BAHAMY. Podwodne królestwo tygrysów i olbrzymich młotów z Malediwów
NORWEGIA. Snorkeling z orkami
POLSKA. Jaskinia Miętusia
Wojciech ZGOŁA
Redaktor Naczelny
To była przyjemność – czytać i oglądać materiały do tego wydania.
W środku znajdziesz tematy, które budzą emocje i skłaniają do rozmowy. Pokazujemy różne aspekty nurkowania i różne podejścia do kontaktu z naturą. Nie po to, żeby dzielić, ale żeby poszerzać perspektywę i zostawić przestrzeń na świadomy wybór każdemu z nas. Perfect Diver ma swoją hierarchię wartości, ale na naszych łamach pokazujemy obie strony.
Mamy przecież nurków, dla których nie powinno się w żaden sposób ingerować w środowisko naturalne, i takich, którzy chętnie zanurkują w klatce z rekinami czy wezmą udział w nurkowaniach z nęceniem. Pierwszy tekst Sylwii o nurse sharkach z Malediwów. Przy okazji –gratulacje dla Adriana za okładkę! Drugi jest wspólną pracą Łukasza, Małgosi i Przemka.
Pragniemy wywołać dyskusję, która pomoże naturze. Czy warto wchodzić do delfinariów i wspierać ten biznes? Jak działa więzienie na delfiny i orki? O tym w materiale Jakuba i Edwina.
A na spotkanie z orkami, w ich naturalnym środowisku, na dalekiej północy, zabiera nas Magda w mocnym, szczerym materiale. Zanim zaczniesz czytać o snorkelingu z orkami, weź kubek gorącej czekolady. To opowieść bez upiększeń. O sile ducha i granicach wytrzymałości.
Dla równowagi zabieramy Cię też w cieplejsze rejony – do Anilao na Filipinach. Tam, okiem i piórem Adama, przyglądamy się najmniejszym i najbardziej niezwykłym stworom podwodnego świata. Z kolei Tomek pokazuje, że zanim polecimy na wymarzony spot, warto naprawdę dobrze go poznać. Jego materiał o Blue Hole w Belize daje do myślenia.
A Europa? Bogdan sprawdza, czy Santorini to tylko widokówka, czy także miejsce warte nurkowania.
To oczywiście nie koniec, bo przecież mamy jeszcze bardzo ciekawe materiały o słodkiej wodzie. Piotr napisał, co musiał zrobić, żeby zanurkować w tatrzańskiej Jaskini Miętusiej, Łukasz wreszcie poznał
Molnár, a Basia prawie przypadkiem trafiła do kamieniołomu w Anglii.
Wprowadziliśmy KALENDARIUM – wiele osób pisało do nas, żeby to zrobić. Proszę bardzo! Znajdziecie tu mini podsumowanie Festiwalu Głębiny i zapowiedzi najbliższych wydarzeń.
Z cyklu Foto Podwodna. „Nie istnieją jasne wytyczne, jak dobrze trzeba nurkować, by zacząć fotografować pod wodą.”
Tak zaczyna się artykuł Piotra. A efektem świetnych ujęć jest opowieść Marcina zasłyszana od Darka o pewnej „Wenus z Milo”.
Na koniec kolejna perełka – artykuł praktyczny w stylu Wojtka i jego autorstwa o wydechu. Czy lepiej, zmieniając maskę pod wodą, nabrać powietrza, czy może raczej nie? Praktyczne i bardzo pomocne info w tymże artykule znajdziesz jak zwykle na końcu wydania.
O tym co nowego na rynku dowiesz się z reklam i rozkładówek o sprzęcie.
Z każdym wydaniem odkrywam nurkowanie na nowo, a Ty?
Bo nie chodzi o to, że jesteśmy… Chodzi o to, że warto do nas zajrzeć! Powiedzcie o nas znajomym :)
Spodobało Ci się to wydanie? Postaw nam wirtualną kawę buycoffee.to/perfectdiver Odwiedź naszą stronę www.perfectdiver.pl, zajrzyj na Facebooka www.facebook.com/PerfectDiverMagazine i Instagrama www.instagram.com/perfectdiver/
podróże
10 Rekiny wąsate z MALEDIWÓW
14 Zimowe BAHAMY. Podwodne królestwo tygrysów i olbrzymich młotów
20 Wszystko zaczęło się w Anilao... FILIPINY
Ekstremalnie lodowaty snorkeling z orkami. Siła ducha i hipotermia... NORWEGIA
26 BELIZE. The Great Blue Hole
36
30 SANTORINI. Wulkaniczna perła Morza Egejskiego nad i pod wodą
38 Angel w PIEKLE
44 Capernwray Quarry. Podwodny plac zabaw nurków w ANGLII
planeta ziemia pod sufitem słodka woda 20
50 Nurkowanie jaskiniowe w POLSCE. Jaskinia Miętusia
34 Oceanic PHOTON. Dwa podejścia do kontroli pływalności
42 Rewolucyjne maski SEAC Pura i SEAC Clear z technologią Anti-Fog
62 Niczym Wenus z Milo
64 Nurek z aparatem foto podwodna
70 KALENDARIUM sprzęt wydarzenia
72 Wydech! porady i ciekawostki www.perfectdiver.pl
Waldemar RYDZAK Agnieszka GUMIELA-PAJĄKOWSKA, Arleta KAŹMIERCZAK, Piotr WITEK, Tomek KULCZYŃSKI
FOTOGRAFIA NA OKŁADCE Adrian JURIEWICZ
MIEJSCE
Malediwy
Podoba Ci się ten numer magazynu, wpłać dowolną kwotę! Wpłata jest dobrowolna. PayPal.Me/perfectdiver
NA ZDJĘCIU Rekiny wąsate
Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, nie odpowiada za treść ogłoszeń oraz zastrzega sobie prawo do skracania, redagowania, tytułowania nadesłanych tekstów oraz doboru materiałów ilustrujących. Przedruk artykułów lub ich części, kopiowanie tylko za zgodą Redakcji. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za formę i treść reklam.
Wojciech ZGOŁA
Człowiek, który podróżuje nurkując. Od dzieciństwa związany z wodą – od nauki pływania, przez żeglarstwo, po odkrywanie tajemnic podwodnych jezior, mórz i oceanów. Później przyszła pasja do fotografii i pisania, które pozwalają mu dzielić się pięknem podwodnego świata i ciekawostkami miejsca. Ma na koncie ponad 900 nurkowań w Polsce i w odległych, egzotycznych ciepłych i zimnych miejscach. Każde zanurzenie traktuje jak spotkanie z naturą i historią. Jest miłośnikiem Natury w jej najczystszej postaci i wierzy, że nurkowanie to nie tylko sport, ale sposób budowania świadomości – o środowisku, drugim człowieku i samym sobie.
Dominika ABRAHAMCZYK
Zarażona pasją do nurkowania przez Perfect Diver. Wciąż poszerza swoje nurkowe umiejętności. Choć jest zdecydowanie ciepłolubna, zakłada suchy skafander i eksploruje również zimniejsze zbiorniki. Ulubione nurkowania to te z dużą ilością zwierzaków! Ostatnio bierze pod wodę telefon w obudowie i próbuje swoich sił w amatorskim fotografowaniu. Zaciekawiona medycyną nurkową. Zawodowo mgr pielęgniarstwa – instrumentariuszka.
Dla Tomka nurkowanie zawsze było największą pasją. Zaczął swoją przygodę w wieku 14 lat, rozwijając się został instruktorem nurkowania rekreacyjnego, technicznego, Instruktorem pierwszej pomocy oraz technikiem branży nurkowej. Aktualnie prowadzi 5* Centrum Nurkowe Compass Divers Pobiedziska koło Poznania, gdzie przekazuje swoją wiedzę i umiejętności początkującym oraz zaawansowanym nurkom, co sprawia mu ogromną radość i satysfakcję z bycia częścią ich podwodnej przygody…
Waldemar RYDZAK
„Człowieku! Zanurz się pod wodę. Jeśli piękno, które ujrzysz nie wstrząśnie Tobą – to nic ciekawego Cię już w życiu nie czeka.” Pasjonatka nurkowania, od zawsze związana z wodą. Pierwszy kurs nurkowy zrobiła w wieku 14 lat, i od tamtej pory nie rozstaje się z nurkowaniem!:) Pracę magisterską napisała o turystyce nurkowej na studiach geograficznych UW. Od 2013 roku pisywała do magazynu nuras. info, brała udział w podwodnych sesjach fotograficznych. Od 2018 pisze artykuły do Magazynu nurkowego Perfect Diver (wcześniej jako Ania Sołoducha), a od kilku lat jest również częścią redakcji. Przelewa na papier swoją wiedzę i doświadczenie, propagując właśnie to, co kocha najbardziej – czyli nurkowanie. Przez 13 lat organizowała wyprawy nurkowe na całym świecie, bo praca z ludźmi i kreatywne projekty to właśnie to, w czym się spełnia. Uczestniczy w targach i eventach nurkowych oraz sprzątaniu jezior. Wielokrotnie miała przyjemność wystąpić jako prelegentka na targach i konferencjach nurkowych. Ma kilka nurkowych webinarów na koncie. Nurkowała już w wielu miejscach na Ziemi, ale lista marzeń cały czas rośnie! Od kilku miesięcy właścicielka swojej firmy organizującej wyprawy nurkowe oraz aktywne – Umiko Expeditions, z głową pełną pomysłów na kolejne wyjazdy! Optymistka, zawsze z uśmiechem na ustach i indywidualnym podejściem do każdego Klienta:) Jej najlepszy rodział życia – właśnie się rozpoczyna! www.umikoexpeditions.pl ; anna@umiko.pro; +48 516 621 211
Pochodzi z regionów górniczych, gdzie woda była raczej wyjątkiem niż codziennością. Pływania i nurkowania nauczył się, żeby przełamać strach przed wodą –i z czasem zamienić go w ciekawość świata pod powierzchnią. Z nurkowaniem jest związany od 2000 roku (Dive Master, CMAS). Nie goni za głębokością ani rekordami: woli spokojne odkrywanie, uważność i detale, które łatwo przeoczyć, gdy człowiek się spieszy. Na co dzień jest naukowcem i praktykiem komunikowania się (dr hab., prof. UEP), związanym z pracą badawczą i dydaktyczną w obszarach rynków kreatywnych oraz komunikowania się cyfrowego i kryzysowego. W redakcji Perfect Diver wspiera zespół tam, gdzie spotykają się treść i technologia – przy produkcjach wideo, analizie danych i budowaniu strategii marki.
Anna METRYCKA
Tomek KULCZYŃSKI
Wojciech A. FILIP
Nurkuje od 35 lat. Spędził pod wodą ponad 16 tysięcy godzin, z czego większość nurkując technicznie. Był instruktorem i instruktorem mentorem wielu organizacji m.in. CMAS, GUE, IANTD, PADI. Współtworzył programy szkoleniowe niektórych z tych organizacji. Jest profesjonalistą z ogromną wiedzą i doświadczeniem praktycznym. Uczestnik wielu projektów nurkowych, w których brał udział jako lider, eksplorator, pomysłodawca czy prelegent.
Jako pierwszy Polak nurkował na wraku HMHS Britannic (117 m). Jako pierwszy eksplorował głęboką część jaskini Glavas (118 m). Wykonał serię nurkowań dokumentujących wrak ORP GROM (110 m). Dokumentował głębokie (100–120 m) części zalanych kopalń. Jest pomysłodawcą i konstruktorem wielu rozwiązań sprzętowych podnoszących bezpieczeństwo w nurkowaniu.
Jest Dyrektorem Technicznym w firmie Tecline, gdzie m.in. kieruje placówką badawczo-szkoleniową Tecline Academy.
Jest autorem kilkuset artykułów o nurkowaniu oraz książek dotyczących diagnostyki i napraw sprzętu nurkowego. Nurkuje w rzekach, jeziorach, jaskiniach, morzach i oceanach na całym świecie.
Laura KAZIMIERSKA
Laura jest dziennikarką, trenerem instruktorów, nurkiem CCR i jaskiniowym. Przez ponad dekadę rozwijała swoją karierę nurkową, zdobywając wiedzę i doświadczenie z różnych dziedzin. Jej specjalnością są profesjonalne szkolenia nurkowe, ale pasja do środowiska podwodnego i jego ochrony skłania ją do odkrywania różnych miejsc na całym świecie, od głębin Cieśniny Lombok, jaskiń w Meksyku i wraków na Malcie po Malediwy, gdzie prowadzi centrum nurkowe nagrodzone przez ministerstwo turystyki tytułem najlepszego centrum nurkowego na Malediwach. Aktywnie przyczynia się do promowania ochrony środowiska morskiego, biorąc udział w projektach naukowych, kampaniach przeciw zaśmiecaniu oceanów i współpracując z organizacjami pozarządowymi. Znajdziesz ją na: @laura_kazi_diving www.divemastergilis.com
Jakub BANASIAK
Zoopsycholog, badacz i znawca behawioru delfinów, oddany idei ochrony delfinów i walce z trzymaniem ich w delfinariach. Pasjonat M. Czerwonego i podwodnych spotkań z dużymi pelagicznymi drapieżnikami. Członek Dolphinaria-Free Europe Coalition, wolontariusz Tethys Research Institute oraz Cetacean Research & Rescue Unit, współpracownik Marine Connection. Od ponad 15 lat uczestniczy w badaniach nad populacjami dzikich delfinów, audytuje delfinaria, monitoruje jakość rejsów whale watching. Jako szef projektu „Free & Safe” (wcześniej „NIE! dla delfinarium”) przeciwdziała trzymaniu delfinów w niewoli, promuje etyczny whale & dolphin watching, szkoli nurków z odpowiedzialnego pływania z dzikimi delfinami, popularyzuje wiedzę na temat delfinoterapii przemilczaną bądź ukrywaną przez ośrodki zarabiające na tej formie animaloterapii.
/ Luke Divewalker
Dawno dawno temu w odległej galaktyce był chaos…
…czyli natłok myśli i zachwytów po moim pierwszym zanurzeniu głowy pod wodę w 2005 roku, w postaci intro, na wakacjach w Egipcie. Już wtedy całkowicie się „zatopiłem” w podwodnym świecie i chciałem, żeby odbijał on coraz większe piętno na moim życiu. 2 lata później zrobiłem kurs OWD, który dostałem w ramach prezentu z okazji 18 urodzin, a z czasem pojawiały się kolejne kursy i doskonalenie umiejętności. „Fotografia” pojawiła się niewiele później, ale początkowo w formie jednorazowego podwodnego „kodaka” z którego zdjęcia wychodziły oszałamiająco niebieskie Nie jestem wielbicielem jednego typu nurkowania, choć największą słabość mam na ten moment – do dużych zwierząt pelagicznych. Wyspy Galapagos były do tej pory moją najlepszą okazją do sfotografowania tak wielu gatunków morskiej fauny. Pasję nurkowo-fotograficzną dzielę ze swoją buddy, która prywatnie jest moją żoną IG: luke.divewalker www.lukedivewalker.com
Przemysław ZYBER
Fotografuję – bo lubię, filmuję – bo to mnie kręci, piszę – bo lubię się dzielić, szkolę – bo wspieram rozwój, podróżuję – bo uwielbiam odkrywać nowe.
Absolwent UW. Fotograf i filmowiec podwodny nurkujący od 1995 roku. Współpracownik Zakładu Archeologii Podwodnej U.W. Publikuje w polskich i zagranicznych magazynach nurkowych. Właściciel firmy FotoPodwodna będącej Polskim przedstawicielstwem firm Ikelite, Nauticam, Inon, Keldan, ScubaLamp. www.fotopodwodna.pl m.trzcinski@fotopodwodna.pl
Sylwia KOSMALSKA-JURIEWICZ
Podróżniczka i fotograf dzikiej przyrody. Absolwentka dziennikarstwa i miłośniczka dobrej literatury. Żyje w zgodzie z naturą, propaguje zdrowy styl życia, jest joginką i wegetarianką. Angażuje się w ekologiczne projekty, szczególnie bliskie jej sercu są rekiny i ich ochrona, o których pisze w licznych artykułach oraz na blogu www.blog.dive-away.pl Swoją przygodę z nurkowaniem zaczęła piętnaście lat temu przez zupełny przypadek. Dzisiaj jest instruktorem nurkowania, odwiedziła ponad 60 państw i nurkowała na 5 kontynentach. Na wspólną podróż zaprasza z biurem podróży www.dive-away.pl, którego jest współzałożycielem.
Jestem podróżniczką i nurkiem technicznym, a świat odkrywam zarówno na lądzie, jak i pod wodą. Nurkowaniem zajmuję się od 16 lat. Z racji tego, że z zawodu jestem fotografką, od pierwszego zanurzenia towarzyszy mi aparat. Zaczynałam od nurkowań rekreacyjnych, ale z czasem zdobyłam uprawnienia full trimix i full cave, co pozwala mi eksplorować jaskinie, wraki i duże głębokości. Pod wodą odnajduję spokój, który trudno znaleźć na powierzchni. Każde nurkowanie to dla mnie nie tylko przygoda, ale też okazja, by zatrzymać na fotografii niezwykły podwodny świat. barbaraglenc.foto@gmail.com
Łukasz METRYCKI
Barbara GLENC
Marcin TRZCIŃSKI
Piotr STÓS
Fotograf, biolog, gawędziarz, SSI Instructor Trainer. Nauczanie nurkowania na każdym poziomie uważa za swój obowiązek. Od zarania dziejów związany z Nauticą nierozerwalną pępowiną współwłaścicielstwa. Gniazduje na chorwackiej wyspie Vis, na łodziach safari w Egipcie oraz tam, gdzie pod wodą pięknie, jak świat długi i szeroki. Pracuje w Nautica Safari. nautica.pl, piotr.stos@nautica.pl
Piotr KARPIŃSKI
Nurek jaskiniowy i grotołaz, nurkował w 30 krajach w tym 15 ,,overhead’’. Od 2012 roku zafascynowany nurkowaniem jaskiniowym, które doprowadziło go do zostania taternikiem jaskiniowym. Najbardziej ceni sobie dobrą przygodę i nietypowe miejsca nurkowego. Uczestniczył w wyprawach eksploracyjnych między innymi w Serbii, Kosowie, Meksyku i Hiszpanii. Ulubione akcje nurkowe to te w syfonach wewnątrz suchych jaskiń.
(1975) Aktywista, założyciel polskiego oddziału Captain Paul Watson Foundation. Zaangażowany w ochronę oceanów i zwierząt, działa zarówno w przestrzeni publicznej, jak i poprzez media. Weganin. Fotograf i twórca wizualny, autor osobistych reportaży dokumentujących miejsca, w których dochodzi do konfliktu człowieka z naturą — m.in. z Taiji w Japonii. Łączy dokument z emocjonalną narracją, konfrontując odbiorcę z rzeczywistością, którą wielu woli ignorować.
Małgorzata SOBOŃSKA-SZYLIŃSKA
Nurkuje od 1998 r. i ma wrażenie, że była już wszędzie. A jednak wciąż odnajduje nowe podwodne lokalizacje, które napełniają ją zachwytem. Z aparatem fotograficznym nie rozstaje się od wczesnej młodości. Pierwszy aparat zabrany przez nią pod wodę jeszcze w ubiegłym wieku był analogiem. Marzyła o byciu ichtiologiem albo Tonym Halikiem, lecz z miłości do Temidy została prawniczką. Jest absolwentką 2 letniego studium Akademii Fotografii w Warszawie oraz dyplomowaną filozofką. Fascynują ją duże zwierzęta, pełne życia ławice i każde miejsce, w którym może odkrywać tajemnice oceanu. Poprzez swoje teksty i zdjęcia w prasie nurkowej i lifestyle’owej stara się zarażać czytelników empatią do zwierząt i podziwem dla natury, której piękno zasługuje na troskę i ochronę. I, co dla niej oczywiste w tym kontekście, od co najmniej 3 dekad, z szacunku do świata przyrody, nie je zwierząt.
Artystyczna Dusza, mimo iż jest absolwentką Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu – Marketing i Zarządzanie oraz Manchester Metropolitan University na kierunku International Business Management. Od dziecka związana z muzyką. Występowała i tańczyła na scenie oraz w teledyskach. Była menadżerem znanych piosenkarzy i zespołów muzycznych oraz układała choreografie taneczne do występów i teledysków. Teraz zajmuje się marketingiem w branży muzycznej i prowadzi szkolenia na temat marketingu internetowego, sztucznej inteligencji i wirtualnej rzeczywistości.
"Lubię nurkować – szczególnie z rekinami, pływać na windsurfingu, malować obrazy (wystawiane są w Polsce i Hiszpanii), tworzyć artystyczne instalacje, fotografować, piec ciasta i ciasteczka, zwiedzać nowe miejsca, uczyć się, czytać książki naukowe, grać w gry komputerowe PC i VR, oglądać filmy SciFi i fantasy, dekorować wnętrza, tańczyć, śpiewać, obserwować i doświadczać świata i ludzi."
Podobno urodził się z aparatem w ręku… niektórzy mówią, że używa obiektywów zamiast okularów a zdjęcia wywołuje zanim jeszcze powstaną ! Dzięki swoim mocom łączy podróże, fotografie i nurkowanie w jedną pasję. Człowiek sprzeczność: lubi góry ale ciągnie go do morza, żyje przygodą a pracuje w nudnym IT, uwielbia ciepło a mieszka w kraju gdzie przez pół roku jest ciemno i zimno. Jego mentalnym zwierzęciem jest manat: poniżej 23 stopni marznie, choć wygląda grubo ma tylko cieniutką warstwę tłuszczu. Fanatyk technologii a zwłaszcza wszystkiego co służy do rejestracji obrazu. W wolnych chwilach przegląda i porównuje ofert lotów w ciekawe destynacje nurkowe przez co jego konto jest na wiecznym debecie.
Bogdan ZAJĄC
Mieszkam w Świnoujściu, nurkuję od 2009 roku. Obecny stopień nurkowy to advanced nitrox w IDF a AOWD w SSI. Kurs fotografii u Ireny Strangierskiej. Ilość nurkowań 450.
Nurek, instruktor nurkowania, fotograf podwodny. Nurkuję od 28 lat, a fotografią podwodną zajmuję się od 18. Mam na swoim koncie tysiące nurkowań w Polsce, Europie, Afryce i Azji. Nurkowanie, szkolenie nowych nurków oraz robienie zdjęć podwodnych to nie tylko mój zawód, ale przede wszystkim ogromna pasja. Najbardziej fascynuje mnie fotografia makro, dlatego pod wodą najchętniej robię zdjęcia małym, bardzo małym i wręcz mikroskopijnym stworzeniom. Zawsze z radością wracam na Filipiny, do Indonezji i Malezji, gdzie podwodne życie zachwyca swoim bogactwem. Moje zdjęcia ukazały się m.in. w National Geographic.
Adam SOKÓLSKI
Magdalena SOKOŁOWSKA
Edwin RADZIKOWSKI
Łukasz GINALSKI
REKINY WĄSATE
z Malediwów
Podróżowanie sprawia, że w naszych dniach jest więcej życia. Wyrywa nas z rutyny, budzi ciekawość i daje poczucie sensu. Nowe miejsca, doznania, smak porannej kawy, krajobrazy i zapachy zmuszają nas do uważności, adaptacji i działania.
Tekst SYLWIA KOSMALSKA-JURIEWICZ Zdjęcia ADRIAN JURIEWICZ
To wtedy powstają nowe połączenia neuronalne w naszym mózgu, więcej czujemy, więcej widzimy. Być może dlatego wspomnienia z naszych wypraw są tak bardzo żywe i na długo zapisują się w naszej pamięci.
Wspaniała niespodzianka czekała na nas tuż po wylądowaniu na lotnisku Velana w Male. Rok temu, po dziewięciu długich latach prac, oficjalnie otwarto nowy terminal pasażerski. Symbol nowej ery w obsłudze pasażerów na Malediwach. Zakończył on tym samym epokę długich kolejek, w których przez wiele lat podróżni tłoczyli się w upale przed wejściem na lotnisko.
„
sharks), w ich naturalnym środowisku. Pływają płytko, wokół rafy, która pomimo żyjących tu anemonów, muren i płaszczek pozostaje w cieniu tych pięknych, łagodnych drapieżników.
Opadamy powoli, kontrolując pływalność. Zatrzymujemy się na siedmiu metrach, tuż nad piaszczystym dnem i czekamy, aż przypłyną rekiny. Słońce powoli zbliża się ku horyzontowi, lecz wciąż jest na tyle wysoko, aby cień łodzi był widoczny na dnie. Rekiny pojawiają się znienacka. Wypływają spod łodzi i zaczynają krążyć nad nami w licznej grupie. Jest ich tak dużo, że trudno je zliczyć.
Natura się nie śpieszy, a jednak wszystko zostaje dokonane ”
Nowy terminal jest znakiem postępu, rozwoju i zmian, które są nieuniknione we współczesnym świecie. Wystarczy jednak opuścić port lotniczy, wsiąść na łódź i wypłynąć na otwarte wody, by ten nowoczesny świat ustąpił miejsca czemuś znacznie piękniejszemu i o wiele starszemu.
Kilkanaście minut później płynęliśmy już w stronę otwartego oceanu, który pod powierzchnią wody skrywa prawdziwe tajemnice i cuda natury.
Zanurzamy się nieśpiesznie w krystalicznie czystych wodach Oceanu Indyjskiego, w miejscu zwanym Dhiggiri Thila. Jest to jedna z kilku lokalizacji na Malediwach, gdzie możemy nurkować z rekinami rafowymi, głównie z rekinami wąsatymi (nurse
Lao Tzu
Dwa dorodne osobniki przyciągają mój wzrok. Płyną blisko siebie, ich ciała układają się w dwa przeciwstawne łuki, jak w starożytnym chińskim symbolu yin i yang. Wirują w osobliwym tańcu, opadając coraz niżej, aż dotykają dna. Przez krótką chwilę pozostają zwrócone ku sobie, nieruchome w bezkresie oceanu. Po chwili odpływają w tym samym kierunku, pozostawiając po sobie ciszę i zachwyt.
Choć rekiny wąsate mają niewielu naturalnych wrogów, takich jak rekiny tygrysie, to dla własnego bezpieczeństwa pływają i odpoczywają na piasku w licznych grupach. Jak pokazują badania, nie łączą ich więzi emocjonalne, a wspólne miejsce, w którym żerują i odpoczywają. Nie tworzą związków na całe życie. Samce zazwyczaj kopulują z wieloma samicami, a później wracają do swojego samotnego trybu życia.
Rekiny podpływają bardzo blisko. Choć należą do średniej wielkości drapieżników, dorosłe osobniki mogą mierzyć nawet trzy metry długości, a ich masa ciała sięga około 110 kg. Są bardzo masywne, a ich ciało tworzą głównie mięśnie oparte na chrzęstnym szkielecie. Pływają powoli, dzięki czemu oszczędzają energię. Nigdzie się nie śpieszą, nie wykonują gwałtownych ruchów.
Ich silne ciało pokrywa łuska plakoidalna, która w dotyku jest chropowata, swoją strukturą przypomina grubą tkaninę, która stawia opór pod palcami. Patrząc na rekiny wąsate, jedne z najbardziej nieoczywistych, a zarazem uroczych stworzeń oceanu, dostrzegam masywną, silną sylwetkę oraz niewielki otwór gębowy. W jego wnętrzu znajduje się około trzystu drobnych zębów, ułożonych w kilku rzędach. Nie służą one do rozszarpywania ofiar, jak dzieje się to w przypadku innych rekinów, lecz do chwytania i miażdżenia twardych skorupiaków, krabów i jeżowców, które stanowią podstawę ich pożywienia.
Po obu stronach otworu gębowego znajdują się dwie wypustki przypominające wąsy. Nie służą one do ozdoby, są bardzo ważnym elementem zmysłowym, pomagającym w odnajdywaniu pokarmu. Rekiny wąsate polują po zmroku, blisko dna, gdzie wzrok może zawieść. Wówczas z pomocą przychodzą inne zmysły –„wąsy”, które pozwalają im wyczuć potencjalne ofiary, małe ryby, mięczaki czy ośmiornice ukryte w rafie.
Przemieszczamy się bardzo powoli, obserwując napływające rekiny z każdej strony. Są tak blisko, że możemy zajrzeć w ich oczy, które są zadziwiająco małe w porównaniu do reszty ciała. Kilka osobników osiada na dnie, odpoczywają na piasku. Dzień wykorzystują na regenerację, polują po zachodzie słońca.
Ich ciała układają się w zadziwiający wzór, przypominający mandalę. Są zwrócone ku sobie głowami, a ich ogony rozchodzą się na zewnątrz jak strzeliste ramiona gwiazdy. Zatrzymujemy się tuż obok, aby podziwiać ten spokojny obraz zaufania i współistnienia. Rekiny w ludzkiej wyobraźni zazwyczaj wywołują niepokój i lęk, a tu możemy zobaczyć ich inne, łagodne, pełne spokoju oblicze. Mandala jest symbolem jedności, nieskończoności oraz równowagi pomiędzy światem wewnętrznym a zewnętrznym. W swojej okrągłej formie przedstawia obraz całości, drogę, podróż, cykl życia, balans i dążenie do harmonii. Bardzo często nie zdajemy sobie z tego sprawy, lecz mandala obecna jest w naszym codziennym życiu, sztuce, psychologii oraz w samej przyrodzie, która jest jej najdoskonalszą formą.
Dostrzegamy tę powtarzalność i różnorodność, patrząc na plaster miodu, kwiaty, koralowce czy wzory, którymi pokryte są orlenie i rekiny wielorybie. Te małe elementy przypominają nam o tym, że wszystko jest częścią większej całości, pełnej sensu i doskonale uporządkowanej. Te prawdy stają się bardziej zrozumiałe w momencie, kiedy zanurzamy się w oceanie.
Nasz czas pod powierzchnią wody powoli się kończy. Wynurzamy się nieśpiesznie, zostawiając rekiny w ich naturalnym świecie, który wypełnia cisza, spokój i harmonia.
ZIMOWE BAHAMY
Podwodne królestwo tygrysów i olbrzymich młotów
Tekst ŁUKASZ GINALSKI, MAŁGORZATA SOBOŃSKA-SZYLIŃSKA
Zaplanować i zrealizować safari nurkowe z prawdziwego zdarzenia na Bahamach nie jest łatwo. To nie jest wyjazd typu: „kliknij, zapłać, leć”.
Potwierdza to najprościej fakt, że dla części naszej ekipy była to druga próba.
Z a pierwszym razem coś się rozjechało: logistyka, warunki, terminy, dostępność łodzi. Na Bahamach wszystko działa trochę jak podwodny prąd: niby stabilnie, ale wystarczy drobna zmiana i nagle plan dryfuje w stronę chaosu.
Trudności przejawiają się w kilku odsłonach. Po pierwsze, operatorów, którzy naprawdę specjalizują się w rejsach nurkowych połączonych z obserwacją rekinów jest niewielu. Po drugie, sezon, w którym spotyka się i żarłacze tygrysie, i młoty olbrzymie, przypada na miesiące między grudniem a kwietniem – a wtedy pogoda potrafi w jednej chwili przełączyć się z „pocztówkowej” na „nie wypływamy”. I po trzecie wreszcie, jest to wyprawa kosztowna, gdyż niewielkie łodzie operujące w tym regionie nie pozwalają na zabranie większych grup i koszt rejsu rozkłada się na niewielką liczbę uczestników. W praktyce jeszcze na lądzie i z bardzo dużym wyprzedzeniem pozostaje
to, co dla wielu osób brzmi jak sport ekstremalny – samodzielna organizacja.
Dlatego nasza podróż zaczęła się… rok wcześniej. W styczniu 2025 r. zarezerwowaliśmy katamaran u jednego z nielicznych operatorów, którzy robią to dobrze i konsekwentnie. Bahamy? Jedzie się tam przede wszystkim po to, żeby spotkać rekiny – nie „gdzieś, kiedyś, może”, tylko naprawdę. I mieliśmy szczęście –trafiliśmy na ostatni dostępny termin na 2026 r. Grupę zebraliśmy błyskawicznie – kilka dni i wszystkie miejsca rozeszły się jak świeże bułeczki.
Na Bahamach rekiny objęte są najbardziej restrykcyjną ochroną na świecie. Sanktuarium, ustanowione specjalnie dla nich obejmuje, całość wód terytorialnych kraju. Rekiny na Bahamach są uważane za ich dobro narodowe, dlatego archipelag stał się dla nich bezpiecznym schronieniem. W tych
Zdjęcie Przemysław ZYBER
wodach występuje ponad 40 gatunków tych drapieżników. Nic dziwnego, że ściągają tu naukowcy, filmowcy i fotografowie z całego świata. To jedno z nielicznych miejsc, gdzie można – bez pośpiechu i z dużym prawdopodobieństwem sukcesu – spotkać rekiny w ich naturalnym środowisku.
Naszym celem były dwie ikony zimowych Bahamów: żarłacz tygrysi i młot olbrzymi. Najlepsze warunki do spotkań z tygrysami pojawiają się zimą, gdy po wschodniej stronie Grand Bahama zderzają się dwa prądy – karaibski i antylski i woda zaczyna żyć intensywniej. W prądzie jest więcej planktonu, pojawiają się więc duże ryby pelagiczne i płaszczki. A to już jest scena, na której mogą pojawić się one, czyli jeden z celów naszej podróży. I właśnie w tym kontekście powstała nazwa Tiger Beach. Nie ma tam żadnej „plaży” w pocztówkowym sensie – jest za to teatr geologii: z jednej strony atlantycki klif wyznaczający granicę archipelagu, z drugiej wypłycenie płyty bahamskiej. Miejsce, w którym widać, że ocean rządzi się sobie tylko znanymi prawami.
Przed pierwszym zejściem do wody mamy tak szczegółowy briefing, że mógłby być instrukcją lotu w kosmos. W tym czasie nasz divemaster przygotowuje skrzynię z przynętą, następnie wrzuca ją do wody na linie i rozpoczyna chumming – czyli tworzenie śladu zapachowego. W praktyce polega to na wielokrotnym przepłukiwaniu zawartości skrzyni wodą, tak, by oce -
Zdjęcie Łukasz GINALSKI
Zdjęcie Łukasz GINALSKI
Zdjęcie
Małgorzata SOBOŃSKA-SZYLIŃSKA
an niósł sygnał dalej. To jest moment, w którym wskakujemy do wody. Opadamy na dno i ustawiamy się w szyku za divemasterem, który klęka przy skrzyni.
Nurkowania odbywają się w płytszej części piaszczystej ławicy – zwykle na głębokości nie większej niż 10–12 metrów. Centralnym punktem jest skrzynia i nasz divemaster, który ma tylko jedno zadanie – utrzymać zainteresowanie rekinów na miejscu tak, aby wszystko było przewidywalne i bezpieczne. Drugi z divemasterów krąży w pobliżu jako dodatkowe zabezpieczenie.
My natomiast ustawiamy się w podkowę. Zastygamy w bezruchu w niewielkim prądzie, tak by zapach był niesiony w górę, a rekiny mogły wpływać, oceniać sytuację i odpływać bez przepychania się przez tłok zbyt ciasno ustawionych nurków. Mają swój wirtualny czerwony dywan, po którym mogą sunąć jak po wybiegu. To jest klucz do sukcesu. Kiedy rekin ma przestrzeń, zachowuje się naturalnie i płynnie. A wtedy my możemy oglądać go w pełnej krasie, bez nerwowości i obijania się o siebie nawzajem.
Wkrótce odkrywa się pierwsza odsłona spektaklu. Pojawiają się rekiny rafowe, cytrynowe, czasem wąsate… Krążą i sprawdzają, kto składa im dziś wizytę. A potem – kiedy ocean uzna, że już wystarczy rozgrzewki – na podwodnym „wybiegu” pojawia pierwsza samica żarłacza tygrysiego. I nagle masz wrażenie, że woda gęstnieje od obecności, bo po chwili przypływa kolejna i kolejna… Nie wiadomo, kiedy to się stało,
ale już otaczają nas cztery, nie, pięć, a może więcej potężnych, kilkumetrowych tygrysic.
Tygrysy, z natury ciekawskie, podpływają naprawdę blisko. Dosłownie na wyciągnięcie ręki. I tu, przydaje się lekcja z drobiazgowego briefingu – gdy tygrys na ciebie napiera, zamiast go odpychać, delikatnie dotknij jego olbrzymiego nosa – spokojnie, miękko, bez szarpnięcia, jakbyś dawał sygnał: widzę cię, wszystko jest OK, tędy nie. To działa zaskakująco skutecznie. Rekin lekko zmienia tor. A czasem dzieje się coś, co wygląda jak scena z filmu dla dzieci, choć tak naprawdę jest czystą biologią i zachowaniem dyktowanym bardziej przez instynkt niż emocje – żarłacz tygrysi potrafi unieść dolne powieki i zasłonić oczy, jakby na moment odpływał w stan błogości. Wygląda to niemal… intymnie. Jakby ogarniała go rozkosz. Dla człowieka to chwila absolutnie surrealistyczna: dotykasz nosa zwierzęcia, które waży setki kilogramów, ma potężne szczęki i kilka rzędów wielkich, ostrych zębów, a mimo to w tej sekundzie jest w nim coś z kota, który mruczy, bo ktoś właśnie trafił w jego idealny punkt za uchem…
Najważniejszy w tym wszystkim jest spokój. Wielkie rekiny doskonale czytają nasze wątłe, ludzkie ciało. Szybkie gesty, nerwowe ruchy płetw, chaotyczne machanie rękami – to wszystko robiłoby „hałas”. A hałas pod wodą jest językiem, który przeszkadza.
Spokój przychodzi po burzy, no i burza wraca po chwili spokoju…
Zdjęcie Przemysław ZYBER
Po trzech dniach świetnej pogody morze staje się naprawdę wzburzone. Tiger Beach przy silnym wietrze nie jest ani przyjemne, ani bezpieczne. Przenieśliśmy się więc na południową stronę Grand Bahama. Wyspa dała nam osłonę, a my dostaliśmy bonus w postaci nurkowań wrakowych – płytkie wody, dużo historii i inny rodzaj adrenaliny.
Kolejny etap to przepłynięcie na Bimini – miejsce, gdzie w czasie zimowych miesięcy lubią pojawiać się młoty olbrzymie. Spotkanie z nimi jest inne niż z tygrysami.
Tygrysy mają pewność siebie i ciekawość. Nadciągają licznie, szybko „sprawdzają scenę” i od razu odnajdują się w centrum wydarzeń. Młoty? Młoty zachowują się jak diwy. Każą czekać. Długo. Czasem dopiero wtedy, kiedy już nerwowo spoglądasz na manometr i widzisz, jak wskazówka zbliża się do granicy rozsądku. Frustracja rośnie. Nadzieja odpływa. I właśnie wtedy, jakby ktoś odpalił światła i zadął w fanfary, bo oto są wreszcie nasze diwy.
Miejsce nurkowe, gdzie przypływają młoty jest płytsze niż Tiger Beach, głębokość dna sięga około 7 metrów, więc strategia jest inna. Robi się dwa nurkowania pod rząd bez przerwy powierzchniowej. Wynurzamy się tylko na chwilę, wchodzimy na łódź, wymieniamy butle i schodzimy na dół. U naszego divemastera wygląda to zgoła inaczej. On się nie wynurza. On zalicza coś w rodzaju pit stopu w wyścigu formuły 1. Po 100 minutach w wodzie pojawia się drugi divemaster z nową butlą pełną świe -
żego powietrza, wymienia się nią z naszym strażnikiem skrzyni i wypływa na powierzchnię z pustą. The show must go on. Dwa takie nurkowania pod rząd potrafią trwać łącznie nawet 3,5 godziny. I choć brzmi to absurdalnie na takiej głębokości, potrafi pojawić się potrzeba krótkiego „deko”, choć w naszym przypadku była to pewnie raczej fiksacja komputera niż rzeczywista potrzeba organizmu.
Gdy w końcu pojawia się młot olbrzymi, woda znów zmienia się w scenę. Zaczyna się rekini balet, z tą różnicą, że balerina ma niemal pięć metrów długości i waży kilkaset kilogramów. Nie zmienia to faktu, że porusza się z elegancją, jakiej człowiek może jej jedynie zazdrościć. Patrzysz zahipnotyzowany i masz poczucie, że jesteś w samym środku snu, bo to co widzisz z pewnością nie jest realne.
A jednak jest… i ma sens w każdym detalu, nawet w tym najbardziej nieprawdopodobnym swoim elemencie, czyli głowie rekina w kształcie młota. Ta charakterystyczna głowa nie jest kaprysem natury ani ekstrawagancką ozdobą. Cephalofoil, jak nazywają ją fachowo biolodzy, jest jak wielofunkcyjna konsola, która mieści w sobie zmysły i narzędzia orientacji.
Rozstawione na krańcach „młota” oczy dają młotowi szerokie pole widzenia i świetną kontrolę przestrzeni. W środowisku, w którym nie ma horyzontu, a ocena odległości bywa myląca, taka „panorama” objęta polem widzenia oznacza przewagę –rekin widzi więcej, szybciej i spokojniej, bez nerwowego kręce -
nia głową. Ale prawdziwa magia dzieje się gdzie indziej, poza wzrokiem. Rekiny odbierają sygnały elektryczne – mikroimpulsy wytwarzane przez mięśnie i układ nerwowy potencjalnych ofiar. Młot, z poszerzoną powierzchnią głowy, jest jak szeroka antena, która zbiera szerszy zakres tych sygnałów. To dlatego młoty są tak skuteczne w polowaniu na płaszczki
ukryte w piasku na dnie. Nie potrzebują oczu, by je „wypatrzyć”.
Do tego dochodzi węch i prąd. Woda nie niesie zapachu jak powietrze – rozcina go na pasma, smugi i cienkie nici. Szeroka głowa i rozstaw nozdrzy pomagają odczytywać te ślady, jakby rekin miał wbudowany kompas chemiczny. A hydrodynamika? „Młot” może działać
jak płat stabilizujący. Nie tyle napędza, co porządkuje ruch, pomaga utrzymać linię i wykonać zwrot z gracją, która wygląda jak choreografia, a jest czystą fizyką.
I kiedy to wszystko zbierzesz w całość, nagle przestajesz się dziwić. Bo ten balet nie jest przypadkiem. To konsekwencja milionów lat prób, błędów i udoskonaleń – ewolucja dopracowała ten kształt nie po to, żeby nas zachwycał, albo zaskakiwał, tylko żeby działał. A że przy okazji działa tak pięknie? To już bonus dla tych, którzy mają szczęście patrzeć na to z pierwszego rzędu.
Na koniec wyprawy ocean znów uświadomił nam, kto tu naprawdę rozdaje karty. Wiatr wzmógł się tak bardzo, że odwołano nam prom do Miami – ten sam, który mieliśmy już dawno zarezerwowany i odhaczony w głowie jako „pewnik”. I znów, szybka narada, telefony i plan B sklejany na kolanie. Takie plany B są w gruncie rzeczy najlepsze, bo wtedy pojawiło się rozwiązanie jak z filmu: samolot startujący z wody. Wystartował lekko, pewnie, jakby ta trasa była czymś oczywistym – i bezpiecznie dowiózł nas na Florydę, skąd mogliśmy wrócić do domu.
Ale zanim to się stało, pożegnaliśmy się z podwodnymi Bahamami, nurkując na słynnym i kultowym już wraku statku zbudowanego z żelazobetonu – SS Sapona.
Wrak betonowca Sapona nie jest „zwykłym miejscem nurkowym” – to plan filmowy, w którym główne role grają słońce, woda i czas. To, co kiedyś było konstrukcją, dziś jest ażurową rzeźbą: promienie słońca wpadają przez wyszczerbione burty, tną wodę na jasne wstęgi i ożywiają każdy fragment kadru. Masz wrażenie, że wpływasz do podwodnej katedry, w której każdy moment wygląda inaczej, bo światło nigdy nie układa się tu tak samo dwa razy.
Kiedy wreszcie dotarliśmy na Florydę, czekał na nas kolejny obrazek z kategorii „tego nie wymyślisz”. Rekordowy chłód i… iguany spadające z drzew. Gdy temperatura obniżyła się do 4–5°C, florydzkie iguany dosłownie „ogłuszone zimnem”, wpadały w stan hibernacji, traciły przytomność i masowo ześlizgiwały się z drzew na chodniki, trawniki, czasami tuż
Zdjęcie Łukasz GINALSKI
Zdjęcie Małgorzata SOBOŃSKA-SZYLIŃSKA
pod nogi przechodniów. To był dla nich na szczęście przejściowy stan. Po ociepleniu, zwykle budzą się świeże i wypoczęte. Ale to temat na osobną opowieść… Prawda jest taka, że tego wszystkiego nie da się zobaczyć w drodze z domu do pracy – i chyba po to właśnie są podróże, żeby wyrywać nas z rutyny i uświadamiać, jak wielki, dziki i piękny jest świat. Jak głosi stare powiedzenie, życie jest krótkie, każda wyprawa kiedyś się kończy, ale ten, kto podróżuje, żyje dwa razy. Dwa razy dłużej…
Zdjęcie Małgorzata SOBOŃSKA-SZYLIŃSKA, SS Sapona
Zdjęcie Przemysław ZYBER
Ekstremalnie lodowaty SNORKELING z ORKAMI
Siła ducha i hipotermia…
Tekst i zdjęcia MAGDALENA SOKOŁOWSKA
OD REDAKCJI: Załóż ciepły sweter, a w dłonie weź kubek gorącej czekolady, nim zaczniesz czytać ten artykuł!
Ludzie często unikają sytuacji niekomfortowych, nawet jeśli mogą przynieść satysfakcję i nowe doświadczenia. Ja źle toleruję zimno, dlatego rzadko nurkuję w polskich jeziorach, nawet latem, bo poniżej termokliny czuję dyskomfort i po chwili zaczynam mieć drgawki.
Znajomi nurkowie od dawna namawiali mnie na nurkowanie podlodowe, ale ja wiem, że mój organizm tego fizycznie nie zniesie. Moim głównym zainteresowaniem są rekiny, więc zawsze wyjeżdżałam do ciepłych miejsc. W 2025 roku nie udało mi się zapisać na odpowiedni wyjazd, aż pod koniec roku na facebooku wyskoczył mi wyjazd na snorkeling z Orkami w Norwegii – na początku stycznia 2026. Temperatury są tam w tym czasie minusowe a woda ma między 2-5°C. Pomyślałam,
że mimo wszystko warto jest spróbować czegoś nowego, nawet jeśli jest to poza moją strefą komfortu.
Coś w środku podpowiadało mi, że to będzie niesamowite przeżycie, tym bardziej, że filmiki w Internecie prezentują taki snorkeling z orkami jako coś łatwego i przyjemnego – płaska tafla wody, nie pada, niebo jest jasne. Orki przypływają do Norwegii zimą przyciągane przez ławice śledzi. Jest tam największa na świecie populacja orek – około 2000 osobników. Są również wieloryby np. humbak czy finwal.
Po zapisaniu się na wyjazd otrzymałam informację co mam ze sobą zabrać – specjalne ciepłe rękawiczki, ochraniacze na buty – stuptuty, czapkę uszatkę, bieliznę termiczną z wełny merynosa, polar itd. To wszystko zapowiadało duże zimno. Na miejscu miały być zapewnione suche skafandry, maski, rurki, kaptury, rękawiczki i ocieplacze. 3 stycznia 2026 przyleciałam z grupą ponad 20 osób do miejscowości Tromsø w Norwegii. O 11:00 było jeszcze jasno choć pochmurno, a o 13:00 „skończył się dzień” i zrobiło się już ciemno. Trzem osobom zgubiono bagaże (podczas przesiadki w Kopenhadze i Oslo) i możliwość ich dostarczenia była dopiero następnego dnia lub za 2 dni. Zostali bez ciepłych ubrań, ale nasza
grupa była tak niesamowita, że zebraliśmy dla nich trochę zestawów od nas.
Z Tromsø mieliśmy jechać ok. 4 godzin autokarem do Skjervøy ale nasz kierowca stwierdził, że pojedziemy dłuższą drogą korzystając z promów, gdyż są lepsze widoki. Miał rację. Mimo iż jechaliśmy 1h dłużej to mieliśmy piękny biały krajobraz, góry, wodę, pełnię księżyca i zorzę polarną – na promach wychodziliśmy z autokaru, aby porobić zdjęcia. Drogi nie były odśnieżone, jechaliśmy po ubitym śniegu, ale autokar w ogóle się nie ślizgał – kierowca był bardzo profesjonalny. Gdy dojechaliśmy do Skjervøy ok. godziny 20:00 to jeszcze poszliśmy na krótki spacer – cała miejscowość była zasypana śniegiem.
Rano, następnego dnia, szybkim spacerem dotarliśmy do bazy Lofoten Opplevelser, która zajmuje się wyprawami na orki. Idąc o 9:00 rano nadal było ciemno i padał śnieg. W bazie wysłuchaliśmy briefingu o orkach i o tym jak będzie wyglądać taki snorkeling. Załoga pomogła nam się odpowiednio ubrać w skafandry. Wyprawa miała trwać trochę ponad 3 godziny więc trzeba było przestać pić wodę, aby nie zachciało się iść do toalety, gdyż później nie będzie takiej możliwości. Wyszliśmy na zewnątrz i było nam nawet przyjemnie, mimo że termometry pokazywały -6°C i padał śnieg. W naszej ekipie były osoby, które w ogóle nie nurkowały, a nawet takie, które nigdy nie miały na sobie maski i rur-
ki. Najmłodsza osoba miała 20 kilka lat, a najstarsza około 70 lat.
Weszliśmy na ośnieżony ponton, a tam na środku czekały na nas siedzenia przypominające małe siodła dla koni z metalowymi rurami do trzymania się. Myślałam, że będziemy siedzieć na brzegach pontonu, trzymając się za linkę – potem zrozumiałam, dlaczego akurat takie siedziska są przygotowane. Mieliśmy też od razu założyć maski i cały czas się poruszać, żeby nie było nam zimno. Płynęliśmy wolno i byłam zadowolona, że daję sobie radę w tym zimnie.
Gdy wypłynęliśmy z zatoki wszystko się zmieniło. Ponton znacząco przyspieszył. Pojawiły się duże fale, bardzo wiało, padał śnieg, który zamarzał, robił
się twardy i przy tej prędkości ranił nas w twarze, a czasami większe kawałki uderzały w skafander. Zaczęliśmy skakać pontonem po falach i wtedy przydały się nasze siedziska – siedzieliśmy, trzymając się metalowych rur, cali ośnieżeni. Czasami aż lataliśmy nad falami, twardo potem lądując. Ktoś głośno krzyknął, że od tego uderzania wrócimy do Polski ze skurczonymi o kilka centymetrów kręgosłupami. Pryskająca woda nas zalewała. Zaczęłam mieć mdłości i czułam, jak śniadanie przemieszcza się mi w kierunku gardła. Kolega za mną zaczął głośno i głęboko oddychać – walczył z chorobą morską. Z nosa intensywnie wypływały mi wydzieliny i zbierały się na dole maski. Kobieta z bazy często do nas krzyczała:
„Remember to move”! Mimo suchego skafandra i ocieplacza zaczęło być mi bardzo zimno, a przecież cały czas się ruszałam – podnosiłam nogi, kiwałam się na prawo i lewo. Koleżanka obok nawet zaczęła tańczyć.
Płynęliśmy w tych trudnych warunkach dosyć długo, może ok 30 minut, po drodze mijając biorącego oddech humbaka. Mieliśmy wypatrywać wystających płetw, stada ptaków lub wydmuchów powietrza, gdy orki wynurzają się by zaczerpnąć powietrza. Skipper wypatrzył płetwę, podpłynęliśmy i krzyknął: „Ready left side” – czyli będziemy wchodzić do wody z lewej strony. Wstaliśmy z siedzisk, włożyliśmy rurki do ust i czekaliśmy na sygnał by zsunąć się z pontonu do wody (bez pluskania, żeby nie spłoszyć orek), jednak orka szybko zanurzyła się w głębiny. Płynęliśmy dalej. Znowu widoczna była płetwa, a nawet kilka płetw. „Ready right side” – lecz również, gdy podpłynęliśmy to orki szybko się zanurzyły. Musieliśmy szukać dalej. Wyglądało to tak, jakbyśmy my polowali na orki. Było mi już naprawdę niekomfortowo i palce u dłoni zaczęły mnie boleśnie kłuć. Pomyślałam: przecież miało być łatwo – oczywiście zimno, ale nie tak ekstremalnie zimo! Cały czas ruszałam się na prawo i lewo,
podnosiłam nogi i zmuszałam do pozytywnego myślenia.
W końcu trafiliśmy na orkową rodzinkę, która płynęła powoli i trzymała się powierzchni. Wszyscy wpatrzeni byli w płynące giganty i ich długie płetwy grzbietowe. Najpierw skipper podpłynął i czekał obserwując orki, przyzwyczajał je do obecności pontonu, potem krzyknął: „Ready left side”… „Go go go!” W końcu wsunęliśmy się do wody. Serce momentalnie zaczęło mi mocniej bić, gdyż wystająca obok mnie płetwa była ogromna. Orka minęła mnie bardzo szybko, kolejne widziałam ok 20 metrów pode mną. Trwało to może 2 minuty i musieliśmy już wracać na ponton, bo orki bardzo szybko zniknęły w głębinach. Wchodziliśmy od tyłu łódki – był tam mały drewniany pomost na poziomie wody. Na pokładzie zrozumiałam, dlaczego z orkami się snorkeluje, a nie nurkuje w sprzęcie – jest zbyt mało czasu na wejście do wody, lepiej nie pluskać wodą, gdyż orki się spłoszą oraz mogą być poważne wypadki na szybko płynącym „skaczącym” pontonie. Podczas snorkelowania nie można mieć nawet płetw, gdyż to pluskanie również spłoszy orki. Przez te 2 minuty, które byłam w wodzie, zupełnie zapomniałam o tym, jak fatalnie się czułam i że jest mi bar-
Trasa łódki
dzo zimno. W wodzie było tak przyjemnie, że mogłabym tam wskakiwać co chwilę.
Kolejne orki zobaczyliśmy po kilku minutach i również wsunęliśmy się do wody. Potem już obserwowaliśmy stada orek tylko z łodzi, po podpłynięciu pontonem, zanurzały się i znikały. Po 3 godzinach wracaliśmy do portu, a ja wróciłam do mojego fatalnego stanu – miałam już drgawki z zimna, bolesne, kłujące i już nie poruszające się palce u dłoni, szczękające zęby, nudności i śniadanie w połowie przełyku, ból głowy, dodatkowo fale były jeszcze większe – skakanie po nich mnie przestraszyło i miałam wrażenie, że wypadniemy z naszych siodeł. Woda cały czas nas zalewała. To nie było tak przyjemne doświadczenie jak na filmach w Internecie.
Po dotarciu do bazy i rozebraniu się ze skafandra moje ciało nadal drgało i postanowiłam, że nie jadę następnego dnia, bo mają być takie same warunki pogodowe. Przewodniczka powiedziała, że to był jeden z najgorszych dni tego sezonu!!! W pokoju hotelowym ogrzałam się pod prysznicem, a chwilę później złapały mnie bolesne skurcze ud i łydek – pewnie od wchodzenia, a właściwie wsuwania się na łódkę. Przed snem zaczęłam się zastanawiać: wszyscy jutro jadą, tylko nie ja. Każdemu było zimno, każdy czuł jakiś dyskomfort. Może akurat jutro więcej razy wskoczymy do wody, może będzie więcej orek, ale czy warto świadomie fundować sobie ten okropny stan? A może będzie jeszcze gorzej? Postanowiłam, że jutro nie idę.
Kolejnego dnia zmieniłam swoje nastawienie na optymistyczne, bo niebo nie było zachmurzone i nie padał śnieg. W lustrze zobaczyłam, że wczorajszy zamarznięty śnieg poranił mi twarz tak, że przy ustach miałam malutkie strupki. Zjadłam mniejsze śniadanie, odpowiednio rozplanowałam picie kawy i wody, żeby przez kolejne godziny nie chciało mi się iść do toalety. Na śniadaniu okazało się, że kilka osób również miało lekko poranio -
ne twarze oraz odmrożenia. Po drodze do bazy zobaczyłam, że termometr pokazuje -10°C, co oznaczało, że na wodzie będzie ok. -15°C – znacznie zimniej niż wczoraj, ale pomyślałam, że to dobry moment, aby wzmocnić hart ducha i mimo wszystko pooglądać orki w wodzie. W końcu jest to unikatowe doświadczenie. Razem z nami płynęły też łódki, z których można obserwować orki bez wskakiwania do wody.
Niestety było jeszcze gorzej niż poprzedniego dnia. Co z tego, że nie było zachmurzenia i nie padał śnieg, skoro płynąc pontonem przy temperaturze -15°C zamarzły nam maski i widok był niewyraźny? Nie mogliśmy ich przepłukać, dopóki ponton się nie zatrzymał, ale po przepłukaniu maska służyła na około 3 minuty po czym znowu zamarzała. Zamarzły nam też twarze, bo pluskała na nas woda. „Keep moving guys”! Ruszałam się cały czas, bo nasza przewodniczka powiedziała, że jak przestaniemy się ruszać to możemy osiągnąć stan, że nie da się ponownie rozgrzać – a moja głowa zrozumiała „ruszaj się inaczej umrzesz”. Jednak trudno się poruszać, gdy łódka skacze po falach. Już po 10 minutach znowu pojawił się u mnie kłujący ból palców, mimo iż cały czas nimi poruszałam w rękawiczce. Ponownie miałam nudności. Dzielnie to znosiłam. Byłam z siebie zadowolona, gdyż nie każdy człowiek mimo bólu i zimna decyduje się powtórzyć takie doświadczenie.
Zatrzymaliśmy się przy stadzie kilkunastu orek. Musiałam zdjąć maskę by ją przepłukać w wodzie i czułam jak cała twarz mi zamarza. Nie mogłam jednak prawidłowo założyć maski z powrotem, bo straciłam czucie w palcach, dodatkowo każdy najdrobniejszy ruch zaczął mnie bardzo męczyć. Dwie orki w pionie wynurzyły się z wody, żeby nas zobaczyć, zrobiły takie małe „akuku” i odpłynęły. Polowaliśmy dalej i po krótkim czasie już wsuwaliśmy się do wody, by patrzeć, jak orki płyną w dół – czy one się nas obawiają? Myślałam, że będą bardziej zainteresowane
unoszącymi się na wodzie ludźmi. Przez to, że nie mogłam prawidłowo założyć maski, naleciała mi do niej woda i trochę wciągnęłam ją nosem. W mojej 11-letniej obudowie do GoPro zamarzły przyciski i nie dało się włączyć kamery, nic nie nagrałam. Oglądanie trwało może 1 minutę. Ciężko było mi podpłynąć do łódki i miałam problem by wyjść z wody – jakby przestały mi działać mięśnie i nie mogłam się podciągnąć. Kolega chwycił mnie i wyciągnął z wody na łódkę. Po kolejnych kilku minutach poczułam, jak zamarzały mi usta. Bolały mnie dziąsła i zęby. Znowu nic nie widziałam przez maskę, która przymarzła mi do czoła. Wszystkim zaczęły zamarzać suche skafandry, co ograniczyło nasze ruchy. Pomyślałam – czy my się właśnie zamieniamy w sople lodu? Ja mam zawsze zimne palce u dłoni i stóp, dlatego to zimno na łódce było dla mnie dwa razy większe niż u pozostałych osób. -16°C na wodzie, czyli odczuwalne -27°C plus pęd łódki = odczuwalne -40°C – to była moja matematyka. Dalej czułam się coraz gorzej. Nigdy nie walczyłam z tak ogromnym bólem. Trudno było mi się poruszać aż w końcu trudno było mi oddychać. Z bólu zaczęły mi płynąć łzy. Pomyślałam, że zaraz stracę palce u dłoni i stóp. Miałam mały atak paniki i myślałam, że dzisiaj umrę. „Keep moving guys!” i skipper włączył muzykę żebyśmy się więcej poruszali –potańczyli. Niedługo pojawiły się kolejne
orki. „Ready right side”. Wskoczyły tylko 4 osoby, reszta została na łodzi, bo im też było bardzo zimno. Nasza przewodniczka zauważyła mój stan i płynące łzy. Zapytała czy wszystko w porządku, a ja nie miałam siły by jej odpowiedzieć, więc potrząsałam głową, że NIE. Już miałam drgawki i szczękanie zębów. Wiedziałam, że nie dam rady już snorkelować, bo jestem w bardzo złym stanie. Załoga się mną zajęła: przewodniczka nałożyła mi wełnianą kominiarkę na kaptur – sama nie dałam rady jej założyć, ze względu na to, że palce przestały mi się ruszać. Przez zdrętwiałe usta udało mi się jej powiedzieć, że jest mi ekstremalnie zim-
no i że czuję ogromny ból w palcach. Wzięła termos, poprosiła abym odchyliła rękawiczki, żeby nalać mi do środka ciepłej wody. Próbowałam je odchylić, ale nie ruszały mi się palce i nie dałam rady. Okazało się, że rękawiczki bardzo ciasno przylegały do skafandra. Zdjęli mi te rękawiczki, wytarli dłonie ręcznikiem i nałożyli grube, ciepłe polarowe rękawiczki. Dodatkowo dostałam od kolegi dodatkową czapkę – uszatkę i owinęłam twarz szalikiem. Pochwalono mnie, że dobrze, iż ciągle się ruszam –a ja miałam wrażenie, że to są odruchowe skurcze mięśni, ponieważ mój organizm próbuje utrzymać mnie przy życiu. Takie drgawki to mechanizm obronny organizmu, który próbuje wytworzyć ciepło, gdyż wie, że jest poważnie przeciążony zimnem. Nie mogłam podnieść nogi by usiąść na siedzisku, więc przemieszczono mnie na tył łódki – tam przynajmniej mniej wiało. Trochę próbowałam zmusić się do ruszania, ale szybko mnie to męczyło i musiałam robić sobie przerwy by pooddychać – jeszcze nigdy nie byłam taka słaba, zmęczona, zrezygnowana i bezsilna. W myślach powtarzałam sobie: „Dasz rade, dasz radę” i głęboko oddychałam przez szalik, aby się uspokoić. Wszystkie moje objawy były typowe dla wczesnej hipotermii: uczucie silnego zimna, osłabienie, spowolnione ruchy, sztywność mięśni, palców dłoni i stóp, drętwienie, zaburzenia mowy, niekontrolowane dreszcze.
Gdy wróciliśmy do bazy, przewodniczka pomogła mi się rozebrać. Dłonie włożyłam pod letnią wodą, nie gorącą –takie otrzymałam instrukcje. Przebrałam się w ciepłe ubranie, nałożyłam 2 czapki, szalik, wypiłam gorącą herbatę. Należą się brawa dla obsługi pracującej w bazie – oni są prawdziwymi hardcorami pracując w takich zimnych warunkach przez 3 miesiące sezonu. W hotelu od razu wsunęłam się pod kołdrę i resztę dnia odpoczywałam. Nie miałam siły na nic innego. Niektóre osoby z naszej grupy, mające doświadczenie nurkowania na Antarktydzie, mówiły, że tam warunki były łatwiejsze.
Trzeci dzień – ostatni. Na śniadaniu siedziałam jakby zawieszona, trudno było mi utrzymać kubek z kawą, trudno
chwycić widelec. Po dwudziestu schodkach weszłam bardzo powoli i musiałam odpocząć na górze. Właściwie każdy ruch mnie męczył – to była reakcja mojego organizmu na wczorajsze wyziębienie. Niestety podjęłam decyzję, że dziś nie pójdę na łódkę, tym razem już ostatecznie. Pokonywanie swoich barier jest świetnym pomysłem, ale nie można ignorować sygnałów płynących z ciała. Okazało się potem, że nie byłam jedyną osobą, która zrezygnowała z dzisiejszej przygody. Czy żałuję, że wybrałam się na taką wyprawę? Absolutnie nie! Polecam ją wszystkim, ale pamiętajmy, że nie możemy wszystkiego kontrolować i nie zawsze wyjazdy nurkowe idą po naszej myśli. Można trafić na najgorszą pogodę. Nie można również za dużo wymagać od dzikich zwierząt – w Internecie niektórzy ludzie napisali, że w czasie, gdy oni byli w Norwegii w sezonie, nie widzieli ani jednej orki. To była przygoda, którą zapamiętam do końca życia. Czuję, że wzrosła moja wewnętrzna siła i już myślę o kolejnym ciekawym wyjeździe. Snorkeling z orkami był dla mnie bardziej ekstremalny niż moje nurkowanie z tiger sharkiem czy bull sharkiem. Dlaczego warto przełamywać własne bariery i rzucać sobie wyzwania? – bo zapewnia to nowe doświadczenia, odkrywamy swoje możliwości, podnosimy pewność siebie. Im częściej próbujemy nowych doświadczeń tym mamy więcej odwagi na kolejne wyzwania i nasze życie staje się bogatsze.
•Kursy nurkowania rekreacyjnego i technicznego
•Autoryzowany serwis sprzętu nurkowego
• Powietrze / Nitrox / Tlen / Hel do 300 Bar
•Sklep stacjonarny
•Wyprawy nurkowe
ul. Kolejowa 2, 62-010 Pobiedziska, k/Poznania
Wszystko zaczęło się
w ANILAO...
Tekst i zdjęcia ADAM SOKÓLSKI
Anilao, małe miasteczko na wyspie Luzon na Filipinach, TO MEKKA FOTOGRAFÓW PODWODNYCH MAKRO.
Po raz pierwszy poleciałem tam 11 lat temu. Już od jakiegoś czasu pływałem z aparatem pod wodą – miałem całkiem porządny sprzęt w obudowie, dwa flesze i dużo entuzjazmu. Sprawiało mi to radość, ale wciąż bardziej „robiłem zdjęcia”, niż świadomie fotografowałem. Kiedy trafiłem w Internecie na ogłoszenie o warsztatach makro, pomyślałem: czemu nie? Spakowałem sprzęt i razem z moim przyjacielem Wojtkiem Męczyńskim ruszyliśmy na Filipiny.
To było moje pierwsze zetknięcie z profesjonalnymi warsztatami, doświadczonymi fotografami i – co dziś wiem, że jest absolutnie kluczowe – genialnymi przewodnikami podwodnymi. Już pierwszego dnia poczułem, że wchodzę w zupełnie inny świat. Nagle okazało się, że to, co uważałem za „dobre zdjęcie makro”, było zaledwie wstępem do prawdziwej zabawy światłem, tłem i kompozycją.
Pamiętam drogę samochodem z Manilii do Anilao. Jechałem z Amerykanką, jedną z uczestniczek warsztatów – doświadczoną fotografką podwodną. W pewnym momencie zapytała: – Masz listę stworzeń, które chcesz zobaczyć?
Spojrzałem na nią lekko zaskoczony. Listę? Ja? W głowie miałem raczej wizję „czegoś fajnego”. Ona miała kilka kartek zapisanych drobnym pismem – nazwy łacińskie, odmiany kolorystyczne, konkretne gatunki. Ja, po chwili niezręcznej ciszy, wypowiedziałem jedyną nazwę, jaka przyszła mi do głowy – do dziś nie wiem skąd: Hairy Frogfish.
Przytaknęła z uprzejmym uśmiechem: – Hmmm. OK. Fajnie. Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy na pierwszym nurkowaniu, dosłownie chwilę po skoku do wody, na głębokości może czterech metrów siedział sobie on. W całej swojej kudłatej okazałości. Idealnie pozujący. Jakby czekał.
Później okazało się, że jest też wersja włochata czarna, włochata biała, włochata pomarańczowa, niewłochata żółta i taka, która wygląda jak kolorowy fragment gąbki i jeszcze wiele innych. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że w Anilao „rzadkie” nie zawsze znaczy „trudne do znalezienia”. Tam po prostu wszystko jest możliwe.
Od tamtej pory byłem w Anilao już sześć razy. I wiem jedno –będę tam wracał. W moich fotograficznych podróżach zawsze staram się nurkować z profesjonalnymi bazami nastawionymi na fotografię podwodną, szczególnie makro, a w Anilao właśnie takie bazy można znaleźć. To pozwala maksymalnie wykorzystać czas pod wodą. Nie tracisz energii na logistykę, nie martwisz się o sprzęt, nie zastanawiasz się, czy przewodnik zrozumie, że możesz spędzić 20 minut przy jednym oku krewetki. Skupiasz się wyłącznie na kadrach.
Ostatnie cztery razy zatrzymywałem się w Anilao Photo Academy. Oprócz superprofesjonalnej obsługi trafiłem tam na niezwykle życzliwą ekipę i właścicieli z prawdziwą pasją. To jedno z tych miejsc, gdzie wieczorne rozmowy o świetle, snootach i nowych portach makro są tak samo ważne jak same nurkowania. I gdzie naprawdę można się rozwijać. Ja na pewno bardzo dużo się tam nauczyłem.
Zrobiłem tam przez te wszystkie lata tysiące zdjęć. Mam dyski pełne przedziwnych anilaońskich stworów. Ale Pan Redaktor
Naczelny poprosił mnie, żebym wybrał kilka stworzeń szczególnie charakterystycznych dla Anilao.
To wcale nie jest proste zadanie.
Bo w Anilao lista ikon makro jest długa. Bardzo długa.
A do tego dynamiczna – jednego sezonu coś jest, następnego znika. Pojawia się Rhinopia, wszyscy o niej mówią, fotografowie przylatują specjalnie dla niej… a miesiąc później ślad po niej ginie. Taki jest urok muck divingu – nic nie jest dane na zawsze.
Dlatego postanowiłem napisać nie o „najrzadszych” czy „najmodniejszych” stworach, ale o tych, które najbardziej utkwiły mi w pamięci.
Pygmy Seahorse – cierpliwość
Zacznę od maleństwa, które nauczyło mnie pokory.
Pygmy seahorse na Kirby’s Rock. Skała znana każdemu lokalnemu przewodnikowi. Maleńki konik morski wczepiony w gorgonię tak perfekcyjnie, że nawet wiedząc, gdzie patrzeć, potrzebowałem chwili, żeby go zobaczyć. A kiedy już go zobaczyłem – nie mogłem „odzobaczyć”.
Minęło 11 lat od mojego pierwszego spotkania i on wciąż tam jest. Lubię sobie wyobrażać, że to już kolejne pokolenie. Ta sama skała, ta sama gorgonia, tylko zmieniają się mali lokatorzy.
Fotografowanie pygmy to lekcja cierpliwości. Minimalny ruch. Kontrola oddechu. Precyzja ustawienia ostrości. Jeden milimetr
w przód – i już nie ma oka. Właśnie przy nim zrozumiałem, że makro to nie pośpiech.
Rhinopia – gwiazda sezonu
Potem była ona. Rhinopia
Kiedy przewodnik pokazał nam pierwszą, atmosfera pod wodą zrobiła się niemal świąteczna. Wszyscy byli podekscytowani. Delikatne machanie rękami, szeroko otwarte oczy za maskami. Jakby ktoś właśnie odnalazł jednorożca.
A ja trochę się temu dziwiłem i w głębi duszy delikatnie uśmiechałem, bo przez kilka lat, kiedy pracowałem na Zanzibarze dwa takie stwory siedziały na rafie pięć minut od bazy. Co pokazuje, że „rzadkość” jest pojęciem względnym.
Ale kiedy uklękniesz na piasku i spojrzysz jej w oczy – rozumiesz tę ekscytację. Tekstury, wyrostki skórne, sposób „chodzenia” po dnie. Rhinopia wygląda jak projekt artysty, który dostał za dużo wolności twórczej. W Anilao jest gwiazdą sezonu. Czasem pojawia się na kilka tygodni, czasem na kilka dni. I wtedy całe środowisko fotograficzne żyje jednym tematem.
Flamboyant Cuttlefish – mały kosmita
Są takie momenty, kiedy pod wodą widzisz coś i masz wrażenie, że to nie powinno istnieć. Flamboyant Cuttlefish właśnie taka jest. Mała, kolorowa, pulsująca jak neonowy znak w nocnym barze. Nie pływa – ona „chodzi” po dnie, powoli, niemal teatralnie, jakby była świadoma, że wszyscy patrzą.
Jej kolory zmieniają się w ułamku sekundy. Czerwienie, żółcie, biele. Ostrzegawcze, kontrastowe, niemal agresywne. A jednocześnie hipnotyzujące. Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem w Anilao, kompletnie zapomniałem o ustawieniach aparatu. Przez chwilę po prostu patrzyłem.
To jedno z tych stworzeń, które sprawia, że nagle kawałek piasku pod tobą staje się sceną, a ty masz wrażenie, że uczestniczysz w czymś wyjątkowym.
Ośmiornica Wonderpus – marzenie podwodne Podczas nurkowania black water w końcu udało mi się sfotografować ośmiornicę Wonderpus w postaci larwalnej. Zawsze o tym marzyłem – widziałem wiele zdjęć tej przedziwnej ośmiornicy
z przezroczystą głową i fascynowała mnie jej niecodzienna, niemal kosmiczna sylwetka.
Anilao słynie z nocnych nurkowań black water – są one naprawdę wyjątkowe.
To jak podróż w kosmos, tylko pod wodą. Zanurzasz się w nocne ciemności, a wokół dryfują stworzenia, których na co dzień nie zobaczysz nigdzie indziej. Każde zanurzenie to niespodzianka, adrenalina i pełne skupienie na jednym, często maleńkim bohaterze.
To jedno z tych nurkowań, które zostaje w pamięci na zawsze.
W Anilao jest mnóstwo takich niesamowitych stworzeń. Frogfishe w każdej możliwej wersji, ślimaki nagoskrzelne w kolorach, których nie powstydziłby się producent markerów, krewetki, kraby, ośmiornice udające coś, czym nie są. No i do tego przedziwne stwory z głębin.
I właśnie dlatego wybór kilku „charakterystycznych” gatunków jest tak trudny.
Bo Anilao to nie pojedyncze stworzenie. To codzienne szukanie, odkrywanie i czasem niespodzianki pod wodą. Moment, kiedy przewodnik pokazuje coś nowego i masz szansę zrobić zdjęcie.
To miejsce, które nauczyło mnie naprawdę patrzeć.
I do którego wciąż wracam.
ROMBLON
PODRÓŻE
BELIZE
The Great Blue Hole
Tekst i zdjęcia TOMASZ KULCZYŃSKI
Wymawiając już tylko nazwę kraju BELIZE, większość nurków od razu kojarzy to miejsce z jednym –najsłynniejszym Blue Hole świata!!!
Czy aby na pewno jest to największa atrakcja nurkowa, na jaką możemy tam liczyć podczas naszego pobytu?
Jakich jeszcze nurkowych wrażeń możemy się spodziewać podczas naszego wyjazdu oraz na co możemy liczyć po nurkowaniu? Różnice kulturowe oraz to, co musimy uwzględnić, planując nasz wyjazd i nurkowanie. Przygotujcie się na fantastyczne fotki oraz mnóstwo ciekawostek, które do głowy by mi nie przyszły, gdybym nie doświadczył ich na własnej skórze –zaczynamy!!!
Belize – jest małym krajem graniczącym z Meksykiem oraz Gwatemalą. Zamieszkuje je tylko 330 tys. osób, co daje 16 osób na km². Jest zatem w pierwszej trzydziestce najmniej zaludnionych krajów świata! Belize leży w Ameryce Środkowej na półwyspie Jukatan, nad Morzem Karaibskim i skrywa drugą co do wielkości rafę koralową na świecie, czyniąc to miejsce światową czołówką pod względem wypraw nurkowych!!! Językiem urzędowym w Belize, z uwagi na to, że była to kiedyś kolonia angielska, jest język angielski, aczkolwiek mnóstwo ludzi
posługuje się tutaj również hiszpańskim oraz kreolskim. Walutą jest dolar belizeński, który ma stały przelicznik do dolara amerykańskiego 2:1. Stolicą kraju jest Belmopan, po tym jak największe miasto, Belize City, zostało zniszczone przez ogromny huragan i zdecydowano się przenieść stolicę z wybrzeża w głąb kraju. Najlepsza pora na wyprawę to pora sucha, która zazwyczaj trwa od grudnia do maja, aczkolwiek podczas jej trwania niczym szczególnym nie jest burza lub przelotny deszcz. Pod względem bezpieczeństwa na stronach polskiego MSZ przeczytać można, by zachować szczególną ostrożność.
Tyle odnośnie ogólnych informacji – w prawdziwym życiu pierwsze, co powala zaraz po przyjeździe, to styl życia. Odprawa paszportowa to istna oaza spokoju – dla celników oczywiście, dla turystów to godziny oczekiwań. W hotelu dokładnie to samo. Pokój jeszcze nie jest gotowy, wkrótce będzie O 19, gdy wróciliśmy z nurkowania, dziewczyny właśnie kończyły… Dla nas
nie do pomyślenia, tam – normalne. Dla nas, Europejczyków, nie do pomyślenia, dla tubylców codzienność. Tutaj wszyscy mają pełen luz, jak my byśmy to nazwali – wywalone Moim skromnym zdaniem to jest właśnie to coś, co my utraciliśmy ogromnym tempem życia, natłokiem zadań, ciągłym pędzeniem… Tam, gdy recepcjonistka zaczęła ze mną rozmawiać, to wiecie – po 30 minutach musiałem przeprosić, bo szliśmy na kolację, a tam: poczekaj, jeszcze powiedz to albo tamto. Nie wiem, czy do końca rozumiecie, o co mi chodzi – po prostu tam jest więcej spokoju, wyrozumiałości, inny styl życia, który niestety nas już męczy. Przyzwyczajeni jesteśmy, że jak coś jest na 12, to ma być i tyle, dla nich wszystko jest umowne Poza stylem życia zaskakuje komunikacja, ponieważ ludzie przemieszczają się takimi wózkami golfowymi (golf carts). Kuchnia jest przepyszna i tak naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie, problemu z językiem praktycznie żadnego. Turystycznie – pełno przepięknych miejsc! Zabrakłoby stron, by opisać wszystko dokładnie, gdyż nie jest to miejsce, które można porównać do żadnego innego, jakie przychodzi mi do głowy, dlatego przejdźmy do tego, z czego Belize słynie najbardziej: THE GREAT BLUE HOLE. Położona około 80 kilometrów od wybrzeży Belize City, w sercu atolu Lighthouse Reef, Great Blue Hole jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych formacji podwodnych na świecie. Ta monumentalna rozpadlina rafy koralowej, widoczna nawet z kosmosu, od lat fascynuje zarówno naukowców, jak i miłośników nurkowania. Jej
międzynarodową sławę ugruntowały filmy i relacje z wypraw legendarnego badacza mórz Jacques’a Cousteau. Dziś obiekt znajduje się pod patronatem UNESCO i stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych regionu. W pobliżu leży malownicza wyspa Half Moon Caye. Charakterystyczny, ciemnogranatowy okrąg kontrastuje z turkusową wodą i jasnym pierścieniem żywej rafy, tworząc spektakularny widok z lotu ptaka. W rzeczywistości Great Blue Hole to niemal idealnie kolista, podwodna studnia o średnicy około 300 metrów i głębokości sięgającej 124 metrów. Jej niemal pionowe ściany opadają do około 35 metrów, gdzie formacja rozszerza się w ogromną komorę przypominającą salę katedralną. Znajdują się tam imponujące stalaktyty, niektóre osiągające długość nawet 15 metrów – świadectwo czasów, gdy jaskinia znajdowała się ponad poziomem morza.
Geneza tego niezwykłego miejsca sięga epoki lodowcowej. Wówczas była to rozległa jaskinia krasowa, stanowiąca część większego systemu podziemnych korytarzy. Wraz z topnieniem lądolodów poziom mórz podniósł się o ponad 90 metrów, zalewając kompleks jaskiń. Ostateczne zawalenie się sklepienia – prawdopodobnie pod wpływem wstrząsów sejsmicznych i naporu wody – doprowadziło do powstania ogromnego leja krasowego, który dziś znamy jako Great Blue Hole.
Przejrzystość wody, sięgająca ponad 60 metrów, czyni to miejsce prawdziwym rajem dla nurków. Najczęściej schodzą oni do głębokości około 35 metrów, gdzie zaczyna się mo-
numentalna komora ze stalaktytami. W wodach otaczających pierścień rafy doskonałe warunki panują także do snorkelingu. Wyprawy organizowane są z Belize City oraz z pobliskich wysp. Pod powierzchnią można spotkać bogactwo karaibskiej fauny: kolorowe ryby rafowe, barakudy, a także różne gatunki rekinów, w tym żarłacza tępogłowego. To połączenie spektakularnej geologii i tętniącego życiem ekosystemu sprawia, że Great Blue Hole pozostaje jednym z najbardziej niezwykłych miejsc nurkowych na świecie.
Samo dostanie się na Blue Hole nie jest łatwe. My wypływaliśmy z San Pedro. Zbiórka była o godzinie 5:30, śniadanie, pakowanie sprzętu i około 3 godziny zasuwania łodzią na miejsce. Sam Blue Hole jest tak olbrzymi, że będąc na łodzi, nie widzimy całego okręgu. Wygląda to po prostu tak, jakby była tam pionowa ściana, gdzie kończy się wspaniała turkusowa woda, a zaczyna wielka głębia ze wszystkimi odcieniami błękitu. Nurkowanie na Blue Hole jest dosyć głębokie, gdyż schodzimy na głębokość 40 m i zostajemy tak długo, na ile pozwolą nam limity dekompresyjne.
Z ciekawostek – przy odprawie wszystkie wartości podawane są w stopach i PSI, dlatego matematykę trzeba zrobić samemu, gdyż pisałem już o podejściu do życia Jak już jesteśmy przy tych tematach, większość butli posiada zawór INT, dlatego na przyszłość dobrym pomysłem będzie wziąć ze sobą adapter do naszych DIN-owych pierwszych stopni, w szczególności gdy nurkuje się na sidemouncie, który także jest dość mało popularny lokalnie i mnóstwo ludzi wypytywało o dwie butle…
Wracając do Blue Hole – to, co jest największą atrakcją, to formacje krasowe we wnęce, która zaczyna się na głębokości 40 m i kończy na około 50 m. Są to naprawdę ogromne formacje, które robią ogromne wrażenie – no chyba że wcześniej nurkuje się cały tydzień w cenotach, wtedy to wrażenie jest o wiele mniejsze, ale wiecie – w miarę jedzenia apetyt rośnie Do tego pamiętać należy, że na takiej głębokości mamy dość sporą narkozę oraz zużycie gazu, dlatego też całe nurkowanie trwało około 30 minut. Niestety nie spotkaliśmy żadnego większego zwierza, który mógłby również urozmaicić nasze nurkowanie. I ot tak – nasze nurkowanie na Blue Hole zaliczone. Podobało się? Jak to zawsze wśród nurków – opinie skrajne: z jednej strony tyle płynięcia, by zobaczyć głęboką dziurę i zrobić 30-metrowe nurkowanie, z drugiej podziw nad ogromnymi formacjami. Każdy odbiera to na swój sposób. Moim zdaniem: czy było to moje najlepsze nurkowanie – NIE. Czy bym powtórzył to nurkowanie – 100% TAK. Czy bym pojechał ponownie – oczywiście TAK. Gołe fakty: Blue Hole ma po prostu bardzo dobry marketing oraz reklamę. Większość ludzi spodziewa się wrażeń nie z tej ziemi, bo po zdjęciach z samolotu myślą, że zobaczą tam cuda świata – a to jest po prostu, a nawet aż, największy na świecie Blue Hole… Dla miłośników jaskiń, speleologii, formacji skalnych – mega przeżycie. Dla ludzi tym niezainteresowanych – wielki lej z paroma stalaktytami, bez roślinek i żyjątek. Konkluzja jest tutaj taka, jak z większością destynacji nurkowych: nie trafią one w gusta wszystkich, aczkolwiek przekona się o tym tylko ten, kto zaryzykował przekonać się o tym na własnej skórze. Na całe szczęście po nurkowaniu na Blue Hole mieliśmy jeszcze dwa nurkowania na pobliskich rafach, gdzie wszystko tętniło życiem
i znowu było kompletnie inne niż nurkowanie na Blue Hole. I tutaj nikt nie czuł niedosytu, ponieważ każdy znalazł coś dla siebie. Powrót około godziny 19, więc taka wyprawa to naprawdę cały dzień, ale na powrocie wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni.
Podsumowując – nurkowanie na Blue Hole w Belize nie przypadnie do gustu każdemu… To jest troszeczkę jak z ostrymi potrawami – trzeba przywyknąć. Aczkolwiek sami musicie się przekonać, czy będziecie tymi, którzy umieszczą to miejsce w światowym TOP 5, albo kiwną ręką i powiedzą, że jest przereklamowane… Na całe szczęście do Blue Hole dochodzi nurkowanie na pobliskich rafach, które jest kompletnie innym wymiarem nurkowym, ale o tym może w kolejnym artykule…
Oceanic Photon
Dwa podejścia do kontroli pływalności
Seria Oceanic Photon (nowość) pokazuje, jak bardzo może się różnić koncepcja jacketu w zależności od stylu nurkowania.
W tej rodzinie znajdziemy dwa główne kierunki: bardziej klasyczny Photon
oraz
ultralekki Photon Air. Na pierwszy rzut oka wyglądają podobnie, ale ich filozofia użytkowania jest wyraźnie inna.
Photon Pro to jacket dla nurków, którzy oczekują stabilności, dużej wyporności i sporego zapasu balastu. Wyporność w zależności od rozmiaru sięga 15–19 kg, a system balastowy może pomieścić nawet 13,6 kg ołowiu.
To sprzęt, który dobrze sprawdzi się w chłodniejszych wodach, z grubszą pianką lub suchym skafandrem. Solidna konstrukcja i stalowe elementy zwiększają trwałość, choć podnoszą wagę zestawu – około 3,8 kg.
W praktyce oznacza to jedno: Photon Pro jest jacketem do intensywnego użytkowania, dla nurków, którzy chcą mieć dużo miejsca na akcesoria, balast i zapas wyporności.
Po drugiej stronie stoi Photon Air – jacket zaprojektowany z myślą o mobilności i podróżach. Tu kluczowa jest minimalna waga i kompaktowa konstrukcja. Cały system waży około 3 kg, a skrzydło z workiem na plecach zmniejsza opór w wodzie i ułatwia utrzymanie poziomego trymu.
Photon Air wyróżnia się także szybkoschnącą konstrukcją z siatki 3D, która ogranicza zatrzymywanie wody po nurkowaniu – praktyczna rzecz, gdy sprzęt musi szybko trafić do torby lub na pokład łodzi.
Najciekawszym elementem jest jednak modułowy system Photon. Wspólny stelaż pozwala rozbudowywać jacket o dodatkowe kieszenie, zestawy kolorów czy akcesoria, bez konieczności wymiany całego BC.
To rozwiązanie szczególnie docenią nurkowie, którzy lubią dopasowywać sprzęt do własnego stylu.
Na co zwrócić uwagę przy wyborze?
1. St yl nurkowania
Jeśli nurkujesz lokalnie, w zimnej wodzie i z dużą ilością sprzętu – Photon Pro będzie stabilniejszym wyborem.
Jeśli często podróżujesz – Photon Air wygrywa wagą i pakownością.
2. Balast i wyporność
Photon Pro daje większy zapas wyporności i więcej miejsca na ołów. Photon Air rezygnuje ze zbędnej masy na rzecz pełnej swobody ruchów i opływowej sylwetki pod wodą.
3. Mobilność sprzętu
Photon Air łatwiej spakować i szybciej wysuszyć – a to w podróży robi ogromną różnicę.
W skrócie: Photon Pro stanowi fundament dla nurkowań wymagających dużej wyporności i zapasu balastu, podczas gdy Photon Air oferuje opływową sylwetkę i minimalną wagę. Choć różnią się konstrukcją,
oba systemy korzystają z tej samej modułowej bazy, pozwalającej na idealne skonfigurowanie sprzętu pod konkretny styl nurkowania.
Informacje praktyczne: system regulacji pozycji pasów (A.P.S.), pozwala idealnie dopasować jacket do sylwetki (jest to szczególnie ważne przy przechodzeniu z pianki na suchy skafander).
PS.
Testowaliśmy te jackety w Redakcji –możemy je Wam polecić, zdały egzamin na piątkę :)
Jeszcze mała wzmianka o dodatkach:
● Photon Storage Pocket (Utility Pocket): niskoprofilowa kieszeń montowana pod pasem biodrowym, idealna na tabliczkę czy zapasowe światło.
● Photon Dive Housing Pocket: dedykowany uchwyt na obudowę Oceanic+ Dive Housing, który pozwala mieć iPhone'a zawsze pod ręką.
Link do produktów znajdziecie na stronie https://www.nurkowanie-ecn.pl/kategoria-produktu/jackety-nurkowe?brand=brand-oceanic
SANTORINI
Wulkaniczna perła Morza Egejskiego nad i pod wodą
Tekst i zdjęcia BOGDAN ZAJĄC
Białe domy zawieszone na krawędzi kaldery, niebieskie kopuły cerkwi i spektakularne zachody słońca nad Morzem Egejskim.
SANTORINI OD LAT UCHODZI ZA JEDNĄ
Z NAJBARDZIEJ FOTOGENICZNYCH
WYSP EUROPY.
Będąca częścią greckiego archipelagu Cyklad, powstała w wyniku potężnej erupcji wulkanicznej, która ukształtowała jej charakterystyczną, półkolistą linię brzegową. To właśnie wulkaniczne pochodzenie sprawia, że Santorini zachwyca nie tylko nad wodą, ale i pod jej powierzchnią.
Choć wyspa kojarzona jest głównie z romantycznymi tarasami w Oia czy winnicami rosnącymi na czarnej, lawowej glebie, coraz częściej przyciąga także nurków szukających nieco innego, surowego podwodnego krajobrazu.
Zatrzymaliśmy się w hotelu w miejscowości Perivolos gdzie jednym z atutów była baza nurkowa położona około 200 m od hotelu. Takie rozwiązanie szczególnie docenią osoby nurkujące rekreacyjnie.
Skorzystałem z Caldera Diving Center, niestety udało mi się zrobić tylko dwa nurkowania. Baza fajnie przygotowana, z peł-
nym sprzętem do wypożyczenia, bardzo sympatyczną i pomocną ekipą.
Lokalne miejsca nurkowe oferują przeróżne głębokości, od nurkowań rekreacyjnych po nurkowania techniczne. Ja nastawiłem się na nurkowania rekreacyjne do 15 metrów. Profil był łagodny, a zejścia odbyły się z pontonu.
Największym atutem jest bardzo dobra widoczność, często ponad 20 metrów. Przejrzysta woda Morza Egejskiego pozwala w pełni docenić strukturę skalnych formacji i grę światła w podwodnych korytarzach.
Podwodne Santorini to przede wszystkim skały, lawowe jęzory i kawerny – puste przestrzenie wewnątrz skał wulkanicznych, powstałe w wyniku dawnych erupcji. Zastygła lawa utworzyła fantazyjne formacje, łuki, szczeliny i niewielkie groty, w których światło wpadające z powierzchni tworzy spektakularne efekty wizualne.
Nurkowanie w takich warunkach przypomina eksplorację podmorskiego kanionu. Ciemne skały idealnie kontrastują z intensywnym błękitem wody, a urozmaicona topografia sprawia, że nawet na niewielkiej głębokości można poczuć klimat prawdziwej przygody. Kawerny są zazwyczaj przestronne i dostępne dla nurków rekreacyjnych, oczywiście z zachowaniem zasad bezpieczeństwa i pod okiem lokalnych przewodników, którzy doskonale znają specyfikę terenu.
Osoby przyzwyczajone do tropikalnych raf mogą być zaskoczone stosunkowo niewielką ilością podwodnej fauny. Santorini nie jest kierunkiem „rybnym”, nie zobaczymy tu ławic barwnych ryb ani bogactwa makro znanego z Morza Czerwonego.
Pod wodą spotkać można pojedyncze ryby, drobne gatunki ukrywające się w szczelinach skalnych czy sporadycznie ośmiornice. Jedną z atrakcji były również rozłożyste łąki podwodnych traw. To nurkowanie dla tych, którzy potrafią docenić piękno surowego krajobrazu, ciszę i przestrzeń.
Brak intensywnego życia biologicznego ma też swój plus. Przejrzystość wody i brak „rozpraszaczy” pozwalają skupić się na strukturach skalnych, fotografii szerokokątnej i zabawie światłem.
Santorini to doskonały wybór dla nurków początkujących, ale ci bardziej zaawansowani również znajdą tam coś dla siebie. Pary oraz grupy mogą idealnie łączyć wypoczynek z nurkowaniem, a fotografów na pewno zainteresuje podwodny krajobraz.
To kierunek, w którym nurkowanie stanowi doskonałe uzupełnienie wakacyjnego pobytu, obok zwiedzania i spacerów po klifach kaldery oraz degustacji doskonałych lokalnych dań i wspaniałych win.
Świadomość, że zanurzamy się w wodach wypełniających dawną kalderę wulkanu, dodaje każdemu nurkowaniu wyjątkowego charakteru. Pod powierzchnią wciąż widoczne są ślady geologicznej przeszłości wyspy. Pęknięcia, warstwy zastygłej lawy, nieregularne struktury skalne.
Santorini nie oferuje najbardziej spektakularnej fauny Morza Śródziemnego, ale daje coś innego, poczucie obcowania z żywą historią Ziemi. To nurkowanie w cieniu wulkanu, spokojne, bezpieczne i pełne surowego piękna.
Dla tych, którzy szukają odmiany od klasycznych raf i chcą połączyć komfortowy wypoczynek z nurkowaniem w niezwykłej scenerii, ta grecka wyspa będzie strzałem w dziesiątkę.
Angel w PIEKLE
O TRAGEDII DELFINÓW PORYWANYCH I ZABIJANYCH W KRWAWEJ ZATOCE
W TAIJI W JAPONII SŁYSZAŁ PRAWIE KAŻDY.
Ale co innego jest słuchać czy oglądać filmy w internecie, a co innego
jest poznać i zobaczyć na miejscu na własne oczy dramat konkretnego odłowionego tam delfina…
Kamera umieszczona nad drzwiami zarejestrowała mój ruch tym samym uruchamiając mechanizm otwierający drzwi, które rozsunęły się z charakterystycznym sykiem i zaprosiły do środka. Słyszę muzykę. Głęboką, spokojną, poruszającą. Nie żadną przygrywkę, tylko coś, co od razu wnika w ciało i umysł. Wchodzę do korytarza otoczonego wodą. Betonowe ściany są brudne, ciemne, miejscami pokryte zaciekami. Woda mętna, pełna śluzowatych frędzli, unoszących się i przyklejających do ścian – lepka dla oka. Zapach wilgoci, oceanu i ryb miesza się z czymś chemicznym, metalicznym, czymś bardzo nienaturalnym. Kątem oka widzę biały cień. Odwracam głowę. To Angel. Delfin albinos z gatunku butlonos zwyczajny. Płynie do góry brzuchem, obok niej drugi delfin – steno długonosy – również w tej samej dziwnej, powtarzalnej pozycji. Krążą wokół basenu, przepływają obok mnie, zawracają, wynurzają się po powietrze, nurkują, i znów ta sama pętla. Bez końca. Każdy ruch jak mantra. Każdy powrót do tej samej pozycji przypomina o zamknięciu, które ich ogranicza. Ten widok jest surrealistyczny. Łzy same napłynęły mi do oczu i nie byłem w stanie ich powstrzymać. Czuję się jakbym był w jakimś śnie. Trudno pojąć to wszystko, kiedy dysponujesz wiedzą o delfinach i o tym, co przeżywają w za-
mknięciu. Widzę to, o czym jedynie czytałem bądź słyszałem. Tak bardzo trudno to urealnić i przejść do porządku dziennego. Na ścianach tabliczki opisujące delfiny, które pływają w basenie. Spojrzałem w oczy Angel. Jedno było wklęsłe, powieka wyglądała na zabliźnioną, jakby czegoś w nim już nie było. Drugie, wypukłe, zamknięte, czasem wydawało się minimalnie otwarte. Nie mogłem oderwać wzroku. Każdy gest, każdy obrót, każdy wydech w wodzie – pełen powagi, smutku i cichej desperacji.
Wychodzę schodami na górę, na platformę, skąd widać basen od góry. Z tej perspektywy woda wydaje się prawie czysta. Odbija światło, rusza się, wiruje w rytmie fal. Brud, frędzle, śluz – niewidoczne z góry. Ale rura nad basenem wciąż rzuca cień rzeczywistości: rdza, otwór filtra, metal starej konstrukcji. Tu nie ma nic naturalnego. Nigdzie nie widzę żadnych zabawek ani bodźców dla delfinów – tylko beton i woda w powtarzalnej pętli. Odwracam się. Stąd świetnie widać cały teren tutejszego delfinarium. Taiji Whale Museum. Główny budynek, który również jest muzeum wielorybnictwa, stoi okazale, jakby z dumą prezentując historię japońskiego wielorybnictwa. Na jego fasadzie olbrzymia grafika w stylu japońskiego malarstwa z XVI w. przedstawiająca wieloryba, obok dwa małe baseny, w których delfiny
Tekst JAKUB BANASIAK, EDWIN RADZIKOWSKI Zdjęcia EDWIN RADZIKOWSKI
trzy razy dziennie uczestniczą w pokazie. Wszystko znajduje się nad malutką zatoką, w obrębie której znajdują się wodne klatki, a w nich kolejne delfiny wystawiają głowy, żebrząc o ryby z rąk ludzi na pomoście. Wyglądają jakby były cały czas głodne. Cały teren od oceanu oddzielony jest betonowym murem. Angel i pozostałe delfiny pochodzą z polowań organizowanych w Taiji. Angel została schwytana 17 stycznia 2014 roku. Według osób dokumentujących te wydarzenia, jej matka, po tym jak myśliwi oddzielili ją od młodej, zanurkowała i już nigdy nie została widziana na powierzchni... Reszta stada została brutalnie zabita, a ich ciała sprzedane do rzeźnika w porcie. Stoję tam długo, patrząc na Angel, na jej oczy, na powtarzalny ruch. Czuję ciężar całego miejsca. Cisza korytarza, echo muzyki, kontrast z otwartym morzem za betonowym murem – to obraz, który zostaje ze mną. Obraz, który nie pozwala zapomnieć.
Edwin Radzikowski, Captain Paul Watson Foundation Poland
Zrozumienie coraz bardziej pogarszającego się stanu zdrowia delfinicy Angel wymaga w pierwszej kolejności zdefiniowania jej specyfiki biologicznej. Angel nie jest osobnikiem leucystycznym (po prostu o białym ubarwieniu), lecz „prawdziwym albinosem”, co determinuje jej ekstremalną wrażliwość na czynniki zewnętrzne. Albinizm to wrodzona anomalia polegająca na całkowitym lub częściowym niedoborze pigmentacji melaninowej w skórze, tęczówce, naczyniówce, ale także w innych tkankach.
W przypadku Angel, brak melaniny w tęczówce sprawia, że jej oczy mają charakterystyczny różowy lub czerwony odcień, wynikający z widoczności naczyń krwionośnych w siatkówce i naczyniówce. Ten deficyt pigmentacyjny niesie ze sobą szereg negatywnych konsekwencji fizjologicznych, które w niewoli stają się źródłem chronicznego cierpienia.
Melanina w oku pełni funkcję nie tylko barwnika, ale również bariery ochronnej i elementu wspomagającego prawidłowy rozwój nerwów wzrokowych. Albinizm u Angel powoduje, że światło może przenikać nie tylko przez źrenicę, ale także przez twardówkę i tęczówkę, co skutkuje degradacją obrazu siatkówkowego i przewlekłym bólem przy silnym nasłonecznieniu. Podczas karmienia i interakcji z trenerami, delfiny są zmuszane do patrzenia w górę, w stronę światłą, aby otrzymać rybę. Dla osobnika cierpiącego na fotofobię jest to forma tortury fizjologicznej. Jej stałe zamykanie oczu jest bezpośrednim dowodem na ból wywołany zarówno światłem jak i zapewne chemicznym oparzeniem powierzchni gałki ocznej.
Pierwsze nagrania Angel z Taiji Whale Museum, zarejestrowane przez Karlę Sanjur, ukazywały nienaturalne zachowania butlonosa: unikanie pływania z innymi osobnikami, rzadsze wynurzanie się po powietrze i apatię. Później Angel została umieszczona w małym, zadaszonym zbiorniku, co początkowo uznawano za próbę ochrony jej skóry i oczu, jednak szybko okazało się być źródłem innych patologii. W tym małym zatłoczonym
basenie Angel była nękana przez inne delfiny, m.in. samce delfinów pręgobokich. Raporty z 2015 r. zaczęły wskazywać, że Angel niemal bez przerwy trzyma oczy zamknięte. Często też unosiła się bez ruchu na powierzchni wody, co jest typowym objawem depresji i braku stymulacji w niewoli. W grudniu 2017 r.
Mark J. Palmer z International Marine Mammal Project (IMMP) donosił, że mimo wzrostu masy ciała, Angel nadal cierpi ze stresu, głownie z powodu agresji współmieszkańców zbiornika. Jej oczy pozostawały zamknięte podczas większości obserwacji. Sugerowało to trwałe podrażnienie lub ból rogówki. W ostatnich latach na zdjęciach udostępnionych przez Dolphin Project i IMMP zaobserwowano u Angel braki w uzębieniu. Delfiny butlonose są monofiodontami czyli posiadają jeden zestaw zębów na całe życie. Utrata zębów u Angel została zinterpretowana przez weterynarza Lucę Giovagnoliego obserwującego Angel w Taiji jako wtórna zmiana genetyczna lub efekt chronicznego stresu, który u albinosów może prowadzić do anomalii niespotykanych u zdrowych osobników.
Mamy 2026 rok. Relacja Edwina ze spotkania z Angel wskazuje, że delfinica cierpi coraz bardziej. Chlor niszczy film łzowy, który u delfinów ma specyficzną, śluzową strukturę chroniącą oko przed osmozą i tarciem. Długotrwałe podrażnienie chemiczne prowadzi do zmętnienia rogówki, tworzenia blizn i ostatecznie ślepoty. Angel, mając oczy pozbawione melaniny ochronnej, doświadcza tych efektów z większą intensywnością. Dlatego wydaje się, że nie ma już oczu. Takie jest piekło delfinariów. Nie tylko dla albinosów.
Jakub Banasiak
Pomóż zakończyć erę delfinariów. Dołącz do kampanii NIE! DLA DELFINARIUM, której obecnie głównym celem jest przekonanie polskich biur podróży, by przestały promować i sprzedawać wycieczki do delfinariów.
Skorzystaj z qr-kodu i podpisz petycję: https://niedladelfinarium.pl/ powiedz-nie/
SEAC Pura i SEAC Clear
z technologią ANTI-FOG
Prezentujemy recenzję najnowszych masek marki Seac, przeprowadzoną przez Extreme
Divers. Z ogromną przyjemnością udostępniamy ten test – innowacyjne rozwiązania, takie jak te zastosowane przez markę Seac, której jesteśmy dystrybutorem, to prawdziwy przełom w komforcie nurkowania.
(Na podstawie testu przeprowadzonego przez instruktora Piotra Tokarskiego)
Włoska marka SEAC produkuje maski od dziesięcioleci, więc doskonale wie, co się sprawdza w praktyce. Ostatnie kilka nowości w tej dziedzinie było wygodnych, świetnie się spisywało i miało przystępną cenę. Ale czy z maską można zrobić coś więcej? Okazuje się, że tak.
Seac wypuścił właśnie na rynek nurkowy i snorkelingowy dwie nowe maski z innowacyjną technologią anti-fog, która – jak zapewnia producent – gwarantuje długotrwały efekt zapobiegający parowaniu szkieł. Parowanie maski to jeden z najbardziej frustrujących aspektów nurkowania. Wszyscy robimy, co w naszej mocy, aby złagodzić ten problem – zaczynając od starego, dobrego sposobu z obfitym wcieraniem śliny w szkła, przez stosowanie najróżniejszych sprayów czy żeli, aż po wypalanie wewnętrznej strony szkieł zapalniczką w celu usunięcia resztek silikonu. Wszystko to działa do pewnego stopnia, ale każdy z nas przeżył takie nurkowanie, kiedy dokładnie czyścisz maskę, płuczesz ją, zakładasz na twarz, a już po kilku sekundach pod wodą pojawia się irytująca plama zaparowanego szkła, która ogranicza widoczność. Wtedy pozostaje tylko celowe wpuszczenie odrobiny wody, by przepłukać wnętrze.
W przeszłości nurkowałem w maskach, które rzekomo miały powłokę przeciwmgielną, a w rzeczywistości ewidentnie jej nie posiadały. Byłem więc co najmniej sceptycznie nastawiony, gdy w moje ręce trafiły modele
Pura i Clear od Seac.
Według producenta, wszystko, co musisz zrobić, aby „aktywować” powłokę anti-fog, to zwilżyć soczewki i delikatnie przetrzeć je opuszkami palców. Szkła poddawane są procesowi w kontrolowanej temperaturze i ciśnieniu, podczas którego gaz sprawia, że szklana powierzchnia staje się porowata i hydrofilowa (zdolna do zatrzymywania wody).
To rozwiązanie ma eliminować kondensację i zapewniać stale wyraźne widzenie, a dla maksymalnej niezawodności proces nakładania powłoki jest powtarzany dwukrotnie.
SEAC Pura
to maska o konstrukcji bezramkowej (frameless) z pojedynczą szybą. Charakteryzuje się niskim profilem i oferuje bardzo szerokie pole widzenia, a jednocześnie łatwo ją oczyścić z wody po całkowitym lub częściowym zalaniu. Miękki silikonowy kołnierz świetnie uszczelniał się na naszych twarzach, a klamry 3D okazały się intuicyjne i proste w regulacji. Model Pura jest dostępny w szerokiej gamie kolorystycznej, w tym w żywych wariantach, takich jak czerwony, pomarańczowy, turkusowy i fioletowy, a także w klasycznej czerni i bieli.
W chłodny dzień w Jeziorze Piaseczno (pojezierze łęczyńsko-włodawskie) posłusznie zastosowaliśmy się do instrukcji i zeszliśmy pod wodę. Temperatura na powierzchni była jednocyfrowa, podobnie jak temperatura wody.
Niewiarygodne, ale to zadziałało rewelacyjnie! Absolutnie żadnych problemów z parowaniem, a uwierzcie mi, próbowaliśmy wszystkiego, by wymusić ten efekt. Wielokrotnie wydychaliśmy powietrze przez nos, próbując wytworzyć ciepło wewnątrz maski –bez skutku. Próbowaliśmy częściowo i całkowicie zalać maskę wodą, a szkła nadal ani trochę nie parowały.
Podczas kolejnych nurkowań nie trzymaliśmy się już instrukcji i po prostu zanurzaliśmy maski w wodzie, zakładaliśmy je na twarz i nurkowaliśmy – wciąż zero parowania.
To bardzo dziwne uczucie nie napluć do maski lub nie użyć spray'u przed zejściem pod wodę, ale muszę przyznać, że byłem pod ogromnym wrażeniem skuteczności tej fabrycznej powłoki. Poza innowacyjną technologią, same maski były również niezwykle wygodne i świetnie spisywały się pod wodą.
SEAC Clear
to maska dwuszybowa, która również wyróżnia się małą pojemnością wewnętrzną i miękkim silikonem. Dwustopniowa klamra jest bardzo łatwa w obsłudze, nawet w grubych rękawicach neoprenowych. Występuje w kilku kolorach (w tym dwie wersje z przezroczystym silikonem) oraz w całkowicie czarnym wariancie, który mieliśmy na testach.
Obie maski są świetnie wycenione, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że w standardzie otrzymujemy tak niezwykle skuteczną technologię anti-fog.
WODA
CAPERNWRAY QUARRY
Podwodny plac zabaw nurków w Anglii
Tekst i zdjęcia
BARBARA GLENC
Do Capernwray trafiliśmy trochę przypadkiem, wracając z nurkowań z fokami u wybrzeży Anglii.
Były to świetne, ale wymagające nurkowania – widoczność wahała się między 2 a maksymalnie 5 metrów. Pod wodą panowało falowanie, a wirująca woda potrafiła nieźle zakręcić nurkiem. Adrenaliny i emocji było mnóstwo, ale komfort nurkowania zdecydowanie nie należał do największych.
Wracając przez United Kingdom, zatrzymaliśmy się na chwilę w Londynie. Znajomy Polak mieszkający w Anglii rzucił wtedy: – Przecież Capernwray Quarry jest prawie po drodze…
Szybkie sprawdzenie mapy, krótka narada i decyzja zapadła natychmiast. Mały objazd, jedno nurkowanie i jedziemy dalej. Jak się później okazało – to był strzał w dziesiątkę.
Kamieniołom z nurkową historią
Capernwray to zalany kamieniołom wapienny (Jackdaw Quarry) położony w miejscowości Over Kellet, niedaleko Carnforth w hrabstwie Lancashire w północnej Anglii. Po zakończeniu wydobycia kamienia wyrobisko stopniowo wypełniło się wodą.
W latach dziewięćdziesiątych dostrzeżono jego potencjał nurkowy i w 1995 roku powstało tu oficjalne centrum nurkowe. Od tamtej pory miejsce należy do prywatnego ośrodka nurkowego. Capernwray jest przedsięwzięciem rozwijanym przez ludzi z pasją do nurkowania i bezpieczeństwa w wodzie. Dziś jest to jedno z najbardziej znanych śródlądowych miejsc nurkowych w Wielkiej Brytanii. Przyjeżdżają tu zarówno kursanci, jak i doświadczeni nurkowie, którzy chcą spędzić dzień w wodzie w spokojnych i komfortowych warunkach.
Baza jak z katalogu
Już po wjeździe na teren ośrodka widać, że to miejsce jest stworzone z myślą o nurkach. Duży parking, przestronna baza, sklep
i wypożyczalnia z dużą ilością sprzętu oraz stacja ładowania butli. Wszystko jest dobrze zorganizowane i przygotowane na dużą liczbę odwiedzających. Na miejscu znajduje się również: restauracja z widokiem na kamieniołom, toalety i prysznice, zaplecze szkoleniowe, a także drewniane domki noclegowe z widokiem na wodę. A widok z tarasu na spokojną taflę wody i ściany kamieniołomu robi naprawdę duże wrażenie.
To idealne miejsce na weekendowy wyjazd nurkowy lub kilka dni treningów. Infrastruktura jest dobrze przygotowana dla nurków i sprawia, że cały pobyt w Capernwray jest wygodny i bardzo przyjemny.
Zanurzenie
Sierpień. Kamieniołom. W głowie miałam wizję klasycznej zielonej zawiesiny. Po zanurzeniu uśmiech pojawił się natychmiast. Widoczność wynosiła około 15 metrów – jak na tę porę roku naprawdę bardzo dobra. Podobno zimą potrafi dochodzić nawet do 40 metrów. Temperatura wody wynosiła około 23°C,
więc jak na warunki śródlądowe było naprawdę komfortowo. Maksymalna głębokość zbiornika to około 22 metry, co sprzyja długim, relaksującym nurkowaniom i spokojnej eksploracji.
Kompasy oszalały
Jedyną rzeczą, która potrafi zaskoczyć w Capernwray, jest ogromna ilość metalowych obiektów pod wodą. Wraki, stalowe konstrukcje i różne instalacje powodują, że kompasy potrafią zachowywać się dość chaotycznie. W pewnym momencie wskazówki zaczęły kręcić się w kółko, dlatego orientację trzeba było opierać bardziej na planie zbiornika i charakterystycznych punktach. Dodaje to temu miejscu odrobiny eksploracyjnego klimatu.
Samolot pasażerski
Po kilku minutach z zielonkawej toni zaczął wyłaniać się ogromny kształt. Najpierw skrzydło.
Potem kadłub. Aż w końcu cały samolot pasażerski – Hawker Siddeley HS 748.
Wpłynęłam przez drzwi do środka. Promienie światła wpadały przez okna, tworząc piękne smugi w wodzie. Na końcu kadłuba ogon był odczepiony. Wypływało się przez duży otwór, a kilka metrów dalej na dnie leżał sam statecznik. Wyglądało to naprawdę spektakularnie.
Podwodny plac zabaw
To był dopiero początek atrakcji. Podczas dalszego nurkowania trafiliśmy na kolejne obiekty: Cessna 150, Piper PA-31 Navajo, a także helikoptery: Westland WS-51 Dragonfly i Westland Wessex. Na dnie spoczywają także większe jednostki pływające, między innymi HMS Podsnap, Ted Tandy oraz łódź Orca. Oprócz tego w zbiorniku znajdują się różne konstrukcje treningowe przygotowane specjalnie dla nurków – diving bell, kontener szkoleniowy, platformy oraz podwodna jaskinia treningowa. Nie brakuje też bardziej nietypowych elementów – miniaturowej łodzi podwodnej Thunderbird 4, ogrodu krasnali czy różnych rzeźb ukrytych w poszczególnych częściach zbiornika.
40 minut z jesiotrami
Najbardziej niezwykłe spotkanie czekało nas jednak przy wyjściu z wody, na kilku metrach głębokości. Wokół platformy zaczęły krążyć ogromne ryby. Jesiotry – półtorametrowe, majestatyczne i zupełnie niepłochliwe. Było ich kilkanaście. Krążyły wokół nas, podpływały pod sam obiektyw, ocierały się o nurków i wyglądały jakby były równie ciekawe nas, jak my ich. Zawisłam w toni i przez ponad czterdzieści minut tylko je obserwowałam i fotografowałam. 130 minut pod wodą. Miało być szybkie nurkowanie. Skończyło się na 130 minutach pod wodą. Ciągle pojawiało się coś nowego – kolejny obiekt, kolejne zdjęcie, kolejne spojrzenie na krążące jesiotry.
Kiedy w końcu wynurzyliśmy się na powierzchnię, manometry mówiły wszystko. Wyszliśmy z wody praktycznie z pustymi butlami. I wtedy dotarło do nas jedno – najbardziej żałowaliśmy tego, że mogliśmy tu zrobić tylko jedno nurkowanie…
Minusy
Dużym minusem bazy jest zaplecze do przebierania. Zabrakło ławek i zadaszonych wiat. Szykowaliśmy się z bagażnika auta, co przy dobrej pogodzie jeszcze da się zrobić bez większego problemu. Jednak przy deszczu czy wietrze mogłoby to być już zdecydowanie mniej przyjemne. Jak na tak popularną i często odwiedzaną bazę nurkową, brak prostych miejsc do spokojnego przebrania się, możliwości siedzenia, czy przygotowania sprzętu, to dość duży minus. Kilka ławek i zadaszona przestrzeń naprawdę znacząco poprawiłyby komfort nurków, szczególnie tych, którzy przyjeżdżają z większą ilością sprzętu lub spędzają tam cały dzień.
Lokalizacja
Capernwray Quarry jest położony tak, że łatwo odwiedzić go jako przystanek na trasie lub weekendowy wyjazd nurkowy.
Odległości od większych miast:
Manchester – około 140 km – 2 h jazdy Londyn – około 450 km – 5 godzin
Podsumowanie
Czasem najlepsze nurkowania naprawdę zdarzają się przypadkiem. I dokładnie takim przypadkiem był Capernwray. Po wymagającym nurkowaniu z fokami, w falującej wodzie i przy słabej widoczności, trafiliśmy nagle do miejsca oferującego niemal komfortowe, „luksusowe” warunki nurkowe. Spokojna woda, dobra widoczność, ogromna liczba atrakcji pod powierzchnią oraz świetna infrastruktura sprawiają, że Capernwray jest jednym z najciekawszych śródlądowych miejsc nurkowych w Wielkiej Brytanii. Dla nas miał to być tylko szybki przystanek w drodze do domu. Okazało się jednak, że to jedno z tych miejsc, do których zdecydowanie chce się wrócić – tym razem już nie na jedno nurkowanie, ale na kilka dni spokojnej eksploracji.
Słodka woda
iX3M2 TX Easy
CZYTELNOŚĆ , KTÓRA ROBI RÓŻNICĘ
iX3M2 TX Easy to idealny wybór dla nurków korzystających z powietrza i Nitroxu, którzy oczekują czegoś więcej niż tylko podstawowego komputera.
Wyposażony w algorytm Bühlmann
Seria iX3M2 obejmuje modele Pro, Deep oraz Tech+, zaprojektowane zarówno dla nurków rekreacyjnych, jak i technicznych. Oferuje czytelny interfejs, rozbudowaną obsługę gazów, integrację z wieloma transmiterami i szeroką personalizację ustawień.
ZHL-16C w intuicyjnej formie, oferuje przejrzysty interfejs, największy wyświetlacz w swojej klasie oraz wyjątkowo prostą obsługę dzięki systemowi LSK (Line Select Key). Nowa, lżejsza konstrukcja i wzmocniona obudowa gwarantują trwałość - bez kompromisów.
To komputer, który zapewnia komfort odczytu w każdych warunkach i pozwala skupić się na tym, co najważniejsze - na nurkowaniu.
Dla tych, którzy oczekują jeszcze więcej, dostępna jest również seria iX3M2 GPS (Pro, Deep, Tech+) oferująca zintegrowany modu do pełnej kontroli planowania i analizy nurkowań.
ORCATORCH D950V
10500 lumenów • Szeroka wiązka 120°
Model D950V to najmocniejsza latarka foto-wideo w naszej ofercie.
Dzięki mocy 10500 lumenów oraz szerokiej, równomiernej wiązce światła pozwala uchwycić naturalne kolory i detale podwodnego świata.
ORCATORCH D910V
• 5000 lumenów
• 3 poziomy jasności
Stworzona z myślą o wymagających nurkach, fotografach i twórcach wideo, oferuje dużą moc, długi czas pracy oraz solidną konstrukcję przystosowaną do nurkowań do 150 m.
• Światło o barwie 5700K
• Kąt wiązki 120°
ORCATORCH D900V ORCATORCH D710V
• 2000 lumenów
• 2 poziomy jasności
• 3 typy światła (białe, czerwone, UV)
• Kąt wiązki 120°
ORCATORCH D710V MK2
• 2200 lumenów
• 4 typy światła (białe szerokie, zimne punktowe, czerwone, UV)
• Kąt wiązki: 120° / 8°
• 2300 lumenów
• 3 typy światła (białe, czerwone, UV)
• 2 źródła UV
• Kąt wiązki 120°
Nurkowanie JASKINIOWE w Polsce
Tekst PIOTR KARPIŃSKI
Zdjęcia PIOTR KARPIŃSKI, JEREMIASZ MAJOR
Gdy kolega Janek ze Speleoklubu Warszawskiego zapytał mnie, gdzie chciałbym zanurkować, najpierw odpowiedziałem, że w Jaskini Kasprowej Niżniej. Chwilę później, pół żartem, rzuciłem: „a może w Miętusiej?”. Nie przypuszczałem, że dwa tygodnie później mokrzy i zziębnięci będziemy stać na dnie tej tatrzańskiej jaskini.
Przygotowania do akcji
Jaskinia Miętusia zlokalizowana jest w Tatrach Zachodnich w Dolinie Miętusiej i jest jedną z największych tatrzańskich jaskiń. Długość jej wszystkich korytarzy przekracza 10 km. Jaskinia została odkryta w 1936 roku i przez kolejne dziesięciolecia była aktywnie eksplorowana. Pierwsze nurkowanie w jaskini zrobił Andrzej Zinserling. Ostatnie podwodne ekploracje dokonane były przez, Krzysztofa Starnawskiego z Andrzejem Czubalskim, Wiktora Bolka, Norberta Ziobera.
Celem naszej akcji było nurkowanie w syfonie znajdującym się na dnie partii jaskini zwanej Wielkimi Kominami. Prawdopodobnie ostatnie nurkowanie w tej jaskini odbyło się
około 10 lat temu – był to podwodny trawers (z Ciasnych Kominów do Wielkich) wykonany przez Mateusza Popka. Nurkowanie w syfonach suchych jaskiń to zawsze efekt pracy całego zespołu. Bez wsparcia i zaangażowania innych osób przeprowadzenie takiej akcji solo jest praktycznie nierealne.
Jaskinia jest dostępna do działań wyłącznie zimą i tylko przy sprzyjających warunkach – okresowy syfon musi być suchy, aby możliwe było dotarcie w głębsze partie systemu.
Otwór jaskini znajduje się na wysokości 1270 m n.p.m. Eksplorację rozpoczyna bardzo wąska, około 200-metrowa „rura”, co sprawia, że transport sprzętu jest wyjątkowo wymagający. Syfon w Wielkich Kominach leży na poziomie – 223 m, co ozna-
W oczekiwaniu na nurka
Korytarz P etwonurka, Sala Lustrzana,Gilotyna, Studnia PodTrawersem, Syfon Kaczanosia, .........
W związku z zimowaniem nietoperzy należy ograniczyć zwiedzanie tzw. Starych Ciągów (Partii Nietoperzowych) od listopada do kwietnia.
Korytarz Komin Wszystkich Św. (1)
cza, że taką deniwelację musimy pokonać w dół, aby dotrzeć do wody.
Start
Wieczorem, dzień przed planowaną akcją, zasiedliśmy w zespole, aby ustalić szczegółowy plan działania. Przy tego typu przedsięwzięciach precyzyjna organizacja to podstawa sprawnego i bezpiecznego przebiegu akcji.
Zaczęliśmy od analizy mapy topograficznej i sprawdzenia długości i ilości lin, które będą nam potrzebne. Mamy pięć odcinków linowych, ale zabraliśmy dodatkową linę na „rurę”, by minimalnie ułatwić transport przez ciasny próg. Liny zostały „zworowane” w odpowiedniej kolejności, aby maksymalnie usprawnić poręczowanie (mocowanie odcinków linowych).
Sprzęt nurkowy zajął pięć jaskiniowych worków. Starałem się rozłożyć ciężar możliwie równomiernie – poza butlami, które siłą rzeczy były najcięższe. Na nurkowanie zabrałem dwie butle 7 l nabite do 300 barów.
Rano zjedliśmy szybkie śniadanie, po którym jak tylko zapakowaliśmy wory jaskiniowe do plecaków, ruszyliśmy w drogę. Na początku plecak dosłownie wbijał w ziemię – mimo przekazania części osobistego sprzętu jaskiniowego innym członkom zespołu, plecak ważył ponad 20 kg. Szybkim tempem mieliśmy do pokonania około dwóch godzin podejścia do otworu jaskini.
W Dolinie Kościeliskiej mijaliśmy spacerujących turystów, kompletnie nieświadomych, co niesiemy na plecach. Czasem dało się usłyszeć żarty o naszych ogromnych plecakach. Po drodze zrobiliśmy dwa krótkie przystanki, by złapać oddech
CIASNE KOMINY
i zdjąć część ubrań – mimo zimowych warunków było nam wyjątkowo ciepło.
Po godzinie odbiliśmy ze szlaku w Dolinę Miętusią, wchodząc w rejon dostępny wyłącznie dla taterników jaskiniowych.
W jaskini
Pod otworem złapaliśmy oddech, zjedliśmy szybkie drugie śniadanie i przebraliśmy się w kombinezony oraz sprzęt jaskiniowy potrzebny do pokonywania odcinków linowych. Jako pierwsza weszła ekipa poręczująca, przygotowując drogę dla zespołu transportowego.
Jaskinia zaczyna się słynną „rurą” – ponad 200-metrowym horyzontalnym ciągiem ciasnot i przewężeń, schodzącym stopniowo w dół. Całą drogę pokonuje się praktycznie pełzając na kolanach. Transport sprzętu nurkowego przez te partie jest zarówno wyczerpujący fizycznie, jak i obarczony ryzykiem jego uszkodzenia. Aby zminimalizować możliwość uszkodzenia zaworów butli, dzięki pomysłowi Janka, użyłem samemu wykonanych osłon z rur kanalizacyjnych. Ograniczenie dźwięków obijanej butli o skały, również dobrze wpływa na samopoczucie całego zespołu.
Zsuwając się w dół z butlą między nogami, wciąż nie mogłem uwierzyć, że naprawdę realizujemy tę akcję. Po wyjściu z „rury” poczułem ulgę – cały sprzęt dotarł bezpiecznie. Minęliśmy „podwieszone jeziorko”, które przez większą część roku jest zalane
Nurek w syfonie
Przygotowanie do nurkowania
aż po strop, uniemożliwiając dalszą penetrację. Dalej czekały na nas odcinki linowe, wąskie przejścia i obszerne sale.
Po czterech godzinach od wejścia dotarliśmy do wlotu Wielkich Kominów, gdzie spotkaliśmy ekipę poręczującą – Anię, Janka i Majora. Krótka przerwa na jedzenie, przygotowanie worków nurkowych i ruszamy w dół w stronę syfonu.
Przed zjazdem zdjąłem kapsle z osłon butli. Dodatkowo przypiąłem do uprzęży zarówno worek, jak i samą butlę zawieszoną na pętli alpinistycznej – podwójne zabezpieczenie było konieczne. Sama myśl o lecącej z wysokości ponad 80 m pełnej butli, mrozi krew w żyłach.
Wielkie Kominy słyną z tego, że „się leje” – podczas zjazdu często na grotołazów leje się woda. Można sobie wyobrazić, że to tak, jakby w jaskini padał deszcz. Przy temperaturze około 4°C oznacza to szybkie wychłodzenie organizmu. Na dole sprawnie przystąpiłem do montażu sprzętu. Rozłożyliśmy tarp, by móc przebrać się i uchronić sprzęt
Spod wody
przed gliną oraz piaskiem. Wszedłem w tryb pełnego skupienia: butle, skafander, uprząż, montaż latarek na kasku, sprawdzenie automatów.
Gdy byłem gotowy, dałem sygnał i ruszyliśmy w stronę syfonu. Do pokonania został jeszcze fragment pochylni opadającej wprost do wody. Nad lustrem wody wciąż znajduje się niewielka platforma zamontowana przed wieloma laty – idealne miejsce, by ostatecznie dopiąć konfigurację. Syfony w głębi jaskiń od zawsze rozpalały moją wyobraźnię, zawsze chciałem zobaczyć ,,co jest za zakrętem’’.
Nurkowanie
Syfon zaczyna się wąską szczeliną; początkowe zanurzenie odbywa się całkowicie pionowo. Już przy wejściu do wody wzbudziły się osady i do głębokości około 15 metrów płynąłem w bardzo ograniczonej widoczności. Poniżej woda była krystalicznie czysta.
Planowałem przepłynięcie za syfon do partii zwanej „Podwójne Życie Weroniki”. Ze względu na zamulenie najpierw skierowałem się jednak do przegłębienia w korytarzu prowadzącym do Ciasnych Kominów. Na 30 metrach korytarz był dość przestronny, z pięknie wykształconymi flutesami (krasowa forma żłobionych ścian). Czułem ogromny przywilej, mogąc doświadczać tego miejsca.
W drodze powrotnej zamierzałem wpłynąć do „Podwójnego Życia Weroniki”, co w przypadku gdybym zdecydował się na przepłynięcie wcześniej pełnego trawersu do Ciasnych Kominów wiązałoby się z czterokrotnym zejściem do 30 metrów. Zdecydowałem się więc nie wykonywać pełnego trawersu do Ciasnych Kominów, w obie strony. Ogromny wysiłek związany z wyjściem z jaskini wymaga szczególnej ostrożności w kontekście ryzyka choroby dekompresyjnej.
Wracając, zauważyłem, że osad wzburzony podczas wejścia spłynął do korytarza prowadzącego do „Podwójnego Życia Weroniki”. Płynąłem w niemal zerowej widoczności, wzdłuż luźno zamocowanej poręczówki. Wiedziałem, że na głębokości 30 m
jest ,,przechód’’, zwężenie, które dodatkowo lubi się zasypywać. Nie znając dokładnego profilu korytarza i biorąc pod uwagę warunki, postanowiłem tym razem zawrócić. Jak mawiali moi mentorzy: „jaskinia poczeka”.
Od 15 metrów aż do wynurzenia widoczność wynosiła około 30 cm. Maksymalna głębokość nurkowania wyniosła 30 metrów, a czas pod wodą – 30 minut, temperatura wody 4 stopnie Celcjusza.
Z całego serca dziękuję wszystkim uczestnikom tej akcji za zaangażowanie, determinację i ogrom włożonej pracy.
Bez zgranego zespołu przeprowadzenie takiego przedsięwzięcia byłoby niemożliwe. Wspaniale było przeżyć wspólnie z Wami tą przygodę, do następnego!
W akcji udział wzięli członkowie Speleoklubu Warszawskiego:
Ania Kaliska
Jan Zabrzyjewski
Jan Grzeszek
Sławomir Derymacki
Arek Kowalski
Jeremiasz Major
Artur Juraszek
Andrzej Piotrowski
Maciek Piechota
Piotr Karpiński (nurek)
CUT THROUGH THE DARKNESS
Jaskinia MOLNÁR JÁNOS
Podwodny Budapeszt
Majestatyczny gmach Parlamentu, potężny Dunaj, relaksujące łaźnie termalne i… langosz – to do niedawna były moje główne skojarzenia z Budapesztem.
Odwiedzałem to miasto wiele razy – nawet już jako nurek –ale dopiero kilka lat temu (także z poprzednich numerów Perfect Diver) zdałem sobie sprawę, że pod ruchliwym miastem kryje się jeden z najbardziej niezwykłych systemów jaskiń nurkowych Europy – jaskinia Molnár János.
Historia Molnár János sięga XIX wieku i nierozerwalnie wiąże się z termalnymi źródłami Budapesztu. W okolicy dzisiejszej jaskini działały młyny wodne oraz łaźnie korzystające z ciepłej wody wypływającej spod Wzgórza Róży (Rózsadomb). Nazwa miejsca pochodzi od Jánosa Molnára – właściciela jednego z młynów, który jako jeden z pierwszych opisywał zjawiska hydrologiczne tego obszaru. Przez dziesięciolecia znane były jedynie niewielkie, suche fragmenty korytarzy jaskiniowych. Przełom nastąpił w XX wieku, kiedy rozpoczęto pierwsze próby eksploracji zalanych partii. Okazało się, że pod powierzchnią znajduje się rozległy system korytarzy utworzonych w wyni-
ku tzw. krasu termalnego – procesu, w którym ciepłe, bogate w minerały wody rozpuszczają wapienne skały od wewnątrz. Intensywna eksploracja nurkowa rozpoczęła się w latach 70., a szczególnie dynamiczny rozwój badań nastąpił po 2000 roku. Węgierscy nurkowie odkryli kolejne kilometry tuneli, studni i komór, tworząc skomplikowaną sieć poręczówek i stałych instalacji. Dziś znany system osiąga ok. 8 kilometrów długości i wciąż jest rozwijany.
Unikatową cechą Molnár János jest stała temperatura wody, czyli między 20 a 28°C w zależności od głębokości oraz bardzo dobra przejrzystość, która niestety może zostać bardzo łatwo zniszczona, przez niekontrolowaną pływalność. Jednym z miejsc, gdzie szczególnie będziemy uczulani na kontrolowanie swojej pozycji jest fragment jaskini nazywany przez przewodników „Saharą”. Zawdzięcza on nazwę jasnemu, żółtawemu osadowi pokrywającemu dno. Nie jest to naturalnie piasek pustynny
Tekst i zdjęcia ŁUKASZ METRYCKI
w klasycznym sensie, lecz drobnoziarnisty materiał węglanowy powstały z rozpuszczania i redepozycji wapiennych skał. Domieszki tlenków żelaza nadają mu ciepły odcień, który w świetle latarek rzeczywiście przypomina podwodną pustynię. Przy nieumiejętnym użyciu płetw, czy po chwilowym zagapieniu się i nie skontrolowaniu pływalności, możemy tu wzbudzić cały ten osad i spowodować niemal całkowite ograniczenie widoczności na długi czas. Między innymi z tego powodu, ale przede wszystkim z cave'owego charakteru nurkowań w Molnar, musimy przestrzegać szeregu restrykcyjnych zasad. Nurkowania odbywają się maksymalnie w grupach czteroosobowych (przewodnik oraz trzech nurków). Dublowanie sprzętów jak maska, komputer czy latarka, nie jest zaleceniem, a wymogiem. Podobnie jak ważne zaświadczenie od lekarza o stanie zdrowia pozwalającym na nurkowanie oraz ubezpieczenie nurkowe (np. DAN).
Obowiązkowa jest również konfiguracja dwubutlowa (twin lub sidemount) z długim wężem (minimum 210 cm) oraz suchy skafander (chyba, że zadowolimy
Zdjęcie Konrad LUBCZYŃSKI
się pozostaniem w najbliższej wejścia Strefie 1).
Nurkowania są prowadzone zgodnie z zasadą zarządzania gazem obowiązującą w nurkowaniu jaskiniowym, czyli Rule of Thirds (Zasada 1/3). Zgodnie z nią 1/3 gazu służy nam do przeprowadzenia nurkowania, 1/3 jest zarezerwowana na powrót, a ostatnie 1/3 na sytuacje awaryjne. W praktyce, oznacza ona, że powrót rozpoczynamy zawsze, gdy pierwszy z grupy osiągnie
150 bar w zestawie dwubutlowym. Daje to nam duży margines bezpieczeństwa w przypadku nieoczekiwanej sytuacji.
Ta cała lista wymogów, nie jest kaprysem bazy, a dużym naciskiem na bezpieczeństwo, które jest podstawą przy nurkowaniu jaskiniowym. Wszystko to składa się na obraz nurkowań niebezpiecznych i mogłoby niektórych zniechęcić do nurkowania w Molnar, ale zaczekajcie z wyrokiem. Nawet nurkowie ze średnią orientacją pod wodą nie powinni się poczuć
przytłoczeni tym, co zastaną podczas przedzierania się przez – czasem nawet wąskie – korytarze. Przyczyną jest doskonałe poręczowanie każdego dostępnego szlaku, dokładne opisanie „drogowskazami” kierunku do wyjścia razem z głębokością oraz odległością. Mimo wszechobecnego mroku, dostrzeżenie strzałki z napisem „EXIT – 106 m” daje nam poczucie bezpieczeństwa, nawet nie będąc opływanym w jaskiniach i preferując otwarte przestrzenie, błękitną wodę i kolorowe rafy. Molnár János jest jednym z najlepszych miejsc do szkoleń jaskiniowych w tej części Europy, z czego polscy instruktorzy często korzystają. Niezaprzeczalnym plusem jest też organizacja i wyposażenie tamtejszej bazy. Korytarze jaskini przystosowane są jako cześć infrastruktury powierzchniowej, wyposażone we
Konrad LUBCZYŃSKI
wszystko co do przygotowań jest nurkowi potrzebne. Baza dysponuje pełnym asortymentem sprzętu do wypożyczenia, własną bardzo sprawnie działającą sprężarkownią oraz liczną i pomocną kadrą. W powszechnej opinii, Everestem, jeżeli chodzi o nurkowania jaskiniowe są meksykańskie Cenoty i to do nich wszystko inne jest porównywane. Utwierdziłem się natomiast w przekonaniu, że „tańsza i bliższa” alternatywa wcale nie musi być czymś do czego będziemy podchodzić z jedynie umiarkowanym entuzjazmem. Jak głosi napis przed wejściem do jaskini, Molnár János jest prawdziwym HAPPINESS FACTORY.
Specjalne podziękowania dla organizatora wyjazdu – Konrada z Nurkowanie.pl
Zdjęcie
UCZYMY, WSPIERAMY, INSPIRUJEMY.
KURSY
NURKOWANIA
REKREACYJNEGO
KURSY
NURKOWANIA
TECHNICZNEGO
POWIETRZE / NITROX / TLEN / HEL DO 300 BAR
WYPRAWY NURKOWE
KURSY
PIERWSZEJ
POMOCY EFR.
AUTORYZOWANY SERWIS
SPRZĘTU
NURKOWEGO
Niczym WENUS z MILO
Tekst MARCIN TRZCIŃSKI Zdjęcie DARIUSZ MROZEK
Æ Parametry ekspozycji: tryb M, 1/160 sek. f/16 ISO 100
Æ A parat: Nikon Z8
Æ O biektyw: Nikkor Z MC 105mm f/2.8 VR S Macro
Æ O budowa: Nauticam NA-Z8 + port płaski
Æ L ampy: 2x Inon Z330
Ponieważ nie był to mój pierwszy wypad na Lembeh, więc już wiedziałem z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Wiecie, długie godziny w samolocie, nużące przesiadki i ciągły strach czy nie zgubią mi gdzieś bagażu. Ale perspektywa była zbyt kusząca, by temat odpuścić. Zwłaszcza że wyjazd organizował Adaś Sokólski, a przecież jego Blue Photo Adventures słynie z kameralnych wyjazdów do małych, ale bardzo przyjaznych ośrodków nurkowych. No i zasady, że na jednego divemastera przypada co najwyżej dwóch fotografów.
Więc poleciałem. Co lepsze zabrałem ze sobą… żonę. Wersję idealną – nurkującą, ale nie fotografującą, co skutkowało posiadaniem własnego tropiciela / oświetleniowca oraz zdobyciem u niej cennych punktów.
To było chyba czwartego dnia wyjazdu, gdy po krótkim odpoczynku, słusznie należnym po całym dniu tyrania pod wodą, zdecydowaliśmy się jeszcze na nocne. Zaczęło się „spektakularnie” – 15 metrów głębokości, czarny piach i kompletnie nic. Widoki porywające niczym akcja w „Nad Niemnem”. Kolejne minuty wlokły się jak osobowy z Tłuszcza do Małkinii, podczas gdy powietrze wcale nie chciało zniknąć z butli, co pozwoliłoby zakończyć tą męczarnię. Zapadłem już w lekki letarg, gdy nagle… nadpłynęła Ona. Znaczy żona. Tyle, że zamiast ładnego trymu i spokojnej sylwetki miałem przed sobą jej podekscytowaną wersję, gestykulującą niczym włoska sprzedawczyni cytrusów na Campo de Fiori. Złapała mnie za rękę i szarpnęła ciągnąc na stragan. Tfu, to znaczy w rozciągającą się przed nami bezkresną ciemność. Ani chybi azotówka. Ale kilka kopnięć płetwą później musiałem wszystko odszczekać. Niczym Wenus z Milo moja modelka siedziała na białej muszli taksując mnie krytycznie spod oka. Taka ocena przeważnie wypada dość słabo i zblazowana, znudzona gwiazda odpływa gdzieś w toń. Przeważnie, ale nie tym razem! Gdy tylko zacząłem łapać w kadrze jej profil zaczęła wdzięczyć się do obiektywu, wyginając, obracając i przesuwając swoje doskonale umięśnione ciało. To przykrywała się, to odsłaniała białą muszlą, mając chyba nie mniejszą niż ja satysfakcję z powstających zdjęć. Bawiliśmy się na tyle dobrze, że prawie się zapomniałem i w ostatniej chwili pohamowałem przed pokazaniem jej na wyświetlaczu ostatnich ujęć, chcąc zaproponować kilka kolejnych ustawień.
O ile standardowo robię średnio około 4-5 zdjęć jednego obiektu, to teraz, już po chwili miałem ich ponad pięćdziesiąt. Pewnie dalej bym tam siedział, gdyby nie obawa, że uderzy jej do głowy woda sodowa. Już widziałem oczami wyobraźni ten rachunek za sesję na cenowym poziomie Cindy Crawford. Dlatego szczęśliwy, choć już tęskniący odpłynąłem ku powierzchni, kontem oka widząc siedem machających mi na pożegnanie ramion.
Opowieści Darka Mrozka wysłuchał, a potem ją spisał Marcin Trzciński
Nurek z APARATEM
Tekst i zdjęcia PIOTR STÓS
Nie istnieją jasne wytyczne, jak dobrze trzeba nurkować, by zacząć fotografować pod wodą.
Dla jednych aparat pojawia się dopiero wtedy, gdy czują się w pełni pewnie i są w stanie zająć się czymś więcej niż kontrolą przebiegu nurkowania.
Inni nie mają takich wątpliwości i chcą dokumentować swoje podwodne przygody od pierwszego zanurzenia.
Dużo zależy od okoliczności, warunków nurkowania oraz wsparcia partnerów i przewodników.
Jedno jest pewne: umiejętności nurkowe, które są istotne dla fotografa, to dokładnie ten sam zestaw kompetencji, który powinien posiadać każdy dobry nurek – tyle że opanowany do poziomu odruchu. Tezę, że im lepiej nurkujesz, tym lepiej fotografujesz, potwierdzają swoim przykładem wszyscy znakomici fotografowie podwodni, których znam – a którzy równocześnie są doskonałymi nurkami.
Kontrola pływalności
Najważniejszą umiejętnością dla nurka-fotografa jest kontrola pływalności, czyli zdolność panowania nad swoim położeniem w toni wodnej. Jest ona dla Ciebie tym samym, czym dla rowerzysty poczucie równowagi – bo jak jechać na rowerze, kiedy co chwilę musisz podpierać się nogą?
Pływalność pozwala utrzymać stabilną, nieruchomą pozycję z aparatem w rękach na wybranej głębokości oraz zmieniać ją przy pomocy samego oddechu. Skuteczne fotografowanie nie jest możliwe, gdy nurek nieustannie pracuje płetwami, podpiera się o dno lub co chwilę sięga do inflatora, by skorygować pozycję. Z kontrolą pływalności ściśle wiąże się trym – poziome ustawienie ciała, które zmniejsza opory ruchu, zużycie gazu i pozwala zbliżyć się do dna bez ryzyka uszkodzenia delikatnych organizmów. To umiejętność, którą doskonalimy przez całe nurkowe i fotograficzne życie.
Poruszanie się pod wodą Większość nurków nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo podczas pływania pomaga sobie rękami. Staje się to oczywiste w momencie, gdy zaczynasz nurkować z aparatem trzymanym w obu dłoniach. To jeden z tych momentów, w których pomyślisz, jak fajnie byłoby mieć trzecią rękę… Opanowanie kilku zaawansowanych technik pracy płetwami – takich jak żabka wsteczna,
„helikopter” oraz zmodyfikowana żabka i crawl – zapewni Ci niezbędną swobodę ruchu podczas fotografowania bez używania rąk i bez podnoszenia osadów dennych. Warto poświęcić czas na ich naukę pod okiem instruktora, bo są one jednym z kluczowych elementów komfortowego i precyzyjnego fotografowania.
Komfort termiczny
Podczas robienia zdjęć sporo czasu spędza się w bezruchu, a wychłodzenie organizmu szybko odbiera przyjemność fotografowania. Wybór odpowiedniego skafandra ma tu kluczowe znaczenie. Nawet w wodach tropikalnych, przy temperaturze rzędu 29–30°C, wielokrotne nurkowania w ciągu dnia przez kilka dni z rzędu mogą prowadzić do wyraźnego wychłodzenia i spadku entuzjazmu. Skafander o grubości 3 mm lub sam ubiór z lycry często okazują się niewystarczające.
Wielu fotografów korzysta z cieplejszych pianek, neoprenowych kamizelek, a nawet suchych skafandrów – także w rejonach uznawanych za ciepłe, jak Morze Czerwone, gdzie zimą temperatura wody spada do 21–23°C. Warto również pamiętać o kapturze, który ogranicza napływ wody do kanału słuchowego i zmniejsza ryzyko infekcji. Trudno o bardziej frustrującą sytuację niż zapalenie ucha, które zmusi Cię do rezygnacji z nurkowań podczas długo oczekiwanego wyjazdu
Zarządzanie czasem i zużyciem czynnika oddechowego Podczas fotografowania zużywamy więcej gazu niż w trakcie nurkowania bez aparatu. Pogłębiamy oddech podczas zmiany pozycji i szukania lepszego kadru, męczymy się, gdy wyprzedzamy grupę nurków–modeli, a przy pierwszym spotkaniu z rekinem wielorybim często nieświadomie przyspieszamy wentylację. W moim przypadku różnica ta wynosi niemal 30% – warto, abyś również sprawdził swój fotograficzny SAC (Surface Air Consumption).
Jak poradzić sobie ze zwiększonym zużyciem gazu? Najprostszym rozwiązaniem jest nurkowanie z większą butlą (15 l lub 100 cuf), a czasem także z dodatkową butlą „stage”, która zapewnia odpowiedni zapas pod koniec nurkowania. Przy
głębszych i/lub dłuższych nurkowaniach warto nauczyć się korzystania z konfiguracji sidemount lub twinset. Dają one nie tylko większy zapas gazu, ale także spokój – niezwykle ważny podczas fotografowania.
Nie bez znaczenia jest również Twoje wytrenowanie: ogólna forma fizyczna oraz świadoma kontrola przeponowego toru oddychania, który zapewnia efektywną wentylację płuc. Staraj się nie dopuszczać do zadyszki i rozwijaj umiejętność panowania nad emocjami towarzyszącymi fotografowaniu. To naprawdę działa.
Pamiętaj, że im głębiej fotografujesz, tym częściej powinieneś kontrolować zapas gazu. Fotograf łatwo daje się pochłonąć pracy nad kadrem i traci poczucie czasu. Systematyczne sprawdzanie manometru to jeden z najważniejszych nawyków, które należy wypracować, aby nie kończyć nurkowania „na oparach”. Emocje związane z pozornie wyjątkową okazją fotograficzną często prowadzą do przeceniania potencjału ujęcia – a zdjęcia wykonywane w stresie rzadko są tak dobre, jak nam się w danym momencie wydaje.
Limity bezdekompresyjne Równie ważna, jak kontrola zapasu gazu, jest kontrola pozostałego czasu bezdekompresyjnego. Na głębokościach przekraczających 20 metrów limit ten potrafi kurczyć się bardzo szybko. Jeśli nie posiadasz przeszkolenia do prowadzenia nurkowań dekompresyjnych, jego systematyczne śledzenie jest absolutnie kluczowe.
Wykonywanie niezaplanowanej dekompresji bez odpowiedniego zapasu gazu nie jest praktyką bezpieczną. Ryzyko to można częściowo ograniczyć, stosując nitrox, który wydłuża limity bezdekompresyjne przy jednoczesnym ograniczeniu maksymalnej głębokości nurkowania. Przy charakterystycznych dla fotografów „zębatych” profilach nurkowania może on również zmniejszać ryzyko wystąpienia objawów choroby dekompresyjnej.
Każde nurkowanie kończ przystankiem bezpieczeństwa i zawsze planuj rezerwę gazu na jego wykonanie. Przy pracy na większych głębokościach dobrym rozwiązaniem bywa umieszczenie dodatkowego komputera nurkowego w polu wi-
dzenia – na obudowie aparatu lub ramieniu lampy – tak aby parametry nurkowania były widoczne bez odrywania uwagi od kadru.
Przyjmij zasadę, że przed rozpoczęciem pracy nad nowym ujęciem sprawdzasz zarówno zapas gazu, jak i pozostały limit czasu. Dzięki temu nie przegapisz momentu, w którym należy bezpiecznie rozpocząć wynurzenie.
Nowe warunki, nowe wyzwania
Fotografie podwodne powstają w bardzo różnych środowiskach – od spokojnych, płytkich raf po wraki na dużej głębokości, jaskinie czy miejsca omywane silnymi prądami. Zanim zaczniesz fotografować w nowym dla siebie środowisku, naucz się, jak bezpiecznie w nim nurkować. Ukończ odpowiednie szkolenie, a pierwsze nurkowania wykonaj bez aparatu, koncentrując się wyłącznie na technice i budowaniu bezpiecznych nawyków. Im większe jest Twoje doświadczenie nurkowe, tym łatwiej poradzisz sobie z wyzwaniami, jakie stawia środowisko i logistyka fotografii podwodnej. Nie wahaj się też zostawić aparat na łodzi, jeżeli uznasz, że panujące warunki są zbyt trudne, i że tym razem trzeba się skupić wyłącznie na nurkowaniu. Nurkowanie można powtórzyć, a bezpieczeństwo jest najważniejsze.
Ty i Twój sprzęt Sprzęt fotograficzny jest kosztowny i poświęcamy mu podczas nurkowania dużo uwagi. Warto jednak zawczasu zadać sobie kilka niewygodnych pytań. Co zrobisz, jeśli będziesz musiał wypuścić aparat z rąk, by pomóc partnerowi? Jak zareagujesz, gdy zauważysz wodę w obudowie? Czy wystarczy Ci spokoju, żeby bezpiecznie zakończyć nurkowanie, a nie ruszyć sprintem na powierzchnię, żeby ratować sprzęt, bez względu na wszystko inne? Jak się zachowasz w sytuacji, gdy upuścisz aparat na dno podczas wychodzenia na łódź?
Świadomość takich sytuacji nie służy straszeniu, lecz mentalnemu przygotowaniu. Ułatwia racjonalne działanie wtedy, gdy coś pójdzie nie tak. W miarę możliwości warto także rozważyć ubezpieczenie sprzętu – zapewnia ono spokój
ducha, który sprzyja podejmowaniu właściwych decyzji.
Nurkowanie partnerskie
Nurkowanie jest z natury aktywnością zespołową i fotografowanie pod wodą nie musi tego zmieniać. Dobrze zgrana grupa fotografów potrafi nurkować razem, nie gubiąc się i nie naruszając zasad bezpieczeństwa. Partner nurkowy to nie tylko ktoś, kto podnosi poziom bezpieczeństwa, ale także potencjalny model, asystent lub osoba, która wypatrzy ciekawy temat do zdjęcia.
Jeżeli nurkujesz w nowym towarzystwie, upewnij się, że Twój styl nurkowania fotograficznego będzie akceptowany
i że nie oddzielisz się od grupy zaraz po wejściu do wody, stając się mimowolnie nurkiem solo.
A przy okazji – czy nurkowanie „solo” to złe rozwiązanie? To zależy. Nie da się ukryć, że wielu zaawansowanych fotografów potrzebuje czasu i niezakłóconej uwagi, pozwalającej skupić się wyłącznie na fotografowanym obiekcie. Najczęściej ich umiejętności nurkowe i doświadczenie pozwalają na bezpieczne przeprowadzanie takich nurkowań. Nie jest to jednak „sport” dla każdego. Wymaga odpowiedniej konfiguracji sprzętu, zapasu gazu, dużej odpowiedzialności oraz formalnych uprawnień do prowadzenia tego typu nurkowań. Jeżeli osiągnąłeś ten etap, pamiętaj, aby każdorazowo uzgadniać samodzielne nurkowanie z partnerami i organizatorami. Mówiąc wprost: nie pozwól, by Twoja fotograficzna frajda została okupiona czyimś stresem.
Kierunek: rozsądek
Dobry fotograf podwodny z reguły jest także bardzo dobrym nurkiem. Czy zdarza się jednak zapomnieć o zasadach bezpieczeństwa w pogoni za wymarzonym ujęciem? Oczywiście – grozi to każdemu z nas. Im większe doświadczenie i bardziej sprecyzowane cele fotograficzne, tym łatwiej przesunąć granice.
Z ręką na sercu przyznajemy, że żadne zdjęcie nie jest warte narażania bezpieczeństwa swojego i partnerów, a jednak – w ferworze polowania na idealny kadr – jesteśmy czasem gotowi zanurzyć się głębiej, niż było to planowane, zostać pod wodą dłużej, niż pozwala bezpieczny zapas gazu, wpłynąć w trudny teren bez odpowiedniego wyposażenia lub odłączyć się od grupy i odpłynąć w siną dal. Żadne zdjęcie nie jest warte ryzykowania zdrowia ani życia. Nie ma niestety kursów, na których uczy się fotografów jak nie robić pod wodą głupot. Na licencję ze zdrowego rozsądku każdy z nas musi zapracować sam.
Tekst pochodzi z przygotowywanej książki: „Fotografia podwodna bez tajemnic”.
Aparat pod wodą to tylko narzędzie, a dopiero świadome, kompetentne nurkowanie stwarza przestrzeń dla skutecznego fotografowania. Gdy podstawy bezpieczeństwa i kontroli są opanowane, pojawia się kolejne pytanie: dlaczego nawet poprawnie wykonane zdjęcia często wyglądają pod wodą „płasko” i blado? W następnym odcinku przyjrzymy się więc temu, jak światło zachowuje się w wodzie i z jakich narzędzi skorzystać, żeby uzyskać wspaniałe fotografie podwodne.
Piotr Stós, Instruktor fotografii podwodnej, SSI Instructor Trainer, Właściciel Nautica Safari
REKLAMA
pomagamy wrócić do nurkowania i odzyskać komfort pod wodą – nawet jeśli po OWD masz problem z pływalnością, oddechem czy stresem - bez ocen, bez presji, bez „beznadziejnych przypadków”.
SZKOŁA NURKOWANIA STWORZONA PRZEZ LUDZI, KTÓRZY CHCĄ UCZYĆ.
Nie jesteśmy centrum nurkowym.
Jesteśmy szkołą, która stawia na jakość, relację i realne umiejętności
zanurzenia, przez kolejne stopnie i specjalizacje, aż po świadome, bezpieczne nurkowanie.
Uczymy. Tłumaczymy. Zabieramy pod wodę. Uczymy nurkować świadomie i bezpiecznie.
Program powrotu do nurkowania po przerwie.
Szkolimy również w języku angielskim.
sprz ę t wyprawyedukacja
COMEBACK
OD PODSTAWOWEGO DO ZAAWANSOWANEGO
UMIEJĘTNOŚCI NURKOWYCH
● W weekend 13/14 marca odbyła się VII edycja Festiwalu Głębiny, który otworzył wernisaż wystawy fotografii podwodnej Franka Arona. Przez 2 dni można było podziwiać kilkanaście świetnych prac Autora. W sobotę Festiwal wystartował pokazem filmów podwodnych, które walczyły o zwycięstwo w konkursie Podwodne Światy. Do jury wpłynęło około 70 filmów z czego zaprezentowano nam ok 10. Bezapelacyjnie I miejsce zdobył Paweł Franczyk z filmem „Mieszkańcy Głębin”, II miejsce zdobył Marcin Trzciński z filmem „Orenaria, nurkowanie na wraku antycznego rzymskiego statku”, III miejsce zdobył Jarek Matyga z filmem „Sipadan 2025, nurkowanie w jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie”. Po ogłoszeniu wyników nastąpiła seria ciekawych prelekcji. Największym zainteresowaniem cieszył się Bartek Pitala, który swoje wystąpienie nazwał: „Cisza, ciemność, głębia –eksploracja podwodnych jaskiń Europy”.
● Zapraszamy do udziału wszystkich chętnych, którym bliska jest tematyka ochrony ekosystemów wodnych na Konferencję Naukowych Badań Podwodnych. Konferencja odbędzie się w dniach 16-19 kwietnia 2026 r. w Ośrodku AMW Rewita Waplewo (Maróz 2, 11-015 Olsztynek). Wydarzenie: Naukowe Badania Podwodne.
● W ostatni weekend marca – odbył się IDF Meeting, który zgromadził już na kilka tygodni przed terminem komplet uczestników. Bardzo ciekawe prelekcje i spotkania oraz rozmowy i poczuciem humoru –towarzyszyły nam przez cały czas spotkania.
● W dniach 1-3 maja 2026 odbędą się Demo Days –ECN-Systemy nurkowe. Gdzie: Dive Land – baza nurkowa w Helu. Będziecie mogli przetestować dostępny dla Was sprzęt od latarek po suche skafandry:
#Hollis Rebreathers Polska
#HollisPolska
#BarePolska
#AtomicAquatics
#Zeagle
#Oceanic
● 23-24 maja 2026 Nurkowe Demo Days – XV edycja. Spotykamy się w Via Sport Marina „Koparki” w Jaworznie. W programie między innymi: masa sprzętu do testów, prezentacje, prelekcje, warsztaty, poszukiwanie skarbów, ognisko integracyjne.
WAŻNE – w sobotę wstęp bezpłatny od godziny 9:00; w niedzielę wstęp zgodnie z cennikiem. Wystawcy oraz marki sprzętu szukajcie w wydarzeniu: XV Edycja Nurkowych Demo Days
WYDECH!
Tekst WOJCIECH A. FILIP
JAK NIE PRZESZKADZAĆ SOBIE ODDECHEM
Zmieniasz maskę pod wodą i nagle zaczynasz się wynurzać?
Zamieniasz automaty i dzieje się to samo?
Sięgasz do zaworu butli i też zaczynasz lecieć ku powierzchni?
Najczęściej dzieje się tak dlatego, że naszą naturalną reakcją na stres jest mimowolny wdech.
Wdech zwiększa objętość płuc, a więc także pływalność. Dlatego w stresie często zaczynamy nieświadomie się wynurzać.
Przeanalizujmy to szybko. Masz zdjąć maskę – jako ostatnią czynność robisz… wdech. A przecież cały czas masz automat w ustach – możesz spokojnie zaczekać z wdechem
Druga sytuacja: zmiana automatów. Nie tylko chcesz jak najkrócej pozostawać bez automatu w ustach, ale tuż przed jego wyjęciem robisz… no tak, znowu wdech.
Chcesz sięgnąć za głowę do zaworu, żeby go otworzyć, i niemal odruchowo w czasie sięgania robisz… wdech, mimo że w tym przypadku tylko utrudnia ci to dosięgnięcie zaworu.
Podobnych sytuacji jest w nurkowaniu sporo.
Od chęci wzięcia „trochę powietrza na zapas”, kiedy uczysz się podstaw, przez ćwiczenia na różnych poziomach zaawansowania, aż po sytuacje rzeczywiście niespodziewane – np. awaria latarki w jaskini albo na nocnym nurkowaniu.
Mój dobry znajomy, doświadczony instruktor, wyskoczył kilka razy na powierzchnię podczas ćwiczeń przypadkowego zgubienia maski. Zapytany, nie umiał powiedzieć, jak to się stało. Kiedy oglądaliśmy nagrania z treningu, okazało się, że tuż po zrzuceniu maski znikały bąble wydechu.
Przez ponad 20 lat pracy z kursantami zrobiłem sporo notatek, próbując znaleźć czynności, które najczęściej wywołują odruchowy wdech i zatrzymanie wydechu.
Najczęściej są to:
ćwiczenia z maską wyjmowanie automatu ruchy wykonywane z dużą siłą, kiedy ta siła w ogóle nie jest potrzebna (np. praca zaworami)
Później lista się rozjeżdża. Od niepotrzebnego wdechu w czasie wypuszczania powietrza z jacketu, przez wdech podczas pozowania do zdjęć, aż po wdech w czasie sikania przez p-valve. Za każdym razem kończyło się to albo inicjowaniem wynurzania, albo niekontrolowanym wynurzeniem.
Podsumujmy tę część krótko: wiele ćwiczeń wykonasz dużo spokojniej, jeżeli zaczniesz je od wydechu.
Zdjęcie TECLINE
JAK TO ZROBIĆ?
Najprościej ustalić z instruktorem lub partnerem, że przed rozpoczęciem ćwiczenia pokazuje znak „wydech”.
Masz sięgnąć do zaworu – zacznij od wydechu.
Chcesz zamienić automat – zacznij od wydechu.
Nie musi to być wydech, który odwróci cię na lewą stronę. Zrób po prostu spokojny wydech i dopiero potem wykonaj czynność.
DOBRA, ALE KIEDYŚ MUSZĘ ZROBIĆ WDECH!
Oczywiście.
Pozostań chwilę na wydechu i zrób spokojny, lekki wdech.
Lekki? Czyli jaki?
ZASADA FOTELA
czyli joga vs karate
Załóż dres albo inny luźny strój.
Usiądź w ulubionym fotelu. Rozluźnij się. Popraw pozycję tak, żeby było naprawdę wygodnie.
Zamknij na chwilę oczy i… ziewnij. Tak normalnie – nabierz powietrza przez szeroko otwarte usta, a potem zrób wydech. Pomyśl o czymś przyjemnym albo przeczytaj kilka stron książki.
Jeżeli ktoś w tym czasie zmierzyłby twój oddech, wynik byłby mniej więcej taki: robisz około 8–12 spokojnych oddechów na minutę, a każdy wdech to mniej więcej 0,5 litra powietrza.
Jeżeli po zanurzeniu, ale jeszcze przed rozpoczęciem płynięcia, zrobisz sobie taki podwodny fotel, bardzo łatwo przypomnisz sobie ten sposób oddychania: spokojnie, niezbyt głęboko.
Oczywiście sprzęt musi być dopasowany tak jak dres, a ty rozluźniony jak w fotelu.
Ustabilizuj pływalność, zamknij na chwilę oczy.
To wszystko potrwa około minuty.
Nie zmieniaj sposobu oddychania, nie przyspieszaj, nie wykonuj gwałtownych ruchów.
Daj się ponieść wodzie – nie walcz z nią.
DOBRA, ALE JAK DŁUGO TAK MOŻNA?
Całe nurkowanie.
Kiedyś robiliśmy z Krzyśkiem nurkowanie za restrykcją w jaskini Glavas. Nikt przed nami tego nie zrobił, więc wiadomo –pierwsze przejście, eksploracja, co tam będzie…
Po publikacji ktoś obejrzał film z tego nurkowania i zapytał
mnie: „Dlaczego tak wolno oddychasz?”
Oddycham normalnie. Techniką fotelową i staram się robić to zawsze.
Nie musisz się jej uczyć – już ją znasz. Wystarczy przypomnieć sobie, jak oddychasz w swoim ulubionym fotelu.
To nie żart. Sprawdź tylko, czy coś w sprzęcie nie przeszkadza i działaj.
Nie tylko spadnie zużycie gazu, ale też zaczniesz widzieć dużo więcej.
A O CO CHODZI Z TĄ JOGĄ I KARATE?
Przez wiele lat byłem związany ze sportami walki.
Joga jest świetna – pomaga się wyciszyć i stabilizować ciało – ale uczy oddychania od początku. I zwykle przez nos, czego pod wodą raczej nie wykorzystamy.
My, ludzie, nie lubimy uczyć się oddychać na nowo.
Po każdej próbie jakiejś „techniki oddychania” po pewnym czasie wracamy do naszego naturalnego sposobu, bo nie wymaga ciągłej kontroli.
Pod wodą działa to podobnie. Jeżeli skupisz się wyłącznie na kontrolowaniu oddechu, stres zacznie rosnąć, aż w końcu pojawi się zadyszka – mimo że próbujesz oddychać „idealnie”.
Zdjęcie Nguyen HUNG
Zdjęcie Jared RICE
Zdjęcie Kira Rauner
A KARATE?
Tu sprawa robi się ciekawa.
W wielu technikach obronnych moment działania związany jest z wydechem. Po latach zauważyłem, że w sytuacjach stresowych robię krótki wydech i napinam brzuch – coś bardzo podobnego do Ibuki.
Wydech pojawia się tam przy wielu elementach: Kiai, Nogare czy Kime.
Nie robimy ich siedząc w fotelu, ale gdybym miał wskazać szkołę, która naprawdę uczy wydechu w stresie, to… szkoła japońska jest całkiem nurkowa
FOTEL PRZED TV POWIE CI JAK ODDYCHAĆ
Nie wierzysz?
Zamiast przekonywać, proponuję prosty test.
Przygotuj linkę z oznaczeniami głębokości co 0,5 m i ustaw ją pionowo w miejscu ćwiczeń (np. przy bojce).
Zrób ćwiczenie, którego nie lubisz – np. zdjęcie i założenie maski wisząc w toni.
Najpierw zrób to tak jak zwykle Poproś partnera, żeby sprawdził, o ile zmieniła się głębokość.
Potem odpocznij i spróbuj jeszcze raz, oddychając fotelowo.
Pół litra wdechu i wydechu powoduje, że przy wykonywaniu różnych czynności skok głębokości zwykle mieści się w granicach ±0,5 metra.
SZKOŁA SNAJPERÓW, CZYLI JA NIE LUBIĘ ANI JOGI, ANI KARATE
Nie próbuj wykonać całego stresującego ćwiczenia od razu.
Podziel je na części. Zastanów się, co dokładnie cię stresuje.
Zdejmij maskę i spokojnie oddychaj.
Po jej założeniu nie oczyszczaj od razu – zacznij od wydechu, a maska oczyści się przy okazji.
Świadomość tego, co robisz pod wodą, to umiejętność znajdowania miejsc, w których coś nie działa tak, jak powinno –i spokojnego ich poprawiania.
CO DAJE WYDECH?
obniża napię cie układu nerwowego stabilizuje ciało ułatwia kontrolę mięśni tułowia zmniejs za ryzyko odruchowego „gasp” (gwałtownego wdechu) w stresie daje krótką pauzę, w której łatwiej wykonać precyzyjną czynność
CZY TO WSZYSTKO?
Oczywiście nie.
To, jak oddychasz pod wodą, zawsze zależy od ciebie.
Najważniejsze, żeby twój oddech skutecznie usuwał CO₂ z organizmu.
Jeżeli nie potrafisz zwolnić oddechu, zapytaj instruktora czy ustawienia automatu nie generują zbyt dużych oporów oddychania albo czy nie wykonujesz pod wodą zbyt wielu gwałtownych ruchów.
Temat robi się jeszcze ciekawszy, gdy wchodzimy w nurkowania techniczne – ale to już historia na inny artykuł.
PAMIĘTAJ
Czasem najlepszym nauczycielem oddychania jest… twój ulubiony fotel. WAF