOTO: MATERIAŁY PRASOWE
Za nami, w nas. Opowieść domowa
Czy był w PRL-u świat, który potrafił wymknąć się szarej codzienności? Był i miały go w sobie dźwięki. Big-beat, czyli polska odpowiedź na zakazany rock’n’roll, dawał ludziom przestrzeń do wolności, tańca i emocji. Teksty łatwo zapadające w pamięć. Muzyka łatwo wpadająca w ucho. Porywająca do tańca. „Noc kolorowych chmur” to muzyczny spektakl z największymi hitami tamtej epoki, usłyszycie piosenki: Karin Stanek, Heleny Majdaniec, Ady Rusowicz, Niemena, Klenczona, Skaldów, Czerwonych Gitar, Trubadurów i wielu innych. To wieczór, który porwie was do tańca, wzruszy i przypomni, że muzyka ma siłę zmieniania rzeczywistości.
Teatr Polski, Scena Włoska, 20, 21, 22 lutego, godz. 19:00
Czy miasto można opowiedzieć jak rodzinny album – pełen wspomnień, przełomowych momentów i nieoczywistych bohaterów? „Za nami, w nas. Opowieść domowa” to teatralna podróż przez dzieje Szczecina, w której spotykają się postacie z zupełnie różnych epok. Katarzyna Wielka, Anna Jagiellonka, Sydonia von Borck czy Leonard Borkowicz pojawiają się na jednej scenie, tworząc opowieść o mieście, jego mieszkańcach, ambicjach i emocjach. Spektakl przygląda się Szczecinowi z bliska – przez pryzmat historii, literatury, teatru i obyczajów. Pojawiają się powojenne realia, lokalni twórcy, a także wątki, które zaskakują i burzą utarte wyobrażenia o przeszłości.
Teatr Polski, Scena Szekspirowska, 28 lutego – godz. 16:00, 4, 5, 12, 13 marca – godz. 19:00, 14, 15 marca – godz. 16:00
FOT. WŁODZIMIERZ PIĄTEK
FOTO: SARAH WIŚNIEWSKA
Mroczny „Klangor” wrócił do Świnoujścia
Jeden z najciekawszych polskich seriali sensacyjnych - „Klangor” powrócił w drugiej serii. I ponownie jego akcja rozgrywa się w Świnoujściu. Ten sam mroczny klimat, rodem ze skandynawskich kryminałów, ale zupełnie nowa historia, którą można śledzić od początku stycznia. Co się wydarzy w drugim sezonie, dlaczego zdecydowano się na wprowadzenie nowych wątków i bohaterki, czy przekona do siebie widzów podobnie jak Arkadiusz Jakubik w pierwszej serii ze swoją kultową już żółtą kurtką, Prestiżowi opowiada Kacper Wysocki – scenarzysta, który wymyślił i stworzył oba sezony „Klangoru” oraz scenariusze kilku najgłośniejszych polskich seriali ostatnich lat – „Idź przodem bracie”, „Informacja zwrotna” (z Arkadiuszem Jakubikiem), „Królowa” ( z Andrzejem Sewerynem) i „Belfer” (z Maciejem Stuhrem).
Zachodniopomorskie przez długie lata nie cieszyło się popularnością wśród polskich filmowców. Ostatnio to się jednak zmienia. Również za sprawą serialu „Klangor”. Co zadecydowało, że na miejsce akcji obu serii wybrano Świnoujście?
Szczerze mówiąc, trochę przypadek, a trochę dedukcja. W momencie decyzji na temat areny, na której będzie się toczyć akcja, Klangor był w powijakach. Właściwie nie był jeszcze tą historią, a nasz bohater był kimś innym. Brałem wówczas udział w inicjatywie stworzonej przez Canal+, która miała z jednej strony pomóc wejść nieznanym czy młodym twórcom na rynek, a z drugiej strony – w rosnącej i nienasyconej gospodarce serialowej dać nadawcy fajne pomysły, fajny materiał. Pracowaliśmy wtedy w innym zespole niż ten, który ostatecznie doprowadził do realizacji Klangoru. Był 2018 rok, mieliśmy w Polsce dosłownie garstkę pierwszych seriali premium. Był Belfer, Wataha, powstawał Kruk. Uznaliśmy, że zwiększymy swoje szanse na realizację, jeśli nie osadzimy akcji ani w Bieszczadach, ani na Podlasiu. Jednocześnie temat pogranicza zawsze bar-
dzo mnie interesował. W ten sposób padło na Świnoujście. Wtedy, w 2018 roku, moje wspomnienia o Świnoujściu były bardzo odległe, ale magiczne. Znałem je głównie z rodzinnych zdjęć – moi dziadkowie zabierali mnie tam na wczasy. W ten sposób, trochę dedukcją, trochę przypadkiem, a trochę dzięki ciepłym wspomnieniom padło na Świnoujście.
„Klangor” oraz „Odwilż” to dwa serialowe polskie hity, które były realizowane – pierwszy w Świnoujściu a drugi w Szczecinie. Ale to nie jedyne co je łączy. To także klimat, nastrój, atmosfera obu produkcji. Przez wiele określane są jako „zrealizowane w skandynawskim stylu kryminałów”, „nordic noir”, czyli mroczne, zimne, dołujące. Czy zgadza się Pan z taką opinią? Co jest takiego w Pomorzu Zachodnim, że jest odbierane właśnie w ten sposób?
Chodzi o światło. Jest zupełnie inne niż w jakimkolwiek innym miejscu w kraju i bardzo przypomina światło w skandynawskich serialach.
Czy to, że obie produkcje powstawały w podobnym czasie, klimacie i w tym samym regionie, to przypadek ? „Klangor” powstał pierwszy. Zdjęcia do pierwszego sezonu zaczęliśmy w 2019 roku. Mieliśmy pecha z covidem – w marcu 2020 musieliśmy zejść z planu z oczywistych przyczyn, ale nie mogliśmy wrócić do pracy latem – materiał by nam się nie zmontował ze względu na inną porę roku. Musieliśmy czekać, aż z drzew zniknie zieleń. Jesień może udawać wiosnę na ekranie, lato – nie. Ta obsuwa w zdjęciach przesunęła też datę premiery. Tymczasem zaczęły się zdjęcia do „Odwilży”. Tak to bywa – szczególnie kiedy coś aż prosi się o uwagę, jak Pomorze Zachodnie - że równolegle i niezależnie od siebie dwie osoby czy grupy osób mają podobną koncepcję. Ale skoro jest już nas ekip w regionie dwie, to chyba nikt trzeci się przez co najmniej kilka lat nie pokusi.
Dla wielu widzów pewnie będzie niespodzianką, że „Klangor 2” nie jest kontynuacją historii z pierwszej serii. Nie obawia się Pan, że może to nieco zniechęcić niektórych z nich do drugiej serii? Co może ich przekonać do nowej opowieści?
Drugi sezon ma tak naprawdę bardzo dużo punktów wspólnych. Brutalna prawda jest taka, że kontynuacja losów Rafała Wejmana (w tej roli popularny Arkadiusz Jakubik – przyp. aut.) i jego rodziny nic by nam nie dała. Musielibyśmy znaleźć im większą tragedię, ale przecież przeprowadziliśmy tamtych bohaterów przez piekło. Dla mnie definiującą cechą „Klangoru” zawsze był realizm. Oczywiście w opowiadaniach filmowych czy serialowych, nawet realistycznych, czasem musimy sobie coś nagiąć, żeby opowieść była ciekawsza. Ale kontynuując losy Rafała Wejmana, wyszlibyśmy z terytorium realizmu i weszli na terytorium autoparodii. Dlatego decyzja o odpuszczeniu Rafałowi zapadła praktycznie od razu. Drugi oczywisty wniosek po pierwszym sezonie był taki: siłą Klangoru jest świat, w którym jest osadzony i bardzo specyficzna hybryda gatunkowa, którą udało nam się stworzyć – kryminału połączonego z psychologicznym dramatem skupionym na zwyczajnej rodzinie. I na tym chcieliśmy budować drugi sezon.
Moim zdaniem bardzo fajnie nam się to udało i udowodniliśmy, że można zmienić bohatera i opowiedzieć nową historią w tym samym świecie. Zresztą, staraliśmy się ułatwić widzowi tę zmianę – dalej skupiamy się na policjantach, na naszym fikcyjnym zakładzie karnym i zawartym w nich konfliktach, oraz na rodzinie – tym razem połamanej, dyskfunkcyjnej, w której krzywdy i żale nawarstwiały się latami. Ale umyślnie wykorzystujemy też prawie identyczną strukturę – z pierwszym odcinkiem, który powoli zaczyna akcję i raczej wbrew aktualnej sztuce eksponuje świat i bohaterów zanim dojdzie do wydarzenia, które wywróci wszystko do góry nogami, z teaserami na początku każdego odcinka, oraz z odcinkiem retrospekcyjnym, który wyjaśnia „kto to zrobił”, ale stawia przed finałem nowe pytania – czy bohaterce albo policji uda się to wyjaśnić? Czy winny zostanie pociągnięty do odpowiedzialności? Naprawdę, tych podobieństw jest dużo i widz nie powinien mieć problemu z nową historią.
Jak wyglądała praca nad scenariuszem? Czy był bardziej skomplikowany i czasochłonny niż w przypadku pierwszej serii? Czy wszystkie pomysły zostały wykorzystane?
Praca nad scenariuszem oryginalnego serialu zawsze jest skomplikowana i czasochłonna i absolutnie niemożliwa jest sytuacja, w której wszystkie pomysły zostają wykorzystane. Na każdą historię trzeba znaleźć sposób, albo inaczej – nauczyć się opowiadać konkretnie tę historię. Metoda, którą stosuję – niezależnie czy pracuję sam, czy mam współautorów, czy kiedy wykładam pisanie serialowe na scenariopisarstwie w Łodzi – polega przede wszystkim na pracy na postaciach. To od bohaterów zaczyna się nasza robota. Potem szukamy punktu startu. To kluczowe, żeby wiedzieć, dlaczego tym bohaterom przydarza się ta historia akurat teraz – a nie rok temu albo za rok. To nie powinien być przypadek – spotykamy ich w konkretnym momencie życia. Następnie, mając bohaterów i punkt startu, szukamy zakończenia. Potem szukamy środka. A potem próbujemy to wszystko przeprowadzić, jak najciekawszą, wierną postaciom drogą.
Czy pojawienie się nowych bohaterów i nowej historii nie było pewnego rodzaju ryzykiem dla serialu i jego twórców?
Zawsze jest takie ryzyko. Ale spotkałem się też w jednej z recenzji z absurdalnym zarzutem, że drugi sezon nie jest tak świeży jak pierwszy, albo za podobny. Gdybyśmy chcieli opowiedzieć kompletnie inny serial, to nie robilibyśmy „Klangoru 2”, tylko jakiś nowy tytuł, prawdopodobnie inną ekipą, w innym stylu, dla innego nadawcy. „Klangor 2” jest moim zdaniem wystarczająco podobny, żeby zagwarantować fanom pierwszego sezonu łatwe przejście do nowej historii, a jednocześnie wystarczająco inny, żeby przełamywać oczekiwania.
Czy konstruując scenariusz inspirował się Pan jakąś autentyczną historią lub jej elementami czy to jest całkowita fikcja?
Pytanie, czy jakakolwiek historia – literacka, filmowa, serialowa – jest do końca fikcją? Żeby cokolwiek tworzyć, trzeba chłonąć i przetwarzać po pierwsze własne doświadczenia, obserwacje – ale gdybyśmy się na tym zatrzymywali, robilibyśmy w koło jeden film, albo jeden serial, albo jedną powieść. Dlatego każdy nieskupiony wyłącznie na sobie twórca chłonie i „mieli” oprócz swoich obserwacji wszystko, co napotykają jego oczy, od newsów, przez reportaże, literaturę każdego rodzaju, seriale, filmy. Inspiracja jest wszędzie. Np. we wszystkich rzeczach, które piszę, pojawiają się wątki społeczne, bo zależy mi, żeby nasze seriale – nawet jeśli są rozrywką i bajkami dla dorosłych – dotykały czegoś istotnego. Jednocześnie zawsze interesowały mnie tematy emigracyjne, bo sam kilkakrotnie jeździłem za granicę do pracy sezonowej, co było dla mnie formującym doświadczeniem w niemniejszym stopniu niż fakt, że mój ojciec wyemigrował z Polski 20 lat temu, a moja mama mieszkała kilka lat w Niemczech. Na styku tych dwóch elementów –tematów istotnych społecznie i mojej przeszłości, w którą jest wpisana emigracja, dodając do tego jeszcze moją sympatię do kryminału jako gatunku, rodzą się historie Klangorowe.
Nie kusiło Pana, aby miejsce akcji przenieść do innego miasta Pomorza Zachodniego np. Kołobrzegu lub Koszalina? Żartobliwie mówiąc one również mogą mieć mroczne oblicza podobnie jak Świnoujście lub Szczecin.
Na rok przed zdjęciami do drugiego sezonu jeździłem po okolicy z partnerką i naszymi psami, szukałem inspiracji. Dotarliśmy wtedy najdalej do Rewala. Może następnym razem, jeśli będzie okazja, poszukam dalej.
Jak długo trwała realizacja drugiej serii? Zdjęcia były realizowane także m.in. w Dziwnowie. Zdjęcia zaczęły się w grudniu, podobnie jak pierwszy se -
zon, a skończyły w kwietniu. W tym okresie mieliśmy w sumie 64 dni zdjęciowe, a na Pomorzu zrealizowaliśmy około 3-4 tygodni. Długie zdjęcia wyjazdowe są niestety przeszkodą budżetową i emocjonalną – większość członków ekip mieszka w Warszawie.
Krytycy już oceniają pierwsze odcinki drugiej serii. Jakie sygnały i opinie docierają do Pana?
Odbiór jest bardzo pozytywny. Przyznam szczerze, że spodziewałem się bardziej mieszanych recenzji. Miłe zaskoczenie, które tylko potwierdza, że udało nam się utrzymać poziom, a zdaniem niektórych – w tym moim – ten sezon jest lepszy.
Skąd wzięła się kariera sławnej żółtej kurtki – puchówki Arkadiusza Jakubika w pierwszej serii „Klangoru”? Czy wróci w drugim sezonie ? Dla wielu internautów i użytkowników mediów społecznościowych, to bardzo ważne zagadnienie i przedmiot gorących dyskusji. Czy podobny element pojawia się w drugiej serii? Zwykle scenarzyści nie przejmują się kostiumami. Gdybyśmy charakteryzowali ubiór każdej postaci, scenariusze byłyby dwa razy dłuższe, a pion kostiumowy popukałby się w czoło. Wyjątkiem są sytuacje, w których jakiś element garderoby jest istotny dramaturgicznie. Żółta kurtka wzięła się od faceta, którego widziałem w parku albo na ulicy, nie pamiętam. Natomiast fuksjowa kurtka Heli Zdun (główna bohaterka drugiej serii – przyp. aut.)w drugim sezonie została zainspirowana kurtką naszej producentki liniowej. Natomiast jeśli chodzi o powrót w drugim sezonie – proszę wypatrywać. Jeśli gdzieś pojawia się żółta kurtka, to raczej nie przypadek. Na przykład – scena w pierwszym odcinku drugiego sezonu, w którym Hela płynie promem, a w tle przemyka żółta kurtka była w scenariuszu od jego pierwszej wersji. Zależało mi na symbolicznym przekazaniu pałeczki między naszymi głównymi bohaterami. Swoją drogą – dziwię się, że nie padło pytanie o to, dlaczego prom a nie tunel! Na wszelki wypadek odpowiem – kiedy zaczynaliśmy prace literackie tunel nie był jeszcze otwarty. Ale otworzył się w ich trakcie. Po długich dyskusjach stwierdziliśmy, że zdjęciowo promy są po prostu ciekawsze niż przejazd tunelem.
Czy zapadła już decyzja o realizacji trzeciej części „Klangoru”?
Decyzja nie zapadła, ale rozmawiamy – a pomysł na oczywiście zupełnie nową historię w tym samym świecie i częściowo z tymi samymi bohaterami jest już na stole.
W połowie stycznia w Szczecinie odbyła się druga edycja wydarzenia Różowe Pomorze, organizowanego przez Gabinety Tuwima. Spotkanie zainaugurowało tegoroczny Różowy Styczeń i poświęcone było profilaktyce raka szyjki macicy oraz szeroko pojętemu zdrowiu kobiet. Wydarzenie zgromadziło wybitnych ekspertów świata medycyny, w tym prof. dr hab. n. med. Anitę Chudecką-Głaz, prof. dr hab. n. med. Miłosza Parczewskiego oraz prof. dr hab. n. med. Marcina Słojewskiego. W gronie prelegentów znaleźli się także dr n. med. Dorota Gródecka, dr n. med.
Adam Kurpik, oraz dr n. med. Joanna Porzezińska-Furtak. Program wydarzenia uzupełniły wystąpienia mec. Anety Adamskiej i Justyny Gawlikowskiej, a także pokaz samoobrony przygotowany przez funkcjonariuszy Komendy Wojewódzkiej Policji. Artystycznym akcentem spotkania był występ Pauliny Janczak, aktorki musicalowej i teatralnej. Druga edycja Różowego Pomorza potwierdziła, że rozmowa o zdrowiu kobiet może łączyć wiedzę ekspercką, społeczne zaangażowanie i inspirującą atmosferę. ad/ fot. materiały prasowe
PROF. DR HAB. N. MED. MIŁOSZ PARCZEWSKI
MONIKA PYREK, MAŁGORZATA HOŁUB-KOWALIK
IZABELLA MARECKA, SANDRA JĘDRAS, ALEKSANDRA MAGIERA
GOŚCIE WYDARZENIA RÓŻOWE POMORZE
KOMENDA WOJEWÓDZKA POLICJI W SZCZECINIE
KATARZYNA KUNIKOWSKA, DR N. MED. DOROTA GRÓDECKA
DR N. MED. DOROTA GRÓDECKA, DR N. MED. ADAM KURPIK, JUSTYNA GALIKOWSKA, MEC. ANETA ADAMSKA
GOŚCIE WYDARZENIA RÓŻOWE POMORZE
GOŚCIE WYDARZENIA RÓŻOWE POMORZE
Volvo ES90 w nastrojowej odsłonie
Zimowa Premiera Volvo ES90 w salonie Auto Bruno miała kameralny charakter. Zamiast klasycznej prezentacji modelu organizatorzy postawili na swobodną atmosferę, rozmowy w mniejszym gronie oraz elementy artystyczne, takie jak nowoczesny taniec. Gościom towarzyszyła degustacja wina z Winnicy Turnau, a całość wydarzenia sprzyja-
MATEUSZ KACPERSKI, KRZYSZTOF MĘDREK I EMILIA KURSA-MĘDREK
ła spotkaniom i wymianie wrażeń. Volvo ES90 pozostawało w centrum uwagi, a jego prezentację uzupełniała swobodna formuła spotkania.
ad/ fot. Dagna Drążkowska-Majchrowicz
ERYK DEMBIŃSKI I EWA PONCYLJUSZ-DEMBIŃSKA
PIOTR ŻELAZEK, MICHAŁ JANECZKO, MATEUSZ KACPERSKI
MAŁGORZATA I KONRAD KUPIS, ANETA LIEBELTGAPIŃSKA
EDYTA AGACIŃSKA, PIOTR TATARCZYK, MARCIN KWIATKOWSKI
ANETA LIEBELT-GAPIŃSKA, GRZEGORZ MAJTAS, ANDRZEJ KLIMEK Z OSOBAMI TOWARZYSZĄCYMI
MICHAŁ BAZIUK, MARCIN SIKORSKI, AGNIESZKA ZAŁOGA-SIKORSKA
PREMIEROWY SAMOCHÓD VOLVO ES 90 KRONIKI
MICHAŁ I AGNIESZKA KARBOWNICZYN, MARCIN PARTYKA
ZESPÓŁ VOLVO AUTO BRUNO
ŁUKASZ BADURA, PAWEŁ WOJNACH, MICHAŁ BAZIUK
WOJCIECH GAŁEK, ANITA GAŁEK, PAWEŁ MAŁASZKO
Biznes na galowo
Na początku stycznia 2026 roku w hotelu Courtyard by Marriott w Szczecinie odbyła się XXIV Gala Biznesu – jedno z najważniejszych wydarzeń gospodarczych regionu organizowane przez Business Club Szczecin. W tym roku zgromadziło ponad 250 gości. Wśród nich znaleźli się m.in. przedstawiciele biznesu, nauki, kultury, finansów, medycyny, prawa, administracji rządowej i samorządowej oraz
mediów. Podczas uroczystości wręczono Nagrody Gospodarcze za rok 2025, Złote Odznaki Honorowe Gryfa Zachodniopomorskiego, a także jedno odznaczenie państwowe – Brązowy Krzyż Zasługi. Ale nie zabrakło także wykwintnych potraw, dobrych trunków oraz szampańskiej zabawy przy muzyce „na żywo”.
Ds./foto: Alicja Uszyńska
ADAM RUDAWSKI I O. TOMASZ DOSTATNI
SŁAWOMIR PIŃSKI I AGNIESZKA WITKOWSKA
MICHAŁ PRZEPIERA I MAŁGORZATA PRZEPIERA
OLGIERD GEBLEWICZ, DARIUSZ ZARZECKI, ALEKSANDRA TURBACZEWSKA
RYSZARD SIWIEC, OLGA ADAMSKA, BOGUMIŁ ROGOWSKI
EDWARD OSINA Z MAŁŻONKĄ IRENĄ OSINA
ŁUKASZ MARTYNIAK, GRZEGORZ GURBIN, MARCIN BARAN, DR PAWEŁ RECZULSKI
WOJCIECH WIRWICKI
AGNIESZKA DROŃSKA, PIOTR DROŃSKI I BOGUMIŁ ROGOWSKI
OLGIERD GEBLEWICZ, AGNIESZKA GEBLEWICZ I BOGUMIŁ ROGOWSKI
Szczecin Business
Ladies w świecie
piękna
W eleganckich wnętrzach kliniki LA Beauty w Szczecinie odbyło się kolejne spotkanie Szczecin Business Ladies, gromadzące kobiety aktywne zawodowo i biznesowo. Gospodynią wydarzenia była Aleksandra Lędzion, właścicielka kliniki, która założyła markę w wieku 21 lat i dziś – po dziewięciu latach – z powodzeniem rozwija rozpoznawalny biznes w obszarze medycyny estetycznej. Podczas spotkania zaprezentowana została filozofia kliniki. Wydarzenie stało się także przestrzenią do rozmów o kobiecej przedsiębiorczości, odwadze w biznesie i sile młodych liderek. ad/ fot. materiały prasowe
NOWAK,DOROTA TYSZKIEWICZ-JANIK, EWA KARPISZ, ANNA BACHANEK, AGNIESZKA VANHOFEN, JOLANTA SZCZEPAŃSKAANDRZEJEWSKA, BEATA PLUTA, KATARZYNA OPIEKULSKA-SOZAŃSKA,
LADIES W KOMPLECIE. NA PIERWSZYM PLANIE: MAGDALENA SAWCZUK, EWA KARPISZ, GRAŻYNA WÓDKIEWICZ I KATARZYNA OPIEKULSKA-SOZAŃSKA
300 zł/os. / szerokie menu / napoje zimne no limit alkohol 0,5 l na osobę / wstępna dekoracja sali apartament dla pary młodej podczas wesela
DARIA
DARIA MAMROCHA
PO ŚRODKU: ALEKSANDRA LĘDZION
Moda bez dystansu – Dorothee Schumacher w Szczecinie
31 stycznia 2026 roku szczeciński Salon Mody Dorothee Schumacher stał się przestrzenią wyjątkowego spotkania z Dorothee Schumacher – założycielką i główną projektantką marki – oraz jej zespołem. Wydarzeniu towarzyszyła muzyka DJ-a, subtelna atmosfera i swobodne rozmo -
wy, które nadały całości ciepły, niemal rodzinny charakter. Stałe klientki oraz pasjonatki mody miały okazję porozmawiać z projektantką, poznać kulisy pracy w branży i wymienić się doświadczeniami.
MAGDALENA BRANCEWICZ, ISABELLE ITTRICH, MACIEJ BRANCEWICZ-NOSEK
GERARD LUTYŃSKI
JOANNA SZEWCZAK, LAILA SZARANEK
MILENA WACHHOLC, ASIA KUBIAK
MAGDALENA BRANCEWICZ
WIOLETTA BŁAWAT, ELŻBIETA JUREWICZ
ARKADIUSZ PRAJS, DOROTHEE SCHUMACHER, MAXIMILIAN SINGHOFF
SALON DOROTHEE SCHUMACHER
Nowy rok, wspólne plany
Pod koniec stycznia w Morskim Centrum Nauki odbyło się Spotkanie Noworoczne, które zgromadziło partnerów, instytucje współpracujące oraz przedstawicieli świata edukacji, nauki i kultury. Wydarzenie było okazją do podsumowania minionego roku oraz rozmów o dalszej współpracy. Gospodarzem spotkania był p.o. dyrektora MCN Paweł Bartoszewski, który podkreślił znaczenie partnerskich re -
ADAM KAMPA, ŁUKASZ SZYKUĆ, DARIUSZ DOSKOCZ, ADAM CZARNUL, JAROSŁAW SIERGIEJ, MACIEJ SZŁAPCZYŃSKI
MACIEJ CHILKIEWICZ, JUAN CARLOS CANO, JAROSŁAW CHILKIEWICZ
PAWEŁ BARTOSZEWSKI, DOROTA PLIŻGA, KATARZYNA RACZKOWSKA
lacji. Rangę wydarzenia zaakcentowała obecność wicemarszałkini województwa zachodniopomorskiego Anny Bańkowskiej. Spotkaniu towarzyszył koncert Juana Carlosa Cano wraz z Jarosławem i Maciejem Chilkiewiczami.
ad/ fot. Alicja Uszyńska
AGNIESZKA WANCERZ, ZYGMUNT SIARKIEWICZ, SYLWIA TROJANOWSKA
JAROSŁAW CHILKIEWICZ
MAREK KLABACHA, ADAM CZARNUL, JAROSŁAW SIERGIEJ
PAWEŁ BARTOSZEWSKI, TOMASZ CEMEL, KATARZYNA RACZKOWSKA
ANNA BAŃKOWSKA, PAWEŁ BAROSZEWSKI
KAMILA MARCINKIEWICZ, ANNA PATRAŚ KATARZYNA ROGOŹNICKA, IWONA LITKA, LENA ILEWSKA, AGNIESZKA TRENCINGER
PATRYCJA SKROBACKA, PRZEMYSŁAW KOWALEWSKI, PAWEŁ BARTOSZEWSKI
PRZEMYSŁAW JAWORSKI, KONRAD GODUŃSKI, EDYTA JEDYNAK
lista dystrybucji
BIZNES
Acta Nova, Kapitańska 1/9
Aloha Biurowiec, Janosika 17
Eureka Restrukturyzacje, Bohaterów Warszawy 21 Foton Novelty Group , Mickiewicza 69 HMI, Moczyńskiego 13B
Mennica Mazovia, Jagiellońska 85/8 Nova Praca Group, Krzywoustego, CH Kupiec
Pazim recepcja, Rodła 9
Piastów Office Center, Aleja Piastów 30 PKO Bank Polski (2piętro), Niepodległości 44 POLFUND Fundusz Poręczeń Kredytowych S.A., Brama Portowa 1
Północna Izba Gospodarcza, Wojska Polskiego 86 Technopark, Cyfrowa 6
Courtyard by Marriott Hotel, Brama Portowa 2 Hotel Atrium, Wojska Polskiego 75 Hotel Campanille, Wyszyńskiego Hotel Dana, Wyzwolenia 50 Hotel Focus, Małopolska 23 Hotel Grand Focus, 3 Maja 22 Hotel Grand Park, Słowackiego 18 Hotel Novotel, 3 Maja 31 Hotel Park, Plantowa 1 Hotel Plenty, Rynek Sienny 1
Hotel Radisson BLU (recepcja), Rodła 10 Hotel Restauracja Bosak, Podbórzańska 3 Ibis Styles, Panieńska 10
Bajgle Króla Jana, Nowy Rynek 6 Bananowa Szklarnia, Jana Pawła II 45 Bistro Na Zdrowie, Unii Lubelskiej 1 Bombay, Rynek Sienny 1 Bonjour, Małopolska 3 Brasileirinho Brazylijska Kuchnia & Bar, Sienna 10 Browar Wyszak, Księcia Mściwoja II 8 Chałupa, Południowa 9 Chief, Bulwar Gdyński 1 Colorado, Wały Chrobrego Columbus, Wały Chrobrego DeVibez Restaurant, Wojska Polskiego 50 Dzień dobry, Śląska 12 Emilio Restaurant, Jana Pawła II 43 Epicka, Bogusława 1-2 Figle Restaurant, Bulwar Piastowski - al. Żeglarzy 1 Food Port Montana, Hryniewickiego 1 Forno Nero, Brama Portowa 1 Jachtowa, Lipowa 5 Jagiellonka, Jagiellońska 10 Jin Du, Jana Pawła II 17 Karczma Polska Pod Kogutem, Plac Lotników Kitchen meet & eat, Bulwar Piastowski 3 KOKU Sushi, Wojska Polskiego 40 La Rotonda, Południowa 18/20 Mała Tumska, Mariacka Nad Piekarnią, Krzywoustego 15/U3 NAGA Thai & Sushi, Staromłyńska 5 Nowy Browar, Partyzantów 2 Orro, Arkońska 28 Paprykarz, Jana Pawła II 42 Podgrzany Talerz, Niepodległości 22 U Prosto z pieca, Jana z Kolna 7 Public Fontanny, Jana Pawła II 43 Ramen Shop, Zielonogórska 31 Razem, Janosika 17 Rosso Fuoco, Wielka Odrzańska 20 Sake, Rynek Sienny 2 Si, Słowackiego 18 Spotkanie, Jana Pawła II 45 Tkacka 7 Tkacka 7 Towarzyska, Bogusława Deptak 50 Trattoria Toscana, Plac Orła Białego U Kelnerów, Wyzwolenia 41/3A Ukraineczka, Panieńska 19 Unagi, Jana Pawła II 42 Yakku Sushi, Topolowa 2 C Zielone Patio, Posejdon, Brama Portowa 1 SKLEPY
10 Days, Kaskada 5 Plus, Jagiellońska 5 Arkadia perfumeria, Krzywoustego 7 Atelier Sylwia Majdan, Wojska Polskiego 45/2 Batlamp, Milczańska 30A Brancewicz, Jana Pawła II 48 Centrum Mody Ślubnej, Kaszubska 58 City Wine, Sienna 8 Cloche, Wojska Polskiego 14/U1 Concept store/zrobione w Szczecinie, Piastów /róg Małkowskiego 60 Dorothee Schumacher, Jana Pawła II 46/U1 Energy Sports, Welecka 1A Fine Wine, Nowy Rynek 3 GP Spółka z o.o. , Struga 80A Harley Davidson, Gdańska 22A Hexeline Galaxy O pietro Hoca Candle, Jagiellońska 37 Jubiler Kleist, Rayskiego 20 Kaskada - do biura, Kaskada +4 Kwiaciarnia Prowansja, Szwedzka 28/U2 Madras Styl, Małopolska 9 Manufaktura Wzroku, Monte Cassino 40 Marella, Wojska Polskiego 20 MaxMara, Bogusława 43/1 Moda Club, Wyzwolenia 1 Mooi, Wojska Polskiego 20 OMNI Molo, Mieszka I 73 Optyk Lepert, Wojska Polskiego 60 Patrizia Aryton, Jagiellońska 96 Rosenthal, Bogusława 15/1A Velpa, Bogusława 12
Velpa, Modra 62 WineLand, Wojska Polskiego 70 Winoteka 101, Wojska Polskiego 215 SPORT I REKREACJA
Astra, Wyzwolenia 85 Binowo Park Golf Club, Binowo 62 Fabryka Energii, Łukasińskiego 110 My Way Fitness, Sarnia 8 Polmotor Arena, Wojska Polskiego 127 PRIME Fitness Club, 5 Lipca 46 PRIME Fitness Club, Modra 80 Szczeciński Klub Tenisowy, Wojska Polskiego 127 ZdroFit, Galaxy ZdroFit, Kaskada
ZDROWIE I URODA
Akademia Fryzjerska Gawęcki, Wojska Polskiego 20 Aspekt 3, Bogusława 10 Atelier Piękna, Mazurska 21 Atelier Zdrowia Urody Magda Skowrońska, Łukasińskiego 41S/3 Beauty Hand & Feet - Katarzyna Woźniak, Bema 11/2 Centrum Rehabilitacji Duet, Wojska Polskiego 70 CMC Klinika Urody, Jagiellońska 77 De Novo, św. Wojciecha 11 DepiLab, Głowackiego 17 DNA Beauty Code, Emilii Plater 3/u1 Dom Lekarski, Piastów 30 Dr Irena Eris KOSMETYCZNY INSTYTUT, Felczaka 20 Enklawa Day Spa, Wojska Polskiego 40/2 Ernest Kawa, Jagiellońska 95 Fizjopomoc, Witkiewicza 61 Fryzjerskie Atelier Klim, Królowej Jadwigi 12/1 GabiBeauty, Rajkowo 50/21
Gabinet Posh , Bogusława 45/10
Gabinet zdrowia, urody i fizjoterapii, Wyszyńskiego 32/34
Reha Team, Elżbiety 3 Salon Fryzjerski Paweł Zieliński, Gorkiego 26 Salon Masażu Baliayu, Wielka Odrzańska 30 Shivago, Wyzwolenia 46 SPA Evita, Przecław 96E Studio Figura, Bohaterów Warszawy 40 Studio Monika Kołcz, Św.Wojciecha 1/9 Thai Lanna, Wojska Polskiego 42 Verabella, Jagiellońska 23 Wojciech Bukański Salon Fryzjerski, Reymonta 3
INNE
Animal Eden, Warzymice 105B
Centrum Informacji Turystycznej, Aleja Kwiatowa Europejska 33 , Europejska 33
Event Arena, Staszica 1
Gazeta Wyborcza, Krasińskiego 10-11
Noraco, Mieszka I 73
Pałac w Ostoi, Ostoja 10
Pogoń Szczecin biuro marketingu, Karłowicza 28
Radio Super FM, Rodła 8
Sail International School, Judyma Szczecińska Szkoła Wyższa Collegium Balticum, Mieszka I 61C
Urząd Marszałkowski, Mazowiecka
Urząd Miejski prezydent Armii Krajowej 1
Urząd Wojewódzki biuro prasowe p.100, Wały Chrobrego Vetico, Wita Stwosza 13
/ niszczenie dokumentów
/ zarządzanie archiwami
/ normatywy archiwalne
/ archiwizacja dokumentów – kompleksowe wsparcie
/ przechowywanie dokumentów – archiwum zewnętrzne
/ depozyty dokumentów – sposób na zabezpieczenie danych
Kontakt: tel.+ 48 91 422 33 25 biuro@actanova.pl
Siedziba: ul. Kapitańska 1/9 71-602 Szczecin
Biuro i Składnica Akt: ul. Antosiewicza 1 71-642 Szczecin
Medycyna pozwala dziś na różnorodne metody kształtowania piersi, jednak nie istnieje jedno uniwersalne rozwiązanie dla wszystkich. Zawsze dbam o to, by pacjentka była świadoma dostępnych możliwości, a wybrana technika była bezpieczna i dopasowana do jej potrzeb oraz oczekiwań. Każda kobieta jest wyjątkowa, podobnie jak jej historia i ciało, dlatego rozmowa, konsultacje i wizyty kontrolne mają kluczowe znaczenie w całym procesie leczenia. dr n. med. Piotr Krajewski