

WIDZĘ, ŻE INTERESUJE CIĘ
WIDZĘ, ŻE INTERESUJE CIĘ CIEMNOŚĆ
przełożyła Iwona

This book has been published with the support of the Translate Ukraine Translation Support Program.
Ta książka została wydana dzięki wsparciu Programu Wspierania Przekładów Translate Ukraine.
Czapla
Tytuł oryginału Я бачу, вас цікавить пітьма
Copyright © 2020 by Illarion Pawliuk
All rights reserved
Pierwsze wydanie opublikowało w 2020 roku w Ukrainie Wydawnictwo Starego Lwa (Видавництво Старого Лева) starylev.com.ua
Przekład z ukraińskiego: Iwona Czapla
Redakcja i korekta: Katarzyna Zegadło-Gałecka, Karolina Zelewska
Okładka: Nazar Hajduczyk
Skład i przygotowanie do druku: Tomasz Brzozowski
Copyright © for this edition
Insignis Media, Kraków 2026 Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN: 978-83-68639-54-4 Nr partii: N1/9788368639544
Wydawca/producent
Insignis Media, ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków insignis.pl, e-mail: biuro@insignis.pl Facebook: @Wydawnictwo.Insignis X, Instagram, TikTok: @insignis_media
Druk i oprawa
Drukarnia Abedik, abedik.com.pl
Wyłączna dystrybucja
Dressler Dublin sp. z o.o. dystrybucja@dressler.com.pl, dressler.com.pl
Każde życie liczy wiele dni, dzień po dniu. Przechadzamy się wewnątrz siebie, spotykając
zbójców, duchy, olbrzymów, starców, młodzieńców, żony, wdowy, szwagrobraci. Ale zawsze spotykając samych siebie.
James Joyce, Ulisses przeł. Maciej Słomczyński
CZĘŚĆ 1 KAINA
PRZYSTANEK
Mikrobus zwolnił, zjechał na oświetlone księżycem pobocze, zachrzęścił lodem zamarzniętych kałuż i stanął. Dziewczyna od razu się obudziła i z zaciekawieniem rozejrzała się dookoła. Po obu stronach drogi, czekając na śnieg, rozciągały się zamarznięte pola.
– Czemu stanęliśmy? – zapytała.
– Podrzucimy kogoś – powiedział Mężczyzna w Czerwieni i skinął na koślawy betonowy daszek przystanku przed nimi.
– Nie, nie, nie! Nie tak się umawialiśmy! – oburzyła się dziewczyna. – Wziął pan ode mnie pełną stawkę!
– No co pani… Dziecko trzeba zabrać. Na drugą stronę.
Wyłączył światła i zgasił silnik. Zapadła cisza. W księżycowym świetle dobrze było widać przystanek z namalowanymi postaciami z kreskówek. Przeważnie disneyowskich. Jednak przedstawiono je tak paskudnie, że dziewczyna nawet nie wszystkie rozpoznała.
– To pańskie dziecko?
– Moje? – parsknął śmiechem. – No proszę, ale pani wymyśliła! Nie. Ja tylko wożę.
– I gdzie oni usiądą?
Dziewczyna obejrzała się, żeby jeszcze raz się upewnić; wnętrze mikrobusu było przeznaczone do przewozu towarów. Było tu tylko to podwójne siedzenie pasażerskie, na którym siedziała ona.
– Jedno dziecko, nie „oni” – poprawił Mężczyzna w Czerwieni. –Proszę się trochę przesunąć.
– Ona jedzie bez rodziców?
– Tak jest. – Mężczyzna w Czerwieni skinął ponuro. – Zostanie pani mamą? Na trochę.
Tylko na to mruknęła.
– Raczej podziękuję.
– A ja myślę, że dzieci to doskonała okazja, żeby dowiedzieć się o sobie czegoś dobrego – oznajmił Mężczyzna w Czerwieni. – Dla niektórych nawet jedyna.
Dziewczyna sceptycznie przewróciła oczami.
– Widzę, że z pana niezły filozof…
Zegar na desce rozdzielczej pokazywał 23.55. Westchnęła i znów wlepiła wzrok w okno. Czas wlókł się niemiłosiernie powoli. Droga była kompletnie pusta. Ani świateł reflektorów w oddali, ani zabudowań.
– Jak pani mówiła, że się pani nazywa? – zapytał nagle Mężczyzna w Czerwieni.
Już otworzyła usta, ale z jakiegoś powodu się zacięła. Jakby nie była pewna.
– Ja?
– A kto? Wyleciało mi z głowy… – Mężczyzna w Czerwieni klepnął się w czoło. – Gala! Przypomniałem sobie. Gala.
I uśmiechnął się do niej.
– Gala – powtórzyła dziewczyna.
– Tak? – dopytał Mężczyzna w Czerwieni.
– Tak… – Skinęła niepewnie głową. – A jego ktoś przywiezie? Tego małego?
– Ją. To dziewczynka. Ale niech się pani nie martwi, zaraz będzie pani na miejscu. Za mostem już Busłowy Sad. Gala poruszyła się niecierpliwie. Wyjęła telefon. Nie było zasięgu; internetu, jasna sprawa, też.
– O, tam jest! – powiedział niespodziewanie Mężczyzna w Czerwieni i skinął w stronę przystanku.
Pod betonowym daszkiem majaczyła samotna sylwetka dziewczynki, około sześcioletniej, w płaszczyku i dzianej czapeczce.
– Skąd ona się wzięła? – zdziwiła się Gala. – Przyszła pieszo czy co… Przecież jest noc! Będzie pan tak siedział?
– Niechże pani poczeka! – przerwał Mężczyzna w Czerwieni.
I wtedy dziewczynka rytmicznie klasnęła w dłonie, a wyraźny, wysoki dźwięk rozdarł nocną ciszę.
Klask! Klask-klask!
Postała chwilę, jakby przyglądała się własnym rękom, i znów: klask! Klask-klask!
– Niech jej pani da parę minut – poprosił Mężczyzna w Czerwieni. – Musi się oswoić.
– Co? Co musi? Westchnął.
– Ona nie jest taka jak wszyscy.
Gala pochyliła się trochę do przodu, wpatrując się uważnie w dziecięcą postać. Dziewczynka przycisnęła dłonie do twarzy i teraz śmiesznie kręciła głową, oglądając wszystko przez rozczapierzone palce.
– Nie rozumiem, kto wypuścił taką kruszynę samą? – nie wytrzymała Gala. – Zna pan jej rodziców?
– Znam… – powiedział cicho. – No, oswoiła się! Proszę iść!
– Kto? – nie zrozumiała Gala.
– Do dziecka proszę iść! Zabrać ją i jedziemy.
– Ja?!
– Po prostu weźmie ją pani za rękę i tyle.
– Z jakiej racji! – oburzyła się Gala. – Pan wiezie, pan niech idzie…
– Mnie się przestraszy – uciął. – I ucieknie.
– Oszalał pan? Niech pan sam idzie!
– Ucieknie, a my jej nie znajdziemy za nic na świecie. Rozumie pani?
– Nie, nic nie rozumiem! Nigdzie nie pójdę! – Gala skrzyżowała ręce, wsuwając dłonie pod pachy.
– Po prostu proszę podać jej rękę! To chyba nie jest takie trudne?
– Co tu się wyprawia…
– To dziecko jest wyjątkowe, rozumie pani?
– Tak, dzwonię na policję! Niech się nią zajmą…
Wyjęła telefon i od razu przypomniała sobie, że nie ma zasięgu. Bez większej nadziei podniosła go do przedniej szyby. Nic. Mężczyzna w Czerwieni opuścił szybę i zapalił.
Klask! Klask-klask! – dobiegło z przystanku.
– O czym pan myślał, kiedy zgadzał się ją podwieźć? – burknęła Gala.
– Ktoś musi wozić ludzi…
– I czemu ona się pana boi?!
– Wielu się mnie boi. – Mężczyzna w Czerwieni wzruszył ramionami. – Zwłaszcza dzieci…
– Plecie pan jak w gorączce… – westchnęła Gala. – Chyba jest jej tam zimno.
Przekręcił kluczyk. Deska rozdzielcza wydała ciche kliknięcie i zapaliła się.
– Minus trzy.
– Totalny idiotyzm… – szepnęła pod nosem Gala, zapinając kurtkę.
– Ona słabo słyszy – pouczał Mężczyzna w Czerwieni. – Proszę mówić tak, żeby widziała pani usta…
– Pójdę, ale niech pan wie, że jutro wszystko zgłoszę na policję!
To w ogóle normalne?
Otworzyła drzwi i wysunęła się na zewnątrz. Mężczyzna w Czerwieni uśmiechał się. Gala podeszła i wyciągnęła do dziewczynki rękę, a ta ją ujęła; nie zdziwiła się ani nie przestraszyła. Gala od razu przykucnęła przed nią i zaczęła poprawiać dziecku czapkę. I wytarła jej nos papierową chusteczką.
– A nie mówiłem – mruknął do siebie Mężczyzna w Czerwieni i uruchomił silnik. – Trzeba podać rękę i tyle.
No więc Mężczyzna w Czerwieni uruchomił silnik. Zapłonęły reflektory. Gala natychmiast podniosła dłoń, jakby łapała stopa, a on powoli podjechał do przystanku.
– Dobry wieczór! – przywitała się, trzymając już dziewczynkę na rękach. – Podrzuci nas pan do Busłowego Sadu? To niedaleko, za mostem!
– Wsiadajcie – zgodził się Mężczyzna w Czerwieni.
– Słoneczko, siadaj koło wujka! – powiedziała Gala.
Ale dziewczynka z przestrachem wczepiła się w nią i przeciągle pisnęła:
1 Przystanek | 13
– Iiiiii!
– Już, już. – Gala uśmiechnęła się niezręcznie. – Proszę chwilkę poczekać. Ona się zaraz oswoi.
Dziewczynka schowała twarz we włosach Gali, a ta w milczeniu głaskała ją po plecach. W końcu dziecko odwróciło się do Mężczyzny w Czerwieni i, zasłaniając twarz dłońmi, spojrzało na niego przez palce.
– Taka duża dziewczynka, a się boi – powiedział. – Aj, aj, aj!
– Ona nie jest taka jak wszyscy – westchnęła Gala. – Wyjątkowe dziecko… Rozumie pan?
Wreszcie mała dała się posadzić, a Gala też usiadła. W uchu dziewczynki był aparat słuchowy.
– I jak ty się nazywasz, maleńka? – zapytał głośno Mężczyzna w Czerwieni.
Dziewczynka nie odpowiedziała, tylko wyprostowała ręce i rytmicznie klasnęła.
Klask! Klask-klask!
GDZIEWCZYNKA, KTÓRA
UMIAŁA CZYTAĆ
Z RUCHU WARG
rudniowe słońce, jasne i bez życia, szyderczo łaskotało policzki i drażniło zwodniczym ciepłem, tak podobnym do oddechu wiosny. Siedział na wąskiej drewnianej ławie na otwartej pace GAZona. W oddali przesuwał się nierówny ciemny brzeg leśnej polany i tylko szare betonowe słupy nadawały monotonnemu pejzażowi jaką taką regularność. GAZon kołysał się, jakby w jakimś dziwacznym, lekko szarpanym tańcu… A kiedy patrzysz w oczy tej, z którą tańczysz, reszta świata rozmazuje się w blady, nieostry obraz i dopóki gra muzyka, rzeczywistość jest tylko odblaskiem okalającym jej twarz.
W tej sekundzie resztę świata obramowywała spokojna, lekko smutna twarz jego matki.
Postanowił jechać razem z nią – na pace, nie zważając na biadolenie dalekiej i słabo mu znanej rodziny. Ktoś próbował zapiąć mu płaszcz, ktoś wciskał mu swoją czapkę… W końcu zostawili ich samych. Jego i ją – na ostatniej w tym życiu wspólnej drodze: długiej, prostej jak dyszel ulicy Komsomolskiej (dawno już jakoś tam przemianowanej), ciągnącej się przez całe miasto i dalej, aż na cmentarz. Mama wyglądała na żywą. Co najwyżej odrobinę zmęczoną. Ani trochę nie przypominała tych rozmiękłych woskowych twarzy, w których nie da się rozpoznać rysów bliskich. Zdawało się, że po prostu przymknęła powieki, żeby oczy przestały piec ze zmęczenia. Przymknęła na pół minutki, ale wciąż słucha…
„Mów, mów. Ja tylko dam odpocząć oczom” – tak właśnie wyglądała.
Gdyby nie ta idiotyczna wstążka z krzyżykami na czole… Czemu koniecznie na czole?! Może trzeba było powiedzieć „nie”. Nie lubił obrzędów. Gardził całym tym „bo tak wypada”… Po prostu tym razem nie miał siły się sprzeczać. Po prostu nie miał siły…
Co parę chwil lodowaty podmuch wiatru brutalnie strącał łzy z jego twarzy i przywracał go do rzeczywistości, wymierzając mu od czasu do czasu siarczyste policzki, ale potem znów zanurzał się w wir myśli. I wtedy spragniony śniegu południowy krajobraz tracił wyrazistość i rozpadał się na dwie ospałe rzeki: jasną – niebiańską, z płynnymi strzępami roztopionych chmur, i ciemną – ziemską, z nierównymi, fantazyjnie poszarpanymi brzegami… I tylko uczucie ściągniętej od zaschniętych łez skóry przypominało mu, gdzie jest i co tu robi.
Nie wytrzymał, lekko się podniósł i zerwał tę idiotyczną wstążkę z czoła mamy. Położył dłoń na jej ręce. Zimna… Kiedy ojciec żył, często malował jej dłonie. Jeden taki obraz, olej na desce, wisiał u nich na ścianie. A on, mały, nie uwierzył, że to ręce mamy. I powiedział jej o tym. Zaśmiała się i nagle ułożyła dłonie w taki elegancki sposób, dokładnie tak, jak na obrazie. I wtedy od razu uwierzył, że to naprawdę jej. I przyznał, że nie wiedział, jakie są piękne. Nie zauważał. A na obrazie od razu widać.
„To dlatego, że tata bardzo mnie kochał”, powiedziała. Wtedy to wyjaśnienie wydało mu się niezrozumiałe.
Później wiele razy dziwił się, że przejazd na przewiewanej z każdej strony pace GAZona pamięta w najdrobniejszych szczegółach, a z tego, co było potem, na cmentarzu, nic nie zostało mu w pamięci. Pamięta, co mówił mamie po drodze, co wtedy myślał, co czuł… A sam pogrzeb… Ani jak przyjechali, ani jak opuszczali trumnę… Czy pocałował ją przedtem? Czy rzucił tę słynną pierwszą garść ziemi? Czy płakał? Dokąd poszedł potem? Z kim? Nie, nic z tego nie zostało w jego pamięci. Tylko tępy, wyczerpujący ból i uczucie ściągnięcia skóry od zaschniętych łez na policzkach. I jeszcze – tamta dziewczynka.
Jej jasna buzia, obramowana lekkimi loczkami, była chyba jedynym, co zapamiętał z cmentarza. Widział ją dwa razy. Po raz pierwszy, kiedy wśród ponurych ciemnych płaszczy mignęła mu delikatnie różowa puchówka. Ze zdziwieniem zauważył, jak dziwacznie i nie na miejscu wygląda to anielskie dziecko na skraju grobu. I przez głowę przemknęło mu pytanie, kto mógł ją tu przyprowadzić, a przede wszystkim – po co… Ale dziewczynka zaraz zniknęła wśród jednakowo obcych mu ludzi i wspomnienie o niej też się rozmyło. Pewnie by o niej zapomniał, jak o reszcie, gdyby nie pojawiła się drugi raz.
Siedział przy grobie. Nikogo nie było. Może już się rozeszli, a może stali z tyłu, dając mu czas na pożegnanie… Dobrze zapamiętał niebo – białą zimową rzekę, która spokojnie płynie w dal. I wiatr, który nagle ucichł i zaczął łagodnie targać mu włosy… Przyniósł zapach morza i krzyki mew, jakby próbował dyskretnie przypomnieć, że życie, choć to dziwne, wciąż trwa. Ale wszystko to było tak daleko… Tak daleko od świeżej ziemi zasypanej plastikowymi kwiatami… Że nie uwierzył.
I wtedy obok niego nagle przykucnęła tamta dziewczynka. Splotła palce, przyłożyła je do twarzy i spojrzała na niego jak przez rycerską przyłbicę. Mimowolnie się uśmiechnął; pierwszy raz tego dnia.
– Ahoj – szepnął do niej. – Cześć!
Dziewczynka wciąż w milczeniu przyglądała mu się, chowając się za maską z palców.
– Mam na imię Andrij – powiedział i wyciągnął do niej rękę.
Dziewczynka śmiesznie się wygięła, żeby obejrzeć jego dłoń przez tę swoją przyłbicę. Potem wreszcie ją zdjęła. Miała jakieś pięć lat, chyba. Może sześć. Niebieskooka. „Trochę jak Alicja”, pomyślał.
Dziewczynka się uśmiechała, co sprawiało, że przypominała ożywiony promyk słońca. Andrij mrugnął, strzepując rzęsami zasłonę zastygłych łez, i uśmiechnął się drugi raz. Przyglądała się jego twarzy uważnymi, bystrymi oczami, jakby jej dotykała, ale nie potrafił złapać jej spojrzenia.
– A ty jak masz na imię? – zapytał. Jakby nie usłyszała.
Rozdział 2 Dziewczynka, która umiała czytać z ruchu warg | 17
– Płaczesz! – powiedziała, patrząc na jego policzek.
– Już nie – odpowiedział i otarł twarz.
I dopiero teraz zauważył za jej uchem małą muszelkę aparatu słuchowego. Zreflektował się i powtórzył głośno i wyraźnie:
– Nie płaczę!
– Umiem czytać z ruchu warg. – Trochę przeciągała samogłoski, ale mówiła dobrze.
– Jasne – speszył się.
Dziewczynka znów przyłożyła palce do twarzy i zaczęła oglądać obłożony sztucznymi kwiatami grób. Jak przez lupę.
– Ona teraz jest w wyraju? – Dziewczynka skinęła na portret między wieńcami i odwróciła się do niego.
– Nie… Wyraj to tam, dokąd odlatują ptaki. A ludzie trafiają do nieba…
Pokręciła głową.
– Po prostu ludzie tam trafiają, a ptaki odlatują. I wracają… I odlatują… I wracają…
Podniosła dłoń i zaczęła nią „latać” tam i z powrotem. Znów się uśmiechnął. I chyba po raz pierwszy zauważył, jak dziś słonecznie. Jakże, jak się okazuje, jest słonecznie.
– A z kim tu jesteś? – zapytał.
Wyprostowała palec i wskazała na niego.
– Z tobą. – I śmiesznie zmarszczyła nosek.
– Pytam o rodziców. Są tutaj?
Nie wiedział, czy usłyszała, czy nie. Pewnie nie zawsze nadąża czytać z ruchu warg… Dziewczynka patrzyła gdzieś przez niego. Chciał powtórzyć pytanie, ale ona podniosła dłonie na wysokość oczu i klasnęła.
Klask!
I od razu znów: klask-klask!
I dopiero wtedy powiedziała:
– Tylko tata.
Skinął i pomyślał, że pora iść. Bo przecież oni wszyscy – i tata tej cudownej kruszynki, i jeszcze masa nieznajomych ludzi – stoją teraz i czekają, aż mu się wreszcie znudzi żegnanie matki…
– To jak masz na imię, co? To tajemnica? – zapytał Andrij jeszcze raz.
Zamiast odpowiedzieć, opuściła przyłbicę z palców i zapytała: – Masz dzieci?
– Nie. – Pomyślał, że to pierwszy raz, kiedy pytanie o dzieci go nie zirytowało. – Sam jeszcze jestem dzieckiem.
Przyłbica się otworzyła i między dłońmi pojawił się niedowierzający uśmiech.
– Żadne z ciebie dziecko! – Dziewczynka pokręciła głową. – Ty jesteś taki wielki!
„W punkt”, pomyślał. „Dwa metry, sto kilo, trampki numer czterdzieści sześć. A jednak dziecko”. Po prostu mama puściła go do innego miasta… A on nawet nie zdążył się pożegnać.
Andrij nie zauważył, jak uciekła. Podniósł wzrok, a dziewczynki już nie było. Rozejrzał się, ale nie zobaczył nic poza ścianą jednakowych płaszczy. Szkoda, nawet nie dowiedział się, jak ma na imię…
Ile tam siedział? Czy podchodził ktoś jeszcze? Może w końcu odprowadzili go pod ręce, jak to bywa z niepocieszonymi krewnymi, których widywał na cudzych pogrzebach – tego Andriucha nie pamiętał. Za to na zawsze zapamiętał, że tam, przy grobie, na zimnym, brudnym cmentarzu po raz pierwszy w życiu potrafił całkiem wyraźnie wyobrazić sobie siebie jako ojca; na moment namalować w głowie obrazek, na którym tamta obca dziewczynka – taka jasna i szczera – jest jego córką… I wtedy ze zdumieniem uświadomił sobie, że nie ma nic jaśniejszego niż to wyobrażone szczęście.
A przecież z Alicją w końcu rozstali się przez dziecko. Cudze dziecko. Cudze dziecko, z którym jego dziewczyna jest w cholernej ciąży. Za oknami przelatywały południowe osady, które ominął śnieg. Garbaty, rozjeżdżony przez tiry asfalt błyszczał lodem zamarzniętych kałuż. Zapadał zmierzch.
Jechał ani szybko, ani wolno i myślał o tym, że życie to ring. I prędzej czy później przyjmujesz cios. Kiedy boksujesz przeciw
Jego Wysokości Losowi, to nieuniknione, choćbyś nie wiadomo jak wirtuozerskie robił uniki… Więc dopóki starczy sił, musisz walczyć dalej. Innej rady nie ma. Opuścisz ręce, a Los natychmiast wciśnie cię w narożnik. A tam po prostu zatłucze na śmierć…
Taka to była prosta filozofia Andriuchy. Jego religia. Wierzył również, że zakończyć tę walkę można tylko w jednej pozycji –leżąc na plecach na ringu i słuchając odliczania sędziego: „Trzy…
Dwa…! Trzy… Dwa…!”. I albo wstaniesz i utrzymasz się jeszcze trochę… Albo nie. Ale według religii Andrija nie dało się wygrać z Losem.
I na razie Andrij trzymał cios. Na razie trzymał.
Myślał o tej nieznajomej dziewczynce. O tym, że dziś w zadziwiający sposób dała mu siłę, żeby nie opuszczał rąk. Wyobrażał sobie fontannę w parku w letni dzień… Obok plac zabaw, radosny harmider rozlewa się dookoła nieprzerwanym, burzliwym strumieniem. Ale wcale nie drażni, przeciwnie, dopełnia – i szum wody, i słoneczne refleksy w kałużach, i tęczę w chmurce drobnych kropel. On sam idzie wzdłuż krawędzi i prowadzi za rękę dziewczynkę. Tę samą – jasnowłosą, z muszelką aparatu słuchowego za uchem. Dziecko opowiada coś bez ładu i składu. A on nie słucha, tylko patrzy na nią i myśli, jaka jest cudowna. I jaka podobna do Alicji.
A czy tamto dziecko może być podobne do Alicji? Nieważne nawet jak bardzo. Skoro już ta dziewczynka wydała mu się podobna, to czy naprawdę niczego nie dostrzeże w dziecku Alicji? I czemu myśli o nim jak o cudzym? Jest Alicji, czy to mało? I czy nie byłoby cudownie iść letnim parkiem tak razem… Obok.
Przypomniało mu się, jak poznał Alicję. Restauracyjka nabita po brzegi, ani jednego wolnego stolika, nawet przy barze nie da się przecisnąć. Na dworze ulewa. Alicja okłamała menedżera, że ktoś na nią czeka, i płynęła przez salę, szukając miejsca przy stoliku.
– Cześć. Uratujesz przemokniętą dziewczynę? – I usiadła naprzeciwko.
Wytrzymał pauzę równo trzy sekundy i cicho, niskim głosem, odparł:
– Mogę też ogrzać.
| Illarion Pawliuk Widzę, że interesuje cię ciemność
Zaniosła się pięknym, dźwięcznym śmiechem. Zamówiła grzane wino. A on rozpłynął się w jej oczach, które jakby tylko szukały pretekstu, żeby znów się roześmiać.
Kilka lat wcześniej tak samo zawzięta i piękna dziewczyna usiadła obok niego w Marsylii i wtedy drogo zapłacił za łatwowierność. Bardzo drogo. Ale tamtego deszczowego wieczoru, kiedy poznał Alicję, najcenniejszą rzeczą w kieszeniach Andrija nie była zawartość portfela, tylko sam portfel, więc pomyślał, że ryzyko nie jest zbyt duże. A poza tym Alicja najwyraźniej była inna. Wyglądało na to, że naprawdę nie interesuje jej nic poza grzanym winem i okazją, żeby się ogrzać. A niesamowitą seksualnością emanowała mimochodem, nawet tego nie zauważając, bez celu i bez powodu. Ich romans był burzliwy, czasem aż za bardzo. Noce, kiedy się kłócili, były tak samo hałaśliwe jak noce, kiedy się sobą rozkoszowali. Zresztą jedno często przechodziło w drugie i mogło się wydawać, że ta pulsacja namiętności idealnie pasuje im obojgu. Ale ona zbyt często pozwalała sobie na igranie z nim, a on był zbyt porywczy, więc pewnego razu kłótnia nie przerodziła się w czułości; w jakimś idiotycznym uniesieniu palnął jej przez ramię coś dotkliwego (zdaje się, użył słowa „nigdy”), trzasnął drzwiami i już nie wrócił.
Dzwoniła do niego tamtego wieczoru, ale Andrij nie odebrał.
Wytrzymał siedemdziesiąt siedem dni. Rano siedemdziesiątego ósmego przekonał sam siebie, że to liczba na tyle poważna, że może już zamknąć gębę jego ambicji. Poza tym był poniedziałek. A jeśli chcesz zaczynać nowe życie, to lepszego dnia niż poniedziałek nie ma. No chyba że pierwszy stycznia. Ponieważ jednak do stycznia była jeszcze cała wieczność, zadzwonił teraz.
I ona się ucieszyła.
Zeszli się już tego samego dnia. Ich romans wybuchł jeszcze gwałtowniej. Zdumiewające, wyczerpujące dni zawrotnej namiętności migały jeden po drugim. W przerwach oboje chodzili do pracy, gdzie przeważnie tylko szukali pretekstu, żeby zwiać stamtąd jak najwcześniej.
Aż pewnego razu Alicja wróciła do domu zupełnie niepodobna do siebie i wyjęła wynik USG. W ciąży. Trzynaście tygodni. Aborcję
Rozdział 2 Dziewczynka, która umiała czytać z ruchu warg | 21 robi się do dwunastego. Oburzał się, że wszystko rozbija się o jeden tydzień. Co się zmieniło przez tydzień? Ona smutno mówiła, że dla lekarzy liczy się nawet nie tydzień, tylko dzień – prawo to prawo. Andrij zamknął się w sypialni, rozmyślając, jak oswoić się z myślą, że zostanie ojcem, bo bał się tego jak ognia. Alicja go nie nagabywała, rozumiejąc, że potrzeba czasu. Najpewniej by to zaakceptował. Ale tamtego wieczoru coś popchnęło Andrija, żeby otworzyć w telefonie kalkulator i odliczyć wstecz te trzynaście tygodni.
Odszedł od niej w pierwszą niedzielę lata – dziewięćdziesiąt sześć dni temu. A trzynaście tygodni to dziewięćdziesiąt jeden dni. Przeliczył jeszcze raz. I jeszcze. Powiedziała, że dla lekarzy ważny jest nawet dzień. A on miał tych dni aż pięć… Dziecko nie było jego.
Niewykluczone, że pogodziłby się i z tym. W końcu sam nie był święty. Ale jedna myśl wyżerała mu mózg: „Ona zmienia pościel w soboty, a piątym dniem po tym, jak odszedłem, był czwartek. Czyli nawet nie zmieniła pościeli…”. I przełyk ścisnął mu bolesny skurcz.
Przed oczami migał mu teraz tylko jeden obraz: ich łóżko, Alicja leży z rozrzuconymi, pięknymi nogami, które w półmroku sypialni wyglądają jak wyrzeźbione z kości słoniowej, a ktoś, brutalnie sapiąc, pożądliwie szura po prześcieradłach, na których ledwie wczoraj spał Andrij… – Tak właśnie myślałem – wyszeptał do kalkulatora, nie uświadamiając sobie, że głęboko w duszy przez cały ten czas spodziewał się po Alicji jakiegoś podstępu. Od ich pierwszego spotkania, które przypomniało mu znajomość w Marsylii, Andrij nie wierzył, że szczęście może przyjść tak po prostu, jak wygrana na loterii.
Spakował swój wojskowy plecak w dwie minuty. Zabrał głównie skarpety i koszulki. Druga para dżinsów, jeszcze jedna bluza z kapturem, wojskowy nóż. Resztę miał na sobie. Alicja podgrzewała im kolację i nawet nie zorientowała się, że wyszedł. Trzasnęły drzwi albo może jej się wydawało… „Andrijku, to ty?”
I czekała na odpowiedź…
Tak więc, omijając kałuże na tak dobrze sobie znanej Mikołajowskiej, Andrij w myślach znów spotkał Alicję i na nowo przeżył
22 | Illarion Pawliuk Widzę, że interesuje cię ciemność gorycz dwóch rozstań. Ale najważniejsze, że wciągnął też w płuca euforię tych słodkich tygodni pojednania. Znów na moment poczuł zamroczenie od absolutnego szczęścia, którego nie da się porównać z niczym.
I nagle sobie przypomniał: dzwoniła!
Dzwoniła do niego wczoraj po raz pierwszy od trzech miesięcy, i to w najgorszym możliwym momencie – w nocy, kiedy pędził z Kijowa do chorej mamy, ryzykując, że wyleci w diabły z wyboistej drogi. Nie odebrał. Próbowała, zdaje się, kilka razy, ale Andrij zapomniał o tym, gdy tylko telefon ucichł. I nawet teraz by sobie nie przypomniał, gdyby jego myśli nie przeniosły się z ponurego grobu do dziewczynki w różowej puchówce. Z ringu, gdzie w rytm wrzasku tłumu okłada go Los, do parku, gdzie w strugach fontanny tańczy tęcza, a mała dłoń córki spoczywa w jego dłoni…
Nagle poczuł, że jest gotów zapomnieć i o tamtym obcym, który wtargnął na ich jedwabne prześcieradła, gdzie jeszcze tliło się ciepło ciała Andrija; gotów nawet przyznać, że sam też jest winny, bo nie znalazł w sobie siły, by po ludzku o wszystkim porozmawiać. Jest na to gotów! Byle kiedyś po letnim parku prowadzić po krawędzi fontanny swoją córkę. I niechby obok spokojnie szła Alicja. A dziecko… Skoro i tak przyjdzie na ten świat, to jaka różnica…
Ta myśl była tak niewiarygodnie ciepła i jasna, że Andrij postanowił, że już jutro spotka się z Alicją. W końcu skoro dzwoniła, to czegoś chciała.
A swoją drogą, ciekawe czego? Czego mogła tak pilnie potrzebować w środku nocy jego była?
Wczesnym rankiem następnego dnia Andrij nudził się zgarbiony na krześle w kącie gabinetu Walerija, podczas gdy tamten przesłuchiwał jakiegoś typa. Walera to ten, który niedawno miał wsadzić samego Andrija na co najmniej trzy lata. A zamiast tego uratował go. Od tamtej pory Walera jest najlepszym przyjacielem Andrija. Co więcej – jedynym.
– Andriju Ołeksandrowyczu – zwrócił się do niego oficjalnie Walera, wyrywając go z zamyślenia. – Notuje pan?
– A jakże – mruknął pospiesznie Andrij, dźgając długopisem pusty notes. – Notuję. Proszę kontynuować, Waleriju… Lwowyczu. Tego ranka Walera brał w obroty byłego złodzieja o ksywie Nixon – statecznego z wyglądu emeryta z rzadkimi, zaczesanymi do tyłu siwymi włosami i delikatnymi, wręcz arystokratycznymi rysami twarzy. W zestawieniu z takim wyglądem tatuaże, które pokrywały całe jego ciało oprócz gęby, wyglądały jeszcze bardziej dziwacznie. Nieudolne pierścienie, jakieś symbole na kostkach palców oznaczające wyroki. Na prawym nadgarstku widniał dość zręcznie wykonany pająk, który jakby próbował wpełznąć pod rękaw. Na lewym – kocia czaszka z kluczami w zębach. Tak przyozdobiony, przestępca ze wszystkich sił starał się udawać praworządnego emeryta, co bardzo śmieszyło Walerę, który z rozbawienia aż lekko podskakiwał na krześle.
– Nie mam powodu wracać do starych spraw, Waleriju Lwowyczu – perswadował aksamitnym głosem Nixon, kręcąc głową. – To nie ma sensu.
– O, proszę! „Nie ma sensu”! „Waleriju Lwowyczu”! Ty co? Zapomniałeś grypsery? A gdzie: „Nie ma co gadać, panie władzo”? Nie pasuje ci to, Mykoło Ołeksandrowyczu! Gadasz jak frajer!
Walera z zapałem spojrzał na Andrija, ale ten błądził nieobecnym wzrokiem po gabinecie.
Zresztą to dzięki Walerijowi został policyjnym ekspertem od zachowań przestępczych. Na razie poza etatem, na etat takich jak on brano ostrożnie… I Walera pewnie liczył, że Andrij teraz uważnie słucha Nixona… Ale właśnie w tej chwili wcale nie musiał go słuchać. Jedyne, co naprawdę interesowało Andrija, to ile razy były włamywacz o ksywie Nixon się podrapie. Zauważywszy, jak tamten energicznie podrapał się po nadgarstku, Andrij w myślach policzył: „Siedem”.
– Ja, Waleriju Lwowyczu, dawno już nie gamzam – zapewnił Nixon z anielską miną, aż kocia czaszka na jego nadgarstku, jakby zawstydzona, spuściła wzrok. – Przeważnie rozmawiam. Czasem konwersuję. A z gamzaniem koniec.
– To nie ty czyściłeś mieszkania? – Walerij pochylił się do Nixona i wyszeptał: – A kto?
Nixon wzruszył ramionami i podrapał krawędzią podeszwy po łydce. Andrij to zauważył i zaczął kreślić w notesie wymyślną, gotycką w kształcie ósemkę.
– I od dawna to trwa, Mykoło Ołeksandrowyczu? – zapytał zjadliwie Walera.
– Skończyłem z przeszłością – podkreślił Nixon. – Jak wyszedłem, to koniec.
– Czemu tak? Reputacja już nie ta?
– Reputacja to wynik ubóstwa umysłu.
Nagle odezwały się skrzypce orkiestry symfonicznej, a po gabinecie, zupełnie nie na miejscu, rozlało się niespokojne, dziwne, mistyczne oczekiwanie – telefon Andrija zagrał słynny wagnerowski Cwał Walkirii. Walera rzucił Andrijowi niezadowolone spojrzenie. Ten zmieszany wymamrotał przeprosiny. Nieznany numer… Szybko odrzucił połączenie, ale skrzypce natychmiast raz jeszcze rozpoczęły swój koncert, więc telefon trzeba było wyłączyć.
Nixon skorzystał z przerwy i wściekle się podrapał, ale Andrij to zauważył. Zastanawiając się, kto to mógł być, narysował w notesie dziewiątkę.
– Co ty tam mówiłeś o ubóstwie? – Walera udał, że próbuje sobie przypomnieć. – Że ci brakuje kasy i ty… Mów, mów!
– Ubóstwo umysłu – poprawił go Nixon i uniósł wytatuowaną dłoń. – Proszę spojrzeć: pajączek pełznie w dół. Taki tatuaż oznacza, że przestępcze życie to przeszłość.
– Tak, pełznie w dół… – przytaknął Walera. – A jak opuścisz rękę, to w górę. W dogodnym miejscu zrobiłeś ten tatuaż, Mykoło Ołeksandrowyczu.
Nixon rozłożył ręce, a potem udał, że poprawia włosy, i mocno wbił paznokcie w skórę.
– Dziesięć – powiedział na głos Andrij i wstał, klepiąc dłońmi po kolanach. – Dobra, koniec cyrku. Choć ładnie było. Chce pan jabłko? Wyjął z plecaka jabłko i położył na stole przed zdziwionym Nixonem.
– Walera, możesz śmiało go zatrzymać. I od razu na testy. Na narkotykach jedzie! Z tobą gada, a sam odpływa. Ciągle potrzebuje dawki, a emerytury nie starcza. Masz motyw. Prawda, Mykoło Ołeksandrowyczu? Walera, kończ, a ja na zewnątrz poczekam.
Andrij bardzo potrzebował pogadać, bo nikt poza Walerą w jego narożniku ringu nie został. Cały ranek męczyły go wątpliwości: czy jest gotów zostać ojcem, a tym bardziej wychowywać cudze dziecko? Czy zdoła o tym zapomnieć, czy obraz obcego w ich łóżku będzie go prześladował za każdym razem, gdy obejmie Alicję? Ogólnie rzecz biorąc, tak, Andrij lubił wszystko komplikować. I teraz strasznie potrzebował rady Walerija.
– Nie jesteś taki głupi, jak myślałem – syknął przez zęby Nixon, jakby zaraz miał zwymiotować na stół kwasem siarkowym.
– Za to pan jest dokładnie taki, jak myślałem – uciął spokojnie Andrij. – A jabłuszko niech pan jednak weźmie. W areszcie, zdaje się, takich nie dają.
– Tania zagrywka! – wrzasnął za nim Nixon z wściekłością i aż podskoczył na krześle. – Nic na mnie nie macie!
Illarion Pawliuk Widzę, że interesuje cię ciemność
– Cicho, cicho, Mykoło Ołeksandrowyczu! – Walera rozpłynął się w zadowolonym uśmiechu. – Porządny człowiek, a na grypserę przechodzi. Jak to tam było u Lermontowa? „Nie paruj się, brat, wszystko git”. Czy to może Błok?
Walera parsknął śmiechem z dowcipu, który jego zdaniem bardzo mu się udał. Andrij tylko skinął głową, wziął kurtkę i ruszył do drzwi. Nixon spojrzał za nim i z chrupnięciem rozruszał kark. Spod kołnierza wyłoniła się wytatuowana rękojeść noża. I w momencie, kiedy Andrij złapał za klamkę, Nixon nagle chwycił ze stołu jabłko i cisnął nim prosto w jego głowę. Walerka zdążył tylko otworzyć usta.
Jabłko rozbiło się, rozmazując po włosach soczysty miąższ. Andrij wzdrygnął się i przykucnął z zaskoczenia.
Uderzenie zadźwięczało w głowie bolesnym dzwonem. Złapał się za potylicę, potem bezradnie spojrzał na dłoń, spodziewając się widoku krwi. Podniósł palce i powąchał. Nixon nie wytrzymał i błazeńsko, złośliwie się roześmiał.
– Nixon! Nixon! – ryknął Walera i sięgnął do szuflady, gdzie miał kajdanki.
W tej chwili Andrij rzucił się na złodzieja i zacisnął palce na jego gardle.
– Andriucha! – Przez twarz Walerija przemknął strach; jednym susem przeskoczył przez stół i zawisł na ręce przyjaciela. – Andriucha, nie waż się, słyszysz?! Andriju! Andriusza, proszę cię!
Ale oczy Andrija wyglądały jak szklane paciorki w oczodołach wypchanego wilka z muzeum krajoznawczego i nie było też w nich więcej rozumu. Tylko szyja napięła się od wysiłku. Złodziej słabo charczał i bezradnie młócił rękami po nadgarstku Andrija.
– Andriju, udusisz go! – powiedział wyraźnie Walerij, na próżno próbując oderwać potężną dłoń od szyi starego, którego twarz już siniała. – Słyszysz mnie? Andriju! To ja, Walera!
Andriucha nagle drgnął, jakby wybudził się ze snu, i poluzował uścisk. Złodziej ze świstem nabrał powietrza i zacharczał starczym kaszlem.
– Znowu? – zapytał Walera bez wyrzutu w głosie. – Znowu „zapaść”?
Andrij bezradnie wytarł rękę o dżinsy.
– Już wszystko w porządku – powiedział i skierował się do drzwi, nawet nie patrząc na Nixona.
Walerij wybiegł na ganek po dziesięciu minutach, w pośpiechu wkładając kurtkę.
– Andriucha, jak się czujesz? Wszystko w porządku?
– W normie. Co za pomiot…
– Weź pod uwagę, że spędził pół życia za kratami!
– No właśnie o to mi chodzi; jak można stać się takim wyrodkiem, żeby pół życia przesiedzieć w więzieniu!
– Ludzie są różni. – Walera filozoficznie wzruszył ramionami.
– Ludzie są tacy sami. Na początku. Wszyscy są tak samo wzruszającymi, różowymi niemowlętami. Po prostu potem ktoś pozwala sobie na przekroczenie pewnej granicy, a ktoś inny nie.
– No, wiesz… Ty też kiedyś prawie wpadłeś z paragrafu dwieście sześćdziesiąt trzy. I gdyby twoja ówczesna „zapaść” potrwała trochę dłużej, byłoby to umyślne zabójstwo. „Z okolicznościami obciążającymi”.
– Tylko że ja jestem tu, Walera, a nasz wytatuowany koleżka tam. Bez żadnego „byłoby”.
– Od żebraczej doli do więziennej niewoli… sam wiesz… Dobrze już, dajmy temu spokój! – Walera klepnął przyjaciela po ramieniu. –Powiedz, jak rozgryzłeś tego Nixona, i spadam.
– W ciągu dwóch minut podrapał się dziesięć razy. – Andrij wzruszył ramionami. – Opiaty. Albo wszy odzieżowe…
– Opiaty, opiaty… Dziś przepytamy dilerów na rejonie, dowiemy się, u kogo konkretnie się zaopatruje… Zginęła tam biżuteria, myślę, że u nich wypłynie. Ale jak ty na to wpadłeś?
– Ty patrzyłeś mu prosto w oczy, jak na złodzieja do szpiku kości. Jakim, zresztą, całe życie próbuje być. A ja podszedłem do tego od drugiej strony. Im bardziej podkreślasz swoją siłę, tym jesteś słabszy. Jak bardzo chcesz wyglądać na odważnego, tak bardzo się boisz. Jak kostka do gry; naprzeciw szóstki zawsze jedynka, naprzeciw piątki,
| Illarion Pawliuk Widzę, że interesuje cię ciemność
dwójka… A Nixon każdym gestem woła, że jest wolny, niezależny i ma w nosie wszystkie granice. To co jest po drugiej stronie?
– Jedynka! – uśmiechnął się Walera.
– No właśnie. Uzależnienie. I nędza.
– Brawo. – Walera klepnął go po ramieniu. – Tylko jedna prośba: nie duś więcej podejrzanych, dobra? Dawno tak nie odpłynąłeś… Dobra, lecę!
– Dokąd lecisz? – ocknął się Andrij. – Chciałem się ciebie poradzić!
– Za godzinkę będę na miejscu, to pogadamy! A tak w ogóle, to zuch z ciebie, że od razu przyszedłeś do roboty! Nie można tak sam na sam z żalem… Dobra, Andriju, lecę, lecę! Jak będę wolny, zadzwonię!
Odszedł, ściskając pod pachą skórzaną teczkę, którą Andrij w myślach zawsze nazywał „gliniarską”.
Dzień był zadziwiająco słoneczny i cichy. Z dachów kapała woda z roztopów, a ptaki, oszukane przedwczesną odwilżą, na całe gardło zwiastowały wiosnę, jakby za trzy tygodnie nie miał nadejść nowy rok, a wraz z nim styczeń. Ludzie w pomarańczowych kamizelkach głośno skrobali łopatami po chodniku.
Zresztą Andrij i tak się domyślał, co powiedziałby Walera. Po prostu potrzebował wsparcia, ot i wszystko… Kogoś, kto powie: „No dzwoń już, nad czym tu myśleć!”. I dokładnie to by usłyszał od Walerki. – No dzwoń już, nad czym tu myśleć – mruknął sam do siebie i wyjął telefon.
Przez chwilę hipnotyzował wzrokiem ekran. Jak zacząć? Po prostu: „Dzwoniłaś?”. Czy zapytać: „Co słychać?”. Ile czasu minęło? Prawie trzy miesiące. Ciekawe, po co właściwie dzwoniła. Chociaż, czy to ma znaczenie?! „Wybacz” – od tego trzeba zacząć. I mieć gdzieś, którego dnia ktoś u niej się pojawił; nie wolno było tak uciec. Właśnie „uciec” – bo tego nie da się nazwać „rozstaliśmy się” ani „odszedłem”… Nawet powiedzieć, że ją zostawił, też nie można. „Ucieczka” – to jedyne prawidłowe słowo. Ale jeśli zgodzi się zacząć od nowa, wszystko będzie inaczej.
„Żadnego trzaskania drzwiami, to na pewno”, obiecał sobie Andrij. I pomyślał, że można będzie wziąć mieszkanie na kredyt.
Sprzedać to po matce – i starczy na wkład własny… Żeby nie wynajmować… Kiedy ma rodzić? Wychodzi na to, że to już chyba szósty miesiąc?
W końcu wziął głęboki oddech. Pomyślał o dziewczynce z aparatem słuchowym… I nacisnął połączenie.
Serce waliło mu tak, że aż podskakiwało jabłko Adama. Rozległy się sygnały. Czekał, licząc je machinalnie. Siedem… Osiem…
Dziewięć… I nic – rozłączyło się i Andrij z rozczarowaniem opuścił telefon. Nie słyszy? Nie może rozmawiać? Czy nie odbiera, tak jak wcześniej nie odbierał on? I co teraz?
Nagle zagrzmiały wagnerowskie skrzypce, cały się skulił i pospiesznie nacisnął „odbierz”.
– Halo!
– Dzień dobry! – Głos był męski.
Andrij zgłupiał i spojrzał na wyświetlacz. Dziwne: dzwoniono z numeru Alicji.
– Dzień dobry… – odpowiedział niepewnie.
– Andriju… Wybaczy pan, nie znam imienia ojca…
– Ołeksandrowycz – podpowiedział odruchowo. – Ja… dzwoniłem do Alicji… Alicji Bojko.
– Właśnie. Proszę powiedzieć, kim pan jest dla Alicji Romaniwny?
– Co to znaczy: kim? To jej numer, nie pana. A pan kim jest?
– Śledczy Mykytiuk, Dnieprzański Wydział Rejonowy… – wymamrotał głos obojętnie i niezbyt wyraźnie. – Dzwoniłem dziś, ale pan nie odbierał…
Zrozumiał wszystko, jeszcze zanim rozmówca przedstawił się jako śledczy. Pojął to w tej samej chwili, gdy zamiast głosu Alicji w słuchawce zaskrzypiał obcy głos. Zrozumiał, a jednak zapytał, desperacko chwytając się widmowej, bezsensownej, ale jedynej nadziei:
– Ktoś jej ukradł telefon, tak?
– Nie. Wszczęto postępowanie karne w sprawie zgonu.
– Jakiego zgonu? Może pan normalnie wyjaśnić czy nie?!
– W sprawie zgonu Bojko Alicji Romaniwny – wyjaśnił rozmówca znudzonym głosem – rocznik dziewięćdziesiąty czwarty…
Wydawało mu się, że betonowy ganek umyka mu spod nóg i leci gwałtownie gdzieś w dół. – Kiedy? – wydusił z siebie Andrij. – Minionej nocy… Przyjechałby pan do nas, Andriju Ołeksandrowyczu. Porozmawiać.
NIEKTÓRZY WPADAJĄ W KŁOPOTY
Zapadał wieczór. Przez ciężkie śnieżne chmury pierwsza szarówka opadła na ziemię nawet wcześniej niż zwykle. Drobne śnieżynki leciały w dół jak samotni spadochroniarze. Niedługo będzie ich mnóstwo. Runą z nieba legionami. I rano biały desant pogrzebie pod sobą cały brud maleńkiej osady typu miejskiego o pięknej nazwie Busłowy Sad…
Ale Busłowy Sad był brzydki. Począwszy od niegościnnych ulic, ziejących opuszczonymi domami, a skończywszy na myślach i czynach jego mieszkańców. Śnieg stwarzał zwodnicze wrażenie wzruszającej, niemal dziecięcej czystości, ukrywał całe paskudztwo, ale niestety go nie zmywał. Dlatego chyba nikt tu aż tak bardzo nie czekał na wiosnę. A w takie noce jak ta nadchodząca nikt już w wiosnę nawet nie wierzył.
– Stój tutaj, mama zaraz przyjdzie – powiedział Nieznajomy Wujek do małej dziewczynki.
Pochylił się, próbując złapać jej spojrzenie. Dziewczynka wbiła wzrok w dalekie czerwone światełko, które migało w mgle zmierzchu na kominie cukrowni, i niczego dookoła nie zauważała. Trudno było nawet powiedzieć, czy go słyszy, czy nie.
– Podoba ci się, tak? – zapytał Nieznajomy Wujek. – Tobie się to podoba?
Nie odpowiedziała.
– Niech ci będzie… – powiedział niepewnie. – To ja już pójdę…
I Nieznajomy Wujek puścił jej rękę. Dziewczynka nie zwróciła na to najmniejszej uwagi, wciąż z zachwytem patrzyła na dalekie światełko. I wtedy Nieznajomy Wujek zostawił ją samą.
A ona stała i patrzyła. Czerwone światełko hipnotyzowało. Migotało tak równo, tak rytmicznie, tak przewidywalnie. Wabiło ją. Sama nie zauważyła, kiedy zrobiła pierwszy krok. A gdy przypomniała sobie, że mama zabrania wychodzić z podwórka, podwórko było już daleko. A światełko… Czasem wydawało jej się, że można je dotknąć, a czasem, że jest odległe jak gwiazdy, ale jedno pozostawało niezmienne, chciało się iść w jego stronę. Uparcie brnęła więc zaśnieżoną ulicą, jakby przyciągał ją potężny magnes.
Czasem, poślizgnąwszy się, przypadkiem traciła je z oczu. I wtedy zaczynało się to.
Wszystko, co widziała, nagle stawało się jednakowo bliskie i traciło głębię, tak, jakby wpatrywała się w ogromną fotografię. A wszystko, co słyszała, było jednakowo głośne. Najgorsze było to, że do nieprzerwanej kakofonii wlewały się jej własne myśli i nie potrafiła odróżnić ich od prawdziwych dźwięków. Wtedy dziewczynka mimowolnie dotykała palcami maleńkiej muszelki aparatu słuchowego, ale wyjmowanie go nie miało żadnego sensu. Bo problem nie tkwił w dźwiękach, tylko w niej.
„Zaburzenia rozwoju” – to sformułowanie leżało zakurzone gdzieś w głuchych zakamarkach jej pamięci, bo sama dziewczynka nie uważała się za zaburzoną. Nie miała z czym się porównywać. Nie wiedziała, że inne dzieci widzą świat inaczej. Że rzeczywistość nie wypycha ich na zewnątrz, nie spłaszcza się, nie zamienia w mieszaninę dźwięków o jednakowej głośności. Za to wiedziała, jak sobie z tym radzić.
Gdy tylko świat tracił głębię, wypychając ją na płaską powierzchnię, zamierała, unosiła dłonie na wysokość oczu i rytmicznie klaskała.
Klask! Klask-klask!
Dalekie dźwięki natychmiast oddzielały się od bliskich, ciche od głośnych, rzeczywistość nabierała kształtu i Nadia znów włączała się w ten świat, wracała do jego środka.
Klask! Klask-klask!
Teraz już łatwo było odnaleźć wzrokiem migoczące czerwone światełko, żeby znów móc iść tam, do cukrowni położonej na skraju miasteczka.
Klask! Klask-klask!
Dziewczynka miała na imię Nadia.
Kiedy ciemność otuliła Busłowy Sad, a wieczorne powietrze zastygło, przeczuwając zamieć, Nadia dotarła do starej cukrowni, której teren wcinał się w miasteczko jak skalisty cypel w ocean. Mówią, że zbudowano ją niemal równocześnie z osadą, a nawet że osadę założono dla cukrowni. Była sercem i duchem miasteczka, wszystko istniało wokół niej i dzięki niej. Ale nikogo, kto pamiętałby tamte czasy, już nie było.
Cukrownia od dawna nie działała. Inna sprawa, że mieli ją otworzyć na nowo. Nawet naprawili i przywrócili zasilanie. Zostało tylko przywieźć sprzęt. Właściwie te czerwone lampy sygnałowe na szczycie komina były pierwszą jaskółką nadchodzącego renesansu, który obiecywał tchnąć życie nie tylko w martwy budynek, lecz także w miasteczko, które umierało. A przede wszystkim cukrownia obiecywała nadać temu nowemu życiu sens.
Ale było coś, o czym nie wiedzieli miejscowi, a tym bardziej mała, wyjątkowa dziewczynka – w cukrowni zadomowiło się zło.
I gdybyście od bramy, przy której stała teraz dziewczynka, poszli prosto do żółcących się przed wami drzwi, a stamtąd nie do hali, tylko schodami w dół, znaleźlibyście się w ogarniętym półmrokiem pomieszczeniu piwnicznym.
Pośrodku był dawno opróżniony kolektor kanalizacyjny, bardziej przypominający basen. Zbyt mały i zbyt głęboki, jakby zbudował go ktoś, kto lubi skakać z wieży, a jednocześnie nienawidzi pływać… A przy samym dnie kolektora, niczym głodne paszcze olbrzymich robaków, ze ścian wystawały wyloty dwóch rur o średnicy ponad metra. Obie pod stromym kątem zanurzały się w trzewia opuszczonych kamieniołomów, które labiryntem rozciągały się pod całym miasteczkiem. Kiedyś, gdy buraki cukrowe dudniły tu po metalowych rynnach, a w powietrzu stał gęstą zasłoną nieznośny smród, te pękate rury spuszczały odpady prosto do katakumb. Ale już od wielu lat jedyną ich zawartością była rdza, która pokrywała ściany.
Otóż teraz z rur sączyło się światło.
I gdybyście zajrzeli do jednej z nich, natychmiast natknęlibyście się na zimne, bezlitosne spojrzenie Bestii po drugiej stronie.
FATALNA POMYŁKA NUMER DWA
Andrij siedział w zagraconym gabinecie śledczego Mykytiuka. Porozrzucane w kącie archiwalne teczki, trzy przedpotopowe monitory stojące na podłodze, puste regały w trzech rzędach, stare, obdarte krzesła… Można by pomyśleć, że pracownicy komisariatu zapomnieli, gdzie jest wysypisko. Nie, oczywiście, że nie zapomnieli… Reforma dotarła tu na razie tylko w postaci dwóch względnie nowych komputerów, ale inwentaryzacja stosów starych śmieci też była całym biurokratycznym rytuałem, więc to wszystko czekało na swój czas… Na nów księżyca czy coś w tym rodzaju…
Pośród tego całego śmiecia sieroco przycupnął obdrapany stół. Śledczy Mykytiuk, chudy typ o wyczerpanej twarzy, garbił się przed monitorem i nieznośnie długo wystukiwał coś jednym palcem na zapaćkanej klawiaturze.
– Wychodzi na to, że… – Sprawdził w komputerze. – Zaczynając od 23.47, dzwoniła do pana cztery razy. Tak?
– Pewnie tak. Nie liczyłem.
– W jakim celu dzwoniła?
– Skąd mam wiedzieć… Nie odebrałem.
– Dlaczego?
– Prowadziłem. Jechałem… – Andrij zastanowił się, czy warto tłumaczyć dokąd, i po prostu dodał: – Na pogrzeb.
– Dlaczego dzwoniła właśnie do pana, skoro, jak pan twierdzi, dawno się rozstaliście?
– Nie mam pojęcia! Od tamtej pory nie rozmawialiśmy. W ogóle.
cię ciemność
– Ale wychodzi na to, że dziewczyna dzwoni do byłego chłopaka, z którym nie rozmawia, a pięć minut później… – Narysował w powietrzu pętlę wokół szyi.
Andrij ciężko westchnął i sposępniał. Śledczy wlepił nos w monitor. Andrijowi wydawało się, że na ekranie jest coś osobistego z ich życia. Zdjęcia, wydruki rozmów… Obcy facet w prześcieradłach… Tego wszystkiego na monitorze śledczego Mykytiuka oczywiście nie było i być nie mogło, ale wyobraźnia Andrija już się rozszalała. Zrobiło się nieprzyjemnie. Jakby ktoś uścisnął mu dłoń spoconą, zimną ręką… W końcu śledczy pochylił się i zaszeleścił czymś w szufladzie.
Coś wyjął i zaczął przekładać na kolanach.
– No… Proszę spojrzeć… – wymamrotał obojętnie. – Poznaje pan kogoś?
Na stole rozsypały się fotografie, a śledczy natychmiast wbił w mężczyznę wzrok.
Twarz Andrija pozostała całkiem beznamiętna, tylko uszy w jednej chwili poczerwieniały jak buraki. Oczy powoli przeszły z jednego zdjęcia na drugie, potem równie flegmatycznie ześlizgnęły się po łokciach śledczego leżących na stole, po lekko zatłuszczonej tkaninie jego garnituru, przejechały po gładko ogolonym podbródku i wreszcie spotkały się z jego uważnym spojrzeniem.
– Ale z ciebie zwyrodnialec – powiedział spokojnie Andrij.
Została sfotografowana już w prosektorium. Fotograf bezceremonialnie ujął w kadrze piękne piersi i gruby szew między nimi, pozostawiony przez patologa. Piękna nawet po śmierci… Gdyby nie szpetna liliowa pręga wokół szyi…
– Przepraszam… – Śledczy wzruszył ramionami, znów składając zdjęcia w stosik. – Musiałem zobaczyć pana reakcję. Różnie bywa. Nawet celowe doprowadzenie…
– Zobaczył pan? – syknął Andrij.
Odwrócił się. Ręce ledwie zauważalnie drżały i śledczy przez chwilę uważnie świdrował je wzrokiem.
– Pytań, że tak powiem, więcej nie mam – zakończył Mykytiuk. – Nie jest pan samochodem? Może trochę, żeby nerwy, że tak powiem…
I śledczy wyjął z biurka butelkę wódki. Po chwili starannie dmuchnął w szklankę wątpliwej czystości i nalał na palec, nie czekając na odpowiedź.
– Nie piję.
– A kto mówi, że ma pan pić! Jeden łyk… Pan aż na twarzy się zmienił… Jeszcze raz przepraszam.
Ucinając jego mamrotanie, Andrij w milczeniu wychylił szklankę.
– Jeszcze? – zapytał śledczy.
Andrij pokręcił głową.
– A nikt jej czasem nie groził? – zapytał ostrożnie Mykytiuk i schował butelkę. – Może nękał telefonami czy coś… Wie pan, ludzie czasem mają długi, na przykład…
– Skąd mam wiedzieć! – warknął Andrij, wciąż krzywiąc się od alkoholowej goryczy. – Dziesiąty raz panu mówię…
– Tak… Po prostu tak wziąć i wsadzić głowę… – Śledczy dotknął własnej szyi. – Ona to… na kablu od przedłużacza…
Andrij podniósł na niego oczy, a tamten urwał.
– Przepraszam – powiedział obojętnie Mykytiuk. – Chodzi mi o to, że jak ktoś ma równo pod sufitem, to nie podejmuje takich decyzji…
– Nie było tam znowu aż tak równo. – Andrij wzruszył ramionami. – Alicja była bardzo impulsywna. Była… można powiedzieć, skłonna do histerii. Ale kto mógł wiedzieć, że dojdzie aż do czegoś takiego…
– A jeszcze biorąc pod uwagę jej stan! – Śledczy pokiwał głową. –
To już nie jest zwykłe samobójstwo! To już dwa w jednym!
Rozwiązanie tej gry słów rozbłysło w głowie Andrija w ułamku sekundy; spróbował zepchnąć je jak najdalej, skupił się na oddechu. Brakowało mu tylko napaści na funkcjonariusza policji… Zacisnął pięści. Głośno chrupnęły stawy. Śledczy rzucił na niego szybkie spojrzenie i Andrij zrozumiał, że ten pokazowy cynizm też był celowy. A więc poważnie go podejrzewają.
– Nie tylko swoim życiem, że tak powiem, rozporządziła – doprecyzował śledczy i zamilkł, uważnie obserwując reakcję Andrija. Ten siedział, wpatrując się pustym wzrokiem w ścianę.
– Cud, że ojciec w drugim pokoju usłyszał, jak taboret upadł… –ciągnął powoli Mykytiuk. Nadal świdrował Andrija obojętnym, wężowym spojrzeniem. – Wychodzi na to, że ona dopiero w czasie reanimacji zmarła.
– A dziecko? – zapytał Andrij, prawie nie poruszając wargami. –Co z dzieckiem?
– A pan wiedział, swoją drogą? Że była w ciąży? Bo termin lada moment, a wy, jak rozumiem, nie rozmawialiście. Czy dziecko jeszcze sprzed rozstania?
Andrij gwałtownie wstał, naparł udem na stół i z rozmachem przycisnął śledczego do ściany. Tamten przestraszony chwycił rękami krawędź mebla, ale z takim samym powodzeniem mógłby próbować zatrzymać pociąg; blat boleśnie wbił mu się pod żebra.
– Trochę tu u was ciasno – powiedział cicho Andrij. – Proszę wybaczyć.
I docisnął mocniej.
– Wyciągnęli dziecko! – wychrypiał śledczy Mykytiuk. – Proszę się uspokoić… Teraz utrzymują je przy życiu na sztucznym oddychaniu. Pan mi żebra… połamie…
– W jakim szpitalu?
– W Drugim Dziecięcym… Ale lekarze mówią, że szanse małe. Nie przeżyje.
Andrij wydał z siebie niski, żałosny skowyt, chwycił stos zdjęć i z wściekłością cisnął nim o ścianę. Fotografie rozleciały się po całym gabinecie stadkiem sporych motyli i przysiadły tu i tam. Z daleka mogłoby się wydawać, że na zdjęciach jest po prostu piękna dziewczyna. Bardzo piękna i bardzo młoda. I że ktoś uwiecznił ją, gdy mocno spała.
Andrij wrócił z Afganistanu w czternastym roku. Chłodnego marcowego poranka wyszedł przez bramę ich bazy w Calvi na Korsyce. Jego mundur błyszczał szewronami, naszywkami i odznakami; cały dobytek mieścił się w jednym wojskowym plecaku, a plan na dalsze życie miał zaledwie dwa punkty: dotrzeć do Marsylii, a tam wsiąść
pomyłka numer dwa | 39 w pociąg do Aubagne. W Aubagne mieściła się kwatera główna Legii
Cudzoziemskiej – od niej wszystko się zaczęło i na niej miało się skończyć. A dalej ziała wielka i niepewna nicość. Może patetycznie dałoby się powiedzieć: „cały świat stoi otworem”, ale w gruncie rzeczy mniej więcej tak samo cały świat stoi otworem przed spadochroniarzem na rampie; jakkolwiek byś kręcił, i tak polecisz w dół. I dobrze by było niczego sobie nie połamać. Andrijowi, ni mniej, ni więcej, przyszło na nowo odnaleźć sens życia. A z tym był problem.
Rzecz w tym, że jakieś dwa miesiące wcześniej w Afganistanie coś się stało. Coś takiego, po czym naczynie z życiową motywacją
Andrija pękło. Jeszcze sobie tego w pełni nie uświadamiał, ale jego chęć życia coraz bardziej słabła. Ten wyciek dawał o sobie znać delikatnym uczuciem pustki w piersi.
Tego samego dnia, w idealnie dopasowanym mundurze, wszedł do niewielkiej marsylskiej kawiarni napić się kawy i może coś przekąsić. Właśnie tam spotkał pewną nieznajomą. Siedziała przy oknie w miękkim promieniu wiosennego słońca i krępego legionistę obrzuciła tylko jednym spojrzeniem. Spojrzeniem tak uważnym i przenikliwym, że mogło się wydawać, iż dziewczyna świetnie zna się na oznakach rozpoznawczych Legii. Jakby wiedziała, ile potu i krwi kosztuje każda z nich… Zresztą w pewnym sensie rzeczywiście się znała. Powiedzmy, srebrzyste „skrzydełka” na piersi po prawej, oznaczające dla Andrija dziesięć skoków spadochronowych w trzy dni (a potem jeszcze co najmniej dziesięć rocznie), wodowanie w pełnym oporządzeniu (kiedy musisz zdążyć wyswobodzić się z plecaka, żeby nie zaplątać się w linki i nie utonąć), nocny desant i umiejętność wypłynięcia w butach i z karabinem dla niej też coś znaczyły. A mianowicie: łup. Pensję większą niż u tych, którzy takiej odznaki nie mają. Trochę lepiej odkarmioną ofiarę.
I Andrij złapał się na haczyk.
Nic dziwnego w przypadku chłopaka, którego dręczy uczucie pustki w piersi.
Następnego dnia, gdy wychodził z kwatery głównej w Aubagne już jako zwykły chłopak w dżinsach i polarowej bluzie, jego życiowy plan znów liczył nie więcej niż dwa punkty. Ale tym razem drugim
40 | Illarion Pawliuk Widzę, że interesuje cię ciemność był powrót do Marsylii – do tamtej dziewczyny. Co do punktu numer jeden, to Andrij przede wszystkim poszedł do banku i wypłacił cały swój zarobek co do ostatniej kopiejki – cztery kilogramy pieniędzy w paczkach po pięćdziesiąt euro. Dwieście tysięcy z hakiem.
Wszystko, co miał.
Wydawało się, że jego droga życiowa jest rozjarzona światłem i pewnie biegnie naprzód i w górę, ale wszystko zmieniło się w ciągu niecałych dwóch miesięcy, gdy powiedziała mu sakramentalne:
„Między nami koniec”. Ciepłego majowego wieczoru Andrij opuścił ich drogo urządzony apartament na Lazurowym Wybrzeżu, na przedmieściach Tulonu. Na plecach miał ten sam wojskowy plecak, tylko o cztery kilogramy lżejszy. Ale ból rozstania był tak silny, że o straconych pieniądzach nawet nie pomyślał. Ostatni raz, oglądając się na okna rodzinnego gniazdka, które sam uwił, Andrij po raz pierwszy od wielu lat wypowiedział krótką mantrę: zdanie, które pomagało mu odgradzać się od rzeczywistości jeszcze w szkole.
– Sram i gram – oznajmił z fałszywym zacięciem chłodnemu światłu okien, żółtym latarniom, mokrej po deszczu ulicy. I pewnie ruszył przed siebie, tym razem bez żadnego punktu w życiowym planie.
Po powrocie do Kijowa Andrij poszedł do pierwszego lepszego batalionu ochotniczego, a świadomość, że znów robi coś naprawdę znaczącego, solidnie podniosła go na duchu. Rok później został ranny i na front już nie wrócił; era dobrobatów * dobiegła końca. Do sił zbrojnych go nie wzięli, Andrij nie przeszedł komisji, poległ na konsultacji z psychologiem. Tak znów znalazł się w cywilu i szybko zanurzył w tym lepkim stanie, kiedy świat dookoła wydaje się pozbawiony sensu i patrzysz na niego, jakby był namalowany na tapecie.
A potem zaczęły się „zapaści”.
Każda dziewczyna w hidżabie, którą widział w centrum Kijowa, wybijała go z rzeczywistości – wydawało się, że piasek zgrzyta mu w zębach, czuł zapach spalenizny i smaru do broni, i nie potrafił
* „Dobrobaty” (ukr. добробати) – potoczne określenie batalionów ochotniczych, które powstały w Ukrainie w 2014 roku w odpowiedzi na agresję rosyjską (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
pomyłka numer dwa | 41 pozbyć się wrażenia, że jest w dwóch miejscach naraz. W trzasku chińskich fajerwerków słyszał obłędny okrzyk: „Padnij!” i parę razy nie zdołał powstrzymać szalonej chęci, by runąć na asfalt, choć jakąś częścią mózgu rozumiał, gdzie jest i co się dzieje. „Zapaści” zdarzały się coraz częściej i coraz trudniej było mu kontrolować własne zachowania. Najgorsze jednak, że po takich incydentach Andrija zalewały wspomnienia – bardzo wyraziste, pełne dźwięków i zapachów, uczucia wiatru na policzkach i bólu w nogach zmęczonych wojskowymi butami. I za każdym razem wspomnienia prowadziły go w to samo miejsce; na zwykłą wąską uliczkę między lepiankami w afgańskim kiszlaku w prowincji Kapisa.
Wchodzi w półmrok jednego z domów, dociskając kolbę do ramienia, a jego wzrok i celownik stają się jednym.
Kiedy pamięć wypychała na powierzchnię ten epizod, uczucie pustki w piersi stawało się nie do zniesienia i Andrij pił, żeby choć trochę je stłumić. Sam nie zauważył, jak zawęził swój świat do dna puszki piwa.
A potem pojawił się Walerka.
Walerka był śledczym w sprawie Andrija, a Andrij był po uszy w gównie. Oto, co narobił.
Stało się to w zwykłej kijowskiej marszrutce, gorącej i koślawej, napchanej ludźmi po brzegi. Andrij jechał, nasunąwszy na brwi naleśnikowatą afgańską czapkę pakol, pogrążony w myślach. Nagle do kieszeni na piersi jego kurtki wsunęła się czyjaś ręka. Spokojnie obserwował, jak obce palce najpierw dość długo szamoczą się z guzikiem kieszeni, a potem wyciągają stamtąd jego portfel; jak to mówią, spod samego nosa. Wtedy Andrij łagodnie objął złodzieja za potylicę i, pochylając się nad nim, poprosił, żeby oddał skradzioną rzecz. Zamiast tego złodziej, udając oburzenie, zaczął bełkotać, że to nie on i że przykro mu słuchać bezpodstawnych oskarżeń. Chłopak miał akcent. Kto wie jaki. Najważniejsze, że wschodni; miękki, z chrapliwymi „ch” i „k” – i Andrij w jednej chwili znalazł się gdzieś daleko, tam, gdzie wiatr niesie zapach spalenizny i echo tęsknego śpiewu muezina. I tam, daleko, bynajmniej nie prowadził go rozum. Prowadziły go instrukcje bezlitośnie wbijane w korę mózgową przez
42 | Illarion Pawliuk Widzę, że interesuje cię ciemność cztery piekielne miesiące kursu szkoleniowego, nie dające przestrzeni na wahanie czy zastanowienie.
Nóż sam wysunął się spod kurtki i wbił się złodziejaszkowi w pachwinę. Portfel, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyskoczył znikąd i wpadł Andrijowi do buta. Wydawało się, że na tym wszystko powinno się skończyć. Nawet pozostawała mała szansa, że tak będzie.
Aż tu złodziej krzyknął do kierowcy: „Zatrzymaj się!” – i rzucił się do wyjścia, przypadkiem pociągając jakiś ważny przełącznik w głowie Andrija. I Andrij jakby zerwał się z łańcucha.
…Ocknął się dopiero na chodniku. Dookoła zebrał się tłum. Klęczącego na kolanach złodziejaszka Andrij mocno trzymał lewą ręką za włosy, dociskając kolanem jego plecy, a prawą przystawił do gardła matowe ostrze noża…
Śledczy Walerij Lwowycz był tylko o parę lat starszy od Andrija i albo sam wściekle nienawidził kieszonkowców, albo przejął się historią chłopaka. Choć pewnie jednak to drugie. Walera szanował wszystkich, którzy walczyli na wschodzie, a byłego francuskiego legionistę, który wrócił bronić kraju, tym bardziej. Jednym słowem, sam zapytał o ranę. I najwyraźniej od tego wszystko się zaczęło.
Rzecz w tym, że rana była, można tak powiedzieć, nie całkiem standardowa. W nocy pozycje batalionu zostały ostrzelane z moździerzy i Andrij pobiegł do schronu. A biegał, trzeba mu to przyznać, naprawdę szybko. I oto w pewnej chwili obejrzał się – a może po prostu stracił w ciemności orientację – i z pełną prędkością przywalił w betonowe ogrodzenie. Opowiadając, Andrij użył sformułowania „wbiłem się”, a Walera, parsknąwszy bezgłośnie, zaczął zsuwać się ze śmiechu pod stół. I choć dalszy ciąg historii wcale nie był śmieszny (Andrij zemdlał, wpadł do okopu, uszkodził kolano i złamał dwa żebra), śmiech Walerija był tak zaraźliwy, że po chwili rechotali już obaj, na wszystkie sposoby powtarzając słowo „wbiłem się” i ilustrując epickie zderzenie gestami.
Cały wieczór rozmawiali o wojnie, Legii, kobiecej podstępności i o złym losie, a następnego dnia z noża skonfiskowanego Andriuszy tajemniczo zniknęła garda. Co ciekawsze, gardy nie było nawet na zdjęciach, które teoretycznie robiono w dniu zatrzymania. A bez gardy tego noża w żadnym razie nie dało się uznać za broń białą, co potwierdził odpowiedni biegły. Co do kieszonkowca, to z jakiegoś powodu wycofał oskarżenie. Nie było więc za co sądzić Andrija. I sprawę umorzono.
A wtedy Andrij przypomniał sobie o uniwersyteckim dyplomie i zaczął współpracować z policją, jednak z powodu tamtego wydarzenia nie przyjęli go na etat.
Potem pojawiła się Alicja i Andrij na krótko zapomniał nawet o tej przeklętej pustce w piersi. Ale życiowej motywacji było coraz mniej, a sensu życia i tak nie znalazł. Przez ostatnie trzy miesiące jedyną nitką, która trzymała go na tym świecie, była mama, a teraz nie było już nawet jej.
I oto Andrij szedł przez park graniczący ze szpitalem i szczerze dziwił się, że wciąż żyje.
Ptaki dokazywały w powietrzu. Pachniało słońcem, wiosną i jakimiś dziecięcymi wspomnieniami. Pomyślał, że ponure milczenie naburmuszonych chmur byłoby znacznie bardziej na miejscu. To, że słońce nadal świeci, jakby nic się nie stało, wydawało się w pewnym sensie niesprawiedliwe… Dziwne, że w ogóle potrafi iść, bo kiedy los zadaje taki miażdżący cios, czujesz w trzewiach, że to koniec. Przeżyć czegoś takiego się nie da, a przede wszystkim – nie trzeba. Czekasz, aż sędzia zacznie odliczać, i na „dziesięć” wszelkie cierpienie się skończy. Ale nic się nie dzieje. I wtedy zdziwiony otwierasz oczy i widzisz tę cholerną odwilż i oszalałe, przeczuwające wiosnę ptaki. I rozumiesz, że nadal stoisz na ringu, a twój los dodaje ci otuchy: dalej, chłopcze, dawaj, podnieś ręce, dopiero zaczęliśmy. A powinieneś był umrzeć… W pewnym sensie nawet tego chcesz. Po tym, jak w dobę straciłeś mamę, dziewczynę i, najpewniej, dziecko… Mamę, z którą nie zdążyłeś się pożegnać. Dziewczynę, do której chciałeś wrócić. I dziecko, którego ojcem postanowiłeś zostać.
– To pan uważa, że jest ojcem. – Niemłoda ordynatorka intensywnej terapii dziecięcej spojrzała na niego znad okularów.
Stali w czystym, pustym korytarzu szpitala. Ławka obita dermą, drzwi z nieprzezroczystą szybą, dzwonek.
– Niby dlaczego? – zapytał Andrij.
– Bo formalnie jest pan obcym mężczyzną z innym nazwiskiem. Widzę pana pierwszy raz, a babcia z dziadkiem nic o żadnym ojcu nie mówili. I w ogóle, pan przecież rozumie. To intensywna terapia. Tu nawet drzwi nie powinno się otwierać bez potrzeby.
– Potem je zabiorę. Dziecko… Adoptuję czy jak to się tam robi.
– Nie jest to panu potrzebne – powiedziała ordynatorka i wydało mu się, że słyszy w jej głosie współczucie.
– Jak to „nie jest potrzebne”?
– Nie ma tam na co patrzeć. To maleństwo. Sześćset pięćdziesiąt gramów. Pan tam nawet twarzy porządnie nie zobaczy; dziecko jest zaintubowane, podłączone do respiratora. Zresztą… Jak samo zacznie oddychać, wtedy będzie można coś powiedzieć.
– A kiedy? Kiedy zacznie samo oddychać?
– Płuca dojrzewają w trzydziestym czwartym tygodniu.
– A teraz który jest?
Uniosła brwi.
– Co to, tatusiu, nie wie pan, w którym tygodniu była pańska dziewczyna?
– Ja nawet nie wiedziałem o dziecku.
– Jasne. – Kiwnęła głową. – Dwudziesty szósty tydzień. Dziecko jest skrajnym wcześniakiem. Kilka lat temu nazywano to urodzeniem żywego płodu. Plus hipoksja, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich się pojawiło na świecie. Więc… W takim wypadku nie wiadomo nawet, czy ratuje się człowiekowi życie, czy skazuje nieszczęsne dziecko na męki. I wszystkich jego bliskich też. Dlatego mówię: nie jest to panu potrzebne.
– A można jakoś pomóc? Kupić coś czy…
– U nas leczenie, jak pan wie, jest bezpłatne. – Uśmiechnęła się ponuro. – Ale leki kosztują. A jeszcze pieluchy, strzykawki, rękawiczki… Dałam dziadkowi całą listę.
– Może pani zapisać mój numer? Jak czegoś zabraknie… Jej rodzice do mnie nie bardzo… A teraz, myślę, to już w ogóle…
Zapisała jego numer. Na pożegnanie zapewniła, że robią wszystko, co możliwe i na odpowiednim poziomie. Że niby w Europie robiliby tak samo i w Ameryce też. A dalej już „wszystko w rękach Boga”.
– A pani wierzy? – zapytał Andrij.
– Wierzyć to nie nasza robota. Możemy prognozować, ale proszę mnie dobrze zrozumieć, minęła dopiero doba. Trzeba obserwować.
– Pytam o co innego. W Boga. Wierzy pani?
Jej brew znów uniosła się w zdziwieniu nad oprawką okularów.
– Widziałam za dużo śmierci, młody człowieku. I zbyt dobrze wiem, ku czemu i po co zmierza życie, żeby wymyślać sobie coś więcej.
– To czemu tak pani powiedziała?
– Żeby było zrozumiale. Nie będę panu przecież robić wykładu z reanimacji wcześniaków.
– Po prostu ja też nie wierzę.
– Może i szkoda… – powiedziała, nie wiedzieć czemu, i zamknęła za sobą drzwi.
Potem jeszcze wiele razy wspominał tamtą chwilę. To, jak dreptał przy drzwiach, wahając się, czy nie nacisnąć dzwonka jeszcze raz i nie postawić na swoim. Jak by się wszystko potoczyło, gdyby tak zrobił? Kto wie, ale na pewno ułożyłoby się inaczej. Do czego by to w końcu doprowadziło, też nikt nie potrafiłby powiedzieć. Ale bez wątpienia, wychodząc z oddziału intensywnej terapii, wybrał najdłuższą i najbardziej ryzykowną drogę ze wszystkich możliwych. Po drugiej stronie białych drzwi, w pomieszczeniu z przytłumionym światłem, leżała w przezroczystym inkubatorze maleńka, półkilogramowa kupka życia. Dziewczynka. Z jej drobniutkich rączek sterczały wenflony.
Jej maleńka buzia rzeczywiście była do połowy schowana pod paskami szpitalnego plastra, które mocowały sondę do karmienia wystającą z lalkowatego noska, i pod sprawiającą wrażenie ogromnej rurką dotchawiczą aparatu mechanicznej wentylacji… Ale gdyby Andrij tam wszedł, nie zauważyłby tego wszystkiego, bo w miękkim
46 | Illarion Pawliuk Widzę, że interesuje cię ciemność
świetle sali reanimacyjnej czekała na niego największa na świecie motywacja do dalszego życia.
Tyle że on o tym nie wiedział, więc po kilku minutach pchnął drzwi i wyszedł w słoneczny zimowy dzień, popełniając fatalną pomyłkę. Już drugą w tej historii. Pierwszą było odejście stamtąd, gdzie był szczęśliwy.
Drugą pomyłką stała się decyzja, by wyjść na zewnątrz bez motywacji do życia.
Śnieg spadł na Busłowy Sad, jakby ktoś trząsł nad osiedlem ogromnym sitem z mąką. Zmierzch natychmiast zgęstniał i czerwone światełko sygnałowe zniknęło we mgle. Mała dziewczynka, stojąc w bramie cukrowni, kręciła głową, ale światełka nigdzie nie było.
Otaczający ją świat rozsypał się jak domek z kart. W obcym miejscu zawsze tak było, wystarczyło tylko puścić rękę mamy.
Nadia już nie wiedziała, dokąd iść. Nie wiedziała, jak wrócić do domu, nie rozumiała, gdzie jest i jak wyrwać się z płaskiej przestrzeni, która otuliła ją jak zwój papieru. Kakofonia dźwięków i własnych myśli natychmiast ją pochłonęła.
Klask! Klask-klask!
Skóra odpowiedziała bólem – tak mocno Nadia uderzyła dłońmi. Ale to zawsze pomagało: dźwięk klaskania stawał się najważniejszy, jej własne ręce bliskie, a cała reszta daleka, i wracała do rzeczywistości. Za krótką chwilę świat znów wypchnie ją na powierzchnię i wtedy znów zaklaszcze.
Klask! Klask-klask!
Były też inne sztuczki. Na przykład jeśli patrzeć na coś przez splecione palce, łatwiej oddzielić kształt od tła. Ale były też takie rzeczy, które nigdy się nie mieszały i nie zlewały – nazywała je zrozumiałymi. Na przykład żółty zegar w kuchni: cienka wskazówka zawsze robi na nim takie same kroczki i zawsze wraca. Zawsze. Tak samo. Zrozumiale.
ciemność
Dokładnie wiedziała, po jakim czasie wskazówka zrobi krok, i to dawało zdumiewające poczucie komfortu. Bezpieczeństwa. I uciszało chór w jej głowie. Tylko dlatego była gotowa patrzeć na sekundnik godzinami. A mama się martwiła, potrząsała nią, bała się…
Światełko na wieży też było zrozumiałe. Dlatego zawiodło ją tak daleko od domu. Do światełka mogła iść długo, sama, i nie zapominać dokąd i po co! Nie gubić kierunku! Nigdy dotąd nie odchodziła tak daleko, ale światełko dało jej niewiarygodną siłę; mogła iść, ile chciała, dopóki je widziała. Skręcać za róg, przechodzić na drugą stronę ulicy i wciąż iść. I nie było nic bardziej czarującego niż ta długa, porywająca wędrówka!
Teraz, kiedy straciła je z pola widzenia, czuła się tak, jakby przeniosła się w obce, nieznane miejsce, więc się przestraszyła. Ale gdy przestała panikować, pomyślała, że potrafi wrócić. Rzecz w tym, że zawsze liczyła kroki; nawet gdy nie robiła tego celowo. Jakiś automatyczny licznik w umyśle dokładnie wiedział, ile przeszła. Liczby były czymś, co nie mieszało się i nie plątało w jej głowie. Jak na swój wiek Nadia liczyła po prostu fantastycznie. Mama mówiła, że „fenomenalnie”.
Teraz Nadia mogła powiedzieć całkiem dokładnie, że przeszła sto jedenaście kroków do pierwszego zakrętu, potem pięćset sześć do drugiego i dwa tysiące sześćset dwa prosto, do bramy.
Cała ta droga rysowała się w jej głowie jak niezwykle szczegółowa mapa; zapamiętała każdy dom, każdy słup, każdy płot, który wpadł jej w oczy. Jedyny problem polegał na tym, że przez śnieżycę straciła poczucie kierunku.
Klask! Klask-klask!
Cukrownia była tuż przed nią, rozciągnęła się na śniegu jak cielsko ciemnego, zmęczonego potwora, ale choćby nie wiem jak zadzierała głowę, nie mogła dostrzec sygnałowego światełka. I przez to robiło się strasznie. Dokładnie wiedziała, ile kroków jest do domu, ale nie miała pojęcia, w którą stronę iść. W którym z nieskończonej liczby kierunków… Odwróciła się powoli, ale to tylko pogorszyło sprawę. Nie, trzeba się czegoś złapać, czegokolwiek…
Klask! Klask-klask!
W ścianie cukrowni słabo świeciły otwarte drzwi. Najpierw dojdzie do nich. Drzwi nie pozwolą się zgubić; zawsze można do nich wrócić. To był niezły plan. Co więcej, to był naprawdę dojrzały, przemyślany plan. Ale ledwie Nadia dotarła do drzwi, z wnętrza cukrowni dobiegł dźwięk: „Wzzzumm-wzzzumm-wzzzumm-wzzzumm…”.
Dźwięk nie był bardzo głośny i dość daleki, ale od razu przyciągnął jej uwagę, przesłaniając inną rzeczywistość, bo powtarzał się w poszarpanych odstępach i wabił do siebie nie mniej niż to cudowne czerwone światełko.
Wzzzumm-wzzzumm-wzzzumm-wzzzumm…
Niepokój opadł, myśli ucichły, rzeczywistość nabrała głębi. Dźwięk był taki głęboki, taki spokojny. Wzywał ją, by kontynuowała wędrówkę. Był zrozumiały.
Wzzzumm-wzzzumm-wzzzumm-wzzzumm…
Blada żarówka pod sufitem ledwie rozrzedzała ciemność. Zresztą Nadia nie bała się mroku. Ciemność była nawet dobra, jeśli miało się czego chwycić ręką. Nie wypychała.
Wzzzumm-wzzzumm-wzzzumm-wzzzumm…
I Nadia przekroczyła próg, żeby po prostu posłuchać tego dźwięku jeszcze troszeczkę, i jak zaczarowana zaczęła schodzić po schodkach.
Schody prowadziły do piwnicy.
Wylot jednej z rur prowadzących do kamieniołomu był zasłonięty ogromnym wentylatorem. Bestia przywarł do niego skupiony i łapczywie wciągał powietrze. Przy każdym obrocie wentylator wydawał żałosne „wzzzumm-wzzzumm-wzzzumm”, ale on tego nie słyszał – w jego bezprzewodowych słuchawkach pięknie i przejmująco śpiewał Post Malone, przeciągając słynne: Like a rock sta-a-ar, i to pomagało Bestii odwrócić uwagę od mdłości, które na amen skręciły mu wnętrzności.
Peleryna przeciwdeszczowa z białego PVC opadała miękkimi fałdami z szerokich ramion. Jej brzegi kołysały się jak skrzydła, przez co Bestia przypominał wielkiego ptaka albo anioła. Nawet bardziej
50 | Illarion Pawliuk Widzę, że interesuje cię ciemność anioła… Gdyby nie krew. Bestia był cały nią zachlapany; od wielkiej czerwonej plamy na brzuchu aż po paciorki drobnych kropelek na czole i kościach policzkowych.
Like a rock sta-a-ar… „Gdyby wiedzieli, o czym jest ta piosenka, kiedy układają do niej choreografię na dziecięce występy…”, myślał Bestia. „Po prostu chłopak śpiewa przejmująco i wszyscy mu wierzą, nie wiedząc, o co mu naprawdę chodzi…”
Wentylator wydmuchiwał strumienie chłodu, a Bestia niemal dotykał go nosem. Tu, na dole, było dość ciepło. W katakumbach przez cały rok nie mniej niż minus piętnaście. A foliowa powłoka tylko potęgowała zaduch. Bez wentylatora po prostu by się ugotował. Nie mówiąc już o metanie… Folia pokrywała podłogę i ściany łagodnie opadającego tunelu, ciągnącego się w dół. Błyski latarek, rozwieszonych co kilka metrów, sprawiały wrażenie, jakby tunel był pokryty śluzem. Albo pajęczyną olbrzymiego pająka.
Zresztą on był pająkiem – bezdusznym drapieżnikiem, który potrafił wysysać życie ze swojej ofiary oszałamiająco długo.
Nieco dalej tunel przechodził w szeroką salę, w której z folii zbudowano przegrodę, jasno oświetloną licznymi lampami. Półprzezroczyste, mętne ściany lekko drżały od ruchu wtłaczanego powietrza, a krople krwi tańczyły na nich jak rosa w porannym wietrzyku.
Krwi było dużo. Właśnie dlatego przykleił teraz twarz do wentylatora, pozieleniałą jak pleśń.
Bestia trzymał w ręce zakrwawiony nóż.
To nie było jego pierwsze zabójstwo. O, bynajmniej nie pierwsze! A jednak zdarzało mu się to znowu i znowu. Najpierw nieziemski błogostan, a potem obrzydliwe, nieuniknione „to” – uczucie, dla którego nie wymyślono odpowiedniego słowa. A mdłości były tylko wisienką na torcie. Bestia głęboko oddychał, próbując po prostu przetrwać ten ohydny, znienawidzony stan.
„To” zaczynało się w opuszkach palców, przechodziło przez kręgosłup, wibrowało w zębach i odbijało się w potylicy. Jako tako nauczył się to opisywać, kiedy miał może dwanaście lat: „To tak, jakby
skrobać widelcem po szkle, tylko dużo gorzej – jakby pod paznokciami!” Ale i tak nikt go nie rozumiał. Można jeszcze porównać to do cierpnięcia zębów albo do prądu, ale i tak nie da się oddać całej tej niesamowitej obrzydliwości, którą odczuwał.
Bestia z całych sił trzymał przed wewnętrznym wzrokiem czarną pustkę, nie pozwalając myślom uciec tam, gdzie za polietylenową przegrodą w kałuży własnej krwi, która zaczęła już tężeć, leżała dziewczyna. Gdy tylko ten obraz błysnął mu w głowie, na moment rozrywając ciemność, Bestię przeszył nowy impuls.
Jakby ktoś podłączył elektrody do zębów i teraz kręcił gałką mocy. Zmrużył oczy, jęknął i zaczął osuwać się na podłogę. Napady stały się nieuniknioną karą za to, co robił.
Zaciskając dłonie w bezradne piąstki i chowając kciuk do środka, Bestia próbował stłumić mdłe aż do gęsiej skórki uczucie bez nazwy i skupił się na oddechu, starając się utrzymać bodaj zawartość żołądka. Zaraz przejdzie… Zaraz przejdzie… Zrozumiawszy, że nie pokona mdłości, wybiegł, zasłaniając usta dłońmi, przez wolną rurę na zewnątrz, do studni kolektora kanalizacyjnego i skulił się w bolesnym skurczu.
Dobrze, że zdążył wybiec, nienawidził, kiedy w środku było brudno. Z wyjątkiem krwi, rzecz jasna. Z wyjątkiem krwi.
Nie usłyszał, jak podeszła i stanęła na krawędzi kolektora. W słuchawkach wciąż dudniła muzyka, a on był całkowicie pochłonięty tym, żeby nie obrzygać ulubionych butów. Swoją drogą, nietanich. A jak na tutejsze warunki, to wręcz ekskluzywnych.
W końcu otarł usta i zdjął słuchawki. Powietrze wypełniało charczenie wentylatora pracującego na pełnych obrotach.
Wzzzumm-wzzzumm-wzzzumm-wzzzumm…
Pomyślał, że lepiej nie włączać go na pełną moc. Podniósł z podłogi nóż i wytarł go połami peleryny. Ostrze zostawiło tłusty brunatny ślad.
Ona go nie widziała. A raczej widziała i jego, i plafon na ścianie, i rdzawe plamy obok, i świetliste paszcze rur; ale to wszystko
Pawliuk Widzę, że interesuje cię ciemność zlewało się w jedną pstrą mozaikę, gdzie każdy szczegół był tylko bezsensownym kawałkiem kolorowego szkła. Pewnie nigdy by się nie spotkali – dwie nieprzystające skrajności ludzkiej świadomości: dziewczynka, która co chwila wypływała na powierzchnię rzeczywistości, i mężczyzna, który dawno w niej utonął. Tym bardziej że
Bestia spieszył się wyłączyć wentylator, zanim ten rozleci się w diabły, i już miał wracać do swojego legowiska.
Ale wtedy ona uniosła dłonie i zaklaskała. Klask! Klask-klask!
Drgnął i gwałtownie się odwrócił, chowając nóż za plecy. Na skraju studni stała dziewczynka z aparatem słuchowym.
Patrzyła gdzieś w kąt, jakby go nie widziała. Dłonie miała uniesione i lekko rozchylone.
Klask! Klask-klask!
Poznał ją. Imienia nie pamiętał, za to przypomniał sobie, że jej matka (Gala, zdaje się) pracuje w sklepie spożywczym. I że dziewczynka, przynajmniej tak gadali w miasteczku, jest dziwna.
Co ona tu, do cholery, robi…
– Cześć! – powiedział głośno, żeby usłyszała, i ostrożnie zrobił krok w stronę drabinki na ścianie kolektora. – Jesteś tu sama?
Błądziła wzrokiem po studni, czasem przebiegając po zalanym krwią płaszczu przeciwdeszczowym, ale ani razu nie spojrzała mu w oczy. Nie wiadomo było, czy w ogóle usłyszała, co mówi. Cholera, trudno było nawet stwierdzić, czy ona go widzi, czy nie!
– Gdzie twoja mama? – zapytał.
– Mama będzie późno – odpowiedziała nagle dziewczynka, nadal patrząc w pustkę.
Bestia z ulgą wypuścił powietrze – jest sama. Przełożył wygodniej nóż za plecami. Prawdę mówiąc, pomysł, żeby zrobić to z dzieckiem, nie podobał mu się. Ale skoro już zobaczyła go w takim stanie, chyba nie ma wyjścia.
Chociaż… Spróbował złapać jej nieobecne spojrzenie, ale dziewczynka patrzyła przez niego. Raczej go nie rozpoznała. Ależ oczywiście, że nie rozpoznała! Wątpliwe, czy w ogóle cokolwiek zrozumiała; przecież jest walnięta! Dziewczynka splotła palce i zasłoniła nimi twarz jak maską, jakby podkreślała swoją niepełnosprawność.
I Bestia się uspokoił. Teraz ją wyprowadzi i tyle. Powie: „Idź do domu!”. Komu i co ona zdoła opowiedzieć!
„Żyj”, pomyślał. „Masz szczęście, że jesteś tępa…”
– Musisz iść do mamy, maleńka – powiedział Bestia wyraźnie, żeby na pewno zrozumiała. – A co, jeśli mama się martwi?
– Umiem czytać z ruchu warg! – oznajmiła dziewczynka i przykucnęła na krawędzi kolektora.
Bestia chwycił drabinkę i sprawnie wspiął się na górę.
– Chodź! Odprowadzę cię!
Zadarła buzię do góry, wciąż chowając ją za dłońmi. Spod splecionych palców błyszczały małe źrenice i Bestia po raz pierwszy złapał jej spojrzenie.
– Znam cię! – oznajmiła nagle dziewczynka, a on drgnął.
Wciąż przyciskając ręce do twarzy, opuściła głowę, jakby mu się przyglądała, i Bestia mimowolnie schował nóż za plecy.
– Popatrz na siebie, cały jesteś we krwi! – krzyknęła głośno dziewczynka. – Co ty tam ciąłeś?
I wtedy Bestia spojrzał na nią dziwnym, dzikim wzrokiem.
Oczywiście mała dziewczynka, a do tego tak szczególna jak Nadia, nigdy nie potrafiłaby odczytać w tym spojrzeniu prawdziwych zamiarów mężczyzny w białej pelerynie.
Ale każdy dorosły, gdyby nagle się tam znalazł, odebrałby to ohydne spojrzenie jako przeraźliwie jednoznaczne.
DZIEJE SIĘ COŚ DZIWNEGO
Kawiarnia Miraż, położona w najbardziej obskurnej z miejscowych uliczek, troskliwie pielęgnowała ducha lat dziewięćdziesiątych nie tylko w nazwie i wystroju, ale też w drobiazgach, takich jak serwetki – ich rolę pełnił tu przecięty na pół ponuroszary papier kancelaryjny, który nie wiadomo skąd wziął się w XXI wieku.
W Mirażu podawali herbatę w torebkach, sałatkę Dniestr z wędzoną kiełbasą i kukurydzą konserwową, ohydne espresso (w menu zapisane przez „k”) i dumę lokalu – czebureki.
To je właśnie zamówił Walera, więc teraz trzymał jednego nad stołem jak szmatę i po gęsiemu wyciągał szyję, żeby nie uwalić się tłuszczem, który z niego ściekał. Andrij zabrał z baru swoją szklankę Jacka Danielsa i podszedł do stolika.
– Smacznego – powiedział, siadając naprzeciwko.
– Fęfuję… – Walera złapał zębami dolny brzeg czebureka i głośno wciągnął płyn. – Nie za wcześnie na łyskacza?
– To bourbon… – Andrij jednym łykiem wychylił szklankę i skrzywił się.
– Odpuść – zaniepokoił się Walera. – Mówię ci jak przyjaciel.
Przez telefon Andrij nic mu nie powiedział i teraz złapał się na myśli, że to potwornie trudne. Nawet nie wiedział, od czego zacząć. I co tu w ogóle mówić… Że zginęła? Powiesiła się?
Walera wziął serwetkę i rozmazał tłuszcz po ustach.
– Jak ty to jesz… – powiedział Andrij, z trudem powstrzymując obrzydzenie.
7 Dzieje się coś dziwnego | 55
W Mirażu, z jego serwetkami, które nie wchłaniały tłuszczu, i z kranem w toalecie, który kaszlał lodowatą rdzą, na czebureki ciężko mu było nawet patrzeć.
– A twoja Alicja to niby jak? – Walera wesoło mrugnął. – Na nią tak nie patrzyłeś! A tak w ogóle, nie myślałeś, żeby się pogodzić?
Andrij westchnął, krzywiąc się jak od fizycznego bólu.
Walera przyprowadzał ich tu, zapewniając, że smaczniejszych czebureków w Kijowie nie ma. Alicja trzymała je dwoma palcami –dokładnie tak jak teraz Walera – i śmiała się, bo trzeba było łapać brzeg zębami.
– Alicji już nie ma, Walera. Wczoraj w nocy… Kiedy jechałem do mamy…
Wziął jeszcze jednego Jacka i zamknął całą historię w pięciu zdaniach. Napój w kolorze palonego cukru obmywał mętne szklane ścianki tłustymi falami. A on jakby słuchał siebie z boku, dziwiąc się, jak mu się udaje mówić bez emocji, wyraźnie i dobierając właściwe określenia. Jakby streszczał materiały sprawy… Zaciął się dopiero przy słowach o dziecku. Zamilkł. Czekał, aż puści niewidzialna ręka, która chwyciła go za gardło.
– Jednym słowem, dziecko zdążyli wyciągnąć… – wydusił w końcu. – Jest teraz pod aparaturą… A czy będzie żyło, czy nie, nikt nie wie.
„Wszystko w rękach Boga” – przypomniała mu w głowie ordynatorka intensywnej terapii, ale nie powtórzył tego przyjacielowi, tylko jednym haustem wypił swojego Jacka i poszedł do baru po następnego. Walera starannie rozsmarowywał sobie po twarzy olej, próbując wytrzeć się serwetką, i milczał. Cisza była taka, że słychać było, jak na kuchni postukują naczynia. Innych gości nie było. Śmierdziało przypaloną oliwą.
– Czyli dzwoniła do mnie akurat przed tym… A ja nie odebrałem. Może wystarczyłoby z nią po prostu pogadać… A ja…
W gardle znów zadrapało, zamilkł, próbując się opanować. Walera cicho wymamrotał: „Boże na niebiosach”. Andrij przygryzł wargę. Odwrócił się. Milczał chyba z pół minuty.
– Obwiniasz się? – zapytał cicho Walera.
| Illarion Pawliuk Widzę, że interesuje cię ciemność
– Sram i gram… – powiedział głucho Andrij, nie patrząc na przyjaciela. A potem podniósł na niego wzrok. Oczy miał suche. Tylko w lewym pękło mu naczynko. – Ja się żywcem zżeram od środka, Walerko… Żywcem się zżeram…
Znów wychylił do dna… Alkohol już szumiał w głowie dalekim morskim przybojem.
– Ja zaraz… – powiedział Andrij.
Nie miał ochoty płakać przy przyjacielu. W końcu byli bardzo różni. Walera – z tych, o których mówi się „prosty” i „normalny”. Zwykły pracuś ze standardowo szczęśliwą rodziną, dwójką dzieci i corocznym urlopem na Mierzei Kinburnskiej. A Andrij najbardziej na świecie bał się właśnie takiego spokojnego i standardowego szczęścia, jakie było udziałem Walerija. Od dziecka. Odkąd urósł na tyle, żeby zrozumieć, jak podobny jest w ich rodzinie każdy kolejny rok do poprzedniego. Każdy czerwiec do każdego czerwca, każdy piątkowy wieczór – do piątkowego wieczoru… Andrij próbował to wytłumaczyć przyjacielowi. Przyjaciel, jak zawsze, powiedział: „Lubisz ty, Andriucha, wszystko komplikować”. Może tak właśnie jest… Może tak jest…
Długo mył się w tamtejszej maleńkiej toalecie. Potem wsunął ręce pod suszarkę, ale nie działała. Papierowych ręczników nie było i Andrij byle jak rozmazał resztki wody po twarzy. Odbicie patrzyło na niego zaszczutym wzrokiem bitego psa.
„Telefony nie mają tu nic do rzeczy”, odezwał się w myślach do odbicia. „Jest o wiele gorzej, bracie, sam wiesz”.
Andrij wrócił do stolika już z czwartą porcją bourbona. Walera odwracał wzrok, najwyraźniej nie wiedząc, jak i co mówić przyjacielowi w takiej sytuacji. Skupiony pocierał serwetką palce, próbując wytrzeć tłuszcz, ale ten nie wsiąkał. W końcu zgniótł serwetkę, rzucił na kupkę takich samych i, wzdychając, wyciągnął nową.
– Słuchaj, Andriusza – powiedział w końcu, patrząc na przyjaciela. – Tam, w kiblu, jest mydło?
Andrij nie powstrzymał uśmiechu.
– Walera, to najbardziej gówniane współczucie na świecie, wiesz o tym?
– No, ja po prostu…
Rozejrzawszy się, Walera sięgnął do zasłony i z obrzydzeniem wytarł palce o tkaninę. Z wahaniem spojrzał na ręce. A potem wytarł je o dżinsy i zadowolony chrząknął.
– Ja… Jestem naprawdę w szoku – powiedział. – Nie wiem, co w ogóle powiedzieć… Ty ją kochałeś, a tu coś takiego.
– W tym rzecz, że nie – ponuro powiedział Andrij.
– Co „nie”? – dopytał Walera.
– Kochać trzeba umieć, Walera. A ja jeszcze nawet nie próbowałem… Kiedy powiedziała, że jest w ciąży, uciekłem. Mógłbym zostać, gdybym chciał? Mógłbym. Ale nie chciałem. Nie chciałem z nią dzieci. Wyliczałem te wszystkie dni z kalkulatorem… A czy to w ogóle ma znaczenie, jak się zastanowić? Przecież mnie nie zdradziła! Odszedłem wtedy i to na amen. Ona miała swoje życie. Potem wróciłem… Ale jakie to ma znaczenie, czyje to dziecko! Ty wiesz?
Walera pokręcił głową.
– Właśnie, żadnego – powiedział cicho Andrij. – Jeśli kochasz, żadnego. A czy wczoraj odebrałem, czy nie, to już… szczegół. A to, że mówiłem „kocham”, a tak naprawdę, jak się okazuje, nie kochałem… Banane, Walerku…
– Jaki znowu banan? – zapytał niepewnie Walera.
– W Legii tak nazywali wpadkę.
Andrij westchnął i wlepił wzrok w ceratowy obrus.
– Wiesz, Walera, jaki był mój pierwszy banane w Legii… Zajumałem dwa kilo mięsa ze stołówki oficerskiej. Nie dla siebie, jasne… Podczas szkolenia trzymali nas na głodzie. Celowo, odsiewali zbędnych. A ja miałem dyżur w oficerskiej stołówce. No i chłopakom na weekend… usmażyłem… baraninę, porządny kawał. No i wyszło, kto. Przyszli do koszar. Wszystkich na podłogę, pompki, a mnie za stół. I stawiają taką michę paelli. Pyszna! Można oszaleć… Tylko że tam porcji ze dwadzieścia chyba, Walera. Tymczasem, dopóki nie zjesz, wszyscy robią pompki. Ty jesz, oni się zwijają. Tak to. Ja ją chyba godzinę jadłem… Godzinę… – Podniósł na Walerę ciężki wzrok i jakby w jednej chwili postarzał się o dziesięć lat. – A tu wyszło, że nie mięso ukradłem, tylko wyrwałem sobie kawałek beztroski, rozumiesz? Chciałem pożyć bez problemów… I proszę: cała micha!
58 | Illarion Pawliuk Widzę, że interesuje cię ciemność
Żadnych problemów: ani dziewczyny, ani dziecka, ani mamy… Żyj sobie i ciesz się… Tylko inni za to płacą…
Andrij skrzywił się i znów sięgnął po szklankę. Walera przykrył ją dłonią już w połowie drogi do jego ust.
– To ty, bracie, głęboko kopiesz…
– Miłość, oto, co jest głęboko. A ja jeszcze nawet się nie zbliżyłem. Andrij znów spróbował podnieść szklankę, ale Walera nie pozwolił.
– Tobie by się przydała delegacja, co? Zmiana otoczenia, robota. Akurat jest coś dla ciebie…
– A gdzie ty mnie możesz wysłać ze swojego rejonowego wydziału! Na Obołoń?
– Dalej, no przyczep się jeszcze! Wysłać nie mogę, ale polecić komuś w komendzie głównej, owszem. To jest dokładnie pod twój profil. Pokażesz się, jest to zawsze jakaś perspektywa…
– Ja pasuję, Walerku… Chyba lepiej będzie, jak miesiąc po prostu przesiedzę w domu.
– Oho, co za brednie! Ktoś już kiedyś, zdaje się, przesiedział.
Andrij odsunął jego rękę i znów podniósł szklankę.
– Andriucha, ja serio! – Walera przechwycił jego nadgarstek i zabrał bourbon. – Przestań pić! I w domu siedzieć ci nie wolno, jasne? Czy ty zapomniałeś, jak się poznaliśmy? I kim ty byłeś!
– Kim?!
– Sam wiesz! Serio się o ciebie martwię.
Oczywiście, że miał rację. Andrij był tym, kto zwinął się w kłębek na dnie szklanki i pewnie by tam zdechł. Tym, kto potrafił oprzytomnieć na środku ulicy z nożem przyłożonym do gardła jakiemuś chłopakowi. Tym, którego oblewa psycholog na komisji lekarskiej. Tym, kto może wsiąść do pociągu i wyjechać na zawsze. W dowolny dzień, gdy tylko poczuje zapach spalenizny i oleju do broni. Gdy usłyszy wschodni akcent albo zobaczy dziewczynę w hidżabie… Albo po prostu budząc się z niejasnym poczuciem zmęczenia i tęsknoty.
– Może rzeczywiście lepiej wyjechać w delegację… – powiedział Andrij niespodziewanie dla samego siebie.
– Lepiej, lepiej! – ożywił się Walera. – Tam wszystkie materiały już są zebrane, czekają na ciebie! Bilety kupimy…
Rozdział 7 Dzieje się coś dziwnego | 59
Walera zaczął opowiadać o samej sprawie, ale Andrij nie słuchał. Alkohol już uczynił myśli splątanymi i powolnymi. W jego piersi tęsknota utkwiła jak tępy gwóźdź.
– Walera! – przerwał Andrij w pół słowa. – Daj papierosa.
– Przecież rzuciłeś…
– Tylko jednego…
Walera skrzywił się z dezaprobatą, ale podszedł do wieszaka i wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni. Papierosy okazały się mentolowymi slimami i w innej sytuacji Andrij by sobie z niego pożartował. Ale teraz w milczeniu wyciągnął jednego z paczki.
– Poczekam na rachunek i spadam – powiedział Walerij.
– Daj spokój, Walera. Ja tu tyle łyskacza w siebie wlałem, a ty zamierzasz płacić…
– Mówiłeś, że to bourbon! – Walera mrugnął do niego i podał zapalniczkę. – Dzisiaj stawiam.
A potem nagle zgarnął go w objęcia i tak stali długo w milczeniu…
Dopiero na zewnątrz Andrij uświadomił sobie, jak mocno śmierdziało w Mirażu wielokrotnie przepalonym olejem. Ciężki, zjełczały zapach wlókł się za nim jak niewidzialny lepki płaszcz, czepiając się ubrań i włosów. A tu powietrze tchnęło zimową świeżością. Andrij z przyjemnością wystawił twarz na lekki, rześki wietrzyk, próbując pozbyć się z głowy watowatej ciężkości.
„Ile ja wypiłem?”, zastanowił się. „Nie tak mało jak na drugą po południu”.
Na matowoczarnej Zippo Walerija był kolorowy obrazek złośliwego klauna z piekła rodem. W wyprostowanej ręce z długimi żółtymi paznokciami ściskał okrągłą, podobną do kuli armatniej bombę. A na loncie, który z niej sterczał, już tańczył raźny, iskrzący płomyczek. „Klink!” – powiedziała zapalniczka i górna część klauniej głowy odskoczyła w bok razem z klapką.
Gdzieś niedaleko zawyła syrena zbliżającej się karetki, a może radiowozu. Andrij jednak tego nie zauważył, bo jego uwagę pochłonął piekielny klaun na zapalniczce. Przysunął ją do końcówki
60 | Illarion Pawliuk Widzę, że interesuje cię ciemność papierosa. Ten ruch wydał mu się nienaturalnie płynny i w myślach odnotował, że porządnie się upił. Palec spoczął na karbowanej powierzchni krzesiwa. Kółko przekręciło się z przyjemnym trzaskiem, a w następnej chwili trysnęły spod niego ostre pomarańczowe iskry, samotna nitka dymu wykonała ze dwa tęskne taneczne pas wokół lontu, ale ogień nie zapłonął.
Andrij zaklął i przekręcił kółko jeszcze raz. Z takim samym rezultatem.
Gdzieś w głębi świadomości przemknęła nieśmiała myśl, że wycie syreny jest już cholernie blisko, ale to spostrzeżenie nie wypłynęło na powierzchnię, tonąc w miękkich falach alkoholowego rozkojarzenia. „No, zapal się!”, powiedział i trzeci raz przekręcił krzesiwo. Nic.
Syrena pędziła wzdłuż ulicy jak nurt rzeki, która wyrwała się z brzegów. Gdyby w tej chwili Andrij z kimś rozmawiał, ten przeszywający dźwięk, od którego bolały uszy, trzeba by było przekrzykiwać.
Ale jego jedynym możliwym rozmówcą był narysowany klaun, więc
Andrij w skupieniu hipnotyzował bombę w jego ręce, bo narysowany lont zrobił się jakby krótszy…
„To tylko alkoholu we krwi masz jakby więcej”, zaprzeczył sam sobie. Narysowany pomarańczowy wesoły płomyczek naprawdę niemal zanurkował w stalowy brzuch bomby. A przed chwilą wydawał się taki, jakby dopiero co go zapalili… „A idź ty”, powiedział
Andrij w myślach do klauna i znów pstryknął zapalniczką. Snop iskier wyszedł wspaniały. Przez moment zdawało się, że ta próba się udała, ale zapalniczka zdobyła się tylko na nitkę gęstego dymu. „Benzyna”, domyślił się.
Zamknąwszy Zippo, Andrij porządnie nią potrząsnął i znów podniósł. „Lont na bombie na pewno był dłuższy…” Zmarszczył brwi, ale ta myśl natychmiast zgubiła się w wirze pijackich obrazów. Andrij pokręcił głową i odchylił klapkę.
Melodyjne „klink” całkiem rozpuściło się w bliskim wyciu syreny, bo oświetlony kogutami pysk ogromnego wozu strażackiego właśnie wcisnął się w wąskie koryto krętej uliczki. Syrenę teraz można było nie tyle słyszeć uszami, co wręcz samą skórą. Ale Andrij tego nie
Rozdział 7 Dzieje się coś dziwnego | 61 zauważał, bo całe jego ja skupiło się na opuszce kciuka, który oparł się o kółko krzesiwa. Pstryk! Gęsty snop iskier wyprysnął z okopconej powierzchni krzemienia i knot, wydawszy przestraszony dźwięk, jednak zapłonął.
Najwyraźniej Andrija zbyt mocno pochłonęło to zadanie i dopiero teraz jego pijany mózg zwolnił miejsce na coś innego. Bo ledwie pomyślał: „Jest!”, a żółtopomarańczowy płomień zaczął łaskotać zwisający nad nim koniec papierosa. Poczuł się tak, jakby nad jego głową pękła gruba skorupa lodu. Szalonym strumieniem dźwięku na Andrija spadło wściekłe wycie strażackiej syreny. Uderzyło go nawet nie w uszy, tylko dużo głębiej – w rdzeń kręgowy, w brzuch, w czubki palców u stóp – i Andrij podskoczył jak oparzony, w jednej chwili uświadamiając sobie, że stoi na samym skraju wąziutkiego chodnika, który nie ma nawet krawężnika; że po jego stronie ulicy nie stoi zaparkowany ani jeden samochód, a kolos strażacki zajmuje, zdaje się, całą uliczkę. I że właśnie tutaj, przy wejściu do kawiarni Miraż, uliczka się wygina, więc kierowca musi się bardzo postarać, żeby nie przejechać po miejscu, gdzie teraz odpala mentolowego papierosa nieetatowy ekspert policji, obiecujący psycholog kryminalny Andrij Hajster.
Wszystko to przemknęło mu przez głowę z prędkością błyskawicy. I zanim wisząca nad nim krwistoczerwona kabina wpadła mu w pole widzenia, jego ciało rzuciło się do ucieczki. W głowie rozbrzmiewało paniczne: „Nie zdążę!”, ale nogi jakby same wyprostowały się w dzikim skoku gdzieś do tyłu i w bok. Machnął rękami, żeby pomóc odsunąć z drogi tułów, który okazał się tak niezdarny, i wewnętrznie skulił się w oczekiwaniu nieuniknionego zderzenia. W twarz i klatkę piersiową uderzył zwarty strumień gorącego powietrza pachnącego olejem silnikowym.
Śnieżnobiałe drzwi kierowcy rozmazały się w tłustą smugę, jakby namalowaną na boku półprzezroczystego czerwonego ducha – i wóz strażacki przemknął obok niego. Zapiszczały hamulce, kakofonia dźwięków osiągnęła kulminację i nagle wszystko ucichło. Uliczka znów stała się tak samo bezgłośna jak kilka sekund wcześniej. W ustach Andrija telepał się złamany papieros.
Wóz strażacki zatrzymał się jakieś dziesięć metrów dalej, milcząco migając kogutami. Drzwi od strony kierowcy się otworzyły i na wąski chodnik wyskoczył mężczyzna.
– Dobry pomysł – mruknął Andrij pod nosem i zdecydowanie ruszył mu naprzeciw. – To trzeba omówić.
Jego kroki nie były tak pewne, jak by chciał, a kierowca okazał się wielkim chłopem – nie mniejszym od Andrija. Najważniejsze to zrozumieć, czego on chce. Coś w zachowaniu kierowcy podpowiadało, że nie należy przepraszać. A jeśli tak, lepiej przywalić mu jako pierwszy. Takiemu bykowi zawsze lepiej przywalić jako pierwszy…
– Słuchaj, no! – zawołał Andrij, próbując dojrzeć wyraz jego twarzy, ale świat wokół już pokrył się alkoholową mgłą. – Ty widzisz, gdzie jedziesz, paszczanie?!
Zdążył zauważyć, że powiedział „paszczanie”, i pomyślał, że wargi w ogóle go nie słuchają, kiedy nagle kierowca przyspieszył. Jego ogromna sylwetka poruszała się nienaturalnie szybko, jakby gość próbował pobić rekord w chodzie sportowym, i Andrij stanął, gotów się bronić.
I wtedy wreszcie zobaczył jego twarz.
Pewnie sami wiecie, że w ekstremalnych okolicznościach alkohol potrafi nagle wyparować. Jeszcze przed chwilą w głowie chlupotało łagodne, słoneczne morze, a nagle znów umysł masz jak brzytwa, mózg myśli jasno, jakbyś to nie ty przed chwilą nie potrafił wydusić słowa. Zwykle dzieje się tak, kiedy wydarza się coś naprawdę poważnego. Poważnego i jednocześnie bardzo złego. W tej chwili, kiedy Andrij przyglądał się kierowcy wozu strażackiego, stało się z nim właśnie to. Bo trudno wyobrazić sobie coś poważniejszego i jednocześnie straszniejszego niż zobaczenie kilka kroków od siebie czegoś takiego.
Ten człowiek nie miał twarzy. Wszystkie potrzebne zagłębienia i wypukłości jakby były na miejscu, ale rysy narysowano dość topornie. Śmieszny, dziecięcy nosek na niepewnym wzniesieniu pośrodku, niezdarnie obrysowane brwi, jakieś lalkowe rumieńce i idiotyczny krzywy uśmiech w miejscu, gdzie o ustach nie było nawet mowy. A najważniejsze – oczy. Ogromne, niezgrabnie wyprowadzone
Rozdział 7 Dzieje się coś dziwnego | 63 pociągnięciami farby, która wyschła i pokryła się pajęczyną drobnych pęknięć. Białka tych oczu były nakreślone jaskrawym błękitem, a maleńkie kropki źrenic płonęły szaleńczą bielą.
Andrij zamarł na ułamek sekundy, po czym, ku własnemu zaskoczeniu, odwrócił się i rzucił do ucieczki. Później, wspominając ten epizod, ani razu nie pożałował, że nie został, żeby sprawdzić, co się stanie, kiedy człowiek z namalowaną twarzą do niego podejdzie.
– Walerko! – Wpadł do stęchłego wnętrza Mirażu, ale stolik, przy którym powinien był siedzieć Walera, był pusty.
Andrij w jednej chwili przeciął niewielką salę i rozwarł drzwi toalety.
– Jesteś tu?
Bezceremonialnie otworzył obie kabiny. Nikogo. Zdążył pomyśleć, że Walera wyszedł, kiedy on szedł naprzeciw kierowcy wozu strażackiego, gdy trzasnęły drzwi wejściowe. Zastukały szybkie, wyczekujące kroki. Andrij działał instynktownie i ten instynkt natychmiast wepchnął go do kabiny i kazał zatrzasnąć zasuwkę. Drzwi zamknęły się z hukiem i ktoś stanął dokładnie naprzeciw kabiny. Przez chwilę zrobiło się cicho. A potem z zewnątrz uderzono w drzwi. Nie szarpnięto, nie spróbowano otworzyć, tylko właśnie uderzono; mocno, aż zasuwka żałośnie chrupnęła. Andrij odruchowo podskoczył. Ktoś pociągnął za drzwi. Teraz już nie gwałtownie, nawet ostrożnie, jakby sprawdzał, czy zamek jeszcze trzyma. Zasuwka naprawdę wisiała na włosku, nastroszona wyrwanymi wkrętami. Kolejnego uderzenia nie wytrzyma. Otworzyć samemu? Czy czekać i, gdy tylko wywali drzwi, przywalić pięścią w namalowaną mordę… Ale po tamtej stronie było cicho. Ani oddechu, ani szelestu. Na co on czeka? Żeby Andrij otworzył pierwszy? Czemu nie wyłamie drzwi, skoro już zaczął? Andrij patrzył w dół, licząc, że zobaczy buty tego, kto stoi po drugiej stronie, ale dostrzegł tylko ciemne odbicie w kafelkach. Potem, wściekły na siebie, zacisnął zęby i, odsunąwszy zasuwkę, szarpnięciem otworzył drzwi, gotów bić się choćby z samym diabłem.
Ciąg dalszy w pełnej książce
Mroczny, hipnotyczny thriller, który zaczyna się od kryminalnej zagadki, a kończy zejściem w najciemniejsze zakamarki ludzkiej natury –MARCEL MOSS

Ukraińskie Twin Peaks. Mroczna kryminalna opowieść przepełniona niepokojącą symboliką, przejmującymi ludzkimi opowieściami i strachem.
Jedna z tych książek, które zostawiają głęboki ślad w sercu – WOJCIECH CHMIELARZ
Illarionowi Pawliukowi udało się stworzyć niepokojący, pełen niedopowiedzeń świat, gdzie zbrodnia jest tylko tłem do rozważań o ludzkiej obojętności i naturze zła. Oniryzm i wszechobecna symbolika dodają opowieści szczypty magii. Od tego, kto zabił, ważniejsze staje się, czy z mrocznego miasteczka w ogóle można się wydostać! Polecam zwłaszcza tym, którzy lubią historie zręcznie wymykające się sztywnym regułom gatunku –
KATARZYNA PUZYŃSKA
Uciekający przed demonami przeszłości psycholog kryminalny Andrij Hajster trafia do zapomnianego przez Boga i ludzi miasteczka Busłowy Sad. Pewnej zimowej nocy zaginęła tam mała dziewczynka. Na domiar złego w okolicy grasuje Bestia – seryjny morderca, którego zbrodnie miejscowi wolą ignorować...
W tym przeklętym miejscu, gdzie czas się zapętlił, a ludzie wiodą życie, którego nienawidzą, śledztwo nieustannie trafia w ślepy zaułek. Mimo to Hajster wierzy, że zaginiona dziewczynka wciąż żyje i że już niedługo uda mu się ją odnaleźć. Tyle tylko, że nikomu poza nim zupełnie na tym nie zależy.
Widzę, że interesuje cię ciemność to opowieść o nieprzeniknionej ludzkiej obojętności i ciemności, którą w swoim wnętrzu nosi każdy z nas. O szczerości wobec samego siebie i o cenie, jaką jesteśmy gotowi zapłacić za zapomnienie. O grzechach, które przybierają realny kształt, i odkupieniu cenniejszym niż spokój.
Daj się porwać filmowej narracji Illariona Pawliuka, w której dziwaczne wydarzenia przeplatają się z motywami żałoby, poczucia winy i odkupienia, a wszystko to spowija chłodny realizm wschodnioeuropejskiego noir i namacalna obecność mistyki.