Skip to main content

Program meczowy Polska - Albania 26.03.2026, godz. 20:45, PGE Narodowy, Warszawa

Page 1


Drodzy Kibice!

Przed reprezentacją Polski kluczowy moment w walce o udział w turnieju finałowym mistrzostw świata 2026. Po kilku miesiącach kwalifikacyjnej rywalizacji biało-czerwoni zakończyli zmagania na drugim miejscu w swojej grupie, co oznacza jedno – droga na mundial poprowadzi przez baraże.

Pierwszym krokiem będzie półfinałowe starcie na PGE Narodowym, gdzie drużyna prowadzona przez selekcjonera Jana Urbana zmierzy się z reprezentacją Albanii. Historia naszych spotkań z tym rywalem w Warszawie daje powody do optymizmu. Na PGE Narodowym biało-czerwoni dwukrotnie podejmowali Albanię i oba mecze zakończyli zwycięsko – 4:1 oraz 1:0.

Dziś jednak najważniejsze jest to, co przed nami. Wierzymy w naszą drużynę, w jej jakość, charakter i ambicję. Stawką tego spotkania jest awans do finału baraży. Jeśli

Wydawca: Polski Związek Piłki Nożnej

ul. Bitwy Warszawskiej 1920 r. 7

02-366 Warszawa

tel.: 732 122 222

fax: +48 (22) 55 12 240

e-mail: pzpn@pzpn.pl www.pzpn.pl, www.laczynaspilka.pl

Polacy wygrają, w decydującym meczu zmierzą się na wyjeździe ze zwycięzcą pary Ukraina – Szwecja. To właśnie ten mecz wyłoni drużynę, która zdobędzie przepustkę na mundial.

Biało-czerwoni mają już doświadczenie w takich wyzwaniach. Przez baraże Polska wywalczyła awans na mistrzostwa świata 2022 w Katarze oraz na mistrzostwa Europy 2024 w Niemczech. Wszyscy wierzymy, że również tym razem drużyna pokaże swoją jakość i zrobi kolejny krok w stronę wielkiego turnieju.

Bądźmy razem i wspierajmy biało-czerwonych w walce o zwycięstwo!

Łączy nas piłka!

CEZARY KULESZA

Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej

Redaktor prowadzący: Jacek Janczewski. Redakcja: Paweł Drażba, Emil Kopański, Rafał Cepko, Rafał Byrski, Piotr Kuczkowski, Adrian Woźniak, Piotr Wiśniewski, Szymon Tomasik, Artur Szczepanik, Tomasz Biliński, Piotr Chołdrych, Tadeusz Danisz, Andrzej Klemba.

Projekt okładki: Rafał Jagielski. Skład graficzny: Piotr Przychodzeń.

Foto: Archiwum PZPN, Łukasz Grochala, Cyfrasport, East News, PAP. Korekta: Anna Marecka – Scriptio. Druk: Copy General.

Kadra reprezentacji Polski

Bartłomiej Drągowski 19.08.1997

Widzew Łódź 74/191

4/0 BRAMKARZ

Jan Bednarek 12.04.1996

FC Porto 77/189

72/1 OBROŃCA

Tomasz Kędziora 11.06.1994

PAOK FC 73/183

36/1 OBROŃCA

Przemysław Wiśniewski 27.07.1998

Widzew Łódź 88/195

5/0 OBROŃCA

Kamil Grabara 08.01.1999

VfL Wolfsburg 92/190

3/0 BRAMKARZ

Mateusz Kochalski 25.07.2000

Qarabag Agdam 88/189 0 BRAMKARZ

Bartosz Bereszyński 12.07.1992

Palermo FC 77/183

59/0 OBROŃCA

Jakub Kiwior 15.02.2000

FC Porto 80/189

41/2 OBROŃCA

Jan Ziółkowski 05.06.2005

AS Roma 76/194

3/0 OBROŃCA

Bartosz Mrozek 23.02.2000

Lech Poznań 79/190 0 BRAMKARZ

Matty Cash 07.08.1997

Aston Villa 79/185

23/4 OBROŃCA

Arkadiusz Pyrka 20.09.2002

FC St. Pauli 70/177

1/0 OBROŃCA

Kamil Grosicki 08.06.1988

Pogoń Szczecin 78/180 100/17 POMOCNIK

Jakub Kamiński 05.06.2002

1. FC Koeln

71/179

27/3 POMOCNIK

Filip Rózga 07.08.2006

70/177

Sturm Graz

2/0 POMOCNIK

Sebastian Szymański 10.05.1999

Stade Rennais

58/174

50/6 POMOCNIK

Robert Lewandowski 21.08.1988

FC Barcelona

79/185

163/88 NAPASTNIK

Jakub Moder 07.04.1999

Feyenoord Rotterdam

78/188

35/2 POMOCNIK

Michał Skóraś 15.02.2000

KAA Gent

64/172

13/0 POMOCNIK

Nicola Zalewski 23.01.2002

Atalanta BC

78/175

33/3 POMOCNIK

Krzysztof Piątek 01.07.1995

Al-Duhail SC

77/183

38/12 NAPASTNIK

Oskar Pietuszewski 20.05.2008

FC Porto

68/179 0 POMOCNIK

Bartosz Slisz 29.03.1999

Broendby IF 70/179

21/1 POMOCNIK

Piotr Zieliński 20.05.1994

Inter Mediolan 75/180

105/16 POMOCNIK

Karol Świderski 23.01.1997

Panathinaikos AO

77/184

47/13

NAPASTNIK

23.03.2026

Sztab reprezentacji Polski

Jan Urban Selekcjoner reprezentacji Polski

Jacek Magiera Drugi trener

Marcin Prasoł Asystent selekcjonera

Józef Młynarczyk Trener bramkarzy

Grzegorz Staszewski Asystent selekcjonera

Andrzej Dawidziuk Trener bramkarzy

Adrian Mierzejewski Dyrektor techniczny

Hubert Małowiejski Trener analityk

Juan Angel Iribarren Morras Trener przygotowania fizycznego

Jakub Rejmoniak Specjalista video/IT

Cesar Sanjuan-Szklarz Trener przygotowania fizycznego

dr Jacek Jaroszewski Szef sztabu medycznego

Paweł Bamber Sztab medyczny

Adam Kurek Sztab medyczny

Wojciech Zep Sztab medyczny

Tomasz Leśniak Szef kuchni

Paweł Kosedowski Kierownik techniczny

Paweł Sidorowicz Asystent kierownika technicznego

Jakub Mieleszkiewicz Realizacja

„Łączy nas piłka”

Robert Siwek Ochrona

Marcin Bator Sztab medyczny

Wojciech Herman Sztab medyczny

Radosław Marcińczyk Zastępca szefa kuchni

Emil Kopański Rzecznik prasowy

Mateusz Chmielnicki Asystent kierownika technicznego

Adam Delimat Realizacja

„Łączy nas piłka”

Radosław Badowski Ochrona

Łukasz Gawrjołek Kierownik reprezentacji

Jest tylko jedna koszulka Polski.

Ta, którą nosisz Ty

KOSZULKA REPREZENTACJI POLSKI TO COŚ WIĘCEJ

NIŻ ELEMENT SPORTOWEGO STROJU. TO SYMBOL

PRZYNALEŻNOŚCI, DUMY I WSPÓLNYCH EMOCJI, KTÓRE ŁĄCZĄ MILIONY KIBICÓW.

ZMIENIAJĄ SIĘ PROJEKTY, ODCIENIE BIELI, CZERWIENI I NAZWISKA NA PLECACH, ALE JEDNO POZOSTAJE NIEZMIENNE – LUDZIE STOJĄCY ZA BIAŁO-CZERWONYMI BARWAMI. KIBICE.

Gdy gra Polska, wszyscy stajemy się jedną drużyną. Na stadionie, przed telewizorem, wśród przyjaciół. Historia kibicowania często zaczyna się od pierwszego meczu – oglądanego w domu albo na trybunach. Od chwili, gdy po raz pierwszy śpiewamy hymn i czujemy, jak serce bije szybciej. To każdy wstrzymany oddech przy rzucie karnym i każda eksplozja radości po zdobytej bramce. Emocje, które zostają z nami na długo po ostatnim gwizdku.

POWSTAŁA DLA CIEBIE

Premiera nowej koszulki to coś więcej niż prezentacja projektu. To celebracja jedności, która rodzi się za każdym razem, gdy gramy razem – na boisku i na trybunach. Orzeł na piersi to nie tylko symbol. To esencja tej koszulki – pulsująca w rytmie milionów kibiców. Czerwień i biel splatają się w jedność, wyrażając przywiązanie do barw, które łączą ludzi w jedno, bijące serce. Ta koszulka to nie tylko symbol. To zaproszenie, by być częścią gry – razem z reprezentacją.

INSPIRACJA

HISTORIĄ

I NOWOCZESNA TECHNOLOGIA

Stroje zostały zaprojektowane z wykorzystaniem najnowszych technologii, zapewnia jących odpowiednią wentylację i komfort nawet podczas największego wysiłku. Strój domowy inspirowany jest białym orłem, jednym z najważniejszych symboli narodowych. Motyw jego piór został przetworzony w nowoczesny wzór widoczny na rękawach i spodenkach. Biała baza uzupełniona czerwonymi akcentami tworzy projekt odważny, ponadczasowy i jednoznacznie kojarzący się z Polską.

Strój wyjazdowy nawiązuje do tradycji odwracania kolorystyki zestawu domowego. W tej wersji pojawia się nowy odcień

Noble Red, głębsza i bardziej wyrafinowana czerwień, która nadaje koszulce mocny i zdecydowany charakter.

PREMIERA NA BOISKU

Nowe koszulki po raz pierwszy zobaczymy na boisku 26 marca o godzinie 20:45 w meczu Polska – Albania na PGE Narodowym w Warszawie. Następnie w nowych strojach wystąpi także reprezentacja Polski kobiet w spotkaniu z Irlandią 14 kwietnia o godz. 18:00 na Polsat Plus Arenie Gdańsk.

ZAŁÓŻ JĄ RAZEM Z REPREZENTACJĄ

Sprzedaż nowych koszulek rozpoczęła się 23 marca 2026 roku. Do 25 marca będą one dostępne wyłącznie na nike. com, w wybranych sklepach NIKE oraz w Oficjalnym Sklepie Kibica Reprezentacji Polski na sklep.laczynaspilka.pl oraz w punktach stacjonarnych, tj. w strefach kibica Łączy nas piłka w ramach Centrum Piłkarskiego RGOL w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Toruniu, Olsztynie, Lublinie, Katowicach, Poznaniu, Gdańsku, Szczecinie oraz we Wrocławiu.   W ofercie znajdą się trzy modele koszulek różniące się krojem, materiałem i zastosowanymi technologiami. Reprezentacja to coś więcej niż jeden zespół. Tworzą ją wszyscy, którzy w nią wierzą.

Jan Urban: Musimy dać z siebie absolutne maksimum

– JESTEŚMY DZIŚ W TAKIEJ SYTUACJI, ŻE ZDECYDOWANA

WIĘKSZOŚĆ PIŁKARZY REGULARNIE GRA

W SWOICH KLUBACH, A TO JEST NIEZWYKLE WAŻNE.

CHCIAŁBYM TO WYKORZYSTAĆ

– MÓWI PRZED MARCOWYMI SPOTKANIAMI,

KTÓRYCH STAWKĄ BĘDZIE AWANS

DO TURNIEJU FINAŁOWEGO MISTRZOSTW ŚWIATA,

SELEKCJONER REPREZENTACJI POLSKI

JAN URBAN.

Czy spotkanie z Albanią będzie najważniejszym w pańskiej dotychczasowej, trenerskiej karierze?

Z oczywistych względów mogę powiedzieć, że tak. Poprzednie mecze w roli selekcjonera, które przeżyłem były takimi, które przy jakimś potknięciu można było nadrobić. Tu sytuacja jest inna – przed nami gra o wszystko. Musimy dać z siebie absolutne maksimum, by najważniejszy mecz w mojej trenerskiej karierze został zdetronizowany i aby miano najistotniejszego przejęło spotkanie finałowe. Zdaję sobie sprawę, jak wielki ciężar gatunkowy ma mecz z Albanią. Jeśli ktoś powie: „Zagrajmy słabo, ale wygrajmy”, to ja się pod tym podpisuję.

Dyskusje na temat powołań były bardzo burzliwe?

Nie, raczej normalne, jak każde inne. Dużo na ten temat rozmawialiśmy, monitorowaliśmy dyspozycję zawodników, jeździliśmy na obserwacje. Ostatecznie wyłoniona grupa nie zawiera chyba zbyt wielu niespodzianek. Lubię dyskutować ze swoimi współpracownikami, bo każda taka rozmowa przynosi nowe spojrzenia. To bardzo cenne, gdy można wymienić się poglądami, poznać inną

perspektywę czy opinię na temat danego piłkarza. To daje bardzo dużo do myślenia. Ważne, żeby te dyskusje były merytoryczne i konstruktywne. Finalna decyzja musi jednak należeć do mnie, bo to ja jestem osobą za to odpowiedzialną. Powołaliśmy najlepszą kadrę, jaką na ten moment mogliśmy. Wiem, że nie wszyscy będą się z tym zgadzać, ale każdy może mieć oczywiście swoją opinię.

Oskar Pietuszewski – o tym nazwisku mówiło się chyba najwięcej w kontekście listy zawodników powołanych na zgrupowanie. Oczywiście, kwestia tego piłkarza była bardzo często poruszana przez media. Ktoś może myśleć, że nieco bawiłem się z dziennikarzami nie potwierdzając, że zostanie powołany, ale tak nie było. Na każdym kroku podkreślałem, że to zawodnik, który gra bardzo dobrze. Świetnie prezentował się w Jagiellonii, w europejskich pucharach, w reprezentacji młodzieżowej. Już wtedy z trenerem Jerzym Brzęczkiem uznaliśmy, że najlepsze dla Oskara będzie to, by jeszcze pozostał w kadrze U-21. Nigdy natomiast nie straciliśmy go z pola widzenia, był bacznie obserwowany. Wyjechał do wielkiego klubu i udowodnił, że także w nowych warunkach broni się swoją

grą. To był ostateczny argument, by dostał powołanie do kadry seniorskiej.

Przygotowania do starć barażowych różnią się czymś od tych przed innymi spotkaniami?

Uważam, że to nie jest moment na robienie czegoś wyjątkowego tylko dlatego, że przed nami wyjątkowy mecz. Takie działania często wprowadzają niepotrzebną niepewność, dlatego nie będziemy nic zmieniać. To, co robiliśmy do tej pory, było dobre i chcemy to po prostu kontynuować.

W czym widzi pan największą siłę swojej drużyny?

Jesteśmy dziś w takiej sytuacji, że zdecydowana większość piłkarzy regularnie gra w swoich klubach, a to jest niezwykle ważne. Chciałbym to wykorzystać. Jako drużyna funkcjonujemy dobrze i nie powinno być problemu z czysto sportową formą. Nie jest też wielką tajemnicą, kto zagra, bo poruszamy się w gronie tych samych zawodników. Każdy kolejny selekcjoner buduje grupę zawodników na swój sposób i pragnie, by była jak najbardziej do siebie zbliżona, scalona, bo w grupie jest

siła. Nie ulega wątpliwości, że dobre relacje na boisku i poza nim pomagają w osiąganiu satysfakcjonujących wyników. Od mojego pierwszego meczu w roli selekcjonera nie wydarzyło się nic, co mogłoby sugerować, że ta kadra nie jest grupą, o jakiej mówimy.

A jak ocenia pan reprezentację Albanii i jej atuty?

Niezależnie od tego, o którym meczu z Albanią mówimy, nawet o tym wygranym 4:1, zawsze były to trudne spotkania. Za każdym razem było widać, że to drużyna z potencjałem. Moim zdaniem dziś ten potencjał jest jeszcze większy niż wcześniej. Wynika to przede wszystkim ze stabilizacji. Zawodnicy, których oglądaliśmy już w 2023 roku przy debiucie Sylvinho w roli selekcjonera, nadal stanowią o sile tej drużyny, podobnie jak sam trener. A czas robi swoje. To na pewno bardzo mocna drużyna, jednak mamy atut własnego boiska i musimy to wykorzystać. Albania ma troszeczkę profil defensywny i robi to naprawdę dobrze. Wielu jej zawodników występuje

w lidze włoskiej, co też nie jest przypadkiem. Oczywiście odbywa się to trochę kosztem ofensywy, bo nie tworzą wielu sytuacji, ale żeby ich pokonać, będziemy musieli zagrać jedno z naszych najlepszych spotkań.

W finale baraży możemy spotkać się ze Szwecją lub Ukrainą. Był czas, by przeanalizować dokładnie także tych rywali?

Jako sztab cały czas pracowaliśmy wielotorowo. Staraliśmy się tak dobierać spotkania do obserwacji, by móc w jednym meczu zobaczyć nawet kilku zawodników z tych reprezentacji. Przede wszystkim skupialiśmy się jednak na Albanii, bo to nasz pierwszy przeciwnik. Cóż przyszłoby nam z dokładnej analizy Szwedów i Ukraińców, jeżeli nie rozpracowalibyśmy Albańczyków? Mimo to wiemy o potencjalnych finałowych rywalach bardzo wiele. To dwa różne zespoły, choć w obu znaleźć można świetnych zawodników. Jesteśmy na to gotowi. Wykonaliśmy ogromną pracę i wszyscy wierzymy, że to zaprocentuje w meczach barażowych.

Piotr Zieliński – mózg środka pola i piłkarz na ważne mecze

PIOTR ZIELIŃSKI TO DZIŚ BEZ WĄTPIENIA

JEDEN Z LIDERÓW REPREZENTACJI POLSKI. POSTAĆ, KTÓRA „NIESIE DRUŻYNĘ”, GDY MECZ

WYMYKA SIĘ SPOD KONTROLI, A STAWKA JEST WYŻSZA NIŻ LIGOWE PUNKTY.

SĄ PIŁKARZE, KTÓRZY ROBIĄ TO SIŁĄ CHARAKTERU, INNI LICZBAMI. ZIELIŃSKI WYMYKA SIĘ TEMU PROSTEMU PODZIAŁOWI. JEGO STATUS NIE POLEGA NA DOMINACJI, LECZ NA PORZĄDKOWANIU. NA NADAWANIU SENSU GRZE ZESPOŁU. I WŁAŚNIE DLATEGO W SPOTKANIACH

TAKICH, JAK BARAŻE O UDZIAŁ W MŚ 2026, JEGO ROLA STAJE SIĘ KLUCZOWA.

W piłce reprezentacyjnej nie da się niczego ukryć. Brak wypracowywanych w klubach tygodniami automatyzmów, krótszy czas pracy, większa presja – wszystko to sprawia, że środek pola jest pierwszym miejscem, w którym obnażane są słabości zespołu. Jeśli tam panuje chaos, rozlewa

się on na całe boisko. Jeśli jest porządek – drużyna funkcjonuje nawet wtedy, gdy nie wszystko idzie zgodnie z planem. Zieliński od dawna odgrywa w kadrze rolę regulatora. To on decyduje, czy akcja zostanie przyspieszona jednym kontaktem, czy na moment wyhamowana. To on bierze

na siebie odpowiedzialność za rozegranie w trudnych momentach, gdy rywal podkręca pressing, a piłka zaczyna „parzyć”. Jego gra opiera się na czytaniu boiska – ustawienia partnerów, zachowania przeciwnika, moment meczu. To cechy, których nie da się nauczyć z dnia na dzień.

Taktyczna elastyczność

i gra między liniami Jednym z największych atutów Zielińskiego jest zdolność adaptacji do różnych ustawień i ról. Może grać jako „ósemka”, może być przesunięty wyżej, bliżej napastnika, a w razie potrzeby cofnąć się głębiej, by pomóc w budowaniu akcji od tyłu. Bywały mecze reprezentacji, w których pełnił funkcję klasycznej „szóstki”. I choć dawał wtedy do zrozumienia, że nie jest to jego ulubiona boiskowa rola, to z obowiązków z nią związanych wywiązywał się, jak należy. Niezależnie od pozycji, jego naturalnym środowiskiem pozostaje przestrzeń między liniami – tam, gdzie mecz rozgrywa się szybciej, a decyzje muszą być natychmiastowe.

W reprezentacji Polski Zieliński często jest pierwszym zawodnikiem, który otrzymuje piłkę po odbiorze. To od niego zaczyna się przejście z obrony do ataku. Jego przyjęcie kierunkowe, prowadzenie piłki pod presją i odwaga w grze sprawiają, że Polska potrafi wyjść spod nacisku rywala i szybko przenieść ciężar gry pod pole karne przeciwnika. To element, który w barażach może decydować o losach spotkania.

fajerwerków

Kreowanie bez zbędnych

W boiskowym stylu Zielińskiego można dostrzec pewien paradoks. Nierzadko strzela piękne gole i prezentuje zagrania eksponujące jego techniczny kunszt, ale nie można go nazwać piłkarzem, który gra pod publiczkę. Nie uprawia sztuki dla sztuki, a coś, co jest efektowne, w pierwszej kolejności musi być efektywne. Czasem jego kreacja polega na jednym błyskotliwym zagraniu, ale częściej to sekwencja ruchów i decyzji, które prowadzą do sytuacji bramkowej nawet kilka podań później. Zmiana strony, przyciągnięcie rywala, podanie otwierające przestrzeń – to detale, które nie zawsze trafiają do skrótów meczowych, ale są fundamentem płynnej gry ofensywnej.

To także jeden z powodów, dla których długo bywał oceniany inaczej niż inni reprezentanci. Bardziej na podstawie potencjału niż tego, co tak naprawdę pokazał w danym meczu. Często niesprawiedliwie. Zieliński w tych ocenach poniekąd padał ofiarą własnego talentu i umiejętności. Od piłkarza o takim potencjale oczekuje się więcej. Ma dawać „liczby” w każdym meczu. Tak jak w szkole inny jest odbiór klasówki napisanej na czwórkę przez ucznia ledwo przechodzącego z klasy do klasy i wygrywającego olimpiady prymusa.

Tymczasem Zieliński od lat wnosi do gry coś mniej uchwytnego, ale równie cennego: strukturę, rytm, spokój. Boiskowy porządek.

Doświadczenie

i dojrzałość

Z biegiem lat zmienił się nie tylko sposób gry Zielińskiego, ale i jego mentalność. Stał się bardziej świadomy swojej roli, pewniejszy w podejmowaniu decyzji, gotowy brać odpowiedzialność także wtedy, gdy mecz nie układa się po myśli zespołu. To dojrzałość, którą widać w jego mowie ciała i zachowaniu na boisku – nie chowa się, nie ucieka od piłki, przeciwnie: szuka jej. A i nonszalancko zakładane getry pokazują, że czuje się mocny.

Doświadczenie wyniesione z gry na najwyższym poziomie klubowym, nauczyło go także odpowiedzialności w fazach bez piłki. Zieliński nie jest już wyłącznie artystą od ofensywy. Dziś to pomocnik kompletny – pracujący w defensywie, zamykający linie podań, gotowy do intensywnej gry przez pełne 90 minut.

Liczby, które potwierdzają formę

Choć wkład Zielińskiego w grę nie zawsze da się zamknąć w statystykach, obecny sezon pokazuje, że potrafi on łączyć wpływ na funkcjonowanie zespołu z konkretami. W 2026 roku strzelił już dla Interu cztery gole w Serie A, co czyni go drugim najskuteczniejszym piłkarzem występującym w zagranicznych klubach spośród reprezentantów Polski. Więcej bramek zdobył tylko Robert Lewandowski – osiem (trzy w La Liga, cztery w Lidze Mistrzów, jedną w Superpucharze Hiszpanii). To sygnał, że u „Ziela” forma ofensywna idzie w parze z rosnącą pewnością siebie.

Jeszcze ważniejszy jest jednak kontekst reprezentacyjny. Zieliński strzela gole dla biało-czerwonych, gdy stawka jest najwyższa. Trafiał w dwóch z trzech meczów barażowych, w których grała Polska – przeciwko Szwecji przed mistrzostwami świata w Katarze i Estonii przed mistrzostwami Europy w Niemczech. Do tego dochodzi bramka zdobyta na mistrzostwach świata w 2022 roku przeciwko Arabii Saudyjskiej. To nie są przypadkowe momenty. To sytuacje, w których presja jest ogromna, a margines błędu minimalny.

Piłkarz na ważne mecze

Nie każdy zawodnik potrafi udźwignąć ciężar spotkań, w których jedna decyzja może zmienić historię całych eliminacji. Zieliński coraz wyraźniej pokazuje, że należy do grona tych, którzy w takich chwilach nie znikają. W barażach o miejsce w MŚ 2026 jego rola znów będzie podwójna. Z jednej strony – taktyczna: porządkowanie gry, łączenie formacji, kreowanie przestrzeni. Z drugiej – mentalna: odpowiedzialność, doświadczenie i gotowość do wzięcia na siebie ciężaru decydujących momentów. Jeśli Polska ma kontrolować tempo, unikać nerwowości i szukać zwycięstwa w sposób uporządkowany, „mózg środka pola” musi pracować na najwyższych obrotach.

Dziś już mogą zazdrościć

Piotr Zieliński nie jest piłkarzem jednego turnieju czy jednego meczu. Jest zawodnikiem, którego znaczenie najlepiej widać wtedy, gdy stawka rośnie. A baraże o mistrzostwa świata to dokładnie ten moment, w którym jego rola może okazać się decydująca. – Jeżeli Zieliński wstanie pewnego dnia i coś mu przeskoczy w głowie, to będziemy mieli zawodnika, którego będą nam zazdrościć wszyscy na świecie – te słowa, wypowiedziane przez Jerzego Brzęczka po zremisowanym 0:0 meczu kwalifikacji do mistrzostw Europy z Austrią we wrześniu 2019 roku, trafiły już do kanonu polskiej publicystyki piłkarskiej. Ówczesny selekcjoner czekał na eksplozję talentu u jednego ze swoich najważniejszych zawodników. Dziś „Zielu” to już zupełnie inny piłkarz. Lepszy, dojrzalszy i gotowy dźwigać na swoich barkach ciężar odpowiedzialności za wynik reprezentacji Polski.

SZYMON TOMASIK

Druga pięćdziesiątka Sebastiana Szymańskiego

JESZCZE NIEDAWNO MÓWIONO O NIM MŁODY

I PERSPEKTYWICZNY, A SEBASTIAN SZYMAŃSKI, KTÓRY

NIEDŁUGO SKOŃCZY 27 LAT, MA ZA SOBĄ WYSTĘPY

W MISTRZOSTWACH EUROPY I NA MUNDIALU. I ZA CHWILĘ POWINIEN ROZPOCZĄĆ DRUGĄ PIĘĆDZIESIĄTKĘ WYSTĘPÓW

W REPREZENTACJI POLSKI. – ZAWSZE BYŁEM NAJMNIEJSZY, NAJCHUDSZY I MUSIAŁEM SOBIE RADZIĆ WŚRÓD

RÓWIEŚNIKÓW. SPEŁNIŁEM DZIECIĘCE MARZENIA Z CZASÓW, KIEDY ZACZYNAŁEM GRAĆ W PIŁKĘ – PODKREŚLA SZYMAŃSKI.

Szymański to kolejny przykład piłkarza, który zanim zrobił karierę w biało-czerwonych barwach, wystąpił w turnieju „Z podwórka na stadion” (dziś Puchar Tymbark – red.). Mało tego, z drużyną, w której stawiał pierwsze piłkarskie kroki – TOP 54 Biała Podlaska, dotarł do finału. Nie wiadomo, czy już wtedy marzył o grze w reprezentacji Polski, ale miał wzór do naśladowania. Wychowankiem TOP 54 jest też Ariel Borysiuk, który w kadrze narodowej zadebiutował w 2010 roku. Zresztą obaj zawodnicy przeszli podobną drogę w biało-czerwonych barwach. Grali w kolejnych kadrach młodzieżowych aż do debiutu w seniorskiej.

Błyskawiczny awans do podstawowego składu

Szymański w zespołach od U-15 do U-21 w sumie rozegrał około 50 spotkań, a najważniejszym momentem był udział w młodzieżowych mistrzostwach Europy w 2019 roku. W czerwcu mierzył się z rówieśnikami z Włoch, Belgii i Hiszpanii, a trzy miesiące później zadebiutował u trenera Jerzego Brzęczka w kadrze A. I to od razu w kwalifikacjach do mistrzostw Europy. Na PGE Narodowym Polska zremisowała bezbramkowo z Austrią, a Szymański na boisku spędził 20 minut. – Tu nie ma czasu na wprowadzenie. Od początku trzeba pokazywać najwyższy poziom. Od razu jesteśmy wrzuceni na wysokie obroty. Jest tak dużo jakości w tej drużynie, że trzeba bardzo dużo pracować, żeby nie odstawać – mówił Szymański, który wtedy był już zawodnikiem Dynamo Moskwa. Do rosyjskiego klubu trafił po trzech sezonach w Legii Warszawa, z którą zdobył dwa mistrzostwa kraju i Puchar Polski. Błyskawicznie z rezerwowego w kadrze stał się zawodnikiem podstawowego składu. Już na drugim zgrupowaniu z reprezentacją zagrał w wyjściowym składzie w meczu kwalifikacji do mistrzostw Europy z Łotwą. W Rydze Polacy wygrali 3:0, a Szymański zaliczył asystę przy trafieniu Roberta Lewandowskiego. – Sebastian rozegrał bardzo dobre spotkanie, także w defensywie. Z punktu widzenia taktycznego wiedział, kiedy zagrać na jeden kontakt, a kiedy przytrzymać piłkę. To był naprawdę bardzo fajny występ i mam nadzieję, że w meczu z Macedonią nastą-

Sebastian Szymański

Spełniłem dziecięce marzenia z czasów, kiedy zaczynałem grać w piłkę. Jestem dumny, że byłem częścią drużyny, która po 36 latach wyszła z grupy na mundialu.

pi potwierdzenie – mówił wtedy kapitan reprezentacji Polski.

Ciepło o wówczas 20-letnim Szymańskim mówił też trener Brzęczek. – Pomimo młodego wieku ma niesamowite umiejętności, a do tego serce i zmysł do gry. Przejście z reprezentacji młodzieżowej do pierwszej jest u niego szybkie, płynne i bez żadnych kompleksów. Będziemy mieli dużo radości z jego gry – stwierdził selekcjoner.

Sam Szymański zapewniał, że „nie będzie się podpalał”, jeśli zagra też w kolejnym spotkaniu. – Mam chłodną głowę – stwierdził. – Wszystko zależy od trenera. Jeśli nie zagram od pierwszej minuty, to nic się stanie. Ważne, żeby drużyna zwyciężyła. Spokojnie, wszystko krok po kroku.

Odrodzony przy Michniewiczu

Tymczasem w czterech kolejnych spotkaniach zagrał od pierwszej minuty. I bardzo szybko, bo już w piątym występie zdobył pierwszą bramkę. Polacy pokonali Słowenię 3:2 i przypieczętowali awans na mistrzostwa Europy. – To dla mnie piękne chwile. Można powiedzieć, że przeczuwałem że ta bramka w końcu wpadnie. Miałem sytuację już w Izraelu, ale jej nie wykorzystałem. Teraz udało mi się zdobyć gola i trzeba się z tego cieszyć – mówił Szymański, a zapytany o to, z kim chciałby zmierzyć się w grupie podczas EURO 2020 – stwierdził: Nie myślę o tym. Cieszę się z tego, że zdobyliśmy trzy punkty. Tyle że wkrótce Szymański musiał się pogodzić z tym, że na mistrzostwa Europy nie pojedzie. Trenera Brzęczka w roli selekcjonera zmienił Paulo Sousa i nie było im po drodze. Za czasów Portugalczyka Sebastian musiał przełknąć gorzką pigułkę – zagrał tylko raz i nie znalazł się w kadrze na EURO 2020. Jak tylko reprezentację przejął Czesław Michniewicz, Szymański od razu dostał powołanie. I w wygranym barażu o awans na mistrzostwa świata ze Szwecją zagrał 90 minut. I to właśnie jego wyróżnił selekcjoner, choć gole strzelili Lewandowski i Zieliński. – W tym meczu nie było typowego lewego wahadłowego. „Sebek” pełnił właściwie trzy role: trochę był wahadłowym, trochę skrzydłowym i trochę dziesiątką. Biegał wszędzie, takie żywe sre-

berko. Im dłużej trwał mecz, tym Szymański wydawał się świeższy i wtedy pokazał, jaką przewagę robi – podkreślał Michniewicz. – To mój człowiek od trudnych zadań. Dobrze znam jego potencjał i wiem, co potrafi.

Dwa wielkie turnieje

Szymańskiego – mundial w Katarze i EURO 2024

Szymański znalazł się też w kadrze na mundial w Katarze, a w tym czasie wyszukał nowy klub. W końcu opuścił Rosję i trafił do Feyenoordu Rotterdam. – Czuję się bardzo dobrze. Forma jest odpowiednia. Ten turniej to jest spełnienie marzeń, więc podwójnie się cieszę, że moja dyspozycja jest na odpowiednim poziomie – mówił Szymański. – Transfer do Feyenoordu dał mi pewność siebie i czystą głowę. Na pewno pozwolił mi wejść na wyższy poziom i to było widać w trakcie sezonu.

Turniej w Katarze był debiutem Szymańskiego na wielkiej imprezie. Na inauguracji zagrał przeciwko Meksykowi, aIe spotkania z Arabią Saudyjską i Argentyną obejrzał z ławki. Mecz 1/8 finału z Francją był jego występem nr 20 w reprezentacji. – To było coś pięknego. Spełniłem dziecięce marzenia z czasów, kiedy zaczynałem grać w piłkę. Jestem dumny, że byłem częścią drużyny, która po 36 latach wyszła z grupy na mundialu – zaznaczył Szymański. Także u kolejnych selekcjonerów – Fernando Santosa i Michała Probierza – był ważną postacią. Zmienił też klub – z Feyenoordu odszedł do Fenerbahce. W drużynie narodowej zagrał we wszystkich meczach kwalifikacji do mistrzostw Europy 2024, także w barażach, które okazały się dla Polski zwycięskie. Tym razem znalazł się w kadrze na mistrzostwa Europy. – To dla mnie dopiero drugi taki duży turniej i chciałbym z niego jak najbardziej skorzystać – mówił przed EURO. A pytany o charakter, odpowiedział: – Sam go sobie wypracowałem. Zawsze byłem najmniejszy, najchudszy, musiałem sobie radzić wśród rówieśników. To zaprocentowało tym, że jestem w tym miejscu. Zawsze walczę dla drużyny i mam nadzieję, że obecnie dobrze mi to wychodzi. Chcę w karierze osiągnąć jak najwięcej. Cieszę się każdą chwilą i z roku na rok chcę robić postępy. Zobaczymy, dokąd mnie to zaprowadzi.

Na EURO 2024 w meczach z Holandią i Francją zagrał w podstawowym składzie. W spotkaniu z Austrią był rezerwowym. Po turnieju nadal jest jednym z najważniejszych zawodników reprezentacji. W kolejnych 16 spotkaniach 14 razy zagrał w podstawowym składzie. W Lidze Narodów zdobył czwartą i piątą bramkę w karierze.

Cegiełka Szymańskiego w walce o awans na mundial Także po zmianie selekcjonera Jan Urban widzi Szymańskiego w kadrze. Po niezbyt udanym początku kwalifikacji z nowym trenerem reprezentacji udało się awansować do baraży o mistrzostwa świata. – Wszystko, co było wcześniej, zostawiliśmy za sobą. Mamy nowego selekcjonera, jest lekka świeżość w naszej drużynie i nowa wizja gry. Tak jak trener wspominał, staramy się poprawić detale, nad którymi pracowaliśmy – mówił Szymański przed pierwszym meczem z Urbanem w roli szkoleniowca.

27-letni pomocnik zagrał od początku w obu spotkaniach z Holandią (dwa razy 1:1), Finlandią (3:1) i Litwą (2:0), a także 45 minut w towarzyskim meczu z Nową Zelandią (1:0). Najlepiej wspomina rywalizację z Litwinami. W Kownie zdobył bowiem szóstą bramkę w historii występów w reprezentacji i zaliczył piątą asystę (przy trafieniu Lewandowskiego). Szymański gola strzelił bezpośrednio z rzutu rożnego. – Takie piłki nie są łatwe dla bramkarza, szczególnie kiedy wokół znajduje się wielu piłkarzy. Ten stały fragment mieliśmy wyćwiczony, w ten sposób chcieliśmy rozegrać i fajnie, że wpadło. Moja ocena za mecz? Dziesięć na dziesięć! Mamy zwycięstwo, trzy punkty i to jest najważniejsze – cieszył się Szymański.

Zimą w karierze klubowej Polaka nastąpiła ważna zmiana. Z Fenerbahce odszedł do Rennes i teraz stara się oczarować francuską Ligue 1. I ma już na koncie pierwsze sukcesy. Z Szymańskim na boisku jego drużyna pokonała triumfatora Ligi Mistrzów – Paris Saint Germain 3:1, a reprezentant Polski zaliczył asystę. ANDRZEJ

Powrót na czas meczu o wszystko. Jakub Moder znów daje Polsce siłę

JESIENIĄ REPREZENTACJA POLSKI MUSIAŁA SOBIE RADZIĆ

BEZ NIEGO. TERAZ, PRZED BARAŻOWYM PÓŁFINAŁEM

Z ALBANIĄ, JAN URBAN ZNÓW MA DO DYSPOZYCJI ZAWODNIKA,

KTÓREGO TEJ KADRZE PO PROSTU BRAKOWAŁO.

DLA JAKUBA MODERA MECZ Z 26 MARCA

MOŻE OZNACZAĆ POWRÓT DO REPREZENTACJI

PO 289 DNIACH. PO DRODZE BYŁY 233 DNI PRZERWY

OD GRY, OPERACJA KRĘGOSŁUPA I DŁUGA WALKA Z BÓLEM.

WRACA NIE JAKO ZNAK ZAPYTANIA,

ALE JAKO PIŁKARZ PODSTAWOWEGO SKŁADU FEYENOORDU

I CZŁOWIEK, O KTÓRYM ROBIN VAN PERSIE MÓWI DZIŚ

JAK O NATURALNYM LIDERZE.

Moder na początku kwietnia skończy

27 lat, ale w reprezentacji zdążył już przeżyć naprawdę sporo. Debiutował 4 września 2020 roku z Holandią. Był na EURO 2020 i EURO 2024. Mundial 2022 odebrała mu kontuzja kolana. Końcówkę kwalifikacji do mistrzostw świata 2026 zabrał mu uraz pleców. Ostatni raz w kadrze zagrał 10 czerwca 2025 roku. Jeśli wyjdzie na boisko przeciw Albanii, wróci po blisko 10 miesiącach. W dorobku ma 35 występów, dwa gole i dwie asysty. Jedną z tych bramek zdobył na Wembley, w meczu z Anglią w kwalifikacjach do mundialu 2022. Polska przegrała wtedy 1:2, więc nie był to wieczór pełnej radości, ale samo trafienie zostało w pamięci.

Plecy zatrzymały wszystko

Problem Modera ciągnął się od letnich przygotowań do sezonu. Próbował wrócić, trenował, zaciskał zęby. W końcu trzeba było odpuścić. Po trzech miesiącach walki konieczna okazała się operacja przepukliny kręgosłupa. Sam piłkarz mówił o tym bardzo jasno. – W swojej karierze rozegrałem wiele meczów z bólem. Tym razem jednak nie było to możliwe. Plecy blokowały wszystko. Cokolwiek robiłem, jakikolwiek ruch wykonywałem, czułem ból.

To był cios nie tylko dla niego, ale też dla reprezentacji. W kwalifikacjach do mundialu 2026 zdążył zagrać trzy razy. Na kolejnych zgrupowaniach go zabrakło. W rozmowie z Voetbal International nie ukrywał frustracji. – To było podwójnie trudne. Z jednej strony skupiasz się na własnej rehabilitacji, z drugiej widzisz, że mógłbyś pomóc drużynie. Siedzenie na trybunach boli, zwłaszcza gdy widzisz kolejnych zawodników wypadających przez kontuzje.

Gdy Moder był coraz bliżej powrotu na boisko, w Rotterdamie tonowano nastroje. 26-letni pomocnik wznowił treningi z drużyną 13 stycznia, ale Robin van Persie od początku podkreślał, że potrzeba cierpliwości. – Trzeba zdać sobie sprawę, że Kuba pauzował przez pół roku – zaznaczył trener Feyenoordu. – To oznacza, że potrzebuje kilku tygodni, by dojść do odpowiedniego

poziomu fizycznego. Trzeba mieć cierpliwość, bo rzadko widywałem zawodników, którzy po tak długiej nieobecności od razu wchodzili na swój normalny poziom. W tej kwestii również musimy być wobec Kuby realistami.

To był ważny sygnał. Feyenoord nie zamierzał rzucać go od razu na głęboką wodę. Plan był prosty. Najpierw treningi. Potem wejście z ławki. Następnie coraz dłuższe występy. Bez skrótów. Przełom

nastąpił 29 stycznia. Moder znalazł się w kadrze na mecz Ligi Europy z Betisem. Feyenoord przegrał w Sewilli 1:2 i odpadł z europejskich pucharów, ale dla

Polaka wynik schodził na dalszy plan. Po 233 dniach znów wszedł na boisko, choć nie na swojej nominalnej pozycji.

– Dla mnie to i tak był piękny wieczór. Móc wrócić na boisko to świetne uczucie – mówił potem w Voetbal International. – Może to nawet lepiej, że wszedłem jako

środkowy obrońca. To inna pozycja niż pomocnik, dobra na przetarcie. Cieszę się, że wróciłem.

Van Persie od razu podkreślał, że to dobra wiadomość dla zespołu. – Od pewnego czasu trenuje z drużyną i z dnia na dzień prezentuje się coraz lepiej. Jest w coraz lepszej formie fizycznej. Cieszymy się, że wrócił – opowiadał jeszcze przed spotkaniem z Betisem.

Powrót krok po kroku

Powrót był prowadzony spokojnie, ale konsekwentnie. Najpierw 22 minuty z Betisem, potem 27 przeciw PSV. Następnie występ od pierwszej minuty z Utrechtem i asysta przy jedynym golu spotkania. Później przyszły już pełne mecze z Go Ahead Eagles, Telstarem i Twente, a także dobry występ z NAC Breda (3:3) i i wygrana 2:1 z Excelsiorem. W trakcie tego ostatniego spotkania wystąpił na aż trzech pozycjach. – W moich oczach Moder jest gamechangerem, który może robić różnicę ze swojej najlepszej pozycji – chwalił Polaka van Persie. Sam Moder od początku nie uciekał od ostrożności. – Kluczowe jest teraz stopniowe zwiększanie liczby minut, odzyskanie rytmu i formy. Nie będziemy niczego przyspieszać – zaznaczał. To zdanie

dobrze brzmi także z punktu widzenia reprezentacji. Polska nie potrzebuje go tylko na jeden mecz. Potrzebuje go na baraże. I, oby, na mundial.

Najwięcej o miejscu Modera w obecnym Feyenoordzie mówi jednak mecz z Utrechtem. Van Persie, przy problemach kadrowych, ustawił go na szpicy. To była decyzja zaskakująca, bo na ławce siedzieli nominalni napastnicy. W Holandii sporo o tym dyskutowano. Moder nie szukał jednak wymówek. – To był pierwszy raz, kiedy zagrałem na tej pozycji. Ale też nie byłem dziś typowym napastnikiem, bo nie jestem takim typem gracza. Lubię schodzić niżej, cofać się po piłkę – analizował w ESPN. I właśnie na tym zbudował swój występ. Zamiast stać między stoperami, schodził po piłkę,

łączył akcje, szukał wolnych przestrzeni. – Celem było grać nieco wyżej i poruszać się między liniami – wyjaśnił. Właśnie po jego podaniu Feyenoord strzelił zwycięskiego gola. Oussama Targhalline ruszył po szybkiej wymianie podań i dał drużynie trzy punkty. – To był gol po ładnej akcji. Zagraliśmy szybkie jeden-dwa, a potem Oussama dobrze wykończył – oceniał Moder w ESPN.

Van Persie był po tym meczu bardzo konkretny. – Myślę, że odegrał dla zespołu bardzo ważną rolę. Był mocny w grze kombinacyjnej i dobrze radził sobie w pojedynkach. Miał udział przy golu, więc dobrze było to zobaczyć. 55 minut było dla niego maksimum – ocenił trener.

Sam mecz z Utrechtem nie zachwycił. – Nie było to błyskotliwe spotkanie, ale wszyscy bili się o każdy metr – przyznał w ESPN

Van Persie. Właśnie dlatego występ Modera był tak cenny. W trudnym, szarpanym spotkaniu dał drużynie konkret.

Tyle tylko że nie wszyscy w Holandii kupili ten eksperyment. W podcaście Feyenoord: De Verlenging na antenie RTV

Rijnmond Dennis Kranenburg mówił, że bez klasycznej dziewiątki gra Feyenoordu wyglądała chaotycznie, a na boisku nie było wzorców. Tym bardziej warto odnotować, że Moder w tej roli nie zginął. Przeciwnie. Pomógł wygrać.

Van Persie później wprost tłumaczył, czego szuka u napastnika. – Pierwsze rzeczy, na które patrzę u napastnika, to nie gole – mówił w ESPN. I właśnie dlatego postawił wtedy na Polaka. Potrzebował zawodnika, który pomoże drużynie grać. I to dostał.

Coraz mocniejszy i ważniejszy

Po powrocie podstawowego napastnika Ayase Uedy Moder wrócił do środka pola. Tam znów było widać jego najmocniejsze strony. W meczu z Go Ahead Eagles był jednym z niewielu graczy Feyenoordu, którzy potrafili zrobić różnicę w ataku pozycyjnym. Szukał gry. Brał odpowiedzialność. Uderzał. Trafił w poprzeczkę.

Po tym spotkaniu, które Feyenoord wygrał 1:0 po golu z rzutu karnego w doliczonym czasie gry, van Persie zdradził jeszcze jeden ciekawy szczegół. Przy jedenastce pierwszym wyborem był Moder. – Jednak czuł zmęczenie fizyczne i był otwarty na oddanie karnego – wyjaśniał trener. To drobiazg, ale bardzo wymowny. Pokazuje zaufanie. Trenera do Modera i Modera do zespołu. Kilka dni później pojawił się kolejny sygnał. De Telegraaf pisał, że podczas pobytu Feyenoordu w Belgii jeden zawodnik zrobił na Raheemie Sterlingu znakomite wrażenie. Chodziło właśnie o Modera. To nie jest ocena byle kogo. Sterling dobrze wie, co widzi. Najmocniejsze słowa padły jednak pod koniec lutego. Van Persie przyznał wtedy, że tempo, w jakim Moder odzyskuje formę, jest czymś nietypowym. – W większości przypadków po miesiącach przerwy po prostu potrzebujesz czasu, żeby odzyskać rytm. Moder naprawdę idzie w stronę wyjątku od reguły. To bardzo szczególne, jak szybko znów jest w formie po kontuzji – stwierdził szkoleniowiec Feyenoordu.

Na tym nie poprzestał. Dodał też coś jeszcze cenniejszego. – On stał się fizycznie silniejszy i jest naprawdę dojrzałym piłkarzem. Poza boiskiem jest bardzo spokojnym chłopakiem i świetnie się z nim pracuje. Jest bardzo szanowany w grupie. Wszyscy go słuchają, kiedy coś mówi. To znaczy wystarczająco dużo. On w bardzo naturalny sposób daje przywództwo.

Warto przytoczyć jeszcze jedno zdanie van Persiego: – Mimo że wciąż brakuje nam wielu zawodników, bardzo przyjemnie jest mieć tak dobrze przygotowanych piłkarzy jak Moder i Hadj Moussa.

To już nie jest opowieść o zawodniku wracającym do zdrowia. To opowieść o piłkarzu, który znów stał się punktem oparcia. Dla Jana Urbana powrót Modera oznacza kilka rzeczy naraz. Odzyskuje pomocnika, który potrafi grać na różnych pozycjach. Dostaje piłkarza, który nie stracił przeglądu pola i nie panikuje pod presją. Wraca też zawodnik z doświadczeniem, który jest jednym z filarów wicelidera Eredivisie. TOMASZ BILIŃSKI

Nowe barwy biało-czerwonych

NIEWIELE PONAD CZTERY MIESIĄCE.

TYLE CZASU DZIELI ZAKOŃCZENIE

RYWALIZACJI W FAZIE GRUPOWEJ

KWALIFIKACJI DO MISTRZOSTW

ŚWIATA 2026 OD PÓŁFINAŁOWEGO

STARCIA W BARAŻACH POLSKI

Z ALBANIĄ W WARSZAWIE. DLA

SZTABU NASZEJ REPREZENTACJI

BYŁ TO CZAS WYTĘŻONEJ PRACY

NAD PRZYGOTOWANIEM STRATEGII,

KTÓRA MA NAM PRZYNIEŚĆ

UPRAGNIONY AWANS DO

TURNIEJU ZA OCEANEM. PIŁKARZE

Z KOLEI KONCENTROWALI SIĘ NA

SWOICH CELACH W KLUBACH

I UTRZYMYWANIU NAJWYŻSZEJ

FORMY. KILKU, RÓWNIEŻ Z MYŚLĄ

O SWOICH SZANSACH

NA POWOŁANIE OD SELEKCJONERA

JANA URBANA, ZDECYDOWAŁO SIĘ

NA ZMIANĘ BARW KLUBOWYCH.

W listopadowych spotkaniach z Holandią u siebie (1:1) i Maltą na wyjeździe (3:2) selekcjoner dał szansę występu łącznie 20 zawodnikom. Byli tacy, którzy na boisku spędzili 180 minut. Inni musieli zadowolić się mniejszym wymiarem czasu. Biorąc pod uwagę właśnie tę grupę, na

rewolucję w swoim życiu i przede wszystkim karierze w zimowym okienku zdecydowało się dokładnie czterech biało-czerwonych. Poniżej krótko przedstawiamy okoliczności tych transferów.

BARTOSZ SLISZ (pomocnik)

Atlanta United FC (USA)  Broendby IF (Dania)

Data transferu: 08.01.2026 Kontrakt do: 30.06.2029

Pierwszym z reprezentantów, którzy wystąpili w co najmniej jednym z dwóch ostatnich spotkań drużyny narodowej, a zimą zdecydowali się na przeprowadzkę, był dwukrotny mistrz Polski i zdobywca krajowego pucharu w barwach Legii Warszawa. Bartosz Slisz blisko dwa lata wcześniej opuścił stolicę, żeby za ponad trzy miliony euro przenieść się do amerykańskiej MLS. Za oceanem defensywny pomocnik związał się z ekipą

Atlanta United FC, w której przez niespełna 24 miesiące we wszystkich rozgrywkach zapisał na swoim koncie 69 występów, w których czterokrotnie wpisał się na listę strzelców i zaliczył jedną asystę. Swoją postawą zapracował na zaufanie kolejnych selekcjonerów. Michał Probierz zabrał go

na EURO 2024 (zagrał przeciwko Holandii i Austrii). Jan Urban również widzi w nim jednego z kluczowych graczy kadry. Od zmiany u sterów reprezentacji Slisz czterokrotnie rozpoczynał eliminacyjne mecze w wyjściowej jedenastce.

W styczniu postanowił, że skróci swoją podróż na potencjalne, kolejne zgrupowania i zamiast z Ameryki, do kraju przyjeżdżał będzie z Danii. Po Polaka sięgnęło bowiem, mające aspiracje gry w europejskich pucharach, Broendby IF. Na debiut w ekipie 11-krotnego mistrza kraju defensywny pomocnik czekał dokładnie miesiąc. To właśnie wtedy w Superlidze zakończyła się przerwa zimowa, a po wznowieniu rozgrywek Slisz z miejsca stał się podstawowym zawodnikiem.

SEBASTIAN SZYMAŃSKI (pomocnik)

Fenerbahce SK (Turcja)  Stade Rennais (Francja)

Data transferu: 22.01.2026

Kontrakt do: 30.06.2029

Z całą pewnością najgłośniejsza i najbardziej wartościowa zimowa przeprowadzka reprezentanta Polski. Szymański, który podobnie jak Slisz w przeszłości zdobywał mistrzostwa i Puchar Polski w barwach Legii, w przeciwieństwie do kolegi z kadry, ma na swoim koncie również sukcesy za granicą. Po trzech latach spędzonych w Dynamie Moskwa, po rosyjskiej agresji na Ukrainę, zdecydował się na roczne wypożyczenie do Feyenoordu Rotterdam, gdzie pod wodzą

Arne Slota sięgnął po mistrzostwo Holandii. Kolejnym przystankiem reprezentacyjnego pomocnika była Turcja. W Stambule spędził dwa i pół roku. Jego bilans w tym czasie to 134 spotkania we wszystkich rozgrywkach, które przełożyły się na 22 trafienia i 30 asyst. Do kolekcji dorzucił także Superpuchar Turcji,

choć nie odegrał w nim znaczącej roli. Szymański rozwijał się m.in. pod wodzą samego Jose Mourinho, a Portugalczyk bardzo chwalił sobie pracę z Polakiem. „Gdybym miał jeszcze trzech Szymańskich, wystawiłbym wszystkich” – mówił „The Special One” po jednym ze spotkań ligowych. Ostatnim szkoleniowcem, z którym „Seba” pracował nad Bosforem, był Niemiec włoskiego pochodzenia Domenico Tedesco. Zimą przyszedł jednak czas na zmiany i reprezentant Polski obrał kierunek na Francję. Stade Rennais być może nie jest tak popularnym klubem jak „Żółte Kanarki”, a kameralne Rennes nijak się ma do wielkiej stambulskiej metropolii, ale Szymański uznał, że przeprowadzka nad Sekwanę i występy w lidze z TOP 5 będą dobrym krokiem w jego karierze.

BARTŁOMIEJ DRĄGOWSKI (bramkarz)

Panathinaikos AO (Grecja)  Widzew Łódź (Polska)

Data transferu: 26.01.2026

Kontrakt do: 30.06.2029

Blisko dekadę na obczyźnie spędził Bartłomiej Drągowski. Czterokrotny reprezentant Polski, który dostępu do naszej bramki bronił w ostatnim spotkaniu na Malcie, latem 2016 roku opuścił rodzinny Białystok i z Jagiellonii ruszył na podbój Serie A. Tylko we włoskiej ekstraklasie, jako zawodnik Fiorentiny, Empoli i Spezii Calcio łącznie zanotował 129 występów, a do tego doliczyć należy również mecze w krajowym pucharze. Zimą sezonu 2023/24 zdecydował się na przeprowadzkę do Grecji, gdzie (najpierw na zasadzie wypożyczenia) związał się z Panathinaikosem. Początki w drużynie 20-krotnego mistrza Hellady miał udane. Szybko wywalczył miejsce w składzie, zdobył Puchar Grecji i pozycję w zespole utrzymywał w kolejnej kampanii. Jednak odkąd w październiku ubiegłego roku stery w ekipie „Koniczynek” przejął Rafael Benítez, jego notowania gwałtownie spadły. „Drążek” wiedział, że nie ma większych perspektyw na grę u hiszpańskiego trenera. Także klub z Aten nie wiązał z nim przyszłości i zdecydował się sprzedać Polaka za symboliczną kwotę odstępnego. Drągowskiego do swojego projektu udało się przekonać działaczom Widzewa, którzy za sprawą nowego właściciela klubu – Roberta Dobrzyckiego i niespotykanych jak na polskie warunki nakładów finansowych deklarują chęć budowy silnej drużyny z ambicjami. Nowy golkiper dołączył do Łodzian pod koniec okresu przygotowawczego i od początku rundy wiosennej wskoczył do wyjściowego składu. Jednak zarówno on, jak i wielu innych pozyskanych zimą zawodników, nie może uznać pierwszych tygodni w Łodzi za udane. W pięciu pierwszych spotkaniach ligowych Widzew wywalczył zaledwie cztery punkty i stał się jednym z najpoważniejszych kandydatów do spadku z PKO BP Ekstraklasy. Łodzianie po serii rzutów karnych z GKS-em Katowice odpadli też w ćwierćfinale STS Pucharu Polski.

PRZEMYSŁAW WIŚNIEWSKI (obrońca)

Spezia Calcio (Włochy)  Widzew Łódź (Polska)

Data transferu: 29.01.2026

Kontrakt do: 31.12.2030

W ślady byłego klubowego kolegi ze Spezii Calcio poszedł Przemysław Wiśniewski, choć nie wiadomo, czy i ewentualnie jak duży był wpływ bramkarza na decyzję reprezentacyjnego obrońcy. „Wiśnia” jest jednym z największych wygranych przejęcia kadry przez Jana Urbana. Selekcjoner, który znał rosłego stopera z czasów pracy w Górniku Zabrze, dość niespodziewanie postawił na niego w kwalifikacyjnym spotkaniu z Holandią w Rotterdamie (1:1), a ten nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. Do tej pory rozegrał w kadrze cztery spotkania, choć w przeciwieństwie do debiutu, w kolejnych nie zbierał już aż tak jednoznacznie pozytywnych ocen. O kolejne powołania

i występy w narodowych barwach będzie walczył w Widzewie, który sprowadzając 27-latka do kraju, ustanowił rekord wysokości transferu polskiego piłkarza zakontraktowanego przez klub PKO BP Ekstraklasy. Podobnie jak Drągowski, z pewnością nie spodziewał się takiego początku swojej drugiej przygody z polską ligą. Jeśli jednak marzy o kolejnych powołaniach do reprezentacji, razem z kolegami z klubu musi zrobić wszystko, żeby wyniki czerwono-biało-czerwonych uległy gwałtownej poprawie. Ewentualny spadek zarówno dla Widzewa, jak i samego zawodnika, byłby kompletną katastrofą.

PIOTR KUCZKOWSKI

DZISIAJ TRUDNO SOBIE WYOBRAZIĆ

DRUŻYNĘ NARODOWĄ BEZ WSPARCIA

KADROWICZÓW Z FC PORTO.

WSZYSCY MAMY NADZIEJĘ, ŻE PEWNE

ELEMENTY WSPÓŁPRACY KLUBOWEJ

ZOSTANĄ PRZEŁOŻONE NA GRUNT

REPREZENTACYJNY, A CZOŁOWY

PORTUGALSKI KLUB Z CZASEM

BĘDZIE NAWET PEWNYM SYNONIMEM

SUKCESÓW REPREZENTACJI POLSKI.

BO SKOJARZENIA ZWIĄZANE

Z PODOBNYMI SYTUACJAMI

MAMY WYJĄTKOWO DOBRE.

Nie tylko Dortmund.

Najgłośniejsze polskie trio to niewątpliwie: Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski i Łukasz Piszczek w szatni Borussii Dortmund jeszcze za czasów Juergena Kloppa. Wszystko zaczęło się od dynamicznego pomocnika, który zrobił błyskawiczną karierę w Wiśle Kraków. W 2010 roku dołączyli do niego dwaj pozostali koledzy. – Niektórzy uczyli się wówczas polskich słówek, nie tylko przekleństw, bo tak było najłatwiej. Polski język był jednym z obowiązujących w naszej szatni – uśmiecha się Łukasz Piszczek, wspominając czasy, kiedy wspólnie z kolegami występował nie tylko w reprezentacji Polski, ale również w drużynie klubowej. Polacy w ciągu czterech lat w żółto-czarnych barwach podnosili dwa razy paterę mistrzowską, raz zdobyli Puchar Niemiec i dotarli do finału Ligi Mistrzów w 2013 roku. Znakomity zespół trenera Juergena Kloppa wielokrotnie nazywany był „polską Borussią"... Biało-czerwone kolonie na obczyźnie w ostatnich latach kojarzą się głównie z naszym tercetem w Dortmundzie, ale takich sytuacji było znacznie więcej, a zaczęło się wszystko jeszcze w czasach, gdy

o zagraniczny exodus było bardzo trudno. Pierwszym trenerem, który gremialnie postawił na biało-czerwonych, był Guy Roux z francuskiego Auxerre, który już w latach 70. ubiegłego wieku sprowadził Mariana Szeję, Andrzeja Szarmacha, Pawła Janasa czy też Waldemara Matysika. Cała czwórka później znalazła się w najlepszej jedenastce Auxerre z okazji 110-lecia klubu. A później

jeszcze podstawowymi graczami tego klubu byli Ireneusz Jeleń oraz Dariusz Dudka, a do pierwszego zespołu próbowali się przebić Mateusz Szczepaniak i Arkadiusz Ryś.

Bardzo dobrą opinię Polacy mieli w Grecji, co najlepiej było widać w Atenach, ale nie tylko. W latach 90. XX w. barw Panathinaikosu bronili Józef Wandzik oraz Krzysztof Warzycha. – Gdy na mieście mówiło się, że jest się Polakiem, to w restauracjach portfel nie był potrzebny. Oczywiście wśród kibiców „Zielonych koniczynek” – wspominał swego czasu z uśmiechem popularny „Gucio”. W kampanii 1998/99 dołączył do nich Igor Sypniewski, który choć miał swoje momenty, to jednak nie dorównał starszym kolegom.

W Feyenoordzie biało-czerwona kolonia powstawała dwukrotnie. W sezonie 1996/97 barwy drużyny z Rotter damu reprezentowali Jerzy Dudek, Tomasz Iwan i Marek Saganow ski. Zanim Dudek wyjechał w 2001 roku do Liverpoolu, na jeden rok znów reaktywowano „polski Feyenoord", gdy dołączyli do niego Euzebiusz Smolarek, To masz Rząsa oraz Zbigniew Mał kowski.

A o swoistej tradycji i sztafecie pokole niowej w danym klubie świadczy również przykład FC Porto. W dru giej połowie lat 90. XX w. legen da tego klubu – Józef Młynar czyk spotykał na treningach

Grzegorza

Mielcarskiego oraz Andrze ja Woźnia ka. Inny klub z tego miasta, Boavista rów nież ma dobre w spomnie nia z biało -czerwonymi.

Gwiazdami tej drużyny byli Przemysław Kaźmierczak oraz Rafał Grzelak, a w kadrze swego czasu figurował też Krzysztof Kazimierczak. Pierwszy z nich zapracował sobie wówczas na transfer do Porto. Jesienią 1993 roku w składzie hiszpańskiej Osasuny Pampeluna grali: obecny selekcjoner Jan Urban, Jacek Ziober oraz Ryszard Staniek. Nawet dzisiaj trzech Polaków w jednym hiszpańskim klubie trudno sobie wyobrazić, a trzeba pamiętać, że chwilę wcześniej grał w nim jeszcze Roman Kosecki, który z kolegami się jednak „rozminął”, bo przeszedł do Atletico Madryt. – Wszyscy pracowaliśmy na solidną markę w Hiszpanii. Mieliśmy dobrą opinię, a po igrzyskach olimpijskich w Barcelonie jeszcze ją umocniliśmy. Dlatego stawiali nie tylko na doświadczonych, ale również na młodych, którzy na tym turnieju się pokazali – mówił w jednym z wywiadów Kosecki. Później on sam również poznał smak współtworzenia jednej szatni z rodakami, gdy w Chicago Fire grał z Jerzym Podbrożnym i Piotrem Nowakiem. Najwięcej kolonii Polacy tworzyli za naszą zachodnią granicą, w Bundeslidze. Prawdziwie „polskim” klubem określano Energie Cottbus, w którym w XXI wieku grali wspólnie chociażby Mariusz Kukiełka, Łukasz Kanik, Tomasz Bandrowski oraz Przemysław Trytko. Kilka lat wcześniej jednocześnie w „energetycznym” klubie ze wschodnich Niemiec wystę-

powali Radosław Kałużny, Witold Wawrzyczek i Andrzej Kobylański, a do nich dołączył jeszcze Andrzej Juskowiak. – Dla mnie wyjazd zagraniczny to było spore wyzwanie, Energie było pierwszym klubem. Wiedząc, że jest w drużynie, w zagranicznej szatni, ktoś z rodaków, zawsze człowiek czuje się trochę pewniej – argumentował później pochodzący z Rybnika Witold Wawrzyczek. Podobne kolonie Polacy tworzyli w Bielefeld, Berlinie, Norymberdze czy chociażby w FC Koeln. Pierwszym poważnym klubem z trójką Polaków w składzie był jednak Homburg w sezonie 1986/87. Andrzej Buncol, Roman Wójcicki i Roman Geszlecht obronili wówczas miejsce w Bundeslidze. Rok później Buncola, który odszedł do Bayeru Leverkusen, zastąpił Zbigniew Kruszyński. W sezonie 1991/92 „polski" stał się Hamburger SV. Do Jana Furtoka i Waldemara Matysika dołączył Ryszard Cyroń. Napastnik, sprowadzony w trakcie sezonu z Górnika Zabrze, nie sprostał jednak wymaganiom i szybko odszedł. Dużo dłużej, bo przez trzy sezony (1998-2001), o sile Wolfsburga stanowiło

polskie trio: Krzysztof Nowak, Waldemar Kryger i Andrzej Juskowiak.

W niemal każdej zagranicznej lidze, w odstępie kilkudziesięciu lat, mieliśmy swoje kolonie, bo również w Turcji, Austrii, Rosji, Szkocji, na Cyprze, w Anglii, a nawet w Izraelu. Bardzo mocno na biało-czerwonych stawia się także we Włoszech, a wszystko zostało zapoczątkowane w Napoli, w 2016 roku. Pierwsze skrzypce grali wtedy Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński, natomiast Igor Łasicki był o krok od debiutu w pierwszym zespole. Siedem lat później Neapol świętował mistrzostwo Italii i znów miał trzech Polaków w składzie: Zielińskiego, grającego zdecydowanie mniej Bartosza Bereszyńskiego oraz okupującego ławkę rezerwowych bramkarza Huberta Idasiaka. W międzyczasie mieliśmy również swoje kolonie w Sampdorii, Spezii oraz Spal. Dzisiaj – włączając w to również drużynę młodzieżową – najwięcej Polaków jest… w Interze Mediolan, gdzie liderem jest Piotr Zieliński.

TADEUSZ DANISZ

Rywal (nie)wygodny

TO NIE TAK MIAŁO BYĆ.

W TEN WRZEŚNIOWY WIECZÓR 2023 ROKU W TIRANIE,

NA KAMERALNYM STADIONIE REPREZENTACJA POLSKI

ULEGŁA ALBANII 0:2, NIEMAL TRACĄC SZANSE

NA BEZPOŚREDNI AWANS DO EURO 2024.

CZY JEDNAK PRZED PÓŁFINAŁEM BARAŻY O WYJAZD

NA MISTRZOSTWA ŚWIATA 2026 MUSIMY ODNOSIĆ SIĘ

WŁAŚNIE DO TEGO, OSTATNIEGO SPOTKANIA?

NIEKONIECZNIE. HISTORIA NASZEJ RYWALIZACJI

Z TYM BAŁKAŃSKIM RYWALEM JEST

ZDECYDOWANIE BARDZIEJ OPTYMISTYCZNA.

Wspomniany mecz w albańskiej stolicy przypadł na wyjątkowo słaby okres w wykonaniu reprezentacji Polski. „Czuję duży zawód i wstyd. Nie bardzo wierzę w piłce w zbieg niefortunnych zdarzeń i w pecha. Wygrał zespół, który strzelił dwa gole. My nie stworzyliśmy sobie praktycznie żadnej klarownej sytuacji” – mówił w pomeczowej rozmowie z TVP Sport broniący polskiej bramki Wojciech Szczęsny. Jak się okazało kilka dni później, ta porażka przypieczętowała los Fernando Santosa, którego na stanowisku selekcjonera zastąpił Michał Probierz i z drużyną narodową, poprzez baraże, ostatecznie zameldował się na niemieckim czempionacie. Teraz podobną drogę w kierunku Meksyku, Stanów Zjednoczonych i Kanady chce przebyć jego następca, a pierwszym z dwóch kluczowych rywali będzie właśnie reprezentacja Albanii.

Przyszłość jest już znana?

Jan Urban już wie, że jeśli „misja baraże” zakończy się sukcesem, jego pod-

opiecznych na mundialu za oceanem w czerwcu czekają potyczki z Tunezją, Holandią i Japonią. Selekcjoner studzi jednak nastroje i jak mantrę powtarza znaną trenerską maksymę, że kluczowy jest najbliższy mecz. „Skupmy się na tym, co możemy zrobić w barażach, to jest najważniejsze” – powiedział po grudniowym losowaniu fazy grupowej. I rzeczywiście koncentracja na rozpracowaniu Albanii i – w dalszej kolejności – Szwecji oraz Ukrainy, była priorytetowym zadaniem sztabu naszej kadry w ostatnich miesiącach. Historia pokazuje, że w przeszłości wychodziło to nam całkiem nieźle. Dość powiedzieć, że na 15 dotychczasowych starć z ekipą z kraju dwugłowego czarnego orła, biało-czerwoni zwyciężyli aż dziesięciokrotnie! Poza wspomnianym już, feralnym z naszej perspektywy meczem z 2023 roku Albania wygrała z nami tylko raz… w 1953 roku!

Towarzyskie początki

Wygrany 2:0 przez gospodarzy mecz w Tiranie był jedną z trzech towarzyskich potyczek rozegranych w połowie XX w. Wcześniej, w listopadzie 1949 roku w Warszawie wygraliśmy 2:1 po trafieniach Gerarda Cieślika i Józefa Kohuta. Z kolei pół roku później w Tiranie padł bezbramkowy remis. Jeśli chodzi o polsko-albańskie konfrontacje „bez stawki” możemy wspomnieć również o dwóch triumfach Polaków z pierwszej dekady obecnego stulecia. Najpierw w maju 2005 roku na stadionie Floriana Krygiera w Szczecinie zwyciężyliśmy skromnie 1:0 po trafieniu Macieja Żurawskiego. Ten mecz przeszedł do historii za sprawą faktu, że snajper Wisły Kraków, aby wpisać się na listę strzelców, potrzebował zaledwie 32 sekund! Był to wówczas najszybciej strzelony gol w hi-

storii oficjalnych spotkań reprezentacji Polski. Niemal dokładnie trzy lata później Albania sprawdziła formę biało-czerwonych przygotowujących się do EURO 2008. W niemieckim Reutlingen znów o rozstrzygnięciu zadecydowało jedno trafienie, a na listę strzelców wpisał się nie kto inny jak… Maciej Żurawski. Co ciekawe, Leo Beenhakker mecz z ekipą z Bałkanów zaplanował dzień po wcześniejszym starciu z Macedonią. Tak rozgrywany dwudniowy dwumecz był sytuacją wyjątkową w dziejach naszej drużyny narodowej. Holenderskiemu selekcjonerowi dało to jednak możliwość sprawdzenia dyspozycji niemal całej kadry wytypowanej do udziału w historycznych, pierwszych dla Polski, mistrzostwach Europy.

O mundial bez porażki

Biorąc pod uwagę dotychczasowy bilans polsko-albańskiej rywalizacji, kiedy stawką był awans do mistrzostw świata, możemy być pełni optymizmu. Obie drużyny mierzyły się dotąd o przepustki do finałów w Meksyku (w 1986 roku), we Włoszech (1990) i w Katarze (2022). W sześciu spotkaniach odnieśliśmy pięć zwycięstw i zanotowaliśmy jeden remis, a w dwóch przypadkach (poza czempionatem na Półwyspie Apenińskim) ostatecznie meldowaliśmy się w turnieju finałowym. Niewiele ponad cztery dekady temu stawiani w roli Kopciuszka Albańczycy sprawili nam jednak sporo problemów. Najpierw podopiecznym Antoniego Piechniczka urwali punkt w Mielcu (2:2 po golach Włodzimierza Smolarka i Andrzeja Pałasza), żeby później w Tiranie przegrać skromnie 0:1. Decydującą bramkę zdobył wówczas Zbigniew Boniek (po podaniu obecnego selekcjonera Jana Urbana), który jeszcze poprzedniego wieczoru w Brukseli skutecznie walczył o Puchar Europy w barwach Juventusu z Liverpoolem i był świadkiem jednej z największych tragedii w dziejach futbolu (w wyniku zamieszek na stadionie Heysel zginęło 39 osób).

1985

2021

Jeśli ktoś wierzy w znaki opatrzności, trzeba zauważyć, że po wywalczeniu awansu do MŚ w 1986 roku biało-czerwoni rozgrywali swoje mecze grupowe w meksykańskim Monterrey. Tym samym, w którym teraz – w przypadku ewentual-

ALBANIA – POLSKA 0:1
ALBANIA – POLSKA 0:1

BILANS MECZÓW Z ALBANIĄ:

10 ZWYCIĘSTW POLSKI 3 REMISY 2 PORAŻKI

BRAMKI – 20:10

nego awansu – zmierzą się w pierwszym starciu z Tunezją.

Komplet czterech wygranych z Albanią nasi piłkarze wywalczyli z kolei w kwalifikacjach do mundiali w 1990 i 2022 roku. Za pierwszym razem były to znów skromne, jednobramkowe zwycięstwa: 1:0 w Chorzowie (po golu Krzysztofa Warzychy) i 2:1 na wyjeździe (w Tiranie trafiali Ryszard Tarasiewicz i Jacek Ziober). Z kolei przed blisko pięcioma laty te dwa zespoły rywalizowały o drugie, premiowane grą w barażach, miejsce w grupie (pierwsze zapewnili sobie Anglicy). W Warszawie podopieczni Paulo Sousy wygrali zdecydowanie 4:1 (Robert Lewandowski, Adam Buksa, Grzegorz Krychowiak i Karol Linetty). Z kolei po zaciętym boju na Air Albania Stadium trzy punkty zapewnił nam Karol Świderski.

Dwie batalie o EURO

Skromniejsza i mniej udana dla naszych piłkarzy jest historia polsko-albańskiej rywalizacji o awans do ME. Do takiej doszło dotąd dwukrotnie, a na cztery potyczki biało-czerwoni wygrali zaledwie dwie. Kwalifikacje do belgijskiego EURO 1972 to wygrana 3:0 na Stadionie Śląskim (Robert Gadocha, Włodzimierz Lubański i Zygfryd Szołtysik) i remis 1:1 na wyjeździe (na listę strzelców wpisał się Jan Banaś). Ostatecznie oba zespoły, wraz z Turcją, musiały uznać wyższość reprezentacji RFN, która później mogła świętować wywalczenie trofeum. Niespełna trzy lata temu początkowo niewiele zapowiadało późniejsze trzęsienie ziemi. Walkę o EURO 2024 Polacy pod wodzą Fernado Santosa rozpoczęli co prawda od falstartu w Pradze i przegranej 1:3 z Czechami, ale już trzy dni później na PGE Narodowym pokonali Albańczyków 1:0 po golu Karola Świderskiego. Później przyszła jednak m.in. wstydliwa porażka w Mołdawii 2:3, a czarę goryczy przelała opisywana wcześniej przegrana w Tiranie 0:2.

ALBANIA – POLSKA 2:0 2023

Z Albańczykami mamy więc rachunki do wyrównania, ale niezależnie od tego, co wydarzyło się w ostatnim spotkaniu obu zespołów, zarówno historia, jak i obecne miejsce w futbolowej hierarchii (34. miejsce Polski w rankingu FIFA wobec 63. naszych najbliższych rywali) przemawiają na korzyść podopiecznych Jana Urbana. Historia i statystyczne porównania tracą jednak znaczenie z chwilą pierwszego gwizdka, a swoją wyższość trzeba będzie jak zawsze potwierdzić na boisku.

PIOTR KUCZKOWSKI

Sylvinho – specjalista od międzynarodowych sukcesów

JAK BARWNA I CIEKAWA BYŁA KARIERA SYLVINHO, EKSOBROŃCY Z BRAZYLII,

KILKUKROTNEGO REPREZENTANTA „KRAJU KAWY”,

TAK BOGATA BYŁA W LAURY WE WSZYSTKICH KRAJACH,

GDZIE WYSTĘPOWAŁ. NAJBARDZIEJ OBFITY W WYRÓŻNIENIA

OKRES JEGO PRZYGODY Z PIŁKĄ PRZYPADŁ

NA FC BARCELONĘ W ERZE MESSIEGO, INIESTY I XAVIEGO.

EWIDENTNIE SUKCES MA ZAPISANY W GENACH,

GDYŻ PO PONAD ROKU PROWADZENIA KADRY ALBAŃSKIEJ

AWANSOWAŁ Z NIĄ NA EURO 2024 – DRUGIE MISTRZOSTWA

EUROPY W HISTORII TEGO KRAJU.

No dobrze – a skąd w ogóle pomysł na zatrudnienie w albańskiej federacji byłego zawodnika Corinthians Sao Paulo, Arsenalu FC, Celty Vigo, FC Barcelony i Manchesteru City, który sześciokrotnie przywdziewał trykot

Sylvinho

Nigdy nie mogłem sobie wyobrazić czasu spędzonego z Guardiolą, z tymi zawodnikami, z Messim w wieku 16 lat i zdobycia potrójnej korony. Tamten sezon był spektakularny. Chłonąłem go w pełni. Byłem już starszy, wystarczająco dojrzały, aby dostrzegać szczegóły i je przyswajać. Nie tylko jako zawodnik, ale też… spójrzcie, nie miałem pojęcia, że zostanę trenerem...

2009), wywalczył Puchar Króla, dwa Superpuchary Hiszpanii i dwukrotnie cieszył się z wygranej w Lidze Mistrzów (2006, 2009). Do tego z Brazylią zajął 3. miejsce w Złotym Pucharze CONCACAF (1998). Pomysł na zatrudnienie utytułowanego Brazylijczyka w Albanii pojawił się z potrzeby chwili, kiedy pracę z reprezentacją zakończył Edoardo Reja. – Prezes Armand Duka był w Mediolanie i przez wspólnego znajomego zaprosił mnie na kolację. Mieszkałem wtedy z rodziną w Porto, więc poleciałem do Mediolanu i zjedliśmy razem kolację. Spędziliśmy miło czas i odbyliśmy dobrą rozmowę. Nie spodziewałem się tego, bo przygotowałem się, żeby mówić po angielsku, a rozmowa odbyła się po włosku. Wtedy, w ciągu kolejnych siedmiu–dziesięciu dni, kiedy proces zatrudnienia coraz bardziej się rozwijał, zrozumiałem też, że federacja posługuje się zarówno angielskim, jak i włoskim – opowiadał Sylvinho „ESPN Brazil”.

Narodowe wyróżnienie

Debiut z Polską

To właśnie znajomość języka włoskiego przez dzisiejszego 51-latka przesądziła o powierzeniu jemu sterów drużyny narodowej „Orłów”. W Albanii język włoski jest powszechnie znany i używany. Nawet poprzednicy Rei, czyli Christian Panucci i Giovanni De Biasi, pochodzili z Italii. Obecny selekcjoner w latach 2017-2019 pracował jako asystent innego Włocha – Roberto Manciniego – w reprezentacji Włoch, zaliczył więc „naturalny” przeskok do państwa ze stolicą w Tiranie. Pracujący z albańską drużyną narodową od początku 2023 roku Brazylijczyk ma zresztą talent do języków. Z racji narodowości płynnie posługuje się portugalskim (odmiana brazylijska), w dodatku swobodnie włada włoskim, hiszpańskim i angielskim. Kulturowo w pełni dostosował się do krajów, gdzie miał okazję grać w trakcie swojej kariery. A znajomość włoskiego i angielskiego ułatwiła mu objęcie posady selekcjonera w Albanii, kraju, z którym za cel miał awans na mistrzostwa Europy, które odbyły się dwa lata temu. Sylvinho w swoim debiucie na ławce trenerskiej albańskiej kadry przegrał 0:1 z... Polską. W końcówce eliminacji Albańczycy wygrali w kwalifikacjach cztery mecze, jeden zremisowali, w efekcie wygrali rywalizację w grupie E, zapewniając sobie bezpośredni awans.

Z pewnością jego profil zawodniczy zapewnił Brazylijczykowi karierę pełną sukcesów i możliwość gry w Arsenalu czy Barcelonie. Występował wszak w „Dumie Katalonii” u schyłku pracy Pepa Guardioli. Za kolegów miał wówczas w drużynie największe postaci „złotej epoki” Barcelony: Messiego, Ronaldinho, Iniestę, Xaviego, Puyola. – Nigdy nie mogłem sobie wyobrazić czasu spędzonego z Guardiolą, z tymi zawodnikami, z Messim w wieku 16 lat i zdobycia potrójnej korony. Tamten sezon był spektakularny. Chłonąłem go w pełni. Byłem już starszy, wystarczająco dojrzały, aby dostrzegać szczegóły i je przyswajać. Nie tylko jako zawodnik, ale też… spójrzcie, nie miałem pojęcia, że zostanę trenerem, ale byłem uważny, obserwowałem i wszystko zapamiętywałem – mówił Sylvinho.

Do mocnych stron Brazylijczyka należała taktyczna dojrzałość. Nic dziwnego, że z powodzeniem realizuje się w zawodzie trenera. Całą zebraną naukę z boiska, później na stanowiskach asystenta w Cruzeiro Belo Horizonte, Sport Recife, reprezentacji Brazylii, Włoch czy pierwszego trenera Olympique Lyon, następnie Corinthians, może z powodzeniem wykorzystać w pracy w federacji albańskiej. – Bardzo dużo nauczyłem się dzięki pracy z reprezentacją i przy reorganizacji pracy nie można popełniać błędów. Musimy mieć czas na oglądanie meczów, analizowanie przeciwnika, a także na odwiedzanie naszych piłkarzy. To wszystko jest częścią planu – podkreślał obecny selekcjoner Albanii. Na boisku wyróżnikiem Brazylijczyka była także elastyczność. Chociaż najlepiej odnajdywał się w roli ofensywnego lewego obrońcy, to zdarzało mu się grać także jako wahadłowy, skrzydłowy. Bardzo dobrze czuje się w kraju swojego obecnego pracodawcy. A ten postanowił wyróżnić go obywatelstwem albańskim. I tak Brazylijczyk, z włoską duszą, został Albańczykiem i mierzy w kolejny awans ze swoją nową ojczyzną.

PIOTR WIŚNIEWSKI

Od niespodziewanego

do duetu w Łodzi. Piłkarze

ALBANIA

NA RYNKU

TRANSFEROWYM

NIE JEST KIERUNKIEM, KTÓRY PRZEZ

NASZE KLUBY JEST JAKOŚ SPECJALNIE OBIERANY.

W OSTATNICH KILKUNASTU

LATACH

W EKSTRAKLASIE

NIE BRAKOWAŁO

JEDNAK PIŁKARZY

Z TEGO KRAJU, KTÓRZY ZAPISALI

CIEKAWĄ KARTĘ

W KRAJOWYCH ROZGRYWKACH.

NIEKTÓRZY BŁYSZCZELI

NA BOISKU, INNI

RÓWNIEŻ

POZA NIM...

transferu Siarki, aż z Albanii w polskiej lidze

Pierwszeństwo trzeba tutaj oddać pomocnikowi stołecznej Legii. Ernest Muci grał w klubie ze stolicy w latach 2021-2024, rozegrał blisko 100 meczów i zdobył 13 bramek. Do tego dołożył mistrzostwo Polski w pierwszym sezonie gry w barwach Legii – ostatnie jak na razie dla stołecznej ekipy – a rok później świętował również z Legią zdobycie Pucharu Polski oraz Superpucharu Polski. Sam pokazywał się na tyle dobrze w rozgrywkach PKO BP Ekstraklasy, że zaczął otrzymywać powołania do reprezentacji Albanii. – Zmieniliśmy mu nazwisko na Messi. Ma wiele cech, które ogląda się u piłkarzy światowego formatu – mówił o swoim byłym podopiecznym z Legii trener Czesław Michniewicz.

Sam zawodnik zaczął trenować w klubie jeszcze zanim poszedł do szkoły. Jego idolem jest Cristiano Ronaldo, a ulubioną ligą włoska. W dzieciństwie nie było jednak wiadomo, czy będzie w ogóle grał w piłkę. Kluczowe okazało się wsparcie rodziny. Cała familia opiekowała się młodym zawodnikiem. Muci miał wówczas sporo kłopotów zdrowotnych i często odwiedzał szpitale. – Nie ma słów, którymi mógłbym im dziękować. Rodzina mnie prowadziła. Wiele dali, bym mógł się znaleźć w obecnym miejscu – opowiadał swego czasu w rozmowie z oficjalną stroną Legii. Pomocnik trafił do Warszawy na początku 2021 roku z rodzimej Tirany. Będąc piłkarzem stołecznego zespołu, nie tylko zadebiutował

w pierwszej reprezentacji Albanii, ale również awansował z drużyną narodową na mistrzostwa Europy 2024. Na początku 2024 roku przeszedł do tureckiego Besiktasu. Godna podkreślenia jest zwłaszcza kwota transferu – 10 milionów euro, co jest rekordem Legii Warszawa. Dzisiaj jest to cały czas czołowy zawodnik reprezentacji Albanii i zapewne będzie chciał się przypomnieć naszym kibicom w barażowym spotkaniu. W Legii, idąc śladami Ernesta Muciego, zatrudnienie znalazł także Jurgen Çelhaka. Do zespołu trafił pół roku później niż jego kolega, klub wydał na jego transfer 250 tysięcy euro. Łącznie w Legii rozegrał 78 meczów, rok temu zakończyła się jego przygoda ze stołecznym

klubem i PKO BP Ekstraklasą. Jego liczby zatrzymały się na trzech asystach, co nawet jak na defensywnego pomocnika jest wynikiem raczej niezadowalającym. Bez wątpienia pozytywne wrażenie w stolicy po sobie zostawił Edgar Cani, który przychodził do Polski już jako doświadczony piłkarz, z przeszłością w Serie B, a nawet w Serie A. Napastnik w barwach Polonii Warszawa rozegrał trzy rundy, a na boisku często był niezastąpiony i zdobył w tym czasie jedenaście bramek. To był jego najlepszy czas w karierze piłkarskiej. – Na pewno ten okres wspominam bardzo dobrze. Różne sytuacje były w klubie, różnie się to wszystko układało, ale na boisku czułem się bardzo dobrze, wiedziałem, że mam wsparcie wszystkich w drużynie – wspominał swego czasu Cani. Również reprezentując barwy Polonii Warszawa, zadebiutował w reprezentacji Albanii. Ogółem w latach 2012–2016 rozegrał w drużynie narodowej 16 spotkań i zdobył cztery bramki.

Pierwszym Albańczykiem, który grał w Polsce w najwyższej klasie rozgrywkowej, był Afrim Kuci, który w latach 90. ubiegłego wieku został piłkarzem Siarki. 23-letni Kuci grał w trzeciej lidze szwedzkiej, gdy nagle trener Janusz Gałek ściągnął go do Tarnobrzega. Jego przygoda z miejscową Siarką była jednak równie krótka co pobyt tego klubu w najwyższej klasie rozgrywkowej. Zaliczył tylko 40 minut w meczu ze Stalą Mielec, a pierwszym Albańczykiem, który trafił w pełni do świadomości polskich kibiców, był zapewne Enkeleid Dobi. Do Polski przyjechał z opinią wielkiego talentu, ale równocześnie trochę przez przypadek. Wcześniej próbował sobie znaleźć klub we Włoszech i Niemczech, a gdy to się nie udało, zakotwiczył w Lubinie. Tam furory nie zrobił, chociaż spędził dwa sezony – podobnie było później również w Zabrzu. W 2010 roku, mając polską żonę, postanowił wrócić do kraju i jeszcze pograć – najpierw w drugoligowej Miedzi Legnica, a następnie w klubach z niższych lig województwa dolnośląskiego. W drużynie narodowej Albanii rozegrał sześć

meczów. W Polsce Dobi miał na tyle bogatą przygodę, że nie tylko pracował jako piłkarz, ale także jako trener. W latach 2017-2020 był szkoleniowcem Górnika Polkowice, z którym wywalczył awans do II ligi. Później był jeszcze trenerem pierwszoligowego Widzewa Łódź. Z wielkim sentymentem w Białymstoku mogą wspominać Bekima Balaja. Trafił on do Jagiellonii tylko na jeden sezon i jedynie na wypożyczenie, ale w tym czasie zanotował całkiem niezłe liczby – 31 meczów i siedem goli, do tego pięć asyst – a kolejne lata pokazały, że ten napastnik ma smykałkę do goli. Do dzisiaj jest zresztą jednym z najskuteczniejszych graczy ligi albańskiej. Bardzo bogatą historię w naszym kraju zapisał również Vullnet Basha, który niemal od końca drugiej dekady XXI wieku jest bardzo mocno związany z Wisłą Kraków, jedynie z krótką przerwą na grę w Grecji. I co prawda możemy traktować Bashę jako Szwajcara, bo tam spędził większość życia, grał w tamtejszych klubach, ale ma również albańskie obywatelstwo i ostatecznie dla drużyny

narodowej tego kraju zdecydował się grać. Kibicom Wisły kojarzyć się może wyłącznie z dobrej strony – w barwach „Białej Gwiazdy” zaliczył ponad sto występów, zdobył także Puchar Polski.

Trudną miłość we Wrocławiu zaliczył Sabino Plaku. Bo z jednej strony dobry, zwłaszcza początkowo, okres pod względem sportowym i pamiętny mecz w europejskich pucharach z FC Brugge. Potem były jednak głównie kłótnie i spory finansowe, które wszystkie pozytywne wspomnienia odsunęły zdecydowanie na dalszy plan. W Arce Gdynia nie powiodło się innemu napastnikowi. Ervin Skela przyjeżdżał do Polski z bardzo bogatym CV, zarówno klubowym, jak i reprezentacyjnym, ale na Pomorzu kibiców nie zachwycił i właściwie był to koniec jego bogatej kariery piłkarskiej. Zdecydowanie więcej spodziewano się także po Armando Sadiku – pierwszym Albańczyku w Legii. Przyjeżdżał do Polski jako zdolny piłkarz – w 2016 roku zdobył pierwszą bramkę dla Albanii w ME - ale ostatecznie skończyło się na wielkim rozczarowaniu. Sam zawodnik

miał na to zupełnie inne spojrzenie. – To, że nie grałem, to jak mieć ferrari i trzymać je w garażu, zamiast nim jeździć – stwierdził swego czasu w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”, odnosząc się do swojego pobytu w Legii Warszawa. Dziesięć meczów w barwach Cracovii zagrał z kolei Eneo Bitri.

Dzisiaj w PKO BP Ekstraklasie gra dwóch reprezentantów Albanii, którzy są piłkarzami Widzewa. Łodzianie mają w swoim składzie 27-letniego Lindona Selahiego, który zagrał w meczu z Polską wiosną 2023 roku, oraz o rok starszego Juljana Shehu. Ten drugi kibicom jest bardzo dobrze znany, gdyż barwy Widzewa reprezentuje już od 2022 roku. Zwłaszcza ostatni okres ma bardzo udany, w ubiegłym roku zadebiutował w seniorskiej kadrze. – Powołanie do reprezentacji Albanii dodało mi pewności siebie, ale jestem też pewniejszy dzięki temu, że w Widzewie zacząłem grać bliżej bramki rywala i mam więcej przestrzeni do ataku – tłumaczył nie tak dawno swój progres Shehu, który w klubie ma pseudonim „Szefu”. TADEUSZ DANISZ

Tylko trzech Polaków grało w Albanii.

Wszyscy po pół sezonu

LIGA ALBAŃSKA W RANKINGU UEFA ZAJMUJE

DOPIERO 44. MIEJSCE, ALE WCIĄŻ ROBI POSTĘPY.

DO TEJ PORY W NAJWYŻSZEJ KLASIE ROZGRYWKOWEJ W ALBANII GRAŁO TYLKO TRZECH POLAKÓW.

PIERWSZYM W 2005 ROKU BYŁ BRAMKARZ

PRZEMYSŁAW NORKO. W 2022 TRAFIŁ TAM

BYŁY REPREZENTANT POLSKI ARIEL BORYSIUK, A W POPRZEDNIM SEZONIE GRAŁ TAM JAKUB MYSZOR.

CAŁE TRIO SPĘDZIŁO NAD ADRIATYKIEM PO PÓŁ SEZONU.

Przemysław Norko latem 2005 roku trafił do jednego z najpopularniejszych klubów Albanii – Partizani Tirana. Po pobycie w Grecji nie chciał wracać do kraju, więc skorzystał z propozycji od agenta i przeniósł się do Albanii, która 20 lat temu była dużo bardziej egzotyczna niż obecnie, kiedy wakacje spędzają tam dziesiątki tysięcy Polaków. – Pewnego dnia zadzwonił agent – zaproponował Albanię. Dostałem propozycję od Partizani i obiecano mi dość dobre pieniądze, na poziomie czołówki naszej ekstraklasy. Pomyślałem, że mógłbym spróbować. Problem pojawił się dopiero, gdy stamtąd odchodziłem. Dostałem glejt od władz Partizani, że jeśli zimą znajdę nowy klub, mogę być wolnym zawodnikiem. Nie dotrzymano obietnicy – gdy wróciłem do Ruchu Chorzów, nie mogłem zagrać, bo poprzedni klub nie zatwierdził mojego rozwiązania kontraktu. Ale nie mogłem narzekać na pieniądze i nieregularne wypłaty. Pod tym względem było dobrze – wspominał Norko w rozmowie z TVP Sport.

Szatnia podzielona na trzy

Temperament Albańczyków odpowiadał bramkarzowi, który w Polsce grał m.in w Zagłębiu Lubin i Pogoni Szczecin. – Czułem się

tam dobrze. Mam swoje przywary, wyostrzony język i nie dam sobie wejść na głowę. Dlatego zawsze ustawiałem wszystkich po swojemu. W Albanii jedyną różnicą była kultura. Byłem w szoku, gdy zobaczyłem, że podczas ramadanu nie jedli w ciągu dnia. Szatnia była podzielona na trzy grupy. Pierwszą byli Albańczycy, drugą Brazylijczycy – nowy właściciel pozyskał ich aż ośmiu, a trzecią reszta. Byłem jednak przyjezdny i nie grałem tam długo, dlatego raczej biernie uczestniczyłem w życiu szatni – mówił Norko, który do dziś ma kontakt z kilkoma kolegami z pobytu w Partizani. W pamięci pozostanie mu także atmosfera podczas derbowego pojedynku z KF Tirana. – Derby Tirany przy pełnym stadionie były niesamowitym przeżyciem! Połowa była na czerwono, połowa na biało-niebiesko. Gdy wracaliśmy po przegranym meczu z KF Tirana, machali do nas i krzyczeli. Albańczycy reagowali żywiołowo – czasami wystarczyła iskierka, by rozpalić ogień. Ale już nie pamiętam konkretnych sytuacji – przyznaje Norko, który obecnie jest cenionym trenerem bramkarzy. Pracował z nimi m.in w Stomilu Olsztyn, Górniku Łęczna, czy Świcie Szczecin. Ariel Borysiuk też nie narzeka zbytnio na pobyt w Albanii. Jako 31-latek w lipcu 2022 r.

trafił do klubu KF Laçi. Wrócił zaledwie po pół roku choć miał kontrakt jeszcze na półtora. To najbardziej znany z Polaków w lidze naszego barażowego rywala –12-krotny reprezentant Polski, mistrz kraju z Legią Warszawa w sezonie 2015/16 i czterokrotny zdobywca Pucharu Polski ze stołecznym klubem. Był także mistrzem Mołdawii w barwach Sherifa Tiraspol i grał w poważnych zachodnich klubach – 1. FC Kaiserslautern i Queens Park Rangers. Jego nowy zespół wówczas występował w kwalifikacjach do Ligi Europy, ale Borysiuk nie mógł grać, ponieważ nie był zarejestrowany i obserwował, jak jego drużyna odpada w starciu z zespołem z Mołdawii. Podczas treningu doznał kontuzji pięty, a w kolejnych meczach drużyna ponosiła porażki. Do trudnej sytuacji nałożyły się też sprawy osobiste. W okresie świąteczno-noworocznym podjął decyzję, że nie wróci grać do Albanii, mimo że pozostało mu jeszcze półtora roku kontraktu. W porozumieniu z kierownictwem udało się jednak rozwiązać umowę. Mimo trudności zawodnik oceniał ligę jako solidną.

W sierpniu ubiegłego roku do Teuty Durres trafił piłkarz Rakowa Częstochowa, były młodzieżowy reprezentant Polski – Jakub Myszor. I trafił nieźle, bo Durres to przyjemne miasto, położone nad Adriatykiem niedaleko od stołecznej Tirany. Kiedy Polak tam przyjechał, Teuta była szóstym zespołem ekstraklasy albańskiej poprzedniego sezonu. – Może to trochę nietypowy kierunek, ale trener Enkeleid Dobi, który prowadził Widzew i Górnika Polkowice, zadzwonił do mnie i spytał, czy byłbym

tym zainteresowany – mówił Myszor w „Przeglądzie Sportowym”. – On odegrał dużą rolę w tym transferze, codziennie do mnie dzwonił. Rozmawialiśmy po polsku, co ułatwiało komunikację, choć w klubie większość zawodników mówiła po angielsku, więc nie było problemów, by się dogadać – mówił piłkarz, który już nie jest graczem Teuty, bo pod koniec stycznia związał się półtorarocznym kontraktem z pierwszoligowym Górnikiem Łęczna.

Krótkie wczasy nad Adriatykiem

Myszor, tak jak Norko i Borysiuk, grał w Albanii tylko jedną rundę, choć kontrakt podpisał na dwa lata. – Nie wiedziałem wiele o Albanii. Nie miałem nawet świadomości, do jakiego miasta przyjeżdżam. Rozważyliśmy oferty z Polski, ale wybrałem Albanię. Do morza miałem dwa kilometry. Życie w Albanii jest bardzo fajne, ludzie są bardzo życzliwi i mili, a przy tym chętni do niesienia pomocy. Jak się auto zepsuje, to pomogą. Zaskoczyło mnie, że na wszystko mają czas. Gdy się umawiasz z kimś na 8., to przyjdzie na 8.30 i nikt nie widzi w tym nic złego. Jak pójdzie się do kierownika i powie, żeby coś załatwił, to zajmie mu to kilka dni. Zawsze zrobią, co mają zrobić, ale później. Albańczycy w ogóle mają większy luz. Zaskoczyło mnie, że na ulicach nie ma zasad ruchu drogowego. Każdy jeździ, jak chce, ale nie jeżdżą szybko, bo nikt się nie spieszy – opowiadał o Albanii Myszor. ARTUR SZCZEPANIK

Albania: futbol europejski

NA GRĘ REPREZENTACJI ALBANII WPŁYW MAJĄ PIŁKARSKIE

SZKOŁY I STYLE WIELU KRAJÓW EUROPY. WIĘKSZOŚĆ

DZISIEJSZEJ KADRY NASZYCH RYWALI UCZYŁA SIĘ

FUTBOLU POZA GRANICAMI SWOJEJ OJCZYZNY. OBECNI

REPREZENTANCI ALBANII CZĘSTO GRALI W MŁODZIEŻOWYCH

REPREZENTACJACH INNYCH FEDERACJI I DOPIERO

W SENIORSKIM FUTBOLU WYBIERALI WYSTĘPY

Z CZARNYM, DWUGŁOWYM ORŁEM NA PIERSI.

Nietypowa drużyna

Reprezentacja Albanii od lat opiera swoją siłę na graczach, którzy urodzili się lub wychowali za granicą. Z takich piłkarzy najbliżsi rywale naszej kadry mogliby stworzyć jedenastkę, w skład której wchodziliby wyłącznie piłkarze grający w dwóch ostatnich meczach drużyny narodowej, a jeszcze nie wszyscy by się w niej zmieścili.

Albański futbol reprezentacyjny czerpie pełnymi garściami z potomków imigrantów, którzy pielęgnowali w dzieciach nie

Mario Dajsinani (Egnatia Rrogozhine)

Elhan Kastrati (Eintracht Brunszwik)

Thomas Strakosha (AEK)

OBROŃCY

Arlind Ajeti (Bodrum FK)

Naser Aliji (Dinamo City Tirana)

Ivan Balliu (Rayo Vallecano)

Klisman Cake (Achmat Grozny)

Berat Djimsiti (Atalanta BC)

Elseid Hysaj (SS Lazio)

Ardian Ismajli (Torino FC)

Mario Mitaj (Al-Ittihad)

Stávros Pílios (AEK)

Bujar Pllana (Lechia Gdańsk)

POMOCNICY

Jasir Asani (Esteghlal Teheran)

Kristjan Asllani (Besiktas JK)

Nazmi Gripshi (Rubin Kazań)

Arber Hoxha (GNK Dinamo)

Qazim Laci (Caykur Rizespor Kulubu)

Anis Mehmeti (Ipswich Town FC)

Adrion Pajaziti (HNK Hajduk)

Ylber Ramadani (US Lecce)

Juljan Shehu (Widzew Łódź)

NAPASTNICY

Nedim Bajrami (Rangers FC)

Armando Broja (Burnley FC)

Ernest Muci (Trabzonspor Kulubu)

Myrto Uzuni (Austin FC)

tylko miłość do piłki nożnej, ale też do ojczyzny swoich przodków. We Włoszech, Niemczech, Szwajcarii, Grecji, Anglii czy Hiszpanii, w lokalnych klubach wykuwano stal, która ma teraz ziścić albańskie marzenia o mundialu. W każdym z tym krajów szkolenie czy styl gry wyglądają zupełnie inaczej, w reprezentacji Albanii łącząc się w jedną całość. Na grę kadry składają się więc rozmaite cechy, nawyki, umiejętności czy przyzwyczajenia, specyficzne dla lokalnego futbolu w wielu zakątkach naszego kontynentu.

Piątka ze Szwajcarii

Najliczniejszą „zagraniczną” grupą w składzie reprezentacji Albanii są piłkarze, którzy na świat przyszli w Szwajcarii. W Zurychu urodzili się Nedim Bajrami, grający w kadrze z nr. 10, i Berat Djimsiti, klubowy kolega Nicoli Zalewskiego. Djimsiti pierwsze piłkarskie kroki stawiał w młodzieżowych drużynach FC Zurich, a mając 14 lat, rozpoczął treningi w klubowej akademii. Po grze w młodzieżowych reprezentacjach Szwajcarii po piłkarza zgłosiły się federacje Albanii i Kosowa, które zaprosiły go w swoje szeregi. Djimsiti wybrał grę dla Albanii, w 2015 roku otrzymał obywatelstwo i debiutował w drużynie narodowej. W tym samym mieście, choć sześć lat później, świat ujrzał Nedim Bajrami, który w piłce reprezentacyjnej poszedł tropem starszego kolegi. Szwajcarię reprezentował już od drużyny U-15, kończąc przygodę z helweckim futbolem na kadrze U-21. Rodzice piłkarza, choć na zachód wyjeżdżali z Macedonii, nie zapomnieli o albańskich korzeniach i świadomość pochodzenia wpoili także Bajramiemu. Choć pierwotnie FIFA odrzuciła jego podanie o zmianę barw narodowych, decyzją Sportowego Trybunału Arbitrażowego w Lozannie został dopuszczony do gry dla Albanii.

Gdy Naser Aliji opuszczał z rodzicami Macedonię i przeprowadzał się do Szwajcarii, miał 4 lata. Jego pierwszym klubem było lokalne FC Baden, a w seniorską piłkę lewy obrońca naszych najbliższych rywali wchodził w barwach

FC Basel. Tak jak większość pozostałych kadrowiczów z krainy Helwetów, Aliji także grał w młodzieżowych reprezentacjach Szwajcarii. Po występach w kadrze U-21 zdecydował się jednak na zmianę i postawił na Albanię. Skopiował tym samym drogę swoich klubowych kolegów: Taulanta Xhaki, Shkelzena Gashi i Arlinda Ajeti.

Ajeti, urodzony w Bazylei, jest kolejnym reprezentantem kraju, który do kadry wnosi atuty szwajcarskiej szkoły futbolu. Klubowa kariera od FC Basel, przez kluby z Włoch, Danii i Rumunii zaprowadziła go do Turcji,

gdzie dziś reprezentuje barwy pierwszoligowego Bodrum FK. Do kadry Albanii trafił sprawdzonym sposobem, zbierając szlify w młodzieżowych reprezentacjach Szwajcarii, a w seniorskiej piłce wybierając ojczyznę swoich przodków.

Inną reprezentacyjną drogę przeszedł urodzony w Szwajcarii Medon Berisha. Wychowanek klubów z Berna nie grał w szwajcarskich młodzieżówkach, choć także ma za sobą zmianę drużyny narodowej. Berisha najpierw reprezentował Albanię w kadrze U-19, w kolejnych rocznikach wybierając już grę dla Kosowa. Ostatecznie powrócił jednak do reprezentacji Albanii, debiutując w 2024 roku.

Brytyjski desant i wsparcie z Hiszpanii

W albańskiej kadrze grają dziś także piłkarze urodzeni na Wyspach Brytyjskich. Armando Broja na świat przyszedł dokładnie w tym samym mieście co Matty Cash: w Slough, w ceremonialnym hrabstwie Berkshire. W wieku 8 lat rozpoczął treningi w Tottenhamie, a później przeniósł się do Chelsea, gdzie spędził kolejne 15 lat. W reprezentacji Albanii Broja rozpoczął grę w kadrze U-19, odrzucając propozycję reprezentowania Anglii w drużynach młodzieżowych.

Innym piłkarzem, który do kadry wnosi brytyjski styl futbolu, jest Adrion Pajaziti. Urodzony w Londynie zawodnik grać w piłkę przez 9 lat uczył się w stołecznym Fulham. W młodzieżowej reprezentacji debiutował w 2019 r. podczas meczu z Polską. Wówczas była to jednak reprezentacja Kosowa, a dopiero później Pajaziti trafił do młodzieżowej kadry Albanii. W seniorskiej drużynie zadebiutował w 2025 roku podczas meczu eliminacji mundialu z… Anglią.  W tamtym spotkaniu ten „angielski desant” Albanii stanowił duet zmienników, którzy pojawili się na boisku w drugiej połowie meczu. Trzecią albańską zmianą było wprowadzenie na boisko Ivana Balliu,

który urodził się w Hiszpanii, niedaleko Girony. Pierwsze piłkarskie szlify Balliu zbierał w barwach

Girony FC, a następnie przeniósł się na 9 lat do FC Barcelony. W reprezentacji Albanii zadebiutował w 2017 roku meczem przeciwko Hiszpanii, z którą zmierzył się także podczas EURO 2024.

Europa w pigułce

Szwajcaria, Anglia i Hiszpania to nie wszystkie kraje, które złożyły się na siłę dzisiejszej kadry Albańczyków. Reprezentantów tego kraju wychowywały także kluby w Niemczech, Grecji, Macedonii Północnej czy we Włoszech. Bramkarz Thomas Strakosha, którego ojciec przez wiele lat grał w bramce reprezentacji Albanii, urodził się w Atenach i jest wychowankiem Panioniosu.

W Olympiakosie SFP lekcje futbolu pobierał Qazim Laci, który będąc dzieckiem, przeprowadził się z rodziną do Grecji. Niedaleko, bo w Macedonii, urodził się Jasir Asani. Z kolei Kristjan Asllani, który w realia futbolu wchodził w drużynach młodzieżowych Empoli, urodził się w Albanii, ale będąc jeszcze dzieckiem, przeniósł się z rodziną do Toskanii.

Dwóch aktualnych reprezentantów Albanii urodziło się w kraju naszych zachodnich sąsiadów. To Arber Hoxha i Ylber Ramadani, którzy na świat przyszli odpowiednio w Heidelbergu i Starnbergu. Obydwaj piłkarze do albańskiej kadry trafili przez młodzieżową reprezentację Kosowa.

Na grę narodowej drużyny Albanii składają się dziś piłkarskie style i szkoły ośmiu krajów naszego kontynentu, a aż 13 graczy z kadry urodziło się lub wychowywało się poza granicami ojczyzny przodków. Naprzeciw naszej reprezentacji stanie więc  prawdziwie kontynentalna armada grająca w dodatku pod wodzą brazylijskiego selekcjonera Sylvinho. Przed tym spotkaniem pewne jest tylko to, że w finale barażowej ścieżki B zagra drużyna spod znaku orła. Czy będzie to orzeł biały czy dwugłowy czarny, okaże się już 26 marca.

PIOTR CHOŁDRYCH

REPREZENTACJĘ POLSKI CZEKA SPOTKANIE O BYĆ ALBO

NIE BYĆ NA MISTRZOSTWACH ŚWIATA. O PRAWO STARTU

W IMPREZIE BIAŁO-CZERWONI ZAWALCZĄ W MECZACH

BARAŻOWYCH, A PIERWSZYM KROKIEM BĘDZIE KONFRONTACJA

Z ALBAŃCZYKAMI NA PGE NARODOWYM. DOTYCHCZAS NASZA

DRUŻYNA TRZYKROTNIE UCZESTNICZYŁA W TEGO TYPU

MECZACH W CAŁEJ SWEJ HISTORII.

Polska w barażach, czyli gra o być albo nie być

Pokonać ZSRR

Mistrzostwa świata w 1958 roku miały być dla Polaków czymś wyjątkowym. Mijało bowiem aż 20 lat od poprzedniego startu naszej reprezentacji w turnieju tej rangi. Co więcej, kwalifikacje mundialu w Szwecji były pierwszymi od zakończenia II wojny światowej, w których Polska wzięła udział. Należy też pamiętać, iż ówczesne kwalifikacje w niczym nie przypominały tych obecnych. Grupa liczyła trzy drużyny, a awans wywalczyć mogła tylko jedna z nich (w turnieju brało udział 16 ekip). Los skojarzył biało-czerwonych z Finlandią i... ZSRR, a więc ciemiężycielem naszego kraju, który tylko w teorii pozostawał niepodległy. Gdy więc 20 października 1957 roku prowadzona przez Henryka Reymana reprezentacja Polski ograła rywala na Stadionie Śląskim 2:1, po golach Gerarda Cieślika, kibice byli wniebowzięci. To zwycięstwo miało dla wszystkich ogromne znaczenie, gdyż stanowiło pewnego rodzaju „rewanż” za historię.

Nieco ponad miesiąc później, 24 listopada, doszło do kolejnej konfrontacji polsko-radzieckiej. Stało się tak dlatego, że oba zespoły

zgromadziły w tabeli po 6 punktów, a bilans bramkowy oraz bezpośrednie spotkania nie miały wówczas znaczenia. Regulamin mówił, że w przypadku równej liczby oczek o zajęciu pierwszego miejsca zdecyduje mecz barażowy. Dodatkowe starcie z ZSRR rozegrano na neutralnym gruncie. Chociaż i z tym można by polemizować. Zorganizowano je bowiem w Lipsku, czyli mieście położonym na terenie NRD, gdzie znajdowała się... największa baza wojsk radzieckich (strona polska optowała za Wiedniem lub Belgradem). Nic dziwnego, że gros 100-tysięcznej widowni na Zentralstadion stanowili sołdaci Związku Radzieckiego. Piłkarze rywali czuli się więc na tym obiekcie jak w domu. I wygrali z nami 2:0, po bramkach Eduarda Strelcowa i Gienricha Fiedosowa. Warto w tym miejscu dodać, że Polacy udali się do NRD bez dwójki podstawowych zawodników – Edwarda Szymkowiaka i Romana Lentnera (zastąpili ich Tomasz Stefaniszyn oraz Krzysztof Baszkiewicz). Na miejscu rozchorował się Ginter Gawlik (zagrał za niego Henryk Grzybowski), a cały mecz na ławce przesiedział Ernest Pohl, który w weekend

poprzedzający baraż... brał ślub (małżonka nie zgodziła się, aby przełożyć uroczystość... po raz trzeci).

– Nie składajcie porażki z ZSRR na barki samych piłkarzy. Na pewno Gawlik, który znajduje się w wyśmienitej formie, mógłby grać, gdybyśmy mieli nieprzerwanie pomoc polskiego lekarza. Bardzo to dziwne, że nie można było wystarać się w porę o paszport dla lekarza, kiedy równocześnie postarano się o wiele paszportów dla działaczy – powiedział po spotkaniu Cieślik, za co spotkała go sroga kara. Legenda Ruchu Chorzów została na pół roku odsunięta od drużyny narodowej.

Agresorowi mówimy: NIE!

O ile w XX w. biało-czerwoni tylko raz musieli walczyć o udział w wielkiej imprezie w barażach, o tyle w kolejnym stuleciu taka sytuacja zdarzyła się już trzykrotnie – wliczając obecne kwalifikacje.

Pierwszy taki przypadek zdarzył się przed mundialem w Katarze w 2022 roku. Polska

zajęła drugie miejsce w grupie i o awans musiała bić się w dwóch dodatkowych spotkaniach... No, niezupełnie. W półfinałowej parze los skojarzył naszą reprezentację z... Rosją, a więc krajem agresora, który w lutym 2022 roku zaatakował zbrojnie Ukrainę.

Mecz z Polską zaplanowano na 24 marca w Moskwie. Ostatecznie nie doszedł do skutku, bo stanowcze „NIE!” powiedział PZPN, poparty następnie przez inne federacje i finalnie przez FIFA, która próbowała doprowadzić do rozegrania barażu na neutralnym gruncie, ale bez możliwości korzystania przez rosyjskich piłkarzy z barw narodowych i bez odgrywania hymnu tego kraju. Ten pomysł został odrzucony przez PZPN.

Sprawa zakończyła się wykluczeniem „Sbornej” i walkowerem dla Polski. Aby awansować do mistrzostw świata, nasza reprezentacja musiała więc rozegrać tylko jeden mecz – ze Szwecją w Chorzowie.

29 marca 2022 r. Stadion Śląski znów stał się świadkiem wielkiego wydarzenia w historii rodzimego futbolu. Co najważniejsze – zwycięskiego. Drużyna prowadzona przez Czesława Michniewicza sprawiła swoim sympatykom miłą niespodziankę w starciu z rywalem, z którym nigdy nie grało się Polakom łatwo. Gole Roberta Lewandowskiego i Piotra Zielińskiego sprawiły, że to nasz zespół wygrał 2:0 i cieszył się z awansu.

Decydowały rzuty karne

Po mistrzostwach świata doszło do zmiany selekcjonera. W miejsce Czesława Michniewicza zatrudniono Fernando Santosa, trenera niezwykle doświadczonego, który z reprezentacją Portugalii wygrał EURO 2016 (w ćwierćfinale jego drużyna wyeliminowała Polskę w serii jedenastek). Początek kwalifikacji był w wykonaniu biało-czerwonych nieudany. Porażka z Czechami (1:3) w Pradze, szczęśliwa wygrana z Albanią (1:0) w Warszawie, aż wreszcie niewytłumaczalna przegrana z Mołdawią (2:3) na wyjeździe. Niewiele lepiej było po wakacjach. Wymęczone zwycięstwo nad Wyspami Owczymi (2:0) i porażka z Albanią (0:2) w Tiranie. Po

drugim z wymienionych starć przelała się czara goryczy. Santos został zwolniony, a w jego miejsce zatrudniony został Michał Probierz, ówczesny trener kadry do lat 21. Mimo zajęcia trzeciego miejsca w grupie Polsce udało się zakwalifikować do baraży o EURO 2024 (pomogła wysoka pozycja w dywizji A Ligi Narodów), w których na pierwszy ogień poszła Estonia, rywal znacznie niżej notowany. Na PGE Narodowym biało-czerwoni nie pozostawili przeciwnikom złudzeń, wysoko wygrywając 5:1.

Decydujący krok należało postawić w Cardiff, gdzie przyszło nam zmierzyć się z Walią. W ciągu 120 minut nie udało się wyłonić zwycięzcy (0:0). Konieczne było rozegranie serii rzutów karnych. W nich lepsi okazali się polscy piłkarze (5:4), a bohaterem został Wojciech Szczęsny, który obronił decydującą jedenastkę Walijczy-

ków. Polska wywalczyła awans do mistrzostw Europy jako ostatni, 24. uczestnik. Mamy nadzieję, że czwarte w historii baraże biało-czerwonych zakończą się po naszej myśli. W przypadku pokonania Albanii zmierzymy się z kimś z pary Ukraina – Szwecja. ADRIAN WOŹNIAK

Mecze z Albanią w liczbach

CHOĆ PRZEZ DEKADY MECZE

OBU REPREZENTACJI ZDARZAŁY SIĘ

SPORADYCZNIE, W OSTATNICH LATACH

STAŁY SIĘ NIEMAL STAŁYM ELEMENTEM

KWALIFIKACYJNYCH ZMAGAŃ.

JAK WYGLĄDA TEN BILANS

W LICZBACH I JAKIE HISTORIE

KRYJĄ SIĘ ZA KOLEJNYMI SPOTKANIAMI

BIAŁO-CZERWONYCH Z ALBAŃCZYKAMI?

Pierwsze trzy mecze, na przełomie lat 40. i 50. XX w. były tylko towarzyskie. Poważna rywalizacja o punkty zaczęła się znacznie później, ale dłuższe przerwy w polsko-albańskich kontaktach na piłkarskim boisku nie były niczym niecodziennym. Prawie 17 lat różnicy pomiędzy meczem numer 4 i 5 (29 listopada 1953 – 14 października 1970), 13 lat pomiędzy spotkaniem numer 5 i 6 (12 maja 1971 – 31 października 1984), 16 lat pomiędzy meczem numer 9 i 10 (15 listopada 1989 – 29 maja 2005), wreszcie 13 lat pomiędzy starciem numer 11 i 12 (27 maja 2008 – 2 września 2021). Dopiero w ostatnich latach mecze reprezentacji obu krajów stały się codziennością. Nic w tym dziwnego, skoro ślepy los skojarzył je w eliminacjach trzeciego wielkiego turnieju z rzędu (el. MŚ 2022, el. ME 2024, el. MŚ 2026). Mając w pamięci poprzednie, długie przerwy w kontaktach, można śmiało powiedzieć o… „niecodziennej codzienności” w polsko-albańskiej rywalizacji.

Wszystkie mecze z Albanią

1. 6 listopada 1949, Warszawa Polska – Albania 2:1 towarzyski

2. 1 maja 1950, Tirana

Albania – Polska 0:0 towarzyski

3. 29 listopada 1953, Tirana

Albania – Polska 2:0 towarzyski

4. 14 października 1970, Chorzów

Polska – Albania 3:0 el. ME

5 12 maja 1971, Tirana

Albania – Polska 1:1 el. ME

6 31 października 1984, Mielec Polska – Albania 2:2 el. MŚ

7 30 maja 1985, Tirana

Albania – Polska 0:1 el. MŚ

8. 19 października 1988, Chorzów Polska – Albania 1:0 el. MŚ

9 15 listopada 1989, Tirana

Albania – Polska 1:2 el. MŚ

10 29 maja 2005, Szczecin Polska – Albania 1:0 towarzyski

11. 27 maja 2008, Reutlingen (Niemcy), Albania – Polska 0:1 towarzyski

12. 2 w rześnia 2021, Warszawa Polska – Albania 4:1 el. MŚ

13 12 października 2021, Tirana

Albania – Polska 0:1 el. MŚ

14 27 marca 2023, Warszawa Polska – Albania 1:0 el. ME

15. 10 w rześnia 2023, Tirana

Albania – Polska 2:0 el. ME

BILANS: 15 meczów – 10 zwycięstw Polski – 3 remisy – 2 wygrane Albanii, bramki: 20:10.

Z Albanią graliśmy na wszystkich możliwych frontach, ale najlepiej szło nam w kwalifikacjach mistrzostw świata. Z sześciu spotkań nie przegraliśmy ani jednego. Także w meczach na własnym boisku (było ich siedem) nigdy nie daliśmy się pokonać. Biorąc pod uwagę, że 26 marca kolejny mecz odbędzie się właśnie w kwalifikacjach do mundialu i na PGE Narodowym, to nietrudno wskazać faworyta.

Bilans z podziałem na rozgrywki

W kwalifikacjach MŚ: 6 meczów – 5 zwycięstw Polski – 1 remis – 0 wygranych Albanii, bramki: 11-4.

W kwalifikacjach ME: 4 mecze – 2 zwycięstwa Polski – 1 remis – 1 wygrana Albanii, bramki: 5-3

Towarzyskie: 5 meczów – 3 zwycięstwa Polski – 1 remis – 1 wygrana Albanii, bramki: 4-2.

Biało-czerwoni u siebie: 7 meczów – 6 zwycięstw Polski – 1 remis – 0 zwycięstw Albanii, bramki: 14-4

Biało-czerwoni w Albanii: 7 meczów – 3 zwycięstwa Polski – 2 remisy – 2 zwycięstwa Albanii, bramki: 5-6.

Na neutralnym terenie: 1 mecz – 1 zwycięstwo Polski – 0 remisów – 0 wygranych Albanii, bramki 1-0.

Albańczycy byli konsekwentni. Jeśli grali u siebie z Polską, to tylko w stolicy. Dzięki temu Tirana aż siedmiokrotnie gościła biało-czerwonych. I to właśnie w tym mieście gospodarze dwukrotnie pokonali naszą drużynę. Za to aż cztery polskie miasta przyjmowały gości z Albanii. W Warszawie mecze rozegrano na Stadionie Wojska Polskiego i PGE Narodowym. I wszystkie trzy zakończyły się wygraną gospodarzy. O ile pierwszy (6 listopada 1949 roku) był tylko starciem towarzyskim, o tyle stawką kolejnych były punkty w el. MŚ 2022 i el. EURO 2024. Premierowy mecz z Albanią na PGE Narodowym, który odbył się 2 września 2021 roku, biało-czerwoni wygrali 4:1, choć mecz był znacznie bardziej wyrównany i zacięty niż wskazuje na to wynik. Ale jak zgodnie przyznali po meczu obaj selekcjonerzy (Paulo Sousa i Edoardo Reja), to właśnie Robert Lewandowski „zrobił różnicę”. Najpierw otworzył wynik w 12. minucie, a później, po kapitalnym rajdzie, wyłożył piłkę jak na patelni Grzegorzowi Krychowiakowi. Karol Świderski gola w tym meczu nie strzelił, ale zaliczył asystę przy trafieniu swojego imiennika Linettego. To on jednak został bohaterem drugiego starcia z Albanią na PGE Narodowym. 27 marca 2023 roku strzelił jedynego gola w meczu el. EURO 2024. Dla „Świdra” mecze drużyny narodowej mogłyby się odbywać głównie na

warszawskim obiekcie. Aż siedem, z trzynastu bramek w kadrze, zdobył właśnie na PGE Narodowym.

A teraz szybka wycieczka na Podkarpacie. Mielec debiutował bowiem w roli gospodarza oficjalnego meczu reprezentacji Polski właśnie w spotkaniu z Albanią (31 października 1984 roku). Drużyna Antoniego Piechniczka niespodziewanie straciła wtedy punkt (2:2) ze znacznie niżej notowanym rywalem. Jedno spotkanie (27 maja 2008 roku) odbyło się również na neutralnym terenie – w niemieckim Reutlingen, gdzie kadra Leo Beehnakkera przygotowywała się do EURO w Austrii i Szwajcarii. To zresztą jeden z nielicznych meczów naszej drużyny rozegranych… dzień po dniu. 26 maja 2008 roku, w tej samej miejscowości, Polska zremisowała z Macedonią (1:1).

Bilans z podziałem na miasta

Tirana: 7 meczów – 3 zwycięstwa Polski – 2 remisy – 2 wygrane Albanii, bramki: 5-6. Warszawa: 3 mecze – 3 zwycięstwa Polski – 0 remisów – 0 zwycięstw Albanii, bramki: 7-2

Chorzów: 2 mecze – 2 zwycięstwa Polski – 0 remisów – 0 zwycięstw Albanii, bramki: 4-0.

Mielec: 1 mecz – 0 zwycięstw Polski – 1 remis – 0 zwycięstw Albanii, bramki 2-2.

Szczecin: 1 mecz – 1 zwycięstwo Polski – 0 remisów – 0 zwycięstw Albanii, bramki: 1-0.

Reutlingen: 1 mecz – 1 zwycięstwo Polski – 0 remisów – 0 zwycięstw Albanii, bramki: 1-0.

DUBLETY „ŻURAWIA” I „ŚWIDRA”

Polacy strzelili Albańczykom 20 goli, ale tylko dwóch piłkarzy zrobiło to więcej niż raz. Co ciekawe, dokonali tego w dwóch meczach z rzędu. I wszystkie cztery spotkania, w których „ Żuraw” i „Świder” wpisali się na listę strzelców, zakończyły się wygraną biało-czerwonych 1:0. Maciej Żurawski pokonał albańskiego bramkarza w towarzyskich starciach w 2005 roku oraz trzy lata później we wspomnianym już Reutlingen. W Szczecinie zdobył bramkę już w 32. sekundzie, a trzy lata później w 3. minucie. Z kolei gole Karola Świderskiego dały nam cenne punkty w Tiranie (2021, el. MŚ) i Warszawie (2023, el. ME).

Gole dla Polski (20): 2 – Karol Świderski, Maciej Żurawski, 1 – Jan Banaś, Zbigniew Boniek, Adam Buksa, Gerard Cieślik, Robert Gadocha, Józef Kohut, Grzegorz Krychowiak, Robert Lewandowski, Karol Linetty, Włodzimierz Lubański, Andrzej Pałasz, Włodzimierz Smolarek, Zygfryd Szołtysik, Ryszard Tarasiewicz, Krzysztof Warzycha, Jacek Ziober. Gole dla Albanii (10): 2 – Loro Borici, 1 – Jasir Asani, Sokol Cikalleshi, Mirlind Daku, Agustin Kola, Sokol Kushta, Refik Resmja, Bedri Omuri, Mehdin Zhega.

DŁUGOWIECZNY KONCEWICZ

Dziesięciu selekcjonerów prowadziło biało-czerwonych w meczach z Albanią. Najlepszym bilansem może pochwalić się Paulo Sousa. W trakcie krótkiej kadencji Portugalczyka nasi piłkarze dwukrotnie pokonali rywali w kwalifikacjach do MŚ 2022. Niezwykłego wyczynu dokonał Ryszard Koncewicz. Nie tylko najczęściej prowadził drużynę w starciach z Albanią – trzykrotnie – ale pomiędzy pierwszym a ostatnim meczem było aż 20 lat różnicy! Wynikało to oczywiście z tego, że popularny „Faja” (podczas meczu siedział z nieodłączną fajką w ustach) kilkakrotnie w trenerskiej karierze prowadził drużynę narodową. Z Albanią mierzyli się także dwaj selekcjonerzy, którzy doprowadzili reprezentację do sukcesów w mistrzostwach świata (1974, 1982). Jednak dwa z trzech spotkań kadry prowadzonej przez Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka zakończyły się remisami.

Bilans z podziałem na selekcjonerów

Wacław Kuchar (1949): 1 mecz – 1 zwycięstwo Polski – 0 remisów – 0 wygranych Albanii, bramki: 2-1

Ryszard Koncewicz (1950, 1953, 1970): 3 mecze – 1 zwycięstwo Polski – 1 remis – 1 wygrana Albanii, bramki: 3-2.

Kazimierz Górski (1971): 1 mecz – 0 zwycięstw Polski – 1 remis – 0 wygranych Albanii, bramki: 1-1.

Antoni Piechniczek (1984-85): 2 mecze – 1 zwycięstwo Polski – 1 remis – 0 wygranych Albanii, bramki: 3-2.

Wojciech Łazarek (1988): 1 mecz – 1 zwycięstwo Polski – 0 remisów – 0 wygranych Albanii, bramki: 1-0.

Andrzej Strejlau (1989): 1 mecz – 1 zwycięstwo Polski – 0 remisów – 0 wygranych Albanii, bramki 2-1.

Paweł Janas (2005): 1 mecz – 1 zwycięstwo Polski – 0 remisów – 0 wygranych Albanii, bramki 1-0.

Leo Beenhakker (2008): 1 mecz – 1 zwycięstwo Polski – 0 remisów – 0 wygranych Albanii, bramki: 1-0.

Paulo Sousa (2021): 2 mecze – 2 zwycięstwa Polski – 0 remisów – 0 wygranych Albanii, bramki: 5-1.

Fernando Santos (2023): 2 mecze – 1 zwycięstwo Polski – 0 remisów – 1 wygrana Albanii, bramki: 1-2.

BUKSA ŚLADEM KOMORNICKIEGO?

Siedmiu piłkarzy w meczach z Albanią po raz pierwszy założyło biało-czerwoną koszulkę. Dla Roberta Gronowskiego i Jana Kaudera były to jedyne występy w kadrze.

Spotkanie z Albanią było również debiutem jednej z legend poznańskiego Lecha – Teodora Anioły. Jeden z filarów słynnego tercetu A-B-C (Anioła – Białas – Czapczyk) rozegrał w drużynie narodowej tylko siedem spotkań, ale jego bilans w drużynie „Kolejorza” (138 goli w 198 meczach) jest imponujący i daje mu 10. miejsce w gronie najlepszych snajperów w historii rozgrywek o mistrzostwo Polski. Jedynym graczem, który z tego grona zagrał na mundialu był Ryszard Komornicki. Wierzymy jednak, że w ślady uczestnika Mexico’86 pójdzie, w tym roku, Adam Buksa. On już przeszedł do historii, ale z innego powodu. Jako jedyny z „albańskich debiutantów” premierowy mecz w reprezentacji uczcił golem (2 września 2021 roku).

Reprezentacyjne debiuty w meczach z Albanią

Jan Wiśniewski (1949, Polonia Bytom) Teodor Anioła (1950, Lech Poznań) Robert Gronowski (1953, Lechia Gdańsk) Jan Kauder (1953, Polonia Bytom) Ryszard Komornicki (1984, Górnik Zabrze) Adam Buksa (2021, New England Revolution, gol w debiucie).

Niebiesko-żółta przeszkoda

SZWECJA CZY UKRAINA? TO PYTANIE NURTUJE

KIBICÓW REPREZENTACJI POLSKI OD CHWILI, W KTÓREJ POZNALIŚMY BARAŻOWĄ DRABINKĘ

KWALIFIKACJI DO MISTRZOSTW ŚWIATA 2026.

OCZYWIŚCIE PIŁKARZY I SZTAB CZEKA NAJPIERW

PÓŁFINAŁOWE STARCIE Z ALBANIĄ W WARSZAWIE, ALE NIKT NAD WISŁĄ NIE BIERZE POD UWAGĘ PORAŻKI

PRZED WŁASNĄ PUBLICZNOŚCIĄ. TRUDNIEJ Z PEWNOŚCIĄ

BĘDZIE W POTENCJALNYM DECYDUJĄCYM STARCIU, W KTÓRYM TRYBUNY, W PRZEWAŻAJĄCEJ WIĘKSZOŚCI, BĘDĄ PULSOWAĆ NIE W BIAŁO-CZERWONYM, LECZ NIEBIESKO-ŻÓŁTYM RYTMIE.

I to bez względu na rozstrzygnięcie półfinałowego starcia w Walencji, gdzie ze względu na trwającą wojnę, swoje mecze w barażach, w roli gospodarza rozgrywać będzie Ukraina. Zarówno bowiem w przypadku sukcesu podopiecznych Serhija Rebrowa, jak i zwycięstwa ekipy „Trzech Koron” i przeniesienia decydującego starcia do Solny, naszym rywalem

będzie reprezentacja kraju o takich samych barwach narodowych. Czy z naszej perspektywy lepiej byłoby się zmierzyć ze wschodnimi sąsiadami, czy jednak udać się na drugą stronę Bałtyku? Zdania są w tej kwestii podzielone, ale ku pokrzepieniu serc postanowiliśmy przypomnieć momenty, które w historii zmagań z tymi drużynami kojarzą się nam najlepiej.

Rzut oka na liczby

Te sugerowałyby, że bardziej korzystnym rozwiązaniem dla kadry Jana Urbana, byłoby półfinałowe zwycięstwo Ukrainy. Patrząc na bilans naszych dotychczasowych 10 potyczek z tym przeciwnikiem, jest on zdecydowanie bardziej korzystny na biało-czerwonych, którzy wygrali dokładnie połowę

z nich. Nie bez znaczenia pozostawałby również fakt, że nasi rywale gospodarzem byliby tylko „z nazwy”, gdyż mecz odbyłby się w dalekiej nie tylko z polskiej, ale przede wszystkim ukraińskiej, perspektywy Hiszpanii. Oczywiście można założyć obecność kibiców, którzy od lat mieszkają właśnie w tamtej części Starego Kontynentu, jak również tych, którzy postanowią przyjechać specjalnie na mecz. Jednak przynajmniej historycznie, „wyjazd” z tym rywalem byłby teoretycznie mniejszym wyzwaniem, trudno bowiem wyobrazić sobie gorszy teren dla polskich piłkarzy niż Szwecja. Choć trudno w to uwierzyć, w tym skandynawskim kraju wygraliśmy dotąd zaledwie dwukrotnie: w 1922 i 1930 roku! Również bilans wszystkich spotkań z ekipą „Trzech Koron” jest dla nas zdecydowanie niekorzystny. Składa się na niego: 9 wygranych, 4 remisy i aż 15 porażek. Ostatnio, to jednak my mieliśmy powody do radości.

Triumf na Śląskim

I tak możemy wrócić do 29 marca 2022 roku. To właśnie tego dnia rozegrano decydujący mecz o awans do mistrzostw świata w Katarze. Prowadzeni przez Czesława Michniewicza biało-czerwoni w półfinale nie zagrali, FIFA bowiem, pod presją przede wszystkim znad Wisły, wykluczyła z rywalizacji reprezentację Rosji, po agresji tego kraju na Ukrainę. W kwestii losowania gospodarza finału fortuna okazała się wówczas naszym sprzymierzeńcem i ze Szwedami (którzy po dogrywce 1:0 pokonali Czechów) zagraliśmy na Stadionie Śląskim w Chorzowie. „Kocioł Czarownic” znów okazał się szczęśliwy dla naszej drużyny i kolejny raz był świadkiem pisania historii polskiego futbolu. Po golach Roberta Lewandowskiego z rzutu karnego i Piotra Zielińskiego mogliśmy się cieszyć nie tylko z awansu, ale także z pierwszego od ponad 20 lat zwycięstwa nad rywalem z drugiej strony Morza Bałtyckiego.

W drodze na podium Spośród pozostałych ośmiu dotychczasowych wygranych Polaków ze Szwedami, aż siedem miało charakter towarzyski. O stawkę, za to jaką, z powodzeniem zagraliśmy jeszcze tylko w 1974 roku. Podczas pamiętnego turnieju mistrzostw świata w RFN biało-czerwoni zmierzali do historycznego miejsca na podium wśród najlepszych drużyn globu. Po pierwszej fazie grupowej, w której zanotowali komplet zwycięstw (3:2 nad Argentyną, 7:0 nad Haiti i 2:1 nad Włochami), kolejną rozpoczęliśmy właśnie od starcia z również niepokonanymi (wygrana i dwa remisy) Skandynawami.

Mecz na Neckarstadion w Stuttgarcie miał dwóch bohaterów. Grzegorza Latę, który strzałem głową zapewnił nam wygraną i dołożył kolejne trafienie w swojej drodze do korony króla strzelców mundialu i Jana Tomaszewskiego, który niesamowitymi interwencjami zatrzymywał kolejne szarże rywali. O umiejętnościach bramkarza Łódzkiego Klubu Sportowego najdotkliwiej przekonał się Staffan Tapper, który nie znalazł drogi do polskiej bramki nawet po uderzeniu z 11 metrów. „Trzy Korony” ostatecznie zakończyły mundial na drugiej rundzie, a Polacy w meczu o trzecie miejsce pokonali wielką Brazylię (1:0).

Udany rewanż w Marsylii

Jeśli chodzi o Ukrainę, to stawkę miała dokładnie połowa naszych dotychczasowych konfrontacji. Fatalnie pod tym względem wypadły kwalifikacje do MŚ 2014, kiedy to drużyna Waldemara Fornalika dwukrotnie musiała uznać wyższość niebiesko-żółtych. W Warszawie ulegliśmy 1:3 (honorową bramkę zdobył Łukasz Piszczek), a w Charkowie 0:1. Biało-czerwoni zajęli ostatecznie dopiero dalekie, czwarte miejsce w grupie. Podopieczni Mychajło Fomenki byli drudzy, ale

w barażach lepsza okazała się Francja. Okazja do rewanżu dla naszych piłkarzy nadarzyła się dwa lata później, kiedy to podczas EURO 2016 zespół Adama Nawałki był jedną z rewelacji rozgrywek. Wygrana w trzecim spotkaniu grupowym na Stade Velodrome w Marsylii sprawiła, że biało-czerwoni do 1/8 finału awansowali niepokonani, z siedmioma punktami na koncie. Ukraińcy z kolei po trzech porażkach wracali do domów.

Szczęśliwy początek i koniec

Z reprezentacją Ukrainy kojarzy się nam również przełamanie fatalnej, trwającej długich 16 lat, serii naszej drużyny w nieobecności na wielkich turniejach. Po tym, jak Polacy wystąpili na mundialu w Meksyku w 1986 roku, niepowodzeniem kończyli siedem kolejnych kwalifikacji do mistrzostw świata i mistrzostw Europy! Sposób na odrodzenie naszej kadry znalazł dopiero Jerzy Engel, który walkę o wyjazd na japońsko-koreański, pierwszy wielki turniej XXI wieku rozpoczął… w Kijowie. Wszystko zaczęło się dokładnie 2 września 2000 roku, kiedy to na Stadionie Republiki pokonaliśmy gospodarzy 3:1 (dwie bramki zdobył prze-

konany przez selekcjonera do gry dla Polski Emmanuel Olisadebe, a wynik ustalił Radosław Kałużny). Ten mecz wyraźnie dodał wiary Polakom, którzy w ostatecznym rozrachunku okazali się lepsi również od Białorusi, Norwegii, Walii i Armenii. 6 października 2001 roku, na historycznym Stadionie Śląskim w Chorzowie, 35 tysięcy fanów świętowało zapewniony już wcześniej powrót naszej drużyny na piłkarskie salony. Spotkanie zakończyło się podziałem punktów (1:1), a strzelanie dla biało-czerwonych w tych eliminacjach zakończył ten, który tę piękną historię rozpoczął niewiele ponad rok wcześniej w Ukrainie – Emmanuel Olisadebe.    PIOTR KUCZKOWSKI

Sharing the love of the game across generations

REPREZENTACJA POLSKI HISTORII „BARAŻOWEJ” NIE MA ZBYT DŁUGIEJ, ALE ZWŁASZCZA OSTATNIE MECZE SĄ DLA NASZEJ DRUŻYNY NARODOWEJ BARDZO UDANE. POLACY PO DODATKOWYCH SPOTKANIACH AWANSOWALI NA MISTRZOSTWA ŚWIATA W 2022 ROKU ORAZ NA MISTRZOSTWA EUROPY DWA LATA PÓŹNIEJ. CO ZAPAMIĘTAMY Z TYCH POTYCZEK, JAKIE LICZBY KOJARZĄ NAM SIĘ Z TYMI SPOTKANIAMI?

Mecze szczególnej wagi. Baraże

i ich najważniejsze

liczby

2– w przypadku poprzednich kwalifikacji do MŚ Polacy zajęli właśnie drugie miejsce w grupie: za Anglią, a przed Albanią, Węgrami, Andorą oraz San Marino. Wicemistrzowie grup rywalizowali w dwustopniowych barażach, ale Polska, po wykluczeniu Rosji przez FIFA – w związku z agresją zbrojną na Ukrainę miesiąc wcześniej – wygrała walkowerem i zagrała ostatecznie tylko jeden mecz, ze Szwecją. W grupie kwalifikacyjnej ME 2024 biało-czerwoni uplasowali się natomiast na trzecim miejscu, za Albanią i Czechami. Wyprzedzić udało nam się tylko drużyny spoza pierwszej „setki” rankingu FIFA – Mołdawię i Wyspy Owcze. Swoją szansę w barażach Polacy otrzymali dzięki wcześniejszym występom w Lidze Narodów.

886

- decydujący mecz barażowy z Walią o udział w mistrzostwach Europy był jednocześnie 886. oficjalnym międzypaństwowym meczem reprezentacji Polski. W Cardiff po 90 minutach gry i dogrywce utrzymywał się wynik bezbramkowy.

O naszym sukcesie zadecydowały rzuty karne, w których bohaterem był Wojciech Szczęsny.

Był to zarazem trzeci w historii mecz reprezentacji Polski zakończony serią rzutów karnych (dwa razy wygrana i raz porażka).

1957

- w XX w. reprezentacja Polski rozegrała tylko jedno spotkanie barażowe o udział w wielkim turnieju, właśnie w 1957 roku. System wówczas był zgoła odmienny, bo najpierw w grupie kwalifikacyjnej rywalizowaliśmy z ZSRR (pamiętne zwycięstwo na Stadionie Śląskim 2:1) oraz Finlandią, by następnie w barażu trafić na… ZSRR. Jesienią 1957 roku na stadionie w Lipsku lepsi okazali się rywale i to oni ostatecznie pojechali na mundial rok później.

27

minut Polacy potrzebowali w meczu barażowym z Estonią na PGE Narodowym w Warszawie, by zdobyć cztery bramki. Na listę strzelców wpisywali się kolejno: Piotr Zieliński, Jakub Piotrowski, Karol Mets (gol samobójczy) oraz Sebastian Szymański. Ostatecznie pierwsze spotkanie o awans na ME 2024 zakończyło się zwycięstwem Polaków 5:1, a już w pierwszej połowie wynik otworzył Przemysław Frankowski.

1

– tyle bramek w meczach barażowych, w XXI w., straciła w regulaminowym czasie gry reprezentacja Polski.

Wojciecha Szczęsnego pokonał jedynie reprezentant

Estonii, Martin Vetkal i to w momencie, gdy Polska prowadziła 5:0 i losy tego barażu były już rozstrzygnięte.

123.

24

miesiące minie od momentu wyjazdowej potyczki z Walią decydującej o awansie na ME w dniu barażu z Albanią.

spotkania barażowe w XXI w. o udział w najważniejszych imprezach (mistrzostwach Europy oraz świata) rozegrała reprezentacja Polski. Dwa mecze dotyczyły zmagań kontynentalnych, jeden mistrzostw świata.

3

4 piłkarzy rozpoczynało w podstawowym składzie wszystkie mecze barażowe reprezentacji Polski w XXI w. To Wojciech Szczęsny, Robert Lewandowski, Piotr Zieliński i Jan Bednarek, ale tylko dwaj pierwsi przebywali na spotkaniach ze Szwecją, Estonią i Walią na murawie od pierwszej do ostatniej minuty.

miejsce w rankingu FIFA zajmowała Estonia w dniu meczu z Polską. Estonia fazę grupową kwalifikacji do mistrzostw Europy zakończyła z dorobkiem zaledwie jednego punktu, do baraży zakwalifikowała się dzięki Lidze Narodów. W decydującym momencie potrzebna jest więc również odrobina szczęścia, co widać na tym przykładzie.

O co gramy? Mundial w pigułce i koło historii

MISTRZOSTWA ŚWIATA ZAPLANOWANE

W USA, MEKSYKU I KANADZIE BĘDĄ NAJWIĘKSZĄ IMPREZĄ

W HISTORII FUTBOLU. GRAMY O UDZIAŁ W TURNIEJU,

KTÓRY OBEJMIE PRAWIE CAŁY KONTYNENT, A REKORDOWE

104 MECZE BĘDĄ ROZEGRANE NA 16 STADIONACH, AŻ W TRZECH KRAJACH. JEST O CO WALCZYĆ.

Duży, wielki, ogromny

Turniej, który rozpocznie się 11 czerwca, będzie największym i najdłuższym mundialem w historii. Nigdy wcześniej na mistrzostwach nie grało aż tyle drużyn, nie było tak wiele miast – gospodarzy ani tak ogromnych odległości, jakie pokonywać będą piłkarze i podążający za nimi kibice. Po raz pierwszy mundial jest rozgrywany na terenie trzech krajów, ma trzy oficjalne maskotki, a uczestnicy są podzieleni aż na 12 grup. Rywalizacja w nowym, rewolucyjnym formacie, będzie toczyć się po raz pierwszy w czterech strefach czasowych.

Mundialowa rewolucja

Piłkarskie mistrzostwa świata od początku

uczestniczyło 13 drużyn. Później ich liczba rosła, a przez ostatnie lata w turnieju uczestniczyły 32 reprezentacje. Tym razem o Puchar Świata zagra 48 drużyn, co zwiększy liczbę spotkań aż o 40. Od rozgrywania wszystkich meczów w jednym mieście mistrzostwa rozrastają się do 16 lokalizacji, w których na uczestników czekają ogromne stadiony. Tylko dwa z nich pomieszczą mniej niż 50 tys. widzów, a na aż 14 mundialowych arenach mecze będzie mogło obejrzeć przynajmniej 65 tys. kibiców. Rekordowo długi jest także okres rozgrywania turnieju, który potrwa 39 dni, czyli o tydzień dłużej niż zawody rozgrywane przez ostatnie lata.

O co gramy?

Stawką baraży, do których przystępuje reprezentacja Polski, jest udział w rywalizacji mundialowej grupy F. Drużynami, które po losowaniu trafiły do tej grupy, są Holandia, Japonia i Tunezja. Jeśli drużyna Jana Urbana zdobędzie zaproszenie na turniej, swoje mecze grupowe rozegra pomiędzy 15 a 26 czerwca w Stanach Zjednoczonych i Meksyku.

Na pierwszy ogień, w optymistycznym scenariuszu awansu, rywalem Polaków będzie w Monterrey przedstawiciel Afryki. Spotkanie z Tunezją zaplanowano na Estadio BBVA w Guadalupe, a pierwszy gwizdek wybrzmi w nocy, o godz. 4.00 naszego czasu. Arena tego meczu położona w aglomeracji Monterrey ma pomieścić 53,5 tys. widzów. W kolejnym starciu, na które Polacy będą musieli pokonać ponad 700 km, może dojść do spotkania z dobrymi znajomymi z kwalifikacji, czyli

reprezentacją Holandii. Mecz odbędzie się w Houston, a na miejscowy stadion wejdzie 72 tys. kibiców. Prawdziwy kolos, w przypadku awansu naszej kadry, będzie gościć Polaków na zakończenie zmagań w grupie. Ten mecz, tak jak poprzedni, odbędzie się w Teksasie, jednak tym razem rolę gospodarza odgrywaćć będzie położone niedaleko Dallas miasto Arlington. Na AT&T Stadium mecze ma oglądać ponad 95 tys. widzów, co czyni obiekt, na którym swoje mecze w lidze NFL rozgrywają „Dallas Cowboys”, największym z całego turnieju.

Egzotyka i kilka niewiadomych

Rozszerzenie formuły mundialu i zwiększenie liczby uczestników sprawiło, że na turnieju pojawią się absolutni debiutanci. Swoje reprezentacje na mistrzostwa wysyłają karaibskie Curacao i afrykańska Republika Zielonego Przylądka. Kwalifikację z Azji zdobyły Jordania i Uzbekistan, które także po raz pierwszy zagrają na mistrzostwach globu.

Powrót do Monterrey?

Reprezentacja Polski stoi przed szansą, by po raz drugi zagrać na mistrzostwach świata w Meksyku. W 1986 r. drużyna prowadzona przez Antoniego Piechniczka rozegrała trzy spotkania w Monterrey, a po wyjściu z grupy w Guadalajarze zmierzyła się z Brazylią, z legendarnym Socratesem w składzie. Polacy, z Józefem Młynarczykiem w bramce, Janem Urbanem w pomocy czy Zbigniewem Bońkiem w ataku, przegrali 0:4 i pożegnali się z turniejem, co w kraju przyjęto z rozczarowaniem. Odchodzący trener Piechniczek w telewizyjnym studiu TVP wypowiedział wtedy słowa, które przez kolejne 16 lat zyskały miano „klątwy Piechniczka”. – Życzę mojemu następcy, aby żegnał się z kadrą z podobnym, a nawet lepszym dorobkiem – mówił selekcjoner, który dwa razy wprowadził zespół do finałów mistrzostw świata, najpierw zdobywając trzecie miejsce, a później awansując do najlepszej szesnastki turnieju. Na kolejnych czterech mundialach zabrakło wtedy reprezentacji Polski, ale dziś, równo 40 lat po tamtych wydarzeniach nasi piłkarze mogą powrócić do Monterrey i napisać nowy rozdział w historii polskiego futbolu. Od szczęścia i udziału na największym piłkarskim wydarzeniu w dziejach dzielą nas dwa mecze.  PIOTR CHOŁDRYCH

Ponad 15 tysięcy drużyn zgłosiło się do XXVI edycji Pucharu Tymbark

DO NAJWIĘKSZEGO TURNIEJU PIŁKARSKIEGO

DLA DZIECI W EUROPIE DRUŻYNY ZGŁOSIŁA

CO TRZECIA SZKOŁA PODSTAWOWA W KRAJU.

REPREZENTACJĘ MA KAŻDY POWIAT,

CO POTWIERDZA OGÓLNOPOLSKI ZASIĘG

I SKALĘ ROZGRYWEK. NAJWIĘKSZĄ AKTYWNOŚCIĄ

WYKAZAŁO SIĘ WOJEWÓDZTWO LUBELSKIE,

WYRAŹNY LIDER TEGOROCZNYCH ZGŁOSZEŃ.

NA PODIUM ZNALAZŁY SIĘ RÓWNIEŻ WOJEWÓDZTWA

MAZOWIECKIE I WIELKOPOLSKIE.

Tegoroczna edycja Pucharu Tymbark cieszy się ogromnym zainteresowaniem – do rozgrywek zgłosiło się ponad 15 tys. drużyn ze wszystkich powiatów w Polsce. To wyraźny sygnał, że piłka nożna pozostaje najpopularniejszym wyborem aktywności fizycznej dla najmłodszych, a Puchar Tymbark skutecznie dociera do dzieci z każdego regionu kraju. Dzięki temu turniej od lat pełni wyjątkową funkcję – dla tysięcy dziewczynek i chłopców jest pierwszym sportowym doświadczeniem, szansą na odkrycie talentu, spełnienie marzeń i przeżycie piłkarskiej przygody. – Tegoroczna edycja Pucharu Tymbark potwierdza, jak silnym i potrzebnym projektem jest ten turniej. Notujemy rekordową po pandemii liczbę zgłoszeń, a drużyny reprezentują wszystkie powiaty w Polsce. To dowód, że szkoły widzą w Pucharze Tymbark realne wsparcie w promowaniu aktywności fizycznej i zdrowego stylu ży-

cia wśród dzieci – mówi wiceprezes PZPN ds. piłkarstwa amatorskiego Tomasz Garbowski. – Puchar Tymbark to jednak znacznie więcej niż rywalizacja sportowa. To nauka gry w piłkę nożną w duchu fair play, rozwijanie umiejętności interpersonalnych, odpowiedzialności i współpracy w grupie. Od lat wychowujemy kolejne pokolenia reprezentantek i reprezentantów Polski, a jednocześnie dajemy tysiącom dzieci pierwsze, często najważniejsze doświadczenie sportowe – dodaje.

– Puchar Tymbark to flagowy projekt CSR Grupy Maspex i jednocześnie nasza najdłuższa, bo już 20-letnia inwestycja w polski sport. Ten turniej idealnie wpisuje się w DNA marki Tymbark, bo dzięki niemu promujemy sport i aktywność fizyczną dokładnie tam, gdzie ma to największy potencjał – wśród dzieci. Piętnaście tysięcy drużyn na starcie XXVI edycji Pucharu Tymbark świadczy nie

tylko o skali i zasięgu rozgrywek, ale również pokazuje, że turniej cały czas ma przestrzeń do rozwoju. To także potwierdzenie, że piłka nożna nadal budzi wśród najmłodszych duży entuzjazm. Wychodzimy z prostego założenia: nie będzie rozwoju polskiego futbolu bez masowego grania od najmłodszych lat. Puchar Tymbark łączymy ze wspieraniem Reprezentacji Polski – bo w tym turnieju grała już połowa zawodników i zawodniczek naszej seniorskiej kadry – mówi Krzysztof Pawiński, prezes i współwłaściciel Grupy Maspex, do której należy marka Tymbark.

Z

podwórka do reprezentacji Polski

W Pucharze Tymbark rywalizują drużyny z dużych miast, mniejszych miejscowości i terenów wiejskich, co sprawia, że rozgrywki są dostępne dla dzieci niezależnie od miejsca zamieszkania czy sportowego zaplecza. Turniej od lat łączy sport z edukacją i promocją zdrowego stylu życia. Dla wielu szkół i lokalnych społeczności to jedno z najważniejszych wydarzeń sportowych w roku, angażujące nie tylko dzieci, lecz także nauczycieli, trenerów i rodziców.

Puchar Tymbark to także ważny punkt startowy w piłkarskiej drodze wielu zawodniczek i zawodników. Wśród byłych uczestników znajdują się reprezentanci Polski m.in. Krzysztof Piątek, Piotr Zieliński, Jakub Moder, Sebastian Szymański, Adam Buksa, Bartłomiej Drągowski, Jakub Kiwior, Oskar Pietuszewski, Karol Świderski czy Jakub Kamiński, który wielokrotnie podkreślał rolę turnieju na początku swojej sportowej kariery. – Sam miałem okazję brać udział w Pucharze Tymbark i bardzo dobrze to wspominam. Z roku na rok przybywa zespołów i zawodników, a poziom sportowy rośnie. To świetna inicjatywa i turniej, który mocno rozwija pod kątem piłkarskim. Zawsze będę zachęcał do udziału, bo można przeżyć coś, co zostaje w pamięci na całe życie – mówi Jakub Kamiński, reprezentant Polski i były uczestnik Pucharu Tymbark.

radością z gry. Odgrywa również istotną rolę w popularyzacji piłki nożnej wśród dziewczynek.

Z roku na rok rośnie liczba drużyn dziewczęcych, co przekłada się na coraz większą obecność kobiet na kolejnych etapach szkolenia. To właśnie w Pucharze Tymbark swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiały m.in. Ewa Pajor, Paulina Dudek, Dominika Grabowska czy Nadia Krezyman, dziś z sukcesami reprezentujące Polskę na arenie międzynarodowej. W XXVI edycji liczba zgłoszonych drużyn dziewczęcych wzrosła o 16 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem, a dziewczęta stanowią 24 proc. wszystkich uczestników. Dane te potwierdzają rosnącą popularność piłki nożnej wśród młodych zawodniczek.

– Trzymam kciuki, aby napisała się kolejna piękna historia. To jest możliwe, co pokazują liczne przykłady obecnych reprezentantów, którzy mają za sobą grę w tym turnieju – dodaje.

Już połowa reprezentacji Polski zarówno męskiej prowadzonej przez Jana Urbana, jak i kobiecej, której selekcjonerką jest Nina Patalon, to zawodnicy i zawodniczki, którzy grali w Pucharze Tymbark. W kadrach młodzieżowych byłych uczestników turnieju jest jeszcze więcej. W reprezentacji U-17 mężczyzn, która wywalczyła w 2023 roku trzecie miejsce na ME, blisko 70 proc. stanowili uczestnicy Pucharu Tymbark, a w kadrze kobiet U-17, która na ME wywalczyła 5. miejsce 86 proc. zespołu to uczestniczki Pucharu Tymbark. Od 2023 roku Puchar Tymbark i jego uczestnicy są oficjalnym partnerem piłkarskiej reprezentacji Polski, a mecze finałowe odbywają się przed meczami kadry.

Puchar Tymbark od ćwierć wieku wspiera rozwój piłki dziewczęcej

Znaczenie Pucharu Tymbark wykracza poza sportową rywalizację. Turniej jest jednym z kluczowych filarów systemu piłki amatorskiej i grassroots w Polsce – przestrzenią, w której futbol łączy się z powszechną dostępnością oraz

– Takie inicjatywy mają kluczowe znaczenie, bo dają dziewczynkom poczucie, że są częścią większej historii. To nie tylko turniej, ale też doświadczenie budujące pewność siebie, uczące współpracy i pokazujące, że sport może być przestrzenią rozwoju. Bardzo często udział w Pucharze Tymbark sprawia, że dziewczynka decyduje się kontynuować treningi i zaczyna wierzyć w swoje możliwości. Z perspektywy systemu szkolenia to pierwszy, ale niezwykle ważny krok – podkreśla selekcjonerka reprezentacji Polski kobiet Nina Patalon.

Cała Polska gra w Pucharze Tymbark.

Rywalizacja województw

Do udziału w XXVI edycji Pucharu Tymbark zgłosiło się ponad 15 tys. drużyn z całej Polski, z czego 2263 pochodziło z województwa lubelskiego, które zostało liderem tegorocznych zgłoszeń. Ponad 1000 drużyn zarejestrowano również w województwach: mazowieckim (1482), wielkopolskim (1318), małopolskim (1253) oraz śląskim (1141). W porównaniu z ubiegłym rokiem największą dynamikę wzrostu odnotowało województwo lubelskie (+104 proc. r/r), liderując pod tym względem we wszystkich kategoriach.

Czas na pierwszy gwizdek!

Zgodnie z formułą turnieju drużyny rozpoczną rywalizację od etapów gminnych i powiatowych, następnie wojewódzkich, by ostatecznie walczyć o nagrodę główną w finale ogólnopolskim. Etapy gminne i powiatowe zostaną rozegrane w marcu i kwietniu, natomiast 16 finałów wojewódzkich zaplanowano na maj. Podobnie jak w poprzednich edycjach, zmagania w kategorii U-8 zakończą się na etapie wojewódzkim, a starsze drużyny spotkają się w czerwcu podczas finału ogólnopolskiego.

Rodzice mogą zgłaszać dzieci do drużyn biorących udział w turnieju do momentu rozpoczęcia rozgrywek w danym regionie. W procesie rejestracji wsparcia udzielają koordynatorzy regionalni i wojewódzcy, a także specjalnie przygotowany poradnik dla rodziców.

W skład Komitetu Honorowego XXVI edycji Pucharu Tymbark wchodzą Minister Sportu i Turystyki, Minister Edukacji oraz Minister Zdrowia.