Historie utraty i odbudowy –od odradzania się kultur wielorybów, po współczesne próby odzyskiwania języków i narracji zmarginalizowanych przez dominujące systemy komunikacji są tematem wystawy w Pawilonie Polonia prezentowanym w ramach tegorocznej 61. Wystawy Sztuki Współczesnej w Wenecji. Projekt rozwija wątki ze spektaklu Bunt Głuchych. Odnowa prezentowanego w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki w 2025, w której artyści i artystki eksplorowali temat komunikacji i dostępności. Zgodnie z ideą Deaf Gain głuchota rozumiana jest nie jako niepełnosprawność, lecz jako odrębna kultura i tożsamość oferująca nowe perspektywy i formy ekspresji. Znaczną część materiału wideo i audio zespół zrealizuje w wodzie –środowisku, w którym osoby Głuche mogą swobodnie komunikować się językiem migowym, podczas gdy osoby słyszące wydają zdeformowane dźwięki.
Więcej w dziale Orientuj się na str. 34
Bogna Burska, Daniel Kotowski, Języki z wody, 2026, wideo, dzięki uprzejmości Zachęty –Narodowej Galerii Sztuki
Notes Na 6 tygodNi nakład: 2000 egz.
WydaWca
Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana
Adres redAKcji ul. Mokotowska 65/7, 00−533 Warszawa nn6t@beczmiana.pl
Maja cieślak / orientuj się Warszawa Aleksandra dąbrowska / 6 tematów Maciej Frąckowiak / badania i raporty Kasia Nowakowska / patronaty Bartosz Nowak / open call julia szostek / 6 tematów
KoreKtA eKorekta24.pl
reKlAMA i PAtroNAty Bogna Świątkowska, bogna@beczmiana.pl
WersjA eleKtroNicZNA / ProjeKt Michał szota nn6t.pl
WersjA PAPieroWA / ProjeKt Grzegorz laszuk
sKłAd
Anna Hegman
druK
read Me, ul. olechowska 83, 92-403 łódź
iNForMAcje i ilustrAcje W dZiAle „orieNtuj się” pochodzą z materiałów prasowych promujących wydarzenia kulturalne. drukujemy je dzięki uprzejmości artystów, kuratorów, galerii, instytucji oraz organizacji kulturalnych. Kontakt z redakcją: nn6t@beczmiana.pl
PreZesKA ZArZądu Bogna Świątkowska, bogna@beczmiana.pl
dZiAł KsięGoWoŚci i dystryBucjA ignacy Krzemień, ignacy@beczmiana.pl
ZAMÓWieNiA, KoNtAKt Z KsięGArNiAMi i WydAWcAMi: +48 515 984 508 dystrybucja@beczmiana.pl
KsięGArNie Bęc / ZesPÓł Bartosz dołotko Kacper Greń joanna jóskowiak Aleksandra sowińska Ania Ziębińska (promo)
ProjeKt loGo FuNdAcji Bęc ZMiANA Małgorzata Gurowska
Lokal przy ul. Mokotowskiej 65 w Warszawie jest wykorzystywany przez Fundację Bęc Zmiana na cele kulturalne dzięki pomocy Dzielnicy Śródmieście m.st. Warszawy.
NN6T. Stały program uczestnictwa w kulturze współczesnej Warszawy współfinansowany jest ze środków m.st. Warszawy
22—24/05/2026
Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski
Jazdów 2, Warszawa www.u–jazdowski.pl
12:00–19:00
Půda a přátelé Soil and Friends
PLATO-OSTRAVA.CZ EXHIBITION 30/4 – 13/9/2026
Marie Boková, Centrala (Małgorzata Kuciewicz & Simone De Iacobis), Julia Ciunowicz, Polina Davydenko, Dva ospalí vlci (Two Sleepy Wolves), Yoeri Guépin, Ingela Ihrman, Yana Kononova, Dávid Koronczi, Denisa Langrová, Judita Levitnerová & Kateřina Žák Konvalinová, Barbora Lungová & Lenka Škutová & local flower growers, Krzysztof Maniak, Deirdre O’Mahony, Julia Ábalos Reznak, Elisabeth von Samsonow, Alex Sihelsk*, Sounding Soil, Rosario Talevi, Salka Tiziana, Ana Vaz, Ewelina Węgiel, Zabriskie Buchladen für Kultur und Natur, Kryštof Zvolánek
PARTNERS IN COOPERATION WITH
W Galerii Bielskiej BWa do końca maja można oglądać wystawę Przedpokój. Herstories – dialog dwóch artystek Pauliny Poczętej i Małgorzaty Łuczyny (na zdjęciu, fot. jacek Złoczowski). Obie mierzą się na niej m.in. z żałobą po stracie mam. W rodzinie Pauliny Poczętej mówiło się: „Zostaw to w przedpokoju”.
Bestiariusz miłości
Wystawa malarstwa jędrzeja Bieńki zaczyna się od spojrzenia, które zostaje wciągnięte w głąb płótna – jakby obraz był transparentną membraną oddzielającą nasz świat od rzeczywistości, w której człowiek przestaje być oczywistym centrum. Artysta maluje tak, jakby obserwował świat przez warstwę powietrza wypełnioną pyłem i pamięcią. Aerograf, narzędzie kojarzone z precyzją, w jego rękach służy budowaniu efektu sfumato –subtelnego rozproszenia, w którym kontury ulegają zatarciu, a formy pulsują na granicy widzialności. centralnym punktem twórczości Bieńki jest autorski, konsekwentnie budowany bestiariusz. Minotaur, łabędź czy sęp – figury znane z mitów i średniowiecznych ksiąg – powracają tu w nowym kontekście. W jego obrazach tradycyjne hierarchie ulegają odwróceniu: zwierzęta nie są dekoracją ani metaforą, lecz równorzędnymi bohaterami. człowiek pojawia się tylko jako jedna z wielu form życia, co stanowi wyraźną korektę antropocentrycznego porządku.
jędrzej Bieńko, Blue flowers in the eyes, 2025, dzięki uprzejmości Gunia Nowik Gallery
SiOnoidy
d
orota Masłowska kuratorką wystawy s i o n. ten żywioł słów po prostu musiał połączyć się w kosmosie z tym żywiołem malarskim, to ewidentnie było im pisane. Masłowska przyznaje: „Kiedy zobaczyłam po raz pierwszy jej prace, ogarnęło mnie coś w rodzaju bolesnego wstecznego fomo, zazdrości o niemożliwość tego świata, który si on tworzy, więc potem jej pojawienie się w moim życiu było ni to cudem, ni to naturalną koleją rzeczy”. W tekście kuratorskim określa bohaterki obrazów koreańskiej artystki mianem „sionoid”. opisuje je jako osobny gatunek walecznych, niezłomnych wersji artystki, które „wysłała na wielką wojnę”. Najpierw wydając je z siebie z fizycznym akcie relacji z wielkim, przeskalowanym płótnem, „niejako próbując się przez nie rozrosnąć, rozmnożyć siebie; przydać sobie kłów i pazurów. Poprzez sztukę jak przez magiczne zaklęcie stać się olbrzymką, potworzycą, ogrką, smoczycą, kariatydą, chrystuską ze Świebodzina”. to pierwsza indywidualna wystawa artystki w Krakowie – mieście, w którym mieszka i pracuje od kilku lat. ta opowieść jest budowana malarstwem, rzeźbą i wideo. składają się na nią mocne kolory, eksperymentalne techniki i przeskalowane postaci; cielesność jest tu polem walki, transformacji i magicznego przekroczenia własnych granic.
Nie wypada a
gata Borowa jest mistrzynią współczesnego malarstwa pejzażowego, choć pewnie nie zgodziłaby się z tym określeniem. inaczej też patrzymy na pejzaż dziś, w dobie kryzysu ekologicznego. Artystka potrafi w niezwykle syntetyczny sposób uchwycić kolor, światło, falę na wodzie, nastrój chwili. i choć – jak głosi tytuł jej wystawy w Galerii XX1 – Zachodów słońca malować nie wypada, to w jej malarstwie znajdziemy emocję towarzyszącą obserwowaniu zachodów słońca nad jeziorem. Współkuratorka wystawy Magdalena linkowska pisze: „Pejzaż jawi się tu jako układ relacji. oko jest gościem w krajobrazie – nie dominuje, lecz porusza się, szuka i reaguje. osoba patrząca, uwikłana w materialne warunki percepcji, pozostaje czujna i aktywna. tak rozumiane malarstwo nie aspiruje do reprezentowania świata, ale chce uczestniczyć w jego odczuwaniu”. W najnowszych pracach Borowej jest element iluzji, który artystka od dawna eksploruje w swojej sztuce. i jest prostota malarskiego gestu, którą podkreśla technika akwareli na papierze.
Kornel janczy traktuje pejzaż nie jako autonomiczny temat, lecz jako punkt wyjścia do refleksji nad sposobami, w jakie współczesność przekształca nasze postrzeganie czasu, przestrzeni i własnej cielesności. Zachód słońca, jeden z najbardziej romantycznych i uniwersalnych motywów kultury wizualnej, zostaje tu powtórzony wielokrotnie, aż traci swoją oczywistość. jeden zachód jest kontemplacją, kilkadziesiąt staje się doświadczeniem niepokoju. Prace janczego operują napięciem między tym, co pociągające wizualnie, a tym, co budzi niepokój. Artysta konceptualizuje przestrzeń i czas jako elastyczne konstrukcje, które można modelować, zaginać i powtarzać niczym obrazy w nieskończonej pętli. Zachód słońca przestaje być u niego naturalnym zwieńczeniem dnia – staje się wydarzeniem produkowanym, multiplikowanym i konsumowanym. Nostalgia i wzniosłość, silnie zakorzenione w tradycji malarstwa pejzażowego, spotykają się tu z doświadczeniem współczesnej nadaktywności i nieustannej dyspozycyjności. jak mówi janczy: „słońc są miliardy, a moje obiekty są tym, co przedstawiają. Wpadłem w obsesję uwieczniania codziennego rytuału”.
Kornel janczy, let’s talk about the sunset, fot. Wiktor Piskorz
Mroczny ogród
tematem nowej wystawy w BWA Wrocław Główny jest potworność – pojęcie rodem z baśni, w których cudowność splata się z grozą. Galeria zamieniła się w mroczny ogród; zapełniają go potwory, monstra i hybrydy. Kuratorki Magdalena lazar i Katarzyna oczkowska piszą: „(…) niezależnie od postawy, jaką przyjmowano względem potworności, pozostała ona elementem naszego świata i życia. Zazwyczaj bowiem to, co staramy się ujarzmić, objawia się w niespodziewanych formach – niby lśniąca narośl na pozornie uporządkowanym społecznym ciele”. Zaproszone osoby artystyczne wydobywają w swoich pracach to, co odrzucane, nieoswojone, uznawane za niepożądane. również zaglądając w głąb siebie. Zobaczymy tu m.in. Ogród rozkoszy Wojciecha ireneusza sobczyka, kwiatową instalację Marka Wodzisławskiego, instalację dźwiękową Marianny rodziewicz, malarstwo Agaty słowak, ceramiczne prace Natalii Kopytko, lustra joanny sitarz, fotografie Anety Grzeszykowskiej. A wszystko to spięte scenografią Bartka Buczka.
ilona Szwarc, to była ona sama
Breda Lynch, demOnS OF tHe SwamP, rysunek z serii Swamp drawings, 2026
Gdy krajobraz nie chce wyschnąć
Wydobywane z bagien „ciała torfowe” (bog bodies) często noszą ślady rytualnej przemocy. ich spokój bywa mylący: na gładkiej powierzchni skóry kryją się rany, pęknięcia, zaciśnięte liny. Bagno przestaje być krajobrazem, a staje się pytaniem o porządek i jego cenę: kto został złożony w ofierze – i dlaczego właśnie on? jednocześnie miejsca te od wieków pełniły też inne funkcje. Były kryjówką dla dezerterów, partyzantów, przemytników, uciekinierów – wszystkich tych, którzy musieli zniknąć, by przetrwać. Wrogość terenu paradoksalnie mogła również chronić. ta ambiwalencja wraca dziś na „zielonych granicach” (także na pograniczu polsko-białoruskim), gdzie las i bagno stają się korytarzem śmierci, a ludzie bywają przepychani tam i z powrotem, w strefie zawieszonej między prawem a porzuceniem. Nasączona wodą ziemia działa zarazem jak tarcza i jak broń: zasłania, spowalnia, wciąga, utrudnia pomoc. Nie woda nie ziemia zaczyna się w miejscu, gdzie czas nie płynie linearnie. Grzęźnie. Gęstnieje. Zostaje pod stopami. to, co miało zniknąć, trwa.
alicja Kozłowska, Big apple core, 2023
Słodki przedmiot pożądania
im bardziej rzeczywistość przesycona jest obrazami niosącymi obietnicę satysfakcji, tym intensywniejszy powinien być namysł, czy to, czego pragniemy, realnie poprawia nasz dobrostan. Wystawa Słodkiego, miłego życia stawia więc w tym kontekście szereg pytań. jak konsumpcja definiuje poczucie szczęścia? co na przestrzeni dekad pobudzało masową wyobraźnię i stanowiło przedmiot pożądania? czy zrodzone kiedyś apetyty zostały w satysfakcjonujący sposób zaspokojone? czy utrwalone ikony popkultury są w stanie zdefiniować rzeczywistość na nowo? odniesienia do kultury konsumpcyjnej pozwalają artystkom i artystom podejmować krytyczną refleksję nad materializmem czy hedonizmem – wszechobecnymi i wpisanymi w ludzką naturę. system ekonomiczny, w którym żyjemy, wiąże się jednak nie tylko z konsumpcją rzeczy namacalnych. Pod wpływem kultury masowej również wizerunek stał się towarem.
Medium tożsamości
to pierwsza indywidualna wystawa jednej z najjaśniejszych gwiazd warszawskiej sceny. Filipka rutkowska wciela się na niej w córkę górnika, dziewczynę z „Vogue’a”, galerzystkę, artystkę, imprezowiczkę –role jej życia. od niemal 20 lat z humorem i wrażliwością performerka przekształca własną tożsamość w medium artystyczne. jej prace są zapisem życia pełnego sprzeczności, w którym osobiste historie splatają się z obserwacjami społecznymi i klasowymi. Śląskie korzenie i robotnicze dziedzictwo wybrzmiewają w jej pracach, tworząc unikalny portret społeczny i polityczny. Na wystawie pojawia się również twórczość m.in. Hanayo, Pawła Althamera czy dawida Nickela, budując wielogłosową narrację o tożsamości i poczuciu obcości. Wystawa Gender Is Over staje się performensem artystki, w którym publiczność bierze czynny udział.
Wojna rejestrowana l
esia Khomenko – członkini r.e.P., głośnej ukraińskiej formacji artystycznej znanej z przekraczania, eksperymentu i bezkompromisowego szukania własnej drogi –prezentuje indywidualną wystawę w białostockim Arsenale. ona też porzuciła utartą ścieżkę, chociaż nie odrzuciła całkiem malarstwa, które studiowała w Kijowie. Poszukuje dla niego świeżej formy, wychodząc z dwuwymiarowego przedstawienia w przestrzeń galerii. dekonstruuje obrazy narracyjne, przekształca je w obiekty, instalacje, performanse i wideo. W pracach pokazywanych w Arsenale analizuje filmowe i fotograficzne ujęcia pełnoskalowej wojny w ukrainie, w tym materiały z operacji wojskowych, szeroko rozpowszechniane za pośrednictwem mediów informacyjnych i społecznościowych. Bada wpływ wojny – czy raczej jej śladów – na ludzką percepcję i rolę technologii w tworzeniu dokumentów historycznych. stosuje ptasią perspektywę, wyolbrzymia szczegóły, zamazuje tak, jak maskuje się obiekty strategiczne, kompresuje całe wideo z kamery monitoringu w jeden kadr, zawierający – jak pisze kuratorka wystawy Monika szewczyk –„całą chwilę katastrofy”.
Lesia Khomenko, niezidentyfikowana postać 6, 2023, dzięki uprzejmości artystki i Voloshyn Gallery; fot. Grzegorz Dąbrowski
Konieczność sprzeciwu R
obione na szydełku serwetki to dla Mehtap Baydu symbole wychowywania dziewczynki do roli żony, a także posagu przygotowywanego od momentu narodzin córki. Artystka układa je bezpośrednio na swoim nagim ciele, dając do zrozumienia, że ulega ono uprzedmiotowieniu w procesie wydawania kobiety za mąż. Konieczność to pierwsza w Polsce indywidualna wystawa twórczyni kurdyjskiego pochodzenia mieszkającej w Berlinie; opowiada o sytuacji kobiet w opresyjnych systemach patriarchalnych. „Patriarchaty – mimo różnic kulturowych i religijnych – wiele łączy: wszystkie odbierają głos kobietom oraz wszelkim mniejszościom. Baydu stara się dać kobietom siłę do przezwyciężania zjawisk, które hamują ich wolność i rozwój” – pisze kuratorka wystawy Marta smolińska. W swoich pracach Baydu proponuje kilka strategii walki o prawa kobiet: sprzeciw wobec opresyjnych tradycji, szukanie siły w mitologii, krytyczną analizę własnych korzeni, czuły stosunek do własnego ciała. to wszystko ma nas wzmocnić i dać nadzieję na zmiany społecznego myślenia.
Mehtap Baydu, mitgift-dowry-Çeyiz, mat. Galerii Miejskiej arsenał
Cichsze głosy K
oyo Kouoh, kuratorka tegorocznego Biennale w Wenecji, zaprosiła do wsłuchania się w to, co kruche i niedostatecznie słyszalne – w cichsze głosy, mikropamięci i zaniedbane narracje. Wystawa w Polskim Pawilonie wpisuje się w tę perspektywę. Bogna Burska i daniel Kotowski pokażą instalację audio-wideo, w której społeczny c hór w ruchu, tworzony przez osoby słyszące i głuche, interpretuje pieśni wielorybów oraz różne kody komunikacyjne – jednocześnie w języku fonicznym i języku migowym. inspiracją były tu m.in. nagrania rogera Payne’a Songs of the Humpback Whale (1970), które przyczyniły się do wprowadzenia zakazu polowań na wieloryby. Burska mówi: „Nasz projekt dotyczy komunikacji i – w jednej ze swoich warstw –języków. Bardzo ważne jest dla nas myślenie o komunikacji bez zawężania jej do tylko ludzkich form i definicji. sztuka daje nam narzędzia pozwalające łączyć bardzo różne doświadczenia i sposoby wyrażania się”. A Kotowski dodaje: „ocalanie alternatywnych sposobów komunikacji to także ochrona różnorodnych sposobów myślenia i postrzegania świata”. 9.05–22.11
Współtwórcami polskiej prezentacji są: Magda Mosiewicz (zdjęcia), Aleksandra Gryka (muzyka), Alicja czyczel (choreografia), projektant ekspozycji Marcin Kwietowicz oraz kuratorki ewa chomicka i jolanta Woszczenko.
orientuj się — sztuka i życie
Bogna Burska, Daniel Kotowski, Języki z wody, 2026, wideo, dzięki uprzejmości Zachęty – Narodowej Galerii Sztuki
asia jóskowiak, chciałabym: i wish
Owocna bezczynność
Wystawa Sen mnie ze snu obudził ukazuje sen jako przestrzeń napięć, obszar wyobrażeń oraz narzędzie oporu wobec kultu produktywności. W rzeczywistości późnego kapitalizmu odpoczynek stał się przywilejem. W świecie sennych marzeń wyłania się przestrzeń, w której przyjemność splata się z niepokojem, a wolność z narastającym poczuciem winy. Pokazane prace –m.in. Asi jóskowiak, Kacpra Grenia i teresy Kądzieli – eksplorują motyw snu jako stanu granicznego; to w nim ujawniają się napięcia między ciałem a psychiką. ekspozycja tworzy wielogłosową narrację, w której doświadczenie snu i jego braku przybiera formę „owocnej bezczynności” oraz gestu sprzeciwu wobec nieustannego przymusu wydajności. Wystawa została stworzona przez osoby studenckie Wydziału Badań Artystycznych i studiów Kuratorskich warszawskiej AsP we współpracy z galerią sezon.
Martyna Modzelewska,
Joymaxxing
Sztuka czasu wolnego
Martyna Modzelewska na swojej solowej wystawie upomina się o prawo do nieskrępowanej obecności, jaką jest zabawa w kapitalistycznym świecie. Punkt wyjścia stanowi seria kilkudziesięciu rysunków, które artystka nazywa nie sztuką, lecz efektem spędzania wolnego czasu. ulegamy złudzeniu, że kapitalizm to system przesycony zabawą, podczas gdy w rzeczywistości oferuje nam on jedynie jej rynkowy substytut. W pełni sformalizowany, podporządkowany grafikowi pracy i urlopów oraz sterowany przez algorytmy projektujące nasze pragnienia. tymczasem zabawa, bezinteresowna, na wzór tej dziecięcej, jest działaniem niemalże radykalnym, wymagającym szczególnej uważności. jej odzyskanie to żmudny proces: wymusza nie tylko znalezienie czasu i rozsupłanie systemowych węzłów, ale przede wszystkim żywą ciekawość, otwartość oraz umiejętność zawieszenia się w byciu „tu i teraz”.
Czytelność rzeźby d
zielą ich czas i doświadczenia, łączy rzeźbiarskie medium. Dialog i co z niego wynika to spotkanie dwóch artystów – olafa Brzeskiego i starszego o siedem dekad stanisława Horno-Popławskiego. Głównym tematem tytułowej rozmowy jest rzeźba – jej nośność w portretowaniu kondycji współczesnego człowieka, jej rola i sposób eksponowania w zmieniającej się rzeczywistości sztuki. Wystawa przekonuje, że medium nie traci nic ze swojej aktualności, pozostając czytelnym wyświetlaczem problemów sztuki i jej kolejnych odsłon. jest wciąż zgrabnym narzędziem do problematyzowania, dyskutowania i analizowania różnorodnych kwestii i pozwala to robić na wiele różnych sposobów: z dystansem, z humorem, przewrotnie, czasem nawet na granicy dopuszczalności, ale i z powagą. Pokazuje też, że rzeźbiarska materia, odwołując się do swojego materialnego, performatywnego dziedzictwa, może zachęcać odbiorcę do porzucenia roli obserwatora na rzecz aktywnego uczestnictwa w dyskusji o tym, co w sztuce chwilowe, a co trwałe i uniwersalne.
W trakcie montażu wystawy w PGS w Sopocie, praca Olafa Brzeskiego
Podział na role
Badanie relacji pomiędzy gestem, obiektem i przestrzenią przy radykalnej redukcji środków wyrazu – tak można scharakteryzować praktykę artystyczną janusza Bałdygi, jednego z najważniejszych polskich artystów performensu. twórca przez lata wypracował charakterystyczny język oparty na prostych narzędziach i oszczędnych gestach. W pracy korzysta z własnego ciała i zwykłych przedmiotów; za ich pomocą buduje struktury geometryczne. chętnie sięga po te, które pozwalają na dynamiczne działanie – taśmę, linki, sznury. ich rozwijanie lub zwijanie, oparte na powtarzalnych gestach, skutecznie przekierowuje uwagę widza na sam proces, angażując go w kolejne etapy.
Na wystawie Kierunek zwiedzania oglądamy wybrane realizacje wideo oraz nową instalację twórcy. Pokaz eksploruje złożoność relacji artysta–instytucja–publiczność, stawiając pytanie, jaka jest, a jaka powinna być rola galerii i muzeów w tej układance. dzisiejsze instytucje kultury – zwraca uwagę Bałdyga – przyjęły na siebie funkcję pośredników, mediatorów w kontakcie widzów z twórcami. Próbują pomóc w odbiorze sztuki, tłumaczą, edukują, angażują. czy słusznie? jaki powinien być podział ról?
janusz Bałdyga, Kierunek zwiedzania, fot. Tomasz Koszewnik
Łaźnie, zbiorniki, baseny
Paulina semkowicz używa medium monumentalnego malarstwa do tworzenia przechodnich, narracyjnych, choć abstrakcyjnych przestrzeni, w których nieobecność bądź obecność stają się kluczowe dla widza. Zainspirowana swoim wieloletnim doświadczeniem w malowaniu teatralnym, przekształca tła w aktywne scenariusze przygodności, bawiąc się tematami, które są uchwytne, a jednocześnie głęboko rezonują. tytułowe Szkliwo, będące freskiem site-specific, przygotowanym w podziemiach instytucji, nawiązuje do liminalnych przestrzeni przebieralni basenów czy łaźni. dalekie jest jednak od figuratywnej dosłowności. Artystka bawi się malarską materią i światłem, przywołując nastrój miejsca konotującego przemianę, niepewność, zagubienie czy dystopijność.
Paulina Semkowicz, Szkliwo, fot. Dominika Głowala
Barbara Kasten, construct Pc 4 B, 1981, dzięki uprzejmości artystki oraz Bortolami, Nowy jork
Zabawa z percepcją
Wtym roku Barbara Kasten obchodzi 90. urodziny, a jej artystyczna biografia jest silnie związana z Polską. W stanach studiowała malarstwo i projektowanie rzeźbiarskich form z tkaniny. jednak dopiero na stypendium w Pracowni Gobelinu Magdaleny Abakanowicz w Poznaniu dostrzegła w tkaninie sposób myślenia przestrzennego. Przełożyła go później na swoje fotografie i instalacje. W Zachęcie oglądamy blisko 100 dzieł artystki, w tym interwencję w przestrzeni klatki schodowej. Agnieszka Pindera, dyrektorka Zachęty i kuratorka wystawy, tak mówi o sztuce Kasten: „Przez fotografię zabiera nas gdzie indziej. Pokazuje coś, co wychodzi z rzeczywistości, ale prowadzi do nierealnego, nierzeczywistego świata, świata fantazji. Nie do końca wiemy, na co patrzymy. Mamy kwestionować, przyglądać się, zadawać pytania. Bardzo ważna jest dla niej awangarda, ale szczyt jej aktywności twórczej przypadał na lata 80., na okres postmodernizmu w stanach Zjednoczonych. stąd to wymyślone przez nas tytułowe pojęcie postabstrakcji, które spina te dwa światy”.
Obrazy pracy
Patryk różycki maluje intensywnie, a jego obrazy –bliższe migawkom z życia codziennego znanym z mediów społecznościowych niż tradycyjnym formom malarskim – dotykają spraw zarówno osobistych, jak i uniwersalnych. są to jednak zawsze tematy społecznie istotne, a zarazem rzadko obecne w dyskursie publicznym: doświadczenia klas wykluczonych, koszty awansu społecznego czy nienormatywna seksualność. W swoim malarstwie, pełnym emocji i relacji międzyludzkich, różycki utrwala i przepracowuje własne doświadczenia. Na najnowszej wystawie mierzy się z jednym z kluczowych wątków powracających w jego twórczości – pracą. Prezentowane dzieła opowiadają zarówno o pracy wykonywanej przez jego najbliższych, jak i o jego własnym doświadczeniu jako artysty. W pierwszym przypadku to często historie o wyzysku i niebezpieczeństwie, w drugim – o uprzywilejowanej, choć wciąż niepewnej kondycji twórcy we współczesnym kapitalizmie. W tym sensie wystawa kuratorowana przez stacha szabłowskiego stanowi kontynuację ekspozycji Namaluj mnie w tej pracy, prezentowanej przed dwoma laty w białostockiej Galerii Arsenał.
Patryk różycki, mój brat Klaudiusz przy pracy w chotomowie pod warszawą
Lista rzeczy
Pierwszą od ośmiu lat solową wystawę tymek jezierski otworzył w katowickim szałfynster. W najnowszych pracach przygląda się kryzysowi języka, pamięci i systemów porządkowania rzeczywistości. Punktem wyjścia są tu motywy nieczytelnych list zakupów i rozmytych map, w których znaki tracą swoją funkcję, stając się zapisem niepewności i napięcia. spisywane w różnych językach, znalezione na ulicy listy rzeczy do zrobienia: zakupów, planowanych posiłków, spotkań, romantycznych kolacji byłyby dobrym planem, dającym rodzaj poczucia stabilności w niepewnych czasach – gdyby dało się je przeczytać. Lista rzeczy do zapomnienia to również powrót jezierskiego w rodzinne strony (urodził się i dorastał w Bielsku-Białej) oraz refleksja nad tożsamością, pochodzeniem i trwałością granic. Poczucie braku silnych korzeni splatają się u niego z wyraźnym przywiązaniem do tego regionu. Kuratorka Kaja Werbanowska pisze: „Zarówno język, jak i zapisy na mapach okazują się niewystarczające wobec gwałtownych zmian – wojen, katastrof, klimatycznego niepokoju, a plątanina liter i symboli staje się metaforą informacyjnego chaosu. Podobnie dzieje się z naszą pamięcią: w miarę jej zacierania narasta napięcie. to, co miało być listą rzeczy do zrobienia, staje się listą rzeczy do zapomnienia”.
