Skip to main content

ALMA_MATER_188

Page 1


Collegium Nowodworskiego
Fot. Stanisław Kolowca
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

ALMA MATER

miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego numer specjalny 188, listopad 2016

ADRES REDAKCJI

31-126 Kraków, ul. Michałowskiego 9/3 tel. 12 663 23 50 e-mail: almamater@uj.edu.pl www.almamater.uj.edu.pl

RADA PROGRAMOWA

Zbigniew Iwański

Antoni Jackowski

Zdzisław Pietrzyk

Aleksander B. Skotnicki Joachim Śliwa

OPIEKA MERYTORYCZNA

Franciszek Ziejka

REDAKCJA

Rita Pagacz-Moczarska – redaktor naczelna Zofia Ciećkiewicz – sekretarz redakcji

Anna Wojnar – fotoreporter WYDAWCA

Uniwersytet Jagielloński 31-007 Kraków, ul. Gołębia 24

PRZYGOTOWANIE DO DRUKU

Opracowanie koncepcji pisma

Rita Pagacz-Moczarska

Opracowanie graficzne i łamanie Agencja Reklamowa „NOVUM” www.novum.krakow.pl

Korekta – Elżbieta Białoń, Ewa Dąbrowska

DRUK

Drukarnia Pasaż sp. z o.o. 30-363 Kraków, ul. Rydlówka 24

1 strona okładki: Fragment tablicy pamiątkowej znajdującej się przy auli Collegium Novum oraz karta aresztowania Jana Włodka i portrety profesorów zamordowanych w niemieckich obozach koncentracyjnych

4 strona okładki: Kościół św. Andrzeja w Krakowie; listopad 1940 Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych, zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów, zmian tytułów oraz zmian redakcyjnych w nadesłanych tekstach, nie odpowiada za treść reklam i ogłoszeń

Numer zamknięto 28 października 2016 ISSN 1427-1176 nakład: 3000 egz.

KONTO:

Uniwersytet Jagielloński

PEKAO SA 87124047221111000048544672

z dopiskiem: ALMA MATER – darowizna

SPIS TREŚCI

Historyczna Sala nr 56 w Collegium Novum, stan współczesny Fot. Anna Wojnar

OD REDAKCJI

77 lat temu niemieccy okupanci podstępnie aresztowali 183 osoby, które 6 listopada przybyły na wykład SS-Sturmbannführera Bruno Müllera do Collegium Novum bądź przebywały w pobliżu uniwersyteckiego gmachu znajdującego się przy ul. Gołębiej 24. Wśród uwięzionych byli pracownicy naukowi Uniwersytetu Jagiellońskiego i innych uczelni Krakowa. – 6 listopada 1939 stał się datą graniczną i symboliczną. Aresztowanie było precedensem i, jak się okazało, początkiem ciernistej drogi polskiej inteligencji i środowisk twórczych w okresie okupacji, a nie – jak wielu sądziło – odosobnionym przypadkiem. Wydano wówczas wyrok nie tylko na Uniwersytet, ale i na całe polskie szkolnictwo stopnia wyższego i średniego – pisze prof. Andrzej Chwalba w swej książce Okupacyjny Kraków w latach 1939–1945. Pamięć o tamtych dramatycznych wydarzeniach trwa...

W tym roku społeczność akademicka Krakowa odda hołd ofiarom brutalnego zamachu na polską inteligencję wyjątkowo nie 6, lecz 7 listopada. W ramach Akademickiego Dnia Pamięci delegacje krakowskich uczelni złożą wiązanki kwiatów na grobach zmarłych profesorów pochowanych na cmentarzu Rakowickim i cmentarzu na Salwatorze, pod pamiątkową tablicą przy ul. Wrocławskiej 82, a także przy Dębie Wolności oraz pod pamiątkowymi tablicami w Collegium Novum. W auli tego gmachu zorganizowana zostanie główna część uroczystości. Jej dodatkowymi akcentami będą wręczenie złotego medalu Plus Ratio Quam Vis Uniwersytetowi Ruprechta-Karola w Heidelbergu, oraz odsłonięcie tablicy przed historyczną salą nr 56 (dawniej salą LXVI), w której dokonano aresztowania profesorów. W bieżącym wydaniu „Alma Mater” po raz kolejny wracamy do wydarzeń związanych z tzw. Sonderaktion Krakau. Tym razem szczególną uwagę zwracając na jej krakowski i wrocławski etap, jak również na losy krakowskich uczonych w obozie koncentracyjnym w Dachau. Nieustająco zobowiązują nas do tego słowa prof. Stanisława Estreichera, wypowiedziane przez niego w grudniu 1939 roku, tuż przed śmiercią w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen: Nie zapomnijcie naszej śmierci, nie dajcie jej zmarnować...

SONDERAKTION KRAKAU

3 LISTOPADA 1939

Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Tadeusz Lehr-Spławiński otrzymał pisemne zaproszenie z Einsatzkommando 2 (ul. Pomorska 2) na rozmowę w „sprawach uniwersyteckich”. W toku rozmowy SS-Sturmbannführer Müller, dowódca 2. oddziału operacyjnego I grupy operacyjnej (Einsatzkommando 2/I), zażądał od rektora zwołania ogólnego zebrania profesorów i wykładających, na którym pragnął przedstawić – jak się wyraził – niemiecki punkt widzenia w sprawie nauki i szkół akademickich (den deutschen Standpunkt in der Wïssenschaft und Hochschulfragen klären).

6 LISTOPADA 1939, GODZINA 12

Do gmachu Collegium Novum przy ul. Gołębiej 24 przybył w asyście policji Bruno Müller. Około godziny 12.10 w asyście trzech oficerów wkroczył do wypełnionej sali wykładowej nr 66 im. Mikołaja Kopernika na II piętrze (obecnie Sala nr 56 im. Józefa Szujskiego) i nie zdejmując czapki, zwrócił się w złowrogich słowach do zebranych1: Die hiesige Universität hat ihr Schuljahr begonnen, ohne vorher die Einwilligung der deutschen Behörden eingeholt zu haben. Das ist eine Böswilligeit. Nebst dem ist es allgemein bekannt, dass die Lehrer stets gegenüber der deutschen Wissenschaft feindlich gesinnt waren. Dies sind die Gründe, weshalb sie Alle – mit Ausnahme der drei anwesenden Frauen [!] – in ein Konzentrationslager abgeführt werden. Jedwede Diskussion oder auch nur Äusserung hierüber ist ausgeschlossen. Wer einen Widerstand gegen die Ausführug meines Befehles wagen würde, wird niedergeschossen ( Uniwersytet tutejszy rozpoczął rok akademicki, nie uzyskawszy poprzednio pozwolenia władz niemieckich. Jest to zła wola. Ponadto jest powszechnie wiadomo, że wykładowcy byli zawsze wrogo nastawieni wobec nauki niemieckiej. Z tego powodu wszyscy obecni, z wyjąt-

Kadry z filmu Katyń Andrzeja Wajdy przedstawiające aresztowanie profesorów w Collegium Novum 6 listopada 1939

kiem kobiet, będziecie przewiezieni do obozu koncentracyjnego. Jakakolwiek dyskusja, a nawet jakakolwiek wypowiedź na ten temat jest wykluczona. Kto stawi opór przy wykonywaniu mego rozkazu, zostanie zastrzelony).

Oponujący przeciw bezprawiu profesorowie, między innymi Stanisław Estreicher, nie zostali dopuszczeni do głosu, natomiast rektor Tadeusz Lehr-Spławiński został uciszony okrzykiem, że on pierwszy zostanie aresztowany. Obecne na wykładzie prof. Helena Willman-Grabowska i Jadwiga Wołoszyńska po opuszczeniu sali powiadomiły rodziny profesorów o ich aresztowaniu. Również biskup Michał Godlewski przypadkowo uniknął aresztowania, opuszczając wcześniej gabinet rektoratu.

wobec kilku z nich, między innymi Fryderyk Zoll został uderzony kolbą karabinu

Stefan Harassek, spóźniwszy się na wykład, został aresztowany na korytarzu II piętra, natomiast Stanisław Urbańczyk dostał się w ręce Niemców na ul. Gołębiej. Z okien Zakładu Anatomii Porównawczej (ul. św. Anny 6) uwięzienie profesorów obserwowali Henryk Szarski i Jan Marchlewski.

Po wyjściu na korytarz profesorowie zostali poddani rewizji, podczas której Niemcy dopuścili się użycia przemocy

w plecy, a Stanisława Estreichera, Janusza Wiktora Supniewskiego, księdza Konstantego Michalskiego i Adama Zechentera spoliczkowano. Następnie zostali sprowadzeni schodami, wzdłuż których stała niemiecka policja, na tyły budynku, do stojących na rogu ulic Jagiellońskiej i Gołębiej dużych samochodów krytych płótnem, na które kazano im się wspinać, przynaglając krzykiem i popychaniem.

Więzienie przy ul. Montelupich w Krakowie, miejsce przetrzymywania uczonych aresztowanych 6 listopada 1939

Równocześnie z aresztowaniem profesorów Niemcy wtargnęli do sekretariatu i rozkazali opuszczenie budynku uniwersyteckiego wszystkim pracownikom administracyjnym. Aresztowane ogółem 183 osoby przewieziono ulicami Olszewskiego, Wiślną, dookoła Plant, Karmelicką, Alejami Trzech Wieszczów do więzienia przy ul. Montelupich. Za autami jechały eskortujące konwój motocykle policyjne. Na dziedzińcu więzienia aresztanci stali około dwóch, trzech godzin. W tym czasie ich spisano, kilku oficerów niemieckich robiło zdjęcia. W czasie spisywania przywieziono również prawie wszystkich profesorów Akademii Górniczej, którzy tego dnia mieli zebranie w sali posiedzeń Wydziału Filozoficznego w Collegium Novum.

Aresztowani byli pracownikami: Uniwersytetu Jagiellońskiego – 142 osoby, Akademii Górniczej – 21 osób, Akademii Handlowej – 3 osoby, Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – 1 osoba, Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie – 1 osoba. Ponadto aresztowano: studentów UJ – 3 osoby, nauczycieli szkół średnich – 6 osób, innych przypadkowych – 6 osób.

Po spisaniu listy aresztowanych podzielono ich na trzy grupy i zamknięto w trzech salach. Jako pożywienie dano im po kromce chleba.

Sonderaktion Krakau w filmie Andrzeja Wajdy Katyń
Prof. Tadeusz Lehr-Spławiński, ówczesny rektor UJ
Prof. Stanisław Estreicher
Ze zbiorów Archiwum UJ
Narodowe Archiwum
Cyfrowe
Anna Wojnar

LISTA ARESZTOWANYCH

6 LISTOPADA 1939 PODCZAS TZW. SONDERAKTION KRAKAU

UNIWERSYTET JAGIELLOŃSKI

Wydział Teologiczny – Józef Archutowski, Antoni Bystrzonowski, Tadeusz Glemma, Józef Kaczmarczyk, Tadeusz Kruszyński, Jan Krzemieniecki, Konstanty Michalski, Marian Michalski, Jan Salamucha, Władysław Wicher

Wydział Prawa – Tadeusz Dziurzyński, Stanisław Estreicher, Jan Gwiazdomorski, Adam Heydel, Józef Hołda, Adam Krzyżanowski, Stanisław Kutrzeba, Jerzy Lande, Bogusław Leśnodorski, Zygmunt Sarna, Maciej Starzewski, Władysław Wolter, Fryderyk Zoll

Wydział Lekarski – Eugeniusz Brzezicki, Stanisław Ciechanowski, Jerzy Drozdowski, Józef Hano, Kazimierz Telesfor Kostanecki, Józef Karol Kostrzewski, Ksawery Lewkowicz, Kazimierz Majewski, Stanisław Maziarski, Jan Miodoński, Aleksander Oszacki, Zdzisław Przybyłkiewicz, Jan Zygmunt Robel, Ludwik Sieppel, Stanisław Skowron, Bronisław Stępowski, Janusz Supniewski, Władysław Szumowski, Tadeusz Tempka, Leon Tochowicz, Leon Jan Wachholz, Franciszek Walter, January Zubrzycki Wydział Filozoficzny – Tadeusz Banachiewicz, Henryk Batowski, Stefan Bednarski, Henryk Ludwik Bernard, Adam Bielecki, Aleksander Birkenmajer, Mieczysław Brożek, Kazimierz Bulas, Ignacy Chrzanowski, Jan Dąbrowski, Dobiesław Doborzyński, Kazimierz Dobrowolski, Tadeusz Dobrowolski, Karol Dziewoński, Tadeusz Estreicher, Vilim Frančić, Józef Fudakowski, Tadeusz Garbowski, Marek Gatty-Kostyál, Antoni Gaweł, Stanisław Gąsiorowski, Józef Gołąb, Franciszek Górski, Zygmunt Grodziński, Seweryn Hammer, Jan Harajda, Stefan Harassek, Henryk Ferdynand Hoyer, Zdzisław Jachimecki, Stanisław Janik, Julian Kamecki, Bogdan Kamieński, Ludwik Kamykowski, Adam Marian Kleczkowski, Aleksander Kocwa, Stefan Kołaczkowski, Stefan Komornicki, Władysław Konopczyński, Stanisław Korbel, Tadeusz Kowalski, Jan Kozak, Tadeusz Lehr-Spławiński, Franciszek Leja, Kazimierz Lepszy, Stanisław Leszczycki, Stanisław Łukasik, Stanisław Malaga, Mieczysław Małecki, Joachim Metallmann, Sylwiusz Mikucki, Józef Stanisław Mikulski, Tadeusz Milewski, Jan Moszew, Zygmunt Mysłakowski, Kazimierz Nitsch, Jan Nowak, Wiktor Ormicki, Arkadiusz Henryk Piekara, Stanisław Pigoń, Ludwik Piotrowicz, Kazimierz Piwarski, Władysław Semkowicz, Michał Siedlecki, Stanisław Skimina, Jerzy Smoleński, Jan Stanisławski, Leon Sternbach, Kazimierz Stołyhwo, Antoni Swaryczewski, Stanisław Szczotka, Tadeusz Szydłowski, Stanisław Turski, Stanisław Urbańczyk, Tadeusz Ważewski, Antoni Wilk, Witold Wilkosz, Roman Wojtusiak, Józef Wolski, Jan Wojciech Zabłocki, Longin Tadeusz Zawadzki, Jan Ziłyński

Wydział Rolniczy – Edward Chodzicki, Franciszek Hendzel, Juliusz Jakóbiec, Anatol Listowski, Paweł Łoziński, Teodor Marchlewski, Kazimierz Piech, Roman Prawocheński, Feliks Rogoziński, Adam Rożański, Stefan Schmidt, Karol Starmach, Jan Włodek

AKADEMIA GÓRNICZA

Zygmunt Bielski-Saryusz, Andrzej Bolewski, Witold Budryk, Edmund Chromiński, Stefan Czarnocki, Iwan Feszczenko-Czopiwski, Mikołaj Czyżewski, Roman Dawidowski, Stanisław Gołąb, Antoni Hoborski, Stanisław Jaskólski, Mieczysław Jeżewski, Aleksander Krupkowski, Adam Ludkiewicz, Antoni Meyer, Wilhelm Staronka, Izydor Stella-Sawicki, Jan Studniarski, Władysław Takliński, Edward Windakiewicz, Feliks Zalewski

AKADEMIA HANDLOWA

Arnold Bolland, Walenty Winid, Albin Żabiński

KATOLICKI UNIWERSYTET LUBELSKI

Witold Krzyżanowski

UNIWERSYTET STEFANA BATOREGO W WILNIE

Franciszek Bossowski

SPOZA AKADEMICKIEGO GRONA NAUCZAJĄCEGO

pracownicy administracji UJ – Franciszek Mikulski, Włodzimierz Ottman studenci UJ – Janusz Maria Borkowski, Lech Władysław Haydukiewicz, Czesław Piętka nauczyciele szkół średnich – Tadeusz Biliński, Józef Dadak, Wincenty Majcher, Stanisław Majewicz, Józef Nodzyński, Jan Zerndt

INNI Kazimierz Pazdro – inżynier elektryk, zatrudniony w Katowicach; Ludwik Ręgorowicz – doktor filozofii UJ, wizytator Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego; Zygmunt Antoni Starachowicz – magister praw UJ (30 X 1939); Jan Stępień – magister filozofii UJ; Adam Zechenter – doktor praw UJ, emerytowany sędzia; Jachimowicz (imię nieznane) – przypadkowy przechodzień

7 LISTOPADA 1939, OKOŁO GODZINY 10

Pod eskortą esesmanów aresztanci zostali przewiezieni wojskowymi ciężarówkami do koszar wojskowych 20. pułku piechoty przy ul. Mazowieckiej. Umieszczono ich w kilku izbach żołnierskich na drugim piętrze (od strony ul. Bartosza Głowackiego), gdzie przebywali pod strażą żołnierzy Wehrmachtu, Austriaków znających język polski.

Około godziny 15 wokół koszar zaczęły gromadzić się rodziny uwięzionych. W tym dniu więźniom zezwolono na widzenie się z bliskimi i odebranie przyniesionych ubrań, przyborów toaletowych, pożywienia.

9 LISTOPADA 1939

„Goniec Krakowski”, nr 10 z 8 listopada 1939 Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa

Po godzinie 13 aresztowani wyruszyli pod eskortą esesmanów na rampę kolejową dworca towarowego u wylotu

ul. Bartosza Głowackiego w Łobzowie. W czterech wagonach pulmanowskich II i III klasy pociągu zajęło miejsca 173 więźniów. Żegnający ich tutaj Bruno Müller oświadczył, że przewiezieni zostaną na teren Rzeszy Niemieckiej.

O godzinie 14.35 pociąg z więźniami wyruszył w nieznane. Jechał 14 godzin przez Trzebinię, Dąbrowę Górniczą, Katowice, Bytom i Opole. Po kilku godzinach jazdy zatrzymał się i stał w ciemnościach około dwóch godzin.

Panorama Krakowa, widok z dachu Domu Prasy; lata okupacji

10 LISTOPADA 1939, OKOŁO GODZINY 3 RANO

Pociąg z aresztantami przyjechał na Dworzec Główny we Wrocławiu. Około godziny 5 rano samochody policyjne przewiozły aresztowanych z Dworca Głównego do więzień wrocławskich. Osadzono ich w pojedynczych celach w więzieniu karnym przy Kletschkauerstrasse 31 (obecnie ul. Kleczkowska). Pierwszego dnia w celach na parterze budynku, a w dniu następnym w grupach 10-, 20-osobowych na drugim piętrze. Pozostałych aresztantów zamknięto w więzieniu śledczym przy Freiburgerstrasse (obecnie ul. Świebodzka) – w pojedynczych celach, a pięciu w areszcie policyjnym (przewieziono ich później do więzienia karnego). We Wrocławiu zezwolono więźniom na czytanie książek i prasy. Posiłki dostarczane były regularnie i w wystarczającej ilości. Raz dziennie aresztanci wychodzili na spacer na dziedziniec więzienny.

Więźniowie w areszcie karnym (Kletschkauerstrasse 31) w poszczególnych celach wykorzystywali czas wolny na pogadanki. W celi nr 300 odczyty wygłosili, między innymi, Ludwik Piotrowicz – z historii starożytnej, Józef Fudakowski i Jan Zabłocki – z przyrody, Zdzisław Jachimecki – z historii muzyki, i Aleksander Oszacki – kilka wykładów z zakresu medycyny, niektórzy podzielili się wspomnieniami.

W celi nr 306 pogadanki autobiograficzne przedstawili Tadeusz Kowalski, Stanisław Maziarski, Ignacy Chrzanowski (w ciągu paru wieczorów i kilku popołudni), który wplótł w opowieść swego życia, w sposób niesłychanie barwny, szereg wspomnień o Sienkiewiczu, Prusie, Żeromskim, Reymoncie, podał przebieg i znaczenie strajku szkolnego, scharakteryzował całe życie literackie Warszawy na przełomie XIX i XX

wieku. Po nim pogadanki autobiograficzne wygłosili: Kazimierz Nitsch, Stanisław Pigoń, Jerzy Lande, Stanisław Gąsiorowski, Jan Gwiazdomorski i Stanisław Klimecki.

16 LISTOPADA 1939

W celi 306 w więzieniu karnym (Kletschkauerstrasse 31) Tadeusz Kowalski odczytem Ibrahim syn Jakuba i jego podróż po krajach słowiańskich rozpoczął cykl pogadanek naukowych. Dalsze odczyty wygłosili: Stanisław Gąsiorowski O początkach kultury w Azji i w Egipcie i Tadeusz Estreicher Dawny Kraków (17 XI), Jan Gwiazdomorski Czy prawo jest nauką (18 XI), Jerzy Lande Nauki o prawie (19 XI), Stanisław Pigoń O sejmowym wydaniu Mickiewicza i Marek Gatty-Kostyál Jak powstaje nowoczesny lek (20 XI), Wiktor Ormicki Kolonizacja włoska w Libii i Kazimierz Piwarski Stan badań nad epoką Jana III (21 XI), Stanisław Leszczycki Planowanie regionalne i Kazimierz Nitsch O dialekcie śląskim (22 XI),

Więzienie we Wrocławiu, miejsce przetrzymywania uczonych aresztowanych podczas Sonderaktion Krakau
Pamiątkowa kartka pochodząca z więzienia we Wrocławiu

Stanisław Maziarski Witaminy, hormony, fermenty i Jan Gwiazdomorski Z dziedziny prawa małżeńskiego (23 XI), Stanisław Turski Komety i gwiazdy spadające, Stanisław Gąsiorowski Grecja przed Grekami (24 XI), Wiktor Ormicki Problem kolonizacji wewnętrznej w Polsce i Kazimierz Lepszy Portret Stefana Batorego (25 XI), Tadeusz Kowalski Podróż po Małej Azji (26 XI) i Stanisław Maziarski O komórce (27 XI).

26 LISTOPADA 1939

Po godzinie 20 aresztowanych przewieziono z więzień karetkami pod silną eskortą policyjną na Dworzec Główny we Wrocławiu. Na dworcu zostali ustawieni w jednym z tuneli pod peronem i dwie godziny oczekiwali na pociąg. Popychani i bici, przy wrzaskach policyjnej eskorty, zajęli miejsca w wagonach kolejowych, z oknami zasłoniętymi firankami. Przy wchodzeniu do wagonów zaciągnięto nad nimi wartę policyjną i wyznaczono spośród nich zakładników, którym zagrożono rozstrzelaniem w przypadku próby ucieczki któregoś z więźniów. Po dość długim postoju wyruszyli w nieznane. W trakcie jazdy trwającej około 20 godzin dołączono do pociągu kilka wagonów wiozących innych więźniów.

28 LISTOPADA 1939

Pociąg z więźniami dojechał do Berlina. Po parogodzinnym postoju na dworcu towarowym odjechał i zatrzymał się na przystanku leśnym za stacją kolejową w Oranienburgu pod Berlinem.

Około godziny 16, otoczeni podwójnym kordonem straży, ustawieni trójkami, z gołymi głowami, w strugach padającego deszczu i śniegu więźniowie wyruszyli pośpiesznym marszem i po około kwadransie stanęli przed bramą obozu koncentracyjnego Sachsenhausen-Oranienburg pod Berlinem. Po przejściu bramy obozu

zostali ustawieni przed barakiem, gdzie oczekiwali około godziny. Następnie wpędzono ich do baraku-łaźni, gdzie po rozebraniu się, „spakowaniu” ubrań, oddaniu pieniędzy i zegarków, ostrzyżeniu głów oraz prysznicu rozdano im więzienne ubrania. Pozwolono im zatrzymać po dwie

chusteczki do nosa, okulary i szczotkę do zębów. Aresztowani wciągnięci zostali do kartoteki obozowej i stali się numerami (więźniami aresztowanymi prewencyjnie, tzw. Schutzhäftling). Pierwszą noc spędzili we wspólnym baraku nr 19, bez pożywienia.

Dworzec Główny we Wrocławiu; 1938
Wyżsi rangą esesmani podczas marszu; obóz koncentracyjny w Sachsenhausen Źródło

OBÓZ KONCENTRACYJNY SACHSENHAUSEN

Obóz koncentracyjny Sachsenhausen powstał w 1936 roku na obrzeżach Oranienburga, oddalonego o około 40 kilometrów od Berlina. Był wzorcowym obiektem dla innych obozów. Do końca wojny więziono tam 200 tysięcy ludzi z całej Europy. Był to pierwszy obóz zbudowany po objęciu przez Reichsführera SS Heinricha Himmlera stanowiska szefa niemieckiej policji. Został zaprojektowany przez architektów SS jako symboliczna realizacja idei podporządkowania więźniów absolutnej władzy SS. Himmler określił obóz jako „nowoczesny, idealny i łatwy do rozbudowy”. O jego znaczeniu świadczy również fakt przeniesienia ze stolicy Rzeszy do Oranienburga inspektoratu wszystkich obozów koncentracyjnych. W KL Sachsenhausen szkolony był, między innymi, Rudolf Höss, późniejszy komendant w KL Auschwitz. Początkowo w obozie przebywali więźniowie polityczni, przeciwnicy nazizmu, a od 1939 roku więźniowie uznani przez narodowy socjalizm za rasowo niższych, pochodzący z okupowanych krajów Europy. Obóz pochłonął dziesiątki tysięcy ofiar. Po ewakuacji, tzw. „marszu śmierci”, w 1945 roku w obozie pozostało trzy tysiące chorych i personel medyczny. 22 kwietnia zostali oswobodzeni przez 2. Warszawską Dywizję Piechoty im. Henryka Dąbrowskiego Wojska Polskiego oraz Armię Czerwoną.

Od sierpnia 1945 roku na tym terenie znajdował się wzorowany na gułagach sowiecki obóz specjalny, gdzie więziono funkcjonariuszy NSDAP, żołnierzy Armii Czerwonej oskarżonych o dezercję lub kontakty z kapitalistami oraz podejrzanych o opór wobec władzy komunistycznej. W latach 1945–1950 przebywało tam 60 tysięcy ludzi, z których 12 tysięcy zmarło.

W czasach NRD, w 1961 roku powołano Muzeum Międzynarodowego Ruchu Oporu. Od 1993 roku na terenie byłego obozu znajduje się Miejsce Pamięci i Muzeum Sachsenhausen.

Baraki w obozie Sachsenhausen

Więźniów zapoznano z obozowym regulaminem: 5.30 – pobudka, składanie koców według przepisanego porządku, mycie się, pierwszy posiłek, 7.00 – apel poranny, po apelu więźniowie udawali się do przydzielonych im zajęć, 12.00 – apel południowy, po którym więźniowie otrzymywali drugi posiłek, około 16.00 – trzeci apel, około 17.30 więźniowie mogli udać się do swoich baraków

Po dokończeniu rejestracji więźniów z grupy krakowskiej przeniesiono z bloku nr 19 i rozdzielono, umieszczając w bloku nr 45 (85 osób) i w bloku nr 46 (72 osoby). Księży, w liczbie 10, umieszczono w tzw. bloku księżowskim. Joachim Metallmann i Leon Sternbach trafili do tzw. bloku żydowskiego.

W ciągu kilku dni uzupełniono ich ubiór o czerwoną trójkątną naszywkę –

oznaczającą więźnia politycznego, i o numer na spodniach i bluzie.

Więźniowie krakowscy w obozowym uniwersytecie wygłosili wiele pogadanek zakończonych dyskusjami. W bloku nr 45 wygłoszono 160 pogadanek, w bloku nr 46 – około 120. Prelegentami byli, między innymi, Ignacy Chrzanowski, Tadeusz Garbowski, Stefan Kołaczkowski, Wiktor Ormicki, Michał Siedlecki, Jerzy Smoleński, Władysław Konopczyński, Adam Heydel – w bloku nr 45, Zygmunt Saryusz-Bielski, Kazimierz Piwarski –w bloku nr 46. Ponadto odbywały się kursy językowe, które prowadzili, między innymi, Henryk Batowski (czeski), Jan Harajda (węgierski), Henryk Bernard (francuski),

Tadeusz Kowalski (turecki), Stanisław Korbel (stenografia), Władysław Wolter i Tadeusz Biliński (niemiecki). Odbywały się też ćwiczenia w języku rosyjskim.

8 LUTEGO 1940

Obóz koncentracyjny Sachsenhausen opuściło 102 więźniów z Krakowa. Zwolniony z nimi Antoni Hoborski nie wyszedł z kacetu i zmarł w obozie 9 lutego. Zwolnieni w stanie skrajnego wyczerpania – Jan Nowak, Stefan Kołaczkowski, Franciszek Bossowski, Stefan Komornicki i Antoni Wilk, i chorzy z rewiru (obozowego szpitala) – Leon Wachholz, Jan Zabłocki i Kazimierz Majewski, nie mogli iść o własnych siłach. W obozie pozostało nadal 48 krakowian.

Więźniowie podczas apelu w Sachsenhausen
Plac przed krematorium w obozie Sachsenhausen Archiwum
Wikipedia
Zachowane ogrodzenie obozu Sachsenhausen; 2001
ALMA MATER nr 188 Spis profesorów, którzy pozostali w obozie w Sachsenhausen po zwolnieniu grupy profesorów liczących ponad 40 lat. Listę przekazał do Archiwum UJ Vilim Frančić. Zapisał w notatce: NB. Spis ten był podstawą dla rektora UJ prof. dra Lehra-Spławińskiego i prezesa PAU prof. Kutrzeby w późniejszych staraniach o ich zwolnienie
Archwium
UJ

Bloki dla więźniów, ogrodzenie, wieża strażnicza obozu Sachsenhausen; 2005

Po godzinie 21 zwolnieni więźniowie krakowscy wyjechali czterema samochodami ciężarowymi spod bramy obozowej do odległego o trzydzieści kilometrów Charlottenburga, skąd wyruszyli w podróż powrotną do Krakowa. Pilnowani byli przez jednego konwojenta.

9 LUTEGO 1940

Około godziny 12 w południe pociąg z uwolnionymi więźniami dotarł na dworzec kolejowy w Krakowie. Stąd ulicami Pawią, Ogrodową, Warszawską przewieziono ich grupami do więzienia przy

ul. Montelupich. Po złożeniu lekarzowi urzędowego oświadczenia o stanie zdrowia (niektórzy tego nie uczynili) opuścili więzienie. Śmiertelnie chorego Stefana Kołaczkowskiego przewieziono z dworca karetką do Szpitala św. Łazarza.

1 LUB 2 MARCA1940

Kilkuosobowa grupa esesmanów pod komendą Hauptscharfführera Hoffmanna, która przyjechała z Dachau do kacetu Sachsenhausen, zdecydowała o wywózce 43 więźniów z grupy krakowskiej do obozu koncentracyjnego w Dachau.

4 MARCA 1940

1500 więźniów, w tym 43 aresztowanych podczas Sonderaktion Krakau, odjechało pociągiem do obozu koncentracyjnego w Dachau.

Skrócona wersja opracowania Mieczysława Barcika

1 Zachowały się trzy relacje wypowiedzi Müllera: Władysława Konopczyńskiego, Zdzisława Jachimeckiego i cytowana tu Fryderyka Zolla – zob. spuścizna F. Zolla, BJ, rkps 9778 III, k. 79–80; zob. też Mieczysław Barcik, Wydział Teologiczny Uniwersytetu Jagiellońskiego (1939–1954), Kraków 2001, s. 41. Wypowiedź Müllera zamieścili w swoich wspomnieniach również Jan Gwiazdomorski i Stanisław Urbańczyk, jednak nie byli oni obecni na „odczycie”.

KL Dachau – widok ogólny na baraki, w których mieszkali więźniowie

ARESZTOWANI 6 LISTOPADA 1939

Józef Archutowski Tadeusz Banachiewicz Henryk Batowski Stefan Bednarski Henryk Ludwik Bernard
Arnold Bolland Janusz Maria Borkowski Franciszek Bossowski Mieczysław Brożek Eugeniusz Brzezicki
Ignacy Chrzanowski Stanisław Ciechanowski Stefan Czarnocki Mikołaj Czyżewski Józef Dadak
Jerzy Drozdowski Karol Dziewoński Tadeusz Dziurzyński Stanisław Estreicher Tadeusz Estreicher

podczas tzw. Sonderaktion Krakau

Adam Bielecki Zygmunt Bielski-Saryusz Tadeusz Biliński Aleksander Birkenmajer Andrzej Bolewski
Witold Budryk Kazimierz Bulas
Antoni Bystrzonowski
Edward Chodzicki
Edmund Chromiński
Roman Dawidowski Jan Dąbrowski Dobiesław Doborzyński Kazimierz Dobrowolski Tadeusz Dobrowolski Iwan Feszczenko-Czopiwski Vilim Frančić
Józef Fudakowski
Tadeusz Garbowski Marek Gatty-Kostyal
Jan Harajda Stefan Harassek Lech Władysław Haydukiewicz Franciszek Hendzel
Stefan Kołaczkowski Stefan Komornicki Władysław Konopczyński Stanisław Korbel Kazimierz Telesfor Kostanecki
Antoni Gaweł Stanisław Gąsiorowski Tadeusz Glemma Józef Gołąb
Stanisław Gołąb
historia.agh.edu.pl
Juliusz Jakóbiec Stanisław Janik
Stanisław Jaskólski Mieczysław Jeżewski Józef Kaczmarczyk
historia.agh.edu.pl
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Jan Krzemieniecki Adam Krzyżanowski Witold Krzyżanowski
Stanisław Kutrzeba
Jerzy Lande
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Franciszek Górski Zygmunt Grodziński
Jan Gwiazdomorski Seweryn Hammer Józef Hano
Julian Kamecki Bogdan Kamieński Ludwik Kamykowski
Adam Marian Kleczkowski Aleksander Kocwa
Tadeusz Lehr-Spławiński Franciszek Leja
Antoni Hoborski Józef Hołda Henryk Ferdynand Hoyer Jachimowicz - przechodzień Zdzisław Jachimecki Narodowe Archiwum Cyfrowe
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Józef Karol Kostrzewski Tadeusz Kowalski
Jan Kozak
Aleksander Krupkowski
Tadeusz Kruszyński
Narodowe
Kazimierz Piech Arkadiusz Henryk Piekara
Piętka Stanisław Pigoń Ludwik Piotrowicz
Feliks Rogoziński
Miodoński
Ksawery Lewkowicz Anatol Listowski
Łukasik
Teodor Marchlewski Stanisław Maziarski Joachim Metallmann Antoni Meyer Konstanty Michalski
Kazimierz Piwarski Roman Prawocheński
Zdzisław Przybyłkiewicz
Ludwik Ręgorowicz
Jan Zygmunt Robel
Marian Michalski Sylwiusz Mikucki Józef Stanisław Mikulski
Franciszek Mikulski Tadeusz Milewski
pth.home.pl
Wincenty Majcher Stanisław Majewicz
Kazimierz Majewski
Mieczysław Małecki Stanisław Malaga
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Jan Nowak Wiktor Ormicki Aleksander Oszacki Włodzimierz Ottman Kazimierz Pazdro
Władysław Semkowicz
Michał Siedlecki
Ludwik Sieppel
Stanisław Skimina
Stanisław Skowron
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Jan Włodek Roman Wojtusiak
Józef Wolski
Władysław Wolter
Jan Wojciech Zabłocki
Jerzy Smoleński Jan Stanisławski
Karol Starmach Wilhelm Staronka
Archiwum prywatne Katarzyny Starachowicz
Stanisław Turski Stanisław Urbańczyk
Leon Jan Wachholz
Franciszek Walter Tadeusz Ważewski
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Fryderyk Zoll January Zubrzycki
Kazimierz Stołyhwo Jan Studniarski
Antoni Swaryczewski Stanisław Szczotka
Feliks Zalewski Longin Tadeusz Zawadzki Adam Zechenter Jan Zerndt Jan Ziłyński
historia.agh.edu.pl
Władysław Wicher Antoni Wilk Witold Wilkosz Edward Windakiewicz Walenty Winid
historia.agh.edu.pl
Maciej Starzewski Izydor Stella-Sawicki Leon Sternbach
Jan Stępień Bronisław Stępowski pk.edu.pl
Władysław Szumowski Tadeusz Szydłowski Władysław Takliński
Tadeusz Tempka Leon Tochowicz
khm.cm-uj.krakow.pl
Narodowe
Archiwum
Cyfrowe

KRAKOWSKI I WROCŁAWSKI ETAP SONDERAKTION KRAKAU

W WIĘZIENIU POLICJI BEZPIECZEŃSTWA

Aresztowanych 6 listopada 1939 uczonych Uniwersytetu Jagiellońskiego przywieziono na podwórze więzienia przy ul. Montelupich, gdzie kazano im ustawić się w piątki. Ignacego Chrzanowskiego i Władysława Semkowicza, którzy, zdaniem esesmanów, nie dość szybko wykonali to polecenie, jeden z Niemców uderzył silnie pięścią w bok. Kilkunastu oficerów robiło nieustannie zdjęcia fotograficzne naszych szeregów – napisał Zdzisław Jachimecki. Przy sporządzaniu spisu aresztowanych trzeba było wykazać się jakimś dokumentem osobistym, spis obejmował imię i nazwisko, datę urodzenia, stosunek służbowy, adres zamieszkania oraz stan cywilny. Do pomocy wzięto, między innymi, nauczyciela gimnazjalnego Wincentego Majchera. W czasie tej czynności zajechał nowy samochód, z którego wysiedli zatrzymani w Collegium Novum pracownicy Akademii Górniczej. Kierownik Seminarium Języków Ruskich UJ Jan Ziłyński i profesor obróbki termicznej i stali specjalnych Akademii Górniczej Iwan Feszczenko-Czopiwski oświadczyli, że są Ukraińcami, domagali się, aby ich traktować inaczej niż Polaków, wskazali także na docenta koksownictwa oraz technologii ciepła i paliwa AG Mikołaja Czyżewskiego jako na Ukraińca. Natomiast lektorzy UJ: Chorwat Vilim Frančić, Węgier Jan Harajda i Francuz Henryk Bernard, ograniczyli się tylko do podania swoich danych. Spisanych na dziedzińcu więzienia wprowadzano do gmachu. Tak dużej partii aresztantów pewnie się nie spodziewano, a że nie było dla nich miejsc w celach, rozmieszczeni zostali w trzech większych pomieszczeniach, niewykorzystywanych dotychczas na cele więzienne, w których nie było miejsc do spania i załatwiania potrzeb naturalnych: w świetlicy więziennej, kaplicy i bóżnicy. Po południu do osób przeby-

Karta aresztowania prof. Tadeusza Lehra-Spławińskiego założona przez gestapo

Karta aresztowania prof. Eugeniusza Brzezickiego założona przez gestapo Fot. Archiwum UJ

wających w świetlicy dołączono Stanisława Klimeckiego. Uwięzieni snuli domysły co do swego losu. Jedni przypuszczali, że zostaną wywiezieni w głąb Niemiec i pozostaną tam do końca wojny, inni – że ujęto ich w charakterze zakładników, aby powstrzymać młodzież przed ewentualnymi demonstracjami 11 listopada. Władysław Wolter snuł przypuszczenia co do terminu opuszczenia więzienia, mówił, że jeśli zostaną w Krakowie, będą siedzieć krótko, jeśli zaś zostaną wywiezieni, będą siedzieć do końca wojny i nie wiadomo, czy powrócą do domów. Jak napisał Jan Gwiazdomorski –ciągle powtarzał: My dziś piszemy historię Uniwersytetu i dzień 6 listopada będzie po wieczne czasy naszym świętem. Niektórzy z zatrzymanych dopiero w więzieniu dowiedzieli się, co zaszło w sali nr 66, jak na przykład Stefan Harassek, który po wojnie pisał: Dopiero w więzieniu Montelupich dowiedziałem się, jak odbył się ów sławny „wykład” o stosunku władz niemieckich do Uniwersytetu i nauki polskiej. Na widok zebranych na dziedzińcu więzienia niemal wszystkich profesorów, docentów, asystentów i lektorów Uniwersytetu ogarnęło mnie zdumienie razem z nadzieją, że w takim zespole nikomu nic złego stać się przecież nie może. Noc w tych trzech pomieszczeniach spędzono w różny sposób: jedni stali oparci o mur, jeżeli było gdzie siedzieć – czyniono to, niektórzy pokładli się na podłodze, na stołach czy na ławach, o ile takowe były. Adam Krzyżanowski znalazł sobie miejsce w konfesjonale, a Jerzy Smoleński na stopniach ołtarza.

KARTY ARESZTU PREWENCYJNEGO

Najprawdopodobniej przeprowadzony na podwórzu więzienia spis był podstawą do sporządzenia dla każdej zatrzymanej osoby imiennej karty aresztu prewencyjnego (Schutzhaft-Kartei). Ten cenny dokument – zachowało się 46 kart – pozwala właśnie wnioskować, że stali się więźniami prewencyjnymi (ochronnymi). Procedurę przewidzianą dla osób objętych tym aresztem określono w rozporządzeniu ministra spraw wewnętrznych z 25 stycznia 1938 i uproszczono w wytycznych dotyczących działalności za granicą policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa z końca sierpnia 1939 roku. Nie wiadomo, kiedy karty sporządzono. Być może, że wcześniej, na podstawie spisu zatrzymanych, sporządzono formularze aresztowania, co przewidywały wytyczne z końca sierpnia.

Za taką kolejnością sporządzania dokumentów przemawiają liczne błędy w zapisie nazwisk na kartach aresztu, spowodowane najprawdopodobniej najpierw błędnym odczytem nazwisk przy sporządzaniu formularza aresztowania i następnie przy sporządzaniu karty.

Imienne karty aresztu prewencyjnego zawierały wiele rubryk, z których wypełniono na maszynie do pisania miejsca na: Name [Nazwisko], Vorname [Imię], Geburtstag und -ort [Data urodzenia i miejsce], Beruf [Zawód], Wohnung [Mieszkanie], Staatsangehörigkeit [Obywatelstwo]. W rubryce: Politische Einstellung [Polityczne nastawienie] umieszczono adnotację: Nat[ionalist] Pole [nacjonalista polski]. Takiej adnotacji nie mają zwolnieni 9 listopada 1939 Ukraińcy, na ich kartach umieszczone zostało w tej rubryce słowo Ukrainer [Ukrainiec]. Jako podstawę aresztu w rubryce Grund der Schutzhaft (stichwortartige Begründung) [Podstawa aresztu ochronnego (hasłowe uzasadnienie)] wpisywano: Aktion gegen Univ[ersität]-Professoren [Akcja przeciw profesorom Uniwersytetu]. W rubryce In Schutzhaft genomen am [W areszt ochronny wzięto] zamieszczono datę i miejscowość: 6.11.39 in Krakau [6.11.[19]39 w Krakowie] auf Anordnung [na zarządzenie], a dalej, obok zwrotów: Behörde [urząd], Aktenzeichen [numer akt], wpisywano Krakau oraz II D Haft Nr. 96. Jest to numer akt wydziału II dawnego Urzędu Tajnej Policji Państwowej (Geheime Staatspolizeiamt) w Berlinie, referat D, w którego gestii znajdowały się sprawy aresztu prewencyjnego, a który to urząd wszedł w skład Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (Reichssicherheitshauptamt, RSHA) jako Urząd

IV (Amt IV) – Zwalczanie nieprzyjaciela. W początkowym okresie utrzymywana była jeszcze stara struktura urzędu. Takie same adnotacje ma karta Stanisława Klimeckiego, na karcie z jego nazwiskiem w rubryce Beruf wpisano Advokat Karty zawierają błędy przede wszystkim w zapisie nazwisk. Tylko na zachowanych kartach odnotowano z błędami 10 nazwisk:

– Eugeniusz Brzezicki – występuje jako Poszcziekr, – Tadeusz Dziurzyński – jako Dzinczynski, – Stanisław Gąsiorowski – jako Gęsiorowski, – ksiądz Tadeusz Glemma – jako Glemina, – Stefan Kołaczkowski – jako Kodaczkowski, – Stefan Komornicki – jako Kornornicki, – Jan Krzemieniecki – jako Kosemieniecki, – Tadeusz Lehr-Spławiński zapisany został jako Sętawinski, – Edward Windakiewicz – jako Wudakiewicz, – Albin Żabiński – jako Zabenski. Występują także błędne zapisy innych danych personalnych, na przykład aresztowany przed sekretariatem rektora Ludwik Ręgorowicz ma zapis – Ass. UJ [asystent UJ], a rektor Akademii Handlowej Albin Żabiński ma wpis – Prof. a.d. Bergakademie. Ksiądz prof. Tadeusz Glemma to według karty Pfarrer [proboszcz]. Na jego karcie wypełniono także rubrykę Glaubensbekenntnis [Wiara wyznawana], w której wpisano röm[isch-]kath[olisch]. Karty aresztu założono także dla zwolnionego już 7 listopada prof. Fryderyka Zolla i zwolnionych dwa dni później Iwana Feszczenki-Czopiwskiego i Jana Ziłyńskiego. Na ich karcie odnotowane imiona mają formę Iwan. Karta trzeciego zwolnionego Ukraińca – Mikołaja Czy-

Archiwum UJ
Karta aresztowania prof. Jana Krzemienieckiego założona przez gestapo

Karta aresztowania prof. Albina Żabińskiego założona przez gestapo

żewskiego nie zachowała się. Pozwala to przypuszczać, że imienne karty założono na podstawie niezweryfikowanego spisu zatrzymanych powstałego w więzieniu przy ul. Montelupich i formularzy aresztowań. Uwięzieni znajdowali się – jak stanowiło rozporządzenie z 25 stycznia 1938 ministra spraw wewnętrznych III Rzeszy – w wyłącznej kompetencji Urzędu Tajnej Policji Państwowej. Wytyczne z końca sierpnia zobowiązywały szefa grupy operacyjnej do powiadamiania o przeprowadzonym aresztowaniu referatu II D tegoż urzędu (a po reorganizacji Urzędu IV RSHA) i do utrzymywania stałej łączności z tym urzędem. W rozporządzeniu RSHA Urząd IV z 26 października 1939, dotyczącym wykonania aresztu prewencyjnego, stwierdzono, że z rozkazu Reichsführera SS i szefa niemieckiej policji więźniów prewencyjnych przydziela się do oddziału karnego obozów koncentracyjnych, w tym czasie był to obóz koncentracyjny Buchenwald. W Urzędzie IV 6 listopada powołano jeszcze jeden referat wspomagający działania grup operacyjnych przekształcanych w stałe placówki policji bezpieczeństwa i SD: referat II O dla rozpracowania polityczno-policyjnych spraw na okupowanych, dotąd polskich terenach. Jego kierownikiem został SS-Hauptsturmführer Joachim Deumling (1910–2007). Przed wysłaniem uczonych do więzienia we Wrocławiu (8 listopada) szef 2. Grupy Operacyjnej Bruno Müller był w Berlinie. Nieznane są „owoce” tego wyjazdu, ale raczej jest rzeczą niemożliwą, w świetle wymienionych rozporządzeń, aby nie podzielił się swoim „sukcesem” z odpowiadającym w Urzędzie IV za areszt prewencyjny referatem II D i nie otrzymał decyzji co do losu

krakowskich uczonych. Przemawia za tym zamieszczona na imiennych kartach sygnatura akt tego referatu i ten sam zbiorczy numer zarządzenia: II D Haft Nr. 96. Müller powrócił z decyzją o przeniesieniu uczonych do więzienia we Wrocławiu, gdzie mieli oczekiwać na umieszczenie ich w obozie koncentracyjnym. Aresztowani, oczywiście, nic o tym nie wiedzieli – o tym, że są więźniami prewencyjnymi i co to jest Schutzhäft, niektórzy z nich dowiedzieli się dopiero w więzieniu śledczym we Wrocławiu.

W KOSZARACH 20. PUŁKU PIECHOTY

Już 7 listopada aresztowanych partiami wyprowadzono na podwórze więzienne i przewieziono takimi samymi samochodami jak w dniu poprzednim do koszar 20. pułku piechoty w Łobzowie (ul. Mazowiecka), uprzednio już wykorzystywanych przez okupanta jako obóz dla jeńców – oficerów polskich. Tu zostali oddani pod nadzór majora Wehrmachtu – Austriaka, który przeznaczył dla naukowców kilka sal na drugim piętrze budynku stojącego najbliżej toru kolejowego. Pozwolił im na spokojnie rozlokowanie się w salach według własnego uznania i pozostawił swobodę ruchu w obrębie budynku koszarowego, a później także dziedzińca. Służbę pełnili żołnierze Wehrmachtu, natomiast prace pomocnicze wykonywali polscy jeńcy-żołnierze.

W koszarach Władysław Konopczyński –jak pisał Zdzisław Jachimecki – dokonał sporządzenia historycznego aktu-dokumentu: postarał się o spis wszystkich aresztowanych i zebrał ich podpisy. Zachował się także wykaz sal z liczbą osób i nazwiskami gospodarzy sal oraz sporządzony przez nich

wykaz osób przebywających w poszczególnych pomieszczeniach. Dokumenty te powstały już po zwolnieniu prof. Fryderyka Zolla, którego nazwisko w spisie powstałym z inicjatywy Konopczyńskiego zostało, pewnie z tego powodu, napisane ołówkiem, a w wykazie sporządzonym przez gospodarzy sal nie występuje. W spisach brakuje także nazwiska Jana Zerndta, którego dopisałam do wykazu ulokowanych w sali nr 75, gdyż tylko tam brakowało jednej osoby do liczby 22 osób, która była wymieniona w wykazie sal z liczbą osób i nazwiskami gospodarzy. Aresztowani rozlokowali się w 13 salach o numerach 58, 60–63, 66–69, 71, 73–75, co pokazuje poniżej zamieszczone zestawienie sporządzone w oparciu o wymienione dokumenty.

ROZMIESZCZENIE ARESZTOWANYCH W KOSZARACH 20. PUŁKU PIECHOTY

Sala nr 58 (18 osób)

1. Arnold Bolland

2. Ignacy Chrzanowski

3. Marek Gatty-Kostyál

4. Stanisław Gąsiorowski

5. Kazimierz Kostanecki

6. Paweł Łoziński

7. Wincenty Majcher

8. Sylwiusz Mikucki

9. Aleksander Oszacki

10. Roman Prawocheński

11. Zygmunt Sarna

12. Stanisław Skimina

13. Kazimierz Stołyhwo

14. Tadeusz Tempka

15. Franciszek Walter

16. Walenty Winid

17. January Zubrzycki

18. Albin Żabiński

Sala nr 60 (21 osób)

19. Janusz Borkowski

20. Witold Budryk

21. Stefan Czarnocki

22. Tadeusz Dobrowolski

23. Tadeusz Estreicher

24. Stanisław Gołąb

25. Adam Heydel

26. Jachimowicz – puzonista*

27. Stanisław Jaskólski

28. Mieczysław Jeżewski

29. Julian Kamecki

30. Aleksander Krupkowski

31. Adam Krzyżanowski

32. Witold Krzyżanowski

33. Bogusław Leśnodorski

Archiwum UJ

34. Adam Ludkiewicz

35. Jan Nowak

36. Stanisław Pigoń

37. Jan Z. Robel

38. Edward Windakiewicz

39. Longin Tadeusz Zawadzki

Sala nr 61 (19 osób)

40. Tadeusz Biliński

41. Dobiesław Doborzyński

42. Jerzy Drozdowski

43. Józef Fudakowski

44. Stanisław Klimecki

45. Józef Kostrzewski

46. Ksawery Lewkowicz

47. Anatol Listowski

48. Kazimierz Majewski

49. Stanisław Malaga

50. Wiktor Ormicki

51. Zdzisław Przybyłkiewicz

52. Feliks Rogoziński

53. Stefan Schmidt

54. Jan Stanisławski

55. Stanisław Szczotka

56. Stanisław Turski

57. Witold Wilkosz

58. Józef Wolski

Sala nr 62 (19 osób)

59. ks. Józef Archutowski

60. Andrzej Bolewski

61. ks. Antoni Bystrzonowski

62. Jan Dąbrowski

63. ks. Tadeusz Glemma

64. Jan Harajda

65. Tadeusz Kowalski

66. ks. Tadeusz Kruszyński

67. ks. Jan Krzemieniecki

68. Kazimierz Lepszy

69. Stanisław Łukasik

70. Franciszek Mikulski

71. Ludwik Piotrowicz

72. Kazimierz Piwarski

73. ks. Jan Salamucha

74. Władysław Semkowicz

75. Jerzy Smoleński

76. Tadeusz Szydłowski

77. Feliks Zalewski

Sala nr 63 (4 osoby)

78. Kazimierz Dobrowolski

79. Lech Haydukiewicz

80. Władysław Konopczyński

81. Stanisław Leszczycki

Sala nr 66 (5 osób)

82. Adam Kleczkowski

83. Stanisław Majewicz

84. Mieczysław Małecki

85. ks. Marian Michalski

86. Jan Stępień

Sala nr 67 (5 osób)

87. Mieczysław Brożek

88. Roman Dawidowski

89. Seweryn Hammer

90. Leon Sternbach

91. Fryderyk Zoll

Sala nr 68 (4 osoby)

92. Stefan Bednarski

93. Adam Bielecki

94. Stanisław Ciechanowski

95. Zygmunt Starachowicz

Sala nr 69 (9 osób)

96. Aleksander Birkenmajer

97. Józef Dadak

98. Stanisław Estreicher

99. Józef Hołda

100. Kazimierz Nitsch

101. Wilhelm Staronka

102. Jan Studniarski

103. Władysław Szumowski

104. Stanisław Urbańczyk

Sala nr 71 (19 osób)

105. Mikołaj Czyżewski

106. Tadeusz Dziurzyński

107. Iwan Feszczenko-Czopiwski

108. Antoni Gaweł

109. Józef Gołąb

110. Jan Gwiazdomorski

111. Stanisław Janik

112. Stefan Komornicki

113. Jerzy Lande

114. Tadeusz Lehr-Spławiński

115. Teodor Marchlewski

116. Włodzimierz Ottmann

117. Kazimierz Pazdro

118. Adam Rożański

119. Maciej Starzewski

120. Jan Włodek

121. Władysław Wolter

122. Jan Zabłocki

123. Jan Ziłyński

Sala nr 73 (18 osób)

124. Tadeusz Garbowski

125. Zygmunt Grodziński

126. Józef Hano

127. Zdzisław Jachimecki

128. Aleksander Kocwa

129. Stanisław Korbel

130. Józef Mikulski

131. Tadeusz Milewski

132. Jan Moszew

133. Kazimierz Piech

134. Czesław Piętka

135. Michał Siedlecki

136. Ludwik Sieppel

137. Stanisław Skowron

138. Karol Starmach

139. Janusz Sypniewski

140. Tadeusz Ważewski

141. Roman Wojtusiak

Sala nr 74 (21 osób)

142. Tadeusz Banachiewicz

143. Henryk Bernard

144. Zygmunt Bielski-Saryusz

145. Franciszek Bossowski

146. Eugeniusz Brzezicki

147. Edward Chodzicki

148. Edmund Chromiński

149. Karol Dziewoński

150. Franciszek Hendzel

151. Antoni Hoborski

152. Henryk Hoyer

153. Juliusz Jakóbiec

154. Jan Kozak

155. Franciszek Leja

156. Antoni Meyer

157. Jan Miodoński

158. Izydor Stella-Sawicki

159. Bronisław Stępowski

160. Antoni Swaryczewski

161. Władysław Takliński

162. Leon Tochowicz

Sala nr 75 (22 osoby)

163. Henryk Batowski

164. Kazimierz Bulas

165. Vilim Frančić

166. Franciszek Górski

167. Stefan Harassek

168. ks. Józef Kaczmarczyk

169. Bogdan Kamieński

170. Ludwik Kamykowski

171. Stefan Kołaczkowski

172. Stanisław Kutrzeba

173. Stanisław Maziarski

174. Joachim Metallmann

175. ks. Konstanty Michalski

176. Zygmunt Mysłakowski

177. ks. Józef Nodzyński

178. Arkadiusz Piekara

179. Ludwik Ręgorowicz

180. Leon Wachholz

181. ks. Władysław Wicher

182. Antoni Wilk

183. Adam Zechenter

184. Jan Zerndt

* W spisie nazwisk sporządzonym z inicjatywy Władysława Konopczyńskiego nazwisko i dodatek do nazwiska odnotowane ręką inicjatora.

Tego samego dnia na wniosek lektora języka serbskochorwackiego Vilima Frančicia, który na Uniwersytecie znany był z różnych inicjatyw, ustanowiono samorząd uwięzionych: wspólnego reprezentanta wszystkich zatrzymanych i przedstawicieli poszczególnych sal. Wspólnym reprezentantem został wnioskodawca. Obowiązek ten Vilim Frančić spełniał także podczas pobytu uczonych w Sachsenhausen. O swojej roli napisał: Widząc pewną niezaradność życiową części zaaresztowanych oraz pragnąc zorganizować samoobronę i opiekę słabszych, już na drugi dzień po zaaresztowaniu rzuciłem myśl utworzenia samorządu; w wyniku tej akcji wybrano mnie komendantem, którą to funkcję spełniałem także w Oranienburgu –w bloku 46 [45], a po przeprowadzonym połączeniu obu grup profesorskich – całego zespołu i w czasie powrotu I [pierwszej] partii wypuszczonych na wolność

Stanisław Urbańczyk o jego roli napisał, że w koszarach zabłysnął porządkowy talent dra Frančicia. [...] Naturalnie, nie brakło przeciw Frančiciowi szemrań i zarzutów, które nabrały ostrości w obozie. Po

raz pierwszy tutaj zobaczyłem, jak uczeni potrafią być małostkowi i pozbawieni praktycznego rozsądku.

Przedstawiciele sal, zwani też gospodarzami bądź komendantami: nr 58 – Zygmunt Sarna nr 60 – Stanisław Jaskólski nr 61 – Józef Fudakowski nr 62 – Tadeusz Kruszyński nr 63 – Kazimierz Dobrowolski nr 66 – Adam Kleczkowski nr 67 – Mieczysław Brożek nr 68 – Zygmunt Starachowicz nr 69 – Józef Dadak nr 71 – Władysław Wolter nr 73 – Zygmunt Grodziński nr 74 – Franciszek Leja nr 75 – Franciszek Górski

Samorząd uwięzionych zbierał się w jednym z pokoi dla omawiania kwestii wspólnych, starał się o zaopatrzenie w odpowiednie naczynia i przybory do jedzenia, widzenie się z rodzinami, spacer na dziedzińcu, opał, utrzymanie porządku

w salach i kolejności przy wydawania posiłków, mycia naczyń, zdobycie papierosów, tytoniu, bibułek itd. Na drzwiach pokoi umieszczono listy ich mieszkańców, opatrzone tytułami!

Rodziny zatrzymanych już w dniu przewiezienia ich najbliższych do koszar wiedziały o miejscu nowego pobytu. Już przed południem pojawiły się przed bramą wjazdową pierwsze osoby, w miarę upływu godzin ich liczba wzrastała, po południu był już spory tłum z paczkami dla uwięzionych. Komendant koszar porozumiał się z policją bezpieczeństwa. W obecności przybyłych esesmanów rodziny wpuszczono na dziedziniec koszar, sprowadzono uwięzionych i umożliwiono przekazanie im paczek. Powstało przy tym małe zamieszanie, które wykorzystano na krótkie kontakty rodzinne. Kolejnego dnia rodzin nie wpuszczono już za ogrodzenie koszar, a paczki odbierali od nich i podawali ustawianym w szeregu naukowcom żołnierze-jeńcy.

Już w koszarach zawrzały spory na temat „wykładu”. Spierano się o to, co Müller powiedział, czy rzeczywiście groził

Fragment Rynku Głównego w Krakowie w czasie okupacji
Muzeum UJ

obozem. Raczej sądzono, że są krótkoterminowymi zakładnikami w związku ze zbliżającą się rocznicą odzyskania niepodległości przez Polskę w 1918 roku, że chodzi o sterroryzowanie profesury i wywarcie poprzez jej aresztowanie presji na młodzież akademicką w celu powstrzymania jej przed demonstracjami 11 listopada i że zaraz po tej dacie zostaną wypuszczeni. W takim mniemaniu uwięzionych utwierdzały wyżej wspomniane rozmowy z rodzinami 7 listopada, z których – jak napisał Władysław Konopczyński – obie strony rozchodziły się pokrzepione na duchu, a następnego i kolejnego dnia Marian Ciećkiewicz, który z ramienia Polskiego Czerwonego Krzyża odwiedzał aresztowanych. Innym tematem sporów było, czy otwarcie Uniwersytetu było potrzebne, czy rektor winien był zgodzić się na odczyt Müllera. Niektórzy już w koszarach gwałtowanie atakowali rektora.

PIERWSZE ZWOLNIENIA

Pierwszego dnia pobytu w koszarach zwolniono w południe prof. Fryderyka Zolla jako członka korespondenta Akademii Prawa Niemieckiego (prezydentem był Hans Frank). Wolność miał odzyskać dzięki wstawiennictwu kanclerza konsulatu niemieckiego w Krakowie Paula Gustava Krausego (1882–1969), zatrudnionego w tej placówce od 1922 roku. O członkostwie prof. Zolla w Akademii Prawa Niemieckiego dowiedział się dowodzący akcją aresztowania uczonych Bruno Müller od rektora Tadeusza Lehra-Spławińskiego, gdy razem podążali na drugie piętro Collegium Novum do sali nr 66 na zapowiedziany „wykład”. Zygmunt Starachowicz tak opisał moment zwolnienia Fryderyka Zolla: Gdy odchodził, żegnaliśmy go wszyscy serdecznie, obdarzając wszelkiego rodzaju zleceniami prywatnymi. Świetnie pamiętam jego sylwetkę, gdy odchodził. Podniecony nerwowo, zaaferowany, z jakąś białą chusteczką w ręce – zapewniał nas solennie, że będzie o nas pamiętał i że wszystko, co tylko będzie możliwe, zrobi, aby ulżyć naszej doli. Nie wątpię w to, że dotrzymał słowa, ale możliwości jego, jak i wszystkich innych były w naszej sprawie minimalne, że w żadnym stopniu nie ulżyły nam trwania, a już zupełnie wpłynąć nie mogły na nasze zwolnienie.

