Skip to main content

Magazyn nurkowy Perfect Diver nr 45 nurkowanie, kursy nurkowania, sklep nurkowy

Page 1


nr 45

3 (45)/2026

MAJ/CZERWIEC

cena 33,00 zł

nurkowanie freediving pasja wiedza

cena z dostawą
na terenie PL 45 zł

Wojciech ZGOŁA

Redaktor Naczelny

Znowu się to stało! Znowu zdążyliśmy przygotować kolejne wydanie magazynu tak, by zaspokoić Wasze pragnienie poznawania nowych kierunków, poszerzyć wiedzę i zainspirować. Bo chyba właśnie po to nurkujemy – by realizować marzenia i sięgać tam, gdzie inni czasem boją się nawet zajrzeć.

Dlaczego? Woda bezapelacyjnie uspokaja, daje wytchnienie dla „psyche”, rozluźnia napięte mięśnie i sprawia, że zapominamy, choć na chwilę, o rzeczach przykrych, nieistotnych i męczących. Daje radość. Tę wewnętrzną.

To wydanie jest po prostu wypełnione po brzegi materiałami, które – mamy nadzieję – zabiorą Was w kilka, zupełnie różnych, światów. Okładka ze stworkiem, w takich zakochany jest Adam Sokólski, autor tego zdjęcia, zdobi nasz 45. numer. A w środku znajdziecie również historię powstania tej fotografii wysłuchaną i spisaną przez Marcina Trzcińskiego oraz wyjaśnienie, co właściwie na niej widzicie :) Materiał o Malcie wiosną otwiera to wydanie. I już tutaj warto dodać, że marzec, kwiecień i maj potrafią tam naprawdę zachwycić. Słonecznie, zielono i kwitnąco, truskawkowo, a pod wodą rześko – około 16–17°C.

Cieplej pod wodą jest między innymi w Australii. Dominika Abrahamczyk opowiada o swoim pierwszym w życiu nurkowaniu na rafie koralowej – i to od razu na tej Wielkiej! Mamy też bardzo ciekawy

wywiad Łukasza Ginalskiego o rekinach i kontrowersyjnym temacie ich nęcenia.

Bardzo interesująco prezentuje się również materiał Anthony’ego Leydet z wyspy, na której pomagają żółwiom. Malediwy pokazane z zupełnie innej perspektywy. A także materiał Jakuba Banasiaka o rafie Sataya i tamtejszych delfinach.

Fotograficznie przygotowaliśmy drugą część cyklu o fotografii autorstwa Piotra Stósa, makrofotografię podróżniczą wspomnianego już Adama Sokólskiego oraz foto-safari okiem Przemka Zybera.

A co z tym Belize, o którym ostatnio pisał Tomek Kulczyński? Sami zobaczcie!

Pasjonaci wraków mogą zanurkować z Basią Glenc i odkryć dwa konkretne wraki. A jeśli jeszcze tego nie wiecie –na Dominikanie są cenoty. Opowiada o nich Michał Czerniak.

Sprzętowo również znajdziecie kilka ciekawostek – między innymi nasze testy komputerów Suunto, kilka rozkładówek, kalendarium na najbliższe miesiące oraz kilka słów po dużym spotkaniu Grupy Huish Outdoors.

Magazyn zamyka artykuł Wojtka A. Filipa o lewej i prawej… ręce? Sprawdźcie sami, bo znowu jest to bardzo praktyczne spojrzenie.

Na koniec dodam: powiedzcie o nas znajomym, żeby zajrzeli do środka!

Spodobało Ci się to wydanie? Postaw nam wirtualną kawę buycoffee.to/perfectdiver Odwiedź naszą stronę www.perfectdiver.pl, zajrzyj na Facebooka www.facebook.com/PerfectDiverMagazine i Instagrama www.instagram.com/perfectdiver/

10 Tymczasem wiosną na MALCIE

16 Pierwsze spotkanie z (Wielką!) Rafą Koralową. AUSTRALIA

Dhuni Kolhu. Wyspa żółwi w sercu atolu Baa. MALEDIWY 22 Czas na Dauin... FILIPINY

46 Zmień perspektywę. Łukasz Ginalski rozmawia o rekinach z Morne Hardenberg'iem, założycielem Shark Explorers

50 Pod ziemią DOMINIKANY. Cenoty El Chicho i Padre Nuestro, czyli miejsca, gdzie dżungla spotyka ciszę jaskiń...

64 Czy zamkną nam rafę SATAYA? Paradoks „Domu Delfinów”

58 SS Rosalie Moller i El Mina z pokładu safari. EGIPT planeta ziemia pod sufitem nasza rozmowa wraki

77

Wydawca PERFECT DIVER Sp. z o.o. ul. Folwarczna 37, 62-081 Przeźmierowo redakcja@perfectdiver.com

ISSN 2545-3319

sprzęt

27 Testy komputerów Suunto NAUTIC S i Suunto NAUTIC

54 Seria C.R.I.B. – stwórz spójny zestaw od suchego skafandra Bare Autograph po jacket lub sidemountową Hollis Katana 2

68 Nowa era podwodnego światła z DIVEPRO

foto podwodna

28 Gdzieś na łące

34 Dlaczego pod wodą fotografujemy z bliska, czyli o tym co się dzieje ze światłem w wodzie

70 Foto-safari. Szkoła mistrzów

Redaktor Naczelny

Nurek techniczny

Geografia świata i podróże Reportaż

Doradztwo wizerunkowe Tłumacze języka angielskiego

Opieka prawna Grafik

Reklama

MAGAZYN ZŁOŻONO KROJAMI PISMA

Wojciech ZGOŁA

Tomek KULCZYŃSKI

Anna METRYCKA

Dominika ABRAHAMCZYK

Adwokat Joanna WAJSNIS

Brygida JACKOWIAK reklama@perfectdiver.com

Montserrat (Julieta Ulanovsky), Acumin Pro (Robert Slimbach, Adobe), Source Serif 4 (Frank Grießhammer, Adobe)

DRUK

Wieland Drukarnia Cyfrowa, Poznań, www.wieland.com.pl

DYSTRYBUCJA sklep internetowy sklep.perfectdiver.pl redakcja@perfectdiver.com

56 DIVErsion 2026, spotkanie dystrybutorów Grupy Huish Outdoors na Malcie

76 KALENDARIUM wydarzenia

77 Lewa czy prawa?

Waldemar RYDZAK Agnieszka GUMIELA-PAJĄKOWSKA, Arleta KAŹMIERCZAK, Piotr WITEK, Tomek KULCZYŃSKI

porady i ciekawostki www.perfectdiver.pl

Podoba Ci się ten numer magazynu, wpłać dowolną kwotę! Wpłata jest dobrowolna. PayPal.Me/perfectdiver

FOTOGRAFIA NA OKŁADCE Adam SOKÓLSKI

MIEJSCE

Indonezja, Tulamben

NA ZDJĘCIU Ślimak Stiliger Sp.

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, nie odpowiada za treść ogłoszeń oraz zastrzega sobie prawo do skracania, redagowania, tytułowania nadesłanych tekstów oraz doboru materiałów ilustrujących. Przedruk artykułów lub ich części, kopiowanie tylko za zgodą Redakcji. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za formę i treść reklam.

Człowiek, który podróżuje nurkując. Od dzieciństwa związany z wodą – od nauki pływania, przez żeglarstwo, po odkrywanie tajemnic podwodnych jezior, mórz i oceanów. Później przyszła pasja do fotografii i pisania, które pozwalają mu dzielić się pięknem podwodnego świata i ciekawostkami miejsca. Ma na koncie ponad 900 nurkowań w Polsce i w odległych, egzotycznych ciepłych i zimnych miejscach. Każde zanurzenie traktuje jak spotkanie z naturą i historią. Jest miłośnikiem Natury w jej najczystszej postaci i wierzy, że nurkowanie to nie tylko sport, ale sposób budowania świadomości – o środowisku, drugim człowieku i samym sobie.

Zarażona pasją do nurkowania przez Perfect Diver. Wciąż poszerza swoje nurkowe umiejętności. Choć jest zdecydowanie ciepłolubna, zakłada suchy skafander i eksploruje również zimniejsze zbiorniki. Ulubione nurkowania to te z dużą ilością zwierzaków! Ostatnio bierze pod wodę telefon w obudowie i próbuje swoich sił w amatorskim fotografowaniu. Zaciekawiona medycyną nurkową. Zawodowo mgr pielęgniarstwa – instrumentariuszka.

Dla Tomka nurkowanie zawsze było największą pasją. Zaczął swoją przygodę w wieku 14 lat, rozwijając się został instruktorem nurkowania rekreacyjnego, technicznego, Instruktorem pierwszej pomocy oraz technikiem branży nurkowej. Aktualnie prowadzi 5* Centrum Nurkowe Compass Divers Pobiedziska koło Poznania, gdzie przekazuje swoją wiedzę i umiejętności początkującym oraz zaawansowanym nurkom, co sprawia mu ogromną radość i satysfakcję z bycia częścią ich podwodnej przygody…

Waldemar RYDZAK

„Człowieku! Zanurz się pod wodę. Jeśli piękno, które ujrzysz nie wstrząśnie Tobą – to nic ciekawego Cię już w życiu nie czeka.” Pasjonatka nurkowania, od zawsze związana z wodą. Pierwszy kurs nurkowy zrobiła w wieku 14 lat, i od tamtej pory nie rozstaje się z nurkowaniem!:) Pracę magisterską napisała o turystyce nurkowej na studiach geograficznych UW. Od 2013 roku pisywała do magazynu nuras.info, brała udział w podwodnych sesjach fotograficznych. Od 2018 pisze artykuły do Magazynu nurkowego Perfect Diver (wcześniej jako Ania Sołoducha), a od kilku lat jest również częścią redakcji. Przelewa na papier swoją wiedzę i doświadczenie, propagując właśnie to, co kocha najbardziej – czyli nurkowanie. Przez 13 lat organizowała wyprawy nurkowe na całym świecie, bo praca z ludźmi i kreatywne projekty to właśnie to, w czym się spełnia. Uczestniczy w targach i eventach nurkowych oraz sprzątaniu jezior. Wielokrotnie miała przyjemność wystąpić jako prelegentka na targach i konferencjach nurkowych. Ma kilka nurkowych webinarów na koncie. Nurkowała już w wielu miejscach na Ziemi, ale lista marzeń cały czas rośnie! Od kilku miesięcy właścicielka swojej firmy organizującej wyprawy nurkowe oraz aktywne – Umiko Expeditions, z głową pełną pomysłów na kolejne wyjazdy! Optymistka, zawsze z uśmiechem na ustach i indywidualnym podejściem do każdego Klienta:) Jej najlepszy rodział życia – właśnie się rozpoczyna! www.umikoexpeditions.pl anna@umiko.pro

+48 516 621 211

Pochodzi z regionów górniczych, gdzie woda była raczej wyjątkiem niż codziennością. Pływania i nurkowania nauczył się, żeby przełamać strach przed wodą – i z czasem zamienić go w ciekawość świata pod powierzchnią. Z nurkowaniem jest związany od 2000 roku (Dive Master, CMAS). Nie goni za głębokością ani rekordami: woli spokojne odkrywanie, uważność i detale, które łatwo przeoczyć, gdy człowiek się spieszy. Na co dzień jest naukowcem i praktykiem komunikowania się (dr hab., prof. UEP), związanym z pracą badawczą i dydaktyczną w obszarach rynków kreatywnych oraz komunikowania się cyfrowego i kryzysowego. W redakcji Perfect Diver wspiera zespół tam, gdzie spotykają się treść i technologia – przy produkcjach wideo, analizie danych i budowaniu strategii marki.

Anna METRYCKA

Wojciech A. FILIP

Nurkuje od 35 lat. Spędził pod wodą ponad 16 tysięcy godzin, z czego większość nurkując technicznie. Był instruktorem i instruktorem mentorem wielu organizacji m.in. CMAS, GUE, IANTD, PADI. Współtworzył programy szkoleniowe niektórych z tych organizacji. Jest profesjonalistą z ogromną wiedzą i doświadczeniem praktycznym. Uczestnik wielu projektów nurkowych, w których brał udział jako lider, eksplorator, pomysłodawca czy prelegent. Jako pierwszy Polak nurkował na wraku HMHS Britannic (117 m). Jako pierwszy eksplorował głęboką część jaskini Glavas (118 m). Wykonał serię nurkowań dokumentujących wrak ORP GROM (110 m). Dokumentował głębokie (100–120 m) części zalanych kopalń. Jest pomysłodawcą i konstruktorem wielu rozwiązań sprzętowych podnoszących bezpieczeństwo w nurkowaniu.

Jest Dyrektorem Technicznym w firmie Tecline, gdzie m.in. kieruje placówką badawczo-szkoleniową Tecline Academy. Jest autorem kilkuset artykułów o nurkowaniu oraz książek dotyczących diagnostyki i napraw sprzętu nurkowego. Nurkuje w rzekach, jeziorach, jaskiniach, morzach i oceanach na całym świecie.

Laura KAZIMIERSKA

Laura jest dziennikarką, trenerem instruktorów, nurkiem CCR i jaskiniowym. Przez ponad dekadę rozwijała swoją karierę nurkową, zdobywając wiedzę i doświadczenie z różnych dziedzin. Jej specjalnością są profesjonalne szkolenia nurkowe, ale pasja do środowiska podwodnego i jego ochrony skłania ją do odkrywania różnych miejsc na całym świecie, od głębin Cieśniny Lombok, jaskiń w Meksyku i wraków na Malcie po Malediwy, gdzie prowadzi centrum nurkowe nagrodzone przez ministerstwo turystyki tytułem najlepszego centrum nurkowego na Malediwach. Aktywnie przyczynia się do promowania ochrony środowiska morskiego, biorąc udział w projektach naukowych, kampaniach przeciw zaśmiecaniu oceanów i współpracując z organizacjami pozarządowymi. Znajdziesz ją na: @laura_kazi_diving www.divemastergilis.com

Zoopsycholog, badacz i znawca behawioru delfinów, oddany idei ochrony delfinów i walce z trzymaniem ich w delfinariach. Pasjonat M. Czerwonego i podwodnych spotkań z dużymi pelagicznymi drapieżnikami. Członek Dolphinaria-Free Europe Coalition, wolontariusz Tethys Research Institute oraz Cetacean Research & Rescue Unit, współpracownik Marine Connection. Od ponad 15 lat uczestniczy w badaniach nad populacjami dzikich delfinów, audytuje delfinaria, monitoruje jakość rejsów whale watching. Jako szef projektu „Free & Safe” (wcześniej „NIE! dla delfinarium”) przeciwdziała trzymaniu delfinów w niewoli, promuje etyczny whale & dolphin watching, szkoli nurków z odpowiedzialnego pływania z dzikimi delfinami, popularyzuje wiedzę na temat delfinoterapii przemilczaną bądź ukrywaną przez ośrodki zarabiające na tej formie animaloterapii.

Luke Divewalker

Dawno dawno temu w odległej galaktyce był chaos… …czyli natłok myśli i zachwytów po moim pierwszym zanurzeniu głowy pod wodę w 2005 roku, w postaci intro, na wakacjach w Egipcie. Już wtedy całkowicie się „zatopiłem” w podwodnym świecie i chciałem, żeby odbijał on coraz większe piętno na moim życiu. 2 lata później zrobiłem kurs OWD, który dostałem w ramach prezentu z okazji 18 urodzin, a z czasem pojawiały się kolejne kursy i doskonalenie umiejętności. „Fotografia” pojawiła się niewiele później, ale początkowo w formie jednorazowego podwodnego „kodaka” z którego zdjęcia wychodziły oszałamiająco niebieskie  Nie jestem wielbicielem jednego typu nurkowania, choć największą słabość mam na ten moment – do dużych zwierząt pelagicznych. Wyspy Galapagos były do tej pory moją najlepszą okazją do sfotografowania tak wielu gatunków morskiej fauny. Pasję nurkowo-fotograficzną dzielę ze swoją buddy, która prywatnie jest moją żoną  IG: luke.divewalker www.lukedivewalker.com

Przemysław ZYBER

Fotografuję – bo lubię, filmuję – bo to mnie kręci, piszę – bo lubię się dzielić, szkolę – bo wspieram rozwój, podróżuję – bo uwielbiam odkrywać nowe.

www.facebook.com/przemyslaw.zyber www.instagram.com/przemyslaw_zyber/ www.deep-art.pl

Absolwent UW. Fotograf i filmowiec podwodny nurkujący od 1995 roku. Współpracownik Zakładu Archeologii Podwodnej U.W. Publikuje w polskich i zagranicznych magazynach nurkowych. Właściciel firmy FotoPodwodna będącej Polskim przedstawicielstwem firm Ikelite, Nauticam, Inon, Keldan, ScubaLamp. www.fotopodwodna.pl m.trzcinski@fotopodwodna.pl

Podróżniczka i fotograf dzikiej przyrody. Absolwentka dziennikarstwa i  miłośniczka dobrej literatury. Żyje w zgodzie z naturą, propaguje zdrowy styl życia, jest joginką i wegetarianką. Angażuje się w ekologiczne projekty, szczególnie bliskie jej sercu są rekiny i ich ochrona, o których pisze w licznych artykułach oraz na blogu www.blog.dive-away.pl Swoją przygodę z nurkowaniem zaczęła piętnaście lat temu przez zupełny przypadek. Dzisiaj jest instruktorem nurkowania, odwiedziła ponad 60 państw i nurkowała na 5 kontynentach. Na wspólną podróż zaprasza z biurem podróży www.dive-away.pl, którego jest współzałożycielem.

Jestem podróżniczką i nurkiem technicznym, a świat odkrywam zarówno na lądzie, jak i pod wodą. Nurkowaniem zajmuję się od 16 lat. Z racji tego, że z zawodu jestem fotografką, od pierwszego zanurzenia towarzyszy mi aparat. Zaczynałam od nurkowań rekreacyjnych, ale z czasem zdobyłam uprawnienia full trimix i full cave, co pozwala mi eksplorować jaskinie, wraki i duże głębokości. Pod wodą odnajduję spokój, który trudno znaleźć na powierzchni. Każde nurkowanie to dla mnie nie tylko przygoda, ale też okazja, by zatrzymać na fotografii niezwykły podwodny świat. barbaraglenc.foto@gmail.com

Jakub BANASIAK
Barbara GLENC
Marcin TRZCIŃSKI

Piotr STÓS

Fotograf, biolog, gawędziarz, SSI Instructor Trainer. Nauczanie nurkowania na każdym poziomie uważa za swój obowiązek. Od zarania dziejów związany z Nauticą nierozerwalną pępowiną współwłaścicielstwa. Gniazduje na chorwackiej wyspie Vis, na łodziach safari w Egipcie oraz tam, gdzie pod wodą pięknie, jak świat długi i szeroki. Pracuje w Nautica Safari. nautica.pl, piotr.stos@nautica.pl

Nurek, instruktor nurkowania, fotograf podwodny. Nurkuję od 28 lat, a fotografią podwodną zajmuję się od 18. Mam na swoim koncie tysiące nurkowań w Polsce, Europie, Afryce i Azji. Nurkowanie, szkolenie nowych nurków oraz robienie zdjęć podwodnych to nie tylko mój zawód, ale przede wszystkim ogromna pasja. Najbardziej fascynuje mnie fotografia makro, dlatego pod wodą najchętniej robię zdjęcia małym, bardzo małym i wręcz mikroskopijnym stworzeniom. Zawsze z radością wracam na Filipiny, do Indonezji i Malezji, gdzie podwodne życie zachwyca swoim bogactwem. Moje zdjęcia ukazały się m.in. w National Geographic.

Łukasz GINALSKI

Podobno urodził się z aparatem w ręku… niektórzy mówią, że używa obiektywów zamiast okularów a zdjęcia wywołuje zanim jeszcze powstaną  ! Dzięki swoim mocom łączy podróże, fotografie i nurkowanie w jedną pasję. Człowiek sprzeczność: lubi góry ale ciągnie go do morza, żyje przygodą a pracuje w nudnym IT, uwielbia ciepło a mieszka w kraju gdzie przez pół roku jest ciemno i zimno. Jego mentalnym zwierzęciem jest manat: poniżej 23 stopni marznie, choć wygląda grubo ma tylko cieniutką warstwę tłuszczu. Fanatyk technologii a zwłaszcza wszystkiego co służy do rejestracji obrazu. W wolnych chwilach przegląda i porównuje ofert lotów w ciekawe destynacje nurkowe przez co jego konto jest na wiecznym debecie.

