Skip to main content

101295781

Page 1

P ASpis R Ttreści ONE

Baptism by Ice Mapy

IX–XI

Prolog

XIII

Wstęp

XVII

CZĘŚĆ I

Chrzest z lodu 1. Wioska zwana „piekłem”

3

2. Pierwsze poszukiwanie

13

3. Zimowe życie w Agzu

19

4. Spokojna przemoc tego miejsca 5. W dół rzeki

33

6. Cziepieliew

38

7. Nadchodzi woda

26

45

8. Po ostatnim lodzie do wybrzeża

53


9. Osiedle Samarga

61

10. Rejs statkiem „Władimir Gołuzjenko”

69

CZĘŚĆ II

Ketupy w górach Sichote-Aliń 11. Głos sprzed wieków 12. Gniazdo ketup

77 87

13. Tam, gdzie kończą się słupki kilometrowe 14. Banał podróżowania drogą 15. Powódź

97

108

125

CZĘŚĆ III

Znakowanie ketup 16. Przygotowanie do chwytania i znakowania 17. O krok od sukcesu 18. Pustelnik

139

148

153

19. W zaspach doliny Tunszy

160

20. Ketupa w naszych rękach

166

21. Cisza w eterze

174

22. Ketupa i gołąb

182

23. Trudna próba wiary

195

24. Rybne przeznaczenie

210

25. Katkow na plan

217

26. Sukces nad Sieriebrianką

224

27. Stoicyzm ketup wobec naszych wyczynów 28. Katkow na wygnaniu

238

29. Monotonia niepowodzeń

243

232


30. W ślad za rybami

251

31. Kalifornia Wschodu

259

32. Powiat tierniejski bez ochrony

269

33. Ochrona puchacza japońskiego

274

Epilog

284

Podziękowania Indeks

289

287


PCZĘŚĆ A R T O II NE

Ice KetupyBaptism w górach by Sichote-Aliń


11 Głos sprzed wieków

P

o kilku dniach w Tiernieju obaj z Tolią zaczęliśmy dochodzić do siebie po chaotycznej lodowo-śryżowej szarpaninie, jaką była penetracja doliny Samargi. Od czasu do czasu dzwonił do nas Siergiej, który jeszcze tam był i przekazywał nam aktualności, przekrzykując szum na linii telefonicznej. Statek towarowy, którym mieli z Szurikiem popłynąć na południe, opóźniał się z powodu wysokiej fali na morzu, musieli więc spędzić pięć dni w smaganej wichurą przybrzeżnej osadzie w oczekiwaniu poprawy warunków żeglugowych. Na dobitkę do jedynego domu gościnnego, w którym utknęli, przeniosła się grupa urzędników, przynosząc ze sobą spory zapas wódki. Siergiej bardzo cierpiał w tej przymusowej sytuacji. Zrelacjonował nam lodowo-wędkarską wyprawę w głąb delty do ujścia głównego koryta Samargi, podczas której siedział skacowany na skuterze, chroniąc się przed oślepiającym blaskiem mocno nasłonecznionego śniegu, a jego towarzysze, paląc papierosy, opróżniali kolejne butelki. Później telefon milczał przez kilka dni. I wreszcie zadzwonił do nas Surmach z Władywostoku z wiadomością, że Siergiej i Szurik wypłynęli statkiem transportowym, ale musieli zatrzymać się na dwie noce w porcie Swietłaja. Wody przybrzeżne były mocno wzburzone, wszyscy wymiotowali, a zabezpieczenia ładunku


78

SOWY Z DALEKIEGO WSCHODU

pękały i zaczął się on niebezpiecznie przemieszczać po pokładzie. Fale robiły ze statkiem co chciały. Siergiej i Szurik dotarli w końcu do Płastuna i obaj pojechali samochodami do domów, by po tym wszystkim odpocząć. My z Tolią poświęciliśmy nieoczekiwany wolny czas poszukiwaniom ketup w dolinie Sieriebrianki, niedaleko od Tiernieja. Wyprawa w dolinę Samargi nauczyła mnie, na czym trzeba się koncentrować, szukając tych ptaków – to typ lasu, srebrzyste migotanie szczątków połamanych piór, ślady na śniegu w pobliżu rzek i potoków oraz odgłosy wokalizacji o zmierzchu. Chciałem zacząć tworzyć listę indywidualnych stanowisk mogących się przydać w studium telemetrycznym. Miałaby ona decydujące znaczenie dla powodzenia trzeciej, najważniejszej fazy badań, obejmującej chwytanie ptaków, ich znakowanie i zbieranie danych o ich ruchach, zaplanowanej na następną zimę. Informacje uzyskane za pośrednictwem konkretnych, oznakowanych osobników, pozwoliłyby stworzyć plan ochrony całej regionalnej populacji. Miałem jednak wątpliwości co do liczby ketup żyjących w okolicach Tiernieja. Poświęciłem kilka lat obserwacjom ptaków w tym rejonie w ramach działalności Korpusu Pokoju69. Towarzyszyłem nawet miejscowemu ornitologowi podczas badań w przybrzeżnych lasach doliny Sieriebrianki. To właśnie takie lasy, z dużym udziałem drzew łęgowych, zwłaszcza topól i wiązów, były typowymi siedliskami ketup, w których znajdują się ich ostoje. Nigdy jednak nie widziałem i nie słyszałem ich w tym rejonie. Wnioskowałem z tego, że należałoby zainteresować się terenami położonymi dalej na północ, w odleglejszym i bardziej odludnym rejonie Amgu, dokąd chcieliśmy się udać wspólnie z Siergiejem za kilka tygodni. Penetracja okolic Tiernieja miała jednak sens – choćby treningowy – tym bardziej że nie mieliśmy tu żadnego lepszego zajęcia. Poszukiwania ketup prowadziłem głównie z Tolią. Czasami dołączał do nas John Goodrich, ówczesny koordynator terenowy Towarzystwa Ochrony Przyrody działającego w ramach Projektu Ochrony Tygrysa Amurskiego i mającego w Tiernieju

W wyprawach tych towarzyszył mi Siergiej Jełsukow, pracownik naukowy Sichotealińskiego Rezerwatu Biosfery od początku jego powstania do roku 2005 (przez większą część tego okresu etatowy ornitolog). 69


Głos sprzed wieków

79

swoją siedzibę70. John mieszkał w Rosji od ponad dziesięciu lat, a znałem go osobiście od sześciu. Wysoki, przystojny blondyn o urodzie aktora filmu akcji. Nawiasem mówiąc, przez pewien czas nowojorskie zoo w Bronksie, gdzie mieści się kwatera główna Towarzystwa, sprzedawało animowaną lalkę, do której John miał podobno być modelem. Gadżet ten wyposażony był w imitacje lornetki, plecaka, rakiet śnieżnych i małego plastikowego tygryska jako obiektu poszukiwań. John czuł się świetnie w bardziej wiejskim niż miejskim środowisku Tiernieja, i nawet w pewnym stopniu się zrusyfikował, co było naturalne po tak długim zamieszkiwaniu w tym kraju. W zimie nosił tradycyjną futrzaną czapkę, był zawsze gładko ogolony i niecierpliwie oczekiwał sezonowych okresów grzybobrania oraz zbierania jagód w lesie. Jednakże w Rosji nie było takich ilości wódki, które wypłukałyby z jego podświadomości wzorce amerykańskiej rolniczej prowincji. John spopularyzował w Tiernieju wędkarstwo muchowe, a w lecie jeździł pikapem po okolicy w zaokrąglonych ciemnych okularach i koszulkach bez rękawów, teleportując typowy wizerunek farmera z bocznych dróg amerykańskiego Zachodu. John był wnikliwym badaczem dzikiej przyrody, i chociaż głównym jego naukowym zainteresowaniem były tygrysy, włączał się chętnie, w miarę wolnego czasu, w poszukiwania ketup. Pewnego wieczoru w połowie kwietnia, nie mając do dyspozycji żadnych nagrań z doliny Samargi, dla wzbogacenia jego wiedzy podjąłem próbę naśladowania wokalizacji tych ptaków, której nauczyłem się od Siergieja, uwzględniając czteroczęściowy duet oraz dwuczęściowy głos pojedynczych osobników. Żadna ketupa pewnie nie nabrałaby się na moje pohukiwanie, chodziło jednak o przyswojenie sobie charakterystycznej sekwencyjności dźwięków oraz ich niskich częstotliwości, nic innego w lesie nie wydawało bowiem takich odgłosów. Popularny w tych rejonach puszczyk uralski odzywał się głosem wyższym, złożonym z trzech dźwięków; także inne sowy, które można było tam usłyszeć – puchacz, syczek jasnolicy, syczek indyjski, sowica brunatna,

W roku 2019 John był dyrektorem naukowym Panthery – międzynarodowej pozarządowej organizacji naukowej zajmującej się badaniem i ochroną podrodziny kotów (Felinae). 70


80

SOWY Z DALEKIEGO WSCHODU

włochatka zwyczajna oraz sóweczka dwuplamista – wydawały głosy wyższe i łatwo rozpoznawalne. Głosu ketupy nie sposób było z czymkolwiek pomylić. Kiedy John przyswoił sobie i dobrze zapamiętał to, czego mamy nadsłuchiwać, wyruszyliśmy razem w las. Wywiózł nas z Tolią 10 km na zachód od Tiernieja do rejonu ujścia rzeki Tunszy do Sieriebrianki. W tym miejscu droga rozwidla się na dwa trakty prowadzące wzdłuż obu dolin. Siedlisko sprawiało wrażenie idealnego dla ketup, z mnóstwem płytkich odgałęzień i wielkimi drzewami. Zważywszy łatwość dostępu, uznaliśmy, że będzie to znakomity punkt wyjścia do badania tych ptaków, o ile będziemy mieli szczęście je znaleźć. Przed nami podejmowano niewiele takich prób. W odróżnieniu od Samargi, gdzie musieliśmy przemieszczać się skuterami śnieżnymi lub pieszo po zamarzniętych rzekach, tutaj istniały drogi szutrowe i/lub gruntowe równoległe do koryt rzecznych. Wystarczyło zatrzymywać się w odpowiednich miejscach i zamieniać w słuch. Nie musieliśmy zbliżać się do rzeki; lepiej było nawet tego unikać, bo szum płynącej wody utrudniał nasłuchiwanie. John zostawił Tolię i mnie za mostkiem na Sieriebriance i sam udał się w górę Tunszy, by penetrować odcinek około pięciu kilometrów. Umówiliśmy się w tym samym miejscu trzy kwadranse po zapadnięciu zmroku. Ubrany byłem w kamuflażową kurtkę i spodnie, bardziej dla upodobnienia do miejscowych myśliwych niż do tła przyrody. Ja poszedłem drogą w jednym kierunku, a Tolia w innym. Sprawdziłem, czy mam w kieszeni ręczną flarę. Była wiosna i można było spotkać niedźwiedzia, takie zabezpieczenie było więc konieczne. Jako obcokrajowiec nie miałem prawa do noszenia broni palnej, a gaz pieprzowy odstraszający niedźwiedzie był praktycznie nie do zdobycia. Race, projektowane dla rosyjskich marynarzy znajdujących się w niebezpieczeństwie, dostępne we Władywostoku i uruchamiane przez pociągnięcie za sznurek, wytwarzały, obok huku, strumień płynnego ognia długości jednego metra oraz słup dymu wydzielający się przez kilka minut. W większości przypadków urządzenie to, poprzez szok świetlny i akustyczny, skutecznie odstraszało niedźwiedzie i tygrysy niebezpiecznie zainteresowane napotkanym w lesie człowiekiem. Jeśli jednak strach nie wystarczył, można było użyć tego również w charakterze broni. John Goodrich był raz zmuszony do takiej akcji: leżąc na plecach, powalony przez tygrysa gryzącego


Głos sprzed wieków

81

już jedną jego dłoń, użył drugiej do odpalenia tego ognistego noża, kierując go w bok zwierzęcia. Drapieżnik uciekł, a John przeżył. Po przejściu około pięciuset metrów usłyszałem duet. Głosy dochodziły z górnego biegu rzeki, z kierunku, w którym zmierzałem. Był to najwyraźniejszy duet, jaki kiedykolwiek do tej pory miałem okazję usłyszeć. Nigdy jeszcze nie byłem tak blisko wokalizujących ketup. Znieruchomiałem z wrażenia. W lesie słyszy się dźwięki natychmiast przykuwające uwagę, takie jak odgłosy związane z obecnością zwierzyny płowej, strzały myśliwych czy głosy ptaków śpiewających. Duet ketup jest czymś zupełnie innym. Jest to głos chrapliwy, niski i specyficznie zintegrowany, wywołujący w lesie pulsujące echo, kryjące się za zasłoną skrzypienia drzew i wtapiające w szum płynącej rzeki. Był to jakby głos sprzed wieków, związany z tym środowiskiem od zarania dziejów. Niezawodnym sposobem dokładnej lokalizacji odległych dźwięków jest triangulacja, prosty proces wymagający niewielu bitów informacji i odpowiedniej ilości czasu do jej zarejestrowania71. W moim przypadku potrzebowałem nadajnika GPS do ustalenia współrzędnych punktu, w którym stałem, słysząc głosy ptaków, kompasu do określenia kierunku, z którego dochodziły (zwanego „namiarem”) oraz czasu niezbędnego do zebrania wielu namiarów, zanim ketupy przestaną się odzywać lub zmienią swoje położenie. Później nanosi się na mapę punkty odsłuchu z danych GPS i wykreśla linie proste zgodne z azymutami namiarów odczytanymi z kompasu. Przecięcie tych prostych wyznacza miejsce, z którego ptaki się odzywały. Z zasady staramy się zebrać co najmniej trzy różne namiary, ponieważ kierunki, z których głosy dochodzą oceniamy słuchem. Akustyka lasu jest bardzo złożona, więc oceny te są zawsze obarczone błędami. Im więcej namiarów, tym lepiej, zakładając, że ptaki odzywają się z tego samego miejsca. Przecięcia trzech prostych na mapie tworzą trójkąt, w którym znajduje się poszukiwany obiekt (stąd nazwa „triangulacja”). Musiałem działać szybko: ketupy w okresie lęgowym zaczynają swoje duety przy gnieździe, a potem ruszają na połów. Gdybym zdążył zebrać trzy namiary, miałbym duże szanse odnalezienia drzewa gniazdowego. Odczytałem szybko pierwszy azymut,

G. White, R. Garrott, Analysis of Wildlife Radio-Tracking Data, Academic Press, Cambridge, Mass., 1990. 71


82

SOWY Z DALEKIEGO WSCHODU

zarejestrowałem położenie w systemie GPS i pobiegłem dalej drogą. Kilkaset metrów dalej usłyszałem kolejny duet. Zapisałem nowe położenie i nowy namiar, po czym ruszyłem dalej biegiem. Zatrzymałem się w trzecim miejscu, ale ptaki się nie odezwały. Poczekałem dłużej, wytężając słuch, lecz w lesie panowała cisza. Uświadomiłem sobie wtedy, jak długo mieszkałem w Tiernieju w niewielkiej odległości od gniazda ketup, nie wiedząc nic o ich bliskiej obecności. Trzeba było być w lesie w odpowiednich warunkach i we właściwym czasie. Zważywszy, jak łatwo ich głosy giną w tle innych dźwięków, wystarczył silniejszy wiatr lub głos ludzki w pobliżu, by je kompletnie zagłuszyć. Byłem bardzo zadowolony ze swoich dwóch namiarów. Mogły wystarczyć do znalezienia drzewa gniazdowego, jeśli ich azymuty były wystarczająco dokładne. Zatrzymałem się w oczekiwaniu na kolejną wokalizację, ale jej nie było. Ruszyłem więc w drogę powrotną. Szedłem w ciemności po chrupiącej szutrowej nawierzchni upojony sukcesem. Tolia i John też wrócili uśmiechnięci; obaj słyszeli głosy ketup. Sądząc z opisów, Tolia na pewno słyszał te same ptaki co ja, rezydujące w dolinie Sieriebrianki, natomiast John odkrył inną parę popisującą się w duecie w dolince dopływu tej rzeki płynącego z przeciwnego kierunku. Moja lista ptaków kwalifikujących się do dalszych badań zawierała już cztery osobniki. Fakt, że wszyscy słyszeliśmy pary, a nie pojedyncze sztuki, był bardzo zachęcający. Pojedyncza ketupa może się gdzieś blisko odezwać, a jutro być już całkiem gdzie indziej, pary natomiast są osiadłe i terytorialne. Można się spodziewać, że ptaki, które słyszeliśmy, zostaną w następnym roku schwytane i oznakowane. Tej nocy naniosłem swoje namiary na mapę, utrwalając współrzędne punktów obserwacji i azymutów odsłuchowych w systemie GPS. Następnego ranka pojechaliśmy ponownie wyboistą szutrówką i leśnymi drogami gruntowymi w dolinę Sieriebrianki, gdzie przyjęliśmy jako kierunek wskazywany przez szarą strzałkę GPS-u lokalny azymut punktu przecięcia moich namiarów. Zagrodził nam drogę dość szybko płynący potok, którego nie napotkaliśmy poprzedniego wieczoru. Ketupy musiały być po drugiej jego stronie, włożyliśmy więc wodery i, idąc nadal za wskazaniami GPS-u, zbliżyliśmy się do głównego koryta Sieriebrianki na odległość około trzydziestu metrów. W wyższym i niższym biegu rzeki było za głęboko, ale koło nas nie; głębokość wahała się tu w przedziale od kolan do bioder. Woda była czysta, a dno twarde, złożone


Głos sprzed wieków

83

z kamieni wielkości pięści rozrzuconych na podłożu z małych kamyków. W Primorju rzeki o głębokości do kolan często wydają się niewtajemniczonym łatwymi do przejścia w bród, lecz nurt Sieriebrianki – podobnie jak Samargi i innych rzek przybrzeżnych – może miejscami być niezwykle rwący. Jego siła i prędkość znosiły nas podczas próby przejścia. Nie wolno się wtedy zatrzymywać, bo luźne, ruchome kamieniste dno usuwa się spod nóg. Po wyjściu na drugi brzeg znaleźliśmy się wśród małych wysepek oddzielonych płytszymi kanałami, porośniętych pierwotnym lasem sosnowym, topolowym i wiązowym, a w obszarach najczęściej zalewanych pokrytych zaroślami wierzbowymi. GPS prowadził nas do największej z tych wysp, otoczonej leniwie płynącą wodą, bardziej przypominającą bagno niż rozlewisko rzeczne. Na wyniosłościach dominowały kolosalne topole wyrastające spośród plątaniny krzewów porastających próchniejące szczątki ich starszych, powalonych przez wiatry sióstr. Badałem to środowisko lornetką, szukając dziupli; liczba potencjalnych miejsc gniazdowania była wprost oszałamiająca. Pośród tych wysokich i smukłych drzew stała majestatyczna stara sosna, jak piękność otoczona tłumem odrzuconych adoratorów. Była potężna i zdrowa, z grubym pniem o czerwonawej korze, który znikał wysoko pod parasolem zielonej, rozgałęzionej korony. Przy jednym z potężnych konarów zauważyłem pióro ketupy dygoczące pod wpływem lekkich podmuchów prawie niewyczuwalnego wiatru. Ruchem ręki zwróciłem uwagę Tolii i razem zbliżaliśmy się do drzewa jak w transie. Mimo iż gęsta korona powinna osłaniać podstawę pnia przed żywiołami, było tam coś prawie niezauważalnego w topniejącej pokrywie śnieżnej: duży stos ketupich odchodów wymieszanych z kośćmi ofiar. Znaleźliśmy więc drzewo z grzędą ketup – gałęzią, na której od dawna wielokrotnie siadywały, konsumując i trawiąc swój pokarm. Ketupy lubiły używać do tego drzew iglastych zapewniających przez cały rok cień w ciągu dnia, kiedy śpią, a także ochronę od wiatru, śniegu i włóczących się po lesie wron, które wszystkim się interesują. Natychmiast zauważyłem, że ketupie odchody nie przypominają kiełbaskowatych wydalin innych sów żywiących się ssakami, zawierających niestrawione kości oblepione ciasno sierścią. W odchodach ketup niestrawione kości nie są niczym oblepione, mają więc zupełnie inną, półpłynną strukturę.


84

SOWY Z DALEKIEGO WSCHODU

Podekscytowani znaleziskiem, przybiliśmy z Tolią „piątkę” na sposób rosyjski, będący formą uścisku dłoni. Ketupy nie są tak konsekwentne, jak inne sowy w umiejscowieniu grzędowania, dlatego znalezienie miejsca tak długo używanego było wielką rzadkością. Ponadto zdecydowanie wskazywało na bliskość drzewa gniazdowego. Gdy samica siedzi na jajach, samiec pilnuje gniazda, jest więc najczęściej blisko niego. W związku z tym resztę przedpołudnia spędziliśmy, wypatrując różnych przepaścistych szczelin i dziupli na wysokości 10–15 metrów, szukając – niestety bez powodzenia – drzewa mogącego kryć gniazdo. Znaleźliśmy niewątpliwie dobrze zamaskowaną siedzibę ketup, ukrytą przed wścibskimi oczami intruzów wśród wysepek oddzielonych bagnistymi fragmentami rzecznego rozlewiska. W ciągu kilku kolejnych dni kontynuowaliśmy poszukiwania ketup w dolinach Sieriebrianki i Tunszy. Słyszeliśmy parę znalezioną przez Johna, nie znaleźliśmy jednak żadnych jej fizycznych śladów. Te osiadłe ptaki były tu przez całą zimę, lecz teraz, gdy śnieg się topił, a na drzewach pojawiały się pąki liściowe, zarówno ich zgubione pióra, jak i ślady były coraz trudniejsze do znalezienia. Po kilku dniach Tolia udał się do doliny rzeki Awwiakumowki, odległej o około 200 km na południe, gdzie Surmach znalazł funkcjonujące gniazdo ze skorupką jajka świeżo po wykluciu. Chciał, żeby Tolia je monitorował, rejestrując ilości i rodzaje pokarmu przynoszonego pisklęciu przez rodziców oraz szybkość opierzania się malucha. Wspólnie z Johnem do końca tygodnia szukaliśmy ketup słuchowo, znajdując kilka nowych potencjalnych terytoriów, w tym jedno w dolinie Szeptunu – rzeki, przy której Surmach z Siergiejem znaleźli gniazdo kilka lat wcześniej. John i ja napotkaliśmy bardzo grubą topolę, ale niestety powaloną przez burzę i niemal całkowicie ukrytą wśród krzewów, które rozrosły się po jej upadku. W jej otoczeniu żadnych głosów ketup nie słyszeliśmy. Od powrotu z Samargi mieszkałem w Tiernieju u Johna, w jego wygodnym domu pomalowanym na niebiesko i żółto, usytuowanym poza miastem na stoku wzgórza i ozdobionym skromnym ogródkiem. Spałem tam w zatęchłej starej letniówce, w której mieściły się piec, niska półka na książki oraz niezbyt równa po rozłożeniu wersalka. Budyneczek ten miał wspólną ścianę z banią. Na froncie domu była duża weranda, zbudowana wokół starej jabłoni, skąd widać było parterową zabudowę Tiernieja, a w dalszej


Głos sprzed wieków

85

perspektywie Morze Japońskie. W ciepłe letnie wieczory miejsce to było dla mnie drugim domem od wielu lat: piliśmy tam piwo, jedliśmy wędzone nerki72 i cieszyliśmy oczy widokiem, który nigdy nam się nie nudził. Tej wiosny siedzieliśmy tam pewnego równie przyjemnego wieczoru, niedługo po wyjeździe Tolii, tym razem racząc się mięczakami wyrzuconymi na brzeg przez ten sam sztorm, który uwięził Siergieja i Szurika w portowym osiedlu Swietłaja. W pewnym momencie John zapytał spokojnym głosem, spoglądając na mnie z zaciekawieniem znad półlitrowej butelki piwa: – Czy wiesz, dlaczego Tolia unika alkoholu? Odpowiedziałem, że nie wiem. John pokiwał głową i mówił dalej. – Powiedział mi, że kiedyś przed laty odwiedzał jakąś rodzinę w Ałtaju i podczas pikniku wypił za dużo wina. Leżąc na trawie i patrząc na błękitne niebo, nagle w głębi swojej świadomości zapragnął deszczu. Ku swemu zdziwieniu poczuł na ciele pierwsze spadające krople. Zdał sobie wtedy sprawę, że posiada psychiczną zdolność wpływania na stan pogody, i wówczas postanowił nie pić, gdyż poczuł potrzebę panowania nad nią z poczucia odpowiedzialności. Spojrzałem na Johna, nie wiedząc, jak na to odpowiedzieć. – Kiedy myślisz, że ktoś ma dobrze w głowie – powiedział John, powoli sącząc piwo – on ci nagle opowiada coś takiego. W roku 2006 wiosna była późna i większość rzek, w których powinniśmy poruszać się bez trudu w woderach biodrowych lub piersiowych, była wciąż pełna śryżu, topiącego się śniegu i brunatnych osadów. W tych warunkach przemieszczanie się w dolinach rzek i przechodzenie przez ich odnogi było niebezpieczne. Po dyskusjach z Siergiejem zapadła decyzja udania się na południe i spotkania z Tolią nad Awwakumowką, dopóki rzeki nie uwolnią się od resztek lodu i śniegu. Następnie planowaliśmy skierować się na północ w stronę Amgu. Ja miałem spędzić trochę czasu z Tolią, obserwując zachowania ketup przy gnieździe oraz pomagać Siergiejowi w poszukiwaniach w dorzeczu Awwakumowki innych terytoriów, które moglibyśmy uwzględnić

Nerka (Oncorhynchus nerka): dwuśrodowiskowy gatunek łososia pacyficznego (przyp. tłum.). 72


86

SOWY Z DALEKIEGO WSCHODU

w późniejszych badaniach telemetrycznych. Pod koniec kwietnia pojechałem autobusem z Tiernieja na południe do Dalniegorska, do domu Siergieja. Podróż ta trwała cztery godziny. Stamtąd mieliśmy dojechać pikapem Siergieja do przybrzeżnego rejonu ujścia Awwakumowki.


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook