Warto skorzystać z tego zaproszenia!
ISBN 978-83-7864-187-2
ISBN 978-83-7864-187-2
9 788378 641872
Cena: 39,90 w tym 5% VAT
Rozważanie Modlitwy Pańskiej
O. Leonard Głowacki, Misjonarz Oblatów Maryi Niepokalanej, jest duszpasterzem pielgrzymów przybywających do Sanktuarium Matki Bożej Królowej Podlasia w Kodniu, cenionym rekolekcjonistą, autorem scenariuszy filmowych o Matce Bożej Kodeńskiej, wielu artykułów i książek, między innymi Kodeńskiego modlitewnika rodzinnego i medytacji do codziennej Ewangelii na cały rok liturgiczny.
Ojcze nasz
Modlitwa Pańska to jakby skondensowana Ewangelia – kodeks życia uczniów Jezusa Chrystusa, którymi także my jesteśmy. Stąd też konieczne jest nie tylko ją z przyzwyczajenia – choćby nawet pobożnie – odmawiać, lecz od czasu do czasu pochylić się nad nią w dłuższej, cichej i skupionej refleksji, aby wejść głębiej w jej treść i duchowe perspektywy.
o. Leonard Głowacki OMI
Książka charyzmatycznego duszpasterza, o. Leonarda Głowackiego, ukazuje się jako szczególna pomoc w ogłoszonym przez papieża Franciszka Roku św. Józefa, który będziemy celebrować aż do 8 grudnia 2021 r. Z tej okazji Penitencjaria Apostolska udziela daru specjalnych Odpustów, między innymi odpustu zupełnego wszystkim, którzy przez co najmniej pół godziny będą rozważać Modlitwę Pańską.
o. Leonard Głowacki OMI
Ojcze nasz Rozważanie Modlitwy Pańskiej
Ojcze nasz
1
o. Leonard Głowacki OMI
Ojcze nasz ROZWAŻANIE MODLITWY PAŃSKIEJ
„Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Mk 1, 11)
Wydawnictwo AA Kraków
3
Ojcze nasz
Korekta, skład i łamanie: Wydawnictwo AA Projekt okładki: Anna Smak-Drewniak
NIHIL OBSTAT: Przełożony Prowincji Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, o. Paweł Zając OMI, prowincjał Poznań, 22 grudnia 2020, l.dz. 237/2020
Copyright © by o. Leonard Głowacki OMI Copyright © Wydawnictwo AA, Kraków 2021
ISBN 978-83-7864-187-2
Wydawnictwo AA 30-332 Kraków, ul. Swoboda 4 tel. 12 292 04 42 e-mail: klub@religijna.pl www.religijna.pl
4
Ojcze nasz, któryś jest w niebie: święć się imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. (Mt 6, 9-13) Bo Twoje jest Królestwo i potęga, i chwała na wieki. Amen
Pater noster, qui es in caelis, sanctificetur nomen tuum, adveniat regnum tuum, fiat voluntas tua sicut in caelo et in terra. Panem nostrum quotidianum da nobis hodie; et dimitte nobis debita nostra, sicut et nos dimittimus debitoribus nostris; et ne nos inducas in tentationem, sed libera nos a malo. Quia tuum est regnum, et potestas, et gloria in saecula. Amen
5
Ojcze nasz
6
PREZENTACJA
„Ojcze nasz”. Nie ma piękniejszej, lepszej modlitwy na całym świecie! Któż zliczy, ile ust ją wyszeptuje, wypowiada i wyśpiewuje każdego dnia, po wiele razy?! Ile matek uczy jej swoje dzieciątka?! Ile łask spływa przez nią do ludzkich serc?! Ilu ludzi podeszłego wieku i chorych znajduje w niej umocnienie i pokój najwznioślejszych nadziei? Modlitwa „Ojcze nasz”, Pater noster po łacinie; z łacińskiego słowa „Pater” powstało polskie – tak bardzo zadomowione – słowo: „pacierz”. Modlitwa najpiękniejsza, bo wyszła z serca i ust naszego Zbawiciela. Specjalnie dla nas, ludzi, w odpowiedzi na prośbę Jego uczniów. Zapisana w Ewangelii, stała się tą jej cząstką, którą zna i powtarza najwięcej ludzi. Niewielu jednak zdobywa się na bodaj odrobinę intelektualnego wysiłku, aby się zastanowić nad jej treścią, wejść w pokłady jej mądrości tak bardzo nam potrzebnej; za przewodem Boskiego Mistrza przemierzać przestrzenie ducha i naszego bytowania, jakie On przed nami otwiera słowami tej modlitwy. Dla wielu stała się niemal zwyczajną, a nawet uciążliwą formułką do odmawiania. Takie nastawienie nie jest świadectwem żywej wiary i nie godzi się w nim pozostawać. Natomiast uświadomienie tego stanu powinno stać się mocnym wezwaniem do przemiany. Pomocą w jej dokonaniu może się okazać ta książka. Przyznać trzeba, że modlitwa Ojcze nasz, sformułowana w odległej epoce, w innym kręgu kulturowym i właściwym mu języku, dla nas stwarza realne trudności, jeśli chcemy dotrzeć do głębszego i poprawnego rozumienia treści niektórych wyrażeń. Stąd też konieczne jest nie tylko ją zwyczajowo albo i pobożnie 7
Ojcze nasz
odmawiać, lecz od czasu do czasu pochylić się nad nią w dłuższej, cichej i skupionej refleksji, aby wejść głębiej w jej treść i duchowe perspektywy. W gruncie rzeczy otwiera ona nowe horyzonty religijności: dla współczesnych Jezusowi niesłychane i zdumiewające, a jeżeli nie są takimi dla nas, to zapewne dlatego, że z pewnymi pojęciami religijnymi jesteśmy na tyle zżyci i obyci, że się nad nimi nie zastanawiamy; może wręcz nie przychodzić do głowy, że należy i warto nie tylko je powtarzać, ale także rozważać i nad nimi medytować, ponieważ zawierają w swojej prostej szacie słownej cenne i bogate treści. Weźmy dla przykładu pierwsze słowo, tak zwaną inwokację: Ojcze! Ojcze nasz! Abba! (Tatusiu, Tato, Tatko). Jezus wyraża przez nią – wyjawia dla nas – swoją relację do Boga, a równocześnie wprowadza w nią nas, stworzenia. Nie słyszeli Izraelici, żeby nawet największy prorok tak zwracał się do Boga Jahwe, a gdyby się ośmielił, zostałby potraktowany jak bluźnierca. W ogóle Modlitwa Pańska to jakby skondensowana Ewangelia – kodeks życia uczniów Jezusa Chrystusa, życia chrześcijańskiego. Zwyczajnie jednak tak o niej nie myślimy, a nawet tego od niej nie oczekujemy; pozostaje dla nas modlitwą do odmawiania i – niestety – często płynie ona raczej z ust niż z umysłu i serca. W mojej drodze misjonarza i rekolekcjonisty z posługą przepowiadania w parafiach i we wspólnotach zakonnych, a także w grupach specjalnych, przyszedł taki moment, że za temat wziąłem właśnie Ojcze nasz. Stało się to w roku 1999, który – według programu „drogi do Ojca” – św. Jan Paweł II w ramach przygotowania do Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 ogłosił Rokiem Boga Ojca. Zainteresowanie tematem i wdzięczność za jego podjęcie odczytałem jako znak i zachętę.
8
Prezentacja
Wypada mi tutaj podzielić się pewnym doświadczeniem, które mimo upływu lat nie zatarło się w mojej pamięci. Parafia miejska, prowadzona wzorowo i nie bez pewnych eksperymentów, więc i struktura rekolekcji przedstawiała się nietypowo. Byłem już na tyle doświadczonym rekolekcjonistą, że bez sprzeciwu przystałem na ustalony program, a ze swej strony zapowiedziałem, że tematem wiodącym będzie modlitwa Ojcze nasz. W tym momencie na niektórych twarzach zauważyłem jakby rodzaj zawodu, na innych lekkie zaintrygowanie. Później, w czasie konferencji, nastawienie szybko zaczęło się zmieniać. Sposób słuchania i postawa fizyczna mówiły wiele; nie zawód, a zaciekawienie i zadziwienie, połączone z radosną, wytrwałą chłonnością. To, ku czemu zmierzam, rozegrało się w czasie ostatniego nabożeństwa. Po słowie proboszcza, który zgodnie ze zwyczajem krótko podziękował za przeprowadzone rekolekcje, w nawie kościoła ponad głowami podnosi się ręka i wstaje mężczyzna, prosząc o głos. Zaznaczył na wstępie, że jemu (im) nie wystarcza to, co zostało powiedziane i pragnie wyrazić uczucia wiernych, uczestników rekolekcji. Wyznał, że słysząc zapowiedź tematu, czuł się zawiedziony, oczekiwali czegoś lepszego. „Bo… co można mówić o Ojcze nasz…?” – powiedział dosłownie. Jednak to był stan jego ducha przed rozpoczęciem. Potem, niespodzianie dał znać o sobie inny nastrój. Dominującym uczuciem było zadziwienie i radość odkrywania rozległych pokładów myśli i spraw, których nigdy nie wyczuwał w tej modlitwie. Pragnie więc coś dodać… I tak – z wyraźną aprobatą obecnych – popłynęło przejmujące świadectwo przeżyć duchowych i słowa wdzięczności, bez zdawkowych formułek. Podobna ewolucja nastawienia, uczuć i odczuć dokonywała się również we wspólnotach zakonnych. W dobie nasilającego się kursu ideologii laickiej i – wbrew głoszonej tolerancji – zdecydowanej nietolerancji wobec chrze9
Ojcze nasz
ścijaństwa, wraz z systematycznym rugowaniem wszelkich symboli i znaków obecności Chrystusa w naszej historii, aby zatrzeć oblicze Boga Ojca w duszach ludzkich, wydało mi się bardzo na czasie wrócić do tego tematu w formie książkowej. Punktem wyjścia stały się teksty spisane z taśm magnetofonowych, a forma książkowa pozwoliła w szerszym zakresie wykorzystać literaturę, jak również osobiste rozumienie Modlitwy Pańskiej, wzbogacone w minionych latach, przez co siłą faktu tekst kilkakrotnie się wydłużył; natomiast „rozważanie”, przyjęte jako forma wyrazu literackiego, jest gatunkowo na tyle bliskie konferencji religijnej, że nie wydawało mi się konieczne zacieranie wszelkich śladów języka mówionego. Stąd też są one tu i ówdzie obecne; wśród nich apostrofy, praktyczne rady i zachęty, a także pewne powtórzenia, które mogą kogoś razić, dla innych jednak stają się pomocą, aby więcej zauważyć i zapamiętać. W duchu wiary i posługi oddaję tę książkę w ręce Czytelniczek i Czytelników z tą jedyną intencją, która mnie osobiście przyświecała w dniach pracy: aby w sercach ludzi dobrej woli, dzięki tej lekturze, pełniej zajaśniało oblicze Miłosiernego Ojca, a dzięki temu pogłębiła się wiara i wzrosła miłość do Tego, który z miłości nas stworzył, prowadzi i oczekuje we wspólnym domu wieczności. o. Leonard Głowacki OMI Kodeń, w święto Chrztu Pańskiego, 13 stycznia 2019
10
WEJŚCIE W MODLITWĘ POKORNĄ I UFNĄ
„Ośmielamy się mówić: «Ojcze»” „Ośmielamy się mówić: «Ojcze»”. Tak rozpoczynamy Modlitwę Pańską podczas Mszy Świętej. „Ośmielamy się”. Bo słowo, które chcemy wypowiedzieć, jest bardzo specjalne, niezwykłe i jedyne: Abba, Ojcze. W przekładzie polskim przyjęto formę podstawową słowa: „ojciec”, ale nie oddaje ona ciepła uczuciowego, którym tchnie użyte przez Jezusa aramejskie abba. Jest to zdrobnienie, określenie rodzinne, nabrzmiałe serdecznym uczuciem dziecka w stosunku do ojca, co w języku polskim można by wyrazić formą pieszczotliwą języka dziecięcego: tatuś, tatko, tato. Jest to zatem wielkie i drogie sercu słowo, a kierujemy je do Boga – my, biedne stworzenia. Dlatego musimy brać sobie do serca tę prawdę teologiczną i nigdy o niej nie zapominać, że „nikt nie może nazwać Boga Ojcem jak tylko «w imię Jezusa»” (A.-M. Carré, Ojcze nasz. Modlitwa Chrystusa i chrześcijan, 1975, s. 62). Wyrażenie «w imię Jezusa» spotykamy w Ewangelii więcej razy i w odniesieniu do różnych sytuacji, a to pozwala odkryć jego znaczenie. A więc np. określając nasz stosunek do dzieci, Jezus mówi: „Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje”, czyli zapewnia o swojej obecności. Więcej: Jego obecność oznacza także obecność Ojca, bo „kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał” (Mk 9, 37). I zapewnia dobry Zbawiciel: „O cokolwiek Go poprosicie w imię moje”, da wam Ojciec (J 15, 16). Tak oto Chrystus Pan wprowadza nas we wspólnotę ze swoim Ojcem, a my świadomi tej niezasłużonej łaski, zaledwie „ośmielamy się mówić”: „Ojcze nasz”. Ośmielamy się zaś dlatego, 11
Ojcze nasz
ponieważ Syn Boży nam pozwolił. Wprowadził nas w swoją relację z Ojcem – w swoją relację synowską i w swoją modlitwę do Ojca. My jednak nie zapominamy, że ze swej natury naprawdę nie mamy prawa tak mówić do Boga; dlatego to Kościół z mądrą świadomością tej prawdy wypowiada pokornie: „ośmielamy się mówić”. Natomiast w jednym z obrządków wschodnich ta prawda jest rozwinięta w formie dłuższej, pokornej modlitwy: „Zechciej nam przyzwolić, Panie, abyśmy z radością i bez zuchwałości ośmielili się wzywać Cię jako Ojca” (tamże, s. 62). A ośmielamy się dlatego, że przyjmujemy zachętę i pouczenie Pana Jezusa: „Kiedy się modlicie, mówcie: «Ojcze»” (Łk 11, 2). I za każdym razem, zarówno we wspólnocie, przy ołtarzu, jak i prywatnie, „w izdebce”, kiedy „odmawiam Ojcze nasz, odważam się na to w imię Chrystusa, to znaczy za Jego przyczyną, i On zawsze modli się we mnie”. Nieustannie, o każdej godzinie dnia i nocy płynie poprzez świat szept tej modlitwy; te same słowa, „a jeden tylko głos, wyrażający tę samą wiarę i tę samą miłość – głos Jezusa” (jw., s. 62-63). „Ośmielamy się”. Zaledwie „ośmielamy się”! Tak mówimy w formule liturgicznej, a po rozważeniu tej rzeczywistości teologicznej, jak również naszej kondycji w obliczu Boga jako stworzeń, nasuwa się krytyczna refleksja: czy wobec tego my nie okazujemy się czasami zbyt „śmiali” i „odważni”, gdy tak prosto i zwyczajnie, bez chwili skupienia, bez zastanowienia, jak coś naturalnego i nam przynależnego wypowiadamy te słowa? „Ojcze nasz…” – i sprawa załatwiona, bo to nic nadzwyczajnego. „Ośmielamy się mówić”! Przekraczamy pewien próg… Próg niedosięgły! „Na skałę zbyt dla mnie wysoką wprowadź mnie” (Ps 61, 3), pokornie prosił psalmista. Nam bardzo wypada podążać za jego myślą, przyswajać jego pokorę i postawę wobec Ojca, który jest w niebie. 12
„Ośmielamy się mówić: «Ojcze»”
*** Różny jest nasz stosunek do modlitwy. Pozytywne jest to, że niejednokrotnie stawiamy sobie pytanie – jak się modlę? Jaka jest moja modlitwa? I wyrażamy swoje wątpliwości: „nie wiem, czy moja modlitwa jest dobra. Czy ja dobrze się modlę?” Szukamy porady albo uskarżamy się: „modlitwa mi idzie trudno, nie umiem się modlić, nie potrafię się skupić”. To znowu mówimy – bodaj najczęściej: „nie mam czasu w dzień, a wieczorem już jestem zmęczony / zmęczona i dlatego się nie modlę, a jak już się modlę, to źle”. Są także inne autorefleksje, których słucham z niemałym bólem serca: „Czy to ma sens się modlić? Modlę się i modlę, i nic nie wychodzi. A gdybym w tym czasie poszła i robiła co innego, to coś by było zrobione”. Oto modlitwa człowieka małej wiary. Modlitwa mierzona doświadczeniem i miarą stosowaną w sprawach czysto zewnętrznych i materialnych. A przecież modlitwa to nie obróbka jakieś cząstki materii; to sprawa duchowa – wielka tajemnica obcowania duszy z Bogiem. Człowieka, stworzenia, ze Stwórcą. W modlitwie nie tylko człowiek jest zaangażowany, ale i Bóg, i On jest ważniejszy. Co więcej: „Człowieka można zrozumieć tylko w perspektywie Boga – uczy Joseph Ratzinger, Benedykt XVI – a jego życie jest dobre wtedy tylko, gdy żyje w relacji do Boga”. Owszem, „człowieczeństwo sprowadza się w swej istocie do relacji do Boga” (Jezus z Nazaretu, cz. 1, Kraków 2007, s. 115). W Bogu godność człowieka i siła. Gdyby Bóg nie dopomagał nawet w pracy fizycznej, nasz trud byłby daremny. To jedna z mądrości Salomona: „Jeżeli domu Pan nie zbuduje, na próżno się trudzą, którzy go wznoszą” (Ps 127, 1). Tym bardziej odnosi się to do modlitwy. To Duch Święty pobudza do modlitwy, uczy 13
Ojcze nasz
jej i ją prowadzi, a my jesteśmy współpracownikami. Istotne jest to, abyśmy rzeczywiście chcieli się modlić, poddawali się działaniu Ducha Świętego, mieli wystarczająco dużo dobrej woli, wytrwałości i pokory, dając swój czas i siebie – w postawie uległej, oczekującej, cichej i cierpliwej. „Modlitwa to nasz związek z Bogiem – mówił św. Jan Paweł II w Mentorelli, kilkanaście dni po swoim wyborze na Stolicę Piotrową. – W wieloraki sposób określa stosunek człowieka do Boga”. Właśnie to pouczenie świętego papieża może posłużyć za zwierciadło, aby zobaczyć i lepiej poznać siebie samego. Odbicie w tym zwierciadle mówi wiele: taki jestem, jaka jest moja modlitwa. Takim jesteś chrześcijaninem, katolikiem – niezależnie od stanu – jaka jest twoja modlitwa. I nic nie znaczą wszelkie usprawiedliwienia, bo modlitwa, to właśnie trwanie przed Bogiem. Nie samo rutynowe odmówienie pewnych modlitw w określonym czasie, ale świadome przebywanie z Bogiem, na ile jest to możliwe i kiedy możliwe. Z kolei pragnienie przebywania z Bogiem staje się nieustającą modlitwą, jeśli je ożywiamy i aktualizujemy, niezależnie od miejsca i czasu – w myśl wezwania św. Pawła: „Nieustannie się módlcie” (1 Tes 5, 17). Natomiast modlitwy stałe, odmawiane w określonej porze, są wielką pomocą, aby całe nasze życie stawało się coraz bardziej modlitwą. Odrywają niejako od spraw tej ziemi i kierują ku Bogu. Przeplatając nasze zapracowane życie spotkaniami z Bogiem, dzieląc je na cząstki, stają się rodzajem przypomnienia i zarazem wezwaniem, żebyśmy przyzwyczajali się żyć w obliczu Boga; modlić się i być przy Bogu w kaplicy i w kościele, jak również w drodze, przy pracy i w kontaktach z ludźmi. Żebyśmy swoim sercem byli zjednoczeni z Bogiem, niezależnie od czasu i miejsca. Niekiedy bolejemy nad tym, że nie potrafimy w człowieku chorym, cierpiącym, uzależnionym dojrzeć oblicza Chrystusa. Nie 14
„Ośmielamy się mówić: «Ojcze»”
o to też chodzi i nie to powinno być celem pracy duchowej, bo jeszcze by szatan nam podpowiedział, żeby te zeszpecone rysy chorego utożsamiać z Chrystusem. Jednak trzeba podejść do chorego człowieka z sercem zjednoczonym z Chrystusem, w duchu wiary, w imię Chrystusa. A to jest możliwe i potrzebne, i to będzie dawało siłę do pracy. Nie infantylna wiara, ale wiara mądra, pogłębiona; wiara, jaką ożywia nasze serce Duch Święty. Dobrze, że pytamy o swoją modlitwę, bo głęboka potrzeba bycia z Bogiem jest wpisana w nasze serca. Jesteśmy przez Boga stworzeni, do Boga idziemy, a jednocześnie czujemy tak bardzo, że jesteśmy tylko stworzeniem; w niektórych momentach jest to wręcz przytłaczające. Nasza słabość potrzebuje obecności kogoś innego, kochającego i mocnego. A ponad wszelkie potrzeby doczesne wybija się nie zawsze uświadamiana potrzeba bycia z Bogiem, który może pomóc w każdej sytuacji. Odczuwamy tę potrzebę, bo jako ludzie ochrzczeni mamy ducha przybrania za synów, a zatem – dopowie nam Benedykt XVI – „nie może tu zabraknąć rozmowy z Bogiem i słuchania Boga”. Rozumiemy również, że jest to wołanie Ducha w głębi człowieczego serca. W rzeczywistości bowiem słowa, które po chrzcie Janowym usłyszał Jezus z „rozwierającego się nieba”, gdy modląc się wychodził z Jordanu: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Mk 1, 11), Ojciec wypowiada nad każdym dzieckiem czy dorosłym, gdy przyjmuje chrzest święty, który „jest wejściem w chrzest Jezusa” (Benedykt XVI, dz. cyt., s. 34). W mocy sakramentu dokonuje się przybranie za syna czy córkę, i tym samym człowiek otrzymuje prawo odmawiania Modlitwy Pańskiej – „Ojcze nasz”. „Tyś jest mój syn”. Stajemy się synami w Synu. Córkami w tym Jedynym Synu. Wchodzimy w Jego jedyną relację z Ojcem, stąd też podnoszące się wewnątrz nas potrzeby dziecięce: 15
Ojcze nasz
bliskości Ojca i poczucia Jego obecności, są potwierdzeniem rzeczywistości niewidzialnej, że weszliśmy w relację synowską prawdziwego Syna, Jezusa Chrystusa. Pierwsza z tych potrzeb, to właśnie potrzeba bycia przy Ojcu, potrzeba modlitwy, pozostawania przy Nim. Dziecko nie musi bez przerwy powtarzać takich czy innych słów, gdy pozostaje przy swoim ojcu, matce. Chce być. Przytulić się. Albo przynajmniej wiedzieć, że ojciec jest obecny, że jest blisko. Pragnienia dziecięce. Te właśnie pragnienia – pragnienie obecności Boga i modlitwy – wlewa Duch Święty w nasze serca. *** Rodzić się może pytanie, dlaczego tych pragnień nie odczuwamy w ten sam sposób, jak odczuwamy je w stosunku do swoich rodziców czy do osób bliskich? Odpowiedź jest prosta: dlatego, że to są pragnienia wyższej natury, duchowej. Pod względem fizycznym człowiek rozwija się bez wpływu swojej świadomości. Człowiek nie musi pragnąć rosnąć – rozwija się i rośnie bez tego. Potrzeby fizjologiczne dają o sobie znać – chce mi się jeść, chce mi się pić, więc jem, piję i się rozwijam. Ale wszelkie potrzeby duchowe wymagają świadomej współpracy ze strony człowieka. Ja muszę sam dbać o to, aby się duchowo rozwijać. Mam niezliczone Boże talenty i dary, ale jako człowiek, istota wolna, muszę się nimi zająć i rozwijać je w sposób odpowiedni. Właśnie w tej linii mam także rozwijać potrzebę bycia z Bogiem. Rodzice powinni pogłębiać w dziecku tę świadomość, że jest Bóg, który cię kocha, jest blisko ciebie; Bóg miłujący, który wszędzie opiekuje się tobą w tym życiu i prowadzi cię do wiecznego szczęścia w niebie. Konieczne jest rozwijanie tej potrzeby, aby dusza dziecięca formowała się właściwie. A bywa niestety i tak, że tę świado16
„Ośmielamy się mówić: «Ojcze»”
mość bliskości dobrego, kochającego Boga wypacza się albo niszczy dość wcześnie, gdy dziecko jest jeszcze małe, w początkowej fazie tworzenia swego oglądu rzeczywistości, formowania postaw i zwyczajów. Jak wiele zależy od tego, w jaki sposób z dzieckiem podejmujemy modlitwę lub przypominamy jej porę! Nie może to być nakaz, broń Boże – przymus, bo skutkiem tego pacierz czy w ogóle modlitwa stanie się trudnym obowiązkiem, a więc ciężarem… Czymś narzuconym, nielubianym, do czego nie ciągnie i na co nie ma się ochoty. Jeśli matka w odpowiedniej porze zwróci się do dziecka: „A teraz, synku, córeczko, dzieci, podziękujmy dobremu Bogu, naszemu Ojcu (Tatusiowi), który jest w niebie za dzisiejszy dzień… Pomyśl, za co chcesz podziękować? Za co przeprosić? On ciągle o nas myśli i patrzy na nas, bo nas kocha, a my nie zawsze o tym pamiętamy”… Jeśli tak będzie wprowadzać w modlitwę, to na pewno pomoże dziecku wzrastać w poczuciu bliskości Boga, Boga kochającego i kochanego. Pomoże rozwijać prawdziwą modlitwę, modlitwę serca i szczery dialog, a nie tylko wyszeptać pacierz. W takiej szkole i pacierz będzie modlitwą serca. Nie zapomnę obrazu około 4-letniego chłopczyny jak w czasie Mszy Świętej podczas misji, na „Ojcze nasz” ukląkł na stopniu bocznego ołtarza, złożył rączki i wyprostowany, szeroko otwierając usta śpiewał ze wszystkimi. Jak on szczerze się modlił! Dla niego nic nie istniało poza tą modlitwą! Z uznaniem i szacunkiem myślałem o jego rodzicach, może także babci… Ktoś go tego nauczył! Chwała im za to! Bo częściej można zobaczyć inne obrazki, które nie podnoszą na duchu. W czasie świąt Bożego Narodzenia prowadzi się grupy dzieci do żłóbka – nawiedzenie Pana Jezusa w żłóbku. A jak się to odbywa? „Najpierw zaśpiewajmy kolędę”. Po kolędzie wierszyk, czytanka, coś tam jeszcze i znów kolęda – żywo, wesoło, 17
Ojcze nasz
głośno! I uroczyste: „W Imię Ojca i Syna…” – skończone. Wychodzimy! Czy takie nawiedzenie Pana Jezusa pogłębiło ducha modlitwy? Przybliżyło do Jezusa? W ten sposób zabijamy ducha modlitwy! I nic dziwnego, że dla dzieci ważniejsze niż Pan Jezus w żłóbku, stają się ozdóbki, kolorowe świecidełka, różne efekty świetlne i ruchowe, niekoniecznie spójne z tajemnicą Narodzenia Pańskiego. Za parę lat tak formowany młody człowiek przestanie chodzić do kościoła. Natomiast mądra mama czy katechetka wyjaśni tak czy inaczej, że tutaj jest tylko figurka Pana Jezusa, ale ona przypomina coś bardzo ważnego, że Pan Jezus, Syn Boży naprawdę przyszedł na ziemię i narodził się jako Dziecko. Tego Pana Jezusa pozdrówmy teraz. Spróbujmy to zrobić swoimi słowami… i zaśpiewajmy Jezusowi… Rozwijać ducha modlitwy, a nie wytwarzać nawyki, zachowania bezmyślne, rytualne, pozbawione ducha. Kto z nas wchodząc do kościoła przywita się z Panem Jezusem, jako z Kimś żywym? Czasami – chcąc nie chcąc – można zauważyć także w kaplicach adoracji Najświętszego Sakramentu zachowania rutynowe, automatyczne i zupełnie bezmyślne. Ktoś wchodzi, przyklęka machinalnie, robi szybki gest koło nosa i piersi – niby znak krzyża. Czy w ogóle myśli przed Kim klęka? Do Kogo się zwraca? Że tu jest żywy Jezus, że do Niego przyszedł i z Nim rozmawia – nie ze ścianami. Jakie to smutne! Nawiedzenie bez spotkania, bez nawiązania kontaktu, bez żywego dialogu… Kiedyś w wielkim mieście (w Polsce!) byłem świadkiem sceny niezwykle smutnej, właśnie w Kaplicy Adoracji. Nawiasem dodam, że kaplica ta była pięknie urządzona, a monstrancja naprawdę okazała i olbrzymia, rzucająca się w oczy. Wchodzi jakiś pan. Ucieszyłem się, bo była obecna tylko jedna osoba. A on, widać dobrze obeznany z miejscem, energicznym krokiem na ukos 18
„Ośmielamy się mówić: «Ojcze»”
przecina kaplicę i idzie pomodlić się przed figurą jakiegoś świętego. Zapewne wstępuje tu często, wierny swojej praktyce i w ogóle nie zwrócił uwagi na monstrancję; że to Kaplica Adoracji Najświętszego Sakramentu… Wszedł do świątyni, aby się pomodlić, a Pan Jezus nie zaistniał w jego świadomości – w tak ważnym miejscu! I w swojej samoocenie był z siebie zadowolony. Wypełnił, co należało do jego praktyk, wierny temu, co sobie postanowił, co stało się zwyczajem. Trzeba powiedzieć – pustym! Bo czy taki człowiek wie, czym jest modlitwa? Że Bóg jest ważniejszy od świętych? I czy jego modlitwa przed ulubionym świętym była rzeczywiście modlitwą? Nasze poczucie sacrum, świętości miejsca, modlitwy, żywej sakramentalnej obecności Chrystusa, Pana tej przestrzeni! Gdyby ten mężczyzna miał w sobie ducha modlitwy, to ożywiałay go świadomość miejsca, do którego wstępuje. To choćby o tym nie wiedział, zaraz by zauważył, że to jest Kaplica Adoracji i z radością, pokornie ukląkł przed Panem Jezusem. On dobrze znał to miejsce i świadomie, zdecydowanym krokiem poszedł uklęknąć przed figurą, pomodlić się do „swego” świętego. Dlaczego? Bo ma taki „pobożny” (?) zwyczaj. Niekontrolowany stereotyp! I mit swojej pobożności. Święty ważniejszy od Boga! Dopełnienie swojej praktyki, a nie praktyka modlitwy. Wobec takiego zachowania można by takiemu panu ze spokojnym sumieniem powiedzieć: „Człowieku, ty się w ogóle nie modlisz! Masz swoje nawyki i gesty rytualne, magiczne, do których jesteś przywiązany, ale wcale nie masz ducha modlitwy ani prawdziwej wiary”. Wniosek dla nas? Warto przyjrzeć się swoim różnym „pobożnym” nawykom, ocenić je w świetle wiary i – zgodnie z rozeznaniem – zmienić lub podjąć wysiłek, aby natchnąć je duchem; aby to, co ma być modlitwą, rzeczywiście nią było; abyśmy świadomie stawali przed prawdziwym Bogiem i świętymi, a to zna19
Ojcze nasz
czy: nie realizowali swoich pomysłów i nie zaliczali swoich praktyk, tylko świadomie, z żywą wiarą i pokornie oddawali cześć Bogu. *** Człowiek całą swoją istotą skierowany ku Bogu, musi uczyć się tę prawdę przeżywać w swoim życiu i wyrażać w różnych okolicznościach, we właściwy sposób. Tego trzeba uczyć się samemu i uczyć, kogo należy. Powinni uczyć rodzice: matka ojciec, może starszy brat, siostra, babcia, ktoś tam jeszcze, a potem katechetka, kapłan. Uczyć tej sztuki, żeby człowiek rozwijał się poprawnie. Bo dziecko naprawdę tęskni za Bogiem. Czasami niektóre mamusie aż się dziwią i pytają: „co to jest, że to dziecko tak słucha, jak się mówi o Bogu?” No tak, bo to dusza nieskalana, czysta, zjednoczona z Jezusem Chrystusem, napełniona Duchem Świętym przez chrzest. Ona jest spragniona Boga. Bóg jest prawdziwym pokarmem. Modlitwa jest wewnętrzną potrzebą. I jak te dzieci potrafią się spontanicznie modlić, swoimi słowami, jeżeli matka w swoje dziecko wpoiła prawdziwe poczucie wiary! Także my, jeżeli czujemy się za bardzo dorośli, musimy stawać się jako dzieci. Uczyć się takiej modlitwy dziecięcej. Jest to zadanie trudne, ale nieodłączne od drogi duchowej, od realizowania siebie według planu Bożego. Musimy wejść na drogę dziecięcej prostoty i uczyć się przebywać w żywej relacji z Bogiem. Żeby modlitwa nie była tylko obowiązkiem do odrobienia, lecz żeby stawała się coraz bardziej potrzebą, oddechem, rytmem naszego życia zewnętrznego. Potrzebą coraz głębiej przeżywaną, chociażby to bezpośrednio nie dawało pociechy duchowej. Bo i to trzeba sobie dobrze uświadomić, że pociecha duchowa a prawdziwa modlitwa, to dwie różne sprawy. 20
„Ośmielamy się mówić: «Ojcze»”
Pomyśli ktoś nie bez smutku: „ponieważ nie było wielkich radości, ani pięknych myśli, to nie było modlitwy; moja modlitwa była niedobra”. Ale przecież modlitwą jest świadome trwanie wolą i umysłem przy Bogu, spotkanie z Bogiem przez wiarę w wyciszeniu i pokoju, a nie wzniosłe myśli, emocje, wzruszenia, pociechy… Spotkanie z Kimś spoza przestrzeni i czasu. Wobec tego też nie można się dziwić, że czasami tak dotkliwie odczuwamy jakiś niedosyt – my, istoty tej ziemi – i jesteśmy niezadowoleni z siebie jako ludzie modlitwy. Odczucia te nie są miarodajne. Czasami są nawet pożyteczne, gdyż uczą nas pokornego uznawania swojej małości w Bożych sprawach oraz przynaglają do większego skupienia i wierności modlitwie. Kto świadomie trwa przed Bogiem, jego modlitwa jest dobra i według Bożego planu, we właściwym czasie, przynosi owoce. *** Wracamy do Apostołów. To była cząstka ludu Izraela, ludu żyjącego w Przymierzu z Bogiem. Wyrastali w tradycji wspominania wielkich dzieł Bożych, dziękczynienia i wysławiania, a także błagania Boga Jahwe o dalszą opiekę. Byli więc oni ludźmi modlitwy i modlili się regularnie, jak ich nauczono, ale kiedy patrzyli na modlącego się Pana Jezusa, zauważali różnicę między Jego modlitwą a swoją. Nie było to przelotne spostrzeżenie. Odczuli pragnienie takiej modlitwy i nie odkładali sprawy na potem, tylko przy pierwszej okazji – jako dobrzy uczniowie – zwrócili się do swego Mistrza z prośbą: „Panie, naucz nas się modlić” (Łk 11, 1). Mówiąc nieco inaczej: modlili się o to, aby umieć dobrze się modlić: „Panie, naucz nas się modlić”. Trzeba ich naśladować. Panie Jezu, naucz mnie dobrze się modlić! Naucz mnie skupienia przy modlitwie, żeby moje serce było przy Tobie, żeby to nie była tylko modlitwa warg, ale przede wszyst21
Ojcze nasz
kim – serca i umysłu! Wargi mogą pozostać bez ruchu. Modlitwa w sercu. To jest ta izdebka, mówiąc słowem Jezusowym, gdzie się rodzi modlitwa. Modlić się, aby być z Bogiem. Nieraz zauważają duszpasterze czy też katecheci, że w pewnych dniach zwiększa się liczba ludzi w kościele na Mszach Świętych. No, rzecz jasna, bo egzaminy! Dlatego przychodzą i się modlą; młodzież i rodzice. Modlą się gorliwie. Oczywiście, pozytywne jest to, że się modlą, jednak pytać wolno i trzeba, ile w tym czci, a ile wyrachowania? Czy nie traktują Boga dość niefrasobliwe jako pomocnika, od czasu do czasu, w krytycznym momencie? A gdy minie moment krytyczny, Bóg staje się niepotrzebny, a nawet przeszkadza i ciąży. To jest bolesne i żenujące! Tym bardziej nie można tego nie zauważyć albo przejść nad tym do porządku dziennego. Gdy czegoś potrzebujemy, to się modlimy. Modlimy się dłużej, ale jeśli Bóg nie wysłuchuje, zaczynamy się denerwować i gniewać na Pana Boga. Bo nie reaguje zgodnie z naszym planem i kalendarzem, nie patrzy na wskazówki naszego zegarka. Takie modlenie się i myślenie pokazują, że modlitwa nie jest naszym oddechem, nie jest rytmem naszego życia wewnętrznego, skoro dopiero konkretna potrzeba do niej skłania i każe prosić, bo sytuacja nagli, a tak zwyczajnie – warto sobie to powiedzieć – obchodzimy się bez Boga. Radzimy sobie bez Niego. W czym tutaj tkwi niebezpieczeństwo? Jakie sidło zastawia nasz nieprzyjaciel? Właśnie to, zbyt rzadko uświadamiane, że można się od modlitwy odzwyczaić. Wielu od niej się odzwyczaiło i tylko ewentualnie jakaś trudna sytuacja przypomina, że trzeba się modlić. A modlitwa – warto sobie powtórzyć raz jeszcze – to wewnętrzna więź z Bogiem. I o tym nigdy nie wolno zapomnieć. W modlitwie nie tylko pokazywać Panu Bogu, czego nam potrzeba, ale przede wszystkim świadomie być z Bogiem i częściej 22
„Ośmielamy się mówić: «Ojcze»”
pytać, czego On od nas oczekuje? Oczekuje nie dla swojego dobra, ale pragnąc dobra naszego, wzrostu i postępu w świętości. Przy czym owo „pytać”, w praktyce znaczy – słuchać. Trwać przed Bogiem i słuchać. Dla wielu może to brzmieć dziwnie, ale takiej modlitwy – ze słuchaniem i modlitwy słuchania bardzo nam potrzeba! Natomiast co znaczy w religijności polegać na sobie i nie pytać, tylko działać, możemy dobrze sobie uprzytomnić przywołując dzieje św. Pawła. Jeszcze jako Szaweł, faryzeusz, odznaczał się głębokim przywiązaniem do tradycji religijnej, do swojej wiary, do judaizmu. Człowiek uczony! We własnej samoocenie dokładnie wiedział, co ma czynić i jak czynić – jak służyć Bogu. Napisze później, po latach: „W żarliwości o judaizm przewyższałem wielu moich rówieśników” (Ga 1, 14). Był gorliwy, osiągał swoją sprawiedliwość poprzez uczynki. On nie potrzebował nikogo pytać i nie pytał. On wiedział dokładnie, co jest dobre, co złe. Ile czego trzeba zrobić, żeby podobać się Bogu, wypełnić swoją służbę. Wiedział dokładnie! Opierał się na swojej wiedzy, polegał na swoim rozumie. Aż u bram Damaszku spotkał Chrystusa: „Chrystus Zmartwychwstały jawi się niczym zachwycające światło i zwraca się do Szawła, przemienia jego myślenie i całe jego życie”, mówił 3 września 2008 roku podczas audiencji generalnej Benedykt XVI. Spotkanie Chrystusa przemieniło Szawła i zobaczył siebie samego w innym świetle. Chrystus przemówił i uczony Szaweł spadł na ziemię, w piasek; cała jego mądrość i cała pewność siebie, i wszystkie twarde przekonania rozsypały się w piasek. Panie, Kim jesteś? Panie, co mam czynić? (por. Dz 22, 6nn). Szaweł pyta! Przestał wiedzieć, skończyła się jego mądrość! Urwała się jego droga i widzenie, perspektywa przyszłości. Zaniewidział. Drżącego, za rękę prowadzili do miasta, do „niejakiego 23
Ojcze nasz
Ananiasza”, nieuczonego, i ten będzie go uczył prawdziwej mądrości. Można się zastanawiać, co było dla niego najbardziej bolesne i upokarzające, gdy oświeciło go i przemieniło światło Chrystusa? Sam to określił: że opierając się na swojej mądrości, w imię Boga, toczył wojnę z Bogiem, chciał zniszczyć Kościół i wytępić uczniów Jezusa Chrystusa, jako heretyków. W imię Boga – walczył z Bogiem! Tragiczne zaślepienie! Zasklepienie w sobie! Zadufanie i pycha, która zawsze zaślepia. *** Ta smutna i tragiczna możliwość jest wielką lekcją i przestrogą, że moje osobiste przekonanie o tym, co jest dobre, nie wystarczy. Może mnie zwodzić moja pycha, tak że będę polegał na sobie i z wielkim przekonaniem dążył do swoich celów, ale owoce okażą się niedobre. Tak właśnie Szaweł był pewny w swoim działaniu i w imię Boga prześladował uczniów Jezusa Chrystusa. Postawił to jako cel swojego życia. A kiedy olśniła go „jasność chwały Bożej na Obliczu Chrystusa” (2 Kor 4, 6), gdy dane mu było pojąć, że Chrystus to Bóg, uświadomił sobie, że walcząc z uczniami Chrystusa, walczył z Bogiem. Jak straszne musiało mu się wtedy wydawać to, co czynił dawniej?! Co uważał za dobry uczynek – „dzieło sprawiedliwe” – i w czym widział powód do dumy?! Dla Boga i w imię Boga, ze świętą gorliwością, czy raczej zacietrzewieniem, walczył z samym Bogiem. „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? Trudno ci wierzgać przeciwko ościeniowi” (Dz 26, 14). Boga nie zwyciężysz. Jakaż dla nas stąd nauka? Nie starczą nasze osobiste przekonania. „Bo ja tak zawsze robiłam / robiłem, to tak już będę; tak mi dobrze, ja już mam taki wiek…” Człowiek wierzący, człowiek poddany Duchowi Świętemu nieustannie kontroluje swoje myślenie 24
„Ośmielamy się mówić: «Ojcze»”
i swój sposób postępowania. Umie szczerze prosić o radę i przyjąć, posłuchać. Nigdy nie upiera się przy swoim! Upór w sprawach religijnych i duchowych jest jedną z cech nieprawego sumienia. Kto się upiera przy swoim, nie postępuje jak uczeń Chrystusa. Można pytać o wiarę takiego człowieka, bo praktycznie siebie uznaje za boga; w sobie ma źródło prawdy. Otóż Apostołowie poprosili Pana Jezusa: „Panie, naucz nas się modlić” (Łk 11, 1). Na pewno odmawiali dużo modlitw. Byli wierzącymi Żydami. Odmawiali przepisane psalmy, przestrzegali pór modlitwy. Tak, praktykowali to, do czego byli wdrożeni przez wychowanie rodzinne, ale widząc modlącego się Jezusa, doszli do przekonania, że ich modlitwie czegoś brakuje i chyba nie jest ona dobrą modlitwą. Może odczuli, że odmawiali święte słowa i byli bardziej przy tych słowach niż przy Bogu, a w postawie swego Mistrza, gdy się modlił, zobaczyli coś więcej? On modlił się inaczej. W odpowiedzi na ich prośbę Boski Nauczyciel nauczył ich modlitwy, której słowa tchnęły Duchem – którą i my powtarzamy. W związku z tym warto przypomnieć uwagę wielkiego teologa początków chrześcijaństwa, Orygenesa: „Nie wyobrażajmy sobie, że nauczyliśmy się zwyczajnie formułki modlitewnej do recytowania w określonej godzinie” (Origène, La prière, 1979, s. 74). I w tym miejscu wypada przypomnieć subtelny wywód Benedykta XVI, który zwracając uwagę na fakt, że św. Łukasz „Ojcze nasz” umieszcza w kontekście modlitwy Jezusa, podkreśla: „W ten sposób Jezus czyni nas uczestnikami własnej modlitwy, wprowadza nas w wewnętrzny dialog trójjedynej miłości, nasze potrzeby umieszcza, można by powiedzieć, w sercu Boga. Znaczy to jednak również, że słowa «Ojcze nasz» są drogowskazami wprowadzającymi w wewnętrzną modlitwę, ukazują podstawowe orientacje naszego bytu, chcą nas ukształtować na 25
Ojcze nasz
obraz Syna. Znaczenie «Ojcze nasz» nie ogranicza się do przekazania nam słów modlitwy. Mają one kształtować nasz byt, uczą nas czuć i myśleć jak Jezus (zob. Flp 2, 5)” (dz. cyt., s. 118-119). Istotnie, „Ojcze nasz” – to nie jest zamknięta formułka. To szkoła modlitwy i życia ludzi wszech czasów. Pan Jezus dał nie tylko słowa, ale dał Ducha. I do tego Ducha trzeba się wracać nieustannie, aby Jezusowe słowa umieć odpowiednio powtarzać, żeby On je ożywiał w naszych sercach; żeby udzielał naszym sercom coraz więcej z bogactwa ich treści. Bo każde z tych słów zawiera w sobie skarb światła i całe pokłady dóbr duchowych, potrzebnych nam i oczekujących na moment naszej dyspozycji, gotowości przyjęcia. Nad każdym słowem Bożym można się w nieskończoność zastanawiać, ale przede wszystkim musimy uczyć się cierpliwie trwać przy nim. Wtedy Duch Święty będzie w nas je ożywiał, sycił nimi i formował samą modlitwę – nasze serca, byśmy nie popadali w „utarte zwroty”. Będzie nas uczył oddawać cześć Ojcu „w Duchu i w prawdzie” (J 4, 23). Z kolei taka modlitwa będzie przemieniała życie. Będzie prowadzić do większej miłości Boga, i tym samym będzie pogłębiać pragnienie samej modlitwy. Równocześnie też będzie mądrze kierować ku bliźnim, przełamywać rozmaite opory, uzdrawiać relacje międzyosobowe. Prawdziwa modlitwa będzie uczyć służyć sobie nawzajem i ukazywać rzeczywiste obowiązki, jakie powinniśmy wypełniać. *** Warto sobie przypomnieć, że Duch Święty zstępując na Apostołów w Wieczerniku, najpierw natchnął ich serca wzniosłą modlitwą: uwielbianiem Boga w językach, co nazywamy glosolalią; zaraz też nauczył, jak mają wypełniać zleconą im posługę słowa i formować wspólnotę wierzących. Bez Ducha Świętego 26
„Ośmielamy się mówić: «Ojcze»”
nie ma modlitwy. Gdy się modlimy w Duchu Świętym, to Duch Święty uczy tego, co Boże. Daje nam to, co najbardziej nam potrzebne. Właśnie prowadzi nas ku Bogu i ku bliźnim, buduje więzi i ukazuje obowiązki. A jeśli tych skutków nie ma, jeśli relacje we wspólnocie są zachwiane, jeśli we mnie nie ma poczucia obowiązku, nie wykonuję swojej pracy albo ciągle czuję się przeciążony, chociaż właściwie nie wiadomo czym, świadczy to o braku działania Ducha Świętego we mnie. Nie mówię oczywiście o podeszłym wieku, który ograniczając możliwości, tym samym ogranicza obowiązki i zwalnia z pracy. Ale czasami i w młodszym wieku dbamy tylko o to, aby się nie przemęczyć, a nie widzimy, że inni się męczą. W takim przypadku można pytać o jakość modlitwy. „Gdy się modlicie, mówcie: «Ojcze»” – zapisał Łukasz Ewangelista (11, 2). „Mówcie: «Ojcze nasz»”. Ojciec! W tym miejscu dobrze jest uświadomić sobie, że w całej Modlitwie Pańskiej nie ma słowa Bóg, JAHWE. Za czasów Starego Testamentu ludzie nie odważali się wypowiadać tego najświętszego imienia. Raz w roku kapłan w dzień uroczysty mógł wypowiedzieć to imię składając ofiarę kadzenia. Boga nie nazywali Jego własnym imieniem przez ogromny szacunek i cześć dla imienia Bożego; dla samego Boga – bo imię w mentalności semickiej to była sama istota osoby Boga. W Piśmie Świętym Starego Testamentu, jeśli nazywa się Boga Ojcem, to zawsze w sensie metaforycznym. Przez to określenie rozumiano Stworzyciela: ponieważ stworzył świat, jest Ojcem. Podobnie jest nazywany poprzez stosunek do człowieka i całego Izraela: jest Ojcem, ponieważ wychowuje ich jak ojcowie wychowują swoje dzieci. Jednak nikt nie rozumiał tego określenia w tym sensie, jaki nadaje mu Jezus Chrystus i w jakim upoważnił nas zwracać się do Boga: „Wy, gdy się modlicie, mówcie. Ojcze, Ojcze nasz”. 27
Ojcze nasz
Słowa te, wypowiadane przez Jezusa, musiały brzmieć nieprawdopodobnie dla samych Apostołów. Jeden z ludzi – bo ostatecznie tak na Niego patrzyli – człowiek jak oni, owszem, ich Nauczyciel, Mistrz i Prorok-Cudotwórca, ale człowiek tej ziemi, do Boga zwraca się: Ojcze – Abba –Tatusiu, Tatko! Oni mówili – Najwyższy, Święty, Wszechmocny, Pan Zastępów, Przedwieczny, Wiekuisty, Stwórca… Używali słów określających Boga, lecz nie wymawiali imienia, a Jezus zachęca ich do czegoś więcej, do czegoś niesłychanego: „Mówcie: Ojcze!” Wolno się zastanawiać, czy od razu byli zdolni wymówić to słowo? Zapewne musieli się przełamywać – „ośmielać się”. Ojcze! Ojcze nasz! „Gdy się modlicie, mówcie: Ojcze!”. I to nowe imię, podane do wymawiania i powtarzania, zastąpiło niewymawialne imię Wszechmocnego: Jahwe. *** I tutaj musimy dokonać pewnego zabiegu, bo gdy wypowiadamy słowo „ojciec”, to w każdym sercu odbija się ono innym echem; budzi wspomnienia innej jakości, nie u wszystkich jednakowe; przywołuje sceny i obrazy nie tej samej barwy uczuciowej. Dla każdego oznacza inną rzeczywistość. Jest wiele szczęśliwych dzieci, które swojego rodzonego ojca uważają za istotę najbardziej kochającą i godną kochania. Ale niemało i takich ludzi, którzy w tej relacji doznali głębokiego zranienia na różny sposób. Ojciec nie okazał się osobą najbardziej kochającą, najbardziej godną szacunku i zaufania. A taka jest ludzka natura, że poprzez obraz ojca rodzonego, człowieka, formuje się w nas obraz Ojca, który jest w niebie. Trzeba więc sobie uświadomić, jaki jest mój obraz ojca? Ojca ziemskiego i Ojca Niebieskiego? Jeśli noszę w swoim sercu obraz Boga Ojca uformowany przez złe doświadczenia z ojcem ziemskim, to trzeba go oczyścić. Bo Ojciec 28
„Ośmielamy się mówić: «Ojcze»”
Niebieski nie jest taki, jak ten ziemski, choćby zresztą najlepszy; On jest nieskończenie lepszy od najlepszego, a nawet od ludzkiego ideału ojcostwa. „W konsekwencji musimy dopiero od Jezusa uczyć się, co właściwie znaczy «ojciec»”, napisał Benedykt XVI (dz. cyt., s. 121). Z Jego słów i postępowania, przez które objawiał Ojca, poznawać Jego doskonałość. Bóg, Ojciec Niebieski, to Ten, który naprawdę kocha, któremu nic nie można zarzucić, za którego nigdy nie trzeba się wstydzić, którego nigdy nie trzeba się bać, którym zawsze można się cieszyć, czcić Go i kochać. Jest godny największej czci, miłości i chwały. Aniołowie, aby godnie cześć Mu oddawać, ze względu na Jego świętość, padają przed Nim na twarz. A zatem pierwszy zabieg i konieczność, aby wymawiać to słowo, które stało się modlitwą w ustach Jezusa Chrystusa, modlitwą dla nas przeznaczoną: „Ojcze nasz” – to zweryfikować swoje pojęcie Boga Ojca. Jak myślę o Bogu Ojcu? Jakie jest moje wyobrażenie Boga Ojca? Czy to jest Ten, który mnie śledzi, aby ukarać i chce potępić, czy ten, który z miłości mnie stworzył, z miłością prowadzi i w miłości chce zanurzyć na wieki? Oczyścić pojęcie Boga Ojca! To jest sprawa ważna i podstawowa. Niejednokrotnie na treści uczuciowej obrazu Boga Ojca – z którym żyjemy – mogły zaważyć nieszczęsne powiedzenia, niestety powtarzane tu i ówdzie, a to fatalny błąd wychowawczy i teologiczny: „Bóg cię pokarze!” albo: „Bóg go pokarał”, gdy kogoś spotkało coś złego. Zapamiętajmy dobrze: Bóg nie jest od karania! Bóg to nie jest policjant, który śledzi i pisze mandaty! „Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3, 18). 29
Ojcze nasz
Taki jest Ojciec Niebieski, taka Jego miłość: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna Swego Jednorodzonego dał” (J 3, 16), a „słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi” (Mt 5, 44). *** W tym miejscu wypada wspomnieć o pewnym symbolu, jaki często widzimy w naszych kościołach: mam na myśli „Oko w trójkącie”, czy też „Oko wszechwidzące”. Symbol starożytny, w różnych kulturach i doktrynach różnie interpretowany. Posługuje się nim chrześcijaństwo, a przejęli go także masoni. Dlatego chcę zwrócić uwagę, że dla nas jest to symbol Boga w Trójcy Jedynego, Trójcy Świętej. Bóg wszystko widzi, ale nie jest okiem. Tym bardziej nie jest szpiegiem czy policjantem, który śledzi. Bóg jest sercem, „Bóg jest miłością”, napisał św. Jan (1 J 4, 8). A Jego oko, to oko miłości, oko najbardziej kochającego Ojca, oko czuwającej Opatrzności. I do takiego Ojca się zwracamy, do takiego Boga, który nas kocha. Niezależnie od naszej jakości; czy jesteśmy dobrzy, czy źli; czy my Go kochamy, czy nie kochamy; czy jesteśmy wdzięczni, czy niewdzięczni. Bóg nas kocha, ponieważ – nie zdziwcie się, gdy powiem: On musi kochać. A musi właśnie dlatego, że jest miłością. Miłość jest miłością i nie może być złością, gniewem; oko miłości patrzy, aby czynić dobro, a nie zło. Białe jest białe, biel jest bielą, jeżeli domieszamy innego koloru, to już nie jest biel. A Bóg jest miłością. Taki jest Bóg, w którego my wierzymy, jeżeli nasza wiara jest wiarą chrześcijańską, a nie pogańską. I Jezus Chrystus uczył nas właśnie o takim Ojcu. Mówił o liliach polnych, o kwiatach, o zielsku polnym, które dzisiaj jest, a jutro będzie spalone, a Ojciec pamięta o nim; o liliach, które przyodziewa bardziej niż Salomon był ustrojony. O ptakach niebieskich. I mówi Jezus o włosach na naszej głowie. 30
„Ośmielamy się mówić: «Ojcze»”
Tak, Ojciec czuwa nad wszystkim. Jest taki dobry! I nie chce, żeby którekolwiek z Jego dzieci zginęło. Nie chce! Na dowód dał nam Syna Swojego, abyśmy nie musieli zginąć na wieki. Obraz Ojca! On zsyła deszcz na złych i dobrych i każe słońcu świecić nad złymi i dobrymi, nie robi różnicy. Oto jest prawdziwy obraz Ojca Niebieskiego, Boga, do którego się modlimy. I tak doszliśmy niejako do konkretyzacji tego, o czym rozważamy i nad czym należy popracować. Uczmy się wymawiać pierwsze słowo pacierza: „Ojcze”. Módlcie się tym słowem: Ojcze! Ojcze! Kochany Ojcze! Tatusiu, ufam Tobie! Kocham Ciebie! Dziękuję Ci, że jesteś Ojcem, że objawiłeś się właśnie jako Ojciec przez Swojego Syna Jezusa Chrystusa, przez Jego postawę, przez naukę, przez Jego modlitwę. Dziękuję Ci, Ojcze! Powtarzajmy to słowo jak najczęściej. Rozważajmy to, co sobie uprzytomniliśmy, aby swoje serce tymi treściami przepełniać i przemieniać. Tą drogą może także dokonać się oczyszczenie osobistego odczuwania słowa ojciec, aby ono nie przeszkadzało, gdy się modlimy. Św. Jan Paweł II mówił podczas audiencji 3 marca 1999: „Starajmy się, mówiąc te słowa, mieć głęboką świadomość tego, co się w nich do głębi zawiera. Właśnie głęboka świadomość tego, co wyraża aramejskie Abba, wypowiadane w Ogrójcu, wypowiadane na Kalwarii. Wtedy i nasze «Ojcze nasz» będzie miało tę Chrystusową głębię, do której wszyscy jesteśmy zaproszeni i wezwani”. *** Stworzeni na obraz Boga, adorujmy Go, kontemplujmy i ciągle poznawajmy. Musimy mieć żywą świadomość, że Bóg to Trójca: Ojciec, Syn i Duch Święty. A Trójca, to wspólnota. To nieustanny ruch miłości od Ojca do Syna w Duchu Świętym. 31
Ojcze nasz
I wypływem miłości jest wszelkie stworzenie, my także. Jestem dzieckiem, On moim Ojcem. W każdej okoliczności mego życia, na każdym miejscu tej ziemi, gdziekolwiek się znajduję, jestem blisko Ojca, który jest w niebie. Stąd wniosek i postanowienie: uczmy się dzisiaj wymawiać słowo „Ojciec” i coraz pełniej odnajdować się w Jego rodzinie – swoich sióstr i braci. Wymawiajmy to słowo modlitewnie, z wyczuwaniem jego bogatej, radosnej treści! Niczego nie potrzebuję się lękać. On nade mną czuwa. On pragnie mojego szczęścia. On obdarza mnie swoją łaską i swoim błogosławieństwem. I gdy tak uczę się tego słowa i tego pojęcia „ojciec”, to równocześnie rodzi się w moim sercu – i oby coraz bardziej wzrastało – poczucie ojcostwa i macierzyństwa. I tutaj wniosek nieczęsto wysnuwany, a ważny. Zakonnica czy inna osoba samotna też powinna być matką – tak wielu ludzi, którzy nie mają prawdziwych matek, prawdziwych ojców. Matką duchową. Coraz większa jest potrzeba duchowych matek! Im więcej rodzin rozbitych, tym więcej trzeba matek sercem i duchem. Bywa czasami, że w zakonnicy czy w jakiejkolwiek osobie samotnej w pewnym okresie życia odezwie się pragnienie, aby mieć dziecko: „Tęsknię za dzieckiem…” O czym to świadczy? Ta tęsknota jest w gruncie rzeczy naturalna, ale trzeba zauważyć, że w tej sytuacji ma ona podwójne oblicze albo mówiąc inaczej – ma drugie dno. Z tej tęsknoty wyziera poczucie osamotnienia, sieroctwo duchowe, tęsknota – może nieuświadamiana – za Ojcem. Ten człowiek na drodze swego powołania nie zrozumiał, co to znaczy, że Bóg jest Ojcem i nie wszedł w więź miłości z Ojcem, który jest w niebie; nie zapuścił korzeni poza czas i przestrzeń, nie zadomowił się duchem w domu Ojca, więc gdy nie ma rodziny naturalnej, a lata się kurczą, czuje się sierotą. Tęskni za kimś bliskim, swoim – za dzieckiem. Jest w tym poczucie nie32
„Ośmielamy się mówić: «Ojcze»”
spełnienia, które – niestety mówi o zaniedbaniu czy też lekkim traktowaniu pracy duchowej, opuszczeniu się w rozwijaniu szczególnego talentu, jakim Bóg obdarza powołanych do życia w bezżeństwie, jest to pociąg do modlitwy i kontemplacji. Pobożność formalna, bez pogłębienia i szczerego dążenia do zjednoczenia z Bogiem, niemal niewolnicze odprawianie obowiązkowych modlitw i posłuszeństwo (na sposób starszego syna z przypowieści o miłosiernym Ojcu – Łk 15, 29) nie doprowadzą do źródeł „wody żywej” (J 7, 38), aby zaczerpnąć z Jego ojcostwa i macierzyństwa. A jednym z wymiarów i celów powołania do życia w samotności, jest właśnie to: nie żyć dla siebie i swoich bliskich, lecz swoimi zasobami fizycznymi i duchowymi służyć innym, którzy tego potrzebują. W naszym kontekście oznacza to: być matką / ojcem wielu sierot, tworzonych przez wrogie Bogu i człowiekowi ideologie. Trudno nie zauważyć, że w naszym świecie, w jakim żyjemy, i który coraz usilniej jest sterowany ku niszczeniu małżeństwa i rodziny, form współżycia ludzi danych przez Stwórcę, coraz bardziej potrzeba duchowych ojców i matek. Oto co oglądał i opisywał trzydzieści lat temu u siebie teolog francuski, a obecnie ten obraz wyraźnie nakłada się już na nasze społeczeństwo: „Współczesny człowiek jest sierotą. Nie ma korzeni poza czasem i przestrzenią. Czuje się zagubiony w nieskończonym wszechświecie, wywodzi się od małpy i zdąża do nicości. Powiedziano mu, że ojcostwo w rodzinie lub w znaczeniu przenośnym – w społeczeństwie, jest absurdem i posiada charakter «represyjny». Rzeczywiście jest ono takie, kiedy nie przekazuje duchowego sensu życia: wtedy ojcowie służą tylko prokreacji. Powiedziano mu, że «Bóg Ojciec» jest wrogiem jego wolności, kimś w rodzaju niebiańskiego szpiega, ojcem sadystycznym 33
Ojcze nasz
(…). Dlatego niesłychanie rośnie tęsknota za ojcem, a Kościół uczy nas modlitwy, zaczynającej się od słowa «Ojcze»” (Olivier Clément, Trzy modlitwy, tł. K. Łukowicz, 1997, s. 12-13). Ze zrozumiałym współczuciem słucha się skargi: „Tęsknię za dzieckiem”, ale nie sposób także oprzeć się wrażeniu, że w określonej sytuacji kryje się za nią jakieś zaniedbanie, lenistwo duchowe, zbyt lekkie traktowanie poprzedniej cząstki życia. Ten człowiek niewystarczająco urósł duchowo, dlatego górują w nim potrzeby naturalne, bardzo osobiste. Fizjologia góruje nad życiem duchowym. I będzie się męczyć tak długo, dopóki się nie nauczy w wytrwałej modlitwie, że ma Ojca w niebie; że do tego Ojca trzeba z wiarą zwrócić całe swoje serce i wtedy Bóg je napełni poczuciem duchowego dziecięctwa w obliczu Ojca i duchowego macierzyństwa czy ojcostwa wobec sierot naturalnych i tworzonych przez bezbożną cywilizację. Co więcej, taką matką, takim ojcem może być człowiek młodszy i starszy, sędziwy wiekiem i schorowany. Wydawać by się mogło, że nikomu niepotrzebny, a właśnie tym bardziej potrzebny; tym bardziej przez innych błogosławiony, im bardziej napełniony wewnętrznie Bożym duchem ojcostwa czy też macierzyństwa, gotów im służyć swoją bliskością i przyjaźnią, pozwala odczuć smak upragnionego, rodzinnego ciepła.
34
SPIS TREŚCI
Prezentacja
....................................................................
Wejście w modlitwę pokorną i ufną „Ośmielamy się mówić: «Ojcze»” ............................. Wznoszenie serca i poszerzanie pojęć Mówcie: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie...” .......... Prośba pierwsza: „Święć się imię Twoje” ........................................... Prośba druga: „Przyjdź Królestwo Twoje” .................................... Prośba trzecia: „Bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi” ... Prośba czwarta: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” ..... Prośba piąta: „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” ............................................ Prośba szósta: „Nie wódź nas na pokuszenie” ................................ Prośba siódma: „Ale nas zbaw ode Złego” .......................................
7
11 35 53 75 97 125
161 195 227
„Bo Twoje jest królestwo i potęga, i chwała na wieki” ... 259 „Amen. Pieczęć Modlitwy Pańskiej” .............................. 271 Postscriptum ................................................................ 283 Aneks: „Chleb w rękach Chrystusa” ................................. 289
303
Warto skorzystać z tego zaproszenia!
ISBN 978-83-7864-187-2
ISBN 978-83-7864-187-2
9 788378 641872
Cena: 39,90 w tym 5% VAT
Rozważanie Modlitwy Pańskiej
O. Leonard Głowacki, Misjonarz Oblatów Maryi Niepokalanej, jest duszpasterzem pielgrzymów przybywających do Sanktuarium Matki Bożej Królowej Podlasia w Kodniu, cenionym rekolekcjonistą, autorem scenariuszy filmowych o Matce Bożej Kodeńskiej, wielu artykułów i książek, między innymi Kodeńskiego modlitewnika rodzinnego i medytacji do codziennej Ewangelii na cały rok liturgiczny.
Ojcze nasz
Modlitwa Pańska to jakby skondensowana Ewangelia – kodeks życia uczniów Jezusa Chrystusa, którymi także my jesteśmy. Stąd też konieczne jest nie tylko ją z przyzwyczajenia – choćby nawet pobożnie – odmawiać, lecz od czasu do czasu pochylić się nad nią w dłuższej, cichej i skupionej refleksji, aby wejść głębiej w jej treść i duchowe perspektywy.
o. Leonard Głowacki OMI
Książka charyzmatycznego duszpasterza, o. Leonarda Głowackiego, ukazuje się jako szczególna pomoc w ogłoszonym przez papieża Franciszka Roku św. Józefa, który będziemy celebrować aż do 8 grudnia 2021 r. Z tej okazji Penitencjaria Apostolska udziela daru specjalnych Odpustów, między innymi odpustu zupełnego wszystkim, którzy przez co najmniej pół godziny będą rozważać Modlitwę Pańską.
o. Leonard Głowacki OMI
Ojcze nasz Rozważanie Modlitwy Pańskiej