Sezon polowań
Hunting for Painting to festiwal młodego malarstwa w szczecinie, organizowany oddolnie przez osoby związane z Wydziałem Malarstwa i Praktyk Kuratorskich Akademii sztuki (powstał pięć lat temu z inicjatywy Katarzyny szeszyckiej). „diy – do it yourself to idea, którą implementujemy w świat akademii jako powiew wolności kreacji, zdarzeń i spotkań. tworzymy sytuacje, których pretekstem jest malarstwo, a trzonem przyjemność z jego tworzenia, odbioru i rozmów w nieprzewidzianych okolicznościach” – piszą organizatorzy. to doskonała okazja, żeby odwiedzić szczecin, bo 7 wystaw zbiorowych i 6 indywidualnych pojawi się w aż 12 różnych lokalizacjach. Hasło przewodnie tegorocznej edycji to RUNO (z którego wyrastają współczesne eksperymenty i opowieści wizualne). Główną wystawę festiwalu, Haunting of Painting, zobaczymy od 1 lipca w Filharmonii, w programie znalazły się również pokazy prac ciut starszych: absolwentów i wykładowców Akademii sztuki. Bardzo jesteśmy ciekawi, co słychać w tym runie jednej z najprężniej działających uczelni artystycznych w kraju.
Zbigniew rogalski, łzy, 2018
Jak w domu
Wświecie napędzanym przez normy wyglądu, produktywności i reprezentacji ciało funkcjonuje jako obszar projekcji: oceniane, dyscyplinowane, formatowane przez kulturowe standardy. dom jest przestrzenią odzyskiwania kontaktu z własną cielesnością –miejscem, w którym zamykamy się przed światem zewnętrznym, gdzie ciało może istnieć bez konieczności bycia oglądanym czy dopasowywanym do narzuconych miar. W pracach Magdy Kirk ciało nie jest zamkniętą formą. jej monumentalne, miękkie postaci niemal rozpychają ramy płócien, pulsują i przekraczają klasyczne proporcje, jakby fizyczność była stanem, a nie raz nadaną konstrukcją. Artystka tworzy istoty przypominające bóstwa codzienności: silne, a zarazem czułe, monstrualne i piękne. to pierwsza od wielu lat wystawa Kirk w Polsce. do tej pory jej prace można było oglądać w Nowym jorku, Madrycie, tajpej czy Mediolanie.
Magda Kirk, Forward, 2023
Wspomnienia o rzece g
abriela Piwar nie dokumentuje miejsc, ale swoje wspomnienia o nich. szkice, fotografie, prace z gliny i własnoręcznie barwione tkaniny są dla niej rodzajem notatników, w których zapisuje rzeczywistość, uczucia, doświadczenia, ale i wyobrażenia. Bohaterką Topografii miękkiego gruntu jest rzeka Parsęta przebiegająca przez wieś Krosino, gdzie artystka spędzała w dzieciństwie każde wakacje, a obecnie wraz ze swoją mamą prowadzi artystyczno-badawczy Projekt Parsęta. Na ekspozycję składają się prace ukazujące bogaty rzeczny ekosystem: podmokłe łąki, lasy, bobrowe żeremie, powalone konary i rośliny, które latem zarastają brzegi. Archive of Color: Parsęta przedstawia naturalną paletę gatunków flory występujących nad rzeką. tkanina Brzeg/bieg jak Parsęta meandruje we wnętrzu galerii. Artystka za pomocą różnorodnych środków próbuje uchwycić, opisać i przedstawić znane sobie miejsca, ale tytułowy miękki grunt wskazuje na pewną nieuchwytność – odsyła do subiektywności metod dokumentowania, lecz także do bagiennej historii terenów wokół rzeki.
orientuj się — sztuka i życie
Gabriela Piwar, topografia
Hurvin anderson, Hawksbill Bay, 2020, dzięki uprzejmości artysty i VeneKlasen
Przez Atlantyk tam i z powrotem
Wystawa Hurvina Andersona to podróż między Wielką Brytanią i Karaibami, do miejsc ważnych dla niego zarówno ze względów osobistych, jak i kulturowych. Artysta – urodzony w Wielkiej Brytanii po tym, jak jego rodzina opuściła jamajkę i wyjechała do Birmingham w latach 60. – centralne miejsce w swojej sztuce poświęca wątkom emigracji i poczucia przynależności. chętnie wraca do czasów młodości, scen i miejsc z nią związanych, odwzorowuje obrazy znane z rodzinnego domu, znajome jamajskie widoki i członków rodziny. Powracając do nich, jednocześnie pyta o trwałość pamięci jako nośnika tradycji, historii i kultury. rozmywające się detale, pejzaże rozpływające się w plamach koloru czy nakładające się na siebie naturalne i miejskie krajobrazy tworzą miejsca konkretne i abstrakcyjne zarazem, w których przeszłość łączy się z utopią. Pierwsza solowa wystawa Andersona w tate Britain prezentuje ponad 80 obrazów istotnych dla ewolucji jego artystycznej kariery. są to zarówno płótna malowane w czasie studiów, jak i najnowsze, premierowe realizacje.
Artysta w ogrodzie
Paweł Matyszewski uważnie czyta książkę dereka jarmana Współczesna natura o jego życiu w ogrodzie i z ogrodem przy Prospect Cottage w Dungeness. to dziennik ogrodniczy reżysera, ale też medytacja nad życiem, sztuką, polityką oraz relacjami między ludźmi, roślinami i przedmiotami. Z tych wszystkich wątków Matyszewski tworzy wystawę Ukorzenianie – wystawę w procesie, w której elementy ogrodu artysty przenikają do galerii, a obiekty artystyczne wychodzą w przyrodę. Matyszewski, podobnie jak j arman, sadzi, podlewa, pielęgnuje, dogląda, obserwuje i reaguje. uważnie pracuje z materią żywą – kruchą, wymagającą wysiłku, czasu i cierpliwości. W jego pracach pojawiają się formy z pogranicza tego, co roślinne, i tego, co ludzkie. tak powstaje intymna opowieść o życiu roślin i ich współistnieniu z innymi organizmami, o zakorzenianiu się i wspólnym wzrastaniu. dopełnia ją warstwa dźwiękowa przygotowana przez artystę ernesta Borowskiego.
Instytucja w ruchu
Bałtycka Galeria sztuki Współczesnej podeszła do obchodów swojego 50-lecia niesztampowo. jubileuszowa wystawa Splatając to, co wciąż się staje nie jest pokazem kolekcji instytucji w chronologicznym układzie. to opowieść bazująca na działaniach i relacjach, próba uchwycenia specyfiki galerii sztuki, rozumianej jako przestrzeń, w której – jak piszą kuratorzy Agnieszka Kilian, Magdalena ujma i romuald demidenko – „spotykają się rozmaite więzi, zachodzą procesy i trwają negocjacje propozycji artystycznych z publicznością”. tematem tej wystawy są zatem relacje łączące ludzi, obiekty, krajobraz i historie. Zamiast trwałych artefaktów pojawiają się tu ślady, dekompozycje i formy efemeryczne. demidenko dodaje: „to opowieść o instytucji w ruchu. Wystawa, która jest układem choreograficznym, w którym splatają się performance, ontologia obiektu i wyjątkowa architektura, autorstwa r oberto u ribe c astro, który jest jedną z osób artystycznych biorących w niej udział”.
Splatając to, co wciąż się staje, widok wystawy, fot. Krzysztof Tomasik
Maja ∀. Ngom, bez tytułu (Po-tworzenie), 2025, detal, fot. Krzysztof Tomasik / Bałtycka Galeria Sztuki Współczesnej
Głosotrzewia
Multidyscyplinarna artystka polsko-senegalskiego pochodzenia Maja ∀. Ngom powraca w poznańskiej galerii skala do wspomnień z okresu dorastania i wątków związanych ze swoimi korzeniami. tytuł wystawy Voicerals można przetłumaczyć jako „głosotrzewia”. r zeźbiarsko-dźwiękową instalację tworzą ceramiczne rzeźby i inne obiekty, których formy – zbudowane m.in. z wosku, soli, miedzi, włosów, kamieni wulkanicznych, szklanych koralików, drewna (powstawały w warsztacie dziadka artystki w tulcach pod Poznaniem) – oscylują między abstrakcją a figuracją. oświetlone subtelnym światłem ciemne, miejscami szkliwione powierzchnie mienią się kolorami tkanin barwionych organicznymi pigmentami pozyskiwanymi z roślin, m.in. z hibiskusa. równie ważna jest tu sonosfera. Artystka zaprosiła do współpracy nad wystawą performerki Ngnimę sarr aka t.i.e , Nikę Kimaty i sylwię Achu oraz didżejkę Kitty sarcasm, a zrealizowane przez nie nagranie dołączy do jej Dark Polish Archives to płynne repozytorium świadectw, głosów i śladów obecności czarnych Polek i Polaków.
Dołącz do kuli śnieżnej
Biuro usług Postartystycznych uruchamia program wsparcia i sieciowania praktyk postartystycznych w Polsce. Kto może aplikować: osoby, kolektywy, inicjatywy działające na styku sztuki i życia społecznego, wyprowadzające artystyczne narzędzia poza galerie i instytucje, tworzące w przestrzeni publicznej, współpracujące z ludźmi, ruchami i społecznościami. Biuro u sług Postartystycznych szuka osób, które traktują sztukę jako narzędzie zmiany: artystek i artystów, aktywistów, badaczek, osób pracujących w kulturze i wszystkich, którzy eksperymentują z wyobraźnią w działaniu społecznym. udział w programie można wziąć niezależnie od tego, czy dopiero się planuje, czy rozwija istniejące działanie. Wysokość możliwego wsparcia zależy od skali projektu, ale górna granica to 10 000 PlN. do tego mentoring, wsparcie merytoryczne i komunikacyjne. Program to nie tylko środki na działanie, ale też możliwość wymiany doświadczeń i wspólnego wzmacniania praktyk zaangażowanych społecznie.
spośród zgłoszeń spełniających kryteria wsparcia B u P wylosuje dziewięć, które wezmą udział w programie. Finałem będzie spotkanie i prezentacja zrealizowanych działań w 2027 roku.
rys. Kacper Greń
Wschodnioeuropejski dewzrost
czy dobre życie dla wszystkich jest możliwe? Według dewzrostu tak, i to dzięki odrzuceniu dominującego modelu gospodarki opartej na nieograniczonym wzroście gospodarczym. Zamiast koncentrować się na zwiększaniu produkcji i konsumpcji, dewzrostowe badaczki i działacze proponują organizowanie gospodarki wokół ważniejszych wartości: dobrostanu ludzi, troski społecznej, sprawiedliwości i granic ekologicznych planety. j ak to zrobić w Polsce i europie Środkowo-Wschodniej? Na to pytanie odpowiedzi szuka międzynarodowa konferencja
Degrowth: bridging green and just in Central and Eastern Europe
Wydarzenie połączy środowiska akademickie i społeczne, a organizatorzy deklarują, że „podczas konferencji będziemy rozmawiać, uczyć się od siebie, wspólnie wypracować odpowiedzi na palące problemy, ale także bawić się i świętować”. do udziału zaproszeni są wszyscy, którzy zajmują się naukowo i praktycznie obszarami dewzrostu, badaniami społeczno-środowiskowymi, sprawiedliwą transformacją, kreowaniem polityk i strategii, przedstawicielki związków zawodowych oraz organizacji społecznych, a także osoby pracujące w obszarach polityki społecznej, klimatu, środowiska, sztuki, aktywizmu, a także architektury i budownictwa.
16-19.06.2026
Klimat Rabki-Zdroju t
o wystawa-sytuacja, która rozwija się w lokalu BWA Wrocław przy Świdnickiej. Wiosenną odsłonę Żyjni kuratoruje Karol Pałka. Zabiera nas do swojej rodzinnej miejscowości: rabki-Zdroju –ruszamy z nim w nieoczywistą podróż po uzdrowisku, w którym koncepcja zdrowienia dzięki światłu słonecznemu, świeżemu powietrzu i porządkowi przeplatała się z doświadczeniem choroby, dziecięcą rekonwalescencją i dyscypliną zabiegów. Artysta prowadził tam badania terenowe i nawiązał współpracę z instytutem Gruźlicy i chorób Płuc im. jana i ireny rudników. W ten sposób poznał historie osób, które przebywały w tamtejszym sanatorium. odnalazł też rozmaite artefakty, narzędzia i obiekty: metalowe bronchoskopy służące do badania układu oddechowego z widocznymi do dziś śladami dziecięcych zębów, prototypy urządzeń do korekcji postawy czy fotografie na co dzień niedostępnych wnętrz i nstytutu. Wszystko to stało się podstawą do pracy dla zaproszonych przez kuratora artystów i artystek.
żyjnia. Sezon wiosenny, fot. alicja Kielan
Emaliowane konstelacje t
o największa od 1974 roku prezentacja twórczości stefana Knappa w Polsce i zwieńczenie obchodów 80-lecia uniwersytetu Mikołaja Kopernika w toruniu. W 1973 roku, z okazji 500. rocznicy urodzin Kopernika, Knapp podarował uczelni wielobarwne panneau, które stało się symbolem toruńskiego kampusu. emaliowana mozaika, symbolizująca układ ciał niebieskich, jest jedną z dwóch największych i najważniejszych realizacji artysty w Polsce. Po wojnie ukończył slade school of Fine Art w londynie i zrobił błyskawiczną karierę artystyczną, głównie w stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Krytycy sztuki na Wyspach pisali, że podarował malarstwo architekturze. jego dzieła zdobią przestrzenie publiczne miast na całym świecie. stworzył m.in.: 17 realizacji dla Heathrow oraz dekoracje lotniska w tel Awiwie, seagram Building w Nowym jorku, unilever-Haus w Hamburgu, shell centre w londynie, c.i.N. Building w Paryżu, a także murale dla wielu uniwersytetów w europie i obu Amerykach. W csW w toruniu możemy zobaczyć ponad 110 prac Knappa, w tym obrazy na płótnie, gobelin, emalie na stalowych płytach, rzeźby z brązu i aluminium, lampy akrylowe i z korzeni drzew.
Ptasie strategie
Wtrakcie rezydencji w M ocAK-u Katarzyna Krakowiak-Bałka będzie pracować z architekturą budynku muzeum. Pierwszą odsłonę tego procesu – Gniazdo – już możemy oglądać. Artystka potraktowała muzeum jak żywy organizm, który może być aktywnym, wrażliwym uczestnikiem relacji międzygatunkowych, społecznych i materialnych. Gniazdo to opowieść o rezyliencji, bo ptaki coraz lepiej potrafią przystosować się dziś do trudnych, miejskich warunków. odkryto, że modraszki zakładały gniazda w pachołkach drogowych, mewy na antenach satelitarnych, a orły na masztach telefonii komórkowych. Podobnie jest z materiałami do ich budowy: nasiona roślin i mech zostały przez nie zastąpione materiałami izolacyjnymi i poliestrem, suche liście – papierowymi torebkami, a gałązki – plastikowymi słomkami. realizacja Katarzyny Krakowiak-Bałki to również głos w toczącej się obecnie dyskusji na temat roli architektury i odpowiedzialności architektów we współczesnym świecie.
Katarzyna Krakowiak-Bałka, Gniazdo, MOcaK, fot. rafał Sosin
Czas ukryty i czas widzialny
Nową edycję flag dla Bęc Księgarni przygotowała justyna szarowska, artystka mieszkająca na stałe w cieszynie. Praca Imago inspirowana jest jelonkiem rogaczem – gatunkiem, którego cykl rozwojowy trwa kilka lat i w większości przebiega poza polem widzenia: larwy rozwijają się w murszejącym drewnie i przy korzeniach starych drzew, a postać dorosła pojawia się na krótko, zwykle późną wiosną i na początku lata. szarowska wykorzystuje tę biologiczną specyfikę nie jako ilustrację, lecz jako strukturę pracy artystycznej: interesuje ją napięcie między długim okresem ukrytego wzrostu a krótkim momentem ekspozycji. Motywem graficznym są uproszczone żuwaczki jelonka, powielane i przekształcane w rytmiczne układy. transparentność flag i ich zależność od światła i ruchów powietrza sprawiają, że tworzony przez nie obraz jest zmienny i nieostateczny. Znaczenie ma także stosowana przez artystkę technika suchej igły, oparta na nacisku, tarciu i żłobieniu – tu jest zapisem długiego, materialnego procesu. Pokazywana w księgarni Imago staje się więc pracą o warunkach twórczości. Przypomina, że książki, obrazy i inne dzieła mają za sobą długi, zwykle niewidoczny proces powstawania, a moment ich publicznej obecności to tylko krótki wycinek tej pracy. Flagi zawisną w maju, a towarzyszącą im prezentację prac szarowskiej będzie można oglądać w Bęc Księgarni do czerwca – właśnie w tym okresie, na który przypada sezonowa widzialność jelonka rogacza.
justyna Szarowska, imago – projekt flag dla Bęc Księgarni
Architektura, która pomaga
Wiosną 2026 roku na warszawskim ursynowie zakończyła się budowa domu dla Młodych Mam. Kobiety w wieku 18–25 lat samodzielnie wychowujące dzieci, a mające doświadczenie przemocy, pobytu w domach dziecka czy placówkach resocjalizacyjnych, znajdą w nim bezpieczne miejsce do życia do czasu, aż „staną na nogi”. dom powstał z inicjatywy Fundacji po druGie i jej szefowej, Agnieszki sikory, Warszawianki roku 2025, od lat zajmującej się m.in. pomocą młodzieży mierzącej się z bezdomnością. Kameralny budynek zaprojektowali pro bono architekci z pracowni WXcA, dokładając starań, aby dom był przytulny, ale zarazem jak najtańszy w utrzymaniu. stąd szereg rozwiązań pozwalających oszczędzać energię i pozyskiwać ją ze źródeł odnawialnych. uznano, że warto nieco więcej wydać na budowę, aby później koszty eksploatacji były niskie. W dwukondygnacyjnym budynku powstały dwa mieszkania, a w nich pokoje dla mam i ich dzieci, wspólne kuchnie, salon, pralnia itd. Mieszkanki domu uzyskają tu pomoc w szukaniu pracy, mieszkania, nauce samodzielności. A przede wszystkim godne, bezpieczne miejsce do życia.
aNNa cyMer DLa NN6T
Dom dla Młodych Mam, ursynów, Warszawa, proj. WXca, fot. anna cymer
orientuj się
Kwartał mieszkaniowy Modern Mokotów w Warszawie, proj. BBGK, fot. anna cymer
Czerwony jak cegła
Mody w architekturze pojawiają się tak samo, jak w innych dziedzinach projektowania. i tak jak niegdyś triumfy święciła stal korten, tak dziś dumny pochód przez nowe polskie budynki wiedzie barwiony na czerwono beton. Może on występować solo, jako główny środek wyrazu, albo w większych zespołach zabudowy jako wyrazisty akcent kolorystyczny. jeszcze dekadę temu materiał ten wydawał się zarezerwowany dla obiektów o wyjątkowym charakterze, takich jak górująca nad gdańskim śródmieściem pochyła wieża Muzeum ii Wojny Światowej czy apartamentowiec z prefabrykatów przy sprzecznej 4 na warszawskiej Pradze (proj. BBGK), oba z 2017 roku. dziś czerwony beton nadaje dizajnerski charakter zabudowie mieszkaniowej: znów sięgnęli po niego architekci z BBGK, projektując kwartał mieszkaniowy Modern Mokotów w Warszawie, czy zespół Medusa Group w krakowskim osiedlu Mieszkaj w Mieście. efektowne detale z barwionego w masie na ceglasty kolor betonu uzupełniają też przestrzeń uniwersyteckiego akademika w Warszawie (to dzieło pracowni Projekt Praga). coraz liczniejsze są dowody na to, że beton nie musi być szary, nudny i monotonny; można z niego kształtować małą architekturę, która staje się znakiem rozpoznawczym inwestycji.
aNNa cyMer DLa NN6T
Park płynący wzdłuż rzeki
twarty pod koniec 2024 roku east side river Park w Nowym jorku dołącza do grona realizacji, w których tereny rekreacyjne zintegrowano z rozbudowanym systemem ochrony przeciwpowodziowej. Projekt opiera się na całym zestawie rozwiązań: podniesionym terenie parku, wałach, ścianach oporowych oraz przesuwnych stalowych bramach, które w razie zagrożenia domykają system zabezpieczeń. Zatrzymujące sztormową wodę stalowe przegrody robią wrażenie swoją skalą i techniczną precyzją, ale nie przytłaczają projektu – pozostają częścią większej kompozycji, wpisanej w krajobraz parku. równie ważne są nowe funkcje rekreacyjne: korty tenisowe, boiska, miejsca piknikowe czy nowe kładki piesze łączące park z siatką ulic Manhattanu. lokalny odbiór projektu jest ostrożnie pozytywny: doceniane są powrót dostępu do nabrzeża i nowe udogodnienia, choć część mieszkańców zwraca uwagę, że przestrzeń jest jeszcze mało zacieniona, i przypomina, że inwestycja powstała kosztem wycinki starych drzew. cały projekt to odpowiedź na doświadczenie huraganu sandy, który w 2012 roku zalał tę część miasta falą sztormową. Park ma więc lepiej chronić lower east side przed kolejnymi ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi.
MONiKa WróBeL DLa NN6T
east river Park, fot. iwan Baan / Bjarke ingels Group: BiG
Nie całkiem serio
dom spotkań z Historią w Warszawie świętuje w tym roku 20. urodziny. Z tej okazji robi swoim widzom prezent w postaci wystawy blisko 130 zdjęć elliotta erwitta, legendarnego fotografa agencji Magnum Photos. t o pierwsza w Polsce tak obszerna retrospektywa, pokazująca ponad 70 lat jego pracy. jako fotoreporter podróżował po usA, europie, Kubie, Nikaragui, Meksyku, japonii i Pakistanie. Zajmował się również reklamą i filmem. Gdy w 1953 roku na zaproszenie roberta capy dołączył do prestiżowej agencji Magnum, pracował już jako freelancer, a jego zdjęcia były publikowane w czołowych amerykańskich magazynach. Na zlecenie tygodnika „time” dwukrotnie odwiedził Polskę (w 1959 i 1964 roku) i fotografował m.in. w Warszawie, Krakowie, częstochowie i Gdańsku. Pod koniec lat 60. erwitt przez trzy lata był prezesem Magnum. trzeba też wspomnieć, że nikt inny, fotografując psy, tak dobrze nie portretował ich właścicieli. Współkuratorka wystawy Beata łyżwa-sokół pisze: „Najsłynniejsze fotografie erwitta są całkiem serio, a trochę nie, pozwalają spojrzeć na siebie z dystansu, są afirmacją życia i wywołują uśmiech na twarzy oglądających”.
Polska, 1964, fot. elliott erwitt / Magnum Photos
Jego i jej życie rodzinne
Zdjęcia c hristophera Andersona pokazywane w instytucie Fotografii Fort powstały, gdy zdecydował się zrezygnować z dokumentowania konfliktów wojennych. skierował kamerę na powiększającą się rodzinę i fotografował ją w różnych miastach, sytuacjach i nastrojach. cykl Son to refleksja nad ojcostwem po narodzinach pierwszego syna – Atlasa, Pia dedykowana jest córce, a Marion to list miłosny do życiowej partnerki i zarazem rozdział zamykający tę historię. Projekty zostały wydane w formie książek fotograficznych, a ich nakład od dawna jest wyprzedany. Wystawa Trylogia rodzinna to efekt pracy Marion, partnerki fotografa, fotoedytorki magazynu „Kometa”, a wcześniej m.in. „Bright Magazine” i „Newsweeka”. uzupełnia ona prace Andersona o swoją perspektywę – bohaterki zdjęć, matki, towarzyszki, dla której aparat bywał zarówno sprzymierzeńcem, jak i przeciwnikiem. dopełnia też te historie własnymi zapiskami fotograficznymi. to druga na świecie prezentacja tych prac w odsłonie stworzonej przez Marion i christophera.
christopher anderson i Marion Durand, z cyklu Trylogia rodzinna, mat. iFF
Splątania Europy Środkowej
Hasło przewodnie tegorocznego Miesiąca Fotografii w Krakowie pochodzi ze wspomnień Vladimira Nabokova (Pamięci, przemów. Autobiografia raz jeszcze). Zwrot unreal estate – „przygodne włości” – odnosił się do osób, miejsc, obiektów bezpowrotnie utraconych w wyniku jego przymusowej emigracji z ogarniętej rewolucją rosji. Wspominanie ich stało się sposobem na budowanie nowej tożsamości w nieustannej zmianie. W ciągłym ruchu są też nasz region europy i relacje polsko-niemieckie, czyli główne tematy Miesiąca Fotografii. Kuratorzy Krzysztof Pijarski i Anna Voswinckel piszą: „europa Środkowa to terytorium, gdzie granice wielokrotnie przesuwały się ponad głowami ludzi, a samo istnienie państwa rzadko było czymś oczywistym”. Unreal Estate będzie więc fotograficzną opowieścią o granicach, splątaniach i duchach europy Środkowej. czekają na nas trzy wystawy programu głównego (w MocAK-u, Bunkrze sztuki i Galerii Pałacu Potockich) oraz szereg towarzyszących im wydarzeń – dyskusji, oprowadzań i spotkań. W programie również sześć wystaw sekcji showoFF (młodych talentów wyłonionych w międzynarodowym konkursie organizowanym przez Fundację sztuk Wizualnych) oraz pokaz prac studentów i studentek polskich i niemieckich szkół artystycznych w ramach sekcji FriNGe.
Nowe scenariusze
tegoroczny festiwal Millenium docs Against Gravity odbywa się pod hasłem Poszukiwania. dyrektor Artur liebhart rozwija je jako szukanie sposobów odnalezienia się w nowej rzeczywistości, szansę poznania osób i historii, których na co dzień nie mielibyśmy szansy poznać, czy wreszcie zagłębianie się w nas samych. Zobaczymy filmy mocne i ważne, jak otwarciowy Bez końca Michała Marczaka o ojcu szukającym zaginionego nad Wisłą syna czy znakomicie przyjęte na Berlinale Ślady Alisy Kovalenko i Marysi Nikitiuk, w których głos zabierają ukraińskie kobiety po doświadczeniu przemocy seksualnej i tortur w trakcie rosyjskiej inwazji. W programie znajdziemy też sporo motywów związanych
ze sztuką: Freak Show łukasza rondudy i Filipa Pawlaka towarzyszy grupie artystów z niepełnosprawnościami, którzy przygotowują performens na otwarcie warszawskiego MsN-u, Marcin Borchardt w Moich Themersonach podejmuje się retrospekcji legendarnej pary artystów poprzez ich wychowankę jasię, a wśród bohaterów dokumentu Ciało wojny Małgorzaty szumowskiej i Michała englerta są członkowie kolektywu artystycznego open Group. MdAG to największy polski festiwal filmowy i drugi największy festiwal filmów dokumentalnych w europie – w ubiegłym roku zgromadził ponad 181 tys. widzów i widzek. towarzyszy mu wystawa MDAG Vision. Doświadcz tego, co nadejdzie w stołecznym Muzeum etnograficznym, gdzie zobaczymy m.in. pracę Planet City spekulatywnego architekta liama younga, który stawia radykalną tezę, że jedynym sposobem na ocalenie planety jest dobrowolne skupienie całej ludzkości w jednej hipergęstej metropolii i oddanie reszty Ziemi naturze.
orientuj się — fotografia i
Odnalezione archiwum
Za wielkimi odkryciami często stoi przypadek. tak było i tym razem. W latach 90. w odpowiedzi na prośbę Aleksandra Bielendy, nauczyciela historii, uczniowie szkoły w podrzeszowskiej lubeni przynieśli na lekcję stare przedmioty. Wśród nich znalazło się kilka szklanych negatywów fotograficznych. szybko okazało się, że nie są to zwyczajne negatywy. Przyniosła je wnuczka Bolesława Wróbla – żyjącego w latach 1903–1965 lokalnego rzemieślnika i artysty, który amatorsko dokumentował życie wsi za pomocą samodzielnie skonstruowanego aparatu fotograficznego. Z czasem okazało się również, że zachowało się ich nie kilka, ale niemal 200. lubenia zyskała tym samym wyjątkowy zapis swojej codzienności w pierwszej połowie XX wieku. Po wielu latach od tego odkrycia Muzeum etnograficzne w rzeszowie zaprasza do ponownego przyjrzenia się spuściźnie Bolesława Wróbla. Na kuratorowanej przez Bogdana szczupaja wystawie odwiedzający po raz pierwszy mają okazję zobaczyć starannie wykonane papierowe reprodukcje fotografii, oddające niedoskonały charakter oryginałów. Zaprezentowano 150 zdjęć z lat 1930–1955. oglądane po niemal 100 latach jawią się nie tylko jako osobiste pamiątki, lecz także jako historyczne, socjologiczne i społeczne świadectwo – odnalezione archiwum, odsłaniające wizualną historię lokalnej społeczności.
fot. Bolesław Wróbel, archiwum Galerii Fotografii Miasta rzeszowa
aGaTa KieDrOWicZ DLa NN6T
Zorientowane na zmianę
dziś każde większe europejskie miasto ma swój festiwal dizajnu. różne są charaktery i profile wydarzeń, ale wszystkie mają wspólny mianownik: dizajn aktywnie uczestniczy w zmianie kulturowo-społecznej, a nierzadko ją inicjuje. Nie inaczej sprawy mają się w Berlinie. jubileuszowa, 10. edycja Berlin design Week poświęcona jest projektowaniu jako sile napędowej rozwiązywania problemów – małych i znaczących. Pod hasłem DESIGN REAL prezentowane będą wystawy i projekty zarówno estetycznie wyrafinowane, jak i zorientowane na zmianę. Berlin stanie się sceną doświadczania kultury projektowania w wielu odsłonach. BerliN desiGN NiGHts (28 maja) to całodobowe wydarzenie networkingowe – studia projektowe, galerie, agencje i uczelnie otwierają swoje podwoje i zapraszają publiczność do zapoznania się z ich pracami, rozmów i nawiązywania kontaktów. desiGN Pool (30 i 31 maja) to hybrydowy format targów i otwartego marketu – projektanci i producenci spotykają się tu, aby zawierać transakcje. W ramach the BerliN ForMAt (29 maja) odbędą się prelekcje i dyskusje na aktualne tematy projektowe. desiGN + scieNce skupia się natomiast na wzajemnym oddziaływaniu designu, nauki i badań – poprzez interdyscyplinarne, otwarte formaty prelekcji, paneli, warsztatów i wystaw łączy wiedzę naukową i projektową w celu tworzenia nowych połączeń i synergii.
Na wyciągnięcie ręki
Hasło tegorocznej edycji festiwalu Gdynia design days brzmi: Bliżej to zaproszenie do skupienia się na tym, co realne, lokalne i sprawcze – zamiast odległych wizji przyszłości organizatorzy stawiają na uważność, współpracę i małe kroki prowadzące do zmiany. Gdyński festiwal od lat konsekwentnie buduje program skupiony na wzmacnianiu relacji: z ludźmi, naturą i miastem. i wokół tych tematów oscylują tegoroczne propozycje wystaw, warsztatów oraz wydarzeń towarzyszących. Zobaczymy m.in. wystawę elizy Gawrjołek z Fashion revolution Polska poświęconą modzie adaptacyjnej, prototypowe projekty mebli i lamp wykonanych w 100% z biodegradowalnych biopolimerów od Mozi studio, międzynarodową wystawę ceramiki castceramics (12 artystek z 6 krajów prezentujących różnorodne podejścia do ceramiki) czy inkluzywną wystawę Dotknąć miasta. Gdynia, eksponującą tekstylne tyflografiki zaprojektowane z fascynacji gdyńską metaloplastyką. c iekawie zapowiada się też sekcja warsztatowa (w planach są spotkania poświęcone krawiectwu, regeneracji, kolażowi czy prawu autorskiemu), spacery tematyczne (m.in. szlakiem realizacji traffic design z Michałem l echem) i otwarte prelekcje.
Projekt Mebel, fot. Marek Swoboda
aGaTa KieDrOWicZ DLa NN6T
Tęsknota za głębią
szukając rozwiązań, często nurkujemy w przeszłość – do wzorców, które zadziałały, są znane i komfortowe. dlaczego nie skupić się na teraźniejszości, na tym, co tu i teraz? rozważania nad aktualnością projektowania doprowadziły organizatorów 3daysofdesign do zatrzymania się w chwili obecnej. czy przy ogromnej masowej produkcji oraz zanieczyszczeniu natury i ludzkiej percepcji wciąż potrzebujemy nowych projektów? rezultatem współczesnego przeładowania jest tęsknota za głębią. Make This Moment Matter, temat przewodni kopenhaskiego festiwalu, oddaje ducha czasu, odzwierciedlając zbiorową rekalibrację z „więcej” na to, co „znaczące”. to hasło rezonuje na wielu poziomach – świadomej produkcji, konsumpcji i współuczestnictwa – w dizajnie, architekturze, urbanistyce, turystyce, gastronomii. A że duża zmiana zaczyna się od małych połączeń, uruchomiono ważną festiwalową sekcję Long Table Dinners. Przy długich stołach, podczas intymnych kolacji i współdzielonych, społecznych lanczów, uczestnicy festiwalu – zarówno artyści i projektanci, jak i odbiorcy i widzowie – będą mogli podzielić się posiłkiem i doświadczeniem. „Kiedy jemy, obniżamy gardę. to tak, jakbyśmy byli bardziej obecni w danej chwili. jedzenie to zaproszenie, by być tu i teraz. i to dobry moment, by zacząć rozmowę” – zaprasza lærke Kløvedal, pisarka i pomysłodawczyni kopenhaskich spotkań przy stole.
Poulsen
anna Miłek, czasopismo nOrd
Cykliczność
tegoroczna AGrAFA odbywa się pod hasłem Cykle/Cycles i podejmuje temat szeroko rozumianych cykli i cykliczności. Życie produktu, relacje technologia–natura, wzajemne oddziaływanie uczestników pracy projektowej, łańcuchy zależności, gospodarka cyrkularna, powracające problemy, rola czasu w dizajnie – to hasło wywołuje dużo skojarzeń. Na dwudniowe wydarzenie organizowane przez Akademię sztuk Pięknych w Katowicach złożą się pokonkursowa wystawa Międzynarodowego studenckiego Przeglądu Projektowego w rondzie sztuki, konferencja połączona z warsztatami oraz y oung AG r AFA (wystąpienia młodych projektantów). spośród 190 nadesłanych prac na wystawę wybrano 48 projektów, głównie z dziedziny projektowania graficznego, ale nie tylko. A na międzynarodowej konferencji wystąpią m.in.: typograf i badacz Niteesh yadav, projektant komunikacji wizualnej Andreas uebele, stella lee Prowse i Miriam josi – założycielki studia Aléa, koncentrującego się na tematach wzrostu, rozkładu i odpadów – oraz założycielka organizacji charytatywnej Books Beyond Words sheilla Hollins.
I cóż, że
jerzy Porębski jest uznanym projektantem i pedagogiem. Ma na swoim koncie tak ikoniczne realizacje jak warszawski Miejski system informacji czy stołeczne przystanki. A jednak główny nacisk na indywidualnej wystawie na swojej macierzystej uczelni postanowił położyć na nowe, eksperymentalne obiekty. to kilkadziesiąt – pokazywanych tu po raz pierwszy publicznie – struktur, w których elementy ściskane i rozciągane stabilizują się wzajemnie w stanie napięcia. „czym może być forma, znak, gest, projektowy w czasach niepewności i nadmiaru, gdy wszystko wydaje się kruche, zmienne, podważalne i chwilowe –o tym jest ta wystawa” – pisze jerzy Porębski. Pokazuje tu też wybór ze swojej wieloletniej i wielowątkowej praktyki projektowej: systemy informacji wizualnej, identyfikacje instytucji, projekty dla przestrzeni publicznej, aranżacje wystaw, obiekty użytkowe i projekty graficzne. „tytuł wystawy I cóż z tego, że świat wisi na włosku? brzmi jak zdanie wypowiedziane ze wzruszeniem ramion – a przecież w rzeczywistości zawiera pytanie o kondycję świata i o warunki trwania formy” – dodaje jarosław trybuś, kurator wystawy w salonie Akademii. to wydarzenie zapowiadające obchody 50-lecia Wydziału Wzornictwa AsP w Warszawie, które przypadają na rok 2027.
Zapisane w tkaninie
Whistorii tkaniny artystycznej „szkoła sopocka” zajmuje szczególne miejsce. Mowa nie tylko o uczelni utworzonej w s opocie w 1945 roku, lecz także o konkretnej postawie artystycznej. Wspólną cechą członków grupy był emocjonalny i bardzo indywidualny stosunek do rzeczywistości. dorobek szkoły przybliża wystawa Nie wymyśliłam nic. Punktem wyjścia jest twórczość prof. józefy Wnukowej i jej studentki Zuli strzeleckiej, autorek tkanin, gobelinów i obrazów. o bie w swojej sztuce chętnie sięgały do tradycji ornamentu i dziedzictwa regionalnego, pielęgnowały tradycyjny warsztat, a ich prace często miały charakter użytkowy i dekoracyjny. W twórczości obydwu pojawiają się też motywy osobiste, a natura i zwierzęta są istotnym elementem formalnym i treściowym dzieł. Pokaz, wychodząc od spuścizny twórczyń, przygląda się wpływom społecznym, historycznym i kulturowym; pyta też o znaczenie tkaniny we współczesnej sztuce i współczesnym świecie. dzisiejsze podejście do tekstylnej materii reprezentują na wystawie prace Karoliny Balcer i irminy staś, artystek, które wykorzystują tradycyjne tkaniny jako krytyczne medium do reinterpretacji aktualnych tematów i motywów.
irmina Staś, Soft object 6, 2025
Kostiumy przetrwania
Wprojekcie Powłoki i pancerze, kuratorowanym przez Martę l isok, splatają się wątki sztuki, dizajnu, botaniki, narratologii i bioinżynierii. jego osią jest praca nad kostiumem, który miałby poszerzać ludzkie sensorium i reagować na sygnały pozawizualne: drgania, zmiany temperatury czy bodźce zapachowe. Punktem wyjścia są tu sposoby komunikacji owadów, a także termiczna dynamika gadów oraz mechanizmy regeneracyjne alg i grzybów. Pokazywane na wystawie prototypy to spekulatywne modele funkcjonowania ciała w warunkach kryzysu, migracji i środowiskowej nieprzyjazności. Wśród testowanych form pojawiają się stroje-schrony, stroje do kompostowania i podwyższania wilgotności, zewnętrzne archiwa emocji i wspomnień, stroje dla zbieraczek i nomadek, stroje-łona oraz stroje-groby. Kostium przestaje tu być osłoną rozumianą wyłącznie jako zabezpieczenie – staje się interfejsem, który przekształca sposób odczuwania, zapamiętywania i komunikowania.
Stulecie radia
dy w 1926 roku Polskie radio rozpoczęło regularną emisję, było medium przełomowym – redefiniującym audiosferę, sztukę, sposoby komunikacji i uczestnictwa w życiu publicznym. sto lat później, gdy technologiczne przemiany wydają się tylko przyspieszać, radio wciąż pozostaje aktualnym punktem odniesienia. Może nie tylko przypominać nam o długim trwaniu pewnych historycznych praktyk i wyobrażeń, ale także wskazać przestrzenie adaptacji i wytwarzania nowych form medialnego uczestnictwa. Z zainteresowania tymi przemianami wyrasta konferencja 100 lat radia: teksty, technologie, społeczności, organizowana przez Wydział Filologiczny uniwersytetu łódzkiego. Wydarzenie stwarza przestrzeń do świętowania okrągłego jubileuszu medium poprzez refleksję nad jego współczesną formą. Zaproszeni prelegenci i prelegentki podejmą zagadnienia takie jak rola radia społecznościowego, status sztuki radiowej czy przemiany praktyk słuchania. Konferencję uświetni m.in. występ artystki dźwiękowej justyny Banaszczyk (FoQl), eksplorującej w swojej praktyce twórczy potencjał radiofonii.
Nagranie w studiu Polskiego radia, ok. 1927, fot. jan ryś, źródło: Biblioteka Narodowa
Muzyka przesilenia e
phemera, młodsza siostra krakowskiego unsoundu, po raz siódmy powraca do Warszawy. Festiwal inspirowany słowiańskimi rytuałami przejścia celebruje przesilenie letnie poprzez muzykę, performens i sztuki wizualne. jak co roku organizatorzy zadbali o zróżnicowany program artystyczny oraz nieoczywiste lokalizacje. Festiwal zainauguruje koncert na scenie teatru Wielkiego – opery Narodowej, który otworzy Hania rani. Polska pianistka z warszawskim Hashtag ensemble wykona premierowo Shining – utwór inspirowany minimalizmem steve’a reicha i Philipa Glassa. tego samego wieczoru po raz pierwszy w Polsce wystąpi Arooj Aftab, pakistańska wokalistka tworząca hipnotyzującą muzykę na styku wokalnego jazzu i subtelnej elektroniki. dwa dni później publiczność usłyszy cabaret Voltaire – legendarny industrialno-nowofalowy zespół wystąpi w Klubie Palladium i pożegna się z publicznością po 50 latach działalności. W kolejnych dniach festiwalu będzie można zobaczyć taneczno-performatywne show young Boy dancing Group z Zurychu – surowe, intymne i nasycone queerową energią. Nie zabraknie także klubowych akcentów, za które ponownie odpowie inicjatywa dragana Bar. swoje sety zagrają m.in. oli Xl, rosa Pistola i dj neurospicy.
8–14.06
dj neurospicy, mat. ephemera Festival
Miesiąc w zieleni
od pewnego czasu krakowski festiwal przyjmuje formułę „festiwalu rozproszonego”, rozciąganego niemalże do rozmiaru koncertowego cyklu. W tym roku przejmie we władanie Klub r e (z dodatkowymi wypadami m.in. do Betelu) na cały maj. Green Zoo zawsze krążył wokół okołogitarowej alternatywy i nie inaczej będzie teraz. Wśród gości z zagranicy – przede wszystkim król kologo (tradycyjny instrument strunowy z Ghany) King Ayisoba. do tego m.in. nawiązujący do elektroniczno-popowej awangardy lat 80. Nowojorczycy z Public circuit, dreampopowo-synthpopowe (czy może raczej – postchromaticsowe) Nuovo testamento czy kalifornijski darkwave soft Vein. W programie również bardzo przemyślana reprezentacja Polski – od aktualnych iteracji ||AlA|MedA|| i trupy t rupa po Bazgrołki, które tegorocznym albumem Przełamując fale wyrastają na jeden z najważniejszych młodych polskich zespołów gitarowej alternatywy.
Rojenia przesilenia t
o już swoista tradycja, że czerwcowe iteracje cyklu Fala dźwięku odbywają się w okresie przesilenia letniego na świeżym powietrzu. tym razem Fala zagości w Parku im. Księcia janusza na Kole, a motywem przewodnim będą owady. Kompozytorka Agata Zemla zaprezentuje performens dźwiękowy poświęcony pszczołom. Wedle zapowiedzi nagraniom terenowym z uli towarzyszyć będą dźwięki – artystka będzie nimi sterować przy pomocy kontrolerów ruchu, tworząc elektroakustyczną kompozycję, która zabrzmi w parku w systemie kwadrofonicznym. Po niej zaś live set zagra Astma, czyli tomasz Popakul. Kto wie, może wplecie weń fragmenty materiału, który przygotował na użytek Bug Poems FoQl (gdzie Popakul jest ważną postacią, a poza tym brawurowo opowiada o owadobójczym środku Poltox).
Kody międzykulturowe
Festiwal tradycji i Awangardy Muzycznej Kody wchodzi w pełnoletniość – przed nami 18. edycja imprezy, która od lat na różne sposoby buduje pomosty między środowiskami muzyki dawnej, ludowej, współczesnej oraz niezależnej. tegoroczna odsłona to bogaty, różnorodny program: od reprezentacji skandynawskiej – gwiazdy avantpopowego eksperymentu jenny Hval i mistrzów postjazzowej improwizacji z supersilent, przez znakomitą peruwiańską gitarzystkę i aktywistkę dźwiękową Ale Hop (Alejandra cárdenas), aż po wątki japońskie, z eksperymentalną wokalistką Hatis Noit na czele. dodajmy do tego cztery (�) specjalne programy koncertowe: Wojciecha Błażejczyka (premiera nowego albumu) i royal string Quartet z okazji stulecia Polskiego radia; koncert na stulecie urodzin Mortona Feldmana (Andrzej Karałow i trio emilia Karolina sitarz, ewa liebchen, Magdalena Kordylasińska-Pękala); program utworów egidiji Medekšaitė w wykonaniu Flow unit / Hashtag ensemble; premierowy koncert nowego kwartetu Piotr Gwadera, Maja Miro, ryszard lubieniecki, Paweł iwan, który przygotował program poświęcony tajemniczemu polsko-szwedzkiemu tańcowi z XVii wieku.
aNTONi MicHNiK DLa NN6T
Hatis Noit wystąpi 30 maja w Studiu Koncertowym radia Lublin
Apokaliptyczny brud
Podczas tegorocznego Biennale w Wenecji pawilon Austrii zamieni się w hybrydę parku wodnego, oczyszczalni ścieków i świątyni, gdzie natura, technologia i ludzkie ciało zderzają się w świecie kryzysu ekologicznego. Florentina Holzinger, jedna z najbardziej bezkompromisowych współczesnych artystek performensu i eksperymentalnej choreografii, zaprezentuje projekt Seaworld Venice, w którym woda jest zarówno tematem, jak i materią działania. Holzinger znana jest z ekstremalnych pomysłów: klasyczny balet rozpada się pod ciężarem motocykli zawieszonych nad sceną, helikopter staje się narzędziem performensu, a nagie ciała wiszą na hakach lub przejmują kontrolę nad przemysłowymi maszynami. Podczas biennale jej performanse będą odbywały się w wodzie, w powietrzu i w przestrzeni miasta, wydobywając to, co zwykle pozostaje niewidzialne: odpady, brud, ślady masowej turystyki. jak czytamy w zapowiedzi: „W Seaworld Venice Holzinger maluje apokaliptyczny scenariusz, który już się wydarza, ukazując współudział ludzkości w zapadającym się (eko) systemie: życie przeżywane w odpadach innych. to ulotne obrazy i kompozycje, które nas nawiedzają, balansując na granicy niemożliwego. Artystka radykalnie poszerza to, co uznajemy za możliwe – a to sposób myślenia, który jest zaraźliwy i którego dziś potrzebujemy bardziej niż kiedykolwiek”.
ewa dziarnowska to polska choreografka i performerka pracująca w Berlinie. jej nowa praca odnosi w tym roku spektakularny sukces na ważnych międzynarodowych scenach. W kwietniu występowała w Palazzo Grassi w Wenecji, w maju będzie można zobaczyć ją podczas Kunstenfestivaldesarts w Brukseli, a w czerwcu na Malta Festival w Poznaniu. W This resting, patience całą przestrzeń pokrywa gruby ultramarynowy dywan. ewa dziarnowska i leah Marojević, ubrane na niebiesko, tańczą na środku sceny –blisko siebie i bardzo blisko widzów. Falują. otwarte i uważne, bawią się przyciąganiem, powtórzeniami, formą i emocjami. jedna z performerek nuci piosenkę What the World Needs Now dionne Warwick. to choreograficzna eksploracja fizycznego pożądania i tęsknoty, nadziei i straty. Kontakt z publicznością jest realny i fizyczny, a bierne patrzenie ustępuje współobecności.
eWa DZiarNOWSKa, tHiS reStinG, Patience 9–12.05
KuNSTeNFeSTiVaLDeSarTS BruKSeLa, różNe LOKaLiZacje WWW.KFDa.Be 27–28.06
MaLTa FeSTiVaL POZNań, różNe LOKaLiZacje WWW.MaLTa-FeSTiVaL.PL
aGNieSZKa SOSNOWSKa DLa NN6T
ewa Dziarnowska, this resting, patience, fot. Spyros rennt, mat. Malta Festival
Złudzenia cyfrowego świata
aleksandra Kosior swoją rozprawę doktorską poświęciła tematowi prywatności w świecie nowych technologii. dziś w pracy badawczej koncentruje się na zagadnieniach związanych z nowymi technologiami i kulturą. Podobnie sylwia szykowna, doktorka nauk humanistycznych, która analizuje społeczno-kulturowy wymiar rozwoju sztucznej inteligencji. ich wystawa AI – Algorytmy Iluzji to opowieść nie tylko o technologii, ale też o tym, co znaczy być człowiekiem w świecie algorytmów, danych i połączeń. Nie zobaczymy tu generatywnych obrazów tworzonych przez algorytmy sztucznej inteligencji, lecz zbiór prac krytycznie podejmujących temat Ai, m.in. monumentalną pracę Calculating Empires. A Geneology of Power and Technology Kate crawford i Vladana jolera, prezentowaną na Biennale w Wenecji w 2024. to zachęta do dyskusji o tym, co pozostaje niewidoczne: o społecznym i materialnym zapleczu algorytmów, o relacjach władzy, które je kształtują, oraz o odpowiedzialności zarówno użytkowników i użytkowniczek, jak i instytucji.
Kwartał Społeczno-Kulturalny Emilii Plater 29/31 nie jest kolejnym projektem „na papierze”, lecz działającym prototypem miasta. W samym centrum Warszawy, w dawnych budynkach szkolnych otoczonych zielenią, teatr, radio, galeria sztuki, kawiarnia, rezydencje artystyczne, sport i działania sąsiedzkie tworzą wspólną infrastrukturę. Jej źródłem są środowiska kultury, ale stawką jest znacznie więcej niż program wydarzeń. To eksperyment z przyszłością centrum: z tym, jak może działać przestrzeń publiczna, jeśli zamiast logiki maksymalizacji wartości gruntu dopuści się logikę współużytkowania, troski i wyobraźni.
Teatr Komuna Warszawa
od lat tworzy przestrzeń dla artystycznych eksperymentów i nowych form spotkania z widzem. W systemie teatralnym zdominowanym przez zamknięte instytucje, stałe zespoły i sztywne struktury taka praktyka jest wyjątkiem. Komuna pracuje inaczej: jako miejsce produkcji, prezentacji, rezydencji, prób, współpracy i ryzyka artystycznego. Jej program obejmuje premiery performatywne, taneczne i muzyczne, spektakle gościnne, festiwale, koncerty, wystawy, wykłady i działania edukacyjne – rocznie produkuje od 6 do 8 premier i organizuje ponad 150 wydarzeń.
Sztuki performatywne, mimo że mają ulotny charakter, wymagają bardzo konkretnych warunków: potrzebują sal prób, sceny, zaplecza technicznego, magazynów, miejsc pracy, czasu i życzliwego otoczenia. Bez fizycznej przestrzeni nie ma spotkania. Bez infrastruktury nie ma eksperymentu. Teatr Komuna Warszawa dobrze to rozumie: myśli o mieście równie poważnie jak o sztuce. Swoje ponad 30-letnie doświadczenie niezależnej sceny przeniósł na teren przy Emilii Plater 29/31, gdzie od 2020 roku działa w budynku dawnej szkoły podstawowej. Miejsce jest wyjątkowe. Kwartał Emilii Plater 29/31 leży między historycznymi wieżowcami Marriotta i Elektrimu,
Tim Etchells, neon All the Things, widok od strony ul. Emilii Plater, fot. Paweł Ogrodzki
w bezpośrednim sąsiedztwie Dworca Centralnego. Na terenie dawnego ogrodu pomologicznego stoją dwa budynki szkolne, przykłady powojennej architektury modernistycznej: niskie, funkcjonalne, otoczone zielenią, z potencjałem adaptacji i ponownego użytkowania zamiast wyburzenia. To nie jest miejska pustka ani rezerwa inwestycyjna bez znaczenia. To inspirująca struktura, w której dzięki Komunie zaczęło działać nowe centrum społeczno-kulturalne. Historia tego miejsca dobrze pokazuje miejskie napięcia. Dawny budynek liceum im. Hoffmanowej był w 2015 roku miejscem wystawy Warszawa w budowie: Spór o odbudowę, przygotowanej przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Później budynki pozostawały niewykorzystane, choć teren należy do najatrakcyjniejszych w Warszawie. W końcu przestrzeń została powierzona Teatrowi Komuna Warszawa. Liczne działania i współprace – m.in. z Zespołem Sztuk Społecznych (Instytut Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego), Wydziałem Architektury Politechniki Warszawskiej, festiwalami Warszawska Jesień, Ephemera, Millenium Docs Against Gravity i wieloma innymi partnerami – spowo-
Zespół szkół „tysiąclatek” przy ul. Emilii Plater w Warszawie, 1961, projekt Jerzy Baumiller i Jan Zdanowicz. Zaliczany do najlepszych przykładów powojennego modernizmu, obejmuje budynki, tereny zielone i dziedzińce. Wpisany jest do Gminnej Ewidencji Zabytków, wszczęte jest postępowanie wpisu do rejestru zabytków.
dowały, że wokół teatru powstaje coraz gęstszy ekosystem, w którym sztuki performatywne spotykają się z muzyką, radiem, gastronomią, działaniami sąsiedzkimi i nieformalną edukacją miejską. Radio Kapitał współtworzy obecność miejsca jako medium społecznościowego – przez audycje, wydarzenia i działania warsztatowe. Turnus, działający jako galeria, kawiarnia i punkt spotkań, wnosi doświadczenie niezależnej sceny artystycznej i codziennej gościnności. Dzięki tej mieszance Kwartał Emilii Plater 29/31 nie jest adresem jednej instytucji, lecz układem współobecności.
Projekt Kwartału Społeczno-Kulturalnego Emilii Plater 29/31 nie powstał ani jako abstrakcyjna wizualizacja, ani konkursowa plansza, ani inwestorskie zamówienie, ale jako rozwinięcie tego, co już działa. Koncepcja zakłada rewitalizację dawnych tysiąclatek i przekształcenie ich w otwartą, wielofunkcyjną przestrzeń miejską: centrum sztuk performatywnych, szkołę zawodów przyszłości, ogród społeczny, przestrzeń sportową, zaplecze rezydencyjne, miejsca pracy, edukacji i spotkań. Ważne jest nie tylko to, co projekt dodaje, lecz także to, czego nie niszczy: istniejącej architektury, zieleni, skali miejsca i jego społecznej dostępności.
Kwartał Społeczno-Kulturalny Emilii Plater 29–31, możliwości rozwoju. Projekt Maciej Siuda i zespół, na bazie międzyśrodowiskowych prac warsztatowo-projektowych 2021-2026
W 2024 roku Kwartał Społeczno-Kulturalny Emilii Plater 29/31 zdobył Nagrodę Mieszkańców w konkursie Nagrody
Architektonicznej Prezydenta m.st. Warszawy. To sygnał, że Warszawianki i Warszawiacy rozpoznali w tym miejscu wartość nie dlatego, że jest nowym, lśniącym obiektem, lecz dlatego, że już dziś odpowiada na realne potrzeby miasta.
A jednak przyszłość Kwartału pozostaje niepewna. Równolegle istnieje inna wizja dla tego terenu: sprzedaż, zastąpienie wielofunkcyjnej przestrzeni społeczno-kulturalnej zabudową komercyjną. W projekcie Planu Ogólnego Warszawy pojawiły się zapisy dopuszczające w tym miejscu zabudowę wysokościową do 125 metrów, co stało się punktem zapalnym publicznej dyskusji o przyszłości działki.
Z tego powodu spór o Emilii Plater 29/31 nie jest sporem o jeden budynek po dawnej szkole. Jest pytaniem o to, czy Warszawa potrafi rozpoznać wartość, która nie powstaje przez sprzedaż gruntu, ale przez długotrwałe budowanie relacji, programu, zaufania i codziennych praktyk współużytkowania. Kwartał już dziś działa jak miejska innowacja: niskokosztowa, adaptacyjna, społeczna i zakorzeniona. Pokazuje możliwą przyszłość w działaniu.
Kwartał Społeczno-Kulturalny Emilii Plater 29/31, możliwości rozwoju. Widok ogólny z wyróżnieniem nowych funkcji, takich jak: Szkoła Zawodów Przyszłości, studia startupów przemysłów kreatywnych, Centrum Rezydencji Miejskich, ogród miejski z zapleczem przetwórstwa i sprzedaży produktów, minibazarek, teren aktywności sportowej. Projekt Maciej Siuda i zespół, na bazie międzyśrodowiskowych prac warsztatowo-projektowych 2021-2026
Jest również testem dla miejskiej polityki. Czy kultura ma być traktowana jako tymczasowy najemca przestrzeni oczekującej na „prawdziwą” inwestycję, czy jako pełnoprawna siła tworząca miasto? Czy centrum Warszawy może być miejscem wspólnej pracy artystów, mieszkańców, młodych organizacji, niezależnych mediów, ogrodu, sportu i spotkania?
Kiedy czytasz te słowa, odpowiedź wciąż nie jest przesądzona. Ale Kwartał Społeczno-Kulturalny przy Emilii Plater 29/31 już istnieje. I właśnie dlatego jest tak ważny: nie jako obietnica, lecz jako dowód, że kultura potrafi projektować miasto z uwagą – rozpoznając realne potrzeby, tworząc dostępne miejsca odpoczynku i aktywności, a także wzmacniając te funkcje centrum, których nie zastąpi ani kolejny biurowiec, ani kolejna komercyjna inwestycja.
KWARTAŁ SPOŁECZNOKULTURALNY EMILII PLATER
zespół programowy: Grzegorz Laszuk, Alina Gałązka, Maciej Siuda, Bogna Świątkowska, Maciej Czeredys, Ewa Ziajkowska,
Artur Jerzy Filip, Tomasz Plata, Zofia Dworakowska, Kuba Snopek, joanna Erbel
Kwartał Społeczno-Kulturalny Emilii Plater 29–31, możliwości rozwoju. Projekt Maciej Siuda i zespół, na bazie międzyśrodowiskowych prac warsztatowo-projektowych 2021-2026
„Mimo tego, że działamy już od sześciu lat i zorganizowałyśmy wiele wydarzeń, to przed każdym z nich zawsze pojawia się lęk, że nikt nie przyjdzie. I chyba zostanie to z nami na zawsze” –przyznaje Marcelina Gorczyńska, współzałożycielka Turnusu, jednej z najciekawszych inicjatyw realizowanych w Warszawie, która od kwietnia tego roku dołączyła do Kwartału Społeczno-Kulturalnego Emilii Plater 29/31.
Zuzanna Michalczyk
TURNUS
Turnus przez lata funkcjonował poza centrum Warszawy: stworzył rozpoznawalny adres na Woli, przy ul. Wolskiej. Niedawno zmienił lokalizację – przeniósł się do tej samej starej szkoły, w której swoją siedzibę ma Teatr Komuna Warszawa. Nie stało się tak przypadkiem. Energia działania obu instytucji, rozumienie skutków oddziaływania kultury wydają się uzupełniać i nawiązywać do siebie. Teren dawnych szkół przy ul. Emilii Plater 29/31, pobudzony do życia dzięki Komunie, wybudza się do kwadratu dzięki Turnusowi – galerii sztuki, kawiarni, miejscu oddolnych wydarzeń kulturalnych.
– Model naszego działania zostaje taki sam: Turnus to nadal galeria sztuki i kawiarnia, w której codziennie odbywają się wydarzenia, i może je zorganizować każdy – mówi Marcelina Gorczyńska. – Obecność w szkole przy Emilii Plater umożliwia nam organizację przeróżnych wydarzeń artystycznych, muzycznych i zabawowych, o których od dawna marzyłyśmy, a których w Turnusie na Wolskiej nie byłyśmy w stanie zrealizować.
W nowym Turnusie słyszy się co jakiś czas: „Jezu, jak tanio”. Kawiarnie stały się jednym z najpopularniejszych miejskich miejsc trzecich – nie powinny być drogie, żeby można było korzystać z nich na tyle regularnie, by w ich murach budowały
się wspólnoty. Wyjście zimą z domu, żeby spotkać się z licealną koleżanką, nie powinno wiązać się z opłatą w wysokości 60 złotych. Poranna kawa przed pracą nie powinna kosztować tyle, ile wynosi najniższa krajowa za godzinę netto. Najwyraźniej Turnus podziela oburzenie, które budzi się w sercu, gdy widzimy w kawiarni kanapkę za 29 złotych. Dawna siedziba aspirowała do zmian, nowa je wprowadza.
Turnus Cafe na Emilii Plater, analogicznie do Turnusu na Wolskiej, projektowany i remontowany był w przeważającej większości przez sam kolektyw Turnus, z wielką pomocą zaprzyjaźnionych osób artystycznych. Doświadczenie zebrane na Woli na przestrzeni minionych trzech lat pozwoliło zrobić to z większym rozmachem, z nową energią i odświeżoną wizją estetyczną, choć w tym samym składzie osobowym. Podczas prac remontowych w nowym lokalu powracała do mnie ustawicznie myśl: to wszystko robią artyści. Tynki, gładzie, listwy, montaże, wyburzenia, wiercenia, przebudowy, instalacje. Blaty, schody, parapety, grzejniki. Tworzenie mebli od zera. Szycie poduszek do tychże. Odnajdywanie i odnawianie używanych kasetonów, by dać im drugie życie. Stereotyp artysty rozlanego w nieporadności przez swoją wrażliwość zginąłby, gdyby tylko zajrzał na Emilii Plater w dowolnym dniu marca 2026.
– Dzieło sztuki musi być po nic, to znaczy musi samo uzasadniać swoje istnienie – mówi Nikodem Biegowski, jeden z artystów aktywnie uczestniczących w procesie powstawania nowego Turnusu. – To trochę tak jak z naszym życiem. Według Kanta odczucie tego podobieństwa nazwalibyśmy doświadczeniem piękna. Obiekt użytkowy ma jasny cel, możemy zdefiniować warunki jego istnienia. Mój tata, wspominając naukę w zawodówce, podkreślał, że określenie „artysta” zarezerwowane było dla uczniów, którzy nie nadawali się do niczego. Czy jest się czemu dziwić? Twórczość wymaga swobody, specjalnych warunków, których pozazdrości każdy uczciwie pracujący obywatel. Zwolnienie z oczekiwań ma też swój koszt: fot. archiwum Turnusu
trudno poczuć się jakkolwiek potrzebnym elementem społeczeństwa.
Praca twórcza stale przeplata się z pracą fizyczną i ich pełna separacja jest niemożliwa. To bolące plecy i drętwiejące ręce malarek, zakwasy performerek, sztywność karku rzeźbiarek. Manualna skrupulatność charakteryzuje zarówno artystów wizualnych, jak i fachowców remontowych. Podobnie z wiarą w swoje możliwości i pychą, która kroczy przed upadkiem. Wierz we własne możliwości stworzenia dziś osobistego opus magnum, ale nie bądź ich zbyt pewien. Pewność zrodzona z samouwielbienia nie jest pewniejsza niż równość poziomicy. – Tworzenie sztuki to praca fizyczna w takim sensie, w jakim fizyczne jest samo dzieło – kontynuuje Nikodem. – Ktoś musi się zmachać, żeby cokolwiek powstało. Próby, szkice, wstępne wersje, potem poprawki. Wysiłek zazwyczaj jest nieproporcjonalny do efektu i pozostaje gdzieś z tyłu. Ma to dobre strony: widać czyste, a odpadami nie ma co się chwalić. Genialne pomysły trafiają się rzadko, przynajmniej mnie. Bliżej mam raczej do św. Tomasza niż św. Faustyny: muszę zobaczyć, żeby uwierzyć. Pociesza mnie, że arcydzieła tworzyli także skończeni głupcy, wyrobnicy bez krzty ogłady. Dowodów na pierwszeństwo praktyki przed teorią jest więcej. Z drugiej strony ten, kto się zmachał, często nie jest autorem w sensie prestiżowym. Docenienie jego pracy jest wyłącznie finansowe. Kiedy pytam o relację między umiejętnościami i doświadczeniami artystycznymi a technicznymi – ciekawi mnie, czy bardziej się uzupełniają, czy wadzą sobie nawzajem – Nikodem odpowiada: – Są dwie szkoły: pierwsza głosi, że praca zarobkowa powinna być dobrze oddzielona od twórczej, żeby maksymalnie konserwować energię i materiał. Druga jest immersyjna, zgodnie z nią lepiej nie zmieniać środowiska zbyt gwałtownie. Nie wiadomo przecież, kiedy ryba pije wodę. Jestem wyznawfot. archiwum Turnusu
cą szkoły pierwszej, ale praktykantem drugiej. Nauczyłem się żyć z tą hipokryzją, rezygnując z resztek powagi. Człowieka do takich szpagatów logicznych może zmusić tylko jego własny układ nerwowy. Lubię pić alkohol, który zabija. Lubię też majsterkować, naprawiać różne śmieci. Mam tendencję do niepotrzebnego wnikania w szczegóły i interesowania się marginalnymi ciekawostkami. Czasami odrywa mnie to od pracy, czasami staje się jej treścią.
Co by się nie działo podczas remontu, ile kłód by się nie pojawiło w procesie, Turnus stoi i czeka na gości. Gości wszelakich, bo przyświeca mu niezmiennie wizja inkluzywności. Każdy jest mile widziany, nawet jeśli czuje, że w dziedzinie artystycznej (czy remontowej) brakuje mu płynności. Dwie sale galeryjne ciepło witają wszystkie zainteresowane osoby, a kawiarnia zaprasza na chwilę odpoczynku w zielonym zakątku gęsto zabudowanego centrum Warszawy.
Turnus to jedna z ciekawszych oddolnych inicjatyw na mapie młodej warszawskiej sceny artystycznej. Projekt zaczął się jako grupa kuratorsko-turystyczno-artystyczno-zabawowa tworzona przez Michalinę Sobieraj, Kamilę Falęcką i Marcelinę Gorczyńską; z czasem przekształcił się w bardziej stały format, dziś prowadzony jest przez ostatnie dwie. Od początku ważniejsze od klasycznego modelu galerii było dla nich budowanie sytuacji spotkania: wystaw, działań efemerycznych, wydarzeń towarzyskich i wspólnego testowania, jak sztuka funkcjonuje poza usztywnionym instytucjonalnym obiegiem; sytuacji, w których jest się wspólnie.
Dziś Turnus działa już nie tylko jako artist-run space, ale jako hybryda galerii, kawiarni i miejsca wydarzeń. Ta formuła wydaje się kluczowa: chodzi nie o prostą „przystępność”, lecz o wytworzenie takiej przestrzeni, w której kontakt ze sztuką nie wymaga ani ceremoniału, ani wysokiego
progu wejścia. W oficjalnych opisach Turnus przedstawiany jest jako miejsce otwarte na wystawy, spotkania, kino, koncerty, targi i działania literackie, a więc bardziej jako infrastruktura środowiskowa niż neutralny white cube galerii. To właśnie ten społeczny i relacyjny wymiar wyróżnia go na tle innych miejsc działających w Warszawie.
Znaczenie tej inicjatywy zostało dostrzeżone także szerzej: Turnus otrzymał Nagrodę Specjalną Fundacji Sztuki Polskiej ING w 2023 roku, w ramach Warsaw Gallery Weekend. W uzasadnieniach i omówieniach podkreślano jego wspólnotowy charakter, bezpośredniość, otwartość oraz umiejętność przyciągania zróżnicowanej publiczności. To ważne, bo Turnus nie buduje swojej pozycji na prestiżowej powadze, lecz na energii środowiska, lekkości formy i przekonaniu, że sztuka może być zarazem poważna i towarzyska.
fot. archiwum Turnusu
Adres Emilii Plater 29/31 to także Radio Kapitał – pierwsze w Polsce radio społecznościowe nadające internetowo 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Niekomercyjna, oddolna platforma bazuje na autorskich audycjach o kulturze, społeczeństwie, historii, literaturze, sztuce, a przede wszystkim muzyce. Radiową ramówkę tworzy ponad 200 osób, łączących środowiska artystyczne, klubowe, wydawnicze, aktywistyczne, DJ-skie, studenckie oraz akademickie. Audycję może poprowadzić każdy, wystarczy się zgłosić.
Maja Cieślak
RADIO KAPITAŁ
Początki Kapitału związane były z rezydencją Komuny Warszawa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w 2019 roku – to tam powstało pierwsze studio radia. Inspiracją dla projektu była europejska tradycja community radio, skupiona na kolektywnym tworzeniu platformy dla społeczności. Od początku radio opierało się na umiejętnościach i zasobach pojedynczych osób, które dzieląc się nimi, tworzyły rozrastającą się sieć.
Kapitał jest oparty na horyzontalnym zarządzaniu i działaniu non profit. Projekt zbudowano na podstawie wolontaryjnych działań oraz społecznego akcjonariatu. Akcjonariusze i akcjonariuszki, w zamian za wsparcie finansowe radia, mają czynny udział w formowaniu jego działalności. Na co dzień radio utrzymuje się poprzez crowdfounding. Istotnym elementem są również imprezy benefitowe, np. odbywający się od trzech lat w Komunie Warszawa Antysylwester.
W 2021 roku radio sformalizowało swoją działalność jako stowarzyszenie; czuwa nad nim zarząd: Diana Krawiec, Ola Szkudłapska i Grzegorz Laszuk. Skład redakcji opiekującej się codzienną pracą radia tworzą: Ala Rasztawicka, Piotra Klujewski, Natka Kępińska, Ernesta, Asia Kaniewska, Agata Ostrowska i Jana Denesiuk.
Od czterech lat Kapitał, ze wsparciem m.st. Warszawa, tworzy otwartą Radiową Akademię. To eksperymentalna szkoła miejska, w której poprzez warsztaty, dyskusje i audycje uczy się pracy z dźwiękiem, słowem oraz formą radiową. Cykl kilkunastu zajęć odbywa się m.in. w Komunie Warszawa.
www.radiokapital.pl
W WA−WIE DZIEJE SIĘ
Specjalny dodatek NN6T prezentuje najciekawsze przykłady projektów i działań powstających z inicjatywy środowisk twórczych w Warszawie: pomysły oddolne, nowe modele produkcji kultury, różnorodność i wielokulturowość, relacje kultury i środowiska naturalnego, kultura przestrzeni miejskich, innowacyjność warszawskiego sektora kreatywnego.
NN6T. Stały program uczestnictwa w kulturze współczesnej Warszawy 2026-2028 współfinansowany jest ze środków m.st. Warszawy
Wydawczynią NN6T jest Fundacja Bęc Zmiana www.beczmiana.pl
Czytaj wydania onlajnowe NN6T: www.nn6t.pl
Słuchaj 6 tematów!
N jak nasłuch
N jak nadawanie
6 jak sześć
T jak temat
Co miesiąc nowe odcinki w Radiu Kapitał i w Bęc Radiu!
WPROWADZENIE
Kiedy przed kilkoma miesiącami po raz pierwszy informowaliśmy o wynikach „kontekstowych” badań uczestnictwa w kulturze w Polsce, wiedzieliśmy, że sięgniemy po nie ponownie. Badania, które w pierwszej fazie opracowano na potrzeby współKongresu Kultury, miały być analizowane bardziej szczegółowo, by wskazać, jakie miejsce zajmuje kultura nie tylko w kalendarzach odświętnych wyjść, lecz także w obrębie prozaicznych czynności codziennych, a ponadto zidentyfikować różnice i konsekwencje w stylach uczestnictwa osób o różnym pochodzeniu i różnej sytuacji społecznej. Niecały miesiąc temu premierę miał raport poświęcony tym zagadnieniom: Aktywni i nieobecni. Kontekstowe badania uczestnictwa w kulturze. Wyniki i interpretacje, zredagowany przez Marka Krajewskiego i Iwonę Kurz oraz wydany przez Narodowe Centrum Kultury.
Po to wydawnictwo sięgamy w szczególnym momencie – w różnych miastach trwają właśnie spotkania upowszechniające jego ustalenia (zainicjowane przez II Forum Narodowego Obserwatorium Kultury). Nastrój tych ożywionych dyskusji staramy się podtrzymać na kolejnych stronach – dzięki uprzejmości Marka Krajewskiego wzorowaliśmy je na prezentacji najważniejszych ustaleń, które (podobnie jak w raporcie) zostały sformułowane w postaci 10 tez. Liczymy, że okażą się one zaskakujące i zmobilizują do dalszych dyskusji w gronie osób uczestniczących w kulturze, tworzących ją oraz organizujących szeroko rozumianą działalność kulturalną.
Koncentrujemy się na danych, które zachęcają do refleksji i snucia własnych interpretacji, a jeszcze lepiej – do ich pogłębiania poprzez lekturę opracowania (link do niego zostawiamy na końcu tego raportu NN6T). Oprócz szczegółowego opisu wspomnianych tez znajdują się tam również teksty interpretujące najważniejsze wnioski, poświęcone m.in.: kontekstowej
segmentacji uczestników kultury (Zuzanna Maciejczak-Kwiatkowska i Grażyna Pol), uspołeczniającej roli uczestnictwa w kulturze (Marek Krajewski), czasowemu i medialnemu wymiarowi tej aktywności (Mikołaj Lewicki, Mirosław Filiciak, Maciej Frąckowiak), kulturze między domem a innymi przestrzeniami (Katarzyna Plebańczyk), a także – paradoksalnie – kulturze audialnej (Iwona Kurz), czyli cichej bohaterce raportu, która w praktykach Polek i Polaków zajmuje więcej miejsca niż oglądanie.
Mikołaj Lewicki przygotował tekst poświęcony pracy i misji instytucji kultury w kontekście przemian uczestnictwa. Rola instytucji kultury często wybrzmiewa również w dyskusjach. Wbrew intuicyjnym odczytaniom tezy o kulturze realizowanej poza instytucjami nie straciły one na znaczeniu. Przeciwnie – stały się jeszcze bardziej potrzebne, choć ich rola z pewnością wymaga ponownego namysłu. W dyskusjach wokół raportu powracają sposoby myślenia o instytucjach jako o miejscach szczególnego doświadczenia estetycznego i uwagi, przestrzeniach walki z nierównościami, „trzecim miejscu”, przestrzeniach kontaktu i negocjacji odmiennych wspólnot semiotycznych, wsparciu młodych osób twórczych, być może zbyt romantycznie myślących o szansach stwarzanych przez kulturę rynkowego internetu, a także kuratorowaniu treści zgodnie z interesem publicznym, a nie wyłącznie rynkowym. Dyskusja ta – jak się spodziewamy i na co liczymy – dopiero się rozpoczyna.
MACIEJ FRĄCKOWIAK
Teza 1: Uczestnictwo w kulturze silnie zakorzenione jest w codziennych czynnościach instrumentalnych
PODCZAS JAKICH CZYNNOŚCI SIĘ OGLĄDA?
GDZIE SIĘ OGLĄDA?
Teza 2: Codzienne korzystanie z kultury jest silnie zapośredniczone przez usieciowione media i często dokonuje się pominięciemz całkowitym instytucji kultury
Osoby od 18. do 24. roku życia uczestniczące w kulturze wyłącznie za pośrednictwem
Uczestnictwo w kulturze codziennej przestaje się stawać działaniem ciągłym i oferowanym niezależnie od pozycji społecznej. Rolę kuratorów treści przejmują w tym ekosystemie podmioty powodowane interesem rynkowym – dostępność może
w tych wypadkach
Osoby uczestniczące w wydarzeniu kulturalnym przynajmniej raz w ciągu ostatnich 12 miesięcy 40%
Teza 4: Codzienne uczestnictwo w kulturze często realizuje się w sposób samotniczy i posiada rolę separującą, a nie uspołeczniającą Kultura może
Teza 6: Ważnym aspektem współczesnej kultury jest jej silna audialność, obecna zwłaszcza na co dzień i w interesujący sposób podkreślająca różnice społeczne
Osoby słuchające czegoś w trakcie pracy lub nauki >80%
Osoby słuchające podczas prac domowych oraz dojazdów 77%
Osoby słuchające w pojedynkę
95%
Osoby słuchające razem z innymi
25%
Kultura może uspołeczniać, może także oferować samotność, gorzej, gdy spycha w osamotnienie.
Głównymi czynnikami
JAK WYKSZTAŁCENIE RÓŻNICUJE UCZESTNICTWO W KULTURZE?
Kategoria
Teza 8: Sposoby korzystania z kultury kobiet i mężczyzn różnią się nie tyle intensywnością, ile raczej temporalnością i sposobem zakorzenienia w codzienności
Kobiety – słuchanie kultury intensywniej niż mężczyźni
godziny popołudniowe i wczesny wieczór
Teza
9: Różnice
korzystania z kultury w różnych grupach wiekowych wyrażają się nie tyle w intensywności, ile raczej w sposobie uzyskiwania dostępu do niej oraz w rodzaju oferty, po którą się sięga
KORZYSTANIE Z URZĄDZEŃ
Osoby najstarsze okazują się tymi, które korzystają z największej puli urządzeń.
Legenda: Plusami i minusami oznaczono różnice istotne statystycznie (istotność mierzona testem proporcji –testem Z). Źródło: NCK/Research Collective, CAWI, I fala 20–21.10.2024, II fala 23–25.10.2024, N = 1032 × 2 (dwa pomiary), Aktywni i nieobecni…, s. 37.
Teza 10: Poziom uczestnictwa
niektórych grup społecznych
Instytucje kultury mogą pełnić rolę włączającą, dowartościowując
kulturę osób zwykle w tych miejscach nieobecnych.
Legenda: Nieaktywni: 0–5, umiarkowanie aktywni: 5–20, bardzo aktywni: powyżej 20 razy uczestniczyli w ostatnich 12 miesiącach w jakimś wydarzeniu kulturalnym; Młodzi: osoby do 25. roku życia; Starsi: osoby powyżej 55. roku życia; Wykształceni: poziom wykształcenia średni + wyższy; Niewykształceni: poziom wykształcenia podstawowy; Wiedzie im się: wystarcza nam na utrzymanie i różnorakie przyjemności + nie musimy specjalnie liczyć się z wydatkami; Nie wiedzie im się: ledwo wiążemy koniec z końcem + wystarcza nam jedynie na podstawowe potrzeby + wystarcza nam na utrzymanie, ale się nie przelewa; Duże miasta: miasta powyżej 200 tys. mieszkańców; Małe i średnie miasta: miasta do 200 tys. mieszkańców; Aktywni zawodowo: osoby pracujące; Bierni zawodowo: emerytura, renta, bezrobotni, urlop macierzyński/wychowawczy. Źródło: NCK/Research Collective, CAWI, I fala 20–21.10.2024, II fala 23–25.10.2024, N = 1032 × 2 (dwa pomiary), Aktywni i nieobecni…, s. 39.
Badanie zostało zrealizowane we wrześniu i październiku 2024 roku na potrzeby współKongresu Kultury, dzięki wsparciu Narodowego Centrum Kultury i firmy badawczej Research Collective. Dane gromadzono metodą sondażową (kwestionariusze realizowano przez telefon) na próbie o strukturze zbliżonej do struktury populacji Polski (N = 1032). Zrealizowano dwa pomiary (dotyczące dnia powszedniego i weekendu). Układ pytań w kwestionariuszu odpowiadał teoretycznym założeniom kontekstowego badania uczestnictwa w kulturze, a zatem jego celem było odtworzenie tego, w jaki sposób aktywności kulturalne zakorzenione są w czynnościach podejmowanych każdego dnia. W pierwszej kolejności osobom badanym zadawano zatem pytania o to, jakie czynności realizowali poprzedniego dnia (np. przemieszczanie się), następnie – czy w ich trakcie podejmowali aktywności kulturalne (np. słuchanie), potem identyfikowano miejsca, pory, media i towarzystwo, które tym aktywnościom towarzyszyły. W ramach badania realizowano także wywiady jakościowe – z młodymi twórcami oraz organizatorami działalności kulturalnej spoza największych miast. Za koncepcją badań stał zespół w składzie: Iwona Kurz, Marek Krajewski, Mikołaj Lewicki, Maciej Frąckowiak.
Prezentowana w tym numerze NN6T publikacja Aktywni i nieobecni. Kontekstowe badania uczestnictwa w kulturze. Wyniki i interpretacje to wydawnictwo Narodowego Centrum Kultury pod redakcją Marka Krajewskiego oraz Iwony Kurz. Poza wspomnianymi wyżej osobami prace analityczne oraz interpretacyjne na użytek publikacji wspierali Grażyna Pol, Zuzanna Maciejczak-Kwiatkowska Mirosław Filiciak oraz Katarzyna Plebańczyk.
Zachęcamy do szerszego zapoznania się z prezentowanym wydawnictwem. Jest ono dostępne w wersji elektronicznej bezpłatnie na stronach Narodowego Centrum Kultury. Można je pobrać, korzystając z poniższego kodu QR:
Bestiariusz – opowieść popularna w średniowieczu, tłumacząca zasady etyki chrześcijańskiej na przykładzie życia zwierząt.
Słownik języka polskiego
nowy wyraz* to rubryka w NN6T, która ma charakter leksykonowy. Wraz z zaproszonymi autorami tworzymy spis słów, które mają znaczący wpływ na opisywanie lub rozumienie zjawisk zachodzących obecnie, albo takich, które „produkowane” są przez postępujące zmiany w układzie sił polityczno-ekonomiczno-społeczno-kulturalno-naukowo-technologiczno-obyczajowych.
Propozycje haseł można nadsyłać na adres redakcji: bogna@beczmiana.pl
* Nazwa inspirowana jest czasopismem „Nowy Wyraz. Miesięcznik Literacki Młodych”, wydawanym w Warszawie w latach 1972–1981. Debiuty pisarzy, poetów i krytyków były tam ilustrowane pracami artystów młodego pokolenia. Nazwa miesięcznika nawiązywała do pisma międzywojennej awangardy „Nasz Wyraz” (1937–1939).
xenofagi i inne nieznośne byty
Poniższy bestiariusz jest zbiorem procesów, stworzeń sprawczych, nierealnych, choć wpływających na oswajanie rzeczywistości, doświadczeń, relacji, a może i emocji. Jako indeks haseł pojawił się po raz pierwszy w scenariuszu filmu Czego nie możemy pomyśleć?, a rozwinięcie niektórych haseł i definicji doprowadziło do powstania spekulatywnego leksykonu. To próba opisu i nazwania – z pewnego rodzaju dystansem i wyobraźnią, ale też trzymając się ziemi – procesów środowiskowych, które wymykają się językowi naukowemu, politycznemu i codziennemu. A może po prostu ćwiczymy to, czego nie możemy pomyśleć? A może oswajamy różne swoje stwory?
To rodzaj szaleństwa i zatracenie w pewnego rodzaju katalogowaniu. Nieco przegięte. Niejasne. Może nieznośne?
Istnienie opisanych stworzeń, nieożywionych i nierealnych, nie jest udowodnione naukowo. Ale to nie oznacza, że nie istnieją – bo jaki trzeba ustanowić warunek czy ciąg logiczny, żeby wyjaśnić istnienie czy nieistnienie tego, o czym myślimy? Działalność wielu z tych stworzeń czy środowisk, z których pochodzą, tworzą realne światy, w których żyjemy.
Tekst Dominiki Łabądź i Joanny Synowiec – artystki i kuratorki wystawy Czego nie możemy pomyśleć? prezentowanej w marcu i kwietniu tego roku w Subiektywnej Instytucji Kultury 66P we Wrocławiu.
Rozmowy o wystawie posłuchaj w Bęc Radio https://soundcloud.com/bec_zmiana
Łabądź z cyklu Nieznośne byty, tusz na papierze, 2025
biogRaMy aUtoReK
Dominika Łabądź artystka, doktora sztuk wizualnych. Działa interdyscyplinarnie w polu sztuki i przestrzeni społecznej. Tworzy instalacje, wideo, obiekty oraz działania performatywne i partycypacyjne, zajmuje się badaniami artystycznymi. Chętnie działa zespołowo, testując alternatywne modele wspólnego działania. Wykłada na Wydziale Sztuki Mediów, Fotografii i Filmu Eksperymentalnego Akademii Sztuki w Szczecinie, w Pracowni Afektywnych Praktyk Artystycznych (PAPA). Z Joanną Synowiec rozwija wydawnictwo Dzikie Przyjemności. Mieszka i pracuje we Wrocławiu.
Joanna Synowiec kuratorka wystaw i programów publicznych, artystka, redaktorka. Pisze teksty, tworzy słuchowiska. Tworzyła kolektywne miejsca kulturalne, takie jak Falanster we Wrocławiu. Pracowała w Stowarzyszeniu Nomada, które wspiera osoby uchodźcze. Obecnie pracuje w BWA Galerie Sztuki Współczesnej we Wrocławiu. Z Dominiką Łabądź rozwija wydawnictwo Dzikie Przyjemności, w którym wspólnie tworzą publikacje artystyczne i literackie. Mieszka i pracuje we Wrocławiu.
Dominika
INDeks hAseł
a – aerochtony, anemomorfy, akwafagi, arktotyki, albedołki
b – baryboli, brontofagi, bostrychy, bubaloidy, bryzomorfy
C – cryoglacy, cumulony, carbonaty, cyclonidy, currensy
D – deszczory, dryfastraki, dymoryby, degazatory, deltomorfy
e – echomanty, elektroidy, erozjany, eolomorfy, entropidy
f – fluktory, fotony, fumatory, foliofagi, fraktolity
g – glacjany, grawidony, gazomorfy, grotofony, gradoliny
H – huraganidy, hydrofony, heliosomy, horyzontyki, hibernoidy
i – ignisfory, infrawiry, izotropy, infrasony, iluzydy
R – radiatory, rozlewce, rykowce, runoidy, rezonatory
S – smogory, suszory, synoptyki, siroccozy, solarydy
t – tajfunidy, termitydy, tremolity, tropidory, turbinory
U – ulewory, umbratory, ustrojony, układowce, ultrafagi
V – vulkanidy, vibratory, vaporyty, ventomorfy, viscosyny
W – wiatrożercy, wypalory, wrzaskuny, wilgotniki, wzruszory
x – xenofagi, xeromorfy, xylotropy, xantofory, xenomanty
y – yperytory, ygoryty, ysmagory, ydrofagi, ymetory
z – zoratory, złomory, zawirowce, zanikory, zorzydy
WybrANe hAsłA
I DefINIcJe
aKWafagi
Płynne feministyczne byty wodne, które przenikają się, łączą i przekształcają nie tylko materię, lecz także kulturowe narracje o ciele i przestrzeni.
Stanowią hybrydę wody, sztuki i feministycznej energii. To istoty, które przekraczają granice między czystością a zanieczyszczeniem, kontrolą a chaosem, milczeniem a głosem. Ich nazwa łączy „akwa” (wodę jako żywioł płynności i adaptacji) i „fagi” (od phagos – przenikacz, nośnik, transformator), co podkreśla ich rolę jako aktywnych agentek zmiany.
Przeciwstawiają się kapitalistycznej eksploatacji. Korporacje próbują je zabutelkować i monetyzować jako eliksir kreatywności. Krytycy sztuki kwestionują, czy to rzeczywistość, czy kolektywna wyobraźnia feministyczna. Akwafagi odpowiadają, tworząc efemeryczne instalacje w kranach, które przypominają o ich obecności.
Mówi się, że gdy wszystkie rzeki będą wolne, Akwafagi połączą się w globalną sieć parlamentu rzeczy, w której woda, ziemia i ciała uzyskają podmiotowość prawną – jak Odra w zbliżającym się 2027 roku. Będzie to moment, w którym feministyczna ekologia stanie się prawem powszechnym.
aRKtotyKi
Amorficzne, kriogeniczne twory zamieszkujące obszary polarne i subpolarne, uwalniane z topniejących warstw wiecznej zmarzliny i lodowców. Stanowią formę pośrednią między organizmami biologicznymi a strukturami mineralnymi, złożoną z kryształów lodu, mikroorganizmów, grzybni, porostów oraz niezidentyfikowanych form życia. Wykazują cechy zarówno żywe, jak i nieożywione: powoli rosną, reagują na światło, a jednocześnie zachowują krystaliczną strukturę i własną logikę trwania.
Przybierają postać rozgałęzionych struktur lodu, kłączy lub bioluminescencyjnych sieci pulsujących delikatnym światłem. Ich obecność poszerza percepcję. Dotyk, wdychanie zarodników lub przebywanie w pobliżu mogą wywoływać doświadczenia dawnych epok klimatycznych i wzmacniać zmysły.
Arktotyki uczestniczą w regeneracji ekosystemów: użyźniają glebę, wspierają wzrost roślin tundrowych i oczyszczają środowisko. Są żywymi archiwami klimatu, łączącymi pamięć Ziemi z możliwością odnowy. Polarne lisy i niedźwiedzie często pocierają się o Arktotyki, by wyostrzyć węch i lepiej rozpoznawać pęknięcia lodu ukryte pod śniegiem.
bRontofagi
Brontofagi są wszechobecne w wodzie, glebie, organizmie człowieka, utrzymują równowagę
środowiskową. Nie są w stanie zabezpieczyć całości, ich moce ograniczają się do jednego gatunku czy ekosystemu. Są zatem wyspecjalizowane i mocno ograniczone w swych możliwościach. Nie namnażają się i nie rozprzestrzeniają poza swoim środowiskiem.
To pracowite istoty, które nie stwarzają pozorów. Świadome swoich możliwości, nie przekraczają sfer komfortu i granic, ze znawstwem poruszają się po własnych terytoriach. Postronnym wydają się gospodyniami, które znają swoje miejsce w sieci relacji. Jedne byty są im podporządkowane, od innych same są zależne. Nie oszukują się ani co do swojego miejsca, ani swojej roli. Spełniają się i są przekonane o słuszności Traktatu o dobrej robocie Tadeusza Kotarbińskiego. Funkcjonują sprawnie, czują swoje miejsce i daje im to wiele śmiałości i pewności w relacjach.
Pozytywnymi cechami brontofagów są zdolność do dynamicznego namnażania się i brak szkodliwego wpływu na florę człowieka.
DeSzCzoRy
Młodsze siostry Uleworów, mniej stateczne, bardziej ruchliwe, wyczulone na drobne zmiany. Jako byty opadowe nie tyle „spadają z nieba”, ile krążą w relacjach, pomiędzy chmurą, parą, glebą i ciałami, które nawilżają. Ich pokrewieństwo z Uleworami jest napięte, lecz twórcze
– nie jako linia dziedziczenia, ale jako pole różnicy. Są przekorne i działają na własnych zasadach. Nie przyjmują gotowych wzorców, lecz sprawdzają świat bez pośredników. Ich ruch jest autonomiczny, a poznanie rozproszone, istnieją w relacji, nie przez naśladowanie.
Kapryśność Deszczorów to nie brak konsekwencji, lecz nadmiar uwagi. Pojawiają się i znikają, zmieniają kierunek, wracają bez zapowiedzi, reagując na to, co ledwie uchwytne. Nie stabilizują świata – rozszczelniają go.
eRozJany
Powolne, lecz nieustępliwe byty ziemne, zamieszkujące strefę styku gleby, wody i powietrza, w której materia nieustannie się przekształca. Powstają tam, gdzie równowaga została naruszona: w krajobrazach monokultur, po wydobyciu, na terenach pozbawionych roślinnej osłony.
Nie są pierwotną siłą niszczenia, lecz odpowiedzią na wcześniejsze ingerencje.
Erozjany nie tyle odbierają ziemię, ile wprawiają ją w ruch. Przenoszą, rozluźniają, rozszczelniają struktury, które utraciły żywotność. Ich obecność przypomina, że degradacja nie jest końcem, ale etapem przekształcenia.
Nie działają w pośpiechu. Są cierpliwe, konsekwentne. Rozbierają krajobraz warstwa po warstwie aż to, co naruszone, może ulec przeorganizowaniu.
Nie przywracają przeszłości –umożliwiają inną przyszłość. Ich nazwa wskazuje na podwójny gest, rozkład i przejście. Erozjany nie są efektem erozji, lecz jej upodmiotowieniem, ucieleśnioną dynamiką gleby w ruchu.
infRaSony
Infrasony są kwantowymi falami dźwiękowymi, które istnieją na granicy słyszalności i niewidzialności i przenikają przestrzeń jak fale prawdopodobieństwa w doświadczeniu z kotem Schrödingera. Nie są organizmami, lecz zjawiskami akustycznymi, które zachowują się jednocześnie jak cząstki i fale, podobnie jak elektron w eksperymencie z podwójną szczeliną. Infrasony nie są słyszalne, ale są odczuwalne: wywołują drgania w kościach, wodzie i metalach, jakby rezonowały z samą strukturą rzeczywistości. Ich częstotliwości są tak niskie, że przenikają przez ściany, góry i nawet przez czas, pozostawiając po sobie efemeryczne zmiany w materii, niczym delikatne pęknięcia w szklankach lub nagłe mrowienie skóry.
Podobnie jak kot Schrödingera Infrasony jednocześnie brzmią i milczą, dopóki nie zostaną zmierzone. Gdy ktoś próbuje je nagrać, zapisuje się tylko szum, ale gdy ktoś słucha w ciszy, odczuwa głębokie wibracje, jakby dźwięk istniał tylko w jego umyśle. Niektórzy fizycy spekulują, że są akustycznym odpowiednikiem splątania kwantowego – jeśli
jeden Infrason zostanie zmierzony w jednym miejscu, natychmiast zmienia się w innym, jakby dźwięk był nierozłączny od siebie samego.
nieboRaKi
Istoty nieznaczne, niesprawiedliwie określane jako praktycy niemocy. One jednak w swoich praktykach życia są głęboko osadzone w realiach i w warunkach możliwości. W przeciwieństwie do Uleworów czy Xenofagów ani nie starają się o sukcesję, ani nie próbują wszystkiego zawłaszczyć lawiną słów i myśli. Z godnością konfrontują się z rzeczywistością, patrzą prosto w oczy kryzysom, choć często ich reakcją jest ucieczka tyłem. Postawione pod ścianą w sytuacjach kryzysowych potrafią jednak stawić im opór, choćby bierny. Potrafią też aktywnie się adaptować. Ale jako istoty o nieunormowanych jednoznacznie relacjach często się z nich wycofują, widząc relacje władzy, przejęcia, namnażanie się innych gatunków inwazyjnych. Dla ich egzystencji najlepszym środowiskiem jest ekosystem, w którym zależności wynikają z potrzeb wszystkich organizmów.
Nieboraki nie uznają relacji hierarchicznych, które generują kryzysy i napięcia w środowisku, za sprzyjające warunki. Jako istoty bez większej potrzeby kolonizacji chciałyby zachować integralność, niezależność, choć są w stanie również stworzyć relacje
zależne, w których będą pełnić równorzędną rolę. Ważne są dla nich zarówno przestrzeń, jak i relacje. Ich nieznaczność objawia się w świadomości, że jako istoty nie są wyjątkowe we wszechświecie, ale są znaczące dla siebie.
ozoniDy
Wysokoatmosferyczne olbrzymy rodem z lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, powstałe z pęknięć, regeneracji i nieustannego zszywania warstwy ozonowej. Pojawiły się jako efekt użytkowania dezodorantów w sprayu oraz czynnika chłodzącego w lodówce i roztoczyły wizję zagrożenia ze strony dziury ozonowej oraz jej skutków: promieniowania ultrafioletowego.
Choć dziura, która jest środowiskiem ich życia, przestała się powiększać, a nawet zaczęła maleć, to temat jej sprawczości stał się emblematyczny dla czasów transformacji ekonomicznej i nabierania tempa konsumpcji i kapitalizmu.
Same Ozonidy są wyjątkowo wrażliwe na ludzką pychę technologiczną, ale zamiast się mścić, praktykują cierpliwą sztukę naprawy, filtrując promieniowanie i ucząc inne organizmy, jak żyć pod zmiennym światłem. Mówi się, że pojawiają się jako świetliste smugi na niebie i szepczą siostrzanym głosem, że każda rana atmosfery może stać się miejscem odbudowy relacji.
SMogoRy
To miejskie byty powietrzne powstające ze spalin, pyłów i przemysłowych wyziewów, które nauczyły się żyć w szczelinach kapitalistycznych metropolii.
Choć często są oskarżane o duszenie miast, w rzeczywistości działają jak upiorne archiwistki, ujawniając wszystko to, co miało pozostać niewidzialne: toksyczne infrastruktury, nierówności oddechu i iluzję nieograniczonego wzrostu. Najgęściej osiadają o świcie na kominach, balkonach i płucach drzew, przypominając, że powietrze nigdy nie było własnością prywatną, tylko dobrem wspólnym.
Choć Smogory odsyłają nas do powietrza jako niewłasności, to podjęto już próby ich sprzedaży. Kapitalistyczne firmy czy nawet państwa mogą sprzedawać swoje niewykorzystane limity emisji gazów cieplnych, jeśli emitują mniej, niż im pozwolono, tym, którzy progi emisji już przekroczyli. W ten sposób ci, którzy przekroczyli limity Smogorów, mogą je nadal emitować. Ich obecność ukonstytuowała również gospodarka kapitalistyczna – nie tylko sprzedażą emisji, lecz także mechanizmami próbującymi je wyeliminować i oczyścić powietrze. Wobec tego efekt działalności Smogorów ma cechy paradoksalne, ironiczne i powszechnie dotkliwe – jak kapitalizm.
taJfUniDy
Tajfunidy mogą osiągać wysokość nawet kilku tysięcy metrów i zajmować obszar kilkuset kilometrów kwadratowych. Historia zna przypadki, kiedy osiągały rozmiary odpowiadające połowie powierzchni Stanów Zjednoczonych. Trwają od kilku do kilkunastu dni i potrafią się szybko przemieszczać, zmieniając tym samym atmosferę. Ich środowisko występowania to, o ironio, Ocean Spokojny. Przybywają wraz z wiatrem z Tajwanu. O ich mocy i nieprzewidywalności krążą legendy. Tajfunidy są odpowiedzialne za szereg panoszących się innych stworzeń: Deszczorów, Uleworów. Choć są olbrzymami, to występują lokalnie, oddając pole w innych środowiskach pokrewnym sobie, lecz rodzimym. I choć nie jest udowodnione, że Tajfunidy są powiązane ze zmianami klimatycznymi w prostych zależnościach, to spekuluje się, że przez ocieplenie atmosfery gwałtowność ich charakteru wzrośnie. Tajfunidy skojarzone z bezkresem oceanów wywołują wspomagane przez wiatr nie tylko przerażenie, niepewność, ale i rodzaj melancholii. Nie da się ich oswoić ani się do nich przyzwyczaić.
ULeWoRy
Procesy czy istoty – to nie jest jednoznaczne ani pewne, ale odnoszą się do czasownika: ulewać się. Słowo wywodzi się od prasłowiańskiego rdzenia *liti (lać,
płynąć) i może być powiązane z wytwarzaniem nadmiaru słów, zdań i znaczeń, wytwarzaniem ponad miarę pojęć i teorii, które mają oswajać poczucie niepewności, nadmiaru oraz niewiedzy. Ulewory przykrywają często realną niewiedzę. To procesy, które mają oddalić spotkanie z własnym punktem granicznym. Ciągły pływ kolejnych myśli i zdań to strategiczne działanie, żeby nie dotrzeć do punktu „nie wiem” i wytrzymać.
Ulewory odsyłają też do ich pokrewieństwa z Deszczorami i wtedy występują w kontekście opadów, ulew, działalności atmosferycznej. W tym przypadku działanie ulewania się, które wynika z nadmiaru, jest miejscem napięcia, w którym tworzy się różnica: czy to jeszcze Deszczor, czy już Ulewor? Oba jednak często są przedmiotem rozmów o ich braku, nadmiarze, potrzebie i niechęci do nich.
xenofagi
Siostry symbiontów – organizmów żyjących w symbiozie z organizmami innego gatunku. Wynika z tego, że i Xenofagi powinny posiadać umiejętność łączenia się z organizmami innego gatunku, gdy tymczasem ich natura opiera się na poczuciu odrębności. W środowisku rodzimym zachowują się labilnie: chciałyby tworzyć wspólnoty i symbiotyczne relacje, ale ich habitus dąży do odrębności. Postaci głęboko niespójne.
Poznaliśmy laureatów III edycji Ogólnopolskiego
Programu Dotacyjnego
Artystyczna Podróż
Hestii
Aż osiem projektów uzyska wsparcie Artystycznej Podróży Hestii w kolejnych kilkunastu miesiącach. W trakcie dwumiesięcznego naboru do programu wpłynęło prawie 200 wniosków zarówno z mniejszych, jak i większych ośrodków w Polsce. W tym czasie swoje projekty zgłaszać mogły zarówno instytucje kultury, jak i osoby artystyczne.
Ze względu na niezwykle wysoki poziom merytoryczny tegorocznej edycji, organizatorzy zdecydowali się znacząco zwiększyć środki na wsparcie inicjatyw artystycznych. Projekty zostały wybrane przez Zarząd Fundacji APH, przy wsparciu eksperckiej Rady Doradczej.
Ślady pamięci
Fundacja Szałfynster
Katowice
„Ślady pamięci” to projekt, który przygląda się złożonemu pojęciu pamięci i nostalgii. Twórcy wystawy zadają pytanie, czy kontakt z obiektami artystycznymi i archiwaliami może „otwierać” przed nami utracone wspomnienia. Pytania te są niezwykle ważne w kontekście społecznej odpowiedzialności za osoby starsze i zagrożone demencją i chorobami otępiennymi. „Ślady pamięci” to nie tylko wystawa, ale też seria działań angażujących lokalną społeczność, których wspólnym przesłaniem jest wiara, że dbanie o pamięć jednostkową jest podstawą budowania większej wspólnoty.
Głodne drzewa / Thirsty Trees
Przemek Branas
Projekt „Głodne drzewa” jest refleksją nad płaszczyznami styku historii roślin, kolonializmu i szeroko rozumianych relacji człowieka z naturą. Tytuł odnosi się do biologicznej cechy eukaliptusa, który intensywnie pobiera wodę i wypiera inne gatunki, ale także do ludzkiej chciwości i sposobów, w jakie imperia kształtowały środowisko. To wizja monokultury pochłaniającej różnorodność, porządkującej i niszczącej zarazem. Głównym obiektem w projekcie jest kurtyna przygotowana z liści eukaliptusa, która działa na wyobraźnię nie tylko swoją skalą, ale też zapachem. Zszyte liście tworzą organiczną tkaninę, w której splatają się czas, materia i ślady ludzkich gestów.
Tymczasowa pława
Norbert Delman
Centralne Muzeum Włokiennictwa w Łodzi
Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie
Projekt zakłada stworzenie instalacji rzeźbiarskiej w formie zatopionego kutra rybackiego, którego burty porastać będą abstrakcyjne, organiczne struktury, a w szczelinach pojawią się żywiczne „bursztyny”, potęgujące wrażenie podwodnego pejzażu. Instalacja nie przedstawia dosłownie ekologicznej katastrofy, lecz jest artystyczną reakcją na wiedzę o ekobójstwie. Projekt dotyka emocjonalnych skutków tej świadomości – bezradności, przygnębienia i rozpaczy. Obcowanie z rzeźbą ma umożliwić zatrzymanie i refleksję oraz poszukiwanie formy nadziei nie poprzez ucieczkę, lecz poprzez uważność.
Alina Szapocznikow / Nairy Baghramian
Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki
Warszawa
Wystawa stawia w centrum fundamentalne pytanie: jak w obliczu narastających globalnych kryzysów budować społeczeństwo oparte na empatii, odpowiedzialności i wzajemnym wsparciu? Zestawienie twórczości dwóch wybitnych rzeźbiarek otwiera przestrzeń refleksji nad kruchością ludzkiego ciała, zależnością człowieka od środowiska oraz strukturami społecznymi, kulturowymi i materialnymi.
materiał promocyjny
Walka na korzenie
Kornelia Dzikowska-Demirska
CSW Kronika w Bytomiu
Artystka, posługując się ironią i surrealistycznym językiem, demaskuje mechanizmy „licytowania się” i używania przez mainstream trudnych i bolesnych biografii swoich przodków, ale też własnych przeżyć do osiągnięcia merkantylnych celów. Realizacje opowiadają o fetyszyzowaniu atrybutów klasowych i przynależnych dla klasy ludowej trudności.
Na poziomie prywatnym – o implementowaniu rodzinnych historii do własnego, modnego obecnie „ludowego wizerunku”. Na poziomie społecznym – o romantyzowaniu trudu i niedogodności przynależnych do klasy ludowej przez establishment.
Na nerwy. Zielniki pamięci i wspólnotowe praktyki ukojenia
Olga Borawska
Galeria Sztuki Współczesnej w Łomży
Rdzeniem projektu jest wystawa, w której kluczową rolę odgrywa zapach – medium rzadko wykorzystywane w instytucjach sztuki, a jednocześnie szczególnie silnie związane z pamięcią i regulacją emocji. Autorska kompozycja zapachowa, przygotowana we współpracy z zielarkami i etnobotaniczkami, staje się formą artystycznej archiwizacji zanikających receptur i sposobów pracy z roślinami.
Wszystkie warstwy projektu – artystyczna, edukacyjna i archiwizacyjna –
skupiają się wokół jednego rdzenia: przywrócenia relacji z lokalną wiedzą roślinną jako odpowiedzi na współczesny kryzys przeciążenia.
Ciało. Wierność wobec
zmienności
Narodowy Stary Teatr im.
H. Modrzejewskiej
Projekt podejmuje temat braku dostępności instytucji publicznych, zwłaszcza kultury, choć przecież często deklarują one inkluzywność. Wystawa zostanie zaprojektowana jako immersyjne doświadczenie audiowizualne, angażujące percepcję, ruch i emocje uczestników. Widzowie wchodzący do przestrzeni otrzymają losowy symulator ograniczeń sensorycznych, motorycznych i percepcyjnych i przejdą wyznaczoną trasę, konfrontując się z barierami, które dla wielu są codziennością, a w instytucjach kultury pozostają niewidzialne. Losowość podkreśla kruchość i tymczasowość kategorii „sprawności”. Druga część wystawy opierać się będzie na wielokanałowej instalacji wideo łączącej artystyczne rejestracje barier architektonicznych i symbolicznych Starego Teatru z wypowiedziami osób samorzeczniczych.
Kraków
Rewers
Paweł Bownik
Fundacja Archeologia Fotografii, Warszawa
Projekt podejmuje problem społecznego marginalizowania oraz nierównej reprezentacji społeczności romskiej w sferze kultury wizualnej. Artysta pokazuje, że ubrania – intymne przedmioty mające niegdyś bezpośredni kontakt z ciałem określonych jednostek – wraz z włączeniem do kolekcji, zostają podporządkowane władzy muzealnej. Bownik obnaża fakt, że muzealne narracje nierzadko wzmacniają hierarchie kulturowe, podkreślając etniczną odmienność i prowadząc do podtrzymywania stygmatyzacji. Stosowane w „Rewersie” odwrócenie romskich strojów staje się gestem krytycznej analizy tej praktyki. W rezultacie wystawa stanie się interdyscyplinarną platformą refleksji i edukacji wizualnej, ukierunkowaną na demokratyzację pamięci i wspieranie dialogu międzykulturowego.
Olga Dyjak Zjeżdżalnia (sen o sikaniu) 2024, olej na MDF, 139 × 200 cm, dzięki uprzejmości artystki
Chcemy widzieć dzieci jako niewinne istoty. Efektem jest uprzedmiotowienie ich jako grupy – z Olgą Dyjak, artystką wyróżnioną przez NN6T w 47. edycji Biennale Malarstwa Bielska Jesień, o jej pracy artystycznej i pracy z dziećmi rozmawia Bogna Świątkowska
Redakcja NN6T postanowiła przyznać ci wyróżnienie za pracę, która z malarstwem właściwie dyskutuje. Zatytułowana zjeżdżalnia (sen o sikaniu), prezentowana na wystawie finałowej 47. Bielskiej Jesieni, to nie tyle obraz, ile obiekt. Dlaczego zdecydowałaś się na eksperymentowanie z malarstwem jako figurą przestrzenną? Tej pracy chyba nawet nie da się zawiesić na ścianie. Studiowałam sztukę mediów na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, do malarstwa podchodzę więc w sposób bardziej intermedialny. Najpierw myślałam, że będę robić filmy, potem –rzeźby, a w końcu zaczęłam robić malarstwo. Zależało mi na tym, żeby mój dyplom magisterski wynikał ze wszystkich moich zainteresowań. A ta konkretna praca, wykonana na płycie MDF, to część tego dyplomu. Zrealizowałam go w pracowni obiektu malarskiego prowadzonej przez wspaniałą malarkę Ankę Panek. Na twoich obrazach nie ma postaci. Są raczej przestrzenie, jakieś elementy miejsc, architektury. Dlaczego?
Dla tej konkretnej pracy główną inspiracją były place zabaw dla dzieci, które są po prostu obiektami architektonicznymi i mają konkretne funkcje społeczne. Właściwie były tylko wsparciem, wyrazistym tłem dla mojego malarstwa, które jest mocno obsesyjne, intuicyjne, wrażeniowe. Na początku myślałam, że będę robić rzeźby elementów występujących na placach zabaw. Fotografowałam różne miejsca, ale ostatecznie wykorzystałam tę dokumentację jedynie do wykonania niestandardowych kształtów obiektów malarskich. Chciałam nadać mojemu malarstwu, które jest dziwne czasem nawet dla mnie, jakiś jasny kontekst. A plac zabaw to często miejsce walk i budowania pierwotnych tożsamości, to jest taki moment jeszcze poza kulturą, poza seksualnością, poza wszystkim, co uładzone. W uzasadnieniu naszego wyróżnienia wskazujemy na to, że interesuje cię szczególnie dzieciństwo, które nie jest mitologizowane. Pracujesz z nim, przywołując różnego rodzaju zdarzenia bądź formy, z którymi sama miałaś do czynienia. Dlaczego siedzisz w tym dzieciństwie?
Wydaje mi się, że na początku to wynikało z faktu, że studia artystyczne są też po to, żeby odnaleźć swoją tożsamość. Szukałam swojej pratożsamości, chcąc być jak najbardziej szczera. Zaczęłam tworzyć bardzo biograficzne obrazy. Praca pokazana na finałowej wystawie ubiegłorocznej edycji Bielskiej Jesieni jest ostatnim obrazem z okresu studiów, a mimo to wciąż pozostaje dla mnie aktualna.
Myślę, że moja wrażliwość, tak jak ja ją rozumiem, polega na półświadomym odczuwaniu przestrzeni. Ze względów biologicznych i psychologicznych okres dzieciństwa trwale się w nas zapisuje. Historie, które nam się w tym czasie przydarzają, są czasami trudne do odczytania i zrozumienia. Nie wiemy, dlaczego coś jest
OLGA DYJAK
101
Olga Dyjak Baby Danae, 2025, olej na płótnie, 100 × 120 cm, dzięki uprzejmości artystki
Olga Dyjak Czerwony pejzaż (Liebeshauch), 2026, olej na płótnie, 133 × 178 cm, dzięki uprzejmości artystki
dla nas ważne i dlaczego to akurat zapamiętaliśmy, a dlaczego coś innego, co było bardzo istotne, totalnie wyparliśmy. Sposób, w jaki budowana jest pamięć i jak rzutuje ona na naszą tożsamość, na rozumienie tego, kim jesteśmy – to są tematy bardzo mnie interesujące. Pamięć jest, co już wiemy, dynamiczna, mocno modyfikowana przez kolejne doświadczenia. Które z elementów wybierasz, żeby je przedstawić? Jaki wygląda twój system pracy ze swoimi wspomnieniami, jak decydujesz, którym z nich nadać fizyczny kształt?
To naturalny proces, trudny do opisania. Na przykład na tym obrazie znajduje się lampa, którą malowałam obsesyjnie na studiach, i całkiem niedawno zorientowałam się, że to jest po prostu lampa z domu moich rodziców i to, że maluję ten kształt, nie było przypadkiem. Wiedziałam oczywiście, że to lampa, ale nie zdawałam sobie sprawy, dlaczego akurat taka i dlaczego jest dla mnie ważna. Odkryłam to dopiero z czasem. Od paru lat zachwycam się lampami i poduszkami i myślę, że bierze się to stąd, że tak wyglądało moje dzieciństwo. Może to jest o samotności, o tym, ile czasu w przestrzeni domowej spędzałam sama. A akurat na tym obrazie pojawia się wiele tematów. To sen o sikaniu, czyli mara senna. Jest tu trochę o byciu samej z tymi przeżyciami. Pojawia się zjeżdżalnia, bo to akurat bardzo dobrze pamiętam, ten pierwszy dzień w szkole – to było dla mnie istotne. Szukając inspiracji dotyczących dzieciństwa i próbując zrozumieć ten czas w rozwoju człowieka i zarazem siebie lepiej, postanowiłam pracować jako przedszkolanka.
Co za konsekwencja�
Przez rok pracowałam w dwóch przedszkolach, zaczęłam też rozwijać obok działalność edukatorską, która nie jest bezpośrednio związana z moim malarstwem, bo to treści dla dorosłych o bardziej poetyckim charakterze. Ale wiele rzeczy przez ten rok zrozumiałam. Najbardziej interesuje mnie moment pomiędzy dojrzałością a niedojrzałością, pytanie o to, które elementy w nas nigdy nie dojrzeją i dlaczego.
Chcemy widzieć dzieci jako niewinne istoty. Efektem jest uprzedmiotowienie ich jako grupy. To, że dzieci tak naprawdę są najbardziej dyskryminowaną grupą społeczną, jest dla mnie ważne jako malarki, edukatorki i opiekunki. Dzieci w swojej bezsilności, braku możliwości zabrania głosu, są najbardziej poszkodowane. Dzieciństwo ma swoje mroczne strony. Jako dziecko można znać te same prawdy co 20 lat później.
Druga istotna inspiracja, jeżeli chodzi o dzieciństwo, to metodologia pracy. Ona ma historyczne uzasadnienie w modernizmie, pod którego wpływem wciąż jesteśmy. Nawet jeżeli podejmowane przeze mnie tematy nie są proste, to sam akt tworzenia jest dla
OLGA DYJAK
mnie po prostu zabawą, przestrzenią, w której panują swoboda i pełna wolność.
Czy doświadczenie pracy, którą podjęłaś, wpłynęło na sposób, w jaki pracujesz? Czy odbiło się na sposobie, w jaki chcesz robić sztukę?
Praca z dziećmi nauczyła mnie dyscypliny, bardzo potrzebnej w pracy twórczej. Nie wiem, czy te moje prace są w bezpośredni sposób pracami społecznymi, aktywistycznymi, wypowiadającymi się w jakiejś sprawie. Traktuję je raczej jako ćwiczenia duchowe.
A czym jest dla ciebie duchowość?
Wszystkim, na co nie mamy wpływu, co opiera się na doświadczeniu metafizycznym. Bardzo wierzę w to, co powiedział Wassily Kandinsky – że tylko dobrzy ludzie mogą być dobrymi artystami. I tak w mojej głowie się to po prostu poukładało, że może warto próbować codziennie być lepszą osobą, dobrym człowiekiem i może dzięki temu sprawić, że będę dobrą artystką. To są dla mnie równe wartości.
Jaką rolę w twoich pracach odgrywają tytuły? Czy jakoś szczególnie pracujesz z tym elementem, który może pomagać w komunikowaniu twoich intencji?
One są też dla mnie często tajemnicą. Po prostu próbuję nazwać to wieczne wirowanie, bo to są zawsze obiekty zawieszone w jakiejś dziwnej przestrzeni. Uzasadnić je i zamknąć w konkretnym skojarzeniu. Tytuły zawsze mają dla mnie znaczenie. Nie daję ich jedynie wtedy, kiedy wiem, że te obiekty są dla mnie zbyt intymne i nie chcę dzielić się tym, jak je nazywam.
Olga Dyjak artystka wizualna. absolwentka warszawskiej aSP. Uczestniczka wystaw indywidualnych i zbiorowych, m.in.: Spotkanie drobnych w galerii le guern (wystawa zbiorowa, Warszawa, 2024), This used to be my playground w galerii Promocyjnej (wystawa indywidualna, Warszawa, 2024), Hak na suma w NOWYM ZŁOTYM (wystawa indywidualna, Wrocław, 2024), Posłanie moje było miękkie, a w samotnym pokoju nie czaiły się strachy w Galerii Przyszła Niedoszła (wystawa zbiorowa, Warszawa, 2023) oraz Kassandra w Galerii Łęctwo (wystawa zbiorowa, Poznań, 2023). Finalistka konkursu 47. Biennale Malarstwa Bielska Jesień 2025, na którym została wyróżniona przez NN6T.
Monika Borys Bezwstydne obrazy. Klasy ludowe w polskiej kulturze popularnej po 1989 roku, fot. Filip Grzeszczuk, Fundacja Bęc Zmiana, 2026
Komunikaty niskiej jakości
Opisuję społeczeństwo klasowej nieświadomości, w którym tożsamości są niepewne i które cierpi na tożsamościowy kryzys – z Moniką Borys, badaczką kultury i autorką książki Bezwstydne obrazy. Klasy ludowe w polskiej kulturze popularnej po 1989 roku, rozmawia Bogna Świątkowska
Po opublikowaniu w 2019 roku książki Polski bajer. Disco polo i lata 90., pierwszego opracowania muzyki disco polo traktowanej jako element transformacji ustrojowej, zbierałaś materiał do pracy doktorskiej poświęconej wizerunkom klas ludowych w polskiej kulturze popularnej. Tak powstały Bezwstydne obrazy. Co znalazło się w twojej najnowszej książce? Dyskusje, które odbyłam po ukazaniu się Polskiego bajeru, pokazały mi, że polska popkultura to niesamowicie ciekawy obszar do interpretacji, a przez pryzmat rzekomo błahych piosenek możemy rozmawiać o najgorętszych dla społeczeństwa sprawach – podziałach, przynależności, wspólnocie. Chciałam w Bezwstydnych obrazach opisać polską popkulturę jako pole intensywnych walk symbolicznych między różnymi grupami społecznymi. Zależało mi na ujęciu politycznym – w kontrze do perspektyw, które traktują kulturę popularną jako przestrzeń neutralną. Oczywiście nie jest to wyłącznie cecha polskiego kontekstu, ale w Polsce – zwłaszcza po 1989 roku – popkultura wyjątkowo wyraźnie pokazuje, jak przebiegają granice społeczne: do czego aspirujemy, czego się wstydzimy, kogo uznajemy za „swoich”, a kogo wypychamy na margines.
Twoja analiza disco polo wyróżnia się tym, że rzeczywiście wchodzisz w materiał: oglądasz teledyski, słuchasz utworów, przyglądasz się obrazom i ich obiegowi. Idziesz dużo dalej niż dominująca publicystyka, która często operuje kliszami. Porozmawiajmy więc o warsztacie. Jakie narzędzia badawcze były dla ciebie kluczowe?
W rozdziale o disco polo, tak jak w całej książce, sięgam przede wszystkim po badania materialistyczne, które pozwalają powiązać to, co wizualne – czy szerzej: estetyczne – z tkanką społeczną. Korzystam z narzędzi nauk społecznych. Tutaj oczywiście kłania się Pierre Bourdieu, bo jeśli chcemy rozmawiać o guście i konflikcie smaku, to jego aparat pojęciowy jest fundamentalny, bez niego trudno uchwycić polityczność kultury i społeczne stawki sądów estetycznych.
Jednak same narzędzia socjologiczne nie wystarczyłyby, żeby opisać to, co dzieje się „w środku” analizowanych przeze mnie zjawisk. Dlatego sięgam też po teorię obrazu – między innymi po koncepcję „nędznego obrazu” Hito Steyerl. Interesowało mnie nie tylko to, co te obrazy i piosenki przedstawiają, lecz także ich nośniki, jakość, sposób obiegu. Steyerl pisze o obrazach cyfrowych, ale ja pokazuję, że w Polsce lat dziewięćdziesiątych mieliśmy do czynienia z sytuacją, która w pewnym sensie antycypowała późniejsze rozpowszechnienie „nędznych obrazów”: rozproszenie mediów po prywatyzacji, napływ rozrywkowych treści niskiej jakości, piracki obieg kaset i VHS-ów. „Nędza” w tym kontekście nie jest kategorią wartościującą. Owszem, dotyczy
MONIKA BORYS
jakości – mówimy o obrazie słabym technicznie, kopiowanym, zdegradowanym – ale stawką mojej książki nie jest estetyczne potępienie. Interesuje mnie raczej, jak sama ocena estetyczna działa jako mechanizm społecznego podziału. Staram się więc równocześnie opisać materialną jakość obrazu i to, w jaki sposób ta jakość staje się przedmiotem sporu, wstydu, dystynkcji. Dopiero połączenie tych dwóch perspektyw – materialnej i społecznej – pozwala zrozumieć, jak te obrazy funkcjonują w warunkach transformacji i rynku.
Zatrzymajmy się przy pojęciu „nędznego obrazu”. Po polsku brzmi to wieloznacznie – nie od razu jest jasne, co ten termin oznacza. Co Hito Steyerl ma na myśli, kiedy pisze o „nędznym obrazie”?
W oryginale to określenie brzmi poor image. Poor można tłumaczyć jako biedne, ubogie, niedoskonałe – i to już pokazuje pewną wieloznaczność. Steyerl pisze o obrazach cyfrowych z początków epoki internetu 2.0, kiedy jeszcze wydawało się, że sieć może mieć potencjał emancypacyjny: pozwoli poznawać nieznane światy, wyszukiwać treści niszowe, omijać instytucjonalne i komercyjne kanały dystrybucji. To internet sprzed dominacji platform i algorytmów.
„Nędzny obraz” to wizualny lumpenproletariusz. Chodzi o rozpikselowane JPEG-i, pliki wielokrotnie kopiowane i kompresowane, obrazy krążące w spamie, w mailowych łańcuszkach, na forach – internetowe „śmieci”. One są słabe jakościowo, zdegradowane technicznie, ale mają ogromny kapitał w innym sensie: w ruchu, cyrkulacji i zasięgu. Ich siłą jest zdolność przenikania przez różne kanały komunikacji, globalna mobilność.
Steyerl rozumiała ich ciemne strony, takie jak skłonność do rozpraszania uwagi, niemniej widziała w nich również potencjał emancypacyjny – możliwość podważania hierarchii wizualnych i politycznych. Ja pozwalam sobie rozciągnąć kategorię „nędznego obrazu” poza ściśle rozumianą cyfrowość: interesują mnie m.in. obrazy z lat dziewięćdziesiątych produkowane przez prywatne telewizje, jak Polsat. One jeszcze nie były cyfrowe w sensie technologicznym, ale już funkcjonowały w logice rozproszenia, kopiowania i kompresowania, która później stanie się typowa dla internetu. Krótko mówiąc: w teledyskach z Disco Relax widzę protoplastów internetowych „nędznych obrazów”.
W drugim rozdziale przechodzisz do serialu Świat według Kiepskich i analizujesz relację między pracą a zabawą, biedą a komizmem. Wchodzisz w obszar, który przez lata funkcjonował jako niemal reportażowy obraz „typowego polskiego domu” – ten serial obecny jest w masowej wyobraźni do dziś. Co w Kiepskich było dla ciebie kluczowe?
Oczywiście znajduję tam opowieść o Polsce. To brzmi banalnie, ale chodzi mi o coś więcej niż proste „lustro dla Polaków”. To zwierciadło, w którym Polacy widzieli Polskę, lecz nie widzieli siebie. I to jest dla mnie bardzo interesujący paradoks utożsamienia.
Kiepscy rzeczywiście mieli ambicję opowiadać o Polsce: o różnych przywarach, takich jak naiwność czy głupota, o codzienności w bloku, gdzie toaletę trzeba dzielić z sąsiadami, o problemach społecznych, m.in. alkoholizmie, o wątkach historycznych w stylu domniemanego szlacheckiego pochodzenia polskiego narodu, o relacjach rodzinnych, gdzie pieniądze do domu przynosi tylko matka, o pracy i bezrobociu. Sitcom oglądali widzowie z różnych grup społecznych, to nie był serial dla „jednej klasy”. Jednocześnie badania z lat dziewięćdziesiątych pokazywały coś bardzo ciekawego: Polacy mówili, że serial dobrze oddaje rzeczywistość, że „taka jest Polska”, ale niewiele osób przyznawało, że odnajduje w nim siebie. Nikt nie chciał się utożsamiać z biedą, nieporadnością, brakiem sukcesu czy gorszą kondycją. To odsłania pewną specyfikę mechanizmów identyfikacji w Polsce. Wiemy z badań społecznych, że ogromna większość Polaków uważa się za klasę średnią, nawet jeśli nie zajmuje „średniej” pozycji, aspiruje do niej, identyfikuje się nie z obecną sytuacją, lecz z przyszłym, wyobrażonym dobrobytem. Z drugiej strony mamy ogromną liczbę obrazów fetyszyzujących biedę – zarówno w latach dziewięćdziesiątych, jak i dziś. Polacy chcą ją oglądać, chcą o niej myśleć, ale jednocześnie wyraźnie się od niej dystansują. Rozdział o Świecie według Kiepskich jest właśnie o tym napięciu. Przyglądam się przede wszystkim postaci Ferdka Kiepskiego jako figurze zawieszonej między socjalizmem a kapitalizmem. Ferdek nie jest po prostu „leniwy” – on jest kimś, kto nie potrafi albo nie chce w pełni przystosować się do logiki rodzącego się kapitalizmu. Serial, używając absurdu i komedii, obnaża tę logikę. Pokazuje, że adaptacja do wolnorynkowych zmian jest możliwa, ale kosztowna, że wiąże się z koniecznością ciągłego udowadniania swojej wartości.
To prowadzi do trzeciego rozdziału. Analizujesz w nim twórczość
Patryka Vegi – reżysera, którego można uznać za centralną postać „discopolowego” nurtu w polskim kinie popularnym. Trzymając się twojego podstawowego założenia – że śledzisz gusty, konflikty klasowe i sprawdzasz, jak popkultura działa w społecznym przekroju – przyglądasz się filmowi Botoks, który jest osią tego rozdziału. Co w nim widzisz?
Skupiam się na Botoksie, ale opisując jeden film Vegi, opisuje się całe jego kino. Jego twórczość tworzy pewne uniwersum – może z wyjątkiem wcześniejszych Pitbulli, jeszcze sprzed przemiany, którą trudno mi tu jednoznacznie nazwać, ale która wyraźnie
MONIKA BORYS
oddziela „wczesnego” Vegę od tego późniejszego, najbardziej rozpoznawalnego.
Punktem wyjścia była dla mnie obiegowa opinia, że Vega jest trybunem ludowego gniewu. Często tak się o nim pisze: jeśli gdzieś wybrzmiewają współczesne lęki, frustracje, aspiracje czy estetyka „społecznych dołów”, to właśnie w jego kinie. Postanowiłam potraktować to poważnie i sprawdzić, co rzeczywiście dzieje się w tym zdegradowanym, „nędznym” języku filmowym.
To był dla mnie najtrudniejszy rozdział, bo wymagał wejścia w specyficzny język filmowy. Formalnie jest on przyspieszony i poszatkowany, fabularnie powierzchowny, emocjonalnie płytki, ale intensywny. Jest w filmach Vegi ogromny ładunek afektu, są silne emocje, które jednocześnie wydają się zablokowane, pozbawione możliwości wpływu na rzeczywistość. Śledzę również w kinie Vegi sposoby, w jakie opowiada on o konflikcie społecznym. Ciekawa jest powtarzająca się metafora „układu”. To wyobrażenie znane z polskiego życia publicznego: przekonanie, że Polską rządzi jakaś ukryta klika – politycy, biznesmeni, służby; że istnieje zamknięty krąg władzy, niedostępny dla „zwykłych ludzi”. Staram się opisać tę metaforę jako figurę, która organizuje naszą wyobraźnię polityczną. Innym konfliktem u Vegi jest „walka płci”. On nie organizuje gniewu wokół podziałów ekonomicznych czy strukturalnych, raczej przepisuje społeczne napięcia na konflikt moralny albo płciowy. W efekcie otrzymujemy wizję świata całkowicie zdegenerowanego, mrocznego, pozbawionego katharsis. Kino Vegi produkuje ogromną intensywność emocji, ale nie oferuje żadnej formy politycznej artykulacji, która dawałaby nadzieję. Zostajemy w ciemności – i mam poczucie, że ta ciemność jest bardzo znacząca dla współczesnej wyobraźni społecznej.
Wybrałaś jeszcze jeden mocny temat – patostreaming. Czy to kontynuacja logiki „nędznego obrazu”, czy jakościowo nowy moment w popkulturowej reprezentacji klasy i biedy?
Te cztery studia przypadku układają się w pewną całość, ale muszę podkreślić, że nie jest to w żadnej mierze kompletna historia klas ludowych po 1989 roku. Trudno, żeby kilka wybranych fenomenów wyczerpująco opowiadało o tak wielkim temacie.
Wydaje mi się, że możemy raczej mówić o ciągłości medialnej. Chciałam, żeby każda z części traktowała o innym medium obrazu, a złożone razem pokazywały wyłanianie się jednego medium z drugiego. W tym sensie obserwujemy ewolucję pola medialnego przez pryzmat tego, co dzieje się w nim z różnicą społeczną: jakie przybiera ona formy w różnych fazach kapitalizmu, w jaki sposób w różnych mediach i obrazach eksploatowana jest dystynkcja.
Zaczynam od lat dziewięćdziesiątych, od pirackiego rozproszenia obrazów, towarów, kaset magnetofonowych, VHS-ów – od
sytuacji, w której obrazy zaczynają krążyć poza kontrolą dawnych państwowych instytucji. Dochodzę do momentu, gdy internet jest już dostępny na szeroką skalę, pojawiają się YouTube, pierwsze memy – w Polsce bardzo szybko związane z tematami biedy i bogactwa. W czwartym rozdziale opisuję punkt zwrotny: pojawienie się obrazu Krzysztofa Kononowicza. To moment, w którym internet zaczyna dominować nad telewizją w sferze publicznej, a obraz słabej jakości, krążący błyskawicznie po sieci, staje się ważniejszy niż tradycyjny przekaz telewizyjny. Co warto podkreślić, Kononowicz jako mem przywędrował do internetu z lokalnej telewizji. Przyglądam się temu, co się dzieje, kiedy „nędzny obraz” zaczyna pokazywać biedę wprost. Kiedy służy jej fetyszyzacji. Opisuję patostreaming jako szczególną formę medialną – transmisję na żywo. To istotne, bo live streaming zmienia relację między obrazem a widzem. Problemy reprezentacji biedy, które analizowałam w poprzednich rozdziałach, tutaj się kumulują. W latach dziewięćdziesiątych bieda była portretowana przez innych – przez twórców filmów, przez telewizję. W patostreamingu osoba w trudnej sytuacji staje się producentem własnego obrazu i zaczyna eksploatować własną kondycję jako treść medialną. Dwa ostatnie rozdziały układają się więc w dość mroczną opowieść o politycznym klinczu. Z jednej strony mamy odrzucenie inteligenckich reguł, jak w kinie Vegi, ale nie po to, by je faktycznie podważyć, lecz by cynicznie wyzyskiwać społeczny konflikt i gniew wobec elit. Z drugiej strony mamy sytuację, w której obrazy, choć tworzone oddolnie, nie przynoszą emancypacji, ale wręcz coś przeciwnego. Widzimy, jak logika rynkowa i afektywna eksploatacja wchodzą w miejsca, gdzie pojawia się dostęp do możliwości oddolnego tworzenia obrazu. Mimo pozornego medialnego zbliżenia w hiperpołączonej przestrzeni cyfrowej doświadczenie biedy staje się fetyszem, wyabstrahowaną do poziomu obrazu kondycją służącą wytwarzaniu wartości materialnej. Jednocześnie zadaniem, które sobie wyznaczyłam, było pokazanie, że nawet tak trudne obrazy można analizować inaczej niż poprzez sąd moralny czy estetyczny. Oczywiście takie oceny są zrozumiałe, ale nie sądzę, żeby były pomocne w polu nauki. Chodzi o to, by zrozumieć, jak te obrazy działają – społecznie, politycznie, technicznie. Jakie relacje społeczne wytwarzają. Na koniec muszę cię zapytać o wielkiego nieobecnego w twojej książce. Próbowałam go tam wytropić – od czasu do czasu pojawia się gdzieś na horyzoncie, ale nigdy nie staje się głównym przedmiotem analizy. Mam na myśli polski hip-hop i rap. To przecież również zjawisko wywodzące się z transformacji, kształtujące się na początku lat dziewięćdziesiątych, z bardzo wyraźnym społecznym kontekstem. A jednocześnie trudno go jednoznacznie przypisać do jednej klasy – być może dlatego wymyka się
MONIKA BORYS
prostym kategoryzacjom. Dodatkowo przenika się z innymi gatunkami, także z disco polo. Dlaczego więc rap nie znalazł się w obszarze twoich analiz? Czy nie widziałaś w nim wątków wpisujących się w opowieść o „nędznych obrazach” i reprezentacjach klasy? A może właśnie jego klasowa niejednoznaczność sprawiła, że nie pozwolił się wpisać w ramę, którą budujesz? Tak, to jest zdecydowanie brak, ale nie mam bardziej merytorycznego wytłumaczenia niż to, że to ogromny temat, który wymaga chyba oddzielnej książki. Gdybym chciała go podjąć, oznaczałoby to kolejne lata pracy.
Hip-hop i rap to zjawisko znacznie szersze niż disco polo – pod względem estetycznym, społecznym, politycznym. Ma własną złożoną historię, własne podziały i wewnętrzne napięcia. W mojej opowieści hip-hop oczywiście pojawia się gdzieś w tle, jest zjawiskiem ważnym dla chronologii disco polo. W połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy disco polo zaczyna się stabilizować, instytucjonalizować, regulować rynkowo, hip-hop zaczyna wyraźniej wybrzmiewać i przyciąga uwagę młodszej publiczności. Nie powiedziałabym, że „zabiera” publiczność disco polo, bo to są inne potrzeby i inne formy ekspresji. Te gatunki obsługują różne emocje i różne doświadczenia. Hip-hop bardzo mocno operuje językiem autentyczności, bezpośredniego doświadczenia, często też wyraźnie artykułowanego interesu i sprzeciwu społecznego. Disco polo funkcjonowało raczej jako fantazja kompensacyjna, jako przestrzeń zabawy i aspiracji czy nawet pochwała kapitalizmu. Mam poczucie, że historia klasowa hip-hopu jest dużo bardziej złożona i niejednoznaczna – i wymagałaby osobnego, uważnego opracowania.
A co ze zmianą pokoleniową? Wchodzą do życia społecznego kolejne generacje, które mają swoje doświadczenia transformacji, swoje zaplecze kulturowe, swoje potrzeby i swoje sposoby uczestnictwa w rynku popkultury. Na ile twoim zdaniem te przesunięcia generacyjne są kluczowe dla zrozumienia tego, jak „ludowość” manifestuje się w popkulturze?
Tak, oczywiście – data urodzenia ma znaczenie. Ale nie tylko ona. Wydaje mi się, że bardzo ważny był także podział miejsko-wiejski. Dziś mówi się o nim coraz ostrożniej, bo rzeczywiście granice między miastem i wsią się zacierają, lecz w latach dziewięćdziesiątych miał on realne znaczenie dla narodzin obu tych gatunków. Hip-hop w Polsce rodzi się w mieście, na początku był osadzony w blokowiskach, w przestrzeni osiedlowej, w doświadczeniu miejskiej marginalizacji. To inna przestrzeń społeczna, inne doświadczenie transformacji i inne emocje. Disco polo wyrasta z małych miejscowości, z dyskotek i wesel. Skupiłam się na disco polo nie dlatego, że hip-hop był dla mnie nieinteresujący, tylko dlatego, że interesowało mnie coś
112 MONIKA BORYS
Monika Borys Bezwstydne obrazy. Klasy ludowe w polskiej kulturze popularnej po 1989 roku, Fundacja Bęc Zmiana, 2026, projekt graficzny okładki: Kacper Greń
konkretnego: kapitalistyczna fantazja. Opisując disco polo, opisuje się pewną wizję kapitalizmu i, co dla mnie było szczególnie ciekawe, brak wyraźnego buntu wobec niego. W doktoracie zadaję pytanie, czy disco polo to „bękart kapitalizmu”, czy raczej jego pełnoprawne dziecko. Bo to w gruncie rzeczy muzyka głęboko wpisana w logikę rynku, aspiracji, przedsiębiorczości. Tam nie ma pieśni buntu, choć niektórzy chcieliby ją usłyszeć.
Natomiast w hip-hopie – zwłaszcza w latach dziewięćdziesiątych – bunt jest znacznie bardziej wyraźny. Pojawiają się w nim język sprzeciwu, krytyka systemu, opowieści o niesprawiedliwości. Oczywiście oba gatunki obrywały od inteligencji, być może po równo, ale za różne rzeczy i w inny sposób. Disco polo było wyśmiewane jako kicz, obciach, estetyczna katastrofa. Hip-hop bywał postrzegany jako zagrożenie, język agresji.
Bezwstydne obrazy są wnikliwą analizą nie tyle popkultury, ile relacji społecznych w Polsce po 1989 roku, ale czy mają szansę przeniknąć poza środowiska wytrenowane w akademickich debatach?
Bardzo zależało mi na tym, żeby ta książka była przystępna, żeby każdy mógł ją czytać jako opowieść o współczesnej Polsce.
Całość rozmowy czytaj na www.nn6t.pl
MOnika BOryS
doktora nauk o kulturze. Bada współczesną kulturę przez pryzmat klasy, płci i medium. Absolwentka Uniwersytetu w Białymstoku, Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Uniwersytetu Warszawskiego. W 2019 roku nakładem wydawnictwa W.A.B. ukazała się jej książka Polski bajer. Disco polo i lata 90. –pierwsze w Polsce kompleksowe opracowanie muzyki disco polo traktowanej jako element transformacji postkomunistycznej. W 2024 roku obroniła z wyróżnieniem doktorat zatytułowany Obrazy klas ludowych w polskiej kulturze popularnej po 1989 roku, za który otrzymała pierwszą nagrodę im. Inki Brodzkiej-Wald na najlepszą doktorską pracę humanistyczną. W 2025 roku została laureatką Emma Goldman Snowball Award, przyznawanej badaczom i badaczkom z Europy zajmującym się nierównościami społecznymi i płciowymi.
Nomadyczne zamki
O wartości tego co znika i o tworzeniu wystaw metodami wypracowanymi m.in. przez gry RPG, z Izą Roko i Krzysiem Bykowskim, założycielami galerii niczeje i nowymi współprowadzącymi galerii Stroboskop, rozmawia Maja Cieślak
Działacie już dwa lata jako galeria niczeje, macie za sobą 10 wystaw. Jakie były wasze początki?
Krzyś Bykowski: Preludium był kolektyw Kuzynostwo, który współtworzyłem, gdy mieszkałem we Wrocławiu. Tworzyliśmy graffiti, plakaty, pocztówki, naklejki po to, by wyjść na miasto z inicjatywą i zrobić jakiś ruch. Po pewnym czasie chciałem zrobić pierwszą większą wystawę, a gdy pojawiła się Iza, zaczęło się myślenie o koncepcji kuratorskiej.
Iza Roko: Wtedy zrobiliśmy pierwszą wystawę: Trash Talk Primal Dystopia. To był immersyjny koncept. Każdą zaproszoną osobę poprosiliśmy o stworzenie wielkoformatowego płótna na tkaninie bez blejtramu, potem je połączyliśmy i rozwiesiliśmy w dużej przestrzeni, tworząc 50 m2 labiryntu. W środku nie było światła i ludzie chodzili z latarkami. Zaprosiliśmy do udziału młode osoby, m.in. Kościół Nihilistów, który od początku był dla nas inspiracją.
KB: Kościół Nihilistów był moim pierwszym spotkaniem z młodą sztuką współczesną – i zrobiła na mnie duże wrażenie. Poszedłem na ich wystawę jako student socjologii, którego trochę interesuje kultura, który może nie boi się sztuki, ale nie ma z nią nic wspólnego i nie zna w ogóle tego świata. To, że Paweł Baśnik był na miejscu i każdym po kolei się opiekował, tłumacząc wszystko bez założenia, że jest się ze środowiska, było niesamowite.
IR: Istotne było dla nas również to, jak Kościół bawi się konwencją i swoimi zainteresowaniami. Wracając do naszej wystawy: okazała się sporym sukcesem, dużo ludzi na nią przyszło, ale rozwalił nas cały proces. Był bardzo męczący. Robienie czegoś pierwszy raz zawsze jest trudne, zwłaszcza kiedy zaprasza się ponad 20 osób. Jednak to nas nie zatrzymało. Krótko potem zaczęłam myśleć o dyplomie na Wydziale Badań Artystycznych i Studiów Kuratorskich ASP w Warszawie i robiłam projekt o 12 apostołkach. Zaintrygowało mnie wtedy ikonograficzne przedstawienie Marii Magdaleny ze średniowiecza: po śmierci Jezusa zostaje pustelniczką i wyrastają jej włosy, żeby zakryć jej nagie ciało. Zaczęłam myśleć o włosach – jakie potrafią być obrzydliwe i jakie są abiektualne. Wymyśliłam performens, ale stwierdziłam, że to za mało, żeby zacząć ten temat. Stąd wyszedł pomysł na wystawę Syreni Włos, a do jej współkuratorowania zaprosiłam Zuzię Góralczyk.
KB: Dla mnie ważne było to, że przeprowadziłem się do Warszawy i przeżyłem szok związany z funkcjonowaniem tutaj sztuki. Nie rozumiałem różnicy między galerią komercyjną a niezależną czy instytucjonalną. Wrocław jest mega offowy, jest tam bardzo dużo inicjatyw oddolnych i kolektywów, a poza tym rządzi BWA. W Warszawie zacząłem chodzić do galerii komercyjnych i była to
NICZEJE. STROBOSKOP
niczeje Xano, fot. galeria niczeje
niczeje Camelot, fot. Natalia Popławska
niczeje Syreni włos, fot. Natalia Popławska
zupełnie inna konwencja. Szybko zaczęło mi brakować tego środowiskowego aspektu – kolektywności i zajawki. IR: Wtedy Krzyś wymyślił nazwę „niczeje”. To czasownik oznaczający, że coś przechodzi w nicość. Odwołuje się do formy galerii – jesteśmy galerią nomadyczną, więc wystawa pojawia się, a później właśnie niczeje. Mieliśmy może tylko dwie wystawy, które trwały około miesiąca. Syreni Włos był montowany jeszcze tego dnia, kiedy był wernisaż, a po wernisażu demontowany. Trwał dwie godziny. Syreny, zamki, kosmici i szczurołapy… To dosyć bajkowy repertuar tematyczny. Czy to wypracowana koncepcja, czy te tematy was w danej chwili interesowały? Te wątki łączą się u was również z kształtem wystawy, mocno klimatotwórczym – ważne są tekst, często literacki, który wprowadza w świat wystawy, oraz scenografia: umywalki, stosy cegieł czy kamieni.
IR: Myślę, że na początku galeria niczeje nie do końca wiedziała, o co jej chodzi, ale potem załapaliśmy, że chodzi o ten niepokój i tę osobliwość wątków, które odnajdujemy w świecie. Po czasie stworzyłam swoją metodologię. Bardzo interesują mnie metody wypracowane przez gry RPG (role playing games), które wykorzystują mechanikę world building i character creation. Zazwyczaj kiedy myślę o wystawie, to staram się czerpać z różnych źródeł fantastycznych czy sci-fi i zbudować świat albo wymyślić postać.
Jak w Syrenim Włosie: mamy syrenę – femme fatale.
KB: Ciekawe jest to, że Iza na podstawie jednej pracy potrafi zbudować sobie cały świat. Tak było z Camelotem.
IR: Zwykle do stworzenia koncepcji wystawy inspiruje mnie jakiś tekst kultury.
KB: To podejście kuratorskie zakłada, że prace są również scenografią. Założenie jest takie, żeby stworzyć immersyjną przestrzeń, która wprowadza osobę oglądającą w jakieś uniwersum. Tekst buduję atmosferę, ktoś wchodzi i odczytuje wystawę na podstawie wszystkich wskazówek, starając się umiejscowić siebie w tym świecie.
IR: Niesamowite jest to, że można z tych światów i postaci wyciągać mnóstwo krytyczno-teoretycznych wątków. Bardzo nie chcę, by ktokolwiek czuł się głupio lub dziwnie na naszych wystawach. Myślę, że ich immersyjność, fantazyjna i ciekawa na pierwszy rzut oka forma jest wielu osobom znana, przez co bezpieczna.
KB: To taka odwrócona mediacja: zaciekawiasz wizualnością, a potem można wejść głębiej, np. w tematy ekologiczne czy feministyczne.
IR: Dobrym przykładem jest wystawa na Fringe’a – Panaceum Justyny Baśnik w Aptece Zabytków na Nowym Świecie, najdłużej działającej aptece w Warszawie, z neogotyckim wnętrzem. Masa ludzi ze względu na lokalizację przychodziła po prostu z ulicy. Wchodzili, widzieli piękne meble, piękne obrazy z roślinami, których według legend czarownice używały w swoich maściach. Zaglądało dużo starszych pań, a nigdy nie wiadomo, jak one zareagują. Zaczynałam im opowiadać o czarownicach, podejmowałyśmy temat ludobójstwa kobiet przez setki lat – i w ten sposób stworzył się taki mikrofestiwal feminizmu, bo kobiety rozpoznawały te rośliny, mówiły, że one też są czarownicami. Jesteście galerią offową, ale od początku wasze działanie jest bardzo sprofesjonalizowane. Jak się widzicie w świecie sztuki między Warsaw Gallery Weekend a Fringe’em?
KB: Przez to, że mamy doświadczenie wrocławskie i znamy dużo ludzi z Poznania i Krakowa, wydaje mi się, że galeria niczeje bardziej pasuje do tamtych środowisk – to tam mocniej rozkwita świat niezależny. Warszawa jest zdominowana przez galerie komercyjne i istnieje bardzo silna, niewidzialna presja, która odbija
się też na tym, jak osoby w Warszawie tworzą prace. Widzę to na ASP. Dla większości osób, z którymi studiuję, bycie reprezentowanym przez galerię komercyjną to jedyna droga awansu. IR: Dla mnie ważnym doświadczeniem była praca w Turnusie –widziałam tam, że ludzie są w stanie wymyślić niesamowite wydarzenia, gdy dostaną darmową przestrzeń, a takich niestety brak. Nie ma też funduszy, nie ma łatwości w znajdowaniu dofinansowań, ale myślę, że to przestrzeń jest najtrudniejszym aspektem. Często mamy problem z tym, żeby znaleźć przestrzeń dostępną, fajnie wyglądającą i do tego darmową albo chociaż tanią. Wiem, że w ankiecie o niezależnych organizacjach artystycznych pojawiło się pytanie, czy udział w WGW jest dla ciebie aspiracją. Dla nas na ten moment nie. Zdarzyło nam się sprzedać pracę, bardziej jednak zależy nam na eksperymencie. Chętnie współpracujemy z osobami, które są w obiegu komercyjnym i instytucjonalnym, ale również z osobami spoza radaru, np. jeszcze studiującymi. Myślę, że to, co interesuje nas przede wszystkim, to dawanie przestrzeni na eksperyment.
KB: Poza tym my nie potrafilibyśmy być komercyjni. Myślę, że do tego trzeba mieć umiejętności, których my nie mamy. Uważam, że bez eksperymentu sztuka po prostu się zepsuje, bo jeśli masz kogoś, kto robi fajne rzeczy na studiach, ale słyszy, że musi je dopracować tak, żeby można było je sprzedawać, to wiadomo, że to będzie jakiś konsensus. My chcieliśmy być galerią, bo od początku chcieliśmy robić wystawy ciekawe, dobre jakościowo, profesjonalnie wyglądające. Galeria niczeje to mocna hybryda.
IR: Niemniej trzeba zaznaczyć, że kwestia finansowa jest poważnym problemem. Robiliśmy dużo wystaw z własnej kieszeni, ale obecnie dużo uczymy się o możliwościach dofinansowań. Teraz będziemy jechać do Sztokholmu na Supermarket Art Fair, ponieważ udało nam się uzyskać wsparcie od Instytutu Polskiego w Sztokholmie i Instytutu Adama Mickiewicza.
KB: Jesteśmy dumni ze wszystkich wystaw, ale z drugiej strony te tysiące złotych, które wydaliśmy na rzecz społeczną, sprawiają, że kiedyś trzeba powiedzieć stop, żeby to nie było tylko darmową pracą.
Wróćmy do wątku nomadyczności. Wiem, ile to dla was trudu, jednak myślę, że nomadyczność dodaje wam charakteru – czy to jeżeli chodzi o ten aspekt klimatu, jak w Aptece, czy przy betonowych ścianach w Lokal Optima.
IR: Totalnie. Czasami myślimy, że marzymy o posiadaniu miejsca, ale uwielbiam to, że jak już się znajdzie miejsce, które pasuje, to często buduje całą historię. Sklepienie łukowe w Prześwicie przy wystawie Camelot robiło robotę, a Apteka zrobiła furorę.
KB: Uważam, że to świetna obserwacja – to rzeczywiście nasz gigantyczny atut. Dla mnie plusem jest też to, że działamy
w różnych miastach i poznajemy dużo osób. Ale trzeba powiedzieć, że np. Apteka była okupiona gigantycznymi trudami instytucjonalnymi. Generalnie szukanie przestrzeni jest trudne, a szukanie przestrzeni w Warszawie – piekielnie trudne, i trzeba to mówić głośno.
Na waszych wystawach zazwyczaj pojawiają się dosyć nietypowe formy: instalacja wodna w oponach, terrarium, zalążki much. Jak się pracuje z takimi formami?
IR: Super.
KB: Iza może tak powiedzieć, bo to ja najczęściej je montuję… Dużo się przy tym uczymy. Ważne jest dla nas, żeby pokazywać prace, które nie są proste.
IR: Chcemy pokazywać prawie całe spektrum możliwości sztuki. Jest jeszcze mnóstwo obszarów. My się wciąż dużo uczymy, poznajemy rzeczy, i to wszystko jest procesem i eksperymentem.
KB: Sami na bieżąco dużo oglądamy. Chodzimy na wystawy, śledzimy osoby artystyczne na Instagramie, patrzymy, co robią ludzie. Formy nietradycyjne są dla nas ciekawe, ale dalej doceniamy malarstwo czy klasyczną rzeźbę. Obraz może być eksperymentalny. Ja sam zresztą robię płaskie prace.
Na waszych wystawach pojawia się dużo wyszukanych perełek. Rzeczywiście znajdujecie te osoby przez Instagrama?
KB: Tak, ja to naprawdę lubię, takie digowanie. Mam na Instagramie zapisaną masę osób, których nigdy w życiu nie poznałem, wydają mi się superciekawe.
IR: Myślę, że jest bardzo dużo osób, które robią świetną sztukę, tylko z różnych powodów nie przedostają się do głównego obiegu. Jak się wygrywa open call na przejęcie Stroboskopu?
IR: Przede wszystkim warto od razu powiedzieć, że nie zajmiemy się Stroboskopem sami. Będziemy współpracować z Weroniką Kocewiak i Kamilem Kucharzewskim, którzy mają swoje indywidualne kariery artystyczne, a od 2026 tworzą duet performatywno-kuratorski Układ Pokarmowy.
KB: Weronika przez długi czas była też kuratorką i koordynatorką galerii Program, poza tym jest malarką i performerką. Kamil to performer i tancerz, do tego tworzy obiekty.
IR: A wracając do pytania: myślę, że… trzeba być miłym i sympatycznym (śmiech).
KB: Kiedy Katie ogłosiła open call, szukałem akurat przestrzeni wynajmowanej przez miejski Zarząd Gospodarowania Nieruchomościami. Byłem w Szwajcarii i trochę zachłysnąłem się tamtejszym prospołecznym światem sztuki. Tam mnóstwo pieniędzy publicznych przeznacza się na sztukę. To nie tak, że rynek sztuki jest jakoś świetnie rozwinięty – po prostu instytucje publiczne są bardzo silne. Zachwycony tym uznałem, że poszukamy miejsca –i nagle pojawił się open call. Odpaliłem maila i spisałem moje
przemyślenia: że jest dosyć kiepska sytuacja, że istnieje potrzeba takiego safe space project room, który da przestrzeń na eksperyment i nie będzie wywierał żadnej presji. Myślę, że to zarezonowało z Katie, bo Stroboskop zawsze taki był. Chcemy, żeby pozostał ciekawą przestrzenią, która przyciąga środowisko i mocno wspiera je oddolnie.
IR: Chcemy oddawać tę przestrzeń różnym osobom artystycznym.
KB: Warto zaznaczyć, że Stroboskop nie zamieni się w galerię niczeje ani w filię Układu Pokarmowego. Zostaje Stroboskopem. Myślę, że to będzie projekt, który rozwinie nasze potrzeby społeczne. Ale te stricte kuratorskie również, bo tak mała przestrzeń daje duże pole do popisu, jeśli chodzi o ingerencję i skupienie się na sytuacjach site-specific.
IR: Oficjalnie działamy od kwietnia. Wtedy wrzucimy informacje o ongoing callu. Na pewno od maja do października będzie się coś działo.
KB: Rozumiemy wady i zalety open calli, ale podoba nam się wizja open calla nie jako konkursu, tylko jako faktycznie nawoływania ludzi. To będzie ciągły otwarty nabór, w którym ludzie będą mogli wysyłać propozycje i portfolio, a my będziemy je przetwarzać i po kolei odpowiadać. Chcemy także wspierać ich mentoringowo, bo Iza ma bardzo duże umiejętności konsultowania pracy z osobami artystycznymi.
IR: Na pewno chcemy też czerpać ze Stroboskopu jako galeria niczeje i akurat we wrześniu w ramach festiwalu Avant Art Warszawa będę kuratorowała wraz z Domi Depowską wystawę inspirowaną filmem Crash Davida Cronenberga.
Iza Roko i Krzyś Bykowski, fot. Karolina Jackowska
KrZYś BYKOWSKI (ur. 2000) – artysta wizualny. Badając miasto jako przestrzeń napięcia między tym, co syntetyczne, a tym, co organiczne, czerpie inspirację z estetyki rozkładu – zarówno jako zjawiska wizualnego, jak i punktu wyjścia do refleksji nad miastem jako przestrzenią współistnienia różnych gatunków.
iza rOkO (ur. 2000) – kuratorka i producentka wydarzeń artystycznych. W swojej praktyce skupia się na tworzeniu immersyjnych wystaw, które poprzez wykorzystanie motywów mitologicznych i fantastycznych nawiązują do tematów z zakresu teorii krytycznej.
STrOBOSKOP
przestrzeń wystawiennicza w garażu na warszawskiej Ochocie, dotychczas prowadzona przez Kathryn Zazenski, aktualnie przejęta przez galerię niczeje oraz duet Układ Pokarmowy (Weronika kocewiak, kamil kucharzewski).
Klara Arrowsmith Frytki, projekt Bulwa, School Of Form SWPS, 2025
Od frytki do totemu
Ziemniak rzadko bywa bohaterem designu. Jest zbyt zwyczajny. A jednak w pracowni ceramicznej stał się narzędziem do podważania najbardziej oczywistych form – talerza, miski, półmiska. O tym, jak naczynie staje się jednocześnie architekturą, obiektem i pytaniem, z Arkadiuszem Szwedem, szefem studia ceramicznego w School of Form Uniwersytetu SWPS, rozmawia Bogna Świątkowska
Bogna Świątkowska: Podczas ubiegłorocznej edycji Łódź Design
Festival można było oglądać intrygujące wyniki waszej pracy skoncentrowanej na ziemniaku. Jak przystąpiliście do tego ćwiczenia z projektowania naczyń?
AS: Najpierw wybraliśmy obiekt. Ziemniaka – bo jest niejednoznaczny, nieheroiczny, a jednocześnie skrajnie plastyczny. Może być paćką i może być bryłą. Może być tylko nacięty, pieczony, rozdrobniony, przetarty, sprasowany. Ma różne kształty, faktury, gęstości. Właśnie ta rozpiętość – od amorficzności po niemal geometryczną zwartość – stała się dla nas punktem wyjścia. Potraktowaliśmy ziemniaka nie jako motyw dekoracyjny, ale jako zmienny materiał kulturowy. Warzywo obecne w kuchni codziennej, w historii niedostatku i w gastronomicznej kreatywności. Do współpracy zaprosiliśmy Biobazar w Fabryce Norblina, który przygotował dwadzieścia dań – tyle, ile osób studenckich biorących udział w ćwiczeniu. Każde danie oparte było na ziemniaku lub czyniło z niego główny składnik. Potrawy, czyli tematy, były losowane. To istotne: przypadek wprowadzał element oporu. Były rozczarowania, były emocje – i z tym też trzeba było pracować.
Zadanie nie polegało na zaprojektowaniu naczynia w tradycyjnym sensie. Chodziło o stworzenie nośnika – formy, która nie tyle podaje danie, ile zmienia perspektywę jego oglądu. Interesowało nas, jak projekt może wpłynąć na sposób widzenia i doświadczania czegoś tak oswojonego jak ziemniak.
I jakie pytania postawiliście? Proste czy skomplikowane?
AS: Zaczęliśmy od pytań bardzo prostych, niemal dziecięcych. A potem pozwoliliśmy im się skomplikować. Czy kisiel jemy łyżeczką, czy może lizawką? A jeśli lizawką, to jaką? Czy jej kształt wynika z konsystencji potrawy, czy z gestu? I czy taka lizawka może jednocześnie stać się naszyjnikiem – czymś, co nosimy na ciele, zanim trafi do ust?
Jeśli mamy barszcz z ziemniakami, to czy naczynie musi być miską? A może może być planszą do gry – jak w statki – gdzie ziemniaki są pionkami, a jedzenie staje się rozgrywką? Czy danie może zostać ułożone jak totem? Czy forma może przejąć skalę architektury? Czy zupę ziemniaczaną da się wypić jak szota, jednym gestem, skracając dystans między kuchnią a barem?
Mnożyliśmy pytania, bo to one miały rozszczelnić oczywistość. Naszą rolą jako prowadzących było maksymalne odrealnienie pojęcia „naczynia”. Nie chodziło o ergonomię ani o poprawność użytkową. Interesował nas obiekt, który sytuuje się pomiędzy architekturą, sztuką i designem użytkowym – obiekt, który balansuje na granicy funkcji i spekulacji. Wasza ekspozycja przyciągała uwagę, bo uwalniała wyobraźnię –pozwalała zobaczyć, jak daleko można odejść od oczywistego
sposobu podawania i jedzenia. A ty? Czy również brałeś udział w losowaniu?
AS: Byłem odpowiedzialny za wszystkie te projekty, więc trudno mówić o jednym „wylosowanym” zadaniu. Ale skoro już schodzimy na poziom prywatny – moją ulubioną formą ziemniaka są frytki. Frytka jest idealnym obiektem projektowym. Można ją układać, piętrzyć, nadziewać, łamać, przekłuwać. Każdy z tych gestów może stać się punktem wyjścia do zaprojektowania innego nośnika. I to było dla mnie ciekawe – nie sama frytka, lecz czynności, które wokół niej wykonujemy.
Jako prowadzący musiałem przede wszystkim zaopiekować się studentami – dać im wolność, ale jednocześnie nieustannie zadawać trudne pytania. Nie tylko o kształt, lecz o kontekst. Skąd jest ziemniak? Jaką ma historię? Jakie znaczenia niesie? W tym sensie ogromną rolę odegrała też Maria, która wprowadzała perspektywę kulturową i historyczną.
Z mojej strony kluczowe było jedno: odkleić się od formy talerza. Głęboki, płytki, mały, duży, półmisek – wszyscy to znamy. Interesowało mnie, czy jedzenie może stać się doświadczeniem nie tylko smakowym, ale i przestrzennym. Czy sposób podniesienia obiektu, jego ciężar, konieczność przechylenia, ukrycia czy odsłonięcia potrawy zmieniają nasze postrzeganie? Były zatem naczynia zasłaniające danie. Były takie, które działały jak durszlak, pozwalając tłuszczowi kapać – odzierając potrawę z nadmiaru, który zwykle uznajemy za jej esencję. Czasem atrakcyjność była podważana, czasem wręcz sabotowana.
Anton Kostromtsov Bulwa z gzikiem, projekt Bulwa, School Of Form SWPS, 2025
od góry: Łukasz Machnowski Barszcz, Yevgeniya Gudym Ziemniak z ogniska, Anatol Grewiński Placki ziemniaczane, Pola Oleszczyk
, projekt Bulwa, School Of Form SWPS, 2025
Ziemniak hasselback
To nie były projekty wdrożeniowe. Te formy powstawały w technikach ręcznego modelowania, ale też z użyciem druku 3D, z którego tworzyliśmy matryce. Żadna fabryka nie podjęłaby się ich seryjnej produkcji – byłyby zbyt kosztowne, zbyt czasochłonne, zbyt „ryzykowne”. Dlatego bliżej im do małych dzieł sztuki niż do produktu. Krótkie serie, unikatowość, rzemieślnicza precyzja. I może właśnie w tym tkwiła wartość: w opowiedzeniu bardzo prostej historii – purée, placka ziemniaczanego – w taki sposób, żeby nagle okazało się, że placek może być ołtarzem. To była przestrzeń zabawy i spekulacji, wokół której krążyliśmy.
To teraz z innej strony. Czy ziemniak w ceramice jest wdzięcznym tematem jako materia prowokująca jakieś nowe rozwiązania?
AS: Ziemniak jest wdzięczny nie dlatego, że jest „ładny”, ale dlatego, że jest plastyczny – dosłownie i metaforycznie. Zanim zaczęliśmy projektować naczynia, pracowaliśmy nad czymś pozornie banalnym: nowym kształtem frytki. To był świetny warsztat projektowy. Wybraliśmy konkretne miejsce na mapie Polski i wyobraziliśmy sobie małą restaurację, która chce stworzyć autorski, rozpoznawalny format frytki. Nie pasek, nie spiralka – coś bardziej przewrotnego, bardziej zmysłowego, coś, co przyciąga formą, jeszcze zanim trafi do ust.
Ziemniak daje ogromną swobodę myślenia o kształcie. Każdy z nas wycinał z niego pieczątki, bawił się jego miękkością, obserwował, jak reaguje na cięcie. To pierwszy, intuicyjny kontakt z modelowaniem. A dla mnie – jako osoby z małej miejscowości – to także doświadczenie bardzo fizyczne. Wiem, jak ziemniak rośnie, jak wygląda wyciągany z ziemi, jak bulwy łączą się pod powierzchnią w coś w rodzaju sieci. Nie jest głęboko ukryty, trzeba go po prostu wydobyć.
Nie przeceniałbym jednak jego potencjału w sensie technologicznym. Oczywiście skrobia ziemniaczana stanowi dziś podstawę wielu eksperymentów – od bioplastików po papier czerpany – ale w tym projekcie nie chodziło o rewolucję materiałową.
Dla mnie ważniejsze jest to, że ziemniak jest „żywicielem ludu”. Ma ciężar kulturowy. Pochodzę z województwa świętokrzyskiego, gdzie zalewajka – gęsta zupa ziemniaczana, w której łyżka powinna stać – była realnym, codziennym pokarmem. To nie jest neutralny składnik. To nośnik historii niedostatku, pracy fizycznej, wspólnotowości. I może właśnie dlatego tak dobrze działa jako punkt wyjścia do projektowania: łączy w sobie materię, pamięć i bardzo konkretny smak.
ArKAdIUSZ SZWEd
Ceramik, który hakuje procesy, podważa zasady, bawi się materiałem. Zajmuje się designem użytkowym, twórczością konceptualną i edukacją z dziedziny wzornictwa przemysłowego w School of Form Uniwersytetu SWPS. Jego prace to wizualne odzwierciedlenie chaosu, który kryje się w jego głowie, a także kolaż wiedzy technicznej, wrażliwości i kreatywności.
Ziemniak jako ćwiczenie
interdyscyplinarne
Od ziemniaka łatwo przejść do rozważań o wspólnocie, cielesności, ekonomii i prawie do przyjemności – mówi
Maria Krześlak-Kandziora, wykładowczyni School of Form Uniwersytetu SWPS, koordynatorka części humanistycznej projektu Bulwa
Bogna Świątkowska: Studenckie ćwiczenie realizowane w School of Form – w obszarze dość konkretnym, jakim jest ceramika – zostało oparte na rozbudowanym zapleczu humanistycznym. W jaki sposób wyniki waszych wspólnych dociekań znalazły odbicie w konkretnych realizacjach?
Maria Krześlak-Kandziora: Jednym z najczęściej powracających wątków była wspólnota i wspólne jedzenie. Stół to przecież miejsce, które pozwala nam usiąść razem i rozmawiać. A ziemniak – od czasu tego projektu myślę o nim w ten sposób bardzo wyraźnie – stał się dla mnie symbolem łączenia ludzi. To roślina kojarzona z wiejskością, z codziennością, a jednocześnie obecna w potrawach wysublimowanych: od purée czy pierogów przywołujących dzieciństwo u babci, przez kopytka, aż po ziemniaki Hasselback czy chłodniki i francuskie zupy serwowane w eleganckich restauracjach. Ziemniak funkcjonuje w różnych rejestrach, także ekonomicznych. Może być daniem najprostszym i najbardziej luksusowym jednocześnie. To napięcie otwiera rozmowę o ekonomii, o zasobności portfela, o tym, w jakich warunkach i przestrzeniach jemy.
W jaki sposób studenckie projekty to podjęły?
MKK: Pojawiły się wieża do jedzenia frytek Klary Arrowsmith, która zamieniała posiłek w rodzaj gry; zabawa w „statki” barszczem i purée Łukasza Machnowskiego; naczynia, które zachęcały do sięgania ręką do wspólnej miski. Wszystko to kierowało uwagę na sam akt bycia przy stole – na rozmowę, współobecność, współdzielenie. Można powiedzieć, że to oczywiste, że o tym mówimy wciąż od nowa. Ale mam wrażenie, że właśnie dziś trzeba to przypominać szczególnie. Dobitnie pokazała to Michalina Kaczmarek, projektując blister na kartacze – eksponujący jedzenie jako uzdrawiającą pigułkę. Współczesne systemy mieszkaniowe kurczą jadalnie, redukują przestrzenie wspólnego przebywania. Wspólne jedzenie staje się czymś niemal luksusowym. I może właśnie dlatego ziemniak, tak zwyczajny, okazał się tak dobrym pretekstem do rozmowy o czymś znacznie większym.
Jednym z moich ulubionych był projekt Katarzyny Matosek poświęcony kisielowi. Kisiel – czyli przecież skrobia, a więc ziemniak – to coś pozornie dziecinnego. Jest lepki, śliski, kojarzy się z dzieciństwem, ale też z erotycznym podtekstem: z bitwami w kisielu, z cielesnością. Kasia potraktowała to bardzo serio. Zaprojektowała rodzaj biżuterii do jedzenia kisielu – obiekt, który przywraca jedzeniu wymiar przyjemności. Skoro potrafimy manifestować seksualność na wiele sposobów, to dlaczego nie manifestujemy rozkoszy jedzenia? To otworzyło zupełnie inne rozmowy: o przyjemności, o ciele, o wstydzie, o wspólnocie. O tym, w jakiej sytuacji jemy i kto ma do tej sytuacji dostęp. Tu pojawia się kolejny wątek: zawłaszczanie przyjemności. Street food, który powinien być tani i łatwo dostępny, staje się elementem rynku, produktem do sprzedania. Znikają przestrzenie, w których można po prostu usiąść i zjeść własną kanapkę. Tak jak przy ognisku, gdzie zbliżamy się jakoś do pierwotnej wspólnoty. Nawiązywał do tego projekt Yevgeniyi Gudym – kształt ekspozytora był inspirowany zgniecioną folią, w którą wielu z nas zawija ziemniaki pieczone w ognisku czy na współcześniejszym grillu. Tymczasem sfera jedzenia przesuwa się do lokali, do przestrzeni kontrolowanych i płatnych, co z kolei badała Magda Mączyńska, pisząc o hiszpańskiej kulturze jedzenia ulicznego, nad którym również wisi groźba ekskluzywności. A przecież chodzi o coś odwrotnego: o możliwość wyjęcia czegoś prostego, taniego, podzielenia się tym w większej grupie, zdemokratyzowania przyjemności. W projektach odbiło się bardzo wiele takich napięć. Wasza ekspozycja spotkała się z entuzjastycznym odbiorem – obserwowałam osoby, które podchodziły do obiektów i stopniowo zaczynały rozumieć, na co właściwie patrzą.
Katarzyna Matosek Kisiel, projekt Bulwa, School Of Form SWPS, 2025
Zuzanna Kotwas Pierogi z ziemniakami, projekt Bulwa, School Of Form SWPS, 2025
To, że projekt był inspirujący dla studentów i że zaowocował konkretnymi realizacjami, jest oczywiste. Ale co tobie – jako badaczce, naukowczyni – daje udział w takim interdyscyplinarnym przedsięwzięciu?
MKK: Użyłaś tu słowa, które jest dla mnie kluczowe: interdyscyplinarność. To mnie najbardziej pasjonuje. Od lat pracuję w ten sposób: rozmawiam o literaturze – konkretnie o literaturze pięknej i poezji – analizując wątki przyrodnicze, klimatyczne, kwestie gatunków, bioróżnorodności. Przygotowując się do tego projektu, dużo czytałam, szukałam, ale też – dosłownie – uprawiałam ziemniaki. Zresztą robię to co roku na balkonie, bo je uwielbiam. Rozmawiałam z osobami, które zawodowo zajmują się ich uprawą. I to jest moment, w którym teoria spotyka się z praktyką. Bo zaczynamy od ziemniaka, a kończymy na rozmowie o zmianie klimatu, o gospodarce rolnej, o migracjach, o bezpieczeństwie żywnościowym. Z jednej strony to ogromnie poszerza perspektywę, z drugiej – uczy pokory wobec złożoności.
Dlaczego to jest ważne?
MKK: Takie projekty są nie tylko inspirujące, ale też poznawczo bardzo uczciwe. Zmuszają do wyjścia poza własną bańkę, poza język jednej dyscypliny. Właśnie w tym napięciu – między wiedzą, literaturą, doświadczeniem a projektowaniem – rodzą się najciekawsze pytania.
Na przykład jednym z projektów, opracowanym przez Antona Kostromtsova, był obiekt inspirowany pomnikiem kosmosu znajdującym się w Białorusi, ale jego kontekst, przybliżony w tekście komentującym, został przeniesiony w zupełnie inne miejsce – na pustynię w Stanach Zjednoczonych, gdzie prowadzi się badania nad uprawą ziemniaka w warunkach ekstremalnych, symulujących przyszłe kolonie marsjańskie. To narracja przyszłości bardzo selektywnej, dostępnej dla nielicznych. Łatwo wpaść w futurystyczną euforię, która w gruncie rzeczy bywa wykluczająca.
Tymczasem najciekawszy wątek okazał się dużo bardziej „uziemiony”: badania prowadzone na pustyni służą dziś przystosowywaniu ziemniaka do rośnięcia w coraz trudniejszych warunkach klimatycznych tu, na Ziemi. I to jest kontekst naprawdę istotny. Nie Mars, lecz zmieniający się klimat, susze, degradacja gleby.
To wszystko jest opowieścią o naszej przyszłości i o tym, jak próbujemy przetrwać na planecie, którą sami degradujemy. To jest obszar, który jest wart wysiłku – czym jest relacja człowieka z przyrodą, jak wygląda nasza zależność od niej. Takie projekty jak
Bulwa tę zależność uwidaczniają w bardzo konkretny sposób.
Całość rozmowy czytaj na www.nn6t.pl
MArIA KrZEślAK-KANdZIOrA Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie im. adama Mickiewicza w Poznaniu. W School of Form Uniwersytetu SWPS literaturę i poezję wykorzystuje do rozmów o zmianie języka w dobie zmiany klimatu.
Bolesław Chromry rysownik, ilustrator, autor powieści graficznych. Czasem nazywają go poetą, czasem pajacem. Za to w dowodzie
napisane
Kekube jedna, pięć lub sześć osób. Rysujemy komiksy o uroczych stworkach, którymi bez wątpienia są także cegły. Można się tu spodziewać komiksowych przygód uroczych
(zwykle) nie potrafią myśleć
cegiełek, próbujących po prostu żyć swoim prostopadłościennym życiem! instagram.com/kosmiczna_ekspedycja_kube
Kto wyciągnie
wnioski z kryzysu
(na przykład naftowego)?
wedle niektórych źródeł każde pokolenie stąpające po ziemi musi doświadczyć globalnego kryzysu i może – to już nieobowiązkowe – wyciągnąć z niego trafne wnioski na przyszłość. cóż jednak zrobić, jeśli taki kryzys wydarza się co pół dekady, a wymiana pokoleń przebiega w dawnym tempie albo nawet wolniej? trudno przetworzyć te kłopoty terminowo. otóż trzeba się zastanowić, co powiedzieć, zanim się to wypowie. to standardowa procedura w takich sytuacjach – pisze piotr puldzian płucienniczak.
niektórzy twierdzą, że sytuacja jest bezprecedensowa. mówią o polikryzysie, wielokrotnym kryzysie, który nawarstwia się niczym futro na suśle, dręczy i umęcza każdą rzecz razem i z osobna. Łączy się to z globalnymi powiązaniami, społeczeństwem ryzyka i płynną nowoczesnością. kręcąc się w coraz szerszym wirze, dron nie słyszy swego nadajnika. Sprawy, które kiedyś były
proste jak droga do fryzjera, dziś kluczą i wzmacniają swoje powikłania.
immanuel wallerstein twierdził, że gdzieś między 2025 a 2050 nastąpi wielkie przełożenie dźwigni i dawny świat –czyli nasz świat obecny – stoczy się w morze niczym zlany potem lodowiec. Spod fali wyłoni się nowy układ rzeczy, którego jeszcze sobie nie możemy
Piotr Puldzian Płucienniczak, Bliźnięta, akryl na płótnie, 25 × 25, 2026. Starożytni żeglarze przyzywali niebiańskie rodzeństwo, Kastora i Polluksa, by zesłali im kawałek wiatru na drogę. Ci nie odmawiali nigdy wsparcia w momencie kryzysu.
wyobrazić. co może być dla niektórych ciekawe, twierdził tak dzięki znajomości nie gwiazd bądź arkanów tarota, lecz wieloletnich analiz trendów gospodarczych. z tychże analiz wynika, że obecnej sytuacji nie da się dłużej utrzymać. Uważają tak nie tylko historycy gospodarki, ale w zasadzie wszyscy, którzy w nerwach i skupieniu zalewają świat skoncentrowaną żółcią. czyż tak wiele osób może się mylić? niewykluczone. zostawmy jednak tę kwestię demografom bądź własnej ocenie.
Bliźniakiem wallersteina na przeciwnym biegunie był Jürgen habermas, myśliciel przywiązany do stabilnej reguły i mocno sceptyczny wobec wywrotowych trendów. „kryzys”, powiadał, „jest zawsze jakiś, więc nie bardzo jest się czym przejmować i interesować”. to chłopska – w dobrym znaczeniu tego słowa – prawda. czyż nie jest tak, że po okresie kaszlu i przeziębień przychodzi czas skręconych nóg i siniaków, później oparzeń skóry i udarów cieplnych, po nim epoka, w której łatwo nabawić się migreny, by znów nadszedł czas choroby? każda sytuacja wiąże się z niedogodnościami i nie starczyłoby ludziom czasu na życie, gdyby zawsze ogłaszali stan alarmowy.
można powiedzieć, że kryzys to reguła: gdy tylko ziemia ułoży się po jednym przekopaniu ogródka, ułożenie to sprawia,
że konieczne jest następne przekopanie. równowaga w przyrodzie to ciągłe kopanie się po kostkach przez wszystkie żyjące i nieożywione istoty, które czekają, aż sytuacja nieco się uspokoi, by znów zabrać się do złośliwej roboty.
tak oto dzięki dziwnym zbiegom geopolitycznych okoliczności znów znaleźliśmy się w kryzysie naftowym, nie pierwszym i nie drugim, a zapewne nie ostatnim. w 1973 roku nafciarze zakręcili kurki na Bliskim wschodzie, gdy wybuchła wojna między izraelem i egiptem. cena paliw wzrosła wówczas czterokrotnie i każdy, kto miał rozum, zaczął rozmyślać, jakie wnioski wyciągnąć z tego kryzysu.
Uzależnione od ropy społeczeństwa zaczęły poważnie zastanawiać się nad zagrożeniami wynikającymi z tej kosztownej dyspozycji. Doprowadziło to do dużego wzrostu środowiskowej świadomości i powstania ruchów ekologicznych takich, jakimi je znamy. pojawiły się nawet pomysły, by napędzać transport prądem, a prąd robić w jakiś odnawialny sposób, na przykład przy użyciu wiatru albo słońca. wtedy były to pomysły nowe, dziś dla wielu z nas mają podstawowe znaczenie. potrzeba było jeszcze kilku kryzysów naftowych, żeby te kwestie potraktować poważnie, ale dziś już wiemy, że była to znakomita decyzja.
wielu zaczęło rozważać swoje
uzależnienie od politycznie niestabilnych paliw. maszyny, które radośnie spalały niedrogą benzynę, rozpoczęły przyspieszoną ewolucję ku mniejszym i bardziej ekonomicznym silnikom. czy nie mamy i dziś problemu ze zbyt dużymi samochodami? każda okazja jest dobra, by je przyciąć. można sobie imaginować, że obecny kryzys również przyniesie nowe pomysły na lepsze zagospodarowanie miejsc parkingowych.
czasem dobrze się zgubić i zapomnieć wydeptane ścieżki.
Jest to bowiem okazja, by odnaleźć nowe drogi na skróty albo miejsca, o których niewiele się wiedziało. okazuje się, że świat się nie rozpada, gdy robi się rzeczy wcześniej niewyobrażalne. w sytuacji kryzysu rząd może tworzyć programy stypendialne dla artystów albo ustanawiać maksymalne ceny oleju napędowego. któż mu zabroni?
w sytuacji kryzysu dobry obyczaj i miedziana tradycja mniej ważą niż presja okoliczności. Dobrze im uciec w godzinie próby. ci, którzy w czasie drogiej ropy wrócili do energetyki opartej na węglu, dziś płacą jeszcze wyższe rachunki za energię. kryzys nie byłby bowiem kryzysem, gdyby dało się z niego wyjść, sięgając po sprawdzone środki wyjmowane spod ziemi jak za dziada pradziada.
lepsze decyzje podejmuje się, jeśli ma się sympatyczne podejście do życia i współpracuje z ludźmi o dużej sympatii, a to nie zawsze jest zależne od nas. rozsądnie byłoby o to zadbać w czasie, w którym nie ma kryzysu (a czasu takiego nigdy nie ma dużo), żeby się na niego dobrze przygotować (przygotowań nigdy za dużo).
Sprawy, o których nie można nawet pomyśleć, jawią się w niezwykłej plastyczności i jak gdyby na wyciągnięcie ręki, gdy człowiek poczuje na sobie ciężką rękę losu. porzekadło bandytów głosi, że kryzys to po prostu zachęta do przedsiębiorczości. i od przestępcy można się czegoś nauczyć, jeśli poważnie potraktować jego predyspozycje do przedziwnych transakcji. cóż bowiem po przepowiedniach i predylekcjach, jeśli nawet wielokrotnie rażeni gromem nie rozwijamy wzdłuż budynku linii piorunochronu? mchy i porosty układają się cienką warstwą i w niekorzystnych okolicznościach, które innym, poważniejszym bylinom przynoszą tylko suchoty bądź obniżenie nastroju. znaleźć dobrą stronę takiego ambarasu bywa niełatwo, ale cóż lepszego w życiu do roboty?
czy umiemy wyciągnąć wnioski z kryzysu? nie wiadomo.
Piotr Puldzian Płucienniczak krajoznawca, wydawca, wykładowca. Pracuje na ASP w Warszawie, mieszka w Łodzi. Jeździ dieslem i na rowerze.
Taka jest Afryka!
czy macie już dość tej samej architektury z europy i Stanów? ile można oglądać te same formy, widzieć te same nazwiska i słuchać tych samych narracji? czas poszukać inspiracji gdzie indziej – zaprasza
bal architektek.
no dobra, Bal-u, ale gdzie? zróbmy szybki test: co z historii architektury pamiętacie o afryce? prawdopodobnie wymienicie piramidy, może świątynię hatszepsut. i chyba właśnie to pokazuje, jak mocno nasze spojrzenie jest ograniczone i jak bardzo potrzebuje odświeżającej zmiany. czas zmienić architektoniczną optykę i przestać patrzeć na afrykę jak na miejsce dla „projektów pomocowych”, gdzie biali architekci i białe architektki budują szkołę czy sierociniec, a zacząć ją traktować jako źródło wiedzy i innowacji –i przede wszystkim jako równorzędnego partnera. to kluczowe w kontekście ocieplającego się klimatu, bo afryka od dawna wypracowuje mądre sposoby projektowania, które dobrze radzą sobie z upałem i ograniczonymi zasobami.
Dlatego dziś Bal wrzuca trzy inicjatywy z afryki wschodniej (kenia + Somalia), wyhaczone na tegorocznym nairobi Design week.
Pan-African Architecture
Biennale / Omar Degan
Degan to somalijski architekt, urodzony i mieszkający we włoszech. w ramach swojego studia Do architecture group działa m.in. w strefach konfliktu, gdzie architektura przestaje być formą, a staje się narzędziem przetrwania i odbudowy. z tej samej perspektywy wyrasta jego rola kuratora pierwszego pan-african architecture Biennale w nairobi –wydarzenia, które ma odzyskać narrację o architekturze i przesunąć jej centrum z zachodu na kontynent afrykański. Biennale startuje na początku
września – zaznaczcie tę datę w swoich kalendarzach.
Jasiri Studio / Leon Muchugia
muchugia bada lokalne dziedzictwo architektoniczne kenii, skupiając się na materiałach, klimacie oraz wernakularnych sposobach budowania. w swojej praktyce stara się powrócić do tradycji i połączyć się z nowymi technologiami – takimi jak ai czy narzędzia parametryczne. zamiast kopiować zachód, buduje własny język, który jest jednocześnie zakorzeniony w lokalności oraz eksperymentalny.
Paper Worlds / Georginah Njambi
njambi to artystka pracująca z kobietami i dziećmi z doświadczeniem przemocy i wykluczenia. pracuje głównie z osobami przebywającymi w obozach uchodźczych – prowadzi tam warsztaty z origami jako narzędzia do nauki matematyki i geometrii. Jej działania mają umożliwić odbudowanie poczucia sprawczości i podjęcie próby domknięcia luki płciowej w edukacji przedmiotów ścisłych.
A l Architektek inicjatywa wspierająca kobiety w architekturze, zarówno projektantki, jak i jej użytkowniczki. Do tej pory mogłyście nas śledzić online na @bal_architektek, ale wkroczyłyśmy na papier! Balowiczki: Dominika Janicka, Barbara Nawrocka, Dominika Wilczyńska. PS Niech żyje B A l !
Osiem i pół sekundy
ktoś gdzieś w tej chwili próbuje oszukać
siebie i osobę, do której pisze wiadomość o treści „zaraz bd”, że się nie spóźni.
oczywiście ten ktoś koniec końców się spóźnia. i tym kimś nigdy nie będę ja, bo ja już wiem, które drzwi wybrać w autobusie – pisze sasza pohorelov.
ktoś gdzieś w tej chwili nerwowo sprawdza aplikację z mapami, która oczywiście się zacina. ktoś gdzieś w tej chwili odlicza sekundy do upragnionych cyfr 00 albo 30 na zegarze (zakładając, że nie mamy do czynienia z zegarkowymi pick-me, którzy umawiają się na przykład na 13.23). ktoś gdzieś w tej chwili wyrzuca sobie, że zbyt długo zakładał skarpetki, i przeklina swoją dentystkę, która kazała mu nitkować zęby przez co najmniej pięć minut rano. im bardziej wskazówki zegara zbliżają się do umówionej godziny spotkania, tym bardziej ten ktoś-gdzieś-w-tej -chwili zaczyna myśleć o czekającym go wydarzeniu jako o czymś dziesięć razy ważniejszym, niż jest w rzeczywistości.
nie wiem, o czym dokładnie była fabuła Władcy Pierścieni, ale wydaje mi się, że właśnie to mi się przydarzyło – długa
droga, podczas której główny bohater dzięki przyjaźni zrozumiał jakąś podstawową prawdę. Ignore the ring part, tego akurat nie było. kilka lat temu byłem całkowicie pochłonięty hedonistycznymi fantazjami o złamaniu katolickich, martyrologicznych tradycji codzienności i wszędzie się spóźniałem. Do pracy, na spotkania ze znajomymi, do pracy ze znajomymi i na spotkania pracownicze. wszędzie. Bycie na czas psuło mój – dotychczas stopniowo budowany – wizerunek osoby niepasującej do chłodnego i surowego polskiego społeczeństwa nadzoru. oczywiście nie robiłem nic, żeby walczyć ze społecznym panoptykonem, poza wkurzaniem wszystkich i kłamaniem, że tym razem na pewno przyjadę na tę 18.30 –ale to temat na inną rozmowę. wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy podczas jednego ze
S a S
spotkań, na które – jak słusznie zgadujecie – się spóźniłem, zauważyłem u mojej przyjaciółki pewną cechę. kiedy jechaliśmy autobusem, na trzy przystanki przed naszym zaczęła nerwowo rozglądać się po autobusie, obracać google maps we wszystkie możliwe strony i przybrała tak poważną minę, że pomyślałem, że jesteśmy w kręconym na żywo odcinku Tuż przed tragedią. prawda okazała się o wiele bardziej prozaiczna (jak coś: przeżyliśmy). na minutę przed naszym przystankiem m. szybkim krokiem przeszła od przednich drzwi na sam koniec autobusu, żebyśmy wysiedli właśnie tam. za pierwszym razem to zignorowałem. kiedy to powtórzyło się przy kolejnej podróży, skonfrontowałem ją i wtedy właśnie opowiedziała mi o swoim modus operandi. za każdym razem, kiedy wsiada do komunikacji miejskiej, oblicza, z których drzwi najbardziej opłaca się wysiąść w zależności od tego, dokąd będzie szła dalej. ten proces zachodzi niezależnie od środka transportu. czasem różnica jest bardziej znacząca i usprawiedliwiona, a czasem sprowadza się do kilku kroków.
Słuchałem jej z mieszanką zachwytu i niezrozumienia w równych proporcjach. Jedyne, co odpowiedziałem, to: „i co zamierzasz zrobić z tymi 25 zaoszczędzonymi sekundami miesięcznie, lol?”. wiem, niepotrzebnie chamskie i niemiłe. ale spokojnie! Sprawiedliwość
zatriumfowała i dostałem odpowiedź, po której zaakceptowałem swoją porażkę: „Saszo, gdybyś zebrał wszystkie te sekundy, to może dziś czekałabym na ciebie mniej niż 15 minut”. Szach-mat.
powróciwszy do domu, wziąłem kartkę papieru i zacząłem powolutku obliczać, ile sekund byłbym w stanie zaoszczędzić, trzymając się poleceń m. Dzięki stronie solarisbus.com oraz resztkom wiedzy algebraicznej ze studiów udało mi się zliczyć owe sekundy i zastanowić się, co bym zrobił, gdybym je odzyskał. w załączonym przykładzie skupiłem się na jednej przejażdżce autobusem modelu Solaris Urbino 18 electric, który kursuje w warszawie od 2014 roku.
zachęcam do zastosowania moich obliczeń do waszych ulubionych modeli pojazdów. na pewno znajdziecie rzeczy, których nie zdążyliście zrobić z powodu własnych problemów logistycznych lub niedziałających tylnych drzwi w lokalnym ikarusie. Sorki.
Sasza Pohorelov twórca internetowy, autor treści wszelakich o różnym stopniu powagi. Pełnił funkcję redaktora zarządzającego magazynu „DUMA”. Obecnie prowadzi konto memowe @pysznestopy.pl
Po co nam katastrofy?
neoliberalizm to zgubna siła napędzająca
ekobójstwo i ludobójstwo. oczarowuje nas, abyśmy zaakceptowali go jako nasz los, obiecując wolność dla wszystkich, a jednocześnie zniewala większość dla dobra nielicznych – pisze agata cieślak.
aby przełamać ten zgubny urok, należy uznać neoliberalizm za dzieło ludzkich rąk. los nigdy nie jest po prostu tym, co nas spotyka. Jest konsekwencją tego, co wspólnie zrobiliśmy. Jako jednostki nie mamy dużego wpływu na zatrzymanie wojen i innych okrucieństw, które ściągamy na siebie nawzajem. powszechna ucieczka od przytłaczającej rzeczywistości w błogi stan ignorancji nie pomoże odwrócić losów ludzkości, ale skazuje nas na porażkę. to, co musimy w tej sytuacji robić, to uczyć się, czytać, słuchać, rozmawiać – po to, żeby rozumieć otaczającą nas rzeczywistość. zmiana zaczyna się od wyobrażenia sobie możliwości lepszej, innej przyszłości. Jeśli nie będziemy mieć takiej wizji, to jaka alternatywa przyszłości nam pozostanie? podpowiadam: będzie to faszyzm.
czym właściwie jest faszyzm? w dzisiejszej debacie publicznej znaczenie tego słowa jest
nadużywane. „lewica” często określa mianem faszyzmu wszelkie postawy konserwatywne (które niekoniecznie muszą oznaczać radykalizm), a „prawica” pojęcia unika i zwinnie sprowadza je tylko do historycznych dyskursów.
Żeby zrozumieć, czym może być prawicowy ekstremizm i dlaczego społeczeństwom nie udaje się uniknąć powrotu do nacjonalizmu, warto sięgnąć do tekstów theodora adorno. Dzisiejsza rzeczywistość polityczna zdaje się mieć swoje odbicie między innymi w treści wykładu z 1967 roku zatytułowanego Aspects of the New Right-Wing Extremism*, adresowanego do studentów Uniwersytetu wiedeńskiego. filozof przeanalizował cele, zasoby i taktykę nowego prawicowego nacjonalizmu tamtych czasów. porównując go ze
* Theodor W. Adorno, Aspects of the New Right-Wing Extremism, Cambridge 2020.
Ilustracja: Agata Cieślak
„starymi” faszyzmami, zwrócił szczególną uwagę na to, w jaki sposób ruchy skrajnie prawicowe 20 lat po zakończeniu wojny zyskiwały entuzjastyczne poparcie wśród części społeczeństwa zachodnioniemieckiego. co wydaje się najbardziej istotnym przesłaniem, to rozpoznanie faszyzmu nie jako usystematyzowanego modelu zachowań społecznych, ale jako ideologii, która ewoluuje. faszyzm nie pojawia się dwa razy w takiej samej odsłonie. Jest jak wirus, który mutuje i infekuje społeczeństwo ponownie, zawsze w zmienionej formie. istotne jest zatem rozpoznanie jego symptomów, zanim będzie za późno.
ta runda faszyzmu wychodzi od struktury neoliberalizmu, dlatego niekiedy trudno rozpoznać wszystkie cechy tej nowo-starej ideologii. co wydaje się niezmienne, dla odrodzenia ekstremizmów prawicowych kluczowe jest myślenie apokaliptyczne, a nawet – generowanie katastrof. w naznaczonych nimi niepewnych czasach trudno o rozwój społeczny. co więcej, wiele odrażających decyzji politycznych zyskuje uznanie społeczne, gdy na głowy spadają bomby –przykładem może być wprowadzone niedawno w izraelu prawo kary śmierci jedynie dla palestyńskich obywateli „zagrażających istnieniu państwa izraelskiego”, bez konieczności zachowania jednomyślności w panelach sędziowskich oraz
bez ułaskawienia. nowa ustawa nie dotyczy obywateli narodowości żydowskiej, między innymi osadników z zachodniego Brzegu, których działania antyarabskie są obficie udokumentowane. czy to już faszyzm? Bez wątpienia jest to nowa fala fanatyzmów politycznych. zupełnie bezprecedensowe jest natomiast zachowanie liderów politycznych innych państw, którzy nie wyrywają się do radykalnych działań (choćby zerwania stosunków dyplomatycznych), sankcjonując tym samym fanatyzm polityków izraela.
niezależnie od swojej odmiany nacjonalizm, prawicowy ekstremizm czy faszyzm to ideologie, które boją się radykalnych zmian społeczno-politycznych. Jeśli fundament społeczny nie może się rozwijać, łatwiej go zniszczyć. Bo to właśnie rozkład społeczny jest stanem, do którego faszystowscy politycy dążą. nie chodzi wcale o zniszczenie jednej grupy społecznej, o upadek wrogiego „innego”, lecz o to, by zniszczyć postęp społeczny*. Dzięki takim działaniom reakcyjne rządy mogą udowadniać swoją obecność jako antidotum na chorobliwe symptomy naszej epoki. ekstremizmy nie mają celu, dlatego
* Więcej na podobne tematy pisał również Antonio Gramsci (Selections from the Prison Notebooks, New York 1971, 1992. Wypracowane przez niego pojęcie kulturalnej hegemonii jest dzisiaj zawłaszczane przez nową prawicę i charakteryzuje naszą epokę jako czas występowania chorobliwych symptomów progresywizmu.
żywią się katastrofą. granie na emocjach społecznych przez potęgowanie strachu pozwala rozpalać nostalgiczne ideały harmonii i stabilizacji, które miałoby się uzyskiwać jedynie przez powrót do tradycyjnych modeli społecznych opartych na wykluczeniu kolejnych grup społecznych – narodowych, tożsamościowych, etnicznych.
procesy umacniania się nacjonalizmów w odpowiedzi na neoliberalizm zostały obrazowo ujęte w interpretacji richarda Seymoura w książce Disaster
Nationalism* . autor analizuje rozwój współczesnych ruchów skrajnie prawicowych, opisując je jako neoliberalizm, który uległ radykalizacji wzdłuż linii etniczno-nacjonalistycznych. kierując się resentymentem wobec mniejszości (etnicznych, religijnych, tożsamościowych) i przedstawiając je jako egzystencjonalne zagrożenie, skrajna prawica obiecuje ocalić nasze społeczeństwa i sprowadzić je na tory „normalności”. nacjonalizm katastroficzny jest więc rodzajem gwałtownego resetu, który ma przywrócić tradycyjne wartości (rodzinę, religię, naród, rasę itp.), podkreślając jednocześnie konieczność upokarzania innych, niepasujących do tego stanu rzeczy. co istotne, Seymour zdaje się sugerować, że wszyscy mamy w sobie potencjał do tej faszystowskiej
przemocy, która rozpoczyna
od codziennych paranoi i poczucia bycia ofiarą.
czy zatem możemy mieć nadzieję na ucieczkę od faszyzmu? tak – poprzez tworzenie uniwersalnych więzi społecznych, edukowanie oraz świadome podejście do rzeczywistości wykraczające poza ideologiczne rozpoznanie, to znaczy w oderwaniu od przekonania, że my jesteśmy inni, bo nie należymy do części społeczeństwa podatnej na ekstermistyczne ideologie. Jedynie rozpoznanie faszyzmu jako skłonności, która dotyczy nas wszystkich, może nas uchronić przed nowymi odsłonami zbrodniczych ideologii.
* Richard Seymour, Disaster Nationalism. The Downfall of Liberal Civilization, London 2024.
Agata Cieślak artystka, autorka, producentka, pracowniczka kultury. Działa na styku różnych dziedzin, nieprzerwanie wierząc w istotę sztuki. agata-cieslak.com
Tarot na… wojny
taki czas, że nie da się łatwo pytać o jedną wojnę. światowy konflikt nie jest wcale przesądzony. choć wiele jest do zmiany, bardzo dużo udało nam się osiągnąć: może to być wyspa stabilizacji, z której będziemy naprawiać kolejne fragmenty świata pogrążone w chaosie –pisze agata czarnacka.
to nie jest krótka wymiana ognia, mówi ósemka kijów, karta zawziętej, acz płytkiej komunikacji, cel-pal! cel-pal! współczesne wojny miały być asymetryczne i higieniczne, przynajmniej dla tej ze stron, która dysponuje wyszkolonymi siłami specjalnymi i wyrafinowanym sprzętem. historyk adam tooze przypomniał ostatnio, że cel dzisiejszej doktryny wojennej to możliwie całkowite unieszkodliwienie przeciwnika przy minimalnych stratach własnych. tyle że doktryny sobie, a rzeczywistość sobie. okazuje się, że absurdalna przewaga technologiczna jest podobnie zawodna, jak absurdalna przewaga liczebna w wojnach dawnego typu. teatr wojenny jest wciąż teatrem z protagonistami, antagonistami, perypetiami i ripostami, nawet jeśli wojowniczym potęgom marzą się wyłącznie monologi.
paź monet, zwykle karta zbierania doświadczeń, radosnego brykania po łące w poszukiwaniu praw natury i samego siebie, ma też aspekt nieusuwalnie związany z pieniędzmi. zdradza tu, że w dzisiejszych wojnach próżno jest szukać głębi, planu, sensu – poza mniej lub bardziej doraźnym bogaceniem się, gromadzeniem zasobów. zwykle lubię tę kartę, ale w wojennym kontekście wprowadza niepokojący powidok zabawy żołnierzykami. i chłopięcego dążenia do zwycięstw za wszelką cenę, bez zrozumienia, że to właśnie te marginalia, niezamierzone konsekwencje i (nie)dopuszczalne straty przesądzają o tych prawdziwych zwycięstwach, na bazie których można wreszcie zacząć rozmowy o pokoju. ale to już wiemy od ósemki kijów: to nie będą krótkie wymiany ognia, będą się ciągnąć bez sensu, bez konkluzji.
Foto: Tarot del Fuego, Ricardo Cavalo
aż do momentu, na który wskazuje mag, pierwsze wielkie arkanum (nie licząc głupca dumnie noszącego nad głową swoje zero). mag wprowadza sprawczość i akcję, pomysł i projekt. przede wszystkim wprowadza jednak ideę i to, co pozwala ją wreszcie realizować po wszystkich perypetiach i peregrynacjach głupca, a mianowicie jednomyślność. głupiec to nieodzowny etap na twórczej drodze, kiedy jeszcze nie wiemy, co myśleć. mag mówi, że nareszcie wiemy.
„ale idee mogą być prawdziwe, choć giną ludzie, i możesz spojrzeć w tysiąc twarzy Żyjących jednym kłamstwem” pisał w.h. auden w wierszu
Here Was Is Simple. tym razem
chodzi o to, żeby ożywiła nas prawda, coś, na czym się dobrze oprzeć. coś, za co moglibyśmy może nawet umrzeć, a w każdym razie gotowi bylibyśmy na jakieś poświęcenie. wojny, dzisiaj maszynki do zarabiania pieniędzy dla nielicznych (paź monet), skończyć może tylko ideowość i gotowość do działania maga.
Agata Czarnacka filozofka, aktywistka feministyczna, tarocistka. Agata zaprasza na czytania indywidualne (także online) lub na „Pałacową promocję” w Café Kulturalna w Warszawie, którą urządza z okazji lub bez okazji (daty do sprawdzenia w mediach społecznościowych): fb.com/tarotagaty instagram.com/tarot_agaty
Jak przeżyć w szkole?
nagrobki (maciek salamon i adam witkowski)
Szkolnictwo wyższe, a szczególnie szkolnictwo artystyczne, to stan umysłu. my, wykładowcy aSp, funkcjonujemy gdzieś pomiędzy performensem a administracyjnym horrorem. nasza codzienność przypomina instalację site-specific: istnieje tylko tu i teraz, jest niezrozumiała dla odbiorcy i wymaga obszernego opisu, którego i tak nikt nie przeczyta.
1. Papierologia – medium dominujące twórczość własna? oczywiście. najpierw jednak trzeba wypełnić wniosek o możliwość jej posiadania, opisać ją w systemie, przesłać przez elektroniczny obieg dokumentów i zatwierdzić fakturę za coś, czego już nie pamiętasz. Szkolenia z tego zakresu są bezcenne – uczą, jak przekonująco opisywać rzeczy, które nie istnieją. Umiejętność ta ma ogromne zastosowanie w sztuce współczesnej.
2. Miły młody człowiek Student istnieje głównie jako idea. Jeśli już się pojawi, bywa rozczarowujący – nie tyle przez brak wiedzy, ile przez nadmiar kreatywności w zakresie unikania pracy. to jednak cenna lekcja. Dzięki niemu nauczyliśmy
się formułować wymówki na poziomie, którego sami byśmy nie osiągnęli.
3. Frekwencja – cisza jako narzędzie dydaktyczne niska frekwencja studentów ma swoje zalety. można usiąść w pustej sali i pomyśleć. w ciszy. Bez zakłóceń. można też spędzić ten czas kreatywnie, nagrywając perkusję na nową płytę nagrobków.
4. Relacje międzyludzkie największą wartością instytucji są ludzie. Spotkania z kolegami i koleżankami z pracy pozwalają odzyskać wiarę w sens wspólnoty. mamy też super afery – lokalne dramaty o strukturze opery mydlanej i intensywności performensu, które skutecznie zastępują nam życie towarzyskie i dostarczają tematów do rozmów na próbach nagrobków i w trasach koncertowych.
5. Szkolenia – rozwój osobisty i artystyczny regularne szkolenia z elektronicznego obiegu dokumentów czy opisywania faktur rozwijają nas jako twórców. Dzięki nim potrafimy nadać znaczenie każdej czynności, nawet tej najbardziej pozbawionej sensu.
6. Stopnie alarmowe – element performatywny
Dzięki regularnym akademickim newsletterom jesteśmy na bieżąco ze stopniami alarmowymi obowiązującymi na terenie rzeczypospolitej. wyobrażamy sobie nadawcę jako współczesnego nauczyciela przysposobienia obronnego –strażnika porządku i absurdu.
Jego komunikaty wprowadzają do naszej codzienności element napięcia, którego czasem brakuje w sztuce.
7. Sens – czyli instalacja otwarta po sześciu tygodniach pracy dochodzimy do wniosku, że szkoła to nie miejsce nauczania. to przestrzeń refleksji, administracji i okazjonalnego kontaktu z rzeczywistością. przetrwanie polega nie na zmianie systemu, lecz na jego twórczej reinterpretacji.
Dolomit
projekt: ania wacławek
– „Dolomit to font akcydensowy inspirowany strukturą skał. wyróżnia go połączenie surowego pisma technicznego z nieregularną krzywizną zaburzającą konstrukcję liter, przez co tworzy charakterystyczny, niejako połamany rytm tekstu”. tak opisałam ten projekt na przeglądzie semestralnym, gdy powstawał na trzecim roku moich studiów, już ponad sześć lat temu – mówi jego autorka, artystka i projektantka ania wacławek.
kształt liter wynikł z oczarowania czymś, co można by nazwać topornością w projektowaniu. taka forma nie jest oczywista, bo opiera się kojarzonej często z typografią wycyzelowanej perfekcji. w rysunku Dolomitu łatwo dostrzec inspirację geologią: nieregularnymi ciosami kamieni albo potokami meandrującymi pomiędzy wzniesieniami zróżnicowanego terenu.
– Sporo myślałam wtedy o ukształtowaniu krajobrazu; o kruchości, o sedymentacji, o lejach krasowych… nieśmiało wprowadzałam te inspiracje w swoje szkice – dodaje ania. – ostatecznie nie stałam się typografką ani geolożką, ale
na pewno wciąż pozostaję entuzjastką obu tych, z pozoru odległych, dziedzin.
Urok Dolomitu wynika nie tylko z nieregularnej sylwety samych liter, lecz także z zaskakujących kształtów tworzących się w międzyliterowym świetle: chciałoby się wręcz rzec, że o ile same litery czerpią z ziemi i jej geologicznej struktury, o tyle przestrzenie między nimi układają się w lekkie, niemal obłoczne kształty.
– z dzisiejszej perspektywy mogę stwierdzić, że ciosałam ten krój chyba nieco zbyt szybko, zbyt grubym dłutem – rozważa projektantka. –z drugiej strony w całej jego niedoskonałości wciąż bardzo podobają mi się kanały i kanaliki oraz koryta, które tworzą się między poszczególnymi literami. koniec końców powstawanie skał, tak jak projektowanie fontów, to niemal równie wymagające czasowo procesy.
redakcja tekstu: kacper greń
Ania Wacławek artystka graficzna i projektantka o szczególnym zamiłowaniu do papieru. Rozmyśla o materialności i byciu w świecie. Absolwentka grafiki na wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta. Prowadzi CZY-TO Studio, a jako Zaistniała Sytuacja miksuje muzykę.
chor. Marta Ziółek
Do nansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury — państwowego funduszu celowego.
Seria Wizualna jest wspólną inicjatywą Fundacji Bęc Zmiana i Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego.