nr 43
1 (43)/2026
cena 33,00 zł
cena z dostawą
na terenie PL 45 zł

nurkowanie freediving pasja wiedza
![]()
nr 43
1 (43)/2026
cena 33,00 zł
cena z dostawą
na terenie PL 45 zł

nurkowanie freediving pasja wiedza
Kopalnia OJAMO w Finlandii
Czy dobre zdjęcie to przypadek?









Redaktor Naczelny
Świat podwodny nie zwalnia tempa, a my razem z nim. Oddajemy w Wasze ręce świeże, pachnące nowością wydanie Magazynu Perfect Diver 1/2026. To numer szczególny – wracamy do klejonej wersji papierowej, zapraszamy do prenumeraty i z dużą radością informujemy, że od tego wydania Perfect Diver ukazuje się również w języku niemieckim.
Nie wiem, na ile to zauważyliście, ale ledwie opublikowaliśmy ostatnie wydanie 6/2025, a w nim piękny artykuł o Grenlandii, świat dosłownie oszalał na jej punkcie. Tym razem materiałem otwierającym numer jest opowieść o Nowej Zelandii autorstwa Dominiki Abrahamczyk. Nurkujemy wokół Archipelagu Poor Knights i jedziemy odwiedzić Hobbity.
Na Komodo, wraz z Sylwią Kosmalską-Juriewicz, szukamy nie tylko waranów, ale także mant, błazenków i żółwi. W Morzu Czerwonym, okiem Tomka Kulczyńskiego, podglądamy mniej znany wrak SS Carnatic. Z kolei z Dawidem Strączkiem, który debiutuje na łamach PD, schodzimy pod sufit jaskini Ojamo w Finlandii.
Dzięki Marcinowi Trzcińskiemu, który obok Barbary Glenc dołączył do stałego zespołu współpracowników naszej redakcji, powstał nowy dział nazwany Foto Podwodna. Od tego wydania wszystkie artykuły – mniej lub bardziej techniczne – poświęcone fotografii podwodnej znajdziecie właśnie tam. Dział otwiera fotografia pana lub pani foki. Znajdziecie w nim również tekst Przemka Zybera o tym, czy zrobienie dobrego zdjęcia to tylko przypadek i łut szczęścia, oraz słów kilka Krzysztofa Brudkowskiego o fotografii nocnej.
Wśród debiutów na łamach Perfect Diver jest także materiał Ewy Drucis o bardzo ciekawym programie „Pojąć głębię”. Jest Norwegia w opowieści Barbary oraz moje rozważania o oponach i ich wpływie na środowisko. Wydanie zamyka świetny materiał Wojtka A. Filipa o komunikacji światłem. Zobaczycie, jak niewiele dzieli szybkie pomachanie po oczach partnera, by pokazać partnerowi kolejną ośmiornicę podczas nurkowania nocnego, od „krzyku” o pomoc. To dobry moment, by zrewidować własne podejście do tych sygnałów – co i ja niniejszym uczyniłem.
PS W tym numerze przedstawiamy autorów i ich prace w finale konkursu Nautica Safari, który zakończył się w listopadzie 2025 roku.
Spodobało Ci się to wydanie? Postaw nam wirtualną kawę buycoffee.to/perfectdiver Odwiedź naszą stronę www.perfectdiver.pl, zajrzyj na Facebooka www.facebook.com/PerfectDiverMagazine i Instagrama www.instagram.com/perfectdiver/



północ.
16 Pan lub pani foka
54 Dobre foto to przypadek?!
58 Nurkowanie nocne okiem fotografa foto podwodna








Wydawca PERFECT DIVER Sp. z o.o. ul. Folwarczna 37, 62-081 Przeźmierowo redakcja@perfectdiver.com
ISSN 2545-3319
Redaktor Naczelny
Nurek techniczny
Geografia świata i podróże Reportaż Doradztwo wizerunkowe Tłumacze języka angielskiego Opieka prawna Grafik
Reklama Wojciech ZGOŁA
MAGAZYN ZŁOŻONO KROJAMI PISMA
Tomek KULCZYŃSKI
Anna METRYCKA
Dominika ABRAHAMCZYK
Adwokat Joanna WAJSNIS Brygida JACKOWIAK reklama@perfectdiver.com
Montserrat (Julieta Ulanovsky), Acumin Pro (Robert Slimbach, Adobe), Source Serif 4 (Frank Grießhammer, Adobe)
DRUK
Wieland Drukarnia Cyfrowa, Poznań, www.wieland.com.pl
DYSTRYBUCJA sklep internetowy sklep.perfectdiver.pl redakcja@perfectdiver.com
48 Wyniki Konkursu Fotografii Podwodnej Nautica Safari 2025
62 Pojąć GŁĘBIĘ
70 Opony samochodowe w środowisku sprzęt wydarzenia bez granic planeta ziemia
26 Skafandry neoprenowe BEUCHAT OPTIMA 2 oraz BEUCHAT ALIZE – solidna klasyka dla nurków rekreacyjnych
Waldemar RYDZAK Agnieszka GUMIELA-PAJĄKOWSKA, Arleta KAŹMIERCZAK, Piotr WITEK, Tomek KULCZYŃSKI
74 Komunikacja światłem porady i ciekawostki www.perfectdiver.pl
Podoba Ci się ten numer magazynu, wpłać dowolną kwotę! Wpłata jest dobrowolna. PayPal.Me/perfectdiver

FOTOGRAFIA NA OKŁADCE
Barbara GLENC
MIEJSCE
Morze Norweskie
NA ZDJĘCIU
Wrak Dampskip (parowiec) S/S Oldenburg (SMS Möwe)
Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, nie odpowiada za treść ogłoszeń oraz zastrzega sobie prawo do skracania, redagowania, tytułowania nadesłanych tekstów oraz doboru materiałów ilustrujących. Przedruk artykułów lub ich części, kopiowanie tylko za zgodą Redakcji. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za formę i treść reklam.

Wojciech ZGOŁA
Człowiek, który podróżuje nurkując. Od dzieciństwa związany z wodą – od nauki pływania, przez żeglarstwo, po odkrywanie tajemnic podwodnych jezior, mórz i oceanów. Później przyszła pasja do fotografii i pisania, które pozwalają mu dzielić się pięknem podwodnego świata i ciekawostkami miejsca. Ma na koncie ponad 900 nurkowań w Polsce i w odległych, egzotycznych ciepłych i zimnych miejscach. Każde zanurzenie traktuje jak spotkanie z naturą i historią. Jest miłośnikiem Natury w jej najczystszej postaci i wierzy, że nurkowanie to nie tylko sport, ale sposób budowania świadomości – o środowisku, drugim człowieku i samym sobie.


Dominika ABRAHAMCZYK
Zarażona pasją do nurkowania przez Perfect Diver. Wciąż poszerza swoje nurkowe umiejętności. Choć jest zdecydowanie ciepłolubna, zakłada suchy skafander i eksploruje również zimniejsze zbiorniki. Ulubione nurkowania to te z dużą ilością zwierzaków! Ostatnio bierze pod wodę telefon w obudowie i próbuje swoich sił w amatorskim fotografowaniu. Zaciekawiona medycyną nurkową. Zawodowo mgr pielęgniarstwa – instrumentariuszka.

Tomek KULCZYŃSKI
Dla Tomka nurkowanie zawsze było największą pasją. Zaczął swoją przygodę w wieku 14 lat, rozwijając się został instruktorem nurkowania rekreacyjnego, technicznego, Instruktorem pierwszej pomocy oraz technikiem branży nurkowej. Aktualnie prowadzi 5* Centrum Nurkowe Compass Divers Pobiedziska koło Poznania, gdzie przekazuje swoją wiedzę i umiejętności początkującym oraz zaawansowanym nurkom, co sprawia mu ogromną radość i satysfakcję z bycia częścią ich podwodnej przygody…

Waldemar RYDZAK
„Człowieku! Zanurz się pod wodę. Jeśli piękno, które ujrzysz nie wstrząśnie Tobą – to nic ciekawego Cię już w życiu nie czeka.” Pasjonatka nurkowania, od zawsze związana z wodą. Pierwszy kurs nurkowy zrobiła w wieku 14 lat, i od tamtej pory nie rozstaje się z nurkowaniem!:) Pracę magisterską napisała o turystyce nurkowej na studiach geograficznych UW. Od 2013 roku pisywała do magazynu nuras. info, brała udział w podwodnych sesjach fotograficznych. Od 2018 pisze artykuły do Magazynu nurkowego Perfect Diver (wcześniej jako Ania Sołoducha), a od kilku lat jest również częścią redakcji. Przelewa na papier swoją wiedzę i doświadczenie, propagując właśnie to, co kocha najbardziej – czyli nurkowanie. Przez 13 lat organizowała wyprawy nurkowe na całym świecie, bo praca z ludźmi i kreatywne projekty to właśnie to, w czym się spełnia. Uczestniczy w targach i eventach nurkowych oraz sprzątaniu jezior. Wielokrotnie miała przyjemność wystąpić jako prelegentka na targach i konferencjach nurkowych. Ma kilka nurkowych webinarów na koncie. Nurkowała już w wielu miejscach na Ziemi, ale lista marzeń cały czas rośnie! Od kilku miesięcy właścicielka swojej firmy organizującej wyprawy nurkowe oraz aktywne – Umiko Expeditions, z głową pełną pomysłów na kolejne wyjazdy! Optymistka, zawsze z uśmiechem na ustach i indywidualnym podejściem do każdego Klienta:) Jej najlepszy rodział życia – właśnie się rozpoczyna! www.umikoexpeditions.pl ; anna@umiko.pro; +48 516 621 211
Pochodzi z regionów górniczych, gdzie woda była raczej wyjątkiem niż codziennością. Pływania i nurkowania nauczył się, żeby przełamać strach przed wodą –i z czasem zamienić go w ciekawość świata pod powierzchnią. Z nurkowaniem jest związany od 2000 roku (Dive Master, CMAS). Nie goni za głębokością ani rekordami: woli spokojne odkrywanie, uważność i detale, które łatwo przeoczyć, gdy człowiek się spieszy. Na co dzień jest naukowcem i praktykiem komunikowania się (dr hab., prof. UEP), związanym z pracą badawczą i dydaktyczną w obszarach rynków kreatywnych oraz komunikowania się cyfrowego i kryzysowego. W redakcji Perfect Diver wspiera zespół tam, gdzie spotykają się treść i technologia – przy produkcjach wideo, analizie danych i budowaniu strategii marki.

Wojciech A. FILIP
Nurkuje od 35 lat. Spędził pod wodą ponad 16 tysięcy godzin, z czego większość nurkując technicznie. Był instruktorem i instruktorem mentorem wielu organizacji m.in. CMAS, GUE, IANTD, PADI. Współtworzył programy szkoleniowe niektórych z tych organizacji. Jest profesjonalistą z ogromną wiedzą i doświadczeniem praktycznym. Uczestnik wielu projektów nurkowych, w których brał udział jako lider, eksplorator, pomysłodawca czy prelegent.
Jako pierwszy Polak nurkował na wraku HMHS Britannic (117 m). Jako pierwszy eksplorował głęboką część jaskini Glavas (118 m). Wykonał serię nurkowań dokumentujących wrak ORP GROM (110 m). Dokumentował głębokie (100–120 m) części zalanych kopalń. Jest pomysłodawcą i konstruktorem wielu rozwiązań sprzętowych podnoszących bezpieczeństwo w nurkowaniu.
Jest Dyrektorem Technicznym w firmie Tecline, gdzie m.in. kieruje placówką badawczo-szkoleniową Tecline Academy.
Jest autorem kilkuset artykułów o nurkowaniu oraz książek dotyczących diagnostyki i napraw sprzętu nurkowego. Nurkuje w rzekach, jeziorach, jaskiniach, morzach i oceanach na całym świecie.

Laura KAZIMIERSKA
Laura jest dziennikarką, trenerem instruktorów, nurkiem CCR i jaskiniowym. Przez ponad dekadę rozwijała swoją karierę nurkową, zdobywając wiedzę i doświadczenie z różnych dziedzin. Jej specjalnością są profesjonalne szkolenia nurkowe, ale pasja do środowiska podwodnego i jego ochrony skłania ją do odkrywania różnych miejsc na całym świecie, od głębin Cieśniny Lombok, jaskiń w Meksyku i wraków na Malcie po Malediwy, gdzie prowadzi centrum nurkowe nagrodzone przez ministerstwo turystyki tytułem najlepszego centrum nurkowego na Malediwach. Aktywnie przyczynia się do promowania ochrony środowiska morskiego, biorąc udział w projektach naukowych, kampaniach przeciw zaśmiecaniu oceanów i współpracując z organizacjami pozarządowymi. Znajdziesz ją na: @laura_kazi_diving www.divemastergilis.com

Jakub BANASIAK
Zoopsycholog, badacz i znawca behawioru delfinów, oddany idei ochrony delfinów i walce z trzymaniem ich w delfinariach. Pasjonat M. Czerwonego i podwodnych spotkań z dużymi pelagicznymi drapieżnikami. Członek Dolphinaria-Free Europe Coalition, wolontariusz Tethys Research Institute oraz Cetacean Research & Rescue Unit, współpracownik Marine Connection. Od ponad 15 lat uczestniczy w badaniach nad populacjami dzikich delfinów, audytuje delfinaria, monitoruje jakość rejsów whale watching. Jako szef projektu „Free & Safe” (wcześniej „NIE! dla delfinarium”) przeciwdziała trzymaniu delfinów w niewoli, promuje etyczny whale & dolphin watching, szkoli nurków z odpowiedzialnego pływania z dzikimi delfinami, popularyzuje wiedzę na temat delfinoterapii przemilczaną bądź ukrywaną przez ośrodki zarabiające na tej formie animaloterapii.

Łukasz METRYCKI
/ Luke Divewalker
Dawno dawno temu w odległej galaktyce był chaos…
…czyli natłok myśli i zachwytów po moim pierwszym zanurzeniu głowy pod wodę w 2005 roku, w postaci intro, na wakacjach w Egipcie. Już wtedy całkowicie się „zatopiłem” w podwodnym świecie i chciałem, żeby odbijał on coraz większe piętno na moim życiu. 2 lata później zrobiłem kurs OWD, który dostałem w ramach prezentu z okazji 18 urodzin, a z czasem pojawiały się kolejne kursy i doskonalenie umiejętności. „Fotografia” pojawiła się niewiele później, ale początkowo w formie jednorazowego podwodnego „kodaka” z którego zdjęcia wychodziły oszałamiająco niebieskie Nie jestem wielbicielem jednego typu nurkowania, choć największą słabość mam na ten moment – do dużych zwierząt pelagicznych. Wyspy Galapagos były do tej pory moją najlepszą okazją do sfotografowania tak wielu gatunków morskiej fauny. Pasję nurkowo-fotograficzną dzielę ze swoją buddy, która prywatnie jest moją żoną IG: luke.divewalker www.lukedivewalker.com

Przemysław ZYBER
Fotografuję – bo lubię, filmuję – bo to mnie kręci, piszę – bo lubię się dzielić, szkolę – bo wspieram rozwój, podróżuję – bo uwielbiam odkrywać nowe.
www.facebook.com/przemyslaw.zyber www.instagram.com/przemyslaw_zyber/ www.deep-art.pl

Absolwent UW. Fotograf i filmowiec podwodny nurkujący od 1995 roku. Współpracownik Zakładu Archeologii Podwodnej U.W. Publikuje w polskich i zagranicznych magazynach nurkowych. Właściciel firmy FotoPodwodna będącej Polskim przedstawicielstwem firm Ikelite, Nauticam, Inon, Keldan, ScubaLamp. www.fotopodwodna.pl m.trzcinski@fotopodwodna.pl

Sylwia KOSMALSKA-JURIEWICZ
Podróżniczka i fotograf dzikiej przyrody. Absolwentka dziennikarstwa i miłośniczka dobrej literatury. Żyje w zgodzie z naturą, propaguje zdrowy styl życia, jest joginką i wegetarianką. Angażuje się w ekologiczne projekty, szczególnie bliskie jej sercu są rekiny i ich ochrona, o których pisze w licznych artykułach oraz na blogu www.blog.dive-away.pl Swoją przygodę z nurkowaniem zaczęła piętnaście lat temu przez zupełny przypadek. Dzisiaj jest instruktorem nurkowania, odwiedziła ponad 60 państw i nurkowała na 5 kontynentach. Na wspólną podróż zaprasza z biurem podróży www.dive-away.pl, którego jest współzałożycielem.

Barbara GLENC
Jestem podróżniczką i nurkiem technicznym, a świat odkrywam zarówno na lądzie, jak i pod wodą. Nurkowaniem zajmuję się od 16 lat. Z racji tego, że z zawodu jestem fotografką, od pierwszego zanurzenia towarzyszy mi aparat. Zaczynałam od nurkowań rekreacyjnych, ale z czasem zdobyłam uprawnienia full trimix i full cave, co pozwala mi eksplorować jaskinie, wraki i duże głębokości. Pod wodą odnajduję spokój, który trudno znaleźć na powierzchni. Każde nurkowanie to dla mnie nie tylko przygoda, ale też okazja, by zatrzymać na fotografii niezwykły podwodny świat. barbaraglenc.foto@gmail.com

Z wykształcenia i zawodu jestem pielęgniarzem oraz menadżerem ochrony zdrowia, a fotografia to moja pasja, której poświęcam każdą wolną chwilę. Odkąd zacząłem nurkować w 2019 roku, aparat stał się nieodłącznym elementem moich podwodnych przygód. Chcąc uchwycić piękno podwodnego świata w pełnej krasie, sięgnąłem po lustrzankę Canon 5D Mark II, a dziś moim głównym sprzętem jest Canon R6. Nieustannie poszukuję nowych miejsc i wyzwań, aby doskonalić swój warsztat. Moje zdjęcia nie powstałyby jednak bez wsparcia przyjaciół, którzy towarzyszą mi od początku i często wcielają się w role modeli. Jestem również mocno związany ze środowiskiem syren w Polsce. Specjalizuję się w ich fotografii, starając się uchwycić podwodne piękno tej społeczności i oddać jej wyjątkową magię. Od początku swojej nurkowej przygody jestem związany z lubelską Szkołą Nurkowania Napoleon Arka Kowalika, a od 2025 roku mam przyjemność pełnić rolę Ambasadora oświetlenia nurkowego DivePro. @michalmuciek https://facebook.com/michal.muciek

Absolwent Akademii Ekonomicznej w Katowicach oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Course Director International Diving Federation, instruktor nurkowania jaskiniowego i nurek techniczny (OC, CCr). Posiada uprawnienia nurka zawodowego. Biegły sądowy w sprawach związanych z nurkowaniem. Czynny funkcjonariusz Państwowej Straży Pożarnej. Uwielbia podróże, dobrą muzykę, smaczne jedzenie i pozytywnie nastawionych ludzi.

Krzysztof BRUDKOWSKI
Z zawodu radca prawny, starający się pomagać, a nie wygrywać za wszelką cenę. Wielbiciel ciepłych klimatów i błękitnej wody. Nurkowaniem zajął się w 2018 r. jako rozwinięcie ulubionego snorklowania. Teraz prawie każdy wyjazd planuje tak, aby gdzieś płetwy zamoczyć. W nurkowaniu partneruje mu syn Damian. Jego pasja do fotografii podwodnej zrodziła się z wewnętrznej potrzeby utrwalenia ulotnych wspomnień. Obecnie stara się także wykorzystywać fotografie do zwiększania świadomości konieczności ochrony życia morskiego i pokazania wpływu zmian klimatu w środowisku wodnym.
Obserwuj go na Istagramie: @mydiving.pl

Założycielka szkoły nurkowania JagnaBlue, jest płetwonurkiem od 1993 r., a zawodowo nurkowaniem zajmuje się od 23 lat. Uprawnienia instruktorskie posiada w takich federacjach jak PSAI, TDI/SDI i PADI. Od 2023 roku jest Instruktorem Trenerem PSAI POLSKA. Jest również instruktorem resuscytacji i pierwszej pomocy dorosłych, dzieci i niemowląt, posiada uprawnienia instruktorskie wielu specjalizacji nurkowych, jest instruktorem immersioterapii osób z niepełnosprawnościami oraz wychowawcą kolonii i obozów. Na koncie ma ponad 9 tysięcy nurkowań, a niektóre z nich na głębokość 100 m. Wieloletnie doświadczenie w pracy zdobyte w Polsce i za granicą pozwala jej przekazywać ogrom wiedzy swoim kursantom i podopiecznym.















To, że trawa u sąsiada zawsze wydaje się bardziej zielona wydawało mi się kiedyś zbędnym frazesem. Ale kiedy ląduje się w Nowej Zelandii – naprawdę odkrywa się nowy wymiar zieleni.
Wcale nie dziwi mnie fakt, że Hobbici wybrali sobie takie miejsce do życia :)
Lądowanie w Auckland po 16-godzinnym locie z Dubaju jest jak wybawienie. Stawy chrupią jakby bardziej, niektórych dopada jet lag, ale my pełni euforii rozpoczynamy przygodę. Na wejściu witają nas psy rasy beagle – i nie jest to przejaw totalnej sympatii dla turystów, a najlepszy system alarmowy Bio Security chroniący przed przywiezieniem do Nowej Zelandii produktów niedozwolonych takich jak np. owoce, warzywa, nasiona, miód, produkty odzwierzęce czy sprzęt trekkingowy i biwakowy. Wszystkie takie produkty podlegają obowiązkowi zadeklarowania, pod groźbą wysokich kar. I tak – trzeba brać to na poważnie, choć Nowozelandczycy są niezwykle pomocni i pozytywnie nastawieni do turystów, którzy komunikują się kulturalnie i unikają problemów. Tak naprawdę, to chyba nie spotkałam ludzi bardziej sympatycznych, uczynnych, komunikatywnych i pomocnych niż właśnie Nowozelandczycy. Klimat wszechobecnego small-talku wgryza się w umysł i bardzo brakuje go po powrocie do domu i Europejczyków

zamkniętych w sobie ze smartfonami w rękach, nienawiązujących często nawet kontaktu wzrokowego. Ta odmienna kultura to coś za czym bardzo tęsknię. Naszym celem jest nurkowanie wokół Archipelagu Poor Knights – miejscu uznanym przez Jacques Cousteau za jedno z najlepszych destynacji nurkowych na świecie. Aby to się udało, musimy udać się do miasteczka Tutukaka, skąd wypływają łodzie na nurkowanie właśnie na Poor Knights. Wypożyczamy więc auto na lotnisku i ruszamy do celu. Auckland sprawia wrażenie bardzo ładnego i zadbanego miasta, nadmorski klimat sprawia, że widoki cieszą oko cały czas. Wyjeżdżając z miasta okazuje się, że drogi w Nowej Zelandii są bardzo wąskie i często wiją się serpentynami, co przy dodatkowym ruchu lewostronnym sprawia nie lada wyzwanie i mimo wszystko wyzwala trochę stresu w początkowej fazie. Za to okoliczności przyrody koją nerwy i po krótkim czasie jesteśmy w stanie delektować się oglądaniem nieco innej flory niż ta, którą oglądamy

na co dzień. W drodze do Tutukaka zaplanowaliśmy krótki trekking, aby zobaczyć wodospad KiteKite. Jest to 3-poziomowy wodospad o wysokości 40 m, do którego prowadzi malownicza ścieżka drewniano-szutrowa rozpoczynająca się bramką do dokładnego wyczyszczenia i zdezynfekowania podeszwy butów. Tak – w Nowej Zelandii bardzo dba się o to, aby chronić unikalny ekosystem. Dojście do wodospadu zajmuje około pół godzinki, droga prowadzi przez las, więc znajdziecie tu troszkę cienia.
Dive! Tutukaka to centrum nurkowe, które wspaniale organizuje wyprawy na Poor Knights. Warto wcześniej mailowo zarezerwować termin, aby mieć pewność, że znajdzie się dla Was miejsce na łodzi. Team w centrum jest superzorganizowany i pomocny, czuliśmy się zaopiekowani od pierwszych chwil pobytu. Najpierw w recepcji dokonuje się formalności papierowych, następnie wyznaczone osoby pomagają dobrać sprzęt do nurkowania (na tak daleką podróż zdecydowaliśmy się nie zabierać więk-


szości swojego sprzętu i wypożyczyć go na miejscu) i spakować go do torby. Po krótkiej rozmowie z naszym przewodnikiem daliśmy się namówić na nurkowanie w mokrych skafandrach, co jednak o tej porze roku było błędem. Woda miała zaledwie 15 st C, więc o ile pierwsze nurkowanie było w miarę komfortowe o tyle drugie dało nam już nieźle w kość. Warto mieć więc na uwadze, że za niewielką dopłatą można wypożyczyć suchy skafander oraz lunch na łodzi serwowany między nurkowaniami. Dive! Tutukaka oferuje również bazę noclegową.
Poor Knights – czyli biedni rycerze. Skąd w ogóle taka nazwa? Teorii jest kilka, najbardziej popularna głosi, że pochodzi najprawdopodobniej od Kapitana Jamesa Cooka, który podczas swoich podróży uznał jałowe, skaliste wyspy za podobne do „Poor Knights Pudding” – taniego, angielskiego deseru z chleba i jajek, podawanego często z dżemem malinowym.

Wyspy zaś porośnięte są rośliną o nazwie Pohutukawa, które w listopadzie i grudniu pokrywają wyspę jaskrawoczerwonym kolorem – przypominając właśnie ów dżem malinowy. Nazwa może i tania, za to życie pod wodą to istny czad! Od 1981 roku obowiązuje tu zakaz połowów, gdyż jest to rezerwat morski, łączą się tu prądy zimne i ciepłe, dodatkowo spektakularne formacje skalne powodują, że życie pod wodą jest naprawdę bogate. Możemy zobaczyć tutaj duże zwierzęta jak humbaki, orki, delfiny, żółwie, mola mola i to często jeszcze z łodzi zanim zejdziemy pod wodę :) Pod wodą możesz spotkać różne gatunki płaszczek (ogończa krótko- i długoogonowa oraz orleń) i rekinów (rekin dywanowy lub żarłacz miedziany), a także mureny, kongery, lucjany i wiele, wiele innych. Dla amatorów fotografii makro – kolorowy ślimakowy raj, od którego nie sposób oderwać oczu. Na dokładkę dodam, że to wszystko znajduje się



w otoczeniu przecudownych ścianek i formacji skalnych porośniętych gąbkami, anemonami, gorgoniami i lasem kelpowym. Mnogość kolorów i ich nasycenie powoduje oczopląs, a człowiek zaczyna zastanawiać się czy to jawa czy sen, dochodząc do tylko jednego wniosku – Jacques Cousteau miał rację.
Krajobraz Poor Knights Islands tworzą rozległe jaskinie i liczne łuki skalne powstałe w wyniku erozji wulkanicznych skał. Większość z nich ma szerokie wejścia i pozostaje dobrze doświetlona naturalnym światłem, co umożliwia bezpieczne przepłynięcia także nurkom rekreacyjnym. Największa z nich, Rikoriko Cave, uznawana jest za największą jaskinię morską na świecie i stanowi jeden z najbardziej charakterystycznych elementów archipelagu. Łuki i tunele działają jak naturalne korytarze, w których często gromadzą się ławice ryb, a osłonięcie od fal sprawia, że warunki wewnątrz bywają spokojniejsze niż na otwartej wodzie. To właśnie ta wyraźna, czytelna topografia – połączenie pionowych ścian, jaskiń i łuków – nadaje Poor Knights Islands ich wyjątkowy charakter i znaczenie na mapie światowych miejsc nurkowych. Myślę sobie, że gdyby Hobbici umieli pływać – spokojnie mogliby mieszkać w okolicy Poor Knights ;) Tymczasem następnego dnia po nurkowaniach wybraliśmy się zobaczyć prawdziwą wioskę Hobbitów

w Matamata, która powstała na terenie prywatnej farmy owiec i pierwotnie była budowana jako tymczasowa scenografia do filmu „Władca Pierścieni”. W chwili obecnej jest to biletowana atrakcja turystyczna pozwalająca świetnie wczuć się w klimat filmu i sielanki hobbitowej. Kwitną nasturcje, warzywnik tętni życiem, co ciekawe, w wielu hobbitowych norach wciąż pali się światło, a dym unoszący się z kominów i pranie suszone na sznurach to element scenografii, który ma sprawiać wrażenie, że mieszkańcy tylko na chwilę wyszli z domu. Jeden z domów (są takie dwa: zielony i czerwony) moż-
na zobaczyć również w środku, a dbałość o detale i drobiazgi naprawdę daje wielką satysfakcję. Zwieńczeniem zwiedzania jest kufel Ale lub Cydru w The Green Dragon Inn :) Atrakcja mocno komercyjna, ale według mnie warta zobaczenia. Planując podróż natknęliśmy się też na informacje o tutejszych jaskiniach ze świetlikami. Jest to jeden z najbardziej charakterystycznych przyrodniczych fenomenów Nowej Zelandii, a Waipu Caves należą do najbardziej dostępnych i autentycznych. W przeciwieństwie do komercyjnych grot, Waipu pozostają dzikie i nieoświetlone, dzięki




się niezwykły obraz jakby galaktyki i milionów gwiazd na niebie. Magiczne.
Wyspa Północna Nowej Zelandii leży na styku płyt tektonicznych, co sprawia, że jest jednym z najbardziej aktywnych geotermalnie obszarów na świecie. W rejonie tzw. Taupō Volcanic Zone można obserwować gejzery, bulgoczące błotne kotły, gorące źródła oraz parujące szczeliny w ziemi. Najbardziej znanym miejscem jest okolica Rotorua, gdzie zjawiska geotermalne występują niemal w centrum miasta. Tak naprawdę spacerując po okolicy napotykamy znaki, aby nie zbaczać z wyznaczonych ścieżek, gdyż powierzchnia ziemi może być bardzo gorąca. Gdzieniegdzie z łąk i traw wydobywa się obłok pary informujący nas, że znaki nie kłamią.
czemu bioluminescencyjne larwy muchówek (Arachnocampa luminosa) są widoczne w całkowitej ciemności jak naturalne „gwiezdne niebo”. Świetliki wykorzystują swoje niebiesko-zielone światło do wabienia ofiar, a wilgotne, chłodne wnętrza jaskiń zapewniają im idealne warunki. Zwiedzanie Waipu wymaga latarki i ostrożności, ale właśnie ta surowość miejsca sprawia, że kontakt z tym zjawiskiem jest mniej turystyczny, a bardziej bezpośredni. Gdy światło latarki gaśnie naszym oczom ukazuje
W Rotorua znajdziemy również park z wodami i błotami geotermalnymi, gdzie podziwiać możemy feerię barw – intensywne kolory osadów mineralnych – od bieli krzemionki po jaskrawe pomarańcze i zielenie – są efektem wysokich temperatur i składu chemicznego wód. Wody geotermalne i pary wyrzucane ze szczelin ziemi są bogate w siarkowodór i tylko dodam, że zapach w tych miejscach również jest bardzo charakterystyczny :)
Zadziwiające jest jak wiele różnorodnych atrakcji można znaleźć na, w sumie niewielkiej, powierzchni wyspy północnej Nowej Zelandii. Do tej pory kojarzyła mi się jedynie z zielenią i ogromną ilością owiec – co oczywiście jest prawdą! Ale kryje się tu dużo więcej. Byliśmy tam raptem kilka dni a doznań, atrakcji i emocji starczy na dłuuugie wspomnienia.




To był już trzeci dzień nurkowań z fokami, a ja wciąż nie miałem dobrego ujęcia. Niby zwierzaki były ciekawskie i nawet nie bardzo płochliwe, ale jednak przez cały czas trzymały się na bezpieczny, w ich mniemaniu, dystans. A to, w połączeniu z nie najlepszą wizurą powodowało, że chyba już łatwiej byłoby zrozumieć mechanikę kwantową (albo umówić się na randkę z Monicą Barbaro) niż uchwycić satysfakcjonujący kadr.
Początek kolejnego nurkowania był standardowy. Płynęliśmy w czterech szeroką ławą, na głębokości kilku metrów, a zalegające na dnie ciekawskie ssaki unosiły głowy obserwując nas uważnie. Owszem, czasem podpływały, ale tylko od tyłu, by chwycić delikatnie zębami nasze płetwy. Skręciłem lekko w lewo i unosząc się nad skalistym dnem przepłynąłem kolejne kilkanaście metrów. A potem… dokładnie na wprost mnie, twarzą w twarz (czytaj pyskiem w pysk) zmaterializował się on. Albo ona, bo „pod ogon” nie zaglądałem. Zachowywał odpowiednią odległość, ale nie uciekał. Ba, po chwili zaczął mnie ostrożnie opływać, z każdym zatoczonym kółkiem skracając lekko dystans. Jeszcze chwila i był na wyciągnięcie ręki. Odczekałem kolejne dwa okrążenia, a potem delikatnie klepnąłem go w wystawioną w moim kierunku płetwę. Odskoczył zaskoczony i przez chwilę znów zachowywał bezpieczną w jego mniemaniu odległość. Ale po kilkunastu sekundach podpłynął. Kolejne klepnięcie i znów odskok. Ale nie tak daleki. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, a potem Zenon (jego rodzice byliby na pewno dumni, gdyby wiedzieli, że tak go w myślach nazwałem) ruszył znów w moją stronę. Tyle że… z wysuniętą do klepnięcia łapą. Znów mnie okrążał, przy każdym nawrocie przybijając piątkę. Pięć, siedem, dziesięć razy. Tylko że ile razy można się poklepywać? Przy następnym nawrocie zaskoczyłem go, bo zamiast powtórzyć ruch pogłaskałem go po głowie. Zaskoczony znów odskoczył. Ale tylko raz. A potem podpłynął wysuwając głowę i prężąc grzbiet do pieszczot. Dopiero po kilkunastu nawrotach zacząłem robić zdjęcia. Pierwsze z duszą na ramieniu, obawiając się, że spłoszę Zenona. Ale o dziwo błysk lamp wcale go nie przestraszył. Warunkiem było tylko zapewnienie odpowiedniej porcji czochrania. Trochę to było przytłaczające – głaskać, przybijać piątki, kontrolować kadr i wprowadzić odpowiednią korektę ekspozycji. Pierwsze, trochę za ciemne ujęcia skompensowałem otworzeniem przysłony o jedną działkę. Po czym, znów wyciągnąłem rękę do domagającej się zabawy foki. To była magia, która trwałaby pewnie jeszcze długo, gdyby nie nagłe pojawienie się Wojtka (nazwiska przez wzgląd na niego nie podam, ale jak bardzo chcecie sprawdzić o kogo chodzi, to zerknijcie na wstępniak naczelnego na pierwszej stronie tego magazynu. Podpisał się na dole). Zenon gwałtownie znieruchomiał, a potem po raz kolejny odskoczył na bezpieczną odległość. Przez chwilę, na granicy widoczności czekał, jak rozwinie się sytuacja, a potem, widząc, że nie odgoniłem intruza, szybkim wywrotem odpłynął, znikając w toni…
Æ Parametry ekspozycji: tryb M, 1/60 sek. f/6.3 ISO 200
Æ Aparat: Olympus OM-D EM10
Æ Obiektyw: Olympus M.Zuiko Digital 14-42 f/3.5-5.6
Æ Obudowa: Nauticam NA-EM10 + port płaski
Æ Konwerter: Inon UWL-H100 + port kopułowy
Æ Lampy: 2x Inon D2000


Tekst SYLWIA KOSMALSKA-JURIEWICZ
Zdjęcia ADRIAN JURIEWICZ

Pomiędzy niebem a ziemią, w przyjemnym zawieszeniu, bujam się na białym hamaku rozwieszonym na potężnym drzewie tamaryndowca. Drzewo rośnie na plaży, w jego rozłożystej koronie mieszkają ptaki, ku mojej radości śpiewają od rana.
Tamaryndowiec wygląda tak jakby czuwał nad tym miejscem, jakby tu nic nie działo się bez jego wiedzy.


Wczoraj, po dwóch tygodniach spędzonych w podróży po wyspach Gili i Bali, przylecieliśmy na Komodo. Wczesnym przedpołudniem wylądowaliśmy w Labuan Bajo mieście usytuowanym na zachodnim wybrzeżu indonezyjskiej wyspy Flores. Z lotniska udaliśmy się do portu, droga zajęła nam dziesięć minut. Podczas tej krótkiej przejażdżki mogliśmy bliżej przyjrzeć się miasteczku: mijamy niską zabudowę, niewielkie restauracje, warungi, sklepiki i kawiarnie. Ulica wije się niczym wstążka, przeciskając się pomiędzy zabudowaniami, a tropikalną roślinnością. Po ostatnim zakręcie naszym oczom ukazał się spektakularny widok na Morze Flores. Turkusowa woda mieni się niczym diamenty w promieniach porannego słońca. Drewniane żaglowce kołyszą się delikatnie na falach, zakotwiczone w porcie, a wśród nich łódź, która zabierze nas na wyspę oddaloną trzydzieści minut rejsu.
„
Kilka osób z obsługi wyszło nam na spotkanie. Z powitalnym drinkiem w dłoni kierujemy się do recepcji.
Magia jest tutaj rzeczywistym światem. Jeśli się tego nie rozumie, niepodobna zrozumieć Indonezji. Magia obecna jest wszędzie, magia bardziej niż cokolwiek innego decyduje tutaj o życiu ludzi.
Im bardziej odpływamy od wybrzeża Labuan Bajo, tym bardziej krajobraz, staje się bardziej dziewiczy i pierwotny. Naszym oczom ukazuje się przepiękna panorama. Mijamy zielone, powulkaniczne wzniesienia o przeróżnych kształtach i strukturach, których skaliste zbocza, stromo opadają w głąb turkusowego morza. Na tych skałach przez tysiące lat tworzyła się warstwa gleby, która w porze deszczowej eksploduje zielenią. To deszcz budzi rośliny do życia, zmienia jałowy krajobraz w zieloną oazę. Szlak wodny prowadzący na wyspę jest tak piękny, że czas spędzony na łodzi mija nam błyskawicznie. Dobijamy do drewnianego pomostu wysuniętego daleko w morze. Wchodzimy po drewnianych schodach na molo.
Tiziano Terzani
Są takie miejsca na Ziemi, które odwiedzamy po raz pierwszy w życiu, a czujemy się tak, jakbyśmy nigdy stąd nie wyjechali. Dokładnie taka myśl pojawiła się w mojej głowie w chwili, kiedy postawiłam stopę na molo: „na wyspie czuję się tak, jakbym na nią wróciła, była jej integralną częścią”. Ten niewielki skrawek lądu jest prawdziwym rajem. Słowo „spokój” idealnie oddaje ducha tego miejsca. Wyspa jest bardzo zielona, to niemal dżungla z fragmentem plaży, na której stoją białe, drewniane domki dla gości. Z każdej willi roztacza się spektakularny widok na morze. Na plaży rosną palmy i jedno ogromne drzewo tamaryndowca, które wyglą da tak, jakby nieustannie czuwało nad wyspą. Nic nie umyka jego uwadze, wie, kiedy goście przybywają i kiedy wyjeżdżają. W jego ogromnej koronie mieszkają ptaki, których śpiew niesie się po wyspie, a z gałęzi zwisają hamaki. Drzewo chroni to miejsce jak dobry gospodarz. Na wyspie znajduje się także mała recepcja, restauracja, salon spa, siłownia, centrum nurkowe oraz basen. Przed domkami, tuż przy linii brzegowej, stoją leżaki z granatowymi parasolami, a przed wejściem do każdej willi ustawiono okrągłe misy wypełnię słodką wodą, by obmyć stopy z piasku przed wejściem do środka.
Dziś po prostu cieszymy się wyspą. Pływamy w morzu i nurkujemy przy hotelowej plaży. Rafa koralowa otaczająca wyspę jest niewiarygodnie piękna. Ryby, małe rekiny, ślimaki nagoskrzelne, kraby i koralowce można obserwować nawet





z pomostu. Woda jest krystalicznie czysta i działa jak naturalne szkło powiększające. Stworzenia żyjące w jej odmętach wydają się być większe i bardziej okazałe. Zanurzamy się tuż przy molo, które stanowi naturalną ochronę dla wszystkich podwodnych istot, które żyją w jego cieniu. Nurkujemy z ogromną uważnością pomiędzy drewnianymi palami podtrzymującymi pomost. Ławica ryb bacznie nam się przygląda, ryby są nami zainteresowane w równym stopniu jak my nimi. Z góry pomost wygląda zwyczajnie, jest szary, pozbawiony koloru, zbudowany z pali i desek, które już dawno wyblakły na słońcu. Dla podwodnej społeczności pomost jest istnym cudem, najpiękniejszym domem na świecie, który daje poczucie bezpieczeństwa, chroni przed drapieżnikami i palącym słońcem. Kraby nieśmiało wyłaniają się i chowają w drewnianej konstrukcji, zwinnie operują szczypcami. Ławice ryb kłębią się w zwartej formacji, wydają się być jednym organizmem bijącym w rytmie tego samego serca. Pod powierzchnią wody tak dużo się dzieje, a zarazem panuje niewiarygodny spokój, wszystko odbywa się w doskonałej harmonii. Wszystkie stworzenia są zajęte swoimi sprawami, jedne się chowają, a inne polują. Staramy się uchwycić te wszystkie ulotne chwile za pomocą aparatu i kamery, aby jak najlepiej oddać piękno tego podwodnego świata, który tak bardzo kochamy. Nazajutrz budzę się wcześnie rano, jeszcze przed pianiem lokalnego koguta i zanim ptaki zaczną swój poranny koncert. Parzę kawę, już sam jej aromat sprawia, że na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Z filiżanką cudownego espresso w dłoni wychodzę przed domek, stopy dotykają jedwabistego, koralowego piasku. Wchodzę do morza i cieszę się tą magiczną
chwilą jak dziecko. Poranki to zdecydowanie moja ulubiona pora dnia. Mrok za moment ustąpi miejsca światłu. Na Bali o świcie towarzyszyły mi psy mieszkające na plaży, wspólnie oglądaliśmy wschód słońca. Na Gili odwiedzał mnie graniasty kot, który stopniowo zajmował coraz więcej miejsca na moim leżaku, aż w końcu kładł się i zasypiał na moich kolanach. Wychodząc o świcie z domku na Komodo zastanawiałam się, kto tutaj będzie ze mną dzielił ten moment. Odpowiedź przyszła niespodziewanie szybko. Brzegiem plaży przechadzał się mały gryzoń, lokalna mysz, której szybkie, zwinne ruchy przyciągnęły moją uwagę. Zanim zdążyłam się jej dobrze przyjrzeć uciekła, zniknęła jakby nigdy jej tu nie było. Wszechświat ma niezwykłe poczucie humoru.
Po śniadaniu z widokiem na morze wypłynęliśmy na nurkowanie. Dziś planujemy trzy zejścia w różnych lokalizacjach. Nasz plan nurkowy zależy w dużej mierze od prądów morskich, które w rejonie Komodo potrafią być bardzo silne. Najpierw płyniemy do portu, wychodzimy z łodzi, dostajemy bilety potwierdzające opłaty parkowe, następnie kierujemy się do bramek w porcie, skanujemy bilety i przechodzimy na drugą stronę. Po tym krótkim spacerze i dopełnieniu procedur wracamy na łódkę i wypływamy w morze. Pogoda jest idealna, świeci słońce, a woda jest gładka jak tafla lodu. Po czterdziestu minutach dopływamy do pierwszego miejsca nurkowego Sebayur Kecil, niewielkiej wyspy znajdującej się niedaleko Komodo National Park. To idealna lokalizacja na „check dive”, nurkowanie sprawdzające. Rafa koralowa w tym miejscu jest piękna, bardzo zróżnicowana i zdrowa. To dla nas ogromne zaskoczenie, ponieważ nurkowania sprawdzające zazwyczaj wykonuje się


w miejscach, które nie należą do najatrakcyjniejszych. Przejrzystość wody jest bardzo dobra, z pokładu łodzi widzimy rozległy ogród koralowy. Nurkujemy wzdłuż ściany opadającej kaskadami w głąb morza, pozostajemy na niewielkiej głębokości, by cieszyć się pięknym światłem oraz bogactwem fauny i flory występującej w tej lokalizacji. Towarzyszą nam liczne żółwie, odpoczywają pomiędzy koralowcami jak w najwygodniejszych łóżkach. Ławice kolorowych ryb pływają nad naszymi głowami, a majestatyczny napoleon nieśpiesznie zmierza w kierunku tylko sobie dobrze znanym.
Kolejne nurkowanie odbywa się w Taka Makasar – Manta Point. Ta lokalizacja charakteryzuje się niewielką głębokością, dno pokrywa piasek w kolorze białym i lekko różowym oraz niewielkie pinakle porośnięte koralowcami. Manty uwielbiają to miejsce, mogą tu żerować i oddawać się zabiegom pielęgnacyjnym. Wskakujemy do wody i natychmiast się zanurzamy, prąd jest silny, dlatego nie spędzamy dużo czasu na powierzchni. Zauważamy dwie olbrzymie manty, które spokojnie przepływają pod nami. Suną z niewiarygodną gracją, jedna jest czarna, a druga czarno-biała. Widoczność przekracza trzydzieści metrów. Zatrzymujemy się nad dnem. Prąd jest mocny, zaczynamy dryfować poddając się jego sile. Bacznie się rozglądamy, wypatrujemy mant, ruchu, który przyciągnie naszą uwagę. Dopływamy do niewielkiego wzniesienia, nad którym unosi się siedem mant, płyną powoli, jedna za drugą wirują w swoim osobliwym tańcu. Ich ciała czyszczą ławice


małych żółto – białych rybek. Zatrzymujemy się oczarowani tym niezwykłym tańcem. Ich ruchy są płynne, poruszają się tak jakby za moment miały wzbić się do lotu. Przyciągamy ich uwagę, podpływają bardzo blisko i zawracają tuż nad naszymi głowami. Nie możemy oderwać od nich wzroku. Tracimy poczucie czasu. Wynurzamy się powoli, chłonąc ostatnie momenty tego magicznego spotkania.
Trudno wrócić do rzeczywistości po tak spektakularnym nurkowaniu. Na łodzi czeka lunch, ale nikt nie jest głodny, nasze serca zostały z mantami na dnie morza, wypełnione ogromną radością, wdzięcznością i wzruszeniem. Postanowiliśmy za dwa dni jeszcze raz zanurkować w tym samym miejscu. Dziś jednak płyniemy na ostatnie nurkowanie tego dnia do Tatara Besar. Woda wydaje się spokojna, ale miejscami przypomina rwącą rzekę. To prądy morskie powodują te zmiany. Obserwujemy dużą, drewnianą łódź, która wpłynęła w prąd i zaczyna się obracać wokół własnej osi. Natura pokazuje w subtelny sposób swoją siłę, przypominając tym samym, gdzie jest nasze miejsce w tym ogromnym, pięknym świecie. Każde zanurzenie w wodach Komodo to odrębna piękna historia, opowiedziana przez prądy morskie, magię światła i wszystkie, nawet najmniejsze stworzenia, które odgrywają tak znaczącą rolę w podwodnej księdze życia.
Nazajutrz, wcześnie rano, wypływamy na całodniową wycieczkę, podczas której odwiedzimy kilka najbardziej spektakularnych miejsc w Parku Narodowym Komodo. Pierwsza lokalizacja, do której płyniemy to Padar Island. Miejsce to charakteryzuje się spektakularnym widokiem na zatokę. Po godzinie rejsu dopływamy do drewnianego pomostu, plaża z tej strony wyspy jest ciemna, a woda krystalicznie czysta. Po plaży spacerują trzy jelenie timor, przed chwilą brodziły w morzu. Zazwyczaj przebywają w głębi wyspy, gdzie mogą się schronić przed naturalnymi drapieżnikami waranami z Komodo. Czasami jednak wychodzą na plaże skuszone kokosami, które kupują turyści w małych sklepikach usytuowanych

na molo. Po wypiciu wody kokosowej, sprzedawca rozcina łupinę, a jelenie wyjadają miąższ ze środka, który jest dla nich prawdziwym przysmakiem. Po nakarmieniu jeleni zaczynamy wspinać się na szczyt wzniesienia, z którego rozpościera się jeden z najpiękniejszych widoków na świecie. Na samą górę prowadzi ponad 800 schodów. Żar leje się z nieba, a my krok po kroku wspinamy się po stromym zboczu. Droga na szczyt zajmuje nam trzydzieści minut. Nagrodą za trud wspinaczki jest zachwycająca panorama rozpościerająca się na wyspę Padar oraz pobliskie wysepki zanurzone w turkusowej wodzie. Stoimy w zachwycie wpatrując się w plaże w kolorze białym, czarnym oraz różowym. Natura stworzyła istne arcydzieło, które możemy podziwiać stojąc na szczycie Padar Island.
Z wyspy płyniemy dwadzieścia minut na słynną różową plażę, która swój kolor zawdzięcza koralom oraz mikroskopijnym organizmom zwanym foraminiferami. Ich pancerze mają różowo czerwony kolor, kiedy umierają skorupki są kru-




szone przez fale i mieszają się z białym piaskiem. Efekt tego połączenia możemy oglądać na plaży, która ma delikatny różowy odcień. Wygląda spektakularnie w promieniach popołudniowego słońca. Kąpiemy się w turkusowej wodzie w towarzystwie jeleni. Widok tych dzikich zwierząt na plaży jest wręcz surrealistyczny i napełnia nas nieopisaną radość.
Kolejnym punktem wyprawy jest Park Narodowy Komodo, który słynie z największych żyjących jaszczurek, waranów z Komodo. Podróż łodzią zajmuje nam trzydzieści minut. Dobijamy do betonowego molo, które prowadzi prosto do wejścia, symbolicznej, kamiennej bramy, z wizerunkiem dwóch płaskorzeźb przedstawiających jaszczury. Podchodzi do nas ranger (lokalny przewodnik), który posiada specjalne przeszkolenie w pracy z waranami. Jego zadaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa turystom oraz zwierzętom mieszkającym w lesie tropikalnym. Oprócz waranów na wyspie żyją również jelenie, dzikie świnie, makaki i różne gatunki ptaków. Warany najbardziej są aktywne rano lub późnym wieczorem, w ciągu dnia chronią się przed słońcem w norach lub gęstych zaroślach. Mamy ogromne szczęście pomimo upału spotykamy kilka osobników. Jeden spaceruje po plaży, inny wyleguje się pod drzewem, a kolejny znalazł schronienie pod ławką, nieopodal sklepu z pamiątkami. Przemierzamy deszczowy las nieśpiesznie, podziwiamy potężne drzewa i liany zwisające z gałęzi. Kolorowe motyle gromadzą się

przy niewielkim źródełku, stworzonym przez człowieka, aby zwierzęta mieszkające w lesie mogły ugasić pragnienie. Panuje tu susza, las przypomina bardziej sawannę niż wilgotny las tropikalny. Warany są samotnikami, bardzo szybko pływają i poruszają się po lądzie. Samce są większe od samic, mogą mieć nawet trzy metry długości i ważyć osiemdziesiąt kilogramów. Wyczuwają padlinę z kilku kilometrów. Żywią się głównie jeleniami, dzikimi świniami oraz ptakami. Warany z Komodo wyposażone są w gruczoły jadowe, po ugryzieniu ofiara doznaje wstrząsu i paraliżu, a w konsekwencji umiera.
Spacer po monsunowym lesie jest niezwykle ekscytujący, nasze zmysły są wyostrzone. Wsłuchujemy się w każdy dźwięk, który może być zapowiedzią pojawienia się warana. Powoli wracamy do portu, jemy lunch z widokiem na morze i płyniemy dalej na snorkeling z mantami. Jest już późne popołudnie, kiedy zatrzymujemy się w miejscu zwanym Manta Point. Szansa na spotkanie z tymi majestatycznymi stworzeniami jest duża. W naszych sercach wciąż żywe są wspomnienia z ostatniego nurkowania z mantami, dlatego z ogromną nadzieją wskakujemy do morza. Zaglądamy pod powierzchnię wody, naszym oczom ukazuje się zdumiewający widok. Pod nami pływa piętnaście mant. Nawet snorkeling z tymi istotami sprawia nam ogromną radość, zanurzamy się i wynurzamy, ciesząc się obecnością tych magicznych stworzeń. Nie mogliśmy sobie wymarzyć piękniejszego zakończenia naszej całodniowej wyprawy do Parku Narodowego Komodo. Pobyt w Indonezji był niezwykłym czasem, który napełnił nas spokojem i radością. Będziemy jeszcze długo wracać do tych wszystkich pięknych dni, które są tylko potwierdzeniem tego, jak wiele mamy powodów do wdzięczności.


Solidna klasyka dla nurków REKREACYJNYCH
Beuchat OPTIMA 2 skafander zaprojektowany specjalnie dla MĘŻCZYZN
W nurkowaniu rekreacyjnym komfort cieplny i swoboda ruchów mają kluczowe znaczenie. To właśnie one decydują o tym, czy nurkowanie będzie czystą przyjemnością, czy walką z chłodem i zmęczeniem. Jednym z modeli, który od lat cieszy się uznaniem wśród nurków na całym świecie, jest Beuchat Optima 2 – skafander neoprenowy zaprojektowany z myślą o uniwersalności, trwałości i przystępności.
Sprawdzona konstrukcja i dobre dopasowanie
Beuchat Optima 2 to klasyczny mokry skafander neoprenowy, z anatomicznym krojem dopasowanym do naturalnej sylwetki ciała. Pianka dobrze przylega, ograniczając cyrkulację wody wewnątrz skafandra, co bezpośrednio przekłada się na skuteczną izolację termiczną.
Zamek błyskawiczny umieszczony z tyłu ułatwia zakładanie i zdejmowanie skafandra, a elastyczne panele w newralgicznych miejscach – na barkach, ramionach i w zgięciach kolan – zapewniają swobodę ruchów nawet podczas dłuższych nurkowań.



Beuchat ALIZE skafander zaprojektowany specjalnie dla KOBIET
W odpowiedzi na rosnące potrzeby nurkujących kobiet Beuchat opracował model Alize – damską wersję skafandra opartą na tej samej, sprawdzonej filozofii co Optima 2, ale z krojem w pełni dostosowanym do kobiecej anatomii.
Beuchat Alize wyróżnia się:
● lepszym dopasowaniem w okolicach talii, bioder i klatki piersiowej,
● zwiększoną elastycznością neoprenu w strefach wymagających większej mobilności,
● wyższym komfortem cieplnym dzięki ograniczeniu pustych przestrzeni wewnątrz skafandra.
Dzięki temu Alize nie jest jedynie „pomniejszoną” wersją męskiego modelu, lecz pełnoprawnym skafandrem zaprojektowanym od podstaw z myślą o kobietach, co wyraźnie czuć podczas nurkowania.




Neopren i grubości – uniwersalne rozwiązanie
Zarówno Optima 2, jak i Alize dostępne są w kilku wariantach grubości neoprenu, co pozwala dobrać skafander do różnych warunków nurkowych:
● 3 mm – idealne do ciepłych wód tropikalnych i nurkowań wakacyjnych,
● 5 mm – najbardziej uniwersalna grubość do nurkowań rekreacyjnych w wodach umiarkowanych,
● 7 mm – dla osób nurkujących w chłodniejszych akwenach lub szczególnie wrażliwych na zimno.
Zastosowany neopren jest miękki, elastyczny i odporny na kompresję, dzięki czemu skafandry zachowują swoje właściwości termoizolacyjne przez długi czas.
Komfort i ochrona pod wodą
Beuchat Optima 2 i Alize to nie tylko ochrona przed zimnem.
Skafandry skutecznie:
● chronią skórę przed otarciami i drobnymi urazami,
● zabezpieczają przed słońcem podczas przebywania na powierzchni,
● poprawiają komfort psychiczny nurka, pozwalając skupić się na eksploracji i bezpieczeństwie.

Wzmocnienia na kolanach zwiększają trwałość skafandrów, co docenią szczególnie osoby nurkujące z brzegu, na wrakach czy w skalistych rejonach.
Dla kogo są Optima 2 i Alize?
To skafandry idealne dla:
● początkujących i średnio zaawansowanych nurków rekreacyjnych,
● osób nurkujących kilka – kilkanaście razy w roku,
● szkół i centrów nurkowych,
● nurków poszukujących sprawdzonego, komfortowego sprzętu w rozsądnej cenie.
Podsumowanie
Beuchat Optima 2 oraz jego damski odpowiednik Alize to skafandry, które doskonale wpisują się w potrzeby współczesnego nurkowania rekreacyjnego. Prosta, ale dopracowana konstrukcja, szeroki wybór grubości neoprenu i wysoki komfort użytkowania sprawiają, że są to modele, które po prostu spełniają swoją rolę – niezależnie od płci nurka, to przykład sprzętu, który nie obiecuje cudów, ale konsekwentnie dostarcza to, co w nurkowaniu najważniejsze.

Nasza norweska przygoda zaczęła się na lotnisku w Krakowie. Plecaki, sprzęt nurkowy i sporo ekscytacji – wszystko gotowe na kolejną wyprawę.
Kierunek: BERGEN – miasto deszczu, fiordów i kolorowych domków, które przycupnęły nad zatoką niczym z pocztówki.
Zrodziną przylecieliśmy dwa dni przed resztą ekipy, więc postanowiliśmy wykorzystać ten czas na spokojne zwiedzanie miasta i smakowanie Norwegii po swojemu. Włóczyliśmy się po wąskich uliczkach Bryggen, zaglądaliśmy do małych kawiarni, w których zapach kawy mieszał się z morskim powietrzem.
Bergen przywitało nas energią miasta idealnego na start nurkowej wyprawy. Pociągi z lotniska kursują co 5 minut, bilety kupuje się w automatach, a potwierdzenie zakupu przychodzi SMS-em. Trasa do centrum zajmuje około 45 minut i kosztuje zaledwie 15 zł.
Loty z Krakowa do Bergen są naprawdę tanie – warto przylecieć tu choćby na kilka dni, zobaczyć kawałek Norwegii, wypić świetną kawę, pospacerować między kolorowymi domkami na Bryggen i poczuć klimat regionu, który większość

roku tonie w deszczu, ale nam podarował… prawie dwa tygodnie słońca.
Nie mogliśmy też odmówić sobie kulinarnych przygód – hot dogi z renifera okazały się zaskakująco pyszne, a zupy rybne i owoce morza na słynnym targu w centrum miasta były prawdziwą ucztą. Każdy kęs smakował jak Norwegia – prosto, świeżo i z nutą chłodu północy.
Reszta ekipy doleciała później, a cały sprzęt nurkowy dotarł do Norwegii busem. Dzięki temu mogliśmy lecieć tylko z bagażem podręcznym, co okazało się ogromnym ułatwieniem. Bez ciężkich toreb i skrzyń ze sprzętem mogliśmy swobodnie włóczyć się po mieście – wchodzić na punkt widokowy Fløyen, przesiadywać w kawiarniach z widokiem na port i chłonąć atmosferę Bergen. Te dwa dni przed rozpoczęciem nurkowań były idealnym wprowadzeniem – spokojne, pełne słońca (choć



to w Bergen rzadkość), zapachu morza i dźwięku mew unoszących się nad targiem rybnym.
Pomysł na wyprawę do Norwegii zrodził się w szkole nurkowania Denisa z Pszowa, która organizowała wyjazd w północne rejony kraju. Ponieważ mieszkamy bardzo blisko postanowiliśmy połączyć siły – Denis przygotowywał główną wyprawę, a my dołączyliśmy z własnym planem rekonesansu i fotograficznej eksploracji. To połączenie spontaniczności i doświadczenia okazało się strzałem w dziesiątkę.
Tym razem nie korzystaliśmy z usług żadnego centrum nurkowego na miejscu – to miał być rekonesans. Chcieliśmy sprawdzić, jakie możliwości daje Norwegia pod kątem samodzielnych nurkowań. Mieliśmy trochę informacji od znajomych i kilka wskazówek znalezionych w internecie
– mapki, opisy wraków, współrzędne miejsc, które ktoś kiedyś odwiedził. To wystarczyło, by obudzić ciekawość. Spakowaliśmy więc suche skafandry, latarki i aparaty, i ruszyliśmy w poszukiwaniu wraków ukrytych w chłodnych, przejrzystych wodach fiordów.
Mieszkaliśmy w miejscowości Rutlendar, niedaleko przystani, z której odpływały promy w różne strony fiordów. To znacznie ułatwiało przemieszczanie się między miejscówkami nurkowymi – wystarczyło spakować sprzęt do samochodu, a w kilka minut byliśmy gotowi na kolejną eksplorację.
Pierwsze nurkowania zrobiliśmy dosłownie z podwórka naszego domu. Wystarczyło zejść po kamienistej plaży, by znaleźć się w przejrzystej, spokojnej wodzie. Widoczność zaskoczyła nas pozytywnie – około 15 metrów, woda miała przy-

jemne 15°C, a co najważniejsze – bez prądów. Warunki idealne na rozgrzewkę po podróży i pierwsze zdjęcia.
Kolejnym celem był wrak Dampskip (Parowiec).
Wrak Dampskip (Parowiec) – monumentalna cisza Zaczęliśmy z brzegu, spokojnie schodząc do wody. Około 70 metrów dopłynięcia do liny prowadzącej prosto na wrak i już wiedziałam, że to nurkowanie będzie inne. Woda była delikatnie mleczna, ale widoczność pozwalała mi dostrzegać każdy fragment kadłuba i każdą strukturę wraku.
Dampskip zrobił na mnie ogromne wrażenie – 115 metrów długości, 15,9 metrów szerokości, 4969 BRT. Leżał mocno przechylony, masztami dotykając dna, a jego monumentalna sylwetka nie mieściła się w kadrze. Powoli przesuwałam się wzdłuż liny, fotografując fragment po fragmencie. Każdy pokład, każda burta, maszynownia – wszystko wydawało się opowiadać swoją historię.
Zbudowany w 1913 roku, znany też jako Wascana, zatonął 23 kwietnia 1945 roku. Nurkowanie możliwe jest z łodzi lub przez strome zbocze, ale najpiękniejsze jest powolne odkrywanie jego przestrzeni metr po metrze, zatrzymując się przy detalach, które wciąż zachowały dawną potęgę statku.
Nie ma tu mgły ani dramatycznego klimatu cenot – jest monumentalna cisza, surowa norweska przestrzeń i możliwość tworzenia zdjęć, które oddają ogrom wraku i jego niezwykłą historię. Każde ujęcie, każda klatka filmu pod wodą staje się częścią tej historii, którą chce się poznawać powoli, w pełnym skupieniu.
Wraki Ferndale i Parat
Następną miejscówką były dwa wraki Ferndale i Parat, na które tym razem trzeba było płynąć naszą łódką – Denis zorganizował ją dla nas na cały pobyt i mieliśmy ją do stałej dyspozycji. To ogromnie ułatwiało logistykę, przemieszczanie się i odkrywanie kolejnych miejsc, które nie były dostępne bezpośrednio z brzegu.
Wrak Ferndale to jeden z najbardziej popularnych i najchętniej odwiedzanych wraków w regionie – klasyk, który przyciąga nurków z całego świata. Nic dziwnego: jest spektakularny, fotogeniczny i pełen życia.
Po godzinie płynięcia udało nam się zlokalizować bojkę wraku. Szybkie założenie sprzętu, sprawdzenie aparatu i pyk –do wody. Ferndale pojawił się już na 10 metrach, ale początkowo widoczność była bardzo ograniczona, zaledwie kilka metrów. Wokół unosiła się mleczna mgiełka otulająca stalową konstruk-

cję, tworząc surrealistyczny klimat – zupełnie jak w cenotach w Meksyku. Każdy fragment kadłuba wynurzał się powoli, nieśmiało, jakby wrak nie był pewien, czy chce pokazać całą swoją historię.
Z czasem mgła zaczęła się rozwiewać, a Ferndale odsłaniał coraz więcej. Krótkie spojrzenie na płyciźnie wystarczyło, by zachwycić się ilością życia – kolorowe ukwiały, ryby i kraby tworzyły barwny, tętniący życiem świat.
Po chwili wpłynęliśmy przez otwór do wnętrza wraku. Przebijając się przez ciemne korytarze, wypłynęliśmy niżej –na 27 metrach, gdzie klimat zmienił się całkowicie. Mleczna mgiełka zniknęła, widoczność była doskonała, a wrak pokrywały białe ukwiały, które na ciemnym tle metalu wyglądały nieziemsko. Dawało to niesamowity, niemal baśniowy klimat.
Zanurzaliśmy się coraz głębiej, do 45 metrów, gdzie kończył się dziób Ferndale. Zerknęliśmy w dół – i wtedy zobaczyliśmy coś, co dosłownie zaparło nam dech. Kolejny wrak! Tuż pod nami spoczywał holownik Parat, widoczny w całej okazałości. Stalowe sylwetki dwóch wraków, leżących jeden nad drugim, tworzyły hipnotyzujący widok, jakby czas zatrzymał się dokładnie w chwili katastrofy. To jedno z najbardziej magicznych i emocjonalnych nurkowań, jakie można wykonać w norweskich wodach.
Nurkowanie z brzegu – odkrywanie nowych miejsc
Sprawdziliśmy wszystkie zatoczki w okolicy – te dostępne, obiecujące i potencjalnie ciekawe. Ocenialiśmy głębokość, bezpieczeństwo oraz to, czy miejsce ma nurkowy potencjał.
W jednej z zatoczek znalezionej przypadkiem – wracając ze sklepu – zanurkowaliśmy. I to była totalna dziesiątka.
Po około 15 minutach dopłynęliśmy do ściany porośniętej ukwiałami, pełnej ryb i krabów. Na 9 metrach zobaczyłam
liny prowadzące w dół – ciągnęły się w mrok aż na 70 metrów, może więcej. Widoczność przekraczała 20 metrów, a woda miała około 14°C.
To miejsce idealnie nadaje się na głębokie, techniczne nurkowania.
Norwegia poza wodą
Nie tylko nurkowaliśmy.
Między wyjazdami nad wodę zbieraliśmy grzyby oraz łowiliśmy ryby – bo jak tu nie skorzystać z tak czystych, dzikich fiordów?
A widoki… Norwegia jest przepiękna. Fiordy, wodospady, strome klify i nieskończone zielone doliny robią ogromne wrażenie.
I ta pogoda! Przez dwa tygodnie padało tylko pół dnia – jak na ten region absolutny cud.
Podsumowanie
Norwegia zachwyca: pod wodą i nad powierzchnią. To kraj stworzony dla nurków technicznych, wrakowych i dla tych, którzy szukają klimatu, którego nie da się podrobić w żadnym innym miejscu.
Ferndale i Parat – mistyczne i emocjonalne.
Dampskip – monumentalny i surowy.
Nowe miejsca z brzegu – obiecujące, techniczne i pięknie przejrzyste.
To kierunek, do którego – bez dwóch zdań – jeszcze wrócimy.

Tekst i zdjęcia TOMASZ KULCZYŃSKI

Nowy rok, nowe plany, za oknem zima… Dla ocieplenia
klimatu skupimy się dzisiaj na wraku statku Carnatic, spoczywającym na dnie cieplutkiego Morza Czerwonego.
CARNATIC JEST WRAKIEM ZAJMUJĄCYM JEDNO Z CZOŁOWYCH MIEJSC W RANKINGACH I DLATEGO JEST ON BARDZO OBLEGANY.
Jak zawsze w moich artykułach, staram się wam przekazać coś więcej, niż tylko suche fakty, tak też i tym razem, oprócz samego wraku, chciałbym przyjrzeć się bliżej sytuacjom oraz zagrożeniom wynikającym z nurkowania właśnie na tak obleganym wraku.
Jednostka zatonęła w XIX wieku w dramatycznych okolicznościach, a jej historia do dziś budzi zainteresowanie badaczy i miłośników żeglugi.


Statek został zbudowany w Londynie, w stoczni Samuda Brothers na Isle of Dogs, w latach 1862–1863. Początkowo planowano nadać mu nazwę Mysore, jednak ostatecznie został zwodowany 6 grudnia 1862 roku jako SS Carnatic, a do służby wszedł w kwietniu 1863 roku. Był własnością brytyjskiej firmy Peninsular and Oriental Steam Navigation Company (P&O).




Carnatic obsługiwał trasę pomiędzy Suezem a Bombajem, zapewniając szybkie połączenie parowe między Wielką Brytanią a Indiami jeszcze przed otwarciem Kanału Sueskiego. Podróż obejmowała przeprawę przez Morze Śródziemne do Aleksandrii oraz lądowe przejście do Suezu. Alternatywą była długa żegluga wokół Przylądka Dobrej Nadziei, która w tamtym okresie była dla parowców nieopłacalna ekonomicznie.
Konstrukcja statku była mieszana – posiadał żelazny szkielet i drewniane poszycie kadłuba. Wyposażono go zarówno w ożaglowanie rejowe, jak i czterocylindrową, odwróconą maszynę parową
typu compound, napędzającą pojedynczą śrubę. Silnik, zaprojektowany przez firmę Humphrys & Tennant, rozwijał moc ponad 2,4 tysiąca koni mechanicznych.
Zastosowanie maszyny compound było wówczas nowością w brytyjskiej flocie. Chociaż ciśnienie pary w kotłach ograniczono do 26 psi ze względu na przepisy Board of Trade, zastosowanie przegrzewu pozwoliło osiągnąć bardzo dobrą sprawność. Zużycie paliwa wynosiło nieco ponad 2 funty węgla na konia mechanicznego na godzinę, co było wynikiem porównywalnym z najbardziej zaawansowanymi jednostkami epoki.


Katastrofa wydarzyła się 12 września 1869 roku, gdy Carnatic wszedł na rafę koralową Sha‘b Abu Nuhas w pobliżu wyspy Shadwan, u wejścia do Zatoki Sueskiej. Kapitan P. B. Jones uznał początkowo, że statek jest bezpieczny i odmówił ewakuacji pasażerów, zapewniając, że wkrótce przepłynie tamtędy inny statek P&O – Sumatra.
Przez wiele godzin na pokładzie panował spokój. Dopiero w nocy, gdy woda zalała kotły, statek stracił zasilanie i oświetlenie. Po 34 godzinach uwięzienia na rafie, rankiem 14 września, wydano rozkaz opuszczenia jednostki. W momencie, gdy pierwsi pasażerowie zajmowali miejsca w szalupach, kadłub nagle rozpadł się na dwie części. Zginęło 31 osób, a pozostali rozbitkowie dotarli na jałową wyspę Shadwan, skąd następnego dnia zostali uratowani.
Carnatic przewoził znaczny ładunek złota – o wartości około 40 tysięcy funtów, co odpowiada ponad milionowi funtów we współczesnych realiach. Dwa tygodnie po katastrofie przeprowadzono operację wydobywczą i oficjalnie ogłoszono, że cały skarb został odzyskany, choć do dziś krążą pogłoski o niewydobytych kosztownościach.
Po wypadku kapitan Jones został wezwany do Anglii przed komisję śledczą. Choć uznano go za doświadczonego oficera, stwierdzono jednocześnie, że tragedii można było uniknąć przy zachowaniu należytej ostrożności. Jego patent kapitański zawieszono na dziewięć miesięcy, jednak nigdy więcej nie powrócił do służby na morzu.
Wrak leży na głębokości od 17 do 25 m i, jak pisałem wcześniej, jest on jednym z najbardziej popularnych i uczęszczanych wraków na Morzu Czerwonym. Będąc tak popularnym, praktycznie niemożliwe jest nurkowanie na nim bez żadnej innej grupy nurków z innych łodzi… Do tego wszystkiego mamy tutaj łodzie safari, które plus minus wypływają na swoje rejsy o jednym czasie i wtedy albo

wszyscy są tutaj na początku tygodnia, lub na powrocie. Do tego dochodzą daily boats, czyli łodzie wypływające każdego ranka z portu i wracające na noc.
Podczas naszego nurkowania na miejscu było tak wiele łodzi, że trudno mi było je zliczyć. Do tego wszystkiego cumowały poza rafą i do wraku trzeba było dopłynąć ribem. Na to wszystko dość mocno wiało, co wiąże się z całkiem dużym falowaniem. Biorąc te wszystkie rzeczy naraz, trafiła nam się dosyć wybuchowa mieszanka okoliczności…
Zaczynając od początku, sama kwestia dopłynięcia na wrak już była dosyć uciążliwa ze względu na spore fale. Samo płynięcie trwało około 10 minut, lecz problem powstał na miejscu, gdyż nad wrakiem roiło się od innych ribów, które albo zabierały nurków już po nurkowaniu, albo nurkowie dopiero co wyskakiwali… Na miejscu czekaliśmy kolejne 15 minut na swoją kolej, podczas tego postoju woda wpadała do łódki, wszystko się przesuwało i, co najgorsze, u większości zaczęła objawiać się choroba morska… Do tego każdy już ubrany w sprzęt, butle ciążą i wszechobecny zapach spalin z silnika zaburtowego… Po uporaniu się z warunkami panującymi na powierzchni w końcu znaleźliśmy się w wodzie. Nasza grupa jest dosyć zaawansowana, więc podpłynięcie, 1, 2, 3 i hop – wszyscy w wodzie! Przy zanurzaniu się na dno statku już widziałem mnogość bąbli unoszących się nad wrakiem – wygląda to trochę jak bąbelki w wodzie gazowanej, jak nalejecie do szklanki. Największy problem przy nurkowaniu z tak

olbrzymią liczbą ludzi to bardzo wysokie prawdopodobieństwo zgubienia przewodnika. Dlatego ja zawsze szukam znaku szczególnego przewodnika i partnera, żebym mógł ich odróżnić od innych, np. żółte płetwy, pasek od maski, coś unikalnego. Mimo starań i tak każda próba skoncentrowania się na zdjęciu lub zobaczenia czegoś z bliska kończyła się szukaniem grupy – to znaczy jej brakujących elementów. Często zdarzało się, że szukając po twarzach, znalazłem kolejną osobę i już szukaliśmy w dwie osoby. Plusem było to, że nawigacja wraku była dziecinnie prosta i każdy wiedział, gdzie szukać grupy. Nurkowanie zakończyliśmy w miejscu, gdzie wrak rozpadł się na pół i były tam dwie liny opustowe, takie morskie, splątane, bardzo grube. Przy tych linach odbywało się nasze wynurzenie (niestety, również wszystkich innych grup nurkowych) i panował tam ogromny korek! Wyglądało to tak, że podpływała łódź, zabierała nurków i odpływała. W tym czasie kolejna grupa czekała na głębokości 5 metrów i jak zwolniło się miejsce, wypływali oni na powierzchnię. Na powierzchni łodzie pływały tylko wokół, ze względu na fale i ustawiały się w kolejce do tego miejsca, gdzie były liny opustowe. Pod wodą było słychać tylko ogromny hałas obracających się śrub napędowych od łodzi…
Wyobrażaliście sobie sytuację opisaną powyżej? Więc nietrudno się domyślić, że coś musiało tutaj pójść nie tak. Mianowicie ta gruba lina opustowa, przy silnym prądzie oraz naporze około 20 osób, bo plus minus tylu się uczepiło, oderwała się z miejsca mocowania i zaczęła opadać. Ludziom zajęło trochę czasu, żeby się zorientować. Wszyscy przewodnicy od razu zaczęli ją naprawiać i w jednym momencie zrobił się dość duży zamęt. Większość nurków przepłynęła do drugiej liny, a my razem z przewodnikiem z powrotem zahaczyliśmy tę linę i zaczęliśmy powtórne wynurzanie. Porównam to trochę do kas w Biedronce – w momencie, jak naprawiliśmy linę, ci wszyscy ludzie, którzy przepłynęli do drugiej liny, z powrotem zaczęli wracać do naszej… Zmieniło się tylko to, że my byliśmy pierwsi w kolejce. Po wynurzeniu się na powierzchnię dostanie się na łódź też było nie lada wyzwaniem ze względu na fale. Na co chciałbym zwrócić uwagę – w momencie, jak zdejmowaliśmy sprzęt i wchodziliśmy na łódź, zauważyłem dość sporą liczbę głów wynurzających się na powierzchnię, które sprawdzały, co się dzieje i gdzie jest ich łódź. Wszyscy stwierdziliśmy, że ludzie ci nie są świadomi niebezpieczeństwa, jakie stwarzały stale krążące riby w oczekiwaniu na swoją grupę. Odpływając, też nerwowo krzyczeliśmy do sternika: stój, następny!
Podsumowując, uważam, że nasze nurkowanie na wraku statku Carnatic było lekcją dla nas wszystkich. Na całe szczęście nikomu z nas nic się nie stało, aczkolwiek nie wyobrażam sobie mało zaawansowanych nurków w taki dzień. Pamiętać należy, że w Egipcie ludzie inaczej podchodzą do życia i bezpieczeństwa, dlatego też należy brać na to poprawkę. Co do samego wraku, zgodzę się, że jest on przepiękny i chciałbym, żeby było mi dane jeszcze raz na nim zanurkować, lecz w lepszych warunkach pogodowych oraz z mniejszą ilością nurków. Jak zawsze: bezpiecznego nurkowania i widzimy się przy okazji kolejnego wraku – może Bałtyk???

•Kursy nurkowania rekreacyjnego i technicznego
•Autoryzowany serwis sprzętu nurkowego • Powietrze / Nitrox / Tlen / Hel do 300 Bar •Sklep stacjonarny •Wyprawy nurkowe
ul. Kolejowa 2, 62-010 Pobiedziska, k/Poznania
Tekst DAWID STRĄCZEK
Zdjęcia DAWID STRĄCZEK, SAMI PAAKKARINEN, PATRIK GRÖNQVIST

Są miejsca nurkowe, które przez lata istnieją gdzieś na granicy wyobraźni i realnego świata – znane z filmów i zdjęć.
Jednym z nich, przez długi czas, była dla mnie ZALANA KOPALNIA OJAMO W FINLANDII.
Krystalicznie czysta woda, absolutna ciemność i metafizyczne przestrzenie bardziej przypominające obcą planetę niż dawną kopalnię – świat, do którego dostęp ma tylko niewielu.
Być może dlatego nie przypadkiem właśnie Ojamo stało się jednym z planów zdjęciowych filmu Dive Odyssey, wyreżyserowanego przez fińskiego twórcę Jana Kasperiego Suhonena. Ten krótki, wizualny poemat nurkowy od lat działał na moją wyobraźnię silniej niż niejeden reportaż. Obserwowanie, jak Gemma Smith przemierza spowite mrokiem bezkresne przestrzenie, miało w sobie coś hipnotyzującego – doświadczenie na granicy snu i realnego nurkowania. Przez długi czas był to dla mnie nie tylko film, ale zaproszenie do miejsca, które istnieje naprawdę.
Przez wiele lat Ojamo pozostawało jednak wyłącznie w sferze marzeń. Na poważnie zacząłem myśleć o nurkowaniu w tym miejscu dopiero po jednej z dużych konferencji nurkowych, kiedy to miałem przyjemność poznać Samiego Paakkarinena – fińskiego eksploratora i instruktora, bez wątpienia należącego do światowej czołówki nurków technicznych i jaskiniowych. Krótka rozmowa, zaowocowała zaproszeniem do wspólnego nurkowania, szybko sprowadzając Ojamo z poziomu filmowej wizji na grunt konkretu: planowania, logistyki i odpowiedzialności.
Pomysłem zorganizowania wyprawy do Finlandii niemal natychmiast podzieliłem się z ludźmi, z którymi zwykłem nurkować. Założyliśmy grupę na jednym z komunikatorów i zaczęliśmy wymieniać się pomysłami dotyczącymi logistyki, noclegów, po cel i szczegóły planów nurkowych. Sami również był częścią tej dyskusji, choć nigdy nie narzucał swojego zdania. Czytał uważnie i zadawał pytania – często te najprostsze, a jednocześnie najbardziej niewygodne – które nie raz stawiały nasze „idealne” plany nurkowe pod znakiem zapytania. Wniosek nasuwał się jeden: Ojamo nie jest miejscem, które wybacza błędy.
Dlatego też, choć początkowo ekipa miała być większa, ostatecznie do Finlandii pojechaliśmy tylko we dwójkę – z Tomkiem Iwanickim. I warto to jasno podkreślić, żeby nie zabrzmieć arogancko: w mojej okolicy jest wielu nurków technicznych, którzy znakomicie radzą sobie w tego typu miejscach, jednak




nurkowania dekompresyjne pod stropem, na obiegu zamkniętym, na dystansie kilkuset metrów od wyjścia i na głębokościach liczonych w dziesiątkach metrów, wymagają czegoś więcej niż umiejętności i sprawdzonego sprzętu – wymagają przede wszystkim pełnego, bezwarunkowego zaufania do partnera. Do tego dochodzi długa podróż i mnóstwo czasu spędzonego razem na powierzchni. Takie wyprawy mają sens tylko wtedy, gdy biorą w nich udział ludzie, którzy nie tylko dobrze nurkują, ale też po prostu dobrze czują się w swoim towarzystwie. W oczekiwaniu na dzień wyjazdu ciekawość kazała zagłębić się w historię tego miejsca. Zalana kopalnia Ojamo, położona około 60 kilometrów na zachód od Helsinek, w rejonie Lohja ma znacznie bogatszą historię niż mogłoby się wydawać. Jej początki sięgają XIX wieku, kiedy rozpoczęto tu wydobycie wapienia i marmuru. Surowiec ten przez dekady wykorzystywany był w budownictwie i architekturze, a według przekazów trafił nawet na posadzki fińskiego parlamentu w Helsinkach. Początkowo eksploatacja prowadzona była w odkrywce, z czasem jednak przeniosła się pod ziemię, gdzie powstał rozległy system tuneli i komór.
W XX wieku kopalnia funkcjonowała dalej, również w trudnym okresie wojny zimowej z ZSRR, kiedy to teren Ojamo wy-
korzystywany był jako obóz pracy dla jeńców wojennych. Po wojnie wydobycie wznowiono, jednak w połowie lat 60. XX wieku działalność zakończono. Spadek cen wapienia i dostęp do tańszych źródeł surowca sprawiły, że dalsza eksploatacja przestała być opłacalna. Po zamknięciu kopalni zaprzestano odpompowywania wody, a podziemne wyrobiska zaczęły się stopniowo zalewać, aż poziom wody zrównał się z powierzchnią terenu. Dziś miejsce to z zewnątrz wygląda jak zwyczajne leśne jezioro –zupełnie nie zdradzając tego, co kryje się pod taflą wody. Pod powierzchnią Ojamo tworzy wielopoziomowy, rozległy system tuneli i hal, który uczynił to miejsce jednym z najbardziej rozpoznawalnych celów nurkowania technicznego i jaskiniowego w Europie. Najpłytszy poziom zaczyna się na głębokości około 28 metrów, kolejne poziomy leżą na 56 i 88 metrze, a znane, eksplorowane partie sięgają nawet 160 metrów. Główny szyb, opadający do około 250 metrów, do dziś nie został w pełni zbadany. Długie, proste korytarze – miejscami o długości przekraczającej 1,5 kilometra – oraz ogromne komory robią niesamowite wrażenie, nawet na doświadczonych nurkach.
Aby móc zanurkować w Ojamo, trzeba wiedzieć, że jest to miejsce o ściśle określonych zasadach dostępu i czasie użytkowania. Jeziorko wyrobiskowe w Ojamo jest współużytkowane przez Meriturva – fińską organizację szkoleniową zajmującą się przygotowaniem służb ratowniczych, w tym straży

pożarnej i zespołów ratownictwa wodnego. Zbiornik wykorzystywany jest również do celów szkoleniowych przez Luksia, regionalną instytucję szkoleniową prowadzącą kursy nurkowania zawodowego. Z tego względu nurkowanie rekreacyjne odbywa się głównie w weekendy oraz w dni powszednie w godzinach popołudniowych. Dostęp do wody możliwy jest wyłącznie z terenu zarządzanego przez Stowarzyszenie Ojamon Kaivossukeltajat, które odpowiada za organizację i koordynację działalności nurkowej na tym obiekcie.
Wejście do części overhead znajduje się na głębokości około 28 metrów, w odległości mniej więcej 200 metrów od pomostu zejściowego. Dostać się tam można płynąc przez otwartą część zbiornika, gdzie woda jest relatywnie ciepła, ale zwykle charakteryzuje się bardzo słabą widocznością. Z tego względu, mimo oporęczowania, najbardziej optymalnym rozwiązaniem jest dopłynięcie górą do boi, która wyznacza miejsce wejścia do zalanej kopalni.
Po przekroczeniu granicy kopalni warunki zmieniają się diametralnie. Temperatura wody wewnątrz kopalnianych chodników rzadko przekracza 6°C, za to widoczność potrafi zachwycić. Główną atrakcją pierwszego dostępnego poziomu jest zespół trzynastu połączonych ze sobą komór, znanych jako „Perły”. Potężne przestrzenie robią ogromne wrażenie już od pierwszych minut nurkowania.
Głębsze poziomy kryją miejsca o niemal metafizycznym charakterze, takie jak „Hell’s Gate” czy „Lucifer’s Pillar”.
Nurkowania w tych partiach wymagają już zastosowania mieszanek trimiksowych, a także bardzo precyzyjnego planowania i doświadczenia w nurkowaniu głębokim pod stropem. Ze względu na znaczną odległość od wejścia, a także skalę całego systemu, zdecydowanie zalecane jest użycie DPV oraz obiegów zamkniętych, które nie tylko zwiększają zasięg nurkowania, ale też pozwalają zachować odpowiedni margines bezpieczeństwa. W Finlandii, kraju kojarzonym z dziewiczą przyrodą, tysiącami jezior i niekończącymi się lasami, próżno szukać terenów krasowych – naturalne jaskinie praktycznie tu nie występują. Tutejsze podłoże zbudowane jest głównie ze starych, twardych skał krystalicznych: granitów i gnejsów, które nie ulegają procesom rozpuszczania przez wodę prowadzącym do powstawania rozległych systemów podziemnych. To właśnie dlatego zalane kopalnie, takie jak Ojamo, w naturalny sposób przejmują rolę jaskiń, oferując fińskim nurkom środowisko podstropowe w innym, surowszym i bardziej industrialnym wydaniu.
Pobyt w kopalni Ojamo rozłożyliśmy na trzy dni intensywnych nurkowań. Od początku było jasne, że nie będzie to wyjazd rekreacyjny – priorytetem było szkolenie z zakresu wykorzystania DPV w środowisku podstropowym. Każde zejście pod wodę miało jasno określony plan i cel, będąc częścią większego procesu, a nie próbą „zaliczania” kolejnych miejsc.
Podczas nurkowania w Ojamo uwagę od razu przyciąga surowy, industrialny charakter przestrzeni. Ściany i stropy mają stonowane odcienie szarości i grafitu, miejscami przechodzące


w ciemniejsze, niemal metaliczne barwy. Skała jest w dużej mierze gładka i regularna, nosząca wyraźne ślady wierceń i kontrolowanych odstrzałów. Równe płaszczyzny, powtarzalność kształtów i geometryczny porządek komór jednoznacznie zdradzają, że to przestrzeń ukształtowana ręką człowieka, a nie efektem wielowiekowych procesów naturalnych.
Ten górniczy rodowód ma swoje konsekwencje. Skała jest stabilna i „czysta” – osad zalega głównie na półkach i w zagłębieniach, rzadko unosząc się w toni. Przypadkowe poruszenie płetwą nie powoduje natychmiastowego pogorszenia widoczności, ta z reguły pozostaje zaskakująco dobra. W połączeniu z ogromną skalą wyrobisk daje to poczucie przestrzeni, porządku i kontroli.
Podczas pierwszych nurkowań dominował zachwyt, ale i wyraźnie odczuwalny respekt, który momentami ocierał się o strach. Skala przestrzeni, dystans od wyjścia i świadomość stropu nad głową nie pozwalały zapomnieć, gdzie się znajdujemy. Z każdym kolejnym zejściem pod wodę ten strach stopniowo ustępował miejsca fascynacji samym miejscem – jego rytmem, geometrią i spokojem – oczywiście przy zachowaniu


należnej pokory wobec środowiska, które nie toleruje lekkomyślności.
Finowie sprawiają wrażenie zdystansowanych i małomównych, ale gdy zyskasz ich zaufanie, potrafią okazać się niezwykle serdeczni, pomocni i autentyczni w relacjach. Sami Paakkarinen, należący do światowej czołówki nurków technicznych, swoją klasę potwierdził nie deklaracjami, lecz spokojnym, konsekwentnym podejściem, precyzją i dbałością o każdy detal. Przewidywał potencjalne problemy i reagował na nie z wyprzedzeniem, dzięki
czemu wszystkie nurkowania zakończyły się bezpiecznie.
Ojamo nie epatuje adrenaliną ani dramatyzmem. Wymusza skupienie, precyzję i wewnętrzny spokój. Po wyjściu na powierzchnię pozostawało zmęczenie, ale też głębokie zadowolenie, że wszystko przebiegło dokładnie tak, jak powinno. To właśnie te emocje – bardziej niż same metry, czasy czy nazwy kolejnych miejsc – zostają w pamięci na dłużej i sprawiają, że myśl o powrocie pojawia się niemal natychmiast.





i zdjęcia

W krajobrazie polskiego nurkowania, zdominowanym przez kamieniołomy, legendarne wraki Bałtyku i głębokość Hańczy, Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie wciąż jawi się jako region nie do końca odkryty, choć posiadający rzesze oddanych wielbicieli.
Wśród kilkudziesięciu akwenów tego regionu, jedno jezioro wybija się na plan pierwszy, stanowiąc niekwestionowane centrum nurkowej turystyki wschodniej Polski.
Jezioro Piaseczno, bo o nim mowa, to akwen, który zaliczany do najczystszych w Polsce (I klasa czystości), co przekłada się na wizurę wynoszącą średnio od 3 do 7 metrów. Najlepsze „okna” trafiają się zwykle w czerwcu, we wrześniu oraz zimą – na przełomie grudnia i stycznia, kiedy jezioro potrafi
zaskoczyć spokojem i klarowną wodą. Są jednak miejsca, które nie robią wrażenia od pierwszego spojrzenia. Brzeg spokojny, woda pozornie zwyczajna, brak spektakularnych formacji skalnych. A jednak wystarczy zanurzyć twarz pod powierzchnię, by zrozumieć, że Jezioro Piaseczno nie próbuje nikogo uwodzić. Ono stawia warunki. To akwen, który nie narzuca się narracją. On ją wymusza, powoli, konsekwentnie, bez taryfy ulgowej. Topografia Jeziora Piaseczno jest prosta, ale bezlitosna. Uczy więcej niż niejeden zagraniczny wyjazd: kontroli pływalności, pracy w toni, świadomego ruchu i szacunku do dna, które nie wybacza błędów.
Przygoda zaczyna się niewinnie. Plaża i dno do głębokości ok. 2 metrów – czyli do granicy roślinności litoralu – są piaszczyste, idealne do pierwszego zapoznania się z wodą, dla dzieci do zabawy i pływania. Jasne dno działa jak naturalna blenda, odbijając światło słoneczne i tworząc niesamowitą grę świateł w płytkiej wodzie. Roślinność litoralu wyznacza jednak wyraźną granicę, za którą otwiera się inna rzeczywistość. Poniżej 3,5-4 metra dno staje się muliste. To podstawowa informacja, od której powinno zaczynać się każde planowanie nurkowania. Muł w Piasecznie nie jest wadą, jest cechą. Jest miękki, lekki i gotowy unieść się przy najmniejszym błędzie. Wystarczy jeden niekontrolowany ruch płetwą, by widoczność spadła niemal do zera. To jezioro nie toleruje pośpiechu. Każda próba

„przepłynięcia” go siłą kończy się frustracją. Piaseczno wymusza obecność, mentalną i fizyczną. Dlatego pływalność przestaje tu być teorią z kursu, a staje się podstawowym narzędziem przetrwania i komfortu. Tu technika nie jest dodatkiem do nurkowania a decyduje o jakości nurkowania. Spokojna praca płetwami, świadoma kontrola pozycji w wodzie i planowanie trasy tak, by nie wracać „po własnym śladzie” sprawiają, że Piaseczno przestaje być wymagające, a zaczyna być satysfakcjonujące. Mimo surowego charakteru dna, pod wodą Piaseczno nie jest puste. Zatopione obiekty pełnią rolę punktów orientacyjnych, ale też elementów opowieści. System lin poręczowych i platform ułatwia nawigację, prowadząc nurka przez kolejne etapy wtajemniczenia.
A co kryje głębia? Przede wszystkim rozbudowaną infrastrukturę podwodną, tworzoną latami z myślą o szkoleniu, rekreacji i eksploracji. Z różnych stron jeziora prowadzą kilka logicznie połączonych tras, platformy treningowe i punkty orientacyjne na różnych głębokościach. Nie jest to park atrakcji w klasycznym sensie, raczej funkcjonalny krajobraz pod wodą, który pozwala planować nurkowania o bardzo różnym charakterze – od spokojnych, płytkich zanurzeń po bardziej wymagające profile. Całość daje poczucie uporządkowania, ale zostawia też miejsce na odkrywanie i własną interpretację przestrzeni. To oczywiście tylko skrót, tory kryją znacznie więcej drobnych obiektów i detali. Na wszystkich znajdziemy platformy treningowe na różnych głębokościach, a także pozostałości po nieistniejących już ba-
zach, nieoporęczowane ale dające sporo radości eksploracyjnej. A wszystkie trasy łączy jeden punkt szczególny – najgłębsze miejsce jeziora. Oficjalnie mówi się o 38 m, ale natura lubi korygować tabelki. Przy obecnych spadkach poziomu wód gruntowych realna głębokość to raczej około 36 m. Niby drobna różnica, a jednak wystarczająca, by przypomnieć, że pod wodą to nie liczby są najważniejsze, tylko świadomość miejsca i warunków. Dotarcie tam wymaga precyzyjnego planowania i dużej kultury nurkowej, jeden nieuważny ruch potrafi zniszczyć widoczność i kadr.
W społeczności lokalnej od lat krąży też opowieść o zatopionym niemieckim Junkersie z czasów II wojny światowej. Oficjalnie, nikt go nie widział, a nieoficjalnie „ktoś kiedyś był blisko”. I właśnie dlatego samolot stał się Świętym Graalem Piaseczna. Im mniej dowodów, tym więcej wyobraźni. Legenda żyje własnym życiem i dokłada jezioru nutę tajemnicy, która sprawia, że schodząc pod wodę, zawsze pojawia się myśl: a może jednak…?
Jezioro Piaseczno funkcjonuje dziś jako pełnoprawne nurkowisko dzięki zapleczu brzegowemu. Bazy tworzą spójną mapę wejść do wody, a każda z nich oferuje inny klimat i standard. Dzisiejszy obraz Piaseczna jako zorganizowanego nurkowiska nie powstał w wyniku jednego projektu. Pierwsze elementy toru podwodnego pojawiły się jeszcze zanim jezioro zyskało rozpoznawalność. Chodziło o ćwiczenia techniki, orientacji i pracy w ograniczonej widoczności.


Baza Nurkowa Profundal, prowadzona przez Leona Staniaka, to baza budująca swoją reputację latami. W obecnej formie działa od 2014 roku. To miejsce dla osób ceniących porządek i strukturę. Platformy, salka wykładowa, sprężarkownia i łódź desantowa tworzą profesjonalne zaplecze szkoleniowe. Baza stawia na rozwój umiejętności, w tym popularne konfiguracje sidemount. Profundal nie próbuje być „atrakcją”, jest solidnym, funkcjonalnym zapleczem.
Nurkowe Ranczo to zupełnie inny klimat, który, oferuje baza prowadzona przez Piotra Tokarskiego. To miejsce kameralne, gdzie nurkowanie łączy się z życiem obozowym. Wybierane

przez osoby, które chcą zostać nad jeziorem dłużej. Ranczo buduje wspólnotę, tu nie chodzi tylko o liczbę zanurzeń, ale o relacje. Profesjonalne zaplecze, sprężarkownia oraz oferta szkoleniowa jest szeroka, obejmując kursy od podstawowych po zaawansowane systemy obiegu zamkniętego (CCR).
„U Gieni” w krajobrazie Piaseczna to miejsce szczególne. Punkt bez rozbudowanej infrastruktury, za to z tym, co dla wielu kluczowe: stołem do klarowania sprzętu i natychmiastowym wejściem do wody. To miejscówka zadaniowa, surowa i uczciwa w formie. Dostępna wyłącznie przez szkoły i centra nurkowe, wykorzystywana głównie do szkoleń i pracy pod wodą. Właśnie

dlatego regularnie pojawiają się tu ekipy Szkoły Nurkowania Napoleon Arka Kowalika, dla nich liczy się spokój, brak rozpraszaczy i możliwość pełnego skupienia się na nurkowaniu.
Tuż obok baza Centrum Nurkowego Tryton ze sprężarkownią i polem namiotowym.
Baza Nurkowa Dive Service zlokalizowane przy resorcie Piaseczno oferują dobre warunki startowe: prąd, wiatę i dostęp do zaplecza rekreacyjnego.
Patrząc na współczesne Piaseczno, trudno pominąć jego medialny wymiar. To miejsce żyjące w dwóch światach równocześnie. Jeden to realne zanurzenia: chłodna woda, muł, koncentracja. Drugi to Internet, relacje na Facebooku i Instagramie z dopiskiem „widoczność petarda”. Piaseczno funkcjonuje dokładnie na styku tych dwóch rzeczywistości. W sieci dno często znika. Kadry są ciasne, dopracowane, pozbawione kontekstu. Widać obiekt, nurka, snop światła, rzadziej przestrzeń wokół. To nie przypadek. Piaseczno nie sprzedaje się szerokim planem. Wymusza selekcję i kontrolę, a fotografuje się to, nad czym da się zapanować.
Dla fotografa podwodnego bywa bardzo hojne, ale stawia warunki. Szeroki kadr szybko „zjada” widoczność, a zawiesina odbija światło lamp, tworząc backscatter. Dlatego najlepiej sprawdzają się tu ujęcia półbliskie i makro: raki, ślimaki na liściach rdestnicy, portrety ryb, głowa szczupaka, oko okonia. Piaseczno nie daje obrazów „od ręki”. Ono pozwala je wypracować.
Charakterystyczne są też reakcje w mediach społecznościowych. Pod postami rzadko pojawiają się zachwyty typu „wow”. Dominuje język konkretu: głębokość, platforma, lina. Jakby wszyscy intuicyjnie czuli, że to jezioro nie potrzebuje opowieści. Ono jest narzędziem. Jednym z jego najmocniejszych, a najmniej eksponowanych atutów jest dwutorowość. Tu życie nurkowe i rodzinne toczą się równolegle, bez konfliktu. W przeciwieństwie do wielu dzikich nurkowisk, Piaseczno oferuje plaże, bezpieczne płycizny dla dzieci i zaplecze gastronomiczne, które pozwala normalnie spędzić dzień z bliskimi. Nurkowanie nie wyrywa tu z codzienności – ono się w nią wpisuje. Rano można zrobić rekreacyjne lub wymagające technicznie zanurzenie, a po południu usiąść z rodziną na plaży. Jezioro nie dominuje, tylko towarzyszy. Daje przestrzeń pod wodą i na brzegu.
Paradoks Piaseczna polega na tym, że im więcej wymaga, tym bardziej uspokaja. Nie konkuruje z morzami ani oceanami. Robi coś cenniejszego: uczy świadomego nurkowania. Pokazuje, że technika, plan i spokój mają realne znaczenie. W świecie pogoni za atrakcją przypomina, że wartość nurkowania kryje się w prostocie i w ciszy, zaczynającej się tuż nad mulistym dnem.
Dla tych, którzy wracają tu regularnie, Piaseczno staje się czymś więcej niż punktem na mapie. To przestrzeń do skupienia i technicznej precyzji. Jezioro trudniejsze w rzeczywistości niż w Internecie, i właśnie dlatego tak ważne. Nie krzyczy, nie obiecuje spektaklu. Ono czeka. A w tej ciszy tkwi jego największa siła.
Quickly MoBi to innowacyjne skrzydło

BCD o regulowanej geometrii, zaprojektowane do pracy zarówno z pojedynczą butlą (32 lbs), jak i z twinem (45 lbs) - bez konieczności wymiany worka wypornościowego. Wykonane z wyjątkowo wytrzymałej Cordury 1000 z podwójnym płaskim szwem, połączone z komfortową, w pełni regulowaną uprzężą
Quickly, pozbawioną klamer i zbędnych elementów. Konstrukcja eliminuje efekt „taco”, zapewniając stabilną pływalność i przewidywalną kontrolę w każdej konfiguracji, a praktyczna kieszeń SMB zwiększa wygodę i chroni skafander.







Skrzydło techniczne
Quickly Mono


Skrzydło rekreacyjno-techniczne New Tekky



Skrzydło Tech Deep Horseshoe



Skrzydło techniczne Mod 3k Donut (single/twin)






rekreacyjne Key J



Skrzydło rekreacyjne Fly Tech



Lekka konstrukcja, wysoka moc i pełna niezawodność. Wodoszczleność do 150 metrów pod wodą.
Twój najbardziej godny zaufania backup na każde nurkowanie.









Jeśli ktoś śledził profil Nautica Safari lub Perfect Diver, wiedział, że przez wiele miesięcy trwał w 2025 roku
Konkurs Fotografii Podwodnej Nautica Safari.
Konkurs został rozstrzygnięty dość późno, dlatego tylko zdjęcie autorstwa Marka Cacaja, przedstawiające nieznany wrak żaglowca z Olandii, które uzyskało Grand Prix za najlepsze zdjęcie konkursu, ozdobiło okładkę ostatniego wydania Perfect Diver w 2025 roku. Nadesłano kilkaset zdjęć. W konkursie wszystkie kategorie konkursowe cieszyły się zainteresowaniem.
Tuż przed ogłoszeniem wyników Jury Konkursu Fotograficznego Nautica Safari w składzie: Dominika Aleksanderek, Tomasz Płociński, Marta Smaga, Irena Stangierska, Piotr Stós, Marcin Trzciński, Paweł Tworek, Wojciech Zgoła wyłoniło zwycięzców w tegorocznej edycji konkursu.
SZEROKI KĄT
1. Darek Mrozek
2. Przemysław Zyber
3. Łukasz Ginalski
Wyróżnienie – Michał Muciek




1. Paulina Suszko
2. Marta Urbaniak
3. Arkadiusz Labudda Wyróżnienie – Piotr Pawlak




PORTRET PODWODNY
1. Bartosz Bieniek
2. Magdalena Leśniak-Wołch
3. Adam Sokólski



1. Piotr Bałazy
2. Łukasz Bałamut
3. Przemysław Zyber Wyróżnienie – Małgorzata Sobońska-Szylińska




1. Bartosz Bieniek
2. Przemysław Zyber
3. Piotr Bałazy
Wyróżnienie – Barbara Glenc




1. Jacek Głowiński
2. Wojtek Męczyński
3. Marek Mencel
Wyróżnienie – Małgorzata Sobońska-Szylińska




1. Michał Szulhan
2. Michał Muciek
3. Magdalena Leśniak-Wołch
Wyróżnienie – Rafał Dąbrowski









KURSY
NURKOWANIA
REKREACYJNEGO


KURSY
NURKOWANIA
TECHNICZNEGO
POWIETRZE / NITROX / TLEN / HEL DO 300 BAR
WYPRAWY NURKOWE
KURSY
PIERWSZEJ
POMOCY EFR.

AUTORYZOWANY SERWIS
SPRZĘTU
NURKOWEGO



Tekst i zdjęcia PRZEMYSŁAW ZYBER

Co decyduje, że zdjęcie jest dobre, że się podoba i przyciąga wzrok.
Czy to czysty przypadek? Czy spośród tysięcy zrobionych zdjęć fotograf wybiera do publikacji zaledwie tych kilka, które są dobre? Czy można świadomie robić dobre zdjęcia, z których tylko kilka trafi do kosza, a reszta zachwyci?
Czy trzeba używać spustu migawki niczym karabinu maszynowego – licząc, że coś się uszczelni? A może lepiej być jak snajper. Wyczekać, przemyśleć, przygotować się, posiąść wiedzę i nacisnąć spust tylko raz, uzyskując pożądany efekt?
Przypadek?!
Znajomy, z którym pojechałem do kopalni Tuna twierdzi, że zrobienie zwycięskiego zdjęcia to czysty przypadek. Odrobina szczęścia. Moment, który uchwyciliśmy nieświadomie. Zagubione promienie światła wpadające przez obiektyw, stworzyły

efektowne widowisko. Twierdzi, że wiedza i praktyka mają małe znaczenie. A sztuka fotografii to wrażliwość, romantyzm oraz totalna loteria.
Co ja o tym myślę?
Zgodzę się, że wrażliwość ma znaczenie. Przecież nie da się uchwycić pięknej chwili, nie odczuwając jej wyjątkowości. Odmiennego zdania jestem, co do przypadkowości robienia docenianych zdjęć. Sama wrażliwość nie wystarczy. Co przybliży Cię do podium w konkursach fotograficznych? Wiedza, prak-
tyka, znajomość mocnych stron swojego sprzętu, a na koniec postprodukcja, analiza i wyciąganie wniosków. Jeżeli nie opanujesz wszystkich etapów nowoczesne fotografii, Twoja droga do wypłynięcia na szerokie wody internetowych zasięgów będzie długa.
Wiedza
Wolisz robić tysiące zdjęć, zużywając migawkę? Przebierać je godzinami i spędzać długie noce na analizie? Po co? Przecież wszystko jest dostępne od ręki :) Standardy kompozycji są niezmienne od setek lat. W dzisiejszych czasach mając internet w telefonie, możemy szybko odnaleźć informacje odnośnie kanonów fotografowania. Mocne punkty, podział kadru, linie, horyzont itp. Wiedza jak budować kard, jest absolutnie bezcenna i potwierdzona przez badaczy z różnych dziedzin, na bazie tysięcy dzieł sztuki. Jeżeli nie przyswoisz tych prostych kilku reguł i nie wykorzystasz ich do budowy kadru, trudno będzie uzyskać zdjęcie przyciągające wzrok. Nie bagatelizuj tego kroku w nauce fotografii. Może wydaje Ci się, że coś wiesz, ale nadmiar wiedzy nie boli. Sięgaj po materiały od różnych fotografów.
Praktyka
Bez ćwiczeń nie osiągniesz dobrych efektów. Sama wiedza to nie wszystko, trzeba ją teraz wykorzystać. Patrząc na ekran, przypomnij sobie, czego się nauczyłeś o budowie kadru. Wykorzystaj złoty podział. Umieść modela lub obiekt w mocnym punkcie. Pozostaw symetryczne marginesy. Unikaj centralnych kadrów bez uzasadnienia. Nie obcinaj płetw, rąk. Buduj nastój. Przełącz z trybu seryjnego, na pojedyncze zdjęcia i naciskaj spust migawki tylko wtedy, gdy uważasz, że zdjęcie ma sens. Pamiętaj, że aparat nie jest nieśmiertelny. Każde kliknięcie przybliża go do śmierci. Migawka ma bowiem określoną żywotność.
Znasz mocne strony swojego aparatu?
Każdy aparat, jak i obiektyw ma swoje przeznaczenie. To nie jest tak, że dobry, drogi aparat robi sam zdjęcia. Wręcz przeciwnie. W dobrym aparacie jest więcej możliwości ustawień, które dają sporo opcji. Jednak bez przenikliwej analizy swojego sprzętu i bez znajomości optymalnych ustawień, nawet najdroższym sprzętem nie uzyskasz dobrych efektów. I tak dla przykładu. Na płytkie wody, gdzie jest jasno oraz mnóstwo kolorów wystarczy Gopro, Olimpus lub telefon komórkowy. Do macro dobry będzie aparat z wymienną optyką, dużą ilością pikseli, najlepiej z małą matrycą APS-C i odpowiednio dobrane światło. W jaskiniach to już zupełnie inna bajka. Pełna klatka, mała ilość pikseli, obiektyw szeroki kąt lub Fisheye. Trzymając w ręku swój aparat, musisz dokładnie wiedzieć, gdzie odnajdzie się on najlepiej. Bo Gopro nie poradzi sobie w ciemnych miejscach, a aparat z obiektywem typu Fischeye nie nada się do zrobienia macro.
Wisienka na torcie, czyli postprodukcja Masz już wiedzę. Znasz swój sprzęt i użyłeś prawidłowych ustawień. Wykorzystałeś go zgodnie z jego przeznaczeniem. Odpalasz zdjęcie na komputerze, a tam szok. Nie tak zarejestrowało



to Twoje oko. Przecież było bardziej kolorowo, w cieniach dużo się działo, a światło nie było przepalone.
Dzisiejsza elektroniczna rejestracja obrazu nie jest doskonała, szczególnie w warunkach podwodnych. Światło z lamp dociera maksymalnie do 2 metrów, a reszta kadru tonie w błękicie lub szarości.
Aby przywrócić zdjęcie to tego co zarejestrowało Twoje oko, musisz sięgnąć po programy do obróbki zdjęć. Chcąc dobrze obrobić zdjęcie, musisz znowu pochłonąć sporą ilość wiedzy, żeby się tego nauczyć. Trzeba bowiem zachować równowagę w balansie bieli, kontrastach, wyostrzeniach, odszumianiach. Niepoprawna obróbka może zniszczyć szczegółowość obrazu i mocno zniekształcić rzeczywistość.
Analiza to podstawa nauki Obróbka zdjęcia, nie powinna zając więcej niż dwie minuty. Jeżeli musisz poświęcić więcej czasu na jedno zdjęcie, przeanalizuj, dlaczego. Czy ustawienia aparatu były właściwe? Czy dobrze ustawiłeś balans bieli pod wodą? Czy przysłona, czas i ISO było adekwatne do sytuacji? A może oświetlenie było za mocne lub pod złym kątem? Jeżeli w postprodukcji musisz przekadrować zdjęcie, wróć do punktu „Wiedza i prawidłowa konstrukcja kadru”. Jeżeli ze zdjęcia nic nie dało się wyciągnąć, może użyłeś aparatu nie zgodnie z jego przeznaczeniem? Jeżeli pierwszy plan jest mocno oświetlony, a drugi plan tonie w ciemności, może zmniejszyć moc lamp?
Przyglądaj się swoim zdjęciom, analizuj i wyciągaj wnioski. To fundament rozwoju.
Wnioski
Jeżeli opanujesz wszystkie te punkty, gwarantuję Ci, że Twoja fotografia będzie zauważona.
A dobre zdjęcia, nie będą kwestią przypadku, lecz świadomego wykorzystania wiedzy, możliwości i umiejętności. Jeżeli posiadasz dodatkowo wrażliwość to sukces murowany. Jednakże musisz opanować wszystkie te skills’y. Nie da się robić regularnie dobrych zdjęć, bez kompletu wyżej wymienionej wiedzy. Jeżeli chcesz skrócić swoją drogę do fotograficznego sukcesu, już dziś zapraszam Cię do lektury mojej książki „Kanony fotografii podwodnej”. Na podstawie wielu moich zwycięskich zdjęć wyjaśnię Ci jak zbudować kadr. Wytłumaczę co jest wskazane, a czego unikać jak ognia. Jak ustawić prawidłowo aparat, oświetlenie i jak budować nastrój.
Zrozumiesz, dlaczego „dobre zdjęcie to nie przypadek”. A droga od pospolitego pstrykacza do wielokrotnego mistrza świata jest możliwa i opiera się na wiedzy, a nie na szczęściu ;)

Tekst i zdjęcia KRZYSZTOF BRUDKOWSKI

Dla niektórych nurków nurkowanie nocne stanowi wyzwanie, z którym nie chcą się mierzyć.
Dla innych jest to pożądany dodatek do nurkowego dnia, choć wejście w chłodniejsze wieczorem wody wymaga mobilizacji i zwalczenia pokusy zakończenia dnia zimnym drinkiem, z bąbelkami lub bez.
Ja należę to tej grupy nurków, którzy zawsze korzystają z możliwości nurkowania nocą. Bez znaczenia jest przy tym dla mnie to, czy nurkowanie będzie odbywało się z brzegu, z wejściem do wody z pomostu, czy z łodzi safari. Ma to oczywiste znaczenie dla orientacji i nawigacji do punktu wejścia/ wyjścia, ale raczej nie robi to różnicy fotografowi podwodnemu (jeśli nie ma ograniczeń ruchowych) i nie wpływa zasadniczo na konfigurację mojego zestawu.
Moim zdaniem właśnie te nocne nurkowania, obok nurkowania z dużymi zwierzętami morskimi, mogą być jedną z najbardziej satysfakcjonujących i ekscytujących okazji dla fotografów czy video grafów podwodnych. Dlaczego? Bo stworzenia, których normalnie nie można zobaczyć w ciągu dnia albo można zobaczyć je rzadko, wychodzą ze swoich kryjówek, aby polować. Dobrym przykładem będą tu skorupiaki (np. krewetki czy kraby) i głowonogi (jak np. mątwy). Inne stworzenia, jak skrzydlice czy mureny będą chętnie towarzyszyć nurkom, trzymając się blisko ich światła, aby ułatwić sobie polowanie.
Podczas wielu moich nocnych nurkowań miałem okazję podziwiać zachowania, które trudno zarejestrować za dnia.
Będąc świeżo po takim nocnym nurkowaniu w Morzu Czerwonym, mogę wymienić przykładowo: polowanie mureny, zakończone szybkim atakiem na swoją ofiarę; półleżące w letargu ryby, ułożone na rafie, jakby do snu; czerwone oczy i długie czułki krewetek chowających się w szczelinach; żerowanie langusty, czy dryfowanie w letargu żółwia, niezwracającego uwagi na przepływających obok nurków.
Dla niektórych stworzeń to właśnie noc jest porą ich normalnej aktywności. Z dużo większym prawdopodobieństwem zobaczymy i sfotografujemy w nocy ślimaka hiszpańską tancer-

kę, dostrzeżemy gamety rozmnażających się koralowców czy efektowną poświatę koralowców bioluminescencyjnych.
Napisałem „zobaczymy”, a teraz doprecyzuję, zobaczymy, jeśli oświetlimy nasz obiekt zainteresowania. Światło w fotografii to kluczowy element wpływający na nastrój budujący scenę i dynamikę zdjęcia, po mistrzowsku wykorzystywane przez artystów fotografii czarno-białej pokroju Ansela Adamsa. W odróżnieniu od nich fotograf podwody nie może jednak pozwolić sobie na zbyt długie naświetlanie sceny, zwłaszcza nocą przy braku naturalnego światła. My musimy zabrać światło ze sobą i zobaczymy oraz zarejestrujemy na matrycy tylko to, co zostanie właściwie oświetlone. Pomocne będzie światło ciągłe dedykowane do video lub dobra latarka nurkowa dająca szerszy niż tylko punktowy snop światła. Dodatkowa, czy raczej standardowa latarka sygnalizacyjna, którą zwykle zabiera nurek na nurkowanie nocne, też jest bardzo przydatna do wyszukiwania celów i komunikacji. Tej latarki nie radzę pominąć ani o niej zapomnieć, bo dawanie jakichkolwiek sygnałów szeroko świecącą latarką np. do video może okazać się kompletnie nieefektywne (sprawdziłem na własnej skórze).
Światło ciągłe będzie wspomagać aparat w prawidłowym ustawieniu ostrości oraz pozwalać fotografowi na ogólny ogląd sceny, w tym ocenę tego, jak się
rozkładają cienie rzucane przez oświetlane obiekty. Może to być światło czerwone, mniej inwazyjne nocą dla wszelkich stworzeń albo światło o białym zabarwieniu (a właściwie o spektrum światła mniej lub bardziej zbliżonym do białego) z tym że w większości przypadków wystarczające będzie użycie minimalnej mocy naszej latarki (światła skupiającego) dla wspomagania aparatu. Główne źródło światła powinno pochodzić z jednej lub dwóch lamp błyskowych. Dlaczego dwie lampy dają lepszy efekt? Po pierwsze przy dwóch lampach mamy dostępną większą moc, aby oświetlić szerszą czy głębszą scenę. Po drugie możemy rozproszyć światło, tak aby łagodniejsze
krawędzie wewnętrzne oświetlały obiekt, co jest niemożliwe przy pojedynczej lampie skierowanej bezpośrednio na niego. Po trzecie możliwe jest manipulowanie położeniem lamp (umieszczonych na ramionach), aby unikać ostrych cieni, przesuwając je wedle potrzeby nad albo pod obiekt, który taki cień powoduje. Możliwe jest wykonywanie zdjęć nocą tylko przy użyciu światła ciągłego, tak jak dzieje się to w przypadku re jestrowania nagrań video. W takim wypadku efekt będzie zależny zarówno od mocy używanego światła, jak i od czasu naświetlania, który raczej należy wówczas wydłużyć, bo światło ciągłe nie jest w stanie dostarczyć tak dużej ilości lumenów, co lampy błyskowe.
Czy fotografowanie w nocy jest trudne? Moim zdaniem jest ono prostsze niż podczas nurkowania w ciągu dnia. Wbrew pozorom w nocy mamy łatwiejszą sytuację z oświetleniem, bo nie musimy balansować pomiędzy światłem zastanym i sztucznym wysyłanym przez lampy błyskowe. Nie mamy zmian intensywności oświetlenia zastanego wraz z głębokością. Mamy do dyspozycji tylko to światło sztuczne, które zabraliśmy ze sobą, stałe lub błyskowe. Kontrola intensywności światła koniecznego do oświetlenia obiektu czy sceny jest więc łatwiejsza, a podgląd (nawet pobieżny) zdjęcia po jego wykonaniu bardziej wyrazisty.
Jeśli zdjęcie wygląda na niedoświetlone, to możliwe, że jesteś za daleko

od obiektu. Fotograf podwodny musi być możliwie blisko fotografowanego celu. Bez dobrej pływalności, właściwego trymu i umiejętności pływania na boki, czy do tyłu, jakiekolwiek fotografowanie będzie dla nurka co najmniej przedwczesne. Światło błyskowe dociera tylko na niewielką odległość (podobnie jak w ciągu dnia) i jego zasięgu nie można dostrzec, w przeciwieństwie do światła ciągłego. Fotograf musi znajdować się dostatecznie blisko obiektu, nie tylko aby wypełnić kadr i oświetlić obiekt, ale także po to, aby wyeliminować rozproszenie wsteczne światła w cząsteczkach wody zawierających plankton albo drobinki piasku.
Z mojego doświadczenia wynika też, że na jakość nurkowania nocnego i liczbę zrobionych zdjęć, poza umiejętnościami fotografa, zasadniczy wpływ ma dobry przewodnik nurkowy. Osoba, która zna dane miejsce, będzie

nieocenionym sprzymierzeńcem fotografa i pomoże znaleźć tematy do zdjęć. Takie „szperanie po rafie” przewodnika w trakcie nurkowania nocnego wielokrotnie przynosiło fantastyczne rezultaty


i pozwalało na późniejsze zadowolenie ze zdjęć przedstawiających specyficzne zachowania, czy stworzenia, które można zobaczyć tylko po zmroku.
Przy okazji dzielenia się tymi spostrzeżeniami z perspektywy fotografa podwodnego, mam do wszystkich czytelników prośbę. Biorąc udział w nurkowaniu nocnym z fotografem czy video grafem podwodnym nie starajcie się mu pomóc, nie świećcie swoimi latarkami na będący w polu jego zainteresowania obiekt, bo to wprowadza tylko niechciane dominanty kolorystyczne od świateł różnych latarek na zdjęciu/ nagraniu i zmiany skokowe intensywności oświetlenia. Pewnie każdy z uczestników takiego nurkowania ucieszy się, gdy w normalny sposób dacie sygnał, że coś ciekawego zostało znalezione, ale jak już podpłynie ktoś z kamerą i swoim światłem, to dajcie mu sposobność i czas, aby w świetle wyłącznie posiadanego przez fotografa sprzętu zostało wykonane zdjęcie lub nagranie. O konieczności unikania świecenia prosto w oczy nurków i wszelkich stworzeń morskich nie będę wspominał.
Na zakończenie zostawię wam do przemyślenia dwa cytaty. „Jeśli twoje zdjęcia nie są wystarczająco dobre to znak, że nie byłeś dostatecznie blisko” (Robert Capa). „Jeśli nie ma z tego zdjęcia, to znaczy, że to się nie wydarzyło” (przypisywane reporterom National Geographic). Do zobaczenia pod wodą.

CUT THROUGH THE DARKNESS

„POJĄĆ GŁĘBIĘ” – to program, którego celem jest wzmacnianie niezależności, poczucia własnej wartości i pewności siebie u osób z niepełnosprawnościami intelektualnymi poprzez nurkowanie o charakterze rehabilitacyjnym i terapeutycznym.
Program powstał dzięki mojej dobrej przyjaciółce Agnieszce Dejnie, która założyła Spółdzielnię Socjalną Dalba oraz Browar Spółdzielczy produkujący piwo Kraftowe. W browarze spółdzielczym jest zatrudnionych osiemdziesiąt procent osób z niepełnosprawnościami intelektualnymi i chorobami psychicznymi. Panowie zatrudnieni w browarze ważą piwo, butelkują, puszkują, oklejają i pakują do wysyłki po całym świecie, czyli uczestniczą w całym procesie produkcji i post produkcji piwa.
Program powstał z problemu, ponieważ w browarze praca szła kiepsko.

Nie było współpracy ani komunikacji między chłopakami i ciągle im nie szło. Nic nie działało, czyli tłumaczenia, rozmowy i wyjaśnianie co i jak mają robić. Pewnego dnia Agnieszka wpadła na pomysł, weźmy chłopaków pod wodę i zobaczymy, co się stanie. Oboje z Januszem (swoim partnerem w biznesie i życiu) są płetwonurkami i w owych czasach współpracowali z jednym z instruktorów, co bardzo pomogło w realizacji pomysłu. Okazało się, że panowie zaczęli się komunikować i współpracować między sobą. A jak to było? Jak wiadomo nie od dziś, nurkowanie to sport partnerski. Trzeba dbać o siebie, o swój sprzęt, dbać o partnera, o bezpieczeństwo obojga, zrobić sprawdzenie partnerskie przed wejściem do wody oraz komunikować się pod wodą, sprawdzać, czy wszystko w porządku. Te wszystkie czynności i działania, chłopcy nauczyli się próbując nurkowania, co przełożyło się później na pracę w browarze.
Panowie zaczęli ze sobą rozmawiać o tym co robią, jak robią, zaczęli pytać siebie nawzajem i pracodawcę o ewentualne zadania czy rozwiązanie problemów. Przede wszystkim zaczęli sobie wzajemnie pomagać i współpracować ze sobą. Okazało się, że to działa, więc Aga stworzyła program „Pojąć Głębię”, a terapię nazwała Immersioterapią.
Taki pilotażowy program przeprowadziliśmy, kilka lat temu w 2017 roku w Warszawie, przy współpracy z Klubokawiarnią Pożyteczna. Uczestnikami zajęć było sześcioro pracowników klubokawiarni. Przeprowadziliśmy osiem zajęć, które odbywały

się raz w tygodniu. Były to zajęcia teoretyczne i zajęcia praktyczne w basenie. Po ośmiu tygodniach cała grupa, czyli uczestnicy, czterech instruktorów oraz osoby wspomagające, pojechała na zgrupowanie nad jezioro. Tam mieliśmy wspólne zakończenie programu i dwa nurkowania w wodzie otwartej.
Jak program zadziałał na tą właśnie grupę ludzi? Powiem tak, właścicielka i założycielka Klubokawiarni Pożyteczna Blanka, dzwoni do mnie któregoś dnia. To chyba były czwarte lub piąte zajęcia, czyli przed nami tak naprawdę jeszcze sporo pracy.
Odbieram telefon i słyszę: co wy żeście zrobili Marcinowi!?
Taka przerażona troszeczkę, pytam: Matko, co się stało!?
Blanka na to: Jak to co się stało? Mieliśmy szkolenie kelnerskie i konkurs, który wygrał Marcin. Jak to osiągnęliście???
A ja na to: Wsadziliśmy go pod wodę.





Marcin był najsłabszym ogniwem w Klubokawiarni Pożyteczna. Nie rozróżniał łyżki od widelca. Na wszystkie pytania odpowiadał: „Tak, tak, dobrze”. Nieważne, jakie było pytanie, zawsze była ta sama odpowiedź. Co się okazało? Zaczął mówić dzień dobry, zaczął mówić proszę, zaczął się komunikować ze swoimi kolegami i koleżankami. Rozumiał, co się do niego mówi i zaczął słuchać, patrzeć na osoby, które do niego mówią. Zaczął rozumieć słowa, które są do niego wypowiadane oraz słowa, które sam wypowiada. Zaczął rozumieć kontekst zdań, przez co zaczął współpracować z innymi. Co przełożyło się na jego pracę

i przy kursie kelnerskim na samym końcu był najlepszy. Wygrał konkurs i dostał nagrodę. Tak właśnie działa program Pojąć Głębię i myślę, że zadziała jeszcze na niejednego uczestnika programu. Teraz trzeba ten program wdrożyć. Aby browar miał rację bytu, Agnieszka wraz z Januszem otworzyli pub spółdzielczy, który powstał w Gdańsku i do dnia dzisiejszego prężnie działa. Wszystkie osoby zatrudnione w pubie, które są osobami z niepełnosprawnościami, mają obowiązek przystąpić do programu Po -


jąć Głębię. Agnieszka wspólnie ze mną i moją szkołą nurkowania JagnaBlue oraz z Piotrem Czaczkowskim z Happy Dive, opracowaliśmy podręcznik dla podopiecznych oraz książkę nurkowań, czyli najzwyczajniej logbook. Napisaliśmy również poradnik dla instruktorów, którzy chcieliby przystąpić do programu i pomagać tak jak my to robimy.
Kontynuujemy te wszystkie nasze działania, we wszystkich pubach spółdzielczych w Polsce jak w Łodzi i Rzeszowie oraz w Gdańsku, w których 80 % zatrudnianych osób to te z niepełnosprawnościami intelektualnymi. Tu wszyscy pracownicy muszą brać udział w programie Pojąć Głębię, czyli po prostu nurkować. Nagrodą za działania w pubie, za pracę, za przystępowanie do tego programu są wspólne wyjazdy nurkowe raz w roku. Nasi podopieczni wyjeżdżają do Egiptu, Turcji, a nawet byliśmy w Wenezueli. Powiem wam szczerze, że każda wyprawa jest bardzo różna i niesamowicie działa przede wszystkim na pokonywanie barier. Każdy jest zadowolony, każdy wraca uśmiechnięty, z chęcią do pracy, z chęcią do dalszego działania, aby ponownie wyjechać na jedną z wypraw.







Ja w Suwałkach nie mam pubu, ale prowadzę taki program dzięki dofinansowaniu ze środków PFRON. Prowadzę wraz z mężem Łukaszem i dwójką naszych instruktorów, dwie grupy uczestników każda po 6 osób. Raz w tygodniu mają zajęcia teoretyczne i zajęcia praktyczne w basenie i również z nami wyjeżdżają na wspólne wyprawy z pracownikami pubów z całej Polski.
Staramy się za każdym razem, jak tylko się kończy projekt dobierać nową grupę. Widzimy potężne zmiany w zachowaniu, w podejściu, w socjalizacji, w rozmowach, w funkcjonowaniu w społeczeństwie. I przede wszystkim dajemy im możliwość bycia gotowymi na rynku pracy, gdzie dla osób z niepełnosprawnościami rynek ten jest potężnie ograniczony i trzeba sobie to uświadomić. Znalezienie pracy jest bardzo ciężkie, ale dzięki temu, dzięki takim programom moi podopieczni, tutaj w Suwałkach, pracują. Większość z nich pracuje jako pomoc na kuchni, pomoc w restauracjach, jako magazynierzy czy szatniarze. Słuchajcie,


to się tylko tak wydaje, ale to są odpowiedzialne zawody, to jest odpowiedzialna praca, gdzie przy niesprawnościach intelektualnych nie jest to takie proste. Przy spektrum autyzmu, przy chorobach psychicznych, przy sprzężeniach czy niedosłuchu, nie jest prosta żadna praca, a oni sobie dają radę właśnie dzięki programowi „Pojąć Głębię” i naszej immersiotera-
pii, czyli terapii poprzez nurkowanie dla osób z niepełnosprawnościami. Nie przestaniemy, będziemy działać dalej. Mamy nadzieję, że jeszcze dużo, dużo osób się do nas przyłączy i skorzysta z pomocy. Miejmy nadzieję, że to wszystko będzie miało swoje odzwierciedlenie w lepszym życiu dla takich osób. My zawsze będziemy dla Was.



Dołącz do Michała Štrosa w jego wyprawie po magicznym podwodnym świecie drobnych organizmów dennych na Filipinach i w Indonezji. Michał Štros jest cenionym czeskim fotografem podwodnym, biologiem i naukowcem. Zdobył wiele prestiżowych nagród, w tym kilkukrotnie w konkursie Ocean Art. Jego fotografie są regularnie prezentowane w galeriach i muzeach oraz publikowane w licznych międzynarodowych magazynach nurkowych (między innymi w Perfect Diver).
„Podwodna magia” składa się z pięciu rozdziałów i zawiera imponujące obrazy podwodnego świata, którym towarzyszą opowieści o maleńkich stworzeniach zamieszkujących dno morskie. Dwa z rozdziałów prezentują oryginalne fotografie wykonane przy użyciu nowoczesnych lub zmodyfikowanych obiektywów vintage. Wykorzystanie zmodyfikowanych obiektywów vintage w fotografii podwodnej to stosunkowo nowe podejście, pozwalające uzyskać obrazy z interesującym efektem „wiru” oraz rozmytym tłem poza płaszczyzną ostrości. Kolejny rozdział zgłębia „Cichy świat” za pomocą zachwycających kolaży i generowanych komputerowo obrazów fraktalnych, przywołujących wyobrażoną, podwodną rzeczywistość. Pozostałe rozdziały prezentują fotografie stworzone przy użyciu „magicznych narzędzi” oraz zawierają szczegółowe wyjaśnienia technik stosowanych podczas wykonywania i edycji zdjęć podwodnych.
Ta 168-stronicowa książka w twardej oprawie zawiera ponad 140 fotografii wydrukowanych na matowym papierze artystycznym (25 × 30 cm). Cena wynosi 32 € (plus koszty wysyłki). Tekst jest dwujęzyczny – w języku angielskim i czeskim. Aby złożyć zamówienie, należy skontaktować się z autorem za pośrednictwem jego strony internetowej: https://michalstros.cz/new-book/


NAUTIC Designed for every dive and every diver


design for every dive and every

3.26” HIGH CONTRAST AMOLED DISPLAY

INTEGRATED OUTDOOR FEATURES: GPS, TIDES, WEATHER
RECHARGEABLE BATTERY, UP TO 120H DIVE TIME
WIRELESS TANK PRESSURE SUPPORT
ADVANCED DIVING FEATURES
3D DIVE ROUTE AND DETAILED DIVE LOGS IN SUUNTO APP
Tekst WOJCIECH ZGOŁA
Zdjęcia PERFECT DIVER
Opony samochodowe, te zużyte, znikają powoli. Nie widać tego z dnia na dzień, nie sygnalizuje tego żadna kontrolka, a jednak z każdym kilometrem ich masa realnie się zmniejsza. To, co znika z bieżnika, nie rozpływa się w powietrzu. Zostaje w środowisku. Każdy kierowca wie jaką wysokość bieżnika ma nowa opona, a jaką po przejechaniu 50.000 km.
Czym jest ścieralność opon?
Ścieralność to efekt tarcia między oponą a nawierzchnią. Każde ruszanie, hamowanie, skręt i przyspieszenie, powoduje odrywanie się mikroskopijnych cząstek gumy, wypełniaczy mineralnych, sadzy technicznej i dodatków chemicznych. Współczesna opona to produkt zaawansowany technologicznie, ale też złożona mieszanka tworzyw, które po oderwaniu zaczynają funkcjonować w środowisku jako mikroplastik.
Szacuje się, że ścieranie opon jest jednym z największych źródeł mikroplastiku w środowisku, większym niż włókna z odzieży czy granulaty kosmetyczne.
Spójrzmy, jak to wygląda, gdy pod uwagę weźmiemy różne nawierzchnie: asfalt, szuter, piasek.
Asfalt. Na gładkiej nawierzchni ścieranie jest pozornie „kontrolowane”. Cząstki są drobne, często poniżej 100 mikrometrów. Opadają na jezdnię, pobocza i chodniki. Deszcz spłukuje je do kanalizacji deszczowej, a dalej do rzek.
Droga szutrowa. Na szutrze proces jest brutalniejszy. Ostrokrawędziste kamienie dosłownie wyrywają fragmenty gumy. Powstają większe cząstki, które mieszają się z pyłem mineralnym. Trafiają do gleby, gdzie mogą zalegać latami, stopniowo rozpadając się na coraz mniejsze frakcje.
Plaża i piasek. Jazda po piasku – choć dla wielu atrakcyjna – powoduje intensywne ścieranie opon. Guma zostaje w środowisku, które jest dynamiczne: fale, wiatr i organizmy denne przenoszą cząstki dalej. Mikroplastik z opon trafia bezpośrednio do ekosystemów morskich. A jest kilka spektakularnych miejsc,

gdzie jeżdżenie po plażach jest dozwolone, a do tego bardzo lubiane i często spektakularne.
Nas, nurków, interesuje (prawdopodobnie) bardziej to, co dzieje się z cząstkami opon w wodzie. Cząstki pochodzące z opon:
´ opadają na dno jezior, rzek i mórz,
´ unoszą się w toni wodnej, wiążąc się z innymi zanieczyszczeniami,
´ wchodzą w łańcuch pokarmowy.
Zawierają m.in. cynk, związki siarki, plastyfikatory i pozostałości chemiczne z procesu produkcji. A to dla organizmów wodnych oznacza:
´ stres fizjologiczny,
´ zaburzenia rozrodu,
´ uszkodzenia układu pokarmowego,
´ kumulację toksyn w tkankach.
Najbardziej narażone są bezkręgowce denne, plankton oraz ryby denne – czyli fundament wielu ekosystemów.
Od wielu lat zajmuję się sprzątaniem jezior, mórz i rzek. Często spotyka się w nich opony, a opony w jeziorach, rzekach i morzach to problem, o którym się nie za bardzo mówi.
Mimo systemów zbiórki, opony nadal trafiają do środowiska w sposób nielegalny. Bywają wrzucane do jezior, rzek, portów i przybrzeżnych stref morskich – czasem jako „kotwice”, czasem jako prowizoryczne konstrukcje, a czasem po prostu jako odpad. Ciekawostką jest tutaj np. zbiornik Kamionka „Piast” w Opolu,

gdzie kilka lat temu nurkowie w ramach akcji sprzątania wyłowili kilkaset opon małych i dużych. Z bardzo dużym prawdopodobieństwem zostały one „puszczone” ze stromej górki i potoczyły się do akwenu.
Warto przy tym wiedzieć, że opony pod wodą:
´ nie ulegają biodegradacji,
´ powoli uwalniają związki chemiczne,
´ stają się siedliskiem dla organizmów, które nie są przystosowane do kontaktu z takimi materiałami,
´ mogą zmieniać lokalne warunki osiadania osadów i przepływu wody.
Zamiast „sztucznej rafy” powstaje źródło długotrwałego zanieczyszczenia.
Profesjonalna utylizacja opon
Nie uciekniemy od używania opon. Jest to związane z transportem i mobilnością. Jednak warto wiedzieć, że to jaką oponę kupujemy ma odniesienie do tego, jak ona zachowuje się w środowisku naturalnym. Zawsze działajmy profesjonalnie – oddawajmy zużyte opony do profesjonalnej utylizacji. Nie kupujmy „najtańszych” opon, niewiadomego pochodzenia. Prawidłowa utylizacja opon to proces przemysłowy, nie improwizacja.
Jak wygląda taka utylizacja? Najczęściej obejmuje:
´ recykling mechaniczny – rozdrabnianie na granulat gumowy wykorzystywany m.in. w nawierzchniach sportowych, matach, elementach izolacyjnych,
´ odzysk energetyczny – kontrolowane spalanie w cementowniach, gdzie wysoka temperatura minimalizuje emisję toksyn,
´ pirolizę – rozkład termiczny bez dostępu tlenu, pozwalający odzyskać oleje, gaz i sadzę techniczną.
Każdy z tych procesów jest monitorowany i regulowany. Właśnie dlatego porzucanie opon w środowisku naturalnym jest szczególnie niemądre i absurdalne – istnieją systemy, które potrafią ją zagospodarować bez porównania bezpieczniej.
Co z tego wynika dla nas i przyrody praktycznie? Ścieralność opon to koszt, którego nie widać na paragonie za paliwo. Płaci za niego środowisko – gleba, woda i niestety bezwiednie organizmy żywe. Uwaga! To nie jest argument

przeciwko mobilności, ale za świadomym wyborem: stylu jazdy, jakości opon, odpowiedzialnego postępowania z odpadami. Bo opona nie znika. Ona tylko zmienia miejsce.
1. Czy r zeczywiście opona wysokiej jakości ma mniejsze uwalnianie mikroplastiku?
Krótko: tak, jakość opony ma realne znaczenie – ale nie w sensie „dobra opona nie pyli”. Każda opona się ściera. Różnica polega na skali, tempie i charakterze cząstek, które trafiają do środowiska. Kluczowym elementem okazuje się skład mieszanki.
Opona niskiej jakości:
´ prostsza mieszanka gumy, ´ więcej tanich wypełniaczy, ´ słabsze wiązania polimerowe, ´ większa kruchość materiału.
Efekt: guma odrywa się łatwiej, w postaci większej liczby cząstek, często o nieregularnych kształtach, które szybciej rozpadają się dalej.
Opona wysokiej jakości:
´ bardziej jednorodna mieszanka,
´ lepsze wiązania chemiczne,
´ dodatki poprawiające elastyczność i odporność na ścieranie, ´ kontrolowana twardość bieżnika.
Efekt: wolniejsze ścieranie i mniejsza liczba cząstek na przejechany kilometr.
2. Tempo zużycia = ilość mikroplastiku
To prosta zależność fizyczna.
´ opona, która zużywa się po 25–30 tys. km → oddaje środowisku znacznie więcej materiału, ´ opona, która wytrzymuje 50–70 tys. km → tę samą masę gumy oddaje wolniej, w dłuższym czasie.
Z punktu widzenia środowiska:
´ mniejsze chwilowe stężenia cząstek,
´ wolniejsze obciążanie gleby i wód.
3. Charakter cząstek – mniej, ale „lepiej związane”
Badania pokazują, że:
´ tańsze opony generują więcej luźnych, drobnych cząstek, które łatwo unoszą się w wodzie i powietrzu,
´ lepsze opony częściej tworzą cząstki większe, cięższe, które szybciej osiadają i są mniej mobilne.
To nie znaczy, że są „bezpieczne”, ale ich zasięg środowiskowy jest mniejszy.
4. Stabilność chemiczna
Opony wyższej jakości:
´ wolniej uwalniają dodatki chemiczne,
´ są mniej podatne na pękanie UV i degradację termiczną, dłużej zachowują strukturę.
W środowisku wodnym oznacza to:
´ wolniejsze uwalnianie cynku i plastyfikatorów,
´ mniejsze ryzyko nagłych pików toksyczności.
Czy zatem istnieje „eko-opona”? Na dziś – nie w pełnym znaczeniu tego słowa. Są opony: o obniżonym oporze toczenia, z domieszkami biopolimerów, projektowane pod dłuższą żywotność. To kroki w dobrą stronę, ale każda opona nadal jest źródłem mikroplastiku. Jeśli ktoś pyta, czy warto kupić lepszą oponę „dla środowiska” – odpowiedź brzmi: tak, ale pod warunkiem rozsądnej jazdy i prawidłowej utylizacji. Największym źródłem mikroplastiku z opon wciąż nie jest sama guma, tylko sposób, w jaki z niej korzystamy.
A jak się ma do tego opona Bridgestone, która się u nas reklamuje?
Ma się tak, że marka Bridgestone Weather Control A005 EVO, Bridgestone Turanza T005 DriveGuard czy Bridgestone Weather Control A005 EVO DriveGuard to przykłady wysokiej jakości opon, które w kontekście ścieralności mają kilka istotnych różnic w stosunku do tanich opon no-name. Oto jak marka Bridgestone odnosi się do kwestii zużycia i emisji mikroplastiku:
1. Dłuższa żywotność = mniej ścieralności na kilometr
Bridgestone projektuje opony tak, aby wydłużyć ich przebieg i poprawić odporność na zużycie – min. dzięki technologii ENLITEN, która poprawia odporność gumy przy jednoczesnym obniżeniu oporu toczenia i zużycia paliwa. Opony z takimi rozwiązaniami ścierają się wolniej niż typowe tanie modele, co oznacza mniej cząstek gumy uwalnianych na każdy przejechany kilometr. Bridgestone Global Website+1
2. Badania nad cząstkami zużycia (TRWP)
Firma aktywnie prowadzi badania nad tzw. Tire and Road Wear Particles (TRWP) — czyli drobinami powstającymi z tarcia opony o asfalt. Celem jest lepsze zrozumienie, jak te cząstki powstają, jak się rozpraszają i jaki mają wpływ na środowisko. Jednym z projektów jest opracowanie metody ich efektywnego zbierania i analizowania, co jest rzadkością w branży. Bridgestone Global Website
3. Materiały i konstrukcja opony
Bridgestone w niektórych swoich modelach wykorzystuje:
´ nowe mieszanki gumy i nowoczesne dodatki poprawiające trwałość,
´ optymalizację masy i składu tak, aby zużycie było jak najwolniejsze,
´ technologie poprawiające przyczepność i równomierne zużycie bieżnika.
To wszystko przekłada się na mniejszą ilość uwalnianych cząstek mikroplastiku, niż w przypadku tanich lub źle dobranych opon. Bridgestone Global Website

4. Nie eliminuje problemu – ale go ogranicza
Warto jednak podkreślić, że nawet najlepsza opona nadal się ściera. Mikroplastik i drobiny gumy będą powstawać zawsze, bo to wynik działania fizyki i tarcia. Nawet Bridgestone to potwierdza, prowadząc badania nad tym zjawiskiem i chcąc je zrozumieć i minimalizować, a nie eliminować całkowicie. Bridgestone Global Website
5. Ścieralność vs. chemia opony
Bridgestone i inni producenci pracują też nad tym, by zmniejszyć szkodliwe skutki chemiczne drobin opon. To ważne, bo podczas opadów deszczu cząstki gumy spłukiwane są z jezdni do rzek i mórz – a związek 6PPD, stosowany w wielu oponach, rozkłada się do toksycznego 6PPD-quinone, który szkodzi rybom (jak wynika z niezależnych doniesień środowiskowych). AP News
To Ty decydujesz o sposobie jazdy, o wyborze opon do swojego samochodu i o sposobie utylizacji zużytych opon. Zapytaj w warsztacie, w którym zmieniasz i serwisujesz ogumienie – jak postępują ze zużytymi oponami klientów.
Twoje działanie realnie może zmniejszyć niekorzystny wpływ na środowisko.










Jednym ruchem latarka video staje się latarką komunikacyjną.
Hej! Znalazłem coś fajnego – no popatrz wreszcie w moją stronę! Pomocy! Źle się czuję! Podpłyń szybko do mnie.
Obecność partnera pod wodą powinna pomagać w nurkowaniu. Czujesz się pewniej, realizujecie wspólny plan, a jeśli potrzebujesz pomocy – to właśnie partner powinien ci jej udzielić. Wyobraź sobie nurkowanie, w którym ciągle wzajemnie się szukacie: bo mały kłopot z pływalnością, bo zagapiłem się na zgubiony przez kogoś kawałek balastu. Kojarzysz? Jasne. Każdy z nas tak nurkował. Albo dalej nurkuje.
Poniżej masz prosty opis, jak znacząco poprawić bezpieczeństwo swoich nurkowań – i przy okazji mieć więcej swobody. Potrzebujesz partnera i dwóch latarek. Najlepiej takich samych.
PODWODNEJ KOMUNIKACJI
Za dnia zabierzcie latarki i ustawcie się plecami do ściany budynku.
1. Zróbcie 10 kroków do przodu.
2. Odwróćcie się i włączcie latarki.
3. Każdy z was powinien widzieć na ścianie punkt o średnicy 0,5–0,8 m. Widać?
4. Teraz każdy wyciąga rękę z latarką do przodu i – używając wyłącznie nadgarstka – rysuje na ścianie możliwie najmniejsze kółko.
Partner widzi twoje kółko, a ty jego?
5. Zmniejszcie dystans o połowę. Powinno być jeszcze lepiej: punkt wyraźniejszy i mniejszy, łatwy do zauważenia.

Wnioski (praktyczne, bez filozofii):
● Nie widzę swojej świetlnej kropy z 10 metrów. Jeśli pojawia się dopiero kilka metrów bliżej – zmień latarkę na taką o większym skupieniu.
● Moja kropa jest najjaśniejsza, a inne przy niej… stają się niewidoczne. Lepiej mieć dwie słabsze latarki niż jedną, która przyćmiewa wszystko. Pożycz od kogoś „normalną” latarkę – światło „zapalające wodę” nie nadaje się do skutecznej komunikacji w zespole.
● Nie widzę kropy nawet z 1 metra od ściany! Włącz latarkę. To zwykle rozwiązuje problem.
ZESPÓŁ
Na każde nurkowanie wybieracie lidera. Na kolejnym nurkowaniu – zmiana.
Rola lidera w kontekście komunikacji
● Płynąć powoli.
● Oglądać fajne rzeczy pod wodą.



● I… pytać partnera, czy u niego ok (oczywiście światłem).
● Przed nurkowaniem wybrać stronę, po której ma płynąć partner (żeby nie komplikować: prawa albo lewa).
MAGIA KOMUNIKACJI ŚWIATŁEM
Zanurzcie się twarzą do siebie z włączonymi latarkami (chodzi o to, żeby nie zgubić się już na początku ). Przy dnie sprawdźcie kierunek płynięcia i ustawcie się obok siebie zgodnie z planem.
Załóżmy, że nurek A (lider) ma partnera, nurka B, po prawej stronie. Zanim ruszycie, lider ustala miejsce podawania znaków światłem. Idealnie: około 2–3 m przed sobą, lekko na prawo – czyli mniej więcej na godzinie 13:00.
W wybranym miejscu lider powoli robi możliwie najmniejsze OK (kółko świetlistą kropą). Partner zapamiętuje miejsce (a raczej: jak ono „siedzi” w stosunku do ręki albo barku lidera) i odpowiada w tym samym miejscu bardzo wolnym, małym OK.
Punkt czytania znaków
Zapamiętaj miejsce, które wskazał ci lider. To tam:
● py tasz go, czy ok,
● odpowiadasz,
● potwierdzasz znaki.
Lider pokazuje kierunek płynięcia – albo dłonią (jak policjant), albo jakby oświetlał światłem niewidzialną linkę na dnie biegnącą w stronę, w którą będziecie płynąć. Potwierdź kierunek takim samym znakiem, w tym samym miejscu.
Podany znak potwierdzamy zawsze takim samym znakiem.
To upewnia cały zespół, że wszyscy wiedzą, co robią Nie potwierdzamy znakiem OK.
KONIEC
Halo! Jaki koniec!?
Mamy się komunikować – jak mam to robić?
Już zaczęliście.
Do skutecznej komunikacji wystarczą 3 znaki:
1. OK (małe kółko)
2. Powolny ruch światła na boki (Uwaga! Popatrz na mnie!)
3. Dynamiczny ruch światła (Pomocy!)
Wiesz już, że znaki podajesz w ustalonym punkcie, a nie „gdzie popadnie”.
Komunikacja pasywna (czyli: mniej gadania, więcej nurkowania)
Na pytanie „czy OK?” odpowiedz OK. Ale jest coś lepszego: w czasie płynięcia stale świeć w punkt komunikacyjny. To jest komunikacja pasywna.
Co to znaczy? Latarka sama nie pływa. Lider widząc w ustalonym punkcie twoją świetlistą kropę wie, że jesteś obok. A ponieważ nie podajesz innego sygnału – to tak, jakbyś cały czas mówił: „u mnie ok”. Lider robi to samo. Bez wysiłku, oboje wiecie, że wszystko gra.
„POPATRZ
ALBO COŚ POKAZAĆ
Chcesz się zatrzymać, coś pokazać? Poruszaj w ustalonym punkcie światłem na boki.
Ruch ma być powolny, jak wahadło w zegarze – dobra, bez muzeum techniki
Ruch z prawej na lewo i z powrotem powinien trwać nie mniej niż jedną sekundę.
Lider widzi znak: „popatrz na mnie”. Odwraca się – i wtedy możesz mu wskazać, co znalazłeś, przy pomocy swojej kropy świetlnej.
Oglądacie. Następnie OK–OK, i pokazujecie powolnym ruchem po dnie kierunek dalszego płynięcia.
POMOCY! MAM PROBLEM!
Nie zużywaj niepotrzebnie gazu. Świecąc w kierunki lidera (albo nurka B) porusz dynamicznie światłem. Zakres ruchu jak wcześniej, ale latarką machasz dużo szybciej.
Reakcja partnera powinna być równie szybka: natychmiast podpływa do ciebie tak, żeby znaleźć się twarzą w twarz.
Ten znak w domyśle oznacza: nie mam czym oddychać. Uważaj, żeby nie mylić go z „popatrz na mnie”. Bo po kilku razach może się okazać, że partner – zamiast ruszyć do ciebie z zapasowym automatem – pomyśli, że znowu chcesz coś pokazać.


DODATKI
1. Chcę zmienić pozycję
Sygnalizujesz „popatrz na mnie”. Kiedy partner się odwróci (ale nie wcześniej niż wtedy, gdy widzisz jego oczy), pokazujesz, że chcesz teraz płynąć z lewej. Partner potwierdza. Powoli robicie zamianę.
Następnie lider pokazuje punkt czytania znaków. OK–OK.
Sygnał kierunku płynięcia i jazda.
2. Chcę zmienić pozycję, ale tak „na chwilę”
Utrzymuj światło w miejscu, gdzie znaki czyta partner. Zmień pozycję, obejrzyj co chciałeś i wróć na pierwotną.
Partner cały czas widzi, że jesteś obok – nic się nie dzieje, więc luz.
3. Jak sprawdzić, ile mamy gazu?
Sygnał „popatrz na mnie”. Partner odwraca się do ciebie. Kiedy widzisz jego oczy, pokaż swój manometr.
To informacja i pytanie w jednym: „mam tyle – a ty?”. Partner pokazuje manometr. Wszystko gra? No to znak kierunku „płyniemy tam” i nurkujecie dalej.
BŁĘDY POCZĄTKUJĄCYCH
Najczęstszy błąd to podawanie znaku „POMOCY” zamiast „popatrz na mnie”, czyli dynamiczne machanie latarką za każdym razem, kiedy chcemy zwrócić na siebie uwagę.
Naucz się obserwować punkt komunikacji i podawaj znaki jak stary techniczny wyjadacz: powoli i wyraźnie.
Drugi błąd to ciągła rozmowa światłem: powtarzane bez końca OK, znaki kierunku, „popatrz na mnie”… mogą spowodować, że przestaniemy zwracać na siebie uwagę.
Zasada jest prosta: „Nie gadamy – nurkujemy”.
W 30 SEKUND: O CO W TYM CHODZI
Komunikacja światłem działa najlepiej, kiedy… nie męczysz jej na siłę. Im wyższy poziom, tym częściej używasz komunikacji pasywnej: widzisz światło partnera w wyznaczonym miejscu, więc nie przeszkadzasz mu w nurkowaniu.
Poza pasywnym OK używasz:
● wolnego ruchu jako „uwaga / popatrz na mnie”
● dynamicznego ruchu jako „pomocy” (dowolne szybkie ruchy światłem skierowane w stronę partnera)
OK „aktywne” możesz dawać zawsze, kiedy masz potrzebę. Tylko po co gadać całą drogę.
PROPOZYCJA DLA POCZĄTKUJĄCYCH
Sprawdź zasady komunikacji „na sucho” – na wieczornym spacerze. Zasada „nie gadamy – spacerujemy” niech będzie nadrzędna.
Zastosuj wszystkie elementy dobrej komunikacji, ale nie bój się prób. Spacerujcie nie dalej niż 5 m od siebie, a potem… do wody.
KOMUNIKACJA ŚWIATŁEM W ZESPOŁACH TECHNICZNYCH
Zakładam, że przeczytałeś wcześniejszą część i opisane zasady są dla ciebie normą. Poniżej kilka dodatków, które dobrze sprawdzają się w nurkowaniach bardziej zaawansowanych.
Najbezpieczniejszy zespół to 3 osoby.
Formacja „wing to wing”
Optymalne położenie lidera: płynąc obok siebie, lider jest wysunięty o połowę długości ciała przed pozostałą dwójkę skrzydłowych.


Lider wyznacza punkty komunikacyjne dla każdego partnera niezależnie – łatwo wtedy rozpoznaje, kto podaje sygnał i w którą stronę się odwrócić w sytuacji awaryjnej.
Położenie punktów do „czytania” komunikacji nie może powodować dyskomfortu u lidera. Punkty najlepiej ustawić przed sobą: po prawej i po lewej stronie.
Jeżeli latarka któregoś z nurków jest za słaba, aby utrzymać skuteczną komunikację, obydwaj skrzydłowi przesuwają się do przodu.
Formacja „single file”
Czyli płyniemy jeden za drugim. Stosowana np. w jaskiniach albo przy opływaniu wraków.
Komunikacja jest pośrednia:
● Lider płynie na czele i ustala punkt komunikacyjny tylko dla drugiego w zespole.
● Drugi wyznacza punkt dla trzeciego.
Sygnał podany przez lidera jest najpierw przekazywany w tył przez drugiego do trzeciego. Dopiero po odpowiedzi ostatniego nurka (podanej drugiemu) drugi przekazuje ją liderowi. Do czasu potwierdzenia lider pozostaje w pozycji oczekiwania.
Punkt komunikacji w toni
Przy nurkowaniu w toni albo przemieszczaniu się pomiędzy elementami oddalonego wraku czy ścian jaskini optymalnym punktem podawania znaków może być jedna z dłoni nurka poprzedzającego.
Generalna zasada brzmi: im trudniejsze nurkowanie i cięższe warunki, tym łatwiejsza do odczytania powinna być komunikacja.
SYTUACJE AWARYJNE, OBROTY I PRACA W ZESPOLE
BLISKO PRZESZKÓD
W zespole trójkowym sygnał „POMOCY” przekazywany jest również do trzeciego nurka.
Czyli płynąc wing to wing: kiedy pomocy potrzebuje nurek na prawym skrzydle i najłatwiej uzyskać ją od nurka na skrzydle lewym, to po rozpoczęciu akcji (zauważeniu znaku) dowolny z nurków podaje sygnał „POMOCY” do lidera. Dalej realizujecie procedurę awaryjną zależną od sytuacji i wcześniejszych ustaleń.

Ten sam znak podany przez trzeciego nurka w formacji single file oznacza natychmiastową reakcję nurka drugiego z równoczesnym przekazaniem sygnału do lidera.
Jeżeli pomocy potrzebuje lider lub nurek drugi, odwraca się do partnera płynącego za nim, równocześnie podając znak „POMOCY” do trzeciego nurka w zespole.
Wszelkie zmiany położenia członków zespołu przy opływaniu wraku – również w czasie sytuacji awaryjnych – najlepiej realizować przez obroty „głową w kierunku wraku”. Każdy członek zespołu, widząc obracającego się partnera, obserwuje zagrożenia wynikające z porzuconych sieci i żyłek, doświetlając okolice głowy/zaworów.
Szczegółowe procedury złożonych awarii należy dokładnie omówić i przećwiczyć przed każdym nurkowaniem. Użycie światła na tym etapie powinno być maksymalnie czytelne.
TYPOWE BŁĘDY KOMUNIKACYJNE W NURKOWANIACH TECHNICZNYCH
● niedopracowane punkty czytania znaków (nurek nie widzi komunikacji)
● zby t szybki znak „popatrz na mnie” czytany jako „pomocy” (to zwykle wynik błędu opisanego wyżej)
● zastosowanie mocno różniących się siłą światła latarek (idealne rozwiązanie to 3 takie same latarki z regulowaną mocą światła)
PRZYDATNE FUNKCJE LATAREK W NURKOWANIACH TECHNICZNYCH
● brak możliwości przypadkowego wyłączenia latarki
● przewód zasilający bez złącza E/O
● dodatkowy, awaryjny przewód E/O z głównego akumulatora
● uchwyt DPV do przechwytywania latarki
● możliwość odwieszenia tymczasowego głowicą w dół
TRENING KOMUNIKACJI DLA NURKÓW ZAAWANSOWANYCH (TECHNICZNYCH)
Zawsze warto robić trening na sucho na lądzie. Druga dobra forma to nurkowania nocne w kontrolowanych warunkach: basen albo znane miejsce nurkowe.
Dwie kropki komunikacyjne, mała – bardzo precyzyjna i bardzo duża – na granicy przydatności do komunikacji.


Budowanie świadomości zespołu i umiejętność korzystania z procedur wspieranych od początku sprawną komunikacją to podstawa rozwiązywania problemów.
Opisane zasady i część procedur potraktuj orientacyjnie. Każdy zespół ma zwykle własne – i regularnie je ćwiczy.
Komunikacja światłem podczas poruszania się na skuterach to osobny zestaw procedur (tu nieopisany).
Komunikacja światłem w ciasnych przestrzeniach – temat tu nieporuszany.
Użycie światła zapasowego – temat tu nieporuszany.
TRENING KOMUNIKACJI ŚWIATŁEM – UWAGI DLA INSTRUKTORÓW
Im szybciej wprowadzisz latarkę jako naturalny sposób przekazywania informacji, tym lepsze efekty uzyskasz już u początkujących nurków.
Doświetlanie znaków pokazywanych ręcznie to bardzo stara forma wykorzystania latarki – niestety dużo mniej skuteczna niż pełna komunikacja światłem.
W nurkowaniu technicznym komunikacja bardzo rzadko jest elementem doskonalenia na złożonych szkoleniach, mimo że odgrywa kluczową rolę w pracy zespołu.
Poniżej kilka najczęściej powtarzających się problemów w nauczaniu komunikacji światłem:
● zbyt szybko i nieczytelnie podawane znaki: każdy znak powinien trwać co najmniej 1 sekundę. Wykonanie kółka OK powinno zająć tyle czasu, co wypowiedzenie liczby „121”. Dużym nieporozumieniem (szczególnie w trudnych nurkowaniach) jest szybkie machanie latarką mające zwrócić uwagę innego nurka. Czas trwania znaku „uwaga” to również co najmniej 1 sekunda
● „zbyt dobre” latarki: nurkowie często nie wiedzą, jak dobrać latarkę do skutecznej komunikacji i wybierają najsilniejszą –która skutecznie utrudnia komunikację
● ucząc podstaw komunikacji stosuj zasadę: latarka w wyprostowanej ręce, porusza nią tylko nadgarstek. To prosty sposób na ograniczenie zbyt obszernych ruchów światłem
● skuteczną komunikację światłem można prowadzić przy użyciu niewielkich latarek dających możliwość silnego skupienia strumienia światła. Takie rozwiązanie (np. latarka ZOOM firmy Tecline) umożliwia trening komunikacji w czasie nurkowań w morzach tropikalnych
● do nauki komunikacji zastosuj błyskacz (stroboskop) i kompas: błyskacz zawieszony na linie nieco powyżej linii wraku jest łatwy do namierzenia znając ogólny kierunek do liny opustowej. Największą efektywność w trudnych warunkach można uzyskać stosując błyskacz o nieregularnych błyskach
● nietypową, stosowaną w ratownictwie, formą komunikacji światłem są markery chemiczne
● użyj różnych form generowania światła w różnych kolorach: to prowokuje poznawanie rozwiązań podnoszących bezpieczeństwo nurkowań
● w czasie nauki komunikacji światłem ważnym elementem wyposażenia jest latarka zapasowa: awaria głównej latarki powinna uruchomić procedurę przejścia na światło zapasowe i odpowiednio przekierować nurkowanie. Zawsze dokładnie omawiaj zasadność wyposażenia nurka w co najmniej jedną latarkę zapasową
● komunikacja jest tym skuteczniejsza, im mniej znaków przekazujemy: wskaż potrzebę używania wetnotesu jako elementu do „podwodnej rozmowy”
CZY TO WSZYSTKO?
Nie
Używam latarki do zabezpieczania moich nurkowań od ponad 20 lat. Z przyjemnością podzielę się wiedzą i pokażę praktyczne elementy wykorzystania światła do podnoszenia bezpieczeństwa nurkowań na każdym poziomie zaawansowania.
Wpadnij do Akademii Tecline – poświecimy wspólnie
Do zobaczenia!
https://teclinediving.eu/pl/akademia-tecline/#/









OrcaTorch D920 to nowoczesna, bezprzewodowa latarka główna do nurkowania o maksymalnej mocy 5000 lumenów , wąskim kącie świecenia 9° oraz intuicyjnym magnetycznym przełączniku tylnym i systemie ładowania.
Doskonale sprawdzi się zarówno podczas krótkich, jak i wymagających, długich nurkowań technicznych.

✔ Moc: 5000 lumenów/2400 lumenów/ 850 lumenów/350 lumenów
✔ Czas pracy: 1h 30min/4h 25min/10h 20min/35h