Fryderyka Zolla odwieziono do gmachu Akademii Górniczej, do siedziby „rządu” Generalnego Guberna -

Narodowe Archiwum Cyfrowe

torstwa, gdzie przyjął go – jak napisał Jan Gwiazdomorski na podstawie relacji prof. Zolla – z wyszukaną grzecznością jakiś urzędnik, który rektora Zolla zna z kongresów w Niemczech, chociaż rektor go nie pamięta. Przeprasza rektora za aresztowanie, wyjaśniając, że stało się to tylko przez przeoczenie (nieprawda! wszakże rektor Zoll został Müllerowi wyraźnie przedstawiony jako członek Akademii Prawa Niemieckiego), wyraża przekonanie, że przy aresztowaniu byli-

śmy przyzwoicie traktowani, czemu rektor Zoll przeczy. Na to ów urzędnik, który chce być słodki, oświadcza, że ewentualnie niewłaściwe zachowanie się policji trzeba złożyć na karb wojny, a przecież to każdy musi przyznać, że Niemcy wojny nie chcieli, że wojnę wywołali wyłącznie Polacy. Proponuje rektorowi wyrobienie audiencji u Franka, za co rektor Zoll „na razie” uprzejmie dziękuje. Chce rektora odesłać autem do domu, jednak i za to rektor dziękuje, wyjaśniając, że mieszka tak

Tablica pamiątkowa znajdująca się na jednym z budynków w koszarach 16. Batalionu Powietrznodesantowego w Krakowie przy ul. Wrocławskiej 82
Kraków, Rynek Główny; sierpień 1941

niedaleko, iż może zupełnie spokojnie zajść do domu piechotą 8 listopada do uwięzionych przybył Marian Ciećkiewicz (1893–1999), od połowy października 1939 roku naczelny lekarz krakowskiej Ubezpieczalni Społecznej, wysłannik Polskiego Czerwonego Krzyża 1 . Ciećkiewicz obiecał wszczęcie poprzez PCK starań o zwolnienie chorych i starszych profesorów. Przekazano mu sporządzony przez samorząd spis profesorów honorowych i emerytowanych, profesorów mających przeszło 70 lat oraz chorych. Tematem rozmów z wysłannikiem PCK było pytanie o termin zwolnienia. Po południu zwolniono chorego Jachimowicza. Dobrze, że przynajmniej jego uznano za niegroźnego dla całości Rzeszy – napisał prof. Gwiazdomorski. Tego samego dnia w koszarach zjawił Fritz Arlt (1912–2004), kierownik Wydziału Ludności i Opieki Społecznej (Abteilung Bevölkerungswesen und Fürsorge) w Urzędzie Generalnego Gubernatorstwa, który do koszar przy ul. Mazowieckiej przyszedł w towarzystwie oficera z 2. Oddziału Operacyjnego. Już wcześniej – na początku listopada 1939 roku, Arlt odwiedził Zakład Antropologiczny (Collegium Iuridicum, ul. Grodzka 53), kierowany przez prof. Kazimierza Stołyhwę. Prosił wtedy Stołyhwę o możliwość korzystania w wolnych chwilach od pracy urzędowej z księgozbioru zakładu i ze wskazówek naukowych. Wiązało się to z jego zainteresowaniami naukowymi i prawdopodobnie z funkcją w NSDAP. Od 1936 roku na Uniwersytecie we Wrocławiu wykładał naukę o rasie, zajmował się badaniami rasowymi na Śląsku, był pełnomocnikiem ds. rasowych, rodowych i ludności Prowincji Śląskiej Okręgowego Urzędu ds. Polityki Rasowej NSDAP. Badania nad rasami chciał kontynuować w Krakowie, stąd pewnie także jego dalsze zainteresowanie losem Stołyhwy po aresztowaniu 6 listopada. Arlt zaproponował antropologowi Kazimierzowi Stołyhwie

wolność, który tak opisał tę ofertę: Arlt wyraził mi ubolewanie z powodu niemiłej przygody, jaka mnie spotkała, a oficer gestapo jednocześnie zasalutował mi. Następnie dr Arlt oświadczył, że jestem wolny i mogę niezwłocznie razem z nim opuścić więzienie, aby spokojnie pracować naukowo. Zapytałem wówczas: na jakich warunkach? Odpowiedział mi na to, że nie stawia żadnych warunków, że mogę pracować zupełnie obiektywnie. Zapytałem następnie: czy koledzy moi również są wolni? Otrzymałem odpowiedź, że nie. Podziękowałem również serdecznie drowi Arltowi za jego intencję i oświadczyłem, że nie mogę przyjąć zwolnienia mnie z więzienia, gdyż moim obowiązkiem jest pozostać w więzieniu razem z kolegami, którzy niesłusznie zostali uwięzieni, znieważeni i pobici podczas aresztowania. Dr Arlt zaczerwienił się wówczas bardzo i powiedział, że może zwolnić tylko mnie jednego dzięki swoim wpływom w Krakowie, ponieważ tam, gdzie mnie wywiozą, nie będzie posiadał żadnych wpływów. Odpowiedziałem mu na to: Pan chyba rozumie, że nie mogę przyjąć zwolnienia mnie jednego tylko, gdyż byłby to z mojej strony czyn niewłaściwy i niekoleżeński. Arlt zaproponował także, aby na wypadek zwolnienia uwięzionych Stołyhwo zaprosił niezwłocznie na rozmowę z nim profesorów etnografii i geografii w celu

omówienia projektowanych przez niego badań naukowych. Zaraz prof. Stołyhwo rozmawiał z przebywającym w koszarach razem z nim etnografem Kazimierzem Dobrowolskim i geografem Jerzym Smoleńskim. Ta narada naukowa, więzienna, nie dała jednak żadnego rezultatu, gdyż nie zostaliśmy zwolnieni z więzienia.

Natomiast relacja Jana Gwiazdomorskiego o pobycie Arlta w koszarach nie w pełni oddaje sens jego oferty. Gwiazdomorski napisał: Podczas bytności Ciećkiewicza zjawił się w koszarach niejaki dr. Arlt, Niemiec, aby zaproponować Stołyhwie zwolnienie i współpracę. Wraz ze Stołyhwą mieli być do współpracy wciągnięci Smoleński i Dobrowolski. Jedynym warunkiem zwolnienia było podpisanie deklaracji zobowiązującej do nieprowadzenia działalności politycznej. Pomimo to Stołyhwo odmawia z tym uzasadnieniem, że nie może przyjąć zwolnienia, jeśli razem z nim aresztowani koledzy mają zostać uwięzieni Marian Ciećkiewicz ponownie przyszedł do koszar 9 listopada (czwartek), w dniu, w którym w Krakowie rozpoczęto nowe zbiorowe aresztowania. Badał chorych zgłaszających się do niego. Chce mieć bowiem czyste sumienie, że każdą chorobę, na którą się powołuje we wnioskach o zwolnienie, sam na własne uszy i oczy stwierdził – napisał prof. Gwiazdomorski. Ciećkiewicz poinformował o złożonych przez niego wnioskach o zwolnienie, ale dodał, że Müller był nieobecny z powodu wyjazdu do Berlina. Jeszcze raz zapewnił, że uczeni zostali wzięci jako zakładnicy na dzień 11 listopada i że w gestapo powiedziano mu, że może ich odwiedzać codziennie do 12 czy 13 listopada. Z tą chwilą już wszyscy czy prawie wszyscy wierzymy, że 12, a najdalej 13 listopada 1939 znajdziemy się na wolności Tymczasem około godziny 13 na dziedziniec koszar weszło około 15 uzbrojonych esesmanów, zażądali zjawienia się na dziedzińcu z rzeczami. Jan Gwiazdomorski pisał: Natychmiast zaczynają się dzikie wrzaski, znowu traktują nas przez „ty”

„Goniec Krakowski”, nr 9 z 7 listopada 1939
Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa

i operują przy tym wyzwiskami, znowu pędzą i nawołują do pośpiechu, zupełnie jakby się paliło. Orientujemy się, że to nie może chodzić o zwolnienie

Podczas zbiórki na dziedzińcu koszar spośród osób proponowanych przez Mariana Ciećkiewicza do zwolnienia wolność odzyskali, ze względu na stan zdrowia, tylko patolog Stanisław Ciechanowski i matematyk Witold Wilkosz. W powojennej relacji żona prof. Wilkosza – Irena napisała, że jej mąż do Collegium Novum poszedł chory, z wysoką gorączką, a stan jego zdrowia przez kolejne dni pogorszył się. Przy pierwszym widzeniu się ze mną był tak zmęczony i osłabiony, że prócz jednego pytania o stan zdrowia chorej podówczas córki nie wypowiedział ani słowa, a przy drugim ledwo dowlókł się do bramy po odbiór paczki. Po zwolnieniu spotkała męża wracającego do domu ledwie się wlokącego. Był tak zmieniony, że w pierwszej chwili nie mogłam go poznać. Wrócił do domu ciężko chory, złamany na duchu, z rozprzężonymi nerwami, przejęty losem kolegów

Zwolniono także germanistę Adama Kleczkowskiego. Jako członek korespondent SchillerAkademie w Monachium wolność miał odzyskać dzięki wstawiennictwu kanclerza konsulatu niemieckiego Paula Gustava Krausego, co potwierdził w spisanej po wojnie relacji: Wypuszczono mnie na interwencję osobistą i złożenie memoriału przez wicekonsula niemieckiego w Krakowie Krausego w gestapo. Ponadto zwolniono specjalistę w zakresie chorób zakaźnych Józefa Kostrzewskiego oraz bakteriologa Zdzisława Przybyłkiewicza, zatrudnionego już wcześniej przymusowo w Hygenische Bakteriologische Untersuchungsstelle2. Specjalizacje, które obaj prezentowali, były cenione przez Niemców, bojących się chorób zakaźnych.

Ze względu na narodowość ukraińską wolność uzyskali – dzięki interwencji kół ukraińskich w Krakowie, Iwan Feszczenko-Czopiwski, Mikołaj Czyżewski3 oraz Jan Ziłyński. Uwolnienie trzech naukowców Ukraińców wiązano także z interwencją docenta UJ Włodzimierza Kubijowicza, pozbawionego prawa wykładu na UJ w czerwcu 1939 roku. Zwolniono także emerytowanego sędziego Adama Zechentera.

W Krakowie łącznie wolność odzyskało z różnych względów 11 osób. Pozostałych 173, otoczonych przez esesmanów, wyprowadzono na rampę kolejową

znajdującą się obok koszar. Władysław Konopczyński tak o nich napisał: Konwojenci napędzają, urągają, napomykają o Ausflug nach Deutschland [wycieczce do Niemiec], odnotował pojawienie się na rampie Bruno Müllera w całej elegancji swojego uniformu, który wygłosił drugi Vortrag [wykład] na temat ucieczki i rozstrzelania. Z rampy musiano skakać na poziom torów, przejść do podstawionego pociągu, a następnie wdrapać się na wysokie stopnie czterech wagonów, którymi

odjechano w nieznane – jak się okazało, do więzień we Wrocławiu.

WE WROCŁAWIU

Pociąg do Wrocławia dojechał 10 listopada koło czwartej rano. Na dworcu umieszczono przymusowych podróżnych w opróżnionej poczekalni, pilnujący ich policjanci pozwolili zakupić „kawę”, która okazała się być płynem – jak napisał Jan Gwiazdomorski – w którym prawdopodobnie nie ma w ogóle kawy i w którym jest trochę skondensowanego mleka. Całość okropna. Można też dostać kartki pocztowe. Niektórzy koledzy piszą do domu, aby dać znać, gdzie jesteśmy. Za przykładem Konopczyńskiego robią to wszyscy w ten sposób, że piszą, iż właśnie napili się znakomitej wrocławskiej kawy. [...] Koledzy palacze kupują na stacji zapasy papierosów. Wszystko załatwiają dość uprzejmi kolejarze. Kartki adresowano do znajomych z różnych instytucji z prośbą o doręczenie wskazanej na niej osobie. Na przykład, Mieczysław Małecki napisał kartkę na adres rzekomo istniejącego Seminarium

Podpisy profesorów więzionych w sali nr 306 w więzieniu we Wrocławiu

Kartka wysłana przez prof. Mieczysława Małeckiego z więzienia we Wrocławiu na adres rzekomo istniejącego Seminarium Filologii Południowo-Słowiańskiej przy ul. Podwale 2 z dopiskiem „für F[rau] Malecka”

Filologii Południowo-Słowiańskiej przy ul. Podwale 2. Właścicielką domu przy ul. Podwale 2 była znana Małeckiemu Helena Benisowa. Na kartce przy nazwie seminarium w języku niemieckim wymienił to nazwisko z dodaniem „für F[rau] Malecka”. Rektor Tadeusz Lehr-Spławiński wysłał kartkę adresowaną na Zakład Medycyny Sądowej do prof. Jana Olbrychta. W rezultacie rodziny dość szybko dowiedziały się o nowym miejscu pobytu swoich najbliższych.

Około godziny 6 rano, po sprawdzeniu listy zatrzymanych, zostali partiami rozwiezieni z dworca do wrocławskich więzień: do więzienia śledczego (Untersuchungsgefängnis) przy Freiburgerstrasse (obecnie ul. Świebodzka 1), karnego (Strafgefängnis) przy Kletschkauerstrasse (obecnie ul. Kleczkowska 31) oraz policji bezpieczeństwa (Polizeigefängnis) przy Eichbornstrassse. W tym ostatnim więzieniu umieszczono na krótko pięć osób, przewiezionych następnie do więzienia karnego. Jerzy Drozdowski zapamiętał, że oprócz niego w więzieniu policji bezpieczeństwa byli Leon Wachholz i Kazimierz Bulas.

W więzieniach, w celach ewidencyjnych, sporządzono spis obejmujący tylko podstawowe dane. Dowiedzieli się także o chwilowym w nich pobycie – trzy do pięciu dni. Pozostawiono im wszystkie rzeczy, jakie posiadali przy sobie, i nie przebrano w aresztanckie ubrania.

W więzieniu śledczym, gdzie umieszczono około 100 osób, profesorowie przebywali w zbiorowych celach, w karnym –w celach pojedynczych. Samotność i niepewność losu dotknęła szczególnie tych zamkniętych w więzieniu karnym, gdzie kontakt z kolegami ograniczał się do półgodzinnego spaceru, odbywanego gęsiego, w odstępach, pod dozorem, dookoła więziennego spacerniaka. Rozmowy były zakazane. Podczas jednego z tych spacerów dowiedzieli się od przybyłego funkcjonariusza o czekającym ich wyjeździe – jak napisał Bogdan Kamieński – na przeszkolenie do obozu koncentracyjnego, by kiedyś wrócić do „ehemaligen Polen” [byłej Polski]. Władysław Konopczyński, który był zamknięty w pojedynczej celi, opisał, w jaki sposób starał się bronić w więzieniu od załamania: Dotychczas przechowuję zmięty arkusz, na którym odnotowałem wtedy z pamięci coś sto różnego rodzaju dowcipów: wojennych, wojskowych, prawniczych, profesorskich, żydowskich, ormiańskich, chudych i tłustych. Z chleba i z zużytych skrawków papieru ulepiłem sobie brunatne i białe szachy, z papieru wyciąłem karty do pasjansa. [...] ostatnią godzinę przed pójściem spać spędzałem nad autobiografią, którą pisałem maczkiem między wierszami i na marginesach jedynej przywiezionej książki z Krakowa: była to powieść Galsworthy’ego „We dworze”. Natomiast Bogdan Kamieński

po kilku dniach uprosił strażnika o kawałek papieru i igłę: Dostarczył mi tych rzeczy, a nawet nici. Odtąd dużo czasu spędzałem na cerowaniu i na szyciu rękawiczek z części wielbłądziej podpinki jesionki. [...] Gimnastykując się, czytając, cerując, piorąc bieliznę w zimnej wodzie i susząc ją na lekko tylko ciepłym kaloryferze, jedząc zupy, ile się tylko dało, spędzałem czas na rozmyślaniach, czekając spełnienia się swego losu Ksiądz prof. Konstanty Michalski sporządził kalendarz, żeby nie zginąć w jednostajnym, monotonnym biegu czasu, nie stracić orientacji w dniach miesiąca i tygodnia Sytuacja przetrzymywanych w więzieniu śledczym pozbawiona była dolegliwości samotności, ale dokuczał ścisk i warunki sanitarne. Przebywali oni w celach w grupach od 10 do 20 osób, udało się zachować także kontakt między poszczególnymi celami dzięki więźniom wykonującym różne prace i wspólnym obowiązkowym spacerom. Muzykolog Zdzisław Jachimecki napisał: Pobyt w więzieniu wrocławskim był zupełnie znośny. Nie byliśmy tam narażeni na żadne szykany, dozorcy więzienni byli to ludzie przeważnie starsi, traktujący swoje zajęcia zawodowo, nie mieli do nas uprzedzeń, przeciwnie – byli grzeczni i po kilku dniach zaznajomienia się z nami okazywali nam życzliwość, dostarczając gazet itp. Korzystaliśmy z biblioteki więziennej, której dobór książek był naturalnie celowy, ułożony pod kątem ideologii hitlerowskiej. Ale czytało się sporo. [...] Przeważnie część dnia spędzało się na wykładach, które wygłaszali proszeni o to specjaliści danych przedmiotów. Było to połączone z niemałą korzyścią dla audytorium, złożonego z przeróżnych kół naukowych. Opis pobytu w celi nr 306, w której umieszczono 20 osób, łącznie z tematyką wygłoszonych w niej pogadanek, przedstawili Jan Gwiazdomorski i Stanisław Maziarski, a w celi nr 300, w której znalazło się 10 osób, Stanisław Urbańczyk. W połowie listopada do celi więzienia śledczego, w którym przetrzymywany był, między innymi, Gwiazdomorski, przyszedł nadinspektor więzienia (zastępca dyrektora). Został zasypany pytaniami, przede wszystkim o charakter zatrzymania, i postulatami. Dopiero teraz usłyszeli, że zostali wzięci w areszt ochronny ( Schutzhäft ), trzymani są do dyspozycji tajnej policji państwowej, że

o jakimkolwiek śledztwie i postępowaniu sądowym nie może być mowy. Areszt zarządza się – informował nadinspektor – gdy ochrony potrzebuje osobnik, który ma być aresztowany, albo gdy osoba, która ma być aresztowana, zagraża bezpieczeństwu Rzeszy. Profesor Gwiazdomorski skonstatował w swoich wspomnieniach: My, oczywiście, należeliśmy do tej drugiej kategorii więźniów ochronnych (Schutzhäftling). Zaprawdę, wielki Reich Niemiecki nie bardzo musiał czuć się silny, skoro profesorowie krakowskich wyższych uczelni zostali uznani za tak bardzo niebezpiecznych dla całości tego państwa bojaźni Bożej, że aż trzeba ich było wciągać w tak podły sposób w pułapkę, zamykać i wywozić w głąb Niemiec. Warto dodać, że informacja nadinspektora zgadzała się z treścią zarządzenia dotyczącego aresztu ochronnego i była precyzyjna.

Kolejne pytania dotyczyły, między innymi, losów przebywających w więzieniu. Usłyszeli, że wedle obecnego stanu sprawy zostaną we Wrocławiu dwa do czterech tygodni, dalej nie pojadą, tylko zostaną zwolnieni. Zapowiedział, że wobec decyzji o dłuższym pobycie w więzieniu wyda dyspozycje o wydaniu bielizny pościelowej i oddaniu do więziennej pralni bielizny osobistej. Wysyłanie i otrzymywanie korespondencji jest dozwolone, ale cała korespondencja będzie przesłana na gestapo i tam się zadecyduje o jej losach. Niektórzy pytali o możliwość porozumienia się z profesorami Uniwersytetu Wrocławskiego. Na to inspektor z dobrotliwym uśmiechem wyjaśnił, że są to rzeczy wykluczo ne, dając do zrozumie nia, iż naprzód gestapo nie pozwoli nam po rozumieć się z profe sorami wrocławskimi, że dalej, profesorowie wrocławscy – gdyby nam się udało z nimi porozumieć – na pewno baliby się interwenio wać w naszej sprawie w gestapo i że w razie, gdyby się na taką in terwencję zdecydowali, nie byliby w stanie nic dla nas zrobić – zanotował Jan Gwiazdomorski. Po wizycie nadinspektora krakowianie napisali kartki do domów.

Gestapo przetrzymało je jednak, tak że dotarły do Krakowa dopiero w połowie grudnia.

Przybył także z odwiedzinami kapelan więzienny, powtórzył właściwie znane już krakowianom informacje dotyczące ich losów, dodał jednak, że profesorowie są ofiarą konfliktu kompetencyjnego, że mamy przyjaciół w Berlinie w postaci ministerstwa oświaty, które się za nami ujęło. Ta interwencja miała wpłynąć na zmianę decyzji co do wywiezienia nas z Wrocławia. Ta informacja, oczywiście, była nieprawdziwa, dopiero w Sachsenhausen dowiedzieli się od księdza prof. Tadeusza Glemmy, że kapelan powiedział mu wprost, iż z Wrocławia pojedziemy do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Zobowiązał go przy tym słowem honoru, aby nikomu o tym nie mówił

UWOLNIENI WE WROCŁAWIU

Z Wrocławia zwolniono trzy osoby. Najwcześniej (26 listopada) powrócił zasłużony dla górnictwa solnego Edward Windakiewicz, wypuszczony ze względu na podeszły wiek i interwencje rodziny (żona była Austriaczką), oraz przyjaciela Windakiewicza – profesora Akademii Górniczej Oskara Nowotnego (1875–1972), który był Austriakiem. Rano 27 listopada dozorca polecił prof. Zygmuntowi Sarnie spakowanie swoich rzeczy, ponieważ przed wy -

jazdem zostanie przeniesiony do innej celi. Nie powiedział, dokąd więzień wyjedzie, ponieważ jednak żona Sarny –Węgierka czyniła starania o uwolnienie męża w konsulacie węgierskim jeszcze podczas jego pobytu w koszarach przy ul. Mazowieckiej, o czym Sarna wiedział, więc sądził, że polecenie dozorcy oznacza szybki wyjazd do Krakowa. Współtowarzysze w celi zaczęli mu przekazywać różne zlecenia, zwłaszcza dotyczące drogi i osób, przez które należałoby się starać o interwencje zmierzające do zwolnienia danego profesora. Po wyprowadzeniu Sarny i zdaniu bielizny pościelowej otrzymali polecenie pakowania się, ponieważ tego dnia wieczorem wszyscy wyjeżdżają z Wrocławia. To wywołało domysły, które przedstawił Jan Gwiazdomorski, przebywający w tej samej co i Sarna celi: Szeroko puściliśmy wodze naszym domysłom. Ostatecznie za najbardziej prawdopodobną uznaliśmy kombinację następującą: my zostajemy zwolnieni i jedziemy do Krakowa, Sarna zostaje we Wrocławiu. Zostanie przeciwko niemu, jako dyrektorowi szkoły nauk politycznych, wdrożone śledztwo z powodu znalezienia w bibliotece szkoły książek, które stały się powodem wywiezienia biblioteki przez Niemców. Powyższa nasza kombinacja bynajmniej nie wisiała w powietrzu. Przemawiały za nią następujące względy: naprzód to, co mówił inspektor, po wtóre to, co nam mówił ksiądz, po trzecie fakt, List

księdza Tadeusza Glemmy z więzienia we Wrocławiu do siostry Jadwigi

Tablica na murze więzienia we Wrocławiu przy ul. Sądowej, odsłonięta w 60. rocznicę Sonderaktion Krakau z inicjatywy Stowarzyszenia NE CEDAT ACADEMIA i zrealizowana przez wrocławskie środowisko akademickie

że właśnie w dniu 27 listopada mijały trzy tygodnie od naszego aresztowania (okres trzech tygodni był dość często stosowaną w reżimie hitlerowskim porcją krótkiego przetrzymywania w areszcie).

Zwracano także uwagę na brak selekcji uwięzionych: były wśród nich osoby ponadsiedemdziesięcioletnie, chore, wiele osób, które w powzięciu decyzji o otwarciu Uniwersytetu nie miały udziału. Uważano, że to również przemawia za przedstawionym wyżej tokiem rozumowania. Jedynie chyba Stanisław Maziarski, który spodziewał się dalszego wywiezienia, a nie powrotu do Krakowa, aby nie odbierać kolegom otuchy, swoimi wątpliwościami nie dzielił się, tylko ostrzegał przed zbytnią radością.

We Wrocławiu pozostawiono także historyka mediewistę Jana Dąbrowskiego, członka zagranicznego Królewskiej Węgierskiej Akademii Umiejętności i innych towarzystw węgierskich. Dąbrowskiego i Sarnę trzymano jeszcze około dziesięciu dni w więzieniu wrocławskim, po czym ich zwolniono. Zwolnienie łączono z interwencją honorowego konsula węgierskiego Mikołaja Schabla (1880–1970), który zabiegał o ich uwolnienie w odpowiedzi na interwencje żon obu profesorów.

Jan Dąbrowski po powrocie do Krakowa starał się, aby wieść o sytuacji uwięzionych uczonych przedostała się poza granice okupowanego kraju. Rozmawiał

w wyjeżdżającym z kraju do Lublany Słoweńcem Wojsławem Molè, kierownikiem Seminarium Historii Sztuki Narodów Słowiańskich. W rezultacie prof. Molè po przyjeździe do Lublany wystosował listy do Stanisława Kota i generała Mariana Kukiela o okolicznościach aresztowania profesorów krakowskich, podjętych przez niego działaniach interwencyjnych na rzecz represjonowanych kolegów oraz z sugestiami dalszego postępowania w tym zakresie.

ZŁUDZENIA

Jan Gwiazdomorski opisał kolejne godziny w celi nr 306, pełne napięcia, oczekiwania i nadziei po wyprowadzeniu Sarny. Podczas spaceru dozorcy zapewniali ich o wyjeździe do Krakowa i zwolnieniu. Lekarz więzienny nie chciał przepisać Ignacemu Chrzanowskiemu środka na kaszel, ponieważ w najbliższym czasie każdy z nas będzie się mógł leczyć u własnego lekarza. Wywołanie do golenia utwierdziło ich w mniemaniu o zwolnieniu. Przecież by nas nie golono, gdyby nas miano tylko przewieźć z jednego miejsca na drugie . Dalej Gwiazdomorski pisał: Po kolacji nasze napięcie nerwowe dochodzi do szczytu. Jest wpół do siódmej, nam zaś zapowiedziano, że wyjedziemy między dziewiątą a dziesiątą. Czym wypełnić owe trzy długie godziny? Nitsch usilnie agituje za tym,

by któryś z nas wygłosił pogadankę, ale nikt nie chce się tego podjąć. Wreszcie Jerzy Lande proponuje, że opowie nam swe wrażenia ze swej pierwszej większej wycieczki w Tatry. Wycieczkę tę odbył pod kierunkiem słynnego przewodnika Bartusia Obrochty. Siadamy. Po chwili zapominamy, gdzie jesteśmy, zapominamy, że mamy jechać do domu, zostajemy przeniesieni w Tatry, słuchamy z zapartym tchem. Trzeba być naprawdę prawdziwym artystą, by w takiej sytuacji tak dalece zapanować nad psychiką słuchaczy. Słowa Jerzego, mówione wolno, jakby z pewnym wysiłkiem, każde odważone i celowe, wytwarzają nastrój, pod którego czarem znajdujemy się wszyscy. Opis pogodnej nocy tatrzańskiej, spędzonej pod gołym niebem, charakterystyka Bartusia Obrochty – wszystko było skończonym arcydziełem

Nadal po wyprowadzeniu z celi byli pełni nadziei na uwolnienie, która rozwiała się dopiero pod wpływem zachowania się obstawy.

Przebywający w więzieniu śledczym i karnym zostali odwiezieni partiami pod eskortą na dworzec samochodem ciężarowym i karetkami więziennymi. Warunki, w jakich wtłaczano ich do karetek, przedstawił, między innymi, Zdzisław Jachimecki: W chwili lokowania nas w karetkach zaczęły się rozgrywać sceny potworne. [...] Porywali nas za kołnierze, tłukli pięściami po plecach, kolbami, pchali przemocą po kilkunastu do wozów, w których zmieścić się mogło najwyżej sześć osób. Na podłodze wozu powstawały sterty ludzi, leżących jedni na drugich. Mnie i Urbańczyka chciano za wszelką cenę wtłoczyć do wąziutkiej przegródki na pakunki i z całej siły usiłowano zacisnąć za nami drzwi. Kiedy się nie udało, zamknięto mnie tam samego, zmaltretowanego do ostatka. Ten sposób rozlokowania nas po wozach nie świadczył o wyjeździe ludzi uwolnionych z więzienia . Urbańczyka w końcu policjant wrzucił do sąsiedniej przegródki i klnąc, zatrzasnął drzwi. Karola Dziewońskiego wyprowadzono z celi więzienia karnego jako ostatniego, gdy karetka była już przepełniona. Wobec czego zatrzaśnięto go w bagażniku w tyle auta, gdzie się dusił. Przetrzymywany w tym samym więzieniu Witold Krzyżanowski stwierdził: Z rąk „poczciwych” dozorców więziennych dostaliśmy się w jakieś szatańskie szpony. Przejazd sa-

mochodem ciężarowym przedstawił Jan Gwiazdomorski. Uczonych przewożono, co prawda, nie w ścisku, siedzieli na równolegle do siebie ustawionych ławkach, ale czterech policjantów ustawiło się w czterech rogach pojazdu i całą jazdę odbyli, trzymając karabiny wymierzone w siedzących z palcami na cynglach. Na dworcu uczonych, zwożonych z więzień, wprowadzono wśród dzikich wrzasków, popychań i poszturchiwań bocznym wejściem na peron, sprowadzano do tunelu pod torami, gdzie w otoczeniu policjantów oczekiwali na przybycie dalszych kolegów. Dookoła nas stali policjanci z karabinami wymierzonymi w nasze brzuchy, co wówczas robiło na nas niemiłe wrażenie; potem mieliśmy na ten szyk i elegancję policyjną zobojętnieć. Wrzeszczeli i wygrażali się, bili i popychali. Spadło to na nas po więziennym odrętwieniu jak lawina. W osłupieniu patrzyliśmy na ten aparat policyjny wytoczony przeciwko nam, wielkim widać i groźnym zbrodniarzom – pisał Stanisław Urbańczyk.

Około godziny 10 wieczorem odjechali pod eskortą pociągiem specjalnym ponownie w nieznane, tym razem było w nim 170 schutzhäftlingów. Miejscem przeznaczenia był nie obóz koncentracyjny Buchenwald, przepełniony więźniami, a Schutzhäftlager Sachsenhausen.

Obecnie na murach więzienia śledczego i karnego znajdują się tablice

pamiątkowe upamiętniające pobyt w nich aresztowanych 6 listopada 1939. Na murze więzienia śledczego od ul. Sądowej tablicę pamiątkową odsłonięto 15 listopada 1999, a na murze więzienia karnego od strony ul. Reymonta – 15 listopada 2009.

Irena Paczyńska

Fragment przygotowywanej książki, dotyczącej uwięzienia krakowskich naukowców w ramach akcji zwalczania polskiej inteligencji

1 Niemiecka policja bezpieczeństwa na wniosek Zygmunta Klemensiewicza, dyrektora Ubezpieczalni Społecznej w Krakowie, przewodniczącego Zarządu Oddziału PCK w Krakowie, zgodziła się na wizytę przedstawiciela PCK u uwięzionych naukowców. Klemensiewicz zwrócił się o takie reprezentowanie PCK w kontaktach z uczonymi do Mariana Ciećkiewicza. Ciećkiewicz, który znał doskonale język niemiecki, uzyskał od policji bezpieczeństwa przy ul. Pomorskiej 2 zezwolenie na codzienne odwiedziny naukowców do 12, 13 listopada.

2 Zdzisław Przybyłkiewicz, uczestnik kampanii wrześniowej, dostał się do niewoli i jako urlopowany jeniec został zatrudniony przez Niemców w Hygenische Bakteriologische Untersuchungsstelle.

3 Mikołaj Czyżewski w okresie okupacji był czynny w tajnym nauczaniu prowadzonym na terenie Krakowa.

Wykorzystane źródła i opracowania: Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego, KHUW 16, 24, 26. J. Drozdowski, Wspomnienia z Sachsenhausen, „Przegląd Lekarski” 1972, nr 1, s. 202–206.

V. Frančić, Organizacja więźniów – profesorów w obozie Sachsenhausen, „Przegląd Lekarski” 1970, nr 1, s. 150–158.

J. Gwiazdomorski, Wspomnienia z Sachsenhausen. Dzieje uwięzienia profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego 6 XI 1939 – 9 II 1940, wyd. 3, Kraków 1969.

B. Kamieński, Wspomnienia z Sonderaktion Krakau, „Przegląd Lekarski” 1976, nr 1, s. 171–179.

W. Krzyżanowski, Uniwersytet Jagielloński w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen. Wspomnienie, „Studia Historyczne” 1969, z. 4, s. 533–560.

S. Maziarski, Z Krakowa do Sachsenhausen, „Przegląd Lekarski” 1981, nr 1, s. 143–151.

Relacje pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego o ich losach osobistych i dziejach uczelni w czasie drugiej wojny światowej, oprac. J. Michalewicz, Kraków 2005 – relacje: V. Frančicia (s. 356–358), Z. Jachimeckiego (s. 761–779), S. Harasska (s. 313–316), B. Kamieńskiego (397–422), A. Kleczkowskiego (s. 734–755), W. Konopczyńskiego (s. 539–586), T. Milewskiego (s. 717–724), K. Stołyhwy (s. 467–503), I. Wilkoszowej (s. 533–539).

Z. Starachowicz, Sonderaktion Krakau. Wspomnienie z akcji przeciwko profesorom uniwersytetu w Krakowie (6–10 listopada 1939 roku), wstęp i oprac. K. Starachowicz, F. Wasyl, Gdańsk 2012.

Topographie des Terrors. Gestapo, SS und Reichssicherheitshauptamt auf dem „Prinz-Albrecht-Gelände”: eine Dokumentation, Hrsg. von R. Rürup, Berlin 1987.

S. Urbańczyk, Uniwersytet za kolczastym drutem (Sachsenhausen – Dachau), wyd. 2 poszerz., Kraków 1969.

A. Bolewski, H. Pierzchała, Martyrologia profesorów Akademii Górniczej w hitlerowskich więzieniach i obozach koncentracyjnych, Kraków 1985.

J. Böhler, K.M. Mallmann, J. Matthäus, Einsatzgruppen w Polsce, przekład E. Ziegler-Brodnicka, Warszawa 2009. Ernst Klee, Das Personenlexikon zum Dritten Reich. Wer war was vor und nach 1945, Frankfurt am Main 2005.

A.R. Małecki, Listy z Breslau i Sachsenhausen, „Alma Mater” 2005, nr 75, s. 53–56.

A.R. Małecki, Krakowscy profesorowie, ofiary Sonderaktion Krakau 1939, w więzieniach Breslau. Refleksje, „Przegląd Uniwersytecki” (Wrocław) 2009, nr 11, s. 2–5.

M.A. Małecki, Więźniowie Sonderaktion Krakau we Wrocławiu, „Alma Mater” 2009, nr 118, s. 20–26.

V. Frančić, Profesorowie w Sachsenhausen, [w:] Ne cedat Academia. Kartki z dziejów tajnego nauczania w Uniwersytecie Jagiellońskim 1939–1945, zebrali i oprac. M. i A. Zarębowie, Kraków 1975.

LOS ARESZTOWANYCH 6 LISTOPADA 1939 W OBOZIE KONCENTRACYJNYM W DACHAU

WYWIEZIENI DO KL DACHAU

W skierowanym 4 marca 1940 do obozu koncentracyjnego w Dachau transporcie 1500 osób z obozu w Sachsenhausen było 187 Polaków, w tym 43 aresztowanych w listopadzie poprzedniego roku na Uniwersytecie Jagiellońskim. Włączonych do transportu wybierano przy udziale specjalnie wysłanego z obozu w Dachau SS-Hauptsturmführera Franza Hofmanna (1906–1973), pełniącego tam funkcję drugiego kierownika obozu. Wybierano ich spośród więźniów niemających przydziału do określonych komand pracy, lepiej się prezentujących fizycznie i liczących mniej niż 50 lat. U schyłku zimy przewieziono ich do obozu położonego blisko Alp. Warunki klimatyczne tej pory roku dla osłabionych trzymiesięcznym pobytem w obozie, wynędzniałych i źle odzianych krakowian były szczególnie dotkliwe. Klimat był ostry. Deszcze ze śniegiem, nierzadkie zamiecie śnieżne, przymrozki, wiatry przy bardzo nędznym odżywianiu pogarszały i bez tego ciężkie realia obozowego bytowania. Od kwietnia tego roku do obozu przybywały nowe transporty z Polakami.

Krakowianie wywiezieni do KL Dachau:

Henryk Batowski

Adam Bielecki

Andrzej Bolewski

Janusz Borkowski

Mieczysław Brożek

Kazimierz Bulas

Józef Dadak

Dobiesław Doborzyński

Antoni Gaweł

Józef Gołąb

Stanisław Gołąb

Józef Hano

Lech Haydukiewicz

Józef Hołda

Juliusz Jakóbiec

Stanisław Janik

Julian Kamecki

Aleksander Kocwa

Kazimierz Lepszy

Stanisław Leszczycki

Bogusław Leśnodorski

Anatol Listowski

Stanisław Majewicz

Stanisław Malaga

Mieczysław Małecki

Józef Mikulski

Tadeusz Milewski

Jan Moszew

Wiktor Ormicki

Kazimierz Pazdro

Arkadiusz Piekara

Czesław Piętka

Kazimierz Piwarski

Ludwik Sieppel

Stanisław Skowron

Zygmunt Starachowicz

Karol Starmach

Wywiezieni do KL Dachau

Stanisław Stępień

Stanisław Szczotka

Stanisław Turski

Stanisław Urbańczyk

Roman Wojtusiak

Józef Wolski

W grupie wywiezionych z Sachsenhausen było 33 pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego, dwóch z Akademii Górniczej (Andrzej Bolewski i Stanisław Gołąb), trzech studentów UJ (Janusz Borkowski, Lech Haydukiewicz i Czesław Piętka), jeden absolwent tej uczelni (Zygmunt Starachowicz), trzech nauczycieli (Józef Dadak, Stanisław Majewicz i Jan Stępień) oraz inżynier (Kazimierz Pazdro). Byli to ludzie młodzi, najstarszy z nich, Wiktor Ormicki, miał 42 lata. Jego dobra znajomość języka niemieckiego i pewna hardość charakteru spowodowały, że cieszył się autorytetem wśród współwięźniów, potrafił dostosować się do sytuacji obozowej i zachęcał innych do wytrwania.

Uczelnia Profesor Docent Adiunkt Asystent Lektor Inni Razem Uniwersytet

OBÓZ

Obóz, do którego przyjechali 5 marca 1940, założono w marcu 1933 roku w zdewastowanych zabudowaniach fabryki prochu. W 1937 i 1938 roku siłami więźniów budowano w warunkach głodu i terroru nowy obóz z przylegającym doń osiedlem SS, a stare zabudowania rozebrano lub spalono. Obóz przeznaczony był początkowo na miejsce odosobnienia dla Niemców wrogo odnoszących się do hitleryzmu, później umieszczano w nim również zwalnianych z więzień przeciwników reżimu, a także badaczy Pisma Świętego, ludzi uznanych za jednostki aspołeczne, niemieckich Żydów i Cyganów. W miarę rozszerzania granic Rzeszy pojawili się Austriacy i Czesi. Po rozpoczęciu wojny z Polską przewieziono grupę Polaków – działaczy oświatowych i społecznych różnych organizacji polskiej mniejszości narodowej w Niemczech. Pod koniec września 1939 roku więźniów wywieziono do obozów w Mauthausen, Flossenbürgu i Buchenwaldzie, a zabudowania i teren wykorzystano do innych celów: od końca września 1939 do 18 lutego 1940 SS-Brigadeführer Theodor Eicke (1892–1943) formował i szkolił tam frontową dywizję SS-Totenkopf. W obozie pozostała niewielka grupa więźniów pod nadzorem Franza Hofmanna, którzy pra-

Wikipedia

cowali przede wszystkim na terenie przylegającego do obozu zakładu ogrodniczego przy wznoszonych tam budynkach. Zostali zakwaterowani w nieopalanej szklarni nr 3, otrzymali po jednym kocu, odżywiano ich marnie, a pracowali ciężko.

Obóz traktowany był jako wzorcowy dla później zakładanych takich miejsc izolacji. Tu wdrożono Disziplinar- und Strafordnung für das Gefangenlager [Regulamin dyscyplinarny i karny dla obozu więźniarskiego] Theodora Eickego, komendanta obozu (od 26 czerwca 1933 do października 1934 roku), po przejęciu go od policji bawarskiej, który z niewielkimi zmianami obowiązywał do końca wojny we wszystkich obozach koncentracyjnych. Według tego dokumentu do komendanta obozu należała pełnia władzy w zakresie stosowania kar w obozie. Wśród kar wymieniono: areszt (do 42 dni), areszt zaostrzony, chłostę, ćwiczenia fizyczne, stójkę, pozbawienie pożywienia, korespondencji, dodatkową lub uciążliwą pracę, karę słupka, przeniesienie do karnej kompanii, karę śmierci. Do regulaminu dołączone były ilustracje instruktażowe dla załogi. Przedmiotem kary mogło być wszystko, zwłaszcza że w okresie pobytu grupy krakowskiej w obozie nadgorliwie przestrzegano dyscypliny i porządku, na co wskazują liczne relacje. Poza karami

Źródło Wikipedia

Źródło
Teren obozu koncentracyjnego w Dachau z lotu ptaka
Brama do obozu w Dachau; stan współczesny

oficjalnymi wykonywanymi przez władze obozu więźniowie funkcyjni pełniący obowiązki w blokach mieszkalnych lub w pracy rozwinęli wachlarz stosowanej wobec więźniów przemocy.

W chwili przybycia krakowian do KL Dachau jego komendantem i komendantem garnizonu SS był SS-Sturmbannführer Alex Bernhard Piorkowski (1904–1948), a obóz był ponownie zapełniany przez więźniów. Jako pierwsze przybyły transporty z obozu Mauthausen (390 więźniów) i Flossenbürg (921 więźniów). Ponownie kształtował się tzw. samorząd więźniarski. Z tych grup więźniów rekrutowali się ci, którzy przejęli różne funkcje w tzw. samorządzie więźniarskim i obsłudze administracyjno-gospodarczej.

Obóz położony był na skraju dachauskich bagien (Dacheuer Moor), nad uregulowanym potokiem Würm, dopływem rzeki Amper, wzdłuż którego rozciągała się zachodnia część ogrodzenia obozu z płotem z drutu kolczastego i zasiekami z takiegoż drutu. Do obozu wchodziło się od strony zachodniej – od strony przylegającego doń wydzielonego obszaru, zajętego na komendanturę obozu, pomieszczenia dla oddziałów wartowniczych, koszary i szpital SS, garaże, osiedle SS, przedsiębiorstwa SS itd. – przez mostek nad wspomnianym potokiem i budynek z wieżą zwany Jourhaus, przez umieszczoną w nim żelazną bramę z napisem Arbeit macht frei. W budynku tym znajdowały się biura kierownictwa obozu oraz wartownia.

Obóz miał kształt prostokąta o wymiarach 278 x 583 metry, którego krótsze boki zwrócone były w kierunku północ – południe. Ogrodzony był rozciągniętym na słupach drutem kolczastym pod napięciem i – po trzech bokach – murem zwieńczonym drutem kolczastym oraz wkomponowanymi w ten układ sześcioma wieżyczkami strażniczymi, wyposażonymi w karabiny maszynowe i reflektory. Dodatkowo wzdłuż ogrodzenia wewnątrz obozu ciągnął się głęboki i szeroki rów. Poza ogrodzeniem obozu po jego wschodniej stronie położone było gospodarstwo ogrodnicze, własność SS, w którym pracowali więźniowie obozu.

Po przekroczeniu bramy wejściowej więzień znajdował się na obszernym placu apelowym, który od strony południowej ograniczony był wielkim budynkiem gospodarczym, w którego części środkowej znajdowała się kuchnia i łaźnia, w prawym skrzydle – przechowalnia własności więźniów (Effektenkammer) i warsztat krawców, a w lewym – skład bielizny (Wäschekammer) i warsztat szewców. W łaźni przeprowadzano procedurę przyjęcia więźnia. Na dachu środkowej części budynku widniał ułożony z białych dachówek napis, tzw. kamienie milowe do wolności, który krakowianie już znali z Sachsenhausen. Za tym budynkiem znajdował się obozowy areszt, tzw. bunkier, oraz pomieszczenia dla więźniów specjalnych. Tu także przesłuchiwano więźniów. Przed bunkrem umieszczone były słupki, na których za karę wieszano więźniów. Baraki – bloki (34) usytuowane były w dwóch szeregach na wprost budynku gospodarczego, po obu stronach wiodącej przez cały obóz drogi, zwrócone do niej szczytowymi ścianami. Dwa pierwsze bloki usytuowane po prawej stronie drogi najbliżej placu apelowego przeznaczone były na szpital obozowy, a blok znajdujący się po przeciwnej stronie drogi na obozową kantynę, prowadzoną przez więźniów kancelarię obozową (Häftlingsschreibstube) i biuro przydziału pracy (Arbeitseinsatz), biuro starszego obozu oraz bibliotekę, później także na tzw. muzeum. Kolejne dwa baraki po tej stronie drogi zajęte były przez więźniów funkcyjnych, były to bloki pokazowe. Dla pozostałych więźniów

Baraki więźniów obozu koncentracyjnego w Dachau; 1945
Ogrodzenie i wieża strażnicza w obozie koncentracyjnym w Dachau

przeznaczone były kolejne baraki, baraki o numerach parzystych usytuowane były po lewej, zachodniej stronie drogi, nieparzyste – po prawej, wschodniej stronie, z tym że w zależności od potrzeb pierwsze z nich przeznaczano na inne cele. Zbudowane były solidniej niż w Sachsenhausen i lepiej ocieplone, o układzie wewnętrznym podobnym jak w Sachsenhausen. Dwa tamtejsze odpowiadały wielkością jednemu w Dachau o długości 100 metrów, stąd cztery wejścia prowadzące do baraku, w którym znajdowały się łącznie cztery izby dzienne, cztery sypialnie. Izby dzienne, umywalnie i ubikacje były podobnie wyposażone jak w Sachsenhausen, z tym że tu wszystko było solidniejsze. Izby posiadały sufity, a ściany były pomalowane, izba dzienna ogrzewana była lepszym piecem, umieszczonym w jej środku, a brykiet był dostępny. W izbie sypialnej znajdowały się łóżka o trzech kondygnacjach. Sienniki przykrywano prześcieradłem, koce i słomą wypchana poduszka oblekane były powłóczką w deseń w kratkę. Podłogi w izbach były zamalowane czerwoną farbą. Aby jej nie zniszczyć, obuwie zdejmowano w sieni i ustawiano na stelażach. Jakiż więc komfort w porównaniu z Sachsenhausen –zauważył Stanisław Urbańczyk, opisując baraki.

KRAKOWIANIE W OBOZIE

Więźniów przywiezionych z Sachsenhausen ulokowano w blokach nr 21 i 23. Większość krakowian znalazła się w bloku nr 23, w jego czwartej izbie, pięciu w izbie pierwszej1. Obóz był ponownie w fazie organizacji, toteż upłynęło kilka dni, zanim więźniów spisano i oznaczono numerami. Jako że zachowana była dotychczasowa numeracja więźniów, przybyłym do obozu w marcu 1940 roku przypisano numery mieszczące się w przedziale od 35864 do 37575. Począwszy od 1 kwietnia, zaczęto nadawać więźniom nowe numery, zaczynające się od 1. Ci, co byli w obozie w tym dniu, otrzymali numery od 1 do 2828 i w tym przedziale znajdowały się nowe numery krakowian. Na przykład, Tadeusz Milewski miał teraz numer 1649, Stanisław Leszczycki 1971, Mieczysław Małecki 1977, Kazimierz Piwarski 2017. Początkowy chaos organizacyjny, zmieniające się zarządzenia, nieuregulowany porządek dnia dziwił przywiezionych z Sachsenhausen. Kazimierz Piwar-

ski tak opisał tę fazę pobytu w Dachau: Zrazu nikt (dosłownie) z więźniów nie wiedział, kiedy właściwie będzie apel, ile ma czasu na ubranie się, na zjedzenie posiłku, umycie naczyń itd. Ciągle nas do czegoś wzywano, zbiórki urządzano kilka razy dziennie. Bywało, że wreszcie wydano obiad czy tzw. kolację, aż tu nagle rozlegał się okrzyk z kancelarii zapowiadający zbiórkę, podchwytywany natychmiast wśród piekielnego wrzasku przez blokowych i izbowych. Trzeba było rzucić miskę

z ledwie zaczętym pożywieniem i stawić się do zbiórki o chłodzie i głodzie, a kiedy wracało się na blok, wówczas zastawało się jadło zimne i wszelka nadzieja na rozgrzanie się kilku łyżkami ciepłej strawy była pogrzebana. Określaliśmy ówczesne stosunki w Dachau jak jakiś niesamowity cyrk, w którym wszystko się kręci wedle szatańskich konceptów jakiegoś ukrytego reżysera, złośliwca-sadysty lub wariata. Jeden z nas patrzył się na drugiego i pytał, jak się do tego dostosować: optymiści

Krematorium znajdujące się na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Dachau; 2010
Piece krematoryjne w obozie koncentracyjnym w Dachau

mówili, że jakoś to będzie, ale nie znali jeszcze całej prawdy o obozie w Dachau Krakowianie szybko się zorientowali, że w Dachau panował taki sam głód jak w Sachsenhausen, podobne były wrzaski i brutalność esesmanów i funkcyjnych więźniów, tak samo niebezpieczne było spotkanie z sadystą w mundurze.

możliwości podparcia się nogami, a aby uczynić ją jeszcze dotkliwszą, wieszano na jednym słupku po cztery ofiary. Karę słupka otrzymali:

– Janusz Borkowski za to, że chroniąc listy od matki przed esesmanami, zabrał je ze sobą na plantację,

– Bogusław Leśnodorski za wyprostowanie się w czasie pracy,

– Józef Mikulski za znaczek na list przechowywany w woreczku na pieniądze,

Początkowy bałagan wkrótce miał się zmienić, gdy rygorystycznie usposobiony zastępca komendanta obozu i jednocześnie szef jego Wydziału III – 1. Schutzhaftlagerführer, SS-Hauptsturmführer Egon Zill (1906–1974) żelazną ręką zaczął wprowadzać wspomniany regulamin Theodora Eickego. Komendant obozu SS-Sturmbahnführer Alex Piorkowski zostawił mu wolną rękę w sprawach obozowych. Komendanta obozu – jak napisał Kazimierz Piwarski – myśmy nawet nie widywali, [...] panem naszego życia i śmierci był ów Ziel [Zill]. Wymagał on od podwładnych mu esesmanów meldunku o przewinie więźnia, a o meldunek taki nie było trudno. Kazimierz Piwarski na kilku stronach swoich wspomnień wymienił kilkanaście rozmaitych więźniarskich „przewinień” mogących być powodem, a częściej pretekstem meldunku. Opisał także, podobnie jak Stanisław Urbańczyk, wymierzanie kar, w tym karę słupka. Kara słupka polegała na wieszaniu więźnia ze związanymi z tyłu rękoma na haku, bez

– Stanisław Skowron za to, że po przesłuchaniu w wydziale politycznym nie dość umiejętnie markował pracę, – Ludwik Sieppel za to samo przewinienie, przed odbyciem kary uratowało go zwolnienie z obozu, – Mieczysław Brożek za złe zrozumienie rozkazu, – Józef Hołda, – Stanisław Janik, – Stanisław Majewicz. Słupek groził Stanisławowi Leszczyckiemu i Stanisławowi Turskiemu, których złapano na czytaniu gazety w czasie pracy; wymierzono im jedną godzinę słupka, która miała być wykonana 15 stycznia 1941 roku. Uniknęli kary wskutek zwolnienia z obozu w przeddzień terminu jej wykonania. Leszczycki, wracając od Zilla, u którego musiał się zgłosić po wymiar kary, spotkał na obozowej uliczce Stanisława Malagę, powracającego od

obozowego dentysty, zadowolonego, że po kilkudniowym wyczekiwaniu w poczekalni pracowni dentystycznej oczyścili mu ząb i mają wstawić plombę. Nagle z obozowej uliczki wyłonił się esesman na rowerze. Leszczycki zobaczył go i zdjął czapkę, natomiast rozgadany Malaga tego nie uczynił. Esesman wymierzył Maladze policzek tak silny, że stracił dopiero co oczyszczony ząb.

PRACA

W Dachau obowiązywał bezwzględny przymus pracy – pracować musieli wszyscy i bez względu na to, czy była praca, czy nie. Jeśli nie było, to nakazywano wykonywać jakąś zupełnie bezcelową robotę, bezsensowne czynności. O przydzieleniu do pracy decydował także spryt i przypadek. Początkowo pracę można było wybierać, ale przydatnego w warunkach obozowych zawodu krakowscy naukowcy nie posiadali. Henryk Batowski i Kazimierz Bulas zostali tłumaczami w kancelarii obozowej (Häftlingsschreibstube). Dzięki nim, a zwłaszcza Henrykowi Batowskiemu, gdyż Bulas został zwolniony w kwietniu, uzyskiwano pożyteczne dla bytowania w obozie informacje. Dobiesław Doborzyński jako fizyk zgłosił się do pracy w warsztatach radiotechnicznych, gdzie naprawiano aparaty radiowe. Fizyk Arkadiusz Piekara został najpierw pomocnikiem krawca w warsztatach krawieckich. Doborzyński wykorzystywał pracę przy naprawie radioodbiorników do nasłuchu obcych stacji. Według Stanisława Urbańczyka czynił to pod pozorem sprawdzania sprawności odbioru. Założywszy słuchawki, słuchał audycji obcych i wiadomości podawał zaufanym współpracownikom. Przynosił je również do nas, do baraku. Piwarski w ostrożny sposób korzystał z nich w wieczornych pogadankach prasowych, przekazując optymizm polityczny mieszkającym z nami Polakom, [...] zaprzyjaźnionej z nami grupie Austriaków, zajmujących w obozie poważną pozycję. Również główny kapo plantacji, Gaster [Gastner], korzystał z wiadomości radiowych, co z kolei zapewniało nam jego życzliwość. Językoznawca Tadeusz Milewski został przydzielony w charakterze posługacza do szpitala SS, gdzie pracował sześć miesięcy. O pracy tej Milewski napisał: Praca nie była ciężka, a w baraku było zupełnie ciepło. Poza tym było co jeść, bo chorzy nie dojadali swych porcji. Było

Rycina z Muzeum KL Dachau przedstawia tzw. karę słupka

też mnóstwo amatorów do naszej komendy i co chwila capo wyrzucał któregoś z moich towarzyszy i przyjmował kogoś nowego, który mu lepiej przypadł do gustu. Nasz capo ślicznie prasował spodnie SS-om, opływał u nich w łaskach i zawsze miał coś do jedzenia. Bił mnie często, ale nie miałem do niego za to urazy, mając w pamięci jego cierpienia. Był to Niemiec z Norymbergi, komunista z przekonań, od siedmiu lat więzień w różnych obozach, a między innymi w Mauthausen, gdzie przeżył przerażającą zimę. [...] Ja utrzymałem się tak długo w komendzie tylko dzięki zręcznej manipulacji banknotami. W chwili aresztowania miałem przy sobie kilkaset marek, które mi w ratach miesięcznych po 15 marek powoli wypłacano. Z tych pieniędzy lwią część otrzymywał capo, resztę zaś jego faworyci. Kapo we wrześniu 1940 roku wyrzucił Milewskiego z komanda, koledzy pracujący na plantacji zwrócili się do pomocnika kapa (Hilfscapo) na plantacji Kazimierza Węglarza, nadzorującego prace w polu (Freiland), aby ten go przyjął. Milewski niedługo tam pracował, bowiem w tym samym miesiącu został zwolniony.

Więźniowie, którzy nie mieli względnie stałego przydziału do miejsca pracy, byli brani do różnych czynności doraźnych, w zależności od zapotrzebowania, początkowo do sprzątania, usuwania śniegu i błota z drogi, ale też do bardzo ciężkich prac, ponad siły wycieńczonych krakowian. Pracę taką opisał Józef Wolski, którego wraz z Mieczysławem Brożkiem zagoniono do noszenia ciężkich słupów na ogrodzenie. Brożek, gdy ciężar słupa gniótł mnie coraz bardziej, serce biciem sięgającym gardła, tak jak przy forsownym, im Laufschritt noszeniu kotłów, dawało znać o swym ostatecznym przeciążeniu i wyczerpaniu, [...] wziął ode mnie słup i umieścił go sobie na drugim ramieniu, dźwigając w ten sposób podwójny ciężar. Ci, co uniknęli przydziału, przez kilka pierwszych dni wracali do baraku, a ponieważ i tam trzeba było „pracować”, więc zmuszano ich do wykonywania w pośpiechu i po wielokroć tych samych czynności niemających znaczenia.

Krakowianie wiedzieli, że od pracy w „dobrym” komandzie zależy przeżycie w obozie, a obawa przed skierowaniem

do żwirowni (Kiesgrube) czy do innej ciężkiej i wyczerpującej pracy powodowała, że najpierw do komanda pracującego w gospodarstwie ogrodniczym zgłosił się Anatol Listowski, adiunkt przy Katedrze Hodowli Roślin i Doświadczalnictwa. Pozytywna jego opinia o pracy w tym komandzie spowodowała, że za nim poszedł tam Stanisław Urbańczyk, za Urbańczykiem Stanisław Leszczycki itd. Farmakolog Józef Hano napisał: Byliśmy solidarni i zdyscyplinowani. Wiedzieliśmy, że jeżeli mamy przetrwać, to tylko nie dopuszczając do rozczłonkowania naszej małej społeczności. [...] Po kilku dniach poniewierki wewnątrz obozu, przeganiani biegiem od jednej do coraz to innej ciężkiej pracy, popędzani wrzaskiem, przekleństwami, kopniakami lub pięścią, zaczęliśmy po porannym i południowym apelu coraz liczniej dołączać do Komando Plantage, aż wyciekliśmy tam omal wszyscy. Chętnych do pracy w tym komandzie było więcej niż początkowe zapotrzebowanie, tak że trzeba było pięściami torować sobie drogę do szeregów pracowników plantacji – napisał zoolog Stanisław Skowron.

Plantacje (Plantage) to popularna nazywa założonego w maju 1938 roku gospodarstwa ogrodniczego nazwanego Kräutergarten Dachau (Ogród Ziołowy Dachau), a od stycznia 1939 roku Werk

nährung und Verpflegung GmbH, DVA), założonych w styczniu 1939 roku przez SS-Obergruppenführera Oswalda Pohla (1892–1951), jako główny zakład spółki –Werk Dachau (Zakład Dachau). DVA jako organ Reichsführera SS Heinricha Himmlera miał zatrudniać więźniów obozów

Dachau (Zakład Dachau). Gospodarstwo powstało na bagiennym terenie położonym na wschód od obozu. Siłami więźniów, przede wszystkim Żydów i Cyganów, najpierw prowadzono prace melioracyjne, wywożono taczkami torf, pchając je po ułożonych deskach, przywożono ziemię, urządzano grządki. Zagospodarowaniem objęto teren o obszarze początkowo 7,5 hektara, a uprawę zaczęto od nagietka lekarskiego i założenia ogrodu pokazowego. Ostatecznie do Zakładu Dachau należało 211 hektarów jako własność lub dzierżawa, z czego pod uprawy zajętych było 59 hektarów. W marcu 1939 roku rozpoczęto budowę młyna do produkcji przypraw, budynku administracyjnego, w maju budynku gospodarczego, a w czerwcu Instytutu Badawczo-Naukowego. Wybudowano cztery szklarnie. Uprawiano rośliny lekarskie, niektóre warzywa, zioła służące do produkcji przypraw, gladiolusy w celu wyrabiania witaminy C. Ogród ziołowy Dachau wszedł w skład Niemieckich Zakładów Doświadczalnych do Spraw Wyżywienia i Zaopatrzenia Sp. z o.o (Deutsche Versuchsanstalt für Er-

koncentracyjnych w gospodarce oraz, między innymi, prowadzić planowe badanie i uprawę ziół leczniczych rosnących w Niemczech, zaopatrywać w nie krajowe i zagraniczne rynki, utrzymywać laboratoria, nabywać nieruchomości rolne, zbywać wytworzone produkty w sklepach powiązanych z przedsiębiorstwem. Himmler, z wykształcenia rolnik, popierał rozwój taniej, produkowanej naturalnymi metodami żywności, mającej służyć zdrowiu narodu, ale też wzbogacać zaopatrzenie żywnościowe armii i ludności. Fascynowało go ziołolecznictwo. Guido Knapp w książce Ludzie Hitlera zawarł taką myśl: Jedną z jego największych namiętności była homeopatia. Znał się na okładach z owsa i średniowiecznych kuracjach ziołowych. [...] kazał nawet hodować zioła lecznicze w obozach koncentracyjnych. Sprawa ta miała dla niego tak duże znaczenie, że nadzór nad uprawą ziół w obozie Dachau musiał przejąć lekarz jego matki, doktor Fahrenkamp2. Tam, gdzie szalały nędza i śmierć, miały rozkwitać rośliny, tworząc mały zielony raj w mrocznym świecie piekielnych cierpień . Pasja Himmlera

była podzielana przez Oswalda Pohla, założyciela imperium gospodarczego SS. Obaj byli zwolennikami naturalnych stylów życia i metod leczenia, przywiązywali dużą wagę dla uniezależnienia III Rzeszy od importu lekarstw i przypraw, i obaj popierali rozwój założonego przy obozie gospodarstwa. Zgadzało się to także z założeniem, że obóz miał być nie tylko miejscem terroru i eksterminacji, ale też i zysku.

Źródło Wikipedia z www.archives.gov

Plantacją kierował od września 1939 roku Emil Albert Vogt3. Kazimierz Piwarski napisał o nim, że nie mieszał się do spraw więźniów bezpośrednio i nie wykazywał szczególnych skłonności sadystycznych . Stanisław Urbańczyk określił go jako dobrego człowieka. Chronił, jak mógł, komendę naukową. Polecił on Hanie, aby go zawiadomił, gdyby nam groził transport do innego obozu. Zaznaczył jednak, że po wciągnięciu kogoś na listę ratunek będzie trudny, ponieważ w komendzie obozu nie ma przyjaciół . Józef Hano, który miał częste kontakty z Vogtem, nazwał go niebotycznie nietypowym esesmanem. Dał on Pawełkowi [Paulowi Neumannowi] w stosunku do nas wolną rękę. Akceptował propozycję naszego opiekuna, które myśmy zasugerowali. Stykałem się z nim na jego wezwanie, przekazywane przez mundurowego esesmana, który też mnie tam i z powrotem przyprowadzał. Miałem też jego upoważnienie, abym w ważnych i pilnych sprawach, np. groźby transportu, przychodził bez wezwania o każdej porze dnia. Był to uprzejmy, kulturalny człowiek, życzliwy i przyzwoity nie tylko w stosunku do nas, czyli „krakowskich profesorów”; gdy wchodziłem, zawsze wstawał od biurka, był z natury życzliwy ludziom, był ludzki wobec więźniów. Jego zastępcą był SS-Untersturmführer Paul Neumann o wykształceniu średnim rolniczym, który źle słyszał, jedno ucho po operacji było całkowicie głuche, drugie też miało znaczne ubytki słuchowe. Według Józefa Hano, jego fachowemu i organizacyjnemu nadzorowi podlegało wszystko, co na plantacji rośnie, stoi i porusza się. Neumann interesował się sprawami uprawy i przeróbki roślin lekarskich, chętnie czytał książki z tego zakresu, szczególnie interesowały go zagadnienia tzw. dynamicznej botaniki. Jak się okazało, krakowska grupa wiele mu zawdzięczała. Częścią przedsiębiorstwa był Instytut Naukowo-Badawczy (Forschungsinstitut), który do końca wojny podjął tylko część

Brama przy wejściu głównym do obozu Dachau po wyzwoleniu przez Amerykanów; 1945

wyznaczonych zadań. Funkcjonowało laboratorium, kierowane przez cywilną pracownicę, farmaceutkę Traute Friedrich. Prowadziła ona badania nad wytwarzaniem z mieczyków proszku witaminy C w celu zaopatrzenia Wehrmachtu. Friedrich przejęła opiekę nad komandem „naukowym”, gdy Neumann opuścił Dachau. Gospodarstwo ogrodnicze (Werk Dachau) jako przedsiębiorstwo SS korzystało z pracy więźniów obozu w Dachau, których do pracy wyprowadzano pod strażą obozową. Dowódcą wyprowadzanego z obozu komanda więźniów był SS-Hauptscharführer Wolfgang Seuss (1907 – po 1960), służbista, który niestrudzenie wędrował po gospodarstwie albo z okna strychu budynku gospodarczego przez lornetkę obserwował pracujących. Kazimierz Piwarski scharakteryzował go następująco: Był to skończony zwyrodnialec, ślusarz z zawodu, który ubrawszy się w mundur SS-mana, próbował wykazywać wyższe maniery nawet w stosunku do więźniów. Polegało to na tym, że unikał zetknięcia fizycznego z więźniem, sam rzadko bił, chyba przez rękawiczkę, żeby się nie powalać (!), lub rozdzielał kopniaki. Zresztą stosował wobec swych ofiar system znacznie bardziej wyrafinowany. Chodził z lornetką ustawicznie z miejsca na miejsce i obserwował z oddali pracujących, gdy tylko zobaczył jakiegoś więźnia, który na chwilę wyprostował krzyże lub usiadł sobie na ziemię dla odpoczynku, natychmiast podchodził i pisał tzw. meldunek. Jego brat Josef służył w obozie od 1933 roku i także zasłużył sobie na złą sławę.

PRACA NA PLANTACJI

Więźniowie rozpoczynali pracę na plantacji w niekorzystnych warunkach pogodowych – na polu leżał jeszcze zlodowaciały śnieg, kałuże były pokryte lodem, ziemia zmarznięta. Do pracy wychodzili początkowo w komandzie liczącym 500 osób w otoczeniu eskorty. Po wyjściu z obozu dochodzili do budynku, w którym mieścił się skład narzędzi i warsztaty, zwanym Gerätehaus, tam następował podział na grupy robocze. W pierwszych tygodniach pracy większość krakowian pozostawała pod nadzorem kapo Karla Wamsera, długoletniego więźnia, górnika z zawodu, niezrównoważonego, ze skłonnościami do okrucieństwa. Lepiej trafili ci, którzy dostali się pod nadzór kapo Franza Webera, w ocenie Urbańczyka dobrego

człowieka. Do niego trafili hydrobiolog Karol Starmach i historyk Józef Wolski. Praca była ciężka, rozbijali zlodowaciały śnieg, zmarzniętą ziemię kilofami i łopatami, przesuwali olbrzymią stertę żużla i popiołu, nie rozumiejąc celu tej pracy, usuwali kamienie, wyrywali krzaki, wozili taczkami ziemię, gnój lub kamienie, rozrzucali gnój. Praca stawała się jeszcze cięższa, gdy po roztopach i po deszczu grunt pochodzenia torfowego zmieniał się w grząską maź, czepiającą się butów i narzędzi, albo gdy trzeba było pchać taczki po rozmiękłej ziemi. Brakowało także umiejętności w posługiwaniu się łopatą przez ludzi przywykłych do posługiwania się piórem. Usuwali z inspektów starą ziemię, ubijali w nich nowy gnój i przywozili do nich nową ziemię. Raz zoologa Stanisława Skowrona, stomatologa Ludwika Sieppla i matematyka Stanisława Turskiego zawieźli do zrzucenia dwóch wagonów węgla na ciężarowe samochody. Gdyby nie krzepa fizyczna matematyka, wyzionęlibyśmy ducha – on pracuje za trzech – napisał o tej pracy Stanisław Skowron. Józef Hano w dzień Wielkanocy odkomenderowany został do wyładowania węgla i koksu z ciężarówki i przyczepy,

ziół w obozie koncentracyjnym w Dachau, przy której pracowali krakowscy uczeni

a potem przez kilka dni kruszył kilofem betonowe ściany rozbieranej starej szklarni, wreszcie dostał się wraz ze Stanisławem Skowronem do komanda Franza Webera. Udało się im szybko pozyskać tego czło-

wieka, zwłaszcza że Weberowi, choremu na wrzody dwunastnicy, Hano udzielał porad medycznych. Anatol Listowski dostał się do pracy w szklarni, a Urbańczyk przy inspektach, gdzie najpierw rozbijał zamarzniętą ziemię kilofem. Nauczył się „szanować pracę”, tzn. pracować pomału, udając gorliwość i pośpiech, jako że wszystkie czynności musiało się wykonywać szybko. Ciężko musiał pracować geolog Józef Gołąb, historyk Kazimierz Piwarski woził taczki ze żwirem lub pracował przy gnoju. Stanisław Leszczycki tak nieumiejętnie wrzucał gnój na samochód, że został pobity kijem po plecach, podobnie jak kolejnego dnia, gdy musiał kopać w polu: Znów nie obeszło się bez kijów dla zwiększenia mojej wydajności, która zresztą na pewno była niska, nigdy żadnej pracy fizycznej nie wykonywałem, a poza tym byłem wtedy bardzo osłabiony przedłużającym się głodowaniem Położenie Dachau – okolica podgórska, trudne warunki klimatyczne, silne wiatry, padający śnieg, śnieg z deszczem albo deszcz, a wkrótce roztopy wiosenne, praca w grząskim gruncie, niekorzystnie odbijało się na pracujących w polu Polakach. Zabiedzeni pobytem w Sachsenhausen, wychudzeni, wciąż wygłodniali, nie mieli sił do pracy. Nie przywykli do ciężkiej pracy, nie byli w stanie podołać wymaganiom. Po miesiącu pobytu w Dachau z trudem wlekli nogi, idąc do pracy.

Plantacja

A przy niej niebezpiecznie się było nawet wyprostować i na chwilę ją przerwać –zaraz podbiegał dozorujący pracę więzień, zwany kapo, wymyślał, kopał, bił kijem, a gdy przyszedł Kommandoführer Seuss, meldunek był pewny. Na plantacji nie było otwartego znęcania się nad pracującymi tam ludźmi, ale ogólne warunki pracy i codziennego życia w obozie powodowały, że – jak wspominał Stanisław Urbań-

ona jeszcze tak paląca, aby się jej nie dało zjeść. Jeden z kolegów nawet później nie dał za wygraną: czyścił zielony owoc z nasionek, siekał miąższ drobniutko i łykał zawinąwszy w listek fasoli jak opłatek. [...] Te niezwykłe potrawy miały jedną dobrą stronę, a mianowicie zaopatrywały nas w witaminy, których brak w zimowych miesiącach doprowadził na wiosnę do plagi wrzodów, wielkich i bolesnych

Rysunek z książki Teodora Musioła pt. Dachau 1933–1945. Niemiecki strażnik obozu Franz Johann Hofmann katuje jednego z więźniów

czyk – nie było jednak wypadku, żebyśmy wracając z plantacji, nie przynieśli – sami ledwie idąc – na plecach takiego, co już nie mógł iść do obozu. Koroną wszystkiego było jedno południe, gdyśmy – tym razem na wózku – przywieźli z plantacji 20 ludzi martwych lub półżywych. Ogólne wyczerpanie było takie, że lada większy wysiłek lub pobicie zabierało resztkę sił. Praca na plantacji pozwalała na poszukiwanie sposobów złagodzenia głodu. Stanisław Urbańczyk pisał: Czegóż się to nie jadło na plantacji w ciężkie miesiące wiosny! Wybredni jedli tylko szczawie, mlecze i lebiodę, ale niektórzy nie gardzili zwykłą trawą. Podczas przekopywania pól znajdowano przeoczone w zeszłym roku pory i cebulę – to były istne rarytasy. [...] W cieplarni jedliśmy młode listki doświadczalnej fasoli, lebiodę, wyplewianą między kulturami, a przez pewien czas młodziutką paprykę. We wczesnym stadium nie jest

Stanisławowi Leszczyckiemu, jednemu z dotkniętych tą przypadłością, dodatkowo popękały paznokcie wielkich palców u nóg. Paznokcie sczerniały, sączyła się z nich ropa. Walczył z tą dolegliwością w Dachau całą wiosnę i lato jedzeniem znalezionych na plantacji liści mleczu. Leszczycki odczuwał tak ogromny głód, że patrzył na małego foksterierka kierownika obozu Egona Zilla jak na kawałek mięsa, który by chętnie zjadł. Stanisław Skowron wspominał: Wygrzebywaliśmy z ziemi na plantacjach ukradkiem korzonki żywokostu, który opłukawszy w wodzie, żuliśmy wieczorem do snu, aby w ogóle czymkolwiek napełnić pusty żołądek. Wyglądaliśmy jak pająki, duży rozdęty brzuch na cienkich nogach i klatka piersiowa z doskonale uwidoczniającymi się żebrami i kręgosłupem. Po ciężkim dniu pracy nie mieli spokoju w obozie. Już po przekroczeniu bramy esesmani często przeprowadzali

rewizje, mające sprawdzić, czy więzień nie ma przy sobie czegoś w ich opinii zakazanego. Podczas jednej z takich akcji wykryto u Wiktora Ormickiego notatki do pracy badawczej, które sporządził w obozie w Sachsenhausen i zabrał ze sobą, a w Dachau trzymał w woreczku na pieniądze, zawieszonym na szyi. Notatki zostały Ormickiemu odebrane, a on pobity. Wymiar kary był jednak „łagodny” – za takie wykroczenie można było otrzymać karę słupka, co spotkało Józefa Mikulskiego za znaczek na list przechowywany w woreczku. Na kolejne szykany narażeni byli w baraku. Wracając, nie wiedzieli, czy podczas pracy nie zarobili już jakiejś kary, bo Blockführer uznał, że łóżko zostało źle „zbudowane” albo kratki poszewki nie utrzymują linii z kratkami poszewki łóżka sąsiedniego, albo szafka nie dość jest czysta... Utrzymywanie porządku w przepełnionych pomieszczeniach mieszkalnych nie było łatwe, a pozwalało funkcyjnym wynajdywać preteksty do różnych szykan, służyło za jeden ze środków udręczania więźniów.

W kwietniu zwolniono spośród nich kilku – w kolejności opuszczania Dachau byli to: Kazimierz Bulas, Adam Bielecki, Dobiesław Doborzyński, Ludwik Sippel oraz Karol Starmach. Stanisław Urbańczyk ich wygląd określił jako tragiczny. Dramatyczną charakterystykę grupy w tym miesiącu sporządził Kazimierz Piwarski: Większość naszych była u kresu sił. Patrzyliśmy się na siebie, każdy dzień szerzył spustoszenie. Trzeba było pracować, i to ciężko, o głodzie i chłodzie; wychudli, wygłodzeni, nie mogliśmy się niemal poznać, my, którzy znaliśmy się tak dobrze przed wojną, których postacie w Sachsenhausen przypominały jeszcze czasy przedwojenne Kwiecień przyniósł też trochę nadziei. Mogli pobrać z depozytu przekazane wreszcie pieniądze z Sachsenhausen, co umożliwiło skromne zakupy w obozowej kantynie, a że utrzymali też kasę wzajemnej pomocy (tak jak w Sachsenhausen), mogli przekupić blokowego i sztubowego, dzięki czemu połączyli się w jednej izbie bloku nr 23, zaś funkcyjni zaczęli patrzeć na nich łagodniejszym okiem. Tak to Stanisław Urbańczyk opisał: Pakt o nieagresji z blokowym zapewnił nam jaką taką nietykalność, liczono się nawet ze słowami, częściowo chroniono nasze łóżka i szafki przed wybrykami esesmanów. W zamian za to każdy z nas wpłacał po każdej wypłacie

do wspólnej kasy po 1–2 marek, z czego swój udział pobierał blokowy, izbowy, reszta zaś szła dla tych kolegów, co z domu nie dostawali albo nic, albo niewiele. Ten pakt o nieagresji ze starszym bloku zawarto w klozecie.

W kwietniu do Dachau, w związku z wysoką śmiertelnością, przyjechała komisja i zobaczywszy wygląd więźniów, poleciła podwyższenie racji żywnościowych. Zaczęli otrzymywać nieco większe racje chleba i trzy razy w tygodniu po trzy gotowane ziemniaki w łupinach. Ale najważniejsza sprawa, która wydarzyła się w kwietniu, to początek organizacji tzw. komanda naukowego na plantacji.

POWSTANIE

TZW. KOMANDA NAUKOWEGO

O okolicznościach powstania tzw. komanda naukowego traktują wspomnienia – w kolejności ich powstania były to teksty: Kazimierza Piwarskiego (1945), Stanisława Skowrona (1946), Stanisława Urbańczyka (1946, 1968), Romana Wojtusiaka (1978, 1982), Stanisława Leszczyckiego (1988) i Józefa Hano (1989). Tylko wspomnienia Wojtusiaka łączą genezę komanda z innym wydarzeniem niż pozostałe relacje.

Kazimierz Piwarski łączy powstanie komanda z więźniem oberkapo Ernstem Sprungiem, głównym nadzorcą nad pracującymi więźniami, Austriakiem, byłym komisarzem policji w Wiedniu, który w rozmowie z kilku pracującymi krakowianami zorientował się, że wśród nich są specjaliści, którzy mogliby usprawnić gospodarkę na plantacji. Pod pozorem troski o jej stan podzielił się swoimi spostrzeżeniami z Paulem Neumannem, przy czym obaj zdawali sobie sprawę, że wykorzystanie wiedzy owych więźniów wymagałoby odsunięcia ich od ciężkich robót, stworzenia lepszych warunków pracy. Neumann, który nie był w zbyt dobrych stosunkach z Emilem Vogtem, w wykorzystaniu specjalistycznej wiedzy Polaków dostrzegł rysujące się szanse wzmocnienia własnej pozycji, przypisania sobie zasług lepszego zorganizowania pracy na plantacji i poprzez właściwe sadzenie ziół i warzyw możliwość zwiększenia plonów. Kazał sobie przywołać któregoś z krakowian. Pierwszym jego rozmówcą był Wiktor Ormicki, który jako bardzo dobrze znający język niemiecki umiał przekonująco przedstawić walory

założenia komórki doświadczalnej. Na rolę Wiktora Ormickiego w kontaktach z władzami plantacji i funkcyjnymi więźniami wskazał także Stanisław Leszczycki. Ormicki występował we wspólnej sprawie, w imieniu kolegów, którym chodziło o wykorzystanie zatrudnienia na plantacji dla utrzymania się w grupie bliskich sobie ludzi, uchronienia się przed samowolą esesmańskiej załogi obozowej, o uchwycenie sposobności przetrwania i wykorzystanie szansy na przeżycie.

Informacja zawarta w relacji Piwarskiego o rozmowie Neumanna z Ormickim jest ważna z dwóch powodów: pozwala datować genezę organizacji komanda „naukowego” na czas poprzedzający wykrycie przez wydział polityczny obozu, że Wiktor Ormicki był pochodzenia żydowskiego, co miało miejsce w początku kwietnia 1940 roku, oraz przeczy tezie Romana Wojtusiaka, że organizacja komanda była wynikiem wizyty w obozie Waltera Greitego.

Niemieckich Biologów. W 1938 do 1942 roku kierował Centrum Badawczym Biologia w nazistowskiej organizacji badawczej Ahnenerbe. W listopadzie 1940 roku został honorowym SS-Sturmbannführerem. Greite w mundurze SS przybył do KL Dachau –jak twierdzi Wojtusiak – na przełomie kwietnia i maja 1940 roku. Pobyt ten potwierdza list prof. Karla von Frischa do żony Wojtusiaka – Haliny z 3 czerwca 1940. Na jego podstawie można być pewnym, że Greite w obozie był przed tą datą i że wizyta ta miała związek z zabiegami Haliny Wojtusiakowej o zwolnienie męża. Wizyta Greitego w KL Dachau i jego starania mogły wpłynąć na zwolnienie Wojtusiaka z obozu we wrześniu 1940 roku, ale nie na utworzenie tzw. komanda naukowego. Przemawiają za tym, między innymi, informacje wskazujące na chronologię różnych wydarzeń odnoszących się do tego komanda, a podawane w wymienionych wcześniej relacjach.

Walter Greite (1907–1984), biolog, poznał Wojtusiaka w 1932 roku, gdy ten jako stypendysta polskiego Funduszu Kultury Narodowej przebywał w Instytucie Zoologicznym Uniwersytetu w Getyndze i Instytucie Zoologicznym Uniwersytetu w Monachium. Greite od 1932 roku należał do NSDAP, związał się z nauką narodowosocjalistyczną, co ułatwiło mu karierę –między innymi w 1937 pracował w Urzędzie Zdrowia Rzeszy, kierował Związkiem

Stanisław Urbańczyk, pisząc o genezie komanda, zwraca uwagę na rozmowę Neumanna przeprowadzoną z dwoma krakowianami, która odbyła się przy inspektach szklarni nadzorowanej przez kapo Franza Webera, życzliwego więźniom. Rozmowa miała się odbyć z inicjatywy Sprunga, przy pewnej roli Webera. Tymi dwoma krakowianami byli farmakolog Józef Hano i zoolog Stanisław Skowron. Hano datuje rozmowę z Neumannem na

Trzej księża, wśród nich Niemiec Paul Wasmer – były więzień obozu Dachau, w szklarni, w której pracował

zaraz po Wielkanocy, która w 1940 roku wypadała 24 marca. Weber zameldował mu, że obecnie praca pójdzie lepiej, bo ma u siebie prawdziwych profesorów znających się na uprawach i wskazał na nich. W trakcie rozmowy Neumanna z Hano i Skowronem, podczas której więźniowie przepisowo stali na baczność i odpowiadali na zadawane pytania, wskazali oni na swoją specjalizację i na to, że na plantacji znajduje się jeszcze botanik i dwóch zoologów. Otrzymali polecenie zameldowania się następnego dnia w szklarni. Skowron poszedł do szklarni nr 1 do kapo Karla Wamsera, Hano zgłosił się do szklarni nr 2 do kapo Franza Webera. W szklarni tej już pracował botanik i hydrobiolog Karol Starmach, z którym już wcześniej rozmawiał Neumann i który dla poparcia swojej niezbędności w szklarni „badał” wzrost roślin, używając patyczków, deseczek i papierowych sznurków. Neumann odbył oddzielnie rozmowy w szklarniach z Hano i Skowronem, a także ze Starmachem, zwolnionym z obozu w końcu kwietnia 1940 roku. Dotyczyły one, między innymi, ich specjalizacji, roślin lekarskich i ich znaczenia w lecznictwie, wzajemnego oddziaływania roślin rosnących w bliskim sąsiedztwie, wpływu czynników glebowych i zabiegów agrotechnicznych na wzrost roślin i innych spraw fachowych, ale też pracujących na plantacji „krakowskich profesorów”, jak ich nazywano w obozie, biologów, a i tych, którym rozmówcy Neumanna nadawali kwalifikacje biologów. W rezultacie – jak

napisał Hano – Neumann już w pierwszych dniach kwietnia miał gotowy plan pracy na plantacji, polegający na takim sadzeniu roślin, by wzajemnie na siebie pozytywnie oddziaływały. Plan zakładał wykorzystanie wiedzy fachowej Polaków i został zaakceptowany przez kierownika plantacji z ramienia SS Emila Vogta. Na polecenie Neumanna Sprung – jak pisze Stanisław Urbańczyk – miał sporządzić spis krakowian z wyszczególnieniem specjalności naukowej, po czym nastąpiły przesunięcia w pracy. W rezultacie tego stopniowo krakowian kierowano do tzw. komanda naukowego lub do pracy w szklarni lub przy inspektach. Urbańczyk dostał pracę w drugiej szklarni jako pomocnik Anatola Listowskiego. Później jego miejsce zajął Wojtusiak, a gdy Listowski i Wojtusiak przeszli do „osobnego budyneczku”, można się domyślać, że do królikarni, Urbańczyk pozostał w szklarni wraz z Bogusławem Leśnodorskim. To przesunięcie Wojtusiaka można łączyć z wizytą Greitego w obozie.

Wokół szklarni gromadzili się, z inspiracji Hano, Listowskiego, Skowrona i Starmacha, inni ich koledzy, w czym Neumann, którego Polacy nazywali Pawełkiem, szedł im na rękę i otoczył opieką. Pomagała im znajomość języka niemieckiego, inteligencja i spryt. Wkrótce dołączył do nich także Stanisław Janik i Juliusz Jakóbiec.

Innym udało się zorganizować oddział pomiarów plantacji, składający się z samych krakowian, nad którym kierow-

nictwo przejął zawodowy mierniczy, też Polak, Sikorowski. Do komanda tego należał Piwarski: Przez parę dni chodziliśmy z kijkami i sznurami po plantacji, udając, że mierzymy, i jakoś powiodło się okpienie gestapowców. Nie była to praca pod dachem (nasze marzenie), ale przynajmniej lekka, bo polegająca na wałęsaniu się tu i ówdzie, a czasem nawet udało się dostać pod dach, przycupnąć na chwilę w szklarni czy domu sprzętów

Geograf Stanisław Leszczycki postanowił zająć się „badaniami meteorologicznymi”, do czego posłużyła mu opuszczona klatka meteorologiczna, stojąca obok Gerätehaus. Pośredniczył w załatwieniu tego pomysłu z kierownictwem plantacji, oczywiście w języku niemieckim, Wiktor Ormicki. Zgodzono się na prowadzenie pomiarów i przyznano pomieszczenie w Gerätehaus. Do współpracy Leszczycki wciągnął matematyka Stanisława Turskiego. Wyjęliśmy dwa termometry z żelaznych oprawek, zawinęliśmy jeden gazą opatrunkową, wsadziliśmy go do słoika z wodą i w ten sposób zaczęliśmy pomiary meteorologiczne . Po jakimś czasie otrzymali stary termograf i barograf, do których włożyli papier, a pióro grafów wykreślało na nim krzywą zmian termicznych i barycznych. Z tak urządzoną stacją po pewnym czasie zostali włączeni do oddziału „naukowego”. Dzięki temu otrzymaliśmy stałe miejsce w dawnej królikarni, w której koncentrowały się „prace badawcze” naszej grupy. Tak więc zdobyłem specjalizację w pracy, dobre miejsce w ciepłej królikarni i w gronie kolegów i stałem się facharbeiterem. I tak przeżyłem dalsze 10 miesięcy obozu. Leszczycki i Turski na zmianę wychodzili co godzinę na pomiary, gdy była ładna pogoda, przy brzydkiej rzadziej. „Badali” temperaturę powietrza i gleby, ilość opadów dziennych. Stacja meteorologiczna stała się „dumą” władz plantacji, a wizytujący plantację Pohl i Himmler wraz z eskortą byli prowadzeni obok niej.

Z pracy trzeba sporządzać codzienne raporty, co wymagało dobrej znajomości języka niemieckiego. Przekonali wobec tego Neumanna, że dobrze niemiecki zna jeden z kolegów (chodziło o historyka Kazimierza Piwarskiego), a ich znajomość niemieckiego jest niewystarczająca. Neumann kazał go przywołać. Piwarski, uprzedzony, o co chodzi, oznajmił, że jest geografem, w rezultacie już od połowy kwietnia należał do stacji doświadczal-

Koperta listu napisanego przez Juliusza Jakóbca w Dachau

nej, składającej się już wtedy ze służby meteorologicznej i służby geologicznej. Należałem formalnie do drugiej, zresztą z obowiązkiem obsługiwania obu przy spisywaniu raportów. Od tej chwili zyskałem szansę ogromną: pracowałem pod dachem, nienarażony przynajmniej w czasie pracy na działanie okropnej wiosny w Dachau Służbę geologiczną „stworzyli” dwaj geologowie: Antoni Gaweł i Józef Gołąb, do których w połowie kwietnia dołączył jako kreślarz geolog-petrograf Andrzej Bolewski, który wymyślił sobie gleboznawstwo jako ważny składnik ich pracy.

Po wizycie Himmlera na plantacji, która miała miejsce, gdy pola mieczyków, z których miano wytwarzać witaminę C, już dobrze się prezentowały, i który – jak napisał Stanisław Skowron – zainteresował się tworzonym oddziałem naukowym i zatwierdził podane mu ramy tej nowej placówki naukowej, uzyskali nawet osobne pomieszczenie w budynku nieczynnej królikarni, mieszczącym się między szklarniami. Pomieszczenie to otrzymali –jak określił to Kazimierz Piwarski – jak robiło się lato. W królikarni połączono biologów ze szklarni ze stacją doświadczalną meteorologiczno-geologiczną w jednolite Technische Abteilung.

Przeszli wtedy od pomiarów tempa wzrostu roślin prowadzonych metodą zwolnionego już z obozu Starmacha, od określania świeżej i suchej masy roślin, do „badań” histologicznych i histochemicznych, gdyż otrzymali stary mikroskop, takież dwa mikrotomy, urządzenia do zatapiania tkanek roślinnych, trochę odczynników i najpotrzebniejsze barwniki. Rozpoczęła się praca prawdziwa i pozorowana, odkrywaliśmy nierzadko Amerykę, ale sporządzaliśmy sprawozdania, mające zawsze podkład w skrupulatnie prowadzonych protokołach – jak napisał Hano. Przy pomocy historyków Kazimierza Piwar-

Koperta listu napisanego przez Mieczysława Małeckiego w Dachau

skiego i Kazimierza Lepszego sporządzali kolorowe wykresy, które zdobiły ściany gabinetu Vogta i były dowodem pracy i potrzeby istnienia „Wissenschaftliche Abteilung”. Stanisław Skowron pisał: Do działu biologicznego należy farmakolog, krystalograf, biolog, chemicy, botanik, zoologowie, psycholog i historycy, meteorologią zajmują się astronom, historyk i geograf, wykresy sporządza prawnik, a glebę badają geologowie. Wszyscy, oczywiście, nasi koledzy. Fachowość kwitnie. Psycholog referuje wyższemu oficerowi SS, specowi od sporządzania sztucznej papryki, wyniki prac badawczych, farmakolog i ja udzielamy wyjaśnień w spornych sprawach chorób roślinnych, a historyk Piwarski wyciąga daleko idące wnioski co do wpływu ciepłoty gleby na rozwój systemu korzeniowego majeranku. Dopiero w Trzeciej Rzeszy dowiedzieliśmy się o naszych wszechstronnych uzdolnieniach.

Nie zapomnijmy, że Niemcy słyną przecież z fachowości, tym większa powinna być nasza duma.

Mieli trudności ze znalezieniem biologicznego zatrudnienia dla takich specjalistów, jak świeżo upieczony magister prawa Zygmunt Starachowicz lub student prawa Boguś Borkowski albo asystent psychologii Stanisław Malaga. Ale i tu los okazał się dla nich łaskawy. Farmaceutka Traute Friedrich dostarczyła im wielotomowe wydawnictwo zawierające wiele tysięcy recept z zakresu homeopatii. Wypisywanie na fiszkach składników recept mogło trwać latami.

Pod koniec lata w oddziale „naukowym” (tj. w królikarni), ale też w szklarniach, cieplarniach, na poletkach doświadczalnych, które obsadzono różnymi roślinami w celach „badawczych”, pracowali –z wyjątkiem jednego z nich, który nadal pracował poza tym obszarem i narażony

był na kaprysy pogody – wszyscy krakowianie skierowani do pracy na plantacji. Na poletkach doświadczalnych – napisał Stanisław Skowron – mogła w ciągu lata część kolegów spędzić czas na świeżym powietrzu, pilnie licząc i mierząc rośliny. Gdy rośliny podrosły, nasi historycy znajdowali wśród nich zaciszny schron, ukryty doskonale przed okiem SS-manów. Tak np. w zagajnikach gorczycznych siadywał kolega Szczotka i gawędził z innymi lub smacznie spał

W biurze przydziału pracy figurowali jako Technische Abteilung i robotnicy fachowi, co dawało jako taką stabilizację w obozie, a aby uchronić się przed niemiłymi niespodziankami czyhającymi na nich w obozie, większość z nich wychodziła do pracy także w niedzielę. Przekonali bowiem Neumanna, że charakter ich pracy nie pozwala na przerwę w pracy „badawczej”.

Dla wykazania niezbędności swojej pracy na plantacji i jej znaczenia sporządzali dla kierownictwa plantacji sprawozdania (mające podkład w skrupulatnie prowadzonych protokołach), wykresy, referowali wyniki prac. Część materiału oddawali do badania chemicznego w laboratorium Instytutu Naukowo-Badawczego. Zatrudnieni tam cywilni pracownicy także wyolbrzymiali znaczenie swojej pracy, aby uchronić się przed pójściem na front. Prawdziwa kontrola prowadzonych pseudonaukowych doświadczeń, badań i nasadzeń ani przez instytut, ani przez Neumanna nie miała miejsca, a tym bardziej przez niemieckich strażników, niemających pojęcia o rolnictwie. Jeden z więźniów skierowanych do komanda „naukowego” – Bruno Jakob, przywieziony do Dachau razem z krakowskimi naukowcami, którego list z 16 października 1968 cytuje Daniella Seidl, napisał, że kontrolujący esesmani nie mogli przejrzeć ich pracy, ale jak językoznawcy i inni naukowcy osiągnęli poważne traktowanie jej wyników – pozostanie tajemnicą.

Paul Neumann był zadowolony z ich pracy, potwierdzonej sprawozdaniami. Zachodził do królikarni prawie codziennie i bacznie patrzył przez okno, czy nie zbliża się niemiecki strażnik, a przede wszystkim SS-Hauptscharführer Wolfgang Seuss, przed którego meldunkami nie raz uchronił pracujących na plantacji. Wdawał się w długie rozmowy, wskazujące na głębsze zainteresowanie problematyką związaną z uprawą roślin,

nawet częstował papierosami. Swoją obecnością zapewniał grupie pewne bezpieczeństwo. Swoim szczególnym stosunkiem do krakowskich naukowców ściągał na siebie gniew zwłaszcza Seussa. Jesienią 1940 roku Paul Neumann został odwołany z plantacji. Przyczyna tego była dla krakowian nieznana. Ponownie Hano i Skowron spotkali Neumanna, wtedy SS-Sturmscharführera, w Krakowie, gdzie pracował przy ul. Pomorskiej w pionie SD. Od niego dowiedzieli się, że z Dachau został przeniesiony na jakieś administracyjne stanowisko w RSHA w Berlinie, a kiedy nadarzyła się okazja, zgłosił się ochotniczo na wyjazd do Krakowa4

Opiekę nad komandem „naukowym” przejęła – nie bez wpływu Neumanna –Traute Friedrich, w ocenie Józefa Hano miła i niezwykle dobrze wychowana młoda osoba, która niczego nie zmieniła w ich bytowaniu na plantacji, była im życzliwa, interesowała się wykonywaną pracą, pytała o plany na przyszłość, pośredniczyła między oddziałem a zarządem plantacji, załatwiała wszelkie zapotrzebowania materiałowe.

Praca na plantacji spowodowała poprawę ich stanu zdrowia. Jak się zazieleniły wysiane w szklarniach i inspektach zioła i warzywa, zjadano w ukryciu listki fasoli, nać pietruszki, roszponki, listki sałaty, młodą paprykę, rzodkiewkę, a czasem nawet pomidora lub ogórka. Były więc jakże potrzebne witaminy. W lecie znikły wreszcie dokuczające im czyraki i ogólny wygląd się poprawił. Zrywanie roślin było jednak zakazane i surowo karane. Praca na plantacji okazała się zbawienna dla krakowskiej grupy. Przede wszystkim – jak ją scharakteryzował Kazimierz Piwarski –nie wyczerpywała fizycznie, zapewniała znaczną swobodę, gdyż przy jakim takim uważaniu można się było uchronić od kontroli gestapowców [esesmanów], byle dla oka pracować, coś gryzmolić, a taki drab w mundurze mógł godzinami patrzyć na naszą „pracę” i na niczym się nie połapał! Wściekli oni byli, ci dyżurni gestapowcy [esesmani], nie wyłączając przede wszystkim Kommandoführera na plantacji, owego Seussa. Mierziło ich to okropnie, że muszą tolerować na plantacji takich Polaków, co nie tłuką kamieni przy budowie drogi ani nie kopią godzinami w ziemi, nie wożą taczek ani gnoju. Uznali nas z miejsca za niebezpiecznych obijaczy i węszyli, gdzie by nam łatkę przyszyć, ale przy naszym sprycie nie przychodziło im to

łatwo, a na domiar Neumann dość dobrze pilnował swej komendy i nawet chronił nas w kilku wypadkach przed grożącymi meldunkami

W komandzie „naukowym” oprócz Polaków znalazł się najpierw Niemiec Paul Weyland, przydający sobie znaczenia i wiedzy, oraz Austriak Rubelli, inżynier, o którym Kazimierz Piwarski napisał, że był to człowiek dużej kultury i żelaznych nerwów, później Niemiec Nitschke, który został podkapem, zachowujący się wobec Polaków całkiem przyzwoicie, ale bywało, że nie umiał poskromić swych wrodzonych skłonności do brutalizmu, [...] mimo nienawiści do gestapowców w istocie uważał on, że należy pracować dla państwa niemieckiego i dziwił się, gdy my wyrażaliśmy inne zdanie! W miarę zwalniania krakowian do oddziału przychodzili kolejni więźniowie –Niemcy, a stosunki w nim musiały się na tyle zmienić na niekorzyść, że Kazimierz Piwarski już więcej o nim nie napisał. Tylko nieliczni krakowianie pracowali jesienią 1940 roku poza plantacją. Oprócz Henryka Batowskiego, który do końca pobytu wytrwał w więźniarskiej kancelarii, jeden z nich pracował w komandzie, które chodziło sprzątać do koszar SS, tam mogli dostać resztki z esesmańskiego kotła, inny w komandzie pracującym w garażach, gdzie praca była ciężka, ale potrafił sobie wyrobić pewną pozycję i niezłe ogólne warunki (być może był to inżynier elektryk Kazimierz Pazdro), ktoś pracował w stolarni. Niestety, we wspomnieniach nie podano ich nazwisk.

WIKTOR ORMICKI POZA GRUPĄ I JEGO LOS W PODOBOZIE GUSEN

Krakowska grupa przetrwała obóz w Dachau, z wyjątkiem Wiktora Ormickigo. Podczas wykonywania przez służbę rozpoznawczą (Erkennungsdienst) wydziału politycznego zdjęć identyfikacyjnych fotografowano więźniów w trzech pozycjach. Po ich sporządzeniu jeden z funkcjonariuszy oznajmił Ormickiemu, że ma typ czaszki semickiej i zapytał, czy nie jest Żydem. Na co Ormicki stwierdził, że pochodzi z rodziny semickiej. Świadkiem tego był Stanisław Leszczycki, po którym fotografowano Ormickiego i który to zdarzenie opisał w swoich wspomnieniach. W efekcie Ormickiego oznaczono w początkach kwietnia najpierw żółtym trójkątem, następnie umieszczono w bloku nr 29, w którym przebywali nieliczni

w obozie Żydzi, księża, badacze Pisma Świętego i homoseksualiści. Początkowo nadal pracował na plantacji, ale już w polu, a w końcu skierowany został do karnej kompanii, która musiała pracować w żwirowni. Ormickiego widywano już rzadko, przez druty, gdyż blok karnej kompanii był oddzielony od pozostałych bloków. Poprzez druty podano mu drobiazgi, które zostawił w bloku nr 23. W połowie sierpnia kompanię dołączono do transportu skierowanego do obozu w Mauthausen-Gusen. Leszczycki zdołał mu jeszcze dać na drogę trochę pieniędzy, chleba oraz jakieś drobiazgi, których – jak sam napisał – mógł się wyrzec. W takich okolicznościach stracili już na zawsze kontakt z kolegą.

Los Ormickiego w Gusen przedstawili Antoni Jackowski i Izabela Sołjan, posiłkując się, między innymi, książką więźnia Gusen Stanisława Dobosiewicza, wspomnieniami Stanisława Nogaja i Włodzimierza Wnuka. Ormicki przebywał najpierw w bloku nr 16, izba B, gdzie ulokowano wszystkich Żydów więzionych w obozie i kompanię karną, a potem w bloku nr 24, i ponownie w bloku 16. Oznakowano go numerem 7728. W obozie urządzano „zawody” z obozowym siłaczem, polegające na walce za pomocą grubych pałek. Ormickiego, ze względu na jego budowę – był rosły i silny, zmuszono do takiej walki, w trakcie której został silnie uderzony w rękę, zraniony, a że Żydom nie udzielano pomocy lekarskiej, wytworzyła się ropiejąca rana. Z ręką na temblaku musiał chodzić do pracy przy czyszczeniu obozowych latryn i wywożeniu nieczystości do dołów kloacznych. Nadzorujący pracę esesmani zabawiali się zmuszaniem więźniów do wskakiwania do tych dołów. Także Ormicki znalazł się w takiej sytuacji. Współtowarzysze przynieśli półprzytomnego Ormickiego do obozu i zaopiekowali się nim. Po tym zajściu udało się uzyskać od lekarza zezwolenie na pozostanie w bloku przez trzy dni, którym funkcyjni w bloku tak zręcznie manipulowali, że Ormicki pozostał w nim dłużej. Potem przeniesiono go do bloku nr 24, gdzie został służbowym w izbie (Stubendienst), potem ponownie znalazł się w bloku nr 16. W obu blokach wieczorami lub w dni świąteczne dzielił się wspomnieniami z podróży, które odbył, wygłaszał pogadanki z zakresu swojej specjalności, mówił współwięźniom o wydarzeniach na frontach wojennych, wykorzystując przy tym swoją wiedzę z zakresu różnych

dziedzin geografii, dzielił się uwagami z przeprowadzonej analizy niemieckich gazet, które starano się zdobyć dla niego. Sporządził także rękopisy dwu prac:

Problemy zaludnienia kuli ziemskiej oraz Problemy zaludnienia terenów pustynnych oraz zaopatrzenia ludności w wodę, oraz współorganizował turniej szachowy. Wiktora Ormickiego zamordowano 17 września 1941. Tego dnia blokowy bloku nr 16 otrzymał rozkaz zamordowania ośmiu Żydów. Przy pomocy dobranych do wykonania tego rozkazu dwóch więźniów (wszystkie nazwiska podaje Stanisław Nogaj) zbrodni tej dokonano w obozowej łaźni, Ormicki był siódmą ofiarą ich mordu. Ostatnie minuty życia Ormickiego opisał wspomniany Stanisław Nogaj, któremu Ormicki polecił przekazanie rękopisu swoich prac. Krążyły one potem wśród więźniów i zostały zniszczone tuż przed wyzwoleniem obozu przez ostatniego czytelnika, obawiającego się – wobec zapowiedzianej rewizji – konsekwencji ich wykrycia.

ZWOLNIENIA

Krakowian przebywających w Dachau krzepiła nadzieja na rychłe opuszczenie obozu, choć od zwolnienia w kwietniu 1940 roku pięciu spośród nich musiało upłynąć cztery miesiące, nim wolność 30 sierpnia odzyskał fizyk doświadczalny Arkadiusz Piekara, a we wrześniu sześciu –w kolejności zwolnień byli to: stu -

dent III roku prawa Janusz Borkowski (5 września), zoolog Roman J. Wojtusiak (8 września), adiunkt w Zakładzie Hodowli Roślin i Doświadczalnictwa Wydziału Rolniczego Anatol Listowski (16 września), inżynier elektryk Kazimierz Pazdro (24 września), 26 września – mineralog i petrograf Andrzej Bolewski oraz filolog słowiański i językoznawca indoeuropejski Tadeusz Milewski. W październiku z obozu zwolniono studenta Lecha Haydukiewcza (10 października) i historyka Stanisława Szczotkę. Grudzień przyniósł wolność dziesięciu dachauczykom:

21 grudnia zwolniono matematyka Stanisława Gołąba, adiunkta w Zakładzie Hodowli Ogólnej Chowu Drobnego Inwentarza i Mleczarstwa Wydziału Rolniczego Juliusza Jakóbca, prawnika Bogusława Leśnodorskiego, filologa południowosłowiańskiego Mieczysława Małeckiego, starszego asystenta w Katedrze Języka Polskiego Stanisława Urbańczyka, 23 grudnia – studenta Wydziału Teologicznego, zakonnika Czesława Piętkę, 27 grudnia – nauczyciela gimnazjalnego Stanisława Majewicza oraz lektora języka czeskiego i słowackiego Jana Stępienia,

28 grudnia – historyka Henryka Batowskiego.

W grudniu zwolniono także asystenta Wydziału Prawa Józefa Hołdę.

W styczniu 1941 roku KL Dachau opuścili:

4 stycznia chemik Julian Kamecki, historyk Józef Wolski oraz przywiezieni w grudniu 1940 roku w transporcie księży z obozu w Sachsenhausen zastępca profesora historii dogmatów i patrologii Marian Michalski i profesor filozofii chrześcijańskiej Jan Salamucha, 9 stycznia mineralog i geolog Antoni Gaweł, geolog Józef Gołąb, który napisał: Po raz pierwszy zwolniony w dniu 2 stycznia, musiałem jeszcze tydzień odczekać [na] właściwe zwolnienie w dniu 9 I 1941. Zwolniono także zoologa Józefa S. Mikulskiego, chemika Jana Moszewa oraz absolwenta prawa Zygmunta Starachowicza, 14 stycznia filolog klasyczny Mieczysław Brożek, farmakolog Józef Hano, mineralog Stanisław Janik, kierownik I Zakładu Chemii Farmaceutycznej Aleksander Kocwa, historyk Kazimierz Lepszy. Lepszy – jak pisał we wspomnieniach Stanisław Leszczycki – przechodząc już w cywilnym ubraniu przez ostatnią kon-

Doc. Wiktor Ormicki
Archiwum UJ

trolę, rzucił do kosza na śmieci broszurę K. Piwarskiego pt. „Kardynał Richelieu”, z dedykacją: Kochanemu Kazikowi z uściskiem dłoni autor 19.VII.1939 r.”. Nie podobało mi się to, że rzucił ją dlatego, że biednego [Piwarskiego] zatrzymano jeszcze w obozie; wyjąłem broszurę z kosza, schowałem i zabrałem do Krakowa. W jakiś czas po powrocie Piwarskiego z obozu wniósł on z datą z 8.X.1941 r. poprawkę do swojej dedykacji: „Kochanemu Staszkowi

z uściskiem dłoni autor”. Jest to dla mnie znamienna i bardzo cenna pamiątka Także 14 stycznia zwolniono geografa Stanisława Leszczyckiego, który miał być wypuszczony w grudniu, ale na świadectwie zwolnienia datę zmieniono, oraz zoologa i embriologa Stanisława Skowrona, który w grudniu ciężko zachorował i przez 10 dni leżał w obozowym szpitalu z powodu róży. Jeszcze chory, po wręczeniu łapówki sanitariuszowi wyszedł ze szpitala. Nadal

Poświadczenie zwolnienia Tadeusza Milewskiego z KL Dachau

Poświadczenie zwolnienia Romana Wojtusiaka z KL Dachau

z gorączką i postępującą opuchlizną, wskazującą na chorobę nerek i osłabienie serca, wychodził do pracy na plantacji. W 1946 roku pisał: Jeżeli zdołałem przetrwać ten czas, to mam to do zawdzięczenia przede wszystkim moim kolegom. Oni spełniali za mnie cięższe prace, starali się bokiem o lekarstwa z rewiru, a mój przyjaciel, farmakolog Hano, ucierał na proszek liście naparstnicy i odważał na prowizorycznej wadze szalkowej odpowiednie dawki. Lojalnie muszę też wspomnieć, że i Frl. Friedrich, nasza kierowniczka w oddziale naukowym, dawała mi czasem cichaczem leki, kupione poza obozem w aptece miasteczka Dachau. Ponadto wolność odzyskał także matematyk Stanisław Turski. 18 stycznia obóz opuścił nauczyciel Józef Dadak.

Po zwolnieniu z Dachau w lutym 1941 roku psychologia Stanisława Malagi w obozie Dachau pozostał spośród uwięzionych 6 listopada historyk Kazimierz Piwarski. Ale i on w końcu, 7 października 1941, doczekał się wolności.

CO POZWOLIŁO PRZETRWAĆ

Nadzieja na uwolnienie, nadzieja podtrzymywana listami otrzymywanymi z domu spełniała szczególną rolę. Człowiek żył chwilą od jednego listu z domu do drugiego – napisał Kazimierz Piwarski. Listy były chronione, traktowane jak świętość, czytano je po kilka razy, choć znali ich treść na pamięć. Stanisław Urbańczyk pisał: Koło szczęśliwca, co dostał list, gromadzili się koledzy, domagając się informacji o zwolnieniu. Jedni ich udzielali chętnie, dawali nawet tekst do publicznego studium i oceny, inni go konspirowali jak świętość, której szargać i rozpowszechniać nie wolno, budząc tym skargi i szemrania. Porównywali zawarte w nich wiadomości z informacjami zawartymi w listach kolegów obozowych. Ponieważ poczta była cenzurowana, starano się odczytywać treści podane w zakamuflowany sposób. Bywało, że listy zabierali ze sobą do pracy, za co groziła kara słupka. Tak jak w obozie w Sachsenhausen słuchali obozowych plotek (paroli). Krążyły one wśród więźniów, pobudzały emocje i czujność, oddziaływały na nastroje. Dotyczyły, tak jak to było i w Sachsenhausen, najrozmaitszych spraw, ale najważniejsze były te, które dotyczyły terminu zwolnienia i warunków bytu. Parolom nie można było wierzyć, nie można było ich traktować na serio, ale należało powtarzać dla polep-

Fot. Archiwum UJ

szenia i podniesienia na duchu, o ile były pomyślne, ewentualnie dla ostrzeżenia, gdy zaszły przepowiadane złe okoliczności –pisał Stanisław Leszczycki. Komentowali zasłyszane informacje, śledzili oficjalne komunikaty dotyczące wydarzeń na froncie. Te akurat w okresie pobytu krakowian w Dachau nie były optymistyczne. O ile uderzenie Trzeciej Rzeszy na Danię i Norwegię jeszcze nie wywołało większego zaniepokojenia, bo została wiara w potęgę Francji i Wielkiej Brytanii, a napaść na Belgię i Holandię uznano za wiadomość pomyślną, gdyż oznaczała rozszerzenie frontu na Zachodzie, to klęska Francji i włączenie się Włoch do wojny spowodowały przygnębienie. W te dni władze obozowe szczególnie dbały, aby wiadomości o zwycięstwach niemieckich dotarły do więźniów. Na placu apelowym zainstalowano nawet głośniki, zarządzono także popołudnie wolne od pracy na plantacji, kiedy niemiecka załoga czciła zwycięstwo pijaństwem w kantynie. Wiązali teraz nadzieje z nalotami brytyjskich bombowców na Niemcy, ze spełnieniem się pogłosek o szerokiej amnestii dla uczczenia zwycięstwa nad Francją.

Żyli w grupie, w gronie kolegów, nikt z nich nie był samotny, czuli się jakby wśród własnej rodziny. Trzymanie się razem było czymś ważnym, czego nawet dobra znajomość z kimś w obozie nie była w stanie zastąpić. Dzięki pozostawaniu w grupie mogli zachować równowagę psychiczną, co stanowiło warunek przetrwania w obozie. Pomagała solidarność, gotowość służenia radą, pociechą i nieodzowną w obozowych warunkach wzajemną pomocą. Wykazali zapobiegliwość w wyszukiwaniu sobie i kolegom lepszej pracy. Optymizm jednych oddziaływał na drugich, tych wątpiących i strapionych.

Nauczyli się życia w obozie, w którym niczego nie wolno, ale w którym jak się ma

oczy otwarte i umiejętność wykorzystania sprzyjających okazji, można pozwolić sobie na niejedno. Większość krakowian szybko to zrozumiała po przeszkoleniu w Sachsenhausen. Wolniej się dostosowujących do nienormalnej sytuacji podtrzymywano na duchu. Starano się chronić wzajemnie przed szykanami esesmanów, a w razie gdy nastąpiły – pomagano wracać do równowagi, osłabiać ich następstwa.

Zachowywali obojętność na wyzwiska esesmanów, na ich kopniaki i policzki, i na ich pogardę okazywaną zwłaszcza przetrzymywanym w obozie polskim inteligentom. Trzeba swoje myśleć i swoje robić, w bagno moralne nie dać się wepchnąć, wiary w przyszłość nie zatracać. Taką myśl zawarł w swoich wspomnieniach Kazimierz Piwarski, najdłużej przetrzymywany w obozie spośród uwięzionych 6 listopada 1939 roku. Stanisław Urbańczyk napisał nawet, że obóz jako środek zastraszania w przypadku tych, którzy przebywali w Dachau, zawiódł, w lutym 1940 roku byli jeszcze nastraszeni i zagubieni. Maszyna obozowa nas gniotąca była zjawiskiem niepojętym, a więc strasznym, dalszy pobyt w obozie odsłonił jej mechanizm i pozbawił ją tajemniczej grozy. Gdy tylko nie zabijał nas głód i trud, naturalny pęd życia dźwigał nam głowy i budził się duch walki, wola wytrwania i zwycięstwa. Wola wolności przetrzymała i zwyciężyła ucisk

Irena Paczyńska

Fragment przygotowywanej książki, dotyczącej uwięzienia krakowskich naukowców w ramach akcji zwalczania polskiej inteligencji

1 W związku z napływem licznych transportów wiosną i latem 1940 roku w końcu lata część krakowian znalazła się w przepełnionym baraku nr 14, gdzie spali na siennikach rozłożonych na podłogach. Po miesiącu znowu większość z nich mieszkała w jednym baraku i spali na piętrowych łóżkach.

2 Karl Fahrenkamp (1889–1945), internista i kardiolog, SS-Sturmbanführer, członek Głównego Sztabu Perso-

nalnego Reichsführera SS, współpracownik Ahnenerbe. W Dachau był naczelnym lekarzem garnizonu SS. Fahrenkampf prowadził eksperymenty z zakresu działania trucizn z glikozydów na wzrost roślin. Krótko prowadził te doświadczenia na plantacji, następnie przeniesione je na teren obozu szkoleniowego SS.

3 Emil Albert Vogt (1897–?), w latach 1928–1938 prowadził młyn klasztorny w Banja Luca (Bośnia). Tam wstąpił do NSDAP. W 1938 roku opiekował się z polecenia NSDAP wysiedleńcami niemieckimi w Sarajewie. W styczniu 1939 roku został prokurentem DVA, od 1 września tego roku kierownikiem Zakładu Dachau. Po wkroczeniu wojsk amerykańskich aresztowany, pomimo wystosowania w jego obronie petycji 300 ocalonych więźniów Dachau. Po procesie izby orzekającej w Fuldzie, która zakwalifikowała jego czyny jako bierne uczestnictwo, 10 lutego 1949 roku został zwolniony.

4 W Krakowie Paul Neumann wyświadczył Polakom wiele przysług, o czym pisze Józef Hano, między innymi przekazał wyniesione z ul. Pomorskiej karty ewidencyjne członków Towarzystwa Obrony Kresów Zachodnich Józefa Dadaka, Stanisława Leszczyckiego i Kazimierza Piwarskiego.

Wykorzystane źródła i opracowania:

J. Hano, „Oddział naukowy” w Dachau. Paul Neumann, „Przegląd Lekarski” 1989, nr 1, s. 171–179.

S. Leszczycki, Z pobytu w Sachsenhausen i Dachau, 1939–1941, „Przegląd Lekarski” 1988, nr 1, s. 104–117.

S. Nogaj, Jak zginął znany geograf – prof. Włodzimierz [Wiktor] Ormicki, „Przegląd Lekarski” 1990, nr 1, s. 163–169. Relacje pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego w ich losach osobistych i dziejach uczelni w czasie drugiej wojny światowej, oprac. J. Michalewicz, Kraków 2005; relacje: Józefa Gołąba (s. 507–508), Tadeusza Milewskiego (s. 717–724), Stanisława Piwarskiego (s. 587–642), Stanisława Skowrona (s. 117–135).

S. Urbańczyk, Uniwersytet za kolczastym drutem, wyd. 2, Kraków 1969.

R. J. Wojtusiak, Przyczynek do dziejów tzw. Sonderaktion Krakau, „Przegląd Lekarski” 1978, nr 1, s. 174–180.

R. J. Wojtusiak, Utworzenie „oddziału naukowego” w Dachau, „Przegląd Lekarski” 1982, nr 1–3, s. 178–182.

J. Wolski, Z życia w obozie koncentracyjnym w Dachau, „Przegląd Lekarski” 1978, nr 1, s. 172–174.

J. Wolski, Kraków przede wszystkim, Kraków 2004.

A. Jackowski, I. Sołjan, Droga życiowa Wiktora Rudolfa Ormickiego (1 lutego 1898 – 17 września 1941), [w:] Do końca wierny: Wiktor Rudolf Ormicki (1898–1941) pod red. A. Jackowskiego, Kraków 2011.

E. Klee, Das Personenlexikon zum Dritten Reich. Wer war was vor und nach 1945, Frankfurt am Main 2005.

T. Musioł, Dachau 1939–1945, wyd. 2 popr. i uzup., Katowice 1971.

D. Seidl, „Zwischen Himmel und Hölle”. Das Kommando „Plantage” des Konzentrationslager Dachau, Deutscher Diskurse, Bd. 1, München 2008.

Pomnik

STARANIA O UWOLNIENIE STANISŁAWA LESZCZYCKIEGO

WDachau Niemcy postanowili wykorzystać potencjał intelektualny grupy więźniów krakowskich, tworząc z nich specjalny oddział naukowy (Wissenschaftliche Abteilung). Do zespołu tego udało się niebawem dostać Stanisławowi Leszczyckiemu, który wpadł na pomysł zorganizowania pomiarów meteorologicznych. Dla tych celów wykorzystał znalezioną starą klatkę meteorologiczną i kilka ziemnych termometrów. Pomiary zamierzał prowadzić w gospodarstwie ogrodniczym, na plantacjach warzyw i kwiatów. Pomagał mu w tym Stanisław Turski, adiunkt w katedrze matematyki UJ. Projekt takich badań poparł Wiktor Ormicki, który jako najstarszy i świetnie znający język niemiecki reprezentował wobec Niemców interesy grupy więźniów uniwersyteckich. Przedstawiony wniosek zyskał akceptację władz obozowych i tym sposobem Leszczycki znalazł się w zespole Wissenschafliche Abteilung, co pozwoliło mu przeżyć dalsze 10 miesięcy pobytu w obozie. Jak opisuje w swoich wspomnieniach, w przypadku ładnej pogody pomiary robiono co godzinę, natomiast gdy padało – tylko dwa razy dziennie, po przyjściu do pracy na plantacji i przy wychodzeniu do obozu. Niemcy wymagali od obu meteorologów prognozy pogody na następny dzień, pragnąc na jej podstawie ustalić liczebność więźniów niezbędnych nazajutrz do pracy na plantacjach. Na takie pytanie władz obsługa stacji zazwyczaj odpowiadała, że aura „nie będzie najlepsza”, co wywoływało wściekłość Niemców. 14 stycznia 1941 Stanisław Leszczycki został zwolniony z obozu. Był on przetrzymany o długie trzy tygodnie, jako że formalny nakaz uwolnienia nadszedł z Berlina z datą 19 grudnia 1940. Niemcy postawili warunek, że przed wyjściem musi znaleźć następcę do prowadzenia obserwacji meteorologicznych. Został nim Antoni Stefański, absolwent geografii warszawskiej, stale zamieszkały w Ciechanowie1

Wielokrotne starania o uwolnienie Leszczyckiego podejmowała jego pierwsza żona Wanda. Wspólnie z mężem studiowała ona geografię na Uniwersytecie Jagiellońskim, była też słuchaczką

Stanisław Leszczycki, asystent geografii na Uniwersytecie Jagiellońskim

Studium Turyzmu UJ. Pod koniec lat 30. ukazało się kilka jej prac z zakresu geografii turyzmu. Po drugiej wojnie światowej przez wiele lat pracowała w Krakowie w planowaniu regionalnym. Niestety, nie zachowała się cała korespondencja, jaką Leszczycka prowadziła z władzami niemieckimi. Najstarszy z odnalezionych dokumentów nosi datę 19 stycznia 1940. Pismo to, napisane w języku niemieckim, skierowane było do Tajnej Policji Państwowej (czyli Gestapo) w Krakowie. Poniżej tłumaczenie polskie: W związku z podaniem z dnia 5. I. 1940 r. złożonym przez małżonki profesorów Uniwersytetu zwracam się z prośbą o łaskawe zwolnienie mojego męża Stanisława Leszczyckiego z obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. W dniu 6. XI. 1939 został aresztowany wraz z profesorami uniwersytetu.

Moją prośbę uzasadniam tym, że mój mąż nigdy nie prowadził działalności politycznej, nie był członkiem polskiej armii i nie ma także przeszkolenia wojskowego.

Nie był też ani profesorem, ani docentem Uniwersytetu, a jedynie asystentem na Wydziale Filozoficznym, gdzie prowadził referat turystyki.

Ponieważ pozostałam bez środków do życia z moją 3-letnią córeczką, po śmierci mojego ojca, Edmunda Stolfa, emerytowa-

nego austriackiego urzędnika kolei, który zmarł 13. I. 1940 r.

Po powrocie mój mąż, który pochodzi z czysto aryjskiej rodziny i zna język niemiecki, mógłby znaleźć jakieś zajęcie i wybawić mnie wraz z dzieckiem z beznadziejnej sytuacji.

Wanda Leszczycka, Kraków, ul. Retoryka 1 m. 82 .

Narodowe Archiwum Cyfrowe

Leszczycka wysyłała do Gestapo pisma z prośbą o uwolnienie męża z regularnością miesiąca. Ostatnie nosi datę 22 listopada 1940. Oto jego obszerne fragmenty: W dniu 6 listopada 1939 r. mój mąż, dr Stanisław Leszczycki, wraz z dużą grupą profesorów, docentów i asystentów został aresztowany na Uniwersytecie w Krakowie. Do dnia dzisiejszego, a więc już trzynaście miesięcy, przebywa w obozie koncentracyjnym w Dachau 3 K.

Mój mąż do wybuchu wojny pełnił obowiązki asystenta w Instytucie Geograficznym Uniwersytetu w Krakowie i zajmował się głównie sprawami turystyki. [...] W dniu 1. VII. br. skierowałam po raz pierwszy podanie z prośbą o zwolnienie mojego męża do Komendanta Tajnej Policji Państwowej w Berlinie, na które nie otrzymałam odpowiedzi [podkr. WL] Dnia 30. X. br. wysłałam drugi raz prośbę na ten sam adres, która również pozostała bez odpowiedzi.

Wskutek aresztowania mojego męża, a trwa to już ponad rok, popadłam wraz z moją czteroletnią córeczką w skrajną nędzę. Ze względu na dziecko, którego nie mogę pozostawić bez opieki, nie jest możliwe objęcie przeze mnie posady, co powoduje, że znalazłam się w tragicznej sytuacji. Dotychczas uzyskiwałam środki niezbędne do życia poprzez wyprzedaż ubrań i mebli. Jednakże również to źródło już prawie jest na wyczerpaniu. Żyję tylko nadzieją, że mój mąż powróci i zakończy naszą biedę. Ponieważ mój mąż zna język niemiecki i jest czystym aryjczykiem, zagwarantowano mu już posadę w fabryce Władysław Klimek Odlewnia Żeliwa i Fabryka Maszyn w Krakowie. [...] W imieniu własnym oraz mojego dziecka proszę jak najusilniej o zwolnienie mojego męża3

Wanda Leszczycka nie poprzestała na poszukiwaniu sposobów uwolnienia męża jedynie w urzędach niemieckich. Za pośrednictwem architekta Bogdana Tretera, przyjaciela męża, który był wówczas internowany w Rumunii, prosiła o pomoc przedstawicieli świata kultury i nauki tego kraju4. Zwróciła się również z prośbą o pomoc do prominentnego w faszystowskich Włoszech prof. Angelo Mariottiego, związanego z Uniwersytetem Rzymskim „La Sapienza”. Był wybitnym specjalistą w zakresie ekonomiki turystyki. Wielokrotnie wykładał na uniwersytetach niemieckich. Leszczycki poznał go podczas pobytu Włocha w Warszawie na początku lat 30. XX wieku. Zaprosił go do opublikowania jednej ze swoich prac w wydawnictwach Studium Turyzmu UJ. Włoch skorzystał z zaproszenia i w ramach serii „Komunikaty Studium Turyzmu UJ” (z. 17, 1939) ukazał się w dwóch wersjach językowych (włoskiej i polskiej) tekst L’organizazione turistica nell’Italia fascista Ponadto Studium Turyzmu planowało wydać po polsku w 1939 lub na początku 1940 roku podstawową pracę włoskiego uczonego z zakresu turystyki

Corso di economia turistica. Ten fakt ośmielił Leszczycką do napisania listu do włoskiego profesora. Nosi on datę 19 lipca 1940:

Szanowny Panie Profesorze!

Proszę wybaczyć moją odwagę, że piszę do Pana, choć osobiście Pana nie znam. Małżonek mój, Stanisław Leszczycki, doktor geografii, dyrektor Studium Turyzmu przy Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, jeszcze rok temu wymieniał z Panem doświadczenia na temat prac i publikacji z zakresu turystyki. Także Pańskie prace były tłumaczone i drukowane pod kierownictwem mego męża. Właśnie to jest powodem mej gorącej prośby.

Małżonek mój dzieli nieszczęście z innymi profesorami z Krakowa i od dziewięciu miesięcy przebywa poza domem, nie mogąc kontynuować swej pracy naukowej. Być może Pan Profesor byłby na tyle uprzejmy i dobry, aby zainteresować się przyszłością mego męża, tak aby mógł on wrócić do domu i oddać się swej ulubionej pracy. Wszelkie dane może wysłać Panu Profesor Giovanni Maver (lub Pan Michałowski), via Della Fede, Palazzo Doria, który to może wskazać bardziej dokładny adres mojego małżonka5

Jeszcze raz przepraszam za moją prośbę, ale w takim nieszczęściu nie rezygnuje się z żadnej możliwości.

Panie Profesorze, proszę przyjąć me najgłębsze wyrazy szacunku6

Leszczycka zapewne bała się pisać do Mariottiego „otwartym tekstem”, stąd w jej liście znajdują się takie „okrągłe” zdania. Chodziło jej przede wszystkim, oto aby list dotarł do adresata.

Mariotti faktycznie podjął natychmiastową interwencję. Świadczy o tym list

Prof. Stanisław Leszczycki, lata 80. XX w.

z datą 30 lipca 1940, jaki przesłał do niego Inspektorat Zbiorów Włoskich za Granicą. Oto treść tego niecodziennego dokumentu:

Drogi Panie Profesorze!

Przesłałem do Berlina, by uczynić Panu rzecz miłą, Pańską informację na temat Prof. Stanisława Leszczyckiego.

Jednak muszę Pana powiadomić, że w analogicznych przypadkach otrzymywaliśmy zawsze negatywną odpowiedź. Wyrazy szacunku. Generał G. Gangemi7 .

List ten Mariotti przesłał Wandzie Leszczyckiej. W naszej ocenie interwencja prof. Mariottiego miała decydujące znaczenie dla uwolnienia Leszczyckiego w dniu 14 stycznia 1941.

Po powrocie do Krakowa Leszczycki musiał kilka razy w tygodniu meldować się na policji (początkowo codziennie). Podjął pracę jako telefonista w wodociągach

miejskich, gdzie był zatrudniony ponad rok. W międzyczasie dostał ofertę pracy w Institut für Deutsche Ostarbeit, której nie przyjął. Zmienił pracę, znajdując zatrudnienie w charakterze magazyniera w Sekcji Opieki nad Przesiedlonymi i Uchodźcami Komitetu Opiekuńczego Rady Głównej Opiekuńczej. Pracował tu do końca wojny. Natomiast coraz bardziej angażował się w pracę konspiracyjną. Działał w strukturach Armii Krajowej, współpracując z Biurem Informacji i Propagandy. Stał się emisariuszem BiP na terenie Podhala, a zwłaszcza na Orawie i Spiszu8. Brał aktywny udział w tajnym nauczaniu na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po wojnie przeniósł się do Warszawy. W 1953 roku utworzył Instytut Geografii PAN, którego był wieloletnim dyrektorem. Od 1998 roku placówka nosi jego imię (obecnie Instytut Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania im. Stanisława Leszczyckiego PAN). Był członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk. Jako pierwszy i dotąd jedyny Polak w latach 1968–1972 sprawował funkcję prezydenta Międzynarodowej Unii Geograficznej. Zmarł 17 czerwca 1996.

www.commons.wikimedia.org

Fragment przygotowywanej książki autorstwa Antoniego Jackowskiego, Elżbiety Bilskiej-Wodeckiej, Izabeli Sołjan i Justyny Liro „Geografia polska i geografowie w latach II wojny światowej”, która w 2017 roku zostanie wydana przez Instytut Geografii i Gospodarki Przestrzennej UJ.

1 Oprac. wg: S. Leszczycki, Z pobytu w Sachsenhausen i Dachau, 1939–1941, „Przegląd Lekarski”, 1988, t. 45, nr 1, s. 110–111, 115.

2 Wanda Leszczycka an die Geheimer Staatspolizei in Krakau, 19/I 1940, Archiwum IGiGP UJ [tłumaczenie: Biuro Tłumaczeń Letterman].

3 Wanda Leszczycka, geb. Stolfa an den Herrn Kommandeur der Sicherheitspolizei in Krakau, 22.XI.1940, Archiwum IGiGP UJ [tłumaczenie: Biuro Tłumaczeń Letterman].

4 A. Bolewski, H. Pierzchała, Losy polskich pracowników nauki w latach 1939–1945, Warszawa 1986, s. 566–567.

5 Giovanni Maver (1891–1970), włoski slawista i polonista; Józef hrabia Michałowski (1870–1956), polski historyk i prawnik zamieszkały w Rzymie. Pod koniec lat 20. XX w. utworzył on w Rzymie Bibliotekę Polską PAU. Początkowo mieściła się w Hospicjum św. Stanisława, a w 1938 roku została przeniesiona do Pałacu Doria (violo Doria 2), gdzie znajduje się do chwili obecnej. Podana w liście nazwa ulicy jest błędna. W tym przypadku nie miało to znaczenia, bo wszyscy Włosi zaprzyjaźnieni z Polakami wiedzieli, co się mieści w pałacu Doria.

6 List Leszczyckiej do Mariottiego [po włosku] z 19 lipca 1940, Archiwum IGiGP UJ [tłumaczenie: Biuro Tłumaczeń Letterman].

7 Pismo Fasci Italiani all’Estero do prof. Angelo Mariottiego z 30 lipca 1940, Archiwum IGiGP UJ [tłumaczenie: Biuro Tłumaczeń Letterman].

8 S. Leszczycki, Życie na przełomie 1907–1990, „Kwartalnik Historii Nauki i Techniki”, R. 36, 1991, z. 3 s. 18–19; S. Leszczycki, Wspomnienia emisariusza z lat 1943–1944, „Orawa” 1990, Inspektoratu Zbiorów Włoskich Za Granicą nr 4/5 s. 34.

TRAGICZNY LOS WIKTORA ORMICKIEGO

Od pierwszych chwil swego uwięzienia Wiktor Ormicki nie poddawał się przygnębieniu – wręcz przeciwnie, należał do tych osób, które starały się towarzyszom niedoli wszczepić choć odrobinę optymizmu. Oczywiście, tak jak wszyscy, bardzo tęsknił za swoją rodziną. Podobnie jak inni, niecierpliwie oczekiwał na zgodę Niemców na napisanie listu do domu. Pozwolenie takie wydano dopiero około 3 grudnia 1939. Z zachowanej korespondencji obozowej przebija się równocześnie wielka troska o rodzinę, ale również niepokój o Instytut oraz warsztat naukowy, jaki stanowiły posiadane zasoby archiwalne i księgozbiór.

W liście pisanym do żony Ireny 11 lutego 1940 czytamy, między innymi, Ukochana Ireno, droga Mamo, kochany Tato [...] i drodzy chłopcy! Właśnie otrzymałem Twój list [...] i dziękuję najserdeczniej za wyczerpujące wiadomości. [...] Jestem zdrowy, w dobrym humorze i jak najlepszej myśli. Mam się całkiem dobrze. Moje myśli wciąż wracają do domu i krążą wokół Ciebie, Rodziców i Dzieci. Myślę często o Waszym życiu, skąd macie środki do życia, kto z Was zarabia, ile i w jaki sposób, jak sobie dajecie radę? Moje potrzeby są minimalne. [...] Życie codzienne biegnie tutaj spokojnie, każdy dzień jest podobny do

drugiego i tak mija tydzień za tygodniem. [...] Napisz, jak Wam się wiedzie? Jak się miewają dzieci? [...] proszę Cię o możliwie należyte przechowanie moich materiałów, które miałem w instytucie. [...]

Całuję Ciebie i dzieci. Twój Wiktor1 8 lutego 1940 Niemcy zwolnili z Sachsenhausen 103 krakowskich naukowców, którzy ukończyli 40. rok życia, z obozu

wyszło 102. Młodszych pracowników UJ (łącznie 43 osoby) przewieziono 4 marca do obozu koncentracyjnego w Dachau. Wśród nich znaleźli się Stanisław Leszczycki i Wiktor Ormicki, mimo że ten ostatni miał już 42 lata (!). Ponieważ był najstarszym i świetnie znał język niemiecki, reprezentował on wobec Niemców interesy więźniów uniwersyteckich. Był niewątpliwym liderem tej grupy. Cieszył się bardzo dużym autorytetem wśród więźniów, na swój sposób szanowali go Niemcy. Dla samego Ormickiego rozpoczął się najbardziej tragiczny etap jego życia.

24 marca napisał z Dachau swój pierwszy (i ostatni?) list do żony. Przebija z niego wielka troska o rodzinę, ale również żywe zainteresowanie losami Instytutu. Musiał napisać coś bardzo ważnego w tej sprawie, skoro cenzura obozowa zadecydowała o wycięciu tego fragmentu listu. Interesował się też Wilnem, prawdopodobnie z racji swojej współpracy z tamtejszym Uniwersytetem Stefana Batorego. Dopytywał się o los bardzo bliskiego mu prof. Stanisława Srokowskiego, a także szefowej Wydawnictwa „Orbis” Marii Sawickiej: Najukochańsza Ireno, drodzy Rodzice i Dzieci!

Archiwum rodzinne Ormickich
Książeczka wojskowa Wiktora Ormickiego
Archiwum rodzinne Ormickich

Od mojego ostatniego listu minęło trochę czasu. W międzyczasie przeniesiono mnie do Dachau. Najgorsza w tej historii jest przerwa w korespondencji z domem (Twój ostatni list był z 7.II.). Leży mi bardzo na sercu, aby możliwie szybko otrzymywać wiadomości. [...]

Piszę ten list w pełni zdrów i w dobrym nastroju w Wielką Niedzielę. Życzę Wam Wszystkiego Najlepszego w Dzień Zmartwychwstania! Jak się mają Mama, Tata i dzieci? [...] Ostatnio wiele myślę o instytucie. Szczególnie zastanawiam się, czy nie byłoby celowe, aby moje [fragment wycięty przez cenzurę obozową] [...] Wciąż jeszcze nie wiem, ile płacisz za czynsz i skąd dostajesz pieniądze? [...] Potrzebne mi są pieniądze na tytoń. [...] Pisz mi o wszystkim, co Tobie i mojej rodzinie leży na sercu? [...]

Najserdeczniejsze ucałowania i pozdrowienia od Twego męża Wiktora2 Po okresie względnej stabilizacji w nowym obozie koncentracyjnym w pewnym momencie sytuacja Ormickiego uległa radykalnej zmianie. Jak to często bywa, zadecydował przypadek. Pewnego dnia przeprowadzono zakrojoną na szeroką skalę rewizję więźniów. Kazano wszystkim zdjąć odzież, kontrolowano wszystkie zakamarki ubrań. W woreczku na pieniądze zawieszonym na piersi Ormickiego znaleziono napisany po niemiecku na skrawku papieru konspekt planowanej pracy Die Bevölkerung von Polen, którą zamierzał napisać po powrocie do Krakowa. Materiały mu odebrano, a sam Ormicki za to wykroczenie został brutalnie pobity3

Kiedy indziej Niemcy przeprowadzali na więźniach badania antropologiczne. Gdy nadeszła kolej Ormickiego, robiący pomiary Niemiec stwierdził, że jego czaszka ma typ semicki, i zapytał, czy przypadkiem nie jest Żydem? Ormicki odpowiedział twierdząco. Zdawał sobie sprawę, że jest to równoznaczne z wyrokiem śmierci4. Zawsze był prawdomówny, nie umiał kłamać, nawet wiedząc, że przyznanie się do żydowskiego pochodzenia jest równoznaczne z wyrokiem śmierci. Niektórzy autorzy bez żadnych złych intencji pomniejszają heroizm Ormickiego, pisząc, że jego przyznanie do swego niearyjskiego pochodzenia było niebaczne5. Decyzja geografa była w pełni świadoma, wynikała z jego przeświadczenia, że najgorszym przestępstwem człowieka jest wyrzeczenie się własnych korzeni. Nawet za cenę życia!

W naszym gronie znajdował się przeszlachetny, zdolny i obiecujący młody uczony pochodzenia żydowskiego, docent geografii gospodarczej, Wiktor Ormicki. Sprawa na razie się nie wydała. Przebywał razem z nami, a kiedy zwolniono pierwszą partię, pozostał z tymi, co nie mieli jeszcze ukończonych czterdziestu lat i z nimi powędrował do Dachau. Tam przeprowadzono na więźniach badania antropologiczne, chcąc ustalić wśród nich istniejące typy psychofizyczne. Z nim coś nie wyszło i indagujący zaczęli go wypytywać – zdaje się bez specjalnych intencji – czy nie ma jakiejś domieszki niesłowiańskiej. Wtedy ten rasowy naukowiec, dumny i naiwny, przyznał się – bez wyraźnej potrzeby – do wszystkiego, co oznaczało naturalnie dlań wyrok śmierci6

dostać w karnej kompanii. Gdy 1940 r. go wywozili do Mauthausen [16 sierpnia 1940], udało mi się dać mu na drogę trochę pieniędzy i jedzenia oraz drobiazgi, których sam mogłem się wyrzec. Straciliśmy kontakt z Ormickim już na zawsze7 Wydarzenie to relacjonuje także Stanisław Urbańczyk: Jakoś z początkiem kwietnia zaszedł w naszym gronie tragiczny wypadek. Raz po obiedzie pojawił się w naszej izbie lagerläufer, wywołując Ormickiego, docenta geografii, jednego z tych, co nie zostali w lutym uwolnieni mimo przekroczenia czterdziestki. Myśleliśmy, że chodzi o zwolnienie, ponieważ kilka dni temu tak wywołano jednego z krakowian, gdy miał odjechać od nas. Niestety, goniec rzekł: „Du bist Jude!”.

Wiktor Ormicki leżący w łóżku po ciężkim pobiciu przez bojówkę niemiecką 25 marca 1928 w Bytomiu, gdzie pojechał w ramach Powszechnych Wykładów Uniwersyteckich. Po tym wydarzeniu władze zaleciły Wiktorowi Ormickiemu posiadanie broni

Świadkiem tego wydarzenia był również Stanisław Leszczycki, który wspólnie z Ormickim oczekiwał w kolejce na te badania. Tak to opisywał: Po sfotografowaniu go [tj. Ormickiego] esesman powiedział, że ma typ czaszki semickiej i zapytał, czy nie jest Żydem. Ormicki [...] odpowiedział, że pochodzi z rodziny semickiej. Wywołało to straszliwą awanturę i skończyło się na tym, że został zabrany z naszego bloku. Skierowano go do karnej kompanii, w której byli wszyscy Żydzi. Od tego momentu widywaliśmy Ormickiego rzadko przez druty. Jego blok był oddzielony drutami od pozostałych bloków. Wieczorami przynosiliśmy mu drobiazgi, które u nas zostawił, i takie, których nie mógł

Z kieszeni wydobył trzy żółte trójkąty8 , polecając je przyszyć na piersiach, udzie i plecach. Równocześnie wyznaczył mu miejsce w baraku 29, wśród zielonych, brązowych i różowych9; nie było bowiem osobnego bloku dla nielicznych w D[achau] Żydów. Ormicki był w pierwszej chwili tym wstrząśnięty, szybko się jednak opanował, szybciej niż koledzy. Byliśmy jego tragedią do głębi przejęci, bo pomimo pewnych ostrych cech charakteru był powszechnie ceniony jako głowa, a jak każdy miał kilku oddanych sobie przyjaciół. O [rmicki] był sam sobie winien. O jego żydowskim pochodzeniu krakowskie Gestapo wiedziało i nie wypuściło w lutym ze swoich objęć, choć miał po-

Archiwum rodzinne Ormickich

nad 40 lat, jednakże nie zawiadamiało obozu, tak że mógłby był dalej żyć na prawach aryjczyka. Niestety, poszedł O [rmicki] , jak większość, do badania antropologicznego, które przeprowadzał jakiś SS w cywilu. Zwrócił on uwagę na orientalną Ormickiego urodę, zapytując, czy wśród swoich przodków nie miał np. jakiego Ormianina. Zapytany ze zwykłą porywczością odparł bez zastanowienia się: „To nic dziwnego, bo mój ojciec był Żydem!”. SS to zanotował, a konsekwencje rychło nadeszły. Z początku nie było źle w bloku 29, twierdził nawet O[rmicki], że zawodowi przestępcy prowadzą się o niebo lepiej od politycznych z naszej izby. Na nieszczęście po jakich może dwu tygodniach zorganizowano, jak to zawsze bywa w obozach, karną kompanię, do której weszli wszyscy Żydzi. Umieszczono ich w osobnym bloku odgrodzonym kolczastym drutem. Ograniczono ich korespondencję, odebrano pieniądze, zakup w kantynie, nałożono najcięższą pracę w kopalni żwiru, a w baraku zaprowadzono straszliwy rygor [...]. Gdy odchodził później transport do Mauthausen, ciężkiego bardzo obozu,

wyprawiono tam przede wszystkim karną kompanię, a z nim Ormickiego. Z powodu przejściowego zamieszania mogliśmy się byli zobaczyć z nim jeszcze i zaopatrzyć na drogę w pieniądze, trochę chleba i papierosy. Dalej był nie złamany, nawoływał nas, byśmy się twardo trzymali i nie tracili ducha, bo przyjdzie zwycięstwo i nasza wolność. Katorgę Mauthausen wytrzymał aż do 1942 r. [pomyłka!, powinno być: do 1941, aut.], gdy zmarł bodaj na zakażenie krwi [pomyłka! został powieszony! aut.]

Jego wielka wiara w przetrwanie nie sprawdziła się tylko na nim, bo wszyscy krakowianie z D [achau] wrócili do domu z górą rok wcześniej, choć niejednego można było nazwać człowiekiem małej wiary10

Pod koniec kwietnia 1940 roku Wiktor Ormincki został przeniesiony do bloku nr 29, do karnej kompanii, w której byli wszyscy Żydzi. 16 sierpnia tego roku pierwszym możliwym transportem Niemcy przewieźli go do obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen. Był to jeden z najcięższych obozów koncentracyjnych w III Rzeszy, a więźniowie pracowali w straszliwych warunkach w kamieniołomie i w okolicznych fabrykach, głównie związanych z przemysłem zbrojeniowym. Niewolnikom z kompanii karnej, a tam znajdowali się wszyscy Żydzi, Niemcy wyszukiwali jeszcze cięższe zajęcia. W nowym miejscu również trafił do kompanii karnej. Przebywał w bloku nr 16, w którym większość więźniów stanowili Żydzi. Pisarzem bloku był Polak Stanisław Nogaj, z którym Ormicki się zaprzyjaźnił. Nogaj (1897–1971) był śląskim pisarzem i dziennikarzem, którego zły los również rzucił do obozu Mauthausen-Gusen. Ormicki trafił do bloku z ranną ręką, którą nosił na prowizorycznym temblaku. Zraniony został podczas bójki inspirowanej przez esesmanów. Były to swoiste „zawody” na śmierć i życie w dosłownym tego słowa

znaczeniu. Zdarzenie to opisuje Stanisław Dobosiewicz (1910–2007), polski pisarz i nauczyciel liceów warszawskich, który był więziony w Mauthausen-Gusen od 1940 do 1945 roku: Ponieważ [Ormicki] był rosły i silny, blokowy bloku 16 wyznaczył go na zawodnika w „walce gladiatorów”, organizowanej w ramach „cyrku” dla prominentów obozowych. Miał walczyć z Moszkiem Rychterem, tragarzem warszawskim, uważanym za największego siłacza w obozie. W walce tej Rychter strzaskał Ormickiemu rękę. Nie od razu otoczono go opieką lekarską, bo jako Żyd nie był do niej uprawniony. Dzięki wyjątkowo usilnym zabiegom funkcyjnych blokowych otrzymał zezwolenie lekarza obozowego na pozostanie w bloku (tzw. Schonung), które przez kilka miesięcy przedłużano za zgodą blokowego, podrabiając podpis lagerarzta11. Na koniec zalegalizowano jego pobyt w bloku jako stubendiensta12

Monografia dotycząca tego obozu, jaką pozostawił po sobie Dobosiewicz, była tłumaczona na wiele języków. Fragment tej pracy poświęcił Ormickiemu: [...] W. R. Ormicki [...] został przewieziony do Gusen z poleceniem przydzielenia do karnej kompanii, ponieważ został uznany za Żyda, bo wśród przodków miał jakoby osobę pochodzenia żydowskiego. W bloku 16 dał się poznać jako doskonały prelegent referujący przebieg wydarzeń wojennych 1940 i 1941 r. Szczególne zaś zainteresowanie słuchaczy budziły jego wykłady z geografii, demografii i etnografii różnych krajów, na terenie których w tym czasie toczyły się walki (Bałkany, Afryka Północna). Były one niejednokrotnie powtarzane dla coraz to innych słuchaczy.

Uznanie dla jego umiejętności popularyzatorskich spowodowało, że również prominenci obozowi domagali się, by im referował aktualne wiadomości frontowe na podstawie czasopism niemieckich z własnym komentarzem. Doskonała znajomość języka niemieckiego ułatwiała mu to zadanie [...]13.

Do zadań karnej kompanii należało, między innymi, oczyszczanie i wynoszenie nieczystości z obozowych toalet. Wywożono je następnie poza teren obozu i wylewano do dołów kloacznych. Zwyrodniałą zabawą zdegenerowanych esesmanów było wrzucanie więźniów do tych dołów pełnych nieczystości. Los taki nie ominął, niestety, Ormickiego. Półprzytomnego przynieśli potem współtowarzysze do baraku, gdzie też się nim

Promocja doktorska Ireny i Wiktora Ormickich, promotorzy: prof. Ludomir Sawicki (trzeci z lewej) i prof. Jerzy Smoleński (drugi z lewej), Sala Senacka, Collegium Novum UJ; czerwiec 1926
Archiwum rodzinne Ormickich

zaopiekowali. Po tym incydencie Nogajowi udało się wystarać dla krakowskiego uczonego o „kartkę lekarską”, dzięki której przez trzy dni mógł pozostać w baraku. Faktycznie Ormicki korzystał z niej przez kilka miesięcy, bo więźniowie fałszowali daty i podpisy lekarzy niemieckich. Nogaj pisał: Dzięki temu prof. Ormicki został naszym głównym referentem informacyjno-prasowym. Postaraliśmy się nielegalnie o prasę i Ormicki, czytając każdy skrawek, jak się to mówi – od deski do deski, wygłaszał w bloku naszym wieczorami referaty o położeniu na świecie. Osobno referował dla prominentów obozowych. Taki referat przynosił mu pokaźne dochody, tak że wkrótce zapomniał o cierpieniach głodu i mógł swoimi dochodami z innymi się dzielić. [...] Prof. Ormicki należał do tych nielicznych Polaków, którzy nie tracili nadziei i odważnie krzepili ducha wśród więzionych towarzyszy niedoli. W swoich codziennych referatach prasowych potrafił on zawsze znaleźć i podkreślić słabe strony hitlerowców i w najgorszych chwilach krzepić wśród więźniów wiarę, że wojna zakończy się dla narodu polskiego pomyślnie. Ormicki należał również do grona naszych prelegentów [...] . W obecności kilkuset słuchaczy wykładał przedmioty z geografii, przy czym dobierał tematy z tych krajów, gdzie toczyły się walki. Potrafił przy tym umiejętnie wpleść wypadki wojenne tak, że słuchacze sami mogli wyciągnąć wnioski o sytuacji i możliwościach wojennych armii niemieckiej. Mając dużo czasu, prof. Ormicki pracował nad problemem zaludnienia kuli ziemskiej. Napisał w obozie dwie bardzo interesujące prace, które, niestety, zniszczone zostały [przez jednego z więźniów]14

Relację Nogaja uzupełnia Stanisław Dobosiewicz: Zwolnienie z pracy i pobyt w bloku Ormicki wykorzystał na napisanie dwóch rozpraw na tematy, nad którymi pracował przed wojną. Pierwsza z nich omawiała problemy zaludnienia kuli ziemskiej i była obszerną analizą czynników powodujących nierówną gęstość zaludnienia poszczególnych obszarów ziemi. Jako znawca geografii gospodarczej Ormicki wykazywał związki pomiędzy zasobami bogactw naturalnych i osiągniętym poziomem życia gospodarczego różnych regionów a ich zaludnieniem aktualnym i perspektywami demograficznymi. Druga jego rozprawa dotyczyła pustynnych terenów Algierii, które badał przed wojną –„Problemy zaludnienia terenów pustyn-

nych oraz zaopatrzenia ludności w wodę”. Jego rozważania prowadziły do uogólnień na temat zagospodarowania rolniczego i uprzemysłowienia regionów pustynnych przez stworzenie korzystnych warunków dla osadnictwa15

Wątek żydowskiego pochodzenia Ormickiego i starań rodziny o uwolnienie go z obozu pojawia się w pracy Stanisława Dobosiewicza: Sprawa żydowskiego [pochodzenia] dr Ormickiego budzi poważne wątpliwości i nasuwa przypuszczenie, że uznano go za Żyda z rozmysłem i zamiarem szybkiego wykończenia w obozie. Jego rodzina zamieszkała w Krakowie podjęła w 1941 roku starania o zwolnienie z obozu. Ormicki był wezwany na przesłuchanie do Oddziału Politycznego i na rozmowę z komendantem obozu, co byłoby nie do pomyślenia, gdyby był zaliczony do więźniów niearyjskich. Wobec negatywnej opinii komendanta obozu o Ormickim pozostał nadal w karnej kompanii i wkrótce po tym przesłuchaniu zamordowano go na rozkaz komendanta16

Swój pogląd Dobosiewicz opiera głównie na opinii Stanisława Nogaja, który był bezpośrednim świadkiem losów Ormickiego w Gusen. Wydaje się jednak, że z upływem lat te opinie zweryfikował czas i odkrywane materiały archiwalne. Pozwala to na nieco inną interpretację tamtych wydarzeń. Po pierwsze, skrupulatność niemiecka nie zawsze okazywała się doskonała. Mogło się więc zdarzyć, że maszyna biurokratyczna zagubiła gdzieś nazwisko Nussbaumów, jakie do 1924 roku nosili Ormiccy. Tezę tę może potwierdzać fakt, że ojciec Wiktora, który znalazł się w obozie w Auschwitz, funkcjonował aż do swych ostatnich dni jako Ormicki. Do podobnego wniosku doszedł ostatnio prof. Zdzisław Pietrzyk. Opracowując biogram Ormickiego, spenetrował archiwum Urzędu Spraw Zagranicznych Generalnego Gubernator-

stwa. Odnalezione materiały wskazują, że co najmniej do połowy lutego 1940 roku Niemcy nie wiedzieli o żydowskich korzeniach geografa. Podobnym zasobem informacji prawdopodobnie dysponował urząd gubernatora Franka, skoro ten nie umiał wskazać przyczyn, dla których przedłużono Ormickiemu pobyt w obozie pomimo ukończenia przez niego 40 lat. Wiadomość taką Niemcy uzyskali

Obóz Mauthausen-Gusen, „schody śmierci” – więźniowe zmuszani do dźwigania granitowych bloków w górę, po 186 stopniach

dopiero na przełomie marca i kwietnia 1940 roku, a więc po przyznaniu się samego Ormickiego do swego żydowskiego pochodzenia17.

Z drugiej strony, nie należy zapominać, że Ormicki, mimo że w Gusen był już „rozpoznanym” Żydem, ciągle należał do „grupy krakowskich profesorów” uwięzionych w ramach Sonderaktion Krakau. Mimo całego okrucieństwa, jakie hitlerowcy okazywali więźniom, zwłaszcza politycznym, „grupa krakowska” przez cały czas była specjalnie traktowana. Stąd Ormicki mógł

Źródło: Wikipedia z Bundesarchiv

Dyplom medalu Merentibus, przyznanego pośmiertnie doc. Wiktorowi Ormickiemu przez Senat UJ w 1979 roku

być wzywany na rozmowy do komendanta obozu nawet jako Żyd, ale stanowił cząstkę wspólnoty aresztowanych profesorów uniwersyteckich, z którymi gestapowcy mieli nakaz obchodzenia się w miarę łagodnie. Nie wyklucza to oczywiście faktu, że oprawcy mieli świadomość przedwojennej działalności naukowej i organizacyjnej Ormickiego, która według nich miała charakter antyniemiecki. Niemcy doskonale pamiętali „epizod” bytomski w 1928 roku i związane z nim pogróżki kierowane pod adresem ich rządu ze strony Felixa Calon-

dera18, patriotyczny charakter napisanego wspólnie z Jerzym Smoleńskim przewodnika po Górnym Śląsku dla uczestników XIV Kongresu Międzynarodowej Unii Geograficznej (Warszawa 1934), wreszcie jego osiągnięcia w Instytucie do Badań Spraw Narodowościowych i krytyczne poglądy związane z traktowaniem ludności polskiej w Niemczech. Prawdopodobnie to te przejawy aktywności Ormickiego stanowiły główny argument dla władz obozu o wydaniu mu negatywnej opinii. Uznanie go za wroga narodu niemiec -

kiego wykluczało zwolnienie z obozu i powrót do domu. Na ten fragment losów Ormickiego dodatkowe światło rzucają notatki Stanisława Nogaja, które zostały opublikowane kilkanaście lat po wydaniu przez niego książki Gusen: W tym samym czasie rodzina Ormickiego czyniła starania o jego zwolnienie. Ormicki wezwany został do Wydziału Politycznego, gdzie Oberscharführer Habenicht19 oświadczył, że Ormicki będzie wkrótce wolny, bo okazało się, że ktoś złośliwie oskarżył go o pochodzenie żydowskie.

Po Habenichcie Ormicki był przesłuchiwany przez Chmielewskiego 20, który cynicznie oświadczył mu, że z Gusen żywy nie wyjdzie. Chmielewski był uprawniony do wydawania opinii o więźniach, którzy mieli być zwolnieni. Ormickiemu wystawił opinię negatywną, która przekreśliła możliwości zwolnienia [...]. Chmielewski napisał, że zwolnienie dr Ormickiego jest niepożądane, bo nie wyzbył się on szowinistycznych poglądów, pozostał nadal polskim patriotą i podtrzymywał ducha wśród reszty Polaków więźniów. [W tym przypadku Chmielewski] nie pomylił się [...]. Mimo cierpień bowiem, jakie przechodził, mimo prześladowań Ormicki się nie załamywał. Brał udział w akcjach kulturalno-oświatowych i potajemnie wygłaszał odczyty, brał udział w organizacji wielkiego turnieju szachowego, w którym uczestniczyło 188 graczy itp. Po przesłuchaniu u Chmielewskiego zdawał sobie doskonale sprawę z tego, co go czeka21 Postawa Ormickiego, którą Leszczycki określił jako granitową, a Urbańczyk jako twardą, imponowała współtowarzyszom niedoli. Szacunek dla niego systematycznie wzrastał, również wśród więźniów kryminalistów i niemieckich funkcyjnych, zawodowych bandytów. Tak było w bloku nr 16, a potem nr 24, skąd poszedł na pewną śmierć. Według relacji Stanisława Nogaja22 Ormicki nie bał się śmierci i był na nią przygotowany23

Leszczycki skrzętnie zbierał wszystkie materiały związane z pobytem profesorów UJ w obozach koncentracyjnych. Pisywał do współwięźniów spoza tego grona z prośbą o nadsyłanie mu wspomnień czy relacji. W ten sposób dotarła do niego notatka sporządzona w 1982 roku przez Stanisława Szymańskiego, która zawierała między innymi Wspomnienie Kazimierza Maciejczyka o Wiktorze Ormickim. [...] 17 września 1941 funkcyjni otrzymali rozkaz zamordowania w ciągu doby ośmiu

Żydów. Siódmą z kolei ofiarą morderstwa miał być krakowski geograf. Najbardziej wstrząsającą relację opisującą ostatnie minuty życia Wiktora Ormickiego stanowi dokument spisany przez Stanisława Nogaja, w którym zawarty jest również opis okrutnej egzekucji, którą wykonano na krakowskim geografie. W swojej narracji relacja ta jest na tyle okrutna, że przez jakiś czas zastanawialiśmy się, czy ją w ogóle cytować, czy tylko o niej wspomnieć. Zdecydowaliśmy się jednak na zacytowanie obszernych fragmentów wspomnień Nogaja, wychodząc z założenia, że nikt nie zwolnił nas z obowiązku ukazywania prawdziwego oblicza nazizmu i jego stosunku do polskiej inteligencji. Nogaj, który w obozie bardzo zaprzyjaźnił się z Ormickim, ukazuje anatomię zbrodni morderstwa, jakiej Niemcy dokonali na polskim geografie. Zbrodni, jakiej nie wymyśliłby nawet szatan. Naszym pragnieniem jest, aby wydarzenie to, ukazujące, do czego mogą doprowadzić systemy totalitarne, wstrząsnęło również dzisiaj sumieniami nie tylko Polaków, ale środowiska naukowego na całym świecie.

Dr Ormicki był siódmym z rzędu, którego zamordowano [...]. Wiedział, że przychodzi kolej na niego. Zaraz więc wstał z łóżka, podał rękę na pożegnanie Kalinowkerowi 24 , następnie przeszukał swoje łóżko, z siennika wyciągnął drobiazgi i dość gruby kajet, drobno zapisany. Kalinowkerowi szepnął, by drobiazgi i chusteczkę rozdał kolegom, a szachy, które otrzymał w podarunku od kolegów Polaków za wykłady, podarował Kadłubkowi25

Ormicki czekał na swoją kolej blisko pół godziny. Kalinowkerowi powiedział, że pójdzie na druty, tylko załatwi jeszcze pewną sprawę. Gdy Hommen26 przyszedł po niego, zaraz z nim wyszedł z izby przed barak, gdzie dość długo rozmawiali. Ormicki był bardzo lubiany również w gronie blokowych i kapów [...]. Ci mordercy nigdy go nie bili, nie szykanowali, przeciwnie, Ormicki cieszył się ich względami i poparciem. Czytywał im niemieckie gazety, a oni z dużą uwagą słuchali jego komentarzy. W owym czasie toczyły się walki w Afryce Północnej. Ormicki przebywał tam kiedyś w celach naukowych i znał bardzo dobrze ten teren. Na ten temat wygłosił kilka referatów i z polskiego tłumaczył je na niemiecki. Ów gruby kajet, jaki zabrał z sobą, zawierał jego kilkumiesięczną pracę naukową o Algierze. Ormicki twierdził,

że zdołał rozwiązać problem zaludnienia terenów pustynnych oraz zaopatrzenia ludności w wodę.

Jego ostatnia rozmowa z Hommenem dotyczyła właśnie owego kajetu. Wręczając kajet Hommenowi, prosił go, by doręczył tę pracę poprzedniemu pisarzowi Nogajowi. Następnie, zgodnie z zapowiedzią daną Kalinowkerowi, Ormicki prosił Hommena, by ten pozwolił mu pójść na druty. W tym momencie wyszli z umywalni Christ27 i Becker28 , zaniepokojeni długą nieobecnością Hommena. Ormicki powtórzył swoją prośbę o zezwolenie pójścia na druty, ale Becker nie zgodził się [...]29 Warto zatrzymać się w tym miejscu, aby uzupełnić tę tragiczną historię o sceny, które zanotował Nogaj w szkicu do książki. Prawdopodobnie nie były one opublikowane i znajdują się w archiwum rodzinnym Jacka Ormickiego, syna Wiktora: [Ormicki] zdawał sobie sprawę, że idzie

Ormickiego. Milcząco odebrał podany mu kajet. Obiecał, że spełni jego życzenie30 [Jeden z katów] zwracając się do Ormickiego, mówił: „Żal mi ciebie, profesorze, byłeś zawsze dobrym towarzyszem, ale cóż mamy robić, musimy cię utopić”. Profesor przygryzł wargi, starając się panować nad sobą. Mimowolnie ujrzał pomordowanych towarzyszy niedoli, leżących pod ścianą. Widoczny dreszcz przebiegł jego ciało i otrząsając się, powiedział: „Zabijcie mnie inaczej, tylko nie topcie mnie w beczce”. [...] Profesor patrzał w oczy oprawcy, toteż ten po pewnej chwili powiedział: „Nie patrz tak na mnie, mimo wszystko musisz umrzeć. Jedno, co dla ciebie zrobić mogę, to to, że zamiast utopić, powiesimy cię”. [...] Znów nastała chwila milczenia, którą przerwał Ormicki. – „Ja pójdę na druty” –powiedział, mając na myśli rzucić się na druty elektryczne, ogradzające obóz. [Oprawca] nie zgodził się, tłumacząc, że

Jacek Ormicki

Gablota poświęcona doc. Wiktorowi Ormickiemu w Steyr na stałej wystawie upamiętniającej ofiary Gusen w Tunelu Pamięci w dawnych sztolniach Gusen

na pewną śmierć. Zwrócił się wobec tego do Hommena w następujących słowach: „Ja wiem dobrze, że prowadzisz mnie na śmierć, i wiem, że nie wasza wina w tym, że umrzeć muszę. [...] Mam tylko małą prośbę. Tutaj jest moja ostatnia praca naukowa” – przy tych słowach wręczył Hommenowi kajet zapisany drobnym pismem. W tej pracy starałem się dać rozwiązanie na zagadnienia zaludnienia kuli ziemskiej. Bądź tak dobry i oddaj tę pracę [Nogajowi] Hommen był przejęty słowami

akcja wymordowania Żydów odbyć się musi bez rozgłosu. [Po chwili] Ormicki zdecydował się na powróz31 . W ten sposób 17 września 1941 o godzinie 7.30 zginął śmiercią męczeńską Wiktor Ormicki. Zamordowany został wybitny geograf, jeden z twórców polskiego regionalizmu i polskiej antropogeografii, najwybitniejszy w tamtych czasach geograf polski młodego pokolenia. Dobrze też stało się, że relację Nogaja opublikowali sami Niemcy (1997).

O dokonanym mordzie było głośno w obozie przez długi czas. Władze obozowe wysłały do żony Ireny pismo ze standardową treścią, informującą, że mąż zmarł na atak serca. Datę zgonu Ormickiego historycy uznają za koniec okresu Sonderaktion Krakau. Niecały rok później w obozie koncentracyjnym w Auschwitz został zamordowany jego ojciec Fryderyk. Po śmierci Ormickiego Niemcy zamierzali zbezcześcić jego zwłoki. Obozowy dentysta Obersturmführer Erik von dem Hoff jeszcze przed śmiercią geografa nakazał oprawcom, aby po jego zgonie odcięli głowę i wypreparowali ją, tak aby mogła stanowić ozdobę do postawienia na biurku Niemca. Pracujący w obozowym prosektorium Polacy uchronili jednak ciało profesora, które w całości zostało spopielone w jednym z krematoriów. Urnę z jego prochami przewieziono do miasta Steyr w Austrii. Do dzisiaj nie została odnaleziona, choć według relacji syna Wiktora – Jacka Ormickiego prace w tym zakresie są ciągle prowadzone. Zgodnie z ostatnią wolą zmarłego rękopisy jego prac zostały przekazane przez morderców (!) Stanisławowi Nogajowi. Krążyły one wśród więźniów, którzy chcąc je otrzymać, musieli się zapisywać w kolejce. Jak pisał Nogaj: Pracami prof. Ormickiego interesowało się wielu więźniów. Dałem je do czytania. Niestety ostatni czytelnik, Oswald Burdak, prace te rzekomo zagubił32 Prawdopodobnie było to tuż przed likwidacją obozu w 1945 roku.

Fragment przygotowywanej książki autorstwa Antoniego Jackowskiego, Elżbiety Bilskiej-Wodeckiej, Izabeli Sołjan i Justyny Liro „Geografia polska i geografowie w latach II wojny światowej”, która w 2017 roku zostanie wydana przez Instytut Geografii i Gospodarki Przestrzennej UJ.

1 Archiwum Rodzinne Ormickich. Tłumaczenie polskie: Biuro Tłumaczeń Letterman, Kraków.

2 Archiwum Rodzinne Ormickich. Tłumaczenie polskie: Biuro Tłumaczeń Letterman, Kraków.

3 S. Leszczycki, Z pobytu w Sachsenhausen i Dachau, 1939–1941, „Przegląd Lekarski”, 1988, t. 45, nr 1, s. 113.

4 Przodkowie Ormickiego byli Żydami. Mimo przejścia na chrześcijaństwo jeszcze w XIX wieku aż do 1924 roku rodzina używała nazwiska Nussbaum. Zmianę na Ormicki uznano za konieczność wobec narastających w Polsce nastrojów antysemickich.

5 J. Gwiazdomorski, Wspomnienia z Sachsenhausen. Dzieje uwięzienia profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego 6 XI 1939–9 II 1940, wyd. 4, Kraków 1975, s. 253.

6 W. Krzyżanowski, Uniwersytet Jagielloński w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen. Wspomnienie, „Studia Historyczne 1969, R. 12, z. 4 (47), s. 556.

7 S. Leszczycki, Z pobytu w Sachsenhausen..., s. 113–114.

8 Trójkąt (tzw. „winkiel”) żółty – oznaczano nim Żydów.

9 Kolor zielony był przeznaczony dla zawodowych kryminalistów, różowy dla homoseksualistów. Autor prawdopodobnie pomylił się odnośnie trzeciego podanego koloru –brązowego nie było, należy przypuszczać, że miał na myśli kolor czarny, oznaczający tzw. więźniów „aspołecznych”.

10 S. Urbańczyk, Uniwersytet za kolczastym drutem, Kraków 2014, s. 105–107.

11 Lagerarzt – lekarz obozowy; stubendienst – tzw. sztubowy, odpowiedzialny za czystość w jednej z izb baraku.

12 S. Dobosiewicz, Mauthausen-Gusen: w obronie życia i ludzkiej godności, Bellona, Warszawa 2000, s. 70–71.

13 Ibidem, s. 70.

14 S. Nogaj, Jak zginął znany geograf – prof. Włodzimierz [Wiktor] Ormicki, [w:] tego autora, Gusen, cz. III, Katowice–Chorzów 1945, s. 162–163; [w:] J. Ormicki, Z domowego archiwum [w:] A. Jackowski, red., Do końca wierny Polsce i geografii. Wiktor Rudolf Ormicki (1898–1941), IGiGP UJ, Komisja Geograficzna PAU, Kraków 2011, s. 356–364.

15 S. Dobosiewicz, Mauthausen-Gusen..., s. 71.

16 dz. cyt., s. 77.

17 Z. Pietrzyk, Wiktor Rudolf Ormicki (1898–1941), [w:] W. Kozub-Ciembroniewicz (red.), Uczeni żydowskiego pochodzenia we współczesnych dziejach Uniwersytetu Jagiellońskiego, Wydawnictwo UJ, Kraków 2014, s. 176.

18 Felix Calonder, Szwajcar, w latach 1922–1937 przewodniczący Górnośląskiej Komisji Mieszanej.

19 Hans Habenicht w latach 1941–1945 był w Gusen kierownikiem Oddziału Politycznego (Politische Abteilung). Dane biograficzne o funkcjonariuszach i więźniach obozu Gusen zaczerpnięto z pracy S. Dobosiewicza, Mauthausen-Gusen. Obóz zagłady, Wydawnictwo MON, Warszawa 1977.

20 Karl Chmielewski, w latach 1940–1942 komendant obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen. Nienawidził więźniów polskich i hiszpańskich. Wielu mordował osobiście, stąd jego przydomek „Diabeł z Gusen”. W 1961 roku został skazany przez sąd niemiecki w Ansbach na karę dożywotniego więzienia. Zwolniony na początku 1979 roku, zmarł w roku 1991.

21 S. Nogaj (red.), Oskarżamy. Materiały do historii obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen, ZBoWiD, Zarząd Okręgu Katowice. Klub Mauthausen-Gusen, Katowice 1961, s. 65–66.

22 Stanisław Nogaj, śląski pisarz i dziennikarz, był pisarzem bloku nr 16, zasiedlonego przez więźniów kompanii karnej, w większości Żydów. W bloku tym przebywał również Ormicki. Nogaj sporządził relację z ostatnich chwil życia krakowskiego uczonego. W 1970 roku Nogaj był świadkiem w procesie zbrodniarzy z Gusen we Frankfurcie nad Menem.

23 S. Dobosiewicz, Mauthausen-Gusen: w obronie życia i ludzkiej godności, Bellona, Warszawa 2000; W. Wnuk, Jak zginął prof. Wiktor Ormicki, Archiwum UJ, sygn. KHUW 19, początek 1945 roku.

24 Izaak Kalinowker, Żyd, robotnik z Legionowa. Zginął w listopadzie 1941 roku.

25 Kadłubek, pisarz obozowy, między innymi po Nogaju pełnił tę funkcję w baraku nr 16.

26 Franz (Walter) Hommen, niemiecki kapo, odpowiedzialny za eksterminację Żydów.

27 Oskar Christ, niemiecki kapo, odpowiedzialny za eksterminację Żydów.

28 Helmut Becker, niemiecki kapo, odpowiedzialny za eksterminację Żydów.

29 S. Nogaj (red.), Oskarżamy..., s. 69–70.

30 S. Nogaj, Opis śmierci Dra Wiktora Ormickiego, fragmenty, mszp., s. 1–2. Archiwum rodzinne Jacka Ormickiego, ok. 1945.

31 S. Nogaj, Jak zginął znany geograf..., s. 167–168.

32 Ibidem, s. 169–170.

Tablica poświęcona pamięci prof. Jerzego Smoleńskiego i doc. Wiktora Ormickiego odsłonięta w 1949 roku w holu budynku przy ul. Grodzkiej 64 – dawnej siedzibie Instytutu Geografii UJ. Replika znajduje się w Instytucie Geografii i Gospodarki Przestrzennej UJ na Kampusie 600-lecia Odnowienia UJ

19 listopada 1949 w Instytucie Geografii UJ przy ul. Grodzkiej 64 wmurowana została tablica pamiątkowa poświęcona Jerzemu Smoleńskiemu i Wiktorowi Ormickiemu. Dokonano tego podczas uroczystości związanych ze 100-leciem utworzenia w Polsce pierwszej katedry geografii. Nazwisko Ormickiego znalazło się również na tablicy pamiątkowej umiejscowionej przed aulą w Collegium Novum. W 1979 roku, w 40. rocznicę Sonderaktion Krakau, władze Uniwersytetu Jagiellońskiego przyznały żyjącym uczestnikom uwięzienia lub rodzinom osób zmarłych medal Merentibus. W 60. rocznicę Sonderaktion Krakau, w listopadzie 2009 roku, przedstawiciele Uniwersytetu Jagiellońskiego, w tym grupa geografów, wzięli udział w uroczystościach, które odbyły się w Sachsenhausen. W październiku 2013 roku w sztolniach Gusen otwarto wystawę upamiętniającą ofiary obozu. Umieszczono tam gablotę poświęconą Wiktorowi Ormickiemu. Gdy w 2005 roku, po ponad 80 latach, geografia uniwersytecka opuszczała budynek przy ul. Grodzkiej 64, przenosząc się do nowoczesnego obiektu na Kampusie 600-lecia Odnowienia UJ, oryginalną tablicę pamiątkową pozostawiono w starym miejscu. Natomiast w nowej siedzibie zamontowano wierną jej replikę. Imieniem Wiktora Ormickiego została nazwana jedna z sal dydaktycznych.

Jerzy Sokołowski
Tablica upamiętniająca ofiary Sonderaktion Krakau w Collegium Novum
Anna Wojnar

PUBLIKACJE POŚWIĘCONE ARESZTOWANIU KRAKOWSKICH UCZONYCH

Trzecia Rzesza, rozpoczynając 1 września 1939 wojnę z Polską, miała sprecyzowany zamiar rozprawy z ludźmi zaliczanymi do szeroko zakreślonych warstw przywódczych II Rzeczypospolitej. Fragmentem tego kierunku działania było aresztowanie w Krakowie 6 listopada tego roku 184 osób (183 na Uniwersytecie Jagiellońskim i w jego pobliżu oraz dołączonego do nich wybranego we wrześniu 1939 roku prezydenta miasta). Był to najbardziej spektakularny przejaw walki z polską elitą, przeprowadzony w początkowym okresie wojny, choć poprzedziło go zamknięcie Uniwersytetu Poznańskiego oraz szerokie aresztowania i inne działania skierowane przeciw polskiej ludności, przeprowadzone w zachodniej części Polski, włączonej do III Rzeszy.

Plany z tym związane i ich realizację można poznać na podstawie publikacji:

„Akcja Tannenberg” grup operacyjnych Sipo i SD w Polsce jesienią 1939 r., wyd. K. Radziwończyk, „Przegląd Zachodni” 1966, nr 5–6.

J. Böhler, K.M. Mallmann, J. Matthäus, Einsatzgruppen w Polsce, przekład E. Ziegler-Brodnicka, Warszawa 2009.

K. Leszczyński, Działalność Einsatzgruppen Policji Bezpieczeństwa na ziemiach polskich w 1939 r. w świetle dokumentów, „Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce”, t. 22, Warszawa 1971.

C. Łuczak, Polityka ludnościowa i ekonomiczna hitlerowskich Niemiec w okupowanej Polsce, Poznań 1979.

Okupacja i ruch oporu w „Dzienniku” Hansa Franka 1939–1945, wyboru dokonali i opracowali pod naukowym kierownictwem S. Płoskiego L. Dobroszycki i inni, t. 1: 1939–1942, Warszawa 1970.

S. Piotrowski, „Dziennik” Hansa Franka, t. 1: Sprawy polskie przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze, Warszawa 1956.

F. Ryszka, Państwo stanu wyjątkowego: rzecz o systemie państwa i prawa Trzeciej Rzeszy, wyd. 3 popr. i uzup., Wrocław 1985.

Sonderfahndungsbuch Polen , hrsg. vom Reichskrimminalpolizei, Berlin 1939.

K. Radziwończyk, Zbrodnie generała Streckenbacha, Warszawa 1966.

A. Ramme, Służba Bezpieczeństwa SS, Warszawa 1984.

M. Zgórniak, Europa w przededniu wojny, Kraków 1993.

Sytuację na Uniwersytecie Jagiellońskim w pierwszych dniach wojny i podczas przygotowań do rozpoczęcia 576. roku akademickiego, przebieg aresztowania oraz dalsze losy zatrzymanych najlepiej można poznać, wgłębiając się w źródła (niektóre z nich zostały opublikowane) oraz relacje uczestników wydarzeń. Oto niektóre z nich:

J. Gwiazdomorski, Wspomnienia z Sachsenhausen. Dzieje uwięzienia profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego 6 XI 1939 – 9 II 1940, wyd. 3, Kraków 1969.

Kronika Uniwersytetu Jagiellońskiego za okres wojny 1939–1945 oraz za rok akademicki 1945, red. H. Barycz, Kraków 1946. W. Krzyżanowski, Uniwersytet Jagielloński w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen. Wspomnienie, „Studia Historyczne” 1969, z. 4.

Ne cedat Academia. Kartki z dziejów tajnego nauczania w Uniwersytecie Jagiellońskim 1939–1945, zebrali i oprac. M. i A. Zarębowie, Kraków 1975.

S. Pigoń, Wspominki z obozu w Sachsenhausen, Warszawa 1966.

Podstępne uwięzienie profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Górniczej (6 XI 1939 r.): Dokumenty, wybór i oprac. J. Buszko, I. Paczyńska, Kraków 1995.

Relacje pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego o ich losach osobistych i dziejach uczelni w czasie drugiej wojny światowej, oprac. J. Michalewicz, Kraków 2005.

J. Semkowiczowa, Władysław Semkowicz w Sachsenhausen 1939–1940, „Studia Historyczne” 1969, z. 4.

Z. Starachowicz, Sonderaktion Krakau: wspomnienia z akcji przeciwko profesorom uniwersyteckim w Krakowie (6–10 listo-

pada 1939 roku), wstęp i oprac. K. Starachowicz, F. Wasyl, Gdańsk 2012.

S. Urbańczyk, Uniwersytet za kolczastym drutem (Sachsenhausen – Dachau), wyd. 2 poszerz., Kraków 1969 (wyd. 3, Kraków 1975).

J. Wolski, Kraków przede wszystkim, Kraków 2004.

Z opracowań dotyczących aresztowania krakowskich profesorów można wskazać na:

J. Adamska, Bruno Müller – wykonawca Sonderaktion Krakau, „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Jagiellońskiego”, nr 807: „Prace Historyczne”, z. 84, Kraków 1987.

H. Barycz, Dzieje zakładów naukowych wyższych uczelni akademickich w Krakowie w okresie drugiej wojny światowej (1939–1945), [w:] Kraków w latach okupacji 1939–1945. Studia

i materiały, „Rocznik Krakowski”, t. 31, Kraków 1949–1957.

A. Bolewski, H. Pierzchała, Martyrologia profesorów Akademii Górniczej w hitlerowskich więzieniach i obozach koncentracyjnych, Kraków 1985.

J. Buszko, Akcja solidarnościowa na rzecz profesorów krakowskich aresztowanych w ramach tzw. Sonderaktion Krakau „Studia Historyczne” 1981, z. 3.

S. Gawęda, Uniwersytet Jagielloński w okresie II wojny światowej 1939–1945, Kraków–Wrocław 1986.

T. Wroński, Kronika okupowanego Krakowa , Kraków 1974.

Życiorysy osób aresztowanych zamieszczone zostały, między innymi, w publikacji Wyrok na Uniwersytet Jagielloński 6 listopada 1939, red. L. Hajdukiewicz, Kraków 1989. Wiele wspomnień osób aresztowanych opublikowano w „Przeglądzie Lekarskim” – w numerze 1. z 1963 roku oraz w latach 1965, 1970, 1972, 1973, 1976, 1977, 1979, 1978, 1979, 1982, 1983, 1984, 1988, 1989.

Obszerny wykaz literatury przedmiotu przynoszą wydawnictwa źródłowe: Relacje pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego o ich losach osobistych i dziejach uczelni w czasie drugiej wojny światowej, oprac. J. Michalewicz, Kraków 2005, oraz Podstępne uwięzienie profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Górniczej (6 XI 1939 r.): Dokumenty, wybór i oprac. J. Buszko, I. Paczyńska, Kraków 1995.

Tragiczny los Uniwersytetu Jagiellońskiego w czasie drugiej wojny światowej i związanych z nim ludzi systematycznie przybliża pismo Uniwersytetu Jagiellońskiego „Alma Mater”.

Okładki specjalnych numerów „Alma Mater” przygotowanych w związku z rocznicami Sonderaktion Krakau. Od lewej: „Alma Mater” nr 64/2004, „Alma Mater” nr 118/2009 (wydanie w języku polskim i angielskim), „Alma Mater” nr 178/2015 (wydanie w języku angielskim), „Alma Mater” nr 179/2015

PAMIĘTAMY...

6 listopada społeczność akademicka Uniwersytetu Jagiellońskiego czci pamięć ofiar Sonderaktion Krakau. Od 2015 roku w Akademickim Dniu Pamięci uczestniczą wszystkie uczelnie skupione w Kolegium Rektorów Szkół Wyższych Krakowa

honorowa obok tablicy pamiątkowej

Anna Wojnar
Anna Wojnar
Anna Wojnar
Konrad Pollesch
Łukasz Stadnicki
Prof. Józef Wolski (w środku) z córką dr Teresą Wolską-Smoleń w drodze na uroczystość do sali nr 56 w Collegium Novum; 2006
Warta
w koszarach 16. Batalionu Powietrznodesantowego w Krakowie przy ul. Wrocławskiej 82; 2010
Uroczystość w sali nr 56 w Collegium Novum; 2007
Rektorzy krakowskich uczelni na cmentarzu Rakowickim; 2015

UMACNIANIE POROZUMIENIA MIĘDZY POLSKĄ I NIEMCAMI

7 listopada 2016, podczas obchodów 77. rocznicy tzw. Sonderaktion Krakau, złoty medal Plus Ratio Quam Vis otrzyma Uniwersytet Ruprechta-Karola w Heidelbergu. W uzasadnieniu wyróżnienia szczególną uwagę zwrócono na umacnianie porozumienia między Polską i Niemcami oraz obalanie negatywnych stereotypów, wspieranie naukowej mobilności studentów prawa obu uczelni, wieloletnią owocną współpracę w dziedzinie nauk prawnych i przyznawanie przez ponad 10 lat młodym uczonym Uniwersytetu Jagiellońskiego Nagrody im. prof. Stanisława Kutrzeby w dziedzinie ochrony praw człowieka.

od prawej były

Uroczystość w sali nr 56 w Collegium Novum; przemawia prof. Peter-Christian Müller-Graff z Uniwersytetu w Heidelbergu; 2010

Anna Wojnar
Anna Wojnar
Konrad Pollesch
Drugi
rektor Uniwersytetu w Heidelbergu prof. Peter Hommelhoff, obok prof. Kazimierz Lankosz oraz dr Manfred Lautenschläger z Uniwersytetu w Heidelbergu; cmentarz Rakowicki, 2006
Od lewej: były prorektor Uniwersytetu w Heidelbergu prof. Thomas Pfeiffer, prof. Peter Hommelhoff oraz prof. Kazimierz Lankosz; cmentarz Rakowicki, 2012

27 LAT WSPÓŁPRACY

Tekst laudacji wygłoszonej 7 listopada 2016 podczas Akademickiego Dnia Pamięci przez prof. Jerzego Stelmacha w związku z przyznaniem przez Uniwersytet Jagielloński złotego medalu Plus Ratio Quam Vis Uniwersytetowi Ruprechta-Karola w Heidelbergu

Przyznanie złotego medalu Plus Ratio

Quam Vis najstarszemu i jednemu z najlepszych uniwersytetów niemieckich to tylko jeden z wielu ważnych momentów współpracy pomiędzy naszymi uczelniami, której początek dała umowa z 1989 roku.

Trwająca od 27 lat współpraca od samego początku obejmowała prawie wszystkie dziedziny naukowe, w szczególności zaś nauki społeczne, humanistyczne, prawne, biologiczne, nauki o ziemi, fizykę, astronomię, informatykę i bibliotekoznawstwo, a od 1997 również nauki medyczne.

Szczególnie ważnym momentem było powołanie w 1998 roku Szkoły Prawa Niemieckiego. Program ten, realizowany przy współudziale Uniwersytetu w Moguncji, obejmuje wykłady prowadzone nie odpłatnie przez wybitnych prawników, profesorów obydwu uczelni. Od wielu lat kierownikiem,

koordynatorem programu od strony niemieckiej jest prof. Peter-Christian Müller-Graff. W projekcie wzięło udział łącznie około 700 studentów polskich. W jego ramach odbywają się ponadto co roku trzy seminaria naukowe organizowane przez Uniwersytet w Heidelbergu dla polskich studentów i ich opiekunów naukowych.

Kolejny etap naszej współpracy związany był z powstaniem w roku 2001 Europejskiego Kolegium Doktoranckiego. W tym skądinąd unikatowym przedsię-

wzięciu brali udział doktoranci z Polski, Niemiec i kilku innych jeszcze krajów europejskich. Łącznie w Kolegium studiowało w latach 2001–2011, według moich szacunków, co najmniej 120 doktorantów. Szczególne zasługi w stworzeniu i realizacji tego projektu położyli profesorowie Peter Hommelhoff oraz Peter-Christian Müller-Graff.

Warto również wspomnieć o ustanowionej w 2002 roku Nagrodzie im. prof. Stanisława Kutrzeby w dziedzinie ochrony praw człowieka, przyznawanej corocznie pracownikowi naukowemu lub studentowi Uniwersytetu Jagiellońskiego, której celem było umożliwienie laureatowi rocznego pobytu w Heidelbergu w celach badawczych. Każdy rodzaj działalności, jakakolwiek rzeczywista współpraca i jej wymierne efekty to, rzecz jasna, nie tyle formalna umowa i wszelkie akty rytualne, lecz praca konkretnych ludzi,

Awers i rewers złotego medalu
Ratio Quam Vis

wielu konkretnych ludzi, choć tutaj wspomniałem i raz jeszcze chcę wspomnieć tylko o dwóch osobach – o profesorach Hommelhoffie i Müller-Graffie, wybitnych uczonych, doktorach honorowych Uniwersytetu Jagiellońskiego, bez których nie byłoby dzisiaj prawdopodobnie czego świętować.

Dokonania Uniwersytetu w Heidelbergu są w świetle przedstawionych powyżej okoliczności bezsporne. Uzasadniają z ogromnym nadkładem to, jak i każde inne możliwe wyróżnienie. Ale wspomnę jednak jeszcze o jednej kwestii. Przygotowując niniejszą laudację, zadałem sobie bowiem pytanie, co w naszej dotychczasowej współpracy było tak naprawdę najważniejsze? I zdałem sobie sprawę, że najważniejszymi byli i są młodzi ludzie –polscy studenci, doktoranci i pracownicy naukowi, uczestnicy programów stworzonych i prowadzonych przez Uniwersytet w Heidelbergu. Wielu z absolwentów jest dziś doktorami Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesorami uniwersyteckimi, dwóch profesorami tytularnymi, a jeden nawet profesorem zwyczajnym. Czy można było oczekiwać czegoś więcej?

Na koniec pozwolę sobie na bardziej osobistą refleksję. 1 maja 2004 świętowaliśmy z kolegami z Heidelbergu wstąpienie Polski do Unii Europejskiej w restauracji Szara przy Rynku w Krakowie. Obserwowałem szczerą spontaniczną radość naszych niemieckich przyjaciół i radość połączoną z niedowierzaniem moich polskich kolegów. Patrząc na dokonujące się dziś w Polsce zmiany, coraz bardziej obawiam się, czy tamta radość nie zostanie w końcu wyparta przez strach. Podobnie jak w 1989 roku, gdy w Polsce

dokonywały się wielkie zmiany ustrojowe, tak i dziś potrzebujemy współpracy z Uniwersytetem w Heidelbergu, Waszego dalszego życzliwego wsparcia, choćby na wypadek, gdybyśmy mieli w przyszłości znów „wstępować” do Unii Europejskiej. Mam głęboką nadzieję, że to jakże zasłużone i oczywiste wyróżnienie to, jak zaznaczyłem na wstępie, tylko jeden z ważnych momentów naszej współpracy. Ostatecznie najważniejszym jest zawsze to wszystko, co jeszcze przed nami, i niech trwa to jak najdłużej. Ad multos annos!

Jerzy Stelmach kierownik Katedry Filozofii Prawa i Etyki Prawniczej UJ

Pamiątkowy dyplom złotego medalu Plus Ratio Quam Vis dla Uniwersytetu Ruprechta-Karola w Heidelbergu
Uroczystość zakończenia 19. edycji Szkoły Prawa Niemieckiego UJ. Pierwszy od lewej prof. Peter-Christian Müller-Graff, Collegium Novum; 11 czerwca 2016
Anna Wojnar

KLUB CZYTELNIKA „ALMA

Szanowni Państwo!

Ukazujące się od 1996 roku czasopismo uniwersyteckie „Alma Mater” służy do prezentacji życia wspólnoty akademickiej najstarszej polskiej uczelni. W ciągu dwudziestu lat – dzięki wspólnemu wysiłkowi autorów, współpracowników i redaktorów, dzięki życzliwości Czytelników i zaangażowaniu władz UJ – udało się stworzyć otwarte forum wymiany informacji i poglądów. Sukcesywnie zwiększała się częstotliwość ukazywania się pisma – kwartalnik stał się najpierw dwumiesięcznikiem, a następnie miesięcznikiem. Wszystkim osobom zainteresowanym regularnym otrzymywaniem najnowszych edycji uniwersyteckiego czasopisma proponujemy członkostwo w Klubie Czytelnika „Alma Mater”. Każdy, kto wpłaci na konto Uniwersytetu Jagiellońskiego dowolną kwotę, pozwalającą na opłacenie kosztów przesyłki pocztowej, staje się członkiem naszego Klubu. Każdy Klubowicz otrzymuje pocztą gratisowy egzemplarz kolejnych numerów miesięcznika „Alma Mater”. Fundusze zgromadzone dzięki hojności naszych Czytelników przeznaczamy na pokrycie kosztów druku i dystrybucji pisma.

Dokonując wpłaty na podane na odwrocie konto, należy jednocześnie przesłać na adres redakcji wypełnioną deklarację:

Imię i nazwisko

Adres

Telefon – faks – e­mail .........................................................................

Absolwent UJ: tak nie Jeśli tak, proszę podać wydział, kierunek i rok ukończenia studiów:

Deklaruję wpłatę (darowiznę) w wysokości

na konto Uniwersytetu Jagiellońskiego w 2016 roku. Proszę o za pi sa nie mnie do Klubu Czytelnika „Alma Mater” i regularne przesyłanie miesięcznika UJ. Wyrażam zgodę – nie wyrażam zgody (niewłaściwe skreślić) na opublikowanie mojego imienia, nazwiska i miejsca zamieszkania na liście członków Klubu w miesięczniku „Alma Mater”. Podpis

Collegium Iuridicum
Fot. Stanisław Kolowca
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Turn static files into dynamic content formats.

Create a flipbook