Stopień skomplikowania współczesnego świata jest niebywały. Tak ogromnego zróżnicowania gospodarek jak obecnie nie było nigdy.
Daleko jest do klarowności w polityce, która sprzęga się zwrotnie ze stosunkami ekonomicznymi, raz to z nich wynikając, innym razem na nie wpływając. Gromadzą się społeczne sprzeczności związane z różnicami kulturowymi. Naturalne środowisko przyrodnicze jest nadwerężone jak nigdy dotąd. To wielce utrudnia profesjonalne obserwacje i analizy. Paradoksalnie, mimo coraz większej wiedzy odnośnie do istoty zachodzących zjawisk i toczących się procesów, nauki społeczne gmatwają się w poszukiwaniu trafnych odpowiedzi i dokonywaniu uogólnień teoretycznych, które mogłyby okazać się przydatne praktycznie. Dla tych nauk to okres niezwykle trudny. To zarazem czas fascynujący; jest co badać, jest nad czym się zastanawiać. Zasoby naszej wiedzy na temat tego, co się dzieje –w gospodarkach i społeczeństwach, w polityce i kulturze, w państwach i na całym świecie, tu blisko i tam daleko – są przeogromne,
ale przecież wątpliwości mamy coraz więcej, nie mniej. Mimo że znamy masę odpowiedzi na nurtujące nas pytania, przestrzeń między ich skarbnicą a zasobem wątpliwości się poszerza. Chociaż wiemy (a przynajmniej tak nam się wydaje), jak jest i dlaczego jest akurat tak, a nie inaczej, to coraz więcej nie wiemy. W teorii niemalże każda udzielona odpowiedź natychmiast przynosi nowe pytania. W praktyce każda decyzja ma swoje konsekwencje, jakże często niezgodne z intencjami decydentów, bo brakuje im raz to wiedzy, kiedy indziej wyobraźni.
Bywa, ostatnio jakby coraz częściej, że nie starcza dostatecznej dozy społecznej odpowiedzialności. Podczas gdy ze względu na potęgę ludzkiego intelektu powinniśmy – jednostki, grupy, społeczeństwa, ludzkość – zachowywać się racjonalnie, nader często postępujemy nierozsądnie. Ortodoksja niejednokrotnie bierze górę nad zdrowym rozsądkiem, nawet jeśli nauki społeczne znają właściwe odpowiedzi w kwestii fundamentalnych wyzwań współczesnej epoki, a wnioski płynące z tej wiedzy sugerują decydentom, co i jak czynić, to polityka z nich nie korzysta. Bo nie potrafi, bo nie chce. Bo w gąszczu tam rządzących zasad jej się to nie kalkuluje.
Nie ma dnia, aby nie natykać się na zdumiewające poglądy i opinie luminarzy publicznej narracji zaprzeczające zdrowemu rozsądkowi. Zastanawiać musi, jak to możliwe, że takie poglądy mogą brać górę. Zwariować może człowiek, ale nie świat, tymczasem świat popada coraz bardziej w otchłań nieracjonalności. Trzy lata wcześniej zatytułowałem książkę Świat w matni [65], a teraz widzę, że zamiast szukać z niej wyjścia, zagłębiamy się w niej coraz bardziej.
Ale matnia to nie pułapka bez wyjścia. Są sposoby wyrwania się z niej. Trzeba tylko je znać. Problem w tym, że nawet jeśli się je zna, to dominują stadne reakcje ludzi wodzonych za nos przez demagogów, których w polityce nie brakuje. W ciężkich czasach –a te, których dożyliśmy, właśnie takie są – w obliczu piętrzących się wyzwań pojawiają się szarlatani, którzy swoimi bzdurami omamiają masy. Ulegają temu nawet osoby wydawałoby się rozumne, no bo jak tu iść pod prąd?
Kiedyś, zajmując się aktywną polityką na najwyższych szczeblach państwowych, skonstatowałem, że nie wystarczy mieć racji, trzeba jeszcze mieć większość: w rządzie, w parlamencie, wśród opinii publicznej. Współcześnie tej racji warto nieustannie dochodzić, bo troski o racjonalność w życiu społecznym nigdy nie jest za dużo. Gdy już wydaje się, że wiemy, jak jest naprawdę, trzeba jak najszerzej dzielić się tymi racjami, aby nie pozostawać w mniejszości. Aby chronić ludzi przed fałszem tych, którzy sądzą, że mają rację, podczas gdy błądzą. Często dlatego, że kierują się źle pojętą poprawnością polityczną, podczas gdy najważniejsza jest poprawność merytoryczna. Koniecznie trzeba o nią zadbać, póki nie jest za późno.
Istotne jest nie tylko to, aby mieć rację. W toczonym sporze, w przedstawianej argumentacji, w prezentowanych wnioskach, w odniesieniu do skuteczności proponowanych działań. Ważne jest, aby tę rację mieć we właściwym miejscu i w odpowiednim czasie. To spostrzeżenie ma zastosowanie do rozmyślań zarówno ekonomicznych, jak i politycznych. Innymi słowy, dobrze jest mieć rację, ale najlepiej ani za późno (to te przypadki mądrego po szkodzie),
ani za wcześnie. Właśnie tak; można mieć rację przedwcześnie, a dokładniej wcześniej, niż ją podzielają i doceniają inni. Stąd też sporo z dalej prezentowanych myśli – a niektóre z nich nie mogą nie być kontrowersyjne – nie będzie od razu podzielanych, ale z czasem zostaną zaakceptowane. To problem długodystansowca, którym trzeba być nie tylko po to, aby przebiec niejeden maraton, lecz także po to, aby z czasem innych przekonać do swoich racji.
Aby sformułować takie analizy, oceny, komentarze i wnioski, jak te dalej przedstawiane, nie wystarczy wnikliwa obserwacja faktów – zarówno jednostkowych zdarzeń, jak i ciągnących się w czasie procesów. Mnóstwo tego, więc materii do analiz nie brakuje. Jeśli skupiają się one na tym, co ważne, i jeśli za nimi idzie właściwa merytoryczna interpretacja, to wiemy i rozumiemy trochę więcej. Jednakże to za mało. Nie doszedłbym do takiego omówienia zagadnień i wynikających z ich zgłębiania konkluzji, gdyby nie permanentne profesjonalne zaangażowanie w studia z zakresu ekonomii, polityki gospodarczej, ekonomii politycznej oraz globalistyki i stosunków międzynarodowych. Warto też zaglądać do nowinek w sferach filozofii, antropologii, kulturoznawstwa, psychologii społecznej, socjologii, politologii i ekologii. A to dlatego, że najciekawsze rzeczy dzieją się na stykach człowieka i społeczeństwa z gospodarką, technologią, kulturą, polityką i środowiskiem naturalnym, a do każdej z tych sfer przykładane jest szkiełko uczonego innej proweniencji. Trzeba wymieniać te szkiełka, aby zrozumieć, co się dzieje na tych stykach i próbować sprawy interpretować interdyscyplinarnie.
7 Chinizm, MAGA i ruski mir
Sprzymierzeńcom zdrowego rozsądku powinno zależeć na równowadze głównych potęg uwikłanych w geopolityczne przetasowania, ale trzeba się wystrzegać zbyt głębokich zwrotów, które mogą spowodować zamianę jednego stanu nierównowagi sił na drugi.
O ile w pewnym zakresie wzmacnianie relatywnej pozycji Chin kosztem względnego słabnięcia USA może okazać się korzystne dla globalnej równowagi geopolitycznej i sprzyjać sensownemu rozwojowi światowej gospodarki, o tyle zbyt dalekie przesunięcie we wzajemnym układzie Chimeryki bynajmniej nie jest pożądane. Silne Chiny nie powinny być naszym zmartwieniem, ale zbyt silne już tak [53].
Spór o istotę chińskiego ustroju nie jest nowy, przynajmniej poza granicami Chin, tam bowiem konsekwentnie od trzech już pokoleń twierdzi się, że mamy do czynienia z socjalizmem, co najwyżej uzupełniając to określenie o charakterystyki zmieniające się wraz z upływem czasu. Gdy byłem w Państwie Środka po raz pierwszy
w 1989 roku, nie miałem wątpliwości, że to kraj socjalistyczny, choć inny był tamten socjalizm od znanego nam z Europy Środkowo-Wschodniej. Gdy odwiedzam Chiny współcześnie, miewam wątpliwości, czy to jeszcze socjalizm, a zarazem nie mam pewności, czy to już kapitalizm. Zatem z czym mamy do czynienia? To po prostu okres przejściowy od jednej formacji do drugiej czy coś ustrojowo odmiennego, godne własnego miana?
Zwolennicy przypisywania Chinom ustroju kapitalistycznego uważają, że decydującym kryterium są stosunki własności . Na początku tego wieku sektor prywatny wytwarzał tam około 52 proc. dochodu narodowego. Obecnie według oficjalnych pekińskich źródeł prywatny biznes tworzy ponad 60 proc. PKB i daje ponad 80 proc. zatrudnienia. Materia jest jednak bardziej skomplikowana, gdyż w wielu przypadkach trudno orzec, czy mamy do czynienia z własnością prywatną, czy z państwową, ponieważ są różne formy pośrednie i mieszane. Ważne jest przy tym nie tylko tradycyjne ujęcie form własności, lecz również zmiany w sferze zarządzania i nadzorze właścicielskim państwa [6].
Liczą się także stosunki pozaekonomiczne. Podczas gdy jedni koncentrują się na systemie autorytarnym, inni wywodzą, że jest to funkcjonalna merytokracja. Podczas gdy jedni zachłystują się zaawansowaniem firm wysokich technologii i ich międzynarodową konkurencyjnością, inni pokazują przypadki nieprzestrzegania zasad ochrony własności intelektualnej. Podczas gdy jedni obawiają się, że wielki program Nowego Jedwabnego Szlaku, BRI, to przejaw chińskiego imperializmu, inni akcentują pomoc okazy-
Plątanina sprzeczności i konfliktów
Niestety, wciąż daleko do tego, aby nowy pragmatyzm zakorzenił się głębiej w otaczającej nas rzeczywistości gospodarczej, społecznej i politycznej. Profesor Andrzej K. Koźmiński pisał na samym początku
Trumpa 1.0, w lutym 2017 roku: „W ostatnich latach prof. Grzegorz W. Kołodko proponuje w swoich licznych publikacjach naukowych i popularnych nowe podejście do nauki ekonomii i polityki gospodarczej określane mianem nowego pragmatyzmu. Na płaszczyźnie intelektualnej trudno mu wiele zarzucić, jednak w zetknięciu z coraz bardziej powszechną i zyskującą poparcie ideologią nowego nacjonalizmu profesor Kołodko – na razie – przegrywa” [73]. Przykre to, ale co do tego przegrywania profesor Koźmiński miał rację, a obecnie niestety tej racji ma jeszcze więcej. Pocieszać się można tylko tym „na razie”.
Powrót Donalda Trumpa do władzy w Stanach Zjednoczonych jeszcze bardziej nas od tego oddala. Jego ekonomiczne dyletanctwo
i mania wielkości sprzęgające się z niewygasającymi hegemonistycznymi zapędami wciąż jeszcze najpotężniejszego gospodarczo i militarnie państwa to poważne ryzyko dla stabilnego funkcjonowania świata. Według rynkowego kursu dolara amerykański PKB wciąż jest większy niż chiński i stanowił w 2024 roku 23,5 proc. światowego dochodu, podczas gdy chiński 18,7 proc. Różnica ta jednak szybko topnieje; odpowiednie wskaźniki wynosiły 28,3 proc. i 5,7 proc. w 2000 roku oraz 24,0 proc. i 15,2 proc. w roku 2016, kiedy to Trump wygrał poprzednie wybory. Relacja ta zatem spadła z około 5:1 ćwierć wieku temu do zaledwie 5:4 obecnie.
Jednak mimo okrzyków America First! już od jakiegoś czasu nie jest ona pierwsza odnośnie do PKB liczonego według parytetu siły nabywczej (PSN), który to miernik informuje nas, jaka jest faktyczna wartość dochodu narodowego z uwzględnieniem poziomu cen, czyli mówiąc najprościej, ile za tenże dochód można kupić. Pierwsze są Chiny, co oczywiście nie jest żadnym powodem do naszej radości, ale na pewno mogą się tym cieszyć ich mieszkańcy. O ile tak liczone udziały w światowej produkcji wynosiły w przypadku USA i Chin w latach 2000 i 2016 odpowiednio 19,8 proc. i 6,4 proc. oraz 15,5 proc. i 15.8 proc., to obecnie jest to już 19 proc. w przypadku
Chin i tylko 14,9 proc. w przypadku USA. Cóż, można wołać First! także wtedy, gdy już przy okazji poprzednich zwycięskich wyborów było się Second.
Nie ulega wątpliwości, że gospodarczo Amerykanie na ekscesach trumponomiki stracą. Ale to nie będzie totalna katastrofa gospodarcza całego świata, bo jeśli USA rozpętają wielką wojnę celną,
18
Rosyjsko-ukraiński klincz
To wszystko w niczym nie zmienia faktu, że nikczemna napaść na Ukrainę jest niewybaczalna i godna potępienia. Nie była ona wszakże – choć jest to już mniej oczywiste – nieuchronna. Ale nie brakuje sądów, że Rosja ze swej natury była i jest imperialistyczna i nic jej nie powstrzyma przed ekspansjonizmem, łącznie z wojennymi eskapadami. Jednakże nie ja jeden zakładałem, że do zaatakowania Ukrainy nie dojdzie [70]. Rozgrzeszenia dla agresora nie ma, ale nie można było pochwalać nacjonalistycznych zachowań Kijowa szykanujących język rosyjski. To oczywiste, że na Ukrainie podstawowym językiem jest ukraiński, ale powinien obok niego swobodnie funkcjonować w administracji, nauce, kulturze i mediach język rosyjski, skoro około 17 proc. mieszkańców uważało się za Rosjan10,
10 Wyraźnie antyrosyjski charakter miała decyzja Sądu Konstytucyjnego Ukrainy z 2018 roku orzekająca jako niekonstytucyjną ustawę z 2012 roku, która pozwalała uznawać za oficjalny drugi język regionalny, jeżeli ponad 10 proc. lokalnej społeczności uważało go za swój ojczysty.
a język rosyjski jako pierwszy deklarowało około 30 proc. ludności; w niektórych regionach, w tym w Donbasie, była to zdecydowana większość. Można było akceptować autonomię regionów z dominującą ludnością rosyjską, skoro tego pragnęła. Ale to wszystko w żadnej mierze nie usprawiedliwia inwazji nazywanej na Kremlu „specjalną operacją wojskową”.
Myliłem się, dlatego że w kategoriach racjonalności wydawało się to niemożliwe. Sądzę, że jeszcze kilkanaście, a może nawet kilka dni przed wybuchem wojny była ona do uniknięcia. Tak też uważali prezydent Francji Emmanuel Macron i kanclerz Niemiec Olaf Scholz, którzy odwiedzili Moskwę niemalże w ostatniej chwili; ten pierwszy osiemnaście, ten drugi już tylko dziewięć dni przed inwazją. Gdyby sądzili, że jest ona nieuchronna, to nie spotykaliby się wtedy na Kremlu z prezydentem Putinem. Podobny pogląd do końca swych dni wyznawał mąż stanu i prominentny dyplomata Henry Kissinger, a do dziś tak uważają wybitni amerykańscy profesorowie ekonomii politycznej James Kenneth Galbraith, John Mearsheimer i Jeffrey Sachs. W Polsce niejeden poważny polityk i uczony też tak sądził, ale obecnie wolą milczeć i tego nie przypominać.
Wypadało zgodzić się z Kissingerem, gdy powiadał, że „Zbyt często kwestia ukraińska jest przedstawiana jako pojedynek: Ukraina dołącza do Wschodu albo do Zachodu. Jeśli Ukraina ma przetrwać i prosperować, nie może być placówką żadnej ze stron przeciwko drugiej, a powinna funkcjonować jako pomost między nimi. Rosja musi zaakceptować fakt, że próba zmuszenia Ukrainy do statusu satelity, a tym samym ponowne przesunięcie rosyjskich granic,