Skip to main content

A.Ziemiański - Toy Wars (fragment)

Page 1

Ilustracje

Grzegorz Krysiński

Lublin – Warszawa


Toy Toy Song

T

oy Iceberg otworzyła wielkie drzwi ozdobione wizytówką: „Prywatny detektyw. Paul Ice­ berg i...” Widząc to cholerne „i”, dostawała szału. „Paul Iceberg i córka”...  Weszła do ciemnego pomiesz­ czenia stanowiącego biuro. Szczęściem czynsz został zapłacony za dziesięć lat z góry. Tyle jej. Wytrząsnęła na blat wszystko, co miała w torebce. Z powodzi dro­ biazgów wyłuskiwała pojedyncze monety. Siedemdzie­ siąt centów. Majątek. Jednym ruchem zgarnęła dupe­ rele z powrotem do torebki. Otworzyła szufladę biurka i wyjęła konserwę.  Paul zmarł przed rokiem. Dwadzieścia kilka lat pra­ cował w policji, potem jako prywatny detektyw. Choler­ nik musiał mieć powiązania z mafią. Nie słyszała o żad­ nej aferze związanej z Paulem, o żadnych podejrzeniach, żadnych łapówkach, a jednak... Umierając, zostawił jej ponad sześć milionów dolarów. Na pewno mafia. Żył tak skromnie... Pracował do końca, żeby umrzeć na zawał


6

Andrzej Ziemiański

we własnym łóżku. Albo mafia, albo UFO, albo załatwił jakąś grubą rybę. Przecież tyle nie zarobił.  Otworzyła konserwę, podważając blokadę wiecz­ ka kciukiem. Wbiła widelec w mięso i zaczęła jeść, pa­ trząc bezmyślnie na swój materac z rozłożonym śpiwo­ rem pod ścianą. Była strasznie głodna, ale wiedziała, że musi zostawić sobie coś na rano, więc odstawiła pół kon­ serwy na biurko i podeszła do ekspresu z kawą. Siedem­ dziesiąt centów. Nie kupi nawet coli. Ile razy używała tego samego filtra z tą samą mieloną kawą, tkwiącego w środku? Eeee... maksimum pięć razy. Wlała do zbior­ nika wodę z kranu. Szósty raz to przecież nie dziesiąty, coś powinno naciągnąć.  Ciekawe, ile milionerek na świecie musiało pić za­ parzaną po raz szósty kawę? Pamiętała, jak spłakana po pogrzebie poszła do adwokata ojca. Akurat. Ojca... Paul adop­tował ją dokładnie półtora roku przed swoją śmiercią. Poznali się na ulicy. Chyba zrobiło mu się żal młodziutkiej prostytutki stojącej na golasa przy krawęż­ niku w Sex Side, zasmarkanej jak szlag, bo było już zim­ no. Tam nawet policjanci woleli się nie zapuszczać. Paul szukał jakiejś dziewczyny, która uciekła od rodziców. Nie znalazł. Ale spotkał Toy. Swoją „Zabaweczkę”. I wy­ ciągnął ją stamtąd. Jeszcze jeden dowód na to, że miał szemrane kontakty z mafią. Ciekawe, co dla nich robił?  Toy, już ubrana, wyleczona z zapalenia oskrzeli, z ja­ kichś względów wydała mu się strasznie fajna. Nigdy ze sobą nie spali. Grali w karty w tym biurze (oszukiwa­ ła nieporadnie – tylko się śmiał), chodzili na obiady do knajpy naprzeciw, do kina na zabawne filmy, ukła­dali na ławce w parku kostki domina. W gruncie rzeczy Paul,


Toy Toy Song

7

przy tym całym swoim starannie ukrywanym bogac­ twie, był cholernie samotnym facetem. Potem ją adop­ tował. Odtąd nazywała się Toy Iceberg. Cholera, jak to nazwisko do niego pasowało. Choć dziewczyna trochę go nadtopiła.  Kazał Toy się uczyć. Zmuszał, żeby czytała jedną książkę na dwa dni. Na początku zajęcie wydawało się męczące, bo odpytywał, ale w końcu nawet ją wciąg­nęło.  A potem zaczął uczyć „fachu”. Poznała tajniki bro­ ni palnej, dowiedziała się, jak czyścić, ładować, celować i naciskać spust. Wyćwiczyła się nawet w trafianiu do celu. Dość bliskiego, żeby być ścisłym. Nigdy się nie przyznała Paulowi, że jest krótkowidzem i bez okula­ rów widzi mniej więcej tyle, co przeciętny kret, a on się nie domyślił. Bo... bo chyba chciał mieć syna... Wyczu­ wała to instynktownie i udawała, jak potrafiła najsta­ ranniej, że nigdy nie ma miesiączki.  Miał ją uczyć dalej, żeby mogła przejąć firmę. Ale... no, umarł.  Kiedy po pogrzebie poszła do jego adwokata, przeży­ ła dwa największe zdziwienia w swoim życiu. Po pierw­ sze, zostawił jej ponad sześć milionów dolarów. Jezu! O mało majtki jej nie spadły z tyłka. Po drugie, dosta­ nie tę forsę dopiero za dziesięć lat, jeśli spełni jeden wa­ runek.  Chryste! Paul był beznadziejnym romantykiem. Nie chciał zrobić z niej rozwydrzonej laleczki wydającej for­ sę na różne zachcianki. Miała najpierw poznać życie. No kurwa mać!  Przez dwa lata była prostytutką. Średnio ośmiu klien­ tów dziennie. Policzmy, osiem razy trzysta ­sześćdziesiąt


8

Andrzej Ziemiański

pięć razy dwa... Przeleciało ją prawie sześć tysięcy face­ tów! Trzy razy złapała syfilis, dwa razy rzeżączkę. Do­ brze, że alfonsi nie żałowali na antybiotyki. Bito ją, mu­ siała stać goła tuż przy krawężniku noc w noc, a gdy szła spać, skuwali jej ręce i kneblowali, żeby nie mogła niczego zaplanować z resztą „koleżanek”. Była narko­ manką na totalnym odlocie, z charakterystycznym wy­ trzeszczem oczu i niezborną gadką. Dopiero Paul kazał ją uwarunkować na odwyku. Kto, jak nie ona, znał ży­ cie na tej planecie?  A le nie... Dla Paula to było najwyraźniej za mało. Miała przez dziesięć lat utrzymywać się, pracując jako prywatny detektyw. Cholera... Przynajmniej biuro było opłacone z góry. Firma prawnicza miała sprawdzać, czy nie zatrudnia się gdzie indziej. Jeśli przeżyje dziesięć lat jako detektyw – forsa jej. Jeśli nie, jeśli będzie dorabiać na boku, dawać odpłatnie tyłka, oszukiwać w wypeł­ nianiu warunków testamentu... Sześć milionów dolarów powędruje na cele dobroczynne.  O rany! Paul... Ty beznadziejny romantyku! Jak ty to sobie wyobrażałeś?  Zerknęła do lustra. Nic się nie zmieniło. Nadal była dwudziestojednoletnią śliczną dziewczyną. Miała duży biust, zgrabny tyłek, metr sześćdziesiąt wzrostu i... Wa­ żyła raptem czterdzieści pięć kilo. Niczym średniej wiel­ kości kurczak...  W budynku, gdzie mieściło się biuro, winda miała takie ekstrazabezpieczenie. Żeby dzieci nie bawiły się dźwigiem, wmontowano specjalne urządzenie – ukrytą w podłodze wagę. Jeśli pasażer (w domyśle dziecko) wa­ żył za mało, urządzenie nie chciało się uruchomić. Nie­


Toy Toy Song

9

stety, kiedy Toy wsiadała do windy sama, ta... nie chciała ruszyć. Wiele razy zdarzało się, że dziewczyna wchodzi­ ła na siódme piętro schodami. Wiele razy ładowała do windy wszystkie okoliczne kubły na śmieci, żeby uru­ chomić dźwig. Po prostu była za lekka.  Paul! Nie widziałeś, że twoja córka kupuje buty w sklepie dla dzieci, bo ma za małe stopy nawet na ko­ biecą miarę? Nie zauważyłeś, że w pubie nikt nie chce jej sprzedać choćby piwa? Że nie wpuszczają na film dla dorosłych, zanim nie pokaże jakiegoś dokumentu? Jak ty to sobie wyobrażałeś? Że co? Wchodzi klient do biura i widzi dziewczynę o twarzy aniołka, której nogi maj­ tają w powietrzu, bo siedząc w fotelu, nie sięga stopami podłogi, i... I co powie? „Proszę pani, dostaję anonimy, jacyś bandyci chcą mnie zabić, a pani ma ich zmasakro­ wać w trzy dni!” Paul, jak to sobie wyobrażałeś? Czy na­ prawdę nie zauważyłeś, że ta twoja baba jest tak potwor­ nym krótkowidzem, że na dziesięć metrów widzi tylko rozmazane plamy?  Toy przygryzła wargi. Odbębniła już rok. Wyszkoli­ ła się. Mydło kradła w ubikacjach na stacjach benzyno­ wych. Naczynia, plastikowe noże i widelce w fast foo­ dach. Pranie nie stanowiło żadnego problemu. Chodziła do pralni w różnych blokach, czekała, aż pojawi się jakaś baba, i kwiliła: „Proszę pani, zapomniałam proszku i ta­ tuś będzie zły...”. Zawsze dostała. A potem prosiła jeszcze o monetę do automatu. Sto procent trafień. Często do­ stawała jeszcze coś ekstra na oranżadę. Najgorzej radzi­ ła sobie z żarciem. Nie kradła już w supermarketach, bo dwa razy ją złapali. Czasem zwinęła coś w małych skle­ pikach, ale tam też musiała uważać. Usiłowała ­dorabiać


10

Andrzej Ziemiański

nielegalnym sprzątaniem. Żadnej rejestrowanej, oficjal­ nej pracy nie mogła podjąć, bo wtedy... żegnajcie, milio­ ny. Firma adwokacka była bardzo skrupulatna w kontro­ lowaniu jej działalności. Ale czasem udało się uszczknąć coś na boku za mycie kibli dwa piętra niżej. Porządkowa­ ła papiery w firmie obok. Lecz to już się skończyło. Stary szef, który ją lubił i zawsze dał parę dolców więcej, niż się umawiali, odszedł na emeryturę, a do nowej szefowej wolała nie podchodzić bez kija w ręce. Na początku swę­ działa ją głowa, potem stwierdziła, że płyn do odkażania rąk jest świetnym szamponem. Wchodziła do pierwsze­ go lepszego hotelu, podstawiała foliowy worek pod apli­ kator w toalecie i wypróżniała cały pojemnik. Gorzej jednak szło z samym myciem. W biurze, gdzie mieszkała, zamontowano tylko umywalkę. Trudno. Traktowała to jak dodatkowe ćwiczenia gimnastyczne. A szlag z tym...  Książek już nie czytała, ponieważ najbliższa bezpłat­ na biblioteka była kilkanaście kilometrów stąd. Ale mia­ ła całe mnóstwo gazet. Karni biznesmeni skrupulatnie wyrzucali wszystkie papiery do specjalnych pojemników i nie musiała nawet gmerać w jakichś ohydnych, orga­ nicznych śmieciach.  Paul, tak to sobie wyobrażałeś? Chyba nie. Jeszcze dziewięć lat.  Oparła nogi o parapet i bezmyślnie popatrzyła w okno. A jeśli dostanie raka? I tuż przed wypłatą wy­ winie orła? A jeśli przejedzie ją samochód? A jeśli cały budynek spłonie razem z nią? A jeśli splajtuje firma, któ­ ra inwestuje te miliony? Eeeee... nie. Są porządni. Li­ cząc inwestycje, kapitalizacje odsetek i takie tam różne, mog­ła się spodziewać nawet dziesięciu baniek. W wie­


Toy Toy Song

11

ku trzydziestu lat. Jeśli dożyje. Jeśli spełni warunki. Jeśli nie dostanie AIDS. Spokojnie. To przynajmniej jej nie groziło. Żyła niczym dziewica, odkąd Paul wyciągnął ją znad krawężnika.  Ktoś dotknął jej ramienia.  Okej.  Zeskoczyła na podłogę. Zwinęła się w kłębek. Prze­ toczyła pod biurkiem. „Biurko jest świetnym instrumen­ tem walki” – powtarzał zawsze Paul. „Tylko ludzie nie­ potrzebnie się za nim chowają”. Pewnie! Wskoczyła na blat. I runęła na napastnika z góry.  Paul zawsze powtarzał, że jeśli skoczyć z góry na ko­ gokolwiek, to po prostu nie ma siły, żeby tamten się nie przewrócił. Masa i pęd. Jasne. Tyle tylko, że Paul miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu i ważył sto kilo. Toy mia­ ła metr sześćdziesiąt i ważyła, ile ważyła.  Facet złapał ją w locie. I spokojnie podniósł do góry tak, że teraz bezradnie machała w powietrzu nogami, usiłując kopnąć go w twarz. Psiakrew! Miał dłuższe ręce niż ona nogi. Ale drągal. Co za goryl popieprzo­ ny... Teraz to już mogła mu tylko napluć na głowę. O, żeby go jasna zaraza... Krótka spódniczka podciągnęła się na biodrach, ukazując majtki. Nieustraszony detek­ tyw w akcji! Żenujące...  – Szybka jesteś – mruknął mężczyzna z pewnym na­ wet podziwem. – Mam cię postawić na biurko czy na podłogę? – spytał.  – Na biurko – warknęła. – Nie chcę, żebyś musiał kucać!  Nie chwycił dowcipu. Postawił ją na blacie. Teraz do­ piero miała szansę kopnąć go prosto w splot słoneczny.


12

Andrzej Ziemiański

Świnia! Po prostu złapał ją za stopę i pociągnął tak, że padła na tyłek. Syknęła, masując pośladki.  – Co będzie? – Bolało ją gdzieś w krzyżach. – Mor­ derstwo? Gwałt?  – Nie chciałem cię przestraszyć. Oferuję pracę.  – Aaaaa... – Odruchowo zsunęła kolana razem i ob­ ciągnęła spódniczkę. – W takim razie zechce pan spo­ cząć. – Wskazała mu krzesło dla klientów. Raczej nie­ używane ostatnio.  Szlag! Okulary! Tkwiły gdzieś w szufladzie biurka. A bez nich była właściwie bezbronna.  – Słucham pana? W czym mogę pomóc? – Przysia­ dła na fotelu bokiem. Samym skrajem pupy. Nie chcia­ ła, żeby widział, że gdy usiądzie normalnie, to jej stopy nie sięgają podłogi.  Zajął miejsce na krześle. Otworzyła szufladę. Ale gnój! Sięgnął szybciej niż ona i wyciągnął colta spring­ fielda wprost spod jej palców.  Uśmiechnęła się. Nałożyła okulary i zacisnęła dłoń na rugerze z krótką lufą przyklejonym taśmą pod bla­ tem.  – Nie wygłupiaj się. – Wymierzył z jej własnego pi­ stoletu. – Odklej to coś i połóż tak, żebym widział.  Posłusznie wyjęła rewolwer spod biurka. Swołocz na krześle sprawiała wrażenie, że strzeli szybciej niż ona.  Pozostała już tylko dubeltówka z obciętą lufą i kol­ bą w specjalnym uchwycie pod fotelem. Jednak na razie wolała jej nie macać.  – Czym mogę służyć? – usiłowała zakpić, ale wy­ padło to bardzo blado. Nagle przygryzła wargi. Chole­ ra... Znała go! Z gazet. To... Pat Dante! Jeden z najsłyn­


Toy Toy Song

13

niejszych najemników. Na zdjęciach miał jednak zawsze mundur maskujący. Teraz ubrał się w zwykły sweter.  – Dobra... – Dante też się uśmiechnął. – Nie wiem, ile masz tu jeszcze zamontowanych pułapek, a chciał­ bym porozmawiać bez trzymania cię na muszce. Więc daj mi to... – Nachylił się i ściągnął Toy okulary z nosa. – Wybacz, kotek – mruknął. – W interesach nie rozmawia się, mierząc do siebie nawzajem...  Załatwił ją. Odsunął krzesło aż pod ścianę. Wiedzia­ ła, gdzie jest. Mniej więcej. Ale nic poza tym.  – Nie zniszcz ich, jeśli nie zamierzasz mnie zabić od razu – poprosiła. – Nie stać mnie na nowe.  – Wiem – powiedział. – Wyglądasz w nich strasz­ nie seksownie...  – A wiesz, jak fajnie wyglądam w nocnej koszuli?  – Nie kpij. Marlowe to ty nie jesteś.  Spuściła głowę. Dubeltówka była nabita grubym śrutem. Mogłaby go załatwić nawet bez okularów, ale... Szlag! Strzeli szybciej czy nie? Wyszarpnąć, wymierzyć, pociągnąć za dwa spusty... Jezu! To Dante! Zastrzeli ją, zanim sięgnie pod fotel czy dopiero gdy będzie wycią­ gać broń?  – Mam dla ciebie robotę – powiedział Dante.  Nagle, tuż przed sobą, zauważyła puszkę z karmą dla kotów, którą niedawno napoczęła. Nie usiłowała wpierać gościowi, że żywi jakieś zwierzęta. Żaden kot raczej nie posługiwałby się widelcem, choćby plastikowym, takim jak ten, który tkwił właśnie wbity w mięso. Poczuła, że ma rumieńce.  – Nie przejmuj się – mruknął Dante. Zauważył. – Żarłem już w życiu gorsze świństwa niż to...


14

Andrzej Ziemiański

Jakoś tam przełamał lody. Nie ufała mu. Ale wie­ działa, że nie jest świnią, tak jak przedstawiały go gazety.  – Mam pojechać na Kubę i obalić reżim?  – Nie rżnij Marlowe’a... – Zapalił papierosa. – Kiep­ sko ci idzie.  – Daj mi – poprosiła.  Zapalił drugiego, podszedł i wetknął jej do ust. Mog­ łaby go zastrzelić. Mogłaby! Teraz!... Sukinsyn. Wrócił na krzesło, nie odwracając się do niej plecami.  – Zabaweczko... naprawdę chcę ci dać pracę.  Przełknęła ślinę.  – Moje warunki to...  – Dam ci dziesięć tysięcy dolców, jeśli to zrobisz. Plus pensja najemnika.  – Dychę? – wyrwało się Toy mimowolnie. – A co cię powstrzyma, żeby mnie nie zastrzelić, gdy już zrobię to coś? – Przygryzła wargi.  Musiał się uśmiechnąć. Poznała po głosie.  – Z góry wyślę czek na ciebie tej twojej firmie ad­ wokackiej. – Wiedział o niej naprawdę dużo. – Jeśli nie wrócisz... pójdzie na cele dobroczynne. Jeśli wrócisz, to sobie weźmiesz.  – Jeśli tak, to... – tym razem ona się uśmiechnęła – co mnie powstrzyma od zabicia ciebie?  – Moi ludzie – odpowiedział szczerze. – Jeśli do mnie strzelisz, oni nakarmią cię twoimi własnymi pier­ siami...  Skrzywiła się lekko. Zasrane odruchy. Ciekawe, czy zauważył?  – Powiedziałeś dycha plus... co?


Toy Toy Song

15

– Wiem, że masz kłopoty ze wzrokiem. Ze słuchem też?  – Plus pensja najemnika?  –  Mhm.  – Jezu... Dlaczego ja?  Tym razem roześmiał się na głos.  – Po pierwsze, potrzebuję ślicznej dziewczyny, po drugie, potrzebuję dziewczyny, która nie zsika się na sam widok jakiejś świni z bronią, po trzecie, potrzebuję byłej prostytutki. Mam nadzieję, że nie masz nic prze­ ciwko daniu dupy facetowi za coś tam?  – Nie – odparła równie bezpardonowo co on. – To chyba lepsze niż kocie konserwy, wiesz?  – Nie wiem. Ale wierzę ci na słowo.  Uśmiechnęła się.  – A teraz szczerze – powiedziała. – Dlaczego ja?  – Bo... – zająknął się. – Szukam dziewczyny... uczci­ wej.  – Jezu! Znajdź sobie pierdoloną zakonnicę.  Przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. Potem podra­ pał się w brodę, słyszała wyraźnie szelest zarostu.  – Pogrzebałem w twoich papierach, Zabaweczko. Pół roku temu umówiłaś się z pewną firmą. Oni mieli ci da­ wać niby-zlecenia, żebyś wykazywała się przed tą firmą prawniczą. Mieli ci płacić tyle, żebyś mogła dostatnio żyć. A za to... za dziesięć lat... zgarną połowę twojego spadku.  Zagryzła wargi. Skąd gnój tyle wiedział?  – No i? – usiłowała nadrabiać miną.  – No i... – przedrzeźniał ją wyraźnie. – Zrezygno­ wałaś z tego. Wyraźnie chcesz wypełnić ostatnią wolę


16

Andrzej Ziemiański

Iceberga. – Znowu roześmiał się na głos. – Jesteś ­głupią idealistką, Toy. I właśnie takiej kretynki potrzebuję.  Wstała ostrożnie i podeszła do ekspresu z kawą.  –  Chcesz?  –  Nie. Dzięki.  Chyba zobaczył barwę płynu w zbiorniku. Nalała sobie filiżankę. Odgryzła czubek tutki z cukrem ukra­ dzionej z jakiegoś pubu i wsypała do kawy. Pomieszała plastikową łyżką. Powoli wróciła za biurko.  – Przecież chciałam ich wyrolować – warknęła.  – Ale coś w tej twojej głupiej głowie cię powstrzy­ mało – mruknął. – I nie były to bynajmniej narkotyki, które ci serwowano przez dwa lata w Sex Side.  – Chcesz ze mnie zrobić komandosa?  Ryknął śmiechem.  –  Bez jaj!  – Zdecydowanie będę komandosem bez jaj. – Wska­ zała na swoje biodra. – Jestem dziewczyną.  – No... To ci się udało – przyznał po dłuższej chwili.  – Co chcesz mi zlecić? – spytała.  – Dowiesz się później.  – Mam się zgodzić w ciemno?  – Nie masz wyjścia, Zabaweczko.  Wstał. To widziała.  – Okulary kładę na krześle. Znajdziesz?  Wyszedł bez pożegnania.  Pognała do krzesła odstawionego pod ścianę. Nama­ cała colta springfielda i te pieprzone okulary. Kiedy mia­ ła je już na nosie, podeszła do drzwi. Psiamać! Powinny przecież zaskrzypieć. Specjalnie nikt ich nie konserwo­


Toy Toy Song

17

wał, żeby ostrzegały o nieproszonych gościach... Zerknę­ ła na zawiasy. Skurwysyn! Naoliwił je z zewnątrz, żeby ją podejść. Teraz będzie musiała nasypać piasku.

Premiera 18 sierpnia Polub nas na

facebooku

kup teraz


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
A.Ziemiański - Toy Wars (fragment) by Fabryka Słów - Issuu