IG: @anthonyleydet_uw_photography Anthony LEYDET

Mieszkający w Marsylii, nad Morzem Śródziemnym, Anthony Leydet jest francuskim fotografem podwodnym, blogerem i pisarzem, publikującym na całym świecie w czasopismach nurkowych. www.zesea.com

Absolwent Politechniki Poznańskiej, finansista, biegły rewident. Nurek zafascynowany teorią nurkowania – fizyką i fizjologią. Zakochany w archeologii podwodnej pasjonat historii Starożytnego Rzymu, aktywny Centurion w grupie rekonstrukcyjnej Bellator Societas (Rzym I w.p.n.e.). Marzy, by choć raz wziąć udział w podwodnych badaniach archeologicznych a następnie opisać wszystko w serii felietonów. Równie często jak pod wodą spotkać go można w Japonii, której kulturą i historią fascynuje się od blisko trzech dekad.

Michał CZERNIAK Adam SOKÓLSKI

Tymczasem wiosną na MALCIE...

Tekst Wojciech ZGOŁA

Zdjęcia PERFECT DIVER

Maltanawyciągnięcietelefonu. Zeskanuj.Odkrywaj.Przeżywaj.

BARCHIPELAG WYSP

MALTAŃSKICH

od tysięcy lat zaciekawia, inspiruje i sprawia, że się tutaj wraca lub chce się tu przyjechać ten pierwszy raz.

o choć znamy historię, wiemy, że na Malcie i Gozo znajdują się najstarsze na świecie kamienne świątynie, starsze nawet od piramid egipskich, że żyli tu i działali Joannici, czyli Rycerze Maltańscy, to i tak każdy z nas chce być odkrywcą osobiście. Czym innym jest rozprawianie o malarstwie i oglądanie w książce czy prezentacji multimedialnej obrazów Caravaggio, a czym innym jest wejście do jednej z kaplic Katedry św. Jana w La Valletta, gdzie panuje półmrok i osobiste doświadczenie kontemplacji „Ścięcia św. Jana Chrzciciela” w oryginale.

Malta jako państwo zmienia się. Jeśli ktoś był tutaj 20 lat temu i powtórzył wyprawę obecnie – może przeżyć lekki szok. Jadąc z Mellieha na lotnisko, policzyłem ponad 20 żurawi (dźwigów), które aktywnie uczestniczą w zabudowie. Kiedyś w St. Julian’s był jeden wysoki budynek Portomaso Business Tower (23 piętra i wysokość 98 m). W 2020 roku wyprzedził go Mercury Tower. Obecnie w budowie jest kilka wieżowców.

Nie ma już oldschool’owych autobusów z lat 50-tych ubiegłego wieku. Cała flota została wymieniona na nowoczesne i kli-

Blue Grotto

Restauracja ir Rizzu, Marsaxlokk

matyzowane. Jest więcej dobrych dróg i rozwiązań drogowych. Niestety korki nie zniknęły, a w godzinach szczytu przejazd kilkunastu kilometrów może zabrać godzinę. Czego jest mniej –stanowczo mniej jest śmieci. Pod tym względem Malta (i Gozo) zmieniły się na korzyść środowiska naturalnego. Dotyczy to zarówno lądu, jak i morza.

Dla nas nurków najważniejsze jest, że infrastruktura sprzyjająca oddawaniu się pasji nurkowania i freedivingu jest tutaj powszechna i centra nurkowe rozsiane są po obu wyspach.

Korzystając z zaproszenia przez MTA (Malta Tourism Authority) Magazynu Perfect Diver, po domówieniu kilku punktów programu naszej obecności na ziemi maltańskiej, dotarliśmy w połowie kwietnia 2026 na rozbudowane lotnisko Luca. Czekał już na nas opiekun Sean wraz z kierowcą. Eksplorację rozpoczęliśmy od przejechania do Marsaxlokk i lunchu w restauracji ir Rizzu. W tym miejscu Morze Śródziemne wcina się w ląd tworząc naturalną zatokę o podobnej nazwie (Marsaxlokk Bay). Jesteśmy na południowo-wschodnim wybrzeżu Malty, w tradycyjnej wiosce rybackiej. Chłoniemy „starą Maltę” słynną z łodzi luzzu (z „oczami Ozyrysa”), z największego skupiska restauracji rybnych na całym archipelagu, z niedzielnego targu rybnego (od 6:00 do 14:00). Dzisiaj jest to trochę miks autentycznego portu z restauracjami serwującymi owoce morza. Stoliki są przy samej ulicy, a wzdłuż portu stoją bogato zaopatrzone stragany dla turystów.

Po bardzo smacznym i obfitym posiłku (a miał być lekki), składającym się z kilku przystawek, dwóch dań głównych, deseru i kawy ledwie mogliśmy wstać od stołu.

Podziwiając zieloną wyspę, pełną kolorowych kwiatów, kwitnących ziół i dojrzałych truskawek z gruntu, przejechali-

Sanktuarium Matki Bożej, Mellieha

śmy do Blue Grotto podziwiać system morskich grot i łuków skalnych. Są to okolice Wied iż-Żurrieq, słynne z intensywnie niebieskiej wody i refleksów światła. Można zjechać nad samo morze i przepłynąć łódką na zwiedzanie od strony morza. Jest tu też świetne miejsce nurkowe, a pod wodą znajduje się między innymi wrak zatopionego w 1998 roku tankowca Um El Faroud. Leży na głębokości 15-36 m i ma długość 110 m. W 2005 roku z powodu silnego sztormu pękł na 2 części. Jest jednym z topowych wraków Europy.

MTA ulokowało nas w 4* hotelu Solana w Mellieha. Przed obowiązkową kolacją w stylu maltańskim pojechaliśmy do Golden Bay – podziwiać zachód słońca. Tzn. taki mieliśmy zamiar, ale widać Niebo miało swoje plany i zasłoniło się delikatnymi chmurami.

Kolację (tutejszy dinner) zjedliśmy w miejscowości Mgarr w restauracji serwującej specyfiki maltańskie. Podano nam między innymi królika, który jest daniem narodowym Malty. Obok, dosłownie kilka kroków, restauracji znajduje się główny kościół w Mgarr. Jest to Parish Church of the Assumption of the Blessed Virgin Mary. Ciekawostką jest fakt, że posiada charakterystyczną kopułę w kształcie jajka. Został zbudowany przez lokalną społeczność, która znana była z hodowli niosek i z bardzo dobrej jakości jajek. Mieszkańcy chcieli, by ich kościół różnił się od „okrągłych”, dlatego zdecydowano się na wybór bardziej stylistyczno-symboliczny.

Kolejne 2 dni spędzaliśmy pomiędzy Gozo, a Maltą nurkując zawzięcie zarówno na wrakach, jak i wśród skał bogato wyrzeź-

bionych przez morze, słońce i czas. Nurkowaliśmy z Bazą Atlantis Diving Center, a opiekował się nami Bogdan Trzcionka.

Dlatego poranki zaczynaliśmy od szybkiego śniadania, przejechania promem na Gozo i szybkim transferem do Marsalforn (północ wyspy). Tu decydowaliśmy wspólnie, gdzie nurkujemy. Braliśmy pod uwagę warunki pogodowe (głównie wiatr) i nasze „zachcianki” ;)

Po nurkowaniach lunche jadaliśmy w Vini e Capricci, a kolacje, już po powrocie na Maltę, w kolejnych restauracjach wybranych przez MTA.

Sobota przed odlotem przeznaczona była na ducha historii, o której wspomniałem na wstępie. Po porannym śniadaniu czakał już na nas samochód wraz z przewodniczką. Do La Valletty poje-

Valetta, Republic Street, wejście od strony Nowej Bramy Miejskiej. Po prawej stronie Parlament i Teatr, po lewej Palazzo Ferreria

Kościół parafialny Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Mgarr
Restauracja Ta'Nenu, Mgarr

Dominika z Redakcji PD i Fontanna Trytonów

Winda w ogrodach Barraka
Kolorowe drzwi z kołatkami
Tradycyjne maltańskie łódeczki –dghajsa, które służą jako wodne taksówki między Vallettą a Birgu (Trójmiastem) Wpływamy do Birgu
„Ścięcie św. Jana Chrzciciela” (1608), Caravaggio, Katedra św. Jana, Valetta
Birgu, jedna z urokliwych uliczek z tradycyjnymi, drewnianymi i kolorowymi balkonami (gallarija)

chaliśmy dłuższą trasą, wiodącą wzdłuż wybrzeża. Widok otwartego Morza Śródziemnego po horyzont uspokaja wewnętrznie, a wśród nurków z automatu podpowiada, że pod wodą jest niesamowicie.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od monumentalnej fontanny Trytonów, która znajduje się przy wejściu na starówkę stolicy Malty. Fontanna powstała w 1959 roku wg projektu Vincent’a Apap’a, a stanowi ją trzech trytonów podtrzymujących misę z wodą. Dalej przechodzimy przez bramę i zostawiając po prawej stronię Parlament Malty zatracamy się w uliczkach stolicy, założonej w XVI wieku przez Zakon Joannitów. Można śmiało powiedzieć, że La Valletta jest miastem barokowym z wojskową precyzją, zbudowanym z jasnego wapienia. Wszystkie budynki są spójne i mają złoty kolor. Za to drzwi, bardzo często wciąż z kołatkami, są w kolorze zielonym, niebieskim i czerwonym. Wąskie uliczki z balkonami stanowią prostokątną siatkę ulic, natomiast całość zamykają bastionowe fortyfikacje dopasowane do półwyspu. Spacerując widać różnicę wzniesień i naturalną skałę tworzącą efekt „ściany” schodzącej prosto do wody. La Valletta leży ok. 50-60 m n.p.m. (np. Upper Barrakka Gardens) i na tej skale ją wybudowano. Mury od strony Grand Harbor mają wysokość 40-60 m.

Warto (takie must see) zobaczyć i zwiedzić Katedrę St. Johns, zamek Joannitów, zatrzymać się na świetną kawę (najczęściej włoską) w jednej z licznych

kafejek. Zajrzeć do Muzeum Archeologii, przejść do ogrodów Barrakka z pięknym widokiem na port i 3 miasta: Birgu, Isla i Bormla.

Sympatyczne jest to, że idąc w gorący dzień szukamy cienia, a przez to, że bliskość morza jest nieustanna, od czasu do czasu możemy liczyć na lekką bryzę niosącą wilgoć i zapach portu.

Gdy zgłodniejemy, a nie mamy czasu na dłuższy postój, koniecznie sięgnijmy po ftirę – klasyk to ta z tuńczykiem, oliwkami i kaparami lub po pastizzi (ricota lub groszek), a do tego schłodzone kinnie (ziołowy napój made in Malta).

Myślicie, że to koniec? Nie, jeszcze zjechaliśmy windą, która z ogrodów Barrakka zjeżdża na zewnątrz murów w okolicy Grand Harbor. Po przejściu niewielkiego odcinka możemy wybrać się na krótki rejs do Birgu, co też uczyniliśmy. Tu poszukaliśmy polskiej restauracji i zjedliśmy lunch rozmawiając z obsługą po polsku. Okazuje się, że na wyspach mieszka około 4000 Polaków i najczęściej oni (oprócz turystów) przybywają zjeść np. pierogi. Po wypełnieniu żołądków po brzegi i odsapnięciu, weszliśmy w głąb Birgu podziwiając tutejsze zakątki, uliczki i architekturę, szczególnie tę na pograniczu morza i lądu.

Wieczorem czekała nas jeszcze pyszna kolacja w towarzystwie Michelle z MTA, którą spożyliśmy w restauracji w Qawra. Jak przystało na środek weekendu dużo czasu spędziliśmy w samochodzie.

Valetta, bar przy głównej ulicy, w którym serwowana jest ftira

Następnego dnia wróciliśmy do Polski. Z 22°C i słońca wskoczyliśmy w 5°C chmury i deszcz. Malta, Gozo i Comino, to świetny wybór w okolicach marca, kwietnia i maja. Jeśli ktoś nie lubi upałów po 40 stopni i tłumów. W tym okresie jest tutaj ciepło, słonecznie, może pokropić przez godzinę. Jest kolorowo, dużo kwiatów, pierwsze żniwa i truskawki z krzaczka, z gruntu. Wiosna na Malcie wydaje się być bardzo dobrym rozwiązaniem. Jest tutaj bezpiecznie, smacznie i jednocześnie orientalnie.

PS.

A co my tam między innymi jedliśmy?

Spaghetti Tal-Fqira, Imqaret, Carre Di Vitello, Gozitan Tnaqqir. Kawa po maltańsku składała się z: mocnej kawy (espresso), anyżu, goździków, cynamonu, skórki pomarańczowej, odrobiny wody różanej, a do tego cukier brązowy/ miód lub, jak nasza – w wersji z bitą śmietaną i alkoholem.

Pierwsze spotkanie

Z (WIELKĄ!)

RAFĄ KORALOWĄ

Tekst Dominika ABRAHAMCZYK

Zdjęcia Dominika ABRAHAMCZYK, Wojciech ZGOŁA

Nie żebym podejrzewała kogoś o oszustwa… ALE ;)

Zawsze, gdy oglądałam zdjęcia czy filmy z raf koralowych w głowie miałam jedną myśl – chyba to jest trochę podkolorowane ;)

Nadeszła ta wiekopomna chwila – marzenie Wojtka (i moje również – ale jego dłużej haha) miało się spełnić – Australia. Skaczące kangurki, koale na eukaliptusach no i oczywiście Wielka Rafa Koralowa. No bo jak zaczynać przygodę z rafą to z grubej rury… ;) Cóż, jestem ewenementem nurkowym – nigdy nie byłam w Egipcie. Myśl o safari na Wielkiej Rafie przysparzała mi skrajnych emocji…, z jednej strony strach (bo choroba morska, bo rekiny, bo meduzy…) z drugiej ekscytacja…, bo to Wielka Rafa (!), bo Nemo, bo może tysiące niewidzianych przeze mnie dotąd stworzeń. Safari to, było zwieńczeniem

naszego prawie miesięcznego pobytu w rym rejonie Ziemi, stąd myśli kotłujące się w głowie dawały mi nieźle popalić. Wypływaliśmy z Cairns. Pierwsze godziny – dramat. Spełniał się najgorszy scenariusz, czyli choroba morska. Nie pomagały bransoletki akupresurowe, patrzenie na horyzont, tabletki nie do końca miały czas się wchłonąć… Wojtek pewnie był zadowolony, bo miał podwójne posiłki ;) Ja modliłam się o szybki powrót na stały ląd i w duszy przeklinałam dzień, w którym dałam się na to namówić. Pocieszeniem dla mnie był fakt, że nie jestem jedyna i zrozumiałam mechanizm działania grup wsparcia

– dolegliwości łączą ludzi. Na szczęście po wpłynięciu w Rafę fale uspokoiły się, a ja mogłam odetchnąć. W głowie myśl – oby ta eskapada była tego warta. Woda cieplutka. 28 stopni. To już pierwszy plus. Przygotowano dla nas stingersuity – takie z lycry chroniące przed meduzami. Briefing przed nurkowaniem – dość ważna sprawa, gdyż nurkowania odbywają się tu bez przewodników. Chyba, że ktoś bardzo tego potrzebuje, wtedy za nie taką drobną opłatą manipulacyjną można nurkować z przewodnikiem. Sprawne przygotowanie sprzętu i chlup do wody… iii… no nie wierzę własnym oczom!!! Szok! Tyyyle kolorów, tyyyle rybek, mniejszych, większych, żółtych, czerwonych, a tu jakie ukwiały, a jakie koralowce, a tu patrz – żółw! A tam płaszczka! Jednak nie kłamali! Nic nie jest podkolorowane! Przez chwilę zastanawiałam się, czy przedawkowanie aviomarinu nie daje objawów halucynacji ;) Ale po minach współnurkujących zorientowałam się, że widzą to samo co ja. Cudowny, współgrający ze sobą ekosystem jak z rajskiej opowieści.

Co robić? Podziwiać? Nagrywać filmy? Robić zdjęcia? Ciężko podjąć decyzję – z jednej strony być i trwać w tej chwili a z drugiej mieć materiał, aby pokazać Światu nienurkującemu to piękno, aby i oni zastanawiali się po cichu „czy to, aby nie jest trochę podkolorowane…?” Jak to dobrze, że zostajemy tu na jakiś czas…

Powrót na łódkę i analizowanie treści w głowie, połączone z (nareszcie działającymi!) lekami na chorobę morską, pozwoliły mi zasnąć snem sprawiedliwego i dopiero o 5:30 zostałam obudzona na… kolejne nurkowanie :) Cóż, poza tym, że był to mój pierwszy kontakt z rafą koralową, to jeszcze moje pierwsze safari. Nurkowania 4 razy dziennie to jest to, co tygryski lubią najbardziej, szczególnie po okresie adaptacji do życia na morzu i z możliwością spożywania posiłków. Był to dla mnie pionierski wyjazd również ze względu na spotkanie „prawdziwych” rekinów ;) Do tej pory jedyne jakie widziałam to angel shark’i. Tutaj miałam okazję zobaczyć rekiny białopłetwe oraz szare rekiny rafowe. Dostojne stworzenia budzące bardziej podziw niż grozę poruszające się ze zwinnością i gracją między koloniami koralowców. Niezbyt chętne do pozowania przed aparatem. Pod-

czas nocnego nurkowania mieliśmy ogromne szczęście zobaczyć rekina epoletowego, który jest niezbyt często spotykany. Jego nazwa pochodzi od dużych czarnych plam z białą obwódką, przypominających wojskowe epolety, a jego cechą charakterystyczną są silne płetwy piersiowe umożliwiające mu „chodzenie” po dnie, płytkich rafach oraz nawet między kałużami podczas silnych odpływów. Szkoda, że jest dość nieśmiały i zrobienie mu fotki w całej okazałości jest tak trudne.

Na nocnych rurkowaniach do łodzi przymocowany był mocny reflektor, który ułatwiał powrót. Kiedy na jednym z takich nurkowań kierowaliśmy się już w stronę łodzi, dostrzegliśmy cztery rekiny pływające w kółko w okolicy drabinki. Kojarzycie tego mema gdzie tata rekin uczy syna, żeby przed zjedzeniem człowieka opłynął go kilka razy dookoła, aby nie jeść z gó…nem? ;) Oczywiście w tym momencie wpadł mi do głowy jak strzała i napad śmiechu pod wodą był nieunikniony ;) Na szczęście rekiny te nie były zbyt skore do kontaktu z nami i poszerzały zataczające kręgi w miarę naszego wynurzania. Ekipa wynurzyła się w zgodnej liczebności i nawet liczba palców się zgadzała. Nawet nie wiem, kiedy dotarliśmy do końca tej wyprawy. Emocji pod wodą było tak dużo, że pomiędzy nurkowaniami każdą wolną chwilę wykorzystywałam na sen i regenerację. Teraz pozostaje mi tylko czekać na kolejną przygodę i dzielić się z innymi tym, co dane mi było zobaczyć.

DHUNI KOLHU

Wyspa żółwi w sercu atolu Baa (MALEDIWY)

Tekst i zdjęcia Anthony LEYDET

Raj dla nowożeńców i podróżników szukających idealnej tropikalnej destynacji – z krajobrazami jak z pocztówki, turkusowymi lagunami i palmami kokosowymi rzucającymi przyjemny cień na biały jak koral piasek –ARCHIPELAG MALEDIWÓW jest przede wszystkim niezwykłym i bezkresnym sanktuarium morskiego życia.

Choć wielu miłośników nurkowania marzy o safari na łodzi, które pozwala zobaczyć najlepsze miejsca w krótkim czasie, pobyt na lądzie daje wyjątkową możliwość, by naprawdę poczuć dziką atmosferę tego tętniącego życiem archipelagu. Zapraszam na małą wyspę Dhuni Kolhu, położoną w sercu atolu Baa, zarządzaną przez ekologiczny resort Coco Palm, którego wielokrotnie nagradzane, odpowiedzialne podejście do ekologii wyznacza złoty standard w tym regionie.

Dhuni Kolhu: surowy diament w sercu Baa

Przylot do Malé, stolicy Malediwów, bywa nieco dezorientujący. Po wielu godzinach podróży człowiek marzy o natychmiastowym zetknięciu z rajem, a rzeczywistość okazuje się zupełnie inna: turystów najpierw witają beton, ruch uliczny i wysokie

budynki. Ale nasz „rajski ptak” już czeka. Wygodnie usadowieni (albo prawie wygodnie!) w małej kabinie hydroplanu, obserwujemy dwóch pilotów Trans Maldivian Airways, w olśniewających mundurach i „kokpitowych japonkach”, rozpędzających samolot i startujących z kanału. Lecimy na północny zachód, w stronę atolu Baa, rezerwatu biosfery UNESCO. Po 45 minutach lotu nad wyspami i oceanem mieniącym się tysiącem odcieni błękitu, wodujemy naprzeciwko Dhuni Kolhu. To prawdziwy raj o długości 630 m i szerokości 260 m, pokryty gęstym tropikalnym lasem i otoczony plażami z koralowego piasku, które łagodnie przechodzą w przejrzyste wody. W jednej chwili zanurzasz się w pocztówkowy obrazek, który wreszcie stał się rzeczywistością. Wybór tej wyspy był oczywisty, biorąc pod uwagę ekologiczne zaangażowanie marki Coco Collection, która od lat działa na rzecz ochrony przyrody – zarówno na lądzie, jak i w morzu.

To oddanie zostało docenione licznymi nagrodami, dzięki czemu Coco Palm uchodzi dziś za jedno z najbardziej przyjaznych środowisku miejsc wypoczynkowych na archipelagu Malediwów. Plastik jest tu zakazany, woda pitna butelkowana jest bezpośrednio na miejscu, działa własny ogród organiczny, a rygorystyczna polityka wykorzystywania zrównoważonych materiałów pozwala ograniczać odpady do minimum. Co więcej, dzięki ścisłej współpracy z organizacją The Olive Ridley Project na wyspie powstało centrum ratunkowe dla żółwi morskich. Stały biolog morski prowadzi dla gości cotygodniowe wykłady oraz zajęcia terenowe, takie jak ogrodnictwo koralowe i monitoring licznych gniazd żółwi. Bose życie, swobodna atmosfera wyspy oraz wille – luksusowe, ale zarazem proste i doskonale wpisane w otaczający las – przywołują poczucie autentyczności, jakby na nowo odkrywało się dawne Malediwy.

Sanktuarium dla żółwi morskich

Nie trzeba wiele czasu, by zrozumieć, że wszystko jest tu podporządkowane ochronie żółwi. Wystarczy zwykły snorkeling przy głównej plaży, by niemal każdy mógł obserwować żółwie zielone spokojnie żerujące na bogatych w składniki odżywcze łąkach trawy morskiej, od czasu do czasu mijające się z czarnopłetwym rekinem rafowym lub eleganckimi płaszczkami. Druga strona wyspy, znacznie bogatsza w korale, jest idealnym miejscem do spotkań z żółwiami szylkretowymi oraz ogromną różnorodnością tropikalnych ryb.

Spacer dookoła wyspy zajmuje mniej niż 30 minut i pozwala dostrzec liczne gniazda żółwi, wszystkie oznaczone i zabezpieczone, z podanymi informacjami takimi jak data złożenia jaj, gatunek oraz przewidywany termin wyklucia. Na plażach Dhuni Kolhu jaja składają trzy gatunki: żółwie szylkretowe, oliwkowe i zielone. Przy odrobinie szczęścia goście mogą być świadkami wykluwania się małych żółwi pod ścisłym nadzorem biologa morskiego – to niezwykle poruszające, pełne szacunku i niezapomniane doświadczenie. Nieco dalej w głąb wyspy znajduje się Marine Turtle Rescue Centre, gdzie w basenach

przebywają przede wszystkim żółwie oliwkowe (Lepidochelys olivacea). Mniej znany nurkom gatunek, który jest zasadniczo pelagiczny i zbyt często pada ofiarą porzuconych widmowych sieci rybackich.

Atol Baa: rezerwat biosfery i podwodny raj!

Położone wśród bujnej zieleni centrum nurkowe Coco Dive PADI jest przyjazne, przestronne i doskonale zorganizowane. Harsha i jego zespół, zawsze uśmiechnięci, z pasją dzielą się tym, co najlepsze w lokalnych miejscówkach. Na tych, którzy chcą odkrywać głębiny atolu Baa, czeka ponad dwadzieścia pobliskich stanowisk nurkowych. Wniosek jest zawsze ten sam: biomasa jest oszałamiająca. Życia jest tu niewiarygodnie dużo, szczególnie w takich miejscach jak thila o nazwie 12.5 (thila to podwodna koralowa góra, która przyciąga wyjątkowo bogate życie morskie), Rangali Faru – wspaniały uskok usiany jaskiniami – czy Muthafushi Thila, które odkrywaliśmy pod gęstym baldachimem ryb, w prawdziwym teatrze podwodnych polowań, gdzie karanksy i rekiny na zmianę przejmowały zdobycz. W południowo-zachodniej części atolu, po godzinie rejsu

łodzią, dociera się do słynnej zatoki Hanifaru Bay, miejsca corocznych zgromadzeń mant od czerwca do września (zjawisko to zależy od prądów i zagęszczenia planktonu).

Kiedy turyści uczestniczą w ochronie raf koralowych

W ramach swojej proekologicznej misji Coco Collection aktywnie działa na rzecz ochrony raf koralowych. W lagunach dwóch swoich wysp (Dhuni Kolhu na atolu Baa oraz Bodu Hithi na północnym atolu Malé) biolodzy morscy organizują dla gości zajęcia z ogrodnictwa koralowego. Dzięki temu każdy może dołożyć swoją cegiełkę do odtworzenia fragmentu laguny, tworząc koralową szkółkę jako hołd dla bliskiej osoby albo pamiątkę po podróży poślubnej. Po krótkim briefingu edukacyjnym, początkujący ogrodnicy mocują niewielkie fragmenty korali – naturalnie odłamane kawałki zebrane przez biologa – do metalowej konstrukcji. Następnie trafia ona pod wodę, obok już istniejących szkółek, z których część wykazuje imponujący wzrost. Niemal natychmiast pojawiają się zaciekawione ryby, by przywitać swój nowy dom. Pozostaje tylko życzyć tym koralom długiego życia!

Embudhoo: doświadczenie w stylu Robinsona Crusoe!

Zaledwie 15 minut motorówką od Dhuni Kolhu wystarczy, by przeżyć coś naprawdę wyjątkowego: zostać wysadzonym na bezludnej wyspie i spędzić tam kilka godzin, a nawet noc. Po krótkim instruktażu bezpieczeństwa (na wszelki wypadek zachowuje się telefon komórkowy) ta maleńka prywatna wyspa, całkowicie opuszczona – poza kilkoma kurami i królikami – stoi przed tobą otworem: grill, drzemki, kąpiele, snorkeling, odkrywanie ścieżek – wszystko, czego potrzeba, by poczuć się jak prawdziwy odkrywca!

Dhuni Kolhu daje pewność spotkania z dziką i zachowaną w świetnym stanie naturą, z dala od masowej turystyki, gdzie życie morskie wciąż tętni pełnią sił. To forma podróżowania, która w naturalny sposób łączy luksus z autentycznością. Patrzenie, jak ta perła Oceanu Indyjskiego znika za oknem hydroplanu, nieuchronnie wywołuje ukłucie żalu, ale wyjeżdża się stąd z głową pełną niezapomnianych chwil.

Do redakcji trafiły do testów komputery od SUUNTO:

Nautic i Nautic S.

Spędziliśmy z nimi kilka nurkowań – najgłębsze do 40 m –i najpierw spójrzmy na model Nautic S, bo zasłużył na szczególną uwagę.

Tekst i zdjęcia: PERFECT DIVER

NAUTIC S NAUTIC

Nautic S to zegarkowy komputer nurkowy o średnicy około 50 mm i wadze ~81 g. Ma optymalny rozmiar: wygląda skromnie i biznesowo, znacznie mniej masywnie niż „techniczne cegły”, wygodnie leży na ręce i łatwo schować go pod mankietem koszuli. Dzięki widżetom można personalizować wygląd tarczy, co przydaje się w codziennym użytkowaniu. Ekran AMOLED robi dużą różnicę – daje idealną czerń, wysoki kontrast i żywe kolory. W praktyce oznacza to bardzo czytelne wskazania nawet w mętnej wodzie; alarmy PPO2 i dekompresyjne są mocno widoczne, a jednocześnie urządzenie oszczędza baterię. Nautic S zachowuje się świetnie pod wodą – testowaliśmy go m.in. pod lodem, w Morzu Śródziemnym i na basenach w różnych warunkach. Funkcja snorkelingu/freedivingu działa bez zarzutu, a obserwowanie pracy komputera podczas nurkowania ze sprzętem było przyjemne i komfortowe.

Funkcjonalnie to sprzęt wszechstronny: mamy multi-gas, trimix, sidemount, pomiar ciśnienia w butli, kompas oraz GPS i mapy. Zastosowano algorytm Buhlmann ZHL-16 z Gradient Factors; PPO2 można ustawić w zakresie 1,0–1,6 ata. Komputer obsługuje do 5 gazów (Nitrox/Trimix) i ma deklarowaną maksymalną głębokość 80 m. Preset Gradient Factors domyślnie ustawiony jest na „Medium” (40/95), ale użytkownik może wybrać bardziej agresywny 45/95 lub bardziej konserwatywny 35/75.

Bateria wytrzymuje do około 60 nurkowań, co przekłada się na kilka dni intensywnego użytkowania bez ładowania. Trzeba jednak pamiętać, że Nautic S nie jest pełnoprawnym smartfonem i ma ograniczone funkcje sportowe. Dedykowany pasek tekstylny jest wygodny, choć może okazać się za krótki do bardzo grubego skafandra. To z pewnością nie jest klasyczny „komputer tech” dla ekstremalnie zaawansowanych zastosowań.

PODSUMOWUJĄC:

Suunto Nautic S to nowoczesny, „czysty” komputer nurkowy w formie zegarka – świetny wybór dla freedivingu, nurkowania rekreacyjnego i lekkiego nurkowania technicznego. Elegancki na co dzień, praktyczny pod wodą i czytelny w trudnych warunkach.

„Przesiadając” się z komputera zegarkowego na Suunto Nautic od razu zauważalna jest wyższa waga urządzenia (232 g) co wiąże się z jego wymiarami i większym wyświetlaczem. Testowaliśmy 2 typy pasków –tekstylny na rzep, który w praktyce niestety okazał się dla mnie mocno za długi oraz bungee cord, który okazał się strzałem w dziesiątkę dla osoby o bardzo szczupłej ręce – możliwość dostosowania długości gumek pozwala na pełną personalizację a zapięcie pozwala na szybkie i wygodne założenie i zdejmowanie.

Duży i bardzo czytelny wyświetlacz daje komfort podczas nurkowania i mamy możliwość konfigurowania ekranu według własnych potrzeb i upodobań. Interface jest bardzo intuicyjny i prosty – zmiana gazów to zaledwie kilka kliknięć.

Komputer wyposażony jest również w kompas cyfrowy oraz latarkę –istotny backup na każdym nurkowaniu oraz GPS. Wisienką na torcie jest aplikacja, z logbookiem zapisująca również trasę nurkowania a nie tylko jego profil. Bardzo dobry komputer nurkowy spełniający wymagania nurka na wielu szczeblach drabiny zaawansowania. Producent deklaruje możliwość nurkowania do 200 m. Suunto Nautic wykorzystuje algorytm nurkowania Bühlmann 16 GF z możliwością modyfikacji współczynników gradientowych.

Gdzieś na ŁĄCE

Tekst Marcin TRZCIŃSKI Zdjęcie Adam SOKÓLSKI

Są ludzie, którzy lubią małe rzeczy. Wiecie, Królewna Śnieżka, Japończycy, inżynierowie odpowiedzialni za projekt Fiata 126p i… Adam. Od kiedy zaangażował się w projekt dedykowanego fotografom podwodnym Blue Photo Adventures, jakoś tak przypadkiem wszystkie ich wyjazdy prowadzą na wyspy Pacyfiku. I to nie na miejsca drugo wojennych bitew morskich, pełnych wraków pod szerokokątne obiektywy, ale na nurkowiska określane w przewodnikach nurkowych jako raje makro.

Parametry ekspozycji: tryb M, 1/250 sek, f/18, ISO 200

Aparat: OM-System OM-1

Obiektyw: OM-System 90mm makro

Obudowa: Nauticam NA-OM1 + port płaski

Lampy: 2x Inon Z240

Jednym z takich miejsc, do którego ciągną ludzie z dużą wadą wzroku (podobno wskazane jest co najmniej – 12 dioptrii) jest indonezyjskie Tulamben. Położona na północno-wschodnim wybrzeżu wyspy Bali wioska jest dla nich jak świątynia, w której uzupełniają swoje listy „must see” o kolejne, niewidzialne gołym okiem stwory. Pokrywający oceaniczne dno czarny, wulkaniczny piach pełen jest stworzeń, których nikt poza nimi nie jest w stanie dojrzeć. To już nie jest nawet makro, a coś z pogranicza mega makro i obrazów mikroskopowych. Dlatego w takich miejscach nie mniej ważne od umiejętności fotograficznych i spostrzegawczości jest posiadanie dobrego przewodnika. Spottera, który wie czego i gdzie wypatrywać w tej niezwykłej scenerii i którego z powodzeniem można uznać za współautora powstałych zdjęć.

Adam się zresztą z tym nie kryje… „Od jakiegoś czasu nurkując w Tulamben mam tego samego przewodnika – Dyona. Uważam, że jest świetny – spokojny i ma znakomite oko. W makro dobry przewodnik to absolutna podstawa –możesz mieć najlepszy sprzęt i doświadczenie, ale bez kogoś, kto zna dno jak własną kieszeń i potrafi wypatrzyć milimetrowy detal wśród piasku i kamieni, wiele rzeczy po prostu przepadnie”.

Także i tego dnia nurkowali razem.

„Dyon poruszał się powoli, metodycznie, z charakterystyczną koncentracją człowieka, który wie, że największe cuda są najmniejsze. W pewnym momencie zatrzymał się i delikatnie wskazał coś malutkiego na kamieniu. Podpłynąłem bliżej, ale szczerze mówiąc nie widziałem niczego konkretnego. Jakiś jasny punkcik, może drobina osadu. Coś tak małego, że gołym okiem trudno było uchwycić jakikolwiek kształt. Tyle, że skoro on to pokazywał, to musiało to być coś wyjątkowego.

Położyłem się na dnie – w Tulamben jest ono głównie piaszczyste, więc zachowując odpowiednią ostrożność można leżeć lub klęczeć, nie niszcząc niczego. Ustabilizowałem aparat i pierwsze zdjęcie zrobiłem niemal „w ciemno”. Spojrzałem na wyświetlacz, po czym powiększyłem kadr. Z ekranu zerkała na mnie delikatna, niemal przezroczysta sylwetka z drobnymi wyrostkami przypominającymi listki. Powoli zaczęło docierać do mnie, co mam przed sobą. Stiliger sp. – jeden z moich ulubionych ślimaków, którego dotychczas oglądałem jednak tylko na cudzych fotografiach. Tym razem był tuż przed moją maską, na żywo. Emocje były ogromne. Po tysiącach nurkowań wciąż potrafię poczuć ten dziecięcy dreszcz ekscytacji, kiedy odkrywam coś po raz pierwszy. A to był właśnie taki moment. Zacząłem pracować jeszcze ostrożniej – każdy ruch musiał być kontrolowany, żeby nie wzniecić osadu i nie stracić tego mikroskopijnego modela. Ustabilizowałem aparat i przyłożyłem oko do wizjera. Świat nagle urósł. Struktury ciała modela stały się wyraźne, subtelne kolory zaczęły odcinać się od tła kamienia. To, co przed chwilą było niemal niewidzialną kropką, przeobraziło się w skomplikowany, perfekcyjnie zaprojektowanm organizm. W takich chwilach człowiek jest w stanie zapomnieć nawet o oddychaniu…

Kiedy wynurzyłem się po nurkowaniu, wiedziałem, że zapamiętam ten dzień na długo. Nawet jeśli myślisz, że widziałeś już wszystko, ocean potrafi wciąż czymś zaskoczyć. Tulamben po raz kolejny przypomniało mi, że w oceanie największe emocje często mają zaledwie kilka milimetrów.”

Opowieści Adama Sokólskiego wysłuchał, a potem ją spisał Marcin Trzciński

Czas na

DAUIN…

Mój poprzedni artykuł był opowieścią o początkach –o tym, jak wiele, wiele lat temu wpadłem w świat makrofotografii podwodnej.

Ten opisuje wyjazd, z którego wróciłem niedawno. Napisałem go jeszcze „na świeżo”, zanim wspomnienia się zatarły – z głową pełną obrazów i emocji po niedawnych nurkowaniach, czując jeszcze sól na skórze, słońce na twarzy i wiatr we włosach.

Tym razem, w pogoni za małymi, dziwnymi i niesamowitymi stworami, trafiłem do Dauin na Filipinach. To miejsce bywa wrzucane do jednego worka razem z pobliskim Dumaguete, a w rzeczywistości to właśnie Dauin jest właściwą destynacją dla makrofotografów. Może nie jest tak rozpoznawalne jak Anilao, ale w środowisku funkcjonuje jako jedno z najlepszych miejsc do makro fotografii na świecie – i po tym wyjeździe trudno się z tym nie zgodzić.

Dauin słynie przede wszystkim z frogfishy. Są właściwie wszędzie – od kilkumilimetrowych maluchów po duże osobniki siedzące spokojnie na linach cumowniczych, w wersjach „włochatych” i całkiem gładkich, w kolorach od bieli, przez żółcie i pomarańcze, aż po zieleń i głęboką czerń. To jednak tylko część

uroków tego miejsca – jest tu pełno innych niesamowitych makro stworzeń, ukrytych na dnie i czekających na odkrycie. Dominuje tu nurkowanie typu muck diving – nurkuje się nad dnem, które wydaje się być zupełnie puste i gdzie nie dzieje się absolutnie nic. Ta pustka jest pozorna. Nagle jeden gest przewodnika zmienia wszystko i zaczyna się opowieść o kolejnym dziwnym, często trudnym do sklasyfikowania stworze. To właśnie takie momenty sprawiają, że człowiek nie przestaje wpatrywać się w dno i z każdym kolejnym zanurzeniem ma poczucie, że zaraz wydarzy się coś ciekawego.

Tuż obok Dauin leży wyspa Apo – zupełnie inny świat, pełen ścian, korali i przestrzeni. Dla makrofotografa Apo nie jest głównym celem wyjazdu, ale jako przerywnik działa idealnie. Po kilku

Tekst i zdjęcia Adam SOKÓLSKI

dniach spędzonych na powolnym „pełzaniu” nad piaskiem można się oderwać, spojrzeć w błękit i po prostu ponurkować bez ciągłego szukania. To trochę jak zmiana obiektywu z makro na szeroki kąt – nagle zmienia się wszystko, od perspektywy po sposób odbierania otoczenia.

Jeśli ktoś czytał moje wcześniejsze teksty, wie, że jednym z najważniejszych elementów udanego wyjazdu fotograficznego jest dobre centrum nurkowe, gdzie ludzie rozumieją potrzeby osób nurkujących z aparatami. To był mój trzeci wyjazd do Dauin i dopiero teraz trafiłem w miejsce, które naprawdę spełnia te oczekiwania.

Silver Reef Dive Resort okazał się dokładnie tym, czego szuka fotograf. Nikogo tu nie dziwi, że spędzasz kilkanaście minut przy jednym stworzeniu i gdzie nie musisz tłumaczyć, dlaczego chcesz wracać w to samo miejsce kilka razy. Do tego dochodzi świetnie przygotowane pomieszczenie na aparaty, tzw. camera room, w którym można spokojnie zająć się sprzętem i zostawić go na noc oraz przewodnicy potrafiący znaleźć żyjątka, których sam, nawet z lupą, nigdy byś nie zauważył.

Tym razem mojm przewodnikiem był Adrian. Nie dość, że miał świetne oko i podczas każdego nurka znajdował wiele dziwnych, często mikroskopijnych stworzeń, to jeszcze na nurkowania z brzegu zabierał ze sobą pod wodę skuter – czym mnie miło zaskoczył. Bardzo szybko okazało się, że to był świetny pomysł. Zamiast tracić energię na pokonywanie płytkich odcinków czy walkę z prądem podczas powrotu, mogliśmy sprawnie przemieszczać się między miejscami nurkowymi i skupić się wyłącznie na fotografowaniu. To poziom komfortu, który trudno porównać z czymkolwiek innym – i do którego człowiek przyzwyczaja się zaskakująco szybko.

Gwiazdy Dauin – frogfishe

Jak można się było spodziewać – frogfishy było bardzo dużo. Już na samej t ylko rafie domowej znaleźliśmy kilka – pomarańczowego, białego, żółtego i czarnego. Każdy miał w sobie coś wyjątkowego. Coś, co sprawiało, że mimo setek podobnych spotkań wciąż chciało

się przy nich zatrzymać i zrobić kolejne zdjęcie.

To stworzenia jak z innej planety. Szczególnie fascynujące są podczas polowania. By zwabić ryby, frogfish używa małej antenki z przyczepionym na końcu czymś, co przypomina robaka. Macha tą antenką i jednocześnie udaje, że go tam nie ma idealnie wtapiając się w otoczenie. Gdy nieświadoma rybka podpłynie za blisko, frogfish zaskakująco szybko „skacze” i połyka ofiarę. Niestety mimo wielu prób nigdy nie udało mi się uchwycić na zdjęciu tego momentu.

