Skip to main content

101316616

Page 1


Spis treści

Podziękowania

Wprowadzenie: problem z pierwszymi wrażeniami

Rozdział 1 . Wygrana bitwa, przegrana wojna

Rozdział 2 . Co wyfrunęło z kukułczego gniazda

Rozdział 3 . Darmozjady

Rozdział 4 . Piękni i przeklęci

Rozdział 5 . Starzenie się (i młodnienie)

Rozdział 6 . Altruizm i jego ciemna strona

Rozdział 7 . Sprawa Kramerów a Kramer

Rozdział 8 . Wymieranie

Rozdział 9 . Dostatecznie dobre

Rozdział 10 . Ostatnie słowa

Bibliografia

Skorowidz

1

25

45

Nic z tego nie zmienia jednak faktu, że nadmierna wirulencja stanowi dla patogenów problem. Żaden wirus, który niszczy swój dom zanim znajdzie nowy, nie przetrwa dostatecznie długo, aby rozprzestrzenić się w populacji żywiciela. Inną skrajnością byłby patogen ledwie naruszający atakowany organizm, co byłoby możliwe tylko poprzez zminimalizowanie tempa własnej reprodukcji, ponieważ do uszkodzeń prowadzi wykorzystywanie zasobów żywiciela właśnie do tego celu. Nieszkodliwy patogen byłby z konieczności słabo rozprzestrzeniony w zajętym ciele i miałby odpowiednio mniej okazji na przeniesienie się do innych osobników. Dla każdego układu żywiciel–patogen ewidentnie istnieje dogodny stan umiarkowania (dobry, rzecz jasna, dla tego drugiego), w którym dostosowanie patogenu osiąga stopień optymalny poprzez zrównoważenie potrzeby wykorzystania zasobów aktualnie zajmowanego organizmu i bezpiecznego przeniesienia swojego potomstwa dalej. Czy dany szczep osiągnie optymalną wirulencję, to inna sprawa, która w dużej mierze zależy od kontekstu. Zastanówmy się nad naszym hipotetycznym wirusem, który rozprzestrzenia się za pośrednictwem kichnięć. Optymalna zjadliwość jest zależna od zachowania gatunku żywiciela, a zwłaszcza od prawdopodobieństwa, że dany osobnik wejdzie w kontakt z innymi. Przykładowo wirus może pozwolić sobie na większą wirulencję w obszarze gęsto zaludnionym niż o słabym zaludnieniu, ponieważ w pierwszym miejscu kontakty między żywicielami będą częstsze, co oznacza, że żaden zainfekowany organizm nie musi żyć długo, aby zagwarantować przekazanie infekcji. Jeśli więc żadne inne czynniki nie ulegają zmianie, to zagęszczenie żywicieli determinuje częstość kontaktów między nimi, a to z kolei określa tempo transmisji patogenów, które wyznacza optymalną wirulencję.

Jednakże różne czynniki ulegają modyfikacjom. Ograniczenie wirulencji narzucone przez częstość kontaktów między żywicielami można obejść – na przykład za sprawą kooptacji wektora, szczególnie takiego, który ma skrzydła. Wektory zwiększają tempo transmisji przy dowolnym zagęszczeniu docelowych organizmów po prostu przez to, że nie musi dochodzić do fizycznych kontaktów między żywicielami. Wyrażając to językiem zasady „zdrowie albo dom”, wektory ułatwiają

przeprowadzkę do nowego mieszkania. Nie tylko łagodzi to problem (z perspektywy patogenu) z populacją żywicieli o niskim zagęszczeniu, ale też obniża znaczenie utrzymywania danego organizmu przy życiu. Ogólna reguła jest taka, że im gorzej czuje się zwierzę, tym mniej normalnie się zachowuje, a w przypadku gatunków społecznych52 może być to równoznaczne z mniejszą liczbą kontaktów z innymi żywicielami i większym ryzykiem braku transmisji. Wektor gryzie zarówno żywicieli chorych, jak i zdrowych, co rozluźnia ograniczenie związane z kondycją organizmu, aby mogło dojść do przeniesienia patogenu. Rezultatem jest większa optymalność wirulencji.

Ewolucja patogenów jest wprawdzie niekierowana, ale przebiega z taką szybkością i sprawnością, jakiej żywiciele rzadko są w stanie dorównać. Nie oznacza to braku prób ani że są one daremne. W tym przypadku na pewno możemy mówić o jakimś wariancie wyścigu zbrojeń. Niewiele wytworów ewolucji jest bardziej wyrafinowanych od układu odpornościowego kręgowców, ale w tym zakresie często dynamika jest w mniejszym stopniu zrównoważona niż pomiędzy drapieżnikami a ofiarami, a często bardziej nieobliczalna. Można potraktować to jako wojnę na wyniszczenie między dwiema armiami – jedną nowoczesną i zorganizowaną, a drugą prymitywną, chaotyczną i niekiedy skłonną do destrukcyjnych, lokalnych ataków samobójczych.

Interakcje między żywicielami a pasożytami – które ogólnie można scharakteryzować za pomocą zasady „zdrowie albo dom” – prowadzą do mniej przewidywalnej dynamiki niż relacje między drapieżnikami a ofiarami. Najważniejszą różnicą jest potencjał pasożytów (zwłaszcza szybko rozmnażających się endopasożytów) do czynienia ogromnych postępów w wyścigu zbrojeń, które nie leżą w najlepszym interesie ich

52 Patogeny przekazywane bezpośrednio, z oczywistych powodów, nie występują u żywicieli, którzy nie należą do gatunku społecznego.

Z perspektywy części osobników, tych mających pewien stopień odporności (albo szczęście i niezainfekowane pożywienie), kraina mlekiem i miodem płynąca jest dokładnie taka, jak ją zachwalano.

Krowy morskie Stellera, D. schrani oraz krogulce czarnołbiste z Tucson miały do czynienia ze scenariuszami, do których zostały niewłaściwie przygotowane przez własne historie ewolucyjne. Dla dwóch pierwszych okazało się to fatalne w skutkach, bo doprowadziło do wymarcia. Krogulcom udało się tego uniknąć, ale zagrożenie ze strony niedopasowania między oczekiwaniami a rzeczywistością wciąż jest realne i mogą one nie poradzić sobie tak dobrze w innym czasie i w innych miejscach. Kary za słabe przystosowanie są wyjątkowo okrutne. Wszystkie gatunki – nawet te, które na pierwszy rzut oka świetnie prosperują – mają jakieś niedoskonałości. Są tylko „dostatecznie dobre” i zawsze obciążone czymś z całej konstelacji ewolucyjnych osobliwości, niedopatrzeń i fuszerek. W następnym rozdziale przyjrzymy się kilku specjalnie dobranym pod tym kątem przykładom.

Rozdział 9

Dostatecznie dobre

Był taki czas, kiedy wszystko w świecie przyrody uznawano za doskonałe. Dla średniowiecznych teologów pomysłowość, z jaką zwierzęta są dostosowane do pełnienia swoich funkcji w życiu, tak bardzo rzucała się w oczy, że stanowiła podstawę kluczowego argumentu na rzecz istnienia Boga. Zobaczmy na przykład, z jakim podziwem Henry More (1614–1687) pisał o „pęcherzu powietrznym” w ciałach ryb:

Któż mógłby rzec, że powstał on przypadkowo, skoro przecież jest tak skonstruowany, aby ułatwiać rybom pływanie, a to samo dotyczy sposobu ukształtowania ich płetw, które składają się z licznych chrząstkowatych kości, długich i smukłych, niczym szpilki i igły, przy czym między nimi znajduje się coś w rodzaju błony, która je dopełnia oraz nadaje im cienki i płaski kształt, przez co przypominają wiosła. Nie wiadomo, jakiej jeszcze doskonałej pomysłowości i precyzji mogłoby tym strukturom brakować, ale ich działanie umożliwia rybom poruszanie się w górę i w dół w wodzie.

Ten pełen fascynacji fragment pochodzi z opublikowanej w 1653 roku książki More’a zatytułowanej Antidotum na ateizm (ang. An Antidote to Atheism), w której w kilku rozdziałach wielokrotnie dawał on

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook