Skip to main content

101324487

Page 1


Jak dobrze znasz kobiece ciało? Swoje własne ciało? Albo ciało twojej partnerki, przyjaciółki, siostry czy córki?

Wiesz, o czym mowa! Określa się je jako delikatniejsze, „piękniejsze”, wrażliwsze, ale jednocześnie bardziej odporne na ból. Ciało, które czasem celowo krwawi, a czasem nosi nowe życie. Bywa zarówno fetyszyzowane, jak i pogardzane (często przez te same osoby, w tym samym czasie). To ciało należy do niemal połowy ludzkości, a dokładnie do 49,7% światowej populacji1.

Nawet jeśli dwa stulecia nowoczesnej medycyny – tworzonej i praktykowanej prawie wyłącznie przez mężczyzn – dostarczyły nam wiedzy o najważniejszych organach, ich budowie, położeniu i funkcjonowaniu (pomijając na razie fakt, że w latach 1977–1993 kobiece ciała zostały wykluczone z badań klinicznych w Stanach Zjednoczonych, a przez długi czas traktowano je jako pomniejszoną, dziwniejszą wersję męskiego ciała), to ile z tej wiedzy naprawdę przyswoiliśmy? Ile w pełni lub choćby częściowo zrozumieliśmy?

Na przykład czy wiesz, czym właściwie są kobiece hormony płciowe? Albo jak wyglądają, jak działają jakiekolwiek hormony? Czego od nas chcą? Czy hormony to naprawdę nasi diabelscy nadzorcy, zdolni manipulować naszym ciałem i osobowością wedle

1 World Bank, Population, female (% of total population) („Ludność, kobiety [% całkowitej populacji]”), World Bank Open Data, 2024, https://data.worldbank.org/ indicator/SP.POP.TOTL.FE.ZS [dostęp: 26.02.2026].

kaprysu, którego nie sposób przewidzieć? A może przeciwnie, może są po naszej stronie? Wspierają nas? Może nawet są nam przyjazne?

A mózg? Chociaż moja wiedza o tym absolutnie kluczowym organie mieści się gdzieś pomiędzy „to tam, gdzie odbywa się całe myślenie” a czymś w rodzaju „jest to coś pulchnego, pofałdowanego i podzielonego na dwie części”, to zdaję sobie sprawę, że to zdecydowanie za mało. Z czego składa się mózg? Czy mózg kobiety różni się od mózgu mężczyzny? I czy to tłumaczy, dlaczego dwukrotnie częściej diagnozuje się u nas depresję i chorobę Alzheimera?

A może porozmawiamy o piersiach? Z czego są zbudowane, ile tak naprawdę kosztują kobietę w ciągu całego jej życia i jakim cudem produkują mleko?

A pochwa… (która, tak na marginesie, wcale nie jest tym samym, co srom. Wiedziałaś o tym? Bo ja nie!).

A potem mamy jeszcze dno miednicy, jajowody i – wiem, że to zaskakujący przeskok geograficzny, ale czy nie byłoby dobrze dowiedzieć się, dlaczego piłkarki są znacznie bardziej narażone niż piłkarze na zerwanie więzadła krzyżowego przedniego w kolanie?

I co to właściwie oznacza, jeśli nie jesteś piłkarką, tylko po prostu kobietą?

Zawsze też zastanawiało mnie, czym właściwie jest miesiączka. Jasne, wiem, że to ból, jakby ktoś cię wielokrotnie kopał od środka w jajniki, wiem, że to krew i czasem ogromna ulga, że nie jesteś w ciąży, a innym razem przeraźliwy smutek, bo jednak nie jesteś. Ale czy ktoś może mi naprawdę wytłumaczyć, jak dochodzi do miesiączki? Jaki jest mechanizm?

Dlaczego tuż przed okresem czujemy się jak siedem nieszczęść, a kilka dni później – jak milion dolarów: pewne siebie, seksowne, towarzyskie? I dlaczego nie mamy okresu nie tylko w menopauzie?

A czym właściwie jest menopauza? Czy to coś jak dojrzewanie od tyłu? Początkowo powolny, ale potem coraz szybszy zjazd po lodowej rynnie w stronę bezsensu, społecznej niewidzialności, kruchych kości, zamglonego mózgu, napadów złości, uderzeń gorąca, rozwodu i śmierci?

A może wcale nie? Bo przecież są kobiety, które zdobyły Nagrodę Nobla po menopauzie.

Wróćmy jednak do dojrzewania, które przebiega inaczej u dziewcząt. Jedni twierdzą, że gorzej, inni, że lepiej. Istnieje przekonanie, że dziewczynki dojrzewają szybciej niż chłopcy… Ale może to tylko coś, co im wmawiamy, żeby utrzymać je w ryzach. I dlaczego poród musi tak bardzo boleć? Jaki to ma sens? Czy nie byłoby bardziej logiczne – dla przetrwania gatunku i tak dalej –gdyby poród był… no, nie wiem… przyjemny? I jak powstaje mleko matki? Czy naprawdę jego skład zmienia się w zależności od potrzeb dziecka, karmienie po karmieniu? Ile kosztuje posiadanie piersi przez całe życie – biustonosze, laktatory, bóle pleców, prawdopodobieństwo raka piersi… To musi być niezła suma, prawda?

W takim razie: może powinnyśmy mieć ulgi podatkowe na biust?

I kolejny gorący temat: niepłodność. Czy rzeczywiście jest dzisiaj częstsza, czy po prostu więcej o niej wiemy, częściowo dzięki dochodowemu przemysłowi, który obiecuje ją naprawić? Dlaczego coraz więcej kobiet decyduje się na zamrażanie komórek jajowych?

Czy warto to zrobić? Jak to wygląda? Czy boli?

Jak właściwie działa pigułka antykoncepcyjna? Czy faktycznie nam szkodzi? Dlaczego na TikToku jest mnóstwo filmików z hasłami typu: „Dzisiejsza antykoncepcja jest jak palenie papierosów”? Czy jej zażywanie naprawdę wiąże się ze zwiększonym ryzykiem samobójstw? A może jest najbardziej wyzwalającym, najpotężniejszym krokiem naprzód od czasu, gdy kobiety

uzyskały prawa wyborcze? Moja znajoma zapytała kiedyś lekarza, czy powinna odstawić pigułkę i prowadzić bardziej „naturalne” życie. Odpowiedział: „Naturalne? Chcesz wiedzieć, co znaczy »naturalne« dla kobiety? To znaczy: zachodzić w ciążę i rodzić, raz po raz, od dojrzewania aż do menopauzy, kiedy to umiera się z wyczerpania, zakładając oczywiście, że wcześniej nie umrzesz przy porodzie. To jest naturalne”.

Nie miałam o tym pojęcia. O żadnym z tych tematów. Przez lata traktowałam swoje ciało jak samochód – jeździłam nim, ale nigdy nie chciało mi się zajrzeć do instrukcji obsługi. Aż pewnego dnia w zeszłym roku znalazłam się na oddziale hematologii w moim lokalnym szpitalu Whittington w północnym Londynie, czekając na badanie krwi. Miałam zacząć przyjmować lek na grzybicę paznokci (wiem, nie brzmi to sexy), który jest tak silny, że trzeba było wcześniej sprawdzić, czy moja wątroba sobie z nim poradzi. W poczekalni było około czterdziestu osób, w różnym wieku, o różnym pochodzeniu etnicznym, o różnych kształtach, rozmiarach i różnie ubranych, ale… tylko jednej płci. Dosłownie wszystkie byłyśmy kobietami.

O co tu chodzi? – zastanawiałam się.

Tego samego dnia, spacerując po peronie metra w oczekiwaniu na pociąg, przelotnie zerkałam na billboardy pokrywające ściany. Nagle uświadomiłam sobie, że co trzeci – a może nawet więcej –reklamował prywatne testy diagnostyczne. Było tam wszystko: testy płodności, badania hormonalne związane z menopauzą, testy odporności, badania tarczycy… Reklamowano też „kompleksowe badania dla spokoju ducha” – jakiś rodzaj pionowej kabiny, przypominającej bramkę bezpieczeństwa na lotnisku, oferującej „ogólne skanowanie całego ciała”.

Tyle testów! Zgaduję, że każdy kosztował kilkaset funtów. Ale chodzi mi głównie o to, że prawie wszystkie były wyraźnie skierowane do kobiet. Testy mające sprawdzić każdy aspekt

naszego zdrowia, wykryć potencjalne niedociągnięcia i braki, określić ryzyko, o którym nawet nie miałyśmy pojęcia.

„Zamroź czas. Ciesz się życiem teraz. Spróbuj później” – głosiła jedna z reklam usług mrożenia komórek jajowych.

„Jedna na dwie kobiety po pięćdziesiątce złamie kość z powodu osłabienia kości” – ostrzegała inna.

O rany! – pomyślałam.

Jakbym nagle włączyła stację radiową, w której każda rozmowa dotyczy kobiecego ciała. „Wiesz, że istnieje więcej badań nad łysieniem typu męskiego niż nad wszystkimi aspektami zdrowia kobiet wziętymi razem? – powiedziała mi znajoma feministka zafiksowana na punkcie zdrowia. – A wiesz, w której grupie wiekowej, zaraz po nastolatkach i młodych kobietach po dwudziestce, występuje najwyższy wskaźnik chorób przenoszonych drogą płciową? U kobiet po czterdziestce i pięćdziesiątce!”.

„A nawet starszych! Przychodzą do gabinetu z chlamydią w wieku pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat – dodała moja lekarka rodzinna, dr Kate Jolowicz, prawdziwa gwiazda wśród lekarzy rodzinnych, do której ludzie ustawiają się w kolejce. – I czy masz pojęcie, że więcej podpasek sprzedaje się kobietom z nietrzymaniem moczu spowodowanym osłabieniem dna miednicy niż z powodu miesiączki?”.

Nie wiedziałam.

Przyjaciółka w zaawansowanej ciąży opowiedziała mi, że zanim lekarze zgodzili się rozważyć u niej wykonanie planowanego cięcia cesarskiego, musiała odbyć dwie sesje z psychologiem. Po długim namyśle zdecydowała, że naprawdę tego chce. Jedna z położnych powiedziała jej wtedy, że jeśli urodzi przez cesarkę, nie zbuduje silnej więzi z dzieckiem.

Czy to może być prawda?

Moja znajoma fizjoterapeutka, Wendy, wspomina, że kiedyś podawano nastolatkom estrogen, jeśli wydawało się, że urosną zbyt wysokie. (Było to w latach 70. XX wieku – wcale nie tak dawno).

Innym razem w mojej ulubionej kawiarni psycholożka powiedziała mi: „To bzdura, że kobiety mają wyższy próg bólu. My po prostu musimy znosić więcej bólu”. Czy naprawdę dwa razy częściej cierpimy na depresję niż mężczyźni? – zapytałam ją. A może po prostu częściej szukamy pomocy? „No właśnie. Jest to pytanie za milion dolarów” – odpowiedziała.

„Wiesz, że istnieją dowody, iż terapia hormonalna (HTZ) chroni przed demencją, chorobami serca, udarami i osteoporozą?” –powiedziała mi dr Jolowicz.

Ale czy to nie jest niebezpieczne? – zapytałam. – Zawsze myślałam, że to ryzykowne. Dlaczego w ogóle tak myślę?

„Bo w latach 90. opublikowano zdyskredytowane już badanie. Poszukaj go”.

„Tak, ale HTZ jest przecież teraz nadużywana – wtrąca moja pseudoprzyjaciółka, influencerka od »wellnessu«. – To skandal! Wiedziałaś, że męskie płody stają się męskie dopiero w szóstym–siódmym tygodniu ciąży? I że dziewczynki są zwykle silniejsze od chłopców we wczesnych etapach rozwoju i mają niższe ryzyko komplikacji?”.

I tak dalej, i tak dalej, aż poczułam się przytłoczona, zagubiona, rozdarta między sprzecznymi informacjami. Zrozumiałam, że potrzebuję konkretnych odpowiedzi. Desperacko.

Z zawodu jestem dziennikarką, przeprowadzam wywiady. Rozmawiałam ze wszystkimi – od Donalda Trumpa po Gwyneth Paltrow. Uwielbiam to: zaglądać komuś do głowy, odkrywać, kim jest, co wie, co myśli. To też jedna z niewielu rzeczy, które naprawdę potrafię robić dobrze.

Więc pomyślałam: a co, jeśli zastosuję swoje metody podczas wywiadów z ekspertami od kobiecego ciała? Neurobiologami, pracownikami naukowymi, lekarzami specjalistami, położnymi, ginekologami i fizjoterapeutami? Co, jeśli nałożę na siebie różne perspektywy, porównam doświadczenia i obserwacje? Co, jeśli uda mi się zebrać nie tylko wiedzę z podręczników, lecz także

ewoluujące teorie, osobiste spostrzeżenia i doświadczenia ludzi, którzy całe życie zawodowe poświęcili kobiecemu ciału?

Gdybyśmy mogli prześledzić jego możliwości, zmiany na przestrzeni życia – od okresu dojrzewania, kiedy to po raz pierwszy zaczyna faktycznie funkcjonować jako kobieta, przez lata płodności i późniejsze etapy. Zrozumieć prawdziwe znaczenie i wpływ cyklu menstruacyjnego, płodność i wiążące się z nią trudności, ciążę, poród, okres okołomenopauzalny, samą menopauzę, a wreszcie starzenie się. Co, jeśli wspólnie rozłożylibyśmy na czynniki pierwsze cały ten bałagan i piękno, złożoność i tajemniczość, po to, by lepiej pojąć, jak funkcjonuje ciało kobiety, kiedy jakiś aspekt zawodzi i jednocześnie dostrzec jego majestat i siłę, gdy wszystko działa dobrze? A gdybyśmy prześledzili cykliczne zmiany kobiecego ciała, transformacje z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, z dekady na dekadę? Co, jeśli z moimi ekspertami naprawdę zagłębimy się w zachwycającą tajemnicę kobiecego ciała – naszego ciała?

Czy to nie byłoby przydatne? Fascynujące? Poruszające, zaskakujące, irytujące, odkrywcze, budujące?

Czy nie byłoby to… wspaniałe?

Nie planowałam, by ta książka była polityczna. Naprawdę nie. Chciałam, żeby była pożyteczna. Uznałam, że fakty są zawsze lepsze niż polityka. Ale okazało się, że jest niezmiernie trudno rozmawiać o kobiecym ciele, a co za tym idzie, także o zdrowiu kobiet, nie wchodząc przy tym w kwestie polityczne. Polityka po prostu już tam jest. Na przykład od samego początku

historii medycyny kobiety były postrzegane jako fizycznie gorsze od mężczyzn. Arystoteles nazywał nas „kalekimi mężczyznami”. Ten punkt wyjścia w XVIII i XIX wieku nieuchronnie doprowadził do rozpowszechnienia idei takich jak „histeria” – przekonania, że wszystko, od padaczki po to, co dziś nazywamy zaburzeniem osobowości typu borderline, ma swoje źródło w macicy. Do tego doszły niejasna, lecz uporczywa niechęć oraz ogólny brak jakiegokolwiek poważnego zainteresowania kobiecymi hormonami. Lekarze i badacze byli niemal wyłącznie mężczyznami, co, jak można się spodziewać, oznaczało, że kobiece doświadczenie było całkowicie pomijane. Większość komórek używanych w badaniach naukowych – zarówno zwierzęcych, jak i ludzkich – pochodziła z organizmów męskich. W 1977 roku amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA, Food and Drug Administration) formalnie wykluczyła wszystkie kobiety w wieku rozrodczym z badań klinicznych. Była to reakcja na serię medycznych tragedii, z których najbardziej znana jest ta związana z talidomidem2. Skutkiem tego był znaczny niedobór danych na temat wpływu leków na kobiety, co zaczęto korygować dopiero w 1993 roku, gdy w Stanach Zjednoczonych wprowadzono prawny obowiązek włączania kobiet i przedstawicieli mniejszości do badań klinicznych. „Naprawdę wiemy mniej o każdym aspekcie biologii kobiet niż o biologii mężczyzn” – powiedziała w 2014 roku „New York Timesowi” dr Janine Austin Clayton, zastępczyni dyrektora ds. badań nad zdrowiem kobiet w amerykańskim Narodowym Instytucie Zdrowia.

Jeśli coś się zmienia, a w niektórych obszarach rzeczywiście tak, to zmienia się powoli. A są też kwestie, które się nie zmieniają. Niektóre wręcz się pogarszają: według badania przeprowadzonego w 2023 roku przez markę Nurofen luka między kobietami

2 Vargesson N., Thalidomide-induced teratogenesis: history and mechanisms („Teratogeneza wywołana talidomidem: historia i mechanizmy”), Birth Defects Research Part C: Embryo Today, 2015, t. 105, nr 2, s. 140–156, https://doi.org/10.1002/bdrc.21096.

a mężczyznami w zakresie odczuwania bólu – tego, jak często i jak silnie kobiety go doświadczają – wciąż się powiększa. Wszystko to wywołało zrozumiały gniew z powodu tego, jak bardzo kobiety i nasze ciała były pomijane. Jak je lekceważono, jak – w najlepszym razie – sprowadzano do funkcji biologicznych, a poza tym kompletnie ignorowano. Jak nas zawiedziono. Jak… pozwolono nam umierać.

Ale powiem ci coś o ekspertach, z którymi rozmawiałam, pisząc tę książkę. Przekonali mnie, że ten brak troski, brak zainteresowania, brak badań nad kobiecym ciałem, ta naukowa nieufność wobec niego, to nie jest cała prawda. Każdy z nich, bez wyjątku, okazał się cichym, ale nieustępliwym wojownikiem w starciu z tym, co dziś coraz częściej nazywa się „mizoginią” – terminem zbiorczym określającym systemowe luki w wiedzy, zainteresowaniu i leczeniu kobiecego ciała.

W każdym ich słowie, w każdym westchnieniu i pauzie, w pasji, z jaką mówili, w ich ekscytacji, a czasem w złości, i w ogromnej cierpliwości, jaką mi okazywali (gdy z całych sił starałam się za nimi nadążyć), widziałam tylko jedno: najczystszy szacunek dla kobiecego ciała. Zaangażowanie. Poważanie. Zachwyt. Ogromne pragnienie, by pomagać, by leczyć. Po każdej rozmowie zostawało we mnie to samo uczucie: miłość. Prawdziwa miłość do kobiecego ciała.

I to napawa mnie nadzieją.

powodów, by szukać ucieczki. Jednocześnie mają one zdecydowanie mniej możliwości, by rozładować stres poprzez wyjazd do SPA czy urocze wakacje. Z tego powodu przekonanie, że uzależnienie jest genetyczne i dziedziczne, irytuje dr Cox.

„Mówimy o predyspozycjach genetycznych, ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego ci wszyscy ludzie z rzekomą podatnością genetyczną [zawsze] pochodzą z biedniejszych środowisk i mieli okropne życie. Po prostu w to nie wierzę”.

„Istnieje pewna podatność genetyczna, która w określonych warunkach środowiskowych może ujawniać się jako nieprzystosowanie. Jeśli ktoś ma z natury skłonność do podejmowania ryzyka, to w sprzyjającym otoczeniu, z pieniędzmi i możliwościami, może zająć się wyścigami samochodowymi. Ale młody chłopak z Pollokshaws w Glasgow ma przed sobą ograniczone perspektywy, a wokół krążą pięciofuntowe działki heroiny. I to jest jego samochód wyścigowy”.

Czy kobiety cierpią bardziej z powodu kaca niż mężczyźni? – pytam dr Cox.

„Tak. Zwłaszcza jeśli pijemy alkohol w czasie owulacji”.

Czy dlatego, że gorzej metabolizujemy alkohol?

„I też dlatego że poziom cukru we krwi spada u nas szybciej, więc znacznie bardziej potrzebujemy nawodnienia”.

Badania pokazują, że w fazie folikularnej, czyli w pierwszej połowie cyklu menstruacyjnego, rosnący poziom estrogenów zwiększa wrażliwość na insulinę, co prowadzi do obniżenia poziomu glukozy we krwi. Co więcej, wraz z wiekiem zdolność metabolizowania alkoholu dodatkowo się pogarsza, więc mamy większego kaca. Menopauza nasila tę sytuację, ponieważ poziom estrogenów spada.

Dr Cox wspomina również o swojej koleżance dr Sally Adams, adiunktce na Uniwersytecie w Bath, której zainteresowania badawcze, jak czytamy na LinkedIn, koncentrują się na „poznawczych

i neurobiologicznych mechanizmach leżących u podstaw zachowań uzależnieniowych”. Dr Adams wykazała, że wraz z wiekiem kobiety subiektywnie oceniają swoje kace jako coraz gorsze. Jednocześnie zaczynają odczuwać silniejsze poczucie winy związane z piciem alkoholu. Większe niż kiedy były młodsze? „Tak. I większe niż mężczyźni”.

Czy to możliwe, że kac dla nas, a przynajmniej sposób, w jaki go postrzegamy, to forma samokarania? Że w pewnym sensie same sprawiamy, że czujemy się gorzej? A może doświadczamy poczucia winy jako bólu fizycznego? Bo myślimy, że w naszym wieku nie wypada już tak się zachowywać?

„Tak! I pojawia się tutaj jeszcze jeden zaskakujący wątek: kobiety, które mają dzieci, niezależnie od wieku, również zgłaszają silniejsze poczucie winy i silniejszy ból podczas kaca. Możliwe, że poczucie winy i ból są ze sobą związane. »Boli mnie, bo się wstydzę. Wstydzę się, bo mnie boli«”.

Stopniowo dociera do mnie, że tak naprawdę mamy tu do czynienia z niepodważalnym dowodem na to, iż alkohol na każdym etapie życia jest dla kobiet po prostu bardziej obciążający. Podczas owulacji upijamy się szybciej i gorzej znosimy kaca, bo poziom cukru we krwi jest wtedy bardziej niestabilny. Sytuacja pogarsza się jeszcze bardziej w późniejszym wieku, kiedy to kacowi i złemu samopoczuciu towarzyszy większe poczucie winy. Okres perimenopauzy i menopauzy dodatkowo utrudnia organizmowi radzenie sobie z alkoholem. Spadek poziomu estrogenów pogarsza zdolność organizmu do metabolizowania alkoholu. Ponadto, jak wyjaśnia dr Fatima Khan, specjalistka od menopauzy z Melbourne w Australii, wraz z wiekiem w wątrobie obniża się poziom enzymu odpowiedzialnego za rozkład i ostateczne usuwanie alkoholu z organizmu16.

16 HCF, How alcohol can affect you during menopause and perimenopause („Jak alkohol wpływa na organizm w okresie perimenopauzy i menopauzy”), „HCF Health Agenda” 2023, https://www.hcf.com.au/health-agenda/women/perimenopause-menopause/alcohol-and-menopause.

W rozmowie z dr Cox poruszamy też temat plastrów nikotynowych, powszechnie stosowanych jako wsparcie przy rzucaniu palenia. Słyszałam wcześniej, że u kobiet ich skuteczność może być niższa.

„Tak, to prawda”.

Dlaczego?

„Znów chodzi o metabolizm. Dlatego zalecamy, by w czasie owulacji stosować na przykład plaster o przedłużonym uwalnianiu nikotyny – taki, który działa w tle – a dodatkowo sięgać po preparat o szybkim działaniu w momentach silnej ochoty na papierosa, na przykład spray do ust. Cel jest prosty: dawka nikotyny przyjmowanej w ten sposób nie ma kluczowego znaczenia – liczy się to, by po prostu nie palić. Kobiety powinny nosić plaster, a gdy są w trakcie owulacji albo przeżywają momenty stresu (a życie z pewnością dostarcza ich wiele) i pojawia się myśl: „Pieprzyć to, chcę papierosa”, nie należy jej realizować. Zamiast tego sięgnij po spray do ust albo po e-papierosa. Nie licz dawek nikotyny. Po prostu nie pal”. Uświadamiam sobie, że to właśnie jest temat, który powraca we wszystkich rozmowach, jakie odbyłam z ekspertami na temat cyklu menstruacyjnego oraz tego, jak wpływa on na naszą fizjologię, zachowania i nastrój. Kluczowa okazuje się świadomość samego cyklu, jego hormonalnego znaczenia dla wszystkich kobiet, ale także tego, jak konkretnie wpływa on na samopoczucie każdej z nas. Ta wiedza to niezwykle potężne narzędzie. Jeśli chcesz lepiej zarządzać swoim nastrojem, zmniejszyć ryzyko kontuzji, wspierać sprawność fizyczną, uniknąć nawrotu nałogu, nie zadzwonić do byłego czy nie wplątać się w nieprzemyślany seks… wiedza o tym, w którym momencie cyklu jesteś i jak na ciebie wpływa, jest kluczowa. W końcu każda z nas jest inna, prawda? Nie wszystkie czujemy się jak Beyoncé w trakcie owulacji i nie każda zamienia się w zrzędliwego marudę na 48 godzin przed miesiączką.

„Gdybym nie miała takiej mapy własnych doświadczeń rozpisanych na cały cykl menstruacyjny, byłabym… kompletnie

zagubiona – mówi Maisie Hill. – I myślę, że wiele kobiet tak właśnie się czuje. Tymczasem gdy wiemy, że to z powodu cyklu, możemy powiedzieć sobie: »Oczywiście, że tak się czuję! Brakuje mi teraz hormonów. Za kilka dni będzie inaczej, żadna tragedia«. Zamiast myśleć: »Jestem beznadziejna, okropna, dlaczego ja tak się czuję? Inni tak nie mają!«”.

Maisie Hill wyjaśnia dalej, że bycie pod wpływem hormonów to nie tylko kwestia naszych miesiączek. To wszystkie inne cykle hormonalne, w tym codzienne wydzielanie melatoniny, kortyzolu czy hormonu stymulującego tarczycę, od których w pełni zależą nasz rytm dobowy, naturalne wahania nastroju i energii oraz cykle snu i czuwania. „Ludzie wstają rano: czasem potrzebują chwili, żeby się rozbudzić, ale kiedy już to zrobią, osiągają szczyt samopoczucia i produktywności. Potem jednak przychodzi popołudniowy spadek energii… Wypijają popołudniową herbatę i znów ruszają do dzieła, a pod koniec dnia chcą zwolnić, domknąć sprawy i iść spać… I nikt tego nie ocenia. Ale cykl menstruacyjny kojarzymy przede wszystkim z byciem kobietą – choć oczywiście są też osoby niebinarne i transpłciowe. To jest »kobieca sprawa« i traktujemy go inaczej”.

Jako coś niezrozumiałego? Nieprzewidywalnego? Podejrzanego? Mało istotnego?

„Niegodnego zaufania. Nieprzewidywalnego. Wybuchowego. Nie do opanowania”.

To takie denerwujące! „Bardzo”.

Kiedy cykl miesiączkowy przestaje przebiegać prawidłowo

Kiedy wszystko funkcjonuje dokładnie tak, jak trzeba, dzieje się, jak powinno i w odpowiednim momencie, cykl menstruacyjny jest zjawiskiem głośnym, intensywnym i domagającym się uwagi. Jest stanowczy, wymagający, potrafi być kłopotliwy, wpływa na nasze życie i oddziałuje na nasze codzienne funkcjonowanie, na przeżywane doświadczenia oraz na reakcje emocjonalne.

Ponieważ biologicznie nasze organizmy są najlepiej przystosowane do posiadania dzieci przed trzydziestką?

„Z biologicznego punktu widzenia dowody są jasne: płodność jest najwyższa w wieku dwudziestu kilku lat, a u części kobiet być może jeszcze na samym początku trzeciej dekady życia. Wiek jest czynnikiem nieprzesuwalnym”.

„Najważniejszym pojedynczym czynnikiem jest wiek” – zgadza się dr Catherine Hill, pełniąca obowiązki tymczasowej dyrektorki generalnej Fertility Network, brytyjskiej organizacji charytatywnej wspierającej osoby zmagające się z problemami płodności. Dr Hill zainteresowała się tą tematyką z osobistych powodów. „Kilka dni przed moimi 21. urodzinami zdiagnozowano u mnie chlamydię, co było oczywiście ogromnym szokiem. Choroba uszkodziła moje jajowody, co oznaczało, że aby zajść w ciążę, będę potrzebowała in vitro”. Nawet z pomocą in vitro dr Hill potrzebowała pięciu lat leczenia, by urodzić córkę.

Ale to nie choroby przenoszone drogą płciową, lecz wiek odpowiada za większość problemów z płodnością u kobiet.

„Jakiś czas temu prowadziliśmy kampanię edukacyjną dotyczącą płodności – mówi mi dr Hill. – Jej hasło brzmiało: każda kobieta powinna znać kluczowe statystyki płodności: 28, 35 i 42. W wieku 28 lat płodność zaczyna już spadać. W wieku 35 lat ten spadek jest gwałtowny. W wieku 42 lat szanse na zostanie biologiczną matką są znikome. A mówiąc o biologicznej matce, mam na myśli zajście w ciążę z wykorzystaniem własnych komórek jajowych”.

Dr Hill wyjaśnia, że płodność kobiet obniża się z czasem nie tylko z powodu zmniejszającej się liczby komórek jajowych (przypomnijmy: rodzimy się z całą pulą jajeczek, jaką kiedykolwiek będziemy miały, i z biegiem lat możemy je jedynie tracić), lecz także z powodu pogarszającej się jakości tych, które pozostają.

„Wraz z wiekiem pojawiają się zmiany chromosomalne. Dlatego można wykonać badanie AMH (hormon antymüllerowski), które często bywa reklamowane jako »test płodności«, ale w rzeczywistości mówi jedynie o liczbie komórek jajowych, jakie kobieta posiada; nie mówi niczego o ich jakości. Ja też zrobiłam test AMH na początku leczenia niepłodności. Powiedziano mi, że mam jajeczka jak u trzydziestolatki, a zbliżałam się do czterdziestki. Cudownie. Tyle że kiedy faktycznie przystąpiłam do leczenia, doświadczyłam wielu poronień, ponieważ jakość moich komórek jajowych w tym wieku nie była już dobra”.

Co oznacza „dobra jakość” komórki jajowej?

„Komórka jajowa jest największą komórką w ludzkim ciele. Musi być wolna od uszkodzeń chromosomalnych, aby – po połączeniu z plemnikiem – mógł powstać zarodek zdolny do dalszego rozwoju. Jeśli w komórce jajowej występują nieprawidłowości chromosomalne, zdrowy zarodek nie powstanie”.

Nieprawidłowości chromosomalne to problemy na poziomie DNA – chromosomy zbudowane są z białek oraz pojedynczej cząsteczki DNA.

„A tak na marginesie: po czterdziestym roku życia obserwujemy również spadek jakości plemników. Nie przebiega on według tej samej krzywej, co u kobiet, i nie następuje tak gwałtownie. Jednak po czterdziestce jakość spermy się pogarsza. Jeśli więc młoda kobieta jest w związku ze starszym mężczyzną, ryzyko poronień rośnie z powodu jakości nasienia”.

Czyli mężczyźni też przyczyniają się do problemów z płodnością? – pytam dr Hill. I nagle ogarnia mnie lekka złość na samą siebie, że wcześniej w ogóle mi to nie przyszło na myśl. Bezmyślnie zakładałam, że płodność to sprawa kobiet.

„Oczywiście, że tak! Według danych Światowej Organizacji Zdrowia jedna na sześć osób doświadcza niepłodności”. Statystyki WHO wskazują, że problemy z płodnością dotyczą 17,5% dorosłej populacji, czyli faktycznie około jednej osoby na sześć.

Z kolei brytyjski NICE (Narodowy Instytut Zdrowia i Doskonałości Klinicznej) szacuje, że problem dotyczy jednej na siedem heteroseksualnych par w Wielkiej Brytanii. Dr Hill przywołuje także dane Urzędu ds. Zapłodnienia Człowieka i Embriologii (HFEA), brytyjskiej instytucji nadzorującej leczenie niepłodności. „Jeden z ich raportów o trendach w leczeniu płodności – chyba z lat 2018–2019 – po raz pierwszy pokazał, że wśród par zgłaszających się do brytyjskich klinik leczenia niepłodności najczęstszym problemem był czynnik męski”.

Szok.

„Około 37% to niepłodność mężczyzn, 33% – kobiet, a reszta to kombinacja różnych czynników oraz niepłodność idiopatyczna, czyli taka, której przyczyny po prostu nie znamy. Jednak pokazuje to wyraźnie, że płodność jest [również] problemem mężczyzn”. Dodaje przy tym, że część andrologów (specjalistów zajmujących się zdrowiem mężczyzn) i urologów (ekspertów w zakresie żeńskiego układu moczowego i męskiego układu moczowo-płciowego) uważa, że ten odsetek może być w rzeczywistości wyższy.

Przypomina mi się przyjaciółka, której były partner miał problemy z płodnością i której związek ostatecznie z tego powodu się rozpadł. Powiedziała mi kiedyś:

„To nawet nie ma znaczenia, czy problem jest po jego stronie, czy po twojej. I tak to kobieta ląduje z nogami na fotelu ginekologicznym”.

A jednak, jak podkreśla profesor Regan, ma to ogromne znaczenie, bo problemy z nasieniem często da się leczyć i rozwiązywać znacznie łatwiej niż te, które dotyczą kobiet. „Mężczyźni produkują nowe plemniki co 10–12 tygodni. Wiele parametrów takich jak budowa, a także wygląd, ruchliwość czy kształt plemników, jest silnie zależnych od stylu życia”. Stąd zalecenia, by mężczyźni z niską liczbą plemników w nasieniu nosili luźne bokserki zamiast obcisłej bielizny – przegrzewanie jąder obniża jakość spermy. Powinni też zrezygnować z jazdy na rowerze – badania sugerują, że może ona

obniżać liczbę, ruchliwość, stężenie i prawidłową budowę plemników – oraz zrezygnować z alkoholu i papierosów. Po trzech miesiącach, przy ponownym badaniu, często okazuje się, że organizm wytworzył już całkowicie nową pulę plemników.

Dlatego tak ważne jest, by uznać, że płodność to także sprawa mężczyzn oraz by przeciwdziałać stygmatyzacji

badań i diagnostyki zaburzeń płodności u mężczyzn.

Ale ponieważ jest to książka o kobiecym ciele, pytam profesor Regan, jakie czynniki poza wiekiem wpływają na płodność kobiet?

„Po pierwsze: palenie. Gdybyś zapaliła papierosa, w mniej niż minutę mogłabym wykryć pochodne nikotyny w twoim płynie pęcherzykowym w jajniku. Po drugie: wcześniejsza, udana ciąża to jeden z najsilniejszych czynników prognostycznych”.

Czyli zwiększa szanse na kolejną?

„Tak. Tłumaczę to pacjentkom tak: to trochę jak z zakładaniem pończoch czy rajstop. Gdy już raz je założysz, zmienią się, rozciągną i następnym razem poradzą sobie lepiej”.

Co jeszcze?

„Otyłość to poważny czynnik. Społeczeństwo nie lubi o tym rozmawiać”.

Rzeczywiście, dr Hill wspominała o tym wcześniej, a brytyjskie wytyczne NHS dotyczące in vitro wymagają, by BMI mieściło się w przedziale 19–30 (a w niektórych regionach nawet do 25) i należy je utrzymać przez co najmniej sześć miesięcy, aby zakwalifikować się do programu refundowanego leczenia.

Dlaczego otyłość tak negatywnie wpływa na nasze szanse zajścia w ciążę?

„To naprawdę poważna sprawa – tłumaczy profesor Regan. Ludzie bardzo się denerwują, gdy się o tym mówi…, ale kobietom trzeba uświadomić, że tkanka tłuszczowa to nie dodatkowa warstwa. To organ sam w sobie. A gdy jest go za dużo, zaczyna

produkować substancje zapalne zwane cytokinami, które zaburzają metabolizm jajnika. Mogą też wpływać na zdolność małej, zapłodnionej komórki jajowej, czyli maleńkiego zarodka, do zagnieżdżenia się w błonie śluzowej macicy. U kobiet, które nie mają owulacji i wymagają leczenia farmakologicznego, stymulujące ją leki działają znacznie gorzej przy wysokim BMI. Oczywiście to nie oznacza, że każda otyła kobieta ma ten problem. Ale jeśli kobieta ma nadwagę, jest otyła i zgłasza się z historią poronień lub niepłodności, pierwszym krokiem powinno być zmniejszenie masy ciała, bo to z całą pewnością wpłynie na metabolizm jajników. Nawiasem mówiąc, zbyt niska masa ciała również ma negatywny wpływ – problemem nie jest wyłącznie nadmiar tkanki tłuszczowej, ale także jej niedobór. Dotyczy to jednak znacznie mniejszej grupy kobiet. Wracając do otyłości: to naprawdę uderzające, że u kobiet z wysokim BMI, zespołem policystycznych jajników oraz nieregularnymi lub zanikającymi miesiączkami obniżenie BMI do około 30 często prowadzi do samoistnego powrotu miesiączkowania i owulacji”.

ZAMRAŻANIE JAJECZEK

Co więc mamy zrobić z naszą płodnością, skoro biologia podpowiada, że najlepiej byłoby mieć dzieci w wieku 27 lat, a cały świat –praca zawodowa, sytuacja finansowa, status związku i kondycja emocjonalna – skutecznie to uniemożliwiają? Mam świadomość, że mrożenie komórek jajowych jest często postrzegane, jeśli nie jako ODPOWIEDŹ, to przynajmniej jako OPCJA. Procedura polega na pobraniu komórek jajowych od kobiety wtedy, gdy ona sama i jej jajeczka są jeszcze młode, a następnie ich schłodzeniu i przechowywaniu w zbiornikach z ciekłym azotem, po to, by nie starzały się wraz z nią. Teoretycznie możliwe jest ich rozmrożenie i wykorzystanie w późniejszym okresie życia, kiedy ona sama, jej kariera albo partner będą gotowi na ciążę. Firmy oferujące tę usługę określają ją mianem „dobrowolnego zabezpieczenia płodności”, a pracodawcy (m.in.

lat ponad 8200 zgonów kobiet z powodu zawału serca w Anglii i Walii można było potencjalnie uniknąć, gdyby pacjentki otrzymały opiekę medyczną na takim samym poziomie jak mężczyźni. „Badanie wykazało, że kobiety rzadziej otrzymują standardowe leczenie, w tym operacje pomostowania (by-pass) oraz zabiegi wszczepienia stentów” – podała BHF. Kobiety palące papierosy, cierpiące na nadciśnienie tętnicze lub cukrzycę, są ponadto znacznie bardziej narażone na rozwój choroby serca niż mężczyźni z tymi samymi schorzeniami.

To nie w porządku. Biologia najwyraźniej nie kieruje się poczuciem sprawiedliwości. To jednak wiedza, którą warto mieć. Warto także wrócić do opisu zawału mięśnia sercowego u kobiet przedstawionego przez dr Charlotte Gribbin w rozdziale drugim. Dobrze jest również pamiętać, że defibrylator należy przykładać do nagiej skóry. Jeśli używamy go u kobiety, zgodnie z zaleceniami St John Ambulance, należy najpierw usunąć odzież, w tym także biustonosz.

CHOROBA ALZHEIMERA

Jak wspomniałam wcześniej, jednym z powodów, dla których w ogóle zaczęłam myśleć o napisaniu tej książki, była statystyka mówiąca, że kobiety częściej niż mężczyźni zapadają na demencję –chorobę neurodegeneracyjną związaną ze starzeniem się, prowadzącą do utraty zdolności poznawczych, takich jak myślenie, pamięć czy rozumowanie. Według brytyjskiego Alzheimer’s Society nawet dwukrotnie częściej. Z czystego egoizmu – bo naprawdę, naprawdę nie chcę zachorować na demencję – ta liczba utkwiła mi w pamięci. Co tłumaczy tę różnicę? Znów hormony? Budowa mózgu? Presja społeczna? Wysiłek związany z ciążą, porodem i wychowywaniem dzieci, przeciążający nasze organizmy aż do granic wytrzymałości, czy po prostu jakaś nieuchwytna kobiecość… CO? news-archive/2019/september/heart-attack-gender-gap-is-costing-womens-lives [dostęp: 15.03.2026].

„Przyjrzyjmy się chorobie Alzheimera dokładniej – mówi neurobiolożka dr Sarah McKay. – Demencja to szeroki termin obejmujący wiele chorób związanych z procesem starzenia”. Choroba Alzheimera jest jednym z rodzajów demencji, który charakteryzuje się postępującą utratą pamięci. To schorzenie mózgu, dlatego właśnie pytam o nie neurobiolożkę.

A więc: czy to prawda, że kobiety częściej chorują na Alzheimera niż mężczyźni?

„To prawda, że diagnozuje się go u większej liczby kobiet. Po części dlatego, że kobiety żyją dłużej niż mężczyźni. Po prostu jest więcej starszych kobiet, które mogą zachorować na demencję, niż starszych mężczyzn”. Według danych brytyjskiego Office for National Statistics (ONS) przeciętna długość życia kobiet w Wielkiej Brytanii jest średnio o trzy do czterech lat dłuższa niż mężczyzn. Zwykle tłumaczy się to podobnie jak przywoływane wcześniej statystyki dotyczące nowotworów: kobiety są zwykle zdrowsze, bardziej o siebie dbają, są bardziej zaangażowane w kontakt z systemem opieki medycznej, piją mniej alkoholu, rzadziej palą, a nawet zdrowiej się odżywiają.

(Badanie z 2024 roku dotyczące różnic płciowych w preferencjach żywieniowych wykazało, że mężczyźni częściej wybierają czerwone i przetworzone mięso, podczas gdy kobiety preferują warzywa, produkty pełnoziarniste, tofu oraz gorzką czekoladę o wysokiej zawartości kakao – wszystkie te produkty są niezaprzeczalnie zdrowsze)3.

„Jeśli więc spojrzymy wyłącznie na liczby, wydaje się, że istnieje pewna zależność”.

3 A. Feraco, A. Armani, I. Amoah, E. Guseva, E. Camajani, S. Gorini, R. Strollo, E. Padua, M. Caprio, M. Lombardo, Assessing gender differences in food preferences and physical activity: a population‑based survey („Ocena różnic płciowych w preferencjach żywieniowych i aktywności fizycznej: badanie populacyjne”), Frontiers in Nutrition, 2024, t. 11, art. 1348456, https://doi.org/10.3389/fnut.2024.1348456.

Co jeszcze może mieć znaczenie? Czy rolę odgrywają hormony?

Czy nasze mózgi i ciała, przez lata przyzwyczajone do wysokiego poziomu estrogenów w młodości, zaczynają słabnąć, gdy ich stężenie spada po menopauzie? Wiemy, że w naszych mózgach znajduje się wiele receptorów estrogenowych. Jeśli więc naukowcy badają, czy hormonalna terapia zastępcza (HTZ) może pomagać w zapobieganiu chorobie Alzheimera, nasuwa się pytanie: czy istnieje związek z menopauzą? Czy to ona rozpoczyna procesy chorobowe?

„Dopiero około pięciu lat temu, w 2021 roku, zaczęliśmy na poważnie analizować skany mózgów kobiet w okresie menopauzy. Naprawdę zbyt długo zwlekaliśmy z zadawaniem tych pytań. Badania obrazowe mózgu w menopauzie wyszły z laboratorium prowadzonego przez Lisę Mosconi”.

Dr Mosconi jest neurobiolożką i autorką wielu książek, w tym wydanej w 2024 roku „Twoja psychika w menopauzie. Jak przejść kluczową przemianę z wiedzą i pewnością siebie” (The Menopause Brain). W 2021 roku stanęła na czele zespołu naukowców, który przeprowadził badania obrazowe mózgów 161 kobiet w wieku od 40 do 65 lat. Jak podkreśla Mosconi, w badaniu zaobserwowano „zmiany w strukturze mózgu, jego łączności oraz w produkcji energii (która spada, ale u części kobiet w późniejszych latach stabilizuje się, a nawet ponownie wzrasta). Największe zmiany w mózgu zachodzą w okresie, gdy objawy menopauzy są najbardziej nasilone”. Badania dr Mosconi „wykazały, że u kobiet z predyspozycją do choroby Alzheimera (z obciążeniem rodzinnym lub określonymi markerami genetycznymi) sygnały ostrzegawcze zaczynają pojawiać się w mózgu już w czasie przejścia menopauzalnego. Czy to samo dotyczy kobiet bez takich predyspozycji? Tego jeszcze nie wiadomo, ale badania wciąż trwają. Co ważne: chociaż wszystkie kobiety przechodzą menopauzę, to nie wszystkie chorują na Alzheimera (dotyczy to około 20%). Menopauza nie powoduje więc choroby Alzheimera, ale może sprawiać, że mózg staje się bardziej podatny na jej rozwój”. Jednym z ciekawszych

wniosków, na które zwraca uwagę dr Mosconi, jest to, że w okresie okołomenopauzalnym istota szara ponownie się pogrubia. „To dość zadziwiające – komentuje dr McKay. – To odwrotność tego, co dzieje się w okresie dojrzewania i w ciąży”, kiedy istota szara ulega ścieńczeniu, co pozwala mózgowi tworzyć szybsze połączenia i zwiększa jego wydajność.

Ponowne pogrubienie istoty szarej sprawia, że połączenia neuronalne znów zwalniają, co naturalnie rodzi pytanie: czy w czasie menopauzy robimy się głupsze? – pytam dr McKay.

„Nie. W miarę jak hormony się wyciszają, rzeczywiście widzimy, że istota szara odzyskuje swoją objętość, a zmiany zachodzące w perimenopauzie, kiedy objawy są najbardziej dokuczliwe, zaczynają się stabilizować. Mózg się dostosowuje”.

Dr McKay uważa, że to, co dzieje się z naszym mózgiem w czasie i po menopauzie, w tym ryzyko rozwoju choroby Alzheimera, może zależeć od łącznej ekspozycji na hormony we wcześniejszych etapach życia.

„Tabletki antykoncepcyjne i hormony często mają złą sławę, ale tak naprawdę estrogen działa jak wzmacniacz funkcji poznawczych. U kobiet z wysokim poziomem estrogenu, czy to podczas stosowania antykoncepcji hormonalnej, czy w czasie ciąży, często obserwujemy poprawę funkcji poznawczych” (dr McKay wcześniej zwróciła uwagę na coś jeszcze: „W jednej ciąży organizm kobiety produkuje tysiąckrotnie więcej estrogenu niż w całej pozostałej części życia. A nasz mózg naprawdę lubi estrogen”. Ten gwałtowny napływ estrogenu, a szczególnie jego formy – estradiolu – jest najbardziej widoczny w trzecim trymestrze ciąży).

„Patrząc z perspektywy całego życia, im większa była całkowita ekspozycja na estrogen, tym wyższą obserwujemy odporność mózgu na starzenie się.

Estrogen pełni funkcję ochronną wobec układu nerwowego”.

Może to pomóc chronić mózg przed chorobami takimi jak

Alzheimer – i właśnie dlatego pojawiają się koncepcje, nadzieje oraz badania nad tym, czy HTZ wykazuje podobne działanie.

Dr Mosconi zaznacza: „Obecnie nie zaleca się przyjmowania

HTZ wyłącznie w celu zapobiegania chorobie Alzheimera”. Wskazuje jednak na badanie opublikowane przez „Frontiers in Aging Neuroscience” w 2023 roku4 jako na istotny powód, by nie ustawać w poszukiwaniach i nadal zgłębiać ten temat.

Badanie to, będące „systematycznym przeglądem i metaanalizą wpływu menopauzalnej terapii hormonalnej na ryzyko wystąpienia choroby Alzheimera i demencji”, pozwoliło na wyciągnięcie następujących wniosków: „Wyniki niniejszej metaanalizy sugerują, że terapia estrogenowa rozpoczęta w krytycznym oknie transformacji menopauzalnej może wspierać funkcje neurologiczne i zmniejszać ryzyko wystąpienia choroby Alzheimera u kwalifikujących się do niej kobiet”.

Dr McKay zastanawia się również, czy choroba Alzheimera występuje u kobiet częściej, dlatego że jest u nich częściej diagnozowana – oraz ze względu na rolę, jaką pełnimy w społeczeństwie. „Moja znajoma z Australii, Kate Gregorevic, ma na ten temat niezwykle ciekawą teorię” – dodaje. Dr Kate Gregorevic jest geriatrą i specjalistką chorób wewnętrznych. Jak relacjonuje McKay: „Do jej gabinetu trafia wiele starszych osób, często imigrantów, dla których angielski nie jest pierwszym językiem. Szczególnie w bardziej tradycyjnych rodzinach, jeśli to kobieta zaczyna chorować na Alzheimera, zwykle zgłasza się do lekarza na wcześniejszym etapie

4 M. Nerattini, S. Jett, C. Andy, C. Carlton, C. Zarate, C. Boneu, M. Battista, S. Pahlajani, S. Loeb-Zeitlin, Y. Havryulik, S. Williams, P. Christos, M. Fink, R.D. Brinton, L. Mosconi, Systematic review and meta‑analysis of the effects of meno pause hormone therapy on risk of Alzheimer’s disease and dementia („Systematyczny przegląd i metaanaliza wpływu terapii hormonalnej menopauzy na ryzyko choroby Alzheimera i demencji”), Frontiers in Aging Neuroscience, 2023, t. 15, art. 1260427, https://doi.org/10.3389/fnagi.2023.1260427.

choroby niż mężczyzna. Dlaczego? Bo jeśli mężczyzna wciąż ma żonę, która codziennie rano wstaje, robi mu herbatę i tosty, pierze ubrania, to jego objawy są maskowane – daje sobie radę dzięki wsparciu żony. Natomiast gdy u kobiety rozwija się demencja, jego świat się sypie. Widzimy, że płeć wpływa na moment rozpoznania choroby. Nie możemy jednak powiedzieć: »Masz chorobę Alzheimera, bo masz dwa chromosomy X«.

Dr McKay uważa również, że są powody do optymizmu. Wraz z tym, jak nasze społeczeństwa stają się równiejsze pod względem płci, choroba Alzheimera może być u kobiet mniej widoczna. „Nie dożywa się osiemdziesiątki bez bagażu doświadczeń życiowych –biologicznych, społecznych i intelektualnych – który nas do tego miejsca doprowadzi. Wszyscy mamy czynniki ryzyka, ale też czynniki ochronne. Spójrzmy na kobietę, która dziś ma 80 lat: ile lat się uczyła w porównaniu z mężczyzną w tym samym wieku? W jakim kraju żyła? Ile przeszła ciąż? Ile dzieci wychowała? Czy miała intelektualnie stymulującą pracę? Jak wyglądał jej ogólny stan zdrowia biologicznego w porównaniu z mężczyzną? Doświadczenia kobiet i mężczyzn z mojego pokolenia – mam blisko 50 lat – stają się do siebie podobne. Mamy ze swoimi mężami znacznie więcej wspólnych doświadczeń niż nasi dziadkowie, a nawet rodzice. Widzimy, że mężczyźni zaczynają żyć trochę dłużej. Kobiety zawsze żyły dłużej, ale ta różnica się zmniejsza, bo mężczyźni mniej palą, mniej piją, nie pracują już w kopalniach. A z kolei życie kobiet stało się ciekawsze: jesteśmy lepiej wykształcone, bardziej aktywne społecznie, żyjemy tak, jak kiedyś żyli mężczyźni. Czy to oznacza, że będziemy rzadziej zapadać na Alzheimera?

„Wystarczy spojrzeć na królową” – mówi dr McKay.

Rozmawiamy rok po śmierci Elżbiety II. Zmarła w wieku 96 lat, po 70 latach i 214 dniach panowania i zaledwie 48 godzin przed śmiercią spotkała się ze swoim prywatnym sekretarzem, by omówić zaprzysiężenie nowej premier Liz Truss. Podobno niemal do ostatniej chwili, jeszcze w łóżku, pracowała nad dokumentami

państwowymi. „Mężczyźni zwykle umierają tak jak ona, żyją

aktywnie, a ich śmierć nie jest poprzedzona okresem długiej choroby. Królowa odeszła w ciągu 24 godzin. Jest idealnym przykładem. Kobiety zazwyczaj nie umierają w ten sposób. Często dłuższe życie wiąże się z kilkoma latami gorszego zdrowia. A przecież nie tego chcemy. Chcemy, by długość życia w zdrowiu była zbliżona do długości życia w ogóle. Królowa jest tu wzorem”.

Oczywiście, królowa miała też inne atuty sprzyjające zdrowiu mózgu, na co zwraca uwagę dr McKay.

„Urodziła czworo dzieci. Posiadanie do czworga dzieci buduje biologiczną odporność na starzenie się – sprawia, że mózg wygląda nieco młodziej. Powyżej tej liczby stres wynikający z posiadania wielu dzieci zaczyna niwelować ten efekt. Choć podejrzewam, że w przypadku kogoś takiego jak królowa nawet sześcioro dzieci nie byłoby aż tak stresujące. Miała przecież ogromne wsparcie”.

A poza tym:

„Urodziła się pod właściwym adresem, otoczona bogactwem i przywilejami. Status społeczno-ekonomiczny to jeden z najsilniejszych wskaźników prognozujących stan zdrowia. Była niezwykle zaangażowana, miała najlepszą opiekę medyczną na świecie i była aktywna fizycznie... Robiła wszystko, tak jak należy. Częściowo z własnego wyboru, a częściowo dzięki temu, kim była. I pracowała do dnia poprzedzającego śmierć. Bardzo chciałabym żyć właśnie w ten sposób”.

Ja też!

„Czy to nie byłoby cudowne?”.

Ale załóżmy, że nie jesteś królową. I nie urodziłaś czwórki dzieci (ani mniej, ani więcej). Co jeszcze możesz zrobić, by zadbać o zdrowie mózgu? Jak chronić się przed Alzheimerem i innymi chorobami?

„Po pierwsze, zrozumieć, jak bardzo twoje oczekiwania i dotychczasowe doświadczenia wpływają na to, jak postrzegasz swoje zdrowie. To nie znaczy, że wszystko ma się w głowie. Ale

EPILOG

A więc to już wszystko? Oto kompletny opis funkcjonowania kobiecego ciała! Od stóp do głów! Hormon po hormonie! Od dojrzewania po starość, od wahań nastroju przez zerwanie więzadła w kolanie i szczyt estradiolu w połowie cyklu, aż po poród wspomagany! Wszystko od A do Z – pełen pakiet!

Tyle że wcale tak nie jest. Oczywiście, że nie. Dwa lata pracy i dziesiątki rozmów później mam nieskończenie większą wiedzę o tym, jak funkcjonuje kobiece ciało… ale rozumiem też, jak wiele nadal pozostaje do odkrycia. Niektórych rzeczy nie wie jeszcze nikt. Choć badacze naprawdę bardzo się starają.

Ale co to była za przygoda! Jak niesamowite jest kobiece ciało! Złożone i zabawne, kompetentne i mądre – naprawdę robi wrażenie; tym bardziej magiczne, że przecież pozbawione magii. To precyzyjnie skalibrowany mechanizm, który się zmienia, rozwija, a nawet potrafi tworzyć inne wersje samego siebie. Maszyna, która się psuje, a potem, gdy dać jej choćby cień szansy, sama się naprawia. Zawodzi i znów odzyskuje siły. Piękna, potężna, krucha i jednocześnie wytrzymała.

We wstępie do tej książki porównałam swoje ciało do samochodu, którym jeżdżę, nie mając pojęcia, jak działa, i nie odczuwając potrzeby, by zajrzeć do instrukcji obsługi. Dziś nie jestem pewna, czy faktycznie tak było. Myślę, że po prostu nie wierzyłam w to, że moje ciało, ciało jakiejkolwiek z nas, da się naprawdę zrozumieć. Że istnieje odpowiednia instrukcja. Wydawało mi się, że kobiece ciało jest niepoznawalne, samowolne, zbuntowane

i nieprzewidywalne. Jak przestarzała złośliwa elektronika, której nikt nigdy nie potrafił zmusić do poprawnej pracy.

Dziś już tak nie myślę. Zajrzałam pod maskę – i rozumiem tak wiele!

Wiem, że tam jest logika. Złożona, błyskotliwa, momentami przekorna i sprzeczna z intuicją – ale jednak: LOGIKA. Jest tak wiele rzeczy w naszych ciałach, które po prostu mają sens. Choćby hormonalny balet i jego wpływ na całe nasze życie –na ruch i emocje.

Inny kształt kobiecych stóp, których nie powinno się wciskać w buty projektowane bez uwzględnienia ich anatomicznych potrzeb.

Mózg, który nieustannie się zmienia i dostosowuje do okoliczności. Wewnętrzny rytm zapisany głęboko w DNA, którego ciało konsekwentnie się trzyma.

I choć wciąż nie do końca rozumiem, dlaczego oksytocynę nazywa się „hormonem ciepła i przytulania” (czy to dosłowne określenie? Czy pod jej wpływem nasze zakończenia nerwowe są subtelnie pobudzane i drżą gdzieś pod skórą? A może to dlatego, że podwzgórze nieznacznie podnosi temperaturę ciała?) ani dlaczego poród, który jest kluczowy dla przetrwania gatunku, musi tak bardzo boleć (CZY NIE

DAŁOBY SIĘ TEGO

ZROBIĆ INACZEJ? MOŻE KOBIETY CHCIAŁYBY WTEDY CZĘŚCIEJ RODZIĆ)…

Ale jedno wiem na pewno: im więcej wiesz o swoim ciele – jak działa i dlaczego działa tak, a nie inaczej, tym bardziej będziesz je szanować. Tym bardziej będziesz je podziwiać. Tym bardziej będziesz chciała postępować wobec niego właściwie.

Wspieraj je.

Karm dobrze.

Dbaj o ruch.

Pozwalaj mu odpoczywać i się regenerować.

Zrób wszystko, co w twojej mocy, by mogło działać najlepiej, jak potrafi.

Lecz je.

Stawaj w jego obronie.

Zabierz na tańce.

Na długi spacer.

Idź z nim do lekarza, jeśli coś cię niepokoi.

Przygotuj mu kąpiel, gdy jesteś zestresowana.

Kochaj je – tak bardzo, jak tylko potrafisz.

A przynajmniej traktuj je z życzliwością.

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
101324487 by WN PWN - Issuu