Duchy rafy

Jednym z często spotykanych, a zarazem niezwykłych mieszkańców rafy jest ghost pipefish. Te dziwaczne ryby zwykle występują w parach i „lewitują” tuż nad dnem, z głowami skierowanymi w dół. Ich ubarwienie może być bardzo różnorodne – od głębokiej czerni, przez skomplikowane, kolorowe wzory, aż po jednolity róż –co w połączeniu z nietypowym kształtem, sprawia, że bardzo trudno je dostrzec. Nam udało się znaleźć Velvet ghost pipefish, co było wyjątkowym doświadczeniem – nawet dla mojego przewodnika, który mimo tysięcy nurkowań widział tego stwora zaledwie po raz drugi.

Ślimaki, ślimaki, ślimaki...

Dauin to prawdziwy raj dla miłośników ślimaków. Jednym z moich ulubionych „modeli” jest Nembrotha kubaryana –stosunkowo duży ślimak nagoskrzelny o ciemnym ciele i intensywnie pomarańczowych akcentach. Wygląda, jakby sam prosił się o zdjęcie. Spotkałem je już wielokrotnie i wiem, że od czasu do czasu potrafią się zatrzymać, unieść głowę i jakby „rozejrzeć” wokół siebie – idealny moment na udany portret.

Życie ukryte w środku

Od dawna marzyłem o zobaczeniu na żywo jajek flamboyant cuttlefish, które dotąd znałem tylko ze zdjęć. I w końcu się udało! Trafiliśmy na nie któregoś dnia na jednym z miejsc nurkowych. Wracaliśmy tam kilkukrotnie i obserwowaliśmy, jak rozwijają się małe mątwy. Z dnia na dzień stawały się coraz wyraźniejsze i zaczynały pokazywać swoje charaktery-

styczne kolory. Było w tym coś hipnotyzującego. Bardzo liczyłem na uchwycenie momentu wyklucia, ale tym razem się nie udało.

Najdziwniejsze spotkanie wyjazdu

Przeżyłem też coś, co zostanie w mojej pamięci na długo, bo trudno będzie to „odzobaczyć”. Spotkanie z „ass crab” (nazwa nieformalna), czyli krabem żyjącym w odbycie ogórka morskiego. Sam widok był już wystarczająco surrealistyczny, ale prawdziwa zabawa zaczęła się podczas robienia zdjęć. Nie było to łatwe, ponieważ wszystko działo się w rytmie otwierania i zamykania „wejścia”, więc potrzebne było dobre wyczucie w naciskaniu migawki. W pewnym momencie ogórek postanowił zakończyć scenę w sposób, którego można było się w sumie spodziewać, a krab znalazł się dokładnie na linii „strzału”. To jeden z tych momentów, które są jednocześnie komiczne, trochę szokujące i zdecydowanie niezapomniane.

Powód, żeby wrócić

W takich miejscach jak Dauin zawsze zostaje coś, co umknęło i staje się najlepszym powodem, by tam wrócić. W fotografii podwodnej makro to właśnie przeoczony detal może następnym razem stać się bohaterem zdjęcia. Powroty nigdy nie są takie same, bo każde nurkowanie jest jak otwieranie małego pudełka niespodzianek – czasem dziwnych, czasem zabawnych, zawsze fascynujących.

ROMBLON

Dlaczego pod wodą fotografujemy z bliska

czyli o tym

CO SIĘ DZIEJE ZE ŚWIATŁEM W WODZIE

Tekst i zdjęcia Piotr STÓS

Nie ma fotografii bez światła, a fotografii podwodnej, także bez wody.

Przy naturalnym oświetleniu słonecznym podwodny świat jest zawsze ciemniejszy i mniej kolorowy niż ten na lądzie.

Zmienia się barwa światła, stopień jego rozproszenia i natężenie, co nie ułatwia fotografowania, ale nadaje podwodnym krajobrazom niezwykły czar i atmosferę tajemniczości. Zapewne w tej odmienności kryje się największy urok podwodnych scenerii, który przyprawia o ciarki i każe nam chwycić za aparat.

Problem w tym, że woda bardzo silnie oddziałuje na światło: pochłania je i stopniowo odbiera mu ciepłe barwy. Jakość rejestrowanego obrazu pogarsza się z każdym centymetrem, o który odsuwasz się od obiektu i z każdym metrem zanurzenia.

W przeciwieństwie do powietrza, w którym światło może poruszać się w zasadzie swobodnie, 800 razy gęstsza woda silnie osłabia jego strumień. Nawet chemicznie czysta i pozbawiona

mechanicznych zanieczyszczeń, zmienia charakter światła niezależnie od kierunku jego wędrówki. Sprawy mają się jeszcze gorzej w naturalnych zbiornikach: jeziorach, morzach i oceanach, gdzie fitoplankton i drobna zawiesina mineralna dodatkowo ograniczają propagację promieni świetlnych.

Dlatego zanim zaczną frustrować Cię wyniki pierwszych podwodnych ujęć przeczytaj uważnie ten artkuł, aby dowiedzieć się jakich narzędzi i technik użyć, aby najszybciej zacząć robić jak najlepsze zdjęcia.

Odbicie od powierzchni: ile światła wnika pod wodę Kiedy w słoneczny dzień mrużysz oczy od świetlnych refleksów na wodzie oznacza to, że tylko ta część światła, które Cię nie razi przenika pod powierzchnię. Gdy słońce chyli się niżej nad horyzontem albo, gdy powierzchnia wody staje się niespokojna, coraz większy procent światła ulega odbiciu, a pod wodą robi się ciemniej. W rozmowach i publikacjach poświęconych fotografii podwodnej znajdziesz sugestię, aby na zdjęcia wybierać się w godzinach południowych, kiedy stojące w zenicie słońce pada na wodę pod największym kątem. Faktycznie, w takich warunkach toń wodna będzie miała piękny błękitny kolor, a fotografia głębiej położonych obiektów, na przykład wraków, nie będzie wymagała naciągania parametrów ekspozycji. Jednak to właśnie poranne lub popołudniowe oświetlenie ma w sobie

magiczną plastykę i rezygnowanie z fotografowania o tej porze to niewybaczalny grzech.

Kiedy dzień jest pochmurny, natężenie światła niskie, a ciepłe składowe widma są w deficycie, możesz od razu liczyć się z kłopotami z ekspozycją i odwzorowaniem koloru.

W takich warunkach zawsze rośnie rola fotografowania z krótkiego dystansu i korzystania ze światła sztucznego.

Rozproszenie: dlaczego podwodny obraz traci kontrast

Zjawiskiem, które również utrudnia uzyskanie dobrych zdjęć podwodnych jest dyspersja, czyli rozpraszanie światła na drobinkach alg i osadów unoszących się w wodzie oraz na samych cząsteczkach wody, pozostających w nieustannym, acz niewidocznym dla oka ruchu termicznym. W kontakcie z nimi światło zmienia swój kierunek, a niesiony przez nie obraz ulega deformacji. Staje się mniej kontrastowy, miękki i mimo poprawnych ustawień obiektywu odbierany jako mniej ostry.

Rozproszenie bywa szczególnie uciążliwe przy doświetlaniu sceny światłem błyskowym lub ciągłym: światło odbite od zawiesiny rejestrowane jest przez aparat w postaci drobnych, jasnych punktów: odbić wstecznych (ang. backscatter), które zaśmiecają obraz, psują czytelność kadru i dodatkowo obniżają jego kontrast. Im więcej zawiesiny w wodzie oraz im dłuższą drogę musi pokonać światło, tym większe ryzyko, że ten efekt kompletnie zepsuje zdjęcie.

Nawet w przypadku wód pozbawionych zawiesiny i fitoplanktonu widzialność w poziomie nawet się nie zbliża do wartości występujących na powierzchni. W moim rodzinnym Krakowie, co pewien czas widzimy tatrzańskie szczyty oddalone od miasta o 100 kilometrów. Dla porównania, z największą przejrzysto -

ścią wody spotkałem się podczas podlodowych nurkowań badawczych w Czarnym Stawie pod Rysami. Oceniłem ją wtedy na 60 metrów w poziomie. Zamknięte pod prawie dwumetrową warstwą lodu i śniegu jezioro, było wolne od najdrobniejszej mineralnej i organicznej zawiesiny. Unosiłem się w wodzie niczym w próżni i miałem wrażenie, że wody wokół mnie praktycznie nie ma. W wyciętym w lodzie otworze z głębokości kilkudziesięciu metrów widziałem wyraźnie czerwone kurtki puchowe kolegów wypuszczających linę asekuracyjną. Przez ten otwór wpadała skoncentrowana niczym promień lasera wiązka promieni słonecznych, a woda otulała ją subtelnym stożkiem niebieskiego, rozproszonego światła. Widok był nieziemski. Po wyjściu z lodowatej wody długo milczeliśmy, próbując uporządkować wrażenia.

Pochłanianie: dlaczego znikają kolory

Najbardziej znanym przez nurków zjawiskiem optycznym jest selektywne pochłanianie składowych widma światła białego zachodzące wraz ze wzrostem głębokości. Już na podstawowym kursie nurkowania uczymy się, że barwy stanowiące widzialną część widma zanikają stopniowo wraz z wydłużeniem drogi, którą światło pokonuje pod wodą.

Jako pierwsze absorbowane są barwy ciepłe:

● czerwona – na głębokości 5-7 metrów,

● pomarańczowa około 9-10 metra i

● żółta na 12-15 metrach głębokości.

Dużo słabiej pochłaniane są fale krótsze, rozpoznawalne przez nas jako zielone i niebieskie, które w związku z tym przenikają najgłębiej. Na 20-30 metrach pod powierzchnią cała sceneria oświetlona jest niebieskawym lub zielonkawym światłem, które jak wielki, monochromatyczny reflektor, nadaje wszystkiemu wokół jednolity, chłodny „zafarb”. Niezależnie od tego, jak kolorowe jest dno na tej głębokości, żeby zarejestrować „prawdziwe” kolory fotografowanych obiektów musimy skorzystać ze sztucznego oświetlenia, które dostarcza białego światła i pozwala oddać barwy w pełnej skali.

Rys. 1.

Selektywne pochłanianie składowych widma światła białego występujące ze wzrostem głębokości. Żeby pokazać na głębokości rybę w pełnej gamie kolorów, trzeba skorzystać ze światła sztucznego.

Selektywne pochłanianie składowych widma przekłada się oczywiście na spadek całkowitego natężenia światła. Zatem im głębiej, tym nie tylko mniej kolorowo, ale i ciemniej. Nakłada się na to efekt rozpraszania światła na cząsteczkach wszechobecnego fitoplanktonu, który dodatkowo ogranicza jego energię. Pogódź się z faktem, że woda zjada światło, a jej apetyt rośnie wraz z głębokością.

W morzach i oceanach, gdzie natężenie światła spada średnio o połowę na każde 10 metrów głębokości, oko ludzkie rejestruje je jeszcze na 200 metrach. W najczystszych jeziorach Polski Północnej następuje to dużo szybciej i mrok zapada już na głębokości 20-30 metrów, a w większości z nich na głębokości 40 panuje już kompletna ciemność.

Głębokość plus dystans: liczy się łączna droga światła

Woda pochłania światło nie tylko wtedy, kiedy wędruje ono w pionie. Droga w poziomie również pozbawia je energii i zaburza niesioną informację. Za końcowy efekt będzie odpowiadała zatem łączna droga, którą promienie słoneczne pokonają w głąb, oświetlając fotografowany obiekt, a następnie w poziomie, odbite na drodze od obiektu do aparatu.

Jeżeli w świetle słonecznym fotografujesz wielką, kolorową rybę na głębokości 6 metrów z odległości 2 metrów, efekt kolorystyczny wykonanego zdjęcia będzie odpowiadał zdjęciu wykonanemu identycznej rybie z odległości 6 metrów, 2 metry pod wodą. W jednym i w drugim przypadku; pomiędzy powierzchnią, gąbką i aparatem; światło pokona drogę o łącznej długości 8 metrów, pozbywając się ciepłych barw. Piękne, głęboko niebieskie tło, tak charakterystyczne dla zdjęć podwodnych wykonywanych w morzach tropikalnych, jest również wynikiem

odfiltrowywania ciepłych składowych światła białego w grubej, poziomej warstwie wody.

Rys. 2

Na zanik kolorów ma wpływ łączna droga, którą światło pokonuje w pionie i w poziomie.

Refrakcja: dlaczego obiektyw „widzi” pod wodą inaczej

Ugięcie światła na granicy wody i powietrza to jeszcze jeden psikus optyczny, z którym stykamy się podczas oglądania podwodnego świata przez maskę. Kiedy światło przechodzi z wody do przestrzeni powietrznej w masce, zmienia prędkość i kierunek rozchodzenia się. Efektem tego zjawiska jest pozorne przybliżenie i powiększenie obrazu. Twoje oczy, zamiast obrazu obiektu w jego rzeczywistej odległości, rejestrują obraz pozorny, przybliżony o około 25%. Początkowo mózg daje się skutecznie oszukać i kiedy wyciągamy rękę w stronę przedmiotu, możemy „szukać” go za blisko. Adaptacja następuje jednak błyskawicznie. Nie przypominam sobie, żebym po pierwszych błędach związanych z oceną odległości podczas pływania w masce miał później jakikolwiek problem z chwyceniem czegoś, co chciałem wziąć do ręki.

Obiektyw aparatu zamknięty w obudowie za płaskim iluminatorem jest oszukiwany dokładnie w ten sam sposób, co oko ukryte za szybką maski. Reje -

struje obraz pozornie przybliżony. Kiedy korzystałem z aparatu Nikonos z obiektywem, w którym ostrość ustawiało się ręcznie, należało uwzględnić to zjawisko i ustawiać „focus” na około 75% rzeczywistego dystansu.

W czasach aparatów z autofokusem kwestia pozornego przybliżenia obiektu

przestała być problemem. System AF ustawia ostrość na odległość, w której pojawia się obraz pozorny. Nie ma też problemu, gdy ustawiasz ostrość ręcznie: na ekranie LCD lub w wizjerze zobaczysz moment, w którym obraz staje się ostry, co dodatkowo potwierdza system kontroli ostrości.

Rys. 3

Obiektyw ukryty za płaskim portem obudowy rejestruje obraz pozorny, który jest przybliżony o 25% w stosunku do realnego położenia fotografowanego przedmiotu. W praktyce oznacza to zawężenie pola widzenia obiektywu, czyli wydłużenie jego ogniskowej o 33%.

Dla podwodnego fotografa najważniejszą konsekwencją refrakcji jest jednak to, że kąt widzenia obiektywu umieszczonego za portem płaskim zawęża się o około 33%, co można również opisać jako pozorne wydłużenie ogniskowej o identyczną wartość. Co to oznacza w praktyce? Popularny w kompaktach obiektyw o ekwiwalencie ogniskowej 24 mm, w poziomym kadrze, na powierzchni, z odległości około 1,75 m obejmuje w całości stojącą postać ludzką. Ten sam aparat po zanurzeniu w obudowie z płaskim iluminatorem z tej samej odległości pokaże sylwetkę uciętą mniej więcej do kolan. Aby ponownie zmieścić w kadrze całą postać, musiałbyś odsunąć się do około 2,33 m. To oczywiście pogarsza jakość obrazu, ponieważ rośnie ilość wody pomiędzy obiektem a obiektywem. Problem można rozwiązać, stosując port kopułowy, który zachowuje “powierzchniowy” kąt widzenia, albo dodatkową „mokrą” optykę szerokokątną mocowaną na zewnątrz na porcie płaskim. Przykładowo konwerter INON UWL-95, współpracujący z obiektywem 24 mm, daje pod wodą kąt widzenia około 95° po przekątnej. W praktyce pozwala sfotografować całą postać z odległości około 1,45 m w kadrze poziomym. Dzięki temu zamiast cofać się od obiektu, możesz podejść bliżej, skrócić warstwę wody, a przez to poprawić kontrast oraz nasycenie obrazu.

I jeszcze jeden przykład dotyczący załamania światła i pozornego położenia obrazu.

Po jednym z nurkowań na egipskiej rafie zauważyłem, że na zdjęciach wykonanych przy piaszczystym dnie lampa błyskowa nie oświetla głównego obiektu. Plama światła kładła się przed fotografowanym koralem, nie sięgając celu. Po chwili zrozumiałem, że ustawiając głowicę lampy, kierowałem się tym, co widzą moje oczy przez maskę. Na tej podstawie oceniałem położenie obiektu i kąt nachylenia lampy. W efekcie zamiast skierować światło na rzeczywisty koral, celowałem w miejsce, w którym wydawał się znajdować jego pozorny, przybliżony obraz, a tam w rzeczywistości był tylko piasek. Jeżeli używasz lampy błyskowej wyposażonej w światło pilotujące, czyli niewielką latarkę pokazującą kierunek świecenia

Rysunek 4. Oszacowanie ustawienia głowicy lampy błyskowej na podstawie obserwowanego położenia obiektu (jego obrazu pozornego) może prowadzić do błędu. Skorzystaj ze światła pilotującego, aby upewnić się, że lampa oświetli fotografowany obiekt.

flesza, ten problem praktycznie znika. Widzisz bowiem dokładnie, gdzie pada snop światła i możesz ustawić głowicę tak, aby rzeczywiście oświetlała fotografowany obiekt.

Im bliżej, tym lepiej

Podsumowując: zapis obrazu fotograficznego opiera się na informacji, którą niesie światło odbite od fotografowanego obiektu. Im grubsza warstwa wody, którą musi pokonać w drodze do aparatu, tym gorsza jakość otrzymanego obrazu. W pewnym sensie pod wodą fotografuje się tak, jak na powierzchni w mglisty dzień. Im dalej jesteś od osoby, której robisz zdjęcie, tym mniej wyraźna będzie jej sylwetka. Wielu adeptów fotografii podwodnej jest z tego powodu mocno rozczarowanych swoimi pierwszymi zdjęciami. Co z tym fantem począć?

i samodzielnie odkryj to miejsce

Dla tych, którzy nie lubią zgiełku dużych miast.

Nie tylko dla nurków :) Nie dolecisz tutaj samolotem.

Wersja on-line i papierowa

S POT I MPORTANT V ERY

WYDANIE SPECJALNE
Mini Przewodnik po VIS-ie, głównie podwodny, ale nie tylko!

BELIZE

W poprzednim artykule mogliście przeczytać o moim obiektywnym spojrzeniu na nurkowanie w największym Blue Hole na świecie, a teraz przyjrzyjmy się dodatkowym miejscom nurkowym w okolicach San Pedro – BELIZE.

Wsumie możemy ubrać to troszeczkę inaczej: „Interesujące miejsca nurkowe przy okazji Great Blue Hole”. Tak czy siak, oceńcie sami. Jak wiecie z moich artykułów, pod płaszczykiem ciekawych miejsc i wydarzeń nurkowych zawsze staram się przemycić cząstkę praktycznej wiedzy oraz pokazać wam rzeczy, które mogą zaskoczyć i bywają ciężkie do przewidzenia.

Dlatego nawet ja przed każdym wyjazdem próbuję znaleźć jakikolwiek artykuł dotyczący danego miejsca lub nurkowania, żeby chociaż odrobinę lepiej się przygotować. Tak więc oprócz cudownych zdjęć zwrócę uwagę również na rzeczy, które potrafią człowieka lekko zaskoczyć… albo i konkretnie zirytować ;-)

Zacznijmy od samego San Pedro. Miejsce typowo wakacyjne, gdzie czas płynie zupełnie inaczej. Ludzie nie podchodzą sztywno do ram czasowych dnia, życie toczy się swoim rytmem i nikt nie robi z tego problemu. To, że jednego dnia knajpka jest otwarta, wcale nie znaczy, że następnego również będzie działać, dlatego warto zapytać dzień wcześniej. Nie wszędzie można płacić kartą, więc gotówka jest tutaj bardziej niż wskazana. Przelicznik jest za to idealny, bo wynosi dokładnie 2:1 względem dolara amerykańskiego. Czyli za 1 USD dostajemy 2 dolary belizeńskie – bez kombinowania, kalkulatora i matematyki rozszerzonej ;-)

Co najważniejsze – Belize ma swój totalnie niepowtarzalny klimat. Nie byłem wcześniej

Tekst i zdjęcia Tomasz KULCZYŃSKI

w żadnym miejscu na świecie, które choćby w kilku procentach przypominałoby San Pedro. Wszyscy poruszają się tutaj wózkami golfowymi. Jest totalne pomieszanie lokalnych mieszkańców, turystów i ludzi przyjezdnych pracujących na miejscu. Na plażach stoją łodzie nurkowe, obok nich rybacy i wędkarze. Dzieje się naprawdę mnóstwo i momentami wygląda to jak jeden wielki kontrolowany chaos. Szerszy opis tego miejsca pojawił się już w poprzednim artykule.

Stricte nurkowo zszokuję was jednak czymś innym – dzień nurkowy zaczyna się tutaj około godziny 5 rano! Tak, jest jeszcze ciemno. Przynajmniej w lutym. Hotele śpią, ludzie śpią, psy śpią, a nurkowie już jedzą śniadanie w centrum nurkowym.

Jemy szybko, pakujemy sprzęt na łódź i około godziny 6 wypływamy. I tutaj zatrzymajmy się na chwilę, bo ten stosunkowo prosty plan w praktyce wygląda zupełnie inaczej. W rzeczywistości załoga lata z butlami, ludzie z rogalikami w buzi i jogurtami w rękach próbują znaleźć swój sprzęt, a wszędzie panuje klasyczny artystyczny nieład.

To ktoś czegoś zapomni z hotelu i nagle biegnie sprintem życia. To ktoś inny szuka płetw, które leżą metr obok. Ja miałem sytuację, gdzie uprząż do sidemountu znalazła się pod łodzią, bo jakiś chłopak upuścił ją podczas wchodzenia na pokład. Nie pytajcie… miał może z 14 lat, więc człowiek nawet nie ma siły się denerwować ;-)

Koniec końców, gdybym zajął się tylko jedzeniem i nie sprawdził dokładnie sprzętu, prawdopodobnie zostałoby mi nurkowa-

nie na jednej butli. Dlatego tak ważne jest dokładne sprawdzanie, czy wszystko wróciło na łódź. Na safari nurkowym zwykle nie ma z tym problemu, ale tutaj łódka jest tej samej wielkości, tylko że codziennie wszystko jest z niej wyciągane na noc.

Kolejną bardzo ważną rzeczą jest kompatybilność sprzętu. Co mam na myśli? Zacznijmy od zaworów. Byliśmy dość dużą grupą i zabrakło butli z zaworami DIN. Wtedy adaptery do regulatorów ze strzemiączkiem INT dosłownie ratują życie… albo przynajmniej nurkowanie.

To jest właśnie ten element wyposażenia, który zawsze ignorowałem i uważałem za zbędny gadżet. Po powrocie pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było zamówienie adapterów i dopisanie ich do listy rzeczy obowiązkowych na wyjazdy.

Oczywiście przy pojedynczej butli zawsze coś wam „ukręcą” na miejscu ;-) Przy sidemouncie robi się już trochę mniej zabawnie.

Zostając przy kompatybilności – można dostać kota od jednostek miary. Naprawdę utrudnia to komunikację z przewodnikiem. Gość mówi: „Dajcie znać przy iluś tam PSI”. My na to: „A w barach?” On: „Nie wiem”. I całe szczęście, że istnieje Google ;-)

Jeszcze pół biedy, kiedy ktoś uczciwie przyzna, że czegoś nie wie. Gorzej, kiedy zaczyna się klasyczne nurkowe udawanie eksperta. Nurkujemy na iluś tam stopach. My pytamy: „A ile to będzie metrów?” On odpowiada: „No jakieś 45”. My na to z uśmiechem: „To my możemy do 40” ;-)

Dobrym pomysłem jest po prostu zapisanie sobie podstawowych przeliczników w notatniku, albo korzystanie z manometrów z podwójną skalą. Wiecie – jak w samochodach: kilometry i mile. Niby super rozwiązanie, ale problem jest taki, że człowiek pod wodą i tak ma już wystarczająco dużo informacji do ogarniania, a te malutkie cyferki tylko dodatkowo mieszają.

Sprzęt spakowany, wypływamy i chwilę później kończy się zabawa, bo pojawiają się fale. Niestety podczas naszego pobytu były praktycznie codziennie. U niektórych bardzo szybko pojawiała się choroba morska… ale to już temat na osobny artykuł ;-)

Do miejsc nurkowych płynęliśmy zwykle około trzech godzin. Większość ludzi próbowała jeszcze dospać, ale równie często trwały długie rozmowy i integracja z ludźmi z całego świata.

Zgadnijcie, kogo trafiliśmy? Oczywiście Polkę ;-) Przebywała akurat w Gwatemali i skuszona marketingiem największego Blue Hole na świecie postanowiła zanurkować właśnie tutaj. Towarzystwo było naprawdę międzynarodowe i w każdym wieku.

Po tych wszystkich wyrzeczeniach docieramy w końcu na miejsce. Nazwy miejsc nurkowych wrzucę na zdjęciach. I tutaj pojawia się ogromne zdziwienie, bo po nurkowaniu w słynnym Blue Hole otwiera się przed nami totalnie magiczny świat mikro – i makro życia pod wodą.

Nie sposób wymienić tej bioróżnorodności występującej pod wodą. Wszechobecne rekiny rafowe – i to takie konkretne, około dwumetrowe sztuki z oczami jak z „Władcy Pierścieni”. Nie jakieś małe niewinne „rekinki”. Było ich naprawdę mnóstwo

i wcale nie stroniły od ludzi. Dla mnie rewelacja. Dla innych po prostu „kolejne rekiny rafowe”.

Z drugiej strony pojawiały się koniki morskie – malutkie, kolorowe, wielkości paznokcia. Nudibranche, podwodne patyczaki i inne cuda, przy których przewodnik pokazuje coś palcem, a ty pytasz: „Ale o co chodzi?” ;-)

Dla mnie okej. Dla innych wydarzenie całego wyjazdu.

Ogromne wrażenie robiły również orlenie. Spotkaliśmy je może cztery razy, ale praktycznie zawsze parami. Do tego żółwie – małe, duże, kolorowe, porośnięte, leniwe albo takie, których dogonić się po prostu nie dało.

Były też rekiny wąsate (Nurse Shark) i tutaj zachowywały się zupełnie inaczej niż te z Malediwów. Albo od razu odpływały i tyle je człowiek widział, albo zastygały nieruchomo i można było podziwiać ich przepiękną, wręcz hipnotyzującą skórę.

Z mniejszych rzeczy było tego dosłownie od groma. Mogę jeszcze wspomnieć o langustach, które też zazwyczaj siedziały parami. Widocznie romantyczny region ;-)

Dochodzimy tutaj do kolejnej bardzo ważnej rzeczy – punktu widzenia. Widzicie po moim opisie, że koniki morskie, małe frogfishe czy inne mikroorganizmy zostały przeze mnie trochę bezczelnie pominięte, bo po prostu najbardziej interesują mnie rekiny, orlenie i żółwie. Reszta jest dla mnie dodatkiem.

Wiem jednak, że na łodzi byłem w mniejszości i większość ludzi bardziej interesowali mali mieszkańcy raf, podwodnych zarośli i koralowych „kapust” ;-)

I właśnie dlatego nurkowanie jest tak różnorodne. Dlatego też mamy tak skrajnie różne opinie dotyczące najlepszych miejsc nurkowych na świecie. Zerknijcie sobie na kilka rankingów „Top 10 miejsc nurkowych świata” i szybko odkryjecie, że praktycznie każda lista wygląda inaczej. Wszystko zależy od tego, kto ją tworzy i czego szuka pod wodą.

Pomiędzy nurkowaniami zwiedzaliśmy pobliskie wyspy i pałaszowaliśmy obiad na łodzi. Jedzenie było naprawdę świetne, bo przygotowywano je dzień wcześniej i przewożono w pojemnikach utrzymujących niską temperaturę. Szczerze mówiąc, zarówno jedzenie na łodzi, jak i w samym San Pedro było jednym z najlepszych doświadczeń kulinarnych całego wyjazdu.

Totalnym ewenementem było dla mnie natomiast to, że po ostatnim nurkowaniu na łodzi zaczynała się impreza ;-) Muzyczka gra, owoce, chipsy, cola, fanta i oczywiście ulubiony trunek piratów.

Jeszcze bardziej zdziwiło mnie tempo jego konsumpcji, które faktycznie przypominało prawdziwy statek piracki. Na całe szczęście większość nurków wybierała jednak soki i napoje bezalkoholowe, a o utrzymanie klimatu dbali głównie członkowie załogi ;-)

W sumie podczas jednego dnia robiliśmy trzy nurkowania i wracaliśmy do San Pedro dopiero około godziny 18. Za dużo czasu na zwiedzanie już nie zostawało, a trzeba było jeszcze się wyspać, bo następnego dnia o 5 rano zaczynaliśmy wszystko od nowa.

Podsumowując, chciałbym tutaj troszeczkę nawiązać do pierwszej części artykułu o Great Blue Hole oraz do tego, jak bardzo zmienił się charakter nurkowania podczas całego wyjazdu. Jak pisałem wcześniej – wszystko zależy od indywidualnych upodobań. Bardzo ciężko znaleźć miejsce, które spodoba się absolutnie wszystkim.

Dla jednych Egipt jest przepiękny ze względu na rafy. Inni kochają Malediwy za ogromne zwierzęta. Jeszcze inni uwielbiają cenoty, gdzie teoretycznie nie ma życia, ale klimat robi swoje.

Po wyprawie do Belize nauczyłem się jednak jednej bardzo ważnej rzeczy – warto mieć szerszą perspektywę. Zamiast robić pięć nurkowań w samym Blue Hole, zdecydowanie fajniej jest zrobić jedno, a resztę czasu poświęcić na coś zupełnie innego. Oczywiście pod warunkiem, że mamy taką możliwość.

•Kursy nurkowania rekreacyjnego i technicznego

•Autoryzowany serwis sprzętu nurkowego

• Powietrze / Nitrox / Tlen / Hel do 300 Bar

•Sklep stacjonarny

•Wyprawy nurkowe

ul. Kolejowa 2, 62-010 Pobiedziska, k/Poznania

UCZYMY, WSPIERAMY, INSPIRUJEMY.

KURSY

NURKOWANIA

REKREACYJNEGO

KURSY

NURKOWANIA

TECHNICZNEGO

POWIETRZE / NITROX / TLEN / HEL DO 300 BAR

WYPRAWY NURKOWE

KURSY

PIERWSZEJ

POMOCY EFR.

AUTORYZOWANY SERWIS

SPRZĘTU

NURKOWEGO

NASZA ROZMOWA

Zmień

PERSPEKTYWĘ

Tekst i zdjęcia Łukasz GINALSKI

Gdy opowiadam komuś, że nurkowałem z rekinami, reakcja jest zwykle taka sama: pada pytanie – nie bałeś się?

Gdy pokazuję zdjęcia lub filmy z takich nurkowań emocje są jeszcze silniejsze: ludzie zasłaniają usta odwracają wzrok lub wpatrują się jak zahipnotyzowani. W ich oczach widać strach! To pierwotny lęk przed rekinami oraz obrazy Spielberga, którymi karmiono nas za młodu, odcisnęły piętno na tym, jak postrzegamy te morskie zwierzęta – jako krwiożercze bestie…

Tymczasem mówiąc o rekinach powinniśmy się spytać o jakie rekiny chodzi? Mało kto wie, że jest ich ponad 600 gatunków i są na ziemi od blisko 400 milionów lat. Od maleńkich 15-centymetrowych rekinków karłowatych do największej ryby świata – rekina wielorybiego, który tak jak manty, czy niektóre wieloryby, zasysa wodę, filtruje ją i odżywia się zawartym w niej planktonem, skorupiakami czy w ostateczności małymi rybkami. Wśród rodziny rekinów jest też najdłużej żyjąca ryba świata –rekin grenlandzki, dożywający ponad 400 lat czy rekin żyjący w wiecznej ciemności głębin – goblin. Od rekina epoletowego potrafiącego „chodzić” na powierzchni, po skałach, przez wob-

begonga, wyglądającego jak dywan perski z frędzlami na pysku, kosogona – używającego długiego ogona jak pejcza do ogłuszania ryb, kończąc na prastarym sześcioszparze, który nie zmienił się przez ostatnie 250 milionów lat.

WIĘC JAK TO JEST Z TYMI REKINAMI?

O rekinach, ich ochronie i bada niu, ich złym PR oraz nurkowaniu z nimi porozmawiam z południowoafrykańczykiem, Morne Hardenberg’iem – założycielem Shark Explorers, który od ponad 25 lat propaguje wiedzę o rekinach, edukuje ludzi i pokazuje im rekiny z bli ska… bardzo bliska!

L.G.: Jesteś pomysłodawcą i założycielem Shark Explorers. Macie centrum nurkowe w Simon’s Town niedaleko Kapsztadu oraz katamaran na Bahamach. Skąd wzięło się Twoje zainteresowanie rekinami i jak zamieniłeś je w sposób na życie?

M.H.: Dorastałem, łowiąc ryby z kuszą i nurkując po małże abalone w okolicach Gansbaai – regionie dobrze znanym z obecności żarłaczy białych. Będąc nastolatkiem, oglądałem serię filmów

„Szczęki”, to spowodowało, że bardzo bałem się rekinów, a gdy zauważyłem jakiegoś podczas nurkowania, zawsze starałem się jak najszybciej wyjść z wody. Na początku lat 90. w Gansbaai narodziła się branża nurkowania w klatkach z żarłaczami białymi, a członkowie mojej rodziny, która zajmowała się wówczas połowami komercyjnymi, dostali pracę jako kapitanowie łodzi do takich nurkowań. Pamiętam pierwszy raz jako nastolatek, gdy popłynąłem z nimi, zobaczyłem jak żarłacz biały pływa wokół łodzi i jak się zachowuje. Zafascynowało mnie to i całkowicie zmieniło moje spojrzenie na te zwierzęta. Chciałem dowiedzieć się o nich więcej. Zrozumiałem, że wszystkie informacje, jakie miałem do tej pory o rekinach, nie były oparte na faktach – były oparte na mitach, fikcji i uprzedzeniach. Po skończeniu szkoły sam zacząłem pracować w branży związanej z nurkowaniem z rekinami; od 1999 roku jako divemaster, a później jako kapitan łodzi. W ciągu 10 lat pracy poznałem ich wiele różnych gatunków i moim celem stało się umożliwienie nurkom pozytywnego kontaktu z nimi. Tak narodził się pomysł na Shark Explorers.

L.G.: Dlaczego edukowanie ludzi jest tak ważne w ochronie rekinów?

M.H.: Wierzymy, że umożliwianie ludziom pozytywnych doświadczeń z rekinami i jednoczesne edukowanie o ich zachowaniach, prowadzi do tego, że więcej osób angażuje się w ich ochronę, a także daje bezpośrednią wiedzę o tym, jak się zachowywać i wchodzić z nimi w interakcje.

L.G.: Czyli im więcej ludzie wiedzą, tym bardziej wpływa to na ochronę rekinów?

M.H.: Tak, zdecydowanie! Ludzie dbają i chronią to, na czym im zależy, czego sami doświadczyli i co rozumieją. Widzimy, jak przebywanie w wodzie z rekinami zmienia sposób, w jaki ludzie je widzą, a im więcej osób mówi o rekinach pozytywnie, tym częściej są one w centrum uwagi, a to z kolei wpływa na to, że są lepiej chronione.

L.G.: Jak możemy odwrócić zły PR rekinów? Jak zmienić pryzmat, przez który na nie patrzymy?

M.H.: Mam wrażenie, że powoli zła reputacja rekinów zanika. Jeszcze 25 lat temu, ludzie krzyczeli „Rekin w wodzie! Wszyscy wychodzić!”, my dziś raczej mówimy „Rekin w wodzie! Wszyscy wskakiwać!”. To pokazuje, że tworzymy pozytywny ich obraz i zmieniamy poglądy ludzi na temat rekinów.

L.G.: Masz rację…, gdy mówimy o nurkach. Ale jesteśmy trochę w bańce. Wystarczy krzyknąć na plaży „Rekin!” wśród osób nienurkujących, by wywołać panikę! Zadam inaczej pytanie: jak nurkowie mogą wpłynąć na osoby nienurkujące, by przełamać zły wizerunek rekinów?

M.H.: Widzimy, że im częściej nurkowie mają pozytywne doświadczenia z rekinami, tym częściej rozmawiają z osobami nienurkującymi i uświadamiają im jak bardzo są dla nas ważne. To jeden ze sposobów, w jaki nurkowie mogą coś zmienić! Ale często jest to za mało by wpłynąć na ludzi. Ponieważ nie możemy zabrać osób nie nurkujących pod wodę, żeby im pokazać to, o czym mówimy. Dlatego musimy rekiny przyprowadzić do nich, dzieląc się zdjęciami i filmami, które stają się zarzewiem do roz-

mowy o nich. Ja sam od ponad 20 lat zajmuje się filmowaniem pod wodą. Założyłem firmę Atlantic Edge Films bo uważam, że tworzenie dokumentów skierowanych na ochronę przyrody to sposób, by pokazać rekiny tym, którzy nie mogą doświadczyć tego na żywo. Stworzyliśmy nawet serię filmów VR dla szkół i uniwersytetów, by umożliwić uczniom i studentom doświadczenie możliwie najbliższe rzeczywistemu nurkowaniu z rekinami.

L.G.: Co robicie inaczej, jeśli chodzi o nurkowanie z rekinami?

M.H.: W Shark Explorers ogromną wagę przywiązujemy do szacunku dla rekinów jako drapieżników szczytowych – nie traktujemy ich jak maskotki. Uczymy się ich zachowań i wykorzystujemy tę wiedzę podczas nurkowań, by zapewnić spokojne i pozytywne interakcje. Nie sprzedajemy takiego nurkowania jako zastrzyk adrenaliny ani przejażdżka kolejką górską; to poszukiwanie wiedzy i umożliwienie koegzystencji.

L.G.: Zrozumienie zamiast uprzedzeń? Ale zawsze jest dreszcz emocji, gdy wchodzi się do wody z rekinami. Nadal to odczuwasz?

M.H.: Oczywiście – zawsze jest ten „dreszczyk”. To przecież ciągle dzikie drapieżniki, jak lew czy tygrys na lądzie. Spotykamy wiele różnych osobników i poznajemy ich indywidualne osobowości. Niektóre rekiny są ostrożne i płochliwe, inne pewne siebie i spokojne. Dlatego to nigdy się nie nudzi – codziennie doświadczamy czegoś nowego.

Nasza rozmowa

L.G.: Ale czy nurkowanie z rekinami naprawdę jest tak niebezpieczne, jak większość ludzi sądzi?

M.H.: Większość rekinów to drapieżniki stojące na szczycie łańcucha pokarmowego, ale nie są bezmyślnymi maszynami do zabijania. Mogą być potencjalnie niebezpieczne w różnych sytuacjach – na przykład podczas polowania. Z drugiej strony nurkowanie z rekinami może być równie bezpieczne, co spacer po parku – trzeba tylko rozumieć ich otoczenie, umieć odczytywać ich zachowanie i wiedzieć, jak wchodzić z nimi w pozytywne interakcje.

L.G.: Muszę o to zapytać: czy uważasz, że byłoby mniej wypadków z udziałem rekinów, gdyby więcej osób wchodzących do wody tam, gdzie mogą występować, wiedziało, jak się zachować lub rozumiało, co może sprowokować atak?

M.H.: Tak! Uważam, że taka wiedza i doświadczenie jest potrzebna każdemu, kto wchodzi do morza czy oceanu, gdzie mogą być dzikie morskie zwierzęta. Nie twierdzę, że możemy całkowicie powstrzymać wszystkie pogryzienia przez rekiny. Są różne powody, dla których atakują one ludzi i dużej części z nich jeszcze nie rozumiemy. Myślę jednak, że w wielu przypadkach możemy zapobiec eskalacji sytuacji, jeśli wiemy, co robić, a czego nie.

Na przykład, odruchową reakcją większości ludzi na widok rekina jest ucieczka. W świecie rekina wszystko, co ucieka, może być

potencjalnym pokarmem – więc to najgorszy scenariusz, który możemy wybrać. Uczymy ludzi, by zachowali spokój, utrzymywali kontakt wzrokowy i nie poddawali się presji z jego strony. To nieco go dezorientuje i zmusza do myślenia, zamiast reagowania instynktownie. Daje to czas na interakcję i ostatecznie bezpieczne oddalenie się.

L.G.: Czy nęcenie rekinów wpływa na ich zachowanie i zwyczaje? Dlaczego tak wielu ludzi sprzeciwia się tej praktyce?

M.H.: Badania pokazują, że nęcenie może mieć wpływ na zachowanie rekinów, ale w bardzo ograniczonym zakresie. W końcu tworzymy scenariusz łowiecki, wprowadzając zapach rybiej krwi do wody. Jednak wiele osób nie rozumie jakie skutki implikuje nęcenie, więc ma błędną opinię na ten temat. Rekiny pokazały, że bez względu na to, jak bardzo się je nęci, nadal, będą same polować, będą migrować i szukać miejsc z zasobami jedzenia, czyli robią to, co robiły od milionów lat. Faktem jest, że w wielu przypadkach ludzie nawet nieświadomie zanęcają rekiny. Czyszczenie ryb na morzu lub w marinie czy zwykłe łowienie na przynętę. Wszystkie te działania tworzą smugi zapachowe, które mogą je przyciągnąć. Gdy mówimy o nurkowaniu z rekinami, praktycznie jedynym sposobem, by móc im się przyjrzeć z bliska, jest ich zanęcenie. Nie wlewamy jednak do wody hektolitrów krwi – to zdarza się tylko w filmach.

Używamy ryb, które są w ich diecie i tylko tyle, ile potrzeba, by były w pobliżu przez określony czas. Bez nęcenia rekiny zwykle trzymają się na dystans w stosunku do ludzi. Uważam więc, że korzyści z wabienia rekinów, by nurkowie mogli obcować z nimi blisko, wchodzić w interakcje i przez to zmieniać swój sposób ich postrzegania, przewyższa wszystkie negatywne aspekty, których i tak jest znikoma ilość. Co ciekawe, w wielu miejscach nęci się rekiny, by bez mrugnięcia okiem je zabijać, ale gdy robi się to po to, by stworzyć możliwość pozytywnej interakcji bez szkody dla zwierzęcia, pojawia się mnóstwo głosów sprzeciwu.

L.G.: Rozprawmy się z mitem: ludzka krew przyciąga rekiny!

M.H.: To jeden z moich ulubionych mitów! Ludzie są ssakami lądowymi i nie należą do oceanicznego ekosystemu. Rekiny nie znają zapachu ludzkiej krwi ani krwi na przykład świni. Przez miliony lat miały tę samą dietę, głównie ryby, więc rybia krew jest dla nich bardziej atrakcyjna niż ludzka. Co więcej, rekiny też czasem krwawią, a naukowcy i ich badania wykazały, że gdy krew rekina pojawia się w wodzie, inne osobniki oddalają się, bo odbierają to jako stan podwyższonego zagrożenia.

L.G.: To prowadzi nas do pytania: czy obecnie bierzesz udział w jakichś projektach badawczych dotyczących rekinów?

M.H.: Zawsze byłem zaangażowany w badania rekinów – tak poznałem moją żonę, która jest biologiem morskim, a jej doktorat dotyczył konkretnie żarłaczy białych. Wspieram naukowców w ich badaniach terenowych, oferując wiedzę i doświadczenie w praktycznej pracy z rekinami – od znakowania po serwiso-

wanie podwodnego sprzętu badawczego. Nauka i zdobywanie wiedzy są ważne – ja sam też chcę dowiedzieć się więcej!

L.G.: Domyślam się, który gatunek rekina fascynuje Cię najbardziej?

M.H.: Moim numerem jeden jest żarłacz biały. Może dlatego, że spędziłem z nimi najwięcej czasu, ale też dlatego, że ten gatunek ma bardzo złożone zachowania, a każdy osobnik ma własną osobowość. Nie wiem czy kiedykolwiek będzie nam dane dowiedzieć się wszystkiego o słynnym żarłaczu białym.

L.G.: Dziękuję Ci serdecznie za rozmowę. Na pewno informacje z pierwszej ręki przyczynią się do zwiększenia świadomości czytelników Perfect Diver dotyczącej nurkowań z rekinami.

L.G.: Ze swojej strony dodam, że w rzeczywistości tylko sześć gatunków rekinów z ponad 600 może stanowić bezpośrednie zagrożenie dla ludzi (żarłacz biały, rekin tygrysi, żarłacz białopłetwy oceaniczny, mako krótkopłetwy, żarłacz tępogłowy, oraz rekin spiżowy). Każdego roku około 100 milionów rekinów ginie w wyniku finningu i jako ofiary przyłowów. W ciągu ostatnich 30 lat populacje niektórych gatunków rekinów dramatycznie się skurczyły, a część z nich stoi dziś na skraju wyginięcia. Ratowanie i ochrona rekinów powinna stać się dla ludzi ważniejsza, niż jest do tej pory, bo choć naukowcy alarmują, mało kto ma świadomość, że bez nich ekosystemy oceaniczne mogą zostać poważnie zaburzone – a to dramatycznie wpłynie na nas wszystkich, żyjących na lądzie.

Nasza

Pod ziemią

DOMINIKANY

CENOTY

EL CHICHO I PADRE NUESTRO

CZYLI MIEJSCA, GDZIE DŻUNGLA SPOTYKA CISZĘ JASKIŃ…

Tekst i zdjęcia Michał CZERNIAK

Dominikana kojarzy się najczęściej z palmami, ciepłym morzem i rafami Morza Karaibskiego. Niewielu z nas jednak wie, że kilka kilometrów od turystycznych plaż Bayahibe i La Romana kryje się zupełnie inny świat – chłodny i cichy. Świat cenot i jaskiń krasowych, wypełnionych krystalicznie czystą słodką wodą.

WParku Narodowym Cotubanamá znajdują się dwie z najbardziej charakterystycznych podziemnych atrakcji Dominikany: El Chicho oraz Cueva Padre Nuestro. To miejsca, które przyciągają nurków jaskiniowych. Będąc na Dominikanie postanowiłem skorzystać z zaproszenia znajomych z poprzedniego pobytu – ekipy „The Art of Diving”. To właśnie dzięki nim mogłem zanurzyć się w ten ukryty, podwodny świat. Ich doświadczenie, dobra organizacja i pasja do eksploracji jaskiń sprawiły, że wyprawa do cenot El Chicho i Padre Nuestro była fascynującym wejściem w dominikański kras i jego historię.

Trzeba pamiętać, że wejścia do tych podwodnych jaskiń zwykle leżą głęboko w dżungli – gęstej, wilgotnej i pełnej owadów oraz roślin, z którymi lepiej się nie stykać – dlatego każda wyprawa zaczyna się od zmierzenia się z jej zupełnie ziemskimi wyzwaniami.

Na stronie Dominican Republic Speleological Society znajduje się swoiste zaproszenie do przygody: „Przygotuj się na trudny teren, agresywne osy, ptaszniki, stonogi o długości stopy, mrówki ogniste i trujące drzewa. Zazwyczaj wszystko zależy od jednej rzeczy – od ciebie! Dżungla jest w większości bardzo gęsta, a wszędzie znajdują się ukryte szczeliny, które tylko czeka-

Ekipa
Wejście do el Chicho

ją, by złamać ci nogę, więc uważaj, gdzie stawiasz stopy! Większość jaskiń i lejów jest zwykle niewidoczna i całkowicie zarośnięta, więc naprawdę trzeba uważać i wypatrywać jakichkolwiek oznak jaskini pod spodem. Gdy już coś znajdziesz, musisz być wyjątkowo ostrożny podczas przecinania zarośli, aby nie zakłócić gniazd os lub – co gorsza – dzikiego ula, co może być potencjalnie śmiertelne, ponieważ cały ul zaatakuje cię naraz!”

Trudno takiemu zaproszeniu się oprzeć…

Cenoty to naturalne zapadliska i jaskinie wypełnione wodą, powstałe w wyniku procesów krasowych. Przez miliony lat woda deszczowa, nasycona dwutlenkiem węgla, przenikała przez wapienne podłoże wyspy, stopniowo je rozpuszczając. W ten sposób tworzyły się podziemne rzeki, komory i tunele, a gdy strop nie wytrzymywał – zapadał się, odsłaniając wodę.

Choć termin „cenote” pochodzi z języka Majów i kojarzony jest głównie z półwyspem Jukatan w Meksyku, Dominikana geologicznie należy do tego samego świata krasowego. Wyspa Hispaniola skrywa dziesiątki jaskiń i podziemnych zbiorników, z których tylko nieliczne są dostępne dla odwiedzających – wokół miejsca, gdzie przebywałem, było ich 11. Już sama podróż do cenot jest częścią wyprawy. Zjazd z asfaltowej drogi prowadzi w głąb tropikalnej dżungli Parku Narodowego Cotubanamá. Wilgotne powietrze, zapach ziemi, odgłosy ptaków. W obu przypadkach ostatni odcinek trasy pokonuje się pieszo. Stromym zejściom towarzyszy zmiana temperatury – im niżej, tym chłodniej. Światło dzienne stopniowo ustępuje półmrokowi, aż wreszcie pojawia się ona: tafla idealnie spokojnej, słodkiej wody.

EL CHICHO

El Chicho to cenota, która często zostaje w pamięci na całe życie. Na powierzchni wygląda jak zwykła dziura w ziemi – zapadlisko ukryte wśród gęstej roślinności Parku Cotubanamá. Trudno uwierzyć, że pod tym niepozornym wejściem kryje się jeden z ciekawszych podziemnych światów Dominikany. Dopiero kiedy zaczynasz schodzić w dół po nierównych, wapiennych stopniach, a światło dnia powoli znika za krawędzią otworu, orientujesz się, jak mylące było to pierwsze wrażenie.

Po 15–20 metrach stromego zejścia jaskinia otwiera się w dużą, ciemną przestrzeń. Włączasz latarkę i światło odsłania widok, który zostaje w głowie: turkusowe, spokojne lustro wody, potężne kolumny wyrastające z dna i sufitu, a nad nimi gęsto wiszące stalaktyty. Milkną odgłosy dżungli – zostaje chłód skały i własny oddech pod stropem.

Od stuleci to miejsce przyciągało ludzi. Znali je już Tainowie, rdzenna ludność Hispanioli, pozostawiając na ścianach petroglify świadczące o znaczeniu El Chicho.

Dopiero pod wodą jaskinia pokazuje pełnię. Woda jest krystalicznie czysta, ciepła (około 26°C) i nieruchoma. W części suchej nad głową przelatują nietoperze, a pod powierzchnią widać czasem guaviny – niewielkie ryby przyzwyczajone do życia w ciemności.

Z nurkowego punktu widzenia El Chicho jest miejscem przyjaznym. Głębokość 8–16 metrów, świetna przejrzystość i naturalna architektura pełna komór, kolumn i przejść sprawiają, że to idealna cenota na pierwsze doświadczenia cavernowe, a jednocześnie przedsmak nurkowania jaskiniowego. Szerokie strefy cavernowe dają poczucie przestrzeni i bezpieczeństwa, a kolejne

Cenota El Chicho Źródło Dominican Republic Speleological Society

komory odsłaniają świat, który wygląda bardziej jak fantastyczna sceneria niż „zwykła” jama w ziemi.

El Chicho nie jest „mała”. Jest monumentalna – trzeba tylko zejść odpowiednio głęboko, by to zobaczyć.

PADRE NUESTRO

Jeśli El Chicho daje spokój i przestrzeń, Cueva Padre Nuestro przyciąga różnorodnością. Dojście prowadzi stromą ścieżką w dół. Sama jaskinia jest bardziej rozbudowana wizualnie – pełna stalaktytów, stalagmitów, korytarzy i naturalnych sal. Pod wodą czekają przejścia łączące różne komory, formacje skalne tworzące naturalne „katedry”.

Sama nazwa jaskini pochodzi od dawnej wioski Padre Nuestro, w której mieszkało około 180 rodzin. Dopiero w 2003 roku, wraz z objęciem terenu ochroną, społeczność została przeniesiona, a cenota ponownie stała się domeną natury i archeologii.

Z zewnątrz Padre Nuestro wygląda niepozornie – płytka sadzawka schowana pod skalnym okapem, opleciona kor zeniami spływającymi jak firanka z dżungli. Jednak wystarczy zanurzyć twarz pod wodę, by zobaczyć coś zupełnie innego.

Tafla wody wsuwająca się głęboko pod skałę tworzy wąski, zielonkawy

pas, który prowadzi do wnętrza jaskini. To wejście – widoczne dopiero z perspektywy pod wodą – robi niesamowite wrażenie, kiedy wypływasz z mroku. Ten widok staje się kulminacją nurkowania. Gdy wracasz po eksploracji jaskini, w pewnym momencie mrok za plecami ustępuje, a przed tobą wyrasta niebieski owal. Z daleka wygląda jak oko świata zewnętrznego zaglądające do podziemia. Każda fala światła załamuje się na kamiennych progach, a sufit potrafi mienić się jak szkło.

To jedno z tych miejsc, gdzie nurkowie często zatrzymują się na chwilę, wiszą bez ruchu w toni i po prostu patrzą. Bo tutaj powrót do światła potrafi być tak samo fascynujący jak zejście w ciemność.

Padre Nuestro jest inna niż El Chicho. Mniej monumentalna, mniej „katedralna”, za to bardziej kameralna.

Pod wodą widać nieregularne, popękane wapienne bloki tworzące rumowiska przypominające skalne tarasy. Miejscami strop opada nisko i jeden ruch płetwy potrafi wzbudzić drobny osad. Dalej przestrzeń otwiera się znów szerzej, tworząc rozległe komory z licznymi formacjami rozwiniętymi przez tysiąclecia kontaktu z wodą.

Topografia jest urozmaicona – szerokie przejścia prowadzące do większych sal, przewężenia nad stożkami skalnymi, naturalne tarasy spadające ku głębszym partiom, zakamarki, w których światło latarek odbija się jak w krysztale.

W wielu miejscach formacje są ostre, poszarpane i surowe – to jaskinia, która nie została „wygładzona” przez tysiące lat zalania. To widać i to czuć.

Nurkowanie w Padre Nuestro to specyficzne doświadczenie. Czujesz bliskość skały i dźwięk własnego oddechu odbijający się od stropu. Każda komora odsłania coś nowego – inną fakturę skały, inne załamanie światła, inną głębokość.

Jaskinie Dominikany nie były obce ludziom na długo przed pojawieniem się nurków. Rdzenna ludność Taíno traktowała je jako miejsca szczególne –związane z wodą, światłem i mitologią. W innych jaskiniach regionu odnajdywano rytualne artefakty i petroglify.

Autor w Padre Nuestro

Cenota Padre Nuestro Źródło Dominican Republic Speleological Society
Wejście do Padre Nuestro

Choć El Chicho i Padre Nuestro są stanowiskami archeologicznymi udostępnionymi do zwiedzania, sama świadomość, że przez setki lat były częścią świata Tainów, dodaje im kontekstu i historii. Tainowie byli rdzennymi mieszkańcami Wielkich Antyli – w tym Hispanioli, gdzie dziś leży Dominikana. Przybyli na Karaiby z Ameryki Południowej na długo pr zed odkryciami Kolumba. Tworzyli osiadłe społeczności rolnicze, mieszkające w wioskach, z wodzami pełniącymi rolę polityczną i duchową.

W ich kulturze dużą rolę odgrywały woda, światło i jaskinie. Cenoty – takie jak El Chicho i Padre Nuestro – nie były pustymi dziurami w ziemi, lecz miejscami o wyraźnym znaczeniu symbolicznym. Wierzyli, że woda jest bramą między

światami: podziemi – domeną duchów i przodków, powierzchni – światem ludzi, nieba – krainą bogów.

Dlatego w jasnych częściach jaskiń, gdzie wpadało naturalne światło, pozostawiali petroglify: wyryte w skale symbole przedstawiające twarze bóstw, spirale symbolizujące cykl życia i wody, postacie antropomorficzne oraz znaki związane z Atabey – Matką Wód, płodności i rzek. W niektórych cenotach archeolodzy znaleźli również fragmenty ceramiki Tainów. Uważa się, że były to elementy rytuałów wodnych – ofiar składanych bogom i przodkom.

To właśnie dlatego współczesny nurek schodzący do El Chicho lub Padre Nuestro nie eksploruje jedynie jaskiniowych korytarzy. Zanurza się również w przestrzeń,

która dla Tainów była święta. Podziemny świat, w którym dziś oglądamy stalaktyty i światło przenikające przez błękitną wodę, dla nich był miejscem styku ludzi, bogów i przodków.

Podczas jednego z naszych nurkowań w strefie jaskiniowej natrafiliśmy na kości o nieznanym pochodzeniu. Najbardziej prawdopodobne, że to pozostałości z czasów, gdy część komór była sucha i w jaskiniach funkcjonowali Taíno, ale to tylko hipoteza – weryfikacja należy do archeologów. Dla nurków zasada jest prosta: nie zabieramy niczego, nie publikujemy dokładnych lokalizacji, informujemy odpowiednie osoby. Tak chroni się miejsca i historię.

W jaskini Padre, pod koniec nurkowania, tuż przy wyjściu, wydychane bąble uderzają w sklepienie skalne, powodując krótkie, wyczuwalne drżenie – wrażenie małego trzęsienia ziemi. Zjawisko jest normalne i ciekawe, ale lepiej być uprzedzonym, bo bez zapowiedzi potrafi nieźle przestraszyć.

El Chicho i Cueva Padre Nuestro to ukryte, podziemne serce Dominikany – niewidoczne z plaży, ale niezapomniane dla tych, którzy zdecydują się zejść pod ziemię. To spotkanie z geologią, wodą i czasem, który płynie tu inaczej. Dla nurków są wyzwaniem i nagrodą. Dla podróżników – opowieścią, którą zabiera się ze sobą na długo po powrocie.

Zdjęcia wykonano – iphone 17 w obudowie Oceanic+, wyłącznie światło osobiste Tecline.

Mike Huish

Może było krótko, ale intensywnie i kompletnie bez nudy, która czasem wkrada się w tego typu spotkania. Choć przyznam, że na tego typu spotkaniu nurkowym – jeszcze nie byłem. Zostałem zaproszony przez polskiego dystrybutora Grupy Huish Outdoors: ECN-Systemy Nurkowe.

Jedno miejsce dla naczelnego Perfect Diver. Czy było ryzyko? Bo zawsze staram się mówić i pisać, jak jest.

Impreza: DIVErsion 2026

Gdzie: Ramla Bay Resort, Malta

Ponad 200 osób z różnych stron Świata (za wyjątkiem Australii i Oceanii). Na miejsce corocznego spotkania dystrybutorów Grupy – wybrano w tym roku Maltę i świetny resort, a nurkowaliśmy z CN Seashell z Mellieha.

Podzielono nas na 4 grupy. Większość prezentacji odbywała się dla wszystkich, bo działaliśmy od wczesnych godzin rannych. Gdy jedni nurkowali, inni zwiedzali Fabrykę suchych i mokrych kombinezonów i ocieplaczy nurkowych, inni uczestniczyli w praktycznych warsztatach konkretnych grup produktów.

W obrębie hotelu mieliśmy do dyspozycji basen do nurkowania i poznawania sprzętu.

Wyobraźcie sobie „Gear Room” – strefę ze sprzętem do oglądania i testów. Ale uwaga, do dyspozycji było około 50 automatów, mnóstwo kombinezonów, skrzydeł i jacketów. Dziesiątki masek i płetw. W tym oczywiście najnowszy Jacket Oceanic’a, czy kolorowe katany2, a do tego możliwość wzięcia pod wodę obudowy do i-phona – ich też było ze 40 sztuk.

Logistyka i rozmach iście amerykański. Dużo miejsca przy okrągłych stołach. Zero przepychania się. Świetne nagłośnienie. Scena zbudowana w ten sposób, że po bokach były 2 duże ekrany, a na środku prelegent lub dwóch, w zależności od tematu. Oprócz szefostwa Huish Outdoors, dyrektorów branżowych i marketingu, zaproszono kilku gości specjalnych. Między innymi posłuchaliśmy o wrakach Malty i najnowszych odkryciach, a w przerwie do dyspozycji nas gości były gogle VR, by w nich sobie na wybranych wrakach e-zanurkować. I uwaga, gogli nie było 5 sztuk, tylko znowu 50.

Do tego posiłki na pełnym wypasie, z nieograniczoną ilością dokładek. Plan dnia ułożony w ten sposób, by był czas na rozmowy kuluarowe. Wszyscy uśmiechnięci, choć pod koniec pobytu coraz mniej wyspani ;) Przejazdy, ilość autobusów, punktualność, jedzenie, napoje, atmosfera – wszystko 10 na 10.

Widać jaką wagę Firma przywiązuje do każdego, choćby najmniejszego detalu. Zanim zdecyduje się coś wypuścić – testy trwają i trwają. W wodach zimnych i ciepłych. Wszelkie poprawki są nanoszone od razu – i kolejne testy. Do tego surowce z najwyższej półki jakościowej, bardzo praktyczne rozwiązania służące bezpieczeństwu i komfortowi.

Całe spotkanie było prowadzone bez zadęcia, na luzie, ale bardzo konkretnie i rzeczowo. Ciekawie obserwowało się takie osoby jak Mike Huish czy Nick Hollis, którzy żyją tym, co robią. Byli przypisani do grup i nurkowali z nami, choć warunki były z tych trudniejszych ;)

Takie spotkania otwierają szerzej oczy i ładują baterie kreatywności i pasji, a do tego okazuje się, że branża ma do zaoferowania wciąż nowe, zaskakujące rozwiązania, poparte doświadczeniem i wiedzą.

SS ROSALIE i EL MINA z pokładu

safari

Tekst i zdjęcia Barbara GLENC

Safari nurkowe w Egipcie – pierwszy rejs SIMBY, nowej jednostki STM Diving Cruises.

Już od początku było jasne, że to nie będzie zwykły wyjazd. Debbie i Manuel zadbali o każdy detal, a całość była dopracowana od początku do końca.

Safari rozpoczęliśmy w marcu, ale zamiast wiatru i fal trafiliśmy na idealne warunki. Morze przez cały tydzień było spokojne jak lustro, bez kołysania i fal. Woda miała 23°C, powietrze około 25°C – idealnie do nurkowania. SIMBA była nową łodzią, a my płynęliśmy jej pierwszym rejsem. Przestronna, wygodna i świetnie wyposażona. Nie jestem wielką fanką safari – zwykle męczą mnie fale, hałas silnika i ciasne kabiny – ale tutaj bardziej czułam się jak w komfortowym hotelu niż na łodzi nurkowej. Dużą rolę odegrała też świetna załoga: profesjonalna, spokojna i bardzo serdeczna.

Już od wejścia na pokład było czuć nowość – drewno, sprzęt, kabiny, wszystko pachniało świeżo oddaną jednostką. Pokład nurkowy był wygodny i dobrze przemyślany, a przestronne kabiny z widokiem na morze tylko potęgowały komfort. Safari bardzo szybko wciąga w swój rytm. Dzień wyznacza dzwonek: brie -

fing, nurkowanie, jedzenie, chwila odpoczynku i znowu nurkowanie. Zazwyczaj 3–4 razy dziennie. Między zanurzeniami jest kawa, rozmowy o wrakach, przegląd zdjęć i patrzenie w morze. Po kilku dniach przestajesz wiedzieć, jaki jest dzień tygodnia, ale doskonale pamiętasz każdy wrak.

Nurkowaliśmy na wielu miejscach, ale dwa wraki szczególnie zapadły mi w pamięć: Rosalie Moller i El Mina.

SS Rosalie Moller

Trafiliśmy na bardzo dobre warunki – stabilną wodę, dobrą widoczność i minimalną zawiesinę. Dzięki temu mogliśmy spokojnie przejść cały wrak.

Czas denny: około 60 minut.

Dekompresja: około 40 minut na linie.

Nurkowaliśmy w czteroosobowym zespole z Manuelem i Rafaelem, którzy doskonale znają ten wrak. Dzięki temu mogliśmy skupić się na eksploracji, a nie na nawigacji.

El Mina

Zaczęliśmy od dziobu z wyraźnie widoczną kotwicą, następnie przepłynęliśmy przez ładownie, relingi, maszty i elementy nadbudówki aż do rufy i ogromnych śrub napędowych na około 45 m. Wynurzające się z charakterystycznej „mgły” wyglądały niesamowicie.

Potem wróciliśmy do dużej wyrwy po bombie lotniczej i wpłynęliśmy do wnętrza wraku. Penetracja prowadziła przez otwarte ładownie, wąskie przejścia konstrukcyjne i maszynownię pełną rur, platform i elementów instalacji. Największe wrażenie zrobiły wał korbowy, wał napędowy i ciężkie mechanizmy napędowe.

Cały wrak otacza delikatna zawiesina tworząca charakterystyczną „mgłę”. Światło latarek przecina ją jak warstwy dymu, nadając miejscu surowy i niemal nierealny klimat.

SS Rosalie Moller był brytyjskim statkiem handlowym z 1910 roku. W 1941 roku został zbombardowany przez Luftwaffe w rejonie Gubal i zatonął, stojąc do dziś pionowo na dnie.

Po zakończeniu nurkowania wróciliśmy na linę dekompresyjną. To moment, kiedy człowiek nadal analizuje wrak w głowie – światło, wnętrza, wały i atmosferę tego miejsca.

Rosalie Moller to wrak wymagający doświadczenia, ale odwdzięczający się niesamowitym klimatem i możliwością pełnej, technicznej eksploracji.

El Mina – nurkowanie, które zaskakuje

Przed wejściem do wody słyszeliśmy klasyczne opinie: „portowy

El Mina
SS Rosalie Moller
SS Rosalie Moller
SS Rosalie Moller

wrak”, „słaba widoczność”, „bez szału”. Tymczasem już po kilku metrach zejścia okazało się, że warunki są świetne – widoczność sięgała około 30 m.

Wrak powoli wyłaniał się z toni. Przy dziobie od razu uwagę przyciągał element przypominający torpedę lub duży pocisk wbity w konstrukcję. Kilka metrów dalej na pokładzie leżały kolejne pociski – wyraźne ślady historii.

El Mina leży na lewym boku, ale nadal zachował bardzo czytelną sylwetkę. Dobrze widoczne są działa przeciwlotnicze, fragmenty nadbudówki i wejścia do wnętrza.

Wpływamy do środka. Ławice małych ryb na chwilę ograniczają widoczność niemal do zera, ale po chwili przestrzeń się otwiera. W środku wraku widoczność wynosi około 2 m – wystarczająco, by eksplorować wąskie korytarze, pomieszczenia załogi i stalowe przegrody.

Tutaj ogromną rolę odegrało światło OrcaTorch D950V, które testowałam w czasie całego safari. Mocny, szeroki snop bardzo dobrze przebijał zawiesinę i równomiernie oświetlał wnętrze, co świetnie sprawdzało się podczas fotografii wrakowej.

Po wyjściu na zewnątrz znów mijamy działa przeciwlotnicze i kierujemy się ku rufie. Tam znajdują się dwie charakterystyczne śruby – jedna częściowo zasypana piaskiem, druga świetnie zachowana i idealna do zdjęć.

El Mina to egipski trałowiec z lat 50-tych XX wieku, zatopiony 6 lutego 1970 roku podczas ataku izraelskiego lotnictwa w porcie Hurghady. Do dziś na wraku widoczne są ślady eksplozji oraz uzbrojenie.

Podsumowanie

To safari pokazało nam Morze Czerwone z jednej z najlepszych możliwych stron. Spokojne morze, brak fal, bardzo dobre warunki i wraki, które potrafią całkowicie zmienić sposób myślenia o nurkowaniu wrakowym w Egipcie. Każde zejście pod wodę miało swój klimat – od ogromnej, surowej Rosalie Moller po bardziej ciasną, wojskową i zaskakującą El Minę.

Najbardziej zapada jednak w pamięć nie tylko sama stal i historia, ale atmosfera takich nurkowań. Cisza podczas opadania po linie, światło przecinające zawiesinę, długie dekompresje i rozmowy o wrakach już po wynurzeniu. Po kilku dniach człowiek zaczyna funkcjonować wyłącznie rytmem nurkowań, morza i dzwonka na briefing albo posiłek.

I właśnie wtedy safari wrakowe staje się czymś więcej niż tylko wyjazdem nurkowym. To tydzień całkowitego zanurzenia – w technicznych nurkowaniach, historii zatopionych jednostek i atmosferze Morza Czerwonego, które potrafi uzależnić szybciej, niż można się spodziewać.

El Mina

SIĘ ZA WOLNO.

125 G • 3000 LUMENÓW • 150 M GŁĘBOKOŚCI • 3000 • 150 M Wraki, jaskinie, mętna woda o zerowej widoczności - ORCA7 świeci tam, gdzie inne latarki się poddają.

Jeden przycisk, dwa poziomy jasności, pięć kolorów obudowy.

Bateria 5000 mAh ładowana przez USB-C . 5000 ładowana przez USB-C.

FlexDive TEC Lighting System

Modułowa latarka nurkowa, którą dopasowujesz do warunków, konfiguracji, rodzaju i długości nurkowania.

8000 lumenów bez stopniowego spadku mocy.

8° spot do penetracji.

150° flood do szerokiego oświetlenia.

Bateria 98 Wh ładowana przez USB-C.

Do 22 godzin pracy.

Wersja ręczna lub konfiguracja canister - wybór należy do Ciebie. SKONFIGURUJ SWÓJ SYSTEM: WWW.SPRZETDONURKOWANIA.PL

Czy zamkną nam rafę SATAYA?

Paradoks „Domu Delfinów”

Tekst i zdjęcia Jakub BANASIAK

Dla wielu z nas to punkt obowiązkowy na mapie egipskich safari nurkowych. Południowa trasa, budzik o świcie i wejście do krystalicznej wody wewnątrz laguny, gdzie błękit przecinają dziesiątki charakterystycznych, smukłych sylwetek.

Rafa Sataya w rezerwacie Wadi El Gemal w Egipcie, znana jako DOLPHIN HOUSE, to miejsce magiczne.

Jednak najnowsze doniesienia z ubiegłego roku oraz alarmujące wyniki badań biologów morskich stawiają sprawę jasno: jeśli nie zmienimy zasad gry, Sataya może zostać zamknięta dla turystów, tak jak stało się to z niektórymi zamieszkałymi przez delfiny akwenami w Nowej Zelandii czy na Hawajach. Sytuacja na Sataya przestała być sielanką. Pier Paolo Celeste, koordynator z włoskiej Fundacji Marevivo, podczas grudniowego spotkania w Egipcie w 2025 roku w trakcie 24. Konferencji Stron Konwencji Barcelońskiej (COP24), nie przebierał w słowach: „To już nie jest sanktuarium. Sataya stała się areną chaosu, przypominającą kairski plac Tahrir w godzinach szczytu”.

Problem tkwi w skali. Każdego dnia lagunę odwiedzają dziesiątki łodzi safari i motorówek. Ryk silników, który nie ustaje ani na chwilę oraz setki pływaków otaczających grupy delfinów, tworzą „cyrk hałasu”. Dla delfinów długoszczękich (Stenella longirostris), dla których Shaab Sataya jest rafą siedliskową nie jest to jedynie niedogodność. To egzystencjalne zagrożenie. Te ssaki

to nocni łowcy – żerują na pełnym morzu po zmroku, a płytkie laguny Sataya służą im do regeneracji sił, snu i opieki nad młodymi. Każde wyrwanie delfina z fazy odpoczynku przez natrętnego nurka, pływaka czy zodiak, to realny koszt energetyczny, który odbija się na ich zdrowiu i zdolności do reprodukcji.

Badania prowadzone przez dr Maddalenę Fumagalli rzucają światło na kondycję lokalnej populacji delfinów długoszczękich. Na Sataya rezyduje rocznie populacja licząca między 140 a 200 delfinów, które tworzą niemal odizolowaną społeczność. W ciągu dnia na rafie przebywa zazwyczaj między 60 a 100 delfinów. Naukowcy, badający wpływ łodzi dolphin watching i pływaków w wodzie w różnych akwenach, wykazali, że w obecności turystów czas odpoczynku delfinów drastycznie spada.

OTO CO MÓWIĄ FAKTY:

● 66% mniej snu: O tyle skraca się czas odpoczynku delfinów w obecności intensywnego ruchu turystycznego.

● Efekt domina: Przerwanie snu wymusza na delfinach stan czujności, co zwiększa ich wydatki energetyczne o kilkanaście procent.

● Brak regeneracji: Delfiny nie mogą „odespać” straconego czasu. Zmęczone osobniki są łatwiejszym celem dla drapieżników po wypłynięciu na otwarte morze.

● Ciągły stres i presja turystów powodują obniżenie poziomu naturalnej odporności u tych zwierząt i większą podatność na choroby.

Lars Bejder i David Lusseau, pionierzy badań nad wpływem turystyki na walenie, ostrzegają przed koncepcją „niewoli bez krat”. Okazuje się, że poważnych naruszeń dobrostanu delfinów dopusz-

czają się nie tylko delfinaria czy oceanaria, ale także turyści pływający z dzikimi delfinami oraz niektórzy organizatorzy whale & dolphins watching. Delfiny na Sataya są wolne, ale presja łodzi i ludzi w wodzie sprawia, że ich naturalne siedlisko staje się miejscem chronicznego stresu.

CZY SATAYA BĘDZIE DRUGĄ SAMADAI?

Egipt nie chce zamykać rafy, ale musi ją ratować. Ali Abo Sena, szef Egipskiej Agencji ds. Środowiska (EEAA), zapowiedział rewizję strategii zarządzania na Shaab Sataya. Postulowany przez Marevivo i HEPCA (Hurghada Environmental Protection and Conservation Association) plan opiera się na sukcesie rafy Samadai, gdzie od 2004 roku obowiązuje restrykcyjny podział na strefy oraz ograniczone godziny odwiedzin tej destynacji. Do lata 2003 roku każdego dnia przywożono od 500 do 800 turystów, aby pływali z delfinami w lagunie w Samadai. Ich kontakt z delfinami był całkowicie nieuregulowany, a wielu obserwatorów obawiało się o dobro i bezpieczeństwo delfinów, turystów oraz o przyszłość branży obserwacji dzikich delfinów w tym regionie. W 2003 roku władze podjęły odważną decyzję o całkowitym zawieszeniu wszelkich wizyt na rafie Samadai i rozpoczęły konsultacje w celu stworzenia systemu zarządzania, który chroniłby delfiny, a jednocześnie pozwalał na prowadzenie działalności turystycznej na rafie, która jest miejscem odpoczynku delfinów, a także jednym z bardziej popularnych miejsc do nurkowania i snorkelingu.

Zgodnie z opracowanym planem wprowadzono na Shaab Samadai restrykcyjny podział na strefy:

● Strefa A (No-Entry Zone): Jest to wewnętrzna laguna, dedykowana delfinom jako obszar ich odpoczynku. Wstęp jest tu surowo zabroniony. Delfiny preferują tę strefę, szczególnie rano.

● Strefa B (Swimmers and Snorkelers Only): Obszar przeznaczony wyłącznie dla pływaków i nurkujących z rurką. Ruch łodzi motorowych jest zabroniony.

● Strefa C (Other Activities): Obszar, gdzie cumowanie, nurkowanie z akwalungiem i inne aktywności są dozwolone. Granice między strefami są oznaczone bojami: pomarańczowe dla linii A/B, białe dla linii B/C.

Na rafie Samadai może wpłynąć maksymalnie dziesięć łodzi dziennie, przewożąc na obszar rafy nie więcej niż 175 osób pływających w sprzęcie ABC i 100 nurków. Łodzie z osobami pływającymi z rurką są wpuszczane w godzinach 10:00-14:00, a łodzie z nurkami w godzinach 9:00-15:00. Jeśli organizator ma już bilet wstępu na obszar rafy, gwarantuje to, że łódź zostanie wpuszczona.

Boje wyraźnie oddzielają strefy dla nurków i snorklerów od strefy odpoczynku „tylko dla delfinów”. Osoby, które zdecydują się na pływanie z rurką, mają obowiązek założyć kamizelkę ratunkową, częściowo ze względów bezpieczeństwa, a częściowo po to, by zapobiec sytuacji, w której zbyt entuzjastycznie nastawiony snorkler zanurkuje pod wodę w pogoni za delfinami.

Ostatnie 20 lat ochrony Samadai pokazuje, że szybkie działania władz, które zwróciły się o pomoc do środowiska naukowego, doprowadziły do niemal natychmiastowego przejścia od niekontrolowanego, potencjalnie szkodliwego biznesu pływania z delfinami, do starannie kontrolowanej i dobrze monitorowanej sytuacji zrównoważonego gospodarowania na tej rafie siedliskowej. Wprowadzenie całkowitego zawieszenia wszelkich działań, które były wcześniej dozwolone, pomogło w zmianie sytuacji i uświadomieniu operatorom turystycznym, że powrót do dotychczasowego, niekontrolowanego trybu działania nie będzie możliwy. Przydzielenie statków monitorujących (w tym straży przybrzeżnej) i niezbędnego personelu do prowadzenia działań monitorujących było kosztowne, ale kluczowe dla powodzenia tego, jak i każdego innego rządowego systemu zarządzania ochroną środowiska morskiego. Naukowcy, zarówno z egipskich jak i międzynarodowych organizacji, monitorowali i nadal kontrolują populację delfinów długoszczękich na Samadai oraz aktywność pływania z delfinami. Badania wykazały, że program zarządzania ruchem turystycznym na Samadai działa prawidłowo, z bardzo niewielką liczbą naruszeń, a populacja delfinów wydaje się być stabilna i zdrowa, bez widocznych oznak stresu, spadku liczebności ani prób porzucania rafy siedliskowej.

Na świecie już dawno dostrzeżono, do czego prowadzi nieuregulowana turystyka. Badania nad butlonosami w zatoce Doubtful Sound (Fiordland) w Nowej Zelandii udowodniły, że częste interakcje z łodziami turystycznymi zmuszają delfiny do wydłużania czasu zanurzenia. Jest to ogromny wydatek energetyczny, dotykający zwłaszcza mniejsze samice. Konsekwencje były drastyczne –zaobserwowano radykalny wzrost liczby martwych urodzeń oraz drastyczny spadek całej populacji z 67 do 56 osobników.

Z kolei w USA amerykańska agencja rządowa NOAA wprowadziła na Hawajach rygorystyczne zakazy dla turystów, polegające na bezwzględnym nakazie utrzymywania dystansu co najmniej 50 jardów (ok. 45 metrów) od hawajskich delfinów długoszczękich. Zrozumiano

tam, że sam fakt zmuszenia odpoczywającego za dnia zwierzęcia do unikania turystów, redukuje jego sprawność i naraża w konsekwencji na ataki drapieżników.

Natomiast w Brazylii na wyspach Fernando de Noronha, na archipelagu, który skupia największą na świecie regularną populację delfinów długoszczękich, od lat obowiązuje restrykcyjny zakaz pływania i nurkowania z delfinami dla turystów. Dozwolona jest wyłącznie obserwacja z lądu (z wyznaczonych punktów widokowych) lub ze ściśle regulowanych łodzi, a zanurzać mogą się tam jedynie autoryzowani naukowcy stosujący techniki „pasywnego nurkowania”. Funkcjonujący od 35 lat Projekt Spinner Dolphin udowadnia, że turystyka wokół delfinów może kwitnąć bez niszczenia ich siedlisk i zaburzania ich dobrostanu.

CO MOŻE NAS CZEKAĆ NA SATAYA?

Na Shaab Sataya naukowcy proponują iść śladem dobrych praktyk z rafy Samadai. Rekomendują przede wszystkim:

1. Limit dostępu (marine zoning): Wydzielenie strefy „A” –całkowitego zakazu wpływania dla ludzi, zarezerwowanej wyłącznie dla delfinów. Strefa „B” byłaby przeznaczona dla kontrolowanego snorkelingu, a „C” dla cumowania łodzi.

2. Limity jednostek: Koniec z nieograniczoną liczbą łodzi. Wprowadzenie pułapu, czyli liczby jednostek przebywających w lagunie jednocześnie w danym momencie.

3. Napędy elektryczne: Postulat przejścia zodiaków na ciche silniki elektryczne, aby wyeliminować bolesny dla delfinów hałas o wysokiej częstotliwości.

4. Certyfikacja i szkolenia: Obowiązkowe szkolenia dla przewodników i załóg łodzi safari. „Delfiny są filarem gospodarki turystycznej Marsa Alam. Jeśli uciekną, całe życie na wybrzeżu upadnie” – podkreślają badacze. Nie musimy czekać na zmianę statusu Shaam Sataya, aby zadbać o dobrostan delfinów długoszczękich w czasie swojej bytności na tej rafie. Chodzi o przestrzeganie podstawowych zasad i bazową wiedzę o biologii delfinów Stenella longirostris.

Autor niniejszego artykułu od kilku lat szkoli nurków i snorkelerów z zasad pływania i nurkowania z delfinami, z poszanowaniem ich dobrostanu. Oferuje też krótkie materiały video o właściwym postępowaniu na rafie Sataya, które mogą posłużyć na łodzi nurkowej do briefingu przed pływaniem z delfinami długoszczękimi. Dostępny jest także specjalistyczny kurs „Dolphin Defender” dla wszystkich, którzy chcą nie tylko bezpiecznie pływać z delfinami, ale także aktywnie zaangażować się w ich ochronę i pogłębić swoją wiedzę o kontaktach człowiek-delfin.

Wszystkich zainteresowanych zapraszamy do kontaktu e-mail: jakub.b@viva.home.pl

Jako społeczność nurkowa mamy konkretny interes w tym, by Sataya pozostała otwarta. Ale to my musimy zmienić nasze zachowanie. Pamiętajmy, że każda próba dotknięcia delfina czy pogoni za nim z kamerą to akt agresji, a nie miłości do natury. Rekomendacje na safari w tym rejonie są proste:

● Wybieraj odpowiedzialnych operatorów: Pytaj, czy załoga łodzi nurkowej przestrzega kodeksu HEPCA i czy nie „zagania” delfinów zodiakami.

● Zasada 50 metrów: Zachowuj dystans. Jeśli delfiny będą chciały interakcji, same się zbliżą. Jeśli płyną powoli w ciasnej grupie – śpią. Zostaw je w spokoju.

● Zero kontaktu: Nigdy nie dotykaj delfinów. Bakterie z ludzkiej skóry i stres związany z dotykiem mogą być dla nich istotnym zagrożeniem.

● Edukuj innych: Jeśli widzisz na zodiaku zachowania szkodliwe, reaguj. Twoja postawa kształtuje standardy na Twojej łodzi, ale też na innych łodziach safari.

Sataya to dom i sypialnia dzikich zwierząt. Jeśli nie nauczymy się ich szanować, jedynym sposobem na ich ochronę będzie całkowity zakaz wstępu do laguny. Wybór należy do nas – nurków, którzy kochają ten błękit najbardziej.

CUT THROUGH THE DARKNESS

Nowa era podwodnego światła z DIVEPRO

Każdy, kto choć raz zanurzył się poniżej termokliny w polskim jeziorze lub wpłynął do wnętrza wraku, doskonale wie, że pod wodą dobre światło to nie luksus – to bilet do zupełnie innego świata.

Bez niego najpiękniejsze kolory raf koralowych gasną już na kilku metrach, a mroczne, fascynujące głębiny stają się nieprzeniknioną ścianą cieni. Na rynku sprzętu nurkowego pojawił się jednak gracz, który postanowił rozświetlić podwodną rzeczywistość na nowo, łącząc moc z innowacyjną modułowością.

Poznajcie najnowsze modele latarek od Divepro.

Kompaktowa rewolucja w Twojej dłoni

Dla większości nurków rekreacyjnych idealna latarka to taka, która bez problemu zmieści się w kieszeni jacketu lub skafandra, a po włączeniu zaskoczy siłą strumienia. Dokładnie taka jest Divepro S50Z.

Generując aż 5000 lumenów, ta niepozorna latarka ręczna potrafi zawstydzić niejeden model kanistrowy. Jej największym atutem jest jednak funkcja płynnego zoomu (regulacji skupienia wiązki od 3 do 45 stopni). Potrzebujesz precyzyjnego, wąskiego promienia do komunikacji z partnerem lub zajrzenia w głąb ciemnej szczeliny? Jeden ruch dłoni. Chcesz oświetlić całą ściankę przed sobą? Rozszczepiasz światło na szeroki, równomierny snop. To idealny, bezawaryjny kompan na każdą podróż – od egipskich raf po nocne nurkowania.

Dla tych, którzy pod wodę zabierają sprzęt wideo, Divepro przygotowało coś, co rewolucjonizuje pojęcie podwodnego planu filmowego. Model Divepro V360 Pro V2 to aż 36000 lumenów zamknięte w ergonomicznej obudowie. Ta wersja została stworzona specjalnie z myślą o użytkownikach nowoczesnych

kamer sferycznych (360 stopni) i wyposażona w dedykowane, fabryczne mocowanie dla tego typu urządzeń.

To nie jest zwykła latarka – to osobiste, podwodne słońce, które potrafi doświetlić całą przestrzeń wokół operatora, eliminując martwe strefy. Szeroki, idealnie gładki kąt świecenia bez żadnych cieni i gorących punktów (hot-spotów) sprawia, że kadry sferyczne ożywają, ukazując pełne spektrum barw w każdym kierunku. Druga wersja tego modelu to także poprawiona elektronika i jeszcze lepsze zarządzanie termiką, co gwarantuje stabilną pracę nawet podczas najdłuższych sesji filmowych w trudnych warunkach.

Modułowy system kanistrowy: skonfiguruj światło pod swoje potrzeby Największym przełomem w nowościach Divepro jest wprowadzenie inteligentnego, modułowego systemu latarek z kanistrem. To

z Divepro MC3000 z kanistrem:

To doskonały punkt wyjścia do świata nurkowań technicznych i zaawansowanych nocnych eksploracji. Oferuje stabilne 3000 lumenów skupionego światła, które idealnie "przebija" zawiesinę w wodzie. Lekki, kompaktowy kanister nie krępuje ruchów, a potężny akumulator zapewnia czas świecenia, o jakim użytkownicy tradycyjnych latarek ręcznych mogą tylko pomarzyć.

Dlaczego właśnie Divepro?

ukłon w stronę nurków zaawansowanych, technicznych, jaskiniowych oraz tych, którzy spędzają pod wodą długie godziny i wymagają potężnego źródła energii.

Zamiast kupować kilka różnych latarek do różnych celów, w systemie Divepro inwestujesz w bazę, którą możesz dowolnie modyfikować. Co niezwykle ważne, ta modułowość wykracza daleko poza same głowice i dotyczy również samej konfiguracji sprzętowej. System kanistrowy Divepro można bez problemu skonfigurować zarówno do klasycznego układu backmount (z butlami na plecach), jak i do konfiguracji sidemount. Kupując jeden zestaw, zyskujesz jedną, niezawodną latarkę na zupełnie różne konfiguracje sprzętowe – idealne rozwiązanie. Podstawą tego elastycznego systemu są trzy niezwykle dopracowane modele:

z Divepro MZ5000 z kanistrem: Model, który przyciąga wzrok nie tylko charakterystycznym, stylowym wykończeniem obudowy, ale przede wszystkim uniwersalnością. Moc 5000 lumenów w połączeniu z regulowaną głowicą (zoom od 3 do 45 stopni) pozwala na błyskawiczne dostosowanie światła pod wodą. To idealny wybór dla nurków, którzy w trakcie jednego nurkowania potrzebują zarówno mocnego "szperacza", jak i szerokiego światła.

z Divepro MM7000 z kanistrem: Światło dla najbardziej wymagających profesjonalistów. 7000 lumenów w wersji kanistrowej zamienia noc w dzień. Zaprojektowana do głębokiej eksploracji jaskiń i najciemniejszych zakamarków zatopionych wraków. Konstrukcja głowicy zapewnia doskonałe odprowadzanie ciepła, a precyzyjnie zestrojony odbłyśnik gwarantuje, że sygnały dawane partnerowi będą czytelne nawet w ekstremalnie ograniczonej widoczności. Posiada dwa tryby świecenie: wąski oraz szeroki 120 stopni

Na rynku dostępnych jest wiele marek oświetleniowych, ale Divepro wyróżnia się podejściem do detali. Obudowy wycinane z aluminium lotniczego przy użyciu precyzyjnych maszyn CNC, podwójne, a w niektórych modelach potrójne uszczelnienia oraz intuicyjne, magnetyczne włączniki, które nie ulegną zatarciu od piasku czy soli – to standard, który czuć w dłoni od pierwszego dotknięcia. Dodatkowym atutem są zaawansowane systemy zabezpieczeń przed przegrzaniem na powierzchni oraz inteligentne ładowarki, które dbają o żywotność ogniw litowo-jonowych.

Wybierając nowe modele Divepro, nie kupujesz po prostu „latarki”. Inwestujesz w bezpieczeństwo, niezawodność i komfort, które pozwolą Ci skupić się na tym, co najpiękniejsze.

wraz z pełnym wsparciem doradczym i serwisowym znajdziecie u oficjalnego dystrybutora w Polsce Extreme Divers (tel. 730011501) oraz w dobrych Centrach Nurkowych.

FOTO-SAFARI

Szkoła mistrzów

Tekst i zdjęcia Przemysław ZYBER

Znasz to uczucie?

Jesteś pod wodą, przed Twoją maską rozgrywa się spektakl natury – światło przenika przez taflę wody, tworząc tańczące refleksy, a majestatyczny rekin przepływa tuż obok.

Podnosisz aparat, naciskasz spust migawki i… no właśnie.

Rezultat często odbiega od tego, co widziały Twoje oczy. Fotografia podwodna to trudna sztuka kompromisu między fizyką wody, a możliwościami Twojego sprzętu. Często pojawia się to samo pytanie: „Gdzie najlepiej się uczyć? Jaki kolejny krok zrobić, by zdjęcia przestały być tylko pamiątką, a stały się sztuką?”. Odpowiedź może Cię zaskoczyć, bo nie znajdziesz jej w instrukcji obsługi aparatu.

Pułapka „szybkiego kursu”

Nie zrozum mnie źle – lokalne zbiorniki to świetne miejsca na sprawdzenie sprzętu czy przypomnienie sobie podstaw pły-

walności. Ale jeśli naprawdę chcesz rozwinąć skrzydła w fotografii, jeden dzień to za mało. Dlaczego? Bo fotografia to proces.

Na krótkim kursie uczysz się techniki „na sucho” lub w bardzo ograniczonych warunkach. Masz jedną, może dwie szanse na uchwycenie kadru, zanim skończy się czas lub widoczność. To trochę jak nauka jazdy Formułą 1 na parkingu pod supermarketem. Możesz opanować kierownicę, ale nie poczujesz prędkości ani przeciążeń.

Zastanówmy się zatem, jak wypada typowy weekendowy kurs fotograficzny nad polskiem jeziorem w starciu z tygodniowym safari. Na kursie lokalnym masz zaledwie kilka godzin pod wodą, często w stałych i mocno ograniczonych warunkach świetlnych. Obiekty, które możesz sfotografować, redukują się zazwyczaj do typowej, dość przewidywalnej fauny i flory. Co więcej, analiza zdjęć bywa pobieżna i odbywa się najczęściej w pośpiechu po zajęciach. Tymczasem na safari spędzasz pod wodą czas odpowiadający około 20 nurkowaniom w ciągu tygodnia! Oznacza to możliwość pracy w pełnym spektrum oświetleniowym – od miękkiego światła o poranku, przez ostre słońce w południe, aż po wyzwania nocnych zanurzeń. Masz też niepowtarzalną okazję fotografować pełen przekrój podwodnego świata, od maleńkich detali makro, po potężne ławice i spektakularne wraki. A to wszystko z profesjonalnym wsparciem w postaci codziennych, wieczornych warsztatów i wnikliwej analizy pod czujnym okiem specjalisty.

Safari. Twój poligon doświadczalny Prawdziwy przełom następuje wtedy, gdy całkowicie zanurzasz się w procesie – dosłownie i w przenośni. Dlatego uważam, że najlepszą drogą rozwoju jest wspólne safari fotograficzne. Widzę wyraźnie na przykładach moich kursantów, że fotograficzne safari nurkowe to prawdziwy „game change”. Dlaczego tak uważam? Po pierwsze czas jest po naszej stronie, mamy cały tydzień bez pośpiechu. Dodatkowo każdego dnia safari mierzymy się z innymi wyzwaniami:

● Zmienność światła: Nurkowania o poranku, w pełnym słońcu południa i o złotym zmierzchu. Każda z tych pór wymaga od Ciebie innego podejścia do ekspozycji.

● Dynamika kontra statyka: Jednego dnia ćwiczymy makro – cierpliwe ustawiając ostrości na nieruchomym ślimaku. Kolejnego dnia mamy możliwość zmienić perspektywę na szeroki kąt, by uchwycić gigantyczne ławice ryb otaczające majestatyczny wrak.

● Woda, która uczy: Raz cieszymy się krystaliczną widocznością, innym razem woda jest pełna planktonu. To najlepsza lekcja radzenia sobie z „backscatterem” i możliwość wytrenowania się we wciąż zmieniających się warunkach.

Walka z fizyką: Balans bieli w praktyce

Na takim wyjeździe, kładę ogromny nacisk na zrozumienie tego, co dzieje się z kolorem. Wiesz przecież, że woda to filtr, który z każdym metrem kradnie nam barwy. Najpierw znika czerwień, potem pomarańcz, aż w końcu wszystko staje się niebiesko-szare.

Podczas safari nie tylko o tym opowiadam – my to sprawdzamy na każdej głębokości. Uczymy się, jak korygować balans bieli ręcznie i jak ustawić lampy, by przywrócić naturze jej prawdziwe kolory. Musisz zobaczyć na własnym wyświetlaczu, jak drastycznie zmienia się zdjęcie wraz z głębokością. I kiedy poświęcisz na wytrenowanie tego aż tydzień, rezultaty tak intensywnej nauki poprzez praktyczne zajęcia, są widoczne gołym okiem w bardzo szybkim tempie.

Wieczory, które zmieniają wszystko

Największa wartość safari dzieje się jednak nie pod wodą, a na pokładzie, już po wyskoczeniu z pianek. Wspólne wieczory z laptopem, omawianie każdego kadru, analiza kompozycji i kanonów fotografii – to jest moment, w którym „łapiesz o co chodzi”. To ta analiza jest najważniejsza, bo czasem wystarczy zrozumieć, że przesunięcie kompozycji, lub umiejętność wyczekanie odpowiedniej chwili, czy zmiana pozycji, z której fotografujesz… dadzą kadry, które będą zachwycać. Najważniejsze jest to, że następnego dnia znów wchodzisz pod wodę, by wieczorną analizę i wyciągnięte wnioski wykorzystać w praktyce. To właśnie dlatego progres podczas safari jest tak ogromny.

Wyjdź ze strefy komfortu Fotografia podwodna to sport ekstremalny dla Twojej kreatywności. Nie bój się trudnych warunków – to one hartują fotografa. Ale nie rób tego sam – jedź na safari z kimś, kto pomoże Ci uniknąć błędów, które ja popełniałem latami. Między innymi właśnie dlatego razem z Kasią – mistrzynią logistyki, organizacji i dopinania rzeczy niemożliwych – stworzyliśmy nurkowe biuro podróży Deep Art Travel, którego reklama pojawia się na końcu tego artykułu. Organizujemy niezwykłe wyjazdy.

Tworzymy doświadczenia, które zostają z Tobą na lata. Zabieramy ludzi w najpiękniejsze miejsca pod wodą i na lądzie – tam, gdzie natura pokazuje swoje najbardziej spektakularne oblicze, a każdy dzień staje się historią wartą opowiedzenia.

Łączymy pasję do nurkowania, fotografii i podróży z ogromnym doświadczeniem organizacyjnym, dzięki czemu możesz skupić się wyłącznie na tym, co najważniejsze – przeżywaniu chwili, odkrywaniu świata i rozwijaniu swoich umiejętności.

Od raf pełnych rekinów na Malediwach, przez wraki skrywające historię, czy safari i wyprawy fotograficzne – tworzymy wyjazdy, które inspirują, uczą i pozwalają poczuć prawdziwą wolność podróżowania.

Bo najlepsze wspomnienia zaczynają się tam, gdzie kończy się rutyna.

I widzimy się pod wodą.

pomagamy wrócić do nurkowania i odzyskać komfort pod wodą – nawet jeśli po OWD masz problem z pływalnością, oddechem czy stresem - bez ocen, bez presji, bez „beznadziejnych przypadków”.

SZKOŁA NURKOWANIA STWORZONA PRZEZ LUDZI, KTÓRZY CHCĄ UCZYĆ.

Nie jesteśmy centrum nurkowym.

Jesteśmy szkołą, która stawia na jakość, relację i realne umiejętności

zanurzenia, przez kolejne stopnie i specjalizacje, aż po świadome, bezpieczne nurkowanie.

Uczymy. Tłumaczymy. Zabieramy pod wodę. Uczymy nurkować świadomie i bezpiecznie.

Program powrotu do nurkowania po przerwie.

Szkolimy również w języku angielskim.

sprz ę t wyprawyedukacja

COMEBACK

OD PODSTAWOWEGO DO ZAAWANSOWANEGO
UMIEJĘTNOŚCI NURKOWYCH

● 13-14 czerwca

Nurkowy Festiwal Mocy

Gdzie: Nemo w Kulce, Kulka 1, 12-120 Dźwierzuty

Bilety: nurklub

● 20 czerwca 2026

54 Spływ Płetwonurków Brdą

● 27 czerwca 2026

VI Edycja sprzątania jeziora w Barlinku

Pełne info: bluedeep.pl

Start godzina 11:00 – Plaża przy cmentarzu

4-5 lipca 2026

Demo Days z ECN-Systemy Nurkowe

Zdjęcie bazapiechcin.eu

● 4-5 lipca 2026

Demo Days z ECN-Sytemy Nurkowe Baza Nurkowa Piechcin

● Już po raz czwarty wydarzenie nad jeziorem Plansee da wszystkim zainteresowanym możliwość testowania produktów marek biorących udział w imprezie, uzyskania fachowego doradztwa oraz – w razie potrzeby – rozwijania własnych umiejętności nurkowych poprzez dodatkowe szkolenia.

Event odbędzie się w dniach 5–12 lipca 2026 roku w Plansee-Camp w Austrii.

• Godziny otwarcia: codziennie od 09:00 do 17:00

• Rozpoczęcie wydarzenia: 5 lipca 2026, godz. 17:00

• Zakończenie wydarzenia: 12 lipca 2026, godz. 14:00

• Więcej informacji: Plansee Camp

• Kontakt organizacyjny: info@upstream-tec.de

● 8 sierpnia 2026 – Zawody w nawigacji podwodnej

II edycja, Barlinek, Promenada przy ul. Jeziornej

Start godzina 11:00 info: Zbyszek tel: 602688713

To, czy jesteś prawo –czy leworęczny, nie ma w nurkowaniu znaczenia.

Znaczenie ma to, którą stronę zastosujesz w konfiguracji sprzętu albo realizacji procedur.

Przeczytaj, przemyśl i zastanów się jakie, a co ważniejsze, dlaczego sam stosujesz takie czy inne rozwiązanie.

1. Maska (zapasowa)

W prawej kieszeni.

Dlaczego? Kiedy po nią sięgasz, prawdopodobnie będziesz musiał skorygować pływalność. Regulacja pływalności: inflator, tylny zawór upustowy, upustowy i dodawczy zawór suchego skafandra – zawsze obsługujesz lewą ręką.

LEWA PRAWA?

2. Automat (sytuacja OOG)

Zawsze staraj się podać prawą ręką.

Dlaczego? Osoba, która nie ma gazu, może okazać się niestabilna pływalnościowo, a wtedy lepiej żebyś miał wolną lewą rękę do obsługi pływalności.

3. Latarka (jeżeli używasz )

Staraj się trzymać w lewej ręce.

Dlaczego? Gaz podajesz prawą, więc lepiej, żeby w ustach biorcy znalazł się automat  Druga sprawa to wspomniana maska. Utratę maski sygnalizuj poruszając światłem latarki. Robiąc to lewą ręką możesz równocześnie sięgnąć do prawej po zapasową maskę.

Czekaj!

Tak?

…a co wtedy z pływalnością? Jak obsługiwać inflator albo zawór upustowy z latarką w ręce? Zastosuj Goodman’a – uchwyt mocujący latarkę do dłoni tak, żeby ręka pozostała wolna.

Tekst Wojciech A. FILIP
Zdjęcie Tecline
CZY

4. Komputer (głębokościomierz)

Prawa ręka.

Dlaczego? Komputer obserwujesz wtedy, kiedy lewą ręką obsługujesz inflator, tylny zawór upustowy i zawory w suchaczu.

5. Klamra w uprzęży

Lewa strona (nie pod pasem krocznym).

Dlaczego? Bo w razie potrzeby jednym ruchem rozepniesz dół uprzęży.

6. Skrzydło w twinie

Zakładasz zawsze tak, aby zawór upustowy znajdował się po lewej stronie nurka.

Dlaczego? Niedawno oglądałem film z kursu, na którym ktoś założył skrzydło odwrotnie – to łatwe do zauważenia, bo zawór upustowy znajduje się w nietypowym miejscu: po prawej stronie pomiędzy skrzydłem a butlą. To niebezpieczne podczas akcji ratowniczej. Ratownik transportujący nurka obsługuje wtedy dwa zestawy wypornościowe – i wszystkie

elementy regulujące pływalność powinny znaleźć się po lewej.

PODSUMOWANIE

Sześć punktów nie wyczerpuje tematu. Ale stosuje konsekwentną logikę: pływalność to lewa strona i nie warto tego zmieniać.

Nie oznacza to, że wszystko pozostałe znajdzie się z prawej. Jeżeli tak się dzieje – bądź pewny, że wiesz dlaczego.

Bezpiecznych nurkowań! WAF

https://teclinediving.eu/pl/akademia-tecline/#/

Autor tego materiału spędził pod wodą ponad 18 000 godzin. Jest wielkim fanem i bezwzględnym praktykiem standaryzacji i procedur. Nigdy nie miał wypadku nurkowego.

Swoim doświadczeniem dzieli się m.in. w Akademii Tecline, gdzie częstuje kawą –warto to sprawdzić 

Zdjęcie Tecline
Zdjęcie Tecline

HANDLE

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook