Skip to main content

Pismo Studentów WUJ - Wiadomości Uniwersytetu Jagiellońskiego, marzec 2026

Page 1


Jak nie dać się zwieść social mediom?

 str. 10

Analogowe życie.

Czy jest możliwe?

 str. 12

Fan fiction – trend

czy coś więcej?

 str. 20

Homo Ephemeris. Dlaczego pokochaliśmy kulturę znikania?

Kiedyś zdjęcia trafiały do ciężkich, skórzanych albumów, a listy miłosne chowano na dnie szuflady. Dziś najważniejsze momenty naszego życia mają termin przydatności krótszy niż karton mleka. Dlaczego pokochaliśmy treści, które żyją tylko 24 godziny i co mówi to o nowym sposobie konstruowania ludzkiego „ja”?

Snapchat, Instagram Stories czy relacje na Facebooku stały się naszą a cyfrową agorą. Termin „treści efemeryczne” (z ang. ephemeral content) wszedł do mainstreamu dekadę temu, ale dopiero teraz w pełni definiuje nasz sposób komunikacji. Zasada jest prosta: publikujesz, świat widzi, a po dobie algorytm dokonuje bezlitosnej egzekucji – ślad znika.

Dlaczego jednak tak bardzo odchodzimy od trwałości? Psychologia daje nam odpowiedź. Stały post na profilu to cyfrowy tatuaż – musi być przemyślany, estetyczny i reprezentatywny. Krótkie, znikające formy to z kolei „brudnopis życia”. Brak presji perfekcji pozwala na spontaniczność – relacja nie musi być idealnie oświetlona ani wykadrowana. Liczy się emocja, chwila, impuls. Ulotność przywraca nam prawo do błędu i zapomnienia, które w cyfrowym świecie zostało niemal całkowicie zlikwidowane.

– W naszych praktykach związanych z komunikacją efemeryczną przejawia się pewien paradoks. Z jednej strony celebrujemy wyjątkowe momenty i doświadczenia, publikując ograniczone czasowo relacje, z drugiej – pamiętamy o zasadzie „internet nie zapomina” – mówi dr Sławomir Doległo z Zakładu Nowych Mediów Uniwersytetu Jagiellońskiego, badacz zajmujący się pamięcią społeczno-kulturową i praktykami medialnymi.

To, co miało być prywatnym mrugnięciem oka do grupy znajomych, dzięki jednemu zrzutowi ekranu może stać się publicznym memem lub dowodem, nad którym tracimy jakąkolwiek kontrolę. Doktor Doległo dodaje, że: – Dziś to możliwe choćby dzięki funkcji wyróżnionych relacji na Instagramie, ale także dzięki pomocy szybkiego zapisu aktualnych treści wyświetlanych na ekranie każdego smartfona.

W świecie „cancel culture” [o tym zjawisku pisaliśmy w czerw-

cowym numerze „WUJ-a” – przyp. red.], gdzie jedno niefortunne zdanie sprzed dekady może zniszczyć życie, znikający format daje nam złudne, ale niezbędne poczucie bezpieczeństwa. To powrót do ery oralności, rozmowy, która istnieje tylko w uszach słuchacza, „tu i teraz”. Ulotność komunikacji nie zwalnia jednak naszej odpowiedzialności za przekaz. Niestety, ta nowa kultura partycypacji bywa brutalnie przerywana przez technologię przechwytywania. – Utrwalone zrzuty ekranu bywają redystrybuowane i przedłużają „żywotność” ulotnych tekstów i obrazów. W ten sposób przyczyniają się do rozwoju fenomenu medialnej kultury remiksu, w której wartością staje się wtórne wykorzystanie istniejących treści – podkreśla ekspert.

Tożsamość w kawałkach Współczesny człowiek w sieci staje się fragmentaryczny. Kultura znikania idealnie rezonuje z płynną naturą naszej tożsamości. Nie jesteśmy monolitami – zmieniamy pasje, poglądy i style życia znacznie szybciej niż nasi dziadkowie. Ulotne media pozwalają nam na nieustanne eksperymentowanie z własnym wizerunkiem bez konieczności martwienia się o spójność naszej „historycznej” wersji. Możemy być kimś innym w poniedziałek, a w środę zupełnie nową osobą.

Jednak w pogoni za znikającymi chwilami ryzykujemy utratę ciągłości własnej historii. Nasze życie zamienia się w serię pociętych, kilkunastosekundowych klipów. Tracimy zdolność widzenia siebie jako logicznej całości, stając się zbiorem epizodów. Tożsamość staje się płynna – przestaje być kotwicą, a staje się procesem nieustannego stawania się kimś nowym na pokaz.

Zmiana ta sięga głębiej niż ekrany naszych telefonów. Przekształcamy samą strukturę pamięci kulturowej. Przez wieki fundamentem

– Utrwalone zrzuty ekranu bywają redystrybuowane i przedłużają „żywotność” ulotnych tekstów i obrazów. W ten sposób przyczyniają się do rozwoju fenomenu medialnej kultury remiksu, w której wartością staje się wtórne wykorzystanie istniejących treści – podkreśla dr Sławomir Doległo z Zakładu Nowych Mediów Uniwersytetu Jagiellońskiego.

cywilizacji był zapis i trwałość. Dziś przechodzimy od kultury archiwum do kultury strumienia. Pamięć społeczna przestaje być biblioteką zakurzonych ksiąg, a staje się intertekstualnym, żywym organizmem.

Strategia Homo Ephemeris Czy powinniśmy bać się fragmentaryczności? Niekoniecznie. Ulotność to nasz mechanizm obronny przed totalitarną pamięcią algorytmów, które chcą nas skatalogować i zamrozić w jednym profilu

danych. W świecie, który nigdy nie zapomina, decyzja o tym, by zniknąć po 24 godzinach, staje się aktem najwyższej autonomii. Nie jesteśmy widmami krążącymi bez celu. To właśnie chęć znikania wydaje się być najbardziej ludzkim odruchem w tym zdigitalizowanym świecie. Być może „człowiekiem efemerycznym” to jedyna forma istnienia, która pozwala na to, by przetrwać w rzeczywistości, która pędzi zbyt szybko, aby dało się ją opisać w twardej oprawie. 

autorka: Natalia KrajeNta

KabarE t

„Ostre Cięcie”, czyli dwie godziny śmiechu

z Kabaretem Paranienormalni

W niedzielny wieczór 15 lutego scena Hali

Widowiskowo Sportowej w Skawinie wypełniła się śmiechem za sprawą występu Kabaretu

Paranienormalni z najnowszym programem „Ostre Cięcie”. Już od pierwszych minut było jasne, że publiczność czeka coś więcej niż klasyczny występ estradowy. To był niemal dwugodzinny maraton humoru, który pozwolił na chwilę oderwać się od rzeczywistości.

Artyści zabrali widzów w świat satyrycznych obserwacji dotyczących relacji damsko-męskich, małżeńskich przyzwyczajeń, wizyt u lekarza po pięćdziesiątce czy kulis produkcji filmowej. Humor bywał momentami ostry, często inteligentny, a przede wszystkim trafny, dlatego śmiech na widowni pojawiał się niemal bez przerwy. Publiczność mogła zobaczyć zarówno nowe skecze, jak i powrót ulubionych bohaterów. Szczególne reakcje wywołał kultowy Doktor Prozak w wykonaniu roberta Motyki, a także absurdalni Chirur-

dzy z udziałem Jarosława Pająka. Na scenie pojawił się również rafał Kadłucki, współtworząc dynamiczne sceny pełne komedii pomyłek i błyskotliwych dialogów. Nie zabrakło improwizacji i odniesień do lokalnych realiów. Żarty o mieszkańcach miasta sprawiły, że publiczność w pewnym momencie stała się częścią spektaklu, a między sceną a widownią wytworzyła się wyjątkowo swobodna, niemal rodzinna atmosfera. Artyści konsekwentnie trzymali się tego, co zapowiadali. Tak więc program pozbawiony był polityki, tematów religijnych i wulgaryzmów, opierając się na czystej komedii sytuacyjnej i obserwacyjnej. Kabaret działający od 2004 roku po raz kolejny udowodnił, że potrafi trafnie komentować codzienne życie i z dystansem pa-

Pismo Studentów „WUJ – Wiadomości Uniwersytetu Jagiellońskiego”

Redakcja: ul. Piastowska 47, 30-067 Kraków

Wydawca: Fundacja Studentów i Absolwentów UJ „Bratniak” e‑mail: wuj.redakcja@gmail.com; tel. 668 717 167

Strony internetowe: www.issuu.com/pismowuj oraz www.facebook.com/pismowuj

Redaktor naczelny: Adrian Burtan

Zespół: LUDZIe I reLACJe: Justyna Arlet-Głowacka, Alicja Bazan, Izabela Biernat, Karolina Jońca, Iwona Łaciak; SZTUKA I INSPIrACJe: Karolina Iwaniec, Michał Jarosz, Natalia Krajenta, Adam Kwiatek, Martyna Lalik, Wiktoria Piwowarska, Gabriela Wolińska, Oliwia Wójciak; SŁOWA I MyśLI: Zofia Betlej, Klaudia Katarzyńska, Daria Kopczyńska, Wojciech Seweryn, Maria Wieruszewska; SPOrT I reKreACJA: Michał Kowal, Wojciech Skucha; KADr I OBrAZ: emilia Czaja, Lucjan Kos, Agata Kurzepa, Martyna Szulakiewicz-Gaweł

Korekta: Karolina Iwaniec, Wiktoria Piwowarska

PR i marketing: Justyna Arlet-Głowacka

Media społecznościowe: Izabela Biernat, Marta Kwasek

Okładka: emilia Czaja

Reklama: wuj_reklama@op.pl

Numer zamknięto: 27 lutego 2026 roku

trzeć na ludzkie przyzwyczajenia. „Ostre Cięcie” okazało się skuteczną terapią śmiechem. Taką, po której widzowie wychodzili z uśmiechem i poczuciem, że najlepsze lekarstwo często znajduje się właśnie w humorze. 

Znajdź nas!

autorka: iwoNa Łaciak

Co nowego na uJ?

studentka uJ w gronie najlepszych zagranicznych

studentów

Valeria Quintana Solis, studentka 5. roku prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, została laureatką konkursu INT er STUD e NT 2026 i znalazła się w gronie najlepszych studentów zagranicznych studiujących w Polsce.

Wyróżnienie przyznano podczas gali towarzyszącej konferencji „Studenci zagraniczni w Polsce”, która odbyła się 29 stycznia w Kopalni Soli w Wieliczce. Do tegorocznej edycji konkursu zgłoszono ponad 200 kandydatów z 55 uczelni z całego kraju. Jury doceniło nie tylko bardzo dobre wyniki w nauce, ale także aktywność społeczną i zaangażowanie w życie akademickie.

Laureatka z UJ pochodzi z Meksyku i aktywnie działa w międzynarodowym środowisku studenckim, pełniąc funkcję UJ executive representative w sojuszu Una europa, zrzeszającym wiodące europejskie uniwersytety. reprezentuje interesy studentów z 11 uczelni partnerskich, uczestniczy w pracach grup roboczych i współtworzy kierunki rozwoju współpracy międzynarodowej.

Co na Kampusie uJ robią bobry i borsuki?

Kampus Uniwersytetu Jagiellońskiego na ruczaju to nie tylko nowoczesna infrastruktura i zaplecze naukowe, ale też sąsiedztwo Dębnicko-Tynieckiego Obszaru Łąkowego, objętego siecią Natura 2000. Mimo rosnącej zabudowy i ruchu miejskiego wciąż można tu spotkać rzadkie gatunki roślin i motyli, a także ssaki i ptaki.

Wczesnym latem ubiegłego roku dr Stanisław Bury i dr Bartłomiej Zając z Wydziału Biologii UJ, wraz ze studentami, rozstawili fotopułapki w starannie wybranych miejscach. Urządzenia z czujnikiem ruchu zarejestrowały bogate życie zwierząt, m.in. bobrów, kun, borsuków, wydr, zajęcy i jeleni. W strefie bagien i na rozlewiskach zauważono też czaple, zimorodki, błotniaki stawowe oraz żurawie.

Nagrania pozwalają nie tylko poznać różnorodność gatunkową, ale też analizować aktywność zwierząt i wykorzystanie przestrzeni. Zebrane dane mają znaczenie naukowe, edukacyjne i ochronne – pomagają lepiej chronić te wyjątkowe tereny i popularyzować wiedzę o lokalnej przyrodzie. Dzięki takim badaniom kampus UJ i jego sąsiedztwo stają się żywym laboratorium obserwacji dzikiej natury tuż za miejskimi murami.

trzęsienia ziemi na… Podhalu?

autorka: izabela bierNat

Planszówka o... promieniowaniu

Uniwersytet Jagielloński wydał nową grę planszową. „SOLA r IS. Misja Naukowa” to pierwsza w Polsce gra edukacyjna, która w przystępny sposób wyjaśnia działanie akceleratora cząstek i zastosowanie promieniowania synchrotronowego.

Projekt przygotował zespół Narodowego Centrum Promieniowania Synchrotronowego SOLA r IS we współpracy z nauczycielami. Gracze wcielają się w zespoły badawcze i realizują własne projekty, zarządzając zasobami oraz rozwiązując zadania z fizyki, chemii i biologii. Plansza odwzorowuje prawdziwe wnętrze krakowskiego synchrotronu – jedynego w Polsce źródła promieniowania synchrotronowego. To analogowa wyprawa do świata laboratoriów, uzupełniona kartami zadań i quizami naukowymi. Gra powstała w ramach programu „Akademia Skilla”, finansowanego przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego w konkursie „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II”. Twórcy podkreślają, że celem gry jest pokazanie młodzieży, że wielka nauka zaczyna się od ciekawości – oraz że laboratorium może być równie wciągające jak najlepsza planszówka.

Laureaci nagrody im. ks. stanisława Musiała

Nagroda im. ks. Stanisława Musiała, przyznawana za zasługi w dialogu chrześcijańsko – i polsko-żydowskim, w tym roku trafiła do prof. Moniki Adamczyk-Garbowskiej oraz o. Pawła Mazanki. Prof. Adamczyk-Garbowska, badaczka literatury żydowskiej i tłumaczka literatury jidysz, wnosi istotny wkład w rozwój studiów polsko-żydowskich po 1989 roku. Jest autorką kluczowych książek, m.in. „Polska Isaaca Bashevisa Singera” oraz „Odcienie tożsamości”, a także projektów dokumentujących historię Żydów w Polsce, w tym tomów „Tam był kiedyś mój dom...” i „Następstwa zagłady Żydów. Polska 1944-2010”. O. Mazanek, redemptorysta i filozof z UKSW, angażuje się w upamiętnianie żydowskiej społeczności Szydłowa. Prowadzi badania archiwalne, rewitalizację cmentarza żydowskiego oraz edukację młodzieży, organizując spotkania polsko-żydowskie i publikując materiały dokumentujące historię regionu.

Nagroda w dwóch kategoriach honoruje zarówno twórczość, jak i działalność społeczną na rzecz dialogu.

Zespół naukowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego i czterech innych uczelni przeprowadził pierwsze kompleksowe badania paleosejsmiczne na Podhalu. Analizy wskazują, że w okresie od około 40 do 10 tys. lat temu region, dziś uważany za sejsmicznie spokojny, doświadczał silnych trzęsień ziemi.

Przedmiotem badań był nieznany wcześniej uskok tektoniczny w okolicach Brzegów, leżący na wschód od Bukowiny Tatrzańskiej. Widoczna w terenie skarpa o wysokości do czterech metrów i długości trzech kilometrów jest dowodem powierzchniowych przemieszczeń podczas trzęsień o magnitudach powyżej 6 stopni.

Badania LiDA r , kartowanie geomorfologiczne, georadar oraz tomografia erT potwierdziły obecność pionowej strefy uskokowej, a wykop paleosejsmiczny wykazał przesunięcie osadów o około 40 cm. Naukowcy oszacowali wiek uskoku na 10-50 tys. lat, sprzed maksimum ostatniego zlodowacenia. Odkrycie ma istotne znaczenie dla zrozumienia historii sejsmicznej Karpat i oceny zagrożeń geologicznych. Badania opublikowano w czasopiśmie „Geomorphology”, a pierwszym autorem pracy był dr hab. Jacek Szczygieł z Uniwersytetu śląskiego.

Źródło informacji: uj.edu.pl

Rozmowa z p R of. wojciechem Baluchem

uniwErsytEt > studenci > kultura > sport

autorka: Klaudia katarzyńska

nie da się już uczyć tak, jak przed erą sztucznej inteligencji”

– Ten egzamin udowodnił, że sprawne przyswajanie i rozumienie danych to kompetencje, które wciąż będą nam niezbędne. Sztuczna inteligencja nie posiada sprawczości i to jest punkt, w którym jako ludzie bezsprzecznie przeważamy nad tym narzędziem – mówi prof. Wojciech Baluch z Wydziału Polonistyki UJ. Eksperymentalny egzamin na UJ udowadnia, że tradycja nie musi wykluczać innowacji.

Informacja o wykorzystaniu sztucznej inteligencji podczas egzaminu na Wydziale Polonistyki wywołała dyskusję w mediach społecznościowych. Część komentujących uznała to za przykład nowoczesnego podejścia do kształcenia, inni zwracali uwagę na kwestie autentyczności prac studenckich, etyki oraz kosztów ekologicznych. egzamin odbył się w formule debaty oksfordzkiej, a udział w nim wzięli wyłącznie chętni studenci pierwszego roku wiedzy o teatrze i performatyki. Ich zadaniem była obrona wylosowanej tezy lub antytezy dotyczącej wcześniej wybranego dzieła. Na przygotowanie strategii argumentacyjnej mieli 30 minut i mogli korzystać ze wsparcia narzędzi opartych na sztucznej inteligencji. Profesor Wojciech Baluch, który przeprowadził ten eksperymentalny egzamin, wyjaśnia nam, jak mądrze współpracować z technologią i dlaczego krytyczne myślenie to dziś najważniejsza broń studentów.

Po opublikowaniu na Facebooku wydziału Polonistyki informacji o przeprowadzeniu przez Pana egzaminu z użyciem sztucznej inteligencji wywiązała się burzliwa dyskusja. Co Pan na to?

 Prof. Wojciech Baluch: Nie prowadziłem dokładnych statystyk, ale odniosłem wrażenie, że głosów pozytywnych było zdecydowanie więcej. Co ciekawe, i co potwierdzają niektóre badania, ku zaskoczeniu wielu osób to właśnie kadra nauczająca bywa bardziej otwarta na sztuczną inteligencję niż same osoby studenckie, choć oczywiście zależy to od konkretnego wydziału. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to zupełnie zaskoczyło. Głosy krytyczne, które się pojawiły, były dość ostre i radykalne, ale w ogólnym rozrachunku widziałem przewagę aprobaty. Choć jeśli spojrzeć tylko na „lajki” i reakcje pod postem, rozkładało się to pewnie po połowie.

fot. Emilia Czaja

– Jesteśmy w sytuacji, w której używanie AI staje się nieuniknione. Lepsze, zoptymalizowane wykorzystanie sztucznej inteligencji w edukacji pozwoli nam nie tylko lepiej kształcić, ale paradoksalnie może też pomóc ograniczyć nieefektywne zużycie energii przez technologię. Przed nami dużo pracy, by tę współpracę ułożyć mądrze – mówi prof. Wojciech Baluch.

Głosy krytyczne najczęściej dotyczyły kwestii ekologicznych związanych z używaniem A i . Jak Pan się do nich odnosi?

 rozumiem te obawy i w pełni się z nimi zgadzam. Koszty środowiskowe rozwoju AI to realne zagrożenie, o którym musimy mówić głośno. Do tego dochodzi potężny problem własności tekstów, na których trenowano modele. Z drugiej strony jesteśmy w sytuacji, w której używanie tych narzędzi staje się nieuniknione. Moim zdaniem lepsze, zoptymalizowane wykorzystanie sztucznej inteligencji w edukacji może nie tylko poprawić jakość kształcenia, ale także ograniczyć nieefektywne zużycie energii przez technologię. Przed nami dużo pracy, by tę współpracę ułożyć mądrze.

współpraca ze sztuczną inteligencją może nam wiele ułatwić, o ile jest przemyślana. Jakie najważniejsze umiejętności zyskali studenci, gdy zamiast zakazu używania A i otrzymali od Pana instrukcję, jak mądrze z nią współpracować?

 Zależało mi przede wszystkim na tym, by osoby studenckie „zaprzyjaźniły się” z tą technologią. Chciałem, by zobaczyli w niej narzędzie wspierające, a nie jedynie sposób na obejście własnej pracy. Przygotowałem dla nich listę około dwudziestu metod wykorzystania AI. Nie ze wszystkich skorzystali, co zrozumiałe przy presji czasu, ale pokazanie tych możliwości miało jeden cel: odejście od prostego kliknięcia „zrób pracę za mnie”. AI może być partnerem do burzy mózgów, może wesprzeć psychicznie, a także poprawić styl tekstu czy wyjaśnić niezrozumiałe terminy.

Jeśli chodzi o konkretne umiejętności, to jako nie-pedagog mogę jedynie spekulować, ale powszechnie uważa się, że kluczowe będą tu kompetencje poznawcze

wyższego rzędu. Osoby studenckie musiały nauczyć się błyskawicznej syntezy informacji uzyskanych od AI. Sprawdzałem to dość precyzyjnie: musiały na przykład z trzech różnych podpowiedzi ułożyć jeden spójny argument. W toku debaty, pod presją czasu i wyniku, wcale nie jest to łatwe.

Paradoksalnie, ten egzamin pokazał, że bardzo istotne są umiejętności z teoretycznie „niższego poziomu”, jak szybkie zapamiętywanie i rozumienie dostarczonego materiału. Pół godziny debaty wymaga od osoby studenckiej, aby sprawnie opanowała treść, którą AI wygenerowała. To różni się od powszechnego przekonania, że

przy AI nic już nie trzeba wiedzieć. egzamin udowodnił, że sprawne przyswajanie i rozumienie danych to kompetencje, które wciąż będą nam niezbędne.

A jak studenci ocenili ten egzamin?

 Opieram się tu przede wszystkim na ankietach, choć nie otrzy-

– Ciekawe światło rzucają badania znajomej badaczki z Turcji. Pokazują one, że osoby lepiej piszące –te z większą wyobraźnią i własnym stylem – oceniają współpracę ze sztuczną inteligencją znacznie wyżej niż osoby piszące słabo. To dowodzi, że ludzka inteligencja i oryginalność wchodzą w pewną synergię z AI – twierdzi prof. Baluch.

małem ich od wszystkich osób, ponieważ wypełniali je wyłącznie ochotnicy. W zasadzie wszyscy, którzy podzielili się opinią, byli bardzo zadowoleni. Z ankiet wynikało, że osoby studenckie postrzegają AI jako narzędzie, które je rozwinęło, było pomocne i pozwoliło im lepiej zrozumieć materiał. Co istotne, znakomicie poradzili sobie z samą, dość trudną, formą debaty. W niektórych krajach, na przykład w Holandii na filozofii, jest to popularna formuła egzaminu czy próby intelektualnej; u nas jednak nie. Trochę się obawiałem, czy uda się utrzymać taką dyskusję przez pełne pół godziny, ale wszyscy uczestnicy poradzili sobie znakomicie.

w Pana artykule dotyczącym wykorzystania A i w warunkach kontrolowanego egzaminu, wspomina Pan o utworzeniu „asystentki A i ”. Czy to narzędzie również oceniało studentów?

 Wirtualna asystentka to narzędzie czysto techniczne, choć muszę przyznać, że dość sprytne pod względem semantycznym. Chcę to wyraźnie podkreślić: nie ocenia ona studentów. Jej zadaniem jest jedynie „wyłuskanie” z ogromu danych tych wypowiedzi, które są wyrazistymi argumentami lub tzw. węzłami argumentacyjnymi. Następnie system wskazuje mi potencjalne źródła tych argumentów w rozmowie, którą osoba studencka prowadziła z ChatGPT. Dzięki temu ja, jako egzaminator, otrzymuję przejrzystą siatkę powiązań, która pozwala szybciej zorientować się w materiale. Marzyło mi się, aby to narzędzie pozwalało na jeszcze głębszy wgląd w kontekst, ale nie jestem informatykiem i przygotowanie takiego systemu zajęłoby mi zbyt dużo czasu. Niemniej jednak takie pomocnicze narzędzia będą w pracy egzaminatora niezwykle pomocne.

w swoim badaniu zauważa Pan, że studenci często przypisywali sobie większą samodzielność, niż wynikało to z analizy ich interakcji z A i . Jak planuje Pan w przyszłości skalibrować wskaźnik samodzielności, by sprawiedliwie oceniać realny wkład własny studenta?

 To dyskusja, która toczy się obecnie bardzo intensywnie. Wielu moich kolegów i koleżanek uważa, że osoby studenckie przeceniają swój wkład w sytuacjach, gdy współpracują z technologią. Moim zdaniem problem wynika stąd, że wciąż stosujemy stare kryteria

fot. Emilia Czaja

oceny samodzielności. Skupiamy się na tym, kto wyprodukował daną koncepcję czy pojęcie – a tu często autorem jest AI – natomiast zbyt małą uwagę poświęcamy temu, w jaki sposób osoby studenckie z tych elementów korzystają. Ważne staje się to, w jaki sposób je łączą, syntetyzują i wykorzystują w praktyce.

Musimy wypracować nowe kryteria, ale to wymaga ogromnej liczby badań i współpracy wielu egzaminatorów. W moim badaniu, o które Pani pyta, zastosowałem metodę jakościowo-ilościową: poszczególnym typom promptów przypisałem intuicyjnie stopień samodzielności w skali od jeden do dziesięć. Kiedy wyciągnąłem średnią, okazało się, że wynik był bardzo zbliżony do samooceny, jaką wystawiały sobie osoby studenckie. Wygląda więc na to, że w tym konkretnym przypadku nie jednak przeceniali swojej roli.

Chcę jednak wyraźnie zaznaczyć: to był jedynie pilotaż. Takie badanie służy raczej zaprojektowaniu dalszych prac niż wyciąganiu ostatecznych wniosków. Próba była zbyt mała, a obszar zbyt wąski. Potrzebujemy podobnych eksperymentów na różnych przedmiotach i kierunkach, aby wspólnie wypracować zupełnie nowe metody oceniania.

Zauważyłam, że na kierunkach humanistycznych ciągle drżymy o naszą „oryginalność”. Co dziś decyduje o autentycznym, humanistycznym talencie, skoro A i próbuje się upodabniać do naszej twórczości? Czy możemy być jeszcze oryginalni?

 Moim zdaniem to właśnie oryginalność pozostanie tym, co ostatecznie odróżni człowieka od algorytmu. Ciekawe światło rzucają na to badania znajomej badaczki z Turcji, które dotarły do mnie zaledwie kilka dni temu. Pokazują one, że osoby lepiej piszące – te z większą wyobraźnią i własnym stylem – oceniają współpracę ze sztuczną inteligencją znacznie wyżej niż osoby piszące słabiej. To dowodzi, że ludzka inteligencja i oryginalność wchodzą w pewną synergię z AI: sumują się, a wręcz mnożą, dając humaniście realną przewagę. Umiejętność samodzielnego myślenia jest istotna zarówno wtedy, gdy piszemy solo, jak i wtedy, gdy wspieramy się maszyną. Paradoksalnie humanistyka wcale nie musi tu wypadać gorzej niż inne dziedziny. Proszę zauważyć, że w badaniach dotyczących inżynierii wynik był odwrotny: to osoby słabiej radzące sobie

z zadaniami matematycznymi najwyżej oceniały pomoc AI. U humanistów to właśnie wyobraźnia i sprawczość są tym, co decyduje o sukcesie. Sztuczna inteligencja nie posiada sprawczości i to jest punkt, w którym jako ludzie wciąż bezsprzecznie przeważamy nad tym narzędziem. Oczywiście istnieje ryzyko, że pracodawcy będą chcieli zastępować ludzi schematami, ale jeśli, przykładowo, wszystkie scenariusze zaczną być pisane przez AI, rozsypie się fundament kultury wysokiej. Dlatego stawianie na autentyczność ma dziś większy sens niż kiedykolwiek.

A czy obawia się Pan, że sztuczna inteligencja w przyszłości zastąpi wykładowców?

 Myślę, że w wielu obszarach pracy rzeczywiście nas zastąpi. Jednak dzięki temu zyskamy czas na pracę indywidualną z osobami studenckimi, a nie tylko na wystawianie ocen. egzaminowanie czy testowanie powinno służyć wskazywaniu kierunków rozwoju, oraz analizie mocnych i słabych stron, na co zazwyczaj brakuje nam czasu. Proszę zauważyć, że egzamin w formule, którą przeprowadziłem, zajmuje mi cztery razy więcej czasu niż na ten tradycyjny. Ten czas musimy skądś wziąć. Jeśli AI przejmie przekazywanie podstawowych treści w wiarygodny sposób, będziemy mogli skupić się na relacji mentoringowej. To jednak wymaga rewolucyjnych zmian organizacyjnych na uczelniach, takich jak modyfikacja harmonogramów czy wprowadzanie sesji przeznaczonych na samodzielną naukę z AI. Uczelnie z natury nie lubią tak głębokich reform, ale są one niezbędne.

w badaniach wspominał Pan o kosztach finansowych A i , m.in. o zużyciu tokenów. Czy Pana zdaniem polskie uczelnie są gotowe pod względem budżetowym na wdrażanie takich modeli na większą skalę oraz na systematyczne badanie współpracy wykładowców i studentów z A i ?  Uczelnie znajdują się pod ogromną presją finansową, a budżetowe finansowanie nauki w Polsce jest, mówiąc wprost, bardzo niskie. To jednak problem globalny, który otwiera szerszą dyskusję o tym, jak w ogóle finansować naukę. Z jednej strony mamy już pewne zasoby – na przykład na naszej uczelni korzystamy z Microsoft Copilot, co pozwala zdobywać pierwsze doświadczenia we współpracy z AI bez do-

Prof. Baluch: – Choć sam rozwój dużych modeli językowych chwilowo nieco przyhamował, to zmiany w modelach edukacyjnych i kwestiach etycznych postępują błyskawicznie. To, co jeszcze rok temu było przedmiotem ogólnych dyskusji, dziś bardzo mocno się konkretyzuje. Musimy działać sprawnie.

datkowych nakładów. Z drugiej strony, aby prowadzić rzetelne badania, potrzebujemy zakupu specjalistycznych aplikacji i narzędzi. Wyzwania logistyczne oraz gwałtownie rosnące koszty operacyjne AI pokazują, że rozwiązania sprawdzające się w pilotażach mogą okazać się zbyt drogie dla masowego odbiorcy. Niezbędna jest współpraca z informatykami, aby rzetelnie ocenić, czy pełne wdrożenie tych narzędzi w edukacji nie wykracza poza obecne możliwości finansowe.

Jak Pana zdaniem uniwersytet Jagielloński, z całą swoją tradycją, powinien reagować na zachodzące zmiany technologiczne?

 Wydaje mi się, że każdy uniwersytet powinien reagować przede wszystkim bardzo szybko. Moje przekonanie opieram na tym, co obserwuję obecnie na świecie. W tym roku brałem udział w wielu konferencjach i utrzymuję stały kontakt z osobami pracującymi nad rozwojem AI. Zmiany w edukacji związane ze sztuczną inteligencją niezwykle przyspieszyły. Dojdzie do bardzo dużej konkurencji pomiędzy uczelniami, a wręcz państwami, i pojawią się spore różnice w tempie adaptacji. Choć sam rozwój dużych modeli językowych chwilowo nieco przyhamował, to zmiany w modelach edukacyjnych i kwestiach etycznych postępują błyskawicznie. To, co jeszcze rok temu było przedmio-

tem ogólnych dyskusji, dziś bardzo mocno się konkretyzuje. Musimy działać sprawnie.

Czyli egzaminy w formie debaty z A i wejdą na stałe do sylabusa?

 Tak, chcę to wprowadzić na stałe. Tradycyjny esej pisany w domu jest już w zasadzie niemożliwy do uczciwego ocenienia. Z kolei egzamin w formie debaty wnosi znacznie więcej niż klasyczne „odpytywanie”. Sam brałem udział w wielu egzaminach z poetyki – bardzo lubiłem ten przedmiot, ale te spotkania rzadko bywały rozwijające i wskazywały mocne oraz słabe strony.

Formuła debaty jest pożyteczna dydaktycznie. Będę ją rozwijał, przyglądając się reakcjom i modyfikując kryteria tak, aby motywować osoby studenckie. Chodzi o to, by ostatecznie zainteresować je samym przedmiotem, a nie tylko technologią. 

Artykuł

prof. Balucha o efektach egzaminu z użyciem Ai przeczytać można tutaj:

fot. Emilia Czaja

Sentymenty w cyf R owym świecie

Przewijanie kaset ołówkiem. Czy

tęsknimy za tym?

autorka: Klaudia katarzyńska

Szum przewijanej ołówkiem kasety czy smak gumy Turbo – te drobne wspomnienia działają dziś na nas mocniej niż kiedykolwiek. W świecie przebodźcowania nostalgia przestaje być jedynie sentymentem, a staje się mechanizmem przetrwania. Dlaczego za „dawnymi czasami” tęsknią nawet ci, którzy dopiero co w nich żyli?

Wyniki badania przeprowadzonego przez CBOS w ubiegłym roku pokazują, że nostalgia staje się elementem codziennego życia emocjonalnego Polaków. Aż 13 proc. respondentów przyznało, że odczuwało tęsknotę lub nostalgiczne wspomnienia.

Nostalgia wcale nie musi dotyczyć czasów, które pamiętamy w najdrobniejszych szczegółach. Może być reakcją obronną na nadmiar bodźców. W internecie znajdziemy wiele opracowań sugerujących, że idealizowanie przeszłości pomaga nam budować poczucie bezpieczeństwa. Dlaczego? Bo przeszłość jest „stała” i jej zakończenie już znamy, dlatego nic nas w niej nie zaskoczy. W świecie, w którym w zawrotnym tempie rozwijają się nowe technologie, a każda sekunda przynosi nową informację, powrót do przeszłości staje się formą psychicznego detoksu.

Emocjonalna kotwica

Wyniki badania przeprowadzonego przez CBOS w ubiegłym roku pokazują, że nostalgia staje się elementem codziennego życia emocjonalnego Polaków. Aż 13 proc. respondentów przyznało, że odczuwało tęsknotę lub nostalgiczne wspomnienia, co lokuje to uczucie wśród powszechnych stanów psychicznych – obok zmęczenia, napięcia czy niepokoju. Tak wysoka częstość wskazań sugeruje, że nostalgia przestaje być postrzegana jako sentymentalna ciekawostka związana wyłącznie z przeszłością. Coraz częściej funkcjonuje

jako naturalna reakcja na tempo współczesnego świata i nadmiar bodźców. Można więc mówić o niej jako o stałym składniku emocjonalnego krajobrazu społecznego, ujawniającym zbiorową potrzebę zatrzymania się w rzeczywistości podlegającej nieustannej zmianie.

Z psychologicznego punktu widzenia nostalgia to złożony mechanizm regulujący emocje. Przywoływanie znaczących wspomnień może wzmacniać poczucie sensu życia, spójność własnej historii oraz przynależności do innych ludzi. W momentach niepewności

lub stresu powrót do dobrze znanych obrazów z przeszłości działa jak emocjonalna kotwica. Jednocześnie nostalgia bywa uczuciem ambiwalentnym: przynosi ukojenie, ale w nadmiarze może utrwalać tęsknotę za tym, co nieosiągalne. To napięcie między pocieszeniem a stratą sprawia, że nostalgia staje się jedną z najbardziej wielowymiarowych emocji współczesnego człowieka.

Siła wspomnień Zjawisko to doskonale rozumie Agnieszka Wróbel, twórczyni instagramowego profilu

@sentymenty_oficjalnie, która swoją internetową podróż w czasie rozpoczęła od zawodowej pracy z social mediami.

– Zamiłowanie do tematyki retro towarzyszyło mi chyba od zawsze, więc był to naturalny kierunek – przyznaje. Agnieszka szybko zauważyła, że w ludziach drzemie naturalna i silna skłonność do powracania wspomnieniami do przeszłości. – Mój profil na Instagramie może być takim wirtualnym muzeum, miejscem wymiany myśli o tym, jaka kiedyś była muzyka, moda, zwyczaje i tak naprawdę wszystko to, co nas otaczało –wyjaśnia.

Nostalgia ma różne barwy, zależnie od tego, w którym momencie cyfrowej rewolucji przyszło nam dorastać. Dla pokolenia naszych rodziców i starszych milenialsów, to przede wszystkim tęsknota za światem analogowym. W ich wspomnieniach pojawiają się m.in. osiedlowe trzepaki, kasety magnetofonowe przewijane ołówkiem czy długie rozmowy przez telefon stacjonarny. To był czas, w którym brak telefonu oznaczał autentyczną wolność, a internet dopiero powoli pojawiał się w szkolnych pracowniach informatycznych i kafejkach komputerowych. Z kolei pokolenie Z, choć dorastało już w świecie cyfrowym, niekoniecznie tęskni wyłącznie za estetyką lat 90. czy początków millenium. W rozmowach z przedstawicielami tego pokolenia częściej powraca motyw pragnienia prostszego, mniej zapośredniczonego życia. Tęsknią za czasem, w którym rozwijanie pasji nie było obciążone lękiem, że za chwilę zastąpi je technologia, a codzienność w większym stopniu toczyła się wokół lokalnych relacji niż ekranów. Ich wspomnienia dotyczą przede wszystkim doświadczeń: spontanicznych spotkań na boisku, budowania baz w parkach, wspólnego słuchania tych samych „wakacyjnych” piosenek czy drobnych rytuałów dzieciństwa, które nadawały rytm dniom i budowały poczucie wspólnoty.

Bliskość zamiast ekranu również cyfrowa rozrywka miała w tych narracjach inny charakter niż dziś. Gry komputerowe i pierwsze platformy internetowe były raczej pretekstem do bycia razem niż formą izolacji – grano obok siebie, komentując każdy ruch, a technologie pełniły funkcję dodatku do relacji tworzonych twarzą w twarz. Dlatego nostalgia najmłodszego pokolenia rzadziej dotyczy samej technologii, a częściej sposobu przeżywania czasu:

– Nadpodaż wszystkiego – rozrywek, seriali, muzyki, wszelkiego rodzaju produktów –sprawia, że coraz mniej jest przestrzeni na powszechne, wspólne dla wszystkich doświadczenia – zauważa Agnieszka Wróbel, twórczyni instagramowego profilu @sentymenty_oficjalnie.

mniejszej presji bycia online, większej swobody, poczucia integracji społecznej i życia „tu i teraz”. To tęsknota za doświadczeniem bliskości, które w realiach nieustannej łączności staje się coraz trudniejsze do uchwycenia.

To, co najbardziej przyciąga nas do nostalgicznych treści, to właśnie poczucie wspólnoty, którego w dzisiejszym świecie zaczyna nam brakować. Agnieszka zwraca uwagę na komentarz, który regularnie pojawia się pod jej postami: „My chyba wszyscy chodziliśmy do tej samej podstawówki”. Okazuje się, że niezależnie od tego, czy dorastaliśmy w wielkim mieście, czy w mniejszej miejscowości –jak Agnieszka w Zamościu – nasze doświadczenia były zaskakująco podobne. – Chodziło się na ogół do podobnej szkoły-tysiąclatki, oglądało te same seriale na dosłownie kilku dostępnych kanałach telewizji, zajadało się tymi samymi chipsami i jeździło na podobne wakacje – mówi. To była ostatnia generacja, która dorastała bez smartfonów w kieszeni, a internet był wtedy jedynie ciekawostką. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. – Nadpodaż wszystkiego – rozrywek, seriali, muzyki, wszelkiego rodzaju produktów – sprawia, że coraz mniej jest przestrzeni na powszechne, wspólne dla wszystkich doświadczenia – zauważa Agnieszka. Może właśnie dlatego tak chętnie wracamy do przeszłości: wydaje

nam się, że wtedy wszystko było prostsze, a nasze życia – bardziej do siebie podobne.

Algorytmiczne bańki

Choć profil Agnieszki rozwija się dzięki technologii, ona sama nie boi się krytycznego spojrzenia na współczesność. Pytana o to, co najchętniej przywróciłaby do dzisiejszego stylu życia, odpowiada bez wahania: – Zdecydowanie przywróciłabym czasy „przedkomórkowe”, a zwłaszcza okres sprzed social mediów.

Jej zdaniem dzisiejsze sieci społecznościowe, sterowane przez algorytmy, często zamykają nas w bańkach, zamiast pobudzać do samodzielnych poszukiwań. Brakuje nam także namacalności tego, co daje papier. – Coraz bardziej ubolewam nad tym, jak bardzo znika z naszego życia papier, szczególnie gazety i magazyny. Mam wrażenie, że nie doceniamy dziś, jakim dobrodziejstwem była radość przewracania stron, natrafienia na jakiś przypadkowy tekst, którego dziś w internecie raczej nigdy nie odnajdziemy – podsumowuje. Co ciekawe, współczesna nostalgia coraz rzadziej ogranicza się do prywatnych wspomnień, a częściej staje się zjawiskiem kulturowym i rynkowym. Powroty do estetyki dawnych lat widać w modzie inspirowanej latami 90., w filtrach stylizowanych na stare aparaty cyfrowe czy w popularności jednorazowych kamer i płyt winy-

lowych. Coraz wyraźniej pojawia się także tęsknota za niedawną przeszłością – choćby za rokiem 2016, który w mediach społecznościowych funkcjonuje jako symbol czasu sprzed algorytmicznej nadprodukcji treści. Na platformach takich jak TikTok viralową popularność zdobywają nagrania oznaczane jako „2016 core”: krótkie montaże dawnych zdjęć, fragmentów piosenek i codziennych scen, które przywołują atmosferę beztroskich wakacji i pierwszych doświadczeń dorastania. retro obecne jest w trendach „throwback”, archiwalnych fotografiach z dzieciństwa czy materiałach odtwarzających szkolne lub wakacyjne wspomnienia.

Pojawia się jednak pytanie: gdzie leży granica? Nostalgia jest jak ciepły kocyk, ale jeśli zawiniemy się w niego zbyt szczelnie, możemy przestać zauważać to, co dzieje się tu i teraz. Istnieje ryzyko idealizowania przeszłości, ale spoglądanie wstecz pozwala wyraźniej zobaczyć różnicę między dawną prostotą a współczesnym życiem zdominowanym przez technologie. Taka tęsknota pomaga nam nazwać wartości, które w cyfrowym pędzie zaczęły nam po prostu umykać. Warto traktować ją jako lekcję o świecie, w którym uwaga nie była jeszcze towarem, a zbieranie karteczek do segregatora budowało trwalsze relacje niż tysiąc polubień pod rolką w social mediach. 

fot. archiwum prywatne

Rozmowa z d R alek S and R ą p owieRSką

Jak trzymać w ryzach media (anty)społecznościowe?

autorka: Klaudia katarzyńska

W świecie, w którym giganci technologiczni obiecują troskę o użytkownika, a jednocześnie monetyzują każdą sekundę jego uwagi, niektóre państwa zaczynają mówić „sprawdzam”. Przykładem jest Australia, która wprowadziła zakaz korzystania z social mediów przez osoby poniżej 16. roku życia. – Suwerenność cyfrowa to nie tylko kwestie gospodarki; to także, a może przede wszystkim, bezpieczeństwo i odporność cyfrowa. Chroniąc się przed monopolami, chronimy się przed nadużyciami – mówi w rozmowie z „WUJ em” dr Aleksandra Powierska z Instytutu Sztuk Audiowizualnych Uniwersytetu Jagiellońskiego, zajmująca się naukowo nowymi mediami.

Australia zdecydowała się na krok, który jeszcze dekadę temu wydawał się niemożliwy: wprowadziła restrykcyjny zakaz korzystania z mediów społecznościowych dla najmłodszych. Decyzja ta wywołała wiele pytań o granice wolności, odpowiedzialność gigantów technologicznych i realne możliwości weryfikacji wieku w sieci.

Jak z perspektywy czasu ocenia Pani realny wpływ australijskiego zakazu na codzienne funkcjonowanie młodych ludzi oraz ich higienę cyfrową?

 Dr Aleksandra Powierska: To wciąż zbyt krótki czas, by wyciągać rzetelne wnioski. Pamiętajmy, że zakaz korzystania z określonych mediów społecznościowych w gruncie rzeczy dotyczy praktyk kulturowych, z których część ma charakter nawykowy. Jego realny wpływ będzie można ocenić dopiero za kilka miesięcy, a nawet lat, w oparciu o pogłębione badania. Z doniesień prasowych wynika, że australijski rząd jest zadowolony. Mnie jednak interesują mechanizmy kompensacyjne: jak młodzi ludzie zastępują zakazane platformy? Czy szukają sposobów obejścia zakazu? Na ten temat wciąż wiemy niewiele.

Mówi Pani o potrzebie czasu na badania, ale platformy zareagowały błyskawicznie. Masowe usuwanie kont zmienia naszą wiedzę o ich technicznych możliwościach?

 Taina Bucher wprowadziła pojęcie „algorytmicznej wyobraźni”, opisujące sposób, w jaki użytkownicy postrzegają i doświadczają algorytmów. Większość z nas nie wie dokładnie, jak funkcjonują mechanizmy platform społecznościowych. Wynika to zarówno

– Zmiany prawne to jedno, ale warto wziąć pod uwagę rosnącą krytykę i niezadowolenie samych użytkowników. Coraz częściej świadomie rezygnują oni z mediów społecznościowych lub ograniczają korzystanie z nich. Platformy będą musiały wysłuchać tych uwag i wprowadzić zmiany, bo bez internautów po prostu nie przetrwają – mówi dr Aleksandra Powierska

z tajemnicy przedsiębiorstwa, jak i braku kompetencji, na przykład programistycznych. Na ogół nie czytamy szczegółowo regulaminów korzystania oraz polityk prywatności przed ich zaakceptowaniem, a w codziennym życiu rzadko myślimy o nieustającej pracy algorytmów analizujących każdy nasz ruch. efekt jest taki, że dopiero w momencie zaskoczenia uświadamiamy sobie ich obecność – np. gdy wyświetli się reklama produktu, o którym niedawno tylko rozmawialiśmy z przyjaciółmi na czacie. Takie sytuacje pokazują nam, ile jeszcze nie wiemy, choć często jesteśmy przekonani, że wiemy.

skoro te mechanizmy są tak potężne, nasuwa się pytanie: dlaczego jako społeczeństwo potrzebowaliśmy aż tyle czasu, by dostrzec realne zagrożenia płynące z niekontrolowanego dostępu do mediów społecznościowych?  Nie potrzebowaliśmy tego czasu, aby dostrzec zagrożenia – potrzebowaliśmy go, aby zacząć działać. rozwój technologii jest tak błyskawiczny, że prawo za nim nie nadąża. Media społecznościowe sprzed dekady temu były zupełnie inne niż dziś. Obserwujemy obecnie tworzenie i wdrażanie nowych instrumentów prawnych, które

mają sprostać wyzwaniom związanym choćby ze sztuczną inteligencją. Nie nadążamy też z edukacją – zarówno dzieci i młodzieży, jak i dorosłych. Tym ostatnim brakuje kompetencji medialnych, by skutecznie chronić najmłodszych. Dla przykładu: nie wystarczy wiedzieć, czym jest deepfake, trzeba jeszcze umieć go rozpoznać. Do tego dochodzą mechanizmy rynkowe i nieustanna walka między zyskiem a odpowiedzialnością społeczną.

Których obietnic w ramach tzw. samoregulacji wielkie korporacje technologiczne nie dotrzymały?

 Te, które są jawnie niedotrzymywane, są często głośno komentowane przez media. Mnie interesują natomiast te, które można by uznać za dotrzymane, jeśli nie spojrzy się na całokształt systemu. Weźmy przykład Mety [właściciela m.in. Facebooka i Intsagrama –przyp. red.] i deklaracji dotyczącej ostatnich wyborów prezydenckich w Polsce. W ramach tzw. strategii ochrony integralności wyborów Meta powołała elections Operations Center, gdzie specjaliści z różnych dziedzin mieli wykrywać potencjalne zagrożenia. Czy sprawiło to, że przestaliśmy tkwić w bańkach filtrujących i informacyjnych? Nie. Czy dzięki temu zmniejszył się stopień polaryzacji społecznej? Nie. Nie twierdzę, że działania podjęte przez Metę były niepotrzebne – wręcz przeciwnie – ale jednocześnie zachęcam do krytycznego spojrzenia na cały ekosystem mediów społecznościowych.

Analizując ten ekosystem, trudno pominąć kwestię uzależnień. na ile zasadne jest traktowanie mechanizmów

fot. archiwum prywatne

Australia zdecydowała się na krok, który jeszcze dekadę temu wydawał się niemożliwy: wprowadziła restrykcyjny zakaz korzystania z mediów społecznościowych dla najmłodszych. Ta decyzja wywołała wiele pytań o granice wolności, odpowiedzialność gigantów technologicznych i realne możliwości weryfikacji wieku w sieci.

stosowanych przez platformy – tzw. „addictive design” –w kategoriach zagrożenia zdrowia publicznego, a nie tylko wyboru konsumenckiego?

 W tym kontekście warto przywołać TikToka: krótkie i angażujące filmy, szybkie przewijanie oraz algorytm idealnie dopasowujący treści sprawiają, że ciężko jest wyłączyć aplikację. Każdy kolejny filmik to tzw. zastrzyk dopaminy. Skutek? Chcemy więcej. To tylko jeden z wielu przykładów. Dane Mastermind Behavior sugerują, że około 4-5 proc. użytkowników jest uzależnionych od mediów społecznościowych – to blisko 210 milionów osób na świecie. Nie możemy więc mówić wyłącznie o świadomym wyborze konsumenckim, bo żadnego uzależnienia nie da się traktować jako wolny wybór.

Jeśli uzależnienie odbiera nam wybór, to co mogą nam dać odgórne regulacje?

 Liczę, że użytkownicy staną się bardziej świadomi tego, na jakich danych pracują algorytmy i w jaki sposób je przetwarzają. Podczas jednych z prowadzonych przeze mnie warsztatów z młodzieżą na temat baniek informacyjnych za-

dano mi pytanie: po co w ogóle wychodzić z bańki, skoro jest w niej wszystko, co nam się podoba, i nie trzeba nawet niczego szukać, bo robią to za nas algorytmy? Mam nadzieję, że mimo wszystko nie zaniknie w nas ciekawość i otwartość na inne perspektywy, ale też, że będziemy bardziej ostrożni w dzieleniu się informacjami w sieci.

Czy zaostrzenie kursu wobec big techów oznacza odzyskiwanie przez państwa suwerenności cyfrowej?  To pierwszy krok. Suwerenność cyfrowa to nie tylko kwestie gospodarki; to także, a może przede wszystkim, kwestie bezpieczeństwa i odporności cyfrowej. Te ostatnie stają się kluczowe w obliczu wojen informacyjnych i hybrydowych. Chroniąc się przed monopolami, chronimy się przed nadużyciami. Niemniej jednak przed nami wciąż bardzo dużo pracy.

Dlaczego w debacie publicznej pomijamy destrukcyjny wpływ algorytmów na osoby dorosłe?

 Myślę, że wynika to z poczucia odpowiedzialności za najmłodszych i obowiązku ochrony ich przed zagrożeniami, takimi jak

hejt, dezinformacja czy kradzież tożsamości. Niewątpliwie jest to grupa najbardziej podatna na zranienie. Natomiast ja od lat powtarzam, że edukacja medialna oraz troska o dobrostan powinny dotyczyć wszystkich grup wiekowych. Wyznacznikiem nie powinien być wiek, ale poziom kompetencji medialnych i świadomość mechanizmów platformizacji, które wpływają na codzienne funkcjonowanie każdego człowieka.

Dorośli również stają się ofiarami nieuczciwych mechanizmów, jak choćby „ukrytego hazardu”. na ile brak zdecydowanej reakcji platform na to zjawisko obciąża ich wiarygodność jako podmiotów deklarujących dbałość o nasz dobrostan?

 Moim zdaniem pozorne działania czy deklaracje mają na celu przede wszystkim poprawę wizerunku. Nie są wyrazem realnej troski o użytkownika, a raczej praktyką tzw. „purpose washingu” – gdzie na pierwszym miejscu zawsze stoi interes korporacji.

wracając do przykładu Australii – czy tak radykalne zmiany prawne mogą fak-

tycznie wymusić na właścicielach platform stworzenie zupełnie nowych, bardziej etycznych modeli biznesowych?

 Zmiany prawne to jedno, ale warto wziąć pod uwagę rosnącą krytykę i niezadowolenie samych użytkowników. Coraz częściej świadomie rezygnują oni z mediów społecznościowych lub ograniczają czas spędzany online. Platformy będą musiały zwrócić na to uwagę i wprowadzić zmiany, bo bez internautów po prostu nie przetrwają. Australijski zakaz rozpoczął bardzo ważną debatę publiczną, która realnie przekłada się na działania regulacyjne.

Jaką wizję internetu za pięć lat kreślą dzisiejsze regulacje?

 To trudne pytanie, ale jedno jest pewne: media społecznościowe muszą się zmienić. Na konferencjach coraz częściej słyszę określenie „media antyspołecznościowe”. I coś w tym jest. Nawet nasza rozmowa koncentrowała się wokół algorytmizacji i zagrożeń płynących z uzależniających interfejsów. A przecież ostatecznie to ludzie powinni być głównymi aktorami tych mediów. 

fot. Freepik

Powrót do realu.

Czy jest jeszcze możliwy?

Papierowy kalendarz zamiast tego w telefonie? A może układanie puzzli jako zamiennik scrollowania? Nie jest łatwo przestawić się na analogowe życie, choć coraz chętniej do niego wracamy.

Dzisiaj trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie bez technologii, która stała się wszechobecna niemal w każdym aspekcie naszego życia. Zegarki mierzące puls oraz jakość naszego snu, kalendarze monitorujące cykl miesiączkowy, wirtualne kolorowanki i krzyżówki, automatyczne muzyczne playlisty –w internecie toczy się prawie całe nasze życie. Jednak im więcej tych technologicznych nowinek, tym częściej niektórzy próbują uciec w analogowe odpowiedniki. Czy taka ucieczka jest jeszcze możliwa, czy to tylko pozory, za którymi kryją się komercja, big techy i chwilowa moda?

Jaki będzie 2026?

Analogowy

Obecny rok został okrzyknięty analogowym. W mediach społecznościowych coraz częściej spotykamy się z materiałami prezentującymi mniej „cyfrowe” życie. Użytkownicy relacjonują swój powrót do fizycznych kalendarzy, pielęgnują modę na klasyczne zegarki kwarcowe zamiast smartwatchy, promują papierowe książki czy wywoływanie zdjęć z wakacji. Zwolenniczką tego zjawiska jest Kasia Górowska, studentka 1. roku polonistyki antropologiczno-kulturowej na UJ, która uważa, że jest to jeden z bardziej pozytywnych trendów.

– Mam wrażenie, że ostatnio ludzie coraz częściej zwracają się ku zdrowemu stylowi życia, zarówno jeśli chodzi o ciało, jak i o psychiczne samopoczucie – podkreśla. Podobne zdanie ma Natalia Biel, również studentka UJ. – Każda chwila spędzona poza światem cyfrowym to szansa na przeżycie przygody, którą będziemy pamiętać do końca życia – mówi.

autorka: Justyna arlet‑GŁowacka

Warto od razu zaznaczyć, że wszystkie te „analogowe zmiany” mają jedynie charakter tzw. mikrotrendu, czyli pojedynczych, jednostkowych przykładów, które raczej nie mają szansy stać się powszechne – ale o tym później. Temu trendowi towarzyszy przede wszystkim próba ograniczania korzystania z mediów społecznościowych. Coraz popularniejsze stają się również aplikacje blokujące lub ograniczające dostęp do social mediów. Jednak jednocześnie wiele z nich jest płatnych, co wplątuje nas w paradoksalną pętlę konsumpcjonizmu.

Popularność CD kontra streaming

Duża część naszego życia przeniosła się do internetu i telefonu pełnego aplikacji na każdą okazję. W niektórych z nas pojawia się bunt. Nie chcemy, aby to algorytmy dyktowały nam, czego mamy

słuchać, a platformy streamingowe decydowały, co możemy oglądać, a czego nie – bo zaraz zniknie wskutek wygaśnięcia licencji. A wiecie, co to iPod, discman lub walkman? A może gdzieś na dnie macie szuflady stary odtwarzacz MP3 z komunii, który sami zapełnialiście ulubioną muzyką? A nieśmiertelne winyle chyba zawsze są w modzie… Okazuje się, że Polacy chętnie wracają do fizycznych muzycznych płyt, co pokazują badania Związku Producentów Audio Video (ZPAV). Według analizy przeprowadzonej w 2025 roku (za rok 2024) sprzedaż tradycyjnego nośnika CD wzrosła w 2024 roku o 17 proc., przekraczając 100 mln zł przychodu. Niestety, mimo pojawiających się głosów o fali popularności płyt, są to jedynie wspomniane mikrotrendy, które nie zdołają powstrzymać nieuchronnego odchodzenia od fizycznych nośników i znacznej prze-

Papierowy kalendarz zamiast tego w telefonie? A może układanie puzzli jako zamiennik scrollowania? Nie jest łatwo przestawić się na analogowe życie, choć coraz chętniej do niego wracamy.

wagi streamingu. Przykładem może być chociażby firma Sony, która w 2025 roku zakończyła produkcję płyt Blu-ray (Panasonic zrobił to już w 2023). Platformy takie jak Netflix czy Spotify bezpowrotnie przejęły świat filmu i muzyki, a posiadanie w domu CD raczej nie wróci do mody na masową skalę.

Mniej online, czyli jak? Wielu jednak próbuje walczyć o bardziej analogowe życie. Jednym z prostszych rozwiązań jest ograniczenie czasu korzystania z social mediów, na co zdecydowali się zarówno Kasia, jak i Maksymilian, student Uniwersytetu rolniczego. – Zamiennikami dla aktywności w sieci stały się moje obecne zainteresowania i projekty, na przykład nauka języka, prowadzenie dziennika, czy więcej czasu poświęconego na książkę – wylicza Kasia. – Staram się unikać korzystania z nowych serwisów, takich

jak TikTok, bo wiem, że trudno byłoby mi przestać. Ograniczam także czas, jaki mogę spędzić w danej aplikacji w ustawieniach telefonu – proponuje Maks. Aby być mniej obecną w świecie online, Natalia dba o swoje życie w realu. – Uwielbiam spotkania z przyjaciółmi w krakowskich kawiarniach i rozmowy, które mogą trwać w nieskończoność. Wyjście do teatru na kilkugodzinny spektakl pozwala mi zapomnieć o wszelkich sprawach, mogę przeżywać i doświadczać tu i teraz, bez potrzeby zerkania w telefon – zaznacza.

Przeniesienie znajomości z Instagrama na spacer po Błoniach albo wspólne planszówki nie tylko wzbogaca relacje, ale też pozwala choć trochę uwolnić się od komunikowania się wyłącznie za pośrednictwem aplikacji. Wspominając o przy planszówkach, może warto odkurzyć karty i ułożyć na stole starego, dobrego pasjansa? Wcale nie potrzeba do tego telefonu. A papierowy dziennik i kalendarz to nie tylko analogowy trend, ale również przestrzeń dla naszej kreatywności (i prywatności!).

A może gdzieś w kącie kurzą się Wasze stare kolorowanki al-

bo nieułożone puzzle? Próbowaliście już malowania po numerach albo układanek z diamencików 3D? świat plastycznych rozrywek wciąż się rozwija, więc warto zajrzeć do najbliższego papierniczego i znaleźć coś dla siebie.

Jeśli natomiast Wasza cierpliwość nie zna granic, warto chwycić za szydełko i na kolejną zimę zmajstrować ciepłą czapkę [o modzie na szydełkowanie pisaliśmy w numerze styczniowym – przyp. red.].

Nie ma co się łudzić Chociaż rolki pokazujące stare analogowe budziki zamiast tych w telefonie są coraz popularniejsze, podobnie jak wracanie do tradycji wysyłania wakacyjnych pocztówek czy pisanie wiecznym piórem, muszę Was niestety zmartwić. Specjaliści podkreślają, że w globalnym kontekście te pojedyncze analogowe porywy duszy praktycznie nie mają znaczenia, bo zwyczajnie utonęliśmy już w technologii. – Mikrotrend na bardziej analogowe życie niestety nie ma szans stać się megatrendem. Dopóki media społecznościowe są projektowane w sposób uzależniający, nie ma co się łudzić, że

wielkie platformy zaczną dbać o nasz dobrostan fizyczny i psychiczny – podkreśla medioznawczyni dr Agnieszka Całek. Uzależniający mechanizm scrollowania czy pragmatyczna codzienna zależność od mediów społecznościowych (np. komunikowanie się, prowadzenie zawodowego profilu na LinkedInie lub po prostu praca w social mediach) sprawiają, że bycie offline wymaga wysiłku i dużej świadomości.

Podobne wątpliwości ma dr Malwina Popiołek, zajmująca się nowymi mediami. – To raczej chwilowa moda, która paradoksalnie może skończyć się nawet powszechnym relacjonowaniem swojego „analogowego życia” właśnie w… social mediach – tłumaczy.

Możliwe czy nie?

Liczby nie są optymistyczne, a mikroskala omawianego trendu nie wróży raczej fali zamykania kont w social mediach i lawinowego wzrostu zakupu papierowych kalendarzy. – Powrót do życia analogowego uważam za nierealny –konstatuje dr Popiołek. – świat się zmienił, żyjemy w społeczeństwie informacyjnym, a to nie tylko

social media, ale także e-administracja, e-commerce itd. Potrzebujemy informacji, aby w takim społeczeństwie funkcjonować. Nowe media są nam do tego potrzebne i często okazują się pożyteczne. Co innego media społecznościowe, to z nich naprawdę warto zrezygnować, a nie z technologii jako takiej – tłumaczy specjalistka. Dodaje również, że dostępne dane nie wskazują na wyraźny spadek liczby użytkowników mediów społecznościowych, choć pojawiają się doniesienia o mniejszej ilości czasu spędzanego w sieci, dlatego warto obserwować, czy taki trend się utrzyma.

Podobnymi spostrzeżeniami dzieli się dr Całek, podkreślając, że zamykanie jednych kont często wiąże się z migracją do nowych aplikacji, więc social media cały czas mają się świetnie. Chociaż życie w pełni analogowe to raczej utopia, a podejmowane działania mają charakter marginalny i niewielkie szanse, by stać się powszechne, to im więcej czasu przeniesiemy z życia online do świata realnego, tym lepiej dla nas. Każdy krok może być małą zmianą na lepsze. 

Pexels
Chociaż życie w pełni analogowe to raczej utopia, a podejmowane działania mają charakter marginalny i niewielkie szanse, by stać się powszechne, to im więcej czasu przeniesiemy z życia online do tego w realu, tym lepiej dla nas.

zd R owie p Sychiczne młodych

Czy młodzi w Polsce są szczęśliwi?

autorka: Klaudia katarzyńska

Choć w powszechnym przekonaniu uchodzimy za naród, który ciągle narzeka, to Polska zajmuje w rankingu szczęścia wysokie miejsce. Jak te optymistyczne liczby korelują z codziennymi wyzwaniami młodych ludzi i ich zdrowiem psychicznym?

Polska zajęła 26. miejsce w globalnym rankingu szczęśliwości World Happiness report 2025 opracowanym przez międzynarodowy zespół badaczy z Uniwersytetu Oksfordzkiego we współpracy z instytutem badawczym Gallup oraz strukturami ONZ. Wynik potwierdza wyraźny trend wzrostowy obserwowany w ostatnich latach, szczególnie w krajach europy środkowo-Wschodniej. O ile jednak ogólny poziom szczęścia jest wysoki, nie rozkłada się on równo wśród wszystkich grup wiekowych. Szczególną uwagę zwraca sytuacja najmłodszych obywateli. Autorzy raportu wskazują, że w krajach zachodnich młodzi dorośli coraz częściej doświadczają spadku dobrostanu oraz nasilającej się samotności. Wnioski badaczy opierają się na analizie realnych dochodów, poziomie wsparcia społecznego

O ile jednak ogólnie jesteśmy szczęśliwi, to poziom zadowolenia z życia nie dotyczy wszystkich grup wiekowych po równo. Szczególną uwagę zwraca sytuacja najmłodszych obywateli. W krajach zachodnich młodzi dorośli coraz częściej doświadczają spadku dobrostanu oraz rosnącej samotności.

oraz poczuciu wolności w podejmowaniu wyborów życiowych. O opinię na temat wyników raportu zapytaliśmy samych zainteresowanych. Bartek, student pierwszego roku matematyki, zachowuje dystans wobec optymistycznych danych: – Liczby rzadko oddają realny obraz życia w obliczu bardzo wysokich kosztów najmu mieszkań. Moim zdaniem ogólny wynik raportu pomija codzienne trudności finansowe wielu rówieśników – podkreśla. Zupełnie inne spojrzenie na tę sprawę ma Kasia, studentka trzeciego roku filologii angielskiej: – Najważniejszym czynnikiem satysfakcji jest ogromna swoboda w wyborze drogi życiowej. Nasze pokolenie ma szeroki

dostęp do zagranicznych rynków pracy oraz programów edukacyjnych. Te możliwości mogą budować u nas duże poczucie bezpieczeństwa – komentuje.

Szczęście wyszarpane z kalendarza

Psycholożka Aleksandra Gubała zauważa, że współczesny dobrostan często balansuje na granicy przetrwania: – Coraz częściej obserwuję, że pacjenci balansują na cienkiej granicy między autentycznym dobrostanem a wysokofunkcjonującym mechanizmem przetrwania. Globalne kryzysy i tempo życia wpychają nas w tryb ciągłej gotowości, ale szczęście wciąż pozostaje osiągalne – mówi.

ekspertka podkreśla, że współczesne szczęście wymaga wysiłku: – Dziś rzadko jest ono stanem naturalnym, częściej musimy je świadomie wypracować. rzadko bywamy szczęśliwi „przy okazji”, częściej musimy to szczęście sobie wręcz wyszarpać z kalendarza – dodaje.

Doktor ewa Jarczewska-Gerc, psycholożka z Uniwersytetu SWPS, zwraca uwagę na powszechny błąd w postrzeganiu dobrostanu jako stanu wolnego od problemów. – Bardzo często uważamy, że dobrostan czy szczęście to doświadczenia przeciwstawne wobec presji lub zmagań z trudnościami. Tymczasem badania pokazują, że te zależności są znacznie bardziej

złożone – wyjaśnia. Według badaczki trudne emocje są integralnym elementem szczęścia: – Negatywne emocje nie są zaprzeczeniem dobrostanu, lecz jego częścią. Kontakt z trudnymi doświadczeniami sprzyja rozwijaniu odporności psychicznej i elastyczności poznawczej – dodaje.

Podkreśla przy tym, że rankingi szczęścia mogą nie odzwierciedlać problemów młodych ludzi: – Studenci to grupa obciążona wysoką presją: akademicką, finansową i społeczną. rankingi szczęścia mogą współistnieć z pogarszającą się kondycją psychiczną części młodych osób. Kluczowe jest, czy mają narzędzia, by interpretować trudności i móc regulować emocje – zaznacza.

Obie rozmówczynie wskazują na istotną zmianę w postrzeganiu codziennego zadowolenia przez współczesne pokolenie. – Przez lata dawaliśmy „łapać się” na haczyk szybkiej dopaminy przez nowe gadżety czy bezustanne sprawdzanie powiadomień – zauważa Aleksandra Gubała, która twierdzi, że taki schemat działania prowadzi do emocjonalnego wyczerpania. efektem tego jest to, że w poszukiwaniu prawdziwej satysfakcji szukamy teraz w relacjach i pasjach. Szczęście jest wypadkową drobnych radości oraz głębokiego poczucia sensu własnych działań. Te spostrzeżenia znajdują potwierdzenie w analizie kondycji osób studiujących. – Studenci jako grupa doświadczają wysokiej presji akademickiej oraz finansowej –podkreśla dr ewa Jarczewska-Gerc. Badaczka zaznacza, że pozytywne statystyki mogą współistnieć z kryzysami psychicznymi u osób, które nie mają odpowiednich zasobów. Kluczowe znaczenie ma posiadanie kompetencji do właściwej oceny wyzwań. Według niej, zamiast braku trudności, najważniejszą rolę odgrywa umiejętność ich interpretacji. Dzięki temu młodzi ludzie zachowują poczucie wpływu na swoje życie nawet w obliczu dużych wymagań społecznych.

Codzienna walka o sens Perspektywa młodych ludzi pokazuje, jak teorie o dobrostanie i mechanizmach przetrwania przekładają się na codzienną praktykę. Bartek skupia się na pragmatycznej stronie życia w dużym mieście. Według niego wysokie koszty najmu oraz ogólna drożyzna często spychają marzenia o wysokim poczuciu szczęścia na dalszy plan. – Często funkcjonuję w trybie przetrwania, a moje zadowolenie ogranicza się do faktu terminowego opłacenia wszystkich

Osiąganie dobrostanu w niepewnych czasach staje się nową umiejętnością pokoleniową. Przejście od biernej obserwacji cudzych sukcesów w sieci do aktywnego nadawania znaczenia własnym wyzwaniom może prowadzić do trwałej satysfakcji. Być może ostateczny bilans zadowolenia zależy więc od umiejętności odłożenia telefonu i skupienia się na autentycznych relacjach oraz osobistej sprawczości.

rachunków – mówi. Zupełnie inną strategię życiową wybiera Kasia, dla której kluczową rolę odgrywają relacje z rówieśnikami oraz świadome zarządzanie czasem. –Prawdziwa satysfakcja płynie dla mnie z budowania trwałych więzi oraz poczucia wolności w kreowaniu własnej ścieżki. Szukam radości w drobnych chwilach i nie pozwalam, aby stres podczas egzaminów całkowicie zdominował moją ogólną ocenę rzeczywistości – podsumowuje.

Istotną przeszkodę w osiąganiu satysfakcji stanowi współcześnie pułapka nieustannych porównań w mediach społecznościowych. –Przez całą dobę zestawiamy własną codzienność, pełną obowiązków i zmęczenia, z idealnymi zdjęciami innych osób – zauważa Aleksandra Gubała. Zdaniem psycholożki taka postawa buduje poczucie straty oraz fałszywe przekonanie o ciekawszym życiu rówieśników. W efekcie przestajemy aktywnie kreować własne dni i stajemy się jedynie ich obserwatorami w pogoni za nieuchwytnym ideałem.

Do tego zjawiska odnosi się dr ewa Jarczewska-Gerc, która przywołuje naukową koncepcję syntetyzowania szczęścia. – Poczucie zadowolenia jest procesem poznawczym, a więc sposobem interpretacji zdarzeń i wpisywania ich w osobistą opowieść o sobie –tłumaczy. ekspertka podkreśla, że o dobrostanie świadczy wybór konkretnych sytuacji oraz ich ro-

zumienie w kontekście własnych wartości. W polskim społeczeństwie poczucie satysfakcji wynika często z odczucia wpływu na rzeczywistość i poczucia bycia potrzebnym. Polacy coraz częściej biorą odpowiedzialność za własny komfort psychiczny i budują go bez oczekiwania na idealne warunki zewnętrzne.

Szczęście obok kryzysu

Zestawienie optymistycznych wyników rankingu z twardymi danymi medycznymi ukazuje złożoność sytuacji w naszym kraju. Wysoka pozycja Polski w światowym zestawieniu rodzi uzasadnione pytania w obliczu narastających problemów ze zdrowiem psychicznym młodzieży. Według wyników ogólnopolskiego badania „MŁOD e GŁOW y Otwarcie o zdrowiu psychicznym”, niemal jedna trzecia uczniów w Polsce wykazuje brak chęci do życia. Z kolei oficjalne statystyki Narodowego Funduszu Zdrowia potwierdzają drastyczny wzrost liczby pacjentów poniżej osiemnastego roku życia, którzy korzystają z pomocy psychiatrów i psychologów. W ciągu ostatnich kilku lat zapotrzebowanie na leki przeciwdepresyjne w tej grupie wiekowej wzrosło o ponad sto procent. Wysoka ocena ogólnych warunków bytowych w międzynarodowych

zestawieniach współistnieje z głębokim kryzysem emocjonalnym polskiej młodzieży. Poczucie szczęścia deklarowane w ankietach często bywa jedynie fasadą, za którą kryje się potrzeba profesjonalnego wsparcia.

Osiąganie dobrostanu w niepewnych czasach staje się nową umiejętnością pokoleniową. Przejście od biernej obserwacji cudzych sukcesów w sieci do aktywnego nadawania znaczenia własnym wyzwaniom może prowadzić do trwałej satysfakcji. Być może ostateczny bilans zadowolenia zależy więc od umiejętności odłożenia telefonu i skupienia się na autentycznych relacjach oraz własnej sprawczości. 

Zareklamuj się w WUJ‑u! wuj_reklama@op.pl

fot. Pexels

c ykl „wokół kół”

La dolce vita po studencku

Czy miłość do języka może przerodzić się w społeczność, która żyje kulturą, tradycją i codziennością innego kraju? W ostatnich tygodniach oczy całego świata były skierowane na Włochy za sprawą zimowych igrzysk olimpijskich, przypominając o wyjątkowej energii i stylu tego kraju. Członkowie Koła Naukowego Italianistów UJ udowadniają, że fascynacja Italią nie kończy się na zajęciach z gramatyki. To przestrzeń spotkań, integracji i wspólnego odkrywania włoskiego stylu życia – z jego energią, pasją i radością bycia razem.

Koło Naukowe Italianistów UJ działa przy Zakładzie Filologii Włoskiej i – choć jego historia sięga 2009 roku – po pandemicznej przerwie przeżywa dziś swój renesans. Obecnie liczy 15 członków, którzy rozwijają działalność pod opieką dr Magdaleny Wrany (wkrótce do grona opiekunów ma dołączyć również dr Luca Palmarini). Funkcję przewodniczącej pełni Natalia Kijek, sekretarzem jest Michał Król, a skarbniczką Aneta Kawulok.

– Koło tak naprawdę dopiero od tego roku nabrało rozpędu. Dołączyło do nas wiele nowych twarzy i mam nadzieję, że coraz więcej osób zauważy naszą działalność i zdecyduje się w nią zaangażować – mówi Natalia Kijek, przewodnicząca koła.

Speaking club i… sprawa zaginionego kalafiora Impulsem do reaktywacji koła była potrzeba stworzenia „swojego” miejsca – przestrzeni, w której studenci mogą działać, realizować pomysły i budować społeczność wokół wspólnych zainteresowań. W centrum działania koła znajduje się Italia – jej język, kultura i codzienność. Studenci chcą zarażać innych miłością do włoskiej kultury i pokazywać, że nauka języka to przede wszystkim spotkanie z ludźmi i stylem życia.

– Poznałam tutaj masę wspaniałych ludzi. Nie jesteśmy dużą społecznością, ale za to bardzo zgraną. Dla mnie koło to przestrzeń, w której mogę realizować swoje pasje – zauważa Natalia Kijek. Jednym z najważniejszych filarów działalności koła są speaking cluby. To spotkania, podczas których osoby uczące się języka włoskiego mogą ćwiczyć mówienie w swobodnej i przyjaznej atmosferze. To przestrzeń bez stresu i ocen, gdzie najważniejsza jest komunikacja i przełamywanie bariery językowej. Koło organizuje także wydarzenia integrujące środowisko. Do tradycji należy Wigilia Italianistów, podczas której studenci wspólnie celebrują świąteczny czas.

Na początku roku akademickiego odbywa się spotkanie online dla nowych studentów, poświęcone zarówno działalności koła, jak i praktycznym wskazówkom dotyczącym studiowania. Nie brakuje również inicjatyw skierowanych

Mail: kolo.italianistowuj@gmail.com Facebook: Koło naukowe italianistów uJ instagram: @koloitalianistowuj

W centrum działaia koła znajduje się Italia – jej język, kultura i codzienność. Studenci chcą zarażać innych miłością do włoskiej kultury i pokazywać, że nauka języka to przede wszystkim spotkanie z ludźmi i stylem życia.

do szerszej społeczności. Jedną z nich jest gra miejska, która doczekała się już trzech edycji i na stałe wpisała się w kalendarz wydarzeń organizacji. Jej uczestnicy przemierzają Kraków, rozwiązując zadania inspirowane włoską kulturą, językiem i popkulturą, a fabuła każdej odsłony przybiera lekką, humorystyczną formę – jak choćby ostatnia edycja zatytułowana „Vendetta po krakowsku: sprawa zaginionego kalafiora”. W wydarzeniu biorą udział nie tylko studenci, lecz także uczniowie, rodziny i grupy przyjaciół, co sprawia, że projekt staje się okazją do popularyzacji italianistyki poza murami uczelni i pozwala na budowanie mostów między środowiskiem akademickim a mieszkańcami miasta.

Codzienna działalność to także wzajemne wsparcie – wymiana notatek, pomoc młodszym rocznikom i budowanie relacji, które wykraczają poza uniwersyteckie korytarze.

– Ta inkluzywna grupa daje mi szansę na rozwój nie tylko języko-

wy, ale i interpersonalny. Tworzymy bezpieczną przestrzeń pozbawioną strachu przed oceną – podkreśla Paulina Sieklińska, członkini koła.

Włoska przygoda nabiera rozpędu reaktywacja koła przyniosła świeżą energię i mnóstwo nowych pomysłów na rozwój. W planach są następne speaking cluby, wieczory filmowe oraz więcej spotkań integracyjnych, które mają jeszcze mocniej zacieśniać relacje między członkami.

– Decyzja o dołączeniu do Koła Italianistów UJ była jedną z najlepszych w moim życiu studenckim – podkreśla Paulina. Koło pozostaje otwarte na nowych członków przez cały rok. Wystarczy pasja do słonecznej Italii i chęć działania – reszta przychodzi wraz ze wspólnymi projektami, rozmowami i spotkaniami, które pozwalają poczuć atmosferę la dolce vita, czyli włoskiej radości życia, na krakowskiej uczelni. 

autorka: KaroliNa iwaniec

f elieton

Ścieżki, które prowadzą do domu

Dom. Słowo o krótkiej i prostej budowie, które mimo tego nie zawsze nasuwa jednoznaczne skojarzenia.

Najczęściej jest to ściśle określone miejsce – cztery ściany, w których przyszło nam się wychowywać, wypełniane gwarem najbliższych osób. Meble, których historia dojrzewała wraz z naszą. Dobrze znany widok z okna, przez które wyglądaliśmy każdego dnia. Unosząca się w powietrzu atmosfera splątana z niezliczoną liczbą wspomnień, choć część z nich zdążyła już wyparować z pamięci.

Przychodzi taki moment, kiedy to skojarzenie okazuje się być niewystarczające. Uświadamiamy sobie, że wypełnia ono pojęcie „domu” tylko częściowo, nie po

brzegi, pozostawiając przy tym pewien pusty, bliżej niedookreślony obszar. Obszar ten stopniowo się powiększa, aż nie da się go dłużej ignorować. Pojawia się potrzeba jego zapełnienia poprzez ponowne zdefiniowanie słowa „dom”, a tym samym wyruszenia w metaforyczną (lub nie do końca) podróż, która pomoże nam odnaleźć jego pełniejsze znaczenie.

Miejsce, które ukształtowało nas jako młodych dorosłych, z czasem otrzymuje dopisek „dom rodzinny”, a z każdym kolejnym dniem staje się ono coraz bardziej rozmazanym wspomnieniem, pozostawionym gdzieś daleko za nami. Nasze oczy zwracają się ku przyszłości, nieco zamglonej i bez wyraźnie wytyczonej ścieżki. Liczba niewiadomych i czyhających potencjalnych zagrożeń budzi obawy, być może nawet paraliżujący lęk. Sami nie do końca wiemy, jak do-

kładnie wygląda cel tej podróży –mityczny „dom”, dla którego jesteśmy gotowi zakasać rękawy i wyruszyć w drogę w nieznane mimo strachu i wątpliwości.

Błądzimy po omacku, z rozwagą stawiając każdy krok. Staramy się zawsze kroczyć naprzód, a gdy przychodzi potrzeba cofnięcia się, robimy to tylko po to, aby nabrać rozpędu. Gdy zawodzi jedno wyjście, szukamy kolejnego, nie zatrzymując się na dłużej, niż to konieczne. Niekiedy trafiamy na solidny grunt pod stopami, a innym razem na pękający lód. rzadko kiedy przebywamy całą tę drogę w pojedynkę. Spotykamy różnych ludzi. Jedni przybywają z intencją, by towarzyszyć nam przez większość tej wyprawy – podtrzymują nas, gdy opadamy z sił, i niosą latarnię, gdy wokół zapada ciemna noc. Z niektórymi nasz los krzyżuje się tylko na chwilę krótką, krót-

autorka: izabela bierNat

szą niż mrugnięcie oka, a mimo tego odbijają oni na nas swoje wyraźne piętno.

Zdarzają się także wilki w owczej skórze, osoby, które tylko czekają na nasze potknięcie lub wręcz same podstawiają nogę, byle tylko uszczknąć części zdobytych przez nas zasobów. W tej podróży w nieznane stawiamy czoła licznym wyzwaniom, próbujemy różnych sposobów na życie i staramy się realizować mniejsze bądź większe plany. Wszystko to przekłada się na pulę doświadczeń, z których każde z osobna przybliża nas coraz bardziej do znalezienia swojego miejsca na świecie – „domu”, którego wizja stopniowo rysuje się coraz wyraźniej na horyzoncie. Z czasem pojmujemy też, że pojęcie to ma dużo szerszy zakres konotacji, niż początkowo mogło się zdawać, a w rzeczywistości dla każdego oznacza ono coś innego.

fot. freepik
Miejsce, które ukształtowało nas jako młodych dorosłych, z biegiem czasu otrzymuje dopisek „dom rodzinny”, a z każdym kolejnym dniem staje się ono coraz bardziej rozmazanym wspomnieniem, które pozostawiamy daleko za nami.

Każdy ma inną ścieżkę do wydeptania, by dotrzeć do celu. Szukamy nie tylko adresu zameldowania, który posłuży nam jako ciąg liter i cyfr do podania w urzędzie. Szukamy przytulnego kąta, w którym będzie można odpocząć po całym dniu i zregenerować siły, gdzie codzienna rutyna stanie się błogim rytuałem. Szukamy osób, których śmiechu chcielibyśmy słuchać każdego dnia, choć ten wyrył nam się w pamięci tak dobrze, że możemy go przywołać w dowolnej chwili. Szukamy pasji, która wypełni nas chęcią do budzenia się każdego ranka z poczuciem sensu i wiary w to, co robimy. Szukamy czegoś, co sprawi, że wreszcie poczujemy, że gdzieś przynależymy i będziemy mogli zapuścić własne korzenie. Szukamy stanu, w którym głowę wypełni kojące uczucie spokoju i poczucia bezpieczeństwa – a przy tym pojawi się myśl, że tak naprawdę to o to chodziło przez cały czas: aby dotrzeć do miejsca, w którym dziś jesteśmy.

Pojmujemy przy tym, że w tym celu konieczne było przebycie całej dotychczasowej ścieżki, by trafić do tego miejsca: odbyć wszystkie możliwe życiowe lekcje, poznać tych wszystkich ludzi, potknąć się tylko po to, by się podnieść, otrzepać kolana i ruszyć naprzód.

Często zbyt obsesyjnie skupiamy się na osiągnięciu zamierzonego celu, który niewyraźnie maluje się przed naszymi oczami. Tymczasem droga, którą musimy przebyć, jest niemal tak samo istotna jak sam jej cel – a może nawet ważniejsza, gdyż w końcu to ona stanowi warunek konieczny do osiągnięcia upragnionego punktu docelowego.

Zbyt mało uwagi poświęcamy drobnym kamieniom milowym, które stopniowo pomagają nam rozjaśnić umysł i zobaczyć wyraźniej wizję, do której dążymy. Do „domu” przybliża każdy kubek herbaty wypity w ciszy i samotności wczesnym rankiem, zanim świat obudzi się do życia. Nie inaczej działa dzwoniący telefon i czyiś pełen troski głos w chwili, gdy nie czujemy się najlepiej. Po-

Zdarza się, żeby znaleźć „dom”, konieczne jest pozwolenie innemu miejscu przestać nim być. Pojąć, że do każdej wersji nas samych przynależy inny desygnat pojęcia „dom”. „Dom”, w którym się wychowaliśmy i z którego musimy przyznać, że zdążyliśmy wyrosnąć. „Dom”, który próbujemy przygotować własnoręcznie dla siebie samych jako młodzi dorośli.

dobne odczucia wzbudza dotyk ciepłej dłoni o dobrze znajomym kształcie, który pojawia się zawsze wtedy, gdy tego potrzebujemy, niosąc ze sobą wszechogarniający spokój.

Coraz świadomiej dobieramy słowa, gdy zdajemy sobie sprawę z tego, jak ciężka stała się waga niektórych pojęć w naszym życiu,

w tym „domu”, który prawdopodobnie jeszcze przed laty wskazalibyśmy bez jakiegokolwiek zastanowienia. Wewnętrznie zaczynamy się buntować – nie chcemy zgodzić się na to, by dalej tę etykietę przypisywać tamtemu miejscu. Pragniemy zarezerwować ją dla czegoś innego, czegoś bardziej „naszego”, świadomie wybranego

i ukształtowanego przez nas samych, a nie narzuconego nam z zewnątrz, na co nie mieliśmy żadnego wpływu.

Zdarza się, że aby znaleźć „dom”, konieczne jest pozwolenie innemu miejscu, by przestało nim być. Pojąć, że do każdej wersji nas samych przynależy inny desygnat pojęcia „dom”: „dom”, w którym się wychowaliśmy i z którego, trzeba przyznać, zdążyliśmy wyrosnąć; „dom”, który próbujemy przygotować własnoręcznie dla nas samych jako młodzi dorośli. A być może istnieje nawet „dom”, w którym przyjdzie nam zamieszkać w dalszej przyszłości, z czym również będziemy się musieli pogodzić. Każde to rozstanie boli – to w końcu rozstanie z pewną wersją nas samych, którą decydujemy się pozostawić w danym miejscu. To nie tak, że odcinamy się od nich grubą kreską. Każda z tych wersji żyje dalej w nas samych, kształtuje nasze obecne „ja” i stanowi pomost między tym, kim jesteśmy dzisiaj, a kim będziemy w przyszłości. To przecież ciąg dalszy procesu szukania „domu”.

„Dom” to nie tylko ostateczny cel naszej podróży, ale też wszystko to, co się na nią składa i pomaga nam znaleźć swoje miejsce na ziemi. Odkrywamy go w chwilach, kiedy zamiast chaosu odczuwamy spokój i bezpieczeństwo. W ludziach, przy których świat zwalnia. W nas samych – gdy wreszcie uczymy się traktować siebie nie jak projekt do nieustannej naprawy, lecz jak miejsce, do którego warto wracać z czułością.

Bo ostatecznie dom to nie tylko to, dokąd wracamy. To również to, z czym wyruszamy każdego dnia w świat.

Choć ta podróż ku bliżej nie do końca określonemu „domowi” nieraz niesamowicie nas przeraża przez mnogość zmiennych, niezbadanych szlaków i niepewnych szans, zarazem równie mocno ekscytuje – i to dokładnie z tych samych powodów, do których dochodzi jeszcze jeden, o ile nie najważniejszy – na końcu przecież czeka „dom”. 

Studenckie p R zepiSy kulinaRne

Lekkie, proste i szybkie

Marzec to moment, gdy dni stają się dłuższe, a w powietrzu czuć pierwsze oznaki wiosny. To idealny czas na lekkie, szybkie dania, które sprawdzą się zarówno podczas spotkania, jak i jako przekąska między zajęciami. Studencka kuchnia nie musi być nudna – wystarczy kilka prostych składników, by stworzyć coś efektownego i pysznego.

Proponuję coś bardziej obiadowego, ale wciąż prostego i szybkiego w przygotowaniu. Posiłki te są lekkie, z wiosennym akcentem – idealne na wspólne gotowanie w akademiku, spontaniczną kolację czy spokojny wieczór po zajęciach.

Kurczak z sosem czosnkowym oraz ryżem i prażonym słonecznikiem

Składniki:

y 2 filety z piersi kurczaka y 3 łyżki oliwy y 1 łyżeczka papryki słodkiej y ½ łyżeczki papryki ostrej lub wędzonej y 1 łyżeczka ziół prowansalskich y sól i pieprz do smaku y 5 łyżek jogurtu naturalnego lub greckiego y 2 ząbki czosnku y 200 g ryżu y 50 g łuskanego słonecznika

Sposób przygotowania:

Przygotowanie dania rozpoczynamy od ugotowania ryżu w lekko osolonej wodzie, zgodnie z instrukcją na opakowaniu. W czasie, gdy ryż się gotuje, na suchej, rozgrzanej patelni prażymy ziarna słonecznika. Mieszamy je przez kilka minut, aż delikatnie się zarumienią. Uprażony słonecznik odstawiamy na bok. Ugotowany ryż mieszamy z prażonym słonecznikiem, dzięki czemu nabierze przyjemnej chrupkości.

Następnie przygotowujemy kurczaka – filety kroimy w kostkę i przekładamy do miski. Dodajemy oliwę, paprykę słodką oraz ostrą lub wędzoną, zioła, szczyptę soli i pieprzu. Całość dokładnie mieszamy, aby przyprawy równomiernie pokryły mięso. Tak przygotowanego kurczaka smażymy na dobrze rozgrzanej patelni przez około 6–8 minut, aż stanie się złocisty i soczysty w środku. W międzyczasie przygotowujemy sos czosnkowy. Do miseczki przekładamy jogurt oraz dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek. Doprawiamy solą i pieprzem, a następnie dokładnie mieszamy do uzyskania gładkiej konsystencji. Sos odstawiamy na kilka minut, aby smaki się połączyły. Gotowe danie podajemy, wykładając na talerz porcję ryżu z prażonym słonecznikiem, obok układając usmażonego kurczaka i polewając całość aromatycznym sosem czosnkowym (lub serwując go osobno).

Wskazówka: Ciekawym i efektownym sposobem podania ryżu z prażonym słonecznikiem jest przełożenie go do niewielkiej miseczki lub salaterki, delikatne dociśnięcie łyżką, a następnie odwrócenie naczynia na talerzu i lekkie „wyklepanie” – podobnie jak przy budowaniu zamku z piasku.

Pieczony camembert z pomidorkami, szpinakiem i bagietką

Składniki:

y 2 krążki sera camembert

y 200-300 g pomidorków koktajlowych

y garść liści szpinaku

y 1 bagietka (zwykła lub czosnkowa)

y oliwa z oliwek

y bazylia lub zioła prowansalskie

Sposób przygotowania:

Przygotowanie pieczonego camemberta z pomidorkami i bagietką rozpoczynamy od rozgrzania piekarnika do 180°C. Ser wyjmujemy z opakowania i umieszczamy w niewielkim naczyniu żaroodpornym. Pomidorki koktajlowe oraz liście szpinaku dokładnie myjemy i osuszamy ręcznikiem papierowym. Następnie układamy je wokół sera oraz skrapiamy oliwą z oliwek i posypujemy bazylią lub ziołami prowansalskimi.

Tak przygotowane danie wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy przez około 15–20 minut, aż ser stanie się miękki, liście szpinaku delikatne, a pomidorki lekko się zapieką i puszczą sok. W międzyczasie bagietkę kroimy na kromki. Możemy podpiec ją przez kilka minut w piekarniku, aby stała się ciepła i chrupiąca. Gotowy, rozpływający się ser camembert podajemy od razu po wyjęciu z piekarnika, nakładając go na kawałki bagietki razem ze szpinakiem i pieczonymi pomidorkami.

autorka: oliwia wóJciak
Smacznego!

Rynek wydawniczy

Fanfiki: znane, lubiane, ale czy potrzebne?

autorka: zofia betlej

Fenomen publikowania fan fiction przeżywa obecnie renesans. Dzięki mediom społecznościowym zarówno ten gatunek, jak i jego specyficzny styl zyskały nowe życie w oczach globalnej społeczności czytelników. Co to oznacza dla rynku, autorów i nas, czytelników?

14 września 2021 nakładem wydawnictwa Berkley Books ukazał się debiut literacki Ali Hazelwood „The Love Hypothesis”. W krótkim czasie książka stała się hitem w USA; przez 11 tygodni utrzymywała się na liście bestsellerów dziennika „The New york Times”, a w plebiscycie Goodreads Choice Awards zajęła drugie miejsce. Polskie tłumaczenie również odniosło sukcesy, zdobywając zarówno nominację do Bestsellera empiku, jak i czwarte miejsce w konkursie na książkę roku portalu Lubimyczytać. rok później ogłoszono praktycznie nieuchronną adaptację filmową. Mimo imponującego debiutu „The Love Hypothesis”, w świecie rządzonym przez mikrotrendy i krytycznie ograniczoną zdolność uwagi, nic nie utrzymuje się na szczycie rankingów wiecznie. Obecnie rekordy popularności bije inny amerykański debiut, tym razem z pogranicza fantasy i romansu – „Alchemised” autorstwa SenLinyu. Opublikowana po raz pierwszy we wrześniu 2025 roku powieść już zdążyła przebić „The Love Hypothesis”. Na liście „The New york Timesa” utrzymała się przez 16 tygodni i nadal pozostaje bestsellerem empiku. „Alchemised” zdobyło także trzy nominacje w plebiscycie Goodreads Choice Awards, z czego wygrało tę w kategorii debiut. A w konkursie Lubimyczytać powieść nominowana jest w kategorii fantasy. Najważniejszym podobieństwem między „Alchemised” a „The Love Hypothesis” nie jest jednak popularność ani status wyjątkowo udanego debiutu, lecz fakt, że obie powieści zaczynały jako fan fiction (znane również jako fanfiction, fanfiki czy ff). Słowem: jest to fanowska twórczość wykorzystująca motywy z oryginalnego dzieła zgodnie z jego kanonem.

Fanfiki z reguły powstają z pasji, a nie w celu masowej dystrybucji. Jak pokazują przywołane wcześniej przykłady, w ostatnich latach sytuacja ta uległa zmianie.

Już nie nisza

– Zjawisko publikowania prac pierwotnie napisanych jako fanfiction nie jest ani bardzo nowe, ani wywrotowe – zauważa dr Dominika Ciesielska, badaczka kultury fandomów z Wydziału Polonistyki UJ. Za pomocą internetu fenomen ten rozwija się szybciej niż kiedykolwiek dotąd i wychodzi poza zamknięte grupy miłośników bardziej niszowych gatunków na rzecz znacznie szerszej publiczności. „Alchemised” i „The Love Hypothesis” nie są więc jedynymi opublikowanymi fan fiction na listach bestsellerów, ale ich sukces komercyjny pokazuje, że warto przyjrzeć się zmianom, jakie niesie to dla wydawców i czytelników. rewolucja zaczyna się już na okładce. Podczas gdy kiedyś twórcy odcinali się od internetowych początków swojej kariery (nawet jeśli jednocześnie czerpali z nich

Najważniejszym podobieństwem między „Alchemised” a „The Love Hypothesis” nie jest jednak ich nie tyle popularność czy status wyjątkowo udanego debiutu, ale fakt, że obie powieści zaczynały jako fan fiction (znane również jako fanfiction, fanfiki czy ff), czyli tworzone przez fanów dzieła literackie wchodzące w interakcję z ulubionymi uniwersami i ich bohaterami.

Autorzy publikowanego fan fiction wciąż często ukrywają swoje prawdziwe tożsamości – wielu prawdopodobnie z obawy przed toksycznością fandomów – ale nikt nie czuje już potrzeby zatajać korzeni swoich prac. Niezbędne zmiany, które trzeba wprowadzić, aby nie naruszyć praw autorskich oryginalnych dzieł, ograniczają się dziś do minimum i coraz rzadziej dotyczą detali takich jak forma czy styl.

Fanfikom pomagają social media

korzyści), wydając zazwyczaj pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem lub pseudonimem, dziś podejście do sławy w sieci jest zupełnie inne. Osoba autorska „Alchemised” dumnie posługuje się pseudonimem SenLinyu, używanym jeszcze na Archive of Our Own (AO3), jednym z największych katalogów fan fiction. Niektóre ilustracje załączone do jej książki powstały we współpracy z ilustratorką, która tworzyła materiały do fan fiction, gdy powieść była jeszcze historią osadzoną w uniwersum „Harry’ego Pottera” i zdobywającą dużą popularność w sieci.

Ali Hazelwood publikuje pod pseudonimem, ale ilustracje na okładkach jej książek bezpośrednio nawiązują do fanowskich interpretacji postaci z trylogii sequeli Gwiezdnych Wojen, o których Hazelwood napisała fan fiction.

Mimo swoich niezaprzeczalnych walorów literackich, fan fiction nie musi szczegółowo opisywać swoich bohaterów ani świata przedstawionego znanego z oryginalnych dzieł, ponieważ przyjmuje się, że czytelnicy już je znają. W efekcie na rynku zaczyna dominować nowa konwencja, z której korzystają zarówno bestsellery, jak i wszelkie książki inspirowane fan fiction. Teksty te wyróżniają się strukturą dostosowaną do krótkiego czasu koncentracji uwagi czytelnika. Nacisk kładzie się na rozwój postaci i ich relacji poprzez dynamiczne dialogi i akcję, przez co często mogą być odbierane jak scenariusze filmowe czy teatralne. Styl dostosowany do trendów i potrzeb nowych czytelników przekłada się oczywiście na rozgłos. – Widać tutaj znaczny wzrost popularności tego typu publikacji, co, jak sądzę, wynika z rozpowszechnienia się samego czytania fanfików – mówi dr Ciesielska. – Pamiętam czasy, kiedy mało kto wiedział, czym w ogóle jest fan fiction, a lektury te nierzadko ukrywano jako

„guilty pleasure” [z ang. dosłownie „grzeszna przyjemność”, czyli czynność, która sprawia nam dużą satysfakcję, ale o której wstydzimy się mówić – przyp. red.]. Dziś, w erze TikToka i w bogatej tradycji Bookstagrama i BookToka, trudno się nie natknąć na fanfiction, które zbiera całe rzesze nowych czytelniczek i czytelników – dodaje. Choć często mówi się o malejących statystykach czytelnictwa i rosnącym wpływie mediów społecznościowych, dominacja TikToka czy Instagrama niekoniecznie musi mieć negatywny wpływ na czytanie fan fiction. Wręcz przeciwnie: „Alchemised” stało się hitem BookToka jeszcze jako „Manacled” – i to zanim pojawiły się jakiekolwiek plany oficjalnej publikacji (choć to osiągnięcie mogło przyczynić się do ich powstania). To właśnie popularność w social mediach pozwoliła SenLinyu sprzedać prawa do ekranizacji debiutu w ramach wstępnej umowy opiewającej na ogromne pieniądze, podpisanej jeszcze przed premierą książki.

Lepsza czy gorsza twórczość?

Zadajmy sobie jednak kilka pytań. Czy komercyjny sukces jest wyznacznikiem jakości? Czy sztuka powinna być dostosowana do swoich odbiorców, zamiast kwestionować status quo? Czy, w czasach kryzysu czytelnictwa, wydawnictwa są w stanie dbać zarówno o czytelników, jak i zysk?

Takie pytania nasuwają się same, gdy słyszymy o rekordowych wynikach komercyjnych sequeli, prequeli, ekranizacji czy najnowszych filmów Marvela. Fan fiction to bezsprzecznie wyraz ucieczki do znanych nam już światów. Zjawisko to jest dodatkowo nakręcane przez rynek wydawniczy, który dzięki wszechobecnym algorytmom doskonale wie, co kochamy i co wywołuje w nas najsilniejsze emocje. Jednak czy w środowisku rządzonym przez kapitalizm istnieje inna droga wybicia się jako autor? – Wydawanie fanfików jako niezależnych powieści nie umniejsza innych narracji, a daje szansę nowym osobom autorskim na zaistnienie w świecie wydawniczym i przeniesienie swoich talentów poza AO3 i Wattpada – przekonuje dr Ciesielska. – Oferuje również czytelnikom treści, którymi się interesują. Jeśli obecność byłych fanfików na półkach księgarni jest dla kogoś motywacją, żeby czytać więcej, tym lepiej. świat fanfiction jest pełen dobrej literatury i o ile nienaruszone są żadne prawa, nie widzę przeszkód w tym, żeby fanfiction

– Wydawanie fanfików jako niezależnych powieści nie umniejsza innych narracji, a daje szansę nowym osobom autorskim na zaistnienie w świecie wydawniczym – przekonuje dr Ciesielska.

łączyło się ze światem literatury wydawanej instytucjonalnie. Każda osoba może sama zdecydować, co chce czytać i za co chce płacić. Żyjemy w świecie kapitalizmu –wykorzystywanie emocji konsumentów dla zysku nie jest czymś wyjątkowym, a rynek wydawniczy na pewno nie jest najbardziej szkodliwym tego przykładem –podsumowuje.

Publikowane fan fiction przemawiają do naszej nostalgii i poczucia bezpieczeństwa wśród znajomych postaci i światów. W istocie pozostają jednak dziełami literackimi stworzonymi z miłości do kreatywności oraz oferującymi uczestnictwo w ogromnych społecznościach fanów. W skrajnie zglobalizowanym świecie rządzonym przez mikrotrendy, algorytmy

i reklamy, coraz częściej mówi się o tym, że to na nas, jako odbiorcach lawin internetowych treści, coraz częściej podkreśla się odpowiedzialność za moderowanie swoich doświadczeń i poszerzanie horyzontów. Proces ten łatwiej rozpocząć we współpracy ze społecznością – silna grupa czytelników, w tym miłośników fan fiction, może w tym pomóc. 

fot. Pexels

Rekomendacje kultuRalne dziennikaRzy „wuj a”:

Upadek kobiety

Oczami Nel

Tytułowe „Dzieje grzechu” to współczesna adaptacja powieści Stefana Żeromskiego z 1908 roku opowiadającej o procesie kobiecego upadku i upodlenia. Artyści z Narodowego Starego Teatru z właściwą sobie wrażliwością wywracają koncepcję Żeromskiego do góry nogami, próbując dopasować ją do współczesnych realiów. reżyser nadaje głównej bohaterce, ewie Pobratyńskiej, podmiotowość, zrywając z XX-wieczną perspektywą oceny kobiet – ich ciała, godności i życia seksualnego. Ocena przychodzi zawsze bardzo łatwo, jednak rzadko kiedy zadajemy sobie trud poznania drugiego człowieka, wejścia w jego buty, spojrzenia na życie jego oczami. Jeśli tą osobą jest kobieta, tym śmielej

Stary Teatr może poszczycić się inscenizacją wielu wspaniałych i ponadczasowych dzieł. Tym razem padło na „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza, a adaptacja okazała się niemałym sukcesem. Na kanwie tego dzieła wychowały się pokolenia, chcące niejednokrotnie przeżyć przygody podobne do tych, jakie były udziałem Nel i Stasia.

„Zamknij oczy Nel” w reżyserii Piotra Domalewskiego nie jest wierną wersją powieści, lecz próbą dopisania do niej epilogu – wiele lat po zakończeniu historii opisanej w książce.

Choć Nel fizycznie jest dorosłą kobietą, na skutek urazu myśli i postrzega świat jak ośmioletnia dziewczynka. W tej niezwykłej narracji trójka jej dorosłych dzieci wciela się kolejno w Stasia,

stawiamy sądy i stajemy się ekspertami w jej sprawie. Spektakl „Dzieje grzechu” to przede wszystkim silne postaci kobiece próbujące wyrwać się spod spojrzeń patriarchalnego świata. To także mężczyźni, którzy w obliczu miłości stają się słabi i gotowi poświęcić wszystko, bo w tych kwestiach niczym się od siebie nie różnimy – tak samo łakniemy bliskości.

Sztuka jest pełna niuansów, a niektóre formy wyrazu mogą wydawać się niezrozumiałe, ale w tych wielowątkowych warstwach każdy znajdzie choć jedną myśl, która zostanie z nim po ostatniej scenie. Chociaż literacki pierwowzór liczy już ponad 100 lat, jest idealnym tekstem

Kalego, Meę, a nawet słonia Kinga. Kobieta odgrywa sceny z podróży przez pustynię i puszczę, jakby tamta historia stała się jedyną bezpieczną przestrzenią. Dopiero konfrontacja z odchodzeniem Matki pozwala pozostałym bohaterom zatrzymać się i na nowo spojrzeć na swoje życie. Muszą zrozumieć, że istnieją rzeczy ważniejsze niż budowanie kariery, narzekanie czy wytykanie cudzych błędów. Życie zatacza krąg – pojawia się ktoś, kim trzeba się zająć, nakarmić, otoczyć czułością, jakby było dzieckiem.

Na szczególną uwagę zasługują gra aktorska i efekty świetlne, które budują wyjątkowy klimat. Dorota Pomykała, która gra główną rolę, dynamicznie oddaje zarówno ruchy i sposób bycia dziecka, jak i dorosłej kobiety, co czyni postać

do reinterpretacji w świetle dzisiejszych wydarzeń politycznych i napięć społecznych. U Żeromskiego ewa-kobieta staje się symbolem zniewolenia przez grzech, który prowadzi do nieuchronnego upadku. Wojciech rodak nadaje bohaterce bardziej współczesne rysy, wyposaża ją w głos, który – przejmowany na scenie przez kilka aktorek – wybrzmiewa dosadnie, szczerze i bez tabu. Bo bycie kobietą to coś więcej niż stanie u boku mężczyzny, a słowo „grzech” wymaga redefinicji.

Justyna Arlet-Głowacka

„Dzieje grzechu”, reż. wojtek rodak, narodowy stary teatr, Kraków 2024

Nel niezwykle przekonującą i przykuwającą oko.

„W pustyni i w puszczy” to jedna z najbardziej kontrowersyjnych książek Sienkiewicza. Domalewski przygląda się krytycznie zawartym w niej narracjom i osadza je w intymnej historii rodzinnej. Spektakl trwa trzy godziny, ale każda minuta jest tego warta. To dzieło, które zostaje z widzem na długo i zmusza do refleksji, czy naprawdę doceniamy czas z bliskimi, jaki mamy teraz.

wiktoria Piwowarska

„Zamknij oczy nel. w pustyni i w puszczy – epilog”, reż. Piotr Domalewski, narodowy stary teatr, Kraków 2026 

W cieniu

starożytnych Aten

Éric-emmanuel Schmitt to autor, z którym większość miała styczność w swoim życiu. Jedną z jego popularniejszych książek jest bowiem „Oskar i pani róża”, która figuruje jako jedna z lektur szkolnych, a po którą chętnie sięgają nauczyciele. W ostatnim czasie na popularności zyskuje również nowy cykl tego autora zatytułowany „Podróż w czasie”. Obecnie w Polsce zostały wydane cztery książki w ramach tej serii, a każdą z nich można czytać w oderwaniu od pozostałych, bowiem Schmitt, jak sam tytuł wskazuje, zabiera czytelników w podróż przez największe cywilizacje, a robi to za pomocą dwójki głównych bohaterów – Noama i Nury, którzy w niespotykanych okolicznościach otrzymali dar bycia nieśmiertelnymi. Od tego

momentu jako para kochanków przeżywają ze sobą wieki i stulecia, a na ich oczach powstają oraz upadają znane nam z kart historii cywilizacje. Tym sposobem trafiają do starożytnej Grecji, gdzie w Atenach powstają właśnie zalążki demokracji. Schmitt w książce „światło szczęścia” swoim wprawnym piórem kreśli nam losy bohaterów uwikłanych w skomplikowane relacje między sobą, ale również w te z otaczającym ich światem. Podążając za Noamem, poznajemy „od kuchni” słynne greckie igrzyska olimpijskie, jego uszami słuchamy nauk Sokratesa, obserwujemy ewolucję medycyny pod okiem Hipokratesa, zachwycamy się kunsztem rodzącego się teatru oraz przeżywamy zarówno

złoty moment demokracji, jak i jej miażdżący upadek. A wszystko to przedstawione bez sztywnego nadęcia i niepozbawione głębszej refleksji dotykającej współczesnej nam codzienności.

Dawno nie czytałam nic od Schmitta – ostatni raz z jego twórczością miałam styczność jeszcze w liceum w czasach pandemii –a przecież tak dobrze się go czyta. „światło szczęścia” przypomniało mi to wszystko, za co ceniłam i wciąż cenię tego pisarza.

Gabriela wolińska Éric-Emmanuel schmitt, „Światło szczęścia”, wydawnictwo Znak, Kraków 2026

Wrażliwa męskość, czyli jaka?

Żyjemy w czasach, w których każdy może zrobić swój podcast, chociaż nie każdy powinien. W sieci nie brakuje pustych treści, słów bez znaczenia i drastycznego spadku jakości prezentowanych materiałów. „Tutaj Podcast” należy jednak do grona tych naprawdę wartych uwagi i poświęcenia naszego czasu. Odważę się nawet na stwierdzenie, że jest to podcast, którego dziś potrzebujemy. Dlaczego? Bo opowiada o współczesnej męskości z perspektywy młodych, dojrzałych mężczyzn. Pokazuje wyzwania, z jakimi mierzy się obecnie męska płeć, daje przestrzeń dla emocji i całego wachlarza uczuć, a wszystko to z ogromną empatią i swobodą. Bez patosu i wielkich słów. To rozmowa

bez tabu o męskiej seksualności, zakochiwaniu się, o tym, czego szukają w kobietach i jakimi chcą być ojcami.

Podcast zrywa z krzywdzącymi patriarchalnymi stereotypami i pozwala zbudować współczesny obraz mężczyzny – takiego, który zmienia się wraz z ewoluującym światem. robert Konecki i Mateusz Kowalski stworzyli przestrzeń do rozmowy o wrażliwej męskości, aby – jak sami podkreślają – „przełamać stereotyp mężczyzny, któremu nie wolno chodzić na terapię, płakać, odczuwać emocji, przyznawać się do błędu czy przytulić swojego przyjaciela i powiedzieć mu »kocham cię«”.

Dzięki ich inicjatywie do przestrzeni publicznej przebija się ten

„nowoczesny” wizerunek faceta, który nie musi być twardy, niewzruszony, dominujący, a jednocześnie ukrywający własne potrzeby i uczucia. Niech tematyka tego podcastu nikogo nie zmyli, bo chociaż mówi się tutaj o wrażliwej męskości, naturalnym punktem odniesienia są również kobiety. Dlatego treści te mogą być ciekawe również dla żeńskiej części odbiorców, które chciałyby spojrzeć na świat z tej drugiej perspektywy.

Justyna Arlet-Głowacka

„tutaj Podcast”, robert Konecki, Mateusz Kowalski., 2024–2026 

Szatańska miłość

Tytuł „Wichrowe Wzgórza” jest znany chyba każdemu, nawet jeśli literacki pierwowzór lub filmowe adaptacje gdzieś nam umknęły.

„Szatańska miłość” – nazwa pierwszego polskiego przekładu – dosyć celnie oddaje naturę powieści emily Jane Brontë z 1847 roku. Od tamtej pory powstało wiele kinowych wersji tej słynnej książki z kanonu literatury anglojęzycznej; tym razem do kin trafił film w reżyserii emerald Fennell.

Oczekiwania były spore, obsada obiecująca (Margot robbie w roli Cathy i Jacob elordi jako Heathcliff), a całość podkreślała ścieżka dźwiękowa w wykonaniu Charli XCX. recenzje odbiorców są bardzo różne, jednak nie możemy zapominać, że adapta-

Truizmem byłoby stwierdzenie, że tragiczne wydarzenia, jakie od czterech lat rozgrywają się w Ukrainie, wywierają wielki wpływ na polskie życie kulturalne. „Antygona” w reżyserii Jakuba roszkowskiego nie jest wyjątkiem. Jest to widoczne zarówno w uwspółcześnionej scenografii, jak i w odwołaniu do realiów toczących się wojen. Mimo że wątek sporu między prawem naturalnym a stanowionym jest ciągle obecny, to na pierwszy plan wysuwa się konflikt pokoleniowy oraz niszcząca siła konfliktu zbrojnego.

Ważnym wątkiem podejmowanym przez tę „Antygonę” jest odarcie współczesnych sporów z tragizmu. W świecie, w którym największy ludzki dramat może być przerobiony na mema, nie

cja to nie ekranizacja i rządzi się swoimi prawami.

„Wichrowe Wzgórza” według Fennell to historia dosyć luźno nawiązująca do literatury, skupiająca się głównie na dwójce bohaterów, Cathy i Heathcliffie. relację między nimi nazwalibyśmy dzisiaj toksyczną, ale jednocześnie niezwykle namiętną, pełną porywczości, uczuć i niedopowiedzeń. reżyserka chciała, aby jej film stał się współczesnym „Titanikiem” i chociaż takiego efektu raczej nie uda jej się osiągnąć, nowa adaptacja klasyki literatury cieszy oko widza – choćby za sprawą krajobrazów rodem ze świata fantasy. Ta produkcja to także spojrzenie przez filmowy kadr na kobiecą seksualność oraz destrukcyjną si-

ma na niego miejsca. Heroiczny czyn „Ant”– „Mróweczki”, bo tak nazywana jest główna bohaterka – jest skwitowany przez falę kpiących komentarzy w internecie. To przede wszystkim strach przed opinią komentujących motywuje Kreona do daremnej próby zmiany swojej decyzji. Jest to też bowiem interpretacja, w której antyczne fatum zastępuje nieodgadniony algorytm internetu napędzanego przez najgłębsze ludzkie namiętności.

Znających treść oryginalnej „Antygony” może też zaskoczyć jedna istotna różnica. Ismena, postać w oryginalnej sztuce stanowiąca ledwie tło dla bohaterstwa Antygony, w wersji roszkowskiego otrzymuje ostatnie słowo w zabiegu, który każe jeszcze raz przemy-

łę uczuć. Opowieść z „Wichrowych Wzgórz” to historia ponadczasowa, ubrana w gotycki klimat, piękne kostiumy i wyróżniającą się muzykę. To również okazja do zadania sobie pytań o potrzebę bliskości, klasową walkę i cenę, jaką przychodzi nam zapłacić za trudne wybory. emerald Fennell zaserwowała widzom odważne wątki erotyczne (których, co prawda, spodziewano się nieco więcej) i przede wszystkim film, który po prostu dobrze się ogląda.

Justyna Arlet-Głowacka „wichrowe wzgórza”, reż. Emerald Fennell, 2026, wielka Brytania, stany Zjednoczone 

śleć granice między bohaterstwem a wartością ludzkiego życia. Spektakl ma formę zbliżoną do musicalu. Większą jego część zajmują następujące po sobie „kawałki” z tekstami Jarosława „BISZ” Jaruszewskiego, znanego z łączenia rapu z klasycznymi formami sztuki. Piosenki z powodzeniem mogłyby stanowić listę „tracków” z płyty hip-hopowej. Warto tutaj podkreślić, że aktorzy wywiązali się z niełatwego zadania rapowanej deklamacji wzorowo, czyniąc spektakl wartym uwagi.

Michał Jarosz

„Antygona”, reż. Jakub roszkowski, teatr im. Juliusza słowackiego, Kraków 2026

Ku przebudzeniu

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Pismo Studentów WUJ - Wiadomości Uniwersytetu Jagiellońskiego, marzec 2026 by Pismo Studentów WUJ - Wiadomości Uniwersytetu Jagiellońskiego - Issuu