Skip to main content

Misja życia - o. Grzegorz Krzyżostaniak OMI

Page 1

Książka jest trzymającą w napięciu opowieścią o codzienności i wyzwaniach, jakie stają przed młodym pracującym na Madagaskarze misjonarzem. Musi się on zmierzyć nie tylko z obyczajami i wierzeniami miejscowych oraz ich mentalnością, ale i potężnymi intrygami, które – choć powstały z dala od ich maleńkiej wioski – wstrząsnęły życiem młodego kapłana i części społeczności malgaskiej. Wspólne świętowanie, a potem chwilowe „zamroczenie” misjonarza sprawiają, że ojciec Jakub jest zmuszony do ucieczki z wioski. Ten nieoczekiwany obrót wydarzeń i pospieszna rejterada tak naprawdę rozpoczyna jego walkę o dobre imię, prawdę i... życie. Jak zakończy się ta ucieczka? Czy przyniesie rozwiązanie dla stawianych przez młodego misjonarza pytań? W jaki sposób wpłynie na mieszkańców wioski, innych misjonarzy i tylu spotykanych niby to przypadkiem ludzi? Misja życia to przejmująca, pełna barw i emocji powieść o ludzkiej kruchości, sile wspólnoty i o tym, że granica między sacrum a codziennością bywa zaskakująco cienka. Grzegorz Krzyżostaniak OMI

urodzony w 1970 roku w Gostyniu. Wieloletni misjonarz na Madagaskarze, doktor misjologii. Obecnie duszpasterz, rekolekcjonista i kierownik duchowy.

ISBN 978-83-8340-222-2

ISBN 978-83-8340-222-2

9 788383 402222

Cena: 59,90 w tym 5% VAT

Grzegorz Krzyżostaniak OMI

W samym sercu malgaskiego buszu, gdzie poranek pachnie wilgocią, a noc przesłania wioskę jak ciężka zasłona, rozgrywa się historia, która nie pozwala o sobie zapomnieć.

Grzegorz Krzyżostaniak OMI


Grzegorz Krzyżostaniak OMI

Wydawnictwo AA Kraków


Redakcja: Magdalena Maziarz Opracowanie graficzne, łamanie i projekt okładki: Wydawnictwo AA Imprimi potest Prowincja Misjonarzy Oblatów MN L.dz. 151/2025 o. Wojciech Popielewski OMI, Prowincjał Poznań, 16 listopada 2025 r. Copyright by Grzegorz Krzyżostaniak OMI Copyright by Wydawnictwo AA, Kraków 2026 ISBN 978-83-8340-222-2 Wydawnictwo AA s.c. 31-574 Kraków, ul. Ciepłownicza 29 tel. 12 345 42 00, tel. kom. 695 994 193 www.religijna.pl


Rozd ział I

Niebo było jeszcze upstrzone gwiazdami, kiedy Sambany wyszedł ze swojej chałupy. Mężczyzna począł charczeć i po chwili wytężonych wysiłków splunął na ziemię. Zadygotał z zimna, które przeszyło go na wskroś. Noce o tej porze były chłodne, a powietrze przesycone niezdrową wilgocią. Ludzie po całych nocach kasłali i kichali, a malaria bezwzględnie wciskała się do każdego organizmu osłabionego nawet lekkim sezonowym przeziębieniem. Jego ciało ponownie przeszył dreszcz. Wrócił więc do chałupy, gdzie zarzucił na grzbiet wytartą, mocno zużytą derkę, którą zresztą przykrywał się, gdy kładł się spać. Po cichu, aby przypadkiem nie zbudzić reszty domowników, wygramolił się z chaty i ruszył ścieżką ledwie widoczną w bladej poświacie księżyca. Po kilku minutach żwawego marszu znalazł się w centrum wioski. Na środku placu majaczyły słupy ofiarnicze w kształcie rogów byka, które Betsimisarakowie nazywali jiro. Samo miejsce, podobnie jak i słupy, otaczane było nabożną czcią, z jedynym w swoim rodzaju pietyzmem. To właśnie tutaj Betsimisarakowie oddawali cześć Bogu i swoim przodkom, których czcili niemal jak Boga. Wokół placu rysowały się kontury chałup. Pośród nich wyróżniał się pokraczny budynek szkoły. Sambany zatrzymał się na moment, po czym energicznie ruszył z miejsca. Ścieżka, którą maszerował, zaprowadziła go na skraj wioski, gdzie na małym wzniesieniu mimo ciemności można było 5


dostrzec bryłę kościoła. Budynek był w całości drewniany. Jedynie spadzisty dach pokrywała falista blacha, którą zakonserwowano, malując ją zużytym olejem silnikowym. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie i z zadowoleniem spoglądał na budynek świątyni rysujący się na wzgórku. „Ciekawe, jak tam sprawuje się nasz byczek?” – pomyślał i podreptał w lewo, gdzie znajdowało się małe pastwisko. Już po chwili dostrzegł zwaliste cielsko byka śpiącego w trawie. Zwierzę oddychało miarowo. „To dobrze, że nikt cię nie ukradł” – wyszeptał sam do siebie i ostrożnie zbliżył się do zwierzęcia. Jednym spojrzeniem objął pokaźne cielsko, po czym sprawdził, czy byk jest przywiązany do postronka, a ten do grubego palika wbitego w grunt. Z ulgą stwierdził, że wszystko jest w porządku. Delikatnie poklepał zwierzę po szorstkim grzbiecie, odwrócił się na pięcie i pomaszerował z powrotem do swojej chałupy. Powoli zaczynało szarzeć. Tu i ówdzie odezwały się ludzkie głosy, gdzieniegdzie zahuczał głucho moździerz do tłuczenia ryżu. „O…! Kobiety już szykują jedzenie” – pomyślał i w tej samej chwili poczuł głód w żołądku: ostry, przenikliwy i gorzki. Przyspieszył kroku, by jak najszybciej znaleźć się w swojej chacie. „Porahita już wstała pewnie i szykuje śniadanie, bo dzieci śpią jeszcze” – myślał, przebiegając truchtem ścieżkę prowadzącą na drugi koniec wioski, gdzie od wielu lat żył i pracował. Nie pomylił się w swoich przypuszczeniach: Porahita, jego żona, tłukła ryż w moździerzu. W kuchni palił się ogień. – Gdzie byłeś? – zapytała ujrzawszy męża. – Sprawdzić, czy byk jest na swoim miejscu – odparł niepewnie Sambany. – A co miałoby się z nim stać? – zapytała zdziwiona kobieta i badawczo popatrzyła na niewyraźną minę męża. – Przecież nikt go nie ukradnie! Wiesz o tym doskonale! 6


– Chciałem się jedynie upewnić, tak na wszelki wypadek. Byczek jest niezły, kosztował sporą sumkę! – No i co…? Nikt go nie może ukraść, a sam nie ucieknie. Sama widziałam, jak go starannie przywiązałeś. Na te słowa Sambany spuścił oczy i nic nie odparł. Wiedział, że żona ma rację. Nikt nie mógł ukraść byka, bo to nie był zwyczajny byk. Wiedzieli o tym wszyscy mieszkańcy wioski, a obcych widywano tutaj bardzo rzadko. Nikt więc nie ośmieliłby się ukraść tak szczególnego byka. – Co tak zamilkłeś? – zapytała Porahita, zmrużywszy oczy. Sambany uśmiechnął się blado i popatrzył czule na żonę. Kochał ją. Może z wyglądu nie była zbyt ładna, ale za to miała miłą twarz, a jej oczy wyrażały to, co czuła i myślała. Porahita była dobrą żoną i matką. Dała Sambany’emu trójkę dzieci, choć to ostatnie przyszło na świat z wielkimi komplikacjami. Gdyby nie szpital i sprawne ręce chirurga, Porahita pożegnałaby się z tym światem, a wówczas on, Sambany, nie wiedziałby, w jaki sposób ułożyć sobie życie na nowo. Czasami rozmyślał nad tym i nie wyobrażał sobie życia bez Porahity. Tym bardziej kochał ją całym sercem i nigdy nie pozwalał sobie na skoki w bok, jak to czynili inni mężczyźni we wsi. – Co tak zamilkłeś? – powtórzyła pytanie kobieta. – Ty zawsze masz rację! – odparł entuzjastycznie. – A ty, mój mężu, przejmujesz się za bardzo! Idź i sprawdź, czy dzieci śpią jeszcze, a ja wam przygotuję śniadanie. Strasznie chłodny ten dzisiejszy poranek! – Pewnie znowu będzie padać – parsknął Sambany i spojrzał na niebo. Poranek był szary i smutny. Ołowiane chmurzyska wisiały nisko, zwiastując deszcz, który mógł spaść w każdej chwili. Okoliczne góry i wzgórza były opatulone oponami gęstej, nieprzeniknionej mgły. Wioska budziła się powoli, z ociąganiem charakterystycznym dla tej niekorzystnej pory roku. 7


Z każdą chwilą coraz więcej smużek białego dymu unosiło się w kierunku nieba. Tu i ówdzie dosłyszeć można było przyciszone rozmowy, gruźliczy kaszel lub płacz obudzonego za wcześnie dziecka. Wioskowe psy poczynały niespokojnie kręcić się wokół kuchni. Węszyły za jadłem, zwabione nęcącymi zapachami. Sambany delikatnie pogładził czoło swojej najmłodszej córeczki, której niewinna twarzyczka teraz, w czasie snu, zdawała się być jeszcze bardziej niewinna. Dwóch jego synów spało również. To w nich Sambany widział przyszłość swojej rodziny. To oni, gdy dorosną, zaopiekują się nim i jego żoną jak należy, jak nakazuje tradycja przekazana przez przodków. A gdy on, Sambany umrze, gdy umrze Porahita, synowie pogrzebią ich w rodzinnym grobowcu, gdzie spoczywają szczątki wszystkich protoplastów rodu. No może nie wszystkich. Brakuje tylko Ikaky, kuzyna Sambany’ego, który przez nieostrożność został pożarty w całości przez krokodyla. Nie było ciała, nie było więc kogo pogrzebać. Około południa Sambany wybrał się znowu na pastwisko. Byk flegmatycznie skubał trawę. Jego sierść, czarna jak najczarniejsza noc, lśniła w ostrym słońcu. Potężny łeb i wielkie ostre rogi nadawały bydlęciu groźny, a zarazem wojowniczy wygląd. Umięśniony zad i mocne kończyny jeszcze bardziej podkreślały wyjątkowość byka. Garb zaś na jego grzbiecie – wielki i swoim kształtem przypominający górę, która dominowała nad wioską – zdawał się być znakiem, dobrą wróżbą. „Tłusty ten garb” – cmoknął Sambany i poklepał zwierzę. Byk poruszył się niespokojnie i chlasnął ogonem. Mężczyzna odskoczył gwałtownie na bok. „Niezła sztuka” – rzekł sam do siebie. Przez chwilę zdawało się Sambany’emu, iż w niektórych miejscach sierść zwierzęcia przybiera zielonkawy odcień. Przyjrzał się uważnie i rzeczywiście tu i ówdzie twarda szczecina lśniła na zielono. To za sprawą słońca tak się działo. Betsimisarakowie wiedzieli o tym od zawsze i dlatego czarnego 8


byka nazywali zielonym – omby màitso. Zielony byk był marzeniem każdego Betsimisarake, ale niestety niewielu mogło sobie pozwolić na jego kupno. Taki byk kosztował fortunę, a w głębokim buszu na wschodnim wybrzeżu Madagaskaru od wielu lat panowała bieda. Tylko nieliczni, zwykle ludzie z płaskowyżu, którzy się tutaj osiedlili, posiadali jako taki majątek. Byli też bardziej przebiegli i sprytniejsi niż Betsimisarakowie. Tych zaś charakteryzowała dziecięca naiwność i łagodność. Nie umieli oszczędzać, a tym bardziej pracować ponad siły. Żyli z dnia na dzień. Bojaźliwi i zabobonni, lękali się węży i kameleonów, a miejsca nawiedzane przez duchy omijali trwożliwie szerokim łukiem. Jeszcze przez jakiś czas Sambany sycił oczy, patrząc na byka: na to potężne zwierzę, jakby ulane ze spiżu, niemal święte, a które dzisiejszego popołudnia stanie się jedynym w swoim rodzaju bohaterem. Na samą myśl o tym mężczyzna poczerwieniał na twarzy i uśmiechnął się przyjaźnie do bydlęcia. Ponownie poklepał byka po zadzie i poszedł w stronę kościoła. Znalazłszy się na niewielkim wzniesieniu, stanął przed głównym wejściem do świątyni. Przed sobą miał dość pokaźne drzwi, zamknięte w tej chwili na kłódkę. W nozdrza uderzyła go silna woń zużytego oleju silnikowego, którym pomalowano cały kościół, nie wyłączając dachu. Przeżegnał się nabożnie i odmówił po cicho krótką modlitwę: Wszechmogący Boże, Królu nieba i ziemi, Spojrzyj swoim miłościwym okiem na naszą wspólnotę. Bądź dla niej łaskawy i litościwy. Jesteśmy wielkimi grzesznikami i tylko Twój oddech napełnia nasze dusze mocą! Proszę Cię w imieniu wszystkich miejscowych chrześcijan, obdarz nas swoim błogosławieństwem, i nie pozwól, abyśmy kiedykolwiek stali się sierotami. Amen. 9


Przeżegnał się ponownie i dwa razy okrążył budynek kościoła. Uczynił to, aby uważnie obejrzeć pracę, jaką on i jego wspólnicy wykonali kilka dni temu. Z zadowoleniem spoglądał na ściany grubo i dokładnie pokryte zużytym olejem silnikowym. Dwa tygodnie temu dostał list od misjonarza, który pisał, iż Sambany może przyjść po olej do pomalowania kościoła. Misjonarz przygotował wszystko. Kilka dwudziestolitrowych kanistrów czekało na przybycie Sambany’ego i jego tragarzy. Musieli oni pokonać dystans 45 kilometrów w jedną stronę. Ścieżka, która prowadziła do misji, wiła się serpentyną przez busz. Co rusz wznosiła się i opadała. Te ciągłe podejścia były niezwykle męczące, zwłaszcza dla ludzi obarczonych bagażami, a do takich należeli Sambany i jego kompania. Jednak z drugiej strony byli oni już od najmłodszych lat przyzwyczajani do uciążliwych marszów w buszu. Teren, który zamieszkiwali tutejsi Betsimisarakowie, był górzysty. Sieci rzek, potoków i strumieni przecinały ów obszar, srebrząc się w ostrym, zenitalnym słońcu. Była to kraina niezwykle piękna, miejscami jeszcze dziewicza. Trudno dostępne miejsca, zwłaszcza szczyty, porośnięte były pierwotnym lasem, który być może pamiętał jeszcze zamierzchłe czasy, gdy po Madagaskarze biegał gigantyczny struś – mamutak. W gąszczach leśnych harcowały różne gatunki lemurów, a nad strzelistymi koronami drzew fruwały stada czarnych papug. W poszyciu leśnym kryły się węże i jaszczurki, a w gęstwinie dziki miały swoje legowiska. Była to kraina bogata w grafit i złoto. Sambany ruszył w kierunku domu misjonarza, który znajdował się nieopodal, za kościołem. Przeszedł pod rozłożystymi konarami drzewa liczi, które owocuje w grudniu, wydając słodkie, rozgrzewające owoce. Któż nie lubi liczi! Wszyscy przepadali za nimi, a najbardziej dzieci. Znalazłszy się przed plebanią, zapukał do drzwi. – Proszę wejść! – Dobiegł go mocny głos z wewnątrz. 10


Sambany otworzył drzwi i znalazł się w pomieszczeniu, które służyło jednocześnie za kancelarię i jadalnię. – Witam ojca! – rzekł Betsimisaraka. – Dzień dobry, inspektorze – odparł misjonarz. – Proszę usiąść! Co tam nowego? – Nic nowego! – odpowiedział zwyczajowo Sambany i usadowił się na taborecie. Spojrzał na misjonarza, którego twarz była niezwykle blada, co świadczyło o tym, iż ksiądz jest chory, z pewnością na malarię. Tak też było w istocie. Biały misjonarz cierpiał od kilku dni. Łykał pigułki i trząsł się z zimna. Na szczęście malaryczne ataki ustępowały z wolna, choć organizm księdza był osłabiony. – W nocy zmarzłem porządnie. Musiałem wstać i przykryć się drugim kocem – rzekł misjonarz. – Może inspektor napije się wywaru z entony? – Z przyjemnością! – odparł gromkim głosem Sambany. Ksiądz dźwignął się z krzesła i sięgnął po termos znajdujący się na małym stoliku przy ścianie. Do dwóch kubków nalał brązowawego płynu. Jeden kubek podał Sambany’emu. – Gorzkie, bardzo gorzkie! – rzekł inspektor po pierwszym łyku. – Ale skuteczne – odparł misjonarz. – Wolę to niż tabletki, po których żołądek wywraca się na drugą stronę! Ta paskudna malaria! Jest jak kobieta: jak cię raz złapie, to nie chce za żadne skarby opuścić! – Trudne są baby! Nikt ich nie zrozumie, choć bez nich życie byłoby smutne. I kto by rodził dzieci? – Faktycznie – Zamyślił się misjonarz. – Świat bez kobiet byłby jałowy, pusty i bezludny! To fakt! Znowu zamyślił się, po czym spytał: – My tu gadu-gadu, inspektorze, a jak tam przygotowania do dzisiejszej uroczystości? Byka już widziałem. Niezła bestia! 11


– Porządna sztuka, nie jakiś tam pierwszy lepszy cielak! – przytaknął skwapliwie Sambany. – To ksiądz się wykosztował! – Ale chyba warto było, co? – zapytał misjonarz lekko zbity z tropu. Istotnie zapłacił za byka niezłą sumkę, ale przecież sami Malgasze namawiali go, aby kupił właśnie takiego byka, a nie jakiegoś innego. Czarny byk będzie najlepszą oprawą święta! – Lepszy nie mógł się trafić! – pochwalił Sambany. – Ludziska zacierają ręce, bydlę podziwiają, a ojca wychwalają wniebogłosy. We wsi zrobił się z tego niezły harmider, taki, że aż protestanci umierają z zazdrości. Poganie zaś mówią, że z ojca to jakiś wyjątkowy ksiądz! – Poganie, mówisz?! – Tak, poganie – odparł Sambany i uśmiechnął się. Bezzębny uśmiech zastygł na chwilę na jego wymizerowanej twarzy. – Są zdumieni, że ksiądz szanuje tradycję naszych przodków! Do tej pory księża albo ją tępili, albo w ogóle ją pomijali. – Sam nie wiem, czy postąpiłem słusznie – mruknął duchowny. – Może jeszcze odrobinę entony, panie inspektorze? – Wystarczy – odrzekł Betsimisaraka. – Co się tyczy dzisiejszego święta, wszystko jest już załatwione. Trzy worki ryżu przytaszczyli tragarze. Dwadzieścia litrów rumu, który zamówiłem, również zostało dostarczone. – Nie upijecie się? Dwadzieścia litrów alkoholu to sporo, za dużo chyba? – Zaniepokoił się misjonarz. Nie życzył sobie, aby dzisiejsza uroczystość zamieniła się w zwykłą pijatykę. – Bez obawy! Dwadzieścia litrów na tylu ludzi… W sam raz. Może być ojciec spokojny. Nikt nie będzie pijany, nie dopuszczę do tego. Osobiście będę czuwał, żeby nie doszło do żadnego skandalu! – zapewniał solennie Sambany. – To dobrze – powiedział misjonarz i odetchnął z ulgą. – Nie możemy sobie pozwolić na skandal. Zaszkodziłoby to Kościołowi i misji. A co by powiedział mój przełożony?! – Panie inspektorze, bardzo proszę czuwać nad wszystkim! 12


– Tak, ojcze! – odparł gromkim głosem Betsimisaraka. – Teraz muszę już iść, robota czeka! Wstał, pożegnał się z misjonarzem i wyszedł z chałupy. Słońce grzało już niemiłosiernie. Sambany spojrzał w górę i z zadowoleniem stwierdził, że niebo jest prawie bezchmurne. Wiatr rozwiał kłębiaste chmury zalegające na nim już od samego ranka. „Znaczy to, że po południu nie powinno padać!” – stwierdził i żwawym krokiem podreptał w kierunku wioski. Około godziny piętnastej wszyscy katolicy zebrali się przed kościołem. Było gwarno i radośnie. Nastrój święta udzielał się wszystkim, nawet tym schorowanym, zwykle narzekającym na ból w stawach i brak sił witalnych. Wszyscy bez wyjątku kipieli z podniecenia i z ciekawością spoglądali w stronę pobliskiej łączki. Byk po swojemu przeżuwał trawę i od czasu do czasu łypał spode łba na mrowie ludzi zgromadzonych na wzgórku. Machnięciami ogona odganiał natarczywe muchy. Tymczasem pojawił się misjonarz. Ludzie przywitali księdza gromkimi okrzykami, które rozniosły się po otaczających osadę wzgórzach. W tejże chwili byk przestał żuć trawę i zrobił się niespokojny, jakby instynktownie wyczuł zbliżające się niebezpieczeństwo. Sambany podszedł do misjonarza i rzekł: – Możemy zaczynać, ojcze! – Amen! – odparł misjonarz i wyciągnął z futerału aparat fotograficzny Fuji. – Zrobię kilka zdjęć! – wyjaśnił, spostrzegłszy zainteresowane oczy inspektora ślizgające się po srebrzystej obudowie urządzenia. Betsimisaraka wyprostował się i stanął na baczność, jak żołnierz szykujący się do wykonania rozkazu. Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku pastwiska. Tłum rozstąpił się w mgnieniu oka. Sambany kilkoma cięciami antsy – długiego noża osadzonego na chininowym trzonku – przeciął sznur, którym byk był 13


przywiązany do grubego palika. Płaską stroną ostrza uderzył w zad bydlęcia i poprowadził je w kierunku tłumu. Zrazu byk nie chciał iść, ociągał się, ale inspektor mocno szarpał za postronek. W końcu byk ruszył z miejsca. Na ten widok ludzie krzyknęli owacyjnie. Tymczasem misjonarz biegał z miejsca na miejsce, przeciskał się między ludźmi ubranymi w odświętne stroje. Pstrykał zdjęcie za zdjęciem. Do tej pory nie spotkał się z czymś takim. Po raz pierwszy w swojej „misjonarskiej karierze” miał być świadkiem rytualnej ofiary z byka. Nie wiedział, jaki będzie ona miała przebieg. Zaufał całkowicie inspektorowi i radzie parafialnej, która zapewniła go, że nie ma czego się obawiać. Tak więc misjonarz był spokojny, choć i jemu udzielała się wszechogarniająca atmosfera podniecenia. Ludzie uśmiechali się do niego, gdy robił im zdjęcia. Dzieciarnia z ciekawością zaglądała w obiektyw aparatu. Nastolatki poprawiały fryzury i kokieteryjnie pozowały do portretu. Młode matki pokazywały swoje dzieci, które trzymały na rękach. Ponieważ aparat był cyfrowy, misjonarz mógł pstrykać do woli, bez obawy, że skończy się film. W międzyczasie duchowny dostrzegł miejscowego żandarma ubranego w strój służbowy, wyświechtany i połatany tu i ówdzie. Skinieniem głowy pozdrowił stróża prawa. Ten odwzajemnił pozdrowienie i palcem wskazał na skórzaną kaburę, w której trzymał rewolwer. „Skoro ten czuwa, mogę być całkowicie spokojny” – pomyślał kapłan i z jeszcze większą pasją wrócił do robienia zdjęć. Tymczasem Sambany zaciągnął byka na plac przykościelny. Tłum rozstąpił się, aby zrobić zwierzęciu więcej miejsca. Okrzyki ucichły i na moment zrobiło się cicho, zupełnie jak w pustym kościele. Jedynie byk sapał i prychał. Misjonarz zbliżył się do zwierzęcia na odległość kilku kroków, aby zrobić mu zdjęcie. – Uwaga ojcze, nie za blisko! – krzyknął Sambany. Misjonarz cofnął się szybko. 14


– Harena, bogactwo! – szeptała z podziwem gawiedź. Dla wszystkich mieszkańców Madagaskaru byki są synonimem bogactwa. Niewielu może sobie pozwolić na posiadanie choćby małego stadka. Nawet pojedyncza sztuka kosztuje sporo. Tymczasem byk robił się coraz bardziej niespokojny. Sambany z trudem utrzymywał bydlę na uwięzi. Czuł, że za chwilę byk mu się wyrwie, a wtedy może wydarzyć się coś niepożądanego. Krzyknął więc na wyrostków stojących opodal: – Pomóżcie mi! Szybciej! W sukurs Sambany’emu podążyło trzech gibkich młodzieńców. Silne, żylaste ręce chwyciły za gruby sznur i pociągnęły gwałtownie. Byk stanął jak wryty. Inspektor wyprostował się i rzekł do pomocników: – Trzymajcie go mocno i nie puszczajcie! – Eny – tak – odpowiedzieli chórem chłopcy. – Gdzie moja dzida? – zapytał Sambany. – Przynieście mi ją natychmiast! – Oto ona! – krzyknął starszy mężczyzna, który wysunął się z tłumu. Był to przewodniczący tutejszej rady kościelnej, niejaki Telolahy – człowiek poważny i obdarzony powszechnym szacunkiem. Ze względu na swój wiek, doświadczenie, mądrość i pobożność został wybrany na przewodniczącego rady. Urząd ten sprawował nienagannie już od wielu lat. Zbliżył się do Sambany’ego i podał mu dzidę. Ludzie wstrzymali oddech. Misjonarz, który z wypiekami na twarzy śledził rozwój sytuacji, zapomniał nawet o robieniu zdjęć. Czuł lekki niepokój, przypływ adrenaliny w żyłach. Włosy zjeżyły mu się na całym ciele, a na czole wystąpił perlisty pot. – Trzymajcie mocno! – krzyknął Sambany do młodzieńców. – Gdzie drugi sznur?! Ktoś z tłumu podał sznur inspektorowi. Telolahy, odebrawszy go z rąk inspektora, zbliżył się ostrożnie do byka. 15


Teraz trzeba było wykonać najtrudniejszą czynność: powalić byka i spętać mu racice. Nozdrza zwierza się rozszerzyły. Czarne ślepia łypały złowrogo. Ostry odór byczego potu rozniósł się po placu kościelnym. Ludzie cofnęli się jeszcze bardziej. Umilkły rozmowy i nawoływania. Telolahy nie mógł się zdecydować, w jaki sposób zabrać się do zwierza. Strach paraliżował mu członki. Pocił się przy tym nieprzeciętnie. Po chwili wahania począł prawie niezauważalnie zbliżać się do byka. – Teraz owiń sznur wokół racic! Tylko ostrożnie! – rozkazał Sambany. Telolahy zawahał się ponownie. Jednak po chwili rozciągnął postronek i okrążając bydlę, owinął nim przednie i tylne racice. Wystarczyło teraz zacisnąć, z wielką siłą pociągnąć za postronek, a byk runie na ziemię. I o to chodzi. Reszta będzie już łatwa. Telolahy wstrzymał oddech, po czym pociągnął za sznur, który zacisnął się na nogach byka jak pętla na szyi samobójcy. Zwierzę charknęło, zasapało potężnie i stało się jeszcze bardziej niespokojne. Zwoje mięśni naprężyły się jak do ataku, groźne ślepia stały się jeszcze bardziej groźne. Ogon bydlęcia podniósł się i po chwili kilka kupek parującego nawozu spadło na ziemię i rozpłaszczyło się. – Pomóżcie mi! – parsknął Telolahy. Trzech młodzieńców chwyciło za sznur. Byk zaczął się szamotać. Pod wpływem stalowego ucisku kończyny ugięły się pod nim nieznacznie. – Zaraz będzie nasz! – krzyknął Sambany. Milczący dotąd tłum ożywił się nieco. Ludzie z wolna zaczęli się przybliżać. Tu i ówdzie odezwały się głosy, ktoś tam zaśmiał się z cicha. – Mocniej! Żwawiej! – rozkazywał Sambany. Byk chwiał się coraz bardziej, tracąc równowagę. Z pewnością czuł, że za chwilę runie na bok, a wtedy nie będzie miał już żadnych szans, aby się bronić. 16


Mężczyźni widząc, jak byk traci siły, zbliżyli się do zwierzęcia jeszcze bliżej. Raz po raz ocierali się o jego spocone cielsko. Sznur zaciskał się coraz mocniej. W tejże chwili przednie kończyny bydlęcia zgięły się i byk uklęknął jak do modlitwy. Rozochocony tłum zawył z radości i podniecenia. Mężczyźni uwijający się przy byku byli już pewni swego. – No byczku, dalej, poddawaj się! – mówił Sambany, który przestał już ciągnąć za postronek. Był pewien, że trzech młodzieńców i stary Telolahy poradzą sobie bez niego. Byk był prawie powalony, spętany i niemal bezbronny. Nagle stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Jakimś nadziemskim wysiłkiem, wbrew wszystkiemu, bydlę podniosło się i zaszarżowało. Mocujący się z bydlęciem odskoczyli momentalnie. Jeden z młodzieńców przewrócił się. Telolahy, który nie zdążył w porę odskoczyć, podał chłopakowi rękę. Ten dźwignął się. Potężne rogi byka, bodącego z zawziętością powietrze, natrafiły na starego Telolahiego. W mgnieniu oka przewodniczący został wyrzucony w górę. Bydlę miotało jego bezwładnym ciałem, rozwścieczone i straszne. Telolahy z wielkim łoskotem spadł na plecy. Byk zaś ruszył na sparaliżowany tłum, który zawył z rozpaczy. Ludzie uciekali w popłochu, potykając się o siebie, depcąc tych, którzy zostali przez innych popchnięci i przewróceni na ziemię. Włosy na głowie Sambany’ego stanęły dęba. Nie zważając na niebezpieczeństwo, podskoczył do bydlęcia i złapał w ręce sznur, który byk ciągnął za sobą. Zaparł się mocno i pociągnął, ale byk nawet nie zwolnił. Inspektor poczuł jak olbrzymia siła porywa go ze sobą. Nie puścił jednak sznura. W tej niezwykle dramatycznej chwili kilku mężczyzn podskoczyło do Sambany’ego. Chwycili za powróz. Pod wpływem 17


potężnego pociągnięcia byk zatrzymał się. I w tym samym momencie dwóch innych mężczyzn złapało za sznur, którym były owinięte tylne racice bydlęcia. Desperackim wysiłkiem woli udało się spętać byka i powalić na lewy bok. Zwierzę legło na pooranej racicami ziemi, stękało i prychało. Rozgrzane zwały mięśni drgały. Byk usiłował się dźwignąć, ale było już za późno. Sambany stał przy zwierzęciu i ocierał pot z czoła. Opodal bez życia leżał Telolahy. Miał rozprutą koszulę i rozpłatany brzuch, z którego wypełzły wnętrzności. Z wolna ludzie wracali na plac. Do leżącego Telolahiego podszedł zziajany misjonarz dygoczący wciąż z podniecenia. Schylił się nad ciałem i uważnie oglądnął rozpruty brzuch. – Nie żyje? – zapytał cicho Sambany. – Jeszcze nie wiem! – wycedził przez zęby duchowny, po czym zbliżył swoją głowę do ust przewodniczącego. – Cicho teraz! – warknął. Nasłuchiwał, czy przewodniczący oddycha. – Cisza! – rozkazał tłumowi Sambany. Wszyscy umilkli momentalnie. Misjonarz przyłożył ucho do piersi starego i nasłuchiwał przez chwilę. Coś tam mruknął do siebie. Stojący przy nim Sambany nie zrozumiał jednak, co szepnął kapłan. Ten zaś zajrzał przewodniczącemu pod powieki, odsuwając je delikatnie znad oczu. Znowu coś mruknął do siebie, po czym podniósł się, spojrzał na wyczekującego inspektora i rzekł przyciszonym głosem: – Żyje. – Bogu niech będą dzięki! – westchnął Sambany i poczuł, jak po policzkach płyną mu łzy. Rozpłatany brzuch starego wyglądał okropnie. Zwoje jelit, które wylazły z niego, budziły w misjonarzu strach. To nie była zwykła rana, ukłucie czy otarcie, które można przynajmniej 18


tymczasowo opatrzyć. To wyglądało tak poważnie i zarazem krytycznie, że kapłan nie wiedział, co robić, nie wiedział, jak pomóc staremu. I to napełniało go paraliżującym lękiem. Przez głowę przebiegały mu dziesiątki myśli, ale żadna z nich nie była pocieszająca. Pewne jest, że trzeba przewodniczącego zanieść do szpitala, a ten znajduje w mieście, jakieś 50 kilometrów stąd. To zajmie 10 godzin marszu. Dużo, o wiele za dużo. A co zrobić z tym otwartym brzuchem i jelitami? Nie można ich tak po prostu rękami wepchnąć na swoje miejsce. Co teraz począć? Stary może w każdej chwili umrzeć. Telolahy leżał nieprzytomny. Oddychał co prawda, ale jego oddech był bardzo słaby. Zaraz po tym okropnym wypadku przeniesiono starego do domku misjonarza, a konkretnie do jadalni, gdzie odsunięto stół i położono go na grubej macie. Sambany uruchomił ciśnieniową lampę naftową, która rozświetliła mroki jasnym, rażącym światłem. Kapłan wyszedł na zewnątrz, chcąc orzeźwić się wieczornym chłodem. Za nim podążył równie przejęty Sambany. – Telolahy nie pociągnie długo z flakami na wierzchu! – zawyrokował inspektor. – W takim wypadku o zakażenie nietrudno – potwierdził misjonarz. – Nie chcę go mieć na sumieniu, ale nie wiem, co począć. Proszę tymczasem przygotować solidne nosze i wybrać dwunastu najlepszych tragarzy! Znajdzie pan tylu? – Jasne! – odparł Sambany i popędził do wioski. – Każę żonie, aby przyszła księdzu pomóc przy przewodniczącym – dodał, oddalając się. – Dziękuję, choć wątpię, czy zda się to na coś – odparł misjonarz smutno. Na niebie błyskały miriady gwiazd. Misjonarz spojrzał w górę i na migoczącym niebie odszukał Krzyż Południa. Odetchnął 19


głęboko i usiadł na progu chaty. Zamknął oczy i począł wsłuchiwać się w monotonne ksykanie cykad. Nie chciał o niczym myśleć, a tym bardziej o Telolahim. W tej chwili pragnął się jedynie uspokoić. I pomagał mu w tym wieczorny śpiew cykad. Po jakimś czasie zasnął, oparty plecami o drzwi. Przyśnił mu się sen, w którym znajduje sposób na uratowanie Telolahiego. Nagle poczuł szturchnięcie. Otworzył oczy i zobaczył przed sobą ludzką postać. „Kto to? Anioł śmierci…?” – pomyślał. – Dobry wieczór, ojcze! – To była Porahita, żona inspektora. – Ach to pani – westchnął misjonarz, dźwigając się. – Zapraszam do środka. – Przyniosłam napar z ziół. – Nic z tego, przewodniczący jest nieprzytomny. Pocieszające jest jedynie to, że krew z niego przestała wypływać! I nie utracił jej zbyt wiele. Sam nie wiem dlaczego… Nie jestem lekarzem! Paskudna rana! Jeszcze nie widziałem takiej. Aż strach na to patrzeć! – Te zioła są właśnie po to, aby przewodniczący się ocknął! – rzekła, nie spoglądając w ogóle na misjonarza. – To nie są czary? – zaniepokoił się misjonarz. Porahita zachichotała z lekka, nie odpowiadając na zadane pytanie. Postawiła na stole garnek, po czym zanurzyła w nim mały gałganek. Lampa naftowa syczała na swój sposób. Olbrzymi cień Porahity poruszał się po drewnianej ścianie jadalni. Kobieta nachyliła się nad przewodniczącym, podtykając mu pod nos mokry gałganek. Jego ostra, drażniąca woń rozniosła się po pomieszczeniu. – To powinno pomóc! – powiedziała do misjonarza. I rzeczywiście, po dłuższej chwili Telolahy ocknął się z letargu. Niepewnie otworzył oczy i zajęczał z bólu. W tejże samej chwili kapłan przypomniał sobie niedawny sen i zawołał! 20


– Niech pani biegnie po męża! Kobieta z nieukrywanym zdziwieniem spojrzała na zdeterminowaną twarz misjonarza. – Natychmiast! – krzyknął raz jeszcze. Porahita zerwała się i wybiegła z jadalni. Stary pojękiwał i chciał pomacać swój rozpłatany brzuch, ale duchowny w porę przytrzymał mu ręce. – Wyjdziesz z tego, Telolahy! – mówił z przekonaniem misjonarz, gładząc go po mokrym czole. – Zapewniam cię, wyjdziesz z tego! Po niespełna kwadransie do jadalni wparował Sambany. – Jestem, ojcze! – rzekł, łapiąc oddech. – Wiem, jak go uratować! – powiedział misjonarz. – Ale musimy się, inspektorze, pospieszyć. Proszę natychmiast przed moją chatą rozpalić ognisko, a potem tam przenieść przewodniczącego. – Widzę, że się ocknął! – To sprawka pańskiej żony! Do dzieła, inspektorze! Sambany uwinął się mgnieniu oka. Już wkrótce przed domkiem misjonarza paliło się ognisko. Ogień rozświetlał mroki nocy. Misjonarz kręcił się niecierpliwie wokół ogniska. – Inspektorze, dorzućcie do ognia! Chcę, żeby tu było jak w jasny dzień! Sambany dorzucił parę chininowych drew do ogniska, które buchnęło żółto-czerwonym płomieniem. Po chwili zjawili się mieszkańcy wioski, zwabieni ogniem w środku nocy. Zrobił się szum i gwar. Ludzie rozmawiali z ożywieniem, zerkając to na ognisko, to na misjonarza, którego twarz wyrażała niezrozumiałą dla nich zaciętość i upór. – Inspektorze, rozłóżcie matę, przynieście przewodniczącego i ostrożnie go na niej połóżcie! – rozkazał kapłan. Momentalnie spełniono polecenie misjonarza. 21


Telolahy leżał na grubej macie. Głowę miał opartą o poduszkę. Jęczał z bólu. Jego załzawione oczy wpatrywały się w języki ognia. – I co teraz? – zapytał Sambany, zbliżywszy się do misjonarza. – W jaki sposób chce mu ksiądz pomóc? Nic z tego nie rozumiem. Czy to jakieś europejskie czary? – Może i czary! – odparł kapłan, cedząc słowa. – Inspektorze, dźwignijcie Telolahiego! Sambany z nieukrywanym zdziwieniem spojrzał na niezłomną twarz kapłana i zawahał się. – Nie słyszycie, inspektorze!? – warknął misjonarz. – Ostrożnie dźwignijcie przewodniczącego. Tak też się stało. Tymczasem misjonarz wyciągnął palącą się szczapę z ogniska. Zbliżył się do Telolahiego. Spojrzał na jego wywalone na wierzch jelita. Stary drgnął. W jego oczach pojawiły się strach i zdziwienie. Przestał nawet jęczeć. Nagle misjonarz zaczął machać palącym się polanem przed oczami przewodniczącego. Stary instynktownie odsunął głowę do tyłu. To samo uczynili trzymający go dwaj mężczyźni. Kapłan zaś zbliżył polano do wywalonych jelit. W tym momencie Telolahy zadrżał ze strachu i wciągnął zwoje jelit do jamy brzusznej. Nastąpiło to w mgnieniu oka, prawie niezauważalnie. – Połóżcie go szybko na macie! – rozkazał misjonarz. Tymczasem zgromadzony tłum gapiów poruszył się podekscytowany. Czegoś takiego w swoim życiu jeszcze nie widzieli. – Czary białych ludzi! – odezwały się tu i ówdzie przyciszone głosy. Nawet Sambany szepnął, sam do siebie: „Czary! Najprawdziwsze czary!”. Ale to nie były czary, tylko reakcja człowieka na niebezpieczny bodziec zewnętrzny. Proste, a jakże skuteczne! Pomysł wziął się z głupiego snu, który w gruncie rzeczy nie był ani odrobinę głupi. 22


A skąd ten opatrznościowy sen? Od samego Boga? Może i tak właśnie. W tym krótkim śnie, bo trwającym zaledwie kilka minut, mózg misjonarza wygrzebał starą historię, jeszcze z czasów seminaryjnych. Wówczas to wszyscy klerycy mieli spotkanie z misjonarzem z Chile, który opowiadał, jak pewnego razu byk rozpłatał jakiemuś mężczyźnie brzuch, tak że wnętrzności wyszły mu na wierzch. Wtedy to ów misjonarz uratował poszkodowanego mężczyznę, machając mu przed oczami i brzuchem palącą się szczapą drewna. Nieborak tak się przestraszył ognia, iż ze strachu wciągnął wnętrzności do brzucha. I został uratowany. Ta niesamowita historia wówczas wydawała się nieprawdopodobna. A dzisiaj on, młody misjonarz na Madagaskarze, dokonał tego samego. Nie był to jednak jeszcze koniec. Zaraz też nałożono na brzuch przewodniczącego bandaże, a właściwie pasy pociętego prześcieradła. Starego położono na noszach i natychmiast pomaszerowano do miasta – mimo wszechogarniających ciemności. Tragarze znali drogę prawie na pamięć. Sześciu dźwigało nosze, pozostałych sześciu szło na przedzie. Jeden z nich oświecał pochodnią ścieżkę, która wiła się wzdłuż rzeczki. Co pół godziny tragarze zmieniali się przy dźwiganiu noszy z jęczącym Telolahim. Tymczasem wioska pogrążyła się w śnie. Wydarzenia ostatnich godzin wyczerpały wszystkich bez wyjątku – nawet tych, którzy usłyszeli o nich jedynie z ust naocznych świadków. Misjonarz siedział na krześle z rękoma opartymi o stół. Odmawiał brewiarz. Płomienie dwóch świeczek drżały w przeciągu. Okno w sypialni było otwarte na oścież. Ćmy wciskały się z nachalnością do rozświetlonego wnętrza, a komary cięły misjonarza bezlitośnie po łydkach, twarzy i rękach. Ale on, jakby nieczuły na te bolesne ukłucia, pogrążony był w modlitwie. Jego twarz, zmizerowana, wymęczona, promieniowała spokojem, a może i nawet 23


szczęściem, serce przepełniała duma z dobrze wykonanego zadania. Będzie miał się teraz czym pochwalić, gdy spotka się ze współbraćmi – misjonarzami. Na samą myśl o tym uśmiechnął się do siebie i pomyślał, że niektórzy pewnie nie uwierzą mu, że Telolahy wciągnął wywalone flaki z powrotem do brzucha. „Oj, nie uwierzą mi. A zresztą, co z tego! Żeby tylko Telolahy nie umarł w drodze! To jest teraz najważniejsze!”. W końcu zmęczony położył się do łóżka. Starannie zasłonił moskitierę i nastawił budzik w zegarku na siódmą rano. Chciał jak najszybciej zasnąć, pogrążyć się w zapomnieniu, ale im usilniej się starał, tym więcej nachodziło go myśli. Przewracał się z boku na bok. Siennik wypchany zeschłymi liśćmi bananowca szeleścił niemiło. Poza tym był strasznie niewygodny, zwłaszcza teraz. No i mimo szczelnie zasłoniętej moskitiery tuż nad głową misjonarza brzęczał komar. „Paskudne, wścibskie komarzysko” – warknął sam do siebie, zły na cały świat. Po chwili był zupełnie rozbudzony. Wygramolił się z legowiska i poszedł do jadalni, oświetlając sobie drogę latarką elektryczną. Odkręcił termos i nalał sobie do kubka wywaru z cytroneli. Posadził ją przed rokiem w ogrodzie za domkiem. Betsimisarakowie zapewniali go, iż wywar z cytroneli działa nasennie, a on miał kłopoty ze snem, zwłaszcza wtedy, gdy nocował w nowym miejscu. Po dachu biegały szczury. Nie były one jednak tak wielkie i ohydne jak europejskie. Były raczej podobne do wypasionych myszy. Przypomniało mu się opowiadanie misjonarza z Kamerunu o szczurze palmowym, który jest uważany przez krajowców za nie lada przysmak. „A szczur malgaski – voalavo? Nie, Malgasze, a tym bardziej Betsimisarakowie nie jadają szczurów” – rozmyślał misjonarz, popijając gorący wywar. – „Ciekawe, co z Telolahim. Mam nadzieję, że żyje jeszcze”. A potem rozmyślał o domu, o mamie, do której pisał listy co dwa tygodnie, o Polsce, której nie widział 24


już ponad dwa lata. Rozrzewnił się i był bliski płaczu. Chwilę potem po jego policzkach spłynęły łzy i spadły na sosnowy blat stołu. „Dobrze, że już niebawem pojadę na urlop! Nie będę sobie niczego żałował, niczego sobie nie odmówię”. Miał już dosyć ryżu, który Malgasze jadali na śniadanie, obiad i kolację. Na samą myśl o kleisto-wodnistej papce ryżowej, nazywanej vary sosoa, brało go na wymioty. Polska kiełbasa – to było to, czego pragnął najbardziej, do tego grochówka i jakieś dobre polskie piwo – zimne oczywiście. Oczyma wyobraźni widział już siebie przy grillu. Siedzi sobie na plastikowym krzesełku ogrodowym razem z bratem. Rozmawiają, śmieją się i zajadają się kiełbasą z grilla. Popijają chłodne piwo. Jest wieczór: ciepły, lipcowy, polski. Są i komary, ale nie takie groźne, jak te w tropikach, na Madagaskarze. Nie przenoszą malarii. Rozrzewnił się jeszcze bardziej. Westchnął ciężko. Popatrzył na zegarek, który miał na lewej ręce. Dochodziła druga. Przez moment przyglądał się, jak płomień tańczy na knotku świeczki. Zapalił latarkę, zgasił świeczkę, po czym zakopał się na powrót w swoim niewygodnym łóżku. Mroki nocy ustępowały z wolna, a z nią lęki i zmory. Zza gór wypełzło słońce i rozświetliło okolicę lekką jasnością poranka. Nad doliną unosiły się opary mgły. Na źdźbłach trawy i liściach srebrzyły się w słońcu kropelki rosy – niczym perły czy łzy. Powietrze było lekkie i pachnące. O tej porze dnia wioska wraz otaczającą ją okolicą zdawała się być odpryskiem utraconego raju. Zza kawowego zagajnika, gdzie rzeczka zakręcała i gdzie dno było wyściełane drobniutkim piaskiem rozlegały się wybuchy śmiechu i pluski wody. Sambany zatrzymał się na moment. Popatrzył w tamtą stronę i uśmiechnął się do siebie. To tam poranną kąpiel brały miejscowe kobiety. Właśnie o tej porze. Mężczyźni nie mogli tam chodzić, a tym bardziej podglądać, choć czasami trudno im było przezwyciężyć pokusę nasycenia wzroku powabami kobiecego ciała. 25


Mężczyźni również mieli specjalne miejsce, gdzie się kąpali i gdzie kobiety nie miały wstępu. Inspektor poszedł dalej i wkrótce dotarł do domku misjonarza. Zapukał trzykrotnie do drzwi, ale nikt nie odpowiadał. „Pewnie jest w ogrodzie, za domem” – pomyślał. Rzeczywiście, misjonarz siedział w altance i odmawiał brewiarz. Altanka miała dach kryty strzechą i znajdowała się na niewielkim wzniesieniu tuż za plebanią. Z altanki rozciągał się przepyszny widok na okoliczne góry i na część wioski. Było to miejsce, do którego nikt oprócz misjonarza nie miał wstępu. Sambany stał w bezruchu nie ośmielając się podejść do altanki. W pewnym momencie dostrzegł go misjonarz, który dźwignął się z leżaka i podszedł do inspektora. Przywitali się zwyczajowo, po czym Sambany zapytał z ostrożnością w głosie: – Ojcze, a co z naszym bykiem? – Jak to, co? Sambany westchnął zakłopotany i rzekł: – Czy ojciec sądzi, że po tym, co się wydarzyło, można jeszcze myśleć o zorganizowaniu naszego święta? – Nie widzę przeciwwskazań – odparł po chwili namysłu kapłan – ale nie wiem, jakie panują u was zwyczaje w podobnych okolicznościach? – Ludzie chcą święta, a byk przecież nie ma rozumu i nie można go winić za to, co zrobił – odparł inspektor. – Skoro tak, no to kiedy? – Może być dzisiaj? – Nawet lepiej, że dzisiaj! – ucieszył się misjonarz. – Za dwa dni muszę wracać! – No właśnie. Poza tym ludzie szemrzą, że nie mogą dłużej pozostać w wiosce. Chcą wracać na swoje pola. Żniwa już wkrótce, 26


a nie ma komu pilnować ryżu przed szkodnikami! – wyjaśniał dobitnie Sambany. – Sam też się zamartwiam, czy aby ptaki nie zjadły mi ryżu. – dodał. W jego głosie była wyraźna nuta troski, a może nawet zniecierpliwienia. – Dobrze, proszę więc inspektorze ogłosić wszystkim, iż dzisiaj o piętnastej rozpocznie się nasze święto. Chyba przyjdą wszyscy, co? I nie przestraszą się niesfornego zwierzęcia? A właśnie – przypomniał sobie misjonarz – zadbajcie też, aby byka trzymało co najmniej kilku silnych mężczyzn, żeby nie powtórzyło się to, co wczoraj! Czas na Madagaskarze, a zwłaszcza w buszu, nie biegnie takim tempem jak w Europie. Nikt nie musi się spieszyć, nikt nie musi koniecznie nosić zegarka, chyba że dla ozdoby albo dla podkreślenia, że posiada się pieniądze. Madagaskar jest krajem, w którym wiecznie spieszącym się Europejczykom powtarza się do znudzenia słowa: mora mora, vazaha! – spokojnie i powoli, obcokrajowcu! Jak można było przypuszczać, świętowanie rozpoczęto z godzinnym opóźnieniem. Plac kościelny pękał w szwach. Wszyscy czekali z niecierpliwością, aż Sambany przyprowadzi byka, który znajdował się jeszcze na łączce. Kapłan przebiegł wzrokiem po twarzach swoich chrześcijan i ku swemu zadowoleniu nie dostrzegł na ich licach nawet cienia bojaźni czy przestrachu. Znaczyło to, iż bardzo pragną tej uroczystości. Tymczasem Sambany wraz z pięcioma mężczyznami przyprowadził bydlę na plac kościelny. Ludzie rozstąpili się i wówczas w błyskawicznym tempie spętano bykowi racice. Szorstkie powrozy zacisnęły się i bydlę z łoskotem, oczywiście popchnięte, runęło na lewy bok. Tłum zawył z radości. Inspektor z wypiekami na twarzy chwycił za dzidę i skoczył do byka. Zamachnął się i wbił ostrze dzidy w bok zwierzęcia, tuż za prawą łopatką. Ludzie zawyli ponownie i jednocześnie zacisnęli krąg wokół leżącego bydlęcia. 27


W tejże chwili zwierzę wywaliło jęzor i strużka krwi wypłynęła z przebitej skóry. Byk skonał. Ludzie spoglądali na śmierć byka z takim zafascynowaniem, jakby było to najprzedniejsze widowisko. Dumny z siebie Sambany wodził wzrokiem po twarzach pobratymców, wciąż trzymając w rękach dzidę, którą zatopił w ciele bydlęcia. Ostrze dzidy wraz z przylegającą do niego częścią drzewca umazane było krwią. Pod tą szerokością geograficzną słońce zachodzi prawie błyskawicznie i już o godzinie osiemnastej zapada zmrok. Jeśli niebo jest zachmurzone, wówczas jest tak ciemno, że człowiekowi wydaje się, jakby znajdował się w najgłębszych otchłaniach piekła. Nawet w środku wioski jest niewiele lepiej. Ponieważ nafta jest bardzo droga, Betsimisarakowie zapalają naftowe lampki wykonane z aluminiowych puszek po mleku tylko na czas kolacji. Zaraz po niej gasną w wioskach wszelkie światła, a wraz z nimi oznaki życia. Ludzie kładą się wcześnie spać. Ale tego wieczoru było zupełnie inaczej. Cała wioska świętowała – a zwłaszcza miejscowi katolicy. Dom misjonarza był wypełniony po brzegi. W jadalni było jasno jak w dzień. Nic nie mogło równać się ze światłem, jakie wytwarzała ciśnieniowa lampa naftowa. Jedynym jej mankamentem było to, że została wykonana w Chinach, a fakt ten sprawiał, iż mogła się szybciej popsuć niż te, które wyprodukowano we Francji. Francuskie lampy jednak były znacznie droższe. Stół w jadalni uginał się od jedzenia. Ryżu i wołowiny było pod dostatkiem. Nie zabrakło też malgaskiego „piwa”, które uzyskuje się po krótkiej fermentacji soku z trzciny cukrowej. Ów napitek Betsimisarakowie nazywają betsa betsa. W smaku jest on lekko kwaskowy i zawiera około 4% alkoholu. 28


– Wznieśmy toast! – zaproponował misjonarz, powstając z miejsca. Cała rada parafialna powstała i wszyscy przechylili swoje szklanki lub metalowe kubki. – Za nasz kościół! – krzyknęli gromkim głosem. – Dziękuję wam za wszystko; za to, że mogliśmy wspólnie wybudować kościół i plebanię. Ale przede wszystkim dziękuję wam za waszą wiarę. Nieczęsto spotyka się takich żarliwych i pobożnych ludzi jak wy! – powiedział uroczyście kapłan, po czym kazał na nowo napełnić szklanki i kubki. – Zdrowie naszego kapłana! – zaryczał Sambany. – Zdrowie! Wzniesiono jeszcze kilka pomniejszych toastów, w których misjonarz nie brał już udziału. – Niech ksiądz spróbuje kitozy – zachęcał inspektor. Na całym Madagaskarze kitoza uchodzi za nie lada przysmak. Są to pieczone paski najprzedniejszego wołowego mięsa. Misjonarz wziął jeden kawałek do ust i połknął go. – Niezłe – odparł z zadowoleniem. Kiedyś poczęstowano go gotowanym wołowym garbem, który zawiera prawie 100% tłuszczu. Nie cierpiał tłustych potraw i nie przypadł mu do gustu garb, który Malgasze uważają za przysmak. Biesiada trwała jeszcze długo. Po pewnym czasie goście dyskretnie opuścili przepełnioną wonią potu jadalnię. Rozeszli się do swoich domów, gdzie miał nastąpić ciąg dalszy świętowania. A jak wiadomo, czekał na nich spory zapas mocnego rumu, z którym nie mogła się równać nawet najlepsza betsa betsa. Misjonarz wyszedł na zewnątrz. Z pobliskich chat rozlegały się śmiechy i głośne rozmowy. Ucieszył się, że ludzie dobrze się bawią. Martwił się jedynie o Telolahiego, którego tragarze zanieśli do szpitala w mieście. Podobno tamtejszy lekarz po krótkich oględzinach stwierdził, iż przewodniczącemu zostało niewiele czasu na 29


tym świecie. Zapewnił, że zaceruje rozpłatany brzuch starego, ale wszystko jest w rękach Boga. – Dobry wieczór księdzu! – odezwał się z ciemności męski głos. Misjonarz wytężył wzrok, ale nikogo nie dostrzegł. Po chwili z ciemności wyłonił się zgarbiony mężczyzna, trzymający w ręku plastikową butelkę napełnioną jakimś płynem. – Kim pan jest? – zapytał duchowny, nie mogąc sobie przypomnieć twarzy mężczyzny. – Nazywam się Luter – odparł człowiek, uśmiechając się nieznacznie. – Widać, że katolicy w naszej wiosce potrafią się zabawić! My, protestanci, jesteśmy w tej kwestii znacznie bardziej powściągliwi. Przyszedłem do księdza, ot tak w gości, choć nie wiem, czy nie przeszkadzam i może jest już za późno na odwiedziny? – Zapraszam do środka – rzekł misjonarz i otwartym gestem ręki zaprosił gościa do jadalni. „To już teraz wiem, dlaczego ów jegomość nosi takie dziwaczne nazwisko” – pomyślał. Luter postawił butelkę na środku stołu i usiadł na krzesełku. – Napije się ksiądz ze mną? – zapytał, uśmiechając się. – To rum? – Sam go pędziłem! – odparł z zadowoleniem w głosie. Misjonarz położył na stole talerz z kitozą mówiąc: – Mięso z naszego byka. – Domyślam się – odparł Luter i sięgnął prawą dłonią po jeden kawałek. Dłoń mężczyzny była zainfekowana świerzbem, paznokcie długie i czarne jak grafit. Kapłan wzdrygnął się na ten widok. – Dużą wspólnotę tworzycie we wsi? – Któż dorówna wam katolikom?! Jesteście bogaci, a my biedni jak nasz Pan Jezus Chrystus – odparł Luter niezbyt grzecznie. Misjonarz puścił to mimo uszu i zapytał ostrożnie: – A pastor często was odwiedza? – Żoną się zajmuje i dziećmi. Przybędzie do wioski niebawem, jak skończą się żniwa i spichlerze będą pełne! – odpowiedział 30


niechętnie, po czym sugestywnie spojrzał na butelkę z rumem. Misjonarz podał dwie szklanki, wówczas Luter odkręcił butelkę i po równo rozlał do szklanek mętny płyn. Po jadalni rozniósł się kwaśny odór bimbru. – Oby księdza nic złego u nas nie spotkało! – rzekł Luter, wznosząc toast. Misjonarz skinął głową, ale pomyślał sobie, że nie na miejscu jest ten toast i pewnie gość musi być już tęgo podchmielony, skoro wygaduje takie nietaktowne słowa. – Po jednym jeszcze? – Może trochę później. Nieprzyzwyczajony jestem do picia mocnych trunków – odpowiedział kapłan z rozbrajającą szczerością. – Poza tym ostatnio przechodziłem malarię! Luter mrugnął oczami i pokiwał głową. Rozejrzał się po wnętrzu, po czym zapytał: – Skąd ksiądz ma pieniądze na to wszystko? – Od ludzi, proszę pana. – Od ludzi? Ale chyba nie od naszych ludzi? Misjonarz uśmiechnął się szeroko, pokazując zdrowe uzębienie. – Od ludzi z Polski. – Polska to bogaty kraj? To w Ameryce? – Nie, w Europie, dość blisko Francji! – odpowiedział misjonarz, zorientowawszy się, iż Luter nie ma zielonego pojęcia o geografii. – Czy Polska jest też tak bogata jak Francja? Nigdy nie słyszałem o takim kraju – powiedział, a na jego czole odmalowało się niekłamane zafrasowanie. – Polska to niezbyt bogaty kraj, ale ludzie tam są pobożni i ofiarni! – Uprawia się tam ryż? – Nie. 31


– Nie? – Luter się zdziwił. – To co się w Polsce jada? – Ziemniaki, mięso i chleb z masłem! – wyrecytował rozbawiony misjonarz. Luter skrzywił się, nie mogąc zrozumieć, że ktoś na świecie nie żywi się ryżem. – To rzeczywiście biedny kraj, ta Polska! – wykrztusił z siebie i skrzywił się ponownie. – Napijmy się, księże, bo i my, Betsimisarakowie, jesteśmy biedni! – Niech i tak będzie! – westchnął duchowny. – Za Madagaskar i za Polskę, gdziekolwiek się ona znajduje! Zadźwięczało szkło i dwaj mężczyźni opróżnili szklanki. Luter już przymierzał się, aby wznieść nowy toast, ale misjonarz powstrzymał go gestem ręki. – Muszę jutro wstać wcześnie! Luter zmrużył oczy i spojrzał na misjonarza. W tym spojrzeniu było coś dziwnego, niepojętego, a nawet mogącego wzbudzić lekki niepokój. Trwało to jednak tylko moment, po czym Luter uśmiechnął się zachęcająco do misjonarza i sięgnął po butelkę. – Jeszcze po jednym i będę się zbierał, ale zanim opuszczę te zacne progi, proszę, aby ksiądz podarował mi jakiś święty obrazek na pamiątkę naszego spotkania. – Nie mam ze sobą świętych obrazków – stropił się kapłan. – A może jednak mam w brewiarzu – odparł po namyśle i poszedł do sąsiedniej izby. Dość długo nie wracał. Tymczasem Luter napełnił puste szklanki i spoglądał wyczekująco w stronę drzwi, za którymi zniknął katolicki duchowny. – Oto i obrazek – rzekł ucieszony misjonarz, wchodząc wreszcie do jadalni. – Ze świętym Józefem. – Proszę, na pamiątkę! – Dziękuję bardzo – odparł uniżonym tonem Luter i wziął obrazek w swoje zainfekowane ręce. – Wypijmy na pożegnanie! – dodał z nutą nachalności w głosie. 32


Wypili. Luter pożegnawszy się, zniknął w ciemnościach. Misjonarz zaś usiadł na krześle i pomyślał, że ma już nieźle w czubie, bo zaczyna podwójnie widzieć. Przez dłuższą chwilę przyglądał się swojej prawej dłoni i zdawało mu się, że widzi podwójnie, a nawet potrójnie. Roześmiał się. Chciał wstać, ale nie mógł ruszyć się z miejsca. Próbował kilkakrotnie, ale za każdym razem opadał na krzesło „Dziwne, przecież wcale nie wypiłem tak dużo” – pomyślał. Zrobiło mu się niedobrze, rozbolał go brzuch. Czuł, jakby gorąca lawa pulsowała mu w żyłach zamiast krwi. Zaczęło mu się kręcić w głowie, choć wcale nie brało go na wymioty. Do tej pory nigdy w życiu nie czuł się tak jak w tej chwili. Po pewnym czasie poczuł się trochę lepiej. Dźwignął się z krzesła. Za czwartym razem udało mu się wreszcie wstać. Wyszedł na zewnątrz i zrobił kilka chwiejnych kroków, po czym zniknął w nieprzeniknionych ciemnościach.

33


Serdecznie dziękuję Pani Marii Magdalenie Trzaskowskiej oraz Pani Natalii Szydłak za cenne rady językowe i wstawiennictwo modlitewne autor


Książka jest trzymającą w napięciu opowieścią o codzienności i wyzwaniach, jakie stają przed młodym pracującym na Madagaskarze misjonarzem. Musi się on zmierzyć nie tylko z obyczajami i wierzeniami miejscowych oraz ich mentalnością, ale i potężnymi intrygami, które – choć powstały z dala od ich maleńkiej wioski – wstrząsnęły życiem młodego kapłana i części społeczności malgaskiej. Wspólne świętowanie, a potem chwilowe „zamroczenie” misjonarza sprawiają, że ojciec Jakub jest zmuszony do ucieczki z wioski. Ten nieoczekiwany obrót wydarzeń i pospieszna rejterada tak naprawdę rozpoczyna jego walkę o dobre imię, prawdę i... życie. Jak zakończy się ta ucieczka? Czy przyniesie rozwiązanie dla stawianych przez młodego misjonarza pytań? W jaki sposób wpłynie na mieszkańców wioski, innych misjonarzy i tylu spotykanych niby to przypadkiem ludzi? Misja życia to przejmująca, pełna barw i emocji powieść o ludzkiej kruchości, sile wspólnoty i o tym, że granica między sacrum a codziennością bywa zaskakująco cienka. Grzegorz Krzyżostaniak OMI

urodzony w 1970 roku w Gostyniu. Wieloletni misjonarz na Madagaskarze, doktor misjologii. Obecnie duszpasterz, rekolekcjonista i kierownik duchowy.

ISBN 978-83-8340-222-2

ISBN 978-83-8340-222-2

9 788383 402222

Cena: 59,90 w tym 5% VAT

Grzegorz Krzyżostaniak OMI

W samym sercu malgaskiego buszu, gdzie poranek pachnie wilgocią, a noc przesłania wioskę jak ciężka zasłona, rozgrywa się historia, która nie pozwala o sobie zapomnieć.

Grzegorz Krzyżostaniak OMI


Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook
Misja życia - o. Grzegorz Krzyżostaniak OMI by Dystrybucja Książek - Issuu