Spis treści
1. Jak głęboko wstecz sięgają nasze korzenie?
2. Co starożytni wiedzieli o naszych ziemiach?
3. Skąd się wzięli Słowianie?
4. Grody – słowiańskie „zamki”
5. W co wierzyli nasi pogańscy przodkowie?
6. Polanie i inne „plemiona prapolskie”
7. Kim byli Piastowie?
8. Kiedy i gdzie powstało państwo piastowskie?
9. Jak nazywał się Mieszko I?
10. Kiedy ochrzczono Mieszka I?
11a. „Politologia” wczesnopiastowska
11b. Władza Mieszka I
12. Czy państwo Mieszka I było chrześcijańskie?
13. Strategia geopolityczna Mieszka I
14. Jakie terytorium opanował Mieszko I?
15. Problematyczne następstwo tronu
16. Co odziedziczył Bolesław Chrobry?
17. Gdzie była stolica państwa wczesnopiastowskiego?
18. Wzmacnianie państwa
19. Zjazd Gnieźnieński
20. „Polska” i „Polacy”
21. Święci na dworze piastowskim
22. Konflikt polsko-niemiecki
23. Żony i dzieci Bolesława Chrobrego
24. „Imperialna” strategia Bolesława Chrobrego w 1018 roku
25. Polityka propagandowa Chrobrego
26. Królewski status Bolesława Chrobrego
27. Ambiwalentne dziedzictwo .
Wprowadzenie
Pisanie o najwcześniejszych dziejach narodowych wzbudza emocje nieproporcjonalne do naukowej wagi tego problemu. Korzenie zbiorowej tożsamości to bowiem zagadnienie, które w jakiś sposób porusza każdego, kto ma potrzebę choćby najprostszej refleksji historycznej i buduje sobie jakiś obraz początków. Na ogół sprowadza się on do garści potocznych opinii odwołujących się do wiedzy zapamiętanej z podręczników szkolnych.
Taka kolektywna wizja jest silnie obciążona specyficznym rodzajem uczuć patriotycznych, które wymagają, aby nasze początki były lepsze, a przynajmniej niegorsze od tych, którymi chwalą się inni, a przede wszystkim najbliżsi sąsiedzi. Chętnie się z nimi porównujemy, gdyż łączy nas długa historia wzajemnych, często burzliwych stosunków, które oczywiście interpretujemy na swoją korzyść. Te zbiorowe wyobrażenia przeszłości narodowej odznaczają się dużą inercją, wykazując odporność na zmiany – szczególnie te, które podważają utrwalone przekonania.
„Naród” i „państwo” są silnie zakorzenione w przeszłości –im odleglejszej, tym lepiej. Starszeństwo historyczne oraz chlubne czyny protoplastów i zdobyte przez nich ziemie są podstawą dumy narodowej oraz stanowią argumenty w sporach o prestiż na arenie międzynarodowej. Stwierdzenie, że w odległej przeszłości „tak
Manipulowanie przeszłością było i jest zjawiskiem powszechnym, choć w różnych społeczeństwach występuje w różnym natężeniu, zależnie od ich aktualnej sytuacji wewnętrznej i uwarunkowań zewnętrznych. Intensyfikacja majstrowania w przeszłości następuje w czasach kluczowych dla podtrzymania, odtworzenia, a nawet zbudowania na nowo poczucia zbiorowej tożsamości – przykładowo (od)zyskania czy też choćby aspirowania do samodzielnej państwowości lub, powiedzmy, jakiejś formy autonomii.
W takiej grze z przeszłością zawsze kluczowe jest pytanie o same początki, bo starożytne zakorzenienie na „naszej” ziemi (którą aktualnie może władać ktoś inny) jest poręcznym argumentem w dysputach geopolitycznych. Każde skuteczne roszczenie do „ziem utraconych”, które mają się stać „ziemiami odzyskanymi”, może być wsparte stosowną siłą, ale w dłuższej perspektywie musi być uzasadnione argumentami historycznymi. Takie zapotrzebowanie na „odpowiednią” przeszłość zyskuje wsparcie polityczne, które przekłada się na uruchamianie wsparcia finansowego.
Nie tylko zachęta w postaci celowych środków pieniężnych uruchamia przeinterpretowywanie przeszłości zgodnie z aktualnymi oczekiwaniami. Stosownych argumentów usłużnie dostarczają bowiem również „badacze” aspirujący do kariery politycznej i ci (u)wiedzeni patriotycznym uniesieniem. Historia wskazuje, że za politykami zawsze staną jacyś specjaliści, którzy zgrabnie uzasadnią aktualnie lansowaną wykładnię ideologiczną.
POLSKI. TOM 1 było”, wydaje się bowiem doskonale uzasadniać, dlaczego „tak jest” dzisiaj albo też jak dzisiaj „powinno być”. Oczywiście wybiera się z historii przede wszystkim czyny chwalebne i tradycje obyczajne, starannie kamuflując aspekty wstydliwe i niekorzystne dla wyidealizowanego kolektywnego autoportretu. Takie tendencje występują w każdej zbiorowości – tym silniej, im większe ma kompleksy i im bardziej odczuwa realne bądź fikcyjne zagrożenia dla swojego bytu i tożsamości.
Na ogół spory historyczne wzbudzają tym większe emocje, im bliższe są naszych czasów. Wiemy z doświadczenia, że nawet wydarzenia, których świadkowie jeszcze żyją, mogą być skrajnie różnie interpretowane. Wynika to nie tylko z nieuchronnego subiektywizmu indywidualnego oglądu świata, ale także z atmosfery kształtowanej przez media i przez narzucaną administracyjnie „politykę historyczną”.
Niepewność ocen historycznych zwiększa się w miarę zagłębiania się w przeszłość, ale też zmniejsza się emocjonalne napięcie powodowane przez zróżnicowane punkty widzenia. Ten łagodzący skutek upływu czasu nie dotyczy jednak listy zdarzeń „pierwszych” w historii danej zbiorowości – pierwszego zajęcia „naszej” ziemi, pierwszego potwierdzenia nazwy ludu lub państwa, pierwszego historycznego władcy (ryc. 1), pierwszej zwycięskiej bitwy itp.

Ryc. 1. Pomnik Mieszka I i Bolesł awa Chrobrego w Zł otej Kaplicy katedry poznańskiej, 1841
Te kamienie węgielne zbiorowej samoidentyfikacji wzmacniają i utrwalają wielopiętrową konstrukcję tożsamościową. Sprawia to, że wizja początków stopniowo staje się coraz bardziej sztywna i odporna na zmiany, z góry traktowane z nieufnością i podejrzliwością. Przeznaczona do bezkrytycznej akceptacji, przeradza się w narodowy mit, który wszyscy znają, chociaż nie wiedzą, dlaczego jest taki, a nie inny. Próba podważenia dominującej wykładni zderza się więc na ogół z niechęcią napędzaną emocjami odpornymi na argumenty naukowe.
Różnice w spojrzeniu na początki współczesnych narodów i państw zależą w dużym stopniu od przyjętej wizji procesu historycznego.
Tradycyjne historiografie narodowe zazwyczaj dążą do wykazania ciągłości etnopolitycznej, zakorzeniając teraźniejszość w przeszłości nie mniej głębokiej niż ta, którą chwalą się sąsiedzi.
Jeżeli więc państwo wielkomorawskie powstało na początku IX wieku, to zakładano, że „również początki polskiej państwowości sięgają pierwszej połowy IX stulecia” (Labuda 2002, s. 17).
Odpowiednia interpretacja nieprecyzyjnych źródeł „doprowadziła do zbudowania poważnych wizji wielkiej przeszłości narodu” (Boroń 2010, s. 16). Brak źródeł kompensowano domysłami, niefrasobliwie konstruując pierwsze ogniwa łańcucha konsekwentnie wiodącego wprost do współczesnej Polski.
W polskiej historiografii długo dominowało przekonanie, że państwo piastowskie wyłoniło się drogą łączenia gotowych już części. Model ten zakładał pewien poziom świadomości politycznej elit przedpaństwowych, które będąc świadome wspólnoty interesów, zawierały swoiste kontrakty polityczne. Klasycznym przedstawicielem tego nurtu myślenia był Henryk Łowmiański, który genezy władzy państwowej upatrywał w „zasadzie dobrowolnego
POLSKI. TOM 1
poddania się demokracji plemiennej przedstawicielowi nowej władzy, państwowej” (Łowmiański 1970, s. 108). Podobną wizję można wciąż wyczytać u Gerarda Labudy (2002, s. 46), który był przekonany o „służebnej roli instytucji pierwotnego państwa wobec powołującego ją do życia społeczeństwa”.
Zgodnie z tym pojawienie się pierwszego państwa przedstawiano jako swoiste zjednoczenie „plemion prapolskich”, które naturalnie dążyły ku sobie. Ten idealistyczny model zakładał stopniowe poszerzanie władzy politycznej na coraz większy obszar zamieszkany przez bliskie sobie kulturowo społeczeństwa.
Odwołując się do modnych niegdyś marksistowskich „obiektywnych podstaw i kierunku rozwoju społeczeństwa” (Łowmiański 1973, s. 363), wyobrażano sobie proces stopniowego łączenia się tych społeczności w coraz wyżej zorganizowane struktury – od „małoplemiennych” przez „wielkoplemienne” do „państwa”.
To pozwalało wykazać „odwieczną” ciągłość etnopolityczną mieszkańców nowożytnego państwa narodowego. Typowe dla polskiej mediewistyki niezliczone odniesienia do przedmieszkowych plemion „prapolskich” czy ziem „polskich” to dobre przykłady takiej wizji procesu państwotwórczego. Zgodnie z nią to pradawny naród „był siłą konstytutywną państwa i decydującym czynnikiem w życiu politycznym” (Łowmiański 1985, s. 6). Państwo miało być emanacją narodu, zaś jego powstanie przejawem „zwycięstwa idei narodowej nad plemiennymi sentymentami” (Łowmiański 1973, s. 415).
Zgodnie z taką wizją państwo wczesnopiastowskie „wyłaniało się powolnie, ale systematycznie z kilkunastu poprzedzających ustrojów plemiennych” (Labuda 2002, s. 17), a Mieszko I tylko uporządkował i ukierunkował ten nieuchronny historycznie proces. Zatem nasz pierwszy historyczny władca był mądrym jednoczycielem – katalizatorem już trwających procesów zjednoczeniowych,
Tę dość naiwną interpretację wspierano mapami wczesnych „plemion”, konstruowanymi przez historyków na podstawie źródeł tak enigmatycznych, jak tzw. Geograf bawarski z połowy IX wieku (por. rozdz. 6). Ta wizja trwa, mimo że kartografia archeologiczna jej nie potwierdza, bo nie udało się wydzielić obszarów, które można by utożsamić z terytoriami tych tak bardzo poszukiwanych „plemion prapolskich”. Wprawdzie mapy archeologiczne pokazują skupiska osadnicze, jednak nie dowodzą one istnienia jakichś ponadlokalnych organizacji politycznych. Również na poziomie kultury materialnej nie widać tych tak sugestywnie opisywanych przez historyków „plemion”.
Archeologia wskazuje, że w czasach przedmieszkowych był to względnie jednorodny kulturowo region etnohistoryczny, którego mieszkańców charakteryzował (mimo lokalnych/regionalnych różnic) dość jednolity styl życia ukształtowany przez uwarunkowany geograficznie rozwój społeczno-gospodarczy. Decydującym czynnikiem kształtowania się takiego zuniformizowanego „zespołu kultur wykazujących znaczny stopień podobieństwa między sobą jest nie tyle język, pochodzenie etniczne czy religia, ale wspólnota historycznych doświadczeń, wynikająca z zamieszkiwania razem przez dłuższy czas tego samego terytorium oraz zastosowana przez te grupy wspólna strategia adaptacyjna” (Posern-Zieliński 2005, s. 36). Taka wspólnota kulturowa nie była jednak jakimś „narodem” świadomym swojej odrębności i celów politycznych, co skutkowałoby tendencjami zjednoczeniowymi. Fiasko interpretacji ewolucjonistycznych przywraca model genezy państwa skupiony na konfliktach. Nie chodzi jednak o powrót do dziewiętnastowiecznych koncepcji swoistego „kanibalizmu politycznego”, reprezentowanych choćby przez Ludwika Gumplowicza,
POLSKI. TOM 1 w trakcie których „jedność ludu, władzy i przestrzeni przetworzyła się w instytucję państwa” (Labuda 2002, s. 27).
który był przekonany, że państwa powstawały „tylko poprzez akt gwałtu jednego plemienia przeciw drugiemu i podbój” (Gumplowicz 1877, s. 38–39 – cyt. za Gella 1966, s. 73), ale o napięcia towarzyszące rozgrywkom pomiędzy konkurującymi ze sobą grupami interesów. Zgodnie z nim przedstawia się pierwszych władców jako bezwzględnych kreatorów zupełnie nowej jakości politycznej, narzucających integrację nie tylko społeczeństwom pokrewnym kulturowo, ale też i różniącym się, a nawet wrogim sobie. O ile dawniej rozważano wczesne państwa jako instytucje bezosobowe, to dzisiaj ich pojawienie się analizowane jest w kategoriach bezwzględnego konkurowania kandydatów do władzy zwierzchniej.
Przed pojawieniem się państw terytorialnych nie było więc jakichś ludów „polskich”, „czeskich” czy „norweskich” gotowych do zjednoczenia się pod przywództwem świadomego swojego historycznego zadania władcy – toczyła się raczej gra bezwzględnych interesów rozmaitych pretendentów do zwierzchnictwa. Działali oni z pobudek głównie egoistyczno-rodzinnych, dążąc do wzmocnienia i poszerzenia sfery swoich interesów polityczno-gospodarczych. Ich główną strategią było zwiększanie kontroli nad najważniejszymi strukturami władzy: politycznej, militarnej, ideologicznej, społecznej i gospodarczej (Mann 1986), a głównym narzędziem perswazji było użycie lub groźba użycia przemocy (Claessen, Skalnik 1978, s. 10 i nn.).
To narzuca odniesienie do tytułu trzeciego rozdziału (How War Made States and Vice-Versa) książki Charlesa Tilly’ego z 1990 roku. Jego wnioski dotyczące wczesnonowożytnych państw zachodnioeuropejskich można chyba odnieść do wczesnośredniowiecznych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Przemoc była bowiem wtedy standardowym narzędziem elit, a starcia zbrojne na niektórych terenach były dla większości ludzi bardzo częstym doświadczeniem.
Założyciele dynastii monarszych, którzy wyszli zwycięsko z wyścigu o stabilną władzę terytorialną, wywodzili się spośród zawsze obecnych pretendentów do dominacji politycznej. Uczestnicy tego współzawodnictwa poddawani byli bezwzględnej selekcji i tylko niektórzy z nich zdołali utrwalić swoją władzę, kładąc fundamenty pod stabilne państwa terytorialne. O ich sukcesie decydowały: charyzma przekładająca się na indywidualną zdolność do zorganizowania sobie szerokiego poparcia, determinacja w stosowaniu przemocy, zdolności w operowaniu siłą militarną, umiejętność zdobycia środków niezbędnych do utrzymania się przy władzy i wreszcie zwykłe szczęście. Utrzymanie zdobytej władzy zależało od umiejętnego wykorzystania potencjału demograficzno-gospodarczego podporządkowanych sobie ziem i skutecznego konkurowania z sąsiadami.
W takiej wizji początki działań państwotwórczych z końca pierwszego tysiąclecia zarówno w Polsce, jak i u jej sąsiadów –Czech, Rusi, Węgier, Danii i Szwecji – wiąże się ze strategiami rodowymi Piastów, Przemyślidów, Rurykowiczów, Arpadów, Skjoldungów i Ynglingów, którym udało się pokonać wewnętrznych konkurentów, przeforsować legitymizującą jedynowładztwo ideologię chrześcijańską, zorganizować sprawną eksploatację podporządkowanych sobie terytoriów i uzyskać silną pozycję geopolityczną w ostrej konkurencji z sąsiadami. Nie działali oni w imieniu jakichś już wcześniej widocznych „narodów etnicznych”, lecz byli twórcami zupełnie nowych „narodów politycznych”, których kolektywna świadomość dopiero kształtowała się w przestrzeni wyznaczonej granicami narzuconymi przez władców.
Pierwsi władcy zamykali bowiem podporządkowane sobie populacje granicami politycznymi, w ramach których narzucali swoją wizję ładu polityczno-społecznego. W dłuższej perspektywie skutkowało to unifikacją kulturową mieszkańców i pojawianiem 16KORZENIE POLSKI. TOM 1
się u nich kolektywnego poczucia odrębności od ludzi spoza tych granic. Ustanowienie stabilnych ośrodków władzy centralnej uruchamiało proces stopniowej homogenizacji podporządkowanych im ludzi, przy równocześnie postępującym odróżnianiu się od mieszkańców sąsiednich państw. To rosnące poczucie wewnętrznej bliskości i zewnętrznej odległości stopniowo budowało tożsamość etnopolityczną.
Zatem wczesne organizacje terytorialne nie były emanacją integracyjnych dążeń jakichś „narodów”. Wręcz przeciwnie – to późniejsze narody Polaków, Czechów, Rusinów, Węgrów, Duńczyków i Szwedów „powstały przede wszystkim dzięki ramom stworzonym przez państwa” (Zientara 1985, s. 343).
Niestety dla ziem polskich nie mamy stosownie wczesnych źródeł, więc musimy korzystać z lepiej oświetlonych historycznie przykładów powstawania państw terytorialnych na obrzeżach Europy porzymskiej lub pokarolińskiej. Unikatowe spojrzenie od wewnątrz na ten proces oferują źródła staroskandynawskie. Przyspieszenie w X wieku procesów centralizacyjnych w Europie Północnej budziło tam zrozumiały opór tych, którzy wskutek ekspansji agresywnych monarchów musieli się rozstać z własnymi planami politycznymi, a czasem i z ojczystą ziemią. To ich stan ducha zarejestrowały sagi opisujące aktywny opór (zbrojny) lub bierny bunt (bojkot lub emigrację) ludzi przeciw rozmaitym „królom”, którzy siłą narzucali im swoją zwierzchność.
W tych opowieściach przemoc fizyczna i przekupstwo prezentowane są jako ważne narzędzia polityczne służące zdobywaniu, a potem utrzymywaniu swoich terytoriów. System monarchiczny wprowadzany był głównie przez stosowanie siły lub choćby groźbę jej użycia oraz przez redystrybucję zgromadzonych dóbr.
Nowy porządek mógł doraźnie krzywdzić pojedynczych ludzi i ich rodziny, ale zapewniał większym populacjom ład społeczno-gospodarczy, egzekwowany przez władzę centralną.
Interesujące jest, jak bardzo średniowieczni historycy islandzcy, którzy jako naturalni „republikanie” podkreślali niesprawiedliwość władzy autokratycznej, byli równocześnie zafascynowani skutecznością scentralizowanej monarchii. Dostrzegali bowiem sprawczość władców, którzy potrafili egzekwować swoje decyzje (choćby brutalnymi metodami) i wymuszać niezbędny ład społeczno-gospodarczy. Opresyjność monarszego autokratyzmu była sprzeczna z wikińskim etosem nieograniczonej wolności, ale zapewniała niezbędną przewidywalność oraz podstawowe bezpieczeństwo życia i pracy.
Typowy dla narodowej perspektywy badań nad początkami państw wczesnośredniowiecznych jest swoisty izolacjonizm. Rozważamy bowiem początki naszego państwa, skupiając się na wewnętrznej dynamice przemian i niechętnie uwzględniając skalę wpływów i interwencji zewnętrznych. Dominującą perspektywą jest wciąż optymistyczny ewolucjonizm, który pozwala wykazać, jak lokalny rozwój polityczno-gospodarczy nieuchronnie prowadził do uformowania się państw, które do dziś istnieją na mapie Europy.
Takie objaśnianie procesów historycznych przez opisywanie dziejów zamkniętego terytorium skazane jest na znaczne uproszczenia. Bo przecież państwa rodzą się ze współzawodnictwa –wewnętrznego (pomiędzy lokalnymi pretendentami do władzy zwierzchniej) i zewnętrznego (pomiędzy przywódcami sąsiednich terytoriów). Ekspandująca organizacja polityczna „potrzebowała” przeciwników, których obecność uruchamiała mechanizmy obronne lub agresywne, wymagające centralnie zarządzanej mobilizacji. 18KORZENIE POLSKI. TOM 1
Obecność silnego sąsiada zmuszała do podjęcia gry przyspieszającej samoorganizację. Dlatego państwa nie powstawały jako enklawy w bezpaństwowym otoczeniu, lecz raczej w sąsiedztwie państw już istniejących. Siłę konkurencji trzeba było co najmniej zrównoważyć własną siłą, więc „wielkość jednostki politycznej nie jest determinowana przez czynniki społeczne lub ekonomiczne, lub potrzeby jej mieszkańców, ale przez wielkość innych, konkurencyjnych jednostek politycznych” (Bagge 2010, s. 23).
W wyłanianiu się państw wczesnośredniowiecznych istotną rolę odgrywał więc „efekt domina”, bo wyzwanie w postaci silnych sąsiadów zmuszało elity z „zapóźnionych” organizacyjnie terenów do zrównoważenia potencjalnego zagrożenia. Z takiego punktu widzenia państwa „rozwijają się ze współzawodnictwa o kontrolę nad terytorium i ludźmi, nieodmiennie tworząc skupienia, a zazwyczaj wręcz systemy” (Tilly 1990, s. 4). Była to bezwzględna konkurencja o przetrwanie polityczne, a sprostanie jej wymagało wysiłku i determinacji, nadając procesom państwotwórczym dużą dynamikę.
Najwcześniejsze dzieje Polski wydawały się do niedawna polem równo zaoranym przez mistrzów studiów mediewistycznych. Pokłosiem wielkiego programu tzw. badań milenijnych z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku była wizja, która niemal do końca tamtego stulecia dobrze funkcjonowała jako schemat utrwalony autorytetem wielkich nazwisk i upowszechniony przez podręczniki szkolne. U jego podstaw leżał dogmat o odwiecznej polskości niemal wszystkich – poza Warmią i Mazurami – ziem znajdujących się w granicach narzuconych Polsce po II wojnie światowej decyzją zwycięskich mocarstw.
„Od zawsze” mieli je zamieszkiwać nasi przodkowie, których wywodzono nawet z epoki brązu, kiedy królowała wspaniała
kultura łużycka z emblematycznym „prasłowiańskim” Biskupinem. W drugiej połowie I tysiąclecia n.e. Słowianie mieli stopniowo tworzyć coraz większe struktury organizacyjne, kiedy „małe plemiona” łączyły się stopniowo w wielkie „plemiona prapolskie”, które zajmowały wydzielone terytoria i identyfikowały się specyficznymi nazwami własnymi, czyli etnonimami. W połowie X wieku poczucie jedności etniczno-kulturowej uświadomiło ich elitom konieczność połączenia sił w jeden organizm państwowy, w którym władzę zgodnie powierzono dynastii Piastów, zarządzającej wcześniej wielkopolskim plemieniem Polan. Właściwym budowniczym państwa, którego stolicą było Gniezno, miał być Mieszko I. Zrozumiawszy konieczność dziejową, przyjął on w 966 roku nową religię, dokonując tym samym „chrztu Polski”, który szybko uczynił Polaków katolickimi Europejczykami. Zwycięsko potykając się z sąsiadami, sprawnie poszerzył on swoje granice na niemal cały obszar wyznaczony przez Bug, Odrę, Bałtyk, Sudety i Karpaty. Takie państwo przekazał swojemu wielkiemu synowi Bolesławowi Chrobremu (ryc. 2), który serią zwycięskich wojen jeszcze je powiększył i przekształcił w środkowoeuropejską potęgę. Jego sława przyciągnęła rzymsko-niemieckiego cesarza Ottona III, który w 1000 roku przyjechał do Gniezna, aby go uhonorować jako swojego najważniejszego sojusznika na wschodzie. Królestwo piastowskie rozpadło się wkrótce po śmierci wielkiego władcy wskutek spisku agresywnych sąsiadów, ale szybko podniosło się z upadku.
Pod takim encyklopedycznym skrótem naszych narodowych początków podpisze się ogromna większość Polaków. Jest to bowiem wykładnia logiczna, konsekwentnie pozytywna, odpowiednio „mocarstwowa” i wystarczająco europejska, aby zaspokoić potrzebę dumy narodowej i łagodzić kompleksy w stosunku do sąsiadów, którzy nas potem wielokrotnie krzywdzili, ale kiedyś wszak drżeli przed piastowską potęgą.
20KORZENIE POLSKI. TOM 1

Ryc. 2. Gniezno – pomnik Bolesława Chrobrego, dzie ło Marcina Rożka, 1929
Ta atrakcyjna w swojej prostocie wizja trwała niezagrożona, doskonale spełniając zapotrzebowanie na historię odpowiednio „patriotyczną” i „heroiczną”. Jak każdy długo nieodświeżany schemat ulegała jednak stopniowemu zużywaniu. Znudziła też wreszcie samych mediewistów, zarówno historyków, jak i archeologów, którzy mieli już dość jałowego potwierdzania jedynie słusznej wykładni. Pod koniec XX wieku wchodzący wówczas w naukową
Nie był to frontalny atak, lecz raczej zadawanie krytycznych pytań o podstawy źródłowe, o zasadność wniosków składających się na tę konstrukcję i o jej zgodność z osiągnięciami innych nauk – nie tylko humanistycznych, ale też przyrodniczych. Następowała więc stopniowa erozja różnych elementów tej tradycyjnej wizji i dzisiaj niemal wszystkie ze stwierdzeń zawartych w powyższym streszczeniu popularnych przekonań o początkach Polski można skutecznie zakwestionować.
To rewidowanie wciąż trwa, ale nie zaproponowano jeszcze spójnej interpretacji stanowiącej jasną alternatywę dla wersji tradycyjnej, której nikt otwarcie nie podważa, ale też nikt już jej jednoznacznie nie wspiera. Warto więc sformułować propozycje zastąpienia przestarzałych interpretacji postulatami adekwatnymi do aktualnego stanu wiedzy i zgodnymi z ujęciami modelowymi proponowanymi przez antropologię kulturową. Ta krytyka nie oznacza deprecjonowania osiągnięć naszych naukowych poprzedników, bo działali wszak w innym czasie i na podstawie innych przesłanek teoretycznych. Jest ona raczej naturalnym dążeniem każdego pokolenia do sformułowania swojej wersji przeszłości w ramach niekończącego się procesu przepisywania historii.
Nie należy tego mylić z przybliżaniem się do ostatecznej prawdy o przeszłości, co kiedyś doprowadzi nas do sformułowania ujęcia jedynie słusznego w swojej niepodważalnej obiektywności.
To historiograficzne złudzenie docierania do ostatecznej prawdy było już wielokrotnie rujnowane przez nowe interpretacje dobrze już znanych źródeł lub przez uwzględnienie nowych informacji.
W przypadku wcześniejszego średniowiecza dostarcza ich głównie archeologia (por. Buko 2021).
POLSKI. TOM 1 dorosłość badacze z pokolenia „pomilenijnego” zaczęli więc kwestionować tę wizję.
To, co nazywamy przeszłością, jest tylko determinowanym aktualną wiedzą i umiejętnościami badawczymi obrazem, który podlega i będzie podlegać nieuchronnym modyfikacjom. Nie jest on obiektywnym odzwierciedleniem dawnej rzeczywistości, lecz tylko produktem naszych zabiegów poznawczych. Niemożność jednoznacznego zweryfikowania różnych sądów o przeszłości sprawia, że nie sposób ustalić jednoznacznie prawdziwej interpretacji, a więc możliwe są różne wykładnie (por. tom II, rozdz. 1).
Trzeba też brać pod uwagę siłę oddziaływania mediów, które mogą wypromować opinie niekoniecznie poprawne naukowo, ale atrakcyjne przez swoją prostotę i zgodność z aktualnym zapotrzebowaniem politycznym na przeszłość taką, jaka „powinna była być”. Może to skutkować wprowadzeniem do obiegu społecznego nawet poglądów jawnie sprzecznych z wiedzą naukową, ale tak przekonująco przemawiających do zbiorowej wyobraźni, że znajdują szeroki posłuch u laików. Prowadzi to do ukształtowania się wizji anaukowych, czego koronnym przykładem jest popularny dzisiaj mit Wielkiej Lechii, której wspaniałe dzieje naukowcy z jakiegoś powodu ukrywają przed spragnionym „prawdy” narodem.
Dzisiaj jesteśmy mądrzejsi od wczesnych historyków o wiedzę zgromadzoną przez kilkaset lat, ale wciąż konstruujemy mniej lub bardziej przekonujące „opowieści”. Nieodżałowanej pamięci profesor Henryk Samsonowicz trafnie oceniał obecną sytuację, mówiąc, że mamy do czynienia z „inflacją hipotez” naukowych.
Większość z nich dotyczy jednak spraw drobnych, które nie tworzą spójnego obrazu, utrudniając mniej zorientowanym czytelnikom wytworzenie sobie całościowego poglądu.
Z długiej listy zagadnień wymagających rozważenia (por. też tom II) zainteresowały mnie tutaj następujace pytania: Jak głęboko
wstecz sięgają nasze korzenie? Co starożytni wiedzieli o naszych ziemiach? Skąd się wzięli Słowianie? Kim byli Polanie? Jakie były funkcje warownych grodów? W co wierzyli Słowianie? Kim byli Piastowie? Gdzie i kiedy powstało państwo piastowskie? Jak nazywał się Mieszko I? Kiedy i dlaczego się ochrzcił? Czy jego państwo było chrześcijańskie? Czym było państwo Mieszka I? Jaką miał strategię międzynarodową? Jakie terytorium opanował? Gdzie była stolica państwa wczesnopiastowskiego? Co odziedziczył
Bolesław Chrobry? Jaką miał strategię międzynarodową? Jak bardzo chrześcijańskim władcą był? Dlaczego jego dwór przyciągał
świętych męczenników? Czym był Zjazd Gnieźnieński? Co oznaczają nazwy „Polska” i „Polacy”? Jaka była sytuacja rodzinna Bolesława Chrobrego? Jak w czasach wczesnopiastowskich wyglądał konflikt polsko-niemiecki? Jak bardzo „imperialna” była polityka Bolesława Chrobrego? Czy uprawiał propagandę polityczną?
Czy potrzebował formalnej koronacji królewskiej? Jakie były konsekwencje jego rządów?
Przyjrzenie się tym zagadnieniom pozwoli mi przedstawić swoją wizję skomplikowanego procesu, który wskutek splotu świadomych decyzji i historycznych przypadków doprowadził do stabilnego usadowienia się w Europie państwa wczesnopiastowskiego, które na początku II tysiąclecia zaczęto nazywać Polonią. Jest to prezentacja wielu hipotez rozproszonych wcześniej w moich artykułach i książkach (np. Urbańczyk 2000; 2008; 2012; 2014; 2015; 2017; 2021; 2022; 2023a; 2023b). Zebrałem je tutaj, nadawszy im formę odpowiedzi na postawione wyżej pytania. Jest to więc wizja autorska, która nie pretenduje do wyłączności, ale jest kontestacją dominującego nurtu interpretacji naszych najstarszych dziejów i prowokacją do dalszych dyskusji.
Trudny cel, jakim jest przybliżenie niespecjalistom aktualnego stanu wiedzy o początkach naszej państwowości, siłą rzeczy musi uwzględniać znaczne uproszczenia argumentacji oraz znaczne zredukowanie odwołań do źródeł i stosownej literatury naukowej, więc przepraszam tych wszystkich badaczy, których ważnych prac nie zacytowałem. Każdy rozdział można czytać oddzielnie, bo napisano je jako zamknięte mininarracje.
Aby jeszcze bardziej zniwelować skutki swojej skłonności do gadulstwa, arbitralnie postanowiłem zamknąć każdy rozdział (oprócz Wprowadzenia i Zakończenia) w około dwóch tysiącach słów. Ten ekstrawagancki zabieg redaktorski wymusił dalszą redukcję szczegółowości wywodów i rezygnację z ciągłego przypominania argumentów użytych już w innych rozdziałach. Mam nadzieję, że mimo to moja interpretacja tych odległych czasów okaże się interesująca i przekonująca i sprowokuje stosowną refleksję – zarówno u specjalistów, jak i wśród ludzi amatorsko zainteresowanych historią.
Te spory o odległą przeszłość nie powinny mieć wpływu na spójność wspólnoty narodowej, dla której, oprócz świadomości wspólnej historii, ważna jest przede wszystkim indywidualna samoidentyfikacja tworzących ją ludzi. Jeżeli ktoś czuje się Polakiem, to jest nim bez względu na swoje geny, cechy fizyczne, religię czy też podzielaną wizję „rodzimej” historii, choć byłoby dobrze, aby była ona w miarę spójna.