Skip to main content

101320461

Page 1


SPIS TREŚCI

Wstęp 6

Księga 1

Zaczyna się opowieść 13

Księga 2

Telemach planuje wyprawę 22

Księga 3

Telemach spotyka Nestora 33

Księga 4

Telemach w Sparcie 42

Księga 5

Odyseusz ucieka 57

Księga 6

Nauzykaa 67

Księga 7

Na dworze króla Feaków 75

Księga 8

Miłosny związek Aresa i Afrodyty 83

Księga 9

Jaskinia cyklopa 94

Księga 10

Kirke 105

Księga 11

Dom Hadesa 117

Księga 12

Woły boga słońca 126

Księga 13

Wreszcie Itaka 135

Księga 14

Biesiada cudzoziemca w przebraniu 145

Księga 15

Świniopas Eumajos 156

Księga 16

Ojciec i syn 167

Księga 17

Żebrak we własnym domu 177

Księga 18

Wyzwanie żebraka 190

Księga 19

Blizna ujawniona 200

Księga 20

Przepowiednia Teoklymenosa 213

Księga 21

Próba łuku 221

Księga 22

Rzeź zalotników 228

Księga 23

Wreszcie razem 238

Księga 24

Pokój przywrócony 245

OdyseJa HOMErA

OdyseJa HOMErA

Adaptacja

Barry B. Powell

Tłumaczenie

Jan Kabat

Ilustracje

Joanna Lisowiec

SPIS TREŚCI

Wstęp 6

Księga 1

Zaczyna się opowieść 13

Księga 2

Telemach planuje wyprawę 22

Księga 3

Telemach spotyka Nestora 33

Księga 4

Telemach w Sparcie 42

Księga 5

Odyseusz ucieka 57

Księga 6

Nauzykaa 67

Księga 7

Na dworze króla Feaków 75

Księga 8

Miłosny związek Aresa i Afrodyty 83

Księga 9

Jaskinia cyklopa 94

Księga 10

Kirke 105

Księga 11

Dom Hadesa 117

Księga 12

Woły boga słońca 126

Księga 13

Wreszcie Itaka 135

Księga 14

Biesiada cudzoziemca w przebraniu 145

Księga 15

Świniopas Eumajos 156

Księga 16

Ojciec i syn 167

Księga 17

Żebrak we własnym domu 177

Księga 18

Wyzwanie żebraka 190

Księga 19

Blizna ujawniona 200

Księga 20

Przepowiednia Teoklymenosa 213

Księga 21

Próba łuku 221

Księga 22

Rzeź zalotników 228

Księga 23

Wreszcie razem 238

Księga 24

Pokój przywrócony 245

WSTĘP

Odyseja jest drugim chronologicznie dziełem literatury zachodniej i powstała prawdopodobnie około roku 820 p.n.e. Starsza jest Iliada, poprzedzająca Odyseję o kilka lat. Autorem obu jest człowiek imieniem Homer, o którym nie wiadomo niemal nic. Był aojdą – śpiewakiem specjalizującym się w opowieściach epickich i komponującym pieśni o szczególnym metrum, z powtarzanymi epitetami i frazami.

O ile nam wiadomo, taki śpiewak nie umiał ani czytać, ani pisać. Uczył się rzemiosła już w dzieciństwie, siedząc u stóp swego mistrza. Potem stawał się wykonawcą, występującym w domach ludzi sprawujących władzę i podczas zgromadzeń publicznych. Snuł opowieści o rodzinach słuchaczy, których zabawiał, zwłaszcza historie związane z wojną trojańską.

Homer był aojdą, ale nie całkiem zwyczajnym. Przechowywał stare opowieści i setki imion mężczyzn i kobiet, bogów i potworów, gromadząc je w swojej przepastnej pamięci. Czytelnik jest zdumiony mnogością postaci w poematach Homera. Zwyczajowy występ aojdy podczas uczty oznaczał pieśń składającą się prawdopodobnie z kilkuset wersów. Poematy Homera liczą ponad dziesięć tysięcy wersów, a skryba, który je zapisywał, instruował poetę, by ten nie pominął żadnych szczegółów.

Główna opowieść Odysei jest odwieczna i dotyczy triumfu życia nad śmiercią. Bohater to oszust z ludowej tradycji, Odysseus polutropos, co znaczy „Odyseusz wieloraki”. Jego działania odznaczają się elastycznością; potrafi zaprząc swoją inteligencję do rozwiązania każdego problemu. Schodzi do świata umarłych, Hadesu, i wraca do świata doczesnego, by przywrócić ład społeczny. Pokonuje liczne potwory, które chcą go pożreć, gdyż śmierć pochłania wszystkich. Ludzie twierdzą bezustannie, że Odyseusz nie żyje – Telemach, Penelopa, zalotnicy –a jednak ku ogólnemu zdumieniu powraca cały i zdrowy.

Jeśli Odyseusz jest w tej walce figurą życia, to figura śmierci pojawia się w dwóch postaciach: jako uosabiające chaos i mające kanibalistyczne cechy potwory oraz równie chaotyczna potęga morza. Na wczesnym etapie swojej wędrówki Odyseusz oślepia syna Posejdona, cyklopa Polifema, i wywołuje gniew boga. Posejdon to morze, morze zaś to śmierć, wróg i przyczyna cierpień bohatera. Nawet śmiertelni krewni Posejdona, Feakowie, nie unikają jego zemsty, kiedy postanawiają dopomóc Odyseuszowi w powrocie do domu. Sprzymierzeńcami Odyseusza w bitwie z tymi siłami są miłujący sprawiedliwość bogowie. W trakcie opowieści otrzymuje on wsparcie Ateny, Zeus zaś wyraża na to zgodę. Jest to zatem dzieło niejako pobożne, w którym sprawiedliwość triumfuje w rządzonym przez Zeusa uniwersum moralnym.

W pierwszej scenie, która rozgrywa się na Olimpie, skarży się on, że ludzie obwiniają bogów za swoje cierpienia, ale w rzeczywistości trapiący ich ból jest logicznym skutkiem ich własnych decyzji. Zalotnicy nie szanują po prostu bogów ani moralnego porządku. To ich wybór. Muszą zatem zginąć.

Odyseusz i jego ludzie nie są oczywiście całkowicie niewinni. Ich wielką zbrodnią, obwieszczoną w początkowych wersach eposu, jest zjedzenie

świętej trzody Heliosa – coś, czego nie wolno im było uczynić i przed czym przestrzegała ich Kirke. Opowieści często dotyczą tego rodzaju naruszenia tabu: cokolwiek się stanie, tego pod żadnym pozorem nie rób! A jednak dramatyzm sytuacji wymaga, by tabu zostało naruszone, a bohaterowie ponieśli konsekwencje. Odyseusz zostaje ukarany, ale unika unicestwienia, ponieważ – jak zostaje niezwłocznie podkreślone w opowieści – nie uczestniczył w rzezi bydła.

Kluczowym elementem moralności w homerowej Grecji – i kluczową różnicą między bohaterami a złoczyńcami w  Odysei – jest obyczaj ksenii, czyli właściwego traktowania nieznajomych wędrowców. Członkowie elity rozpoznają przedstawicieli swojej klasy i goszczą ich należycie. Okazują nawet szacunek żebrakom, gdyż bogowie przyjmują czasem ludzką postać, a więc każdy człowiek w łachmanach może być bóstwem w przebraniu!

Spożywanie posiłku to ważny element ksenii. Raz za razem Homer mówi nam, że bohaterowie zabili zwierzę, oddali część jadła bogom i podzielili się resztą z gośćmi. Zwyczajowo, kiedy arystokrata podróżuje, jest hojnie przyjmowany podczas uczty. Cyklop, zamiast zaoferować Odyseuszowi posiłek, jak uczyniłby przyzwoity gospodarz, przyrządza jadło z jego ludzi, co stanowi groteskowe naruszenie obyczaju ksenii i jest symbolem dzikości tej postaci.

Na podobnej zasadzie zalotnicy parodiują ten obyczaj, domagając się nieustannie wydawania uczt kosztem swego gospodarza, jednocześnie źle traktując prawdziwych gości, takich jak Odyseusz w przebraniu.

Innym istotnym elementem ksenii jest wręczanie podarków. W najgorszym razie podróżnikowi ofiarowuje się płaszcz i tunikę – od zgrzebnego odzienia proponowanego przez świniopasa Eumajosa po wyszukaną szatę, którą Helena wręcza Telemachowi. Najzamożniejsi królowie i szlachetnie urodzeni wręczają swym gościom cenniejsze dary, co jest oznaką najwyższego szacunku. Zatem status moralny w świecie Homera jest ściśle powiązany z przeróżnymi darami pod postacią jadła, odzienia, wyszukanych wyrobów rzemieślniczych i tkanin. Obyczaj ksenii nie dotyczy jedynie arystokracji. Na dobrą sprawę głównym tematem Odysei jest zmienna relacja między klasą społeczną a cnotą. Świniopas

Eumajos urodził się jako książę, ale teraz jest prowincjonalnym niewolnikiem, który dogląda świń. Jednak jego gościnność wobec Odyseusza w przebraniu pozostaje w jaskrawym kontraście do zachowania zalotników, on sam zaś staje się jego najbardziej zaufanym towarzyszem i znaczącym sprzymierzeńcem w odniesieniu zwycięstwa. Lojalność i posłuszeństwo wobec woli bogów zastępują w Odysei klasową solidarność, a walkę z zalotnikami można postrzegać jako starcie między aroganckimi arystokratami z jednej strony a sprawiedliwą siłą z drugiej, wspieraną przez wolę ludzi. Takie lekcje nie mogły ujść uwadze słuchaczy Homera.

Jego epos stanowi także przełom w ekspresji literackiej. Wcześniej istniały już epickie opowieści utrwalone za pomocą egipskich hieroglifów i mezopotamskiego pisma klinowego, wydają się one jednak dzisiaj prymitywne

w porównaniu z dziełem Homera. Po części jest to wynikiem zastosowania w ich przypadku określonych rodzajów pisma. Iliada i  Odyseja zostały po raz pierwszy spisane pod koniec IX wieku p.n.e. Utrwalono je za pomocą dostosowanego odpowiednio alfabetu, znanego jako ugaryckie pismo klinowe. Wcześniejsze formy zapisu nie oddawały niuansów dźwiękowych, a tym samym rytmu i muzyczności homerowego wiersza. Skryba, by utrwalić dzieło Homera, musiał opracować nowy sposób różnicowania znaków za pomocą poszczególnych głosek, nie zaś samych sylab. Ten nowy system położył fundamenty pod współczesne alfabety: formę pisma, w którym kombinacja znaków pozwala przedstawić dowolne słowo mówione i które może być odczytane przez każdego czytelnika, nie tylko kilku wybranych.

Elastyczność języka pozwala bohaterom Homera oddawać całą głębię i subtelność poezji mówionej. Postacie z innych mitów tamtego czasu, Gilgamesz albo Goliat, są w porównaniu z nimi pozbawione charakteru i schematyczne. W  Odysei mamy złożone literackie osobowości, pełne skaz i głęboko ludzkie.

Telemach to syn Odyseusza, poniżany i zawstydzany przez tłum zalotników, bez wyjątku młodych mężczyzn, którzy obrażają go i pozbawiają majątku. Jest oschły wobec matki, którą postrzega jako niezdecydowaną i odpowiedzialną za grabieże dokonywane przez zalotników. Wyrusza w pełną przygód podróż w poszukiwaniu ojca, lecz odkrywa własną wartość. Ostatecznie udowadnia, że jest nieodrodnym synem swojego ojca.

Penelopa bezustannie rozpacza, choć od czasu, gdy jej mąż udał się na wojnę trojańską, upłynęło dwadzieścia lat. Ma co najmniej czterdzieści lat, ale wciąż jest tak piękna, że gdy wkracza do sali pałacowej, zalotnicy płoną z pożądania. Penelopa to archetyp dobrej żony, która dochowuje wierności, i to bez względu na wszelkie pokusy. Jest też nadzwyczaj przebiegła – zwodzi zalotników za pomocą podstępu, jakim jest prucie co noc tkaniny, i prowokuje do turnieju łuczniczego, a nawet poddaje Odyseusza testowi, w którym wykorzystuje szczegóły z ich pożycia intymnego.

Homerowa głębia charakterologiczna wykracza daleko poza główne postacie. Autor uwielbia snuć wątki poboczne takie jak ten o fałszywym kreteńskim pochodzeniu Odyseusza czy epizod z żebraczym rywalem Arnajosem. Homer bawi się pijackimi wywodami Menelaosa i Heleny w Sparcie i przymyka oko na rozwlekłe relacje Nestora z wojny trojańskiej. Te opowieści nie posuwają do przodu głównej historii, więc badacze sądzili niegdyś, że są one wytworem późniejszych poetów, ale Homer lubi zwalniać tempo narracji. To jego styl, któremu zawdzięczamy dziś wspaniale złożony obraz homerowego społeczeństwa.

Znaczenie Odysei trudno przecenić. Po niemal trzech tysiącach lat wciąż jawi się jako kamień milowy kultury literackiej u wyjątkowego zarania pisma alfabetycznego i naturalistycznego opowiadania. Jest to również historia wspaniała sama w sobie: opowieść o bogach i potworach, burzach i cyklopie, czarownicach i groźnych wirach, pełna epickiego heroizmu i przygód, ale też o rodzinie, wierności i uniwersalnej tęsknocie za domem – aktualna po dziś dzień.

1

ZACZYNA SIĘ OPOWIEŚĆ

Och, Muzo, pomóż mi wyśpiewać

historię Odyseusza, człowieka przebiegłości, odwagi i mądrości, i jego epicką podróż do domu z Troi!

Wojna dobiegła wreszcie końca. Miasto Troja zostało spalone do gołej ziemi, jego wojownicy zginęli albo udali się na wygnanie, jego kobiety trafiły do niewoli. Bohaterowie greccy – ci, którzy przeżyli dziesięcioletnie oblężenie –powrócili do domu; udziałem niektórych stało się życie w pokoju, innych zaś – przemoc i tragedia.

Dotyczyło to wszystkich bohaterów Grecji z wyjątkiem jednego – Odyseusza. Wciąż przebywał na wyspie z dala od ziemi ojczystej, uwięziony przez nimfę Kalipso.

W swym pałacu na zwieńczonej śniegiem górze Olimp Zeus, ojciec bogów, rozmyślał nad losem śmiertelników. Jego córka, mądra Atena, przyszła doń, by wstawić się za Odyseuszem.

– Wszechwładny ojcze, Odyseusz wciąż marnieje na dalekiej wyspie, gdzie Kalipso próbuje zmusić go do małżeństwa. On zaś tęskni za swym domem Itaką i za swą wierną żoną Penelopą. Biedny Odyseusz. Zawsze był gotów

poświęcać się dla ciebie, a jednak błąka się po świecie dłużej niż jakikolwiek inny wojownik grecki.

– Ach, Odyseusz – rzekł w zamyśleniu Zeus. – Nie zapomniałem o nim i nie żywię do niego wrogich uczuć. Lecz rozzłościł mego brata Posejdona, kiedy oślepił jego syna cyklopa Polifema. To gniew Posejdona trzyma Odyseusza uwięzionego tak daleko od wszystkiego, co kocha. Masz słuszność: już czas, by mój brat zapomniał o swej urazie i przyłączył się do nas w celu wspomożenia Odyseusza w jego powrocie.

Słowa Zeusa sprawiły, że Atena rozpromieniła się radością.

Wszechwładny ojcze, błagam, byś bezzwłocznie wysłał Hermesa do Kalipso w celu uwolnienia Odyseusza. Tymczasem ja udam się do Itaki. Jego żona żyje w otoczeniu aroganckich zalotników. Uważają, że jej mąż nie żyje, zatem rozgościli się w jego pałacu niczym pasożyty. Odyseusz nie zdoła odzyskać swego domu bez pomocy. – Ujęła swą potężną włócznię zwieńczoną ostrzem z brązu, postrach wszystkich wrogów bóstw Olimpu. – Pomówię z synem Odyseusza Telemachem i przygotuję go na ojcowski powrót.

Pałac Odyseusza w Itace przemienił się bowiem w odrażającą scenę. Niemile widziani zalotnicy Penelopy rozsiedli się pośród resztek ostatniej uczty, zalegając leniwie na skórach zarżniętych wołów, oddając się grom w kości i żądając, by służba przyniosła im więcej wina i mięsiwa z pałacowych zapasów.

Telemach siedział osobno, obserwując z niepokojem niepożądanych gości. Młody chłopiec bez ojca, który mógłby wyszkolić go w walce, nie mógł się przeciwstawić tak wielu dorosłym mężczyznom. Lecz oburzał się gorąco na ich arogancję i na to, jak obrażają jego rodzinę. Każdego dnia wyczekiwał ojca powracającego do domu i przeganiającego intruzów. Spoglądał ku bramie pałacu, wyobrażając sobie, że Odyseusz kroczy ścieżką na czele swych wiernych ludzi z ich mieczami z brązu i włóczniami błyszczącymi w słońcu.

Jego blask oślepił go na chwilę, a gdy odzyskał ostrość wzroku, zobaczył, że u bram rzeczywiście stoi jakiś wojownik, nieznajomy o wysokim wzroście, odziany w bogate szaty i dzierżący ciężką włócznię. Zalotnicy byli zbyt

prostaccy, by się ruszyć; Telemach jednak pospieszył, by powitać grzecznie nowo przybyłego, proponując mu gościnę.

– Bądź pozdrowiony, nieznany gościu, zapraszam do naszego domu. Proszę, siądź ze mną i posil się, a potem rzeknij, jak możemy ci pomóc.

Wprowadził przebraną Atenę do głównej sali, jej włócznię zaś umieścił w dużym stojaku pełnym broni Odyseusza. Następnie polecił niewolnikowi przygotować krzesło i podnóżek z dala od zalotników, by ci nie zakłócali nieznajomemu przyjemności posiłku. Sam usiadł obok gościa. Chciał z nim pomówić o swoim ojcu.

Służebna przyniosła zimną wodę w złotym dzbanie i obmyła im dłonie nad srebrną misą. Nakryła do stołu i podała bochny chleba i smakowite słodkości. Masarz przyniósł różnorakie mięsiwa, a niewolnik napełnił kielichy winem.

Zalotnicy też zaczęli teraz biesiadować, siedząc w rzędach przy niskich stołach. Krążyli wokół nich niewolnicy, obmywając im dłonie i przynosząc więcej parujących bochnów. Wielkie kielichy napełniane były winem i zalotnicy stawali się coraz bardziej hałaśliwi. Zażądali zabawy – śpiewu i tańca, najlepszej części dobrej uczty. Niewolnik wręczył lirę pieśniarzowi Femiosowi, a zalotnicy poczęli nalegać gorąco, by uraczył ich przeróżnymi opowieściami. Femios uderzył w struny.

Telemach nachylił się ku gościowi, aby inni go nie słyszeli.

– O, nieznajomy, mam nadzieję, że się nie obrazisz, jeśli będę mówił szczerze? Ci ludzie objadają się, śpiewają i tańczą. Wszystko, czym się raczą, należy do człowieka, który nigdy już nie powróci! Mój ojciec, Odyseusz, nie żyje!

Jego zbielałe kości spoczywają na jakimś wybrzeżu, gdzie fale wyrzuciły je na piasek. Nigdy nie powróci, by dokonać zemsty na tych ludziach! Mój ojciec nie żyje, odszedł! Chciałbym dowiedzieć się o nim coś więcej. Powiedz mi, czy zjawiałeś się tu wcześniej, odwiedzając mego ojca? Pamiętam, że przyjmował wielu gości, kiedy jeszcze byłem mały. Kim jesteś i skąd przychodzisz? Gdzie leży twoje miasto i kim są twoi rodzice? Jak tu dotarłeś? Kim byli żeglarze, którzy cię tu przywiedli? Nie wierzę, że przybyłeś tu na piechotę!

– Jestem Mentes, król Tafijczyków – odrzekła Atena. – Mój statek zacumował w porcie. Płynę na zachód przez morze, by nabyć miedź w zamian za żelazo, które wiozę. Twój ojciec i ja byliśmy starymi przyjaciółmi – możesz o mnie spytać ojca Odyseusza, twego dziadka Laertesa. Jak słyszę, wiedzie nędzne życie w górach, gdzie uprawia marny skrawek ziemi pod opieką pewnej starej kobiety. Słyszałem, że twój ojciec powrócił, ale widzę, że się myliłem. Może przebywa gdzieś w niewoli, przetrzymywany przez barbarzyńców. Wydaje się, iż bogowie są mu przeciwni, ale jestem pewien, że wróci. To dzielny i przebiegły mąż. Lecz powiedz mi, czy naprawdę jesteś synem Odyseusza? Przypominasz go. Masz takie oczy jak on, a także czoło. Twój ojciec i ja spędzaliśmy razem wiele czasu, dopóki nie wyruszył z Achajami pod Troję. Od tamtej pory nie widziałem Odyseusza ani on mnie.

– No cóż, matka w każdym razie powiada, że jest moim ojcem – odparł Telemach. – Któryż człowiek wie tak naprawdę, kim są jego rodzice? Powiedziała, że jest moim ojcem, ale wolałbym urodzić się człowiekowi, który zmarł w spokoju pośród swych włości, umiłowany przez wszystkich, niż najbardziej niefortunnemu, jaki kiedykolwiek żył.

– Raduj się, że pochodzisz z tak świetnej rodziny i że twoi synowie też będą się z niej wywodzić – odpowiedziała mu Atena. – Co jednakże dzieje się w tym miejscu? Czy to jakieś przyjęcie weselne? Jest rzeczą oczywistą, że ci ludzie nie przynieśli swego własnego jadła. Każdy byłby oburzony na taki widok. Ja, szczerze mówiąc, jestem!

– Nasz dom był niegdyś bogaty, gdy mieszkał tu Odyseusz – rzekł Telemach. – Jednak bogowie sprawili, że zniknął. Nie byłbym tak przybity, gdyby zmarł pod Troją w ramionach swych przyjaciół i zasłużył na godny pochówek. Miast tego zniknął. Teraz wszyscy książęta z okolicznych wysp, a także z Itaki, zabiegają o rękę mej matki. Nie może się zgodzić ani odmówić. A tymczasem zalotnicy przejadają mój majątek. Będę zrujnowany!

– Straszna sytuacja – powiedziała Atena z gniewem, który wywołały słowa Telemacha. – Naprawdę potrzebujesz ojca. Pragnąłbym, by był tu teraz.

Stanąłby pod zewnętrzną bramą, w zbroi, z tarczą i dwiema włóczniami, tak jak widziałem go, gdy zatrzymał się przed wielu laty przy mym domu. Szukał trucizny do swych strzał, a mój ojciec dał mu jej trochę. Chciałbym, żeby był tutaj i żeby zabił tych ludzi. Byłby to dla nich wspaniały ożenek! Posłuchaj mnie. Zbierz jutro zalotników i każ im odejść. Wrócić do swych włości. Co się zaś tyczy twej matki, odeślij ją do domu ojca w Sparcie. Niech wyjdzie tam za mąż, jeśli naprawdę wierzy, że twój ojciec nie żyje. Będzie miała wspaniałe wesele, godne kobiety jej pozycji. Ty natomiast znajdź wioślarzy i przygotuj się do podróży, by poznać w miarę możności ojcowski los. Dowiedz się, czy wciąż żyje. Może ktoś o nim słyszał. Najpierw popłyń przez morze do Pylos. Rządzi tam sędziwy Nestor, najstarszy z Achajów, którzy walczyli pod Troją. Udaj się następnie do Sparty i odszukaj Menelaosa, brata Agamemnona. Menelaos jako ostatni wrócił spod Troi. Może coś wiedzieć. Jeśli odkryjesz, że Odyseusz nie żyje, będziesz musiał powrócić do Itaki i wznieść kopiec grobowy. Odmów nad nim modlitwy i oddaj komuś matkę za żonę. Uczyniwszy to, zastanów się, jak najpewniej zabić tych ludzi – podstępem albo nie cofając się przed niczym. Nie jesteś już dzieckiem. Bądź mężny jak twój ojciec! Teraz muszę jednak udać się na swój statek, gdyż czekają na mnie moi ludzie. Uczyń, jak rzekłem.

– Dzięki za twe rady, Mentesie – odparł Telemach. – Przemawiałeś jak ojciec do syna. Uczynię wedle twych słów. Lecz chodź, weź ciepłą kąpiel i posil się do syta. Potem będziesz mógł z radością powrócić na swój statek. A ja wręczę ci dar, coś, co będzie ci mnie przypominać i co zwiąże nas węzłem przyjaźni.

– Dziękuję ci, mój synu, nie mogę jednak zwlekać. Jeśli chodzi o dar, odbiorę go w drodze powrotnej. Zostaniemy przyjaciółmi na zawsze, a ja też cię czymś obdaruję.

Tak rzekła Atena, po czym pofrunęła w górę niczym ptak. Telemach był zdumiony, choć już wcześniej podejrzewał, że jego gość nie jest zwykłą istotą.

Pewny siebie wstał teraz, by przyłączyć się do zalotników.

Ten jeden raz się uciszyli, oczarowani melodyjną pieśnią Femiosa, opowiadającą o klęskach, które spotkały wielu Greków w ich drodze powrotnej z Troi. Penelopa, córka Ikariosa, usłyszała cudowną muzykę i zeszła po schodach ze swej komnaty w towarzystwie dwóch służebnych. Stanęła obok filara w pobliżu sali biesiadnej, zakryła twarz welonem i rzekła ze łzami w oczach:

– Femiosie, znasz pieśni o szlachetnych ludziach i wielkich czynach, których dokonują, a twe opowieści czynią ich wielkimi. Proszę, zaśpiewaj jedną z tych pieśni i spraw, by ci ludzie siedzieli w milczeniu i pili swe wino. Przerwij tę pieśń o strasznej Troi! Nawet teraz, wypowiadając te słowa, mam przed oczyma twarz męża.

Lecz Telemach wtrącił:

– Matko, w  imię wszystkiego, co dobre, pozwól temu biednemu człekowi śpiewać, co zechce! To nie jego wina! Śmiem twierdzić, iż Zeus daje każdemu człowiekowi to, na co ten zasługuje. Nie możesz winić pieśniarza za zły los, jaki spotkał Achajów. To jego najnowsza pieśń, więc ją lubi. Słuchaj i nie upadaj na duchu. Twój Odyseusz nie jest jedynym, któremu nie był dany szczęśliwy powrót do domu. Teraz idź do swej komnaty, matko. Weź ze sobą służebne i usiądź przy krosnach. Ta pieśń przeznaczona jest dla mężczyzn! Dla każdego mężczyzny, ale ponad wszystko dla mnie, gdyż to ja jestem panem tego domu! Tak rzekł Telemach z wielkim żalem w sercu.

Jego słowa boleśnie dotknęły Penelopę. Odwróciła się szybko i poszła na górę do swej komnaty, gdzie usiadła i opłakiwała gorzkimi łzami stratę uwielbianego męża, dopóki nie zmógł jej sen. Na dole zalotnicy śmiali się i szydzili z niej, a każdy mówił, że chętnie spałby z tą kobietą.

– Konkurenci do ręki mej matki! – zwrócił się Telemach do mężczyzn. – Na razie ucztujemy, pijemy i słuchamy tego miłego pieśniarza. Jutro rano jednakże zbierzemy się wszyscy na miejskim placu. Pojmijcie to: musicie opuścić ten pałac na zawsze! Albo – jeśli sądzicie, że jest czymś sprawiedliwym uszczuplać bogactwo mego ojca – zostańcie, ja zaś zwrócę się do Zeusa i innych bogów, by ujrzeli, jak giniecie w mych salach! Jego śmiałe słowa zdumiały ich.

– Dobra przemowa – rzekł Antinoos, najważniejszy pośród zalotników. –

Czyżby bogowie udzielali ci lekcji? Mam nadzieję, że Zeus nigdy nie powierzy ci rządów nad Itaką.

– No cóż, Antinoosie, jest w Itace wielu mężów, którzy mogliby być królami. Niechaj jeden z nich zostanie nim, skoro Odyseusz nie żyje. Jakkolwiek jednak będzie, ja jestem panem tego domu! I będę sprawował pieczę nad włościami, które zostawił mi ojciec.

Wówczas Eurymach, inny prowodyr zalotników, rzekł:

– Wierzę, że to bogowie decydują, kto ma być królem. Co do twych włości, zachowaj je, także swój dom. Nie sądzę, by ktokolwiek chciał przejąć je siłą. My, mieszkańcy Itaki, nie pozwolimy na to. Lecz powiedz mi, Telemachu, kim był ten człowiek, który siedział obok ciebie w ciemności? Kto to taki?

Czy zjawił się z wieściami o powrocie twego ojca, czy w jakiejś innej sprawie? Mam na myśli to, że bawił tu przez jakiś czas, a potem odszedł, nie d aw szy nam okazji, by go poznać. A jeśli sądzić po stroju, nie był to ktoś pośledni.

– Nie pokładam wiary w doniesieniach o powrocie mego ojca – odparł Telemach. – Wiem bowiem, że nigdy nie wróci. Że zaginął. Nie przywiązujemy wagi do proroctw, które moja matka słyszy od wróżbitów. Ten człowiek

był przyjacielem mego ojca, a pochodzi z Tafos. Ma na imię Mentes i jest potężny pośród Tafijczyków.

Tak rzekł Telemach, lecz w głębi serca wiedział, że jego gość nie był śmiertelnikiem.

Zalotnicy powrócili do biesiady, tańcząc i słuchając śpiewu, dopóki nie zapadła noc. Wtedy każdy udał się do swego domu. Telemach wyszedł na otwarty dziedziniec, a jego wierna niewolnica Eurykleja niosła przed nim pochodnię. Była piastunką Telemacha w jego dzieciństwie. Ojciec Odyseusza

Laertes kupił ją przed laty, płacąc dwudziestoma sztukami bydła.

Komnata Telemacha znajdowała się przy dziedzińcu. Otworzył drzwi, wszedł do pomieszczenia i usiadł na łożu opartym na mocno splecionych sznurach.

Eurykleja wzięła od niego białą tunikę, powiesiła na kołku i wyszła. Zamknęła za sobą drzwi i zabezpieczyła srebrną sztabą.

Telemach nie mógł zasnąć przez całą noc, rozmyślając o podróży, która go czekała.

KSIĘGA 2

TELEMACH

PLANUJE WYPRAWĘ

Następnego ranka Telemach wstał o brzasku. Włożył tunikę i przytroczył do ramion miecz z brązu. Na stopy założył złote sandały. Potem wziął włócznię i wyszedł z komnaty. Wyglądał niczym młody bóg.

Wezwał swoich niewolników i polecił im zwołać zgromadzenie. Niebawem szlachetni z Itaki i wszyscy jej mieszkańcy zebrali się na placu miejskim. Telemach przepchnął się przez ciżbę wraz z dwoma pięknymi psami. Okazując stanowczość, zajął miejsce na kamiennym tronie, na którym zawsze zasiadał jego ojciec. Herold wręczył mu laskę mówcy, tym samym udzielając głosu. – Panowie, to ja zwołałem to zgromadzenie – oznajmił. – Kwestia, którą pragnę poruszyć, dotyczy mego domostwa. Dwa razy cierpiałem wielce. Mój ojciec Odyseusz, niegdysiejszy król Itaki, dobry dla swego ludu, nie żyje. Teraz zaś muszę mierzyć się z jeszcze większym złem: młodzi mężczyźni z Itaki zalecają się do mojej matki, wdowy po mym ojcu, doprowadzając mnie do rozpaczy. Nie zachowują się, jak przystało szlachetnym, i nie odwiedzają jej ojca Ikariosa, by poprosić go o rękę jego córki. Nie pozwalają mu w y brać najlepszego dla niej małżonka czy wydać wspaniałego wesela. Nie, miast tego zabawiają się moim kosztem, przesiadując w mym domu, zarzynając moje bydło, moje owce i świnie, oraz pochłaniając do reszty wino mego ojca. Jestem niemal zrujnowany. Sam nie zdołam ich przepędzić. Wszyscy powinniście odczuwać hańbę tej strasznej sytuacji! Wstydźcie się,

szlachetni, że do tego doprowadziliście! Nie lękacie się słusznego gniewu Zeusa olimpijskiego i innych bogów? Byłoby lepiej, gdybyście wszyscy mnie okradli, bo przynajmniej mógłbym zjawić się w domu każdego z was i żądać zwrotu tego, co zabraliście! Wstydźcie się, wstydźcie, wstydźcie za to, co uczyniliście!

Telemach zaniósł się płaczem i uderzył laską o ziemię. Szlachetnym zrobiło się wielce żal chłopca i przez długą chwilę milczeli. Antinoos, jeden z zalotników, przemówił wreszcie na swój arogancki sposób: –

Wspaniała mowa, młody człowieku. Lecz nie obwiniaj nas. To twa matka nastręcza problemów. Wysyła w sekrecie wiadomości każdemu zalotnikowi i sugeruje, jak mógłby zyskać jej przychylność, ale czyni to już od czterech lat i wciąż nie zdecydowała, kogo pragnie. Zwodzi nas. Ustawiła w sali krosna, by tkać całun z myślą o śmierci twego dziadka Laertesa. Oznajmiła nam, że wyjdzie za mąż, kiedy go ukończy. Wygłosiła wspaniałą krótką mowę: „Drodzy zalotnicy, ponieważ Odyseusz nie żyje, muszę ponownie wyjść za mąż, lecz bądźcie cierpliwi. Najpierw muszę ukończyć tę szatę, całun dla Laertesa, gdy już zwycięży go okrutna śmierć. Kobiety Itaki powinny odczuwać wstyd, gdy człowiek o takim bogactwie i władzy czeka na całun”. Tak powiedziała, a my zgodziliśmy się czekać. Dzień za dniem tkała przy krosnach, ale każdej nocy wracała przy świetle pochodni, by rozpruć tkaninę. Trwało to latami i dopiero teraz, w czwartym roku, poznaliśmy prawdę dzięki pewnej niewolnicy. Przyłapaliśmy ją na tym i kazaliśmy dokończyć pracę. Odeślij swoją matkę, Telemachu. Mówię szczerze. Odeślij ją do jej ojca Ikariosa i każ mu wybrać męża spośród zalotników, kogoś, kto mu się podoba, i skłonić ją do podjęcia decyzji. Jest biegłą w tkactwie, wysoce bystrą kobietą, obdarzoną niezwykłym umysłem i zdrowym rozsądkiem. Nie ma sobie równej, lecz popełnia błąd. Jeśli zamierza nadal uciekać się do podstępnych sztuczek, pozostaniemy tam, gdzie jesteśmy, i objemy cię do szczętu. I nie rozjedziemy się, dopóki nie poślubi zalotnika, który spodoba jej się najbardziej.

– Antinoosie – zwrócił się doń Telemach – nie ma mowy, bym pozbył się własnej matki, która mnie urodziła i wychowała! Mój ojciec przebywa na jakimś odległym lądzie, jeśli w ogóle żyje! Nie mogę odesłać jej do jej ojca. Nie stać mnie na spłacenie posagu, a Ikarios z pewnością wyrządzi mi krzywdę. Moja matka wezwie dla zemsty furie, ja zaś będę znienawidzony przez wszystkich.

Nie mogę do tego dopuścić! Nie musicie przebywać w moim domu. Odwiedzajcie nawzajem swoje własne! Jeśli wydaje wam się, że możecie wyłudzać dobra od człowieka, który nigdy nie weźmie na was odwetu, to wasz wybór.

Ale odwołam się do Zeusa i bogów, kara zaś zostanie wam wymierzona i polegniecie w mych salach.

Właśnie wtedy wszechwiedzący Zeus zesłał z wysokich gór dwa potężne orły, które leciały obok siebie, uderzając mocarnymi skrzydłami i szybując na wietrze, aż dotarły na miejski plac, nad którym poczęły krążyć. Poruszały zawzięcie piórami i spoglądały ze śmiercią w ślepiach na ludzi w dole, potem zaś szarpały się nawzajem szponami, rozrywając policzki, tak że popłynęła krew. Następnie zawróciły i pofrunęły wysoko nad domami miasta. Jego mieszkańców zdumiał ten omen.

Haliterses, jeden ze starszych i przyjaciel Odyseusza, wiedział o przybyciu ptaków i przemówił:

– Słuchaj, ludu Itaki, i słuchaj uważnie – rzekł. – Zwracam się ponad wszystko do zalotników. Czeka was wielka klęska. Niebawem zjawi się tu Odyseusz! Jest już niedaleko, wy zaś możecie się spodziewać rzezi i śmierci. Nie mówię tego wszystkiego wiedziony ignorancją. Kiedy Odyseusz wyruszył przed dwudziestu laty na wojnę, przepowiedziałem, że nie będzie go tak długo i że wróci. Teraz ma się to ziścić.

– Bądź przeklęty, starcze  – rzekł przystojny zalotnik Eurymach. – Wracaj do domu i wygłaszaj proroctwa swym dzieciom! Powiedz im, że nieszczęście może się niedługo wydarzyć. Wierzę, że wiem to i owo, i mówię, że ptaki latają bezustannie we wszystkie strony. To nic nie znaczy. Odyseusz leży martwy daleko stąd – i obyś ty zmarł wraz z nim.

Telemach przemówił teraz spokojnie:

– Słuchajcie, ty, Eurymachu, i wszyscy pozostali. Nie rzeknę nic więcej w tej sprawie. Proszę tylko, byście dali mi statek i dwudziestu towarzyszy, tak abym mógł przepłynąć morze do Sparty i Pylos i dowiedzieć się, czy ktokolwiek ma wieści o mym ojcu. Jeśli się okaże, że żyje i pewnego dnia powróci do domu, to zdołam znosić to przez rok. Lecz jeśli się dowiem, że nie żyje, powrócę na ukochaną ziemię, wzniosę kopiec grobowy i odprawię obrzędy pogrzebowe. Potem wydam matkę za mąż.

Usiadł, wstał zaś Mentor, przyjaciel Odyseusza. Kiedy Odyseusz wyprawiał się pod Troję, powierzył mu opiekę nad swym domem i nakazał służbie okazywać mu szacunek.

– Niechaj żaden dzierżący berło król nie będzie dobry i sprawiedliwy! –rzekł Mentor, człowiek spokojnego usposobienia. – Niechaj będzie srogi i nie okaże litości, widząc, że wszyscy zapomnieli, jak łagodny i dobry był Odyseusz, niczym ojciec dla swego ludu. Ci zalotnicy trwający w swym godnym potępienia zachowaniu to jedno. Nie dbam o to, czy ryzykują własne życie, ogołacając dom człowieka, który wedle nich nigdy nie powróci. Lecz jestem oburzony na was pozostałych, którzy siedzicie w milczeniu, nie wypowiadając słowa sprzeciwu i pozwalając zalotnikom tak postępować, choć jest was wielu, a oni są nieliczni.

– Jesteś starym głupcem, Mentorze! – rzekł jeden z zalotników, Lejokrit, wstając z miejsca. – To niedorzeczne! Mówić, że powinniśmy przestać biesiadować i weselić się! Jakby miała się zebrać wielka liczba ludzi i bić się z powodu jednego czy dwóch posiłków! A nawet gdyby sam Odyseusz miał powrócić, to nie sądzę, by jego żona się cieszyła, widząc, jak umiera niczym pies, pokonany przez licznych przeciwników. Teraz jednak rozejdźmy się do swych domów. Niechaj wielki Mentor i stary Haliterses zajmą się przygotowaniami do tej zamierzonej wyprawy.

Tak przemówił Lejokrit i zgromadzeni rozeszli się do swych domów – prócz zalotników, którzy powrócili do pałacu Odyseusza.

Telemach zszedł na brzeg huczącego morza, gdzie obmył dłonie w szarej toni. Potem wyprostował się i pomodlił do Ateny: – O, pani, przyszłaś do mnie wczoraj i powiedziałaś, bym przebył morze i dowiedział się o los ojca. Lecz Achajowie przeszkadzają mi w tym, a najbardziej ci nikczemni zalotnicy.

Rozejrzał się i zobaczył Atenę w przebraniu Mentora. – Telemachu – rzekła – jeśli jesteś prawdziwie synem Odyseusza i Penelopy, dowiedziesz, żeś godny uznania. Zignoruj zalotników. To lekkomyślni głupcy, nieświadomi tego, co słuszne. Niewiele wiedzą o czarnym losie, który ich czeka, gdy wszyscy jednego dnia zginą. Co zaś się tyczy twej podróży, możesz na mnie polegać, gdyż jestem dawnym przyjacielem twego ojca. Przygotuję ci statek. Tymczasem idź do domu i przyłącz się do zalotników. Zgromadź zapasy na wyprawę: wino w dzbanach i jęczmień w workach. Przejdę się po mieście i zbiorę załogę. Jest wiele statków przy nabrzeżu, ja zaś znajdę ci odpowiedni.

Potem pożeglujemy po ciemnym jak wino morzu.

Tak rzekła Atena, Telemach zaś pospieszył do domu z niepokojem w sercu. Zastał zalotników obdzierających ze skóry kozy i zarzynających świnie na

dziedzińcu. Podszedł do niego ze śmiechem Antinoos i chwycił go za rękę, mówiąc:

– Telemachu, mój chłopcze, wspaniały z ciebie mówca i bardzo dzielny, nie pozwól jednak, by w twym sercu zagościła nienawiść. Jedz, pij, raduj się z nami. Jestem pewien, że Achajowie przyszykują ci statek, byś mógł popłynąć do Pylos i poszukać wieści o twym ojcu.

– Doprawdy, Antinoosie – odparł Telemach, cofając dłoń – nie mogę się weselić, gdy bezwstydnie raczycie się tym, co do mnie należy! Czy nie wykorzystujecie mnie od czasu, gdy byłem dzieckiem? No cóż, już nim nie jestem. Nauczyłem się wiele, słuchając innych, i w mej piersi wzbiera nowa siła ducha. Udam się do Pylos, nawet jeśli przyjdzie mi płynąć czyimś statkiem.

Zalotnicy, którzy biesiadowali i hulali, zaczęli wyśmiewać i wyszydzać Telemacha. Jeden z aroganckich arystokratów rzekł do drugiego: – Zaiste, zamierza się z nami rozprawić! Być może przywiedzie ludzi z Pylos albo Sparty! Albo zbierze śmiertelne ziele, które wsypie do czary z winem, i otruje nas wszystkich!

Tak rozmawiali ze sobą zalotnicy. Lecz Telemach udał się do skarbca swego ojca, wielkiego pomieszczenia, gdzie pod ścianami piętrzyły się stosy złota i brązu i gdzie stały skrzynie z odzieniem i dzbany z wonną oliwą. Znajdowały się tam także dzbany z winem dla Odyseusza, gdyby powrócił do domu. Drzwi komnaty były zamknięte, a przy nich siedziała stara, wierna niewolnica Eurykleja, która niańczyła Telemacha, gdy był dzieckiem. Dzień i noc strzegła skarbca.

– Piastunko, utocz mi trochę wina – rzekł Telemach. – Nie najprzedniejszego, lecz jedynego, które mu ustępuje. Najprzedniejsze jest dla mego ojca, gdyby powrócił do domu, umknąwszy śmierci. Napełnij dwanaście dzbanów winem i daj mi dwadzieścia miar jęczmienia w skórzanych worach. Nie mów o tym nikomu! Wrócę po te zapasy wieczorem, kiedy już moja matka uda się na górę do swej komnaty. Wybieram się bowiem do Sparty i piaszczystego Pylos, by sprawdzić, czy zdołam dowiedzieć się czegoś o mym ojcu.

– Och, moje dziecko! – zawołała Eurykleja w udręce. – Co kazało ci podjąć taki zamiar? Jesteś jedynym synem, wielce kochanym, a twój ojciec z pewnością zmarł na jakiejś obcej ziemi. Gdy tylko odpłyniesz, ci ludzie obmyślą nowy sposób, by zrujnować twój dom. Podzielą się twymi dobrami. Będą knuli zło. Pozostań tu, Telemachu, i pilnuj swej własności. Błagam, nie wybieraj się za morze!

– Nie martw się, droga piastunko  – odrzekł Telemach. – Poradzę sobie. Bogowie mi sprzyjają. Lecz przysięgnij, że nic nie powiesz mej matce do jedenastego czy dwunastego dnia albo do chwili, gdy sama się dowie, że mnie nie ma. Nie chcę, by przez ten czas płakała.

Tak mówił, a Eurykleja złożyła uroczystą przysięgę milczenia. Potem otwarła drzwi skarbca, weszła do niego, następnie napełniła dwanaście dzbanów winem i przesypała do worków jęczmień. Telemach udał się do sali i przyłączył do zalotników.

Tymczasem Atena, promienna bogini, przybrała postać Telemacha i ruszyła przez miasto. Ilekroć zjawiała się u jakiegoś lojalnego człowieka, mówiła mu:

„Przyjdź dziś wieczór do portu”. Tego zaś, który zwał się Noemon i był żeglarzem, poprosiła o statek, a on się zgodził.

Słońce zaszło i zrobiło się ciemno. Atena w przebraniu Telemacha nakazała, by statek zacumował przy wejściu do portu. Wokół niego zebrali się gotowi do wyprawy mieszkańcy Itaki.

Bogini udała się do domu Odyseusza i rzuciła czar na zalotników, sprawiając, że ogarnęła ich senność. Ich myśli błądziły bezładnie, kiedy pili, a kielichy wypadały im z dłoni. Wstali, by powrócić do własnych domów i się przespać.

Atena, pod postacią Mentora, wywołała Telemacha na dziedziniec.

–

Posłuchaj, Telemachu, twoi towarzysze oczekują cię na nabrzeżu. Chodź! Powiedziawszy to, ruszyła przed siebie, on zaś podążył za nią.

– Chodźcie, moi przyjaciele, udajmy się do mojego domu – zwrócił się do swych towarzyszy Telemach, gdy dotarł nad morze. – Weźmiemy zapasy na podróż. Nikt o tym nie wie, nawet moja matka. Tylko jedna ze służebnych, której ufam.

Zabrali zapasy, zanieśli je na wybrzeże i umieścili na statku. Atena wkroczyła na jego pokład i zajęła miejsce z tyłu, Telemach zaś obok niej. Żeglarze poluzowali liny rufowe i usiedli na ławach. Ustawili maszt w otworze znajdującym się pośrodku statku i uporali się szybko ze sztagiem. Wciągnęli biały żagiel i przymocowali za pomocą rzemieni z wołowej skóry. Atena zesłała przychylny wiatr, który zagwizdał nad morzem i wydął swymi powiewami żagiel. Ciemne fale śpiewały wokół dziobu, gdy statek ruszał w rejs. Żeglarze wynieśli czary pełne wina i wylali je w ofierze bogom, a ponad wszystko Atenie o jasnych oczach, córce Zeusa. Całą noc płynęli przez ciemność, dopóki nie zaczęło wschodzić słońce.

KSIĘGA 3

TELEMACH

SPOTYKA NESTORA

Słońce wzeszło na zbrązowiałe niebo, przynosząc światłość bogom i śmiertelnym na ich rodzącej ziarno ziemi. Telemach wraz ze swoją załogą dotarli do królestwa Pylos, rządzonego przez Nestora, jednego z najmądrzejszych ludzi, którzy udali się do Troi. Na wybrzeżu znajdowała się duża grupa przygotowująca ofiarę z dziewięciu byków dla ciemnowłosego nieśmiertelnego boga Posejdona, pana mórz. Obywatele Pylos mieli spalić udźce na cześć bogów i spożyć wnętrzności. Statek podpłynął do lądu. Żeglarze ściągnęli żagiel i wyszli na piaszczysty brzeg. Zacumowali, Atena zaś zeszła z pokładu wraz z Telemachem.

– Telemachu, nie musisz już żyć w  niepewności – oznajmiła bogini, obracając się ku niemu. – Ani trochę. Przebyłeś morze, by wywiedzieć się o swego ojca. Udaj się prosto do króla Nestora i spytaj go. Powie ci wszystko, co wie. – Ależ, Mentorze, nie mam pojęcia, jak się do niego zwrócić – odrzekł Telemach. – Czy młodzieniec może pytać starszego?

– Powiedz to, co ci przyjdzie na myśl. Bogowie ci pomogą.

Atena ruszyła w stronę tłumu uczestniczącego w ofierze składanej na wybrzeżu. Zbliżyli się do Nestora, siedzącego wraz ze swymi synami. Mężczyźni opiekali mięso nad pobliskim ogniem, lecz gdy ujrzeli Telemacha i Atenę w przebraniu Mentora, podeszli do nich i powitali ich ciepło. Syn Nestora, Pizystrat, rozłożył na ziemi wełniane koce, by mogli usiąść obok jego ojca. Poczęstował ich upieczonymi wnętrznościami wołu i nalał wino do złotego kielicha.

– Módlcie się teraz do Posejdona, pana mórz – rzekł Pizystrat, podając

Atenie kielich. – Gdyż przybyliście na uroczystości ku jego czci. Kiedy już się napijesz, przekaż kielich swemu przyjacielowi, by i on oddał się świętej libacji.

Nie wątpię, że modli się do bogów, którzy nad wszystkim sprawują rządy. A że jest młodszy od ciebie, najpierw podaję kielich tobie.

Pizystrat wsunął naczynie ze słodkim winem w dłonie Ateny. Poczęstowana w pierwszej kolejności bogini była zachwycona jego manierami.

– Usłysz mnie, panie Posejdonie, i  ześlij nam to, o co prosimy! – rzekła. –

Obdarz Nestora i jego synów sławą, a mieszkańców Pylos pomyślnością.

Zapewnij Telemachowi i mnie spełnienie naszych zamiarów.

Tak się modliła, choć to za jej sprawą, samej Ateny, wszystko się ziściło.

Podała piękny kielich z dwoma uchami Telemachowi, on zaś pomodlił się tymi samymi słowy. Gdy upieczono już mięso ofiarne, zdjęto je z rożnów i ułożono w stos, a następnie rozdzielono.

Gdy już zaspokoili głód i ugasili pragnienie, Nestor powiedział:

– Wydaje się, iż nadeszła odpowiednia chwila, byśmy się dowiedzieli, kim jesteście, podróżnicy. Skąd przybywacie? Czy przepłynęliście morze w jakiejś konkretnej sprawie, czy może zdajecie się na przypadek jak źli piraci pragnący siać spustoszenie?

– Nestorze, synu Neleusa, sławny pośród Achajów, pytasz, skąd przybywamy, więc ci powiem – odparł grzecznie Telemach. – Pochodzimy z wyspy Itaki.

Nie przybywamy w sprawach publicznych. Chodzi nam o coś osobistego. Pragniemy uzyskać wiadomości o mym ojcu Odyseuszu, synu Laertesa. Wiem, że walczyłeś u jego boku przeciwko Trojanom. Słyszeliśmy o wojownikach, którzy ponieśli tam straszną śmierć, lecz nie wiemy nic o tym, jak zginął mój ojciec: czy został zabity przez wrogów na stałym lądzie, czy też utonął w morzu.

Jeśli Odyseusz służył ci kiedykolwiek w Troi, to proszę, powiedz mi prawdę.

– Przypominasz mi o strasznych czasach i wszystkim, co wycierpieliśmy –odparł Nestor. – Myślę też o ludziach, którzy padli pod Troją, najlepsi spośród

Achajów. Spoczywa tam teraz silny Ajas i wspaniały Achilles, a także Patrokles, przyjaciel Achillesa, i mój własny syn Antiloch, świetny wojownik. Tak, długo by trwało opowiadanie o okropnościach, które cierpieliśmy. Nawet gdybyś miał tu pozostać przez pięć czy sześć lat, ja zaś mówiłbym cały czas o niedogodnościach, które znosiliśmy na równinie Troi, odszedłbyś stąd, nie usłyszawszy wszystkiego. Przez dziewięć długich lat walczyliśmy pod strzelistymi murami, którym Zeus nie pozwalał runąć. A potem, dzięki wielkiemu podstępowi twego ojca – tak mądremu człowiekowi! – zdobyliśmy miasto. Po jego złupieniu przypadła nam w udziale dalsza walka. Atena, gromowładna

Atena, córka olimpijskiego Zeusa, wywołała wielki spór między Menelaosem i Agamemnonem, synami Atreusza. Zwołali zgromadzenie Achajów i wszyscy zebraliśmy się o zachodzie słońca. Ludzie opili się winem. Synowie Atreusza wyjaśnili, że nie ma zgody, jeśli chodzi o to, co najlepiej uczynić. Menelaos uważał, że powinniśmy wsiąść na statki i jak najszybciej powrócić do domu, ale Agamemnon przekonywał, że powinniśmy zostać i złożyć wielką ofiarę dziękczynną bogom, zwłaszcza Atenie, która mogłaby zesłać na nas jakieś nieszczęście podczas podróży. Rozeszliśmy się, każda zaś ze stron sporu snuła mroczne myśli o tej drugiej. Kiedy nadszedł ranek, połowa z nas załadowała na okręty łupy, w tym też kobiety, które wzięliśmy podczas wojny do niewoli, i ruszyła w morze. Połowa zwlekała. Kiedy dotarliśmy do wyspy

Tenedos, niedaleko wybrzeża, zatrzymaliśmy się i złożyliśmy ofiarę bogom, prosząc o szybki powrót, lecz znów wybuchły spory i niektórzy, w tym także

twój ojciec Odyseusz, zawrócili. Ja zostałem, nie wiedząc, czy wypłynąć na pełne morze, mijając Chios, czy też trzymać się wybrzeża, lecz bogowie dali znak, my zaś pożeglowaliśmy po otwartych wodach aż do Eubei. Tam zatrzymaliśmy się, by złożyć ofiarę Posejdonowi. Następnie opłynąłem Peloponez i dotarłem do Pylos. Zabrało to cztery dni. Oto, co się wydarzyło, mój chłopcze.

Nie słyszałem, by wielu znów zawitało do swych domów, wiem jednak, że powrócili Myrmidonowie, ludzie Achillesa. Wielki Filoktet dotarł do Tesalii, a Idomeneus na Kretę. Żaden z jego ludzi, którzy przeżyli wojnę, nie zginął na morzu. Ale czy słyszałeś już, co stało się z Agamemnonem, synem Atreusza?

Ajgistos obmyślił dlań haniebną śmierć. Szczęśliwie Agamemnon pozostawił syna Orestesa, ten zaś dokonał zemsty.

– Tak, Nestorze, prawdziwie Orestes się zemścił – przyznał Telemach. –Pragnąłbym tylko, by i mnie bogowie dali taką siłę. Wówczas mógłbym dokonać zemsty na ludziach zalecających się do mej matki i niszczących mój dobytek!

Lecz cóż mogę zrobić? Muszę to znosić.

– Mój przyjacielu, skoro to przywołałeś, to powiem, że słyszałem o zalotnikach, którzy oblegają twój dom. Pozwalasz im to czynić? Czy też wszyscy ludzie cię nienawidzą? Kto wie, może któregoś dnia Odyseusz powróci i weźmie na nich odwet, albo sam, albo z pomocą swych ludzi. Och, życzyłbym sobie, by Atena kochała cię tak, jak kochała Odyseusza na trojańskiej ziemi, gdzie doznaliśmy tylu cierpień. Gdyż nigdy nie widziałem, by bogowie tak interesowali się jakimś człowiekiem jak Atena Odyseuszem. Gdyby kochała cię tak, jak kochała jego, niejeden zalotnik pożałowałby swego zachowania! – Panie, przykro mi, ale nie sądzę, by się to kiedykolwiek ziściło – rzekł Telemach. – Powrót mego ojca jest tak nieprawdopodobny, że sama myśl o tym mnie zdumiewa. Nie, nigdy się to nie stanie, nawet jeśli bogowie tego pragną. – Telemachu! Co ty mówisz? – wyszeptała Atena, rozczarowana jego słowami. – Bóg może sprowadzić człowieka do domu, nieważne z jak daleka. I wolałbym cierpieć każde zło podczas mozolnej podróży powrotnej, niż wrócić szybko i zostać zamordowanym, tak jak Agamemnon został zabity

przez Ajgistosa i swoją zdradziecką żonę Klitajmestrę. Oczywiście, bogowie nie mogą powstrzymać śmierci, gdy nadchodzi jej czas.

– Nie mówmy o tym, Mentorze – odparł Telemach. – Mój ojciec nigdy nie powróci do domu. To niemożliwe. Bogowie obmyślili dla niego śmierć. Teraz jednak chciałbym zadać Nestorowi inne pytanie. Rządzi od trzech pokoleń, jak słyszę, i zdaje się wiedzieć wszystko. – Zwrócił się do gospodarza. – Zatem, Nestorze, jak to się stało, że Ajgistos zabił Agamemnona? Gdzie był Menelaos? I jakim podstępem Ajgistos się posłużył, by zgładzić człowieka o wiele silniejszego od siebie? Czy Menelaosa nie było w Mykenach? Czy przebywał gdzie indziej, Ajgistos zaś wykorzystał sposobność?

– Menelaos i ja wyruszyliśmy razem spod Troi do domu – odparł Nestor. –Lecz gdy dotarliśmy do Sunionu, przylądka ateńskiego, Apollo przeszył zapewne swymi strzałami jednego z ludzi Menelaosa, tego, który trzymał w dłoniach wiosło sterowe. Więc Menelaos postanowił zostać na Sunionie i pochować należycie tego człowieka. Kiedy znowu podniósł żagiel, dotarł do wzgórz Malii, gdzie natknął się na straszliwy sztorm. Fale były wielkie jak góry! Sztorm ten rozdzielił flotę, niektóre statki popłynęły na Kretę, inne do Egiptu. Na Krecie jest wysoki klif przy wybrzeżu, gdzie wichry pchają fale ku przylądkowi. Niektóre statki rozbiły się tam, choć ludzie ocaleli. Pięć innych okrętów pożeglowało do Egiptu, gdzie ich załogi zebrały wiele bogactw, w tym także złoto. To właśnie wówczas Ajgistos zabił Agamemnona i przez siedem lat rządził Mykenami, lecz w ósmym roku Orestes, syn Agamemnona, osiągnął wiek męski i zabił go. Potem Orestes wyprawił wielką ucztę pogrzebową Ajgistosowi i swej nienawistnej matce Klitajmestrze, którą też zabił! Tego samego dnia Menelaos wrócił do Sparty na statkach pełnych skarbów. Tak więc, mój chłopcze – ciągnął Nestor – dopilnuj, byś nie pozostał długo z dala od domu, gdyż ci źli zalotnicy mogą podzielić między siebie twoje dobra. Wówczas okaże się, że podjąłeś swą podróż na marne. Lecz najpierw, do czego cię nakłaniam, udaj się do Sparty, by spotkać się z Menelaosem. Powrócił z lądu leżącego tak daleko za morzem, że migrujące tam

ptaki potrzebują roku, by przebyć owe rozległe i niebezpieczne wody. Teraz jednak jest już w domu. Możesz tam dotrzeć lądem. Pożyczę ci rydwan i rącze konie, Pizystrat zaś będzie ci towarzyszył i wskazywał drogę. Możesz poprosić Menelaosa, by powiedział ci prawdę. To dobry człowiek i jestem pewien, że to uczyni.

Słońce zaszło i zapadał mrok.

– Królu Nestorze, to dobra rada – orzekła Atena. – Pozwól jednak, byśmy wycięli bydłu ozory i rzucili je do ognia, składając ofiarę i błagając Posejdona i innych bogów o przychylność. Światło już zgasło, nadszedł czas na spoczynek.

Niewolnicy obmyli ich dłonie wodą i napełnili czary winem. Wycięli zwierzętom ozory, wrzucili je do ognia i zalali winem. Kiedy Atena i Telemach skończyli posiłek i napili się do syta, wstali, gotowi wrócić na swój statek.

– Nie, nie, nie wolno wam tak odejść! – powiedział Nestor. – Jakbyśmy nie mieli wam nic do ofiarowania! Zapewniam, iż mamy mnóstwo ciepłych okryć, by można było spać wygodnie. Niechaj nikt nie mówi, że pozwoliłem synowi Odyseusza spać na pokładzie statku! Dopóki żyję, a w moim domu panuje dostatek!

–

Dobrze powiedziane, stary przyjacielu – oznajmiła Atena. – Sadzę, że Telemach powinien uczynić, jak mówisz. Tak będzie lepiej. Zabierz go do swego domu. Ja jednak wrócę na statek, by sprawdzić, czy wszystko jest, jak należy, i powiedzieć ludziom o tym, co się wydarzyło. Rankiem muszę odwiedzić lud na północy, Kikonów, ponieważ są mi wiele winni. Lecz jutro wyślij Telemacha w drogę na dobrym rydwanie z mocnymi końmi i swym synem jako przewodnikiem. – Powiedziawszy to, Atena przemieniła się w orła i odleciała ku zdumieniu wszystkich obecnych. – Młody człowieku! – rzekł Nestor, wielce zaskoczony. – Nie sądzę, byś musiał komukolwiek dowodzić wartości swego pochodzenia, skoro w tak wczesnym wieku cieszysz się przychylnością bogów! Sądzę, że była to Atena, córka króla Zeusa, która strzegła twego ojca na równinie trojańskiej! – Nestor wziął do ręki kielich i wylał wino na ziemię. – Droga bogini, zapewnij nam pomyślność!

Po złożeniu ofiary napili się i udali do swych domów. Nestor zaprowadził Telemacha na przewiewny portyk, gdzie czekało łoże, obok zaś drugie, dla Pizystrata. Nestor natomiast spał w komnacie wewnątrz pałacu, przy nim zaś spoczęła jego ukochana żona.

Kiedy nastał świt, Nestor wstał, wyszedł ze swej komnaty i ruszył na dziedziniec. Tam zasiadł na tronie, trzymając w dłoni berło. Niebawem na dwór przybyli jego synowie i córki, a także Pizystrat z Telemachem.

– Zbliżcie się, moje dzieci, pomóżcie mi – rzekł Nestor. – Będziemy ucztować.

Przynieście siedziska i drewna do ognia, a także świeżą wodę.

Przystąpili do pracy. Z pola przyprowadzono jałówkę, zjawili się też ludzie Telemacha. Przyszedł kowal z młotem i obcęgami do obróbki złota. Nestor dał mu bryłki kruszcu, on zaś rozbił je na płaty i umieścił je na rogach jałówki.

Jeden z synów króla zaprowadził zwierzę na środek. Drugi przyniósł wodę w misie przyozdobionej drobnymi kwiatami. W drugiej dłoni trzymał koszyk wypełniony ziarnami jęczmienia. Trzeci syn dzierżył topór. Nestor począł obmywać dłonie. Potem posypał łeb jałówki jęczmieniem, pomodlił się do Ateny, odciął włos z głowy zwierzęcia i wrzucił go do ognia. Syn Nestora opuścił gwałtownym ruchem topór, przecinając ścięgna na karku jałówki. Jej nogi się ugięły, kobiety zaś wydały z siebie krzyk. Mężczyźni unieśli łeb jałówki, a Pizystrat poderżnął jej gardło. Czarna krew spłynęła do misy i zwierzę skonało.

Pokroili jego ciało na kawałki i wzięli udźce, które pokryli podwójną warstwą tłuszczu i fragmentami mięsa. Nestor spalił udźce na polanach, polewając je jednocześnie winem. Obok niego stali mężczyźni z pięciozębnymi widelcami. Kiedy udźce spaliły się do szczętu, a mężczyźni skosztowali wnętrzności jałówki, upiekli pokrojone mięso na rożnach.

Gdy było gotowe, spożyli je, nieustannie dolewając wina do kielichów. Kiedy się posilili, Nestor przemówił:

– Moi synowie, przygotujcie rydwan dla Telemacha. I przyprowadźcie najlepsze konie, jakie tylko zdołacie znaleźć.

Usłuchali i przygotowali rydwan, po czym zaprzęgli do niego piękne konie.

Pojawił się niewolnik, który spakował chleb, wino i inne smaczne jadło. Telemach wsiadł do rydwanu z Pizystratem przy boku. Ten ujął wodze i smagnął konie. Popędzili ku równinie poniżej Pylos i jechali cały dzień.

Słońce zaszło i drogę spowił mrok. Dotarli do domu znanego Pizystratowi.

Zatrzymali się tam na noc i byli traktowani jak królowie.

Gdy nastał brzask, zaprzęgli konie do rydwanu, wsiedli do niego i wyruszyli z dziedzińca rozbrzmiewającego echem na równinę. Konie pędziły przed siebie.

Słońce znów zaszło, a trakty pogrążyły się w mroku.

KSIĘGA 4

TELEMACH W SPARCIE

Telemach i Pizystrat przybyli do Lacedemonu, ziemi, którą rządziła

Sparta i która poznaczona była licznymi wąwozami, po czym udali się wprost do pałacu króla Menelaosa. Brał akurat udział w uczcie weselnej, na której zjawili się wszyscy jego krewni. Była to niejako uroczystość podwójna, wydana na cześć jego syna Megapentesa i córki Hermiony. Menelaos wysyłał ją, by poślubiła Neoptolemosa, syna Achillesa, spełniając obietnicę daną podczas oblężenia Troi.

Wszyscy sąsiedzi i bliscy Menelaosa ucztowali w wielkiej wysokiej sali. W jej kącie stał śpiewak, racząc gości pieśnią i grając pięknie na lirze, podczas gdy pośrodku tłumu dwaj akrobaci popisywali się swymi umiejętnościami.

Gdy Telemach i Pizystrat podjechali rydwanem pod zewnętrzną bramę pałacu, jeden z ludzi Menelaosa pospieszył do władcy.

– Królu Menelaosie, boski z pochodzenia, jacyś szlachetni ludzie zjawili się pod naszymi bramami. Mam zająć się ich końmi czy też ich odprawić?

– Nie przemawiaj jak głupiec! – odrzekł gniewnie Menelaos. – Wielokrotnie podczas naszej podróży do ojczyzny byliśmy goszczeni w różnych domach. Wyprzęgnij ich konie, ma się rozumieć, i zaproś tych ludzi na naszą ucztę weselną!

Służący pospieszył ku wyjściu, wzywając innych do pomocy. Wyprzęgli spocone konie i zaprowadzili Telemacha i Pizystrata do pałacu.

Obaj weszli do łaźni, gdzie zjawili się niewolnicy, by ich umyć i namaścić wonnymi olejkami, potem nałożyli na nich tuniki i wełniane płaszcze. Następnie

Telemach i Pizystrat wkroczyli do sali i zajęli miejsca obok Menelaosa. Niewolnik przyniósł wodę do obmycia dłoni i nalał jej z pięknego złotego dzbana do srebrnej misy. Inni przysunęli polerowany stół i położyli na nim chleb i smakołyki. Przyniesiono też tace z mięsiwem i umieszczono obok złotych kielichów.

– Proszę, jedzcie i świętujcie! – rzekł Menelaos. – Kiedy już się posilicie, powiedzcie nam, kim jesteście.

Gdy już najedli się do syta, Telemach nachylił się ku Pizystratowi, by rzec mu na osobności:

Pizystracie, popatrz, jak w tych salach błyszczą brąz, złoto, srebro i kość słoniowa! Tu jest jak na olimpijskim dworze Zeusa. Nieopisane bogactwo ponad wszystko, co kiedykolwiek widziałem!

– Moje dzieci, obawiam się, iż żaden śmiertelnik nie mógłby się równać z Zeusem – powiedział Menelaos, usłyszawszy słowa Telemacha. – Cierpiałem wielce, przywożąc do domu te bogactwa w ósmym roku po wojnie. Podróżowałem po całym świecie, przemierzając Cypr i Fenicję, Egipt i Etiopię, Sydon i Libię, gdzie owce są rogate i rodzą jagnięta trzy razy w roku i gdzie wszyscy mają pod dostatkiem mięsa, sera i mleka. Kiedy tak wędrowałem po tych odległych ziemiach, zły człowiek zabił mego brata Agamemnona, spiskując z jego zepsutą żoną Klitajmestrą, więc być może pojmiesz, że nie znajduję radości w tym bogactwie. Wolałbym posiadać marną część tego, co mam, lecz zachować przy życiu wszystkich ludzi, którzy polegli pod Troją! Częstokroć siedziałem w tych salach, opłakując ich, aż wylałem wszystkie łzy. Lecz jednego człowieka żałuję bardziej niż jakiegokolwiek innego i jest to Odyseusz. Był najlepszy i myśl o nim przynosi mi jedynie smutek. Nie ma go już tak długo i nikt nie wie, gdzie jest – żywy czy martwy. Jego ojciec Laertes musiał go już opłakać, jestem pewien, a także jego urocza żona Penelopa. Miał także małego syna, kiedy wyruszał pod Troję, Telemacha. Zastanawiam się, gdzie on teraz jest. Wspomnienie ojca wzbudziło w Telemachu głęboki smutek; zalał się łzami i uniósł skrawek płaszcza do oczu.

W tym momencie ze swej wonnej komnaty wyłoniła się Helena. Urodą dorównywała Artemidzie. Towarzyszyło jej kilka niewolnic. Jedna przyniosła krzesło pięknie inkrustowane, druga zaś wełniany chodnik i położyła go na siedzisku. Trzecia – srebrny kosz, który Helena dostała od egipskiej damy w Tebach, gdy wraz z Menelaosem zatrzymała się tam podczas powrotu spod Troi.

– Menelaosie – zwróciła się Helena do małżonka – czy wiemy, kim są ci ludzie? Pozwól mi na szczerość. Nigdy w życiu nie widziałam, by ktoś przypominałby kogoś innego tak bardzo, tak jak ten człowiek przypomina Telemacha, syna Odyseusza. Był zaledwie niemowlęciem, gdy jego wielki ojciec popłynął do Troi, a ty wyruszyłeś na wojnę z mego powodu i mych bezdusznych postępków.

– Wiesz, moja droga żono, sam zauważyłem owo podobieństwo – wyznał

Menelaos. – Widać je w jego dłoniach, oczach, głowie, włosach… I gdy teraz wspomniałem Odyseusza i jego zmagania pod Troją, z oczu młodego człowieka pociekły łzy.

– Królu Menelaosie – odezwał się Pizystrat – ten człowiek to Telemach, syn Odyseusza. Lecz jest wielce roztropny i nie chce obarczać cię swymi kłopotami, nieproszony o to. Nestor, król Pylos, twój towarzysz wojenny, wysłał mnie jako jego przewodnika. Telemach pragnął cię ujrzeć, na wypadek gdybyś mógł przekazać mu wieści o Odyseuszu. Gdyż jego syn musi mierzyć się z licznymi przeciwnościami, kiedy zabrakło przy nim ojca, a nikt nie jest władny mu pomóc.

– Nie mogę w to uwierzyć! – zakrzyknął zdumiony Menelaos. – Czy może być to prawdą, że syn człowieka, którego tak bardzo kochałem, który cierpiał tak wielce przez wzgląd na mnie, zjawił się w mym domu?! Na bogów, zawsze sądziłem, że gdyby Odyseusz kiedykolwiek wrócił, powitałbym go serdeczniej niż innych. Oddałbym mu miasto, by mógł zamieszkać gdzieś tutaj pod mymi rządami – wypędziłbym stamtąd ludzi i zbudował mu dom. Sprowadziłbym go z Itaki z jego całym dobytkiem i niewolnikami i zawsze bylibyśmy razem, dopóki nie spowiłaby nas czarna chmura śmierci. Przypuszczam jednakże,

że bogowie mieli inne plany, gdyż nigdy nie obdarowali tego człowieka powrotem do domu.

Słowa Menelaosa przyprawiły wszystkich o łzy.

– Menelaosie, synu Atreusza, poważany Nestor, mój ojciec, zawsze mówił mi, że jesteś najmądrzejszym człowiekiem – powiedział Pizystrat. – Te łzy każą mi myśleć o mym bracie, który poległ pod Troją. Nigdy go nie znałem, ale powiadają, że był wielkim wojownikiem. Zwał się Antylochos.

– Antylochos? Wspaniały człowiek! – przyznał Menelaos. – Ty też zdajesz się mądry i wiesz więcej, niźli wskazywałby na to twój wiek. Szczęśliwy ten, kto cieszy się dobrym małżeństwem i wieloma dziećmi, jak twój ojciec Nestor! Dożył późnego wieku, jego synowie zaś są pojętni i jak przypuszczam, są też dobrymi wojownikami. Lecz porzućmy teraz te smutki i łzy. Pragnę pomówić z Telemachem.

Niewolnik obmył mu wodą dłonie. Wszyscy oczekiwali z niecierpliwością radosnego świętowania. Wino mieszane było w wielkiej czarze, a Helena dodała do niego w sekrecie zioła, które uśmierzały wszelki ból i pogrążały w niepamięci każde zło. Dostała je od Polydamny, kiedy przebywali w Egipcie, gdyż Egipcjanie mają najlepsze zioła – te, które leczą, i te, które zabijają. – Menelaosie, mój drogi mężu, którego Zeus tak bardzo miłuje – rzekła Helena, kiedy już napili się wina. – I wy, inni szlachetni, Zeus daje zarówno dobro, jak i zło. Radujcie się tą ucztą i opowiadajcie swe historie. Właściwie i ja mam coś do opowiedzenia. Nie wiem o wspaniałych czynach, jakich Odyseusz dokonał podczas wojny, lecz znam jedną historię. Oto, co uczynił. Pewnego dnia oznaczył swe ciało tak, jakby został obity, i włożył na siebie brudny płaszcz, upodabniając się do cuchnącego niewolnika, a następnie przeniknął do Troi, wyglądając jak żebrak. Zwiódł wszystkich, lecz ja od razu poznałam się na jego przebraniu. Zaczęłam go wypytywać, choć próbował mnie ignorować. Następnie przygotowałam mu kąpiel, namaściłam go olejkami, włożyłam nań świeże odzienie i przysięgłam, że nie powiem o tym Trojanom. Potem, ugodziwszy wielu z nich, wymknął się i wrócił do

swego obozu. Kobiety, których mężów zabił Odyseusz, płakały z żalu, ale nie baczyłam na to, gdyż już dawno postanowiłam wrócić do Sparty. Żałowałam tej ślepoty, którą zesłała na mnie Afrodyta, a która kazała mi się zwrócić przeciwko ziemi rodzinnej, mojemu dziecku, komnacie ślubnej i drogiemu mężowi.

– Moja kochana, bardzo dobrze to opowiedziałaś – zauważył Menelaos. –

Wiele podróżowałem po świecie i poznałem wielu ludzi, lecz nigdy takiego jak Odyseusz. Dał jeszcze jeden przykład swej przemyślności, kiedy chowaliśmy się we wnętrzu tego wydrążonego konia, gotowi zabić Trojan. Jakiś bóg kierował twymi działaniami. Obeszłaś konia trzykrotnie, dotykając go swymi dłońmi, i wołałaś głosami żon wszystkich mężczyzn kryjących się w środku.

Przycupnąłem obok Diomedesa i kusiło mnie tak jak jego, by odpowiedzieć, gdy cię usłyszałem, lecz Odyseusz nie dopuścił, byśmy zdradzili naszą kryjówkę. Skłoniło to także innych Achajów do milczenia z wyjątkiem Antiklosa. Chciał się odezwać, ale wielki Odyseusz zakrył mu dłonią usta i ocalił nas. Przypuszczam, że to Atena sprawiła, iż w końcu się oddaliłaś.

– A jednak, królu Menelaosie, panie swego ludu, wszelka dobroć i siła Odyseusza nie przyniosły mu pożytku – rzekł Telemach. – Wybacz mi. Jesteśmy zmęczeni i złaknieni snu.

Helena poleciła swym niewolnikom ustawić łoża pod portykiem i przybrać je pięknymi purpurowymi kocami i narzutami. Tam, na ganku pałacowym, spali Telemach i Pizystrat, syn Nestora. Menelaos, syn Atreusza, spoczywał w swej komnacie, a obok niego leżała cudna Helena, najpiękniejsza pośród kobiet.

O świcie Menelaos wstał z łoża i ubrał się. Przez ramię przerzucił pas rzemienny z mieczem. Zawiązał sandały i wyszedł na dziedziniec, gdzie zastał siedzącego Telemacha.

– Powiedz mi, Telemachu, dlaczego przebyłeś ciemne morze? – spytał niespodziewanie Menelaos. – Czy w publicznej sprawie, czy też prywatnej?

– Menelaosie, wodzu swych ludzi, przybyłem tu w nadziei, że powiesz mi coś o mym ojcu. Moje domostwo jest plądrowane, moje ziemie leżą odłogiem, pałac jest pełen złych ludzi, którzy zarzynają moje owce i bydło. To „zalotnicy” mej matki, jak sami twierdzą, niewymownie zuchwali. Przybyłem więc tu w nadziei, Menelaosie, że opowiesz mi o smutnej śmierci mego ojca, i czy widziałeś ją na własne oczy, czy też słyszałeś o niej od kogoś innego. Nie użalaj się nade mną i nie racz kojącymi słowy, lecz niczego mi nie oszczędzaj. Jeśli mój ojciec był ci kiedykolwiek przyjacielem na trojańskiej ziemi, zaklinam, powiedz mi prawdę!

Menelaos nie krył oburzenia, wysłuchawszy Telemacha: – Oby Hades pochłonął tych ludzi! Cóż to za tchórze! Kiedy łania rodzi potomstwo w legowisku lwa, a potem biega po dolinach w poszukiwaniu pastwiska, a lew wraca do swej kryjówki, to co dzieje się z koźlątkami? Niechaj Odyseusz ześle śmierć na owych zalotników! Pamiętam raz, jak walczył z jednym człowiekiem na wyspie Lesbos i rzucił go na ziemię z taką mocą, że wszyscy Achajowie krzyczeli z radości. Ci ludzie odkryją jego siłę i zaznają wczesnej śmierci. Co się zaś tyczy wieści o twym ojcu, powiem ci wszystko, co usłyszałem od Proteusza, starca morskiego. Utknąłem w Egipcie. Bogowie byli rozgniewani, ponieważ nie złożyłem odpowiedniej ofiary, rzecz, której nigdy nie powinieneś zaniechać. Nieopodal Egiptu leży wyspa zwana Faros. Przy sprzyjających wiatrach dociera się do niej w jeden dzień. Jest tam port,

w którym można zakotwiczyć, by uzupełnić zapas słodkiej wody. No cóż, bogowie przetrzymali mnie tam przez dwadzieścia dni, wiatry zaś nigdy nie były sprzyjające. Moje zapasy miały się niebawem skończyć, a siła mych ludzi sczeznąć – gdyby nie ocaliła mnie pewna bogini: Ejdotea, córka Proteusza, starca morskiego. Ejdotea spotkała mnie, gdym wędrował wzdłuż wybrzeża, podczas gdy moi towarzysze łowili ryby, ponieważ głodowali. Zbliżyła się do mnie i spytała: „Czy jesteś głupcem, nieznajomy, że z własnej woli pozostajesz na tej wyspie?”. Ja zaś odrzekłem: „Nie wiem, jaką jesteś boginią, lecz zapewniam cię, że nie tkwię tu dobrowolnie. Zapewne rozgniewałem bogów, lecz czy możesz mi powiedzieć, jak mogę się stąd wydostać?”. „Skoro pytasz, nieznajomy, powiem ci wszystko” – odparła. „Każdego dnia przybywa tu z Egiptu Proteusz, starzec morski. Służy Posejdonowi. Powiadają, że jest moim ojcem. Jeśli się przyczaisz i schwytasz go, powie ci, jak się stąd wydostać. Dowiesz się także od niego, jakie dobro i jakie zło dokonało się w domu pod twą nieobecność”. „Jak jednakże mogę czekać na starego człowieka i nie zostać zauważonym? Niełatwym jest wyprowadzić boga w pole!” – rzekłem. „W południe stary człowiek wynurza się z morza, gdy jego powierzchnię marszczy wiatr zachodni. Kładzie się do snu w jaskiniach, a wokół niego gromadzą się foki, potomstwo Córki Morza. Woń jest odrażająca! Zaprowadzę cię do jaskiń o  świcie. Wybierz trzech ludzi jako swych towarzyszy. Wskażę wam odpowiednie miejsce. Muszę cię jednak uprzedzić, że stary człowiek jest pełen magii. Najpierw policzy swe foki. Gdy już odliczy je po pięć, zalegnie jak pasterz ze swym stadem i zaśnie. Gdy tylko ujrzysz go leżącego, przytrzymaj go bez względu na to, jak bardzo się będzie opierał. Zmieni się we wszelkiego rodzaju ziemskie istoty, a nawet w szalejący ogień. Mimo wszystko trzymaj go i nie puszczaj, aż ukaże się w swej naturalnej postaci. Wtedy uwolnij go i spytaj, który z bogów pała do ciebie gniewem”.

– Potem Ejdotea zanurkowała w morzu – ciągnął Menelaos. – Udałem się ku swoim statkom, bijąc się z wieloma mrocznymi myślami. Przygotowaliśmy posiłek, zapadła noc. Położyliśmy się na plaży, by wypocząć. O świcie

ruszyłem wzdłuż wybrzeża, modląc się do bogów i wiodąc ze sobą trzech towarzyszy, którym ufałem najbardziej. Tymczasem Ejdotea powróciła z czterema skórami foczymi, świeżo zdartymi ze zwierząt. Następnie wykopała w piasku cztery niecki. Kazała nam położyć się w nich i każdego nakryła foczą skórą. Ich odrażająca woń była tak silna, że nie mogliśmy jej znieść, bliscy pogrzebania naszego planu. Wtedy Ejdotea wyjęła pachnidła i podstawiła je nam pod nozdrza. Czekaliśmy cały ranek. W końcu pojawiły się foki i ułożyły w rzędach na brzegu. Starzec morski wynurzył się z fal i policzył tłuste foki, poczynając od nas, ale nie domyślając się, kim jesteśmy. Potem się położył, my zaś zerwaliśmy się i pochwyciliśmy go. Przemienił się w lwa, potem w węża, w lamparta, w gigantycznego dzika, we rwąca wodę, wreszcie stał się wysokim liściastym drzewem. My jednak trzymaliśmy go mocno. W końcu zmęczył się i powrócił do swej pierwotnej postaci. „Kim jesteście?” – spytał. „Dlaczego trzymaliście mnie wbrew mej woli?” „Starcze morski” – zwróciłem się do niego. „Wiesz, jak długo jestem więziony na tej wyspie, a po prawdzie moja wola słabnie coraz bardziej. Powiedz mi, który bóg sprzeciwia się memu powrotowi”. „Gdybyś złożył właściwą ofiarę Zeusowi i innym bogom, szczęście bardziej by ci sprzyjało” – odparł Proteusz. „A tak musisz wrócić teraz do Egiptu, nad piękną rzekę Nil i złożyć tam ofiary. Tylko wówczas, gdy to uczynisz, zdołasz odnaleźć drogę do domu”. Ze zdumieniem usłyszałem od niego, że ponownie będę musiał odbyć podróż przez morze do Egiptu. „Dobrze, uczynię to, starcze morski. Lecz powiedz mi, czy wszyscy wodzowie powrócili bez szwanku z Troi?” „Och, synu Atreusza, Menelaosie, gdyż nim jesteś, jak sądzę” – odparł Proteusz. „Dlaczego mnie o to pytasz? Zalejesz się jedynie łzami. Wielu ludzi zostało zabitych na wietrznej równinie, jak wiesz, lecz dwóch zginęło w drodze do domu, trzeci, jak sądzę, jest wciąż gdzieś przetrzymywany w niewoli. Mniejszy Ajas zaginął na morzu. Jak wiesz, jego imiennik, wielki Ajas, umarł pod Troją z szaleństwa i wstydu. Z początku Posejdon zagnał okręty wiosłowe mniejszego Ajasa na skały u południowych wybrzeży Mykonos. Lecz Ajas

ocalał, choć Atena go nienawidziła, ponieważ zgwałcił Kasandrę, córkę Priama, u podnóża posągu bogini w Troi. Potem mniejszy Ajas, ślepy głupiec, krzyknął ze skały, że wbrew woli bogów umknął z morza. Usłyszał go Posejdon i uniósł swój trójząb, by skałę roztrzaskać. Ajas wpadł do zimnej wody i tam skonał. Co do twego brata Agamemnona, to Hera uśmiechała się doń – z początku. Dopadł go sztorm u wybrzeży Malty, przy samym krańcu Peloponezu, i zagnał daleko, potem jednak pojawił się sprzyjający wiatr, on zaś dotarł do domu w Mykenach. Po zejściu z pokładu ucałował ziemię, a z oczu popłynęły mu łzy. W owym czasie nad Mykenami rządy sprawował Ajgistos. Wybrał dwudziestu najlepszych spośród swych ludzi i kazał im czekać w ukryciu. Przygotował wielką ucztę, następnie przybył na swym rydwanie, by powitać Agamemnona, zabrał go do domu i podczas gościny zarżnął jak wołu w spichlerzu. Zabił też służących, potem zaś swoich ludzi, tak aby nikt się nie dowiedział, co zaszło”.

Menelaos kontynuował swą opowieść:

– To rz ekł mi Proteusz, ja zaś byłem zrozpaczony i osunąłem się na piasek. Nie chciałem już dłużej żyć. Lecz gdy wypłakałem łzy, starzec morski pow iedział: „Menelaosie, trwanie w żalu nie przyniesie ci niczego dobrego. Odłóż na bok smutek i jak najszybciej powróć do domu. Być może zastaniesz jeszcze Ajgistosa przy życiu, chyba że zabił go Orestes, syn Agamemnona”. „Zatem wiemy o dwóch ludziach, o których wspomniałeś, o Ajasie i Agamemnonie” – powiedziałem. „Lecz kim jest ten trzeci?”. „To Odyseusz, syn Laertesa” – odparł Proteusz. „Mieszka w Itace. Widziałem go na wyspie, płaczącego w domu nimfy Kalipso, która przetrzymuje go tam wbrew jego woli. Nie może powrócić do swej ojczyzny, gdyż nie ma statków ani towarzyszy, którzy dopomogliby mu w podróży. Co się tyczy ciebie, Menelaosie, nie umrzesz w Sparcie, bo bogowie zawiodą cię na Pola Elizejskie u krańców Ziemi. Mieszka tam Radamantys, sędzia innego świata, życie zaś w owym miejscu jest wolne od trudów – nie ma śniegu, sztormów ani deszczu. Ocean zsyła dobry wiatr zachodni, który przynosi ludziom ochłodę. I będziesz

miał Helenę za żonę”. Potem starzec morski zniknął pod wznoszącymi się falami. Powróciliśmy do Egiptu, nad Nil, zacumowałem i złożyłem bogom ogromne ofiary. Następnie wzniosłem kopiec grobowy ku pamięci mego brata Agamemnona, aby jego imię trwało na wieki. Lecz ty, Telemachu, zostań tu dziesięć czy dwanaście dni, a potem wyślę cię w drogę z przednimi darami: trzema końmi, mocnym rydwanem i pięknym kielichem, z którego będziesz mógł nieśmiertelnym bogom wylewać ofiary.

– Synu Atreusza, nie powinieneś mnie gościć tu zbyt długo – rzekł Telemach. – Choć z radością spędziłbym tu rok, słuchając twych opowieści. Nawet w tej chwili moi towarzysze oczekują mnie w Pylos. A jeśli pragniesz wręczyć mi dar, niechaj zdołam go ponieść ze sobą. Nie mogę wziąć do Itaki koni! Nie ma tam otwartych przestrzeni ani też łąk. To ziemia odpowiednia jedynie dla kóz, choć nadobna.

– Mądrze mówisz, moje dziecko – oznajmił z uśmiechem Menelaos. – No cóż, zatem zmienię ten dar. Dam ci najpiękniejszy skarb, jaki posiadam: srebrną czarę ze złotym obramowaniem.

Tymczasem w Itace, na dworze Odyseusza, zalotnicy oddawali się bezmyślnym zabawom. Jeden z nich, Noemon, zwrócił się do Antinoosa, jednego z ważniejszych.

– Czy w iemy, kiedy Telemach powraca z Pylos? – spytał. – Wypłynął na moim statku, ja zaś muszę udać się do Elis, gdzie mam klacze rozpłodowe i muły.

Zalotnicy byli zdumieni, ponieważ sądzili, że Telemach nie wybrał się do Pylos, tylko że jest pośród swych stad albo ze świniopasem Eumajosem.

– Powiedz mi prawdę, Noemonie – poprosił Antinoos. – Dokąd się udał? Kto się z nim wybrał? Czy to dobrzy ludzie z Itaki, czy może najemni i niewolnicy? Wziął twój statek siłą czy może przekazałeś mu go dobrowolnie?

– Przekazałem dobrowolnie. Cóż innego mogłem uczynić, gdy taki człowiek, obarczony smutkiem, o coś prosi? Ludzie zaś, którzy mu towarzyszyli, są najlepsi. Jednym z nich był Mentor.

Antinoos i Eurymach okazali głęboki gniew i natychmiast kazali zalotnikom porzucić ich gry i zabawy. Antinoos przemówił do nich z wściekłością, mając czarne serce przepełnione furią:

– Sądziliśmy, iż Telemach nigdy nie wyruszy w tę podróż, lecz on to uczynił! Sprowadzi na nas kłopoty! Oby Zeus zgładził go, nim młodzieniec osiągnie wiek męski. Dajcie mi szybko statek i dwudziestu ludzi, a ja zasadzę się na niego w cieśninie między Itaką a Kefalinią!

Wszyscy pochwalili jego słowa i zaaprobowali plan.

Niewolnik Medon, stojąc nieopodal dziedzińca, usłyszał, jak zalotnicy spiskują. Udał się na górę, do komnaty Penelopy.

– Medonie, czy to zalotnicy cię przysłali? – spytała, kiedy przestąpił próg komnaty. – Co, kazali niewolnikom Odyseusza przygotować następną ucztę?

Oby ten posiłek był ich ostatnim! Zjawiają się tłumnie i marnotrawią bogactwo Telemacha. Ich ojcowie powiedzieli im z pewnością, jakim człowiekiem był Odyseusz i że nigdy nikogo nie skrzywdził. Nigdy nie postępował niesprawiedliwie, oni zaś są ludźmi niewdzięcznymi.

– Tak – odrzekł Medon. – Pragnąłbym jednak, aby to był najgorszy z ich postępków. Zalotnicy jednak planują większą zbrodnię. Chcą zabić Telemacha, gdy będzie płynął z Pylos i Sparty.

Słowa te sprawiły, że Penelopie zadrżały kolana, a serce przeszył ból.

– Powiedz, Medonie, dlaczego mój syn stąd wyruszył? – odezwała się w końcu. – Nie musiał wchodzić na statek i przepływać morza!

– Nie wiem, czy nakłonił go do tego jakiś bóg, czy też był to jego własny pomysł. Pragnął udać się do Pylos, by uzyskać wiadomości o ojcu.

Penelopę spowiła chmura żalu. Służebne w jej otoczeniu łkały.

– Posłuchajcie mnie, moi drodzy – rzekła w końcu. – Nikt nigdy nie żył w większym smutku niż ja. Dawno temu straciłam męża, a teraz odszedł mój syn, porwany przez wiatry. Wezwij teraz Doliosa, który dogląda drzew w mym ogrodzie. Chcę, by udał się do Laertesa, ojca Odyseusza. Może Laertes zdoła nakłonić swój lud, by ten sprzeciwił się tym, którzy chcą zniszczyć jego rodzinę!

– Małżonko Odyseusza – zwróciła się do Penelopy Eurykleja, wiekowa i lojalna piastunka. – Nie będę cię okłamywać. Wiedziałam o tym i dałam Telemachowi chleb i wino na drogę. On jednak kazał mi przysiąc, że nie powiem ani słowa aż do dwunastego dnia, tak abyś nie skaziła swej twarzy płaczem.

A teraz weź kąpiel, włóż świeżą szatę i módl się do Ateny, by ocaliła życie Telemacha. I nie kłopocz starego Laertesa.

Słowa Euryklei sprawiły, że Penelopa poczuła się odrobinę lepiej. Poszła do łaźni, wzięła kąpiel, włożyła czyste odzienie i wróciła na górę do swej komnaty.

Wsypała do kosza ziarna jęczmienia i pomodliła się do Ateny.

–

Usłysz mnie, Ateno, dziecię Zeusa – rzekła. – Jeśli Odyseusz kiedykolwiek spalił dla ciebie w ofierze tłuste udźce, ocal mojego syna. Odpędź złych

zalotników, którzy zamierzają go zabić!

Płakała w tej modlitwie, Atena zaś ją usłyszała.

Tymczasem w sali na dole zalotnicy wzniecili wrzawę.

– Przypuszczam, że królowa szykuje się już do małżeństwa, nie wiedząc, iż jej syna czeka śmierć! – rzekł jeden do drugiego.

– Nie przechwalajmy się – przestrzegł pozostałych Antinoos. – Ktoś może nas podsłuchać. Powstańmy teraz i wprowadźmy nasze plany w życie.

Antinoos wybrał dwudziestu ludzi. Udali się na wybrzeże i zepchnęli statek na wodę. Postawili maszt, wciągnęli żagiel i umieścili na swych miejscach wiosła. Słudzy przynieśli im oręż. Daleko w kanale zakotwiczyli swój statek, potem zeszli na ląd, gdzie przyszykowali posiłek, czekając na zmrok.

Penelopa leżała w swej komnacie. Nie tknęła jedzenia, ani mięsa, ani napoju, i bezustannie myślała o swym synu i o tym, czy ujdzie śmierci. Czuła się jak lew pełen przerażenia, gdy otaczają go uzbrojeni ludzie. W końcu ogarnął ją sen.

Atena stworzyła zjawę pod postacią kobiety i wysłała ją do domu Odyseusza. Zjawa przeniknęła zapieczętowane drzwi komnaty i stanęła u wezgłowia Penelopy.

– Śpisz, Penelopo, utrapiona w swym sercu? – spytała. – Bogowie nie chcą, byś płakała, że twój syn nie wrócił. Nic przeciwko niemu nie mają.

– Dlaczego się tu zjawiłaś? – spytała w odpowiedzi Penelopa. – Prosisz, bym stłumiła żal i ból, które mnie niszczą. Tyle czasu upłynęło od chwili, gdy straciłam męża, a teraz odszedł także mój syn. To tylko dziecko. Nic nie wie o świecie.

– Nie lękaj się – powiedziała zjawa. – Towarzyszy mu przewodnik, sama Atena, która lituje się nad tobą i twym smutkiem. To ona mnie przysłała.

– Jeśli jesteś bogiem, powiedz mi, błagam cię! Czy ten człowiek, mój mąż, wciąż żyje, czy też przebywa w krainie Hadesa?

– Nie będę o nim mówić  – odparła zjawa. – Jest rzeczą złą wypowiadać słowa puste jak wiatr.

Powiedziawszy to, zjawa odpłynęła. Penelopa obudziła się z bijącym głucho sercem.

Tymczasem zalotnicy powrócili na swój statek. Między Itaką a Kefalinią leży skalista wyspa; jest niewielka, lecz znajduje się na niej przystań. Tam się przyczaili, czekając na syna Odyseusza.

KSIĘGA 5

ODYSEUSZ UCIEKA

Bogini Eos podniosła się ze swego łoża, by zesłać na bogów i śmiertelnych światło. Gdy to czyniła, bogowie zasiedli do rady, której przewodził wszechwładny Zeus. Atena opowiadała o cierpieniach Odyseusza przebywającego w niewoli u nimfy Kalipso.

– Ojcze Zeusie i wy wszyscy, którzy nigdy nie pomrzecie – zaczęła. – Od tej chwili żaden król nie będzie już dobry, łagodny i sprawiedliwy. Równie dobrze może być okrutny i postępować niesprawiedliwie wobec swego ludu! Bowiem nikt z was nie pamięta o dobroci Odyseusza, który troszczył się o swych poddanych niczym ojciec. Przebywa teraz w pałacu Kalipso, która przetrzymuje go tam wbrew jego woli. Nie może powrócić do swej ojczyzny, a teraz jeszcze

zalotnicy jego żony zamierzają zabić mu syna.

– Moje nadobne dziecko, co też mówisz? – odparł Zeus. – Czy nie było twoim zamiarem, by Odyseusz wrócił i dokonał zemsty? Co do Telemacha, pomóż mu dotrzeć do rodzinnej ziemi! Masz taką moc. Hermesie, mój zaufany posłańcu – ciągnął Zeus – powiedz nimfie Kalipso, że zgodnie z naszą decyzją

Odyseusz ma udać się do domu. Po wielu trudach dotrze do Feaków, ludu nam bliskiego. Ci powitają go z honorami i dadzą mu brąz, złoto i odzienie, więcej, niźli zabrał z Troi. Tego lata jest mu przeznaczone znów ujrzeć swój lud.

Hermes zawiązał złote sandały na swych nieśmiertelnych stopach i pomknął niczym wiatr nad morzem i rozległym lądem. Wziął ze sobą kaduceusz, za pomocą którego mógł przynosić oczom ludzkim sen, a także budzić ich z niego.

W Tesalii zanurkował ku morzu jak kormoran polujący na ryby, który zanurza swe gęste pióra w wodzie, i popędził przez fale.

Dotarł do wielkiej groty, siedziby pięknej Kalipso. W środku płonął wielki ogień na palenisku. Nad wyspą unosiła się woń palącego się cedru, nimfa zaś śpiewała słodkim głosem, siedząc przy krosnach i tkając za pomocą złotego czółenka. Jaskinia usadowiona była w bujnym lesie brzóz, topoli i cyprysów, gdzie swe gniazda uwiły ptaki: sowy, sokoły i skrzeczące wrony. Obok groty znajdował się ogród z pnączami, z których zwieszały się kiście winogron. Cztery źródła, jedno obok drugiego, wzbierały jasną wodą. Wokół rozciągały się łąki, na których kwitły fiołki i seler.

Kalipso poprosiła Hermesa, by spoczął.

– Hermesie, mój ukochany przyjacielu, którego nigdy nie widuję… witaj!

Dlaczego tu przybyłeś? Lecz nim odpowiesz, może zechcesz się posilić?

Postawiła przed nim ambrozję i nektar, pokarm bogów.

– Pytasz mnie, dlaczego przybyłem – rzekł Hermes, gdy już się posilił – więc ci powiem. Zeus mnie przysyła. Mówi, że jest tu z tobą pewien człowiek, bardziej nieszczęsny niż wszyscy, którzy walczyli przez dziewięć lat pod miastem Priama, a w dziesiątym roku złupili je i wyruszyli do swych domów. Jego pozostali ludzie zginęli, lecz fale przywiodły go tutaj. Zeus nakazuje ci wysłać go w drogę, gdyż nie jest mu przeznaczone umrzeć tak daleko od rodzinnej ziemi.

– Wy, bogowie, jesteście okrutni i szybko ulegacie zazdrości! – rzuciła Kalipso w nagłym gniewie. – Kiedy Eos wzięła myśliwego Oriona do swego łoża, Artemida ścięła go deszczem złotych strzał. A gdy Demeter zaległa z Iasjonem na trzykroć obróconej skibie, Zeus zabił go piorunem. Tak samo jesteście zazdrośni, że śmiertelny człowiek jest mym towarzyszem. Ocaliłam go, kiedy pokonywał fale, trzymając się połamanego kilu, sam jeden po tym, jak Zeus zniszczył mu statek. Inni zginęli, lecz jego morze przyniosło tutaj. Powitałam go, nakarmiłam i powiedziałam, że uczynię go nieśmiertelnym. Lecz jeśli taka jest wola Zeusa, nic nie można na to poradzić. Nie mam statków ani ludzi, którzy mogliby z nim żeglować, lecz udzielę mu rady.

– Dobrze! – oznajmił Hermes. – Wyślij go w drogę, by nie wzbudzać gniewu Zeusa.

Hermes się oddalił, a Kalipso udała się do Odyseusza. Znalazła go na brzegu; oczy miał mokre od smutku, a wraz z żalem umykało zeń życie.

– Drogi, nieszczęśliwy człowieku – zwróciła się doń Kalipso. – Nie musisz już dłużej rozpaczać. Cieszę się, iż mogę cię stąd odesłać. Zetnijmy drzewa, sporządźmy tratwę i przymocujmy deski jako pokład. Załaduję na nią chleb, wodę i wino, byś nie cierpiał głodu, dam ci również odzienie. Ześlę też pomyślny wiatr, byś mógł powrócić bez szwanku na ziemię ojczystą. Taka jest wola bogów, którzy władają niebem i są potężniejsi ode mnie.

– Sądzę, że zamyślasz coś innego, bogini! – odparł Odyseusz, wstrząsany dreszczem. – Chcesz, bym przebył wielkie odmęty morza, których nawet statki nie przepływają, na deskach? Nie postawię stopy na żadnej tratwie, bogini, jeśli nie przysięgniesz, że nie knujesz czegoś i nie obmyślasz jakiegoś nowego podstępu.

– Szelma z ciebie, i to przebiegły, skoro taka rzecz przyszła ci do głowy –oznajmiła Kalipso z uśmiechem, głaszcząc go po dłoni. Biorę na świadków Ziemię, rozległe Niebiosa i wody Styksu, to najuroczystsza przysięga, jaką bóg może złożyć: nie będę knuć przeciwko tobie ani sprawiać ci bólu. Moje intencje są dobre, Odyseuszu.

Rzekłszy to, ruszyła przodem do swej jaskini, Odyseusz zaś zajął miejsce opuszczone przez Hermesa. Kalipso nakarmiła go i napoiła; spożyli posiłek razem. Potem przemówiła pierwsza.

–

Synu Laertesa, jesteś mądrym człowiekiem… Czy na pewno pragniesz powrócić do domu? Jeśli tak, to życzę ci pomyślności. Gdybyś tylko wiedział, jakie cierpienia przyjdzie ci znosić, nim dotrzesz do ojczystego lądu, zostałbyś tu ze mną na zawsze. Wiem, że chcesz ujrzeć swoją żonę, lecz ja nie ustępuję jej pod względem urody. My, bogowie, odznaczamy się nadobniejszym wyglądem niż ludzie!

– Wielka bogini, nie gniewaj się na mnie. Wiem, że Penelopa nie jest tak promienna jak ty. Ostatecznie jest śmiertelna, podczas gdy ty będziesz żyć wiecznie. Mimo to tęsknię dniem i nocą i pragnę wrócić do domu. I jeśli jakiś

bóg porazi mnie na morzu, przetrwam to. Tyle wcześniej wycierpiałem na wodzie i na wojnie, że będzie to tylko jeszcze jedna niedogodność.

Słońce zaszło, zapadła ciemność. Weszli w głąb jaskini, gdzie zasnęli obok siebie.

Następnego ranka Odyseusz włożył tunikę i płaszcz, piękna nimfa zaś długą, białą szatę, którą przepasała sznurem przeplatanym złotem. Na głowę założyła chustę, następnie przygotowała się do pomocy Odyseuszowi. Dała mu wielki topór z brązu, zaostrzony na obu krawędziach, dobrze dopasowany do jego dłoni. Stylisko zrobione było z drzewa oliwnego i solidnie przymocowane do głowicy. Ruszyła ku krańcowi wyspy, gdzie rosły wysokie drzewa, brzozy, topole i jodły tak strzeliste, że sięgały nieba. Były suche i dobrze utwardzone, odpowiednie na tratwę.

Kalipso, pokazawszy Odyseuszowi drzewa, wróciła do swej jaskini. Ten zaś zabrał się do pracy, ścinając pnie i czyniąc to szybko. Powalił dwadzieścia drzew, obrobił je, wygładził i naprostował. Tymczasem powróciła Kalipso, przynosząc ze sobą świdry. Odyseusz wydrążył dziury w deskach, złożył je razem i połączył za pomocą kołków. Tratwa była szeroka jak zwykły statek.

Potem ustawił maszt i belkę do takielunku, wykonał też wiosło sterowe. Kalipso przyniosła płótno na żagiel.

Czwartego dnia Odyseusz ukończył pracę. Piątego zaś Kalipso przygotowała mu kąpiel, ubrała w wonne odzienie i wysłała w drogę. Na tratwie bogini umieściła skórzane bukłaki z winem i wodą, a także zapas żywności w worku.

Następnie przywołała sprzyjający wiatr, łagodny i ciepły, by pospieszał Odyseusza w jego podróży.

Odyseusz z zadowoleniem rozpostarł żagle, manewrując zręcznie tratwą za pomocą wiosła sterowego. Nie spał. Obserwował gwiazdy, tak jak radziła mu Kalipso. Płynął przez dni siedemnaście, osiemnastego zaś ujrzał skąpane w cieniu góry na ziemi Feaków, niczym tarczę spoczywającą na mglistym morzu.

Posejdon wracał ze swej wizyty u Etiopów; zobaczył Odyseusza i zapałał wielkim gniewem, gdyż ten oślepił jego jedynego syna Polifema.

– A niech to – rzekł Posejdon do siebie, kręcąc głową. – Przypuszczam, że bogowie zmienili zdanie co do Odyseusza, kiedy biesiadowałem z Etiopami! Jest już blisko ziemi Feaków, gdzie umknie przed wszelkimi utrapieniami. Mimo wszystko dam mu odrobinę posmakować zła!

Zebrał obłoki i ujmując swój trójząb, wzbudził każdy powiew wszelkiego wiatru. Zakrył ląd chmurami, z góry zaś spłynęła noc. Odyseusz poczuł, jak uginają się pod nim kolana i jak drży na całym ciele.

– Wygląda to na mój koniec – rzekł do siebie. – Wszystko, co powiedziała bogini, było prawdą. Zeus zasnuł ciemnością niebo i wzburzył morze.

Zagłada jest nieuchronna. Trzykrotnie albo czterokrotnie błogosławieni ci, którzy padli pod Troją. Żałuję, żem nie zginął, gdy obrońcy Ilionu ciskali w nas swe włócznie, walczących o ciało Achillesa. Miałbym godny pogrzeb, Achajowie zaś sławiliby moje imię. Wydaje się jednak, że pisana mi żałosna śmierć.

Gdy wypowiadał te słowa, uderzyła go ze straszliwą siłą fala, obracając tratwą wkoło. Wypuścił z dłoni wiosło sterowe i wpadł do morza. Maszt złamał się na pół, belka od żagla zaś się zerwała. Odyseusz pozostawał pod wodą, obciążony odzieniem, które dała mu Kalipso.

W końcu wynurzył się z toni i wypluł gorzką wodę morską. Podpłynął do tratwy, chwycił się jej, potem podciągnął się na nią i usiadł pośrodku, starając się umknąć śmierci. Morze obracało tratwą na wszystkie możliwe strony. Tak jak jesienią, gdy wiatr północny gna po równinie kępy ostu, one zaś przylegają do siebie, tak też wichry rzucały tratwą tam i z powrotem.

Lecz Ino, niegdyś śmiertelna córka Kadmosa, króla Teb, dostrzegła go. Ino, ta o pięknych kostkach, była teraz Białą Boginką, nereidą głębi mórz.

Pożałowała Odyseusza, ujrzawszy go w tarapatach, wypłynęła z wód niczym mewa i usiadła na tratwie.

– Nieszczęsny człowieku, dlaczego Posejdon tak bardzo cię nienawidzi? –spytała. – Pomimo całego swego gniewu nie zgładzi cię. Pozbądź się odzienia i popłyń wpław ku ziemi Feaków, gdzie ujdziesz złemu losowi. Chodź, weź

tę chustę i przewiąż nią pierś. Jest magiczna i nie doznasz żadnej szkody, mając ją na sobie. Lecz gdy tylko dotrzesz do lądu, rozwiąż ją i rzuć do morza, a potem się odwróć.

Boginka dała mu chustę i wskoczyła do wody, gdzie zakryły ją ciemne fale.

Odyseusz, pełen zwątpienia, mruknął do siebie:

– Mam nadzieję, że nie zwodzi mnie ponownie któryś z bogów. Nie posłucham. Ląd jest odległy. Dopóki tratwa się trzyma, jakoś przetrwam, lecz gdy się rozpadnie, popłynę wpław. Nie ma innego wyboru!

Posejdon zesłał wielką falę – ogromną i przerażającą – która załamała się na szczycie i uderzyła w Odyseusza całą swą mocą. Tak jak silny wiatr porywa wyschnięty stos słomy, rzucając źdźbła to tu, to tam, tak i owa fala rozrzuciła kawałki tratwy.

Odyseusz wdrapał się na pojedynczą deskę, jakby dosiadał konia, i zrzucił z siebie odzienie. Potem obwiązał pierś chustą Ino i skoczył do morza z wyciągniętymi rękami, gotów płynąć wpław.

Przez dwie noce i dwa dni Odyseusz unosił się na falach. Wielokrotnie sądził, że nie da rady, lecz o świcie dnia trzeciego wiatr ustał i morze się uspokoiło.

Przelotem dostrzegł wybrzeże, niemal w zasięgu ręki, gdy uniosła go potężna fala – a obraz lądu był niczym widok ukochanych dzieci dla człowieka, który złożony śmiertelną chorobą powrócił nagle do zdrowia.

Gdy Odyseusz znajdował się od wybrzeża w odległości krzyku niosącego się po wodzie, usłyszał grzmot morza uderzającego o skały. Fale rozbijały się z hukiem o suchy ląd, wznosząc się, okrywając wszytko pianą. Nie było tu żadnych przystani, jedynie cyple i klify.

– Zeus obdarował mnie widokiem lądu, nie ma jednak sposobu, by wydostać się z morza! Są tu jedynie ostre granie i jazgot spienionych fal. Klify wznoszą się stromo, a woda nawet przy brzegu jest głęboka, więc nie będę mógł nigdy stanąć wyprostowany. Jeśli spróbuję wydostać się na ląd, jakaś wielka fala może cisnąć mnie na skały. Jeśli zaś popłynę w poszukiwaniu piaszczystej połaci czy przystani, sztormowe wiatry znów mogą mnie porwać i zanieść daleko w morze. Albo nawet jakiś bóg ześle na mnie potwora. Wiem, jak bardzo

Posejdon pragnie mi zaszkodzić!

Gdy Odyseusz snuł te myśli, potężna fala pchnęła go ku linii brzegu. Zdarłoby z niego całą skórę, a kości by się pogruchotały, gdyby nie chwycił obiema dłońmi skały i  nie przywarł do niej z jękiem na ustach, dopóki fala się nie cofnęła. Lecz prąd przyboju znów się pojawił, uderzył weń i cisnął z powrotem ku morzu. Tak jak wówczas, gdy ośmiornica jest wyciągana ze swej jamy, a do jej macek przylegają czyste kamyki, tak też z dłoni Odyseusza zerwane zostały kawałki skóry i przywarły do skały.

Zmagając się z falami, Odyseusz płynął i bezustannie wypatrywał lądu w nadziei, że pojawi się piaszczysta połać. Tak dotarł do ujścia jakiejś rzeki, wolnej od grani i zapewniającej schronienie.

– Usłysz mnie, królu, kimkolwiek jesteś! – zwrócił się błagalnie do boga rzeki. – Proszę o pomoc! Bogowie troszczą się o wędrowców, ja zaś przybyłem do twego strumienia po licznych cierpieniach. Ulituj się nade mną!

Bóg rzeki powstrzymał swój nurt i zesłał ciszę. Odyseusz wydostał się na brzeg; poczuł, jak uginają się pod nim kolana, i wsparł się na dłoniach. Ciało miał nabrzmiałe, a z ust i nozdrzy wylewały się strumienie słonej wody. Leżał, z trudem oddychając, niezdolny wypowiedzieć słowo, ledwie mogąc się poruszać z powodu wielkiego wyczerpania, które go ogarnęło.

Po chwili doszedł do siebie, a jego duch ożył. Zdjął z piersi chustę i wrzucił ją do wody. Potężna fala zaniosła ją z prądem strumienia, a Ino, Biała Boginka, otrzymała ją z powrotem. Odyseusz oddalił się od rzeki i usiadł w trzcinach, po czym ucałował ziemię, dawczynię ziarna. Był straszliwie przybity.

– Co się ze mną stanie? Jaki będzie mój koniec? Jeśli zalegnę na noc przy korycie rzeki, może ogarnąć mnie ziąb, a wczesnym rankiem od wody napłynie chłodny wiatr. Jeśli zaś udam się do lasu i położę w zaroślach, zimno może mnie oszczędzić, ale stanę się ofiarą dzikich zwierząt.

Mimo wszystko las jawił mu się jako lepszy wybór. Znalazł miejsce obok jakiejś polany. Wpełzł pod dwa krzewy wyrastające z tego samego korzenia. Wiatr nie mógł ich przeniknąć ani też promienie słońca; deszcz także nie miał tu dostępu. Bez dalszej zwłoki Odyseusz zgarnął spadłe liście, z których ułożył legowisko i którymi się przykrył. Tak jak ktoś chowa iskrę pod dogasającymi polanami w jakimś odludnym obejściu, z dala od sąsiadów, a tym samym ocala zarzewie ognia, tak by nie trzeba było rozniecać go na nowo rankiem – tak też Odyseusz nakrył się liśćmi. Atena zaś zesłała na jego oczy sen, by ten uwolnił go od zmęczenia.

KSIĘGA 6 NAUZYKAA

Odyseusz leżał pogrążony we śnie i do cna wyczerpany. Tymczasem

Atena udała się do miasta Feaków. W dawniejszych czasach mieszkali oni w krainie nieopodal cyklopów, lecz te zarozumiałe stwory, silniejsze od nich, bezustannie ich łupiły. Król Feaków, boski

Nausitoos, poprowadził ich więc na wyspę Scherię, położoną z dala od reszty ludzkości. Wzniósł tam mur wokół miasta, zbudował także domy i świątynie dla bogów, wytyczył też ziemie pod uprawy. Kiedy zmarł, królem został jego syn Alkinoos.

Atena weszła do wyszukanej komnaty sypialnej Nauzykai i jej dwóch służebnych. Młoda księżniczka spała, piękna niczym bogini. Przybrawszy postać jednej z jej przyjaciółek, Atena powiedziała:

– Nauzykao, skąd ta niedbałość? Twe piękne szaty leżą zmięte i brudne, choć niedaleki jest już dla ciebie czas zamążpójścia. Pójdźmy więc o brzasku uprać twoje rzeczy. Przynaglij ojca, by przygotował muły i wóz, ponieważ woda znajduje się daleko od miasta.

Nadszedł świt i Nauzykaa udała się do ojca i matki. Matka siedziała przy ogniu wraz ze służebnymi, ojciec zaś wybierał się na spotkanie z członkami swej rady. Najpierw zbliżyła się do ojca. – Ojcze, czy przygotujesz mi wóz o mocnych kołach, tak abym mogła zawieźć brudne odzienie nad rzekę?

– No cóż, muły nie mają nic przeciwko temu, moje dziecko – odparł. – Ja także nie, więc weź je. Niewolnicy przygotują ci wóz o mocnych kołach i wysokiej skrzyni.

Wezwał niewolników, oni zaś przyszykowali wóz, po czym przyprowadzili muły i zaprzęgli je do niego. Nauzykaa przyniosła z sypialni brudne szaty i ułożyła je na wozie. Matka napełniła niewielką skrzynkę przysmakami i nalała do skórzanego worka wino. Nauzykaa ujęła lejce i smagnęła nimi muły. Wóz ruszył ze stukotem kół.

Dotarła wraz ze służebnymi do potoków, gdzie znajdowały się niewielkie rozlewiska. Spod ziemi wypływały strumienie wody i obmywały kamienie z siłą pozwalającą oczyszczać nawet najbrudniejsze odzienie. Dziewczęta wyprzęgły muły i zaprowadziły wzdłuż rzeki ku słodkiej trawie, gdzie zwierzęta mogły się paść, potem zaniosły brudne rzeczy nad wodę. Deptały je w rozlewiskach, oddając się radosnej rywalizacji.

Gdy szaty zostały uprane, a wszelkie plamy zniknęły, dziewczęta rozłożyły je w rzędach na brzegu morza, gdzie pełne wigoru fale wygładzały kamyki. Potem uraczyły się posiłkiem nad rzeką, czekając, aż czyste rzeczy wyschną w słońcu.

Po jedzeniu Nauzykaa i jej służebne zdjęły nakrycia głowy, by zagrać w piłkę. Królewna przewodziła im w śpiewie, gdy oddawały się tej zabawie. Wyróżniała się pośród swych nadobnych towarzyszek urodą, tak jak wyróżniała się pośród córek Zeusa bogini Artemida, która przemierzała góry w pogoni za dzikami, jeleniami i nimfami leśnymi.

Nauzykaa rzuciła piłkę, ale służebne nie złapały jej i zniknęła pod wodą w głębokim wirze. Dziewczęta wydały głośny pisk, Odyseusz zaś się przebudził. Usiadł, nie wiedząc, co się dzieje.

„Dokąd przybyłem?” – pomyślał. „Czy mieszkają tu ludzie okrutni? Czy też lubią obcych, szanując tym samym bogów? Słyszałem krzyk, jakby głos dziewcząt, może nimf, które wędrują po górach. Czy dotarłem do miejsca, gdzie istnieje ludzka mowa? Niech sprawdzę…”

Odyseusz wyłonił się z zarośli. Zerwał z krzewu liściastą gałązkę, by przykryć nią męskość. Niczym wygłodniały lew górski, który ufny w swą siłę, choć chłostany wiatrem i deszczem, wkracza z płonącymi ślepiami do owczej

zagrody – tak też Odyseusz miał wkroczyć w krąg uroczych dziewcząt, choć był zupełnie nagi.

Pokryty cały skorupą soli przedstawiał sobą straszny widok, nic dziwnego więc, że przerażone służebne uciekły. Tylko córka Alkinoosa stała nieustępliwie w miejscu, zwrócona do Odyseusza, on zaś nie wiedział, czy objąć jej kolana i zaoferować modlitwę, czy też się nie zbliżać i posłużyć tylko słowami. Po namyśle uznał, że lepiej będzie zachować stosowny dystans, gdyż mogłaby poczuć się urażona, gdyby jej dotknął.

– Chylę się przed tobą, moja królowo… – odezwał się. – Jesteś boginią czy śmiertelną? Jeśliś boginią, najbardziej przypominasz Artemidę, lecz jeśli jesteś śmiertelną, trzykrotnie są błogosławieni twój ojciec, matka i bracia. Muszą się radować, gdy patrzą, jak tańczysz niczym kwiat. Szczęśliwy ten, kto powiedzie cię do swego domu. Nigdy nie widziałem podobnej tobie śmiertelnej istoty, mężczyzny czy kobiety. Lecz w Delos oglądałem latorośl palmy przy ołtarzu Apollina. Byłem tam z wieloma ludźmi, towarzyszącymi mi w podróży, która sprawiła nam straszliwy ból. Zdumiałem się, gdym ujrzał tę palmę, gdyż nigdy nie widziałem drzewa tak wyrastającego z ziemi – i tak samo jestem zdumiony, widząc ciebie i lękając się dotknąć twych kolan. Trudów wielkich doświadczyłem. Wczoraj, dwudziestego dnia mej podróży, wyrwałem się z morza. Przez cały ten czas fale i wiatry niosły mnie z wyspy Ogygii, którą rządzi Kalipso. Teraz zaś wylądowałem na tym brzegu, bojąc się nowych niedoli. Na pewno bogowie ześlą mi jeszcze więcej nieszczęść. Królowo, ulituj się nade mną. Wskaż mi drogę do miasta i daj jakiś przyodziewek, bym się mógł zakryć.

– Nieznajomy gościu, nie wydajesz się złym człowiekiem – odparła Nauzykaa. – Wskażę ci drogę do miasta i zdradzę imię tutejszego ludu. To Feakowie.

Ja zaś jestem córką Alkinoosa, króla, który dzierży nad nimi władzę.

Zwinąwszy dłonie przy ustach, przywołała swe służebne.

– Stójcie! Dokąd uciekacie na widok tego człowieka? Nie jest wrogiem! Żaden wróg Feaków nie mógłby tu przybyć, jesteśmy daleko za morzem, poza tym bogowie nas kochają. Żadni śmiertelni nie mają z nami do czynienia.

To jest jakiś wędrowiec, który tu przybył, my zaś musimy się nim zająć, gdyż obcy i żebracy są zsyłani przez Zeusa. Nawet drobny dar wspomoże naszego gościa. Dalej, moje przyjaciółki, dajcie mu jadło, niechaj się też napije, potem wykąpcie go w rzece, w miejscu osłoniętym.

Dziewczęta przystanęły i zaczęły się nawoływać. Poprowadziły Odyseusza ku odpowiedniemu miejscu, jak zasugerowała Nauzykaa, i położyły na ziemi tunikę i płaszcz, dały mu także oliwę w złotej flaszce.

– Dziewczęta, proszę, oddalcie się, bym mógł zmyć sól z mych ramion i natrzeć ciało oliwą – rzekł Odyseusz. – Nie będę się kąpał w waszej obecności. Wstydzę się być nagi pośród was.

Dziewczęta odeszły na bok. Odyseusz obmył się w rzece, usuwając sól z pleców, barków i głowy. Gdy już się wykąpał i natarł ciało oliwą, włożył odzienie, które dały mu dziewczęta. Atena uczyniła go wyższym i silniejszym, z głowy zaś zwieszały mu się kręcone loki niczym hiacynty. Bogini okryła go nadobnością, tak jak rzemieślnik wyszkolony przez Hefajstosa okryłby srebro złotem.

Odyseusz usiadł samotnie na brzegu, promieniejąc swym pięknem, dziewczęta zaś patrzyły nań ze zdumieniem.

– Słuchajcie tego, co wam powiem, dziewczęta – zwróciła się do nich Nauzykaa. – Człowiek ten nie przybył do nas wbrew woli bogów! Wcześniej wydawał się kimś poślednim, teraz zaś przypomina boga! Życzyłabym sobie, by ktoś taki został pewnego dnia moim mężem i mieszkał tu ze mną. Lecz chodźcie, moje przyjaciółki, dajcie nieznajomemu jadło i coś do picia!

Postawiły szybko przed Odyseuszem posiłek, on zaś pochłaniał go łapczywie.

Tymczasem Nauzykaa złożyła uprane rzeczy i umieściła je na wozie. Zaprzęgła muły i usiadła na koźle.

– Bądź teraz gotów udać się do miasta, cudzoziemcze – zawołała do Odyseusza. – Wskażę ci drogę do domu mego ojca. Tam poznasz najszlachetniejszych Feaków. My zaś pojedziemy do miasta otoczonego wysokimi murami.

Po każdej stronie jest port i wąska droga na grobli między nimi. Statki są tam wciągane na piasek. Niedaleko, obok świątyni Posejdona, znajduje się

oznaczone wielkimi kamieniami miejsce zgromadzeń. Mężczyźni zajmują się takielunkiem, linami, żaglami i wiosłami sterowymi. Feakowie nie są myśliwymi, nie lubią łuków i kołczanów, lecz miłują maszty i wiosła, a ponad wszystko statki! Radują się wielce, żeglując po morzach! Obawiam się jednak złych języków. Niektórzy spośród pospólstwa mogą pytać: „No cóż, kim jest ten człowiek towarzyszący Nauzykai? Przystojny i obcy? Gdzie go znalazła? Chyba zamierza go poślubić”. Tak będą mówić, to zaś przyniesie mi wstyd. Zrób, co ci powiem, cudzoziemcze. Znajdziesz gaj Ateny blisko drogi, tuż przed sobą. Rosną w nim brzozy. W gaju są źródło i łąka. To posiadłość mego ojca i winnica, w zasięgu głosu od miasta. Usiądź tam i zaczekaj, aż dotrzemy do domu mego ojca. Kiedy uznasz, że już tam jesteśmy, wkrocz do miasta i spytaj o dom mego ojca. Łatwo go znaleźć. Nawet dziecko wskaże ci drogę.

Gdy zbliżysz się do pałacu, przejdź przez wielki westybul, aż ujrzysz moją matkę. Będzie siedziała przy ogniu i przędła oparta o filar w otoczeniu swych służebnych. Tam, oparte o ten sam filar, stoi krzesło mego ojca, na którym siedzi i pije wino. Wymiń go i obejmij kolana mej matki. Wtedy możesz ujrzeć dzień swego powrotu, choć przybywasz z bardzo daleka.

Smagnęła muły batem i odjechała znad strumienia. Jej służebne i Odyseusz ruszyli na piechotę. Słońce zaszło. Dotarli do gaju, Odyseusz zaś usiadł i pomodlił się.

– Usłysz mnie, o Ateno! Wysłuchaj mej modlitwy! Wcześniej nie słuchałaś, gdy Posejdon uczynił ze mnie rozbitka. Spraw, bym przyszedł do Feaków jako człowiek zasługujący na litość!

Atena w rzeczy samej go usłyszała, lecz nie ukazała się we własnej osobie, gdyż darzyła szacunkiem Posejdona, brata Zeusa, który dawał upust swej wściekłości, dopóki Odyseusz nie powrócił na swą rodzinną ziemię.

KSIĘGA 7

NA DWORZE

KRÓLA FEAKÓW

Odyseusz modlił się, podczas gdy muły zaniosły Nauzykaę do miasta. Zbliżyła się do ojcowskiego pałacu i zatrzymała pod zewnętrzną bramą. Jej przystojni bracia pospieszyli, by wyprząc muły i wnieść czyste rzeczy do środka. Nauzykaa zaś poszła do swej komnaty.

Odyseusz wstał, by ruszyć do miasta. Atena rozpostarła wokół niego mgłę, tak by żaden z Feaków nie stanął mu na drodze. Gdy miał już się znaleźć wewnątrz murów, spotkała go Atena, przebrana za młodą dziewczynę z dzbanem.

– Dziecko, czy możesz mnie zaprowadzić do domu Alkinoosa, króla swego ludu? – spytał Odyseusz, stając przed nią. – Przybywam z odległego lądu, z dalekiego kraju, i nie znam tu nikogo.

– Tak, panie, z chęcią pokażę ci ten dom, gdyż Alkinoos mieszka nieopodal mego ojca. Lecz podążaj za mną w milczeniu. Pójdę przodem. Nikogo o nic nie pytaj, gdyż tutejsi ludzie nie okazują obcym cierpliwości.

Atena ruszyła przodem, on zaś podążył za nią. Feakowie nie dostrzegali go z powodu mgły. Odyseusz patrzył z zachwytem na porty, statki i miejsca zgromadzeń, na zwieńczone palisadami wysokie mury, które otaczały miasto. Tak dotarli do królewskiego pałacu.

– Oto dom, o który pytałeś, panie – rzekła Atena w przebraniu. – Zastaniesz tam króla i jego ludzi podczas ucztowania. Wejdź za próg i niczego się nie obawiaj. Pierwszą osobą, którą napotkasz, będzie królowa. Jej imię brzmi

Arete. Jest mądra i rozsądza spory między mężczyznami. Jeśli zdobędziesz jej przychylność, możesz żywić nadzieję, że powrócisz do swej ojczyzny.

Powiedziawszy to, Atena odeszła i opuściła wyspę. Odyseusz stanął pod pałacem Alkinoosa. Wysoki dach świecił jasno jak słońce albo księżyc, ściany zaś wykonano z brązu i zwieńczono lapis lazuli. Zewnętrzne drzwi były złote, a futryny srebrne, osadzone w progu z brązu. Nadproże było srebrne, a klamka złota. Po obu stronach drzwi stały srebrne i złote psy, które wykonał sam Hefajstos, bóg wszelkich rzemiosł, by strzegły pałacu. Były wieczne, nieśmiertelne.

Wewnątrz, wzdłuż ścian po obu stronach, od progu aż do głównej sali, przytwierdzono krzesła o siedziskach wyłożonych doskonała tkaniną, dziełem rąk miejscowych kobiet. Możni Feaków lubili tu jeść i pić, gdyż żyli w nieustającej obfitości. Na podwyższeniach stali piękni młodzieńcy z pochodniami, zapewniając biesiadnikom światło w porze nocnej. W pałacu było pięćdziesiąt niewolnic, niektóre mełły ziarna w żarnach, inne przędły, ruchliwe niczym liście na wysokiej brzozie. Kobiety Feaków były wprawnymi tkaczkami przy krosnach, tak biegłymi w swym rzemiośle, jak mężczyźni byli biegli w szybkim żeglowaniu po morzach, przewyższając pod tym względem wszystkich innych.

Na zewnątrz, blisko drzwi, znajdował się dziedziniec. Otaczał go żywopłot. Rosły tam drzewa wszelkiego rodzaju: płodne grusze i granaty, jabłonie, figi i oliwki. Owoce te nigdy nie zawodziły zimą czy latem, lecz przynosiły plon przez cały rok – jabłka, winogrona, figi. Była tam też winnica; jedna część posadzki przeznaczona była na grona, które się suszyły, w innej mężczyźni zrywali je z pnączy i ugniatali stopami. Obok ostatniego szeregu winorośli ciągnęły się kwitnące okrągły rok rabaty wszelkiego rodzaju, a w sadzie tryskały dwa źródła; woda z jednego płynęła do ogrodu, z drugiego zaś do pałacu. Takie to były wspaniałe dary bogów!

Odyseusz stał i patrzył z zachwytem na ów dom. Następnie przemierzył szybko westybul, będąc wciąż spowitym gęstą mgłą, którą spuściła na niego Atena. Zbliżył się do Arete i Alkinoosa, po czym objął kolana królowej. W tejże chwili mgła zniknęła.

Na jego widok zapanowała cisza, Feakowie zaś nie kryli zdumienia.

– Arete, przybyłem do ciebie i twego męża i padłem ci do stóp jako błagalnik – rzekł Odyseusz. – Cierpiałem wielce. Niechaj bogowie spełnią każde twe życzenie i sprawią, by twoi poddani przekazali swym dzieciom bogactwo i honory, którymi się cieszą. Lecz błagam, zapewnij mi szybki powrót do mej ziemi ojczystej, i to bezzwłocznie! Od dawna znoszę trudy z dala od mego ludu.

Usiadł w popiele obok ognia. W końcu odezwał się jeden z możnych, zwracając się do wszystkich: – Alkinoosie, nie jest rzeczą właściwą, by gość siedział w popiele! Dalej, podnieście cudzoziemca i posadźcie go na krześle. Niechaj niewolnicy zmieszają wino, my zaś ulejemy je na cześć Zeusa, który sprzyja błagalnikom!

Alkinoos ujął dłoń Odyseusza i podniósł go z paleniska, a następnie posadził na krześle, na którym zwykle zasiadał jego syn Laodamas, jego najukochańsze dziecko, zawsze zajmujące miejsce obok ojca. Służebna przyniosła wodę w złotym dzbanie i nalała ją do srebrnej misy, by obmyć Odyseuszowi dłonie. Potem przysunęła mu stół. Inna z kolei położyła na nim chleb i wszelkiego rodzaju smakowitości. Odyseusz jadł i pił.

–

Pontonousie, przygotuj trochę wina i podaj każdemu, tak abyśmy mogli je wylać na cześć Zeusa, który wspiera błagalników – oznajmił Alkinoos donośnym głosem.

Pontonous przygotował wino i podał każdemu. Kiedy oddali cześć bogom i napili się do syta, Alkinoos zwrócił się do obecnych:

– Słuchajcie mnie, możni wśród Feaków. Dokończcie biesiady, potem zaś udajcie się do swych domów i prześpijcie. Rano się zastanowimy, jak umożliwić temu cudzoziemcowi powrót do jego rodzimej ziemi, nawet jeśli leży ona daleko. Oczywiście, co się potem wydarzy, jest zależne od Mojr, prządek, które od jego narodzin przędą mu nić przeznaczenia. Zawsze okazujcie obcym uprzejmość, gdyż mogą być oni bogami w przebraniu, choć zwykle tak się u nas nie zjawiają, gdyż jesteśmy blisko z nimi spokrewnieni, podobnie jak cyklopi i dzicy giganci, od których się wywodzimy.

– Porzućcie czym prędzej tę myśl – odparł Odyseusz. – Nie jestem podobny bogom, którzy zamieszkują niebo: jestem człowiekiem. Pomyślcie o kimś, kogo znacie, a kto wycierpiał najbardziej ze wszystkich ludzi – ja zatem jestem jak on i mógłbym wam opowiedzieć długą historię. Teraz jednakże pozwólcie mi jeść, gdyż głód stawia własne żądania i nawet gdy człowiek jest pogrążony w smutku tak jak ja, jego brzuch każe o tym zapomnieć. Lecz, proszę, o świcie wyślijcie mnie w drogę.

Feakowie pochwalili jego słowa i nalegali, by jak najszybciej wyruszył do swej ziemi. Potem każdy udał się do swego domu na spoczynek. Odyseusz został w sali sam z Arete i Alkinoosem. Służebne uprzątnęły półmiski. Królowa przemówiła pierwsza, poznając tunikę i płaszcz jako piękne odzienie, które sama uszyła.

– Pra gnę cię wpierw o coś spytać, cudzoziemcze. Kim jesteś i skąd przybywasz? Kto dał ci to odzienie? Czy nie powiedziałeś, że zjawiłeś się tutaj, przepłynąwszy morze?

– Trudno byłoby, moja królowo, opowiedzieć ci o mych cierpieniach, gdyż bogowie zesłali mi ich wiele, ale rzeknę ci jedno. Daleko, na morzu, leży wyspa Ogygia. Mieszka tam Kalipso, córka Atlasa, zwodnicza Kalipso, budząca lęk bogini, która żyje z dala tak od bogów, jak i śmiertelnych! Los przywiódł mnie do jej domu. Zeus uderzył w mój statek piorunem i roztrzaskał go na środku morza. Wszyscy moi towarzysze zginęli, lecz ja chwyciłem się kilu i dryfowałem dni dziewięć. Dziesiątego, po zapadnięciu ciemności,

bogowie przywiedli mnie do owej wyspy. Kalipso zabrała mnie do swego domu, nakarmiła i powiedziała, że uczyni nieśmiertelnym. Nie zdołała mnie jednak przekonać. Pozostałem tam przez siedem lat i bezustannie me łzy przenikały odzienie, które mi dała. Lecz z nadejściem ósmego roku zaczęła nalegać, bym odszedł. Być może otrzymała przesłanie od Zeusa albo zmieniła zdanie. Bez względu na powód wysłała mnie w morze na tratwie, wręczywszy zapasy: chleb, wino i odzienie, przywołała też sprzyjający łagodny wiatr. Płynąłem dni siedemnaście. Osiemnastego ukazały się przede mną spowite cieniem góry waszej ziemi. Moje serce się radowało, lecz Posejdon jeszcze ze mną nie skończył. Wywołał wichry i straszliwie wzburzył morze. Moja tratwa jęknęła i została roztrzaskana przez sztorm, zdołałem jednak przepłynąć morze wpław, aż wiatr i fale przywiodły mnie tutaj. Chciałem wydostać się na ląd, lecz bałwany cisnęłyby mnie na skały. Więc zacząłem płynąć, aż dotarłem do rzeki, gdzie skały były gładkie i gdzie mogłem poszukać schronienia. Osunąłem się na ziemię, z trudem łapiąc oddech, a potem nadeszła noc. Położyłem się, by odpocząć, zgarną łem wokół siebie liście i zapadłem w głęboki sen, który trwał całą noc, ranek i dzień do chwili, aż słońce poczęło zachodzić. Wtedy to usłyszałem krzyki i przebudziłem się. Zobaczyłem dziewczęta, które grały na brzegu w piłkę, a pośród nich była twoja córka wyglądająca jak Artemida. Dała mi chleb i wino, w y k ąpała w rzece, wręczyła też to odzienie.

– Cudzoziemcze, uważam, że moja córka nie postąpiła słusznie – rzekł

Alkinoos. – Powinna była natychmiast przyprowadzić cię do naszego domu!

– Panie, proszę, nie gań swej córki. Nie dopatruję się w niej żadnej winy. Prosiła, bym podążył za nią z jej służebnymi, lecz uznałem, że nie jest to dobry pomysł. Obawiałem się twego gniewu, a ludzie szybko mu ulegają.

– Cudzoziemcze, nie jest mym zwyczajem gniewać się o nic – odrzekł Alkinoos. – Pożądany jest umiar we wszelkich sprawach. Wolałbym, zważywszy na to, jakim jesteś człowiekiem i że rozumujesz podobnie jak ja, byś poślubił moją córkę, zwał się mym synem i pozostał tutaj! Ofiarowałbym ci

dom i dobytek, gdybyś postanowił tu zostać. Lecz nikt z Feaków nie będzie cię odwodził od twego celu.

Odyseusz się ucieszył i pomodlił w duchu: „Zeusie, spraw, by stało się to, co powiedział Alkinoos. Jego sława nigdy nie umrze na całej ziemi, ja zaś powrócę do domu!”.

Arete nakazała swym niewolnicom przygotować miejsce do spania pod portykiem i przykryć je kocami, narzutami i kołdrami. Służebne oddaliły się, niosąc pochodnie. Gdy już pościeliły łoże, przyszły do Odyseusza i rzekły: – Udaj się na spoczynek, cudzoziemcze. Twe łoże już czeka.

Odyseusz z radością położył się pod portykiem, w którym rozbrzmiewało echo. Tymczasem król Alkinoos spoczął w komnacie sypialnej swego pałacu z żoną Arete u boku.

KSIĘGA 8

MIŁOSNY ZWIĄZEK

ARESA I AFRODYTY

Nad miastem pojawił się świt. Alkinoos ruszył na miejsce zgromadzeń, podczas gdy Atena podążała ulicami w przebraniu królewskiego posłańca. Podchodziła do każdego mijanego człowieka i mówiła:

– Pospiesz się, panie, udaj się na miejsce zgromadzeń, abyś mógł się dowiedzieć o cudzoziemcu, który zjawił się w pałacu.

Wzbudzała ich ciekawość i niebawem miejsce zgromadzeń wypełnił tłum.

Wszyscy spoglądali na Odyseusza z podziwem, gdyż Atena obdarzyła jego głowę i ramiona wdziękiem.

Alkinoos zwrócił się do obecnych:

– Słuchajcie mnie, możni wśród Feaków. Ten nieznajomy – kimkolwiek jest – błaga nas o pomoc. Zwodujmy statek i wybierzmy pięćdziesięciu dwóch spośród naszych najlepszych żeglarzy. Przygotuję wam ucztę. I wezwę Demodokosa, który zabawia słuchaczy pieśniami.

Wybrano pięćdziesięciu dwóch żeglarzy, którzy ruszyli na wybrzeże. Przeciągnęli statek na płytką wodę, umocowali maszt i żagiel, potem umieścili wiosła w skórzanych uchwytach, po czym spuścili go do kanału.

Następnie żeglarze powrócili do pałacu. Portyki, dziedzińce i sale pełne były ludzi, młodych i starych. Alkinoos kazał zarżnąć dwanaście owiec, osiem knurów i dwa woły, po czym przygotowano wielką ucztę.

Chłopiec pełniący rolę posłańca przybył z Demodokosem. Muza miłowała tego człowieka ponad wszystko i obdarzyła zarówno dobrym losem, jak i strasznym. Pozbawiła go wzroku, lecz ofiarowała przekazywany pięknym głosem dar pieśni.

Wszyscy zasiedli do uczty z ukontentowaniem. Gdy już się posilili, Muza natchnęła Demodokosa, by zaśpiewał o słynnej kłótni Odyseusza z Achillesem, kiedy to spierali się zawzięcie podczas biesiady.

Słuchając słów pieśni, Odyseusz ujął swój purpurowy płaszcz w dłonie i zarzucił go sobie na głowę, by zakryć twarz, gdyż wstydził się swych łez. Siedzący obok niego Alkinoos zauważył, że jego gość płacze.

– Słuchajcie mnie, Feakowie! – rzekł. – Najedliśmy się do syta. Teraz zaś wypróbujmy naszą siłę, tak aby ten nieznajomy mógł powiedzieć swym przyjaciołom, jak biegli jesteśmy w walce na pięści, zapasach, skokach i biegach. Alkinoos ruszył przodem ku miejscu zgromadzeń, a za nim podążył wielki tłum, w tym także trzej synowie króla: Laodamas, Hallos i Klitonej. Przyłączył się też do nich Euryalos, ustępujący jedynie Laodamasowi pod względem siły i urody.

Najpierw zmierzono się w biegu i wszyscy wzbijali kurz, ścigając się, lecz najlepszy był Klitonej, który wysforował się na prowadzenie. Następnie przyszła pora na zapasy, w których zwyciężył Euryalos. Inny zawodnik wygrał w skoku wzwyż, a ktoś inny najdalej rzucił dyskiem. W walce na pięści prym wiódł Laodamas.

– No dalej, moi przyjaciele, spytajmy cudzoziemca, czy jest atletą – powiedział Laodamas, syn Alkinoosa. – Nie jest cherlawy, ma muskularne uda i łydki, a także mocny kark i ramiona. – Zbliżył się do Odyseusza. – Chodź, przyłącz się do nas. Porzuć wszelkie troski! Nie opóźni to zbytnio czekającej cię podróży. Twój statek jest na wodzie, a załoga gotowa.

– Laodamasie – odrzekł Odyseusz. – Myśli me wypełnione są jedynie smutkiem, tęsknotą za domem i modlitwami kierowanymi do twego króla i ludu. Euryalos począł go wyśmiewać.

– No cóż, cudzoziemcze, z pewnością nie wyglądasz na kogoś, kto w zawodach nie da za wygraną. Bardziej przypominasz kupca, który myśli jedynie o swym ładunku i chciwym zysku.

– Panie, twe słowa są nieprzemyślane – odrzekł Odyseusz z gniewnym spojrzeniem. – Ta nieuprzejma mowa wzbudziła we mnie złość. Za młodu byłem najlepszy, teraz jednak jestem przygnieciony cierpieniem, jakiego doznałem na wojnie i na niebezpiecznych wodach. Niemniej zmierzę się z tobą, gdyż twe słowa mnie dotknęły.

Odyseusz podskoczył i chwycił najgrubszy i najcięższy dysk, znacznie większy od tego, jakim posługiwali się Feakowie. Obróciwszy się, rzucił nim, dysk zaś, lecąc, zaszumiał w powietrzu. Wszyscy padli na ziemię, przerażeni szybkością kamienia.

– Spróbujcie tego teraz, moi przyjaciele! – rzekł Odyseusz już z lżejszym sercem. – Rzucę innym równie daleko albo dalej. Co się zaś tyczy pozostałych zmagań, jeśli pragniecie poddać mnie próbie, zmierzmy się: w walce na pięści, zapasach i biegach. Nie będę jedynie współzawodniczył z Laodamasem, synem Alkinoosa. Człowiek, który rzuca wyzwanie swemu gospodarzowi, jest głupcem. Innym Feakom jednakże nie odmówię. Jestem obeznany z łukiem. Gdy byliśmy w Troi, tylko Filoktet mnie pod tym względem przewyższał. Potrafię

cisnąć włócznią dalej, niż większość ludzi może posłać strzałę. Obawiam się, że jedynie w biegach niektórzy z was mogą mnie pokonać, gdyż straciłem sprawność podczas swych morskich podróży.

Pośród Feaków zapadła cisza.

– Dobrze powiedziane – oznajmił Alkinoos. – Otwartość, z jaką ten człowiek naśmiewał się z ciebie, była wysoce niewłaściwa! Mam jednak nadzieję, że gdy znów przyjdzie ci ucztować w swym domu, będziesz snuł opowieści o naszych umiejętnościach, którymi cieszymy się dzięki Zeusowi. Jesteśmy szybkimi biegaczami i najlepszymi żeglarzami. Lubimy biesiadować i cenimy sobie dobrą pieśń. Kochamy tańczyć, nosić wyszukane stroje, brać ciepłe kąpiele i zalegać w łożu. Wystąpcie więc, najlepsi tancerze pośród Feaków, tak by nieznajomy, gdy już dotrze do domu, mógł powiedzieć swym przyjaciołom, jak doskonali jesteśmy w pląsach i żeglarstwie, a także w biegach i pieśniach. Niechaj ktoś znów znajdzie Demodokosa! Jego lira jest w naszych salach.

Podniósł się niewolnik, by przynieść instrument z pałacu, podczas gdy dziewięciu starannie wybranych mężczyzn przygotowało się do tańca. Kiedy posłaniec powrócił z lirą, Demodokos wziął ją i stanął pośrodku kręgu, młodzieńcy zaś zajęli miejsca wokół niego. Gdy aojda uderzył w struny, poczęli wybijać rytm swymi zwinnymi stopami.

Kiedy taniec dobiegł końca, Demodokos zaśpiewał o przygodzie miłosnej Aresa i Afrodyty. Ares obsypywał ją podarkami i kalał łoże Hefajstosa. Lecz Helios, bóg słońca, powiadomił Hefajstosa o wszystkim, ten zaś zszedł do swego warsztatu zżerany złymi myślami. Na kowadle wykuł łańcuch, którego nie dało się przerwać. Następnie udał się do swej sypialni i rozpostarł go nad łożem, tworząc sieć cienką jak pajęczyna. Nawet bóg nie mógł jej dojrzeć, tak przemyślnie była utkana. Potem rozpowiedział, że wybiera się na wyspę Lemnos. Gdy Ares to usłyszał, poszedł do domu Hefajstosa, gotów kochać się z Afrodytą.

– Chodź, moja miłości, zalegnijmy w łożu i zabawmy się! – rzekł, klaszcząc w dłonie. – Hefajstosa tu nie ma. Udał się na Lemnos.

Owa propozycja bardzo jej się spodobała, poszli więc do łoża i zalegli w nim pospołu. W tym momencie spadła na nich przemyślna sieć Hefajstosa, oni zaś nie mogli usiąść ani nawet się ruszyć.

Hefajstos, który był kulawy, stał teraz w drzwiach sypialni. Ogarnął go zajadły gniew. Zawołał strasznym głosem:

– Ojcz e Zeusie i wszyscy pozostali bogowie, przyjdźcie tu i przypatrzcie się dobrze! Afrodyta, córka Zeusa, hańbi mnie, bo jestem chromy. Kocha tego przystojnego Aresa, gdyż jest silny w kończynach, podczas gdy ja urodziłem się kaleki. Ujrzycie, jak oboje zalegli w mym łożu. Śpią ze sobą, gdy we mnie wzbiera bezbrzeżny żal. Nie sądzę, by zechcieli długo tak trwać, bez względu na to, jak bardzo się sobie podobają. Łańcuchy będą trzymać ich mocno, dopóki ojciec Afrodyty nie zapłaci za podarki, które dostał za swą okrutną córkę!

W jego domu zjawili się bogowie: Posejdon, Hermes i Apollo, boski łucznik. Stanęli w drzwiach i wybuchli gromkim śmiechem. Jeden bóg spojrzał na drugiego i rzekł:

– Ha! Złe uczynki nigdy nie zwyciężają! Żółw prześcignie zająca, tak jak

Hefajstos przyłapał Aresa! Ten zaś zapłaci teraz za swe cudzołóstwo!

Lecz Apollo zwrócił się do Hermesa:

– Hermesie, synu Zeusa, przewodniku bogów, dawco dobrych rzeczy, byłbyś szczęśliwy, leżąc w łożu obok Afrodyty, nawet gdyby oznaczało to spętanie łańcuchami?

–

Chciałbym to cierpieć – odparł Hermes. – Chciałbym, by trzykroć tyle pętało mnie łańcuchów, a wszyscy bogowie i boginie patrzyli na mnie, gdybym tylko mógł spać u boku Afrodyty.

Wszyscy nieśmiertelni bogowie zaśmiali się prócz Posejdona, który bezustannie prosił Hefajstosa, by ten uwolnił Aresa.

– Pozwól mu odejść, ja zaś przyrzekam, że zapłaci wszystko, co jest ci winien – nalegał Posejdon.

– Nie proponuj tego, Posejdonie – odparł Hefajstos. – To rzecz niegodna być poręczycielem szczura. Jakże mógłbym zakuć w łańcuchy ciebie, jednego z bogów, gdyby Ares nie zechciał zapłacić?

– Hefajstosie, jeśli Ares nie zechce, sam ci zapłacę – oznajmił Posejdon.

– No cóż, nie mogę ci odmówić. Nie byłoby to też słuszne.

Hefajstos poluzował więzy. Uwolnieni kochankowie zerwali się natychmiast z łoża i umknęli ze wstydem.

Taką pieśń zaśpiewał Demodokos, Odyseusz zaś wsłuchiwał się w nią z wielką uwagą, podobnie jak Feakowie.

Następnie Alkinoos poprosił Hallosa i Laodamasa, by zatańczyli, gdyż byli w tym najbieglejsi. Wzięli piękny kłębek purpurowej przędzy; jeden go podrzucił ku chmurom, a drugi podskoczył i złapał go, nim ten zdążył spaść na ziemię. Tak tańczyli, ciskając kłębkiem tam i z powrotem, podczas gdy inni młodzi Feakowie stali wokół i wybijali stopami rytm. Aplauz był ogłuszający.

– Władco Alkinoosie, sławny ponad wszystkich ludzi, powiedziałeś nam, że twoi tancerze są najlepsi – przypomniał Odyseusz. – Teraz ci wierzę.

Alkinoos wstał bezzwłocznie i zwrócił się do Feaków.

– Słuchajcie mnie, przywódcy i doradcy Feaków, uważam, że człowiek ten nie jest głupi! Przekażmy mu dar przyjaźni, jak nakazuje obyczaj. Chcę, by każdy z was przyniósł świeżo wyprany płaszcz, tunikę i sztabkę złota. Ofiarujmy je wszyscy razem, by cudzoziemiec odszedł ukontentowany w swym sercu. Chciałbym też, by Euryalos go przeprosił i też go obdarował. Gdyż nie zwrócił się doń właściwie.

Każdy z możnych wysłał człowieka do swego domu, by ten przyniósł dary.

– Panie, zadośćuczynię za swój postępek, tak jak prosiłeś – rzekł Euryalos. –I dam mu ten miecz. Jest cały z brązu, a rękojeść ze srebra. Ma pochwę ze świeżo ciętej kości słoniowej. To przedmiot wielkiej wartości. – Włożył nabijany srebrem miecz w dłonie Odyseusza. – Nieznajomy, jeśli rzekłem cokolwiek nieprzystojnego, niechaj wiatry sztormu to przegonią. I niechaj bogowie

pomogą ci ujrzeć ponownie twą żonę i ziemię ojczystą. Jesteś w drodze już od bardzo dawna.

– Chwała ci, mój przyjacielu – odparł Odyseusz. – I niechaj bogowie ześlą ci szczęście… i obyś nigdy nie potrzebował tego miecza, który mi dałeś w dowód przeprosin. – Żono, przynieś tu skrzynię, najlepszą, jaką masz – powiedział Alkinoos. –

I włóż do niej płaszcz i tunikę dla nieznajomego. Teraz postaw kocioł na ogniu, by zagrzać dla niego trochę wody na kąpiel. Gdy się już obmyje i obejrzy dary, będzie mógł ucztować i wysłuchać dobrej pieśni. Ja zaś dam mu

ten kielich ze złota, aby mnie pamiętał, gdy będzie ofiarował wino Zeusowi i innym bogom.

Arete poprosiła niewolnice służebne, by przygotowały kocioł. Napełniły go wodą i rozpaliły pod nim drewno. Ogień tańczył wokół brzuchatego naczynia, a woda grzała się coraz bardziej.

Tymczasem Arete przyniosła piękną skrzynię ze skarbca. Do środka włożyła odzienie i złoto.

– Teraz przykryj skrzynię wiekiem i obwiąż ją sznurem – rzekła do Odyseusza. – W przeciwnym razie ktoś mógłby cię okraść, gdy będziesz spał podczas podróży.

Odyseusz bezzwłocznie założył wieko i obwiązał skrzynię sznurem, sporządzając przemyślny węzeł, którego nauczył się od Kirke. Gdy niewolnice go wykąpały, natarły mu ciało oliwą oraz włożyły nań tunikę i płaszcz, poszedł przyłączyć się do mężczyzn pijących wino w sali. Piękna Nauzykaa stała obok wejścia. Okazała zdumienie na widok Odyseusza.

– Żegnaj, cudzoziemcze, i wspomnij mnie na swej rodzimej ziemi.

Nauzykao, córko Alkinoosa, niechaj Zeus sprawi, bym dotarł do domu. Wówczas będę się modlił do ciebie jak do bogini, gdyż dałaś mi życie.

Odyseusz wszedł do sali i usiadł obok Alkinoosa. Pojawił się niewolnik, prowadząc Demodokosa, szanowanego powszechnie. Tak więc wszyscy zasiedli z zadowoleniem do uczty.

– Demodokosie – zwrócił się do aojdy Odyseusz, gdy już najedli się do syta. – Nie wiem, czy uczyłeś się od Muzy czy też od Apollina, ale zdajesz się wiedzieć, co stało się z Achajami. Zaśpiewaj o drewnianym koniu, wprowadzonym przez Odyseusza do Troi i skrywającym ludzi, którzy spalili gród do gołej ziemi. Jeśli opowiesz mi tę historię, ogłoszę wszem i wobec, że to bóg obdarzył cię tą siłą boskiej pieśni.

Demodokos, natchniony przez Muzę, uderzył w struny swej liry. Podjął opowieść od chwili, gdy Achajowie odpływali, spaliwszy swe szałasy, kilku zaś innych, prowadzonych przez Odyseusza, przebywało na placu w Troi, ukrytych w drewnianym koniu. Mieszkańcy Ilionu nie mogli się zdecydować, co z nim uczynić. Jedni radzili, by porąbać go na kawałki, inni zaś, by zaciągnąć gdzieś wysoko i zrzucić na skały albo po prostu pozostawić w miejscu jako ofiarę nieśmiertelnym bogom. I tak miało się stać, przeznaczeniem bowiem Trojan było polec, gdy mury miasta zamknęły się wokół drewnianego konia. W nim przycupnęli najlepsi z Achajów, gotowi nieść wszystkim śmierć.

I aojda zaśpiewał o tym, jak Achajowie wyszli z konia i złupili miasto. Opowiedział, jak Odyseusz udał się do domu Deifobosa, który po śmierci Parysa pojął Helenę za żonę. Odyseusz zjawił się tam wraz z Menelaosem. Walka była zacięta, ale Odyseusz wyszedł z niej zwycięsko.

Odyseusz płakał tak rzewnie, jak kobieta, która szlocha i rzuca się na ciało męża, który padł pod swym miastem, starając się odegnać przypisany mu los; przywiera doń i krzyczy, widząc, jak umiera i dyszy z wysiłkiem, choć wrogowie biją ją po plecach włóczniami i odciągają, a twarz ma wykrzywioną bólem. Tak właśnie łzy spływały po policzkach Odyseusza. Ukrył je przed tymi, którzy siedzieli w pobliżu, lecz nie przed Alkinoosem.

– Słuchajcie mnie, wodzowie Feaków – obwieścił Alkinoos. – Demodokosie, zaprzestań teraz śpiewu. Wszystko, co tu uczyniliśmy, czyli przygotowania do wyprawy i przekazanie darów, zostało dokonane na cześć naszego gościa.

Gdyż cudzoziemiec i jednocześnie człowiek w potrzebie jest drogi jak brat każdemu, kto odznacza się rozsądkiem. Zamierzam zadać ci kilka pytań

i nie chcę, byś przebiegle ukrywał prawdę. Lepiej mówić szczerze. Wyjaw mi swe imię. Jak zwą cię w domu? Twa matka, ojciec, mieszkańcy twego miasta? Gdyż każdy nosi jakieś imię! I powiedz mi, jaki jest twój kraj, twój lud i miasto, tak by nasze statki mogły cię tam wysłać. Feakowie nie potrzebują przewodników ani wioseł sterowych jak inne narody, gdyż statki nasze znają człowiecze myśli, znają też miasta i pola uprawne wszelkich ludów, a także rozległość ukrytych we mgle mórz, które przemierzają. Nigdy nie lękają się zatonięcia. Owszem, raz usłyszałem pewną opowieść od ojca. Powiedział, że Posejdon był zagniewany, ponieważ ofiarujemy wszystkim chętnym przeprawę przez morza. Powiedział jeszcze, że gdy pewnego dnia statek Feaków wróci z podróży, Posejdon uderzy w niego, a potem ukryje nasze miasto za górami. Tak rzekł stary człowiek. Oczywiście, zależy od bogów, czy się to ziści albo czy ujdziemy temu losowi. Lecz ty powiedz mi szczerze, gdzie wędrowałeś i jakie krainy widziałeś. Opowiedz mi o ludach i ich miastach, o tych, którzy byli okrutni, dzicy i niesprawiedliwi, oraz tych, którzy byli serdeczni dla obcych. Powiedz mi także, dlaczego płaczesz, słysząc o losie Achajów i o Troi. Czy padli tam jacyś twoi krewni? Może mąż twej córki albo ojciec żony? A może był to przyjaciel drogi twemu sercu?

9

JASKINIA CYKLOPA

Tak przemówił Odyseusz…

Panie Alkinoosie, sławny ponad wszystkich mężów, pragniesz poznać moją historię. Od czegóż mam zacząć? Spotkało mnie zbyt wiele niepowodzeń, bym zdołał je zliczyć. Najpierw zdradzę ci swe imię. Żywię nadzieję, że pewnego dnia będę mógł cię gościć w mym własnym domu, choć znajduje się on daleko stąd. Jestem Odyseusz, syn Laertesa. Mieszkam w Itace. Wznosi się tam pokryta lasem góra Neriton, widoczna z dali. To dzika wyspa, ale odpowiednia, by wychowywać młodych ludzi. Kalipso więziła mnie w swych jaskiniach, a czarownica Kirke też przetrzymywała mnie na swej wyspie. Nie zdołały mnie jednak przekonać, bym z nimi pozostał. Po prawdzie nic nie jest słodsze dla człowieka niż jego własna ziemia i rodzice. Nie jest nim nawet okazały dom, jeśli znajduje się gdzieś daleko w obcej krainie. Pozwól mi opowiedzieć o niepowodzeniach, które zesłał mi Zeus.

Z Troi wiatr zawiódł nas do Tracji i Ismaros, miasta Kikonów. Złupiliśmy je, a mężczyzn pozabijaliśmy. Wzięliśmy ich żony i stosy złota, po czym podzieliliśmy łupy między siebie. Powiedziałem, że powinniśmy odejść stamtąd jak najszybciej, pozostali jednak nie chcieli słuchać. Wypiliśmy dużo wina i biesiadowaliśmy bez umiaru, spożywając mięso owiec i bydła.

Tymczasem Kikoni wezwali pobliskie plemiona, które zamieszkiwały w głębi lądu – dobrych wojowników, zarówno na rydwanach, jak i pieszo. Nagle pojawili

się w wielkiej liczbie niczym liście i kwiaty, które rozkwitają wiosną o brzasku.

Przypadł nam w udziale zły los. Ustawiliśmy się w szyku bojowym w pobliżu naszych statków i cisnęliśmy włóczniami. Wytrwaliśmy cały ranek, lecz po południu Kikoni przeważyli i rozgromili nas. Sześciu poległo z każdej załogi, a liczyły one zaledwie ludzi dwudziestu. Pozostali z nas uciekli.

Przez dziewięć dni niosły mnie srogie wiatry, jednakże dziesiątego dotarliśmy do ziemi Lotofagów, czyli zjadaczy lotosu. Wyszliśmy na brzeg, zaczerpnęliśmy słodkiej wody i przyrządziliśmy posiłek przy naszych statkach. Gdy zaspokoiliśmy głód, wysłałem kilku ludzi, by rozejrzeli się po okolicy. Wybrałem dwóch, trzeciego zaś jako posłańca. Odeszli i napotkali Lotofagów, którzy dali im do zjedzenia owoc słodki niczym miód. Gdy skosztowali owego lotosu, nie chcieli już wracać. Pragnęli pozostać wśród Lotofagów, a wszelkie ich myśli o domu zniknęły. Sam zaciągnąłem tych ludzi z powrotem na statki, po czym związałem pod ławami. Pozostałym nakazałem jak najszybciej stamtąd odpłynąć. Usiedliśmy przy wiosłach i zanurzyliśmy je w morzu.

Dopłynęliśmy do ziemi cyklopów, dzikich i samowolnych istot. Mieszkają na szczytach gór, w wielkich jaskiniach. Każdy przewodzi swym dzieciom i żonom.

Jest jeszcze jedna wyspa za tamtejszą przystanią, bardzo płodna. Żyją tam niezliczone dzikie kozy i nie ma żadnych ludzi, którzy mogliby na nie polować. Nikt nie ściga ich po wierzchołkach. Nie ma tam stad owiec, nikt nie uprawia ziemi. Rodzaj ludzki jest tam całkowicie nieobecny. Są tylko niezliczone kozy… Wyspa ma przystań tak spokojną, że nie trzeba kotwiczyć okrętu, można go wciągnąć na brzeg. Wieją też sprzyjające wiatry. W pobliżu przylądka wypływa źródło spod skały otoczonej przez brzozy. Popłynęliśmy tam nocą, kiedy statki spowijała mgła, a księżyc krył się za chmurą. Nie mogliśmy dostrzec fal na piaszczystym brzegu, dopóki nie przybiliśmy do niego. Opuściliśmy żagle i czekaliśmy na brzask.

Kiedy zaświtało, przemierzyliśmy wyspę, nie kryjąc zdumienia. Kilka nimf, córek Zeusa, przygotowało mięso z górskich kóz, aby moi ludzie mogli się posilić. Wzięliśmy ze statków swoje łuki i włócznie i od razu oddaliśmy się radosnym ćwiczeniom.

Przez cały dzień ucztowaliśmy i piliśmy słodkie wino. Jednocześnie spoglądaliśmy ponad wodą na wyspę cyklopów i widzieliśmy unoszący się w niebo dym. Słyszeliśmy też beczenie owiec i kóz. Kiedy słońce zaszło, zalegliśmy na brzegu. O świcie zwołałem swych ludzi i rzekłem:

– Popłynę własnym statkiem ze swoją załogą, by przyjrzeć się tym ludziom po drugiej stronie i przekonać się, czy są okrutni, dzicy i niesprawiedliwi, czy też serdeczni dla obcych i czy lękają się bogów.

Wszedłem na pokład, a moi ludzie uderzyli w morze wiosłami. Gdy dotarliśmy do lądu cyklopów, zauważyliśmy przy brzegu wysoką i zwieńczoną gałęziami wawrzynu jaskinię. Zagnano tam na noc stada kóz i owiec. Przed wejściem znajdował się kamienny dziedziniec. Wokół rosły wysokie sosny i dęby. Było pewne, że nocuje tu ktoś ogromny, nadprzyrodzony potwór, nie jak człowiek, który żyje chlebem, lecz bardziej jak jeden z wyniosłych i pokrytych lasem szczytów górskich, wyróżniający się spośród innych.

Nakazałem większości swych ludzi pozostać przy statku, lecz wybrałem dwunastu najlepszych, by mi towarzyszyli. Wziąłem ze sobą bukłak ciemnego

wina, które podarował mi Maron, kapłan Apollina w Ismaros, gdyż podczas plądrowania miasta ochroniłem go, a także jego żonę i dzieci. Można było wziąć jeden kielich i wlać wino do dwudziestu takich miar wody, a z czary wciąż unosiła się niebiańska woń.

Zbliżyliśmy się do jaskini, lecz pasterz był ze swymi stadami na polach.

Weszliśmy do jej wnętrza, patrząc ze zdumieniem na skrzynie pełne sera i kojce, w których tłoczyły się owce i jagnięta. Wokół stały wszelkiego rodzaju naczynia, w których ów osobnik zbierał wydojone mleko.

Moi towarzysze błagali mnie, byśmy wzięli trochę sera, kilka kóz i owiec, po czym odpłynęli. Lecz ja nie słuchałem. Miałem nadzieję, że zobaczę tego człowieka i że być może mnie powita i wręczy dary.

Rozpaliliśmy ogień, złożyliśmy ofiarę, wzięliśmy trochę sera i zjedliśmy.

Siedzieliśmy w jaskini i czekaliśmy, aż z wypasu powrócił jej właściciel, olbrzym z jednym okiem. Niósł wielkie naręcze suchego drewna, które rzucił na ziemię z ogłuszającym trzaskiem. Byliśmy przerażeni i schowaliśmy się w jakiejś niszy. Wprowadził swe tłuste stada do jaskini. Następnie umieścił w jej wejściu głaz tak olbrzymi, że dwadzieścia dwa wozy by go nie udźwignęły. Potem usiadł i zaczął doić na przemian owce i kozy. Z połowy mleka uwarzył twaróg, który zebrał w wiklinowych koszach, drugą połowę umieścił w naczyniach z myślą o obiedzie. Gdy już się z tym uporał, zaczął rozpalać ogień i dostrzegł nas.

– Kim jesteście, nieznajomi? – spytał. – Skąd przybywacie, żeglując po morzu? Czyście kupcami, czy też krążycie niczym piraci, ryzykując własne życie i siejąc postrach na przeróżnych lądach?

Tak rzekł, a na dźwięk jego głosu wszelki duch w nas zamarł. Mimo to odparłem:

Jeśli pragniesz wiedzieć, przybywamy z Troi. Byliśmy gnani przez wiatry, starając się powrócić do domu. Jesteśmy ludźmi Agamemnona, którego sława jest pod słońcem największa, gdyż złupił wielkie miasto. Lecz przybywamy z prośbą i mamy nadzieję, że będziesz hojny, jak nakazuje tego gościnność.

Odrzekł bezzwłocznie bez cienia litości:

– Jesteś głupcem, nieznajomy, albo przybywasz z bardzo daleka, jeśli prosisz mnie, bym lękał się bogów! My, cyklopi, nie darzymy czcią Zeusa ani innych bogów, gdyż jesteśmy od nich lepsi. Lecz powiedz mi, gdzie zacumowaliście swe statki? Czy w odległej części wyspy, czy też gdzieś w pobliżu?

Poddawał mnie próbie, lecz ja nie dałem się zwieść!

– Posejdon roztrzaskał mój statek na kawałki – odrzekłem chytrze. – Cisnął go na skały u krawędzi twego lądu. Ale ja umknąłem z tymi ludźmi.

Nie odpowiedział. Chwycił dwóch mych towarzyszy i rzucił nimi o ziemię, jakby byli szczeniętami, a ich mózgi rozlały się po posadzce jaskini. Następnie pokroił ich, kończyna za kończyną, i zjadł niczym górski lew, nie pozostawiając niczego, ani wnętrzności, ani mięsa, ani kości, ani szpiku. Szlochając, wznosiliśmy dłonie ku Zeusowi, kiedyśmy ujrzeli takie okrucieństwo! Byliśmy bezradni.

Lecz gdy cyklop – który nosił imię Polifem, jak się później dowiedziałem –napełnił brzuch ludzkim mięsem i popił mlekiem, zaległ w jaskini, wyciągnąwszy się między owcami. Zamierzałem przekraść się obok niego, dobyć swego ostrego miecza i dźgnąć go w pierś. Potem uświadomiłem sobie, że zginęlibyśmy wówczas w tej jaskini, gdyż nie zdołalibyśmy odsunąć głazu z wejścia! Tak więc, lamentując, czekaliśmy na świt.

O brzasku cyklop znów rozpalił ogień i wydoił zwierzęta. Kiedy się z tym uporał, chwycił dwóch z mych ludzi i przygotował posiłek. Gdy skończył jeść, wyprowadził stada z jaskini. Bez wysiłku odsunął wielki głaz, a potem umieścił go na swym miejscu, tak jakby kładł pokrywę na kołczanie. Ja zaś zostałem tam, obmyślając fortel, który pozwoliłby mi się zemścić.

Obok kojca dla owiec leżał wielki kloc drzewa oliwnego, długi niczym maszt, ścięty i przyniesiony przez cyklopa. Odciąłem kawał o długości mniej więcej sześciu stóp i zaostrzyłem koniec. Potem zahartowałem go w ogniu i pokryłem łajnem. Kazałem następnie swym ludziom ciągnąć losy, by wybrać tych, którzy wraz ze mną wbiją pal w oko cyklopa, kiedy znowu zaśnie. Padło na czterech, ja zaś byłem piąty.

Gdy nadszedł wieczór, cyklop zagonił stado do jaskini. Podniósł głaz i położył go w wejściu, następnie, usiadłszy, wydoił owce i kozy. Gdy skończył, znowu chwycił dwóch moich ludzi. Roztrzaskał im głowy, pokroił ich i zjadł. Zbliżyłem się do niego, trzymając drewnianą czarę ze słodkim ciemnym winem z Ismaros.

– Cyklopie, napij się trochę wina po posiłku, byś wiedział, jaki trunek mieliśmy na naszym statku. Przyniosłem ci go w darze, gdyż żywiłem nadzieję, że ulitujesz się nade mną i odeślesz do domu. Ty jednak zachowujesz się w sposób niegodny, niczym szaleniec!

Wziął kielich i się napił, smakując z zadowoleniem słodki trunek.

Daj mi jeszcze – powiedział. – I zdradź mi swe imię, tak bym mógł wręczyć ci dar powitalny. Gdyż jest to boski napój.

Znowu nalałem mu wina. Trzykrotnie to uczyniłem, on zaś trzykrotnie się napił. Gdy przyćmiło mu umysł, rzekłem:

– Cyklopie, pytałeś mnie o imię, a ja ci je zdradzę, ty zaś przekażesz mi dar, tak jak obiecałeś. Nazywam się Nikt.

Odparł bez zwłoki:

– Nikt, zjem cię na ostatku. To będzie twój dar.

Osunął się i położył na plecach z przekrzywionym karkiem. Ogarnął go sen, ów niepowstrzymany zdobywca. Olbrzym w pijackim zamroczeniu zwymiotował wino i ludzkie mięso. Dobyłem pal z łajna i wsunąłem jego koniec w ogień. Dodałem ducha mym ludziom, by się nie lękali. Gdy drewno oliwne rozjarzyło się wielce, wyciągnąłem je z ognia. Moi towarzysze stanęli wokół mnie, a jakiś bóg tchnął w nas odwagę.

Wziąłem pal i zatopiłem go w oku cyklopa, naciskając z całych sił. Obróciłem nim, jak człowiek obraca w drewnie wiertłem, ono zaś kręci się bez końca.

Wierciliśmy ognistym ostrzem w oku olbrzyma, a wokół niego bulgotała krew.

Topór lub ostrze broni wydaje głośny syk, gdy kowal hartuje je w zimnej wodzie, tak też oko cyklopa syczało wokół drewnianego ostrza. Ryknął, a dźwięk ten wstrząsnął ścianami jaskini.

Przerażeni cofnęliśmy się gwałtownie, gdy olbrzym wyrwał pal ze swego zbrukanego krwią oka. Odrzucił go i krzyknął do cyklopów mieszkających w pobliskiej jaskini.

Słysząc jego wołanie, przybyli tłumnie i spytali:

– Co to za sprawa, Polifemie, że krzyczysz nocą i nas budzisz?

–

Moi przyjaciele, Nikt mnie zabija.

– No cóż, jeśli nikt nie czyni ci krzywdy, jesteś zapewne chory, i to za sprawą Zeusa. Musisz się pomodlić do naszego ojca, Posejdona.

Cyklopi oddalili się, a ja śmiałem się w duchu.

Jęcząc w męce, Polifem po omacku odsunął głaz sprzed wejścia i usiadł na progu z wyciągniętymi rękami, mając nadzieję schwytać każdego, kto spróbowałby umknąć.

Musiałem obmyślić sposób ucieczki. Przychodziły mi do głowy przeróżne rzeczy. Lecz jeden plan wydał się najlepszy. W jaskini było mnóstwo baranów, zwierząt wspaniałych i dużych. Powiązałem je po trzy, a pod brzuchem środkowego uczepiłem po jednym ze swych ludzi. Mnie pozostał przewodnik stada, najokazalszy z wszystkich. Chwyciłem się wełny na jego grzbiecie i wsunąłem pod brzuch. Leżałem tam twarzą ku górze, przywierając do runa.

Kiedy nadszedł świt, samce w stadzie zaczęły się przepychać, zmierzając ku pastwiskom, samice zaś beczały niewydojone w kojcach. Cyklop w swym bolesnym cierpieniu dotykał boków zwierząt, gdy przechodziły obok niego, nie zorientował się jednak, że poniżej znajdują się przywiązani do brzuchów ludzie. Pieczarę opuścił ostatni baran, którego się trzymałem.

Mój cenny baranie, dlaczego wychodzisz jako ostatni? – spytał Polifem. –Owce nigdy nie zostawiały cię w tyle, zawsze szedłeś na przedzie. Teraz jednak opuszczasz jaskinię na końcu. Musisz żałować swego pana, oślepionego przez złego człowieka, tego, który zwie się Nikt i który, jak ci powiadam, nie umknął jeszcze. Gdybyś tylko mógł czuć tak jak ja i nauczyć się mówić, i zdradzić mi, gdzie się ukrywa… wówczas rozrzuciłbym jego mózg po całej jaskini, a serce me zaznałoby ulgi.

Tak powiedziawszy, pozwolił baranowi odejść. Kiedy oddaliliśmy się od jaskini, puściłem się swego zwierza i szybko uwolniłem pozostałych. Potem popędziliśmy przed sobą tłuste owce. Nasi towarzysze nie kryli radości, widząc, że umknęliśmy, ale opłakiwali sześciu, których pożarł cyklop. Zasiedli przy wiosłach i uderzyli nimi w morze.

Gdy odpłynęliśmy na tyle, by cyklop zdołał nas jeszcze usłyszeć, krzyknąłem do niego, stojącego u wejścia do jaskini:

– Cyklopie! Twe złe uczynki spadną na twą głowę, boś nie wahał się pożreć swych gości we własnym domu. Zeus zemścił się na tobie.

Rozgniewał się jeszcze bardziej, po czym oderwał wierzchołek wysokiej góry i cisnął nim. Głaz spadł tuż przed naszym statkiem. Morze wzburzyło się i rzuciło go z powrotem ku lądowi. Wziąłem jednak długi pal i odepchnąłem nas od brzegu, potem nakazałem swym ludziom ująć wiosła i oddalić się stamtąd.

Kiedy pokonaliśmy dwa razy dłuższy dystans, znów zacząłem wołać do cyklopa, choć moi ludzie próbowali mnie powstrzymać, mówiąc:

– Uparty człowieku! Dlaczego prowokujesz tego dzikusa, który właśnie wrzucił głaz do morza i pchnął nasz statek ku brzegowi?

Lecz nie zdołali odwieść mnie od mego zamiaru. Pełen gniewu krzyknąłem znowu:

– Cyklopie, jeśli ktokolwiek spyta cię o twoje oko, powiedz mu, że to Odyseusz, łupieżca miast, ci je wyłupił: Odyseusz, syn Laertesa.

Wtedy on pomodlił się do Posejdona, wyciągając ręce ku niebu.

– Usłysz mnie, Posejdonie, trzęsący ziemią, boże o ciemnych włosach, jeśli jestem naprawdę twym synem, a ty naprawdę jesteś mym ojcem, spraw, by Odyseusz nigdy nie powrócił do swego domu! Lecz jeśli jest mu pisane ujrzeć ojczystą ziemię, niechaj dotrze do niej późno i w bólu po utracie towarzyszy.

I niechaj czekają go w domu problemy!

Cyklop uniósł znacznie większy głaz, zakręcił nim i cisnął z przerażającą siłą. Kamień wylądował tuż za statkiem, a wzburzona przez niego fala zaniosła nas na drugą wyspę, gdzie przy brzegu cumowała reszta naszej floty. Wciągnęliśmy nasz statek na piaszczysty ląd, wyprowadziliśmy z pokładu stada zabrane cyklopowi i podzieliliśmy je tak, aby każdy otrzymał swoją porcję. Moi ludzie dali mi wielkiego barana. Na brzegu poderżnąłem mu gardło ku chwale Zeusa i spaliłem udźce.

Przez cały dzień ucztowaliśmy, pijąc wino i jedząc mięsiwo, a gdy słońce zaszło, położyliśmy się na brzegu. Gdy tylko zaświtało, obudziłem wszystkich.

Stamtąd pożeglowaliśmy dalej, opłakując stratę sześciu naszych towarzyszy, ale też szczęśliwi, że uniknęliśmy śmierci.

KSIĘGA 10 KIRKE

Odyseusz kontynuuje swą opowieść…

Przybyliśmy na wyspę Eola, człowieka bardzo miłowanego przez bogów. Gościliśmy tam przez cały miesiąc. Eol wypytywał mnie o wiele rzeczy, zwłaszcza o Troję. Opowiedziałem mu wszystko, com wiedział. I gdy w końcu zagadnąłem go, czy mógłbym już odpłynąć, wręczył mi miech zrobiony ze skóry dziewięcioletniego wołu, w którym zamknął niepomyślne wiatry. Związał go tak mocno, że nie mogła z niego umknąć nawet odrobina powietrza. Następnie przywołał dla mnie wiatr zachodni, by ten wspomagał nasze statki i ludzi w ich podróży. Żeglowaliśmy przez dziewięć dni i nocy, dziesiątego zaś naszym oczom ukazała się Itaka. Byliśmy tak blisko wyspy, że mogliśmy dojrzeć ludzi, którzy doglądali ogni na brzegu. Zasnąłem ze zmęczenia, gdyż przez całą podróż sam manewrowałem żaglem. Jednak moi towarzysze zaczęli narzekać, mówiąc, że wielki czarny miech jest pewnie wypełniony złotem i srebrem, które zamierzałem zabrać do domu.

– Dokądkolwiek Odyseusz się udaje, znajduje bogactwo! – orzekli. – Ma tyle pięknych skarbów z Troi, a teraz jeszcze Eol dał mu więcej! Sprawdźmy, ile tego złota i srebra jest w miechu.

Więc go otwarli, wiatry zaś wydostały się na zewnątrz. W jednej chwili burza porwała nasze statki i zaniosła w morze, z dala od mej ojczystej ziemi.

Złośliwy podmuch zagnał nas na powrót ku wyspie Eola. Jej mieszkańcy nie kryli zdumienia na nasz widok i spytali:

– Co ty tu robisz, Odyseuszu? Jakiż to okrutny bóg cię zaatakował? Odesłaliśmy cię, nie zaniedbując niczego, byś mógł dotrzeć do domu cały i zdrowy.

– Moi niegodziwi towarzysze sprowadzili na mnie klęskę! Ale wspomóżcie nas, moi przyjaciele, macie bowiem wielką moc!

Milczeli. Potem odezwał się Eol:

– Przeklęty człowieku, opuść tę wyspę natychmiast! Odpłyń, gdyż przybyłeś tu jako osoba znienawidzona przez bogów!

Przez sześć dni i nocy żeglowaliśmy, a dnia siódmego dotarliśmy do ostoi

Lajstrygonów. Przybiliśmy do wspaniałego portu. U wąskiego wejścia z obu stron wznosiły się strome klify. Jedenaście z moich statków skierowało się do owej przystani i stanęło tam. Ja zacumowałem samotnie na zewnątrz, mocując liny do skały.

Wysłałem trzech ludzi, by dowiedzieli się, kto zamieszkuje to miejsce. U bram miasta spotkali dziewczynę, która czerpała wodę, córkę króla Lajstrygonów

Antifatesa. Od razu zaprowadziła ich do ojcowskiego domu.

Weszli do pałacu. Antifates natychmiast złapał jednego z moich ludzi i roztrzaskał mu głowę, by przygotować zeń posiłek. Dwaj pozostali uciekli na statek. Wtedy Lajstrygonowie zaczęli pojawiać się tłumnie ze wszystkich stron. Przypominali bardziej gigantów niż ludzi!

Obrzucili mą flotę stojącą w porcie wielkimi głazami, powietrze zaś rozdzierały przerażające krzyki umierających ludzi i odgłosy roztrzaskiwanych statków. Nabijali niektórych na włócznie jak ryby, potem zanosili do domów na odrażający posiłek. Gdy Lajstrygonowie mordowali tych w porcie, dobyłem miecza i przeciąłem liny swego statku, wołając mych ludzi, by usiedli do wioseł. Wzburzyli nimi morze w wielkim strachu o swe życie i szybko stamtąd odpłynęliśmy. Jednak inne statki i wszystkie ich załogi zostały stracone.

Żeglowaliśmy dalej. Tak dotarliśmy do wyspy Ajai, gdzie mieszka Kirke, córka Heliosa, boga słońca. Zeszliśmy na brzeg w milczeniu, mając serca pełne smutku. Wziąłem swoją włócznię i miecz, po czym ruszyłem w górę

zbocza ku miejscu, które zapewniało dobry widok; miałem nadzieję, że kogoś dostrzegę i usłyszę czyjeś głosy. Zauważyłem między drzewami dym unoszący się nad siedzibą Kirke. Zawróciłem, chcąc wysłać tam ludzi, by sprawdzili, co tam się dzieje.

– Słuchajcie teraz, moi towarzysze, pomimo naszego cierpienia wspiąłem się wysoko, by mieć dobry widok na okolicę. Wyspę otacza morze niczym wieniec, dostrzegłem jednak dym przez zarośla.

Zgasł w nich duch, kiedy mnie słuchali, bo pamiętali, co Lajstrygonowie uczynili naszym towarzyszom, a także rzeź dokonaną przez cyklopa. Szlochali i wylewali łzy.

Podzieliłem ludzi na dwie grupy. Objąłem dowództwo nad jedną, a zwierzchnictwo nad drugą powierzyłem Eurylochosowi, memu krewnemu. Zmieszaliśmy losy w brązowym hełmie; wypadło na Eurylochosa. Wyruszył z dwudziestoma dwoma ludźmi, moja grupa zaś pozostała w tyle. Dotarli do polany w lesie, gdzie ujrzeli dom z wygładzonego kamienia, należący do Kirke. Wokół krążyły oswojone wilki i lwy, które zaczarowała. Zamiast rzucić się na mych ludzi, zwierzęta machały ogonami i stawały na tylnych łapach na podobieństwo psa, który wita swego pana powracającego z biesiady z kąskami mięsa. Mimo wszystko moi towarzysze byli przerażeni i zbili się w gromadkę na dziedzińcu przed domem bogini.

Z jego wnętrza dobiegł śpiew Kirke.

Słuchajcie, jakaś kobieta śpiewa przy krosnach – rzekł Politem, urodzony przywódca. – Jej głos odbija się echem. Zawołajmy ją.

Kirke otwarła lśniące drzwi i poprosiła, by weszli. Ruszyli za nią. Tylko Eurylochos, podejrzewając jakiś podstęp, pozostał na czatach. Kazała gościom usiąść przy stole. Potem dała im napoje wszelkiego rodzaju – lecz zmieszane ze złymi ziołami.

Kiedy podała im miksturę, od razu się napili. Następnie dotknęła każdego swą różdżką i zagoniła do chlewu. Mieli świńskie głowy, głosy i szczecinę, lecz ich umysły nie zostały zmienione. Byli więc tam zamknięci i kwiczeli, Kirke

zaś rzucała im żołędzie i orzechy, a także owoce derenia – przysmaki świń tarzających się w błocie.

Lecz Eurylochos powrócił na swój statek. Ledwie mógł mówić; pragnął jedynie szlochać. Zdołał opowiedzieć nam o losie swych towarzyszy – że zniknęli we wnętrzu pięknego pałacu.

– Ani jeden nie wyszedł na zewnątrz – powiedział. – Choć siedziałem tam długi czas i baczyłem.

Kiedy usłyszałem jego słowa, przypasałem miecz z brązu i zarzuciłem na ramię łuk. Poprosiłem Eurylochosa, by zaprowadził mnie do tego pałacu, lecz objął mnie za kolana i szlochając, rzekł błagalnie:

– Nie bierz mnie tam wbrew mej woli! Wiem, że nigdy nie powrócisz ani nie przywiedziesz ze sobą naszych towarzyszy. Nie, odejdźmy stąd z tymi, którzy pozostali… Nadal możemy umknąć przed złem! – Eurylochosie, ty zostań tutaj, ale ja tam pójdę. Muszę.

Ruszyłem w głąb lądu i gdy przemierzałem las, napotkał mnie Hermes pod postacią młodzieńca z pierwszym puchem zarostu na twarzy.

– A niech mnie, smutny człowieku, wędrujesz samotnie po tych wzgórzach? – spytał, ujmując moją dłoń. – Twoi towarzysze zostali przemienieni w świnie. Zamierzasz ich uwolnić? Chodź, ochronię cię przed krzywdą. Weź tę roślinę, bo odpędza zło. Kirke przygotuje eliksir i dorzuci do niego zioła.

Jednakże nie będzie mogła cię zaczarować, a to dzięki tej roślinie, którą ci dałem. Gdy uderzy cię swą różdżką, od razu dobądź miecza i rusz na nią, jakbyś zamierzał ją zabić. Zlęknie się i zaproponuje, byś zaległ z nią w łożu. Nie odmawiaj: zrób to, by uwolnić swych ludzi, a także przez wzgląd na siebie. Poproś ją, by przysięgła, że nie będzie knuć przeciwko tobie, gdyż w przeciwnym razie, gdy będziesz nagi, odetnie ci męskość.

Hermes dał mi roślinę, którą wyrwał z ziemi. Przy korzeniu miała barwę czarną, ale kwiat był mleczny. Bogowie zwą ją moly. Ludzie nie mogą jej wykopać, lecz bogowie są władni uczynić wszystko. Potem Hermes odszedł, a ja ruszyłem w drogę ku domowi Kirke. Moje myśli były

mroczne. Stanąłem na dziedzińcu i zawołałem ją, ona zaś usłyszała mój głos. Otwarła wrota i zaprosiła mnie do środka. Wszedłem do pałacu, choć czułem niepokój.

Kirke posadziła mnie na nabijanym srebrem krześle, pod nim stał podnóżek. Przygotowała napój i dała mi go do wypicia. Gdy go przełknąłem, a mimo to nie zostałem zaczarowany, uderzyła mnie swą różdżką.

– Idź do chlewa i zalegnij ze swymi ludźmi! – rzekła.

Dobyłem miecza i ruszyłem na nią, jakbym zamierzał ją zabić. Krzyknęła głośno i objęła mi kolana, błagając:

– Kim jesteś i skąd przybywasz? – spytała. – Żaden inny człowiek nie oparł się temu czarowi. Możesz być tylko Odyseuszem, mężem licznych forteli, który jak niegdyś powiedział Hermes, miał przybyć tu w drodze powrotnej z Troi. Zatem odłóż teraz swój miecz i chodź ze mną do łoża. Za sprawą obopólnej miłości zaczniemy sobie ufać.

– Jak możesz mnie prosić, bym okazał ci łagodność? – odparłem. – Przemieniłaś mych ludzi w świnie, a teraz z podstępnym zamiarem zapraszasz mnie do swej sypialni? Kiedy już mnie obnażysz, będziesz mogła obciąć mi męskość. Nie udam się do twego łoża, jeśli nie przysięgniesz, że niczego przeciw mnie nie knujesz.

Złożyła przysięgę. Potem poszliśmy do łoża.

Tymczasem jej służebne krzątały się po sali. Było ich cztery, potomstwo źródeł, lasów i rzek. Jedna przykrywała pięknymi dywanikami krzesła, druga przynosiła stoły ze srebra i ustawiła na nich złote kosze, trzecia mieszała wino w srebrnej czaszy i przygotowywała kielichy. Czwarta natomiast zatroszczyła się o wodę.

W łaźni rozpaliły wielki ogień pod kotłem. Gdy woda się już ogrzała, Kirke wykąpała mnie, zważając, bym się nie oparzył, oraz obmyła mi głowę i ramiona. Potem włożyła na mnie tunikę i płaszcz, po czym zaprowadziła do sali, gdzie kazała usiąść. Służebna przyniosła wodę w dzbanie i obmyła mi dłonie nad misą. Przysunęła stół. Klucznica przyniosła chleb i mięsiwa. Kirke poprosiła, bym jadł, lecz nie chciałem. Moje myśli zaprzątały inne sprawy, które wzbudzały mój głęboki niepokój.

Gdy Kirke zauważyła, że się nie posilam, ponieważ jestem przybity smutkiem, rzekła:

– Odyseuszu, dlaczego siedzisz tak, nie tknąwszy jadła? Uważasz, że szykuję jakiś podstęp? Nie obawiaj się! Złożyłam uroczystą przysięgę, że nie wyrządzę ci żadnej szkody.

– Kirke, jaki człowiek mógłby zmusić się do jedzenia i picia, nie uwolniwszy wcześniej swych ludzi? Jeśli naprawdę jesteś gotowa dotrzymać słowa, gdy mnie prosisz, bym się posilał, zdejmij czar z mych towarzyszy!

Kirke wyszła z sali, trzymając w dłoni różdżkę. Otworzyła drzwi chlewu i wyprowadziła ludzi pod postacią świń. Zwierzęta stanęły przed nią, ona zaś zaczęła chodzić między nimi, pocierając każde swym ziołem. Ich szczecina odpadła i znów stały się ludźmi, młodszymi niż wcześniej, bardziej nadobnymi

i wyższymi. Przywarli do mych dłoni i zalali się rzewnymi łzami. Cały pałac rozbrzmiewał ich płaczem. Sama bogini okazywała wzruszenie.

– Odyseuszu, udaj się teraz na swój statek i wciągnij go na brzeg – powiedziała. – Zgromadź zapasy w jaskini. Potem wróć, przyprowadzając ze sobą pozostałych towarzyszy.

Wróciłem na wybrzeże i zastałem swych ludzi zawodzących z rozpaczy.

Kiedy mnie ujrzeli, skupili się wokół, płacząc w głos, tak jak cielęta w obejściu gromadzą się dookoła krów, które wracają z pola, i biegają wokół swych matek, rycząc bezustannie.

–

Powróciłeś, Odyseuszu, my zaś cieszymy się tak, jakbyśmy już dotarli do Itaki, naszej rodzimej ziemi – powtarzali. – Co jednak stało się z innymi?

– Najpierw wciągnijmy statek na brzeg i zanieśmy zapasy do jaskini. Potem udajcie się ze mną, byście mogli zobaczyć towarzyszy, którzy przebywają w salach Kirke, jedząc i pijąc.

Posłuchali mnie. Jedyny Eurylochos się wstrzymał.

– Och, wy psy, dokąd idziecie? – rzucił. – Co, tak bardzo miłujecie te niedole, że chcecie udać się do domu Kirke i być zamienionymi w świnie, wilki albo lwy, by strzec jej domu? Pamiętacie, jak cyklop zgładził naszych ludzi, gdy zjawiliśmy się w jego jaskini? I kto ich tam zaprowadził? Odyseusz! To przez jego szaleństwo umarli!

Zastanawiałem się, czy powinienem dobyć miecza i odciąć mu głowę, choć był ze mną spowinowacony poprzez me małżeństwo. Lecz moi towarzysze powstrzymali mnie.

– Odyseuszu, dajmy mu spokój. Niechaj Eurylochos tu pozostanie i pilnuje statku, podczas gdy ty zawiedziesz nas do pałacu Kirke.

Powiedziawszy to, ruszyli ze mną, a Eurylochos też poszedł, bojąc się mego gniewu.

Tymczasem Kirke wykąpała moich ludzi, natarła oliwą i odziała. Zastaliśmy ich podczas biesiady. Gdy nas ujrzeli, zalali się łzami, a domostwo rozbrzmiało ich płaczem. Piękna Kirke zbliżyła się do mnie.

– Synu Laertesa, Odyseuszu licznych forteli, uwolnij się od udręki – zaczęła. – Wiem o wszystkim, co wycierpiałeś na morzu, i o krzywdach, których doznałeś na lądzie od złych ludzi. Teraz jednak posil się i napij się wina, byś czuł się tak prężny jak wówczas, gdy opuszczałeś swą rodzimą Itakę.

Tak mówiła, a my w swych dumnych sercach zgadzaliśmy się z jej słowami.

Biesiadowaliśmy cały rok, dzień za dniem. Lecz gdy ten rok upłynął i znów nastały długie dni, moi ludzie wezwali mnie.

– Czas wreszcie przypomnieć sobie o ojczyźnie! – orzekli. – Jest ci pisane dotrzeć do domu i rodzimej ziemi!

Zgodziłem się z nimi. Ucztowaliśmy cały dzień, lecz gdy słonce zaszło i nadeszła pora, by położyć się do snu, poszedłem do Kirke i objąłem jej kolana.

– Kirke, chcę, byś dotrzymała obietnicy, którą mi złożyłaś: że odeślesz mnie do domu. Chcę teraz odejść, tak jak moi ludzie, którzy zadręczają mnie swym żalem, ilekroć cię tu nie ma.

– Synu Laertesa, Odyseuszu, najpierw musisz odbyć kolejną podróż. Trzeba ci udać się do domu Hadesa, by wysłuchać przepowiedni ducha Tejrezjasza z Teb, ślepego wróżbity.

Poczułem, jak gaśnie we mnie serce. Zaniosłem się płaczem i osunąłem na łoże, nie chcąc dalej żyć. Gdy przestałem szlochać, odparłem:

– Lecz, Kirke, kto będzie mym przewodnikiem? Nigdy żywy człowiek nie przypłynął czarnym statkiem, ową łodzią żałobną, do królestwa Hadesa!

– Nie martw się o przewodnika – odrzekła. – Postaw maszt, wciągnij na niego żagiel i usiądź na pokładzie. Wiatr północny cię poprowadzi. Gdy przepłyniesz rzekę Okeanos, znajdziesz płaski brzeg i las Persefony, strzeliste brzozy i wierzby. Zacumuj statek i udaj się do zatęchłego domu Hadesa. Tam płyną pospołu Pyriflegetont „rzeka płomieni” i Kokytos „rzeka jęków” – niedaleko Acherontu „rzeki smutku”, będącej odnogą Styksu „rzeki nienawiści”. U zbiegu Kokytosu i Pyriflegetontu wznosi się skała. Zbliż się do huczących strumieni i wykop dół długi i szeroki na łokieć. Nad dołem uczyń ofiarę zmarłym, najpierw mlekiem, potem miodem, potem winem, na końcu wodą.

Następnie wysyp wokół dołu jasne ziarno jęczmienia. Wreszcie wezwij cienie zmarłych i powiedz, że gdy wrócisz do Itaki, poświęcisz im jałówkę, najlepszą, jaką posiadasz, a na ołtarzu złożysz liczne ofiary. A samemu Tejrezjaszowi poświęcisz oddzielnie czarnego barana, najwspanialszego w twym stadzie. Gdy już ułożysz sprawę ze zmarłymi, zabij czarnego barana i czarną owcę, obróciwszy ich łby ku domowi Hadesa, sam zaś stań twarzą do strumieni. Wówczas zjawią się liczne duchy zmarłych. Wezwij swych ludzi i nakaż im obedrzeć zwierzęta ze skóry i spalić, a potem pomódl się do Hadesa i lękaj się Persefony. Na koniec dobądź miecza i usiądź nad dołem. Nie pozwól martwym zbliżyć się do krwi, dopóki nie spytasz Tejrezjasza o drogę. Wróżbita przyjdzie do ciebie i rzeknie ci, dokąd się musisz udać.

Tak powiedziała Kirke, a zaraz potem nastał świt. Zarzuciła na mnie tunikę i płaszcz, a sama włożyła długą, białą szatę, którą przewiązała złotym sznurem, na głowę wdziała welon. Przeszedłem przez sale jej pałacu i zbudziłem swych ludzi.

– Wstawajcie, towarzysze, ruszamy! Kirke powiedziała mi wszystko.

Był tam Elpenor, najmłodszy z załogi, niezbyt biegły wojownik i nie za bystry; leżał na dachu, spragniony chłodnego powietrza, gdyż był pijany. Usłyszał na zewnątrz wrzawę i zerwał się, zapomniawszy o drabinie. Spadł z dachu na głowę. Złamał sobie kark, a jego duch powędrował do krainy Hadesa.

– Kirke powiedziała mi, że musimy przedsięwziąć jeszcze jedną wyprawę –oznajmiłem swym ludziom. – Do domu Hadesa i Persefony, gdyż potrzebujemy wróżby tebańskiego Tejrezjasza.

Ich duch był zdruzgotany. Płakali i rwali sobie włosy. Lecz na nic się to nie zdało.

11

DOM HADESA

Odyseusz oczarowuje słuchaczy…

Dotarliśmy do statku i zepchnęliśmy go na spokojne morze. Zesłany przez Kirke wiatr północny nadął żagiel, my zaś przez cały dzień mknęliśmy po wodzie. Słońce zaszło i szlaki wodne pogrążyły się w mroku. Podpłynęliśmy do Okeanosa, głębokiego strumienia, który otacza Ziemię.

Wciągnęliśmy statek na piaszczysty brzeg i ruszyliśmy przed siebie, by w końcu dotrzeć do miejsca opisanego przez Kirke. Wykopałem tam dół, do którego wylałem wino i wysypałem białe ziarna jęczmienia. Pomodliłem się do zmarłych, a następnie poderżnąłem gardła zwierzętom. Do dołu spłynęła ciemna krew.

Od razu wokół mnie zgromadziły się duchy: martwe młode panny, nadobni młodzieńcy, wyczerpani starcy, nienawykłe do smutku urocze dziewczęta i wielu ugodzonych włóczniami o ostrzach z brązu i poległych w bitwie. Wszyscy oni zebrali się wokół dołu, ja zaś nie kryłem lęku! Zawołałem swych ludzi i nakazałem im obedrzeć ze skóry i spalić owce i modlić się do Hadesa i Persefony. Usiadłem obok dołu ze swym ostrym mieczem, lecz nie pozwoliłbym martwym zbliżyć się do krwi, dopóki nie przepytałbym Tejrezjasza.

Pierwszy pojawił się przede mną Elpenor, którego ciało pozostawiliśmy niespalone, gdyśmy opuszczali wyspę Kirke. Ujrzawszy go, zapłakałem.

– Elpenorze, jak to się stało? – zwróciłem się doń. – Dotarłeś tu prędzej na piechotę, niż my zdołaliśmy dopłynąć naszym czarnym statkiem!

– Spadłem z dachu i skręciłem sobie kark. Proszę, spalcie mnie w mej zbroi i wznieście kopiec nad kośćmi ku pamięci nieszczęsnego człowieka, a na szczycie kopca połóżcie wiosło, które całe życie w dłoni dzierżyłem.

Wszystko to, mój nieszczęsny towarzyszu, uczynię.

Następnie pojawił się duch mej martwej matki Antiklei, która żyła jeszcze, gdym wyruszał pod Troję. Zapłakałem, kiedym ją ujrzał, nie pozwoliłem jej jednak zbliżyć się do krwi.

Potem nadszedł duch Tejrezjasza, dzierżący swą złotą laskę.

– Synu Laertesa, Odyseuszu licznych forteli, najbardziej niefortunny człowieku. Dlaczego opuściłeś światło słońca i przybyłeś do tego miejsca, w którym radość nie gości? Odłóż swój miecz, abym mógł napić się krwi i przemówić do ciebie.

Odstąpiłem i schowałem miecz, tak jak nakazał. Gdy już wróżbita skosztował ciemnej krwi, rzekł:

– Pytasz o swój powrót, Odyseuszu, lecz jeden z bogów niezwykle ci go utrudni. Nie umkniesz przed gniewem Posejdona, gdyż oślepiłeś jego syna, cyklopa Polifema. Będziesz musiał zachowywać spokój ducha i wspomagać w tym swych towarzyszy, gdy dotrzecie do wyspy Trinakii. Znajdziesz tam bydło i owce, które należą do Heliosa, boga słońca. Jeśli ich nie tkniesz, być może dotrzesz do Itaki, lecz jeśli naruszysz owe stada, to przepowiadam ci klęskę. Zdołasz jedynie umknąć, lecz przybędziesz do domu na cudzym statku, późno i w zagrożeniu, wszystko utraciwszy. Co gorsza, zastaniesz swój dom pełen kłótliwych i butnych mężów, pochłaniających twe bogactwo, zabiegających o względy twej żony i wręczających jej podarki.

Zdołasz się na nich zemścić, lecz gdy zabijesz zalotników, będziesz musiał znowu wyruszyć w drogę. Masz podążać z wiosłem na ramieniu, aż znajdziesz ludzi, którzy nic nie wiedzą o morzu i spożywają jadło bez soli, takich, którzy nigdy nie słyszeli o statkach ani wiosłach. Kiedy spotkasz

wędrowca, który spyta: „Czy to wiejadło na twym ramieniu?”, wbij wiosło w ziemię i pomódl się do Posejdona. Złóż w ofierze byka i wieprza. Potem udaj się do domu i złóż ofiarę bogom, którzy nigdy nie umierają i mieszkają w niebiosach.

Co się zaś tyczy twego ziemskiego kresu: z dala, przez morze, śmierć do ciebie przyjdzie łagodna, gdy dożyjesz pogodnej starości, a lud twój żyć będzie w bogactwie. Tak prawda się przedstawia.

– Widzę ducha swej martwej matki. Powiedz mi, Tejrezjaszu, jak mnie rozpozna?

–

Któremukolwiek z martwych pozwolisz się zbliżyć do krwi, ten przemówi do ciebie. – Rzekłszy to, duch Tejrezjasza powrócił do domu Hadesa.

Nie poruszyłem się, dopóki matka moja nie zbliżyła się i krwi ciemnej nie napiła. Od razu mnie poznała.

– Moje dziecko, jakim zrządzeniem losu zstąpiłeś w mroczną ciemność, gdy wciąż żyjesz? – zakrzyknęła głośno.

– Zszedłem do domu Hadesa, by usłyszeć przepowiednię tebańskiego Tejrezjasza. Lecz ty, matko, zdradź mi, jak pomarłaś? I powiedz mi też o mym ojcu i synu, którego zostawiłem w domu. A moja żona? Co myśli? Czy pozostaje z mym synem i czuwa nad wszystkim?

– Twa ż ona trwa niezachwianie w waszym domu i każdej nocy ogarnia ją płacz. Telemach zachowuje ziemie, które do ciebie należą, lecz ojciec twój przebywa daleko, na wsi, i nigdy nie nawiedza miasta. Pogrąża się w żalu i wypatruje twego powrotu. I mnie smutek przygniatał, Odyseuszu.

To tęsknota za tobą, za twą radą i twym dobrym sercem ograbiły mnie z życia.

Chciałem objąć ducha zmarłej matki i trzykrotnie rzuciłem się ku niej i trzykrotnie umknęła niczym cień snu.

– Matko, dlaczego nie chcesz pozostać w miejscu, gdy pragnę cię uściskać?

Czy może jesteś zjawą, którą zesłała Persefona, bym jeszcze większy żal odczuwał?

– Och, moje dziecko, najbardziej niefortunny z ludzi. Persefona cię nie zwodzi. Tak to jest, kiedy umierasz. Ścięgna nie łączą już ciała z kośćmi, a duch umyka niczym sen.

Nadeszły inne kobiety, żony i córki sławnych mężów, przysłane przez Persefonę. Zbliżały się jedna po drugiej, a ja je przepytywałem. Pierwszą była szlachetna Tyro, córka Salmoneusa, pełnego pychy króla, który rzucił wyzwanie Zeusowi. Zakochała się w bogu rzecznym Enipeusie, lecz Posejdon przybrał jego postać i połączył się z nią. Otoczyła ich czarna fala niczym góra, skrywając boga i śmiertelną kobietę. Potem zasnęła.

„Gdy rok upłynie, powijesz wspaniałe dzieci” – oznajmił jej bóg. „Gdyż jam jest Posejdon, wstrząsający ziemią”.

Skoczył do morza. Ona zaś poczęła Peliasa i Neleusa, godnych wyznawców Zeusa.

Potem ujrzałem Antiope, która spała w ramionach Zeusa i urodziła bliźnięta, Amfiona i Zetosa, którzy wznieśli mury z siedmioma bramami w Tebach. Potem zobaczyłem Alkmenę, żonę Amfitriona i matkę Herkulesa. I dostrzegłem też matkę Edypa, piękną Jokastę, która nieświadomie dopuściła się rzeczy strasznej, poślubiając własnego syna. Zeszła do domu Hadesa, wiążąc u powały mocną pętlę. I ujrzałem piękną Florę, królową Pylos, która wydała na świat Nestora i wielu innych.

Potem zaś zobaczyłem Ledę, żonę Tyndareosa, która urodziła bliźnięta, Kastora, poskramiacza koni, i Polydeukesa, zawołanego pięściarza. Jeden dzień spędzają w świecie, a drugi w domu Hadesa, czczeni jak bogowie. I ujrzałem piękną Ariadnę, córkę Minosa, którą Tezeusz próbował sprowadzić do Aten, ale Artemida zabiła ją z rozkazu Dionizosa na wyspie Naksos.

Następnie zbliżył się do mnie duch Agamemnona. Gdy tylko skosztował krwi, poznał mnie, po czym wydał głośny krzyk i zalał się łzami. Utracił jednak swą siłę i moc.

Ujrzawszy go, zapłakałem.

– Przesławny Agamemnonie, jak cię śmierć dopadła? – spytałem go.

– Odyseuszu, mój kuzyn Ajgistos zabił mnie przy pomocy mej wiarołomnej

żony. Zaprosił mnie pierwej do swego domu na ucztę. Widziałeś wielu ludzi, którzy padli w walce, lecz ogarnęłaby cię wielka żałość, gdybyś zobaczył, jak krew spływa po stołach pełnych jadła. Najsmutniej płakała Kasandra, moja kochanka, zdobycz wojenna. Gdy przywierała do mnie, Klitajmestra ją zabiła.

– Zeus od najwcześniejszych dni dręczył twą rodzinę, Agamemnonie –zauważyłem.

Agamemnon odrzekł:

– Nie jesteś człowiekiem, który zginie z ręki swej żony. Córka Ikariosa jest dobrą kobietą. Gdy ruszaliśmy pod Troję, miała chłopca, maleńkie dziecię. Jest on już bez wątpienia dorosłym mężczyzną. Ty, jego ojciec, zobaczysz go, a on weźmie cię w ramiona, jak nakazuje obyczaj!

Tak smutne słowa wymienialiśmy, roniąc łzy. Potem zbliżyły się do mnie duch Achillesa, a także Patroklesa i Ajasa. Achilles mnie poznał.

– Synu Laertesa, Odyseuszu, ty uparty człeku! Na jakąż większą przygodę od tej się ważysz? Jak zszedłeś do Hadesu, gdzie żyją zjawy ludzkie?

– Achillesie, synu Peleusa, pojawiłem się tutaj, gdyż pragnąłem pomówić z Tejrezjaszem i się dowiedzieć, jak powrócić do Itaki. Żaden człowiek nie był bardziej błogosławiony od ciebie. Gdy żyłeś, czciliśmy cię jak boga, teraz zaś, gdy jesteś tutaj, rządzisz między umarłymi!

– Nie wysławiaj śmierci, Odyseuszu. Wolałbym żyć jako wyrobnik bez ziemi, niźli być królem pośród umarłych! Lecz śmiało, powiedz mi o mym synu Neoptolemosie. I niechaj usłyszę o Peleusie, mym ojcu. Czy Myrmidonowie wciąż go szanują? Gdybym mógł powrócić w sile do jego domu, choćby na jedną godzinę, każdy człowiek, który zadałby mu gwałt, gorzko by tego pożałował.

– Nic nie słyszałem o Peleusie – odrzekłem. – Mogę ci jednak przekazać nowiny o twym synu Neoptolemosie. Zabrałem go z wyspy Skiros, by mógł przyłączyć się do achajskiej armii. Był najlepszy w służeniu radą. Tylko Nestor i ja go przewyższaliśmy. Nigdy nie pozostał w tyle, kiedy biliśmy się na równinie Troi, i zabił wielu wrogów w walce. I gdy mieliśmy ukryć się w koniu trojańskim, a ja potrzebowałem kogoś, by otworzył i zamknął potem właz, inni Achajowie ocierali z oczu łzy i drżeli na całym ciele, lecz nigdy nie widziałem, by nadobna twarz twego syna Neoptolemosa pokryła się bladością. Nigdy nie widziałem, by ocierał łzy z twarzy. Poprosił mnie: „Pozwól mi otworzyć konia!”, gotów zabijać Trojan. Gdy już splądrowaliśmy miasto, wszedł na pokład okrętu ze swym łupem i cenną zdobyczą – Andromachą, żoną Hektora, którą wziął do niewoli. Nie był nawet draśnięty. Żadna włócznia go nie zraniła.

Tak rzekłem, a duch Achillesa ruszył ku Łąkom Asfodelowym, uradowany mymi wieściami o synu.

I teraz stały tam duchy innych zmarłych, każdy pytał mnie o tych, którzy byli mu drodzy. Ajas, syn Telamona, wciąż pałający gniewem, że zdobyłem zbroję Achillesa. Matka Achillesa Tetyda przeznaczyła ją na nagrodę, a sędziami byli pojmani Trojanie i, ma się rozumieć, Atena. Wolałbym nigdy nie okazać się zwycięzcą w tej rywalizacji. Gdyż z powodu owej zbroi Ajas pogrzebany został pod kopcem ziemi. Przemówiłem doń w nadziei, że me słowa zbudzą w nim przychylność.

– Ajasie, synu Telamona, czy nawet po śmierci nie zapomnisz o swym gniewie? Wraz z tobą jakbyśmy wieżę warowną stracili i opłakiwaliśmy cię bez końca jak Achillesa. Nikt nie jest winien prócz Zeusa. Nienawidził armii achajskiej i to on zgotował ci taki los. Pokonaj swój gniew i dumę.

Ajas nie odpowiedział, tylko ruszył ku piekielnej ciemności.

Zobaczyłem Minosa, syna Zeusa. Dzierżył złote berło i sądził zmarłych.

Potem stałem się świadom obecności gigantycznego Oriona, który mknął nad polami. W dłoni dzierżył maczugę z brązu.

I ujrzałem Tityosa, syna Gai. Po jego bokach siedziały dwa sępy i rwały mu wątrobę, zanurzając dzioby w jego wnętrznościach, on zaś nie mógł uderzyć ich dłońmi, gdyż chciał zadać gwałt Leto, małżonce Zeusa, gdy ta zmierzała do Delf.

Tak, i zobaczyłem też Tantala. Stał w wodzie, a ta sięgała mu brody. Był oszalały z pragnienia, którego nie mógł ugasić, ilekroć bowiem pochylał głowę, by się napić, wodę wchłaniała ziemia, tak że nie pozostawała nawet kropla. Z drzew zaś, które go otaczały, zwieszały się gałęzie ciężkie od owoców – grusz, granatów, jasnych jabłek, słodkich fig i smakowitych oliwek. Lecz gdy ów stary człowiek wyciągał do nich ręce, wiatr porywał owoce ku chmurom.

Tak, i widziałem innego człowieka w strasznej męce: Syzyfa, brata Salmoneusa, który zmagał się gołymi rękami z ogromnym głazem. Wtaczał go na wzgórze, lecz tuż przed szczytem kamień staczał się w dół, z powrotem na równinę. Syzyf zaś podejmował trud na nowo. Z ramion i głowy ściekał mu pot.

Potem ujrzałem potężnego Herkulesa – czy raczej jego zjawę, gdyż on sam biesiaduje wśród bogów, ożeniony z Hebe, boginią młodości, córką Zeusa i Hery. Zewsząd otaczała go wrzawa czyniona przez zmarłych niczym świergot ptaków. Wyglądał jak mroczna noc, dzierżąc łuk z założoną na cięciwę strzałą. Rozglądał się groźnie, jakby był gotów szyć ze swej broni. Przepasany był rzemiennym pasem ze złotymi wizerunkami cudnych zwierząt: niedźwiedzi, odyńców, lwów o iskrzących oczach; widniały tam także obrazy potyczek, bitew, mordów, rzezi na ludziach dokonywanych.

– Synu Laertesa, Odyseuszu – zwrócił się do mnie. – Nieszczęsny człowieku, czy cierpisz ten sam zły los co ja? Byłem synem Zeusa, lecz doznałem niezmierzonej męki. Kazano mi być niewolnikiem męża stojącego niżej niźli ja. Przysłał mnie tu raz, bym schwytał psa Hadesa, gdyż nie przyszło mu na myśl trudniejsze zadanie. Hermes był mym przewodnikiem, a także Atena.

Powiedziawszy to, Herkules ruszył w swoją stronę, ja zaś dalej stałem uparcie w miejscu, mając nadzieję, że inne duchy z dni dawnych się pojawią. Może mógłbym zobaczyć Tezeusza i Pejritoosa, cudne potomstwo bogów, wówczas jednak martwi zbierać się poczęli tłumnie wokół dołu. Ogarnęło mnie przerażenie, gdyż się lękałem, że Persefona ześle głowę Gorgony, odrażającego potwora, który ludzi w kamienie przemienia.

Niezwłocznie pospieszyłem na swój statek i nakazałem towarzyszom odcumować, byśmy jak najszybciej stamtąd odpłynęli. Weszliśmy na pokład, zasiedliśmy na ławach, po czym ruszyliśmy, niesieni nurtem Okeanosa. Wiatr pchał nas do przodu.

WOŁY BOGA SŁOŃCA

Odyseusz kontynuuje opowieść…

Popłynęliśmy na powrót ku Ajai, wyspie Kirke. Wciągnęliśmy nasz

statek na piaski, zeszliśmy na brzeg i zasnęliśmy. Gdy nadszedł świt, posłałem ludzi do domu czarownicy po ciało Elpenora. Spaliliśmy je wraz ze zbroją w miejscu, gdzie przylądek sięga w morze najdalej. Usypaliśmy kopiec, położyliśmy na nim kamień i przednie wiosło naszego towarzysza.

Na brzegu pojawiła się Kirke wraz ze swą służebną, która niosła chleb, mięso i wino.

– Zeszliście żywi do domu Hadesa! Zwykli ludzie umierają raz, waszym jednak udziałem będzie śmierć dwukrotna.

Przez cały dzień raczyliśmy się mięsiwem i winem, a gdy zapadła ciemność, załoga moja zaległa przy cumach statku. Kirke wzięła mnie za rękę i odprowadziła na bok.

– Słuchaj tego, co ci powiem. Najpierw popłyniesz obok dwóch syren wabiących tych, którzy w ich pobliżu się pojawiają. Wokół nich wznoszą się stosy kości gnijących ludzi o skórze pomarszczonej i wyschniętej. Zatkaj uszy swych towarzyszy woskiem miodnego plastra, tak by nie słyszeli głosów syren. Jeśli sam chcesz posłuchać ich pieśni, każ się przywiązać za ręce i nogi do masztu. A jeśli będziesz błagał, by cię uwolniono, niechaj twoi ludzie zwiążą cię jeszcze mocniej.

Gdy już przepłyniesz obok syren, musisz wybrać jeden z dwóch kierunków. Po jednej stronie są granie wystające w morze, bezustannie chłostane falami. Zwą się Planctae lub Błędnymi. Nawet skrzydlate stworzenie nie może tamtędy przelecieć, w tym gołębie zanoszące jadło Zeusowi. Skały zawsze chwytają jednego z nich, Zeus zaś musi wysłać następnego, aby ich liczba się zgadzała.

Tylko jeden okręt przepłynął tamtędy, Argo, najsławniejszy z wszystkich. Działo się to podczas wyprawy Jazona po złote runo, a fale rzuciłyby statek na skały, gdyby nie czuwała nad nim Hera, bo tak bardzo miłowała Jazona.

Po drugiej zaś stronie wznoszą się dwie skały. Jedna sięga nieba i otoczona jest ciemną chmurą. Pośrodku tej opoki znajduje się mroczna jaskinia. Żyje w niej Scylla, zły potwór. Ma dwanaście nóg i sześć długich szyj, każda z przerażającą głową na końcu. W każdej głowie są trzy rzędy ścisłych zębów, gotowych zadać czarną śmierć. Scylla wysuwa je nad urwiskiem i wypatruje delfinów, może wieloryba lub czegokolwiek, co zdoła schwytać. Żaden statek nie przepłynął obok Scylli bez szwanku, gdyż każda z jej paszczy porywa jednego człowieka.

Niedaleko wznosi się druga skała, na odległość strzału oddanego z łuku. Jest tam drzewo figowe, a pod nim Charybda chłepcze wodę morską. Trzykrotnie w ciągu dnia wyrzuca ją z siebie i trzykrotnie wciąga. Mam nadzieję, że nie znajdziesz się tam, gdy pić będzie, gdyż nikt cię nie ocali, nawet sam Posejdon. Steruj bliżej skały Scylli, naprzeciw Charybdy, i przepłyń swym statkiem szybko. Lepiej stracić sześciu ludzi niż wszystkich. – Powiedz mi, bogini  – rzekłem – czy istnieje jakiś sposób, bym mógł odpędzić Scyllę, gdy będzie próbowała pożreć moich towarzyszy?

– Ty śmiałku, myślisz tylko o walce! – odparła Kirke. – Scylla nie jest śmiertelna! To zło, którego śmierć się nie ima, groza w najczystszej postaci.

Jest potworna, okrutna, zwieść się nie da. Nie ma przeciwko niej obrony. Najlepsze, co możesz uczynić, to umknąć przed nią. Następnie dopłyniesz do Trinakii. Tam się pasie zwierzyna boga Heliosa, siedem stad bydła i siedem owiec, po pięćdziesiąt sztuk każde. Jeśli ich nie tkniesz, będziesz mógł

dotrzeć do Itaki. Jeśli zaś je naruszysz, statek twój będzie skazany na zgubę, tak jak i ludzie.

Tak przemawiała, gdy świtać poczęło. Bogini udała się do swego domu, a ja ruszyłem w stronę statku i obudziłem towarzyszy. Weszli na pokład. Załadowaliśmy takielunek, usiedliśmy na ławach i uderzyliśmy w morze wiosłami. Wiatr i sternik prowadzili nas pospołu. By nas wspomóc, Kirke zesłała przychylny wiatr.

Dotarliśmy do wyspy syren. Ostrym mieczem odciąłem kawał plastra miodnego i ugniotłem go dłońmi. Gdy wosk zmiękł, wepchałem go po trochu w uszy każdego członka załogi. Przywiązali mnie do masztu, potem zajęli miejsca przy wiosłach i uderzyli nimi w wodę.

Gdy odpłynęliśmy na odległość ludzkiego głosu, wiosłując zawzięcie, syreny poczęły śpiewać.

– No, dalej, sławny Odyseuszu, chwało Achajów! Zatrzymaj swój statek, byś mógł posłuchać naszych głosów. Nigdy dotąd żaden człowiek nie minął tej wyspy, nie usłyszawszy słodkiej muzyki naszych ust. Doznaj radości i podążaj dalej jako mądrzejszy.

Głosy były urzekające, ja zaś rzekłem swoim towarzyszom: „Uwolnijcie mnie!”, lecz oni wzięli jeszcze więcej powrozów, obwiązali mnie nimi i zapletli je mocno. Kiedy przepłynęliśmy obok syren i nie mogliśmy już słyszeć ich melodii, moi ludzie wyjęli z uszu wosk i uwolnili mnie.

Gdy już zostawiliśmy wyspę daleko za sobą, morze wezbrało wielką falą i rozległ się ogłuszający grzmot. Wszyscy, zdjęci przerażeniem, przestali wiosłować. Ruszyłem wzdłuż pokładu, dodając każdemu odwagi.

– Przyjaciele moi, doświadczyliśmy już wcześniej zgryzoty, a zło, które teraz na nas czyha, nie jest większe niż wówczas, gdy cyklop więził nas w swej jaskini. Umknęliśmy stamtąd. Trwajcie na swych miejscach i uderzajcie w morze wiosłami w nadziei, że Zeus pomoże nam uniknąć śmierci! A tobie, sterniku, wydaję rozkaz. Utrzymuj statek z dala od wielkiego wiru i trzymaj się przeciwnej skały. Inaczej skierujesz się w otchłań i przyniesiesz nam zgubę.

Nic nie rzekłem o Scylli – nieszczęściu, którego nie mogliśmy uniknąć. Wdziałem zbroję i wziąłem dwie długie włócznie, po czym udałem się na przód statku, by wypatrywać niebezpieczeństwa. Moje oczy ogarnęło zmęczenie, gdy wlepiałem wzrok w mroczną skałę.

Płynęliśmy wąskim przesmykiem. Z jednej strony była Charybda połykająca wodę. Ilekroć ją wypluwała, ta kłębiła się i bulgotała jak w wielkim kotle na ogniu, obryzgując białą pianą szczyty obu skał. Za każdym razem, gdy wciąga ła w siebie kipiel, ukazywała się ziemia, a moi ludzie nie kryli przerażenia.

Spoglądaliśmy ku Charybdzie, lękając się zagłady, lecz gdy to czyniliśmy, Scylla porwała tymczasem sześciu z nas. Odwróciwszy się, ujrzałem nad sobą ich stopy i ręce; wołali, wykrzykując me imię. Potwór pociągnął ich, wijących się w przerażeniu, do góry, jakby rybak siedzący na występie skalnym łapał na przynętę ryby, a potem rzucał je trzepoczące się na brzeg. Patrzyłem, jak Scylla pożera mych towarzyszy u wylotu jaskini, a oni krzyczeli rozpaczliwie, wyciągając ku mnie ręce w tej walce ze śmiercią. Była to najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem na morzu.

Umknąwszy spod skał przed Scyllą i Charybdą, dotarliśmy do wyspy Heliosa. Usłyszałem ryk bydła i beczenie owiec. Przypomniałem sobie słowa Tejrezjasza i Kirke.

– Słuchajcie mnie, mężowie, pomimo wszystkiego, co cierpicie – zwróciłem się do towarzyszy. – Pozwólcie, iż powiem wam, co usłyszałem od Tejrezjasza i Kirke. Poradzili mi, bym trzymał się z dala od wyspy Heliosa, naszego największego zagrożenia. Nie zatrzymujcie się, płyńcie dalej.

Jednak ich duch był złamany, a Eurylochos odpowiedział mi groźnymi słowy.

– Odyseuszu, łotrze! Musisz być stworzony z żelaza, skoro nie pozwalasz swym ludziom, śmiertelnie zmęczonym i snu pozbawionym, postawić stóp na brzegu, gdzie moglibyśmy przyrządzić posiłek. Wypocznijmy wieczorem i pożywmy się, pozostając blisko statku, a rankiem znów w morze wyruszymy.

– Nie pozostawiasz mi wielkiego wyboru, Eurylochosie, jako że w tej kwestii jestem osamotniony. Niech będzie, lecz złóżcie uroczystą przysięgę.

Jeśli znajdziemy stado bydła lub owiec, nie zabijecie żadnej sztuki z myślą o posiłku.

Przysięgli, potem zaś zacumowaliśmy nieopodal źródła słodkiej wody. Ludzie zeszli z pokładu i przygotowali strawę. Gdy już się najedli, poczęli płakać, wspominając swych towarzyszy porwanych przez Scyllę.

Kiedy było już dobrze po północy, Zeus rozpętał burzę. O świcie, przy wciąż szalejącym wichrze, ściągnęliśmy statek z brzegu i do jaskini przenieśliśmy.

Zwołałem wszystkich. –

Moi przyjaciele, mamy na pokładzie mięso i wino. Nie tykajmy bydła i owiec Heliosa, który widzi wszelkie rzeczy.

Zgodzili się. Przez okrągły miesiąc bez ustanku wiał wiatr południowy. Dopóki moi ludzie mieli ziarna i wino, trzymali się od stad z daleka. Kiedy zapasy się skończyły, musieli wędrować w poszukiwaniu dzikiej zwierzyny, ryb i wszystkiego, co tylko mogli znaleźć; wrzucali do wody zakrzywione haczyki, gdyż głód ściskał ich brzuchy. Wtedy udałem się w głąb wyspy, aby zwrócić się do bogów. Obmyłem dłonie w odosobnionym miejscu i się modliłem. Lecz bogowie jedynie zesłali sen na moje oczy.

Tymczasem Eurylochos udzielił złej rady. – Słuchajcie, towarzysze niedoli. Śmierć wszelkiego rodzaju jest okropna, lecz najgorsza jest śmierć z głodu. Weźmy nieco bydła należącego do Heliosa i złóżmy ofiarę nieśmiertelnym. Jeśli kiedykolwiek dotrzemy do Itaki, wzniesiemy świątynię na cześć boga słońca i złożymy liczne ofiary, a jeśli ten wciąż się będzie gniewał z powodu tego bydła, to wolę stracić życie połknięty przez wielką falę, niż zmarnieć na bezludnej wyspie.

Bezzwłocznie moi ludzie przygnali najlepsze sztuki ze stada – piękne zwierzęta z kręconymi rogami. Pomodlili się, popodrzynali bydłu gardła i obdarli je ze skóry, po czym wycięli kawały udźców, pokryli podwójną warstwą tłuszczu, na wierzchu zaś położyli więcej surowego mięsa. Nie mieli wina do polania ofiary, więc uczynili to wodą. Upiekli na ogniu wnętrzności. Gdy udźce się spaliły, skosztowali wnętrzności, resztę jadła pokroili i nadziali na rożen.

Niebawem u Heliosa zjawiła się jedna z nimf strzegąca stada i powiedziała mu o zarżnięciu bydła.

– Ojcze Zeusie – rzekł rozgniewany Helios. – Musisz zemścić się na ludziach Odyseusza. Jeśli nie zostaną ukarani za wymordowanie mego bydła, zstąpię do domu Hadesa i między martwymi jaśnieć będę!

– Heliosie, nadal roztaczaj blask pośród bogów i śmiertelnych ludzi – zawołał Zeus. – Co do towarzyszy Odyseusza, porażę ich statek piorunem i roztrzaskam go w morzu ciemnym niczym wino.

O tejże rozmowie dowiedziałem się później od Kalipso.

Gdy wróciłem do statku, złajałem swych ludzi, lecz niczego już nie dało się odwrócić: bydło było martwe. Poczęły się pojawiać groźne zwiastuny: skóry zwierząt pełzały po ziemi, mięso jęczało na rożnach i rozlegał się ryk bydła.

Sześć dni moi towarzysze ucztowali, lecz gdy siódmego dnia wiatr ustał, weszliśmy na pokład. Postawiliśmy maszt i wciągnęliśmy żagiel. Gdy już opuściliśmy wyspę i nie widać było żadnego innego lądu, Zeus zesłał nad statek czarną chmurę, a morze pociemniało. Zaczął wściekle wiać zachodni wiatr.

Jego podmuch zerwał liny masztu, który runął na tyły statku, takielunek zaś

rozsypał się po pokładzie. Maszt uderzył w głowę sternika i zmiażdżył mu kości czaszki. Niczym nurek runął do wody. Jednocześnie Zeus zagrzmiał i cisnął swym piorunem; statek zadrżał od dziobu do rufy. Moich ludzi wyrzuciło za burtę; unosili się na falach niczym morskie wrony, bóg zaś pozbawił ich dnia szczęśliwego powrotu. Bałwany rozerwały wręgę. Związałem ją z masztem i usiadłem na nim okrakiem, podczas gdy wiatry pchały go nieustannie.

Wiatr zachodni ustał, pojawił się zaś południowy. Całą noc niosło mnie po morzu, a gdy wzeszło słońce, znalazłem się na powrót przy skale Scylli, pchany wprost na Charybdę, która wessała pode mną wodę. Skoczyłem na drzewo figowe na wierzchołku skały nad potworem i uczepiłem się go jak nietoperz. Przywierałem tam, aż ku mej radości Charybda wypluła maszt i wręgę. Puściłem się drzewa i wpadłem do wody. Znów siedząc okrakiem na tych szczątkach, wiosłowałem dłońmi. Co się tyczy Scylli, nie dostrzegła mnie, gdyż inaczej bym nie umknął.

Dziewięć dni i nocy dryfowałem po morzu, a dziesiątego bogowie przywiedli mnie do Ogygii, gdzie mieszka Kalipso.

KSIĘGA 13

WRESZCIE ITAKA

Feakowie siedzący w zacienionych salach słuchali w pełnym zauroczenia milczeniu.

– Odyseuszu – odezwał się w końcu Alkinoos – nie sądzę, byś miał dłużej wędrować, wycierpiawszy już tyle. Zwracam się teraz do każdego, kto pije to wino i słucha śpiewaka. W skrzyni jest odzienie dla cudzoziemca, także złote kosztowności i inne dary, które przynieśliście. Lecz dajmy mu też trójnóg i kocioł. Niechaj każdy tak uczyni!

Feakowie się zgodzili. Każdy z nich udał się do domu na spoczynek, a o brzasku pospieszyli ku statkowi, przynosząc trójnogi z brązu i kotły. Alkinoos własnoręcznie umieścił dary pod ławami. Potem poświęcił Zeusowi byka. Gdy już spalili kawały udźców i spożyli mięso, aojda Demodokos zaśpiewał przy wtórze swej liry. Odyseusz jednak pragnął jak najprędzej znów wyruszyć w drogę. Czekał, aż słońce pocznie się zniżać, jak człowiek, który orał cały dzień z wołami i jest złakniony wieczornego posiłku, a czując ból w zmęczonych kolanach, z radością zmierzch wita.

– Królu Alkinoosie, najsławniejszy z ludzi, odpraw libację i pozwól mi odjechać. Twe dary będą w dniach nadchodzących błogosławieństwem, ja zaś mam nadzieję, że wraz z powrotem zastanę dom nienaruszony, a żonę, przyjaciół i bliskich w dobrym zdrowiu.

Pochwalili jego słowa. Alkinoos rzekł:

– Zmieszajcie wino w czarze. Pomódlmy się do Zeusa z prośbą, by zawiódł naszego gościa do jego rodzimej ziemi.

Wino zostało zmieszane i rozdzielone, wszyscy złożyli ofiarę z napoju.

Potem Odyseusz wstał i włożył w dłonie królowej Arete kielich podwójny.

– Żegnaj, moja królowo – powiedział. – Oby sprzyjała ci fortuna po kres twoich dni.

Alkinoos nakazał słudze, by poprowadził Odyseusza do jego statku, Arete zaś wysłała trzy niewolnice; jedna niosła płaszcz i tunikę, druga skrzynie z darami, trzecia chleb i wino. Żeglarze umieścili wszystko wewnątrz statku. Potem rozpostarli na pokładzie chodnik i koc, tak by Odyseusz mógł spać głęboko. Zaległ tam bez słowa, a Feakowie usiedli na ławach. Pochylili się i uderzyli w słoną wodę wiosłami, Odyseusza zaś ogarnął sen, sen głęboki, sen słodki, sen niczym śmierć.

Potem statek Feaków skakał wysoko na falach jak cztery sprzężone rumaki, które pod batem pędzą rączo przez równinę, i mknął dalej, pozostawiając za sobą pienisty ślad. Nawet jastrząb, najszybszy z ptaków, nie mógłby się z nim równać, gdy ten ciął bałwany, niosąc mądrego człowieka, który cierpiał na wojnie i na morzu, a teraz spał w spokoju.

Gdy ukazała się zwiastująca świt gwiazda poranna, statek Feaków zbliżył się do Itaki. Jest tam przystań Forkysa, boga morskiego. Jej wejście obejmują dwa cyple, każdy urwisty od strony morza, lecz łagodniej przy brzegu nachylony. Oba fale powstrzymują, gdy statek za nimi na wodzie stoi nieprzycumowany. Na końcu przystani rośnie drzewo oliwne, a obok znajduje się jaskinia, siedziba nimf zwanych najadami. Pszczoły przechowują tam swój miód w czarach mieszalnych i kamiennych dzbanach. Są tam kamienne krosna, na których nimfy tkają purpurowe szaty, i dwa bezustannie bijące źródła.

Wpłynęli do przystani. Statek mknął tak szybko, że do połowy zagłębił się w brzegu. Feakowie znieśli Odyseusza z pokładu i położyli na piasku, wciąż zmożonego snem. Wzięli dary i umieścili obok pnia drzewa oliwnego, z dala od ścieżki, aby jakiś człek obcy ich nie zagarnął. Potem zawrócili, by udać się do domu.

Lecz Posejdon nie zapomniał o swych groźbach wobec Odyseusza. Przemówił do Zeusa:

– Ojcze Zeusie, nie będę cieszył się szacunkiem bogów, skoro nie okazują mi go nawet śmiertelni, a takoż Feakowie, którzy są wszak mymi potomkami! Postanowiłem, że Odyseusz nacierpi się przed powrotem do domu, choć owego powrotu nie odebrałem mu całkowicie, gdyż przyrzekłeś, że ujrzy ziemię rodzinną. Jednak ci ludzie przewieźli go śpiącego szybkim statkiem przez morze i wysadzili na brzeg w Itace, i wręczyli dary: brąz, złoto, tkane odzienia, więcej, niż zdobyłby w Troi, gdyby powrócił bez szwanku.

– Posejdonie, co też mówisz – odparł Zeus. – Bogowie nie okazują ci braku szacunku, najstarszemu i najlepszemu pośród naszego rodzeństwa.

Feakowie będą wypatrywać ze swego miasta statku powracającego z Itaki.

Zamień go w kamień na ich oczach, by dziwili się wielce! Potem skryj ich miasto za górą.

Usłyszawszy to, Posejdon udał się na Scherię, wyspę Feaków. Gdy statek płynący z Itaki przybił do brzegu, przemienił bóg go uderzeniem dłoni w skałę.

Feakowie nie kryli zdumienia.

– Kto wstrzymał nasz statek na morzu, gdy ten się już zbliżał?

Alkinoos rzekł do nich:

– Jest prawdą, że mój ojciec, który radził się licznych wyroczni, powiedział mi, że pewnego dnia statek powracający z dalekiej wyprawy w skałę zostanie przemieniony i że góra nas otoczy. Musimy złożyć Posejdonowi w ofierze dwanaście wołów i mieć nadzieję, że ulituje się nad nami.

Ogarnięci przerażeniem Feakowie przygotowali tuzin wołów na ofiarę.

Odyseusz obudził się na swej ziemi. Niczego nie poznawał. Atena spuściła na niego mgłę, tak by nikt nie uświadamiał sobie, kim jest, dopóki zalotnicy nie zapłacą za swe uczynki.

Otoczenie jednak zdawało się nieznajome jego władcy: ścieżki, skały nadmorskie, bujne drzewa. Odyseusz popatrzył na swą ziemię ojczystą i wydał głośny jęk. Potem uderzył się dłońmi po udach.

– Biada mi, dokąd to przybyłem? Wolałbym pozostać wśród Feaków. Teraz nie wiem, gdzie złożyć swój skarb. Nie mogę zostawić go tutaj, gdyż się lękam, że ktoś go ukradnie. Feakowie nie postąpili wobec mnie sprawiedliwie, przywodząc mnie do obcego lądu. Powiedzieli, że zabiorą mnie do Itaki, lecz słowa nie dotrzymali.

Wówczas pojawiła się przy nim Atena, przybrawszy postać młodego pasterza. Odziana była w szatę dwakroć zawiązaną na ramionach, na stopach zaś miała sandały.

– Mój przyjacielu, jesteś pierwszym, którego na tej ziemi widzę! – rzekł

Odyseusz, gdy bogini zbliżyła się do niego. – Życz mi dobrze i ocal ten skarb, a także i mnie! Przychodzę do ciebie niczym do boga, błagalnik u twych kolan.

Powiedz mi, co to za miejsce. Kto tu mieszka?

– Alboś niemądry, albo z daleka przybywasz. Ta ziemia nie jest bezimienną. To skalista wyspa, niezbyt dobra dla koni, ale też nie całkiem uboga, choć niewielka. Zboża tu rosną i grona dorodne na wino. Pada tu deszcz, a rankiem unosi się rosa. W sam raz dla kóz i bydła. Drzewa są liczne, jest też wiele

źródeł, które nigdy nie wysychają. Miano Itaka dotarło nawet do Troi, która jest daleko stąd, jak powiadają.

Odyseusz uradował się wielce, usłyszawszy, co rzekła Atena. Odpowiedział, nie ujawniając jednak prawdy, gdyż był człowiekiem przebiegłym.

– W istocie, słyszałem o Itace nawet na Krecie, która leży daleko za morzem. Przybyłem tu sam ze swymi dobrami. Zabiłem syna Idomeneusa, Orsylochosa, najszybszego biegacza na Krecie. Orsylochos pragnął ograbić mnie z łupu, który wziąłem z Troi i to z trudem wielkim, gdyż nie chciałem pod nim służyć. Nie mogłem, bo miałem pod komendą ludzi. Więc pewnej nocy przeszyłem Orsylochosa włócznią, gdy z pola powracał. Czekałem na niego w ukryciu przy drodze z jednym ze swych towarzyszy. Było ciemno i nikt nas nie widział. Odebrałem mu życie niepostrzeżenie. Od razu pobiegłem na wybrzeże i poprosiłem o pomoc kilku Fenicjan, dając im w zamian znaczną część łupu. Powiedziałem, by wzięli mnie na swój statek i wysadzili w Pylos albo w pobliżu, lecz wiatry przygnały ich tutaj. Nie chcieli mnie oszukać, a jedynie szlak zgubili. Wpłynęliśmy do przystani, zeszliśmy z pokładu, ja zaś byłem tak zmęczony, że od razu zaległem i zasnąłem. Przynieśli mój dobytek, kiedy śniłem na piasku.

Atena się uśmiechnęła, pogłaskała Odyseusza, przybrała postać kobiety –pięknej, wysokiej, biegłej w rękodziele – i rzekła:

– Sami bogowie musieliby być przebiegli, by dorównać ci w podstępach! Uparty jesteś! Nawet na swej własnej ziemi, którą całym sercem kochasz, nie wyrzekasz się miłości do forteli. Lecz nie mówmy o tym więcej. Jesteś najbieglejszy w zwodniczej przemowie, lecz ja słynę pośród bogów z wiedzy i biegłości w rzemiosłach. Znasz mnie? Oto ja, Atena, córka Zeusa, która zawsze cię strzegła w tarapatach. Sprawiłam, że Feakowie cię pokochali, a teraz się zjawiłam, by powziąć wespół z tobą plan, ukryć skarb i powiedzieć ci o przeprawie, która cię w domu czeka. Musisz być silny i zmierzyć się z tym, co nadchodzi. Nie mów żadnemu mężczyźnie ani kobiecie, że powróciłeś, lecz znoś przemoc owych intruzów w milczeniu.

– Trudno, bogini, poznać śmiertelnemu człowiekowi, choćby był bardzo mądry, żeś to ty, gdy cię spotyka, gdyż przybierasz postać wedle swej woli –odparł Odyseusz. – Lecz dobrze wiem, że byłaś u mego boku przez cały czas wojny. Potem, gdyśmy już złupili miasto Priama i odpłynęli na swych okrętach, bogowie rozproszyli Achajów. Wówczas nigdy nie widziałem cię na morzu. Gdy gościłem u Feaków, uradowałaś mnie swymi słowami i sama zawiodłaś mnie do miasta. Teraz zaś muszę cię spytać w imię twego ojca: to wszakże nie może być Itaka? Nie, to z pewnością inne miejsce, ty zaś żarty sobie ze mnie stroisz. Powiedz mi: czy naprawdę dotarłem do mej ojczystej ziemi?

– Nie opuszczę cię w nieszczęściu! Jesteś skryty, bystry i ostrożny. Inny człowiek, powracający ze swych wędrówek, pospieszyłby do domu, by ujrzeć żonę i dzieci. Ona płacze dni i noce. Byłam pewna, że ruszyłbyś do ziemi ojczystej po stracie swych ludzi, musisz jednak pojąć, że gdy byłeś na morzu, nie chciałam występować przeciwko bratu mego ojca, Posejdonowi, który gniewem do ciebie pała, ponieważ oślepiłeś jego syna cyklopa Polifema. Teraz pozwól, bym ci pokazała, że to twoja własna wyspa. Oto przystań Forkysa, boga morza, a to drzewo oliwne tuż obok, a tu jaskinia, w której mieszkają najady. Tam zaś góra Neriton, lasem pokryta.

Rozwiała mgłę, a on ujrzał nagle krainę, którą mu pokazywała. Ucieszył się i pomodlił do najad, wyciągnąwszy ku nim ręce. – Nigdy nie sądziłem, że znów was ujrzę  – wyznał. – Teraz jednak modlę się do was całym sercem. Złożę wam dary ofiarne, jak zwykłem to czynić, jeśli Atena sprawi, że żyć będę.

– Raduj się, Odyseuszu, nie bądź smutny – rzekła Atena. – Przenieśmy twe skarby do jaskini, gdzie pozostaną bezpieczne. Potem pomyślimy o tym, co należy uczynić.

Bogini weszła do świątyni, aby poszukać odpowiedniego miejsca na schowek. Odyseusz wniósł swe skarby do środka, a Atena zasłoniła wejście głazem.

Potem usiedli oboje pod drzewem oliwnym, by zaplanować zagładę ludzi, którzy obrażali jego żonę.

– Rozważ, Odyseuszu, jak masz napaść na zalotników, którzy od trzech lat zajmują twe domostwo i zabiegają o względy Penelopy.

– Miałem być zabity we własnym domu – rzekł z przejęciem Odyseusz. –

Tak jak Agamemnon, gdybyś mi o wszystkim nie powiedziała. Lecz pomyślmy, jak mogę ich pokonać. Stań u mego boku i natchnij mnie odwagą, taką, jaką się odznaczałem, gdy zdobywaliśmy Troję. Jeśli ze mną będziesz, i trzystu wrogów zabiję!

– Będę z tobą i nie zapomnę o tobie, a ci, którzy pochłaniają twój dobytek, zbryzgają ziemię swą krwią i mózgami. Teraz zaś uczynię cię dla wszystkich nieznajomym. Zmarszczę twą nadobną skórę, pięknych włosów pozbawię i odzieję w łachmany, których widok będzie niechęć budził, a także przyćmię ci oczy, tak wcześniej lśniące, byś zalotnikom oraz swej żonie i synowi nędznym się wydał. Najpierw udaj się do świniopasa, który dogląda twej trzody. Lubi cię, kocha też Penelopę i Telemacha. Zastaniesz go przy Skale Wron i Źródle Aretuzy, gdzie świnie tuczą się żołędziami i piją wodę. Zostań tam i przepytaj o wszystko, a ja w tym czasie Spartę odwiedzę, by znaleźć Telemacha, który udał się do pałacu Menelaosa, chcąc się dowiedzieć, czy jeszcze żyjesz.

– Dlaczego mu po prostu o  tym nie powiedziałaś? Czy po to, by miał cierpieć, żeglując po morzach?

– Nie martw się o niego. Przewodziłam mu. Zyskał sławę i nic mu nie grozi. Żyje spokojnie w pałacu Menelaosa. Prawda, zuchwali zalotnicy czyhają nań zdradziecko, gotowi go zabić, kiedy wróci, nie sądzę jednak, by im się powiodło. Tych, którzy majątek twój przejadają, wcześniej ziemia zakryje! –powiedziawszy to, Atena dotknęła Odyseusza swą laską. Skurczyła ciało na jego członkach, włosy przerzedziła i pokryła go skórą starego człowieka. Wzrok mu zamgliła i włożyła nań postrzępiony płaszcz i tunikę – nędzne,

brudne odzienie, dymem cuchnące. Na ramiona jego zarzuciła wyłysiałą skórę jelenia, dała też kostur i dziurawą sakwę na plecionym sznurze.

Wiedząc już, co czynić, rozstali się. Bogini udała się do Sparty, by sprowadzić syna Odyseusza.

KSIĘGA 14

BIESIADA CUDZOZIEMCA

W PRZEBRANIU

Odyseusz podążał wyboistą ścieżką z przystani do miejsca, gdzie wedle słów Ateny miał przebywać Eumajos. Zastał go siedzącego przed chatą. Opodal znajdował się wysoko położony dziedziniec z rozległym widokiem na okolicę. Świniopas sam otoczył go murem z wielkich kamieni i zwieńczył kolczastymi krzewami.

Wzdłuż muru umieścił pale z obrobionego drewna dębowego. Wewnątrz dziedzińca zbudował dwanaście chlewów dla świń, każdy mieścił pięćdziesiąt macior. Knury spały poza tą zagrodą. Było ich znacznie mniej, gdyż zuchwali zalotnicy objadali się nieustannie ich mięsem; pozostało jedynie trzysta sześćdziesiąt sztuk. Obok knurów spały cztery psy – zaciekłe, dzikie! – które świniopas ułożył.

Psy dostrzegły Odyseusza i ruszyły na niego, szczekając doniośle. Zaatakowałyby go okrutnie – choć przebywał we własnej zagrodzie – lecz Eumajos wyszedł zza muru, przywołując je głośno i przepędzając.

– Starcze! – zawołał. – Rozszarpałyby cię na strzępy, a bogowie jeszcze więcej by mi smutku przydali. I tak już opłakuję swego pana, hodując te tłuste świnie, by inni mogli się najeść. Lecz chodźmy do mej chaty, starcze. Posilisz się, napoisz i opowiesz o swych cierpieniach.

Eumajos zaprowadził Odyseusza do swego przybytku. Posadził go na łożu z chrustu, przykrytym kosmatą skórą dzikiej kozy.

Odyseusz rzekł do niego:

– Człowieku nieznajomy, niechaj Zeus i inni nieśmiertelni obdarzą cię tym, czego najbardziej pragniesz, gdyż okazałeś mi gościnność.

– No cóż, nie jest rzeczą słuszną odesłać kogoś obcego, nawet jeśli jest ubogi. Obcy i żebracy są pod opieką Zeusa, a ja witam cię darami, jakkolwiek drobnymi. Żywot takich jak ja niewolników jest niepewny. Pan mój zadbałby o mnie, gdyby zestarzał się w swym domu.

Eumajos poszedł do chlewów. Wybrał dwa prosiaki do zarżnięcia, potem opalił mięso, pokroił i nadział na rożny. Gdy się upiekło, położył je przed Odyseuszem i posypał ziarnami jęczmienia. Zmieszał wino w czarze z drewna bluszczu i postawił przed swym gościem.

– Posil się teraz jadłem, jakie mogą ofiarować niewolnicy, mięsem młodych świń. Zalotnicy jedzą tłuste knury. Litości nie znają! Bogowie brzydzą się takowym zachowaniem! Włości pana mego były niegdyś wielkie. Nikt inny, choćby i dwudziestu ludzi, nie miał takich bogactw. Powiadam ci: dwanaście stad bydła na lądzie za wyspą, tyleż stad owiec, trzód świńskich i stad kozich. I także tu, na Itace, ma jedenaście stad podobnych. Lecz dzień za dniem pasterze muszą oddawać najlepsze sztuki zalotnikom.

Odyseusz z wdzięcznością zjadł mięso i wypił wino, snując mroczne myśli o śmierci zalotników.

– Kto był twoim panem, mój przyjacielu? – spytał Odyseusz. – Musiał być bogaty i potężny. Powiedz mi. Może znam go, gdyż szmat ziemi przewędrowałem.

– Sta rcze, wędrowcy spragnieni jałmużny wszelkie kłamstwa opowiadają. Nieraz podróżny przybywa do domu mej pani i snuje historie o jej mężu. Ona przyjmuje go serdecznie, a z oczu płyną jej łzy. Sądzę, że i ty, starcze, zmyśliłbyś jakowąś historię w zamian za płaszcz i odzienie. A co się mego pana tyczy, psy i ptaki skórę zeń oskubały, a duch jego uleciał albo może ryby w morzu pożywiły się nim, jego zaś szczątki na jakimś wybrzeżu spoczywają zakopane w piasku. Nigdy więcej nie będę miał pana równie dobrego. Umieram z tęsknoty za nim. Miłował mnie i opieką otaczał.

– Mój przyjacielu – odrzekł Odyseusz. – Powiadam ci, że Odyseusz powróci, a gdy tak się stanie, dasz mi płaszcz i tunikę. Wcześniej niczego nie wezmę. Biorę na świadka Zeusa i wszelkich bogów, że tak właśnie będzie. Tegoż miesiąca Odyseusz się pojawi. Wróci i zemsty dokona na tych, którzy żonę jego i syna obrażają.

Starcze, z pewnością nie obdaruję cię niczym, gdyż Odyseusz nigdy do swego domu nie powróci! – odrzekł Eumajos. – Serce mi się rozdziera, gdy ktoś wspomina mego pana. Lecz teraz o jego syna się martwię. Udał się do Pylos, chcąc się dowiedzieć czegoś o ojcu. A teraz, jak słyszę, zalotnicy się szykują, by napaść na niego, gdy powróci, i przynieść zagładę domowi Odyseusza. Lecz dość o tym. Powiedz mi, starcze, o swym losie. Kim jesteś? Skąd przybywasz? Z jakiego miasta? Gdzie twoi rodzice? Na jakim statku tu przypłynąłeś?

– Powiem ci – odrzekł Odyseusz. – Pochodzę z Krety, jestem synem człowieka bogatego. Miał też innych synów zrodzonych z małżonki, ale matka moja była jego nałożnicą. Zwał się Kastorem, był synem Hylasa, który traktował mnie jak prawowitego syna. Wysoko stał pośród Kreteńczyków, lecz śmierć zawiodła go do domu Hadesa, a synowie podzieli jego włości. Mnie dostał się tylko płachetek ziemi. Wziąłem bogatą żonę, gdyż ceniony byłem za swą siłę i waleczność. W tamtych dniach Ares i Atena odwagę we mnie tchnęli, bym przerywał szyki bojowe. Zawsze do walki ruszałem pierwszy i wrogów zabijałem. Nim Achajowie stopę w Troi postawili, dziewięciokrotnie wojowników i okręty prowadziłem i znaczne łupy zdołałem zg romadzić.

Kiedy nadszedł czas, by wyruszyć przeciwko Troi, Kreteńczycy nakazali mnie i Idomeneusowi poprowadzić ich okręty. Dziewięć lat Achajowie toczyli wojnę, a dziesiątego roku złupiliśmy miasto Priama. Wyruszyliśmy do domów, lecz Zeus złe miał wobec mnie zamiary. Dotarłem na Kretę i zostałem tam przez miesiąc, radując się dziećmi, żoną i bogactwami, potem zaś wyruszyłem z towarzyszami do Egiptu.

Sprzyjał nam wiatr północny, my zaś sunęliśmy po wodzie, jakby z prądem rzeki żeglując. Dnia piątego dotarliśmy do Egiptu. Zacumowałem nasze okręty na rzece Ajgyptos. Kazałem swym ludziom strzec ich, a kilku wysłałem, by rozejrzeli się po okolicy. Ci tymczasem w swej zuchwałości splądrowali miejscowe włości, uprowadzili kobiety i dzieci, a mężczyzn w pień wycięli. Niebawem w mieście podniósł się krzyk tak wielki, że wszyscy go usłyszeli. O świcie nadeszli, a równina zaroiła się od wojowników, rydwanów i błysków brązu.

Zeus cisnął w mych ludzi piorunem i żaden nie śmiał stawiać oporu. Klęska ze wszystkich stron nas otaczała. Wielu zginęło od oręża, innych do miasta zabrano jako niewolników. Żałuję, że tam nie zginąłem, tak wiele cierpień mnie czekało. Zdjąłem z głowy hełm, odrzuciłem tarczę, odłożyłem włócznię i podbiegłem do rydwanu króla. Objąłem mu kolana i ucałowałem go. Ulitował się nade mną, wziął mnie do swego rydwanu i płaczącego zabrał do domu.

Wzburzony tłum ruszył, gotów mnie zabić, ale król tę tłuszczę powstrzymał. Szanował gniew Zeusa, boga tułaczy, karzącego zło im wyrządzane.

Pozostałem tam lat siedem. W ósmym roku przybył z Fenicji pewien człowiek, chciwy oszust. Nakłonił mnie, bym z nim popłynął na jego ziemię. Potem siłą wprowadził na statek zmierzający do Libii, by sprzedać mnie w niewolę.

Płynęliśmy na południe od Krety przy sprzyjającym wietrze północnym, lecz Zeus zesłał na nas ciemną chmurę i piorunem swym uderzył. Statek zadrżał od dziobu po rufę i wonią siarki się wypełnił. Załoga za burtę wypadła, lądując na falach niczym wrony morskie.

Co do mnie, to w tej pełnej rozpaczy chwili Zeus włożył mi w dłoń maszt statku. Przywarłem do niego i płynąłem, wiatrami porywany. Dni dziewięć niosło mnie morze, dziesiątego zaś dotarłem do wyspy Tesprotów. Ich król przyjął mnie do siebie.

Tam dowiedziałem się o Odyseuszu. Król ugościł go i powitał w jego drodze do Itaki, pokazał też skarby, które Odyseusz zgromadził – brąz, złoto i żelazo misternie obrobione. Bogactwo owo zapewniłoby dostatnie życie nawet dziesięciu pokoleniom.

Rzekł też, że Odyseusz udał się do Dodony, by wyroczni Zeusa wysłuchać, świętego dębu, i dowiedzieć się, jak do Itaki ma powrócić. Statek Tesprotów miał popłynąć ku Dulichionowi, dokąd chciałem się udać. Kazał mnie zabrać do tamtejszego króla, lecz oni uknuli zdradziecki plan.

Gdy statek oddalił się znacznie od lądu, postanowili sprzedać mnie w niewolę. Zdarli ze mnie odzienie i ubrali w ten łach. Gdy się ściemniło, dotarli do Itaki. Związali mnie powrozem, a sami zeszli na brzeg, by się posilić. Bogowie pomogli mi uwolnić się z pęt. Zsunąłem się po desce ładunkowej i dopłynąłem do lądu. Przycupnąłem w lesie, kuląc się ze strachu. Bogowie mnie ukryli i zawiedli do zagrody mądrego człowieka, do ciebie, Eumajosie. Wydaje się, że zdołam przeżyć.

– Och, biedny gościu, poruszyłeś mnie opowieściami o cierpieniu doznanym w trakcie podróży. Lecz nie rzekłeś mi prawdy o jednym: nigdy mnie nie przekonasz, bym uwierzył w historię o Odyseuszu. Wiem, że bogowie musieli nienawidzić mego pana, gdyż nie zabili go pośród Trojan wraz z jego przyjaciółmi. Gdyby stało się inaczej, Achajowie mogliby mu wznieść stosowny grobowiec, on zaś otoczony byłby chwałą. Tymczasem burzliwe morza zaniosły go daleko, honoru pozbawiając. Co do mnie, żyję tu ze swymi świniami i nie chadzam do miasta, chyba że Penelopa mnie prosi, usłyszawszy jakieś nowiny. Nie naprzykrzam się z pytaniami od czasu, gdy okłamał mnie pewien człowiek, który przybył do mego domu za zbrodnię ścigany. Przyjąłem go, on zaś powiedział, że widział Odyseusza pośród Kreteńczyków, w domu Idomeneusa, kiedy naprawiał swe statki, podczas sztormu uszkodzone. Zapewniał, że Odyseusz zjawi się tu latem albo jesienią ze stosem skarbów i swymi ludźmi. Nie przybył jednak. Widzę, że wiele wycierpiałeś, lecz nie staraj się zyskać mej przychylności kłamstwami. Szanuję cię przez wzgląd na Zeusa, boga biedaków, nie zaś przez wzgląd na twe opowieści.

– Nie chcesz mi uwierzyć – odparł Odyseusz. – Choć przysiągłem prawdę mówić. Lecz zawrzyjmy umowę, a bogowie naszymi świadkami będą. Jeśli pan twój wróci w rzeczy samej do swego domu, dasz mi płaszcz i tunikę i wyślesz do Dulichionu, dokąd pragnę dotrzeć. Lecz gdy pan twój nigdy nie przybędzie, każ niewolnikom strącić mnie ze szczytu skały, tak by żaden żebrak kłamstw nie ośmielił się ci prawić!

– Prawdziwie uczyniłoby to mnie sławnym pośród ludzi, teraz i na zawsze, gdybym sprowadził cię do swego domu, ugościł, potem zaś zabił! Jak wówczas mógłbym modlić się do Zeusa w dobrej wierze? Czas na posiłek. Moi pomocnicy zjawią się niebawem. Możemy przygotować smaczne jadło.

Pastuchowie powrócili z pola. Zamknęli maciory, a chlewy wypełniało głośne chrząkanie. Świniopas zawołał do swych podwładnych:

– Przyprowadźcie najokazalszego knura. Zarżniemy go dla naszego gościa i my też na tym skorzystamy, gdyż trudzimy się przy świniach, które inni zjadają.

Eumajos narąbał drewna, inni zaś przyciągnęli do paleniska pięcioletniego knura. Świniopas nie zapomniał o bogach; jako pierwszą ofiarę wrzucił do ognia szczecinę ze łba świńskiego i pomodlił się o powrót Odyseusza. Następnie uderzył zwierzę pałką. Jego podwładni poderżnęli knurowi gardło, opalili mięso, po czym je podzielili. Gospodarz wziął kawały mięsiwa, ułożył w tłuszczu i wrzucił do ognia, posypawszy wcześniej jęczmieniem.

Pokroili resztę, nadziali na rożny, upiekli i położyli mięso na półmiskach. Eumajos podzielił je na siedem części. Jeden kawałek odłożył dla nimf i Hermesa, a pozostałe dał swym podwładnym. Odyseusza uraczył dużą porcją z grzbietu.

–

Eumajosie, niech Zeus miłuje cię tak jak ja, gdyż mnie biednemu najlepszą część mięsiwa dałeś.

– Raduj się posiłkiem – odrzekł mu Eumajos. – Bóg daje i odbiera wedle swojej woli.

Wrzucił do ognia kawałek swej porcji jako ofiarę, ulał też wina, włożył kielich w dłonie Odyseusza i usiadł.

Odyseusz postanowił wówczas poddać swego gospodarza kolejnej próbie.

–

Słuchaj mnie, Eumajosie, i wy pozostali! Chełpliwą opowieścią was uraczę. Wino mnie ku temu skłania, ów odurzający napój, który nawet mędrcom każe śpiewać i śmiechem się zanosić.

Chciałbym znów być młody i tak silny jak wówczas, gdyśmy zasadzkę pod murami Troi szykowali. Dowodzili Odyseusz i Menelaos, a ja jako trzeci. Gdy dotarliśmy pod gród, ukryliśmy się w zaroślach i bagnie, przycupnąwszy tamże. Nadeszła chłodna noc. Wiatr północny zelżał i mróz się pojawił, potem spadła zasłona śniegu, tarcze nasze lód pokrył. Pozostali wojownicy mieli płaszcze i tuniki, tarczami ramiona osłaniali, lecz gdy z obozu wyruszałem,

nie wziąłem płaszcza, sądząc, że nie będzie tak zimno, więc miałem jedynie swą tarczę i pas metalowy. Gdy noc już późna zapadła i pojawiły się gwiazdy, rzekłem do Odyseusza, który był w pobliżu:

„Odyseuszu, synu Laertesa, muszę ci powiedzieć, że niedługo wśród żywych zabawię. Umieram z zimna. Nie mam płaszcza. Jakiś bóg skłonił mnie, bym bezrozumnie włożył jedynie tunikę. I cóż mam teraz czynić?”.

Odyseusz powziął pewien plan. Był biegły w podstępach, walce i mowie.

„Bądź teraz cicho, aby nikt z naszych cię nie usłyszał” – wyszeptał. Potem wsparł się na łokciach i odezwał się głośno: „Słuchajcie, moi przyjaciele, bogowie przemówili do mnie, kiedym spał. Oddaliliśmy się zbytnio od okrętów. Niechaj ktoś uda się do Agamemnona i powie mu, by przysłał nam więcej ludzi”.

Tak rzekł, a jeden z naszych się zerwał, zrzucił z siebie płaszcz i ruszył biegiem w stronę okrętów. Wtedy położyłem się na jego odzieniu, a świt ukazał się na swym złotym tronie. Chciałbym być teraz taki młody jak wówczas, a jeden z twych pastuchów dałby mi swój płaszcz z dobroci i szacunku. –

Uraczyłeś nas dobrą opowieścią, starcze – rzekł Eumajos. – I nie padło z twych ust nic niestosownego, odkąd tu jesteś. Więc nie zbraknie ci odzienia ani niczego innego, lecz otrzymasz to, co należy się błagalnikowi. Tej nocy przynajmniej płaszczem się okryjesz, lecz z nastaniem ranka zadowolić się będziesz musiał swymi łachmanami. Nie mamy tu zbytecznych okryć ani odzienia na zmianę. Każdy tylko jednym musi się zadowolić.

Eumajos wstał i legowisko przy ogniu dla wędrowca przygotował, przykrywając je skórami owczymi i koźlimi. Odyseusz się położył, a świniopas narzucił nań gruby płaszcz, który trzymał dla siebie na wypadek ulewnego deszczu, by nie zmoknąć.

Odyseusz spał obok gospodarza i jego pomocników. Jednakże Eumajos nie czuł się kontent, leżąc z dala od swych świń. Przerzucił przez ramię swój

ostry miecz, odział się w płaszcz chroniący przed wiatrem i wziął dużą skórę baranią. Zabrał też włócznię jako oręż przeciwko psom i ludziom, po czym wyszedł z chaty, by spocząć obok swej trzody o białych kłach, pod występem skalnym, który go osłaniał przed północnym wiatrem.

15

ŚWINIOPAS EUMAJOS

Tymczasem Atena udała się do Sparty, by czuwać nad powrotem

Telemacha do Itaki. Zastała jego i Pizystrata, syna Nestora, we wspaniałym pałacu Menelaosa. Telemach nie mógł zmrużyć oka.

Atena stanęła obok niego i odezwała się w te słowa:

– Telemachu, nie powinieneś spędzać tyle czasu z dala od domu. Obudź bezzwłocznie Menelaosa i poproś, by wysłał cię w drogę powrotną. Zalotnicy przyczaili się w przesmyku między Itaką i Kefalinią. Zamierzają cię zabić, nim dotrzesz do swego lądu. Nie sądzę jednak, by im się udało. Płyń z dala od tych wysp i tylko nocą. Jeden z nieśmiertelnych, który nad tobą czuwa, ześle przychylny wiatr. Kiedy dopłyniesz do Itaki, wciągnij statek na brzeg i wyślij swych ludzi do miasta, sam jednak ruszaj do chaty świniopasa.

Atena udała się na Olimp, a Telemach obudził Pizystrata.

– Wstań! Przygotuj konie! Zaprzęgnij je do rydwanu. Ruszajmy!

– Telemachu, nie możemy pędzić w ciemności. Wstrzymaj się. Niebawem wstanie świt, a król Menelaos przyniesie dary i wyśle nas w drogę.

Wkrótce zaświtało. Menelaos podniósł się ze swego łoża, w którym spoczywał obok pięknej Heleny. Telemach, ujrzawszy go, włożył szybko tunikę i płaszcz, po czym pospieszył na rozmowę z królem.

– Menelaosie, synu Atreusa, odeślij mnie do mej rodzimej ziemi, gdyż muszę powrócić tam jak najprędzej.

– Nie zmierzam cię powstrzymywać, Telemachu. Dobry gospodarz powinien powitać swego gościa, a potem wyposażyć go, gdy zechce odejść! Wstrzymaj

się chwilę, a ja przyniosę ci dary i złożę w twoim rydwanie. Powiem też kobietom, by przygotowały posiłek. Jeśli chcesz podróżować przez mój kraj, będę ci towarzyszył. Zabiorę cię do wszystkich miast! Nikt cię nie odeśle z pustymi rękoma, wszyscy nas czymś obdarują.

– Menelaosie, synu Atreusa, wolałbym niezwłocznie udać się do domu.

Lękam się, że szukając ojca, mogę napotkać swój koniec albo że jego kosztowności zostaną skradzione.

Kiedy Menelaos to usłyszał, polecił natychmiast swej żonie Helenie i jej służebnym przygotować posiłek. Następnie zszedł do skarbca wespół z Heleną i swym synem Megapentesem. Wziął podwójny puchar i poprosił syna o przyniesienie czary mieszalnej ze srebra. Helena zbliżyła się do skrzyni pełnej wyszywanych szat, a niektóre sama utkała, i dobyła najokazalsze odzienie, które świeciło jak gwiazda. Powrócili do Telemacha z tymi kosztownościami.

– Telemachu, niechaj Zeus obdarzy cię wszystkim, czego pragniesz! Ze wszystkich skarbów, jakie posiadam, dam ci najpiękniejsze i najcenniejsze. Czarę mieszalną, całą ze srebra ze złotym brzegiem. Wykonał ją Hefajstos, a dał mi król Sydończyków w Azji, Fenicjanin.

Silny Megapentes przyniósł czarę mieszalną i postawił przed synem Odyseusza. Menelaos zaś włożył w dłonie Telemacha podwójny puchar. Helena wręczyła mu cenną szatę. –

Ofia rowuję ci też ten dar, moje dziecko – rzekła. – Tak abyś pamiętał w dniu swego ślubu Helenę. To dla twej wybranki. Tymczasem powierz tę szatę matce. Życzę tobie i twemu domostwu na rodzimej ziemi wszelkiej radości.

Włożyła mu szatę w dłonie, a on przyjął ją z wdzięcznością. Pizystrat umieścił dary w rydwanie, patrząc w zdumieniu na ich wspaniałość. Potem Menelaos zaprowadził ich do sal pałacowych i posadził na krzesłach. Służebna przyniosła złoty dzban i obmyła im dłonie nad srebrną misą, podczas gdy druga przysunęła stoły i rozłożyła na nich chleb i mięso. Menelaos nalał wina.

Tak więc zasiedli do śniadania w pogodnym duchu, a gdy już zaspokoili głód, Telemach i Pizystrat zaprzęgli konie, po czym wsiedli do rydwanu. Wyjechali poza bramę, a Menelaos podążył za nimi, trzymając złoty kielich z winem, by mogli złożyć ofiarę.

– Żegnajcie zatem, dobrzy młodzieńcy, i przekażcie me pozdrowienia

Nestorowi. Był dla mnie jak ojciec, gdyśmy my, Achajowie, walczyli pod Troją.

– Zaniesiemy mu twe przesłanie – odparł Telemach. – I mam nadzieję, że gdy wrócę do Itaki, zastanę w domu ojca i będę mógł mu powiedzieć, jak doznałem od ciebie wszelkiej dobroci.

Gdy wypowiedział te słowa, z jego prawej strony przeleciał orzeł, niosąc wielką białą gęś, którą porwał z dziedzińca. Pobiegły za nim kobiety z głośnym krzykiem. Orzeł zniżył lot i znów wzbił się w powietrze tuż przed końmi. Wszyscy uradowali się na widok tego omenu.

– Czy to tobie, Menelaosie, czy też nam bogowie ukazali ten znak? – spytał

Pizystrat.

Helena rzekła, nim jej mąż zdążył się odezwać:

– Posłuchajcie, a wam wyjaśnię. Tak jak orzeł przybywa z gór i chwyta gęś mieszkającą w domostwie, tak i Odyseusz powróci i zemści się na ludziach, którzy adorują jego żonę.

– Oby Zeus to sprawił – odpowiedział Telemach.

Pizystrat smagnął konie batem, one zaś popędziły przez miasto. Przez cały dzień cwałowały, aż dotarli do Pylos.

– Obiecaj mi coś, przyjacielu, i uczyń, jak ci powiem – rzekł Telemach do Pizystrata. – Starymi jesteśmy przyjaciółmi za sprawą przyjaźni naszych ojców i naszego młodego wieku, a podróż ta zbliżyła nas do siebie. Pozostaw mnie przy mym statku. Nie zabieraj do Pylos, gdyż się obawiam, że ojciec twój Nestor zatrzyma mnie w swym domu, gdy ja do swego udać się muszę.

Pizystrat zawrócił konie w stronę morza. Gdy przybyli na miejsce, wziął z rydwanu piękne dary Menelaosa i zaniósł na rufę. Potem ruszył do Pylos, a Telemach przyłączył się do swych ludzi.

– Takielunek na pokład wnieście, moi przyjaciele, i dalej, w drogę.

Zasiedli na ławach. Telemach złożył Atenie ofiarę ze zwierzęcia. Gdy się modlił, zbliżył się do niego jakiś obcy człek. Uchodził z Argos, gdyż dopuścił się mężobójstwa. Był to wieszczek imieniem Teoklymenos, wywodzący się z rodu wróżbitów.

– Mój przyjacielu – zwrócił się do Telemacha. – Zaklinam cię na boga, do którego się modlisz, na twe życie i twych towarzyszy, powiedz mi: kim jesteś? I skąd? Gdzie twe miasto? Kim są twoi rodzice?

– Pochodzę z Itaki, nieznajomy. Mój ojciec to Odyseusz, jeśli wciąż żyje. Próbuję zdobyć jakieś wieści o nim. Od tak dawna go nie ma.

– Ja także swój kraj opuściłem, gdyż zabiłem pewnego człowieka, jednego z krewnych. Teraz zaś jego bracia i inni członkowie rodziny chcą to samo uczynić ze mną. Ratuję swe życie. Weź mnie na swój statek, skoro proszę cię o to, gdy się modlisz. Inaczej bowiem śmierć mi zadadzą, a są już niedaleko.

– Nigdy bym cię nie odpędził. Zabierz się z nami.

Wziął od Teoklymenosa włócznię, na pokładzie położył, po czym sam wszedł na statek. Usiadł na rufie z gościem swym u boku. Jego ludzie odwiązali cumy i maszt podnieśli. Potem wzmocnili go sznurami i za pomocą rzemieni z byczej skóry żagiel wciągnęli. Atena zesłała im przychylny wiatr. Słońce zaszło i fale pociemniały. Statek minął ląd stały i skierował się ku domowi.

W Itace zaś Odyseusz i Eumajos spożywali wieczorny posiłek w chacie.

Gdy głód zaspokoili, Odyseusz zagadnął przemyślnie świniopasa, chcąc się przekonać, czy dalej będzie go gościć, czy raczej do miasta odeśle.

– Posłuchaj, Eumajosie, i wy wszyscy, zamierzam rankiem pójść do miasta na żebry, gdyż tym sposobem nie będę was swymi potrzebami obarczał. Zechciałbyś mi rady udzielić? Może ktoś ofiaruje mi kubek wody albo kawałek chleba. Mógłbym nawet udać się do domu Odyseusza, zanieść jakieś wieści

Penelopie i przyłączyć się do zalotników, by sprawdzić, czy posiłek mi ofiarują. Mógłbym im służyć, jakkolwiek by zapragnęli. Zręczny w tym jestem. Nikt mi

nie dorówna w rozpalaniu ognia, rąbaniu drewna, krojeniu i pieczeniu mięsa czy też nalewaniu wina.

– Skąd taka myśl postała w twej głowie?  – spytał Eumajos, głęboko poruszony. – Musisz chyba pragnąć śmierci, skoro chcesz się włączyć w tłum zalotników, których rozpusta i okrucieństwo granic nie znają! Usługują im młodzieńcy w wyszukanych szatach. Mają twarze nadobne i gładkością się odznaczają. Nie, pozostań tutaj! Nikomu nie wadzisz, ani mnie, ani innym. A gdy Odyseusz niebawem przybędzie, da ci płaszcz i tunikę, po czym odeśle, dokądkolwiek zechcesz się udać.

– Eumajosie, żywię nadzieję, iż Zeus pokocha cię tak jak ja. Położyłeś kres mojej włóczędze. Bezdomność jest dla śmiertelnika rzeczą najgorszą. Skoro zatrzymujesz mnie tutaj i nalegasz, bym zaczekał na powrót twego pana, opowiedz mi o matce Odyseusza i jego ojcu, który był już u progu starości, gdy syn ruszył na wojnę. Czy rodzice Odyseusza wciąż żyją? Czy też są martwi i w domu Hadesa przebywają?

– Laertes wciąż żyw, lecz opłakuje z żałością syna, który odszedł, i żonę, której śmierć przydała mu lat. Marniała z tęsknoty za Odyseuszem. Pozwoliła, bym chował się z jego siostrą, Ktimeną, jej najmłodszym dzieckiem. Troszczyła się o mnie jak o syna rodzonego. Ktimenę wysłali na Samos, dużą wyspę po drugiej stronie przesmyku, by poślubiła Eurylochosa, jednego z towarzyszy Odyseusza. Otrzymali niezliczone dary ślubne! Co do mnie, moja pani Antiklea, Odyseusza matka, dała mi świeże odzienie i sandały i powierzyła opiekę nad polami.

– Musiałeś być młody, gdy z twego kraju cię zabrano – rzekł Odyseusz. – Powiedz mi: czy złupiono miasto, gdzie twój ojciec i matka mieszkali? Czy też sam byłeś ze swym stadem, gdy porwany zostałeś, a potem sprzedany?

– Skoro pytasz, nieznajomy, słuchaj w milczeniu, gdy będę mówił. Jest czas snu i czas, by cieszyć się opowieścią. Jeśli inni chcą, mogą teraz wyjść i udać się na spoczynek. Tu, chwilę jakąś, raczyć się winem będziemy i słuchaniem

nawzajem zwierzeń smutnych. Człowiek nawet w bólu znajduje przyjemność, jeśli wiele wycierpiał i szmat ziemi przewędrował.

Jest wyspa zwana Syrią, jeśliś o niej słyszał. Nad Ortygią, na zwrotniku słońca. Niewielu ją zamieszkuje, lecz to żyzne miejsce. Pasą się tam stada bydła i owiec, winorośl dojrzewa, a także pszenica. Głodu nikt w owej krainie

nie zaznaje i nikt chorób nie doświadcza. Gdy człowiek wiek starczy osiąga,

Artemida i Apollo strzałami ze swych srebrnych łuków śmierć mu łagodną zadają. Na wyspie dwa miasta się znajdują i cały ląd jest między nie podzielony.

Król oboma rządził: ojciec mój, Ktesjos, człowiek bogom podobny.

Dnia pewnego przybyli chciwi Fenicjanie, przywożąc moc świecidełek. W domu mego ojca przebywała kobieta fenicka, piękna i w rękodziele biegła.

Fenicjanie omamili ją, gdy odzienia prała. Spytali, skąd pochodzi, ona zaś wskazała im dom mojego ojca.

„Pochodzę z Sydonu w brąz bogatego” – odrzekła. „Jestem córką Arybasa, który był bardzo majętny. Lecz Tafijczycy mnie uprowadzili, kiedym wracała z pola, przywiedli tu i sprzedali”.

„Może udasz się z nami do swego kraju, tak byś znów zobaczyła dom ojca i matki oraz ich samych także?” – spytał jeden. „Wciąż żyją i są bardzo bogaci”.

„Może tak uczynię” – odparła kobieta. „Jeśli przysięgniecie, że na waszym statku bezpiecznie do domu dopłynę”.

Przysięgli, kobieta zaś nakazała: „Zamilknij teraz i niechaj żaden z twych towarzyszy nie mówi do mnie, jeśli spotka mnie w mieście czy przy wodopoju. Lękam się, że gdy ktoś pójdzie do pałacu i powie o wszystkim królowi, ten nabierze podejrzeń, uwięzi mnie, a was postanowi zabić. Wiec zachowajcie baczenie. Jak najszybciej przehandlujcie swe towary. Gdy zapełnicie statek, a ja będę w pałacu, umyślnego do mnie przyślijcie. Wezmę, ile się da, złota i coś jeszcze. Król, pan mój, ma dziecię szlachetne, którego piastunką jestem. To bystry chłopiec. Pójdzie ze mną, gdy z pałacu wyjdę. Wezmę go na statek, a wy spory okup za niego dostaniecie, gdziekolwiek zechcecie go sprzedać”. Tak powiedziawszy, udała się do pałacu.

Fenicjanie pozostali w Syrii cały rok i mnóstwo dóbr nabyli. Gdy statek był po brzegi pełen, wysłali do kobiety umyślnego. W domu mego ojca zjawił się ów człowiek, przebiegły nie lada. Przyniósł ze sobą naszyjnik złoty z bursztynowymi paciorkami. Wszystkie kobiety wraz z moją matką się zbiegły, by go oglądać, dotykać i się targować. Skinął w milczeniu głową mej piastunce, a potem wrócił na statek. Wzięła mnie za rękę i wyprowadziła z ojcowskiego domu. Na ganku pałacowym ze stołu biesiadnego zabrała trzy kielichy. Pod odzieniem je schowała, a ja poszedłem z nią, nieświadom niczego.

Słońce zaszło i fale ciemność przykryła, kiedy spieszyliśmy do portu i statku fenickiego. Oboje weszliśmy na jego pokład. Żeglowaliśmy po morskiej toni, a Zeus zsyłał nam pomyślny wiatr. Przez sześć dni płynęliśmy, lecz gdy siódmy nastał, Artemida strzałą mą piastunkę ugodziła, a ta padła na dno statku jak rybitwa. Fenicjanie za burtę ją wyrzucili na pożarcie fokom i rybom, mnie zaś rozpacz ogarnęła.

Wiatr i fale zaniosły ich do Itaki i tu Laertes kupił mnie za swe bogactwa. Tak po raz pierwszy ten ląd ujrzałem.

– Eumajosie, poruszyłeś mnie do głębi opowieścią o swym cierpieniu. Jednakże Zeus prócz złych chwil dobrymi cię też obdarował, gdyż po wszystkich

tych przejściach trafiłeś do domu prawego człowieka, który cię karmił, poił i dobrze traktował, ty zaś żyłeś w dostatku. Co do mnie, liczne miasta nawiedziłem, nim do tego miejsca dotarłem.

I tak opowieściami się dzielili, nim sen ich zmorzył, nie na długo wszakże, gdyż świt niebawem nastał.

Teraz zaś statek Telemacha do brzegu się przybliżał. Ludzie jego żagiel zwinęli i maszt złożyli. Powiosłowali ku kotwicowisku, kamienie cumownicze za burtę rzucili i zawiązali liny rufowe. Potem ze statku zeszli i posiłek przyrządzili.

– Słuchajcie, towarzysze, powiosłujcie do miasta – rzekł Telemach, gdy skończyli jeść. – Pragnę nasze ziemie nawiedzić i pomówić z pasterzami. Gdy już wszystkiego doglądnę, do was powrócę.

– A ja dokąd mam się udać, drogi chłopcze? – spytał Teoklymenos. – Wprost do domu twego i twej matki?

– Tak bym ci zazwyczaj radził. Mnie jednakże tam nie będzie, a matka nie zobaczy cię zapewne. Rzadko się pojawia, woli zamknięta w swej komnacie na krosnach wyszywać. Lecz może ci ktoś towarzyszyć: imię jego Peireus.

W chwili, gdy Telemach przemawiał, ptak przeleciał z jego prawej strony, jastrząb, wysłannik Apolla. W szponach trzymał gołębia, którego skubał, zrzucając jego pióra na ziemię między statkiem a Telemachem.

Teoklymenos wziął Telemacha na stronę, z dala od pozostałych, i ujął jego dłoń.

– Nie sądzę, by ten ptak przeleciał po naszej prawicy bez boskiego nakazu. Gdym tylko go ujrzał, od razu pojąłem, że to omen. Nie ma pośród ludu Itaki rodu bardziej królewskiego niźli twój, a ten będzie wszechmocny.

– Cudzoziemcze, żywię nadzieję, że twe słowa się spełnią. Wówczas wielką przyjaźń ci okażę i hojność. – Telemach zwrócił się do jednego ze swych ludzi: – Peireusie, najwierniejszym jesteś spośród tych, którzy do Pylos się udali, proszę cię więc, byś zabrał tego człowieka do swego domu i ugościł go, dopóki nie powrócę.

– Bez względu na to, jak długo tu pozostaniesz, będę go gościł, jemu zaś niczego nie zabraknie – zapewnił Peireus.

Potem wrócił na statek i nakazał towarzyszom poluzować cumy. Usiadł wraz z Teoklymenosem. Żeglarze odbili od brzegu i popłynęli zgodnie ze słowami Telemacha.

Ten pospieszył do zagrody, gdzie trzymane były świnie. Ich opiekun spał między nimi, zawsze wierny swemu panu.

KSIĘGA 16

OJCIEC I SYN

Odyseusz i Eumajos krzątali się w chacie przy śniadaniu. Gospodarz odesłał pozostałych, by zajęli się świniami. Gdy Telemach zbliżył się do zagrody, psy poczęły się do niego łasić. Odyseusz usłyszał jego kroki.

– Chyba zbliża się któryś z twoich przyjaciół – rzekł do Eumajosa. – Psy na niego nie szczekają, a ja słyszę stąpanie.

Ledwie skończył mówić, gdy w drzwiach pojawił się Telemach. Eumajos zerwał się zdumiony i upuścił dzban, w którym mieszał wino. Podszedł do swego pana i ucałował mu głowę, oczy i dłonie. Powitał go tak, jak ojciec wita syna, który powraca z dalekiego lądu – jedynego syna, tak bardzo kochanego i wytęsknionego.

– Telemachu, powróciłeś! – zaszlochał. – Słodkie światło mych oczu! Myślałem, że już nigdy cię nie ujrzę.

– Powróciłem przez wzgląd na ciebie, mój dobry człeku. Pragnąłem cię zobaczyć i się dowiedzieć, czy moja matka wciąż przebywa w domu, czy też ktoś już ją poślubił.

– Jej serce pozostaje niewzruszone, lecz nocami płacze ze smutku.

Eumajos wziął włócznię Telemacha, gdy ten przekroczył kamienny próg chaty. Odyseusz wstał, chcąc ustąpić miejsca młodzieńcowi, ten jednak go powstrzymał.

– Siedź, nieznajomy, mu zaś spoczniemy sobie gdzie indziej.

Odyseusz usiadł z powrotem, Eumajos zaś położył na ziemi chrust i skórę baranią. Telemach usiadł na niej nieopodal Odyseusza. Gospodarz postawił

przed nimi półmisek z mięsiwem, które pozostało z dnia poprzedniego, chleb w koszu i zmieszane wino w czarze z drewna bluszczu.

– Skąd przybył ten cudzoziemiec? – spytał Telemach, gdy się już posilili.

– No cóż, powiem ci – odparł Eumajos. – Mówi, że z Krety i że liczne miasta w swej wędrówce nawiedził. Lecz teraz zbiegł ze statku Tesprotów i tu przybył. Powierzę go twej opiece. Powiada, że o pomoc chce cię prosić.

– Eumajosie, słowa twe ból mi sprawiają. Jakże mogę powitać nieznajomego w swym domu? Wciąż jestem młody i nie sądzę, bym zdołał obronić się przed zalotnikami. Pozwól, bym ofiarował mu płaszcz i tunikę, dał miecz i sandały, po czym odesłał tam, dokąd udać się pragnie. A jeśli wolisz, możesz zatrzymać go tutaj, w swym obejściu. Nie pozwolę mu jednak wejść między zuchwałych i pysznych zalotników! Obawiam się, że szydzić z niego będą, a mnie przydadzą zgryzoty.

– Mój przyjacielu, wielce mnie zmartwiłeś – wtrącił Odyseusz. – Chciałbym być tak młody jak niegdyś albo być synem Odyseusza, albo nim samym, i stać się przekleństwem tych, którzy jego dom plugawią!

– No cóż, nieznajomy, objaśnię ci, jak się rzeczy mają – odparł Telemach. –

Tak jak Laertes spłodził Odyseusza, tak i Odyseusz spłodził jedynego syna: mnie. Nie mam braci ni krewnych, którzy by mnie wsparli. Dlatego właśnie wrogowie w wielkiej liczbie zajmują moje włości: książęta z wysp pobliskich i ci, którzy w Itace mieszkają. Mą matkę adorują i dom mi pustoszą. Nie może się sprzeciwić małżeństwu niechcianemu ani też położyć kresu zalotom. Ucztują bez ustanku i niebawem do nędzy mnie doprowadzą. Wszystko w rękach bogów, jak mniemam. Ty natomiast, Eumajosie, udaj się czym prędzej do mego domu i powiedz Penelopie, że jestem bezpieczny i że powróciłem z Pylos. Lecz niech się zalotnicy o tym nie dowiedzą, gdyż niektórzy z nich skrzywdzić mnie zamierzają.

– Pojmuję – odrzekł Eumajos. – Powiedz mi jednakże: czy i do Laertesa mam pospieszyć? Powiadają, że jadła ani napoju nie tknął od dnia, w którym do Pylos się wybrałeś.

Telemach odrzekł:

– Nie. Przekaż wiadomość Penelopie, a potem wróć tutaj. Powiedz mej matce, by wysłała Eurykleję, swą służebną, do Laertesa i powiadomiła go o wszystkim w tajemnicy.

Eumajos wziął swe sandały, wdział je na stopy i ruszył do miasta.

Atena dostrzegła, że Eumajos opuścił zagrodę, i zbliżyła się do chaty pod postacią wysokiej i pięknej kobiety, biegłej w swym rękodziele tkaczki. Stanęła w drzwiach i ukazała się Odyseuszowi. Telemach jej nie widział; psy ją zobaczyły, lecz nie szczekały, tylko skomląc, w kącie zagrody się skuliły.

Atena dała Odyseuszowi znak uniesionymi brwiami, a on zrozumiał i wyszedł z chaty.

– Synu Laertesa, zdradź synowi swój sekret i nie skrywaj przed nim, kim jesteś. Gdy już się naradzicie, jak śmierć na zalotników sprowadzić, do miasta możecie się udać. Nie zabawię z dala od was. Palę się do walki.

Dotknęła go swą złocistą laską, odziewając w płaszcz i tunikę, postury przydając i młodym czyniąc. Jego skóra odzyskała dawną barwę, policzki gładkość, a na brodzie ciemny zarost się pojawił. Odmieniwszy go, zniknęła.

Odyseusz wszedł z powrotem do chaty. Syn na jego widok nie krył zdumienia i przerażenia. Odwrócił wzrok, sądząc, że z bogiem ma do czynienia.

– Nieznajomy, nie wydajesz się takim, jakim wcześniej byłeś! Jesteś bogiem, jednym z tych, którzy niebem władają! Zabijmy zwierzę na twoją cześć, dajmy ci dary ze złota, ty zaś będziesz mógł nas oszczędzić! Bądź łaskawy!

– Nie jestem żadnym bogiem. Jestem twym ojcem, w którego imię wiele wycierpiałeś – rzekł Odyseusz, a z jego oka łza spłynęła, choć pragnął ją powstrzymać.

– Nie możesz być Odyseuszem, mym ojcem! Jakowyś bóg mnie zwodzi, bym jeszcze dotkliwszy ból odczuwał. Niemożliwe, by mógł to sprawić śmiertelny. Przed chwilą zaledwie starcem byłeś w łachmany odzianym, teraz zaś jesteś podobny bogom, którzy w niebiosach żyją.

– Telemachu, bądź pewien, żem Odyseusz! Jestem tu takim, jakim mnie widzisz, na swej ojczystej ziemi. To Atena sprawia, że wyglądam tak, jak tego pragnie. Raz żebrak, raz młodzian, raz człowiek dostojnie odziany.

Bogowie bez trudu potrafią kogoś zarówno na szczycie postawić, jak i w proch zetrzeć.

Odyseusz usiadł wówczas, a Telemach objął go i obaj łkali głośno, a ich płacz przywodził na myśl orły z zakrzywionymi szponami, którym ludzie pisklęta zabrali, nim te opierzyć się zdążyły. Z ich oczu łzy żałosne spływały.

Gdy słońce zachodzić poczęło, Telemach spytał niespodzianie:

– Jak tu dotarłeś, ojcze drogi? Którzy żeglarze cię tu sprowadzili? Kim byli?

– To Feakowie, ze swych statków słynący. Przewieźli mnie na pokładzie śpiącego i wysadzili w Itace z darami w złocie i brązie, a także z pięknymi szatami. Wszystko to w jaskini ukryłem. Zjawiłem się w tej chacie na polecenie Ateny, abyśmy mogli się naradzić, jak naszych wrogów pokonać. Powiedz mi: ilu ich jest? Kim są?

– Ojcze, bądź pewien, iż znam twą biegłość we władaniu włócznią i mądrość doradcy. Lecz tamtych jest siła. Pięćdziesięciu dwóch z Dulichionu, wraz z sześcioma niewolnikami. Z Kefalinii jest dwudziestu czterech. Z Zakintosu dwudziestu, a z samej Itaki dwunastu. Jeśli stawimy czoła tym wszystkim ludziom w naszych salach, to obawiam się, że klęska nas czeka.

– Atena i Zeus nam pomogą. To chyba wystarczy? Czy też innego wsparcia potrzebujemy?

– To dobrzy sprzymierzeńcy, ci siedzący w chmurach! Rządzą całym rodzajem ludzkim i innymi bogami także!

– Nie sądzę, by długo zwlekali z pomocą, gdy walka się zacznie  – rzekł Odyseusz. – Tymczasem udaj się do domu i przyłącz do tych zuchwałych zalotników. Później Eumajos zabierze mnie tamże, ja zaś będę wyglądał niczym nędzny żebrak. A jeśli będą mnie traktować źle, zachowuj spokój, nawet gdyby wywlekli mnie za drzwi, ciągnąc za stopy, albo ciskali czymś we mnie. Powiedz im, by zaprzestali, prosząc o to grzecznymi słowy, których nie posłuchają.

Gdy Atena da sygnał, skinę ci głową. Weź broń leżącą w westybulu i ukryj w górnym skarbcu. Kiedy zalotnicy zauważą, że ich oręż zniknął, i spytają cię o niego, powiedz im: „Wyniosłem go z dymu, bo się okopcił. Lękam się też, że gdy wino wam uderzy do głów, kłótnię wszcząć możecie. Ktoś ranę odniesie, co skazą na uczcie będzie!”. Lecz dla nas zachowaj dwa miecze, dwie włócznie i dwie tarcze. Co się tyczy zalotników, Atena i Zeus ich oślepią. I niechaj nikt nie wie, że Odyseusz powrócił. Nie mów ani Laertesowi, ani Eumajosowi, ani żadnemu domownikowi, nawet Penelopie.

Takie to plany razem snuli. Tymczasem statek, na którym Telemach i jego ludzie z Pylos przybyli, wpłynął do portu pod miastem. Na brzeg go wciągnięto. Przyszli służący, by pomóc przy takielunku i zanieść dary, które Telemach otrzymał, do sekretnej siedziby w mieście.

Wysłano też gońca, aby powiadomił Penelopę, iż Telemach do kraju powrócił. Goniec i Eumajos wcześniej się spotkali. Gdy dotarli na miejsce, posłaniec rzekł głośno, stojąc pośród niewolnic:

– W tejże chwili, królowo, powrócił syn twój, którego tak bardzo miłujesz!

Eumajos przysunął się do Penelopy i przekazał jej wszystko, co Telemach mu powiedział, po czym do swych świń powrócił.

Zalotnicy, usłyszawszy nowiny, nie kryli przygnębienia.

– Moi przyjaciele, Telemach śmiałego czynu dokonał – oznajmił Eurymach. –

Sądziliśmy, że nigdy mu się nie uda. Musimy wioślarzy zebrać, statek na wodę zepchnąć i powiadomić tych, którzy na niego czekają, by wracali.

Ledwie to powiedział, gdy Amfinomos spojrzał ku zatoce i statek dostrzegł.

– Nie ma potrzeby wysyłać wiadomości – stwierdził ze śmiechem. – Nasi już powrócili. Jakiś bóg ich natchnął. Może dostrzegli statek Telemacha, lecz dogonić go nie zdołali.

Podnieśli się i na brzeg zeszli, gdzie słudzy żagiel już ściągali. Potem zalotnicy udali się gromadnie na rynek, a tam Antinoos stanął przed nimi. – Niepodobna! Bogowie go ocalili! – rzekł. – Dzień w dzień towarzysze nasi siedzieli na skałach, czujnie się rozglądając, a gdy słońce zachodziło, nasz statek po morzu krążył aż do rana, byśmy mogli schwytać Telemacha i go zabić. Tymczasem bogowie jacyś do domu go sprowadzili. Lecz znajdzie się sposób, by go zgładzić. Nie ujdzie nam. Dopóki żyje, nasze plany są niweczone. Bystry z niego młodzieniec, a lud nie jest nam przychylny. Spieszmy się, nim mieszkańców Itaki zwoła. Gniewem będzie pałał i powie im, że przeciwko niemu się zmawialiśmy. Nie spodoba im się to. Wygnają nas stąd. Działajmy bezzwłocznie i zabijmy go z dala od miasta. Przejmiemy jego majątek i podzielimy między siebie. Matka jego i ten, który ją poślubi, mogą dom zatrzymać… Jeśli plan ten wam się nie podoba, wy zaś chcecie, by Telemach żył dalej i trzymał w garści ojcowskie bogactwo, to niechaj każdy uwodzi Penelopę darami i stara się tym samym zdobyć jej przychylność. Cisza zapadła śmiertelna. Potem do zebranych przemówił Amfinomos. Był przywódcą możnych z Dulichionu i zalotnikiem, który najbardziej się Penelopie podobał dzięki miłym słowom i rozwadze.

– Przyjaciele moi, nie sądzę, byśmy zabijać go powinni, gdyż straszną rzeczą jest zamordować kogoś z rodu królewskiego. Nie, zaczekajmy, aż bogowie wolę swą objawią. Jeśli Zeus się zgodzi, sam Telemacha zgładzę i zachęcę innych, by się do mnie w tym przyłączyli, lecz jeśli bogowie będą przeciwni, zamiar ten porzućmy.

Zgodzili się z nim inni i powrócili do domu Odyseusza.

Penelopa postanowiła teraz pokazać się zuchwałym zalotnikom, dowiedziawszy się, że jej synowi śmierć pragnęli zadać. Zeszła ze służebnymi do sali biesiadnej. Stanęła w drzwiach, zakrywszy twarz welonem.

– Antinoosie, niegodziwcze, złoczyńco! – rzekła. – Masz być najlepszym pośród swoich, ty zaś śmierć podstępnie chcesz zadać Telemachowi i względów nie masz dla potrzebujących, których Zeus chroni! Złem jest zło zamierzać.

Nie pomnisz już, jak ojciec twój w tym domu się schronił w obawie przed rozgniewanym ludem, bo przyłączył się do tafijskich piratów i grabił Tesprotów, z nami sprzymierzonych. Lud chciał go zabić i przejąć jego włości, które rozległe były, lecz Odyseusz podwładnych powstrzymał. I jego dom teraz plądrujesz, do żony jego się zalecasz i pragniesz mu syna zabić. Więc błagam, zaprzestań tego! I innych do tego samego nakłoń!

– Och, córko Ikariosa, mądra Penelopo – odrzekł Eurymach. – Pociesz się, gdyż dopóki blask słońca widzę, każdy, kto rękę na Telemacha podniesie, życia swego nie zachowa. Czarna krew jego po mej włóczni spłynie! Gdyż Odyseusz na kolanach mnie trzymał, kęski mięsa w dłonie wkładał i skosztować czerwonego wina pozwalał. Zatem syn jego Telemach jest mi ze wszystkich najdroższy.

Więc powiadam, że śmierci się obawiać nie powinien, przynajmniej z naszej strony. Za bogów jednak ręczyć nie mogę.

Słowa Eurymacha kojące były, lecz w duchu synowi Penelopy zgubę szykował. Ta zaś udała się do swej komnaty na górze i opłakiwała małżonka, póki nie zasnęła.

Gdy nadszedł wieczór, Eumajos wrócił do chaty, gdzie przebywali Odyseusz i Telemach. Atena do Odyseusza się zbliżyła i przemieniła go w starca.

Włożyła nań łachmany, tak by Eumajos go nie poznał i nie zdradził tajemnicy Penelopie czy komu innemu.

– Powróciłeś! – rzekł Telemach do Eumajosa. – Jakież wieści? Czy tamci nie są już na czatach, czy też nadal mnie w przesmyku wypatrują?

– Chciałem wrócić jak najprędzej, dostarczywszy wiadomość, lecz gdym miasto opuszczał, ujrzałem statek zawijający do przystani. Roiło się na nim od ludzi z tarczami i włóczniami. Pomyślałem, że to statek zalotników, lecz pewności nie mam.

Telemach się uśmiechnął, zerkając na ojca, lecz wzroku Eumajosa unikał.

Gdy skończyli posiłek, poczuli się dobrze i na spoczynek udali.

K SIĘGA 17 ŻEBRAK

WE WŁASNYM DOMU

Oświcie Telemach włożył sandały i wziął włócznię. Potem przemówił do świniopasa: – Eumajosie, druhu dobry, idę odwiedzić matkę. Zabierz tego cudzoziemca do miasta, aby mógł o jedzenie prosić. Nie mogę sam się tym zająć, gdyż inne sprawy mnie zaprzątają. Jeśli go to rozgniewa, tym gorzej dla niego.

– Idź, mój przyjacielu – wtrącił Odyseusz. – Niczym się nie przejmuj. Żebrakowi lepiej się powiedzie w mieście niż na polach. Za stary jestem, by w zagrodzie pozostać i tamże pracować. Idź, a ja wyruszę, gdy słońce przygrzeje. Nędzne jest moje odzienie, ja zaś nie chcę, by dopadł mnie poranny mróz, bo jak powiadasz, miasto jest daleko stąd.

Telemach opuścił szybko zagrodę, planując śmierć zalotników. Gdy dotarł do domu, oparł włócznię o filar i przekroczył kamienny próg.

Pierwsza dostrzegła go Eurykleja. Szlochając, podbiegła i uściskała go, a wszystkie służebne zebrały się wokół, by ucałować mu na powitanie głowę i ramiona.

Penelopa zeszła na dół ze swej komnaty, podobna Artemidzie czy złotej Afrodycie. Na widok syna zalała się łzami i ramionami go otoczyła. – Wróciłeś – rzekła, łkając. – Słodkie światło mych oczu. Myślałam, że nigdy cię już nie ujrzę. Dalej, powiedz mi, czy masz jakieś wieści o swym ojcu.

– Matko, nie sprawiaj mi ponownie bólu, gdym ledwie śmierci uszedł. Weź kąpiel, włóż na siebie świeże odzienie, a potem udaj się ze służebnymi do swej komnaty i powiedz bogom, że z licznych zwierząt złożysz ofiarę, jeśli

Zeus dzień sądu tym złoczyńcom zgotuje. Teraz muszę pójść na rynek, by zaprosić do naszego domu cudzoziemca, który przybył tu ze mną z Pylos.

Powiedziałem Peireusowi, by zaprowadził go do swego domu i zaopiekował się nim, dopóki się nie zjawię.

Penelopa wzięła kąpiel, włożyła czyste szaty i ślubowała bogom, że złoży w ofierze liczne zwierzęta, jeśli tylko Zeus dokona zemsty na zuchwałych zalotnikach.

Chwyciwszy włócznię, Telemach wkroczył do sali z dwoma rączymi psami. Atena wdzięku mu przydała i wszyscy z podziwem nań spoglądali.

Zebrali się wokół niego dumni możnowładcy i przemawiali doń z szacunkiem, lecz w sercach swych zgubę mu szykowali. On jednak odsunął się od nich i zasiadł z Mentorem i Halitersesem, starymi przyjaciółmi swego ojca. Wówczas w drzwiach ukazał się Peireus wraz ze Teoklymenosem.

– Telemachu – rzekł Peireus – wyślij kilka kobiet do mego domu, tak abym mógł przekazać ci skarby, które dostałeś od Menelaosa.

– Nie wiadomo jeszcze, jak sprawy się potoczą. Jeśli ci zuchwali zalotnicy zamordują mnie i podzielą między siebie me dobra, to chcę, byś zachował owe dary. Lecz jeśli ja sprowadzę na nich śmierć, ucieszę się, gdy przyniesiesz te skarby do mego domu.

Telemach wprowadził Peireusa i Teoklymenosa do środka. Położyli swe płaszcze na krzesłach i udali się do łaźni. Służebne umyły ich i natarły oliwą, potem odziały w tuniki. Obaj mężowie przeszli do głównej sali i zajęli miejsca. Przyniesiono im wodę i stoły przed nimi ustawiono. Klucznica podała im chleb i mięso.

Penelopa usiadła obok Telemacha i poczęła prząść nici. Przemówiła cicho, tak aby tylko znajdujący się najbliżej słyszeli:

– Myślę, że na górę się udam i zalegnę w swym smutnym łożu, które łzami jest zroszone od czasu, gdy Odyseusz wyruszył do Troi. Lecz ty mi jeszcze nie powiedziałeś, czy wiesz coś o ojcu lub jego powrocie.

– Powiem ci teraz, matko. Nestor przyjął mnie z wielką serdecznością, jak ojciec wita syna, którego długi czas nie widział. O Odyseuszu nic nie słyszał, żywym ani martwym. Wysłał mnie do Menelaosa. Tam poznałem Helenę, z której powodu Trojanie walczyli tak zaciekle. Menelaos spytał mnie, czy przybyłem do Sparty w poszukiwaniu ojca, i rzekł: „Niechaj ci, którzy do twej matki się zalecają, do domu Hadesa pójdą! Kiedy łania pozostawia małe jelonki w jaskini lwa i znika w górach i w trawiastych dolinach w poszukiwaniu pastwiska, lew, który wraca do swego domostwa, szybki kres kładzie jej potomstwu. Tak też i Odyseusz, jak ten lew, przyniesie zgubę owym mężom!”. Menelaos powiedział, że widział Odyseusza na pewnej wyspie, cierpiącego katusze w pałacu Kalipso, która przetrzymuje go wbrew jego woli. Nie może wrócić do ojczyzny, gdyż nie ma statku ani ludzi, którzy pomogliby mu morze przepłynąć. Dowiedziawszy się tego wszystkiego, wyruszyłem do domu. Bogowie zesłali pomyślne wiatry i szybko mnie tu przywiedli.

Słowa Telemacha poruszyły sercem jego matki. Potem odezwał się Teoklymenos:

– Najczcigodniejsza żono Odyseusza, Menelaos nie widzi spraw wyraźnie. Zeus mi świadkiem, że mąż twój przebywa teraz gdzieś na swej rodzimej ziemi, dowiadując się o niecnych czynach zalotników i planując coś przeciwko nim. Widziałem ptaka zwiastuna, będąc na pokładzie statku, i powiedziałem o tym Telemachowi.

– Och, cudzoziemcze, oby tak było! – odrzekła Penelopa. – Zasłużyłbyś na mą przyjaźń i liczne dary.

Tymczasem na dziedzińcu zalotnicy oddawali się zabawom, rzucając dyskiem i oszczepem, jak to mieli w zuchwałym zwyczaju. Gdy nadeszła pora posiłku, zwołał ich jeden z niewolników Odyseusza, a któryś z nich rzekł:

– No cóż, przyjaciele, chodźmy szykować ucztę!

Weszli do sal i poczęli zabijać owce, tłuste kozy, świnie i jałówkę.

Eumajos i Odyseusz przygotowywali się, by z pól do miasta wyruszyć.

– Przybyszu – rzekł Eumajos. – Jeśli tak ci pilno do miasta dziś dotrzeć, to od razu się tam udajmy. Sporo dnia już upłynęło, a wieczorem zmarzniesz.

– Tak, chodźmy – odparł Odyseusz. – Lecz daj mi kostur, jeśli masz gdzieś takowy, gdyż powiedziałeś, że ścieżka jest wyboista.

Przerzucił postrzępioną sakwę przez ramiona, Eumajos zaś wręczył mu kostur. Wyruszyli w drogę. Pastuchowie pozostali na miejscu, by strzec zagrody wraz z psami. Świniopas szedł przodem, a Odyseusz podążał za nim niczym stary żebrak.

Gdy byli blisko miasta, ujrzeli fontannę, z której mieszkańcy czerpali wodę. Nad nią wznosił się ołtarz nimf, przy którym przechodnie składali ofiary. Był tam Melantios pędzący swe kozy – przyprowadzał najlepsze ze stada zalotnikom, by ci mogli ucztować. Obraził Eumajosa i Odyseusza w przebraniu słowami najplugawszymi:

– Oto łachmyta łachmytę wiedzie! Jak zwykle, swój do swego ciągnie!

Dokąd to prowadzisz tego żebraka, który radość biesiady nam zatruwa? Taki lubi błagać o ochłapy, nie zaś jak człek prawdziwy o miecze i trójnogi. Jego udziałem są tylko tarapaty. Pracą nie chce się kłopotać. Woli żebrać i napychać swój brzuch bezdenny. Lecz to ci rzeknę: jeśli w pałacu Odyseusza się zjawi, łeb mu zydlami obiją!

Przechodząc obok, kopnął Odyseusza w pośladki, lecz nie zepchnął go ze ścieżki. Odyseusz zaś ważył w duchu: zabić Melantiosa kosturem czy chwycić go za uszy i głowę o ziemię roztrzaskać. Opanował się jednakże. Eumajos spojrzał Melantiosowi w oczy i złajał go, unosząc w modlitwie dłonie.

– Nimfy, córy Zeusa, jeśli Odyseusz spalił kiedyś udźce na waszym ołtarzu, sprawcie, by powrócił i starł z twarzy tego pasterza pychę, którą ten po mieście obnosi i stada mego pana przetrzebia.

– Och, jakże ten pies się odszczekuje! Utrapienie tylko przynosi. Mam nadzieję, że Apollo zgładzi Telemacha albo też możni go zabiją, a jego koniec będzie taki jak Odyseusza na jakimś odległym lądzie.

Melantios ruszył pospiesznie dalej i przybył do pałacu. Wszedł do środka i zajął miejsce pośród zalotników. Służebne przyniosły mięso i chleb.

Gdy Odyseusz z Eumajosem zbliżał się do celu, usłyszał dźwięki liry. To Femios uderzył w struny, gotów śpiewać.

– Eumajosie, to bez wątpienia piękny dom Odyseusza – rzekł Odyseusz, chwytając świniopasa za ramię. – Nie inaczej. Mnogość jest izb, dziedziniec otoczony solidnym murem, a podwójna brama krzepko się trzyma. Nikt jej nie zdoła sforsować. Zdaje się, że ktoś tam biesiaduje. Wyczuwam woń mięsa i słyszę lirę.

– No cóż, widzisz teraz, co się dzieje – odrzekł Eumajos. – Lecz pomyślmy. A lbo ty wejdziesz tam pierwszy, ja zaś tu zostanę, albo jeśli wolisz, ja pójdę przodem, a ty za mną potem podążysz. Nie zwlekaj jednak na zewnątrz zbyt długo, bo ktoś cię dostrzeże i rzuci czymś w ciebie lub nawet uderzy!

Leżący tam pies uniósł łeb i postawił uszy. To Argus, pies Odyseusza, którego ten chował za dawnych czasów. W przeszłości młodzi mężowie zwykli zabierać Argusa, by towarzyszył im w łowach na dzikie kozy, jelenie i króliki, teraz jednak, gdy pana nie było, nikt się o niego nie troszczył. Spoczywał na kupie łajna krów i mułów, jednej z wielu, które niewolnicy na pola jako nawóz wywozili. Gdy Argus wyczuł, że to pan jego jest w pobliżu, zamerdał ogonem i uszy opuścił. Nie miał jednak dość sił, by podejść do swego pana. Odyseusz wzrok odwrócił i łzę z twarzy otarł. – To dziwne, Eumajosie, że pies ten leży tu, na gnoju. To szlachetne zwierzę.

– Tak , to pies królewski. Gdyby sprawny był jak wówczas, gdy Odyseusz pod Troję ruszał, dziwiłbyś się jego rączości i mocy. Żaden czworonóg nie mógł go prześcignąć, a i w tropieniu zwierzyny nie miał sobie równych.

Teraz jednak przyszedł nań zły czas; jego pan poległ, a kobiety nie troszczą się o niego.

Powiedziawszy to, Eumajos wszedł do pałacu, by przyłączyć się do zalotników. Argos zaś, ujrzawszy Odyseusza, śmierci się poddał.

Gdy E umajos wkroczył do sali, pierwszy dostrzegł go Telemach; skinął głową świniopasowi i przywołał do siebie. Eumajos wziął zydel przeznaczony zwykle dla masarza, postawił przy stole Telemacha i usiadł. Niewolnik przyniósł mu mięso i chleb.

Niebawem pojawił się Odyseusz, który wyglądał jak żebrak. Telemach wezwał Eumajosa do siebie, potem wyjął z kosza cały bochenek chleba i mięsem obficie napełnił.

– Eumajosie, weź to i daj przybyszowi, a potem mu powiedz, by począł żebrać pośród zalotników.

Eumajos zbliżył się do Odyseusza i rzekł:

– Przybyszu, Telemach daje ci to i mówi, byś obecnych prosił o jałmużnę.

– Królu Zeusie, modlę się, by Telemach błogosławiony był pośród ludzi i by otrzymał wszystko, czego pragnie! – odparł Odyseusz.

Wziął jedzenie i schował do swej sakwy. Posilał się, podczas gdy aojda zabawiał wszystkich śpiewem. Gdy Femios umilkł, obecni wyrazili radość głośnymi okrzykami. Atena zbliżyła się do Odyseusza i powiedziała, by zaczął krążyć wśród zalotników, zbierać kawałki chleba i odkrywać, który jest przyzwoity, a który prawa ma za nic. Tak czy inaczej nie zamierzała kogokolwiek przed śmiercią ocalić.

Odyseusz zaczął od prawej strony, wyciągając rękę, jakby nawykły do żebrania. Litowali się nad nim i dawali mu jedzenie, patrząc nań ciekawie i pytając, kim jest i skąd pochodzi.

– Słuchajcie mnie, wy, którzy chcecie poślubić promienną królową – zawołał pasterz Melantios. – Widziałem wcześniej tego cudzoziemca! Świniopas go tu przywiódł, nie wiem jednak, skąd przybył.

– Dlaczego sprowadziłeś tego człowieka do miasta? – odezwał się gniewnie

Antinoos do Eumajosa. – Mało nam włóczęgów?

– Antinoosie, to nie są miłe słowa – odrzekł Eumajos. – Choć jesteś szlachetnego urodzenia, srogość okazujesz niewolnikom Odyseusza, a najbardziej mnie.

– Zamilknij, Eumajosie – poprosił Telemach. – Nie wysilaj się dla tego człowieka. Antinoos zawsze tak postępuje: lubi wzbudzać gniew, przemawiając zuchwale i zachęcając innych, by to samo czynili. – Następnie zwrócił się do Antinoosa. – Zatem wolisz spożywać moje jadło, zamiast dać je komuś innemu!

– Cóż to za urocze słowa! – odparł Antinoos. – Z głębi serca płynące!

Podniósł podnóżek, na którym zwykle w czasie biesiady opierał stopy. Inni zalotnicy nie skąpili kąsków, napełniając sakwę żebraka chlebem i mięsem. Odyseusz zmierzał już ku drzwiom, lecz przystanął obok Antinoosa.

– Mój przyjacielu, i ty mnie obdaruj – rzekł. – Nie wydajesz się najgorszym z ludzi. Wyglądasz jak król. Stosowne jest więc, byś dał mi większy kawałek chleba niż pozostali. Wiedz, że i ja niegdyś w wielkim domostwie mieszkałem. Miałem więcej niewolników, niż zliczyć bym potrafił, i wszelkie dobra, które śmiertelnikom prawdziwe szczęście dają. Lecz Zeus do cna mnie wszystkiego pozbawił i z piratami do Egiptu wysłał. Kazałem kilku swym ludziom rozejrzeć się po okolicy, lecz oni w swej zarozumiałości pobliskie pola plądrować poczęli. Uprowadzili kobiety i dzieci, a mężczyzn pozabijali. Krzyk się podniósł donośny i do miasta dotarł, a  wraz z nastaniem dnia równina zaroiła się od wojowników, rydwanów i oręża. Za sprawą Zeusa panika ogarnęła nasze szeregi i niebawem otoczyli nas wrogowie. Wielu z naszych zginęło, innych zaś wzięto do niewoli. Przekazali mnie komuś, kogo znali, ten zaś zabrał mnie na Cypr, do człowieka imieniem Dmetor, tamtejszego władcy. Z Cypru zaś tu przybyłem w wielkiej zgryzocie.

– Jaki bóg przywiódł tu tego nędznika, by biesiadę nam zakłócał? – spytał

Antinoos. – Odstąp ode mnie! Bezwstydnym jesteś żebrakiem!

– Czy prawdą to być może? – rzekł Odyseusz, cofając się. – Nie dałbyś błagalnikowi nawet szczypty soli ze swych zapasów? Ty, który zasiadasz przy stole innego człowieka? Nie mógłbyś wziąć kęsa chleba i obdarzyć nim kogoś?

Niczego ci nie brakuje.

Antinoos zapałał jeszcze większym gniewem. –

Nie ujdziesz stąd bez szwanku – rzekł, rzuciwszy groźne spojrzenie. –

Skoro na obelgi się odważyłeś.

Rzucił podnóżkiem i trafił Odyseusza w ramię, ten jednak trwał na swym miejscu niczym skała. Pokręcił głową, zemstę rozważając, potem na próg powrócił i usiadł.

– Słuchajcie mnie, szlachetni zalotnicy promiennej królowej – odezwał się głośno. – Pragnę coś powiedzieć. Jeśli żebracy cieszą się przychylnością

bogów i Erynii, to niechaj przekleństwo śmierci spadnie na Antinoosa przed dniem jego ślubu!

– Milcz i jedz, cudzoziemcze, albo udaj się gdzie indziej – odrzekł Antinoos. – Bo w przeciwnym razie przeciągnięty zostaniesz po domu całym i ze skóry obdarty!

Lecz obecni nie kryli oburzenia i poczęli mówić:

– Antinoosie, nie powinieneś był uderzać tego nieszczęsnego tułacza.

A jeśli ten śmiertelny z niebios się zjawił? Bogowie tak czynią; ukazują się jako w przebraniu obcych z ziem dalekich, przybierają różnorakie kształty i miasta odwiedzają.

Antinoos nawet nie słuchał.

Telemach gniew głęboki odczuwał, że uderzono jego ojca, lecz łzy powstrzymał. Pokręcił głową w milczeniu, obmyślając zemstę.

Mądra Penelopa, siedząc w swej komnacie, usłyszała, że skrzywdzono jakiegoś człowieka w sali biesiadnej.

– Niechaj Apollo łucznik przeszyje ich strzałami! – rzekła do służebnych.

– Oby nasze modlitwy zostały wysłuchane! – odparła jedna z nich. – A wówczas żaden z tych ludzi ranka nie doczeka.

– Nienawidzę ich – wyznała Penelopa. – Są niegodziwi, lecz Antinoos jest z nich najgorszy. Jest niczym śmierć. Nieznajomy dom obchodzi, prosząc o drobną jałmużnę, wszyscy inni sakwę mu napełniają, a Antinoos rzuca weń zydlem i uderza go w ramię!

Tymczasem na dole Odyseusz wieczerzę spożywał. Penelopa opuściła swą izbę i ze szczytu schodów zawołała Eumajosa.

– Idź, Eumajosie, i poproś nieznajomego, by tu przyszedł. Pragnę go powitać i spytać, czy może słyszał coś o Odyseuszu albo nawet go widział.

– Gościłem go trzy dni i trzy noce – odrzekł jej Eumajos. – Opowiedział mi o swych cierpieniach. Powiada, że pokrewieństwo go z Odyseuszem łączy. Mieszka na Krecie. Mówi też, że słyszał, jakoby Odyseusz przebywał nieopodal, w kraju Tesprotów, i bogactwa wielkie wiózł.

– Idź, wezwij go, aby mógł mi to rzec, stojąc ze mną twarzą w twarz. Co się

zaś tyczy tych na dole, niechaj dalej biesiadują. Nie uszczuplają swego dobytku,

który nietknięty w ich salach spoczywa. Lecz gromadzą się w naszym domu dzień za dniem, zabijają nasze bydło, owce i kozy, piją i się weselą. Wino leje się strumieniami, a oni chaos czynią, korzystając z naszych cennych dóbr, i nie ma nikogo, kto by ową rujnację powstrzymał. Lecz jeśli Odyseusz kiedykolwiek wróci, to wraz z synem dokona zemsty.

Gdy to mówiła, Telemach kichnął głośno, co się w komnacie echem odbiło. Penelopa zaniosła się śmiechem.

– Idź, usilnie cię proszę, przywołaj do mnie przybysza! Słyszałeś, jak syn mój kichnął w odpowiedzi na me słowa? Oznacza to, że śmierć na tych ludzi spadnie niechybnie, na każdego z nich. Nikt żywy nie ujdzie.

Eumajos zbliżył się do Odyseusza.

– Mój dobry człowieku, przybyszu, przyzywa się Penelopa, matka Telemacha. Pragnie spytać cię o swego męża.

– Eumajosie, powiem mądrej Penelopie prawdę. Lękam się jednak tłumu zalotników. Chwilę wcześniej, gdym przechodził przez salę, ten człowiek mnie uderzył i ani Telemach, ani nikt inny palcem nawet nie kiwnął. Poproś Penelopę, by zaczekała do zachodu słońca. Wtedy, gdy przy ogniu usiądziemy, będzie mogła wypytać mnie o męża.

Świniopas wrócił do Penelopy i powtórzył jej wszystko.

– Nie przyprowadziłeś go, Eumajosie? Co przez swe słowa rozumie? Nieśmiały żebrak zawsze jest biedny!

–

Myślę, że słusznie obawia się tych zuchwałych zalotników. Pragnie, byś zaczekała do zachodu słońca. Lepiej jednak, byś sama z nim porozmawiała.

– Zgadzam się. Nie ma na świecie nikogo bardziej niegodziwego niż ci ludzie.

Tak rzekła, Eumajos zaś udał się sali pełnej zalotników. Podszedł do Telemacha i pochylił się, by inni go nie usłyszeli.

– Panie, oddalę się teraz, by zająć się świniami i dopilnować zagrody. Bacz na siebie. Bądź ostrożny, gdyż ci możni mają złe zamiary! Oby Zeus ich poraził, nim krzywdy wszyscy doznamy!

– Doskonale, mój przyjacielu. Idź, lecz wpierw się posil. I powróć rankiem. Dopilnuję tu wszystkiego z pomocą bogów.

Świniopas usiadł na krześle. Kiedy skończył jeść, opuścił izbę pełną biesiadników. Weselili się tańcem i pieśnią, gdyż był już wieczór.

K SIĘGA 18

WYZWANIE ŻEBRAKA

Wmieście Itaka żył żebrak o brzuchu nienasyconym. Siłą się nie odznaczał ni mocą, lecz posturę miał znaczną. Matka nadała mu imię Arnajos, lecz wszyscy zwali go Irosem, gdyż często przesyłki roznosił jak Iris, posłanniczka bogów.

Pragnął wypędzić Odyseusza z jego własnego domu.

– Odejdź, starcze, albo cię stąd wywloką! Znikaj, bo sprzeczka może czymś gorszym się skończyć!

– Głupcze, niczym ci nie wadzę – odparł Odyseusz z gniewnym spojrzeniem. – Próg ten wystarczy dla nas obu. My, żebracy, bogom swój dobrobyt zawdzięczamy. Lecz wstrzymaj się, nim mnie wyzwiesz. Chociaż stary jestem, rozkrwawię ci pierś i wargi, a ty prędko tu nie powrócisz.

– Patrzcie, jak ta brudna świnia gada! – rzekł Iros. – Niczym stara baba kuchenna! Rozprawię się z nim, zęby jego na ziemi rozrzucając.

Antinoos usłyszał ich i w głos się roześmiał.

– Moi przyjaciele, jakowyś bóg zabawę nam zsyła.

Zalotnicy z miejsc się zerwali uradowani i krąg utworzyli.

– Słuchajcie – rzekł Antinoos. – Przy ogniu leżą dwa kozie żołądki, pełne krwi i tłuszczu. Którykolwiek z was wygra, weźmie żołądek wedle swego uznania.

– Niepodobna, by stary człowiek, cierpieniem przygnieciony, mógł walczyć z młodszym – odparł Odyseusz. – Niemniej mój pusty brzuch odwagi mi dodaje. Więc dobrze, walczyć będziemy, lecz wy wszyscy przysięgnijcie, że żaden z was mnie nie tknie.

Zalotnicy słowo dali, że ręki na niego nie podniosą.

– Przybyszu – zwrócił się do Odyseusza Telemach. – Nie lękaj się tych ludzi. Jeśli któryś z nich cię uderzy, także ze mną będzie musiał walczyć.

Odyseusz zdjął z siebie łachmany, odsłaniając ramiona szerokie i mocne ręce. Zbliżyła się doń Atena i członki jego jeszcze silniejszymi uczyniła. Zalotnicy nie kryli zdumienia, szepcząc między sobą:

– Chyba Iros ciężką będzie miał z tym starcem przeprawę!

Iros poruszony był wielce i drżał ze strachu.

– Mój mały samochwało, nie drżyj przed tym osobnikiem – skarcił go Antinoos. – Jest stary i przez swe cierpienia osłabiony. Jeśli mu ulegniesz, wrzucę cię na pokład statku i wyślę na ląd stały, gdzie rządzi król Echetos, on zaś obetnie ci nos i uszy, a także przyrodzenie, które psom rzuci!

Irosa ogarnęło jeszcze większe drżenie. Na miejsce starcia go poprowadzono, obaj mężczyźni pięści unieśli. Odyseusz rozważał, czy go zabić, czy też lekkim ciosem na ziemię powalić. Lecz to drugie lepszym wyborem się wydawało, by zalotnicy się nie domyślili, kim jest. Iros trafił Odyseusza w ramię, a ten uderzył przeciwnika w szyję, poniżej ucha, i kości mu pogruchotał. Gdy żebrak runął na ziemię, z jego ust popłynęła krew, zazgrzytał zębami i nogami wierzgnął. Zalotnicy unieśli ręce i zaśmiali się głośno.

Odyseusz chwycił Irosa za stopę, zaciągnął na dziedziniec i o mur oparł. Potem kostur mu w dłoń wsadził.

– Siedź tu i odganiaj świnie i psy. I nie traktuj źle obcych i żebraków, bo jeszcze większą poniesiesz klęskę.

Odyseusz powrócił do sali i spoczął na progu. Antinoos postawił przed nim żołądek pełen tłuszczu i krwi, Amfinomos zaś wyjął dwa bochenki chleba z kosza i też je przed nim położył. Potem podniósł złoty kielich z winem.

– Chwała ci, nieznajomy! Niech fortuna szybko się do ciebie uśmiechnie, teraz smutkami przybitego – rzekł.

– Wyd ajesz się mądrym człowiekiem – odparł Odyseusz. – Twój ojciec też był mądry. Słyszałem, że odznaczał się dzielnością i bogactwem, ów

Nisos z Dulichionu. Więc coś ci powiem. Spośród wszystkich istot, które oddychają, nic nie jest równie słabe jak człowiek. Dopóki bogowie po jego stronie stoją, sądzi on, że nigdy nie zazna cierpienia, lecz gdy sprowadzają

nań nieszczęście, musi znosić swój smutek z jak największą cierpliwością.

Niechaj więc żaden człowiek nie będzie nieprawy, lecz znosi bez skargi wszystko, co mu bogowie zsyłają. Zważcie na zuchwałość, którą okazujecie, nie szanując żony męża, który niebawem powróci do swego kraju.

Jest już niedaleko. Udajcie się do domów, abyście się z nim nie spotkali. Nie ujdziecie krwi rozlewu, gdy w domu się zjawi!

Odyseusz odlał ze złotego kielicha ofiarę bogom, napił się i zwrócił naczynie Amfinomosowi, który głowę pochylił, wielce poruszony.

Penelopa w swej komnacie przemówiła do Eurynome.

– Chcę, by zalotnicy mnie teraz ujrzeli. Pragnę też powiedzieć coś synowi, aby zaprzestał zadawać się z tymi zuchwalcami, którzy z szacunkiem się doń zwracają, lecz w głębi serca marzą, by go zniszczyć.

– Wielce to roztropne, moje dziecko. Idź i rzeknij synowi to, co chcesz, lecz wpierw się obmyj i twarz namaść oliwą. Nie pokazuj się z policzkami naznaczonymi łzami.

– Eurynome, wiem, że mnie kochasz, jednakże bogowie skazili piękno, jakim się odznaczałam, w dniu, gdy Odyseusz odpłynął. Przywołaj do mnie dwie niewiasty, bym sama nie weszła do sali pełnej mężczyzn.

Eurynome się oddaliła, tymczasem Atena sen zesłała Penelopie, a gdy ta spała, dary jej wręczyła. Twarz przemyła oliwą, której Afrodyta używa, gdy z charytami zamierza tańczyć. Uczyniła ją też wyższą, okazalszą i bielszą niźli kość słoniowa.

Bogini zniknęła i pojawiły się służebne. Sen uwolnił Penelopę. Potarła się po policzkach.

– Och, słodki sen mnie ogarnął… Chciałabym, aby Atena w tej chwili się zjawiła i słodką śmierć na mnie zesłała, bym już dłużej nie marniała z tęsknoty za mężem…

Podniosła się z łoża i zeszła do sali biesiadnej, gdzie przy filarze stanęła, twarz kryjąc pod welonem. Dwie wierne służebne jej towarzyszyły.

– Telemachu, nie rozumujesz już tak jasno jak niegdyś – rzekła. – Nawet jako dziecię zachowywałeś się roztropniej. Teraz, gdy dorosłeś i jawisz się jako syn bogatego człowieka, nie wydajesz się już taki bystry. A gdyby jakiś przybysz doznał krzywdy w naszym domu? Na ciebie by spadła cała hańba.

– Matko, nie winię cię za twój gniew. Jestem świadom tego, co się dzieje, dobrego i złego. Lecz trudno mi jasno myśleć, gdy otaczają mnie ludzie o niecnych zamiarach, a ja nie mogę liczyć na niczyją pomoc! – Córo Ikariosa, Penelopo – odezwał się Eurymach. – Gdyby mogli cię ujrzeć wszyscy Achajowie, w twych salach byłoby jeszcze więcej biesiadników. Przewyższasz wszystkie kobiety pięknem i rozsądkiem.

– Eurymachu, bogowie skazili mą urodę, gdy Achajowie pod Troję wyruszyli, zabierając ze sobą Odyseusza. Gdyby tylko zechciał powrócić i opieką mnie otoczyć, byłabym sławniejsza i piękniejsza. Tymczasem smutek mnie przygniata i cierpię bezustannie. Gdy jednak odchodził, czyż nie zwrócił się do mnie tymi słowy: „Żono moja, nie wszyscy Achajowie powrócą, gdyż Trojanie potrafią walczyć, ciskając włóczniami, szyjąc z łuków i pędząc na koniach. Nie wiem, czy jakiś bóg sprowadzi mnie tu z powrotem, czy też padnę na trojańskiej ziemi. Musisz tu zadbać o wszystko, zwłaszcza o ojca mego i matkę. A gdy dostrzeżesz, że syn mój już dojrzał, pora będzie wybrać męża i dom opuścić”? Takie były jego słowa, teraz zaś owa przepowiednia się spełnia. Bliska jest noc, gdy nienawistne małżeństwo stanie się mym przeznaczeniem. Zeus skradł mi szczęście. I smuci mnie także to, jak o me względy zabiegacie. Nigdy w ten sposób tego nie czyniono. Jeśli pragniecie poślubić

kobietę świadomą swej wartości i jeśli o nią rywalizujecie, powinniście przyprowadzić tu swe bydło i owce, aby wydać ucztę, a także wręczyć wybrance dary, nie zaś z cudzego mienia czerpać bez jakiejkolwiek zapłaty!

Odyseusz był wielce rad, że Penelopa tak zwodzi zalotników.

– Córo Ikariosa, mądra Penelopo, niech ci, którzy chcą ci dary ofiarować, to uczynią, ty zaś je przyjmij – rzekł Antinoos. – Nie jest rzeczą rozważną odmawiać. Nie powrócimy jednak na swoje ziemie ani też nigdzie indziej, dopóki nie wybierzesz jednego z nas na małżonka!

Tak więc każdy wysłał niewolnika po dary. Ludzie Antinoosa przynieśli pięknie ozdobioną szatę ze złotymi broszami i przemyślnymi zapięciami. Słudzy Eurymacha ofiarowali złoty łańcuch z paciorkami bursztynowymi, jasny niczym słońce. Amfinomos złożył w darze wiszące kolczyki, każdy wysadzany klejnotami wielkimi jak morwy. Inny zalotnik wręczył naszyjnik zadziwiającej piękności. Przynoszono coś nieustannie. Potem Penelopa udała się do swej komnaty, a za nią służące podążyły z naręczem darów.

Zalotnicy znów oddali się tańcom, pieśniom i zabawie. Nadeszła noc i w sali ustawiono trzy trójnogi na drewno. Służebne zapaliły pochodnie.

– Nie wolnice Odyseusza – rzekł do kobiet Odyseusz. – Udajcie się na górę i kręćcie wrzeciona u boku Penelopy. Rozweselcie ją, a ja będę miał baczenie na te pochodnie. Jeśli zalotnicy zechcą całą noc tu spędzić, poradzę sobie.

Niewolnice zaniosły się śmiechem, a Melanto poczęła szydzić z Odyseusza. Choć Penelopa wychowywała ją jak córkę, ta nie okazywała jej przychylności, gdyż kochała się w Eurymachu.

– Przybłędo, chyba jesteś szalony! Dlaczego nie pójdziesz stąd żebrać gdzie indziej? Gadasz nieustannie przy możnych ludziach. Lęku w sobie żadnego nie masz. Chyba wino ci rozum pomieszało albo tak dumny jesteś, boś Irosa pokonał! Uważaj, by silniejszy od ciebie w głowę cię nie uderzył, ty zaś krwią będziesz tryskał, przeganiany z tego domu!

Odyseusz rozgniewał się wielce.

– Powtórzę Telemachowi, coś powiedziała – odrzekł. – A on pokroi cię na kawałki.

Kobiety umknęły przerażone, gdyż uwierzyły w jego słowa. Odyseusz zajął miejsce przy płonących trójnogach i popatrzył na intruzów w swym domu. W głowie snuł myśli straszne, które niebawem miały się ziścić.

Lecz Atena nakłoniła zalotników do większej zuchwałości, by Odyseusz doznał jeszcze większego gniewu.

– Słuchajcie mnie, wy wszyscy, którzy macie nadzieję poślubić olśniewającą królową – oznajmił Eurymach. – To bogowie przysłali tego człowieka do domu Odyseusza. Patrzcie, światło pochodni odbija się blaskiem od jego łysej głowy. – Zawołał do Odyseusza: – Przybyszu, może zechciałbyś dla mnie pracować? Jestem gotów zabrać cię do mej odległej zagrody. Możesz zbierać kamienie na mury i drzewa sadzić. Dam ci obfitość jedzenia, odzieję cię i sandałami obdaruję. Ale, ma się rozumieć, skoro tylko niegodziwości w życiu się nauczyłeś, nie zechcesz mitrężyć się uczciwą pracą. Włócz się dalej, byś mógł napełnić swój nienasycony brzuch!

– Eurymachu, chciałbym zmierzyć się z tobą w długi dzień letni – odparł

Odyseusz. – Weźmiemy kosy i wysoką trawę poczniemy ciąć, poszcząc aż do późnego wieczora. Albo za pługiem iść zaprzężonym w woły, te najlepsze, dobrze odżywione, wiekiem równe, do jarzma nawykłe, niezmordowane.

Niechaj pole liczy cztery akry. Przekonałbyś się wtedy, czy umiałbym prostą skibę zaorać, od początku do końca. Albo gdyby Zeus wojnę nam zesłał, ja zaś bym stanął z tarczą i dwiema włóczniami, i hełmem z brązu… ujrzałbyś mnie w pierwszym szeregu wojowników i wstrzymałbyś się przed takimi szyderstwami. Jesteś zuchwałym człowiekiem i okrutnym.

Myślisz chyba, żeś wielki i potężny, bo czas spędzasz z garstką słabych ludzi. Jeśli Odyseusz wróci, przekonasz się, że te drzwi okażą się zbyt wąskie, byś mógł przez nie umknąć.

Eurymach nie krył wściekłości.

– Ty nędzniku! Ukarzę cię niebawem za takie słowa, wypowiedziane w obecności prawdziwych mężów! Chyba jesteś pijany, skoro bezrozumnie gadasz. A może duma cię rozpiera, boś pokonał tego głupca Irosa?

Podniósł zydel i cisnął nim w Odyseusza, gdy ten usiadł u stóp Amfinomosa. Zydel trafił w niewolnika roznoszącego wino, a dzban o posadzkę uderzył. Zalotnicy śmiechem parsknęli i zaczęli mówić do siebie:

– Szkoda, że ten cudzoziemiec nie zmarł gdzieś podczas swych wędrówek, nim tu dotarł. Nie wywołałby wśród nas niesnasek. –

Jesteście szaleni, skoro szacunku gościowi nie okazujecie! – odparł Telemach. – Pijaństwo was obnaża i jakiś bóg do kłótni podjudza. Teraz jednak, kiedyście się najedli i napili, do domów na spoczynek się udajcie…

Słysząc słowa Telemacha, wargi przygryźli zdumieni, iż tak śmiało do nich przemawia.

– Moi przyjaciele, nie sądzę, by ktoś miał się czuć urażony, usłyszawszy sprawiedliwe słowa – oznajmił Amfinomos. – Zatem nie dręczmy dłużej tego żebraka czy też kogokolwiek innego. Nie, wlejmy trochę

wina w nasze kielichy, złóżmy ofiarę i udajmy się do domów na spoczynek. Co do nieznajomego, niechaj tu zostanie. Telemach może nad nim opie k ę roztoczyć.

Niewolnik zmieszał wino, które podano. Trochę na ziemię wylano, resztę wypito. Potem każdy udał się do swego domu na spoczynek.

19

BLIZNA UJAWNIONA

Odyseusz pozostał w sali, rozmyślając, jak zgładzić zalotników. Rzekł czym prędzej do swego syna:

– Telemachu, ukryj oręż, a gdy zalotnicy spytają o niego, odpowiedz im podstępnie: „Zabrałem go, bo jest okopcony i wymaga oczyszczenia. Lękam się też, że pijackim kłótniom się oddacie i biesiadę zhańbicie. Gdyż żelazo do walki ludzi nakłania”.

Telemach przyznał ojcu rację i zawołał do Euryklei:

– Piastunko, przyjdź tutaj. Chcę, byś niewiasty zamknęła w ich izbach, gdy będę tę wspaniałą broń przenosił do skarbca, by dym z ogni jej nie zabrudził.

– Tak , moje dziecko – odrzekła Eurykleja. – Rada jestem, że zawsze masz baczenie na pałac i jego bogactwa! Kto jednak ci poświeci?

– Ten n ieznajomy to uczyni. Nikomu w swym domu próżnować nie pozwolę.

Zamknęła drzwi sali. Telemach i Odyseusz wynieśli hełmy, tarcze i włócznie. Niewidzialna Atena kroczyła przed nimi, niosąc złotą lampę.

– To niebywałe, ojcze! – rzekł Telemach. – Widzę ściany domu jakby w blasku jasnego płomienia. Jakiś bóg musi być przy nas, jeden z nieśmiertelnych żyjących w niebie.

– Nie próbuj zrozumieć zamiarów tych, którzy na Olimpie zasiadają.

Udaj się na spoczynek. Ja tu zostanę. Twa matka pragnie mi zadać wiele pytań.

Telemach odszedł do swej izby, nie mógł jednak zmrużyć przez całą noc oka. Odyseusz pozostał w sali, szykując z pomocą Ateny śmierć zalotnikom.

Potem z komnaty swej wyłoniła się Penelopa na podobieństwo Artemidy lub Afrodyty. Służebne ustawiły dla niej przy ogniu krzesło kością słoniową obite. Penelopa usiadła na nim, one zaś poczęły wynosić jedzenie, stoły i kielichy, które służyły zalotnikom. Dorzuciły do paleniska i ułożyły świeże polana, by światła i ciepła nie zabrakło.

Przybłędo, czy całą noc zamierzasz nas dręczyć? – spytała Melanto, znowu łając Odyseusza. – Wyjdź, wstrętny człowieku, bo pochodnią cię uderzę!

– Dlaczego z takim gniewem mnie napastujesz? – odparł Odyseusz. –Bo żebrzę? Czynię tak, gdyż muszę. Byłem niegdyś bogaty i w zamożnym domu mieszkałem, często miłosierdzie okazując tułaczom, lecz Zeus do tego miejsca mnie przywiódł. Zatem posłuchaj przestrogi: być może twa pani pewnego dnia odrazę do ciebie poczuje i złość ją ogarnie albo też

Odyseusz powróci. Wciąż jest nadzieja. Ale nawet jeśli nie żyje, syn jego miejsce zajmuje. I nie jest już dzieckiem.

– Nie sądź, że nie dostrzegam twego zachowania! – złajała służebną

Penelopa. – Wiedziałaś bardzo dobrze, że z nieznajomym pragnę pomówić o swym mężu! Eurynome, przynieś krzesło i połóż na nim skórę owczą, tak aby gość nasz mógł usiąść i opowiedzieć swą historię.

Eurynome przyniosła krzesło i postawiła je.

– Przybyszu, kim pośród ludzi jesteś? Skąd pochodzisz? Gdzie twe miasto i twoi rodzice?

– Moja pani, nikt nie znajdzie żadnej skazy w tobie, a sława twa sięga niebios. Zatem pytaj mnie o cokolwiek, tylko nie o mój ród i ziemię ojczystą. Lękam się, że napełniłoby to jeszcze większym bólem me serce. Wielu smutków doznałem, ale nie przystoi siedzieć i płakać w czyimś domu.

Nie chcę, by któraś z twych służebnych czy tyś sama się rozgniewała i rzekła, że łzami się zalewam, bom za dużo wina wypił.

– Nie znajomy, obawiam się, że bogowie zniweczyli me piękno w dniu, gdy Achajowie wraz z mym mężem Odyseuszem wyruszyli pod Troję. Gdyby tylko powrócił i otoczył mnie opieką, moja sława i uroda jeszcze większymi by były. Teraz jednakże cierpienia znoszę, które jakiś bóg na mnie zsyła. Książęta z wysp pobliskich i ci, którzy mieszkają tutaj, adorują mnie wbrew mej woli i dom plądrują! Obmyśliłam pewien podstęp. Ustawiłam wielkie krosna, bardzo szerokie, by utkać wspaniałą szatę, i rzekłam zalotnikom: „Młodzi mężowie, musicie poczekać, choć bardzo pragniecie mej ręki. Muszę ukończyć tkaninę. To całun dla Laertesa, gdy śmierć po niego przyjdzie”. Zgodzili się. Za dnia tkam, lecz nocą rozpruwam to, co zdołałam utkać. Trzy lata skrywałam przed zalotnikami swe oszustwo. Lecz gdy nadszedł rok czwarty, bezwstydne służebne zdradziły mą tajemnicę. Zatem ukończyłam ów całun i teraz nie mogę przed małżeństwem uciec. Rodzice moi do ślubu mnie nakłaniają, a syn zgryzoty doznaje, gdyż zalotnicy pozbawiają go mienia. Jest już mężczyzną i z pomocą Zeusa potrafi zadbać o dom. Jednakże rzeknij mi coś o swym rodzie. Skąd przybywasz? Nie sądzę, by dąb cię zrodził czy też kamień!

– Czcigodna żono Odyseusza, czyż nigdy mnie o to nie przestaniesz wypytywać? No cóż, powiem ci. Jest ląd Kretą zwany. To żyzna i bogata ziemia, wodami otoczona. Żyje tam w dziewięćdziesięciu miastach wielu ludzi, którzy licznymi językami się posługują. Wśród miast wielkich jest Knossos, gdzie Minos rządził. Był ojcem mego ojca, Deukaliona, starszym zaś bratem moim był Idomeneus, który na swych okrętach do Troi pożeglował. Imię me Ajton, co oznacza „Płonący”. Widziałem Odyseusza i wręczyłem mu liczne dary. Wiatr przywiódł go na Kretę w drodze do Troi. Z trudem zakotwiczył swe okręty w przystani i ledwie uszedł sztormowi. Przyszedł do miasta i spytał o Idomeneusa, swego przyjaciela, jak wyznał.

Zabrałem go do domu i ugościłem. Przez dni dwanaście wiatr północny jego ludzi więził. Wiał z taką siłą, że ledwie mogli ustać na nogach, lecz dnia trzynastego ucichł, oni zaś w morze wypłynęli.

I tak Odyseusz wielu kłamstwom w swej opowieści pozory prawdy nadał.

Gdy Penelopa słuchała, łzy jej płynęły jak śnieg, który topi się na szczytach gór, a potem przemienia się w bystre strumienie. Jej cudne policzki były mokre, gdy szlochała, opłakując męża, który siedział obok niej. Odyseuszowi żal było ukochanej żony, lecz skrywał przebiegle swe łzy. Gdy przestała łkać, rzekła:

– Teraz, przybyszu, poddam cię próbie, by się dowiedzieć, czy naprawdę widziałeś mego męża. Opisz mi, w co był odziany i jak wyglądał, powiedz mi też o ludziach, którzy mu towarzyszyli.

– Pani, było to tak dawno temu, lecz podzielę się z tobą tym, co pamiętam. Nosił purpurowy płaszcz z fałdem podwójnym i złotą broszą o dwóch zapięciach, a na niej wyrzeźbiony był pies trzymający jelonka.

Wszyscy podziwiali misterność owego dzieła: jak pies ze złota uformowany wpatruje się w schwytanego jelonka, ten zaś próbuje się wyrwać.

Pamiętam też tunikę, którą Odyseusz nosił: cienką, miękką i połyskującą. Nie wiem, czy tak się w domu odziewał, czy też otrzymał ten strój

od jednego z ludzi, gdy wchodził na pokład, czy może od kogoś obcego, gdyż dla wielu był przyjacielem i tylko nieliczni mogli się z nim równać. Miecz z brązu mu dałem i piękny płaszcz podwójny, a także tunikę, a potem z czcią odprowadziłem na jego okręt. Był z nim pewien człowiek, nieco starszy, o krągłych ramionach, śniadej skórze i kręconych włosach.

Imię jego Eurybates.

Penelopa bardziej niż kiedykolwiek płakać pragnęła, gdyż rozpoznała te wszystkie oznaki.

– Prawdziwie, nieznajomy, użalałam się nad tobą wcześniej, teraz jednak cześć ci okażę, gdyż to ja dałam Odyseuszowi szaty, które opisałeś. Złożyłam je i wyniosłam ze schowka, i złotą broszę dorzuciłam… lecz nigdy go w jego rodzimej ziemi nie powitam. Zły los odesłał go na okręcie ku przeklętej Troi! –

Czc igodna żono Odyseusza, nie zatapiaj we łzach swego serca. Jednak nie winię cię za to. Każda kobieta opłakiwałaby stratę męża, człowieka, któremu dzieci urodziła i z którym łoże dzieliła w miłości, czy byłby wielki jak Odyseusz, czy nie. Lecz przestań płakać, a ja powiem ci prawdę. Słyszałem niedawno o powrocie Odyseusza. Jest niedaleko, w kraju Tesprotów. Żyje i wiezie liczne skarby! Stracił jednak swych ludzi i okręt w drodze powrotnej. Zginęli na morzu, lecz jego wyrzuciło na brzeg kraju Feaków. Ugościli go, dary mu wręczyli i gotowi byli do domu odesłać. Tyle przynajmniej król Tesprotów mi powiedział, przysięgał też, że statek czeka, by do ziemi ojczystej go zawieźć. Lecz mnie najpierw wyprawił, gdyż statek tesprocki miał właśnie wyruszyć do Dulichionu. Pokazał mi bogactwa, które Odyseusz zgromadził. I dziesięć pokoleń jego potomków żyć by z tego mogło. Odyseusz udał się wpierw do Dodony, by wysłuchać wyroczni wysokich dębów Zeusa. Powiadam ci więc, że nic mu nie grozi i że niebawem powróci. Daję ci słowo, a Zeus jest mi świadkiem, że to wszystko się ziści! W tymże miesiącu Odyseusz powróci.

– Och, nieznajomy, tak bym pragnęła, by ta twoja opowieść okazała się prawdą. Wówczas bezzwłocznie każdą dobrocią i mnóstwem darów bym cię uraczyła. Lecz ja to tak postrzegam: Odyseusz nigdy do domu nie powróci. Jednakże moje służebne obmyją ci stopy, łoże naszykują, płaszcz dadzą i narzutę, byś mógł spać do świtu. A wczesnym rankiem wykąpią cię, namaszczą i przygotują do śniadania. Kto bowiem dobrze o mnie pomyśli, jeśli nieznajomi pożywiają się w mym domu brudni i w nędznym odzieniu? Ludzie żyją krótko. Ci o sercach zatwardziałych frasunki na siebie ściągają w trakcie swego żywota, a po śmierci są wyszydzani. Ci jednak bez skazy, o sercach niewinnych, sławieni są wszędzie przez swych gości, a imiona ich okrywają się chwałą.

– Czcigodna żono Odyseusza, po mych wszystkich wędrówkach nie zważam na płaszcze i piękne narzuty, wstyd by też mnie ogarnął, gdyby niewiasta mych stóp dotykała, chyba że jakaś wierna stara służąca, która doznała tyle cierpień, co ja.

– Drogi przybyszu, przemawiają przez ciebie mądrość i rozwaga. Jest u mnie stara kobieta o sercu wyrozumiałym, mym nieszczęsnym mężem się zajmowała. Ona stopy ci obmyje. Chodź, Euryklejo, wstań i obmyj stopy człowieka, który tyle samo lat liczy, co twój pan. Stopy te podobne do stóp Odyseusza, tak jak i ręce.

Eurykleja ukryła twarz w dłoniach i łzy wylała, przypomniawszy sobie nieobecnego pana.

– Och, jakże się smucę, moje dziecko, mój ukochany Odyseuszu, że tak niewiele mogę dla ciebie zrobić – powiedziała. – Zeus znienawidził cię bardziej niźli innych ludzi, ciebie, który bogów tak szanowałeś. Przypuszczam, że ludzie szydzą z nieznajomego, kiedy zjawia się w sławnym domu, tak jak twoje służebne, te bezczelne istoty, szydzą z tego człowieka. Pragnie uniknąć obelg z ich strony, więc sprzeciwia się, by umyły mu stopy, ja zaś nie mam nic przeciwko temu. Obmyję je przez wzgląd na Penelopę i na ciebie.

Stara kobieta wzięła kocioł, nalała do niego zimnej i gorącej wody, a Odyseusz usiadł przy palenisku i obrócił się ku ciemności, gdyż lękał się, że niewiasta prawdę sobie uświadomi.

Poczęła myć swego pana i od razu rozpoznała bliznę zadaną kłem odyńca. Stało się to, kiedy Odyseusz udał się na Parnas odwiedzić Autolykosa, ojca swej matki, najbieglejszego z wszystkich ludzi w sztuce kradzieży. Autolykos nawiedził kiedyś Itakę, gdy Odyseusz był jeszcze noworodkiem. Eurykleja posadziła wówczas dziecko na swych kolanach i rzekła: „Autolykosie, znajdź jakieś imię dla swego wnuka”.

„Podam ci imię – odparł wtedy Autolykos. – Ponieważ zjawiłem się tu jako ten, który cierpienie wielu sprawił, niechaj dziecię zwie się Odyseuszem, co znaczy »gniew wywołujący«. Kiedy dorośnie, będzie mógł przybyć do domu rodzinnego swej matki na Parnasie, a ja mu wręczę liczne podarki”.

Dlatego Odyseusz wybrał się na Parnas. Powitał go Autolykos wraz z synami. Babka Odyseusza Amfitea wzięła go w ramiona, po czym ucałowała mu głowę i piękne oczy. Autolykos zawołał do synów, by przygotowali posiłek, a oni przyprowadzili byka pięcioletniego, ze skóry odarli, odcięli kończyny, kawały mięsa na rożny nadziali i upiekli. Cały dzień aż do zmroku radośnie ucztowali. Gdy słońce zaszło i ciemność zapadła, na spoczynek się udali i zasnęli.

Gdy nastał świt, mężczyźni z psami wybrali się na łowy i wspięli się na stromy Parnas. Psy biegły przodem, trop wyczuwając, a Odyseusz podążał za nimi i potrząsał włócznią. Dzik krył się nieopodal, w gęstwinie, której nie nawiedzał nawet silny wiatr. Promienie słońca ani ulewny deszcz też nie miał tam dostępu, a spadłe liście kładły się wokół kobiercem. Wrzawa przez ludzi i psy uczyniona otoczyła zewsząd zwierzę, które wyłoniło się zjeżone ze swego legowiska, miotając ogień ślepiami.

Odyseusz pierwszy nań ruszył i włócznię uniósł, gotów go dźgnąć, lecz dzik był zbyt szybki i szarżując bokiem, przebił mu nogę nad kolanem,

rozrywając ciało na znacznej długości. Odyseusz trafił go w prawy bark. Włócznia weszła głęboko w zwierza, który padł na ziemię, wydając śmiertelny krzyk.

Synowie Autolykosa oporządzili dzika i obwiązali ranę Odyseusza, powstrzymując krew zaklęciem. Potem udali się wprost do domu swego ojca. Gdy już wyleczyli Odyseusza i wręczyli mu dary, odesłali go do ziemi ojczystej. Ojciec Odyseusza Laertes i matka jego Antykleja ucieszyli się wielce z jego powrotu i spytali, skąd się wzięła jego rana. Opowiedział im o dziku, który ugodził go swym białym kłem podczas łowów na Parnasie z synami Autolykosa.

Gdy Eurykleja wyczuła pod palcami bliznę, przypomniała ją sobie i wypuściła z dłoni nogę Odyseusza, ta zaś uderzyła o misę, a dźwięk się rozszedł echem po sali. Piastunka doznała zarówno radości, jak i przerażenia, a jej oczy napełniły się łzami. Dotknęła brody Odyseusza.

– Tyś Odyseusz, to pewne, drogie dziecko. Nie wiedziałam tego, dopóki nie dotknęłam twojego ciała!

Popatrzyła w stronę Penelopy, która nie uświadamiała sobie, że jej mąż jest już w swym domu. Ta nie napotkała jej spojrzenia, gdyż myślami błądziła gdzie indziej. Odyseusz przyciągnął do siebie Eurykleję.

– Chcesz mnie zgubić? Tyś mnie własną piersią wykarmiła. Po licznych cierpieniach i dwudziestu latach przybyłem do domu. Zamilcz, by nikt nas nie usłyszał.

– Moje dziecko, jak możesz w ogóle tak mówić! Wiesz przecież, żem godna zaufania. Milczeć będę jak głaz albo żelazo.

Eurykleja poszła po więcej wody, gdyż ta w kotle się wylała. Kiedy już umyła Odyseusza i oliwą namaściła, on przysunął krzesło bliżej ognia, by się ogrzać i łachmanami zakryć bliznę.

– Gościu, muszę cię o coś spytać, nim na spoczynek się udamy  – odezwała się Penelopa. – Czy też na spoczynek, na jaki może pozwolić sobie ktoś pomimo swych trosk. Córka Pandareosa, słowik, śpiewa słodko wiosną,

siedząc wśród liści drzewa i wydając głos pełen treli, tak opłakując swego ukochanego syna Itylosa, którego sama mieczem nieświadomie zabiła. Me serce tak jak jej jest rozdarte. Lecz posłuchaj o śnie, który mnie nawiedził. Miałam dwadzieścia gęsi w domu i serce me radowało się na ich widok. Nagle z gór nadleciał orzeł z zakrzywionymi szponami. Złamał im karki i pozabijał. Leżały na stosie w salach, a on odfrunął z powrotem ku niebu. Płakałam – sen to był, oczywista – a wokół mnie skupiły się kobiety achajskie, gdym szlochała, gdyż orzeł uśmiercił moje gęsi. Potem wrócił i przysiadł na belce strzechy i przemówił męskim głosem: „Raduj się, córko Ikariosa. To nie sen jest, lecz wizja prawdziwa tego, co nadchodzi. Gęsi to możni, a ja, który niegdyś orłem byłem, powróciłem jako mąż twój, by straszny koniec zgotować tym ludziom”. Tak rzekł, a ja się obudziłam. Rozejrzawszy się, ujrzałam gęsi w salach, dziobiące pszenicę w swym korytku. – Moja pani, nie mogę w żaden inny sposób snu tego objaśnić. Możesz mieć pewność, że to sam Odyseusz ukazuje ci rzeczy, które mają się wydarzyć. Co do zalotników, jasne jest, że czeka ich zagłada. Żaden żywy nie ujdzie.

– Nieznajomy, wiem, że sny są mgliste i że nie można powiedzieć, co naprawdę znaczą. Pewne jest też, że nie wszystkie się spełniają. Gdyż istnieją dwie bramy snu. Jedna jest z kości słoniowej stworzona. Sny, które przez nią przenikają, mamią nas swymi pustymi słowami. Te jednak, które przez rogową bramę przechodzą, okazują się prawdą. Nie wierzę, by mój sen z tej bramy się wyłonił, choć zarówno ja, jak i mój syn byśmy tego pragnęli. Powiem ci coś jeszcze. Zamierzam ogłosić zawody. Zdejmę z dwunastu toporów styliska, a ostrza ułożę w równym rzędzie. Wyzwaniem dla zalotników będzie napiąć łuk i strzałę puścić przez ucha w głowniach toporów. Potem odejdę z tym, który zdoła to uczynić, po czym pożegnam ten piękny i pełen bogactw dom, który zawsze będę w snach wspominać.

– Droga żono Odyseusza, nie zwlekaj z tymi zawodami, gdyż powiadam ci, że Odyseusz się tu pojawi, nim ci ludzie łuk napną i strzałę przez żelazo poślą.

– Gdybyś tylko mógł tu pozostać i pocieszać mnie, nigdy bym nie zasnęła –wyznała Penelopa. – Nie sposób jednak być cały czas przytomną. Oddalę się więc do swej komnaty i spocznę na łożu, zroszonym łzami od dnia, w którym

Odyseusz wyruszył do tej przeklętej Troi, ty zaś połóż się w sali na posadzce lub na legowisku, które ci przygotują służebne.

Powiedziawszy to, poszła na górę z niewiastami. Potem w swej izbie opłakiwała Odyseusza, dopóki Atena nie zesłała snu na jej oczy.

K SIĘGA 20

PRZEPOWIEDNIA TEOKLYMENOSA

Odyseusz zaległ na posadzce, na skórze wołowej i baraniej ze zwierząt zabitych przez zalotników. Eurynome okryła go płaszczem. Oka nie zmrużył, tylko obmyślał, jak śmierć zesłać przeciwnikom. Z sali biesiadnej dobiegały wesołe śmiechy kobiet, które po schadzkach z zalotnikami zbierały się do odejścia. Jak suka, która nad szczeniętami stoi i głuchy pomruk wydaje, gdy widzi nieznaną twarz, tak i serce Odyseusza głuchym pomrukiem rozbrzmiewało, rozgniewane postępkami zalotników.

Lecz w pierś się uderzył, mówiąc sobie w duchu: „Spokój zachowaj. Było gorzej, gdy cyklop pożerał twych ludzi, a ty przetrwałeś, aż dzięki bystrości obmyśliłeś sposób, jak wydostać się z jaskini, w której z pewnością miałeś umrzeć”.

Więc zganił swe serce. Rzucał się niespokojnie na łożu, rozmyślając, jak dostać w swe ręce zalotników – jeden mąż przeciwko tak wielu.

Wtedy nawiedziła go Atena pod postacią kobiety.

– Dlaczego wciąż nie śpisz, najbardziej niefortunny z  ludzi? To twój dom i twoja żona tu jest, i twoje dziecko, mężczyzna wspaniały, z którego każdy byłby dumny.

– Tak, bogini, próbuję jednak obmyślić, jak z możnymi się rozprawić, sam jeden przeciw ich zgrai. I zastanawiam się, jak, nawet jeśli ich z pomocą Zeusa zabiję, zdołam ujść zemsty ich krewnych.

– Uparty człowieku! Inni ufność pokładają w zwykłych śmiertelnikach, słabszych znacznie ode mnie, w ludziach, którzy nie wiedzą tego, co ja. Jestem boginią i strzec będę cię do samego końca. Nawet gdyby pięćdziesięciu spragnionych krwi mężów nas otoczyło, przetrwasz. Teraz odpocznij. Oddal od siebie troski.

Zesłała sen na jego oczy i powróciła na Olimp.

Gdy Odyseusz spał, Penelopa się przebudziła i usiadła na łożu, po czym zaczęła płakać i modlić się do Artemidy.

– Artemido, wielka bogini, córko Zeusa, ugodź mą pierś strzałami i odbierz mi życie w tejże chwili. A jeśli nie, to niechaj mnie burza porwie i zabierze stąd, by rzucić u ujścia Okeanosa, tak jak sztormowe wiatry uprowadziły córki

Pandareosa, króla Krety. Pragnęłabym zejść pod nienawistną ziemię, wspominając Odyseusza, i nigdy rozkoszy nie dać pośledniejszemu człowiekowi. Nieledwie dzisiaj śniłam, że mąż mój obok mnie leży, i czułam się szczęśliwa, wierząc, że to nie sen i że to naprawdę się dzieje.

Gdy się zanosiła płaczem, Odyseusz jej głos usłyszał. Mogło się zdawać, że Penelopa wie, kim on jest, i że przy nim stoi. Zabrał z legowiska płaszcz

i skórę baranią, ułożył na krześle w sali, a skórę byczą wyniósł na dziedziniec. Uniósł dłonie i zaczął się modlić do Zeusa.

– Ojcze Zeusie, jeśli pozwoliłeś mi przebyć tak daleką drogę lądem i morzem, tyle bólu mi zadawszy, to niechaj ktoś, kto się właśnie budzi, wypowie słowo wróżebne, a i ty daj mi jakiś znak.

Zeus go usłyszał i cisnął gromem z Olimpu, a Odyseusz był kontent.

Wewnątrz domu służebne zbierały się na poranek i kładły przy palenisku drewno na ogień. Telemach podniósł się z łoża i ubrał, potem miecz przez ramiona przerzucił i zawiązał sandały. Wziął swą włócznię i udał się do sali, gdzie wezwał Eurykleję. Zjawiła się bez zwłoki.

– Droga piastunko, czy okazałaś nieznajomemu właściwy szacunek? – spytał. – Zapewniłaś mu łoże i jadło? Matka ma w zwyczaju ugaszczać najgorszych nędzników, a tych o lepszym obyciu odsyła z niczym.

– Nie wiń jej, moje dziecko – odparła. – Pił tyle wina, ile pragnął, jadła też mu nie brakło. Gdy był gotowy do snu, służebne przygotowały mu łoże pod portykiem, on jednak wolał spocząć na posadzce, na której położył skórę byczą i baranią. Nakryłyśmy go płaszczem.

Telemach wyszedł z pałacu na miejsce zgromadzeń, gdzie przyłączył się do innych Achajów.

Eurykleja wezwała swe podwładne.

– Chodźcie tu, zamiećcie salę, posadzkę spryskajcie wodą, kapy na krzesłach połóżcie. Wytrzyjcie stoły do czysta, także czary na wino i kielichy. Niech kilka z was wybierze się do źródła po wodę. Niebawem zjawią się tu zalotnicy.

Dwadzieścia służebnych udało się do źródła, inne zaś krzątały się po domu. Te, które poszły po wodę, wróciły z Eumajosem. Przywiódł trzy knury, które wprowadził na dziedziniec.

– Przybyszu – zwrócił się do Odyseusza. – Czy zalotnicy wciąż cię obrażają?

– Eumajosie, życzyłbym sobie, by bogowie wzięli odwet na tych ludziach za ich niegodziwe czyny.

Wówczas zbliżył się do nich Melantios, pasterz kóz, prowadząc wraz z dwoma pomocnikami najprzedniejsze sztuki. Uwiązał kozy na dziedzińcu.

– Wciąż żebrzesz o jałmużnę, obcy przybyszu? – zwrócił się do Odyseusza. – Dlaczego nie odejdziesz? Chyba nie skończy się bez porządnych batów!

Odyseusz nie odpowiedział, jedynie głową w milczeniu pokręcił. Nadszedł trzeci człowiek, Filojtios, prowadząc jałówkę i kozę. Uwiązał zwierzęta pod portykiem i zbliżył się do Eumajosa.

– Kim jest ten obcy? – spytał. – Wygląda niczym książę, lecz bogowie zsyłają nędzę na wędrowców, nawet jeśli to królowie. – Podszedł do Odyseusza i wyciągnął prawicę. – Witaj, nieznajomy. Niechaj fortuna obdarzy cię uśmiechem, choć teraz towarzyszą ci niepowodzenia. Ojciec Zeus wpędza ludzi w biedę. Lecz przysięgam, gdym cię ujrzał, oczy me napełniły się łzami na myśl o Odyseuszu. On także jest zapewne w łachmany odziany. Zastanawiam się, czy wciąż żyje. Powierzył mi baczenie nad

swym bydłem, kiedym był młodzieńcem, a od tamtego czasu stada się znacznie powiększyły, teraz zaś żywią się nimi obcy, gdy im się spodoba. Nie lękają się gniewu bogów. Pragną rozdzielić między siebie majątek mego pana, którego nie ma tu już od lat. Dawno bym stąd odszedł, wciąż jednak rozmyślam o tym nieszczęśliwcu, czy powróci i czy przegna zalotników ze swego domu.

– Pasterzu, głupcem nie jesteś, jak się zdaje – rzekł mu Odyseusz – więc złożę ci przysięgę. Zeus mi świadkiem, Odyseusz powróci do domu, ty zaś ujrzysz na własne oczy, jak zabija zalotników, którzy się za panów tu uważają.

– Nieznajomy, oby tylko Zeus to sprawił! – odparł Filojtios. – Dowiedziałbyś się wówczas, jak waleczny jest we mnie duch!

Eumajos także modlił się do bogów o rychły powrót Odyseusza. Tymczasem zgromadzeni na dziedzińcu zalotnicy knuli, jak zabić Telemacha. Lecz z lewej ich strony przeleciał ptak: orzeł trzymający w szponach gołębia.

– Moi przyjaciele! – rzekł Amfinomos. – Nie zdaje mi się, by miały się ziścić nasze zamiary wobec Telemacha. Lepiej zajmijmy się biesiadą!

Zalotnicy wkroczyli do domu, położyli płaszcze na krzesłach i poczęli zarzynać owce i kozy, tłuste świnie i jałówkę. Upiekli wnętrzności i zmieszali wino. Filojtios, wolarz, dał im chleb z pięknego kosza, a Melantios, koźlarz, nalał wina.

Telemach posadził Odyseusza na kamiennym progu wielkiej sali. Przysunął lichy zydel i niewielki stół, położył na nim nieco upieczonych trzewi i nalał mu wina.

–

Siedź tu pośród tych panów i  racz się ich winem – powiedział. – Będę cię bronił przed obelgami. To nie gospoda, tylko dom Odyseusza! – Potem zwrócił się do obecnych. – Wy, zalotnicy, zachowajcie dla siebie swoje swary i upomnienia. Żadnych burd tu sobie nie życzę!

Zagryźli wargi, zdumieni śmiałymi słowami Telemacha.

Upieczono mięso i zdjęto je z rożnów, a potem podzielono. Odyseusz otrzymał kęs równy tym, które przypadły zalotnikom, gdyż tak zarządził Telemach.

–

Słuchajcie mnie, współbiesiadnicy – rzekł Ktesippos, człek zamożny z pobliskiej wyspy. – Przybysz dostał swą część jak każdy z nas, gdyż nie przystoi gościowi Telemacha odbierać tego, co mu się należy. Lecz i ja dar mu wręczę!

Rzucił mocną dłonią racicą krowią. Odyseusz się uchylił, a ta w ścianę uderzyła.

– Chybiłeś celu, Ktesipposie! – zawołał Telemach. – I dobrze, gdyż w przeciwnym razie przeszyłbym cię włócznią na wylot. Ojciec twój byłby zmuszony wydać ucztę pogrzebową, nie zaś weselną. Niechaj więc żaden człowiek, ostrzegam, nie zachowuje się w mym domu niewłaściwie. A jeśli chcecie mnie zabić, byłoby to lepsze niż patrzeć nieustannie na wasze godne pożałowania uczynki, na pogardę okazywaną obcym i bezwstydne uciechy ze służebnymi.

Inni zamilkli, aż Agelaos przemówił:

– Prz yjaciele moi, nikt nie będzie zaprzeczał słowom słusznie wypowiedzianym. Nie dręczmy zatem więcej nieznajomego ani żadnego z niewolników. Telemachowi i jego matce rzeknę tylko jedno. Dopóki wszyscy mieli nadzieję, że Odyseusz wróci, nikt nie winił cię za to, że czekałeś na ojca. Lecz on nie powróci, posadź więc przed sobą matkę i powiedz jej, że musi wybrać najlepszego zalotnika na swego małżonka, tak abyś mógł się cieszyć schedą po ojc u. Ona zaś powinna stać się panią innego domu.

– Agelaosie – odparł Telemach – na Zeusa i cierpienia ojca mego, nie stoję na drodze matczynego małżeństwa. Nie chcę jednak, by odeszła z domu wbrew swej woli. Niech bogowie bronią!

Nagle, jakby znikąd, śmiech niepowstrzymany ogarnął zalotników. Mięso, które jedli, krew zachlapała, a z ich oczu łzy popłynęły, zdawało się, że jęczą wniebogłosy.

Wróżbita Teoklymenos przemówił:

– Ach, nieszczęśnicy, cóż straszliwego cierpicie? Wasze głowy spowija noc. Słyszę zawodzenie. Krzyczycie, a te ściany krwią są zbryzgane. Na ganku, tak jak i na dziedzińcu, tłoczą się duchy spieszące do domu Hadesa pod powałą ciemności. Słońce opuściło niebo i wszystko swym całunem okrywa zło.

Roześmiali się serdecznie.

– Ten człowiek jest szalony! – oznajmił Eurymach. – Odprawcie go, sądzi bowiem, że noc tu zapadła!

– Eurymachu – zwrócił się doń Teoklymenos – mam oczy, uszy, obie stopy i przytomny umysł. Odchodzę, gdyż widzę zagładę, które ku wam zmierza. Nikt przed nią nie ujdzie.

Teoklymenos opuścił salę, a zalotnicy zaczęli drwić z Telemacha.

– Telemachu, nikogo prócz ciebie nie spotyka nieszczęście pod postacią gości takich jak ten brudny włóczęga – rzekł jeden. – To obraza tej ziemi. I jeszcze ten drugi osobnik proroctwa wygłasza! Powinieneś wsadzić ich

na statek i wysłać na Sycylię. Mógłbyś coś za nich dostać, gdybyś ich tam sprzedał.

Telemach nie słuchał tych docinków. W milczeniu obserwował ojca, czekając na chwilę, gdy ten dostanie w swe ręce zalotników.

Penelopa ustawiła krzesło naprzeciw możnych w sali biesiadnej i słyszała każde słowo. Ucztowali, śmiejąc się beztrosko i ciesząc wieczerzą, dla której

zabili liczne zwierzęta. Nie podejrzewali nawet, jaką biesiadę szykuje im Atena wespół z Odyseuszem!

KSIĘGA 21

PRÓBA ŁUKU

Penelopa postanowiła urządzić zawody dla zalotników, do czego natchnęła ją Atena. Udała się do izby, w której trzymano skarby Odyseusza: brąz, złoto i żelazo starannie obrobione. Znalazła łuk i kołczan pełen strzał. Łuk ten zawsze w Itace Odyseuszowi służył.

Penelopa wzięła broń i szlochając, wyjęła ją z drewnianego okrycia. Potem poszła do sali biesiadnej. Towarzyszyły jej służebne, dźwigając skrzynię z ostrzami toporów.

– Słuchajcie mnie, zalotnicy – zawołała. – Poddam was próbie: oto łuk Odyseusza. Z tym, który łuk ten napnie i strzałę pośle przez dwanaście ostrzy, odejdę i domu małżeńskiego się wyrzeknę.

Eumajos i Filojtios zapłakali, ujrzawszy oręż swego pana, lecz Antinoos złajał ich:

– Głupcy! Dlaczego szlochacie? Usiądźcie i zjedzcie coś. Albo też wyjdźcie na zewnątrz, lecz łuk zostawcie. Obawiam się jednak, że niełatwo będzie napiąć cięciwę.

Żywił w duchu nadzieję, że zdoła to uczynić. Nie wiedział, że on pierwszy zakosztuje strzały Odyseusza.

– No dalej, zalotnicy, przystąpcie do zawodów – rzekł Telemach. – Ja też się przyłączę i spróbuję dowieść swych praw do bogactw mego ojca.

Zrzucił szkarłatny płaszcz i odpasał miecz naramienny. Naznaczył bruzdę w ziemi i ustawił w niej równo ostrza, po czym przydeptał wokół nich ziemię.

Następnie spróbował napiąć cięciwę. Trzy razy zadrżała i trzy raz musiał ją puścić. Mógłby naciągnąć ją za czwartym razem, lecz Odyseusz dał mu skinieniem głowy znak, by zaprzestał.

– Może jestem za młody – poskarżył się. – No dalej, wy, którzy jesteście silniejsi, przystąpcie do zmagań!

Oparł łuk o ścianę i usiadł.

– Wstańcie i wszyscy spróbujcie – powiedział Antinoos. – Zaczniemy od lewej ku prawej, z miejsca, w którym wina się nalewa.

Podniósł się Lejodes. Był wróżbitą, który nienawidził głupiego zachowania innych zalotników. Wziął łuk i spróbował go naciągnąć, bez powodzenia jednak.

– Nie potrafię tego zrobić – orzekł. – Niech ktoś inny zmierzy się z cięciwą, lecz podejrzewam, że ten łuk wielu ludziom życie odbierze.

Oparł łuk o drzwi i powrócił na swe miejsce.

– Nie podoba mi się taka mowa, Lejodesie – oznajmił z wyrzutem Antinoos. –

Powiadasz, że łuk ten ograbi ludzi z ich żywota, bo nie zdołałeś go napiąć?

Twa matka urodziła cię zbyt słabym, byś zdołał naciągnąć cięciwę. Melantiosie, rozpal ogień i przynieś kawał łoju, byśmy mogli łuk ogrzać i nasmarować, aż nabierze giętkości.

Melantios skrzesał ogień i przyniósł łój. Zalotnicy po kolei łuk ogrzewali, nadal jednak nie mieli siły go napiąć.

Tymczasem Eumajos, Filojtios i Odyseusz wyszli na dziedziniec.

– Filojtiosie, Eumajosie – rzekł do nich Odyseusz – jakimi ludźmi byście się okazali, gdyby nagle wasz pan powrócił, wspomagany przez boga? Czy byście się sprzymierzyli z zalotnikami, czy też wsparli Odyseusza?

– Ojcze Zeusie, spraw, aby tak było! – odparł Filojtios. – Gdyby Odyseusz powrócił, poznałbyś wtedy mą prawdziwą siłę!

Eumajos rzekł to samo.

Wówczas Odyseusz oświadczył:

– W rz eczy samej stoję oto przed wami! Po wielu cierpieniach i dwudziestu latach powróciłem. Jeśli pozabijam zalotników, obdaruję każdego z was

domem w pobliżu mego, wy zaś będziecie przyjaciółmi i braćmi Telemacha.

Pokażę wam znak dowodzący, kim jestem: bliznę, którą zyskałem na Parnasie.

Gdy obaj ujrzeli bliznę, objęli go, a głowę i ramiona mu ucałowali. Odyseusz w zamian ich głowy i dłonie ucałował. Potem rzekł:

– Dość łez. Ktoś nas może dostrzec. Wejdźcie do domu. Zalotnicy nie pozwolą mi wziąć łuku, lecz gdy będziesz niósł go przez salę, włóż mi go w dłonie i każ kobietom zaryglować drzwi. Ty, Filojtiosie, zamknij bramę dziedzińca.

Odyseusz wszedł do domu, potem jego dwaj pasterze.

Eurymach oporządził łuk, grzejąc go nad ogniem, lecz i on nie zdołał napiąć cięciwy.

– Tak bardzo mi na tym małżeństwie nie zależy. Jest mnóstwo innych kobiet. Żałuję jednakże, że nie dorównujemy Odyseuszowi – rzekł z gniewnym jękiem.

– No cóż, dziś przypada święto Apollina, boskiego łucznika – oznajmił Antinoos. – Kto w taki dzień łuk by napiął? Usiądźcie teraz! Co się ostrzy tyczy, pozostawicie je na miejscu. Nikt ich stąd nie zabierze. Dalej, napijmy się wina. Rankiem poproście Melantiosa, by przyprowadził najlepsze sztuki ze swego stada. Złożymy ofiarę na ołtarzu Apollina, słynnego łucznika, i wtedy spróbujemy napiąć łuk Odyseusza.

Wydawało się, że plan ten jest dobry. Niewolnice obmyły im dłonie i napełniły czary na libacje, potem zaś wszyscy pili do woli.

Nagle ozwał się Odyseusz:

– Mam coś do powiedzenia Eurymachowi, a szczególnie Antinoosowi. Dajcie mi łuk, bym mógł sprawdzić siłę swych rąk, przekonać się, czy jeszcze mam jej trochę jak w czasach sprzed mej tułaczki.

Jego słowa rozgniewały wielce zalotników.

– Och, nieszczęsny cudzoziemcze, wino ci do głowy uderzyło! Jeśli naprawdę łuk napniesz, niezwłocznie wyślemy cię na czarnym statku do Echetosa, postrachu śmiertelników. Nie umkniesz przed tym!

– Antinoosie – odezwała się Penelopa – myślisz, że gdyby ten obcy łuk napiął, poślubiłabym go? To niepodobna. On tego nie pragnie, zresztą nie byłoby to stosowne.

– Córko Ikariosa, mądra Penelopo – odparł Eurymach – nie sądzimy wcale, że człowiek ten zabierze cię do swego domu, lecz jeśli ludzie usłyszą o tym, zszarga to nasze dobre imię. Ktoś z pospólstwa może powiedzieć: „Ci możni nie mogą łuku napiąć, lecz żebrak zdołał tego dokonać”. Przyniesie to nam wielką ujmę.

– Czy to aż tak wielka rzecz, Eurymachu? – spytała Penelopa. – Daj mu łuk! Jeśli w istocie go napnie, dam mu płaszcz i tunikę, a także oszczep ostry, miecz obosieczny i sandały. Potem odeślę go tam, dokądkolwiek zechce się udać.

– Matko – zwrócił się do niej Telemach – żaden Achaj nie ma większego niż ja prawa decydować, komu łuk przekazać. Nikt z obecnych nie złamie mej woli. Idź więc teraz do swej komnaty, matko, a sprawę tę mnie pozostaw. Penelopa była pod wrażeniem jego śmiałych słów. Wróciła do swej komnaty, gdzie płakała z tęsknoty za Odyseuszem, dopóki sen jej nie zmorzył.

Teraz Eumajos wziął łuk do rąk, a zalotnicy zakrzyknęli:

– Co czynisz, żałosny świniopasie? Jeśli Apollo słucha, niechaj cię własne psy pożrą!

Eumajos łuk odłożył, strachem zdjęty.

– Nie słuchaj ich, przyjacielu – rzekł mu Telemach. – Chciałbym być silniejszy od tych zalotników. Wtedy wygnałbym ich za niegodziwe zachowanie.

Zalotnicy zaśmiali się serdecznie, lecz Eumajos wziął łuk i zaniósł go Odyseuszowi. Potem przemówił cichym głosem do Euryklei:

– Telemach prosi, byś zaryglowała drzwi sali, a jeśli jakieś kobiety usłyszą dochodzące z niej jęki, niechaj nie przybiegają, tylko pozostaną w milczeniu tam, gdzie będą.

Nic nie odpowiedziała, tylko wyszła i zaryglowała drzwi sali. Filojtios opuścił dom i zamknął bramę dziedzińca. Posłużył się sznurem sporządzonym z papirusu. Potem wrócił do domu.

Odyseusz łuk obracał w dłoniach, pełen obaw, że przeżarły go czerwie.

Zalotnicy patrzyli po sobie i wypowiadali uwagi.

– Zna się chyba na rzeczy. Z łukami musiał mieć wielokrotnie do czynienia.

Potem jak śpiewak naciągający nową strunę na lirze i z wprawą mocujący jelito owcze Odyseusz napiął łuk. Cięciwę sprawdził, ta zaś zaśpiewała słodko jak słowik. Zalotnicy nie kryli przerażenia, a ich twarze pokryły się bladością. Zeus zagrzmiał głośno, a Odyseusz się ucieszył, że wielki bóg zesłał mu znak.

Wziął ze stołu strzałę leżącą tuż obok. Założył ją na cięciwę, tę odciągnął i strzałę wypuścił. Nie chybiła otworów w ostrzach w ziemi osadzonych.

Przeszła prosto przez każdy z nich. –

Chyba się przekonałeś, Telemachu, że nieznajomy w twym domu wstydu ci nie przyniósł – oznajmił Odyseusz. – Moja siła jest wciąż nienaruszona, cokolwiek uważają zalotnicy. Lecz czas teraz na wieczerzę i pieśń na mej lirze. Na ucztę długo wyczekiwaną!

K SIĘGA 22

RZEŹ ZALOTNIKÓW

Odyseusz zrzucił swe łachmany i podskoczył do progu z łukiem i kołczanem.

– Zawody rozstrzygnięte – powiedział. – Nowy cel obierzmy!

Wymierzył strzałę w Antinoosa, który kielich do ust podnosił i o śmierci nie myślał, lecz Odyseusz trafił go, grotem mu szyję przeszywając. Antinoos osunął się na bok i wypuścił z dłoni kielich: z nozdrzy trysnęła mu ciemna krew. Odepchnął nogą stół, rozrzucając jadło po posadzce.

Wśród zalotników zapanowało wielkie poruszenie. Zerwali się ze swych miejsc i powiedli spojrzeniem wzdłuż ścian, ale nigdzie nie dostrzegli tarcz ani włóczni. Zaczęli pomstować na Odyseusza.

– Nieznajomy, twój koniec jest przesądzony! Sepy cię pożrą!

Sądzili bowiem, że zabił Antinoosa przypadkiem, i w swym szaleństwie nieświadomi byli rychłego losu, który ich czekał.

– Brudne psy – rzekł Odyseusz z gniewnym spojrzeniem. – Pustoszyliście mój dom, napastowaliście dziewczęta służebne i zalecaliście się do mojej żony.

Nie lękaliście się bogów ani ludzkiego potępienia. Teraz wpadliście w sidła i już nie możecie umknąć.

Strach ich ogarnął, gdy usłyszeli te słowa, i każdy z nich zaczął szukać dróg ucieczki.

Tylko Eurymach przemówił:

– Jeśliś naprawdę Odyseuszem, to słusznie mówisz, lecz tylko Antinoosa należy winić. To on chciał zabić twego syna i zostać królem! Teraz jednak

nie żyje, więc oszczędź nas, a my spłacimy brązem i złotem wszystko, co zjedliśmy i wypiliśmy.

– Eurymachu, nawet gdybyś dał mi wszystko, co posiadasz, nie cofnąłbym się przed zadaniem ci śmierci – odparł Odyseusz.

Kolana ugięły się pod zalotnikiem, a wszystkich odeszła odwaga.

– Przyjaciele – rzekł Eurymach. – Dobądźcie mieczy, a stołów użyjcie jako tarcz. Jak jeden mąż ruszymy na niego. Wówczas będzie zmuszony ostatnią strzałą się posłużyć.

Wyciągnął miecz i skoczył na Odyseusza, ten jednak strzałę uwolnił i w pierś go trafił. Eurymach wypuścił miecz z dłoni i na stół runął, zrzucając z niego jadło i wino. W agonii uderzał głową o posadzkę i wierzgał nogami, a oczy zaszły mu ciemną mgłą.

Teraz na Odyseusza ruszył Amfinomos, lecz Telemach uderzył go włócznią w plecy i przebił na wylot pierś. Amfinomos upadł czołem na ziemię, a Telemach się cofnął.

– Ojcze, przyniosę ci tarczę, włócznie i hełm – powiedział. – Gdy tylko powrócę, uzbroję siebie, Eumajosa i Filojtiosa.

– Biegnij więc – odrzekł Odyseusz. – Przynieś oręż, dopóki mam jeszcze strzały.

Telemach pospieszył do skarbca, gdzie znalazł cztery tarcze, osiem włóczni i cztery hełmy z końskimi kitami. Wyniósł to wszystko czym prędzej, potem osłonił ciało brązem; Eumajos i Filojtios, też w pełnych zbrojach, stanęli przy Odyseuszu.

Póki Odyseuszowi strzał starczało, celował i szył po kolei do zalotników.

Padali gęsto i szybko. Gdy zabrakło grotów w kołczanie, ujął tarczę i na głowę włożył hełm, a kita końska kołysała się groźnie, budząc strach; potem chwycił dwie mocne włócznie.

W ścianie ponad posadzką znajdowały się drzwi boczne, ku którym prowadziły stopnie. Odyseusz nie widział ich ze swego miejsca.

– Moi przyjaciele – rzekł Agelaos. – Niech ktoś przez te drzwi się wydostanie i skrzyknie naszych sprzymierzeńców w mieście.

– Ja pójdę – odparł koźlarz Melantios. – Udam się do skarbca i oręż wam przyniosę.

Pobiegł tamże, wziął dwanaście tarcz, naręcze włóczni i liczne hełmy, po czym od razu rozdzielił je między zalotników. Serce w Odyseuszu przygasło, gdy ujrzał, jak przywdziewają zbroje i potrząsają włóczniami – jeszcze cięższa go czekała przeprawa!

– Ktoś przeciwko nam knuje – zwrócił się Odyseusz do syna. – To chyba Melantios.

– Ojcze, błąd popełniłem – odparł Telemach. – Zostawiłem skarbiec otwarty. Pospiesz się, Eumajosie, i zamknij go.

Melantios wracał tam, by przynieść więcej oręża. Tym razem Eumajos go spostrzegł.

– Synu Laertesa, Odyseuszu, ten łajdak znów idzie do skarbca. Mam go zabić czy też do ciebie przyprowadzić, by zapłacił za swe zbrodnie?

– My zatrzymamy zalotników w sali – odparł Odyseusz. – Pochwyć Melantiosa, zwiąż mu stopy i ręce i wrzuć go do skarbca. Przywiąż rzemieniami do deski i powieś go na belce powały, by cierpiał tak, jak na to zasługuje.

Filojtios i Eumajos udali się do skarbca. Zaczaili się po obu stronach drzwi. Gdy Melantios z izby się wyłonił, rzucili się na niego i powalili na ziemię. Skrępowali mu stopy i ręce, potem ciało powrozem obwiązali i wciągnęli ku belkom powały.

– Możesz teraz straż trzymać na swym miękkim łożu, aż świt nadejdzie.

Obaj powrócili czym prędzej do Odyseusza i jego syna. We czterech stanęli na progu, dysząc wściekłością, lecz w sali pozostało jeszcze wielu dzielnych mężów.

Zbliżyła się do nich Atena pod postacią Mentora.

– Mentorze, wspomóż nas teraz! – rzekł błagalnie Odyseusz. – Wspomnij, mój towarzyszu, jak często cię wspierałem!

Odyseusz wiedział, że to Atena, lecz zalotnicy zakrzyknęli:

– Mentorze, nie daj się Odyseuszowi namówić podstępnie na walkę z nami! Kiedy już ich zabijemy, ty zginiesz w następnej kolejności, a wtedy wszelkie twe dobra przejmiemy. Nie pozwolimy twoim synom, córkom i żonie mieszkać w twym własnym domu!

– Odyseuszu – rzekł Mentor, nie kryjąc gniewu – gdzie się podziała odwaga, którą okazywałeś przeciwko Trojanom? Więc jakże się to dzieje, że w swym własnym domu szlochasz? Nie, drogi przyjacielu, patrz, co czynię, byś wiedział, kim jest Mentor, gdy wrogowie go otaczają.

Tak przemówiła Atena, lecz nie obdarzyła Odyseusza pełnią siły, by losy bitwy odmienił. Pofrunęła ku zadymionym belkom powały pod postacią jaskółki.

Agelaos zachęcał zalotników.

– Teraz nawet Mentor go opuścił! Są sami u drzwi… Nie ciskajcie włóczniami wszyscy naraz. Niech sześciu najpierw rzuci, mierząc w Odyseusza.

Gdy padnie, bez trudu rozprawimy się z pozostałymi.

Agealos i sześciu zalotników cisnęło włóczniami, lecz na próżno. Jedna w ościeżnicę trafiła, druga w drzwi. Trzecia utkwiła w ścianie.

– Przyjaciele – rzekł Odyseusz. – Ciśnijmy włóczniami w tę zgraję!

Tak też uczynili, pewni swego celu; każdy z nich trafił zalotnika, który począł gryźć ziemię. Większość pozostałych się wycofała, lecz kilku podskoczyło, by wyrwać włócznie z ciał martwych ludzi.

Znowu cel obrali. Jedna włócznia w ościeżnicę uderzyła, druga w drzwi, trzecia w ścianę. Lecz Amfimedon trafił Telemacha w nadgarstek, raniwszy go jedynie, a Ktesippos drasnął ramię Eumajosa, lecz broń na ziemię spadła. I raz jeszcze Odyseusz i jego towarzysze cisnęli włóczniami w tłum i znów zabili czterech przeciwników. Filojtios ugodził Ktesipposa w pierś. – Ktesipposie, lubisz ludzi obrażać, gdzie się teraz podziały twe harde słowa? Oto twój dar, zapłata za racicę, którą Odyseuszowi dałeś, gdy w swym własnym domu żebrał!

Odyseusz ranił następnego wroga, podobnie jak Telemach, który włócznią cisnął w Lejokrita i przebił mu pachwinę na wylot. Zalotnik padł na twarz, uderzając czołem o posadzkę.

Wtedy z wysokości powały Atena wzniosła egidę, swą tarczę zwycięstwa.

Paniką ogarnięci zalotnicy poczęli uciekać w popłochu niczym stado bydła napastowanego wiosną przez chmarę gzów. I tak jak sępy z zakrzywionymi szponami i wygiętymi dziobami z gór się zlatują, spadają na mniejsze ptaki żyjące na nizinie, uderzają w nie i je zabiją, te zaś bronić się nie mogą

ni umknąć, tak i Odyseusz i jego ludzie dopadli zalotników, zabijając ich od lewa do prawa, posadzka zaś krwią spływała.

Lejodes wystąpił i objął Odyseuszowi kolana.

– Błagam cię, Odyseuszu – rzekł. – Miej litość nade mną. Nigdy nie skrzywdziłem żadnej z kobiet! Próbowałem innych powstrzymać, gdy czynili podobne rzeczy. Czy dobre zachowanie nie zasługuje na wdzięczność?

Odyseusz odpowiedział mu z gniewnym spojrzeniem.

– Zakładam, iż często się modliłeś, bym nigdy nie powrócił i byś mógł moją żonę poślubić. Nie unikniesz zatem śmierci.

Odyseusz chwycił miecz i ciął nim Lejodesa w kark, a głowa zalotnika spoczęła w kurzu.

Teraz Femios, śpiewak, próbował ujść śmierci. Stał ze swą lirą przy bocznych drzwiach, nie wiedząc, co czynić: wymknąć się z domu na dziedziniec i u siąść przy ołtarzu Zeusa, czy też zbliżyć się i objąć Odyseuszowi kolana. Położył instrument na ziemi, ruszył przed siebie i otoczył ramieniem nogi pana domu.

– Błagam cię, Odyseuszu, byś szacunek mi okazał… Przykro by było śpiewaka zabić. Bogowie ofiarowali mi dar wszelkich pieśni i opowiadania historii. Telemach ci powie, żem siłą został tu sprowadzony.

– Wstrzymaj dłoń z mieczem – rzekł Telemach do swego ojca. – Medon też niech wolny odjedzie, posłaniec, który troszczył się o mnie, gdy byłem chłopcem. Medon usłyszał go, skulony pod krzesłem. Niezwłocznie podniósł się ze swej kryjówki, wziął skórę byczą, którą się wcześniej okrywał, pospieszył do Telemacha i objął mu kolana.

– Mój przyjacielu, wstrzymaj swą dłoń i o to samo proś ojca. Lękam się, że w swej wielkiej mocy ugodzi mnie mieczem.

– Nie bój się! – powiedział Odyseusz. – Telemach cię ocalił. Idźcie i usiądźcie na dziedzińcu, ty i śpiewak, z dala od tej rzezi.

Femios i Medon przycupnęli przy ołtarzu Zeusa, wciąż spodziewając się śmierci. Odyseusz powiódł spojrzeniem po sali, by sprawdzić, czy chybił

którego, lecz wszyscy zostali wyrżnięci i spoczywali w krwi i kurzu. Byli niczym ryby wyciągnięte z morza i leżące stosem na piaszczystym brzegu, stęsknione wody – lecz już pozbawione życia przez słońce.

– Wezwij Eurykleję, Telemachu – rzekł Odyseusz do syna. – Pragnę jej coś powiedzieć.

Telemach zapukał donośnie w drzwi izb niewieścich i zawołał:

– Piastunko, wyjdź tutaj! Mój ojciec cię przyzywa!

Drzwi otwarła i próg przestąpiła, by ujrzeć Odyseusza pośród ciał, splamionego krwią i brudem na podobieństwo lwa pożerającego wołu; pierś i policzki miał pokryte czerwienią budzącą grozę. Eurykleja już była gotowa zakrzyknąć z radości, lecz Odyseusz ją powstrzymał.

– Ciesz się w swym sercu, stara kobieto, lecz na razie tego nie okazuj. Nie jest dobrze radować się nad martwymi ludźmi. Bogowie zgładzili tych zalotników za ich lekkomyślne czyny. Teraz podaj mi imiona kobiet, które mnie zdradziły, i tych, które są niewinne.

– Bądź pewien, moje dziecko, że powiem ci wszystko. Jest pięćdziesiąt niewiast w twym domu. Dwanaście z nich przeciwko tobie i twej żonie

Penelopie knuło. Pozwól teraz, bym na górę się udała i powiedziała twej małżonce…

– Nie budź jej jeszcze – poprosił Odyseusz. – Przywołaj do mnie te bezwstydne kobiety.

Eurykleja poszła po nie, Odyseusz zaś wezwał Telemacha, Filojtiosa i Eumajosa.

– Wynieście ciała – nakazał. – I powiedzcie służebnym, by oczyściły krzesła i stoły wodą i gąbkami. Kiedy już w domu zapanuje porządek, wyprowadźcie te kobiety na dziedziniec, między szopę a mur, i zgładźcie je.

Dwanaście kobiet zbiło się w gromadkę, zawodząc przeraźliwie i roniąc łzy. Najpierw wyniosły trupy i ułożyły pod portykiem. Następnie zmyły krzesła i stoły wodą i gąbkami. Telemach wraz z Eumajosem i Filojtiosem oskrobali posadzkę motykami, a kobiety brud usunęły. Gdy w sali zapanował porządek,

Telemach z pasterzami zaprowadził kobiety do ciasnego zaułka między szopą i murem dziedzińca, skąd nie sposób było uciec.

Tak jak sójki czy gołębie, które gdy wpadają w sidła zastawione w gąszczu, próbują dotrzeć do swych gniazd, a znajdują jedynie wrogie łoże, tak i owe niewiasty zawisły w szeregu, każda z pętlą na szyi, by umierały nędznie.

Potem wyprowadzono na dziedziniec Melantiosa. Obcięli mu nos i uszy, męskość wyrwali psom na pożarcie, pozbawili też dłoni i nóg. Obmyli się z krwi i weszli z powrotem do domu Odyseusza, gdyż uznali dzieło za zakończone.

– Przynieś siarki, stara kobieto – rzekł Odyseusz do Euryklei. – Tak aby wytrawić wszelki brud. Przynieś też ogień, bym mógł okadzić salę. Potem powiedz Penelopie, by tu przyszła, i każ kobietom uczynić to samo.

– Tak, moje dziecko – odparła Eurykleja. – Pozwól jednak, że wpierw przyniosę ci płaszcz i tunikę, byś nie stał tu odziany w łachmany.

– Przede wszystkim ogień przygotuj mi w sali – odparł Odyseusz.

Eurykleja posłuchała i przyniosła ogień i siarkę, którymi Odyseusz salę okadził. Piastunka wyszła i powiedziała kobietom, by się zjawiły. Weszły do sali z pochodniami i skupiły się wokół Odyseusza, obejmując go i całując mu głowę, ramiona i dłonie. Z trudem nad łzami panował, tak bardzo cieszył go ich widok.

Stara piastunka pospieszyła na górę, by powiedzieć Penelopie, że jej mąż powrócił wreszcie do domu. Tak szybko dreptała, że drżały jej wiekowe nogi, gdy stanęła przy łożu swej pani.

– Obudź się, drogie dziecko! – zawołała. – Obudź się i ujrzyj to, czego tak długo wyczekiwałaś! Odyseusz tu jest! Zabił zalotników!

–

Droga piastunko, bogowie rozum ci odebrali – odparła Penelopa – skoro tę niedorzeczną historię zmyśliłaś i z głębokiego snu mnie wyrywasz! Gdybym to od innej kobiety usłyszała, od razu bym ją wygnała. Wybaczam ci jednak przez wzgląd na twój wiek.

– Nie żartuję, moje dziecko – zapewniła Eurykleja. – Odyseusz jest tutaj. To on był tym żebrakiem, któremu zalotnicy nie okazywali szacunku!

Penelopa zerwała się z łoża i zarzuciła ramiona na szyję Euryklei, zalewając się łzami.

–

Droga piastunko, naprawdę do domu powrócił, jak powiadasz, i zabił zalotników? Nawet jeśli sam był, ich zaś mnogość?

– Nie widziałam, jak się to stało – wyznała Eurykleja. – Słyszałam jęki ludzi umierających. Wszystkie kobiety w dalszych izbach siedziały przerażone, dopóki Telemach mnie nie zawołał. Wtedy ujrzałam Odyseusza stojącego pośród stosu martwych ciał. Ten widok ogrzałby ci serce. Teraz ciała zabrano, a on posłał mnie po ciebie. Chodź więc ze mną! Radujcie się wielce, znów złączeni. Tak dużo wycierpiałaś, lecz żywione długo pragnienie wreszcie się spełniło.

– Droga piastunko, wiesz, jak byłabym szczęśliwa, ujrzawszy go. Lecz to bogowie zabili zalotników, rozgniewani ich zuchwałością. Odyseusz nadal jest zaginiony, przebywając na jakimś odległym lądzie.

– Moje dziecko, jakże uparte jest twoje serce – odrzekła jej Eurykleja. – Dam ci dowód. Blizna, ślad po ranie zadanej przez dzika. Widziałam ją, gdy myłam mu stopy. Chciałam ci o tym powiedzieć, ale usta mi dłonią zakrył. Więc chodź ze mną, a jeśli się okaże, że cię oszukałam, wtedy mnie zabijesz najokrutniej, jak ci się spodoba.

– Droga piastunko, trudno pojąć wolę bogów – odparła Penelopa. – Chodźmy zatem, bym mogła zobaczyć martwych zalotników i człowieka, który ich pozabijał.

Penelopa zeszła na dół, zastanawiając się, czy zachowywać się powściągliwie i przepytać swego męża, czy też od razu objąć go i ucałować mu głowę i dłonie.

Wkroczyła do sali i usiadła naprzeciwko Odyseusza. Milczała długą chwilę.

– Matko o zatwardziałym sercu! – zawołał Telemach. – Dlaczego jesteś taka wyniosła? Widzisz, że twój mąż powrócił do domu, a sama milczysz. Masz serce z kamienia!

– Moje dziecko, serce me zdumieniem jest przepełnione – odparła. – Ledwie mogę mówić lub w oczy mu patrzeć. Lecz jeśli to naprawdę Odyseusz, poznamy się nawzajem. Mamy sekretne znaki, nieodgadnione dla innych.

Odyseusz się uśmiechnął.

– Telemachu, pozwól, by matka poddała mnie próbie, a wtedy wyraźniej przejrzy na oczy. W tej chwili jestem brudny i nędznie odziany, nie może więc rzec, kim jestem. Musimy jednakże rozważyć położenie, w jakim się znajdujemy. Gdy się kogoś zabija, krewni skazują sprawcę na wygnanie.

Zgładziliśmy wielu ludzi, w dodatku najmożniejszych w Itace. Trzeba jakiś plan obmyślić.

– Poradzisz sobie z  tym, ojcze – odrzekł Telemach. – Powiadają, że jesteś najprzebieglejszym człowiekiem na ziemi. Usłuchamy cię wszyscy.

– Oto, co należy uczynić – powiedział Odyseusz. – Niech każdy weźmie kąpiel i włoży czystą tunikę. Przekaż służebnym, by wybrały najlepsze szaty.

Każ muzykom grać do tańca. Dzięki temu sąsiedzi, słysząc wrzawę, uznają, że odbywa się uczta ślubna, a wieść o zabiciu zalotników się nie rozejdzie. Tymczasem wycofamy się do naszej zagrody pod miastem i obmyślimy wszelkie działania, które Zeus uczyni możliwymi.

Zrobili, jak rzekł. Odyseusz udał się do łaźni, a Eurynome go wykąpała.

Natarła potem oliwą, odziała w tunikę i zarzuciła płaszcz na ramiona. Atena urok nań zesłała, a kręcone włosy upodobniła do hiacyntów. Obdarzyła go powabem, tak jak biegły rzemieślnik, przez Hefajstosa i Atenę szkolony, srebro okrywa zlotem.

Wyszedł z  łaźni niczym bóg i  znów zasiadł na krześle naprzeciwko żony.

– Pani niepojęta! Żadna inna kobieta nie stroniłaby od męża, który po wielkich cierpieniach powrócił w dwudziestym roku do domu.

– Ty jesteś niepojęty – odparła Penelopa. – Lecz nie budzisz już we mnie takiego zdumienia co uprzednio. Wyglądasz tak jak wówczas, gdy wyruszałeś na swym okręcie do Itaki. Posłuchaj, Euryklejo, wynieś nasze łoże z komnaty ślubnej, tej, którą własnymi rękami wzniósł. Przygotuj mu je do snu.

– Kobieto – zwrócił się Odyseusz do Penelopy z nagłym gniewem – kto majstrował przy łożu, które sam wyciosałem? Żaden śmiertelnik nie ruszyłby go z miejsca! Na dziedzińcu rosło drzewo oliwne, pełne życia i krzepkie niczym filar. Wokół niego wzniosłem swą komnatę, pień obrobiłem i nogę łoża uformowałem. Wygładziłem drewno, potem złotem, srebrem i kością słoniową ozdobiłem. Kobieto, czy moje łoże stoi wciąż na swym miejscu, czy też ktoś ściął pień drzewa oliwnego?

Penelopa, znak rozpoznawszy, poczuła, jak miękną jej kolana, a serce się roztapia. Zbliżyła się ze szlochem do Odyseusza, zarzuciła mu ręce na szyję i twarz ucałowała.

– Nie gniewaj się, Odyseuszu – powiedziała. – Lękałam się, że jakiś człowiek albo bóg zjawił się pod twą postacią i próbuje mnie zwieść. Ty jednak wiesz o naszym łożu, którego nikt inny nigdy nie widział. Przekonałeś mnie.

Chęć płaczu w nim wezbrała. Trzymał ją w ramionach, swą ukochaną żonę. Tak jak drogi jest widok lądu ludziom, których statek wiatr i fale roztrzaskały, i jedynie kilku skorupą soli pokrytych rozbitków zdołało dopłynąć do brzegu i z radością stopy na nim postawić, tak i Penelopie drogi był widok

Odyseusza, gdy spoglądała nań, nie mogąc oderwać rąk od jego szyi.

– Moja żono, nasze tarapaty nie dobiegły jeszcze końca – oznajmił. – Pracę mamy przed sobą. Duch Tejrezjasza tak mi rzekł, gdy zstąpiłem do domu Hadesa. Ale chodźmy teraz do łoża, byśmy mogli się wspólnie radować. – Łoże twe jest gotowe, kiedy tylko sobie zażyczysz – odparła Penelopa. –Lecz wpierw powiedz mi o owych trudach, które mają nadejść. Lepiej, bym wiedziała.

– Powiem ci wszystko. Tejrezjasz kazał mi wędrować z wiosłem na ramieniu, aż dotrę do ludzi, którym morze jest nieznane, którzy spożywają jadło bez soli i którzy nic o statkach nie wiedzą. Powiedział, że gdy jakiś wędrowiec spyta, dlaczego wiejadło trzymam na ramieniu, powinienem wówczas wiosło wbić w ziemię i złożyć ofiary Posejdonowi – z barana, byka i knura – a potem powrócić do domu i poświęcić bogom zwierzęta. I dodał,

że śmierć przyjdzie po mnie zza morza, gdy osiągnę pogodną starość, a lud mój będzie zamożny.

– No cóż, skoro bogowie chcą cię obdarzyć szczęśliwą starością, jest nadzieja! – odparła Penelopa.

I tak ze sobą rozmawiali, a Eurykleja i Eumajos łoże im przygotowali; potem Eurynome zaprowadziła ich do komnaty małżeńskiej. Oboje oddali się radości odwiecznego rytuału.

Gdy już się nasycili miłosnym aktem, zaczęli czerpać przyjemność z rozmowy.

Penelopa opowiadała Odyseuszowi, jak cierpliwie musiała znosić zalotników. On opisywał wszelkie nieszczęścia, które zsyłał na swych ludzi, i wszelkie cierpienia, jakich doznał. Potem Atena sprowadziła Jutrzenkę i Odyseusz podniósł się z łoża.

– Żono, zaznaliśmy niezliczonych trudów – rzekł do Penelopy. – Teraz jednak musisz dopilnować bogactw w naszym domu. Ja udam się do zagrody mego ojca, by go zobaczyć. Bądź ostrożna. Teraz, gdy słońce wzeszło, rozejdzie się, że pozabijaliśmy zalotników. Idź więc do swej komnaty i zostań tam. Nie opuszczaj jej i nikogo o nic nie pytaj.

Włożył swą zbroję, a Telemach, Eumajos i Filojtios uczynili to samo. Potem z domu wyszli, a Odyseusz szedł przodem. Światło wzeszło już nad ziemią, lecz Atena okryła ich nocną ciemnością i wyprowadziła z miasta.

K SIĘGA 24

POKÓJ PRZYWRÓCONY

Hermes wezwał z domu duchy zalotników. Podążyły za nim, popiskując jak nietoperze w głębi jaskini. Poprowadził je ciemnymi ścieżkami, obok strumieni Okeanosa, Białych Skał, Bram Słonecznych i Ziemi Snów. Dotarły do Łąk Asfodelowych, gdzie przebywają martwi.

Tu spotkały się z duchami Achillesa i Patroklesa. Zbliżył się też duch Agamemnona w otoczeniu tych, którzy zmarli wraz z nim.

– Agamemnonie, sądziliśmy, że Zeus sprzyja ci bardziej niż wszystkim innym – rzekł Achilles. – Byłoby lepiej, gdybyś padł na równinie trojańskiej. Achajowie grobowiec by ci wznieśli, a ty kąpałbyś się w blasku chwały. Tymczasem spotkała cię żałosna śmierć.

– Szcz ęście ci sprzyjało, Achillesie, żeś zginął pod Troją – odparł Agamemnon. – Walczyliśmy długo i zaciekle i zanieśliśmy twe ciało na brzeg, złożyliśmy na marach i obmyliśmy ciepłą wodą i oliwą. I twa matka Tetyda, usłyszawszy, co się wydarzyło, wyłoniła się wraz z nimfami z morza. Płacz głośny wzniósł się nad głębinami. Potem córki starca morskiego odziały cię w nieśmiertelną szatę, a muzy pieśń zaintonowały. Opłakiwaliśmy cię przez siedemnaście dni i nocy, a osiemnastego powierzyliśmy ogniowi. Zabiliśmy tłuste owce i bydło, a ty się spalałeś w swoim odzieniu z obfitością tłuszczu i miodu. Gdy spłonąłeś, zebraliśmy twe białe kości i włożyliśmy do złotego dzbana, który dała nam Tetyda, wraz z nierozcieńczonym winem i olejkami, po czym zmieszaliśmy je z kośćmi drogiego zmarłego Patroklesa. Wznieśliśmy grobowiec na wybrzeżu Hellespontu, by z daleka

był widoczny. Matka twa poprosiła bogów o piękne nagrody, które rozłożyła pośrodku pola zmagań. Wielokrotnie uczestniczyłeś w takich zawodach po śmierci króla, kiedy to młodzieńcy walczą o trofea, lecz gdybyś mógł je ujrzeć, zdumienie by cię ogarnęło, tak niezwykłe były. Mnie zaś czekał gorzki koniec z rąk mego kuzyna Ajgistosa i jego kochanki, mej żony Klitajmestry!

Hermes zbliżył się do nich, prowadząc duchy zalotników. Agamemnon rozpoznał Amfimedona, który podejmował go w swym domu w Itace.

– Amfimedonie, co się stało? – spytał Agamemnon. – Zszedłeś pod ziemię, ty i inni możni z Itaki. Czy Posejdon uderzył w ciebie na pokładzie statku? Czy też wróg jakiś? Powiedz mi, jestem przyjacielem twego domu!

– Wielki Agamemnonie. Zalecaliśmy się do żony Odyseusza, ona zaś ani nas odrzucała, ani się godziła – rzekł duch Amfimedona. – Potem jakiś bóg sprowadził Odyseusza do Itaki. Spotkał Telemacha powracającego z Pylos. Razem naszą śmierć obmyślili. Zjawił się w przebraniu i poprosił żonę, by kazała nam się zmierzyć z wyzwaniem: napiąć łuk Odyseusza i przeszyć strzałą oka w dwunastu ostrzach toporów. Nikt z nas jednak nie potrafił naciągnąć cięciwy. Gdy Odyseusz wziął łuk do ręki, napiął go z łatwością, nim posłał strzałę przez głownie toporów. Potem stanął na progu i zaczął szyć ze swej broni, a ludzie padali jeden po drugim. Jakiś bóg bez wątpienia mu sprzyjał. Tak więc wszyscy zginęliśmy, Agamemnonie, a nasze ciała leżały pokotem zapomniane, gdyż nasi przyjaciele nie wiedzieli, co się stało.

Tak mówił duch Amfimedona.

– Och, szczęśliwy Odyseusz, prawdziwie godną zyskał żonę! – oznajmił duch Agamemnona. – Mądra, mądra, mądra Penelopa, córka Ikariosa!

Wiernie hołubiła w myślach obraz swego męża! Nie jak córka Tyndareosa, Klitajmestra, moja małżonka, która uknuła zabójstwo męża w zmowie z Ajgistosem.

Tak to duchy rozprawiały w królestwie Hadesa pod ciemną ziemią.

Tymczasem Odyseusz przybył wraz z towarzyszami do schludnej zagrody

Laertesa. Stały tam dom i chaty, gdzie pożywiali się i spali jego niewolnicy. W domu przebywała stara kobieta z Sycylii, która sprawowała opiekę nad

Laertesem. Niewolnicy siedzieli na zewnątrz, na ławach.

– Wejdźcie do środka – nakazał Odyseusz. – Chcę ujrzeć mego ojca i się przekonać, czy mnie rozpozna.

Poszedł do żyznej winnicy. Znalazł tam ojca samotnie okopującego roślinę. Nosił brudną i połataną tunikę i chroniące przed zadrapaniami nagolenniki ze skóry wołowej. Na dłoniach miał rękawice, głowę zakrył kozim kapturem. Gdy Odyseusz zobaczył go tak przygniecionego podeszłym wiekiem i brzemieniem żalu, stanął w milczeniu pod wysoką gruszą i zapłakał. Potem zbliżył się do ojca.

– Starcze, zdaje mi się, że wiesz, jak się o ogród troszczyć. Nie dostrzegam tu żadnej rośliny, która opieki by wymagała, ani drzewa figowego czy winorośli, ani też choćby jednego drzewa oliwnego, które na polu rośnie.

Pozwól jednak, że coś jeszcze ci powiem, lecz nie czuj się dotknięty… Ty podobną opieką się nie cieszysz! Doznajesz goryczy wieku starczego

i nosisz łachmany. Nie jawisz się jako niewolnik. W rzeczy samej otacza cię aura królewska! Czyj sad uprawiasz? I czy to Itaka? W swym kraju rodzinnym gościłem raz człowieka, który powiedział, że pochodzi stamtąd. I że jego ojcem jest Laertes. Wziąłem go do swego domu, przyjąłem i dałem skarby: siedem sztuk złota i czarę mieszalną ze srebra, dwanaście płaszczy i liczne kobierce, tyleż tunik i piękne biegłe w tkactwie niewiasty, które sam wybrał.

– Przybyszu, zjawiłeś się w kraju, o który spytałeś, jednak sprawują w nim teraz rządy zuchwali i okrutni ludzie. I dary swoje wręczyłeś na próżno. Gdybyś odnalazł tego człowieka wciąż żywego, odesłałby cię w drogę, wpierw ugościwszy serdecznie. Lecz chciałbym wiedzieć, ile to lat upłynęło od chwili, gdyś przyjął pod swój dach tego nieszczęsnego wędrowca, mego syna? Ryby go w morzu zapewne pożarły albo zwierz dziki i ptactwo na brzegu. Powiedz mi, kim jesteś i skąd przybywasz. Gdzie twe miasto i rodzice? Gdzie statek, który cię tu przywiódł? – Powiem ci wszystko – odparł Odyseusz. – Pochodzę z Alibas, „Miasta Wędrownego”, gdzie mieszkam w sławnym domu. Jestem synem Afejdasa, „Szczodrego”, a imię me Eperitus, „Czuwający”. Bóg mnie tu przywiódł wbrew mej woli. Mój statek stoi tam, daleko od miasta. Co do Odyseusza, minęło pięć lat, odkąd odszedł. Towarzyszyły mu ptaki z pomyślną wróżbą, kiedy wyruszał, nie tracił też ducha. Postanowiliśmy spotkać się znowu i dary wymienić.

Laertesa spowiła czarna chmura smutku. Nabrał w dłonie ziemi i jęcząc, posypał nią sobie głowę.

Odyseuszowi kroiło się serce, gdy patrzył na swego ojca. Podskoczył do niego, wziął w ramiona i ucałował.

– Ja jestem tym człowiekiem, ojcze – wyznał. – Wróciłem do ojczyzny.

Nie rozpaczaj już dłużej. Zabiłem zalotników i odpłaciłem im za zniewagi.

– Jeśliś naprawdę Odyseusz, mój syn, to dowiedź mi tego jakimś znakiem.

– Ta blizna, patrz – odparł Odyseusz. – Pozostawiona przez dzika na Parnasie. I powiem ci o drzewach, które mi darowałeś, gdym przemierzał z tobą ten sad jako dziecko. Obok tych tutaj przechodziliśmy, ty zaś nadawałeś im imiona i rozprawiałeś o nich: trzynaście gruszy, dziesięć jabłoni, czterdzieści fig i rzędy winorośli, pięćdziesiąt bez mała.

Ojciec jego, usłyszawszy o tych znakach, poczuł ogromną słabość i zarzucił ramiona na szyję syna.

– Ojcze Zeusie, wy, bogowie, zaiste na Olimpie rządzicie, jeśli zalotnicy zapłacili za swe postępki – zawołał Laertes. – Obawiam się jednak, że teraz ich krewni z chęci zemsty przeciwko nam się sprzysięgną.

– Nie martw się, ojcze – odparł Odyseusz. – Zatroszczymy się o to.

Wróćmy do domu. Wysłałem tam Telemacha z koźlarzem i świniopasem, by przygotowali posiłek.

Weszli do domu, gdzie Telemach, Filojtios i Eumajos kroili mięso i mieszali wino.

Kobieta z Sycylii wykąpała Laertesa, namaściła go i okryła płaszczem.

Zjawiła się Atena i przydała starcowi wzrostu i siły; gdy wyłonił się z łaźni, Odyseusz zdumiał się jego widokiem.

– Ojcze, myślę, że bóg cię nadobnym dla ludzkich oczu uczynił.

– Żałuję jedynie, że nie mam już młodzieńczej krzepkości i że nie stałem u twego boku, gdy zabijałeś zalotników.

Zasiedli do posiłku. Wówczas zjawił się z synami stary niewolnik Dolius z domostwa Penelopy. Kobieta z Sycylii ich przywołała. Dolius ze zdumieniem wielkim ujrzał Odyseusza i podbiegł doń z otwartymi ramionami.

Ujął jego dłonie i ucałował.

– Odyseuszu, mój panie, wróciłeś do nas. Bądź pozdrowiony i witaj.

Niechaj bogowie obdarzą cię szczęściem! Powiedz mi, czy Penelopa wie, że tu jesteś?

– Wie, starcze!

Synowie Doliusa skupili się wokół Odyseusza i w ten sam sposób go powitali.

Tymczasem Ossa, bogini wieści i posłanka Zeusa, przemknęła szybko przez miasto, powiadamiając o straszliwej śmierci zalotników. Ludzie bezzwłocznie poczęli się zbierać przed domem Odyseusza, zawodząc i szlochając. Wynieśli martwych na zewnątrz. Potem w wielkiej żałości skupili się na miejscu zgromadzeń. Podniósł się Eupejtes, gdyż opłakiwał stratę swego syna Antinoosa.

– Moi przyjaciele, zaprawdę popełniono czyn straszliwy – rzekł. – Odyseusz wziął na swe okręty naszych ludzi i potracił wszystkich, teraz zaś zabił innych. Byłoby hańbą nie pomścić śmierci naszych synów i braci!

Wówczas Medon, którego Odyseusz oszczędził, zwrócił się do zgromadzonych:

– Słuchacie mnie, mężowie Itaki! Odyseusz uczynił to za sprawą woli bogów. Sam widziałem, jak jeden z nich pojawił się przed nim i podczas zaciętej walki sił mu dodawał.

Ogarnął ich strach. Potem przemówił Haliterses, przyjaciel Odyseusza i wróżbita.

– Mnie teraz wysłuchajcie! Głusi byliście na upomnienia moje i Mentora i nie nakazaliście swym synom położyć kres temu szaleństwu. Popełnili czyn straszliwy, trwoniąc majątek Odyseusza i hańbiąc jego żonę. Niechaj więc pozostanie tak, jak jest. Nie szukajmy na nim pomsty, bo sprowadzimy na siebie jeszcze więcej klęsk.

Połowa z nich zerwała się z miejsc i zakrzyknęła głośno. Nie byli tej mowie przychylni. Połowa zaś na miejscach swych pozostała. Ci pierwsi ruszyli, by się zbroić. Zebrali się pod miastem, prowadzeni przez Eupejtesa, który miał nadzieję pomścić śmierć swego syna Antinoosa.

Atena przemówiła do Zeusa:

– Ojcze wszystkich, synu Kronosa, co teraz zamierzasz? Jesteś gotów znów wojnę i rzeź wywołać?

– Dlaczego mnie pytasz, moje dziecko? – odparł Zeus. – Czy to nie twój był zamysł? Teraz, gdy Odyseusz dokonał zemsty na zalotnikach, niechaj wszyscy za naszą sprawą przysięgną, że do końca swych dni pozostanie królem, my zaś ich nakłonimy, by miłość między nimi zapanowała. Ich udziałem staną się pokój i szczęśliwość!

Atena sfrunęła czym prędzej z Olimpu.

Tymczasem ci w chacie skończyli się już posilać.

– Niechaj ktoś wyjrzy na zewnątrz i sprawdzi, czy nadchodzą krewni zalotników – rzekł Odyseusz.

Jeden z synów Doliusa wyszedł z chaty i ujrzał tłum, który się zbliżał.

– Są niedaleko! – oznajmił. – Czas się przygotować!

Włożyli zbroje. Odyseusz miał czterech ludzi, synów Doliusa było sześciu, więc z Laertesem i Doliusem, choć już siwowłosymi, stanęło ich dwunastu. Atena pojawiła się w przebraniu Mentora, a Odyseusz nie krył na jej widok radości.

– Telemachu – zwrócił się do syna – możesz się teraz nauczyć, jak w ważnej bitwie walczyć. Nie przynieś wstydu domowi swego ojca. Okaż wielką siłę!

– Zobaczysz, jak czynię to, co należy, drogi ojcze! Dom twój hańbą się nie okryje!

Laertes nie krył zachwytu.

– Szczęśliwy jestem, że mój syn i syn mego syna spierają się o to, kto będzie dzielniejszym.

Atena natchnęła Laertesa wielką mocą. Pomodlił się do niej, uniósł włócznię, cisnął nią i trafił Eupejtesa, przebijając mu skroń, choć hełm ją chronił. Raniony padł z chrzęstem zbroi na ziemię.

Wówczas Odyseusz i jego syn z mieczami i włócznią runęli na pierwszy szereg wojowników. Zabiliby wszystkich, gdyby Atena nie zakrzyknęła donośnie:

– Wstrzymajcie się i do domów powróćcie bez krwi przelewu!

Blady strach padł na Achajów. Porzucili oręż i skierowali się ku miastu, chcąc za wszelką cenę ocalić życie. Odyseusz krzyk wydał straszliwy i spadł na nich jak orzeł. W tej chwili jednak Zeus piorunem ognistym uderzył w ziemię u stóp Ateny.

– Synu Laertesa, przebiegły Odyseuszu, widzisz znak, który mój ojciec ci zsyła – rzekła Atena. – Zaprzestań tej walki, aby Zeus gniewem wobec ciebie nie zapałał.

Odyseusz z radością usłuchał. I tak to Atena przyniosła pokój wyspie

Itaka, gdzie Odyseusz królem pozostał.

Dane oryginału

Homer’s Odyssey. An Illustrated Retelling

First published in 2026 by Riverside Press, an imprint of UniPress Books Ltd World’s End Studios

London SW 10 0RJ

United Kingdom

Copyright in the Work © 2026 by UniPress Books Ltd.

Copyright in the Text © 2026 by Barry B. Powell

Copyright in the Illustrations © 2026 by Joanna Lisowiec

Adaptacja okładki oryginalnej, stron tytułowych oraz łamanie

Karolina Korbut

Wydawca

Sylwia Ciuła

Redaktor prowadzący

Barbara Surówka

Produkcja

Anna Bączkowska

Redakcja

Rafał Sarna

Korekta

Magdalena Gembara

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w Internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo. Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Naukowe PWN S.A., Warszawa 2026

ISBN : 978­83­01­24947­2

Wydanie I Warszawa 2026

Wydawnictwo Naukowe PWN SA 02­460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2 tel. 22 69 54 321, faks 22 69 54 288 infolinia 801 33 33 88 e­mail: pwn@pwn.com.pl; reklama@pwn.pl www.pwn.pl

Druk i oprawa: Neografia

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook