tel. 12 292 68 69, 12 292 09 05 12 345 49 80, tel. kom.: 695 994 193 www.religijna.pl, klub@religijna.pl
Ksiądz Donald Calloway MIC jest wikariuszem prowincjalnym i dyrektorem powołań amerykańskiej Prowincji Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia NMP, a także autorem wielu bestsellerów, takich jak Konsekracja św. Józefowi i Zawierzyć Maryi. Duchowość XXI wieku. Od lat spotyka się z ludźmi w wielu miejscach świata, dając świadectwo Bożego Miłosierdzia, jakiego doświadczył w swoim życiu. ISBN 978-83-7864-295-4
ISBN 978-83-7864-295-4
9 788378 642954 Cena: 49,90 w tym 5% VAT
Ks. Donald H. Calloway
NIE MA ODWROTU!
Książka, którą trzymacie w ręku, to opowieść o moim nawróceniu – o tym, co Jezus i Maryja zdziałali w moim życiu, wyprowadzając mnie z ciemności i ateizmu do pełni prawdy w jednym, świętym, katolickim i apostolskim Kościele. I ta historia nawrócenia trwa. Nawet dziś nadal żyję pośrodku tej tajemnicy, do której powołał mnie Bóg. Z wielu względów nie jestem tego godzien, lecz dzięki łasce Bożej – dzięki Jego miłosierdziu
NIE MA ODWROTU!
ZAMÓW BEZPŁATNY KATALOG!
Gdyby ktoś mi powiedział, gdy byłem nastolatkiem, że pewnego dnia będę rzymskokatolickim księdzem piszącym książkę o swoim życiu i opowiadającym ludziom na całym świecie niezwykłą historię mojego nawrócenia, odparłbym: „Jesteś stuknięty…! Chcę zapalić skręta. Zejdź mi z oczu”. Nawet dziś nadal mnie zdumiewa, że jestem księdzem (…) Doświadczyłem tak wiele miłosierdzia i tylu łask, że teraz spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność, bym był wierny i głosił Dobrą Nowinę. Moją rolą jako księdza jest głosić prawdę, złożyć się w ofierze i umrzeć dla siebie. To dlatego jestem księdzem. Autor
Ks. Donald H. Calloway
poleca!
Jako młody człowiek kradł, brał narkotyki, upijał się, uciekał z domu, zadawał się z gangsterami, a w głowie miał tylko prochy i dziewczyny. Kiedy był już na samym dnie, na granicy życia i śmierci, doświadczył cudu miłosierdzia. Dziś jest katolickim księdzem. Od wielu lat historia życia Donalda Callowaya porusza serca i przemienia życie tysięcy ludzi. To niesamowite świadectwo Bożej Łaski i miłości Maryi do jej dzieci, świadectwo nawrócenia i przemiany tak radykalnej, że wręcz niewiarygodnej – świadectwo nadziei, która zawieść nie może, której nie wolno tracić, niezależnie od tego, jak daleko jest się od Boga.
Świadectwo Miłosierdzia
– nadal każdego dnia przeżywam nawrócenie. Niektórzy mogą uznać poniższą historię – historię mojego życia – za niemal niewiarygodną. Kiedy daję świadectwo mojego nawrócenia na konferencjach, bywa, że ktoś podchodzi do mnie i mówi: „Nie mogę w to uwierzyć. Myślę, że to niewiarygodne”. Dlatego ilekroć mam prelekcję, przynoszę ze sobą moje zdjęcie – obraz tego, jak wyglądałem jako nastolatek. Możecie być pewni, że nie obnoszę się ze starym zdjęciem dlatego, że jestem egocentrykiem. Robię tak, żeby ludzie mogli sobie wyobrazić, jakim dzikusem byłem przed nawróceniem. fragment książki
NIE MA ODWROTU!
Ks. Donald H. Calloway
NIE MA ODWROTU! Świadectwo Miłosierdzia
tłum. Małgorzata Bortnowska
Wydawnictwo AA Kraków
Tytuł oryginału: No Turning Back. A Witness to Mercy Redakcja i korekta: Wydawnictwo AA Skład i łamanie, projekt okładki: Anna Smak-Drewniak
Copyright © 2021 The Marian Fathers of the Immaculate Conception of the B.V.M. All rights reserved. Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo AA, Kraków 2022 This Polish language edition to be made available for sale in the Poland is published by arrangement with Marian Press, Stockbridge, Massachusetts, USA
ISBN 978-83-7864-295-4
Wydawnictwo AA s.c. 30-332 Kraków, ul. Swoboda 4 tel.: 12 292 04 42 e-mail: klub@religijna.pl www.religijna.pl
Dedykuję tę książkę Mamie, Tacie i Mattowi
NIE MA odwrotu
Spis treści Wprowadzenie do nowego wydania, w dziesiątą rocznicę ukazania się książki Nie ma odwrotu .................. 7 Wprowadzenie do wydania z 2010 roku . ..........................................11 Rozdział 1: Dzikus ........................................................................ 17 Rozdział 2: Moja święta Monika .................................................. 47 Rozdział 3: Ojcowskie autorytety . ............................................... 71 Rozdział 4: Wyprawa do Kalifornii ............................................... 93 Rozdział 5: Orient Express ..........................................................115 Rozdział 6: Tokijskie noce ...........................................................141 Rozdział 7: W drodze ..................................................................161 Rozdział 8: Hipisowskie marzenie ...............................................193 Rozdział 9: Podpalam dom .........................................................211 Rozdział 10: Boże olśnienie . .......................................................225 Rozdział 11: Matka Boża Zwycięska ............................................239 Rozdział 12: Boży detoks . ...........................................................257 Rozdział 13: Przybrane dziecko Bożego Miłosierdzia ..................277 Rozdział 14: Duchowy obóz dla rekrutów . .................................289 Rozdział 15: Droga do kapłaństwa ..............................................303 Rozdział 16: Wędrowny kaznodzieja . .........................................329 Rozdział 17: Ksiądz surfer ...........................................................357 Rozdział 18: Nieustanne nawracanie ..........................................371 Wybrane fotografie ....................................................................389
6
Wprowadzenie do nowego wydania, w dziesiątą rocznicę ukazania się książki Nie ma odwrotu
Minęło dziesięć lat. Nie, nie chodzi o słynną piosenkę Led Zeppelin pod tym samym tytułem. Minęło dziesięć lat, odkąd po raz pierwszy ukazało się Nie ma odwrotu. Trudno uwierzyć, że to już dekada! Ależ ten czas zleciał. Od tamtej pory w moim życiu wydarzyło się tak wiele. Zacznę od tej oczywistej. Jestem starszy. Mam teraz czterdzieści kilka lat. Rzedną mi włosy, na czubku głowy mam łysinkę, i wkładam okulary do czytania – a bez ich pomocy nie potrafię nawet przeczytać esemesa! Potrzebuję też teraz corocznych badań lekarskich. Świetnie. Ale to nie koniec. Kiedy teraz kupuję bilet na samolot w internecie, muszę bez końca przewijać stronę, żeby znaleźć swój rok urodzenia! Dostrzegam też coraz więcej siwizny we włosach, zwłaszcza kiedy co jakiś czas zapuszczam brodę. Wszystkich nas dopadnie siła ciążenia! 7
N IE M A odw r o t u
Lecz to nic takiego. Wszystkie te sprawy były do przewidzenia. „Dał PAN i zabrał PAN. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!” (Hi 1,21)1 Nie zmieni się jedna sprawa: nigdy nie wrócę do dawnego stylu życia. Proces mojego nawracania nadal z pewnością trwa, ale jestem wciąż szaleńczo zakochany w Jezusie i Maryi, i wprost uwielbiam być księdzem! Niemniej jednak nie mogę powiedzieć, żeby minione dziesięć lat było pasmem słodyczy. Miało miejsce wiele wzlotów i upadków, wiele triumfów i mnóstwo porażek. W ciągu minionych dziesięciu lat wydarzyły się takie sprawy, które chciałbym zmienić, bo nadal jestem grzesznikiem. Wiem jednak, że Bóg jest miłosierny, i wiem, gdzie znaleźć to miłosierdzie w wielkiej obfitości. Niesłabnące miłosierdzie Boga daje mi wielką nadzieję. Co więcej, miłosierdzie odegrało w ciągu minionych dziesięciu lat ważną rolę. Otrzymałem go tak wiele, nie tylko od Boga, ale i od innych – w tym od wielu członków mojej wspólnoty zakonnej – i jestem niezmiernie wdzięczny za ich przebaczenie i cierpliwość. Wielokrotnie niewiele brakowało, żebym wszystko doszczętnie popsuł, ale jestem przekonany, że to modlitwy dobrych ludzi – szczególnie młodych dam z Filipin i odmawiających różaniec kobiet w parafiach na całym świecie – uchroniły mnie od zguby. Oczywiście miała w tym też
1
Cytaty z Pisma Świętego na podstawie Biblii Tysiąclecia.
8
Wprowadzenie do nowego wydania
wielki udział Matka Boża, święty Józef i wielu innych świętych. Kiedy dziesięć lat temu ukazała się książka Nie ma odwrotu, nie miałem pojęcia, że stanę się osobą publiczną. Zaproszenia do wystąpień napływały tak nieustannie i obficie, że moja wspólnota zakonna powierzyła mi szczególną misję głoszenia prelekcji, pisania książek i zdobywania nowych powołań dla zgromadzenia. Marianie zaprojektowali nawet dla mnie stronę internetową: www.fathercalloway.com. Zamieszczono na niej moje wystąpienia, książki, rekolekcje powołaniowe i materiały z wielu niezwykłych pielgrzymek, które wciąż odbywam. Tak, obecnie prowadzę również pielgrzymki do świętych miejsc na całym świecie. Uwielbiam tę metodę przybliżania ludzi do Jezusa, Maryi i wiary katolickiej. Jakież to błogosławieństwo zabrać pielgrzymów do Lourdes, Fatimy, Polski, Gwadelupy i Ziemi Świętej. Jestem bardzo wdzięczny mojej wspólnocie zakonnej za to, że pozwala mi zajmować się tego rodzaju posługą kapłańską. Dziękuję wam, bracia! Lecz tym, co najbardziej zdumiewa w minionych dziesięciu latach, są wieści o tym, jak ta książka zmieniła ludziom życie i doprowadziła ich z powrotem do Jezusa, Kościoła katolickiego i sakramentów. Te historie naprawdę uczą mnie pokory. Słyszałem na przykład o grupie więźniów z Kalifornii, którzy po przeczytaniu Nie ma odwrotu nawrócili się na katolicyzm, o młodych ludziach, którzy odpowiedzieli na powołanie do kapłaństwa, o matkach, które zyskały nadzieję, modląc się 9
N IE M A odw r o t u
za swoje krnąbrne dzieci, i o tak wielu duszach, które poszły do spowiedzi po latach – a nawet dekadach – oddalenia od Kościoła. Za wszystko chwała Jezusowi i Maryi! Pragnę z głębi serca podziękować wam wszystkim, którzy modliliście się za mnie przez te lata. Mój bieg do mety jeszcze się nie zakończył i nadal potrzebuję waszych modlitw. Mam nadzieję, że przyniosę o wiele więcej duchowych owoców na chwałę Boga i Królestwa Niebieskiego. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak będzie wyglądać kolejne dziesięć lat z Jezusem, Maryją, świętym Józefem, waszymi modlitwami i moim codziennym różańcem!
ks Donald H. Calloway, MIC, STL Wikariusz prowincjalny, Księża Marianie Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny Prowincja Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia
10
Wprowadzenie do pierwszego wydania
Gdyby ktoś mi powiedział, gdy byłem nastolatkiem, że pewnego dnia będę rzymskokatolickim księdzem piszącym książkę o swoim życiu i opowiadającym ludziom na całym świecie niezwykłą historię mojego nawrócenia, odparłbym: „Jesteś stuknięty…! Chcę wypalić skręta. Zejdź mi z oczu”. Nawet dziś nadal mnie zdumiewa, że jestem księdzem. Książka, którą trzymacie w ręku, to opowieść o moim nawróceniu – o tym, co Jezus i Maryja zdziałali w moim życiu, wyprowadzając mnie z ciemności i ateizmu do pełni prawdy w jednym, świętym, katolickim i apostolskim Kościele. I ta historia nawrócenia trwa. Nawet dziś nadal żyję pośrodku tej tajemnicy, do której powołał mnie Bóg. Z wielu względów nie jestem tego godzien, lecz dzięki łasce Bożej – dzięki Jego miłosierdziu – nadal każdego dnia przeżywam nawrócenie. Niektórzy mogą uznać poniższą historię – historię mojego życia – za niemal niewiarygodną. Kiedy daję świadectwo mojego nawrócenia na konferencjach, bywa, że ktoś podchodzi do mnie i mówi: „Nie mogę uwierzyć. Myślę, że to niewiarygodne”. Dlatego ilekroć mam
11
NIE MA odwrotu
prelekcję, przynoszę ze sobą moje zdjęcie – obraz tego, jak wyglądałem jako starszy nastolatek. Możecie być pewni, że nie obnoszę się ze starym zdjęciem dlatego, że jestem egocentrykiem. Robię tak, żeby ludzie mogli sobie wyobrazić, jakim dzikusem byłem przed nawróceniem. Nie do końca winię ludzi za to, że są sceptyczni. Gdybym był na ich miejscu, zapewne sam miałbym wątpliwości. Jak to możliwe? Czy ta historia jest prawdziwa? Przecież takie rzeczy wydarzają się jedynie w Biblii. Kiedy jednak ci sami sceptycy widzą moje zdjęcie, zwykle uznają je za bardzo przejmujące. Oczy mam puste i nieobecne, cerę ziemistą, moje niedożywione ciało jest wyniszczone i słabowite – a wszystko to fizyczne objawy poważnego nadużywania narkotyków i alkoholu. To portret wyrzuconego z liceum mizeraka w kiepskiej formie, z włosami do pasa, kolczykiem i tatuażem Grateful Dead, nie wspominając o posturze jak u Kudłatego, postaci ze Scooby-Doo. Na tym zdjęciu wyglądam jak uosobienie śmierci. Prawdę mówiąc, mam szczęście, że ciągle żyję. Kiedy byłem nastolatkiem, wyświęcenie na księdza było ostatnią rzeczą, jakiej ktokolwiek by się po mnie spodziewał – zwłaszcza rodzice i najbliżsi przyjaciele. Oprócz tej oczywistej kwestii – takiej, że byłem gniewnym odmieńcem – nie miałem też pojęcia o Bogu. Nie szanowałem nikogo ani niczego, co miało związek z religią. Jeśli chodzi o chrześcijaństwo, byłem takim ignorantem, że nigdy nawet nie słyszałem o Najświętszej Maryi Pannie. Co gorsza, gardziłem katolicyzmem 12
Wprowadzenie do pierwszego wydania
i śmiałem się z tych, którzy go praktykowali – tak jak można by podśmiewać się z praktyk i rytuałów jakieś dziwacznej sekty. Co więcej, pamiętam pewne święta Bożego Narodzenia, kiedy wykorzystałem szopkę w ogrodzie sąsiadów jako tarczę strzelniczą, strzelając do niej śrutem z mojej wiatrówki. Zdarzyło się też, że do domu moich rodziców zadzwonił pewien człowiek, który przedstawił się jako „ojciec”. Nie wiedziałem, co to znaczy, więc kiedy odebrałem telefon, zapytałem: – Ojciec? – Jestem katolickim księdzem – odparł. – Czy mógłbym porozmawiać z twoją matką? Skląłem go, wyrzucając z siebie potok niecenzuralnych słów – których teraz za nic bym nie powtórzył – po czym się rozłączyłem. Moi rodzice niedawno się nawrócili, więc zakładałem, że to on był odpowiedzialny za to, iż wplątali się w to kłamstwo o Bogu, zwane katolicyzmem. Mama przybiegła korytarzem, płacząc i krzycząc na mnie, żebym przestał na niego bluzgać, ale mnie to nie obchodziło. Jak zobaczycie, moje życie było jak najdalsze od wszystkiego, co jest dobre, prawdziwe i piękne. Tym z was, którzy mogliby się utożsamić z tego rodzaju zachowaniem, moje doświadczenie udowodni, że zawsze jest nadzieja, nawet dla najgorszego z najgorszych. Widzicie, to nie jest tylko moja historia – i ważne, by to podkreślić – to także historia związana z wiernym ludem Boga. Kiedy podróżuję po świecie, by dawać świadectwo – opowieść o moim nawróceniu – zawsze mówię 13
NIE MA odwrotu
słuchaczom, że oni także są częścią mojej historii. Często pytają mnie wtedy: „Jak to? Nigdy cię nie znaliśmy. A już z pewnością nie znaliśmy cię, kiedy przeżywałeś swoje buntownicze lata albo swoje nawrócenie”. Mówię im, jako członkom Ciała Chrystusa, że modlitwy, jakie odmawiają w intencji nawrócenia grzeszników… – no cóż, te modlitwy naprawdę działają. Jestem tego przykładem, dowodem, że kiedy ludzie się modlą – nawet za tych, których nie znają – mogą się wydarzać cuda. Boże miłosierdzie istnieje naprawdę! I dlatego to nie tylko moja historia, ale też historia Boga, który tak bardzo kocha swój lud. Wysłuchuje naszych modlitw i odpowiada na nie. W tych bardzo trudnych chwilach Bóg dosłownie gotów jest podnieść obiboka takiego jak ja – kogoś, kto nie chce być niczym innym, jak tylko surfującym hipisem – i zmienić jego życie poprzez wstawiennictwo Matki Bożej. Pisząc tę książkę o moim życiu, proszę ludzi, którzy ją czytają, by nadal się za mnie modlili. Doświadczyłem tak wiele miłosierdzia i tylu łask, że teraz spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność, bym był wierny i głosił Dobrą Nowinę. Moją rolą jako księdza jest głosić prawdę, złożyć się w ofierze i umrzeć dla siebie. To dlatego jestem księdzem. Mam nadzieję, że niczym święty Paweł, okażę się wierny do końca – że ukończę bieg i otrzymam nagrodę. Muszę podkreślić, że to nie jest moje własne orędzie. Pan powołał mnie do kapłaństwa, abym głosił Jego orędzie i Jego zbawczą prawdę – a nie coś do niej dodawał, 14
Wprowadzenie do pierwszego wydania
czy cokolwiek od niej odejmował. W dzisiejszych czasach stanowi to wyzwanie, bo w wielu przypadkach ludzie chcą zmieniać Ewangelię. Uznają po prostu, że trudno jest nią żyć albo uznają ją za uciążliwą, bo żyją w jakimś grzechu. Ostrzegam. Ta książka w pełni odsłoni grzeszną stronę mojego życia, za którą nadal bardzo się wstydzę. Proszę, zrozumcie, że nie opisuję mojej przeszłości, by chełpić się wszystkimi tymi grzesznymi czynami, które popełniłem, albo by wydać się wielkim grzesznikiem. Robię to, gdyż muszę pokazać ogrom i głębię ciemności, w której tkwiłem, tak by mogła się w pełni objawić chwała i moc Bożej łaski i miłosierdzia. Ze względu na prawo do prywatności zmieniłem wiele nazwisk i miejsc z przeszłości. Nie ma sensu włączać w to dawnych przyjaciół i znajomych, aby nie poczuli się urażeni; może oni też wolą zapomnieć o urazach. Co się tyczy mojego zachowania, proszę o ich przebaczenie, a także o zbiorowe przebaczenie czytelników. Tylko poprzez dokonanie „spowiedzi generalnej” w tej książce można w pełni zrozumieć to, co się wydarzyło w moim życiu – przykład na to, co Bóg gotów jest uczynić w życiu grzesznika.
Ks. Donald H. Calloway, MIC, STL Steubenville, Ohio
15
DZIKUS
1
Dzień, kiedy ujęto mnie w Japonii, wyglądał jak
żywcem wyjęty z wysokobudżetowego filmu akcji. Można sobie łatwo wyobrazić tę scenę; przypominała punkt kulminacyjny z hollywoodzkiego widowiska. Wyobraźcie sobie tajnych agentów, policjantów i amerykańskich żandarmów, dyskretnie śledzących parę zatwardziałych młodych przestępców – w nadziei, że przyłapią ich na gorącym uczynku przekazywania pieniędzy i nielegalnych narkotyków. Owi przestępcy nie wiedzą, że agenci założyli podsłuch, by śledzić ich rozmowy, i „skaptowali” jednego z ich towarzyszy, który niechętnie zgodził się zwabić najważniejszych złoczyńców w pułapkę. Napięcie rośnie, gdy „ci dobrzy” zacieśniają obławę, chociaż rozważają zalety i wady starcia z przestępcami w pełnym ludzi miejscu publicznym. Złoczyńcy nalegają na spotkanie z ich towarzyszem – owym zdrajcą – na dworcu kolejowym, by mieć pewność, że jakakolwiek próba ujęcia naraziłaby na szwank bezpieczeństwo niewinnych przypadkowych osób. Mimo to „ci dobrzy” wiedzą, że to ich najlepsza i być może jedyna szansa na zatrzymanie podejrzanych, toteż w dogodnym momencie niespodziewanie rozpoczynają akcję. Przestępcy natychmiast się orientują, że zostali wrobieni i starają się stawić opór. Wywiązuje się gwałtowna walka; pięści idą w ruch, a oszołomieni podróżni pierzchają z miejsca zdarzenia. 19
NIE MA odwrotu
„Ci dobrzy” oczywiście nie zwyciężają od razu. Jednemu z podejrzanych wkrótce udaje się umknąć prześladowcom. Dochodzi potem do długiego pościgu, pieszo, przez ulice wielkiego miasta. Opony piszczą, gdy dojeżdżający do pracy wciskają hamulce, by nie wjechać w zuchwałego przestępcę, który celowo wbiega między samochody, chcąc umknąć prześladowcom. Wstrząśnięci przechodnie uciekają na bok, gdy widzą i słyszą mężczyzn krzyczących i biegnących w ich kierunku. Ci pechowi przechodnie, którzy nie uważają lub nie są na tyle szybcy, by zejść z drogi, zostają powaleni na ziemię podczas pościgu. Oczywiście, złoczyńcy w końcu zostają zatrzymani i aresztowani, a „ci dobrzy” cieszą się ze zwycięstwa, szydząc z przestępców, i wyładowują na nich swoje frustracje, trochę ich tarmosząc. Chociaż te wypadki mogłyby przypominać typową scenę kina akcji, zdarzyły się naprawdę. Byłem jednym ze złoczyńców w tym scenariuszu, ściganym po ulicach przez wielonarodową grupę stróżów prawa. Byłem tak zwaną „grubą rybą”, którą wszyscy chcieli ująć, i zanim znalazłem się w kajdankach, amerykański i japoński rząd negocjowały już warunki przekazania mnie pod kuratelę amerykańskiej armii. W ciągu paru dni zostałem deportowany z Japonii, i wracałem do Stanów Zjednoczonych, gdzie miałem zostać zamknięty w ośrodku odwykowym. Miałem piętnaście lat. ***
20
1. Dzikus
Plany na ten pamiętny dzień zostały ustalone przez telefon poprzedniego wieczora. O ile pamiętam, zadzwoniłem do mojego znajomego, Nathana, który zgodził się na spotkanie ze mną i z moim kumplem Tommy’m – moim głównym wspólnikiem – na jednym z większych dworców kolejowych w Jokohamie, ogromnym mieście położonym o mniej więcej trzydzieści kilometrów na południowy zachód od Tokio. Zgodne z planem mieliśmy oddać Nathanowi nadmiar gotówki, jaką posiadałem – nieco ponad dwa miliony jenów – z czego większość niedawno ukradłem z miejscowych domów towarowych. Później Tommy i ja zamierzaliśmy wybrać się z nim do miasta i przepuścić resztę niedawno zdobytych pieniędzy na alkohol, narkotyki i dziewczyny – tak jak zawsze robiliśmy. W ten ranek, kiedy nas ujęto, byliśmy wraz z Tommy’m ubrani w nasze zwykłe stroje, które na pierwszy rzut oka szufladkowały nas jako typowych fanów heavy metalu z połowy lat osiemdziesiątych. Ja miałem na sobie moje ulubione niebiesko-czarne spodnie marmurki i koszulkę z okładką płyty Van Halen „1984”, przedstawiającą osławiony obecnie wizerunek jasnowłosego dziecka o błękitnych oczach i z anielskimi skrzydłami, palącego papierosa. Tommy nosił podarte czarne spodnie i złachany, stary T-shirt z koncertu Iron Maiden z okładką płyty „Number of the Beast” z przodu i datami trasy koncertowej „Beast on the Road” z tyłu. Obaj mieliśmy długie, potargane włosy – ja proste i czarne, Tommy kręcone i jasne, niemal jak blond afro. Miałem wręczyć Nathanowi równowartość dziesięciu tysięcy dolarów, ale nawet tak wielka suma pieniędzy 21
NIE MA odwrotu
niewiele dla mnie znaczyła. Jak często się zdarzało, miałem tyle gotówki przy sobie, że ledwie dawałem radę ją unieść. Kieszenie spodni – wyposażonych w absurdalną wręcz ilość kieszeni zapinanych na zamki – miałem wypchane pieniędzmi. Weszło mi w zwyczaj, że kiedy zebrałem więcej pieniędzy, niż mogłem unieść, dzwoniłem do znajomego i przekazywałem mu je. Nie chodzi o to, że byłem hojny albo że byłem dobrym przyjacielem. Wręcz przeciwnie, rzecz w tym, że noszenie plecaka pełnego pieniędzy staje się po jakimś czasie mordęgą. Jako nieletni nie miałem konta bankowego albo stałego miejsca zamieszkania, gdzie mógłbym schować moje rzeczy, więc oddawanie pieniędzy było najlepszym wyjściem. Poza tym jeśli potrzebowałem więcej gotówki, po prostu więcej kradłem. Kradzież w Japonii bywała przeważnie równie łatwa, co odebranie cukierka dziecku. Kiedy przybyliśmy z Tommy’m na dworzec, godzina porannego szczytu już minęła, ale wciąż było tam mnóstwo biznesmenów zdążających do pracy. Celowo nalegałem na spotkanie o dziesiątej rano, licząc na to, że większość nieszczęśników, zmuszonych normalnie zarabiać na życie, będzie już w biurach, tyrając w swojej pracy. Dzięki temu, gdybyśmy z Tommy’m musieli z jakiegoś powodu pospiesznie się wycofać, naszą drogę ucieczki blokowałoby mniej podróżnych. Doświadczenie nauczyło mnie już, że opracowanie planu awaryjnego to ważny czynnik w takiej sytuacji jak ta, nawet jeśli kłopoty wydawały się mało 22
1. Dzikus
prawdopodobne. Przeludnienie to na japońskich dworcach kolejowych ogromny problem, gdyż pojawia się w prawie wszystkich aglomeracjach w Japonii. Wyobraźcie sobie godzinę szczytu na dworcu Grand Central w Nowym Jorku, a potem wyobraźcie sobie trzykrotnie więcej ludzi na takiej samej przestrzeni. To da wam pojęcie, jaki ścisk i tłok panuje na stacjach kolejowych Jokohamy. Kolejną różnicą między Jokohamą i amerykańskim dworcem, takim jak Grand Central, jest to, że w Jokohamie tory biegną przez halę dworcową po obu stronach, tuż obok miejsc, gdzie sprzedaje się bilety, gazety i komiksy. Oczywiście, gdy tylu ludzi stoi tak blisko szyn, często dochodzi do wypadków. Ludzie często spadają na tory albo zostają na nie zepchnięci, kiedy podróżni przeciskają się, by zdobyć miejsce, zwykle kiedy pociąg wjeżdża na stację. W pociągach problem przeludnienia staje się jeszcze bardziej odczuwalny. Aby maksymalnie wykorzystać każdy skrawek przestrzeni, pracownicy kolei stoją na peronach i dosłownie zaganiają pasażerów do wagonów – wpychając ich, szturchając i wciskając do środka, nawet gdy drzwi się już zamykają. Przypominają nieco pomocników na ranczu, zaganiających owce albo bydło. Rzecz jasna, nie trzeba dodawać, że osoby skłonne do klaustrofobii znajdują inny sposób na dotarcie do pracy. Kiedy już drzwi pociągu się zamkną, robi się naprawdę ciekawie. W środku często panuje taki ścisk, że ledwie można się ruszyć. Obmacywania są tu codziennością. Rzecz jasna, nie trzeba dodawać, że podróż 23
NIE MA odwrotu
transportem publicznym w Japonii przebiega w ścisku i wśród rozmaitych zapaszków. zwłaszcza podczas ciepłych miesięcy. Oczywiście nie chcę sugerować, że podróż pociągiem w Japonii to same przykrości. Przede wszystkim stacje są zwykle nieskazitelnie czyste, mimo dużego natężenia ruchu pieszych. Ci sami pracownicy, którzy zaganiają pasażerów do wagonów, pełnią też rolę dozorców, i w wolnych chwilach wycierają ławki i zbierają śmieci. Pasażerowie też są zazwyczaj fanatykami czystości. Wielu nosi maseczki chirurgiczne na ustach i śnieżnobiałe rękawiczki na rękach – takie, jakie mógłby nosić portier w wykwintnym amerykańskim hotelu. Zagraniczni goście z początku uznają te maseczki i rękawiczki za denerwujące i dziwne – „Czyżbym wdychał lub dotykał czegoś, czego nie powinienem?”. Szybko jednak dowiadują się, że Japończycy po prostu robią, co w ich mocy, by uniknąć zarazków, mimo stałych i nienaturalnie bliskich zetknięć z mnóstwem nieznajomych. Jednak tym, co najlepsze w pociągach w Japonii jest to, że prawie zawsze przyjeżdżają na czas. Japończycy są tak zdyscyplinowani i tak pilnują rozkładu dnia, że nawet makabryczny wypadek kolejowy, w który jest zamieszany jakiś podróżny, nie wystarcza, by zakłócić ustalony harmonogram. Jeśli pociąg ma wyjechać o pewnej porze, można niemal nastawiać według niego zegarek. Dodam też, że pociągi pociskowe mkną naprawdę szybko. *** 24
1. Dzikus
Liczyłem, że kiedy przybędziemy z Tommy’m na dworzec, będzie tam mniej ludzi, wszystko wyglądało normalnie, kiedy zmierzaliśmy na główną halę dworcową. Po obu stronach korytarza były automaty do sprzedaży biletów, były tory, mijali nas też niezliczeni posłuszni wyrobnicy, ubrani w konserwatywne szare garnitury. Inni stali w kolejce, czekając, aż będą mogli kupić bilety w automatach. Jeszcze inni siedzieli na ławkach, czytając gazetę albo komiksy – tomy wielkości książki telefonicznej, zwane komiksami shojo, wydawane codziennie i nadzwyczaj popularne wśród dorosłych. Obrzuciłem wzrokiem halę, szukając wyróżniających Nathana jako Amerykanina cech – kręconych długich włosów i swobodnego ubioru, rzucających się w oczy pośród krótko ostrzyżonych japońskich biznesmenów pod krawatem. Wkrótce wraz z Tommy’m nawiązaliśmy kontakt wzrokowy z Nathanem. Miałem już unieść rękę i mu pomachać, kiedy kilku mężczyzn siedzących w pobliżu – z otwartymi gazetami zasłaniającymi ich twarze – nagle zerwało się na nogi, upuszczając gazety na podłogę, i zaczęło się do mnie zbliżać. Wtedy tego nie wiedziałem, ale byli to tajniacy z japońskiej policji, przebrani za biznesmenów. Zanim zdążyłem się ruszyć, zwaliło się na mnie bezładnie jakieś pół tuzina policjantów. Niedaleko ode mnie drugie pół tuzina mężczyzn przygniotło do podłogi Tommy’ego. Kiedy to się działo, przed oczami mignął mi Nathan, biegnący ku nam z krzykiem: – Wybacz, stary! Wybacz! Och, brachu, przepraszam! 25
NIE MA odwrotu
Nie mogłem uwierzyć, że Nathan pozwolił, by policja użyła go jako przynęty, by mnie złapać. Zastanawiałem się, dlaczego pomaga japońskiej policji. Nathan nawet nie mówił po japońsku. Jak się z nimi spiknął? Dałem się wrobić i czułem się jak idiota, a nie czułem się tak często. Mgliście zdawałem sobie sprawę, że armia amerykańska i japoński rząd mogą się starać mnie odszukać. Rozważałem nawet możliwość, że marynarka amerykańska może zacząć podsłuchiwać jakieś moje rozmowy telefoniczne ze znajomymi – dziećmi wojskowych, mieszkającymi w bazie marynarki. Byłem jednak święcie przekonany, że żaden z moich kumpli nie pójdzie na współpracę z władzami. Miałem ochotę sprać Nathana na kwaśne jabłko za to, że mnie zdradził. *** Dwa miesiące wcześniej mieszkaliśmy wraz z Tommy’m z naszymi rodzicami w bazie lotnictwa marynarki wojennej Atsugi – obejmującej lotnisko i centrum zaopatrzenia wojskowych amerykańskich operacji w Atsugi w Japonii, jakieś trzydzieści kilometrów od centrum Tokio – gdzie byli zatrudnieni nasi ojcowie. Jako syn oficera marynarki, wiodłem wygodne życie w bazie, choć ojcowski autorytet i wojskowe obyczaje stanowczo kłóciły się z moją naturą. Jeśli chodzi o Tommy’ego, jego ojciec był tak zwanym seabee, złotą rączką z Batalionów Roboczych marynarki. Tommy nie był aż tak buntowniczy jak ja, ale miał fatalną relację z rodzicami, zwłaszcza z ojcem. 26
1. Dzikus
Któregoś wieczoru upiliśmy się z Tommy’m w pestkę japońską wódką schochu i zaczęliśmy pomstować na naszych rodziców. Typowe użalanie się nastolatków: mieliśmy dość chodzenia do szkoły i posłuszeństwa zasadom innych osób. Mieliśmy dość tego, że na nas krzyczą. Jedyne, co chcieliśmy tak naprawdę robić, to upijać się albo być na haju, słuchać muzyki, surfować i spotykać się z naszymi dziewczynami. Zresztą co jeszcze można było w życiu robić? Tommy, który był bardzo porywczy i spontaniczny, zaproponował, żeby uciec z domu. Nie proponował ucieczki na parę dni. Miał na myśli całkowite zerwanie z naszymi rodzinami na zawsze, i łatwo przekonał mnie do tego pomysłu. Tommy, który zawsze radził sobie z dziewczynami, powiedział, że zna pewną Japonkę, która mogłaby nas przenocować w swoim domu przez parę dni, a kiedy już tam będziemy, obmyślimy następne posunięcie. Na tym kończyły się nasze plany. Nie zastanowiliśmy się nawet, jak się dostaniemy do domu tej dziewczyny, a tym bardziej jak zdobędziemy pieniądze czy jak się utrzymamy. Opuściliśmy bazę wojskową, spodziewając się, że dotrzemy na własną rękę na wyspę Honsiu, największą z trzech tysięcy wysp, z których składa się Japonia. Żaden z nas nie pożegnał się z rodzicami, nie zostawił listu ani jakiejkolwiek wskazówki czy wrócimy ani kiedy to się stanie. Nie zabraliśmy nawet żadnych pieniędzy ani naszego osobistego dobytku, jedynie ubrania na grzbiecie. Był to dość śmiały i niezwykły wyczyn jak na 27
NIE MA odwrotu
dwóch piętnastolatków. Teraz widzę, że było to też kompletne szaleństwo. Co u licha sobie myśleliśmy? Chociaż podjąłem decyzję, żeby już nigdy nie rozmawiać z rodzicami, byłem zdecydowany pozostać w kontakcie z moimi przyjaciółmi z Atsugi. Więc kiedy tylko zaczęliśmy się zadawać z dziewczynami i narkotykami, zacząłem dzwonić do przyjaciół i raczyć ich historiami o naszych szalonych przygodach. Podobnie jak w przypadku Nathana, czasami nawet zapraszałem ich, by spotkali się gdzieś ze mną i z Tommy’m, ot tak, by się popisać i dać im posmakować hulaszczego stylu życia, który był naszym udziałem. I, oczywiście, by dać im górę forsy. Jednak marynarka – nie wspominając już o rodzicach mojego kolegi – zaczęła nabierać podejrzeń, kiedy wątpliwe postaci, takie jak Nathan, opuszczały bazę z pustymi rękami i nie wiedzieć czemu wracały z górą pieniędzy czy naręczami skradzionych towarów, zwłaszcza gitar i desek surfingowych. Z początku marynarka nie zaprzątała sobie głowy podjęciem działań, ale kiedy japoński rząd zaczął naciskać, by nad nami zapanowali, uświadomili sobie, że będą musieli usunąć nas z japońskiego społeczeństwa. Łatwiej było jednak to powiedzieć niż zrobić, gdyż wraz z Tommy’m włóczyliśmy się po całej Honsiu, zmieniając niemal codziennie miejsce pobytu. Ludzie z marynarki wkrótce uświadomili sobie, że aby ustalić, gdzie przebywamy, będą musieli połączyć siły, czyli będą zmuszeni współpracować z japońskimi władzami, korzystając z zaawansowanych technik nadzoru. 28
1. Dzikus
Gdy teraz o tym myślę, jestem nadal zaskoczony, że Tommy’emu i mnie udawało się wymykać organom ścigania przez tak długi czas. Jako że znajdowaliśmy się w obcym kraju bez legalnego zajęcia i słabo znaliśmy tutejszy język – jedyne japońskie słowo, jakie znałem, to „złoczyńcy” – jedynym sposobem utrzymania było dla nas przestępstwo. Zaczęliśmy od drobnych wykroczeń, takich jak okradanie kobiet z torebek i zabieranie pieniędzy z kas, ale wkrótce, może po paru tygodniach, zaczęliśmy się zadawać z pewnym gangiem. Jak można się było spodziewać, japoński gang od razu nas sobie upodobał. Byliśmy Amerykanami, którzy grali na nosie władzom i chcieli jedynie żyć szybkim, gangsterskim życiem i zakosztować wszelkich wybryków, które się z tym wiązały. Jeszcze więcej emocji budził fakt, że dziewczyny, które zadawały się z gangiem, bardzo nas polubiły. Uznawały nas za atrakcję i zabawiały się, prosząc nas, byśmy mówili po japońsku – a potem chichotały i śmiały się z nas, bo nasza wymowa brzmiała dla nich bardzo zabawnie. Wciąż prosiły nas, byśmy wypowiadali proste zdania, na przykład „Która godzina?” albo „Dzień dobry”, albo: „Cześć, mam na imię…” Oczywiście, jako dorastający chłopcy, cieszyliśmy się z tego zainteresowania. Chętnie spełnialiśmy zachcianki tych dziewczyn, nawet jeśli robiliśmy z siebie głupców. Z kolei popełnianie przestępstw z członkami gangu – głównie kradzieże w sklepach i przepuszczanie oraz zgarnianie pieniędzy w salonach gry – wydawało się 29
NIE MA odwrotu
dobrym sposobem utrzymania się w Japonii. Chociaż wydawało się to czasami nieco niebezpieczne, nastolatkowi trudno było oprzeć się dodatkowym korzyściom. Muzyka i narkotyki były wszędzie, a dziewczyny z gangu wyróżniały się niezwykłą urodą. Przymilanie się osiemnastoletnich czy dwudziestopięcioletnich ślicznotek sprawiało, że czuliśmy się niczym maczo. Pod kierunkiem członków gangu Tommy i ja wkrótce zaczęliśmy dopuszczać się przestępstw, uznawanych w Stanach Zjednoczonych za ciężkie. Za dnia obserwowaliśmy sklepy, szukając najłatwiejszych celów. Zdobycie dostępu do sklepów w Japonii jest o wiele łatwiejsze niż obrabowanie zamkniętych na cztery spusty, chronionych alarmem sklepów w Ameryce. Być może zmieniło się to w ostatnich latach, ale wtedy nierzadko się zdarzało, że japońscy kupcy zostawiali swoje sklepy na noc otwarte. Zamiast zdeponować codzienny utarg w banku, niektórzy sklepikarze trzymali pieniądze w pudełku pod kasą, gotowi na otwarcie następnego dnia. Nocą wracaliśmy do wybranych przez nas miejsc i albo zakradaliśmy się, albo włamywaliśmy, żeby zabrać wszystko, na co mieliśmy ochotę. Kradliśmy wszystko, począwszy od wzmacniaczy i elektrycznych gitar po deskorolki, deski surfingowe i motorowery. Czasami bywaliśmy tak bezczelni, że rabowaliśmy sklep podczas godzin pracy, chowając pod trencze wszystko, co zdołaliśmy unieść, a potem wychodziliśmy za drzwi. Jedynym problemem jest fakt, że kiedy w Japonii widuje się dwóch białych chłopaków umykających 30
1. Dzikus
z miejsca przestępstwa, a ktoś kradnie setki tysięcy albo nawet miliony jenów, łatwo zgadnąć, kogo należy za to winić. Kiedy zdarza się to codziennie, staje się incydentem międzynarodowym. To wyjaśnia, dlaczego Japończycy chcieli, żebyśmy opuścili ich kraj – żywi lub martwi, dla nich to nie miało znaczenia – i chcieli, by nastąpiło to szybko. Lata złego zachowania amerykańskich wojskowych szczególnie uczuliły rząd na wszelką działalność przestępczą, która mogła mieć związek z amerykańską armią. I prawdę mówiąc, całkiem często można było napotkać chmarę japońskich obywateli zgromadzonych przed bramami bazy lotnictwa marynarki wojennej, okazujących dezaprobatę wobec zachowania amerykańskich żołnierzy. Z nami jednak sprawa przedstawiała się gorzej, gdyż nie byliśmy nawet wojskowymi; byliśmy dziećmi wojskowych. Japończycy uważali za absurdalne, że amerykańska armia nie potrafi jakoś nad nami zapanować. Oczywiście, marynarka wkrótce uznała nas za kłopotliwą dyplomatyczną uciążliwość. Nic dziwnego, że moją ulubioną piosenką w tym czasie była „Wanted: Dead or Alive” („Poszukiwany: żywy lub martwy”) Bon Jovi. *** Kiedy nadbiegli japońscy policjanci, wydawało się, że zwalił się na mnie cały dworzec, jakbym stał się ośrodkiem czarnej dziury. W ciągu paru sekund miałem na sobie mnóstwo ludzi i niemal zaparło mi dech. 31
NIE MA odwrotu
Niektórzy w moim położeniu mogliby wpaść w panikę, ale ja zachowałem spokój i skupiłem się na tym, co było konieczne, by uciec. Na szczęście dla mnie, policja nie doceniła mojej umiejętności wykręcania się z trudnych sytuacji i nie skoordynowała swoich wysiłków. Zamiast wysłać dwóch mężczyzn, żeby się na mnie rzucili – a resztę zostawić, by uformowali krąg – przygnietli mnie wszyscy, cała szóstka, być może zakładając, że sama waga ich ciał wystarczy, by mnie powstrzymać. Byłem jednak śliski jak węgorz i zacząłem wydobywać się spod sterty. Tommy nie był aż tak nieuchwytny. Kiedy policja rzuciła się na niego, szybko udało im się przygnieść do podłogi jego ramiona i nogi. – Zwiewaj, stary! – usłyszałem jego krzyk, gdy się wywinąłem. Kiedy wstawałem, kątem oka zauważyłem kogoś, kogo wcześniej nie widziałem – mojego tatę. Nie ruszył w moją stronę. Z daleka spokojnie obserwował rozgrywającą się scenę. Gdy wypadłem z dworca i przedostałem się na ulicę, słyszałem za sobą okrzyki po japońsku. Nie wiedziałem, co wołają, ale brzmieli gniewnie, pewnie dlatego, że zawstydziło ich, iż pozwolili się wymknąć mizernemu amerykańskiemu chłopakowi. A może powodem był fakt, że zostawiłem ich leżących na sobie na kupie, jakby odgrywali durni w numerze komediowym. Gdy tylko przedarłem się przez drzwi stacji, wbiegłem między samochody, z myślą, że policjanci nie będą 32
1. Dzikus
chcieli ryzykować życia, ścigając nastolatka zachowującego się jak samobójca pośrodku zapełnionej ulicy, gdzie musieliby poradzić sobie z naporem samochodów, rowerów i motorowerów. Chociaż ulice w Japonii nie są tak szerokie jak w Stanach Zjednoczonych, ta była główną arterią – odpowiednikiem amerykańskiej dwukierunkowej ulicy z dwoma pasami ruchu. Można by rzec, że rozpocząłem dziejącą się w prawdziwym życiu rozgrywkę gry wideo „Frogger”, próbując przedostać się przez ekran, to znaczy przez ulicę, i nie dać się zabić. Próbowałem posuwać się naprzód, ale musiałem odskoczyć w tył, by nie zderzyć się z rozpędzonym rowerem. Potem znów zacząłem podążać przed siebie. Jak na ironię, bardziej obawiałem się zderzenia z motorowerem czy rowerem niż z samochodem. W Jokohamie ulice są tak zakorkowane – nawet późnym rankiem –, że motorowery czy rowery często przemieszczają się szybciej niż samochody, gdyż udaje im się lawirować wśród pojazdów. A ponieważ zasady ruchu ulicznego w Japonii są luźno narzucane i luźno przestrzegane, nikt nie czuł się w obowiązku ustąpić mi z drogi. To do mnie należało trzymanie się z dala od niebezpieczeństwa. Gdy tylko dotarłem na drugą stronę tej głównej ulicy, zacząłem biec chodnikiem, uskakując przed przechodniami i w pędzie mijając sklepy. Ku mojemu zaskoczeniu policjanci nadal siedzieli mi na ogonie. Jako że byłem młody, szybki i zwinny – nie wspominając już o tym, że miałem bogate doświadczenie w umykaniu stróżom prawa – sądziłem, że mam duże szanse na ucieczkę. 33
NIE MA odwrotu
Jednak ci ludzie nie poddawali się łatwo. Niebawem zaś dała mi się we znaki zmniejszona pojemność moich płuc – co można przypisać wszystkim tym papierosom i marihuanie, które wypaliłem. Policjanci nadal krzyczeli po japońsku – pewnie coś w stylu: „Zatrzymajcie tego chłopaka!”. Nikt jednak nie próbował podstawić mi nogi ani mnie powalić, chociaż przewróciłem paru starszych obywateli, którzy weszli mi w drogę. Zanim usłyszeli polecenia policjantów, już ich prawie wymijałem. Kiedy dotarło do mnie, że być może nie uda mi się uciec, rozpiąłem zamki kieszeni w spodniach i zacząłem dyskretnie upuszczać zwitki pieniędzy na ziemię. Pomyślałem, że jeśli mnie zapuszkują, najlepiej będzie, jeśli nie będę się musiał tłumaczyć, jak udało mi się położyć łapy na kilku milionach jenów. Liczyłem też, że świadkowie mojej ucieczki zaczną się przepychać, żeby podnieść pieniądze, a tym samym powstanie kolejna przeszkoda do pokonania dla moich prześladowców. Garść za garścią, rzucałem pieniądze na ziemię. Nie mam pojęcia, co się z nimi stało, ale jestem pewien, że parę osób odeszło stamtąd czując się tak, jakby właśnie wygrali na loterii. Jednocześnie zmierzałem w kierunku targu na otwartym powietrzu – pełnego kramów z odzieżą i butami. Przewidywałem, że może łatwiej będzie mi zgubić moich prześladowców, biegnąc przez sklepy pełne kupujących, niż po prostu gnając po ulicach. Może udałoby mi się zgubić ich wśród wieszaków z garniturami i spódnicami, zamiast być zmuszonym wyprzedzać policję na długi dystans. Kiedy wbiegłem do kramu z dżinsami, 34
1. Dzikus
zaczynałem się już naprawdę bać. Ci faceci byli zdecydowani mnie złapać i byli najwyraźniej w dobrej formie. W tamtym momencie oddychałem już naprawdę z trudem i wyraźnie chrapliwie, jak jakiś astmatyk cierpiący na poważny atak swojej choroby. Coraz bardziej zwalniałem kroku, i wtedy nagle poczułem, że ktoś złapał mnie za włosy, pochwyciwszy taką ich garść, że udało mu się pociągnąć mnie na ziemię. Usłyszałem, że ten mężczyzna mówi: – Złapaliśmy cię, ty mały gnojku! Po raz pierwszy spostrzegłem, że ścigają mnie również amerykańscy żandarmi. Od razu spróbowałem dźwignąć się z ziemi i nawet zamierzyłem się bez przekonania na żandarma, który mnie schwytał. Był jednak tak wielki – jakieś metr dziewięćdziesiąt, z potężnym karkiem i ramionami grubszymi niż moje uda – że mógł łatwo trzymać mnie na odległość ramienia. Inny amerykański żandarm zaczął mnie obrzucać wyzwiskami i grozić, że mnie zamkną. Jeden z nich krzyczał do mnie: – Wiesz, co zrobiłeś? Wiesz, co zrobiłeś? Splunąłem na niego i go zwymyślałem. Jak można się było spodziewać, żandarmów szybko zmęczyło znoszenie moich zniewag. Jeden z nich pociągnął mi prawe ramię za plecy i je zablokował, tak jak uczy się postępować policjantów, gdy zatrzymują podejrzanego. Wiedzieli, że sprawiają mi ból, bo wydałem z siebie mrożący krew w żyłach wrzask, ale nie złagodzili uchwytu. Potem, gdy przyparli mnie do ziemi, jeden 35
NIE MA odwrotu
z nich przycisnął mi kolano do karku i wgniótł moją twarz w beton. Nawet kiedy zakładali mi kajdanki, nie przestałem wykrzykiwać wyzwisk. Wiedziałem, że nie mogę zmierzyć się z żadnym z tych facetów w walce, ale chciałem im pokazać, że mnie nie zastraszyli. Powrotna jazda do Atsugi była długa, trwała co najmniej godzinę. Wraz ze mną do bazy przewieziono Tommy’ego, chociaż był w innym pojeździe. Podczas tej podróży czułem się jak zwierzę uwięzione w klatce. Myślałem jedynie o ucieczce. Fakt, że w samochodzie ze mną był teraz mój ojciec, z pewnością nie poprawiał mi humoru. Nic nie powiedział, ale gdyby to zrobił, zwymyślałbym go, tak jak zwymyślałem żandarmów. W tamtej chwili nienawidziłem wszystkich. Pomyślałem tylko: „Jest naprawdę kiepsko”. Według mnie był to kolejny uciążliwy przypadek, kiedy władze wchodziły mi w drogę, odbierając mi wolność. Kiedy wreszcie dotarliśmy do bazy, od razu wsadzili mnie do paki, ciasnej celi, gdzie jedynym meblem było małe łóżko polowe. Nie było umywalki, toalety ani niczego do czytania – nic do roboty, z wyjątkiem wyładowywania emocji. Jeden z żandarmów wyznaczonych do pilnowania mnie – Amerykanin pochodzący z Filipin – był szczególnie grubiański i zdawał się czerpać wielką przyjemność z obrzucania mnie wyzwiskami. Oczywiście nie byłem w nastroju, by godzić się na czyjekolwiek bzdury, zacząłem więc na niego pluć i obrzucać go obraźliwymi przezwiskami. Potem powiedziałem: – Jeśli kiedykolwiek stąd wyjdę, zabiję cię! 36
1. Dzikus
Jego koledzy strażnicy wyprowadzili go na korytarz, aby zapobiec dalszemu nasilaniu się tej scysji. Odpowiadało mi to. Nie mogłem już na niego patrzeć. Po jakimś czasie do mojej celi przyszedł inny żandarm i powiadomił mnie, że zostanę deportowany z Japonii najszybciej, jak to możliwe. Powiedział, że amerykańska armia z japońskim rządem już poczyniła przygotowania. Ponieważ byłem jeszcze nieletni i nie popełniłem żadnego poważnego przestępstwa, Japończycy zgodzili się nie wnosić zarzutów za żadne z moich różnorodnych wykroczeń, pod warunkiem, że natychmiast wrócę do Stanów Zjednoczonych i zgłoszę się do ośrodka odwykowego na leczenie. Ponadto moi rodzice mieli wypłacić odszkodowanie niezliczonym ludziom za ukradzione przeze mnie towary – za wszystkie te kradzieże, które można było na pewno przypisać mnie. Kiedy usłyszałem, że mają mnie wyrzucić z Japonii, moja motywacja do ucieczki wzrosła dwukrotnie. Przez pierwsze miesiące życia w Japonii żarliwie nienawidziłem mojej nowej ojczyzny. Po jakimś czasie jednak ją polubiłem. W Japonii były narkotyki i dziewczyny, plaże i alkohol, tak jak i w Stanach Zjednoczonych, i było tam o wiele łatwiej ukraść pieniądze. Teraz miałem nawet „dziewczynę” – może nie w tradycyjnym sensie tego słowa – ale był to układ typu „przyjaźń i seks”. Obecnie jednak życie, jakie sobie stworzyłem, było zagrożone. Jako oportunista, zawsze umiałem szybko ocenić sytuację i dostać, czego chciałem. Teraz rzeczywiście musiałem zastosować te umiejętności w praktyce. 37
NIE MA odwrotu
Poważnie rozważyłem wszelkie możliwe opcje i doszedłem do wniosku, że metoda walki na kopniaki z pewnością się nie sprawdzi przy tych ogromnych osiłkach, którzy mnie pilnowali. Musiałem doprowadzić do sytuacji, w której miałbym szansę wyprzedzić żandarmów, do sytuacji, w której ich wzrost i ciężki ekwipunek działałyby na ich niekorzyść. Ponieważ w areszcie nie było toalety, poprosiłem o pozwolenie skorzystania z najbliższej ubikacji. Udałem się korytarzem w kierunku łazienki, ale kiedy dotarłem do jej drzwi, po prostu je minąłem – przebiegłem resztę drogi korytarzem i wybiegłem za drzwi na słońce. Oczywiście, gdy tylko się ulotniłem, strażnicy wszczęli alarm i zamknęli całą bazę. Zamknęli bramy i skutecznie uniemożliwili mi – i wszystkim innym – powrót do realnego świata. Przebiegłem przez osiedle oficerskie i pole golfowe, zmierzając do porosłej lasem okolicy, zapewniającej kilka potencjalnie dobrych kryjówek. Kiedy jednak usłyszałem za sobą szczekanie psów – agresywnych dobermanów, które były silne, zaciekłe i na tyle chyże i wytrzymałe, że mogły szybko przeszukać spory obszar – moje możliwości ucieczki się zmniejszały. Kiedy zdałem sobie sprawę, że psy złapały mój świeży trop, zrozumiałem, że muszę podjąć desperackie kroki, więc przestałem biec i wcisnąłem się do studzienki kanalizacyjnej. Plus w tym był taki, że wskoczenie do kanału uchroniło mnie przed złapaniem i dzięki temu nie dorwały mnie psy. Oczywiście, wkrótce po tym, jak dałem nura, zobaczyłem przejeżdżające samochody 38
1. Dzikus
policyjne z wyjącymi syrenami. Potem nadbiegły psy i rozniosły się trzaski krótkofalówek ich przewodników. Co do minusów, dobrowolnie wskoczyłem do rozlewiska nieoczyszczonych ścieków. Starałem się zanadto nie rozglądać, żeby nie zobaczyć, w czym właściwie się taplam. Trudno było jednak ignorować odór, który był chwilami tak mocny, że ledwie zdołałem powstrzymać wymioty. W tym czasie, kiedy byłem w kanałach, ścieki odpływały i przypływały – w pewnym momencie podnosząc się aż do mojej szyi. Miałem szczęście, że nie podniosły się wyżej, bo nie wiem, czy udałoby mi się wyswobodzić. Przecisnąłem się tak daleko – a ściany studzienki były tak śliskie, że pewnie nie zdołałbym się podciągnąć, nawet gdyby była to kwestia życia lub śmierci. Utopiłbym się w rozlewisku ekskrementów. Mimo to, oprócz krótkiego momentu, kiedy pomyślałem, że chyba całkiem mnie zatopi, ani razu poważnie nie rozważałem, żeby stamtąd wyjść. Pozostałbym w tej studzience tak długo, jak byłoby to konieczne, gdyby miało mnie to ocalić przed pojmaniem i deportacją. Niestety, po jakimś czasie znów usłyszałem szczekanie psów. Spojrzałem w górę w stronę światła i zobaczyłem, że w zasięgu wzroku pojawił się żandarm, powstrzymujący parę szaleńczo ujadających dobermanów. Żandarm odezwał się: – No dobra, wyłaź stamtąd, synu. Próbowałem się podciągnąć, ale, tak jak się obawiałem, nie zdołałem wyjść o własnych siłach. Musiał 39
NIE MA odwrotu
przecisnąć się do mnie inny żandarm i dosłownie mnie wywlec. Kiedy zszedł i spojrzał mi w oczy, zrobił najbardziej zniesmaczoną minę, jaką widziałem w życiu, jakby mówił: „Nie mogę uwierzyć, że to z twojego powodu stoję w wielkiej kałuży kału. Nie na to się pisałem, kiedy wstąpiłem do marynarki”. Strażnicy skuli mnie w kajdanki i odprowadzili z powrotem do aresztu – co oznaczało jakieś pół godziny spaceru. Byłem tak brudny i cuchnący, że nie chcieli zapaskudzić siedzeń swojego wozu. Potem, kiedy wróciliśmy do więzienia, nie pozwolili mi nawet wziąć prysznica. Któryś z żandarmów zabrał mnie do łazienki i niechętnie obmył mnie przy pomocy gąbki i wiadra popłuczyn. Zapowiadała się ciężka noc. Oczywiście po tym, jak dostali dobrą nauczkę, teraz nie pozwalali mi już wychodzić samemu do łazienki. Kiedy korzystałem z ubikacji, musiał przy tym być żandarm, ku obopólnemu rozczarowaniu. *** Tymczasem, czego byłem zupełnie nieświadomy, moje egoistyczne poczynania miały wpływ na całą moją rodzinę. Dwa tygodnie wcześniej armia amerykańska poleciła mojej matce opuścić kraj z moim młodszym bratem, Matthew, pod pretekstem rozpoczęcia przesiedlania naszej rodziny do Stanów Zjednoczonych. Uzasadniano to tym, że mój ojciec i ja będziemy dzięki temu mieli gdzie wrócić, kiedy mnie znajdą. Zaś w przypadku 40
1. Dzikus
najgorszego scenariusza, władze przynajmniej będą wiedziały, gdzie przewieźć moje ciało. Zanim mnie pojmano, Japończycy uważali za bardziej prawdopodobne, że wrócę do ojczyzny w worku na zwłoki. Marynarka ustaliła już, że kolejną placówką służbową mojego ojca będzie Reading w Pensylwanii, gdzie miał służyć jako oficer zaopatrzenia. Na razie mój ojciec pozostał w Japonii, by pomóc mnie szukać, i obiecał mojej matce, że nie wyjedzie, póki mnie nie znajdzie, i że nie wróci do niej beze mnie. Pod tym względem byłem w lepszej sytuacji niż Tommy, którego deportowano dzień wcześniej (nie próbował uciec z aresztu), ale jego rodzice już go opuścili, wyjeżdżając do Stanów Zjednoczonych, zanim nas zatrzymano. Słyszałem, że został wysłany do Teksasu, gdzie przeniesiono jego ojca, ale nie miałem z nim styczności od czasu tego incydentu na stacji kolejowej. Tak naprawdę nie martwiło mnie, że straciliśmy kontakt. Jak większość moich tak zwanych przyjaciół, Tommy był mi potrzebny tylko na ten jeden raz. Kiedy zniknął mi z oczu, nie zaprzątałem sobie tym głowy. Dzień po tym, jak mnie ponownie schwytano, strażnicy przewieźli mnie do Yokosuki, innej amerykańskiej bazy wojskowej, gdzie wsadzono mnie wraz z tatą do samolotu wojskowego lecącego do Honolulu. Z tego, co mi wiadomo, nie brano pod uwagę przewiezienia mnie samolotem pasażerskim. Prawdę mówiąc, byłem wciąż tak rozgniewany i bezczelny, że dosłownie przykuli mnie kajdankami do samolotu. Przewieziono nas jednym 41
NIE MA odwrotu
z tych samolotów transportowych C-130, gdzie na środku leży ładunek, a po obu stronach są plecione siedzenia. Przywiązali mnie do plecionego siedzenia i przy obu moich bokach umieścili żandarmów. Potem skuli mnie za jedną nogę z żandarmem, a jedno ramię przykuli do kadłuba. Z całą pewnością było to roztropne posunięcie. Moi strażnicy wiedzieli, że ani trochę nie dbam o życie – ani ich, ani nawet swoje. Byli przekonani, że zrobię coś głupiego i narażę wszystkich na niebezpieczeństwo. W pewnym sensie mieli rację, bo całkiem zwyczajnie mi odbiło. Tkwił w tym paradoks. Kiedy dwa i pół roku wcześniej moja rodzina przenosiła się do Japonii, sprzeciwiałem się tej przeprowadzce, teraz zaś w ogóle nie chciałem wrócić do Stanów. Kiedy wylądowaliśmy w Honolulu, musieliśmy przejść przez cały terminal, by przesiąść się do pasażerskiego samolotu lecącego na międzynarodowe lotnisko w Los Angeles, bardziej znane jako LAX. Powłóczyłem skutymi nogami, przemierzając terminal, nadal z groźnie wyglądającymi żandarmami u boku. Chociaż ręce miałem skute kajdankami, żandarmi zapomnieli mnie zakneblować, więc wykrzykiwałem najohydniejsze sprośności do przechodniów, którzy nawiązali ze mną kontakt wzrokowy. Byłem upokorzony faktem, że wszyscy się gapią i szeptają. Sądząc z całej tej uwagi, jaką mi okazywano, można by pomyśleć, że jestem skazanym seryjnym mordercą. Strażnicy oczywiście ciągle mnie uciszali, ale na próżno. Jeden z żandarmów popełnił nawet głupi błąd, 42
1. Dzikus
próbując mi zakryć usta ręką. Niczym zwierzę, spróbowałem go ugryźć. Kiedy teraz to wspominam, mogę sobie tylko wyobrażać, co musiał myśleć mój ojciec, kiedy rozgrywała się ta nierealna wprost scena. Wtedy nic mnie to nie obchodziło. Gdy przesiedliśmy się na samolot lecący z Honolulu na LAX, znów wlepiano we mnie wzrok i słyszałem podobne szepty jak w terminalu. Chociaż wciąż mnie to denerwowało, przestałem walczyć i wyładowywać swój gniew. W końcu do mnie dotarło, że jestem złym człowiekiem – że zapewne przerażam innych pasażerów. Jestem pewien, że myśleli: „Kim jest ten chłopak, skoro musi być skuty, w kajdankach, i przykuty do dwóch żandarmów? I czy to bezpieczne przebywać z nim w samolocie?” Poza tym byłem wtedy tak zmęczony i zdegustowany, że po prostu nie miałem już ochoty walczyć. – Woli pan kurczaka czy wołowinę? – zapytała w pewnym momencie stewardessa. Cokolwiek. Nie spałem ani nie brałem prysznica od prawie trzech dni – to było jeszcze przed tym wypadkiem z kanałami – i odczuwałem to. Powiedzieć, że wyglądałem paskudnie, to niedomówienie. Kiedy wysiedliśmy z samolotu na LAX, żandarmi eskortowali mnie aż do głównego terminalu. Potem jeden z nich odwrócił się do mnie i powiedział: – Sprawa ma się tak. Twoja matka i brat są w Pensylwanii. Jak wiesz, twój tata jest tutaj z tobą, i oddamy cię jemu. Zgadzasz się pójść z nim, żeby spotkać się z matką i zgłosić się na odwyk? Jeśli tak, zdejmiemy ci kajdanki. 43
NIE MA odwrotu
Moją pierwszą myślą było: „Idioci. Jeśli zdejmą mi kajdanki, ucieknę”. Miałem w Południowej Kalifornii przyjaciół z dawnych lat i pomyślałem, że może uda mi się ich odnaleźć. Zaś wybranie się na surfing w tym rejonie byłoby czymś wspaniałym. Ale co właściwie miałem zrobić? Wszyscy moi znajomi z Południowej Kalifornii byli również dziećmi wojskowych. Jako że od przeprowadzki do Japonii nie pozostawałem z nikim w kontakcie – znów to moje „co z oczu, to z serca” – nie miałem jak się dowiedzieć, czy któryś z moich przyjaciół nadal mieszka w tym samym miejscu. Brak pieniędzy, środka transportu i jakiegoś konkretnego miejsca, gdzie mógłbym się udać, chwilowo ostudził moją zwykłą chojracką brawurę. Myśl o radzeniu sobie na własną rękę w Los Angeles była na tyle przerażającą perspektywą, że postanowiłem się nie wychylać. Niechętnie zgodziłem się na żądania żandarma, i strażnicy odeszli tą samą drogą, którą przyszli. Wsiadłem z ojcem do kolejnego samolotu, tym razem lecącego do naszego ostatecznego miejsca przeznaczenia – do Filadelfii w Pensylwanii. W czasie tego długiego lotu porozmawiałem z ojcem po raz pierwszy od czasu, kiedy uciekłem z domu. Tak jak wszystkich innych, także i jego zwyzywałem parę razy odkąd mnie pojmano, ale teraz po raz pierwszy przeprowadziliśmy dosyć kulturalną wymianę zdań. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy – i nie miejcie złudzeń: wiem, że nadal byłem aroganckim palantem – ale po raz pierwszy odbyliśmy jaką taką 44
1. Dzikus
rozmowę. Myślę, że liczne chwile niezręcznego milczenia były lepsze, niż całkowite milczenie. *** Kiedy wylądowaliśmy w Filadelfii, przy bramce czekała na nas moja mama. W tamtych czasach, przed atakiem z jedenastego września, przyjaciele i krewni mogli spotkać się z przylatującymi pasażerami, gdy tylko ci wyszli z rękawa na lotnisku. Wiedziałem, że tam będzie, ale tak naprawdę mnie to nie obchodziło. Byłem tak zmęczony i zdegustowany, że jedyne, co mnie obchodziło, to znalezienie jakiegoś miejsca, gdzie mógłbym przekimać. Kiedy jednak wysiedliśmy z samolotu, moja matka podbiegła do mnie, objęła mnie i obsypała pocałunkami. Mówiła mi, jak się cieszy, że mnie widzi. Minęło niemal dwa i pół miesiąca, odkąd ją ostatni raz widziałem, tuż przed tym, jak uciekłem w Japonii. Była taka matczyna, mówiła mi, jak bardzo mnie kocha. Wydawała się nie przejmować, że wyglądam strasznie – rozczochrany, zgarbiony, z nieobecnym i zimnym wzrokiem. Nazwała mnie nawet „Donnie”, zdrobnieniem, którego używała tylko ona. Jednak coś w tym, jak mnie traktowała, znowu mnie mocno wzburzyło. Kiedy spróbowała mnie objąć, od razu ją odepchnąłem, wycelowałem jej palec w twarz, i rzuciłem tonem pełnym niewyobrażalnej nienawiści: – Nienawidzę cię! 45
NIE MA odwrotu
I naprawdę tak myślałem. W tym jednym zdaniu i geście zawarłem całe lata nastoletniej wściekłości i frustracji. Oczywiście, żadna matka nie zniesie takiej reakcji swojego pierworodnego syna. I tam, na miejscu, w terminalu, moja matka zalała się łzami. Straciła nad sobą panowanie i zaczęła spazmatycznie łkać. W ogóle mnie to nie obchodziło. Byłem nieczuły jak głaz. Tato był wściekły, że mówię w ten sposób do matki. Powiedział coś w stylu: „Jak śmiesz odzywać się tak do matki!”. Jednak mimo mojego zachowania dotarliśmy jakoś razem na parking przy lotnisku. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, chciałem wiedzieć, dokąd się wybieramy. Mama szepnęła: – Jedziesz do ośrodka odwykowego w środkowej Pensylwanii. To szansa na nowy początek. „Tak, jasne”, pomyślałem, ale powiedziałem tylko: – Świetnie, będę daleko od was!
46
tel. 12 292 68 69, 12 292 09 05 12 345 49 80, tel. kom.: 695 994 193 www.religijna.pl, klub@religijna.pl
Ksiądz Donald Calloway MIC jest wikariuszem prowincjalnym i dyrektorem powołań amerykańskiej Prowincji Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia NMP, a także autorem wielu bestsellerów, takich jak Konsekracja św. Józefowi i Zawierzyć Maryi. Duchowość XXI wieku. Od lat spotyka się z ludźmi w wielu miejscach świata, dając świadectwo Bożego Miłosierdzia, jakiego doświadczył w swoim życiu. ISBN 978-83-7864-295-4
ISBN 978-83-7864-295-4
9 788378 642954 Cena: 49,90 w tym 5% VAT
Ks. Donald H. Calloway
NIE MA ODWROTU!
Książka, którą trzymacie w ręku, to opowieść o moim nawróceniu – o tym, co Jezus i Maryja zdziałali w moim życiu, wyprowadzając mnie z ciemności i ateizmu do pełni prawdy w jednym, świętym, katolickim i apostolskim Kościele. I ta historia nawrócenia trwa. Nawet dziś nadal żyję pośrodku tej tajemnicy, do której powołał mnie Bóg. Z wielu względów nie jestem tego godzien, lecz dzięki łasce Bożej – dzięki Jego miłosierdziu
NIE MA ODWROTU!
ZAMÓW BEZPŁATNY KATALOG!
Gdyby ktoś mi powiedział, gdy byłem nastolatkiem, że pewnego dnia będę rzymskokatolickim księdzem piszącym książkę o swoim życiu i opowiadającym ludziom na całym świecie niezwykłą historię mojego nawrócenia, odparłbym: „Jesteś stuknięty…! Chcę zapalić skręta. Zejdź mi z oczu”. Nawet dziś nadal mnie zdumiewa, że jestem księdzem (…) Doświadczyłem tak wiele miłosierdzia i tylu łask, że teraz spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność, bym był wierny i głosił Dobrą Nowinę. Moją rolą jako księdza jest głosić prawdę, złożyć się w ofierze i umrzeć dla siebie. To dlatego jestem księdzem. Autor
Ks. Donald H. Calloway
poleca!
Jako młody człowiek kradł, brał narkotyki, upijał się, uciekał z domu, zadawał się z gangsterami, a w głowie miał tylko prochy i dziewczyny. Kiedy był już na samym dnie, na granicy życia i śmierci, doświadczył cudu miłosierdzia. Dziś jest katolickim księdzem. Od wielu lat historia życia Donalda Callowaya porusza serca i przemienia życie tysięcy ludzi. To niesamowite świadectwo Bożej Łaski i miłości Maryi do jej dzieci, świadectwo nawrócenia i przemiany tak radykalnej, że wręcz niewiarygodnej – świadectwo nadziei, która zawieść nie może, której nie wolno tracić, niezależnie od tego, jak daleko jest się od Boga.
Świadectwo Miłosierdzia
– nadal każdego dnia przeżywam nawrócenie. Niektórzy mogą uznać poniższą historię – historię mojego życia – za niemal niewiarygodną. Kiedy daję świadectwo mojego nawrócenia na konferencjach, bywa, że ktoś podchodzi do mnie i mówi: „Nie mogę w to uwierzyć. Myślę, że to niewiarygodne”. Dlatego ilekroć mam prelekcję, przynoszę ze sobą moje zdjęcie – obraz tego, jak wyglądałem jako nastolatek. Możecie być pewni, że nie obnoszę się ze starym zdjęciem dlatego, że jestem egocentrykiem. Robię tak, żeby ludzie mogli sobie wyobrazić, jakim dzikusem byłem przed nawróceniem. fragment książki